sobota, 14 października 2017

Post zaangażowany społecznie

Królowa Matka wolałaby nie mieć z lekarzami do czynienia nigdy w życiu, wiadomo. Tak się nie da, też wiadomo. No to wolałaby mieć z nimi do czynienia jak najmniej – i do pewnego momentu w życiu miała.

Ale jeśli miała, i jeśli to wspomina, to (pomijając liczne zapalenia krtani, świnkę i jakiś skręcony w dzieciństwie palec, których w zasadzie nie wspomina, bo to były sprawy jej rodziców) widzi dzień śmierci swojego ojca, po trzech dobach spędzonych w szpitalu. Całą rodziną. I tę całą rodzinę lekarze i pielęgniarki przenocowywali w swoich pokoikach, poili swoją herbatką i przykrywali swoimi kocykami. I przynieśli swój fotel do łóżka taty Królowej Matki, bo szpitalne krzesełka były niskie, twarde i niewygodne.

A potem zaczął się ten etap, kiedy przestała cierpieć na brak kontaków z przedstawicielami profesji medycznych. I zaczęła w szpitalach, przychodniach i ośrodkach zdrowia prawie mieszkać.

Najpierw urodziła wcześniaka, nagle i niespodziewanie, w 30 tygodniu wzorowo (do tamtej chwili) przebiegającej ciąży. Spędziła z nim w szpitalu sześć tygodni, nastrój miała do...e... niczego, był tu zresztą opisany, chociaż w formie złagodzonej, bo czas ściera wszelkie kanty. Opiekę -odwrotną do nastroju.

Osobny pokój (szczęście w nieszczęściu, że poród przypadł na samo dno dołu demograficznego). Na końcu korytarza. Żeby nie leżała nie tylko w jednej sali ze szczęśliwymi mamami, ale w miarę możliwości ich nie słyszała. Nielimitowane odwiedziny o dowolnym czasie, bo psychicznie była w proszku i tylko mąż dawał radę mi jakoś pomóc. Ksiądz. Katolicki na miejscu. Nie chcę katolickiego? Mam powiedzieć, jakiego, szpital współpracuje z kapłanami kilku wyznań, sprowadzą mi, jakiego chcę. Nie mają, niestety, psychologa. Ale podesłali Królowej Matce lekarkę, która przeżyła coś podobnego, opowiedziała jej o swoich doświadczeniach.

Do tego opieka nad noworodkiem według najlepszych, światowych standardów. Kangurowanie. Dotykanie (nie głaskanie, wcześniaki głaskanie boli). Dostęp do dziecka przez cała dobę, o dowolnej godzinie. Chcę tam siedzieć bez przerwy? Proszę bardzo, położne przyniosą swoje krzesło, i koc. I wyrzucą spać, jak zauważą, że ledwo otwieram oczy. I na przepustkę, gdy lekarz uzna, że zaczynam wariować.

Wszystko za darmo. Ani złotówki łapówki. Kawa (kwiatów nie wolno na oddziale) jako podziękowanie, gdy po dziesięciu dniach wychodziliśmy z OIOM-u. Gdy po kolejnych pięciu tygodniach opuszczaliśmy szpital, lekarka przyszła się pożegnać. Wychodzicie, och, jak dobrze! I wreszcie może tę kawę otworzyć. Przedtem się bała, i koleżankom nie pozwalała, żeby nie zapeszyć. Usiadła obok łóżeczka Potomka Starszego, dwa kilo i sto gram wagi, ponad kilogram więcej niż na początku. Proszę, niech pani mi wszystko opowie. Wszystko, co pani myślała, co pani czuła. Chcę zrozumieć rodziców. Chcę się uczyć.

Cztery lata później Potomek Starszy przechodził zabieg, nic poważnego, mieliśmy wejść do szpitala o 16, wyjść godzinę później. Trafiliśmy tam dzień po strajku - pielęgniarek? anestezjologów? - i wyszliśmy nie po jednej, ale po sześciu godzinach. Tłum chorych, lekarze uwijający się jak w ukropie, przez te sześć godzin Królowa Matka nie zauważyła, żeby usiedli, zabieg gonił zabieg. Mimo to znaleźli czas na rozmowę. Anestezjolog wyjaśnił wszystkie szczegóły zabiegu, poinformował o sposobach znieczulenia, pytał nas o zdanie. Na salę operacyjną Królowa Matka wniosła Potomka Starszego na rękach. Lekarze pozwolili mu dotknąć tej wielkiej lampy nad stołem operacyjnym, wcisnąć jakieś guziczki, coś włączyć, wyłączyć. Uśpili go na królewskomatczynych kolanach. Zero stresu dla dziecka.

