piątek, 31 grudnia 2021

2021

Czego nie lubimy? CZE-GO-NIE-LU-BI-MY?!

SYL-WE-STRÓW!

Brawo! I CZE-GO JESZ-CZE?!

POD-SU-MO-WAŃ!!!

No więc nie lubimy Sylwestrów (a w zasadzie, by być precyzyjną jak cięcie skalpelem, Sylwestry zwisają nam i powiewają, oraz żywimy do nich stosunek doskonale obojętny) i podsumowań, ale jak ma się blogunia (nic to, że konającego, cała blogosfera podobno jest na wykończeniu, ale że od lat kona i jakoś ciągnie pożywimy nadzieję, że jeszcze chwilę pociągnie) to się i jakieś podsumowanko strzeli. Dla potomnych. Głównie własnych.

A więc - rok 2021.
 
Rok 2021 był zły i dobry. 
 
Dobre jest to, że przeżyliśmy go i w ten nowy wchodzimy - my i zwierzątka nasze - w komplecie. I zdrowi. Jak się ma Mamusię, której pięć lata temu lekarze dawali w maksie rok życia, to jest to największy sukces. Jak się żyje w świecie z pandemią w pakiecie, to jest najważniejsze. 
 
A Potomek Młodszy dostał się do liceum, i po pierwszym półroczu nadal twierdzi, że to najlepsze liceum, najlepsza klasa, najlepsza wychowawczyni i w ogóle wszystko, co się da najlepsze ever. 
 
Bardzo fajnie jest mieć pod ręką Potomka Młodszego z tym jego promieniowaniem entuzjazmem pomimo hormonów, nastoletnich lat, burz i naporów, tak nawiasem mówiąc.

Covid przeszliśmy w Domu w Dziczy  tak lekko, że wszystkim Państwu tego życzę - jeśli już Zaraza ma Was dotknąć, to oby raczej musnęła, jak nas. 

A jednocześnie to właśnie z covidem związana jest najbardziej gorzka pigułka z licznych gorzkich pigułek, które musiałam tego roku przełknąć, tak gorzka, że na samo wspomnienie czuję gorycz na języku i gardło mi się ściska. Dostałam lekcję, z tych, których się nie chce przechodzić i, co gorsza - z tych, które nic w twoje życie nie wnoszą, poza wspomnianą goryczą. 

Miałam ogromne problemy ze zdrowiem, z życiem, a w zasadzie z całą "moją osobą" przez prawie pół roku. Sześć miesięcy, których konsekwencje pewnie jeszcze długo się będą za mną ciągnąć, sześć miesięcy, w czasie których wydawało się, że trzyma mnie w jednym kawałku wyłącznie marna i słaba (choć, jak się ostatecznie okazało, nie taka słaba) cielesna powłoka. Jakkolwiek głupio to brzmi, miałam wrażenie, że rozsypałabym się jak pęknięty woreczek szklanych kuleczek, gdyby ktoś w tej powłoce zrobił jakiś nadmiarowy otwór. No ale wreszcie się wzięłam za łeb, zwalczyłam chęć zwinięcia się w kłębek i zahibernowania na zawsze, i wypełzłam, i bardzo się staram, żeby pozostać, taka wypełznięta, i łatać, co się da. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało, wszak łatanie to szycie, a ja, jak powszechnie wiadomo, nienawidzę szyć.

Trochę osiwiałam, trochę się sypię tu i tam, trochę obwisłam, trochę się zgarbiłam. Zaliczyłam epizod - mam nadzieję, że epizod - poczucia, że gdybym zniknęła, to nikt by tego nie zauważył. I że to, co robię, te marne rzeczy, które robię, są naprawdę marne i nikomu, nikomu niepotrzebne. Średnio fajne uczucie, nie polecam nikomu.

Zawodowo... okeeej, porzućmy ten temat, uznajmy, że zawodowo nie istnieję, tak będzie i prościej, i lepiej dla wszystkich.

Oczywiście pomogli mi się łatać ludzie, a znaczna ich część nie ma pojęcia, że uczestniczy w tym procesie (i wszystkich z nazwiska nie wymienię, ale kilku tak - Daimonia, Chomik, Czytelnicy, którzy piszą do mnie na priva, Już Wy Wiecie, Kto, Czytelnicy, którzy tu są, mimo uwiądu strony i figli Facebooka jak również jego radosnych działań skutkujących wywaleniem osiem lat tworzonego fanpejczyka w wirtualny niebyt, Kasia i jej Grupa z Chopinowskim Szmerglem, na pewno zapomniałam, kto jeszcze, a jest Was Wielu), dziękuję wam milion razy <3.

Plany noworoczne wystąpiły u mnie w postaci zamiaru Nie Kupowania Niczego Przez Cały Rok, jeszcze się ten nowy nie zaczął, a już jestem ciekawa, co mi z tego wyjdzie :D. To znaczy, uściślę, jedzenie sobie będę kupować :D. I buty, jeśli mi się te, co jej mam, rozpadną. Ale żadnych kosmetyków, żadnych perfum (jestę albowię perfumoholiczką z Nadmiarem Flakoników), żadnych włóczek (mam zapasy! Na lata, obawiam się), żadnych książek. Odkryłam, że biblioteka w okolicy Domu w Dziczy jest przyjemnie zaopatrzona i zamierzam te zasoby trzebić, podobnie jak sukcesywnie likwidować Stosiki Wstydu. Żadne wydawnictwo nie chce już ze mną współpracować, co mnie w najmniejszym stopniu nie dziwi, więc recek miodzio nówek nieśmiganych na bloguniu nie uświadczycie. Ale nie-nówek kto wie. Wszak zapewne pojawi się wersja WBBingo AD2022, a ja KOCHAM WBBingo, zwłaszcza okładkowe.

Mam szaleńczo ambitny plan reaktywacji Kłębowiska, bo po numerze, jaki mi wywinął Facebook z usunięciem fanpejdża Królowej Matki zrobiłam się ciut niepewna w kwestii losów tego robótkowego. Kto go wie, co mu strzeli do głowy, temu Fejsbuku, rozsądniej byłoby wyprzedzić jakoś jego nieopanowane podrygi. Tak więc, jeśli ktoś lubi moje udziergi polecam się łaskawej pamięci i kciukom.

Zaczynam naukę nowego języka, a w zasadzie dwóch, przypomniało mi się bowiem, że kiedyś to bardzo lubiłam. Sprawdzimy, do jakiego stopnia macierzyństwo zlasowało mi mózg i co mi z tego "ach, jak to lubię!" wyjdzie.

A poza tym? Będę karmić moje ptaszki za oknem (uwielbiam ptaszki za oknem, te pierzaste kuleczki energii na cieniutkich nóżkach, mogę na nie patrzeć godzinami, na te rozpsute przez mła paskudki, które dopominają się dorzutek do karmników głośnym świergotem i nie fatygują się, by odlatywać, gdy posłusznie lecę z dorzutką w garści, żeby  uzupełniać, co trza), spacerować z psem, głaskać kota, przerabiać na udziergi te kłębiące mi się w głowie pomysły, a potem składować je za szafą w wielkim pudle, czytać, dokładać starań, by nie podusić Potomków. Nie obiecuję, że się uda, zwłaszcza to ostatnie. Gdzieś wyjadę, coś zwiedzę. Spędzę letnie wieczory na werandzie, patrząc w przestrzeń. Może spotkam się z Ludźmi, Których Lubię. Chciałabym.

I jest tu może ktoś, kto ma jakiekolwiek pojęcie na temat planów artystycznych zespołu Golec uOrkiestra?

Bo osobiście nic nie mam przeciw braciom Golec, ale, wiecie.

Może już wystarczy.

Najlepszości, Kochani.

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Poświątecznie, nastrojowo

 Pompon Młodszy (w rozmarzonym zamyśleniu podrzucając w ręku zośkę, którą dostał był na szkolnej Wigilii) - To super prezent jest. Super. I wymyśliłem nową grę, w którą można nim grać!

