środa, 15 czerwca 2022

"Zamaskowana królowa" Jorge Molist

Zastanawiam się, czy złożyć sobie uroczystą obietnicę, że jeśli znajdę na okładce książki, względnie na skrzydełkach okładki informację, że powieść została nagrodzona Nagrodą imienia Karola Wielkiego (Czy Tam Innego Wybitnego Władcy), jest (lub była) Najlepiej Sprzedającą Się Powieścią Historyczną Roku Dowolnego oraz Sprzedano 25 Milionów Egzemplarzy w Hiszpanii, to ostrożnie odstawię Dzieło na biblioteczną półkę i oddalę się spacerowym krokiem w dowolnym, INNYM kierunku, czy, przeciwnie, zacząć specjalnie czytać tak szumnie zapowiadane utwory do czasu, aż wreszcie trafię na taki, który podobnych honorów będzie godny (albo przynajmniej mi się spodoba)?

Od razu jednak zaznaczę, że choć "Zamaskowana królowa" 
 
 

zdecydowanie nie wyczerpuje znamion Lektury Wybitnej I Słusznie Nagradzanej, jest ciut lepsza niż dwie poprzednie opisywane tu powieści, co pozwala żywić nadzieję, że być może (ale tylko "być może") gdyby ta tendencja czytelnicza się u mnie utrzymała, to za jakieś piętnaście- dwadzieścia lat będę mogła otrąbić sukces w kwestii zaspokojenia mych oczekiwań.
 
No to, lu, przystępujemy do streszczania/recenzowania/znęcania się/whatever/ choose one/or more.
 
W 1208 r. Peyre (Piotr) de Castelnou, legat papieski, otrzymuje zadanie przewiezienia potajemnie do Rzymu dokumentów stanowiących zagrożenie dla władzy Kościoła. W drodze Peyre zostaje zamordowany, a niebezpieczny ładunek skradziony. O morderstwo i kradzież zostaje oskarżony hrabia Tuluzy, Raimon VI,. Papież rzuca na Raimona klątwę i ogłasza przeciw niemu krucjatę, która pustoszy Okcytanię.

Tymczasem Bruna, córka możnowładcy z Beziers, zakochuje się w Hugonie, młodym trubadurze, który odwiedza ich dwór. Hugo jest synem katalońskiego barona i tajnym agentem hrabiego Tuluzy, Raimona VI, a dzięki swej sztuce może swobodnie podróżować po kraju. Kiedy zaczyna się krucjata, Bruna przebiera się za młodego rycerza, żeby ochronić siebie i przyłączyć się do obrony miasta. Przebranie ratuje jej życie, ale zostaje uwięziona przez młodego i ambitnego rycerza, Guillerma, który z polecenia legata miał Brunę zabić. 

Czyli zapowiadanych szumnie na okładce damę (jedną) oraz rywali (dwóch) poznajemy już w dwóch pierwszych rozdziałach, a tajemnic (trzech) będziemy musieli się mozolnie doliczać bez szczególnej gwarancji, że nam się uda, tym bardziej, że im dalej w las, tym tomiszcze robi się coraz nudniejsze, pod koniec trzeba przez nie brnąć z poświęceniem, a "brnięcie" nie ułatwia skupiania się na treści, by wyłowić z niej obiecaną trzecią tajemnicę.

Powieść zaczyna się od rzezi w Beziers, nie wykluczam, że nie wszyscy o niej słyszeli, ja na przykład i owszem, w związku z czym już na etapie lektury zapowiedzi na okładce domyślałam się, że tym razem moje zastrzeżenie "żadnej wojny" nie znajdzie zastosowania, ale powiedziałam sobie "Ach, poświęcę się, może to będzie TO, a poza tym lubię albigensów!", no i po co mi to było, nieprawdaż. Ci zaś, którzy o Beziers nie słyszeli kojarzą prawdopodobnie słynną odpowiedź opata Arnauda Amaury na pytanie, jak odróżnić dobrego katolika od heretyka: "Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich", i nieszczególnie mnie obchodzi, że rzeczony opat prawdopodobnie nie wyrzekł był tych słów, należało się mu wejście do historii w charakterze ostatniego skur... kowańca, takie jest moje skromne zdanie.

Rzeź Beziers, że przypomnę tym, którym coś się obiło o uszy, lub tez nie obiło się nic zgoła, doprowadziła do wybicia niemal do nogi wszystkich mieszkańców miasta, od niemowląt po starców, z czego na przykład 7 tysięcy osób, łącznie z księżmi odprawiającymi nabożeństwo, w katedrze, ci zaś, którzy nie zostali zarżnięci zginęli w pożarze, który strawił miasto. Tę właśnie rzeź córka seneszala, Bruna, przeżywa przebrawszy się za chłopca, i jako chłopiec zostaje przygarnięta przez Guillerma z Monfort, czyli młodzieńca, który jakiś czas wcześniej  dostał polecenie znalezienia jej i zabicia od samego opata Amaury'ego. Guillermo pierwsze, co robi, to każe Brunie identyfikować zwłoki, walające się dosłownie wszędzie, tarasujące drogę i zrzucane na stosy przez szukającą łupów tłuszczę. I nie uwierzycie, jak ona to gładko przechodzi! Niby popłacze tu i ówdzie, gdzieś się zwinie w kąciku, by possać kciuk, ale zasadniczo skupiona jest na tym, by zdecydować, którego z kawalerów, z którymi splótł ją los, woli. Naprawdę, bardziej wstrząsnął mną sam tylko opis rzezi w "Heretykach" Aubrey Burla, niż naszą Bruną brodzenie we krwi na ulicach i wygrzebywanie ze stosów zwłok ciał kuzynki, niani i przyjaciół (jeśli bazować na opisie autorskim, rzecz jasna).
 
I nie jest to opis w swym... chłodzie odosobniony!  Guillermo, pochodzący z rodu Monfort, bogaty, obiecujący, przeznaczony przez opiekunów do bycia biskupem, owszem, bardzo rozrywkowy, bardzo kobieciarz i bardzo skaczący z kwiatka na kwiatek motylek (uzbrojony w miecz i pewność siebie wynikającą z pochodzenia), ale jednak dobry katolik, głęboko wierzący przełożonym i ślepo wykonujący ich rozkazy, przechodzi zmiany światopoglądowe z dnia na dzień (i na jednej stronie), ponieważ po co pisać o wewnętrznych rozterkach bohatera i jakichś tam wątpliwościach, skoro można zesłać na niego niemalże mistyczne objawienie.
 
Zaś drugi kawaler, Hugo z Mataplany... kojarzycie ( filmów, a starsi to i z autopsji) te dzieciomtka, które na akademiach szkolnych Ku Czci deklamowały drewnianym głosem z takąż intonacją na przykład: " JużzAurorywystrzał (wdech) padłodegrzmiałpokolenniomnacałą (wdech) Rosjęcałyświat zwycięstwo (wdech) wolność (bardzo głośno, bo Pani Kazała) LENIN"? No więc nasz Hugo ma w sobie mniej więcej tyle samo ognia. Kamiennym głosem: "Tak, moja pani, miłuję was srodze". Bruna ma wątpliwości. Hugo, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali, mechanicznie: "Nie miejcie wątpliwości, życie bym za was położył". Guillermo wpatruje się łakomie w Brunę, Hugo, raczej obojętnie: "Ach, nienawidzę was, panie, muszę wam dać w mordę!", po czym daje, po czym idą sobie we dwójkę z lokalnego młyna poobłapiać dziewki i ulżyć lędźwiom, no bo ileż można tak kochać bezproduktywnie!

I taka właśnie trójka sobie jedzie przez całą Okcytanię, Brunie co jakiś czas przypomni się, że jej ubili tatusia i trzeba uronić łzę, Hugonowi - że trzeba dać Guillermowi w gębę, a Guillermowi - że miał być wiernym sługą biskupa, icoteras. Za nimi podąża tajemniczy Don Ped..., znaczy, przywódca tłuszczy, która złupiła Beziers, który teraz musi zabić Brunę, bo obiecano mu za to winnicę i domek z ogródkiem. Po drodzę spotkają a to świętego Dominika, a to Etiennette Wilczycę de Pennautier, zaś na końcu czyha biskup Berenguer, który chce wykorzystać jedną z tych trzech tajemnic, o których Wam nie napiszę, bo przecież byłby to SPOILER (ale jak ktoś czytał Dana Browna to zgadnie) w celu zdobycia władzy nad światem, ale szczegółów tego zdobywania Wam oszczędzę, dość, że podczas czytania wznosiłam oczy do nieba tak często, że bałam się, że mi tak już na stałe zostanie, nie chciałabym narażać na podobne przeżycia Ukochanych Czytelników

Natomiast to, przy czym, o dziwo, cierpiałam najbardziej...
 
Wszystkim uważnym Czytelniczkom i Czytelnikom tego bloga zapewne od lat wiadomo jest, że nie należę do Policji Interpunkcyjnej. Idea postawienia przecinków we właściwych miejscach często mnie przerasta, gubię je lub, przeciwnie, nadużywam, acz staram się stawiać je mniej więcej tam, gdzie powinny stać. Będąc świadomą, że postawienie (lub nie) przecinka w konkretnym miejscu może zmienić znaczenie wypowiedzi, traktowałam interpunkcję bardziej jako, no cóż, sugestię.

Przepraszam was, o, Przecinki!

Pierwszy raz zdarzyło mi się czytać utwór, w którym nadmiar, brak lub swobodne podejście do tego znaku interpunkcyjnego zmieniło moją lekturę w odpowiednik wieeeeelokilometrowej podróży wozem drabiniastym po kocich łbach. W deszczu. Listopadowym. Zacinającym. I o głodzie. I z zapaleniem okostnej.

Bo czegóż my tu, nieprawdaż, nie mieliśmy!

Mieliśmy przecinki w miejscach dowolnie wybranych:

Pedro urażony, spojrzał legatowi prosto w oczy.

Dla nieznajomego zaczepienie po drodze rycerza jadącego u boku króla, było prawie niemożliwe.

Mieliśmy za dużo przecinków:

Miał bardzo ciemną cerę, gdyż spędzał wiele godzin pod gołym niebem, i z miłości do Boga, nie nakrywał głowy, nawet, gdy słońce mocno przypiekało, ani gdy padał deszcz.

Czyżby moja kolczuga i wygląd chłopca, były lepszą ochroną?

I za mało przecinków:

Almohaidzi, choć też muzułmianie są fanatyczni i nieprzejednani.

Powiedziano mi, że to obozowisko jest bardzo daleko, niemożliwe by dotrzeć tam pieszo.