Sześć lat temu Królowa Matka przeleżała cztery tygodnie na patologii ciąży, ona akurat profilaktycznie, zdrowa jak rydz, ale z dwoma bliźniętami powyżej 3 i pół kilo każde w brzuchu. Dziewczyny po przejściach. Wieczorami opowiadałyśmy sobie historie. O tym lekarzu, co trzymał za rękę, gdy któraś rodziła martwe dziecko, o położnej, na oko surowej i pozbawionej sentymentów, co siedziała całą noc przy łóżku innej po poronieniu, chociaż wcale nie musiała. Królowa Matka poznała calutki personel medyczny, przez cztery tygodnie nie da się inaczej, wszystkie położne, wszystkich lekarzy, wymyśliłam sobie, których najbardziej chce mieć przy porodzie. Miała innych. Byli wspaniali. W szpitalu, który od lat, niezmiennie, ma bardzo, ale to bardzo średnie oceny w akcji Rodzić Po Ludzku.

Ma Królowa Matka w oczach zimowy wieczór, gdy zachorował Potomek Młodszy. Miał rok, Królowa Matka położyła go spać o 15 zdrowego jak szczypiorek, a o 16 nie mogła obudzić, lejącego się przez ręce, buchającego gorącem jak piec. Dom w Dziczy niezmiennie leżał tam, gdzie leży, dwadzieścia kilometrów od Cywilizacji, walił śnieg płatami wielkości pięciozłotówek, Pan Małżonek jechał z rozpalonym Potomkiem Młodszym owiniętym w koc w tempie piętnaście kilometrów na godzinę, przebijając się przez zaspy na jezdni, a Królowa Matka płakała w słuchawkę lekarzowi, który właśnie skończył dyżur i wybierał się do domu. "Niech pani się nie niepokoi - powiedział lekarz. - Poczekam. Nikt nie zamknie przychodni, póki mąż nie przyjedzie, wszyscy tu jesteśmy, proszę się nie bać". I gdy Pan Małżonek wreszcie dojechał Królowa Matka odebrała z przychodni telefon, że już dobrze, spokojnie, mąż właśnie podjechał, dziecko jest pod opieką, jak skończymy badać zadzwonimy do pani.

A wreszcie nastąpiło creme de la creme szpitalno-lekarskich doświadczeń Królowej Matki, jej podróż do Krainy Wiecznych Łowów, z której zawrócił ją sztab lekarzy, dzięki którym może tu dziś pisać.

Zgłoszenie zostało przez pogotowie przyjęte natychmiast i bez mrugnięcia okiem. Karetka, zupełnie inaczej niż w materiałach telewizyjnych podnoszących oglądalność, przyjechała po siedmiu minutach. Pół godziny później Królowa Matka była w szpitalu, nadzorowana telefonicznie przez panią doktor, która ją do tego szpitala wysłała, z prywatnego telefonu do prywatnego znajomego, który akurat miał dyżur. Nieprzytomna, bez działających nerek, wątroby, ze znacznie powiększonym sercem tłoczącym mniej niż 10 procent krwi potrzebnej, by organizm działał (o czym, naturalnie, nikt wtedy nie wiedział). I razem z mężem, któremu pozwolono siedzieć przy niej całą dobę, nawet towarzyszyć przy niektórych zabiegach.

A gdy już odzyskała przytomność, ale sił miała akurat tyle, by siedzieć (bo na leżąco się dusiła) i obserwować zobaczyła tyle, ze od tamtej chwili ogląda „Grey's Anatomy” wręcz ze znudzeniem. Phi, szpital z wyposażeniem. Phi, taki personel. Phi, to podejście do pacjenta. Phi. Miała to samo, a nawet więcej.

Miała wizyty niereglamentowane, o każdej porze dnia i nocy. Miała – jedyna na OIOM-ie – zgodę na posiadanie komórki, bo (też jedyna) była z innego miasta i tylko w ten sposób mogła być w kontakcie z rodziną. Miała wizytę dietetyczki i specjalnie opracowany jadłospis, bo jest wegetarianką. Konsultację psychologiczną z psychologiem – specjalistą od chorych na niewydolność serca. I oczywiście miała leczenie na poziomie światowym. Z wypróbowaniem na niej nowości. Metod eksperymentalnych. Sprzętu, w który lekarze patrzyli z niemym szacunkiem. Wszystko za jej zgodą. Wszystko wyjaśnione jej potocznym językiem, żeby na pewno zrozumiała.

