Chłodny, deszczowy Gdańsk. Wiosna spóźnia się w tym roku. Jest dżdżyście, trochę mroźno, pochmurno i ogólnie niesympatycznie.
W Nowym Porcie zostają wyłowione zwłoki młodej kobiety, którą morderca związał i obciążył tak, by uczynić z jej ciała coś w rodzaju makabrycznej boi. Sprawę do rozwiązania dostaje starszy aspirant Edward Sokulski, który podejrzewa, że zwłoki mogą należeć do zaginionej przed niespełna tygodniem osiemnastolatki, która zniknęła bez śladu podczas nocnej imprezy na plaży w Brzeźnie. Edwardowi została co prawda przydzielona tylko sprawa zaginięcia, ale nie potrafi opanować ciekawości, którą wzbudza w nim "Rusałka" i zaczyna wtykać nos tam, gdzie nie powinien.
W dodatku szybko okazuje się, że trudno ustalić tożsamość denatki, a śledczy natrafia na labirynt niedomówień i zaskakujących powiązań... Śledztwo zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wciągając Sokulskiego w historię, która stawia przed nim i jego partnerką Darią Tyszką coraz więcej pytań bez odpowiedzi.
Czy mają do czynienia z seryjnym mordercą?
"Tańcząc na prochach zmarłych” to pierwszy tom cyklu o Edwardzie Sokulskim i Darii Tyszce, a zatem łatwo jest zgadnąć, że bohaterami powieści są starszy aspirant Edward Sokulski, doświadczony policjant, który - po popełnieniu sporego błędu - ostatnimi czasy nie może narzekać na nadmiar powodzenia, a wręcz odwrotnie. Jest na cenzurowanym u przełożonego, który przydziela mu mało znaczące i niespecjalnie efektowne sprawy, a jeszcze gorzej wiedzie mu się w życiu prywatnym - kobieta, z która był związany nie wytrzymuje policyjnego trybu życia (oraz, gdyby ktoś mnie pytał, niebanalnego charakteru Edwarda) i wystawia mu walizki za próg, Sokulski jest bowiem upartym draniem, mającym spore problemy z panowaniem nad nerwami i nie widzącym problemu w łamaniu zasad dla dobra sprawy, które to dobro ocenia według własnych, subiektywnych zasad. Jego partnerką w śledztwie jest Daria Tyszka, która od komendanta dostała pozornie proste zadanie - ma pilnować, by Edward znowu nie zrobił czegoś głupiego. Daria jest młodą, obiecującą i przestrzegającą zasad policjantką, która bardzo szybko awansowała, choć - jak głoszą plotki - nie zawdzięczała tego talentowi i pracowitości, tylko wujkowi, który jest szychą w Komendzie Wojewódzkiej...
Historia przestępstwa sama w sobie jest dość intrygująca. Mamy zwłoki młodej kobiety, której czasu zgonu nie da się ustalić, ponieważ wszystko wskazuje na to, że morderca je zamroził, i nie w zamrażarce, ale w fachowych warunkach, przy użyciu ciekłego azotu i innych gazów, stosowanych w kriogenice. Mamy zaginioną nastolatkę i pytanie, czy te dwie sprawy coś łączy? Mamy niesubordynowanego śledczego z fatalną opinią i wysoce wyspecjalizowanym policyjnym nosem. Mamy, słowem, spory potencjał w tej opowieści.
Która, niestety, jest też o o kilkadziesiąt (a wręcz kilkaset) stron za długa. Bez mrugnięcia okiem i bez straty dla wątku przestępstwa i prowadzonego śledztwa urwałabym z niej ze dwieście stron. Zbyt wiele jest w niej wątków prowadzących donikąd. Zbyt wielu pobocznych bohaterów, których imiona i nazwiska giną w natłoku informacji, i którzy są, Bogiem a prawdą, zupełnie niepotrzebni. Zdecydowanie zbyt wiele opisów wewnętrznych rozkmin bohatera, które spokojnie można by wyrzucić praktycznie w całości jako nie tylko nic nie wnoszących do treści, ale tylko jeszcze bardziej spowalniających akcję.