A najczęściej mieliśmy przecinków za mało, za dużo i niekoniecznie tam, gdzie powinny być:

Dzieło szatana. Coś, co wrogowie papieża, chcą wykorzystać, by pogrążyć nasz Kościół. To testament Złego Ducha dla jego wyznawców samo nasienie zła i szatan liczy na to, że pewnego dnia wyda ono owoce.

Rycerze gotowi do walki na wypadek gdyby wicehrabia szykował szarżę jazdy, zniecierpliwieni oczekiwaniem aż w obwarowaniach osady pojawią się jakieś wyłomy, przez które mogliby dostać się do środka bezskutecznie szturmowali by wspomóc piechotę, i odwrócić uwagę obrońców. Podczas ostatniego takiego ataku, kilka strzał dosięgło wierzchowca jednego z jeźdźców, ugodzony koń padł na ziemię, i zrzucił jeźdźca na dno fosy. Znajdując się tak blisko murów, był zgubiony.

Rozkazałem  wam, byście wygnali tych heretyków z waszych ziem albo, by chociaż wyglądało na to, że ich ścigacie. Radziłem byście żyli w zgodzie z legatami papieskimi. Wicehrabio martwię się z waszego powodu gdyż ci szaleńcy ściągnęli na was takie niebezpieczeństwo i zmartwienia. (...) Nie będziecie mogli  stawić oporu, aż do końca.
 
Ludzie są przestraszeni, ale też pełni nienawiści odkąd dotarły do nich wieści o tym co zrobiono w Beziers i często rzucają w niego kamieniami i grudkami gliny.

Nigdy, nigdy nie sądziłam, że to może tak bardzo przeszkadzać w lekturze.

Być może dlatego, że nigdy i nigdzie nie zetknęłam się z przecinkozą w tak zaawansowanym stopniu (ponad pięćset stron nieustającej, doprawdy, uciechy).

Dlatego przede wszystkim  nie polecam "Zamaskowanej królowej" redaktorom, autorom i ludziom pracującym ze słowem. Wierzcie mi, nawet zapalenie okostnej jest lepszą opcją.

Pozostałym - po uważaniu, Zawsze może się okazać, że ten hiszpański Dan Brown odpowiada im bardziej, niż oryginalny :).

 

PS. Przy okazji, tytuł oryginału brzmi "La reina oculta" , czyli "Ukryta królowa", co znacznie lepiej pasuje do treści. Zupełnie nie rozumiem potrzeby udziwnienia go za pomocą przetłumaczeniem na "Zamaskowaną królową", królowa z naszej Bruny taka średniawa była IMHO, ale na pewno bardziej "ukryta" niż "zamaskowana".

wtorek, 31 maja 2022

"Kobiety z odzysku" Izabella Frączyk

Uwaga techniczna:

Wszystko, co we wpisie na zielono i kursywą to są oryginalne cytaty z omawianego dzieła.

Oraz przepraszam z góry za panujący w recenzji chaos, ale tego akurat utworu inaczej niedasie, jej Bohu, no nie da się.

 

Wypożyczyłam książkę z biblioteki za poleceniem pani, której powiedziałam, że chcę coś lekkiego i żeby nie musieć za dużo myśleć (nie jestem pewna, czy osiągnęłam pożądany cel...). Czytadełko, rozumiecie Państwo. Lubię czytadełka od czasu do czasu, sporo ich pochłonęłam. I znam ten schemat - przyjaciółki na zakręcie życiowym, od początku chodziło za mną, że coś podobnego czytałam, no i oczywiście, że tak - "Klub mało używanych dziewic" Moniki Szwai. Tylko, że u Szwai na dwudziestu pierwszych stronach nie zostali obrażeni mężczyźni, kobiety młode, starsze, rodzime i cudzoziemskie, muzułmanie, Egipcjanie i ogólnie wszyscy, którzy nie są bohaterkami. Do strony 17 doliczyłam się pięciu opinii obrażających jakąś grupę ludzi ("Pewnie jakiś żigolak. Tylko po co komu w Egipcie polski lowelas?"

"Mój wspólnik rezyduje w Hurghadzie na stałe, niestety, miejscowi potrzebują poganiacza i twardej ręki, , inaczej wyłazi z nich muzułmański leń".  

"Na wielkich skórzanych sofach gromadnie rozsiedli się chłodu Rosjanie (...) Mężczyźni byli grubi, spoceni i mniej więcej w okolicach pięćdziesiątki. Wyglądali jak bracia. Każdy z nich obściskiwał szczupłą, młodziutką lafiryndę. Wszystkie jak jedna miały mocno tlenione włosy, ostry makijaż i wściekle błyszczące miniówki, bez względu na krzywiznę chudych nóg. Towarzystwo wyglądało na zżyte i nieco już rozochocone nadmiernym spożyciem miejscowego trunku słabej jakości"), plus wyłapałam dwa fragmenty żywcem przepisane z gazet, tu w ramach, nieprawdaż, dialogu.

Od strony 18 natomiast autorka zaczęła nabijać wierszówkę, opisując proces przepoczwarzania się genialnego umysłowo, acz zdecydowanie brzydkiego kaczątka w przepiękną łabędzicę na jedynych <oddala się policzyć> jedenastu stronach. Zaś, że dodam zachęcająco, aby opisać wybuch uczucia, narzeczeństwo, małżeństwo, ciążę i popadnięcie we wdowieństwo bohaterki starczyły jej cztery akapity. Niespecjalnie długie.

Bohaterki są trzy - 

- Gośka, której mąż okazał się bigamistą ("A co tam słychać z moim bigamistą? – Gośka uśmiechała się ciepło. Wiedziała, że pod fachową opieką prawną przyjaciółki jest całkowicie bezpieczna". Tak! Tak bym się właśnie zachowywała, gdybym się dowiedziała dosłownie kilka tygodni wcześniej, że mój mąż jest bigamistą i tatusiem dwójki)

- Fela (adwokatka, której "Dziadek obiecał, że w testamencie zapisze jej swoją kancelarię. Postawił jeden warunek: dobre stopnie. Z dnia na dzień, jak uskrzydlona, rzuciła się w wir nauki". Dwunastolatka, a proszę, jaka bystra, bardzo bystra! ...ale dosłownie chwilę później możemy podziwiać intuicję Dziadka, świeć, Panie, nad jego duszą, z najwyższym uznaniem śledząc posunięcia Felicji na polu działalności zawodowej:

"–Spoko. W pokoju mam dla ciebie dokument z kurii.
– Z kurii?! – Gośka niemal spadła z fotela.
– Tak. Załatwiłam ci rozwód kościelny, a właściwie to unieważnienie małżeństwa. – Felicja wbiła w nią wzrok pełen satysfakcji"
(...)
– Sprawa jest skomplikowana, bo podlega jurysdykcji kilku państw. Ale pójdzie jak nic. Rozwiodłam was wszystkie trzy zaocznie i wszystkie jesteście wolne. Ogoliłam go na zero. Wszystko podzieliłam między was, odpowiednio do małżeńskiego stażu, posiadanych dzieci i poniesionych przez was nakładów. Sąd łyknął moją propozycję jak młody pelikan sardynkę.  
 
<jurysdykcji kilku krajów, ale rozwiodła obywatelki trzech różnych krajów zaocznie, i jeszcze uzyskała rozwód kościelny, Państwo mnie pardon na chwileczkę, ale muszę zrobić sobie krótką przerwę na,turlanie się po dywaniku w napadzie śmiechu tak, że mogłabym robić za walec drogowy>) 
 
- i Zuza (blondyneczka z loczkami, geniusz marketingu, majsterkowania oraz właścicielka prężnie działających firm budowlanych z głęboką wiedzą o ludziach:  "Bzdura jak fiks z tym bezrobociem. Normalnie medialna bujda na resorach. Urząd pracy jeszcze mi nigdy nikogo sensownego nie podesłał, a i z ogłoszeń też tylko jakieś niedorobione tałatajstwo się złazi. Przyjdzie mi czasem jakiś zasmarkany łysy chłoptaś po zawodówce, co majzla od winkla nie odróżnia, i mi mówi, że chętny. No to zaczyna od noszenia, no wiesz, taki przynieś-podaj, i po kilku dniach już nie przychodzi do pracy, bo ma ambicje co najmniej na majstra, a gówno umie. Mam jedną sprawdzoną ekipę i śmiało mogę ich samych zostawić, bo wiem, że nic nie spieprzą, ale jedna ekipa to za mało, żeby rozwinąć skrzydła na poważnie. A a co się muszę z klientami naszarpać, to moje").

Panie  poznały się, gdy Fela prowadziła sprawę rozwodową Zuzy po tym, jak ta z mężem zamieszkiwali u (jakiej? TAK! WREDNEJ! I głupiej, oraz katoliczki psycholki) teściowej, a ponieważ mieli trudności z poczęciem dziecięcia, że teściowa wymyśliła, że w ciążę zajdzie zamiast Zuzy jej, uważacie, opóźniona umysłowo siostra-bliźniaczka (oczywiście), a żeby się wioska nie zorientowała będzie, ta siostra, przebrana za Zuzę paradować po wsi do porodu.

Szczwany ten plan niestety się nie powiódł, "wredne babsko i uczepiony jej spódnicy synalek z kompleksami z dnia na dzień stali się społecznymi banitami. W zżytej wiejskiej społeczności status persona non grata to naprawdę ciężka sprawa. Ksiądz co niedziela grzmiał z ambony, a różańcowe kumy gdakały nieprzerwanie jak kwoki na grzędzie, nie zostawiając na starej suchej nitki. W miejscowym geesie nikt się do nich nie odzywał, zwłaszcza że ten durny i ogłupiony przez matkę mąż Zuzy nadal smalił cholewki do upośledzonej szwagierki. Wkrótce odrzucenie społeczne tak bardzo dało się we znaki skompromitowanej parce, że musieli się wyprowadzić" , każcie mi przestać, bo wam zaraz całe dzieło tu przepiszę, a na to są paragrafy, i podkreślam, bo może nie każdy zauważył, ten idiota synalek (jakim cudem nasza błyskotliwa Zuza go w ogóle poślubiła? Dlaczego w tym temacie nie ma w dziele ani słowa wyjaśnienia? Byłabym go naprawdę ciekawa) latał za opóźnioną w rozwoju siostrą Zuzy już po rozwodzie, po orzeczeniu przez sąd alimentów na rzecz Zuzy, i ogólnie, po wszystkim. Bo mu MAMUSIA KAZAŁA, no jprdl jednak. 

Doprawdy po tym wszystkim nie pojmuję, dlaczego wszyscy uważają, że to Katarzyna Michalak tworzy idiotyczne fabuły z niewiarygodnymi rozwiązaniami, dziewczyna bardzo dobrze pisze, a rysunkowi postaci niczego zarzucić nie można, mówię wam (i jest to opinia, która nawiedza mnie coraz częściej, co, obawiam się, świadczy nie najlepiej albo o rodzaju lektur, którym się ostatnio oddaję, albo o stanie rynku wydawniczego w Polsce. Albo, niestety, o obu tych rzeczach)!