Przez półtora miesiąca przebywania Królowej Matki w szpitalu w stanie uniemożliwiającym samodzielne przebranie się i umycie, wstawanie, a na początku nawet siadanie, jedzenie, przez półtora miesiąca badania jej na wszystkie sposoby, ani razu nie została potraktowana przedmiotowo, upokorzona czy zawstydzona. Ma tylko jedno przykre wspomnienie – i nie lekarze (ani pielęgniarki) jej je zapewnili.

I, tak, Królowa Matka jest świadoma, że na ten OIOM, też wysłał ją lekarz, palant, który usłyszawszy, że cztery miesiące wcześniej urodziła bliźnięta nawet jej nie badał, tylko zdiagnozował depresję poporodową, powiedział: „Na to się nie umiera” i odesłał do psychiatry nie zlecając żadnych badań. Trzy tygodnie później Królowa Matka umierała na to, na co się nie umiera, na wspomnianym OIOM-ie.

Ale gdyby tego właśnie matoła uznała ona za reprezentatywnego przedstawiciela swego zawodu byłaby niemądra, już nie wspominając o tym, ze wykazałaby się skrajną niewdzięcznością.

Wie, ze można uznać, ze wszyscy (poza jednym) spotkani przez nią lekarze robili tylko to, za co im się płaci. Obowiązek swój wykonywali. Królowa Matka o tym wie – i się z tym nie zgadza. Za leczenie im się płaci. Za traktowanie z szacunkiem. Ale niekoniecznie za wchodzenie na palcach do sali, żeby ją przykryć dodatkowym kocem, bo noc się zrobiła chłodna. Za dbanie, by miała wokół siebie zasunięte firanki i mogła udawać, ze jest w swoim pokoju. Za wpadanie na pogawędki o książkach. Za „ach, jak dobrze! Uśmiechnęła się pani!!!”. Za karmienie własnym serkiem, bo nikt nie wiedział na początku, ze jest wegetarianką i dostała na pierwszą kolację kiełbasę.

I wie Królowa Matka, ze jeśli ma się skrajnie inne doświadczenia, czasem tragiczne, to się tych innych, tych normalnych, tych „za to im się płaci” nie dostrzega. Że to, co boli najbardziej wrzyna się w pamięć. Że wobec tego, co boli, niknie cała reszta.

Że trudno jest pamiętać o tym dobrym, co nas spotkało w obliczu wiadomości telewizyjnych, w których królują te o lekarzach, którzy odmówili przyjęcia chorego, wysłania karetki, którzy się pomylili, zlekceważyli, a za ich pomyłki i lekceważenie zapłacił chory zdrowiem, sprawnością, życiem.

No i, że miała szczęście.

Ale nie wierzy, że przez te dziesięć (w sumie) tygodni, jakie spędziła na porodówce/ neonatologii/ patologii ciąży, przez dwa miesiące przebywania na dwóch oddziałach kardiologii w dwóch różnych miastach miała po prostu tylko i wyłącznie szczęście. Akurat ona.

I złe wspomnienia też ma, to oczywiste. Wspomnienia tych lekarzy, którzy olali, zlekceważyli, którzy jej nie słuchali albo byli niemili.

Ale bez względu na to, jak wiele ma tych wspomnień, złych i dobrych, jedno wie na pewno -

ta praca, praca lekarzy, to jest katorżnicza praca (jak Królowa Matka leżała w szpitalu na tym etapie "mogę tylko siedzieć i obserwować" to myślała wręcz, ze napisze o tej pracy książkę, i będzie to jeden wielki pean na cześć pracowników profesji medycznych).

Można wzniośle mówić o powołaniu, o służbie, o misji, jasne, powołanie, służba i misja są faktem, bo gdyby nie była to nikt by tej pracy nie wykonywał.

Natomiast mówienie, że to misja i służba, więc wspominanie o zarobkach jej uwłacza, i jest fe, i tak bardzo nie komilfo, i jak tak można, brukać głodówką w sprawie (ach! och! fe!) pieniędzy dumne tradycje niepodległościowe naszej bogatej tradycją protestowania ojczyzny, to po prostu głupota. Że o świństwie Królowa Matka nie wspomni.

Kochana Czytelniczko, Kochany Czytelniku, Królowa Matka życzy Wam stu lat w zdrowiu i nieustającym szczęściu, życzy Wam motylków, tęczy, wiecznego lata, wiosny, jesieni czy co tam które z Was lubi, masy książek, spacerów w świetle księżyca przy tonach muzyki skrzypcowej i ogólnie takiego hygge, że wszyscy Duńczycy mogliby popaść w kompleks niższości.