Wszystko to, co powyżej sprawia, że na pewnym etapie lektury słowo "interesująca" przestaje pasować do tej historii. Jest ok, ale nic poza tym. Nic specjalnego. Nie przy takiej objętości, gdzie większość tekstu to lanie wody do tego stopnia, że po pewnym czasie w moim dość, co będziemy ściemniać, znużonym mózgu pojawiła się myśl, że jedyną zaletą zapoznania się z utworem jest to, że będę mogła zakreślić okienko "Powieść powyżej 600 stron" w Wielkobukowym bingo, a powiedzmy sobie, nie jest to główny, ani nawet poboczny powód, by w ogóle brać się za lekturę.
Akcja powieści została umiejscowiona w Gdańsku, co pozwoliło mi zakreślić kolejne okienko na kolejnej planszy bingo ("Książka, której akcja rozgrywa się w miejscu, które dobrze znasz"). Autor oprowadza czytelnika po mieście tropem bohaterów, i zaprawdę, nie szczędzi przy tym szczegółów. Jest skrupulatny i dokładny, podaje nazwy kolejnych ulic, wymienia charakterystyczne miejsca... Fragmentów typu: "Tory tramwajowe skręciły na rozwidleniu i ciągnęły się dalej Nowotną, a Stryjewskiego przechodziła w wąską dwupasmówkę. Po kilkuset metrach Stryjewskiego przeszła płynnie w ulicę Sówki, a słońce momentalnie jakby zgasło" jest w książce naprawdę sporo, choć- pomijając już fakt, że nie są istotne dla akcji - u niezorientowanego czytelnika mogą wywołać wyłącznie znużenie.
Plus na domiar złego znowu go mamy.
Mamy kolejnego policjanta, który "był popapranym skurwysynem, który nie potrafił żyć", i który "na leżąco dokończył butelkę wódki i rzucił ją na podłogę (...) chciał się upodlić, upić do nieprzytomności i zapomnienia, ale nie chciało mu się sięgać po nową butelkę", w związku z czym wypija tylko - ekhm - jedną. Rzecz ma miejsce o pierwszej w nocy, po czym dzielny stróż prawa już o dziesiątej rano siada za kółko i rusza w Gdańsk, chociaż - jak łatwo policzyć sobie na ogólnie dostępnej stronce w internecie - ma we krwi taką ilość promili, że powinien siedzieć na tyłku jeszcze pół doby, względnie stracić prawo jazdy przy pierwszej kontroli. Ale nie martw się, o, Czytelniku, nasz orzeł (znaczy, Sokół) nie jest po prostu tępym pijusem, stanowiącym zagrożenie na drodze (opisów jego wyczynów za kierownicą. i to niekoniecznie pod wpływem, jest w powieści kilka), nienienie, to dlatego, że "starał się zapomnieć o codzienności, o tym, czemu ludzie są tak potwornie źli" jak również "sam sobie tłumaczył, że to przez pracę, przez to całe zło, którego chcąc nie chcąc doświadczał każdego dnia. Nie wiedział, czy sam siebie okłamuje, ale tak było mu znacznie łatwiej". Cóż to będzie za ulga dla rodzin osób, które nasz Sokół pozabija, jak pewnego dnia na pełnym wkurwie i pod wpływem wjedzie w jakiś przystanek czy staranuje grupkę przechodniów na przejściu dla pieszych! Zapewne myśl, że uczynił to wrażliwy policjant, nie mogący pogodzić się ze złem tego świata będzie dla nich pociechą.