Panie jadą do Egiptu na wycieczkę, gdzie odpoczywają otoczone przez prymitywnych rodaków i namolnych miejscowych, jaśniejąc jak klejnoty na tej wyspie ogólnego chamstwa i prostactwa, i ja wam będę te klejnoty opisywać, o czym - przyznajcie się -  na pewno marzycie w długie, bezsenne noce! 

Że się im odpoczynek należy po wszystkich tych przeżyciach to oczywista oczywistość, w jednej natychmiast zakochuje się miejscowy bogacz i pragnie pojąć ją za żonę, kupując ją (nie wiadomo od kogo) za wielbłądy. Konkretnie za osiem wielbłądów. Aż sprawdziłam zanim tu się udzieliłam, czy nie pomyliłam ilości zwierzątek. Ale nie. Syn szejka, studiujący na Oksfordzie finanse, bywały w świecie, wszechstronnie wykształcony i w dodatku przepiękny z urody, który zaprosił rodziców, by obejrzeli ukochaną (opis stroju sióstr i matki z dobitnym podkreślaniem, że to, co mają na sobie różni się nawet na pierwszy rzut oka od chińszczyzny sprzedawanej turystom i nawet laik widzi, że wszystkie te klejnoty i biżuteria są prawdziwe i warte majątek na milijonie stron) oferuje osiem wielbłądów za rękę bogdanki... I wam powiem, że jak sobie zestawiam tego obłędnie przystojnego, bogatego jak Krezus JEDYNEGO SYNA szejka, erudytę, poliglotę i co tam jeszcze, z tymi ośmioma wielbłądami i z tekstem "ojciec ma naprawdę dużo kasy", jakby był Sebą z małego miasteczka, synem lokalnego hodowcy cebuli, to mnie się w żywocie takie coś robi, że wszystkie globusy Emilii Korczyńskiej mogą iść się czochrać.

Awanturę arabską już znacie, oprócz tego mamy, na przykład, Gosię, która właśnie znalazła podrzutka na progu dzielonego z gachem mieszkania (podrzutek podobno przynależy do gacha, ale kto wie, czy to prawda, zaś sam podrzutek został dostarczony pode drzwi przez mamusię, która sama bachora chować nie będzie - w liście tak było, c'nie! Trzy tygodnie ma dzieciomtko), i postanawia wychować dziecię rękami sąsiadki ("Postanowiła poprosić o pomoc sąsiadkę. Sąsiadka miała pięcioro małych dzieci. Jedno mniej, jedno więcej…"), oraz Felicję, która w drodze z Egiptu przeżywa jednonocną przygodę, trzy miesiące później okazuje się, że brzemienną w skutkach, zaś kolejny tydzień później - facet od jednonocnej przygody przez ABSOLUTNY przypadek trafia do kancelarii Felicji, gdyż życzy sobie się rozwieść ze swą żoną -wariatką, religijnie nawiedzoną, która zapragnęła zostać surogatką, a że jej nie wychodzi przeszła na... hm... metody naturalne, a wszystko to z różańcem w ręku (facet ponadto wychowuje dzieci swojej siostry, która zamarzła w Himalajach szukając swojego męża, który kilka lat wcześniej w tych Himalajach zginął, nie, nie zmyślam i nie jestem pijana w sztok).

Poza obraźliwą dla wszystkich (ale serio DLA WSZYSTKICH, tu musze przyznać autorce prawdziwy talent!) retoryką rzecz jest w dodatku źle skonstruowana. Na ten przykład trzy przyjaciółki,które się znają jakiś czas jednak, razem na wakacje przyjechały, opowiadają sobie nawzajem, jak się poznały. No litości, mam przyjaciółki, nie mam pojęcia, co by nam się musiało w główki zrobić, żebyśmy sobie zaczęły opowiadać: "A wiesz, Anię poznałam w roku... przy okazji...".  
 
Albo zdania typu: "(Hotele) Nawet na środku pustyni. Typowe molochy bez dostępu do morza, mielące tłumy turystów. Egipcjanie mają wielkie plany dotyczące rozwoju turystyki, ale do ich realizacji potrzebna jest woda. Strach przed terroryzmem po zamachu w Szarm el-Szejk już poszedł w niepamięć i z roku na rok napływa tam coraz większa fala turystów zostawiających kasę" występujące w charakterze wypowiedzi w dialogu...

No i oczywiście tak w ogóle ta powieść to jest opko i ja dostrzegam pełen opkowy zestaw. Kojarzycie, pińćsetgwiazdkowy hotel, w którym bohaterka sobie robi kanapki na lunch albo herbatkę zalewa z czajnika elektrycznego w pokoju, kapanie forsą, ale na wycieczkę jedziemy rozklekotanym autobusem pełnym miejscowych, te rzeczy. Albo takie coś: "Twoja zaślepiona miłością do syna, nienormalna żona postanowiła na siłę spełnić marzenie zadurzonego synalka, więc zrobiła ze mnie przestępcę, wpakowała mnie do więzienia, uśpiła, uprowadziła i uwięziła! Posłuchaj, Muhammed, to jest chore! - i tak się odzywa nasza bohaterka, bynajmniej nie nastolatka w wieku buntu, tylko dorosła, podobno dobrze wychowana osoba do właściciela połowy Egiptu, swego gospodarza, właściciela luksusowego przybytku, w którym przebywa, człowieka wykształconego, kulturalnego, dużo od niej starszego, a mówi o jego żonie i jego jedynym synu... tak zaś elegancka dama (która, w co nie wątpię, miała być Silną, Niezależną i Asertywną Bohaterką Z Charakterem, a jest głupia jak but, prostacka, fatalnie wychowana i z osobowością rozwielitki, nie obrażając rozwielitek), odrzuca oświadczyny: "Mam swoją pracę, swoje zainteresowania, swój dom i swojego mężczyznę. Poza tąm jestem katoliczką, nie smakuje mi wasze żarcie, nie podoba mi się wasza pustynia, nie kocham cię i nie jestem na sprzedaż. Czy to jasne?! (...) Już wiem, że twoja matka to skończona wariatka. Ale za to ojca masz super (...)Ty jesteś w porządku i nic do ciebie nie mam. Nawet cię chyba lubię. Widać mężczyźni w waszej rodzinie dają się lubić, natomiast baby… Szkoda słów".  

Albo bohaterka piwko sobie otwiera, o:

"Zuzka rozpogodziła się natychmiast i wprawnym ruchem otworzyła butelkę o futrynę, uważając, żeby nie uszkodzić zamka. Maisa gapiła się jak urzeczona na wyczyny tej białej kobiety i spoglądała łapczywie na spieniony napój" (a wszystko to w ekskluzywnej, wyposażonej we wszelkie wygody, w tym i takie, o których się przeciętnemu człowiekowi nie śniło, posiadłości egipskiego milionera).
 
No opko pełną gębą.

Co myślę o tym, że to opko zostało wydane drukiem to insza inszość.

W dodatku akcja pędzi na łeb, na szyję, po pierwszych czterdziestu stronach ględzenia o niczym ("Marcin mówił ciekawie o swojej pracy, sypiąc anegdotami, i po chwili poszli coś zjeść w barku przy basenie", zdanie godne wypracowania nastolatki) autorce się przypomniało, że chciała napisać trzy różne książki, tylko się bała, że jej nie wydadzą, więc upchnęła wszystko w jednej, czytelnik dostaje zadyszki i jeśli jest mniej uważny albo mniej podatny na irytacje czytelnicze przeocza nawet styl a la środkowa podstawówka ("- A ty? Co z tobą? – U mnie spoko. Jestem zabujana na maksa") oraz a la "jak troszkę podrapać po tej kulturze osobistej to wszystko schodzi jak pozłotko z papierka, zaś wyłazi jak małpa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy", na tenpszykład, o, taka sytuacja:

Zuza w Polsce robi grilla, żeby opowiedzieć wszystkim o swoich przeżyciach, a tu nagle - kurierzy i tajemniczy prezent! Prezentem jest ekskluzywny model Harleya, zaś reakcja Mężczyzny Życia Zuzy (dlugotrwały związek, matrymonialne plany, te rzeczy) wygląda tak:
 

"– A więc to tak?! – wysyczał wściekle. – Teraz już wszystko rozumiem! Pojechałaś się puszczać z Arabami, a teraz ci za to płacą. Szok!
– Artur! No co ty? – wtrąciła się Gośka. – Przecież ona została porwana!
– Taa, jasne, może i została, ale później świetnie się bawiła. Jasny gwint! A ja przedstawiłem ją moim dzieciom! Zwykła puszczalska zdzira! Matylda przejrzała ją już jakiś czas temu. Uprzedzała mnie, ale ja chyba ślepy byłem!
– Artur! Przestań! Opanuj się!
– Zuzka odzyskała głos. 
– A co? Chcesz się tłumaczyć? Wszystkie jesteście takie same, funta kłaków niewarte! – krzyknął rozjuszony mężczyzna"
 
(a teraz wszyscy podziwiamy tę rasową, gimnazjalną frazę, jak również Prawdziwie Męskie Prężenie Muskułów)

"– Wyhamuj, kolego, bo zaraz dostaniesz po ryju! – Marcinowi w końcu puściły nerwy. – Jeszcze słowo i zrobię z ciebie farsz do pierogów – zapienił się Marcin i niewiele brakowało, by przywalił Arturowi.
– Chłopaki, dajcie już spokój, dobra? – rzuciła pojednawczo Gośka. Nie na wiele się to zdało.
– A ty co? – rozindyczył się Artur i skierował się w stronę Marcina. – Ty też chcesz ją przelecieć? Droga wolna! Ja spadam. Ze szmatami się nie zadaję!"

A na deser - fragment z serii (bardzo przepraszam, ale ciśnie mi się na usta) JPRDL.

"Dziewczyna była czarna jak heban i zgrabna jak marzenie, więc Fela przyglądała jej się z nieukrywaną ciekawością. Jeszcze nigdy nie miała okazji rozmawiać z prawdziwą Murzynką, a tu proszę, siedzi obok i wydaje się zagubiona.
(...) Mzu była piękna. Pochodziła z plemienia Zulusów a jej pociągła, o szlachetnych rysach twarz mogła z powodzeniem zdobić okładki

.
.
.
(chwila napięcia)
.
.
.
"National Geographic".

Dodam, że Mzu jest modelką, chodzi po wybiegach w Paryżach i innych Mediolanach, ale komu by w związku z tym jakieś Cosmopolitany czy Vougi do głowy przyszły, nie, na polskim uniwersytecie polska studentka oczyma duszy widzi ją na jedynym właściwym miejscu!