Ale na wypadek, gdyby to hygge się kiedyś skończyło - a, nie chciałaby Królowa Matka tu krakać, ale ono się skończy kiedyś, oby jak najpóźniej, ale się skończy - dobrze byłoby jednak wiedzieć, że stanie przy Was i udzielać Wam pomocy będzie dobrze wykształcony, życzliwy i przyzwoity lekarz.

I jeszcze wypoczęty.

I dobrze opłacany, owszem.

Taki, który nie musiał latać ze szpitala do szpitala i brać dyżurów ponad siły, żeby go w ogóle było stać na przeżycie.

Bo to od tego lekarza będzie zależało Wasze życie. Od tego, czy drgnie czy nie drgnie mu ręka, czy poprawnie wykona wkłucie, czy poda odpowiedni lek, czy zauważy wszystkie symptomy, czy nie przegapi żadnego z tego miliona drobiazgów, od których może zależeć Twoje, Czytelniku, wszystko. 

No i dobrze byłoby wiedzieć, że ten lekarz udzielający pomocy w ogóle tu będzie.
 
Więc gdyby to od Królowej Matki zależało, to 1700 zarabiałaby posłanka "niech jadą" Hrynkiewicz, a jej pensję - każdy lekarz zatrudniony w szpitalu. 


Bo to nie jest sprawa posłanki. Smutne, ale nie. Ani posłanki, ani jej kolegów, ani dziennikarek, które przy sojowym latte i kanapce ciemnego pieczywa bez GMO, glutenu i z ekologiczną sałatą, 60 zł za porcję, pochylają się nad tradycją głodówek w Polsce. Oni będą mieli swoją opiekę prywatną, i swoje wygodne szpitale, i poziom high-life, lekarza na wezwanie, wizyty umówione na godzinę i zabiegi umówione na następny tydzień, a nie rok 2037.

To nasza sprawa. Tych, którzy muszą korzystać z usług lokalnych przychodni, do których przyjedzie na wezwanie lekarz z pogotowia, którym pierwszej pomocy udzielać będzie lekarz na SOR-ze. I dobrze byłoby mieć pewność, że ten lekarz nie pełni właśnie trzeciego całodobowego dyżuru pod rząd.

Tak więc niech sobie jedzie. Posłanka.

Bez niej Królowa Matka nie umrze.


#popieramprotestmedykow

sobota, 30 września 2017

Pompon Młodszy słabuje na zdrowiu

Pompon Młodszy (towarzysząc Królowej Matce w łazience w czasie, gdy poprawia ona sobie to, co u innych kobiet jest urodą) - Mamusiu, prawda, że jest taka choroba? Taka, że się wszystko zapomina? Taka straszna? Pamiętasz, pytałem cię, i mówiłaś, że jest.

Królowa Matka (mażąc cieniami po powiekach) - No, pamiętam. Istotnie, taka choroba istnieje.

Pompon Młodszy (słabym głosikiem) - Bo ja ją mam, tę chorobę.

Królowa Matka (przerywając pudrowanie oblicza i obrzucając swoje Najmłodsze Dziecię, Pierwszego Sześciolatka z Alzheimerem w Historii Ludzkości, uważnym spojrzeniem, ociupinkę podejrzliwie) - Doprawdy?

Pompon Młodszy (ze smutną powagą) - Tak. Bez przerwy zapominam o czymś. Na przykład jak zjem gruszkę to zapominam, co trzeba zrobić, albo jak batonika zjem... albo jak zjem cukierka to też zapominam...

Przebóg, Królowa Matka wrednie podejrzewała, że to lenistwo / syndrom Małego Księcia Co Ma Służbę / wrodzone niedbalstwo / nabyte niedbalstwo / oczekiwanie, że przystąpi do obsługiwania Dziecięcia wyszkolone przez lata ciężkiej pracy bliźniacze rodzeństwo, starsze rodzeństwo, mamusia, tatuś i/lub babcie / beztroska / wewnętrzny luz / wdupiemanizm, ikskjuz maj Frencz / cokolwiek.

A dziecko jest po prostu chore!

piątek, 29 września 2017

Some things are forever

Potomek Starszy (w drodze z Domu w Dziczy ku Cywilizacji  oraz znajdujących się tam Uczelni Stopnia Podstawowego; po dłuższej chwili niewątpliwie dojrzałego namysłu) - Mamo?

Królowa Matka (zapatrzona z zadumą w okno; możliwe, że nieco nieuważnie) - No?