Królowa Matka (ostrożnie, zna bowiem swoje subtelne, kruche, i tak dalej, ściema mode on, Dziecię nie od dziś) - Doprawdy?

Pompon Młodszy - Tak. Nazywa się "Ból-zośka".

Królowa Matka (słabo) - Jak?

Pompon Młodszy (rzeczowo) - Ból-zośka.

Królowa Matka (pchana jakąś tajemniczą a irracjonalną siłą, bo przecież w głębi serca wcale nie chce znać odpowiedzi na to pytanie) - A na czym polega?

Pompon Młodszy (tonem wyjaśnienia, oraz promiennie uśmiechnięty i wznosząc na matulę przejrzyste, błękitne oczęta) - No, ja rzucam z całych sił, a Borysa boli.


A jak u Państwa z poświątecznym nastrojem oraz pokojem ludziom dobrej woli?


środa, 15 grudnia 2021

Nie tylko Potomki

 Z serii: "Nauka zdalna to tyyyle radości".

Matematyka. 

Nauczycielka przedłuża zajęcia o dwadzieścia sekund.

Jadwiga - Proszę pani, a na moim zegarku jest już 8.31, a my mamy lekcje do 8.30!

***

Polski. 

Nauczycielka przedłuża lekcję o jakąś minutę.

Jadwiga - Proszę pani, już jest po lekcji, chyba z pięć minut temu powinniśmy się rozłączyć!

***

Historia. 

Pan nie rozłącza się równo z wybiciem godziny jedenastej.

Jadwiga - Proszę pana, ja tylko chcę powiedzieć, że ta lekcja powinna się skończyć trzy minuty temu!

***

Technika. 

Pan jest w środku zdania, i to mimo faktu, że 11.45  już za nami od, odlaboga, jakichś dwóch minut.

Franciszek - Proszę pana, Jadwiga chce powiedzieć, że ta lekcja już się skończyła i jesteśmy parę minut po czasie.


I oto mamy przykład "wyrobienia sobie opinii" w pełnej krasie, choć przyznać Królowa Matka musi, że nie to miała zazwyczaj na myśli, gdy wspominała o zjawisku :D.

wtorek, 14 grudnia 2021

Miłość w chłodnym klimacie (by Pompony et consortes)

Pompon Młodszy (składając szczegółowe sprawozdanie z dnia szkolnego, i owszem, jest to czynność całkowicie zbędna, jako, że siedzimy na zdalnych i Królowa Matka w tychże lekcjach niejako uczestniczy, ale Pompon Młodszy nigdy nie pozwala się powstrzymać nieistotnym drobiazgom) - ...i, mamusiu, dziś na godzinie wychowawczej losowaliśmy osoby, i każdy miał o wylosowanej osobie napisać trzy sympatyczne rzeczy...

Królowa Matka (nieco, przyznajmy to, nieuważnie) - Aha...

Pompon Młodszy - ... i ja wylosowałem Martynkę, i napisałem o niej, że jest przyjacielska, uczynna i zawsze ma dobry humor... (z cieniem wahania w głosie) Chciałem co prawda napisać, że jest bojowa...

Królowa Matka (z pełnym przekonaniem, zna bowiem Martynkę, i to bynajmniej nie od dziś) - Powinieneś był.

Pompon Młodszy (nie czyniąc przerw dla wysłuchania matczynej opinii w temacie) - ...ale nie byłem pewny, czy to na pewno byłoby miłe.

Królowa Matka (zgadzając się z dzieciomtkiem) - No w sumie racja.

Pompon Młodszy (pozostając w ciągu) - A Jadwiga, wiesz, mamo, ta nowa...

Królowa Matka (z mocą, Jadwigi albowiem może i nie zna tak długo, jak Martynki, ale w niektórych wypadkach te głupie dwa-trzy miesiące w pełni wystarczają) - O, tak. Wiem.

Pompon Młodszy - ... wylosowała Roberta i napisała o nim "miły, wulgarny knypek".

Królowa Matka (w osłupieniu) - Że jak.

Pompon Młodszy (niemalże sylabizując dobitnie) - Miły. Wulgarny. Knypek.

Królowa Matka (jak wyżej) - I to miały być te sympatyczne rzeczy?

Pompon Młodszy (tonem koniecznego wyjaśnienia) - No, tak, bo, wiesz. Oni się w sobie zakochali i ze sobą chodzą.


Cóż.

Stara się Królowa Matka nie nadużywać dźwięcznej tej frazy, ale czasem człowiek musi, inaczej sie udusi.

Otóż ZA MOICH CZASÓW  miłość się objawiała w jakiś inny sposób.

Chyba :D.

czwartek, 9 grudnia 2021

O korzyściach oziębłości emocjonalnej

 Z serii: "Ulubiona Mamusia Królowej Matki komentuje".

Królowa Matka wraz z Mamusią ogląda "Lato miłości". Państwo wią i rozumią, Chopin, Nohant, George Sand, Solange, muzyka, porywy serc i ciał, stada bocianów, te rzeczy.

Mamusia Królowej Matki (pogrążona w głębokiej, filozoficznej zadumie) - Co za szczęście, że my nigdy nie miałyśmy wspólnego ukochanego, którego obie namiętnie pożądałyśmy! Bo jeszcze byśmy się poróżniły...

No kamień z serca normalnie, powiada Państwu Królowa Matka!

niedziela, 28 listopada 2021

Efekt pandy" Marta Kisiel

No więc taka sytuacja jest. Zdrowotność człowiekowi siada tak, że czuje własne serduszko w gardle i zastanawia się, czy to zawał, globus histericus, który skutkiem długotrwałego stresu dławi mię jak tę biedną stryjenkę Emilię, czy może, no nie wiem, rak krtani. Potomki częściowo w szkole, a częściowo na nauce zdalnej, i nie ma tak dobrze, żeby wszystkie jednakowo, nienienienie, to by było zbyt duże ułatwienie w życiu, każde z osobna przechodzi na zdalne i wraca na stacjonarne bardzo się starając, żeby, nie daj bogowie, nie zahaczyć o zdalne/stacjonarne braciszka nawet jednym dniem. Dodajmy do tego chorą przewlekle matkę, której jakąś opiekę wypada zapewnić w te dni, w które zdalne nauczanie Pacholątek trzyma człowieka z dala od domu rodzicielki. A poza tym normalka, inflacja, galopujące ceny benzyny, pandemia, zaciskanie pasa, by starczyło do pierwszego, ten codzienny taniec na wulkanie. I, jakże mogłam zapomnieć, listopad. Ciemno, gdy się człowiek budzi, ciemno, gdy wraca do domu po całym dniu w Cywilizacji, a jak nie wyjeżdża do Cywilizacji, to też ciemno, bo szare chmury wiszą nad światem tak nisko, że - zdałoby się - wystarczy wyciągnąć rękę, by ich dotknąć. Gdyby się miało dość energii, by tę rękę wyciągać, a zazwyczaj się nie ma, bo to przecież listopad i każdą iskiereczkę energii człowiek przeznacza na to, by się zwlec z łóżka, zająć Pacholątkami i własną mamusią oraz nie umrzeć na zawał łamane przez globus histericus, a nie na to, by chmury macać.

I na to wszystko wkracza Marta Kisiel, cała w bieli, i z 


"Efektem pandy" w dłoniach.

Akcja "Efeku pandy" zaczyna się kilka miesięcy po "Dywanie z wkładką". Do Polski przyjeżdża dość niespodziewanie niejaka Briżit Roulon, czyli matka Tereski, na stałe mieszkająca we Francji. Lecz zamiast, jak zwykle, po kilku dniach roznoszenia w proch i pył uporządkowanego życia córki niczym jakieś niewielkie, ale zdeterminowane tornado, odlecieć do Francji, do męża, przy niedzielnym śniadaniu beztrosko (i nie zwracając uwagi na zgłaszane zdania odrębne) informuje rodzinę, że załatwiła dla siebie, córki i wnuczki, a nawet dla Pindzi, również, bądź co bądź, stworzenia rodzaju żeńskiego, babski wypad do spa. A że akurat w tym momencie wpada z wizytą teściowa Tereski, Mira, ją również dołącza do ekipy.

