piątek, 6 czerwca 2014

Na smutno

Książka, która czyni cię smutną

Nad tym pytaniem Królowa Matka też się długo zastanawiała (po namyśle bowiem odrzuciła wszelkie książki reportażowe, wspomnienia z czasów wojny i "Szepty" Orlando Figesa uznając, że, doprawdy, jest rzeczą zbyt oczywistą, że zdarzały się na świecie czasy i wydarzenia, ktore budzą i zawsze będą budziły smutek, ból i rozpacz u normalnych ludzi, i przechodząc do porządku dziennego nad faktem, że bardzo ograniczyło jej to pole manewru i sprawiło, że palma pierwszeństwa nie dostała się Idzie Fink, której jedno opowiadanie z tomu "Wiosna 1941" doprowadziło Królową Matkę do spazmów w środku komunikacji publicznej, gdzie jej do durnego łba strzeliło, by sobie poczytać), chociaż właściwie w głębi duszy (po odrzuceniu "Wariata" Idy Fink, jeśli ktoś chce niech sprawdzi, ale Królowa Matka z serca radzi, by jednak niekoniecznie robić to w zatłoczonym autobusie, i w dodatku w drodze do pracy) od razu była pewna swojej odpowiedzi.

Jedyne, nad czym się zastanawiała to wybór konkretnej książki.

Zdecydowala się na "Kwietniową czarownicę"


nie dlatego, że jest to najsmutniejsza książka Majgull Axelsson (bo, tak szczerze mówiąc, wszystkie są, a już "Droga do Nilfheimu" vel "Droga do piekła" naprawdę może wpędzić człowieka w głęboką depresję), ale dlatego, że jest - w subiektywnej opinii Królowej Matki, co oczywiste - najlepsza.

Czytanie Majgull Axelsson (jakiejkolwiek jej powieści) zawsze łączy się z wewnętrznym przygotowaniem, wyciszeniem, wywołaniem szczególnego stanu umysłu, odcięciu się od świata z jego tempem i hałasem oraz -  z wewnętrznym wzdrygnięciem się na samą myśl o czytaniu, ze zwalczeniem oporu przed zanurzeniem się w powieściowy ś wiat, z niechęcią, gdy paradoksalnie łapczywie rzuca się na książkę i z niemożnością oporu wobec historii, w która się zagłębia pomimo tej niechęci.

Według szwedzkich wierzeń kwietniowa czarownica to osoba potrafiąca wejść w ciało zwierzęcia ("pożyczyć je", jak babcia Weatherwax) lub w przedmiot. Kwietniową czarownicą jest Desiree, ciężko upośledzona od urodzenia i jeszcze w szpitalu porzucona przez matkę (postępującą zresztą zgodnie z obowiązującymi w Szwecji lat 50-tych przepisami), całe ponad czterdzieści lat swego życia skazana na bezwolną tułaczkę po kolejnych zakładach opiekuńczych.

Jej matka, Ellen, być może nie mogąca udźwignąć grzechu porzucenia własnego dziecka i pragnąc go jakoś odpokutować tworzy rodzinę zastępczą dla trzech dziewczynek, sióstr-nie-sióstr Desiree, każdej noszącej w sobie jakieś bolesne piętno - dziecka katowanego, porzuconego, nie rozumianego. Desiree, spędzająca dnie nieruchomo, monotonnie i bezsensownie, nocą wnika w ciała ptaków i iście magicznym sposobem poznaje prawdę o swojej przeszłości, oraz "spotyka" swoje nie-siostry, kobiety, które - jak czuje, hodując w sobie gniew i bunt - ukradły jej to, co powinno należeć do niej - dom, matkę, ciepło, miłość, własne miejsce na ziemi, rodzinę... Więc snuje plan zemsty na przygarniętych dziewczynkach, "siostrach", za pozbawienie jej troski i czułości matki, i zajęcie jej miejsca; ma moc, by to zrobić... by śledzić dorosłe już teraz kobiety i manipulować nimi aż do końca. Te wędrówki utrzymują ją przy życiu - wybitny umysł i niezwykłe zdolności, uwięzione w bezwładnym, skurczonym ciele zyskują bodziec, by czekać na noc... i na kolejną... i kolejną...

To jest genialna proza. Genialna. Narracja niebywale precyzyjna, portrety psychologiczne wszystkich bohaterek zarysowane z niezwykłym wyczuciem, wątek magiczny - nie przesadzony, nie udziwniony, dokładnie taki, by całą historię otulić mgielką magii, dokładnie taki, by nie stało się to niewiarygodne.

A przy tym każde słowo tej książki boli, a cała historia jest przeraźliwie smutna, dogłębnie. Rozrywa serce na miliony kawałeczków, i to bez znieczulenia. Bez nadziei na szczęśliwe zakończenie. Bez nadziei. Żadnej.