Omówiona powyżej powieść to debiut podobno, i tylko dlatego sugeruję, że jakiejś kolejnej należy się cień szansy.

Tej konkretnej nie polecam nikomu.

sobota, 21 maja 2022

Szekspirowsko

Królowa Matka (z niewinnym zainteresowaniem) - I jak tam "Makbet", synu? W jakim teraz jesteś momencie akcji?
 
Potomek Młodszy (zniecierpliwiony, jak również silnie zirytowany) - W kompletnie idiotycznym. Ciągle ktoś puka do drzwi, a jakiś typ, nie pamiętam, jak się nazywa, nic, tylko furt otwiera i otwiera, ktoś puka, on otwiera, ktoś puka...
 
Królowa Matka (po długiej chwili niezbędnej dla opanowania emocji usiłujących znaleźć ujście z jej wątłej piersi w postaci nietaktownego chichotu; łagodnie) - Odźwierny, synu. Dlatego furt otwiera i otwiera, od tego właśnie jest.
 
Potomek Młodszy (po bardzo, BARDZO długiej chwili milczenia, niewątpliwie niezbędnej dla przyswojenia podanych informacji) - Ma to sens.
 
Co za szczęście, że to nie "Hamlet", w "Hamlecie" byłaby to jedyna sensowna rzecz.
 
A tak - jest nadzieja, że Potomek Młodszy jeszcze na jakąś natrafi :D.

 

środa, 18 maja 2022

Alergicznie

Pompon Młodszy (zdaje sprawozdanie ze swego, nieco ostatnio podupadającego, stanu zdrowia)- Dziś już się lepiej czuję. Nie kicham, no, mniej kicham. Tylko jak w szkole byłem to mnie znowu oczy zaczęły szczypać, w naszej klasie musi być coś, na co mam alergię...
 
Pompon Starszy (pomocnie) - Nauka?
 
Zupełnie niewykluczone, to bardzo silny alergen i zadziwiająco wręcz często spotykany!
 
I wiele wyjaśnia w temacie takiego, na przykład, Potomka Starszego.

 

czwartek, 5 maja 2022

"Władca Barcelony" Chufo Llorens

Wszechświecie, Wszechświecie, cóżem ci uczyniła, że mnie tak nienawidzisz? Jestże to bezinteresowna nienawiść, czy jakiś, bo ja wiem, zakład z Wszechstwórcą, ile wytrzymam, nim się poddam? 

Tak, znów to zrobiłam. Z wielu powodów moje książkowe wybory ostatnio... jak by to ująć... nie są godne Blogerki Książkowej, nawet tylko Aspirującej (względnie W Uwiądzie). Ma być lekko, bo nie mogę myśleć. Nie nazbyt wzruszająco, bo mi szkodzi. Zabawnie, dlaczego nie, ale na poziomie, no bo już nie przesadzajmy z tym brakiem godności Aspirującej Blogerki Książkowej W Uwiądzie. Żadnych dramatów, dramatów mam dość w życiu. Bogowie broń nie o wojnie, nawet takiej z czasów wikingów. Może być kryminał, ale ofiarami nie mogą być dzieci, przemocy wobec kobiet tez twarde nie, i oczywiście żadnych sadystów męczących zwierzęta, najlepiej jakiś otruty nieboszczyk elegancko upozowany na kanapie w stylu późnego rokokoko. I tak dalej, i tym podobnie, oczywiście nie musi to wszystko występować w jednym tomie, ale nawet w rozbiciu na kilka moje wymagania eliminują tak z połowę zasobów bibliotecznych i niemal wszystkie książki z mojego Stosika (dobra, bez ściem - Stosu) Wstydu.

Tak zmotywowana idę do biblioteki, rzucam się między półki, czytam opisy na skrzydełkach książek, sięgam po autorów, o których w życiu nie słyszałam, tu się zadumam, ówdzie skrzywię, aż wreszcie wybieram, no bo przecież:

"Jeden z największych hiszpańskich bestsellerów ostatniego roku". - mówi okładka. A dalej: "Napisana z rozmachem powieść historyczna utrzymana w duchu i tematyce słynnej Katedry w Barcelonie" - hmmm... - "Barcelona, rok 1052. Wychowany w skrajnej nędzy Marti Barbany ma 19 lat, gdy trafia do pysznego i dumnego miasta. Oszołomiony możliwościami, jakie niesie ze sobą życie w metropolii, zrobi wszystko, aby stać się pełnoprawnym obywatelem, zasłużyć na miłość dziewczyny z bogatego rodu i odmienić swój los. Jego historia splata się z dziejami hrabiego Ramóna Berenguera I, darzącego występną miłością Almodis z Marchii, hrabinę Tuluzy, który wciąga miasto w niebezpieczny konflikt" - no co może pójść nie tak.

A MÓWILI TATULO, NIE UFAJ OPISOM NA OKŁADKACH, CÓRUŚ!

Powieść - 736 stron!!! - zaczyna się od opisu napadu bandy żołdaków na spokojne domostwo kowala, zakończone wymordowaniem mężczyzn i zgwałceniem kobiet, w tym jednej ciężarnej i jednej dwunastoletniej.  Pięknie, po prostu pięknie, tego właśnie chciałam, gdy wybierałam książkę bez wojen i przemocy wobec kobiet, dzięki, panie Llorens! A już najbardziej dzięki za to, że cały ten rozdział był kompletnie PO NIC. W żaden, najlżejszy sposób nie łączył się z resztą powieści, żadna z osób w nim opisanych nie tylko nie odegrała żadnej roli na kartach książki, ale nie została nawet wspomniana. Podejrzewam, że cały ten napad był potrzebny autorowi, by wprowadzić postać Ermesyndy, hrabiny Barcelony, która w następnym rozdziale robi dziką awanturę dowódcy wojsk najemnych. Musi pan autor uznał, że to jest właśnie najlepszy sposób, by pokazać, że rzeczona hrabina ma ognisty temperament, dzierży władzę żelazną garścią i nikt jej nie podskoczy w Barcelonie i okolicach. Cóż, nie jest to opinia, którą podzielam, ale cóż ja jestem, mały robaczek i w życiu bestselera nie napisałam, c'nie.

Chwilę się łudziłam, że może nienarodzone dziecko zgwałconej kobiety to właśnie ten szumnie zapowiadany na okładce Marti, ale porównałam daty, widniejące na początku każdego rozdziału i duch we mnie upadł. Nasz Marti Barbany pojawia się chwilę później i jest taki doskonały, że obrzydzenie bierze. Niby nie jest rycerzem (chociaż podobno autor wzorował go na rzeczywistej postaci, która i owszem, rycerzem ostatecznie została), ale i tak jest bez skazy- szlachetny, honorowy, mądry, odważny, inteligentny, oczywiście w dodatku przystojny, plus ma niewiarygodne szczęście. Wychowany w biedzie i niechęci do tatusia w jeden dzień i bez specjalnych duchowych rozterek odzyskuje o tatusiu dobre mniemanie oraz dostaje spadek, plus zyskuje dwóch serdecznych przyjaciół tatusia, którzy nie tylko spadek przechowali przez prawie dwadzieścia lat, ale jeszcze zajęli się sierotą, wprowadzili do towarzystwa, zapoznali, z kim trzeba, ułatwili, co się dało i służyli dobrą radą, bezinteresownie i ze względu na pamięć dawnych czasów.

Wszystkie zresztą postacie we "Władcy Barcelony" są zero-jedynkowe - ukochana Martiego jest piękna, kochająca, wierna i tak niewinna, że w porównaniu z nią przebiśnieg na przymrozku jest niczym więcej jak śmieciem.. Z kolei główny antagonista Martiego, Bernat, nie ma nawet jednej pozytywnej cechy, jest taki zły, ze po prostu najzłejszy, a do kompletu obleśny, chciwy i, no bo przecież, że koniecznie, brzydki, otyły i pryszczaty (no, dobra, pryszczaty może nie. A może tak, tylko dokładnie nie pamiętam).

Równolegle do pełnej sukcesów drogi Martiego, by stać się obywatelem Barcelony toczy się wątek historyczny, bohaterem którego jest Ramon Berenguer, hrabia Barcelony, który został ekskomunikowany w 1053 na skutek bezprawnego trzeciego małżeństwa - on, żonaty wówczas, zapłonął uczuciem do Almodis z Marchii, jak najbardziej zamężnej. Uczucie okazało się wzajemne, Ramon zorganizował porwanie ukochanej z zamku jej męża, po czym żyli sobie razem we wzajemnym afekcie, starając się o unieważenienie małżeństw (łatwo nie było, argument o nie skonumowaniu związków upadał, jako, że oboje mieli dzieci, a w dodatku papież był dobrym przyjacielem babci Ramona, czyli wyżej wzmiankowanej Ermesyndy). I niewątpliwie była to najciekawsza część tej książki, choć, niestety, opisana kompletnie  bez polotu, do tego stopnia, że równie dobrze mogłabym poczytać Wikipedię, wzbogaconą o opisy przyrody.

Brak polotu dotyczy całej powieści zresztą, wszystko tu jest po kolei, w uproszczeniu, bez kłopotów, bez przeszkód. Ktoś postanawia napisać list i list trafia do nadawcy dokładnie w momencie, gdy powinien,  odbicie więźnia przebiega bez żadnych niespodzianek, przekazanie okupu - no, jak przekazanie okupu, wielkie rzeczy, podjeżdża z jednej strony rycerz, z drugiej muzułmański książę i już, o czym tu pisać, wydany wyrok jest bezproblemowo wykonany, "skazali go, zbudowali szubienicę, powiesili, ach, jak niesprawiedliwie", wizyta w więzieniu załatwiona bez problemu, bo czystym przypadkiem strażnik więzienny okazuje się kumplem z wojska, nagle znajduje się na wszystko dowód, porwanie Almodis z Marchii, hrabiny Tuluzy w końcu, a nie byle dziewki kuchennej przebiega łatwiej, niż w dzisiejszych czasach przebiegłoby odebranie dziecka ze szkoły przez rodzoną babcie nie posiadającą upoważnienia od rodziców. Dodatkowo część wątków jest o niczym jak chociażby spór między Pedro Ramonem, synem Ramona z pierwszego małżeństwa i jego następcą, a Almodis z Marchii. Kłócą się jak przedszkolaki i nic z tego nie wynika, nic kompletnie.

No i JĘZYK.