Relaksujący pobyt w wypasionym SPA jest zaplanowany co do szczegółu, wszystko zda się, dopięte na ostatni guzik, a nasze bohaterki - w każdym razie część z nich - bardzo potrzebują odpoczynku po przejściach sprzed kilku miesięcy.

Ale, zdaje się, odpoczynek ten nie jest im pisany (względnie - wypoczywać po prostu nie potrafią), bo jak się wkrótce okaże wrócą do domu bardziej zmęczone niż przed wyjazdem.

A wszystko to przez tajemnicze zachowanie sąsiada z apartamentu obok. Panie, ubogacone doświadczeniem, z miejsca uznają, że sąsiad idealnie pasuje na zbrodzienia. Jest arogancki, zachowuje się mało uprzejmie, traktuje świat jako podajnik rzeczy, które mu się z definicji należą, no zbrodzień jak się patrzy! A w dodatku po słyszalnej na całą okolicę kłótni znika jego żona. Tereska, Mira i Zoja zaczynają swoje śledztwo, jednocześnie bardzo starając się trzymać Briżit jak najdalej od dochodzeń, przesłuchań, knucia i zbrodzienia jako takiego, albowiem ten wszak może być człowiekiem niebezpiecznym.

I właściwie tyle wystarczy, by zgadnąć, nic nie pójdzie według ciut szalonego, ale tak na oko całkiem konkretnego planu...

Początkowo miałam zamiar popełnić recenzję, no, może nie recenzję, a... eee... opinię? Wpis! O, właśnie, wpis miałam zamiar popełnić, w punktach. Żeby się nie rozpisywać, tylko ładnie, punkt po punkcie wymienić, co mi się w "Efekcie pandy" podobało i za co jestem Ałtorce wdzięczna.

Ale ostatecznie zdecydowałam się pójść w klasykę i polecieć ścianą tekstu. Albo ścianką, zależy, na co mi pozwoli życie rodzinne.

Nie wiem, czy Marta Kisiel uznałaby to za komplement, więc na wszelki wypadek zaznaczę, że i owszem, to miał być komplement, i to sporego kalibru - otóż osoba zajęta dużą ilością Potomków (ja się pytam, kiedy one dorosną na tyle, żeby być samobieżne?!), nie umieraniem na zawał, swojom horom matkom i przeczołgiwaniem się przez listopad niekoniecznie ma siłę czytać jakieś opasłe tomiszcza dla Elyty Intelygenckiej przez wielkie EI, jakieś duszoszczipatielnyje kawałki (czy wręcz kawały), czyniące rozdrapy na duszy, zalegające kamieniem na sercu i miażdżące umysł. Nie, taka osoba łaknie książki przyjemnej i zabawnej, napisanej doskonałą polszczyzną, z powycinanymi przydawkami, nienachalnym humorem i tym ciepełkiem i atmosferą, w którą Ałtorka tak bardzo umie, wiecie, z tym ciepełkiem, które sprawia, że, czytając, czujemy się otuleni mięciusim kocykiem i napojeni kakałkiem z piankami, a po skończeniu czujemy żal, że nie jesteśmy tacy, jak bohaterowie/żyjemy w innym świecie/nie mamy takiej rodziny i przyjaciół, bo bardzo byśmy chcieli.

Nie wiem, do jakiego stopnia jest to winą moich nadinterpretacji, ale - o ile "Dywan z wkładką" odebrałam jako pozycję stricte rozrywkową - tak tu dostrzegłam typową dla Marty Kisiel (w moim skromnym i totalnie subiektywnym odbiorze, z którym można się energicznie nie zgadzać) próbę zasygnalizowania poważniejszych problemów, jak na przykład konfliktu na linii matka-córka i jego wpływu na życie i wychowanie najmłodszego pokolenia. Opisane to jest, ma się rozumieć, z właściwą Ałtorce lekkością i można rzecz przeoczyć albo nadinterpretować, jeśli się jest mną, ale... cóż, jest widoczne.

Podobnie jak subtelnie wspomniany i zarysowany motyw urazu po traumatycznym przeżyciu, jakim niewątpliwie było samo znalezienie zwłok, a gdy jeszcze dodać, że były to zwłoki zamordowane, a o morderstwo podejrzany był rodzony mąż i syn... W większości komedii kryminalnych będących częścią cyklu brakuje (nie wykluczam, że wyłącznie mi) podobnego motywu. Bohaterowie tych książek przeżywają pobicia, rabunek, są świadkami zbrodni, trafiają na celownik gangów, znajdują się w licznych sytuacjach, gdy ich zdrowie i życie bywa zagrożone, po czym w następnej książce, której akcja potrafi rozgrywać się dwa tygodnie czy miesiąc później są świeżutcy jak szczypiorek, radośni jak koliberki i nie mają najmniejszych problemów, by beztrosko wkraczać do ciemnego pokoju, w którym, powiedzmy, dziesięć dni temu zostali napadnięci i pobici, albo potknęli się o ciało najbliższego współpracownika, leżące w kałuży krwi. I jakkolwiek rozumiem konwencję i nie wyobrażam sobie, by bohaterowie kryminałów (w dodatku komediowych) spędzali czas na terapii i przez cały kolejny tom (lub tomy) zmagali się z nabytymi traumami to jednak wielce jestem rada, że w "Efekcie pandy" taki motyw się pojawił.

Bardzo podoba mi się też rodzaj zbrodni, na trop której wpadają panie. Pozwolę sobie na spoilerek i powiem, że nie jest to morderstwo, i bardzo, moim zdaniem dobrze, bo to dodaje powieści wiarygodności, ostatecznie w normalnych okolicznościach życiowych już wpadnięcie na jedne zwłoki świadczy o niewiarygodnym pechu, więcej niż raz na życiorys trafić się to może chyba wyłącznie bohaterom, którzy są policjantami (albo mieszkańcami Midsommer).

A, i jeszcze - można, moim zdaniem, czytać "Efekt pandy" jako samodzielną powieść (chociaż nie wykluczam, że tak mi się wydaje, bo znam treść poprzedniego tomu), ale lepiej jest zacząć w  kolejności prawilnej, jak Bogowie Literatury nakazali, a Ałtorka napisała.

Podsumowując - "Efekt pandy" to książka, która działa antydepresyjnie.  Nie każdego co prawda dławi globus, nie każdy ma horom matke, dzieciomtka na zdalnych czy problemy z dobrnięciem do pierwszego. Ale listopad, o, listopad to każdy ma! A w "Efekcie pandy" mamy na ten listopad plasterek, mamy doskonałe poczucie humoru, oryginalne połączenia językowe, lubialnych bohaterów, ciepełko i ciekawą fabułę.

Czego chcieć więcej? 

Nic tylko czytać!

sobota, 13 listopada 2021

"Najsłabsze ogniwo" Robert Małecki

Piotr Warot ma wszystko. Jest wziętym pisarzem, który kiedyś postawił sobie za cel utrzymywać rodzinę wyłącznie z pisania i udało mu się ten zamysł zrealizować. Jest popularny, lubiany, wręcz sławny, telewizja, radio, artykuły w prasie plus sesje zdjęciowe w plenerze, te rzeczy. Ma piękną, kochającą żonę, dwoje dzieci, dom z ogrodem pod Toruniem. Człowiek sukcesu, któremu udaje się wszystko.