Potomek Starszy - Czy na świecie jest więcej ludzi czy sztućców?

Tjaaaa.

To taki etap, mówili w tivi i pisali w mądrych książkach. Niezbędny etap, mówili. Minie, mówili. Bądź cierpliwa. Wyrosną z tego, mówili...

czwartek, 28 września 2017

Prawie jak Sherlock

Królowa Matka (uruchamiając cały, albo przynajmniej sporą część, swego kobiecego czaru) - Kochanie, czy ja bym mogła mieć nadzieję, że mi wreszcie obrobisz te patyczki, co to obiecałeś?

Pan Małżonek (z lekka nieprzytomnie) - Patyczki. Jakie patyczki.

Królowa Matka (starannie ukrywając najmniejsze odznaki zniecierpliwienia) - Te, o których ci ze dwadzieścia razy mówiłam. Te, które przywiozłam z Gór Świętokrzyskich. No, wiesz, chcę robić zawieszki z aniołkami i gwiazdkami na patyczkach, i obiecałeś mi spiłować krawędzie wspomnianych patyczków, żeby nie haczyły. Właśnie TE patyczki.

Pan Małżonek (tonem Archimedesa wyskakującego z wanny) - Aaaaa, patyczki! Jasne, zaraz ci je mogę spiłować. Tylko muszę znaleźć tarcze z papierem ściernym. Wiesz, gdzie są?

Królowa Matka (tłumiąc westchnienie) - Kochanie, to twoje tarcze, twoja wiertarka, twój papier ścierny. Pojęcia nie mam, gdzie mogą być, może w pudle z narzędziami?

Pan Małżonek (udaje się do przedsionka, skąd przez dłuższą chwilę dochodzą przeróżne łomoty, stukoty, dźwięki przywodzące na myśl wnoszenie szafy gdańskiej na piąte piętro bez windy oraz stłumione przekleństwa. W dodatku wszystko to bezskuteczne).

Pan Małżonek (powracając do pokoju z nieco zmierzwionym włosem i odrobinkę zgrzany) - Nie ma. Pamiętasz może, kiedy ja tego używałem ostatni raz?

Królowa Matka (łagodnie) - Jakoś tak na początku wakacji. Domki dla ptaków mi z farby obdzierałeś, żebym je sobie pomalowała...

Pan Małżonek (robi w tył zwrot i udaje się kurcgalopkiem do opuszczonego przed chwilą przedsionka, z którego tym razem dochodzi mniej łomotów, za to więcej pełnych satysfakcji okrzyków, i z którego wyłania się po chwili z tarczami z papierem ściernym w jednej, a szlifierką w drugiej ręce, oraz z wyrazem słusznej dumy na obliczu) - Mam! I w dodatku (rozpromienia się) doszedłem do tego drogą dedukcji! "Ostatni raz szlifowałem domki dla ptaków - pomyślałem. - Gdybyś to ty potem sprzątała, tarcze by były tam, gdzie być powinny, czyli w tej skrzynce, w której już szukałem, i w której ich zdecydowanie nie ma. W takim razie ja sprzątałem, a to z kolei znaczy, że pizgnąłem je po prostu w miejscu, w którym stałem". Spojrzałem i rzeczywiście, były!

Cóż.

Mówcie mi Watson.


wtorek, 26 września 2017

Rok szkolny w toku

Potomek Starszy (relacjonuje przeróżne aspekty szkolnego życia po powrocie z uczelni) - I, wiesz, mamo, wszędzie wiszą teraz plakaty osób, które startują do samorządu i się reklamują, bo, wiesz, wybory idą. I one, te osoby, chcą się nam od najlepszej strony zaprezentować, rzucają pomysłem za pomysłem, a co jeden to lepszy, ale wszyscy z nich, normalnie WSZYSCY planują zrobić "Dzień zwierzaka", w czasie którego będzie można przyjść do szkoły ze swoim zwierzaczkiem...

Królowa Matka (z wieloletnią wprawą prześlizgując się nad gęsto rozsianymi aluzjami, w nie rozumieniu których mogłaby już przejść na zawodowstwo) - A ty? Nie miałeś nigdy w planach do samorządu startować?

Potomek Starszy (tonem beztroskiego motyla nad kwieciem) - Mamo! No co ty! Ja natychmiast szóstym zmysłem wyczułem, że tu chodzi o jakąś dodatkową pracę.