Styl pisania  autora jest co najmniej egzaltowany i przyznam, że zastanawiałam się nawet, czy to tylko autor, czy może chociaż trochę tłumacz. I pewnie trochę jest to tłumacz ("Drżała mu ręka, a serce ściskał podziw dla odwagi dziewczyny" - nie wykluczam, że słabo znam polski, ale wydaje mi się, że serce to mógł mu przepełniać podziw dla odwagi dziewczyny, a serce ściska się człowiekowi skutkiem doznawania raczej przykrych emocji; 

"za wojskiem szedł nieunikniony tłum ludzi (...) całe mnóstwo kobiet, zarówno żon żołnierzy, jak i prostytutek o obwisłych piersiach, które roznosiły choroby, dostarczając rozrywek obozującym żołnierzom", no szczególnego rodzaju to rozrywka, gdyby ktoś mnie pytał;   

"Znasz już Ruth, najmłodszą córke mojego przyjaciela Barucha. Na wszelki wypadek zamknęli przed czasem bramy Call [dzielnicy żydowskiej, przyp.moje] i rozdzieliwszy się z siostrą, została na zewnątrz" - znowu, możliwe, że się czepiam, ale czytałam to zdanie kilkukrotnie i ono dla mnie w ogóle nie jest po polsku).

Z cała pewnością jednakże to nie tłumacz jest winien temu, że opisy są rozciągnięte do przesady (a o dialogach będzie niżej). O tym, że autor  przygotował się do napisania książki historycznej świadczy pokaźna bibliografia, dumnie zaprezentowana na końcu tomu oraz liczne a zbędne szczegóły, którymi czytelnik jest regularnie zanudzany, a które nic nie wnoszą do książki (jak np. opis bojowego rynsztunku Ramona Berenguera. Albo cacko w stylu "Obaj usiedli na taboretach obitych skórą z Ubrique. Był to prezent od najemnika, który służył u boku Llobelta w okolicach Kordoby około 1017 roku podczas drugiej wyprawy hrabiego Ramona Borrella, dziadka obecnego hrabiego. Odniósł wtedy tak ciężkie rany, że zmarł" - i nie, nie wiadomo, kto zmarł, najemnik, Llobelt czy hrabia. O, albo niezwykle błyskotliwe spostrzeżenia, jak natenpszykład: "Stał tam tez dzban z wielkim uchem z jednej strony i długim dziobem z drugiej, który służył niewątpliwe do wylewania jego zawartości".

Nie są winą tłumacza również dialogi typu:

- Marti, przybiegam do ciebie z pilną wiadomością!

- Zamieniam się w słuch, przekaż mi ją natychmiast!

- Nigdy nie uwierzysz w to, co ci powiem!

- Wstrząsają mną obawy!

- Zadrżysz dopiero, gdy ci ją wyznam, a biegłem tu naprawdę pospiesznie!

- Nie trzymaj mnie w niepewności, zaklinam!

- Nigdy bym tego nie zrobił, przyjacielu, czas bowiem jest naszym sprzymierzeńcem!

- Przebóg, co mówisz! Przejmujesz mnie lękiem!

- Ach, gdyby dobry Bóg sprawił, bym to nie je musiał przekazać ci tę wieść!

- Niezbadane są wyroki Jego! Lecz straszne wieści, jak ta, lepiej usłyszeć z ust przyjaciela!

- Marti, jesteś równie szlachetny, jak twój ojciec, który był mi wiernym druhem na polu bitwy!

- Twe słowa radują me serce! Lecz siądź, odetchnij, wszak biegłeś tak pospiesznie, by przekazać mi wiadomość!

- Ach, Marti, nie czas na to, wszak ta sprawa nie może czekać!!!


I tak dalej...

I razy milion.

I pytanie, "jak napisać ośmiusetstronicową powieść, w której treści jest na dwieście stron" rozwiązany.

A nawet DWIE powieści, bo "Władca Barcelony" ma kontynuację, równie obfitą stronicowo.

Ale drugiej części nie przeczytam.

Nawet dla Was.


czwartek, 28 kwietnia 2022

"Kamienny manuskrypt" Luis Garcia Jambrina

"Kamienny manuskrypt" został nagrodzony V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 roku i wyznam już na wstępie, że pytanie "Czemu?!" ciśnie się na mych ust korale z siłą tajfunu.

Salamanka, rok 1497. Fernando de Rojas, młody, bardzo obiecujący student prawa (a także wszystkich sztuk wyzwolonych, i paru nie wyzwolonych też, jest bowiem Fernando osobą wyjątkowo wręcz żądną wiedzy i chętną do nauki), pochodzący z rodziny nawróconych Żydów, na zlecenie Diego de Dezy, biskupa Salamanki, bada sprawę zabójstwa niezwykle popularnego w mieście profesora teologii. Wkrótce ofiarą morderstwa pada książę Juan, następca tronu, a kilka dni później - uliczna dziewka. Wszystkie ofiary mają w ustach monetę. Wszystkie mają identyczne zadrapanie na twarzy. Zdaniem Fernando wszystko wskazuje na to, że zbrodni dokonał ten sam sprawca.

Prowadzenie dochodzenia w gąszczu intryg politycznych, rozgrywek między Inkwizycją a władzami kościelnymi i nieokiełznanych namiętności wymaga nie lada inteligencji i sprytu. Najmniejszy popełniony błąd może zrujnować karierę młodzieńca, a nawet pozbawić go życia, zwłaszcza, że zaczyna się nim interesować Inkwizycja, z którą już wcześniej miała problemy jego rodzina.

Słowem, możemy się spodziewać krwistego thrillera/kryminału, a jeśli dodatkowo lubi się (a ja lubię) książki osadzone w "dawno dawno temu, w nieznanej krainie", albo kryminały sprzed czasów komórek, DNA, komputerów, mikroskopów i CSI, to już w ogóle miodzio.

Cud, że można rzecz skopać tak spektakularnie.

Zacznę od mojej ulubionej strony (prawie) każdej powieści, czyli od warstwy językowej. 

Dialogi w "Kamiennym manuskrypcie" to nie jest drewno, paździerz i rozpacz w kratkę. Na dialogi w tej książce po prostu nie ma słów. 

Dla przykładu, nasz genialny młody uczony prowadząc swoje śledztwo trafia do klasztoru, w którym zamieszkiwał zamordowany zakonnik. Przyjęty zostaje tam więcej niż niechętnie, tylko i wyłącznie faktowi, że ma listy polecające od biskupa Salamanki zawdzięcza to, że pozwolono mu obejrzeć zwłoki zamiast z krzykiem zawiadomić najbliższego inkwizytora o jego wizycie, na szczęście trafia do przyklasztornego ogrodu, gdzie roślinami zajmuje się przemiły staruszek. Uchachany, że wreszcie ma kogo przesłuchać, Fernando zadaje staruszkowi pytanie:

- Co możecie mi opowiedzieć o fra Tomaso?

staruszek zaś nabiera tchu i zaczyna nadawać:

- Jak wiesz, mój synu, 22 grudnia 1216 roku następca Innocentego III, Honoriusz III wydał bullę zatwierdzającą nowy zakon, zaś miesiąc później, 21 stycznia 1217 zatwierdził nazwę Zakonu Kaznodziejskiego. Podczas pobytu w Rzymie świętemu Dominikowi przyśnili się święci Piotr i Paweł, którzy polecili mu, by wysłał swych uczniów na cały świat. Po powrocie do Tuluzy rozesłał braci do Włoch, Hiszpanii i Francji. Sam również kontynuował wędrowne kaznodziejstwo, przyjmując do nowego zakonu braci z całej Europy i zakładając nowe domy zakonne. W 1220 w Bolonii zebrała się pierwsza kapituła generalna Zakonu, na której zostały wypracowane Ustawy Braci Kaznodziejów (Konstytucje), które wraz z Regułą św. Augustyna do dziś stanowią podstawy prawne działalności dominikanów.

I tak przez, uważacie Państwo, PIĘĆ STRON. Pięć stron bitego tekstu, ten powyższy nie jest oryginalny, skopiowałam go z Wikipedii, i nic nie szkodzi, bo wielce jest do tego powieściowego podobny. Ściana słów, "przesłuchujący" geniusz średniowiecznej myśli detektywistycznej ani myśli przerwać, tylko bez słowa wysłuchuje deklamowanych encyklopedycznych informacji, przetykanych datami, naszpikowanych nazwiskami i nie mających żadnego związku z zadanym pytaniem (to znaczy, pojawia się tam jakieś zdanie czy dwa, które później okażą się istotne, oczywiście w różnych miejscach wypowiedzi, żeby czytelnikowi za bardzo nie ułatwiać, a wiemy to stąd, że za te parędziesiąt stron się pogubimy, i albo wrócimy do ściany tekstu, by z niej te istotne wiadomości żmudnie wyłowić, albo machniemy na to ręką i nie zrozumiemy, co poeta ma na myśli).

Dalej - język. Identyczny dla każdej postaci. Diego de Deza, biskup Salamanki, wychowawca następcy tronu, wypowiada się dokładnie tak samo, jak stara, żyjąca w dzielnicy nędzy żebraczka, główny bohater, duma uniwersytetu i mistrz retoryki, używa wyrażeń i buduje wypowiedzi w ten sam sposób, co dziewka z lokalnego zamtuza, następcy tronu nie odróżnilibyśmy po sposobie mówienia od właściciela podrzędnej karczmy, i tak dalej, i tym podobnie.

Autor jest historykiem i niewątpliwie świetnie zna Salamankę (o czym zresztą można przeczytać z tyłu okładki ;)) oraz jej historię, nie da się temu zaprzeczyć, dlatego też nie wątpię, że pod miastem rzeczywiście znajdują się gigantyczne podziemia, w których w opisywanych w powieści czasach funkcjonowało coś jakby drugie miasto, zaludnione przez niezliczonych wyrzutków społecznych, począwszy od oficjalnie wydalonych z miasta Żydów, przez zajmujących się źle widzianą przez Inkwizycję nauką mędrców i studentów, po drobnych i mniej drobnych złodziejaszków i bandytów. 

Nasz bohater w poszukiwaniu zbrodniarza trafia, rzecz jasna, do tego wysoce utajnionego podziemnego grodu, na wstępie dostaje w łeb, i naprawdę, NAPRAWDĘ nie chcielibyście wiedzieć, do jakiego stopnia groteskowe było jego przebudzenie w otoczeniu działającego, jak się okazuje, w głębokiej konspiracji Sanhedrynu, którego członkowie obrzezują go, korzystając z okazji, że wpadł im w ręce i leżał w omdleniu, no bo przecież Fernando pochodzi z rodziny przechrztów, więc teraz już znów będzie Żydem i aleocochodzi (jezujezu nieczyt., tyle powiem).  Po wyrwaniu się z rąk religijnie rozochoconych i bardzo zdziwionych jego brakiem entuzjazmu współwyznawców (?) błąka się po wzmiankowanych (i tajnych, ale TAKICH TAJNYCH, że nie wiem) podziemiach, trafiając a to na (tajne) wykłady, a to do (tajnej) groty przemytników, albo (tajnej) jaskini czarownicy, a wszelkich tych (tajnych) wejść pilnują Wierni Ochroniarze, których nasz Fernando w życiu nie byłby w stanie minąć nie zauważony i nie powstrzymany, którzy jednak z wielką chęcią a ti podają mu hasło, a to wskazują drogę, a to obdarowują świeczuszką, żeby sobie poświecił, a to ostrzegają przed skręceniem w niewłaściwy korytarz, co miałoby opłakane skutki, doprawdy, tylko czekałam na tekst typu: "Nie powiedział pan hasła!". "Ale jakiego hasła?". "Żyrafy wchodzą do szafy". "Ach, rzeczywiście. Żyrafy wchodzą do szafy".