Dodać wypada, że nasz heros mieszka w domku działkowym po babci po tym, jak ukochana wystawiła go za drzwi, albowiem nie była w stanie znieść jego trybu życia, puszczania się na prawo i lewo (tak, wiem, że w wypadku mężczyzn określa się to inaczej, tym niemniej jest tym właśnie), masywnego zdradzania jej, korzystania z usług prostytutek oraz problemów z kontrolą gniewu, potrafi on jednakowoż siedzieć w samochodzie pod domem ukochanej i spuścić łomot odwiedzającemu ją mężczyźnie ('Sokół poczuł, jak zaciskają się jego szczęki, a złość powolutku zaczynała wzbierać w jego mięśniach"), o głowę niższemu, drobnemu i w, o bogowie, w KOLOROWYCH UBRANIACH, więc "JAK IGA MOGŁA ZAMIENIĆ GO NA COŚ TAKIEGO!!!".
No, fakt, jak. Niestabilny, nie panujący nad agresją, zarozumiały, lekceważący wszystko, co mu nie pasuje, nie umiejący utrzymać sprzętu w spodniach, zapijaczony typ. Skarb, którego pragnie każda kobieta, co za idiotka z tej Igi.
No po prostu bingo tak bardzo, a to nawet nie jedna czwarta powieści.
Klasyki ciąg dalszy:
- pani obyczajów lżejszych niż ogólnie przyjęte jest dojrzała, by nie rzec - starzejąca się, dosłownie chwieje się nad trumną, wiecie, zmarszczki, obwisy i ostatnie chwile w biznesie rozrywkowym,
- pan policjant, pozostający z panią w kontaktach niekoniecznie służbowych określany jest jako "ten młody policjant", wszak ona "była od niego starsza o dobre pięć lat"
- państwo są w tych kontaktach od "dobrych piętnastu lat", co pozwala nam obliczyć, że młody pan policjant ma minimum czterdziestkę
- a starsza pani - czterdzieści pięć.
I ja powiem jedno.
Autor się sam prosi o tę reckę.
Nieszczęsny.
Naprawdę, naprawdę ciekawa jestem, czy doczekam czasów, w których nasi młodzi (czasem tylko duchem) pisarze kryminałów podźwigną się ze swego zapatrzenia w starych ramoli/młodych czterdziestolatków/apetycznych pięćdziesięciolatków, na których leci, kto żyw, a już na pewno młode i piękne dziewczyny, tak do dwudziestego piątego roku życia max, bo potem to, wiadomo, smuga cienia i zgrzebny całun oraz "to trzydziestka jest, a ja ze starymi babami sypiać nie będę", który to pogląd na życie charakterystyczny jest dla wielu mężczyzn w realu (koszulki dla pań z napisem: "Noś się z pewnością siebie przeciętnego białego czterdziestolatka" z powietrza się nie wzięły) oraz większości polskich autorów kryminałów (chociaż muszę zwrócić honor - nie natknęłam się na zjawisko w żadnej czytanej przeze mnie książce Michała Śmielaka, Marka Stelara i Roberta Małeckiego. No i Piotra Górskiego, ale on to, wiadomo, inna liga), i ja panom nie żałuję, niech się doskonale czują w swoich ciałach, niech promieniują pewnością siebie, niech uprawiają radosny seks, ale NA LITOŚĆ BOSKĄ, może by tak żyć i dać żyć innym? Tym odmiennej płci? I przestać tworzyć takie kocopoły, jak dojrzały mężczyzna podejrzewający, że jego partnerka-policjantka nosi luźne bluzy, żeby, uwaga, ukryć biust. Najwyraźniej na komendach policji w Gdańsku pracują nastolatki w ostrej fazie wieku pokwitania, na miejscu gdańszczan czułabym się zaniepokojona.
No a poza absolutnie nie nadającym się do lubienia głównym bohaterem i główną bohaterką, której też mam to i owo do zarzucenia (to znaczy, nie jej, tylko pomysłowi autora na nią) mamy jeszcze atmosferę ogólnej nieżyczliwości, unoszącą się nad całością jak gęsty dym.