*****

Potomek Starszy (rozentuzjazmowany) - Mamo, jak ja się cieszę, że ty mi kazałaś czytać "Quo vadis" w czasie wakacji! Ty wiesz, co teraz robią moi koledzy w każdy weekend? OPRACOWANIA CZYTAJĄ! I nic nie rozumieją, bo nawet opracowania "Quo vadis" są długie (mściwy rechot), i w dodatku jeszcze te wszystkie nazwiska nieustannie im się mylą... Rany, jaki ja jestem szczęśliwy, że mi głowę zawracałaś, trułaś, że mnie męczyłaś, że mi obrzydziłaś każdy dzień wakacji... miałaś całkowitą rację! (wznosząc na Królową Matkę oczęta wiernego psa rasy labrador) Dziękuję ci, mamo, za tę lekcję, z której i tak nic nie wyniosę na przyszłość!

No.

Pod niektórymi względami w tym obfitującym w nowości i wstrząsy roku szkolnym można się cieszyć kojącym nerwy całkowitym brakiem zaskoczeń.


niedziela, 3 września 2017

Przy końcu wakacji nostalgicznie o wakacjach

Podejrzewa Królowa Matka, że uczucie to zna i podziela większość rodziców.

Ten początek wakacji to wcale nie jest taki wyczekiwany.

Z jednej strony tak, oczywiście, ach, już by się odpoczęło na tych plażach, wśród tych lasów, albo nawet, w razie niepogody, na tej werandzie pod kocykiem z dobrą książką w ręku i herbatą pod ręką, ale z drugiej rok szkolny jest taki ułożony. Oswojony tak, że z zamkniętymi oczami, mechanicznie można wykonywać przypisane mu czynności. Poniedziałek, ten do szkoły o tej godzinie, ten o tej, Pompony odprowadzić, dziś przyprowadza babcia, Starszy wraca ze szkoły o tej, robi lekcje, Młodszy o tej, nie robi, bo przyjeżdża z pracy Pan Małżonek i jedziemy w Dzicz, Młodszy lekcje, Starszy ma czas wolny, Pompony ćwiczą logopedycznie. I tak codziennie, odprowadzić, przyprowadzić, na obiad, zakupy, wywiadówka, dentysta, kółko szachowe, występy w przedszkolu, weekend, ufff.

Potem nadchodzą wakacje i cały plan się rypie, ma człowiek kochane dzieciątka na głowie 24 godziny na dobę, zakupy trzeba robić z wyprzedzeniem, pakować przed wyjazdem na Mazury, rozpakowywać, opanowywać zarzewia konfliktu, zmagać się z codziennością i setką atakujących z czterech stron świata "maaaaamo-aaa-on"-ów oraz nieobecnością Pana Małżonka (którego urlop wynosi 14 dni, i ani chwili więcej) do godziny osiemnastej każdego dnia. Rany koguta, myśli człowiek rasy Królowa Matka, jak ja sobie poradzę, w końcu jednak uduszę któreś albo porzucę wszystkie i ciekawe, czy mają jakieś moje aktualne zdjęcie, żeby je moc pokazać w TV w programie "Ktokolwiek widział..." albo w TVN24.

A gdy tylko wszystko ułoży się i uklepie, wszyscy wejdą w wakacyjny rytm, Pan Małżonek przyzwyczai się do tego, że może trochę dłużej pospać rano i nie musi wracać galopem po pracy do domu, Królowa Matka oswoi leniwe, przyjemne poranki ze śniadaniem, które raz robi ona, raz któryś ze starszych Potomków (najczęściej, bądźmy boleśnie szczerzy, ten Młodszy), spacery po lesie, wyprawy nad jezioro, podlewanie ogródka, wieczorne długie Polaków rozmowy na werandzie podczas gdy Potomki roznoszą ogródek i okolice w proch i pył, i te zakupy z tygodniowym planowaniem, i spontaniczne wieczorne wyprawy do miasta, gdy się to wszystko oswoi i polubi, nagle bum! Nadchodzi początek roku szkolnego i staje się twarzą w twarz z pełną popłochu myślą: "Rany boskie, cztery plany lekcji, zajęcia dodatkowe, przywieźć-odwieźć, dom ogarnąć, wszystko według grafiku, jak ja sobie poradzę?! A TAK BYŁO DOBRZE!!!".

Zwłaszcza, że rzeczywiście było. I po raz pierwszy (!!!) w życiu w głowie zimnolubnej, kochającej jesień, swetry, szale, długie wieczory, babie lato i październik Królowej Matki pojawiła się myśl, że jest jej szkoda tego mijającego lata, i szkoda jej, że ono nigdy już nie wróci.