A na deser czeka nas rozwiązanie zagadki, które było tak zaskakujące, niezwykłe i błyskotliwie podane, że zapomniałam, jak się rzecz cała skończyła i musiałam sobie w popłochu przypominać, i owszem, przypomniałam sobie, kto, ale nie pamiętam, dlaczego. A książkę skończyłam dziesięć dni temu.

Słowem... 

Przeczytałam. Męczyłam się przy lekturze okrutnie, ale przeczytałam. Zniosłam papierowe postacie, drętwe dialogi, mało przekonywującą fabułę. I przeczytałam.

Żebyście wy nie musieli.

środa, 6 kwietnia 2022

Witold Szabłowski "Rosja od kuchni"

Znacie ten przypadek, gdy sięgacie po jakąś książkę non-fiction, reportaż albo pozycję popularnonaukową z dziedziny albo na temat, który was żywo interesuje i... ups. Zdania wloką się jak najnudniejsza lekcja matematyki, co i rusz potyka się człowiek o miliony pojęć i tysiące nazwisk, które czytelnikowi nic nie mówią, ale autorowi i owszem, więc nie zadaje on sobie trudu, by je czytelnikowi wyjaśnić, styl jest chaotyczny albo/i przesadnie naukowy, niezwykle interesujące informacje obecne, ale porozsiewane w męczącym słowotoku i trzeba je z niego mozolnie wygrzebywać, jak rodzynki z serniczka normalnie, brnie człowiek przez te piętrowe metafory i język twardy jak ziemia skuta podbiegunowym lodem, ale temat go przecież interesuje, więc męczy każdą kolejną stronę i do każdej podchodzi jak do wejścia na Matterhorn, i czasem udaje mu się dojść - w pocie i znoju - do końca dzieła, a czasem odpada, bo informacje informacjami, a fantastyczny temat fantastycznym tematem, ale ileż można.

Znacie to?

No więc to jest zupełnie nie ten przypadek.

 

Witold Szabłowski postanowił przyjrzeć się Rosji w oryginalny sposób - od kuchni. Swoją kulinarno-historyczną wędrówkę przez Rosję rozłożył na osiemnastu talerzach, a każdy talerz poświęcił innej osobie lub osobom, i innemu okresowi z dziejów Rosji. Każdy zawiera - wplecione zręcznie w opowieści i wspomnienia bohaterów - garść informacji historycznych i nieco społecznych, i każdy zakończony jest przepisami dotyczącymi omawianej w nim osoby/osób lub okresu czy wydarzenia historycznego. o

Pdróż zaczynamy od cara Mikołaja II i jego kucharza Iwana Charitonowa, by poprzez opowieści o kucharzach i kucharkach Lenina, Stalina, Chruszczowa, Breżniewa i Jelcyna dojść do spotkania z Putinem i jego dziadkiem (kucharzem, a jakże) Spirydionem. Dowiadujemy się nie tylko, jak jadały głowy państw - że Stalin uwielbiał śledzie, a Breżniew pieczone ziemniaki, które wolał od kawioru, że w Jałcie Wielkiej Trójce podano indyka w pigwach i okonia morskiego w sosie z szampana, a na ostatnią wieczerzę ZSRR - gulasz z dzika (przepis załączony) - ale czytamy też o chlebie z kory sosnowej, którym rozpaczliwie próbowano oszukać żołądki w czasie Wielkiego Głodu w Ukrainie, słoju ikry rybiej, który uratował życie bohaterki podczas blokady Leningradu, i stołach witaminowych w Czarnobylu. Wypada też wspomnieć, że dowiadujemy się, jakie (i w czym umieszczone) jedzenie zabrał w kosmos Jurij Gagarin. 

A tym samym czytamy o sposobie, w jaki jedzenie może służyć propagandzie, jak za jego sprawą można wpływać na wielką historię (i tę mniejszą też) i jak ją kreować, zaglądamy w świat wielkiej polityki, a potem do domów tych, po których wielka polityka przetoczyła się jak walec, obracamy się wśród zwykłych, przeciętnych Rosjan, i wśród osób znanych z podręczników i pierwszych stron gazet.

Jakim cudem Witold Szabłowski dotarł do tych wszystkich ludzi, którzy przewijają się na kartach jego książki, jak udało mu się skłonić ich do opowiadania i misternie pozbierać skrawki wspomnień, po czym spleść je w spójną całość, nie wiem. Wiem za to, że z tych skrawków stworzył niezwykłą opowieść o Rosji, Rosjanach i mieszkańcach byłych republik radzieckich. O strachu, dumie, woli przetrwania, milczeniu, kłamstwach i półprawdach, niewiarygodnej sile i niewyobrażalnym okrucieństwie.

W większości recenzji i zajawek wymienia się przede wszystkim tego Stalina z jego gruzińskim kapuśniakiem, śpiewanie ciastu drożdżowemu, no i na przykład Jałtę z przepięknie udekorowanym jesiotrem w galarecie albo kremlowskie wystawne kolacje z lodami orzechowymi i tortem Morska Bryza, jako to, co najbardziej zapada w pamięć, a może jest najbardziej fascynujące, bo opisujące przepych niedostępny większości? I, rzecz jasna, są to naprawdę pasjonujące rozdziały, doskonale napisane. 

Ale te, przy których musiałam odłożyć książkę na chwilę i po prostu popatrzeć w ścianę albo na moje tłoczące się w karmniku ptaszki, a czasem przestać czytać na dzień-dwa, to były rozdziały mówiące o głodzie w Ukrainie. Blokadzie Leningradu. Kucharkach w Czarnobylu. O Tatarach krymskich (o Efranie Kudusowie myślę ze ściśniętym sercem, o tym, jak po raz kolejny w życiu wyjechał z Krymu po jego aneksji przez Rosjan, i zaczął na nowo, w Kijowie... czy jest bezpieczny? Czy znów musi zaczynać od nowa? Czy będzie miał na to siły?).

Czytana w tej chwili, w tym historycznym momencie, lektura "Rosji od kuchni" okazuje się nadzwyczaj gorzka. Tak, wiedzieliśmy już wcześniej, wiemy i teraz, że od wielu dekad Rosja skręca w bardzo określonym kierunku. I powtarzamy, zwłaszcza ostatnio, zdanie, że dopóki to Rosjanie nie zmienią swego kraju, nikt go nie zmieni. Nie da się. Po prostu nie. Nie da się wejść do czyjegoś kraju i zrobić mu demokracji.  Nie wystarczy mu obalić prezydenta, żeby było dobrze, sprawiedliwie i po europejsku. To oni muszą. Oni sami.

"Ja ci, Witoldzie, powiem, czterdzieści lat miałam, a taka głupia byłam, że wierzyłam we wszystko, co mi w telewizji powiedzieli. Synom mówiłam: "Ludzie cię oszukają, ja nawet może, ale Partia nie oszuka cię nigdy". Dopiero Afganistan to zmienił"*.

"Dopiero po Czarnobylu zrozumiałam".

"Dopiero, gdy mi babcia przed śmiercią powiedziała".

"Wszystkie dzieci płakały po śmierci Stalina, tylko tatarskie nie płakały. My pamiętaliśmy, co on nam zrobił".

"Dopiero po..."

"Dopiero gdy..."

Bo gdy nie było w życiu bohaterów książki żadnego "dopiero, gdy", żadnego "dopiero po", to jest: "taki kraj zniszczyć! Na świecie największy! Człowieka w kosmos pierwsi wysłaliśmy!". "Nasza matkę, naszą karmicielkę zarżnąć! W dwa dni tyle zła narobić!". Rozmówca/-czyni siedzi przed polskim dziennikarzem, który zupełnie inaczej wspomina Związek Radziecki i żali mu się z pełną ufnością, że zostanie zrozumiany/-a. Że to, Witoldzie Mirosławowiczu. tyle zła, otrułabym ich, gdybym wiedziała, nigdy bym na to nie pozwolił. A na nieśmiałe żachnięcie się albo uwagę, że może jednak niekoniecznie co najwyżej może powiedzieć: "E, co wy tam wiecie, Witoldzie. Chodźcie, ugotujemy coś".

Dopiero, gdy rozmówcy Witolda Szabłowskiego stanęli oko w oko z bezmiarem okrucieństwa, pychy i totalnego lekceważenia ludzkiego życia, dopiero wtedy zaczynali rozumieć. Przedtem nie wiedzieli, nie widzieli, nie interesowali się, nie łączyli kropek, nie układali puzzla do puzzla. A gdy już ułożyli te puzzle i zobaczyli kawałek - bo przecież nie całość - obrazka, a ten obrazek był inny, niepokojący i nie pasował do całości, to i tak nie mówili o tym. Komu? Jak? Tym, co niczego nie przeżyli, nie widzieli, nie zrozumieją, nie uwierzą? Po co o tym mówić w ogóle?

Tak więc dopiero gdy.

Dopiero po.

Dopiero wtedy Rosjanie sami coś zrobią. Nie wcześniej. 

A chyba nie lubią układać tych puzzli. I nie mają ochoty, by łączyć kropki.

Nie wiem, czy ten gorzki wniosek to była rzecz, do której autor chciał czytelnika doprowadzić. Może nie. Może to wina tzw. "okoliczności zewnętrznych". Może nie da się teraz, gdy trwa wojna w Ukrainie, nie być szczególnie wrażliwym właśnie na to - na to wycofanie, spięcie, na zakłamywanie rzeczywistości, na to gigantyczne, ogólnonarodowe zamykanie oczu i wypieranie. Nie wiem.

Wiem, że polecam.

Kto wie, może dojdziecie do innych wniosków.

Może mniej gorzkich. 

A może bardziej.