Wiecie, Kochani Czytelnicy, ja zasadniczo od wielu lat jestem świadoma, że żyję w alternatywnej Polsce, w sumie prawie od urodzenia. W moim świecie mam kontakt wyłącznie z wysoce fachową, serdeczną i przemiłą służbą zdrowia, najlepszymi lekarzami, idealnymi pielęgniarkami, a salowe to po prostu miód na serce. Przerażające zjawisko, jakim jest w ogólnym odbiorze lekarka-orzeczniczka ZUS spędziła ze mną dziesięć minut na pobieżnym badaniu i uroczej pogawędce, po której otrzymałam wszystko, czego chciałam. Spotykam na swej drodze wyłącznie pomocnych, uprzejmych i kompetentnych urzędników, po ostatniej wizycie w Urzędzie Skarbowym znalazłam skalę, na której musiałam ocenić pracę zatrudnionych tam osób zdecydowanie niewystarczającą, bo co to jest jakieś "w skali od 1 do 5", skoro oni zasługiwali na dziesiątki, co najmniej. Kurierzy - absolutnie każdej firmy, z Pocztą Polską włącznie - wnoszą mi paczki pod same drzwi, a jeśli nie zastają mnie w domu mówią: "Za dwie godzinki będę tędy wracał, to jeszcze raz zadzwonię". Ba, ja nawet na blogu nie miewam chamskich komentarzy i nie dochowałam się przez 15 lat ani pół hejtera. Fanki Ałtorkasi pisały do mnie na priva grzeczne listy, w których próbowały mnie przekonać, że mylę się w ocenie ich idolki i zachęcając do zapoznania się z kolejnymi dziełami jej pióra.
Z tym większym zdziwieniem odbierałam tę... bezinteresownie nieżyczliwą atmosferę i niechętną podejrzliwość, którą promieniowali bohaterowie omawianej tu powieści wobec świata. Tę wrogość, agresję, to zakładanie z góry najgorszej woli u wszystkich, czy byłaby to psycholożka szkolna, czy chory nastolatek, i nie, wykonywany zawód ich nie usprawiedliwia, czytało się liczne kryminały, i promieniowanie na wszystkich lekceważącą pogardą podszytą niechęcią nie jest w nich obowiązkowe, że już nie wspomnę, że w mojej alternatywnej Polsce miałam kontakt z policją jako świadek, i raz, że panowie grzecznie nie przestąpili progu mojego domu, nim się nie wylegitymowali i nie powiedzieli, co ich sprowadza, dwa, że późniejsza rozmowa przebiegała w atmosferze wielkiej kultury i uprzejmości, a na komisariacie, na który zostałam wezwana to już w ogóle cud, że się towarzyskimi pogaduszkami przy herbatce i ciasteczkach nie skończyło. I dlatego tylko kiwałam głową, gdy nasze orły-sokoły po tym, jak zrobiły wejście z buta do domu ciężko doświadczonych i kompletnie niewinnych rodziców chorej na raka dziewczyny, uprzednio zabijając im psa na podwórku, wielce zdegustowani faktem, że rodzice nie palą się do zeznań wyjechali z tekstem: "Możemy wezwać was na komendę, ale tam nie będzie już tak przyjemnie... to będzie czynna napaść na funkcjonariusza", oł, rili, panie Lunar, na tego funkcjonariusza, który się nie przedstawił, nie wylegitymował, nie powiedział, z czym przychodzi oraz nie był umundurowany, za to wbił nieproszony na podwórko i zastrzelił stróżującego psa? No przypuszczam, że wątpię.
Ale wiecie, że nie byłoby mnie tu, gdyby autor po prostu popełnił był powieść z irytującym głównym bohaterem, zbyt szczegółowym spisem gdańskich ulic i nieco rozwlekłą? Wiecie, prawda? Wiecie, że gdyby to było tylko to, to pewnie coś bym tam napisała, oględnie i krótko, uznając, że to są moje prywatne anse, ja mam tak, kto inny ma inaczej, i nie to ładne, co jest ładne, tylko co się komu podoba? Wiecie, że skoro tu jestem i produkuję kolejny w mym życiu wpis na pięć tysięcy znaków to znaczy, że autor naraził mi się w kwestii, na którą jestem szczególnie wrażliwa? I że tą kwestią jest
JĘZYK?