W dodatku najwyraźniej spędzała to lato w jakiejś zupełnie innej Polsce niż jej znajomi z Facebooka, którym bez przerwy było za zimno, albo za gorąco, albo lał się na nich deszcz. Poza jednym dniem na Mazurach, gdy to pogoda zmieniała się - dosłownie - co kwadrans, i po czwartej próbie pójścia na spacer rodzina Królowej Matki zrezygnowała z wysiłków, złapana po raz kolejny przez dziką ulewę, która zmieniała się w promienne słońce w chwili, gdy wszyscy, przemoczeni do nitki i z wodą chlupoczącą w kaloszach dopadali domu (bo ten dzień, gdy krajobraz do południa składał się ze ściany deszczu się nie liczy, wszak w południe się rozpogodziło i można było iść na jagody, skąd się wróciło szczęśliwym i uświnionym jak nieboskie stworzenie). I jeszcze poza tym drugim, a w zasadzie poza nocą, gdy nad Polską przechodziła ta potworna wichura, prąd w Domu w Dziczy zrobił "pyk!" i zgasł w kwadrans po tym, gdy Dzieciomtka posnęły kamiennym snem, co zaoszczędziło troski chociaż o nie Królowej Matce i Panu Małżonkowi, wycierającym w drżącym świetle świec oraz nieustającym (dosłownie, pierwszy raz w życiu coś takiego Królowa Matka widziała, blask na niebie, bez chwili przerwy) świetle błyskawic wodę wlewającą się przez komin, wywietrzniki i strumieniem cieknącą po ścianach, podczas gdy na posesjach sąsiadów, akurat nieobecnych, latały w powietrzu elementy zabudowy ogrodu, jak to części altany, trampolina, krzesła oraz metalowa huśtawka na dwie osoby, szczęśliwym trafem nie trafiając w Dom w Dziczy.

Poza tymi dniami pogoda tego lata była idealna, co może oczywiście mieć pewien związek z faktem, że Królowa Matka, Pan Małżonek i nawet Potomki nie są zwierzętami plażującymi, wręcz przeciwnie, plaża służy im do tego, żeby na nią pójść, zostawić klapki i ręczniki, wykąpać się, wytrzeć, opuścić ją i oddać się ciekawszym zajęciom, co też czynili nawet w - nie tak rzadkich - dniach dyszących upałem.

Ale chyba głównie ma związek z osobistym nastawieniem, do którego to wniosku doszła Królowa Matka, gdy w czasie jednego ze wspomnianych dwóch tygodni urlopu Pana Małżonka, spędzanego w Górach Świętokrzyskich, wracała na kwaterę po dniu pełnym łażenia po okolicy bliższej i dalszej, a w radiu Pani Reporterka Od Pogody żaliła się, że jest zimno i okropnie, i lata praktycznie nie ma, a po Krakowie trzeba chodzić w kurtce i szalu. Problem polegał na tym, że Banda Czworga tego właśnie dnia mogła się była zderzyć z dygoczącą pod szalami Panią Reporterką, gdy gnała przez Kraków jak wiatr, (zatrzymując sie, by uwiecznić swe podobizny na tle sklepu "Toruńskie pierniki", bo jesli cos fotografować w Krakowie to rzecz naprawdę interesującą przecież), odziana w t-shirty i krótkie spodenki, i z  lodami w dłoni.

I tak dalej, oblewając się potem i topiąc jak masło na rozgrzanej patelni w Chęcinach, wspinając się w palącym słońcu na chęciński zamek, przelatując w pochmurny, lecz ciepły dzień Łysogóry, gdzie Potomek Starszy fotografował na szkolne potrzeby ryty w ścianie podpis Żeromskiego z czasów, gdy nie był on - Żeromski, nie Potomek - Narodowym Wieszczem, tylko Nieletnim Wandalem, spędzając wieczory na huśtawce w ogrodzie Dworku Pod Lipą, w którym się zatrzymaliśmy, furt czytała Królowa Matka narzekania na pogodę w tej innej Polsce, w której jej nie było.

A tymczasem Chęciny były takie same, a nawet lepsze niż w czasach, gdy Królowa Matka zwiedzała je (i pokochała) panienką będąc, co prawda w małej cukierence nie było już Najlepszych Na Świecie lodów cytrynowych, było za to ciasto jogurtowe z makiem, które królewskomatczyna rodzina wykupowała na pniu i pożerała w ilościach hurtowych, w rynku znajdowała się przeurocza kawiarenka dla rodziców z dziećmi, oferująca, poza kawą, herbatą i wyborem ciast i deserów także opiekę nad dziećmi w czasie, gdy Rodzice się wspomnianymi deserami opychają, oraz fontanna, w której Pompon Młodszy skąpał się był wraz z odzieniem i obuwiem w jeden z tych upalnych dni, w czasie których na terenie reszty Polski panował luty mróz. A na Zamku można była strzelić z arkebuza, obejrzeć tańce średniowieczne oraz zamknąć w żelaznej klatce, w której kiedyś trzymano więźniów, własnego Potomka, niestety, nie na długo.