 

 

*cytuję z pamięci, prawdopodobnie - a wręcz na pewno - niedokładnie, za co przepraszam. Sens wypowiedzi zachowałam.

czwartek, 31 marca 2022

Królowa Matka i reklamy po latach

 To jest anioł:

Zrobił go Potomek Starszy wiele lat temu. Szkoła organizowała jakiś konkurs okołoświąteczny, a w dodatku anioł jest symbolem naszego Grodu, wszystko się zatem pięknie składało. Potomek Starszy we wrześniu zaczął był uczęszczać do zerówki i dopiero co skończył sześć lat. Przyszedł do domu płonąc entuzjazmem, przedstawił koncepcję Dzieła i przez następne kilka wieczorów pieczołowicie wyklejał sukienkę Anioła ścinkami gazety, a jego skrzydła - pociętą na paseczki bibułą (bo już namalowanie jakże pogodnie uśmiechniętej twarzy zajęło mu doprawdy minutkę), po czym dumnie zaniósł swoją pracę do szkoły, gdzie została ona powieszona wraz z innymi pracami na szkolnym korytarzu, i na tym jego sukcesy się skończyły.

Nie dostał nawet najostatniejszego wyróżnienia.

I nic dziwnego, że nie dostał, wszak jego praca była totalnie niewidoczna na tle rzeźb naturalnej wielkości z papier-mache, wykonanych przez Zuzankę, klasa 0 B, albo portretów w stylu późnego Leonarda da Vinci, Michał Anioł w tym wieku nie umiałby takich namalować, a tu proszę, Marcinek, klasa I A, potrafił! Że już nie wspomnimy o anielskich twarzach, wyklejanych pieczołowicie miniaturowymi koralikami (Paulinka, klasa 0 C), wizerunku pląsających radośnie aniołów w stylu disneyowskim, precyzyjnie namalowanych na płótnie (Zosia, klasa II B) czy olejnym portrecie a la Caravaggio (Franek, klasa III C). Gdzie tam takiemu wyklejonymi gazetą aniołowi o lekko szajbniętym uśmiechu do tych dzieł sztuki! Nikogo nie powinno dziwić, że nie został zauważony.

Jakiś czas później konkurs na ulubioną postać z bajki organizowało przedszkole Pomponów. Pompony miały cztery lata i pęd do uczestnictwa we wszystkich możliwych konkursach doprawdy atomowy, Królowa Matka, ubogacona wieloletnim doświadczeniem, powiedziała tylko: "Hmmmm...", ale zabronić dzieciątkom nie zabroniła. Dzieciątka dały z siebie po prostu wszystko, namalowały, wykleiły, ubarwiły brokatem, pooklejały plasteliną, zaniosły do przedszkola.

Wszystkie prace konkursowe dostały numerki, nazwiska twórców były utajnione, podobno dlatego, by umożliwić oddawanie głosów na poszczególne Dzieła całkowicie bezstronnie, urna na głosy stanęła na końcu korytarza.

A na początku, z numerem 1, zawisł gigantyczny portret Kubusia Puchatka wykonany z setek, bez przesady, miniaturowych ptaszków origami. Jak się okazało po zakończeniu konkursu, gdy nazwiska twórców zostały ujawnione, wykonany przez czterolatkę. Nieprawdaż. Co prawda głosujący rodzice okazali jakąś przytomność umysłu i czterolatka składająca mierzące centymetr ptaszki origami, po czym wyklejąjąca z nich precyzyjnie portret misia, nie wygrała, ale w finałowej piątce znalazły się jednak portrety Meridy Walecznej z puklami zrobionymi na szydełku czy inne Czerwone Kapturki, wykonane w stylu realizmu szkoły staroniderlandzkiej.

Wszystkie Potomki Królowej Matki całkiem prawidłowo odrobiły lekcję daną im przez życie i przestały brać udział w konkursach plastycznych, Królowa Matka na samo wspomnienie zaczyna warczeć, i na to wchodzi firma Orange, cała na biało i z reklamą, która u Królowej Matki wywołuje gwałtowny wzrost ciśnienia i przebija się nawet przez emocje, których dość sporo jest ostatnio w życiu nas wszystkich, i których natężenie powinno być całkowicie nieprzebijalne.

Oto mamy sielski obrazek, wieczór, mama już drzemie, gdy u wezgłowia jej łoża staje Dziecię. Dzieweczka konkretnie, która, delikatnie ciągnąc Rodzicielkę za rękaw czy tam tykając ją paluszkiem, mówi:

- Mamooo... ja muszę zrobić serce do szkoły.

- Mhm - odpowiada mama półprzytomnie, i tylko ten półsen, w którym jest pogrążona usprawiedliwia to, że nie zgaduje od pierwszego kopa ciągu dalszego wypowiedzi córeczki.

-... na jutro - mówi oto córeczka.

No tak.

Któż z nas tego nie zna, o Czytelniku. Godzina 23.45, "mamo, bo ja zapomniałem, potrzebuję na jutro dwudziestu rolek po papierze toaletowym, czarną kartkę A4 z bloku technicznego, fioletowy brokat i pięć patyczków bambusowych długości dokładnie 15 centymetrów". "Mamo, potrzebuję zielonych spodni i czapki w niebieskie groszki, żółtej koszulki i skarpetek gładkich w dwóch różnych kolorach". "Mamo, zapomniałem ci powiedzieć, potrzebuję ziemniaka, cukinię, kapary, bakłażana i podgotowaną marchewkę, i jeszcze fartuszek, nową deseczkę, niezbyt ostry nóż". A czasem człowiek ma bliźniątka, i to już jest czterdzieści rolek, dwie deseczki i dwie czapeczki w groszki. Na jutro.

Każdy rodzic kiwa zatem ze zrozumieniem głową, a na ekranie pełna mobilizacja, mamusia na nogach, tatuś na nogach, internet (Orange! Ach! Och!) odpalony, na ekranie serca i serduszka, ale dzieciątko nie wybierze sobie przecież jakiegoś trywialnego, nienienie. Dzieciątko wybiera wypasiony projekt, trójwymiarowy model serca, cała rodzina buduje szkielet z patyczków, okleja misternie papierem, wewnątrz montuje żaróweczki i inne fiu bździu, serce jak żywe, tu żyła, ówdzie tętnica, przedsionki, komory, wszystko elegancko podświetlone, rodzina pada wykończona o świcie tam, gdzie stała, ale zwleka się jednak, by pomachać na pożegnanie córeńce, gdy ta, dumnie niosąc pracę swoich rodziców oddala się w kierunku szkoły, po czym rodzice dostają ze szkoły zdjęcie - gdyż mają telefon w Orange! Ach! Och! - (na zdjęciu w samym centrum córunia z nie swoją pracą, cała uśmiechnięta, a za nią koleżanki i koledzy z klasy, każde z jakimś serduszkiem wyciętym i złożonym w harmonijkę, albo wyklejonym z kolorowych wycinanek czy namalowanym, niewątpliwie samodzielnie) z podpisem "Gratulacje od nauczycielki".

Nosz fak oraz $%^##@**&@^.

Tak, tak właśnie, brawo, Orange! Tak właśnie, pokażmy, jak pani nauczycielka promuje oszustwo i najwyżej ocenia ewidentnie niesamodzielną pracę uczennicy! Tak, zróbmy reklamę, z której wynika, że w oszustwie nie ma nic złego! A nawet, jeśli nie uznamy, że z tej nauczycielki to smutek i żałość, a nie fachowiec od wychowywania młodzieży, jeśli założymy, że dziewczynka jest po prostu utalentowana i nauczycielka uwierzyła, że zaprezentowany jej model serca przedstawia jej własną pracę, to przecież widzowie wiedzą, że tak nie jest. Ach, jaką fantastyczną lekcję odebrała od swoich rodziców dziewczynka! Ach, ile się dowiedziała! Że nic nie musi, bo mamusia i tatuś wszystko załatwią się dowiedziała. Że ta frajerka, pani, kupi każde łgarstwo i jeszcze pogratuluje, co za idiotka, się dowiedziała. Że ci jeszcze więksi frajerzy, koledzy i koleżanki, którzy ślęczeli nad swoimi pracami sami mogą się co najwyżej zadowolić jakąś tam pochwałą czy wyróżnieniem, ale na pewno nie pierwszym miejscem, co za cieniasy, się dowiedziała. 

A potem się dziwimy, że są tacy rodzice, co kiedyś, będąc młodą nauczycielką, przyszli do Królowej Matki* z, excusez, pyskiem. Bo dzieciątko nie dostało szóstki, tylko czwórkę za projekt, a inni dostali szóstki, chociaż ich projekty były i krósze, i artystycznie prostsze. A gdy Królowa Matka uprzejmie wyjaśniła, że już na początku roku szkolnego poinformowała wszystkich swoich uczniów, że za niesamodzielną pracę będzie obniżać oceny, a dla anglisty sprawdzić, czy piątoklasista, który używa w swoim projekcje zdań typu: "I wouldn’t have waited for you so long if I had known that you didn't want to see me" (i nie potrafi ich przetłumaczyć na język ojczysty) wykonał swój projekt samodzielnie, czy tak więcej nie bardzo to tak jak splunąć po prostu, pan rodzic się nadął i zakrzyknął: "Ja tego tak nie zostawię! To się skończy u dyrekcji!", a wówczas Królowa Matka, która co prawda jest przecież, jak wszyscy wiedzą, uroczą i wielce łagodną osobą pełną serdecznych uczuć dla ludzkości i o nieodpartym wdzięku osobistym, po prostu jak elfik polatujący nad kwieciem jest, nieprawdaż, spojrzała na tatusia w sposób, który natychmiast wpędziłby w kompleksy Meduzę, i z właściwą sobie dystynkcją, ciut zaledwie chłodno, powiedziała: "Niestety, nie mogę panu towarzyszyć, ponieważ nie wolno mi zejść z dyżuru, ale pani dyrektor przyjmuje na pierwszym piętrze, pierwsze drzwi na lewo obok biblioteki" (obłok pary uniósł się z jej ust, szron osiadł na kwieciu, tatusiowi ucznia poczerwieniał nos i uszy), a pan zapytał tylko: "Czyli mam rozumieć, że nie zmieni pani tej oceny?", i bardzo się zdziwił, gdy Królowa Matka odpowiedziała: "Oczywiście, że nie" i powróciła do swych obowiązków bez oznak paniki przed natychmiastowym zwolnieniem.

A teraz okazuje się, że on słuszne pretensje miał, bo przecież gdyby było inaczej to by taka szacowna firma jak Orange nie wypuszczała reklamy, w której wzorowa, na oko zamożna, zgodna i kochająca się komórka społeczna, taka, która powinna być wzorem dla nas wszystkich uczy oszukiwać innych swoje dziecko, które nie dość, że nie ponosi odpowiedzialności za swoje zaniedbania, to jeszcze zostaje za swoje oszustwo pochwalone.

No, chyba, że firma Orange robi to źle.

Ale to chyba niemożliwe przecież.