Do dnia, gdy nagle znika bez śladu jego brat z dziewczyną. Policja początkowo podchodzi do tego zniknięcia dość lekko zakładając, że młoda para urwała się na romantyczny weekend w jakimś SPA, nikogo o tym nie informując, i wyłączając telefony, by odciąć się od świata, i lekceważy obawy Piotra, które narastają z każdym nieodebranym połączeniem, z każdą chwilą, która upływa od czasu, gdy widział się z bratem po raz ostatni. 

W dodatku dokładnie tej samej nocy znika z domu nastoletni syn sąsiadów. A jeszcze bardziej w dodatku po pewnym czasie dość niemrawych działań policji okazuje się, że Warot jest osobą, która całą trójkę widziała jako ostatnia przed ich zaginięciem. Tajemnice gęstnieją w powietrzu, napięcie zaczyna rosnąć...

Tylko, że wcale nie.

Od pierwszej strony, niemal od pierwszego zdania (ale przy pierwszych zdaniach staram się nigdy nie uprzedzać, więc zdławiłam rodzące się w mym czytelniczym wnętrzu podejrzenia, że to nie będzie TO) miałam wrażenie, że coś z tą książką jest bardzo nie tak.

To ósma powieść Roberta Małeckiego, którą poznałam. I trzecia recenzja. W obu poprzednich wspominałam, a wręcz podkreślałam z naciskiem, że bardzo lubię sposób opowiadania autora, kreowania atmosfery, że odpowiada mi niespieszne tempo, "skandynawskość" przejawiającą się w drobiazgowym opisywaniu planu dnia bohatera czy jego hobby, w pełni rozumiałam, że niektórych czytelników to nudzi czy męczy, albo i denerwuje, ale mnie nie. Ja to lubiłam. Nawet niedociągnięcia - tak, widziałam niedociągnięcia - zauważałam zazwyczaj dopiero PO lekturze, gdy zaczynałam, wyrwana z fikcyjnego świata, myśleć i zadawać sobie pytania: "Ale dlaczego...?". 

Tu tego nie ma. Zero atmosfery, zero napięcia, zero nastroju późnego lata (u autora, który po mistrzowsku moim zdaniem oddawał aurę panującą w opisywanym miejscu w swoich poprzednich utworach!). Proszę państwa, oto Piotr Warot. Przystojny człowiek sukcesu, szczęśliwy mąż i ojciec. Oto Karolina, jego żona, piękna, kochająca. Oto ich syn, Borys, nastolatek przyklejony do komputera. Oto córka, Nadia, przyklejona dla odmiany do ekranu telewizora. Oto Aleks, brat Piotra, krępy blondyn z loczkami, kocha motory, gotowanie i "kraftowy browar". I tak dalej. I wszystko to "bo tak". Bo tak napisał autor. Wyciął figurki z tektury, pomalował je, temu dokleił blond kędziorki i motocykl, tej komputer, tej rudą szopę włosów i piegi. Małżeństwu Warotów dopisał jakieś niedookreślone problemy w przeszłości, które wspominane są niezupełnie wiadomo po co, chyba po to, by móc zrobić z Piotra Warota nie do końca wiarygodnego świadka, ale, cóż, to też jest tekturowe. Nie czujemy żadnej więzi między bohaterami, to znaczy, owszem, autor twierdzi, że taka więź jest, ale tak naprawdę dobry pisarz nie powinien o tym pisać otwartym tekstem. Czytelnik powinien to sam widzieć, wnioskować z aury, z klimatu, z opisu wydarzeń. I tak było w poprzednich książkach Roberta Małeckiego, a w tej nie. Zupełnie, jakby autor nie miał do niej serca. Żaden ze mnie psycholog i żadna znawczyni, ale w trakcie lektury cały czas miałam to właśnie wrażenie. Że Robert Małecki pisze tę książkę od niechcenia i traktuje ją totalnie po macoszemu. Ot, musi, bo umowa, bo zaliczka, bo fani czekają. Ale nie dlatego, że miał pomysł. Albo może i miał pomysł, ale z dopracowaniem go jest naprawdę średnio.

Mimo całej lekkości fabuły, co w zasadzie jest zjawiskiem pozytywnym,  czuć jest ciężar naiwności i braki w stabilności konstrukcji, plus ewidentne... może nie tyle błędy, co "to-jest-niemożliwe"-ści w rodzaju zaginionego nastolatka, syna policjanta, którego nikt nie szuka (to znaczy, że doprecyzuję, szukają go wyłącznie sąsiedzi i znajomi), bo zaginięcie nie zostało zgłoszone, a koledzy z pracy tatusia chłopca - zaginionego DZIECKA!!! - wiedzą o tym nieoficjalnie (i nie zastanawiają się nad tym ani minuty, i nie mówią "Ty się, Wojtek, puknij w ten pusty czerep, znasz procedury", tylko każą mu iść na urlop, bo jest w trudnej sytuacji emocjonalnej, no czy rzeczywiście, drogi autorze). I chociaż wlokąca się akcja, pozbawiona napięcia w dodatku, przyspiesza wyraźnie pod koniec, nie wystarczy to, by zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie bylejakości, towarzyszące mi cały czas podczas lektury.

Dodatkowo wrażenie "a tak se piszę, na, excusez, odwal się" potęguje zadziwiająca polszczyzna, która sprawiała, że, po pierwsze, wyciągnęłam notes i zaczęłam sobie zapisywać co barwniejsze kawałki (a robię tak tylko wówczas, gdy polszczyzna pisarza/tłumacza boli mnie w oczy), a po drugie, zaczęłam mieć wrażenie, że tę książkę (a już na pewno 30-40 pierwszych stron) napisał za Roberta Małeckiego ktoś zupełnie inny.

Były rzeczy, które sprawdzałam w słowniku zakładając, że czegoś nie wiem i czepiam się całkowicie bezzasadnie ("Najbardziej zastanowił go donośny, drażliwy dźwięk", nope, dźwięk może być 'drażniący", drażliwa to ja jestem na punkcie prawidłowej polszczyzny u pisarzy, z wykształcenia, na litość boską, dziennikarzy i nauczycieli kreatywnego pisania; "...naga bezgłowa dziewczyna o alabastrowej cerze", nope, "cera" to skóra na powierzchni twarzy, z przyczyn obiektywnych niemożliwa do ocenienia u osoby pozbawionej głowy; kilkukrotnie powtarzane słowo "przedept", które w Słowniku Języka Polskiego w ogóle nie występuje, ale oznacza wydeptaną ścieżkę na trawnikach w miejscach, gdzie mieszkańcy osiedli mieszkaniowych skracają sobie drogę, w powieści używane w znaczeniu "wydeptana ścieżka w lesie"), niezręczne sformułowania ("skręcił w ulicę Księżycową, gdzie parterowy dom brata od razu rzucił mu się w oczy", ja nie wykluczam, że się czepiam jak pijany płota, ale "rzuca się w oczy" chyba raczej coś, czego się nie spodziewamy, a nie dom, który znamy, do którego właśnie jedziemy, i który tysiące razy odwiedzaliśmy), ale były też kwiatki w rodzaju:

"lęk rozwinął macki"
"szybkim krokiem schowała się do domu"
"chłód rozgościł się w jego żołądku"
"przyłożyła głowę do jego ramienia"
"...pierwszy, nieprzyjemny skurcz żołądka wykrzywił mu usta"
"odebrał telefon przyciszonym głosem"


czyli może i drobiażdżki, niezręczności językowe, i wystarczyłoby, by zmienić jedno słowo czy przebudować zdanie, by zniknęły, ale... no, cóż, nie zmieniono go i nie przebudowano.

W powieści roiło się też od dziwacznych zdań, które nic nie wnosiły do treści, za to powodowały eksplozję mentalną u osób obdarzonych plastyczną wyobraźnią ("Słomski ciężko usiadł na krześle, które jeszcze przed chwila zajmował Krzysztof Burski. Zrobił wielkie oczy i wypuścił powietrze ustami") oraz takich, których budowa wywoływałaby u każdego nauczyciela polskiego odruch chwycenia za czerwony pisak i skreślania, skreślania.... ("Gęste włosy po matce rozsypały się na poduszce". "Nie, to się kupy nie trzyma - powtórzył z pełnym przekonaniem i omiótł wnętrze salonu Magierów").