Zarzuciła mu dłonie na jego ramiona i wczepiła się w niego wargami, jakby chciała je odgryźć.
Zdjęcie, które pokazał jej Sokół, wciąż kołatało się w jej umyśle.
Zimny wiatr wstrząsał jego ciałem.
Lekko zmrużył brwi.
Klakson rozdarł powietrze.
Uniósł brwi w pytającym geście.
Pod drzwiami sąsiadów pojawił się jakiś szelest.
Jego oczy rozbiegły się po okolicy, jakby szukały ratunku.
Dostrzegał tu sprzeczne tropy, które prowadziły do zaułków myśli.
Edward rozglądał się kątem oka.
Szeptali do siebie we wschodnim języku (?!)
Spryskała się ultravioletem - co za szczęście, że jestem perfumomaniaczką, to wydatnie pomogło w zrozumieniu tego zdania.
Mam tego trzy strony w notatniku.
I to nie wszystko, co można znaleźć w powieści, po prostu nie chciało mi się więcej wynotowywać.
I wiecie co, ja się zaczynam czuć jak jakiś dinozaur, który cudem przeżył spotkanie z wiadomą asteroidą i jest najstarszym, czepialskim staruszeczkiem, bo w moich recenzjach maniacko czepiam się (braku) melodii języka i jest to dla mnie istotny element książki, a na to chyba już nikt inny nie zwraca uwagi.
Ale nie wiem, po prostu nie mam pojęcia, jak można zachwycać się książką W CAŁOŚCI (prawie osiem na dziesięć gwiazdek na Lubimyczytac!!!), skoro są w niej - liczne! - zdania typu "zauważył, że pod jej oczami pojawiły się ciemne worki, a skóra na policzkach zwisa wraz z zakrzywionymi w podkówkę ustami" czy "wciąż nie podniósł wzroku z podłogi". Mnie to zakłóca odbiór lektury, czasem nie mogę przez to skupić się na treści. Tym niemniej nie zamierzam przestać się czepiać, sorry. Jeśli ma zostać jedna tylko zgryźliwa blogerka w całym internecie, to będę ja! Jest taki wiersz Wiktora Hugo, którego ostatnia zwrotka brzmi:
Jeśli tysiąc ich będzie, stanę na wezwanie.
Jeśli stu, mój zapał do walki nie zgaśnie!
Będę dziesiątym, jeśli dziesięciu zostanie,
a jeśli jeden tylko - to ja będę właśnie,
i jest to po prostu wiersz o mnie, wiecznej buntowniczce i rewolucjonistce, która nie zamierza sobie odpuścić, w tym konkretnym przypadku - nie zamierza odpuścić w temacie polszczyzny popularnych powieści.
Zwłaszcza, że... dziwaczne i niekoniecznie poprawne zdania to nie wszystko, co tu mamy.
Bo mamy i ulubiony przeze mnie problem ze składnią oraz podmiotami:
W trakcie zmywania naczyń zadzwonił jego telefon.
Miała jeszcze trochę czasu, nim przyjedzie Sokulski, który postanowiła przznaczyć na przepytywanie seksworkerek.
Mamy błędne użycie słów:
Wczoraj widział w niej znacznie więcej poddaństwa czy zachowawczej ostrożności, dziś natomiast w jej spojrzeniu kryło się coś znacznie innego.
Ich twarze wyrażały zimny profesjonalizm, a spojrzenie nakazywało poddaństwo (czy jest coś nie tak ze słowem "posłuszeństwo"? Wyszło z użycia? Stało się niemodne? Zakazuje go konstytucja albo kodeks karny?)
Prawowici zasługiwali na pomoc, a zbrodniarze na karę. Prawowici? PRAWOWICI??? Serio?
Ślad medialnych donosów. Doprawdy, ktoś powinien uświadomić autorowi różnicę między "donosem" a "doniesieniem".