Na okładce królewskomatczynego wydania "Kwietniowej czarownicy" napisano: "Moralitet w stylu Bergmana".

A Królowej Matce Bergman wydaje sie w porównaniu z Majgull Axelsson pogodnym epikurejczykiem.

I pomimo to ma na półce wszystkie jej powieści, w tym trzy nie przeczytane - nie dlatego, że je wącha, cieszy się nimi, głaszcze po okładce, ale dlatego, że jeszcze nie nadeszła właściwa chwila na ciszę, na odizolowane, spokojne miejsce, odległe od codziennego gwaru, nie nadeszła chwila, gdy Królowa Matka zebrała w sobie dość odwagi (a trzeba jej naprawdę wiele), by poddać się tym słowom i historiom, raniącym jak deszcz ze szkła.

Ale wie, że znajdzie je. Kiedyś. Na pewno tak.

Po prostu musi.

12 komentarzy:

  1. Fantastycznie piszesz o książkach. Te dzisiejsze pozycje bardzo mnie zaintrygowały, sięgnę na 100%. Ciekawa jestem bardzo, czy zanim dotrzesz do 30 pojawi się coś mojej ukochanej Margaret Atwood (od kiedy wypłynęła Alice Munroe, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, ale jako że obie reprezentują półkę "pisarek kanadyjskich" więc zaraz nadrobiłam, to trochę mi się obie mylą i to chyba komplement dla Margaret..).
    Bardzo lubię tu zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Badzo mi miło.

      Od razu odpowiem, że Atwood się nie pojawi, chociaż uważam "Opowieść podręcznej" za wstrząsajaca (a inne rzeczy też lubię bardzo). Niestety, gdybym miała napisać o wszystkich ulubionych autorach i ulubionych ksiązkach potrzebowałabym wyzwania co najmniej trzyletniego, a i tak nie wiem, czy bym sie zmiescila :)...

      Usuń
  2. No nie, teraz to już muszę przeczytać "Kwietniową czarownicę"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam bardzo, ale NIE w depresyjnym nastroju!

      Usuń
  3. Dla mnie najsmutniejsza , bardzo przejmująca książka to "Jest później niż myślisz" Gilberta Gerbsona. O małżeńśtwie, w którym żona umiera na raka i do końca stara sie ukryc chorobę. Jakoś mi sie przez łzy czytało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam, ale nie wiem, czy mialabym siłę przeczytać...

      Usuń
  4. Po dwóch książkach Axelsson, w tym "Kwietniowej ..." właśnie nie odważyłem się na razie na więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, rany, ja naprawdę nie czytałam Twojej recenzji, a wygląda, jakbym z niej ściągała :DDDD! Nawet chciałam napisac, że powinno się Axelsson czytać w pogodny letni dzień :D. Silnie nam się wrażenia zbiegly :))).

      Czytałeś "Drogę do Nilfheimu" ("Drogę do piekła" w innym tłumaczeniu")? To jest dopiero depresja na poziomie Wielkiego Rowu Mariańskiego!

      A tak dobrze napisana.

      Pewnie przez to (dzięki temu?) mam na półce jeszcze trzy nie przeczytane Axelsson. I czekam na baaaaardzo pogodny dzien ;).

      Usuń
    2. Czasem tak jest i sam już kilkakroć łapałem się na tym, że ktoś już użył słów, które mnie lęgły się w głowie :) "Drogi ..." nie czytałem. Drugą Axelsson był "Dom Augusty". Przytłaczający. Na razie życzę sobie lektur lekkich. Tja! Pewnie dlatego czytam "Wrońca" :P

      Usuń
  5. "Mój pionowy świat" Kukuczki. Choć jest napisana dość suchym językiem o ogromnej pasji i trudzie w zdobywaniu kolejnych szczytów, to jakoś nie mogłam znieść świadomości, że tego człowieka już nie ma. Niedawno byłam na takim spotkaniu z Wielickim, który opowiadał o polskich himalaistach i nawet jemu głos się łamał przy niektórych zdjęciach.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Kwietniową czarownicę" wynalazłam na blogach i uparłam się, że ja przeczytam. Tak bardzo się uparłam, iż dwa dni spędzone w BUW-ie z książką minęły niepostrzeżenie. Do podobnej jakości książek Axelsson zaliczam jeszcze "Dom Augusty", reszta jakoś do mnie nie przemówiła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ta, która nigdy nie byłam" tez nie? Pytam z nadzieją, bo wolałabym nie popadać w depresje na skutek lektury, a przy Axelsson mi sie zdarza...

      Usuń