Ponadto (rozochociła się Królowa Matka uświadamiając sobie, że to jej blog i może sobie tu strzelić dowolnie długą recenzję z dowolnie sporą ilością cytatów, najwyżej nikt tego nie przeczyta) powieść ubarwiała spora ilość użytych z d...oprawdy nie wiadomo skąd sformułowań.

"- Czy to jasne?

-Jak, k... , księżyc - Aleks wypluł skrawek trawy i napił się piwa. 

- No i super - Piotr pokręcił z niedowierzaniem głową".

Dlaczego, zapytasz, o Czytelniku, z niedowierzaniem? Czy to niedowierzanie ma jakieś umocowanie w treści? Czy złośliwie wyrwałam fragment z kontekstu, żeby się wrednie czepiać? Otóż nie, to słowo absolutnie bez sensu użyte, mogłoby zostać zastąpione bardziej adekwatnym "z rozbawieniem", a najlepiej w ogóle pominięte.

albo:

"- No, nic - matka westchnęła. - Daj nam tylko znać, jeśli się do ciebie odezwie - stwierdziła zasmucona".

Matkę, której syn znika bez śladu raczej nie nazwałabym "zasmuconą", ale mniejsza, może mam inną wrażliwość językową. Ale nawet, gdyby moja wrażliwość była idealnie zbieżna z wrażliwością autora i tak mózg mnie boli, gdy widzę podobnie skonstruowane zdanie (a nie jest to, zapewniam, ostatnia taka konstrukcja w tej powieści).

No i last but not least. 

O mojej czytelniczej traumie, której imię "Marcel Woźniak" wie każdy nieco uważniejszy czytelnik tego bloga. O polszczyźnie "Ostatniego ogniwa" niech więc zaświadczy fakt, że stworzyłam sobie w notatniczku specjalną rubryczkę pod wdzięcznym tytułem: "So much Marcel it hurts". A w rubryczce zdania, które mogłyby wyjść spod pióra pana Woźniaka, i które można umieścić w "Powtórce" lub "Mgnieniu" (i to w dowolnym miejscu!) i nikt by się nie zorientował, że są cudzego autorstwa.

Jak na przykład:

"Docenił nie tylko smak trunków, lecz przede wszystkim interesującą identyfikację wizualną".

Albo:

"Dźwigał taczkę pełną gęstego betonu, pot kapał mu z czoła, mięśnie zginały się (podkreślenie moje) w pełnym słońcu".

"Po krótkim wahaniu Piotr szarpnął klamkę i suche, ciepłe powietrze wyglaskało mu łydki".

"Młody Magiera opuścił głowę i spojrzał po skosie. Warot powiódł za jego wzrokiem".

A wszystko to (i więcej) w powieści pisarza, o którym pisałam:

"Że już nie wspomnę (chociaż może powinnam, bo nie jest to rzecz bez znaczenia), że autorowi nic się nie "kłebowało koło płotka" (ani nigdzie indziej), nie "opierało o ścianę z wytrzeszczem" i nie "wypływało spod podeszw", słowem - jego polszczyźnie niczego (albo bardzo niewiele ;)) zarzucić nie było można".

Tak z dziewięćdziesiąt procent przytoczonych wyżej cytatów znalazło się na pierwszych 50-u stronach, po czym odechciało mi się je wypisywać. Nie potrafię nijak wyjaśnić takiego natężenia błędów, językowych niezręczności i dziwacznych sformułowań w książce autora, którego polszczyzna nigdy dotąd nie budziła we mnie ognistych sprzeciwów. Sprawdziłam  nawet redakcję - nie, redakcja jest ta sama, co zawsze, nie mam zatem pojęcia, co się stało. Pan Małecki odrzucił wszystkie redaktorskie poprawki? Pan Małecki przyjął wszystkie redaktorskie poprawki? Pan Małecki nie miał serca do powieści i redakcji się to udzieliło? Książkę napisał ktoś inny? Tyle pytań, tyle pytań...

Podsumowując - "Najsłabsze ogniwo" jest, no cóż, rzeczywiście najsłabsze. Ponieważ znam inne powieści autora uznaję, że to po prostu wpadka, ostatecznie każdemu pisarzowi zdarzyło się napisać coś znacznie odbiegającego od jego normalnego poziomu. 

Ale osobom, które książek Roberta Małeckiego nie znają radziłaby zacząć ich poznawanie od... jakiejś innej.

środa, 10 listopada 2021

O obowiązkach. Codziennych

Królowa Matka wraz z Progeniturą wchodzi do domu Matki Królowej Matki. Dzień jak codzień, poranek, listopad, szara poświata na zewnęczu, błękitnawa pośwista od włączonego Telewizorka we wnęczu.

Pani W Telewizorku (dystyngowanym głosem) - Czy zastanawiałeś się już, kto zapłaci za twój pogrzeb?

Królowa Matka i Potomek Młodszy, jak trafieni jednocześnie tym samym piorunem i jeszcze dodatkowo rażeni prądem:

PM (ze zgrozą) - Matkoboskoczęstochosko, znowu zapomniałem!!!

KM (w tym samym tonie) - Ja też! Przez was to wszystko, mamo, gdzie moje skarpetki, mamo, jaki dziś jogurt, mamo, on zabrał mój chlebak, a potem mamy, co mamy, i człowiek najważniejszej rzeczy zaniedbuje!!!

PM (padając na fotel) - To poczekaj chwilę, pomyślę, może jeszcze zdążę! Tak dobrze?

KM (obrzucając Potomka krytycznym spojrzeniem) - Mniej Dyskobola, więcej Rodina, i będzie gites!

PM (w zadumie) - Kto zapłaci za mój pogrzeb? Kto? (zastyga przez chwilę z pytaniem wypisanym na obliczu, po czym odpręża się wyraźnie). No, już, teraz ty!

KM (protestuje nieśmiało) - Ale ty już powinieneś wychodzić do szkoły! Zamknę za tobą drzwi korytarza i potem pomyślę...

PM (unosząc się oburzeniem) - Ale mowy nie ma! First things first! U nas nauczyciele usprawiedliwiają spóźnienia z istotnych przyczyn! 

KM (ulegając sile argumentów) - No, chyba, że tak... i w sumie słusznie. To, uważaj, myślę! Tak dobrze?

PM (taksuje mamunię wzrokiem) - Za mało uczucia... Tej egzystencjalnej zadumy za mało. Zmarszcz może brwi....o, o, o! I wzrok skieruj w przestrzeń. No, od biedy ujdzie, chociaż jesteś nazbyt rozprzężona...

KM (przepraszająco) - Czekaj, teraz się lepiej postaram (stara się, po czym rozluźnia z poczuciem Dobrze Spełnionego Obowiązku) - To miłego dnia, synku! A jutro spróbuj pamiętać, od czego należy zacząć dzień. I nie ma, że to tamto. CODZIENNIE.

PM (cmokając Królową Matkę w policzek) - No ma się wi! Na wszelki wypadek nastawię sobie przypomnienie w telefonie. Pa, mamo!

Tjaaaa.

TO jabłko nie padło, zaprawdę, daleko od jabłoni.


wtorek, 26 października 2021

"Żałobnica" Robert Małecki

W "Żałobnicy" Robert Małecki stara się wcielić w życie starą zasadę mistrza Hitchcocka - zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma rosnąć.

 

I, rzeczywiście, zaczyna się od trzęsienia ziemi. 