Patrol zrobił cośtam cośtam - wyjawił policjant (i informuję, że to wyjawienie to był meldunek przełożonemu, a nie szeptanie sobie sekretów na uszko).
Zreferowała Walczakowi arkana swojej współpracy z Sokulskim. Arkana, drogi autorze, to są szczegóły jakiejś wiedzy dostępne nielicznym, Tyszka referowała SZCZEGÓŁY swojej pracy z Sokulskim, ponieważ dla Walczaka, doświadczonego policjanta, arkana pracy w policji to nie są żadne arkana.
Spojrzał na Edwarda z politowaniem w oczach (musicie uwierzyć mi na słowo, że powinno być "z litością", względnie "ze współczuciem").
Ja pierdolę, warknął niepocieszony Edward, i nie w sensie, że szlochał zrozpaczony i nie dawał się pocieszyć, tylko był po prostu wściekły.
Mamy takie dziwne coś, co sprawiało, że momentami miałam wrażenie, że książkę pisał cudzoziemiec, który co trudniejsze zdania wrzucał w tłumacza gugle, czyli anglicyzmy/germanizmy w formie czystej:
Kiedy jego spojrzenie wróciło na Sokulskiego, na jego twarzy nie było już drwiącego uśmiechu.
Cytowane już: 'Sokół poczuł, jak zaciskają się jego szczęki, a złość powolutku zaczynała wzbierać w jego mięśniach
Sokulski zmroził ją swoim spojrzeniem.
Czuł, jak z każdą chwilą jego dłonie zaciskają się na kierownicy coraz mocniej, a na jego czole występuje pot.
Mamy, związaną zapewne z jakąś silnie występującą u autora potrzebą uczynienia języka powieści bardziej literackim (Niebieska łuna syren (!!!) przebijała się przez ciemny dym i czerwone języki ognia, sprawiając, że ich cel - gigantyczny, płonący hangar, przyp, moje - niemal nachalnie rzucał się w oczy) i ubarwienia każdej wypowiedzi sporą ilością przymiotników kompletną nieumiejętność opisania stanu psychicznego bohaterów.
Tyszka spojrzała na niego spode łba i na krótką chwilę ją zamurowało. Uśmiechnęła się krzywo i rzuciła mu łobuzerskie spojrzenie (gdzie to, że kogoś zamurowało oznacza, że go zatkało, i to dość znienacka, "spojrzenie spode łba" i "krzywy uśmiech" mają raczej negatywne znaczenie, a "łobuzerskie spojrzenie" - figlarne, i tylko ono pasuje do opisywanej sytuacji).
Podsumowując, mamy zbyt rozwleczony, przegadany, wikłający się w niepotrzebne detale kryminał z nielubialnym, niesympatycznym i niesubordynowanym bohaterem (jedyną osobą, która wzbudziła moją sympatię w tym dziele był przełożony naszego Sokoła, uparcie opisywany jako prostak z nażelowana fryzurą i nadużywający słowa "kur...", a ja sobie myślałam, że gdybym miała takiego podwładnego, samowolnego, niezdyscyplinowanego i opornego, za którego musiałabym nieustannie świecić oczami i bez przerwy wyciągać go z bagna, w które sam wlazł, to "kur..." byłoby najłagodniejszym słowem, które skalałoby ust moich korale), odnoszącym się do innych z wyższością, którego finałowa przemiana niemal w ciało astralne mnie totalnie nie przekonała, z zagadką, która mogłaby być ciekawa, ale utknęła we wspomnianych detalach...
I z polszczyzną, która mnie bolała w mózg.
Aczkolwiek jeśli kogoś tego typu polszczyzna w mózg nie boli, może spróbować sam przeczytać tę powieść, bo - o czym zawsze z naciskiem przypominam - moje zdanie nie jest w najmniejszym stopniu obowiązujące, a cała historia jakiś tam potencjał ma.
Ale ja za kolejną część pary gdańskich detektywów podziękuję.