PS. Uwaga, Drogi/-a Pierwszy Raz Będący/-a Tu Czytelniku/-czko! "Będąc młodą nauczycielką przyszedł do mnie rodzic" jest nawiązaniem do skeczy autorstwa Ewy Szumańskiej. Mówię tak tylko na jej cześć. Normalnie mam w miarę dobrze opanowane używanie imiesłowów, chociaż nie wiem, co to jest imiesłów :).

wtorek, 29 marca 2022

Post pomimo wszystko (aktualizowany co jakiś czas)

W ten straszny czwartek, 24 lutego, bladym świtem biegałam po domu odziana zaledwie częściowo, usiłując a to nienachalnie zachęcić jednego z Pomponów do spożycia jogurtu, a to zasugerować drugiemu założenie skarpetek do pary, a to ściągnąć z betów protestujących ciut niewyraźnie, by nie rzec bełkotliwie Potomków Starszych, gdy Pan Małżonek otworzył SMS-a przysłanego mu godzinę wcześniej przez kolegę z pracy i powiedział:

- Rosja zaatakowała Ukrainę.

Nie zrozumiałam tego, co powiedział.

- Jak to - zaatakowała? - spytałam, zastygając ze skarpetką czy innym ręcznikiem w dłoni. - Cały kraj?

- Cały kraj. Piotrek mi wysłał informację, że dziś około piątej rano rosyjskie wojska wjechały na Ukrainę - powiedział mój mąż, a ja nie pamiętam, co pomyślałam, pewnie nic, bo głowa zrobiła mi się ciężka jak napełniona kamieniami, a może pamiętam, może pomyślałam to, co powiedziałam.

A powiedziałam bez zastanowienia, za to z niezłomnym przekonaniem, które z kolei pamiętam bardzo dokładnie:

- Oni do końca oszaleli. Chcą podbić Ukrainę? To im się nigdy w życiu nie uda.

W tamtej chwili byłam prawdopodobnie jedyną osobą w Polsce, która tak właśnie myślała (no, może jeszcze Witold Szabłowski, którego profil na FB obserwuję od dawna, ale teraz obserwuję go jeszcze bardziej, jest on bowiem - profil, nie Witold Szabłowski, chociaż Witold Szabłowski może też - bezcennym źródłem niezbędnego w tych czasach optymizmu pomimo wszystko, polecam szczerze). I nie znaczy to, że się nie bałam. Bałam się panicznie. Czwartek spędziłam skulona na fotelu, przy włączonych non stop wiadomościach, płacząc ze strachu, ze współczucia, z bezradności. Kolejne dni spędziłam mocno podobnie, przeczołgując się przez nie w jakimś amoku, z watą w głowie, ze zgrozą pod skórą. Moje poranki zaczynały (i nadal zaczynają) się tak:

I tak też kończyły się moje dni, a jeśli się budziłam (a budziłam się) w środku nocy - to także noce.

Trzeciego dnia wojny ukraińscy Romowie uprowadzili rosyjski czołg.

Tego dnia zaczęłam zbierać memy. I nie tylko memy, ale wpisy z Twittera, nagłówki z prasy, komentarze z Facebooka, zdjęcia robione na ulicach. Wszystko, co sprawiało, że się uśmiechałam. Bo - w pełni świadoma, jak straszna jest wojna, co niesie niewinnym ludziom i jak bardzo jest nieprzewidywalna, pomimo strachu, wciąż obecnego, współczucia i grozy, pomimo poczucia, że to wręcz niestosowne, zbierać memy i się z nich śmiać - czułam, i nadal czuję, że tego potrzebuję. 

Że te memy również są bardzo ważnym aspektem wojny informacyjnej - zresztą śmiech zawsze nim był (tu w głowie gra mi cała masa "zakazanych piosenek", wszystkie naraz), ale teraz zasięgi są jednak zupełnie inne.

I że są dowodem, chociaż troszeczkę, że nie myliłam się rano 24 lutego. Nigdy nie podbiją Ukrainy. To po prostu niemożliwe. To się nigdy nie uda.

Ten był pierwszy:


 A potem poooszło:

Posunięcia Romów budziły nieukrywaną panikę...


a co gorsza, do Romów dołączyła się ochoczo reszta społeczeństwa, wskutek czego czołgów niektórym przybywało...

niektórym ubywało...

a niektóre dostawałyśmy - my, piękne panie - na 8 marca...

Zdarzało się też,  że niektóre usiłowały się ratować z opresji...


Niekiedy ich nadmiar powodował zamieszanie...

        
a niekiedy ich brak utrudniał wykonanie powierzonych przez przełożonych zadań...
 

Czasem zaś uniemożliwiał opowiadanie dowcipów.


Aż wreszcie strona ukraińska postanowiła je spieniężyć, początkowo na rynku lokalnym...


... a potem, co logiczne, na światowym...


... na co władze Ukrainy zareagowały w jedyny właściwy sposób.

 
Tak czy inaczej w temacie czołgów moim najukochańszym memem pozostaje ten (przez ponad tydzień Potomek Starszy przysyłał mi go co rano, żebym uśmiechnęła się choć raz na początek dnia):

A dzięki panu generałowi i jego memicznemu obliczu stałam się - wiem, to więcej niż nietaktowne - wielbicielką memów z jego udziałem.



 





Już z samym memów z panem generałem widać, że są problemy z rosyjską myślą wojskową w tej wojnie...




 

 (to ostatnie jest oryginalnym nagłówkiem z Gazety Wyborczej)

...zwłaszcza, że Ukraińcy nie ułatwiają sprawy...



No i jeszcze te sankcje!
 


 
To znaczy, pardon, nie sankcje.

W dodatku wszędzie plącze się jeszcze ten cały cholerny Zelenski!

 
Na szczęście zawsze można liczyć na sojuszników!

Chociaż... ups...



... bo na swoich niekoniecznie można, przed swoimi to się przedsiębierze przeróżne środki ostrożności...

...nieraz, zdałoby się, nadmierne...


 Na co rynek reaguje z właściwym sobie refleksem.

 
 
A przecież i tak ostrożności nigdy dość...
 



No i jeszcze i wraży Zachód może się wmieszać...


Więc lepiej uprzedzić ruchy przeciw.... eee... sojuszni... eeee... no, ruchy,



wycofać się na z góry upatrzone pozycje...


i przygotowywać się do nadchodzącego święta.


A poza tym:


No i możemy się przy okazji pouczyć języków.





A przede wszystkim i nade wszystko.

Oraz


 

Post będzie aktualizowany.

 

AKTUALIZACJA, 15 kwietnia 2022

Tymczasem w tak zwanym międzyczasie okazało się, że generał Szojgu, mimo wysiłków przełożonych...


... i wbrew licznym, FEJKOWYM, rzecz jasna, informacjom w internecie...

jednak nie popełnił samobójstwa...


 tylko miał (cóż, że ciut nietypowy) zawał, co nas nie dziwi, w końcu ma stresującą pracę.

A skoro już mamy w tle, za generałem Szojgu, mojego ulubieńca, to żal byłoby nie rzucić ciekawostką, że w Zagranicznych Internetach nosi (no, nasza) on nazwisko Smirnoff, tyz piknie!

Pozwalając sobie pozostać jednak przy swojskim, dobrze znanym Denaturovie popodziwiajmy jego błyskotliwą myśl militarno-techniczną...

 ...choć niekoniecznie wywołującą entuzjazm Słońca Narodów, Ukochanego Przywódcy,


który to przywódca, choć przecież nie pozbawiony poczucia humoru...


 chciałby w końcu usłyszeć o jakich sukcesach...

a tu upsik.


Szef zresztą też oddaje się w zaciszu swego gabinetu rozważaniom taktycznym...



 i nawet wdraża twórcze rozwiązania...


 które, niestety, nie zawsze docierają do tych, do których dotrzeć powinny...


a wystarczyłoby odbyć jedną, krótką rozmowę telefoniczną (i wielka szkoda, że nie została ona odbyta!).

No a poza tym, jest, jak jest.

Zelenski wciąż się plącze tu i ówdzie...


Ukraińcy są niepoprawnie konsumpcyjnie nastawieni do życia...

 

(chociaż nie bezgranicznie jednak)...

a Rosja - niezrozumiana przez świat.


W dodatku Ukraińcy najwyraźniej wzięli sobie do serca te niewinne (w zamyśle) żarciki dotyczące traktorów działających na morzu...

 



i rzeczywiście zaczęli działać na morzu, chociaż niekoniecznie z użyciem traktorów (aczkolwiek kto ich tam wie...), kontynuując Operację Ctrl+Z...


wskutek której Duma i Radość floty rosyjskiej przeszła w tryb podwodny...

lub też, cytując klasyka, udała się była tam, gdzie klasyk ją wysłał...

prowokując serię niewybrednych, nie bójmy się tego słowa, żartów.


 A przecież można rzecz ująć zupełnie inaczej!



Przekazać złe wieści w krzepiący, pogodny sposób!

 

Tak, jak to tylko generał Denaturow potrafi.

Zwłaszcza, że przecież...


I tylko Ukraińcy muszą zaktualizować znaczki, które dopiero co wypuścili.

Ciąg dalszy (niestety, bo wolałabym nie), niewątpliwie nastąpi.


AKTUALIZACJA, 27 kwietnia 2022

Zatonięcie krążownika Moskwa nadal wywołuje przeróżne reakcje, od tych oficjalnych, dla rosyjskiego odbiorcy...


 
 

poprzez kojące nerwy, zupełnie jak śpiew wielorybów i szum deszczu w lesie...


i zapewniającą młodzieży niewinną rozrywkę...


 po tę angażującą we wszystko znienawidzone ukraińskie traktory.


 

(te podłe traktor zresztą pchają się wszędzie, dosłownie wszędzie!)

 

 


Nastąpiło też rozwinięcie wątku o bratnich słowiańskich narodach oraz nieuniknionych skojarzeniach z dziełami kinematografii światowej...


 ale prawda jest taka, że Moskvy nie ma i nigdy nie było!

 

Za to Czernobajewka jest. Słyszeliście o Czernobajewce? Jest tam lotnisko, które rosyjscy najeźdźcy wykorzystują do bazowania stanowisk dowodzenia i samolotów, a Ukraińcy używają do zdejomowania kolejnych rosyjskich generałów i niszczenia sprzętu. Od lutego do końca marca ataków na Czernobajewkę było osiem, a zdjętych generałów - pięciu, potem przestałam liczyć, za to Ukraińcy rozciągnęli Czernonajewkę na sporą część Ukrainy.


 I właśnie dlatego...

 

 i wojna... to znaczy, nie wojna, nie wojna!... 


potrwa, no, chyba, że...


 Na za kończenie nieco generała Denaturowa, bo czymże bez niego byłaby jakakolwiek aktualizacja :D ?


 

W dodatku z polskim akcentem :D!

Ciąg dalszy nastąpi, no bo wszak zaszło ostatnio w różnych punktach Matuszki Rassija parę nieprzewidzianych okoliczności...


 Stay tuned!