Na przejeździe kolejowym, który nie został zamknięty na czas, ginie mąż głównej bohaterki i jego nastoletnia córka z pierwszego małżeństwa. Niedługo później dróżniczka, odpowiedzialna za nie dopilnowanie zamknięcia przejazdu tamtego feralnego dnia, znika, a po jakimś czasie zostaje uznana za zaginioną. We wszystko zdaje się być zamieszana Anna, druga żona mężczyzny, która poza osobistą tragedią musi zmierzyć się również z tajemnicą ze swojej przeszłości - gdy była nastolatką zaginęła bez wieści i dotąd się nie odnalazła jej najbliższa przyjaciółka. W związku z zainteresowaniem opinii publicznej, jakie teraz, po śmierci męża, budzi Anna, zaczynają wokół tej sprawy węszyć lokalni dziennikarze. Czy te wydarzenia mogą mieć ze sobą coś wspólnego? I co wydarzyło się w małej małopolskiej wsi wiele lat temu?

Powieść podzielona jest na trzy płaszczyzny czasowe - odległa przeszłość, teraźniejszość i sceny krótko poprzedzające wypadek, wszystkie prowadzone w stylu pierwszoosobowym, poznajemy je z punktu widzenia Anny, co, jak przypuszczam, w zamierzeniu miało pomóc nam wczuć się w główną bohaterkę. Rzecz czyta się błyskawicznie, w pewnym momencie trudno się od niej oderwać, co jest niewątpliwie związane ze stylem pisarstwa i lekkim piórem pana Małeckiego. Autor wprowadza nowe informacje powoli, stopniowo budując napięcie, plus w typowy dla siebie sposób tworzy klimat (kto czytał np. serię o Grossie wie, o czym piszę), "rozmywa" akcję, dodając szczegółowe opisy zwykłych czynności, często powtarzalnych, i można to lubić lub nie, ja akurat lubię (u Roberta Małeckiego, że doprecyzuję, który moim zdaniem sprawnie posługuje się językiem polskim i ma talent do tworzenia atmosfery w swoich powieściach, u innych pisarzy różnie to bywa :)), bo pozwała mi się to swobodnie i bez napięcia unosić na fali opowieści, ale jak się nie lubi to można rzecz trudno znieść, bo sporo ich jest, tych opisów, i w dodatku przybywa ich z czasem.

Ponieważ "Żałobnica" nie jest typowym kryminałem, tylko thrillerem, i to psychologicznym, wypadek jest oczywiście tylko pretekstem do przedstawienia historii życia głównej bohaterki i jej tajemnicy. Małecki dawkuje nam informacje, powoli, powoli, powoooooli, wplecione między (liczne ;)) opisy parzenia kawy i sennych koszmarów bohaterki, no i tak je dawkuje, i dawkuje, i dawkuje, napięcie sobie rośnie, rośnie.... a potem drastycznie opada, ponieważ nowe fakty są coraz bardziej nieprawdopodobne i z d... oprawdy nie wiadomo skąd wzięte. Choć uczciwie muszę przyznać, że zauważyłam te nie klejące się ze sobą różności dopiero, gdy skończyłam książkę i zaczęłam się nad nią zastanawiać.

A zatem, seria pytań (i nie jestem pewna, czy nie zawierają one jakichś spoilerów, więc na wszelki wypadek uprzedzam, chociaż - że tak sobie uświadomię - nowości to ja nie recenzuję, więc mini-spoilerki nie powinny uczynić jakichś sporych wyrw w przyjemności z ewentualnej lektury):

- po co w książce postać taksówkarza, która do akcji kompletnie nic nie wnosi? Wydaje się, że jest to jakiś tajemniczy Ktoś, jakieś Nemezis, które Coś Wie, które się Anna Opiekuje i o nią Troszczy, ale nie, nic z tych rzeczy. Plus na deser niejako okazuje się, że to były policjant i kumpel wujka kobiety, w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale tajemnica Anny wydaje mi się jakoś mało tajemnicza, skoro w każdej chwili okazać się może, że wiedziało o niej pół miasta.

- dlaczego działania męża bohaterki zmieniają się w pewnym momencie o 180 stopni, i to raczej znienacka? Czym to jest spowodowane? Co skłoniło go do szperania w przeszłości żony, chociaż nie miał ŻADNYCH podstaw, by podejrzewać, że Anna skrywa jakąś tajemnicę, a przynajmniej czytelnik nie ma na temat jego podstaw do wątpliwości/podejrzeń informacji? OK, małżeństwo się sypało, chciał się uwolnić od żony i nie uszczuplić majątku przy rozwodzie, czy nie byłoby logicznym posunięciem raczej wynajęcie detektywa, by ustalił, czy małżonka nie ma kochanka? A nie grzebanie w odległej przeszłości, bo tak? Poprawcie mnie, gdybym się myliła, ale w większości przypadków szperanie we wczesnej młodości trzydziestolatki dałoby oszałamiające dowody na to, że była słaba z fizy, parę razy urwała się z geografii i chodziła z Piotrkiem z 8A, chociaż bardziej podobał jej się Marcin. Jeśli mąż decyduje się prześledzić odległą przeszłość żony powinien mieć ku temu jakiś wyraźnie podany czy zasygnalizowany powód, to, że Anna nie lubiła wspominać dzieciństwa to moim zdaniem przymało.

- a jak już wynajmujemy kogoś, i w dodatku mamy na to kasę, to może jednak fachowca? A nie dziennikarza lokalnego, który jakimś magicznym sposobem przez śledzenie bohaterki tu i teraz miałby się dowiedzieć czegoś, co wydarzyło się w jej życiu te ponad 15 lat temu?

- czy postać Roksany, córki męża Anny z pierwszego małżeństwa, była wprowadzona w jakimkolwiek celu poza wielokrotnym powtórzeniem, że była gruba, pryszczata, wulgarna, nienawidziła macochy i Anna obwinia ją o narastający kryzys w swoim małżeństwie? Niby są tu i ówdzie rzucone jakieś aluzje, z których można wydedukować, że to Roksana pchała tatusia do prowadzenia wspomnianego śledztwa, ale znowu.... czemu? Po co? Z nienawiści do macochy? Z nienawiści do macochy to się stara ją obrzydzić w oczach tatusia i szuka dowodów na jej złe prowadzenie się, niewierność małżeńską, i inne takie, a nie angażuje ojca w zagłębianie się w życie małżonki od poczęcia po chwilę obecną, nie mając, że się powtórzę,  podstaw do podejrzeń, że wspomniana małżonka ma coś do ukrycia. Poza tym dla nastolatki w wieku Roksany to, co zdarzyło się na jakiejś podkrakowskiej wsi 15 lat temu (czyli, przypomnijmy, w roku jej narodzin) to jest przecież jakaś nieistotna prehistoria. No, chyba, że miałaby jakąś interesującą rzecz do wywęszenia, a nie byłaby po prostu pchana przez Imperatyw Narracyjny.

Sama Anna bardziej mnie znużyła niż zaintrygowała. Składała się z zimnych nóg, hektolitrów kawy i regularnie powtarzających się opisów koszmarów sennych. A, i rozmyślań o swojej urodzie (i, doprawdy, bardziej wiarygodne wydawały mi się te koszmary zapijane kawą niż rozważania, z którego profilu lepsze selfie zrobić. Wdowa, niechby nawet i mało zrozpaczona, ale jednak ciut wstrząśnięta, świadoma narastających wokół niej niewygodnych dla niej pytań - i rozważania, jaka jest śliczna oraz, że policjantka z kryminalnej, która chce ją przesłuchać, by rozwiać kilka wątpliwości byłaby ładna, gdyby się umalowała, no, doprawdy).

I niby sama historia mnie wciągnęła, i byłam ciekawa, czy i jak będą się zazębiać poszczególne wątki, a jednak - rozwiązanie zagadki mnie nie zachwyciło, poza tym zostało rzucone ot, tak, jakby w ogóle nie było istotne w tej powieści, bo najważniejsza jest przecież Anna i jej wynurzenia, i wspomnienia, i koszmary. Pewnie z założenia to one miały być podstawą tego psychologicznego thrillera - no, nie do końca się udało, niestety.

Wszystko to, co powyżej nie oznacza, że nie przeczytam kolejnej pozycji, która wyjdzie spod pióra pana Małeckiego, bo przeczytam. I to pewnie chętnie, szybko, z momentami zapartym tchem (bo, jak wspominałam, ale jeszcze przypomnę ;), bardzo lubię jego sposób opowiadania, kreowania atmosfery, a  wplecenie w akcję Torunia zawsze u niego na plus) i nie bez przyjemności.

A gdy znów skończę książkę, pomyślę o niej i okaże się, że mi się nie klei i mam więcej pytań niż odpowiedzi, to po prostu wrócę tu z nową recenzją :).

niedziela, 17 października 2021

"Miasteczko Rotherweird" Andrew Caldecott

Panie i Panowie, oto mocny, by nie rzec - najmocniejszy kandydat do tytułu Literackiego Rozczarowania Roku!

Tysiące. Dziesiątki tysięcy. Co mówię - milion razy powtarzałam sobie, żeby się nie nabierać na trzy rzeczy - okładkę, no bo ileż można oceniać książki po okładce, nieprawdaż, entuzjastyczne opisy na jej skrzydełkach oraz kuszące streszczenie, zamieszczone przez wydawcę.

I co? I pstro. Kolejny raz dałam się naciąć, i nawet nie mam siły pisać, że tym razem na pewno ostatni, bo wiem, że zdarzy się to jeszcze kolejny raz, i kolejny, i kolejny. Aczkolwiek po doświadczeniu z "Miasteczkiem Rotherweird" przez dłuższy czas będę ostrożna.

 

Okładka piękna i klimatyczna. Na okładce - zachęcająca opinia Hilary Mantel oraz Sunday Independent ('Harry Potter dla dorosłych!"). Streszczenie bardziej niż kuszące - oto mamy miasteczko Rotherweird, którego historia sięga XVI wieku, kiedy to na rozkaz królowej ukryto w nim dwanaścioro dzieci o talentach tak niewiarygodnych i tak niebezpiecznych, że budzą powszechny podziw, ale i strach. Opiekun dzieci, sir Henry, ma zostać ich nauczycielem dbającym, by te niewyobrażalne talenty rozwijały się w najbardziej pożądanym kierunku, a jednocześnie dopilnować, by ani o dzieciach, ani o samym miasteczku zbyt wiele nie wiedziano na zewnątrz. Z tego też powodu miasto otrzymuje coś w rodzaju autonomii - jego prawa różnią się od praw wszelkich pozostałych miast Wielkiej Brytanii, nie wolno go opuszczać, ale i odwiedzać, a osoby nie poddające się tym nakazom są z Rotherweird usuwane.

Czterysta pięćdziesiąt lat później miasteczko nadal istnieje i doskonale prosperuje dzięki wybitnym umysłom zamieszkujących go ludzi, utrzymując się z dokonywania wyrafinowanych wynalazków, które są następnie sprzedawane do świata zewnętrznego (w miasteczku konkurują ze sobą dwie wieże - Północna i Południowa, które tak naprawdę odpowiadają za rozwój technologiczny w Wielkiej Brytanii, a przynajmniej większą jego część). Nadal jednak nie wolno go opuszczać i odwiedzać - choć wielu próbuje - żaden przyjezdny nie ma prawa zostać w nim na noc, a najważniejszą zasadą miasteczka jest to, że nie bada się i nie naucza jego historii. W szkole - o niezwykle wysokim poziomie nauczania - uczy się tylko historii współczesnej, zaś wszystkie wzmianki o Rotherweird sprzed roku 1800 zostały zniszczone. Kto jest nieposłuszny i sprzeciwia się obowiązującym zasadom, zostaje z miasteczka wydalony i dlatego właśnie szkoła w Rotherweird potrzebuje nowego nauczyciela historii - poprzedni był zbyt niepokorny i interesował się tym, czym interesować się rotherweirdczykom (o przyjezdnych nawet nie wspominając) absolutnie nie wolno. Etat zostaje zaproponowany Jonahowi Oblongowi, a jego przybycie do Rotherweird zbiega się z przyjazdem miliardera Veronala Slickstone'a, który kupuje zrujnowany pałac i, z arogancją typową dla ludzi niezmiernie bogatych, za nic mając prawa obowiązujące w miasteczku, ustala swoje własne zasady.

Rotherweird wygląda jak przeniesione z innej epoki - nie ma tam samochodów, dotrzeć tam można tylko omnibusem i ludzie są... cóż, dziwni, choć w większość bardzo utalentowani i bystrzy. I noszą dziwne imiona w rodzaju Fenguin czy .Hieronymus.

Wydarzenia współczesne przeplatają się z tymi z XVI w., a na dodatek spora część książki dzieje się w "Straconej mili" - równoległej rzeczywistości, do której można wejść przez specjalną płytkę.

Cud, miód i orzeszki, rzekłby ktoś (na przykład ja, tuż po przeczytaniu streszczenia).

Otóż he, he, he. He, he. I jeszcze raz he, he.

Problem z książką miałam od samego początku, począwszy od wspomnianych dziwnych imion BARDZO licznych bohaterów, do których to imion często dodawane było równie dziwaczne nazwisko (Vixen Valourhand, natenpszykłat). I przy tej masie bohaterów brak wszystkim im było jakiegokolwiek charakteru. Ponad sześćset stron, a jedyne, czego dowiedziałam się o wspomnianej pannie Valourhand to to, że miała romans z niejakim Strimmerem (Hengestem Strimmerem, ekhm), oraz że spędza noce skacząc na szczudłach po dachach. Czemu skacze? Nie wiadomo. Czy czyni to w jakimś konkretnym celu? Nie wiadomo. Robi to ku prostej rozrywce, może jest, powiedzmy, wścibska i lubi podglądać ludzi, nie będąc przy tym widzianą, czy ma w związku z tymi skokami jakiś szczwany plan? Nie wiadomo.

I tak jest z każdym bohaterem, opisywanym tylko imieniem i sprawowaną funkcją - Jonah Oblong, Veronal Slickstone, Marmion Finch, Orelia Roc, i tak dalej, i tak dalej... Oczywiście sprawia to, że te dziwacznie ponazywane postacie trudno jest spamiętać, a w dodatku autor używa czasem imienia, a czasem nazwiska - do tej pory równie często na rozpiskę "who is who" zaglądałam chyba tylko podczas lektury "Wichrowych Wzgórz", ale im to wybaczałam z powodu nadmiaru bohaterów nazywających się Heathcliff, Earnshaw i Linton. Za to, gdy już oswoiłam się ze sporą ilością Lintonów, lektura "Wichrowych Wzgórz" nie przysparzała mi trudności, w zupełnym, ale to zupełnym przeciwieństwie "Miasteczka Rotherweird". Tu w zasadzie bez przerwy musiałam zastanawiać się podczas lektury kim, do licha ciężkiego, jest osoba, o której właśnie czytam, zwłaszcza, że postacie w tej książce nader często pojawiają się, ni stąd, ni zowąd, wpadają magicznie na różne rozwiązania, i znikają. Przez całe (ponad) sześćset stron moja lektura wyglądała następująco: czytam dwa-trzy zdania, nagle się potykam, w popłochu konstatuję, że nic nie rozumiem, muszę się cofnąć, cofam się, odkrywam, że osoba, o której myślałam, że to ona coś widzi czy myśli to wcale nie ta, tylko inna, a ja znowu pomyliłam nazwiska, a w ogóle "Gohambury" i "sekretarz" to nie są, jak sądziłam, dwie osoby, tylko jedna i ta sama... Dochodziło do tego, że jeden fragment czytałam po kilka razy, żeby móc pojąć co też autor chciał (nieudolnie) przekazać, a i tak nie miałam poczucia, że mi się udało.

Bezbarwni bohaterowie (to na swój sposób fascynujące, że w książce mającej 614 stron autorowi nie udało się nadać postaciom nawet cienia charakteru), pomysł, który mógłby być naprawdę ciekawy, ale niestety, niestety, autor chciał do fabuły wrzucić wszystko, co mu tylko przyszło do głowy, bombardując czytelnika zbędnymi niejednokrotnie informacjami i tak naprawdę nie potrafiąc go niczym zainteresować, w związku z czym całość dzieła została zatłuczona przez rozwlekle opisywane domy, ulice, krajobrazy czy stroje mieszkańców, i do tego pogrzebana za sprawą całej masy bezsensownych dialogów... To, co miało być złowróżbne w ogóle nie wzbudza grozy, to, co miało być zabawne jest żenujące, a to, co już, już zaczyna interesować nie jest przez autora rozwinięte (może będzie w kolejnych tomach, ale tego to ja się już nie dowiem...). Od dwanaściorga obdarzonych tajemniczymi talentami dzieci zaczynają się wszystkie opisy (i recenzje), a tak naprawdę są one w powieści mało znaczącym epizodem. Jakie talenty miały dzieci? Dlaczego uznano je za tak niebezpieczne? Skąd wziął się w miasteczku świat równoległy? Czy zawsze istniał w Rotherweird, czy w jakiś sposób "wywołany"został przez skumulowane w jednym miejscu utalentowane dzieci? Pytania można mnożyć, ale odpowiedzi na nie nie uzyskujemy

I to nie uzyskujemy w najbardziej irytujący sposób.

Na przykład - mamy niejakiego Strimmera. Mózg jak stąd do Acapulco, geniusz, szef naukowy Wieży Północnej, trzy czwarte Anglii zawdzięcza mu rozwój technologiczny. I ten geniusz po latach pracy w Wieży Północnej odkrywa, że ma nad głową liczące wiele lat obserwatorium, a i to trzeba go było podpuścić, żeby doszedł do tego rewelacyjnego odkrycia.

Genialne odkrycie opisane jest tak:

 Niemal niewidoczna, bo pokryta wielowiekowym kurzem, pod dotykiem wilgotnej ścierki ujawniła drobną intarsję przedstawiająca słońce i dwa księżyce, a pod nimi inicjały HG i krzyż. Dzięki lupie Strimmer dojrzał jeszcze maleńki monogram w rogu, złożony z połączonych liter H i M. Jak przypuszczał, troje uczniów, którzy przeżyli, było przyjaciółmi i siedziało razem. Ich inicjały pozostały być może dlatego, że uczniowie ci nie dopuścili się przestępstwa, za które ich kolegów i koleżanki wymazano z pamięci (...) Nasuwało się kolejne pytanie, raczej złowróżbne, czy niełaska, w jaką popadła większość klasy związana była ze śmiercią nauczyciela?

I teraz jeśli sądzicie Państwo, że ja wiem, o co chodzi w powyższym fragmencie, bo jest to fragment ze strony 212, a ja uważnie czytałam całość, to nic z tego. W popłochu wertowałam książkę, pewna, że jakimś cudem przeoczyłam całkiem sporo danych. Jacy znowu uczniowie, którzy przeżyli? Jakiego przestępstwa? Jaka śmierć i jakiego nauczyciela? O co chodzi w tym dziwacznym fragmencie?

I tak było co chwilę, dosłownie co chwilę. Owszem, dowiedziałam się wszystkiego, co mnie frapowało w powyżej zacytowanym tekście, ale tylko dlatego, że - zupełnie zbita z tropu - bardzo dokładnie zapamiętałam ten fragment (zrozumienie go zrodziło zresztą kolejne pytania - na przykład, jakim cudem Strimmer doszedł do tych wszystkich wniosków, skoro nie znał historii Rotherweird sprzed 1800 roku, a i intarsje, i inicjały pochodziły sprzed czterech wieków?). Ilu podobnych fragmentów nie zrozumiałam, bo mi gdzieś umknęły, nie umiem powiedzieć, zapewne wielu.

Dawno nie natrafiłam książkę, która do tego stopnia nie potrafiłaby wzbudzić we mnie emocji (bezbrzeżna nuda to, jak mniemam, nie jest emocja), no, może poza frustracją. Frustracji było sporo.

Ponadto w miarę czytania narastało we mnie przedziwne wrażenie, że coś mi ta pisanina przypomina, z czymś mi się kojarzy... i mniej więcej od połowy wiedziałam, z czym.

Otóż mając lat dziewięć mniej więcej napisałam Powieść. Była to Wybitna Powieść, normalnie krok milowy w Literaturze Ojczystej, a kto wie, może i Światowej. Akcja Powieści toczyła się w Fantastycznej Krainie, opisanej z niezwykłą troską o szczegóły, od najmniejszego listka począwszy, na najważniejszej budowli w mieście skończywszy. Bohaterowie nie nazywali się, na przykład, Michał Nowacki czy Agnieszka Pawlak, tylko Charmayanne Kościekliwiczówianka lub Anthownetty Makscórczyński-Przedcierzowszczyński. Większość akcji obywała się zgodnie ze starą, dobrą zasadą "deux ex machina". Jeśli chciało się wykonać jakąś magiczną rzecz, należało połknąć specjalną pastylkę albo nacisnąć guziczek. Rysunek postaci ograniczał się do szczegółowego opisania jej wyglądu zewnętrznego.

No iście jak w "Miasteczku Rotherweird", mówię i powiadam! O imionach, bohaterach bez właściwości i szczegółowym opisywaniu ulic, po których stąpa nowy nauczyciel historii już pisałam, ale cała reszta też tu jest. Ucieczka przed gigantyczną, zmutowaną pajęczycą opisana jest następująco:

Valourhand chwyciła mężczyznę za ramię.

- Uciekaj, głupcze!

I uciekli.

zaś zapoznanie się z Całkowicie Nowym, Przełomowym Wynalazkiem, latającymi bańkami, w których można się przemieszczać, następująco:

Boris błyskawicznie przeszkolił ich z obsługi baniek, która polegała na delikatnym poruszaniu uchwytami na ręce i stopy,

po czym tak przeszkolone osoby wsiadają do baniek i sobie lecą, bo czemu nie. 

Jeśli zaś chodzi o przenoszenie się do Straconej Mili, o tę tajemniczą, magiczną podróż, tajną, że ho, ho to odbywa się ona przez STANIĘCIE NA SPECJALNEJ PŁYTCE (a pamiętamy, że mamy do czynienia z Harrym Potterem dla dorosłych, prawda? Tym samym Harrym Potterem, w którym, na przykład, podróżować między światami, albo w ich obrębie, można było za pomocą proszku fiuu, świstoklików, przejścia na peronie 9 i 3/4, by wymienić na szybko to, co mi przyszło do głowy?)

Nawet dwa różne zakończenia tej książki mnie nie zachwyciły, ponieważ autor skopał je po całości (model - spędzamy wszystkich bohaterów w jedno miejsce i każemy im szczegółowo opowiedzieć, co robili i czemu, mając przy tym nadzieję, że czytelnik jest już na tyle przyzwyczajony do... no, wszystkiego, że nawet gdy raz zwrócimy się do bohatera imieniem, raz nazwiskiem, a raz funkcją to będzie on wiedział, że jest mowa o jednej osobie, nie trzech różnych). No i w sumie mogłaby to być dobra historia o moralności, etyce, bardzo współczesnym problemie ingerencji w naturę, może trochę o magii, z nawiązaniem do historii Anglii, ale zamiast tego dostaliśmy jeden wielki, NUDNY bełkot, rozciągniętą na 610 stron powieść a la dziewięciolatek.

Powieść, która ma być, jak słyszałam, pierwszą częścią trylogii, i oto znajduję wreszcie jej pierwszą, dobrą stronę.

Zaoszczędzę i czas, i pieniądze, i nerwy nie czytając tomów kolejnych.