Łysogóry Potomki i Pompony przebiegły w hożych podskokach, następnie zdrzemnęły się kwadransik w trakcie jazdy samochodem do Dworku Pod Lipą, by - w czasie, gdy Królowa Matka, po dojechaniu na miejsce powooooli formułowała w głowie myśl, że za jakieś pół godzinki uda jej się (chyba?) wystawić z samochodu obie nogi, powolutku, malutkimi kroczkami, dowlec się do pokoju, w końcu pierwsze piętro to nie jest jakiś Matterhorn, i zalec na resztę popołudnia na łóżku w charakterze zwłok - wyskoczyć rześko z samochodu i w radosnym pląsie udać się w kierunku placu zabaw, w biegu formułując życzenie, by mamusia przyszła za nimi pobujać je na huśtaweczce oraz pograć w ping ponga, gdyż się właśnie nauczyły i uwielbiają.

Wspomniany Dworek Pod Lipami miał prze-cu-do-wne schody, stworzone do tego, by schodzić z nich w slow motion oraz wyniośle, dystyngowanie szeleszcząc elegancką suknią i wydając polecenia w rodzaju: "Franciszku, dziś pan nie zejdzie na herbatę, proszę mu ją zanieść do gabinetu", i spowodowały u Królowej Matki kolosalny foch na Historię oraz Własnych Przodków...

(OT, ostatnio Królowej Matce w nawyk wchodzi.

No więc na Historię to Królowa Matka nie poradzi, ale jeśli chodzi o Przodków, a konkretnie o Pradziadka Królowej Matki, a jeszcze konkretniej o Tatusia Tatusia Tatusia Królowej Matki, który to Pradziadek obdarzony był malowniczą osobowością oraz duszą włóczykija, to ma Królowa Matka jednak kilka ansów. Dusza włóczykija objawiała się tym, że Pradziadek wędrował po całym kraju, albo i świecie, wpadając co i rusz na jakieś genialne pomysły. Podczas jego peregrynacji rodzinny dwór, majątek, stadninę oraz służbę żelazną dłonią dzierżyła Prababcia Katarzyna, której w dzierżeniu nic a nic nie przeszkadzały kolejne ciąże, porody i połogi. Pradziadek wracał co jakiś czas, głaskał czule głowiny Dziatwy, ustawionej prze Panem Oćcem w karnym rządku, dobrotliwie dziwił się na widok Nowego Dzieciątka w ramionach Prababci: "Ach, Kasieńko, raz... dwa... trzy... ojej, ilu was jest, wszystko moje? O, i nowe?", całował nowe w główkę, a już trzy miesiące później zaczynał odczuwać swędzenie w żywocie i udawał się na kolejną wyprawę, zostawiając majątek, Prababcię i kolejnego Potomka w drodze, i tak jedenaście razy. Być może zdarzyłby się i dwunasty raz, gdyby nie to, że po jedenastym Pradziadek wrócił z - kolejnym - genialnym pomysłem, który nie wie Królowa Matka, na czym polegał, który jednakże wymagał sprzedania majątku.

Pradziadek sprzedał więc dwór, sady, ziemię i konie, po czym - nie na drugi dzień, bo to byłoby już nazbyt melodramatyczne, ale raczej kilka tygodni niż miesięcy później - nadeszła reforma Grabskiego i Pradziadek - który pojechał wymieniać pieniądze ze starych na nowe wioząc je w skrzyniach na wozie, a wrócił mając cały swój majątek w portfelu w kieszonce na piersi - przesiedział kilka kolejnych dni w kamiennym milczeniu, po czym wziął się i zmarł na zawał. Zostawiając Prababcię z jedenaściorgiem dzieci, a Królową Matkę pozbawiając szans na bycie Panienką ze Dworu.

To znaczy, Królowa Matka wie, II wojna światowa i ustrój demokracji ludowej oraz sprawiedliwości społecznej, te rzeczy. Ale jakoś do rodzonego Przodka łatwiej mieć pretensje, koniec OT).


... no więc poza schodami wspomniany Dworek miał olbrzymi teren w otoczeniu sielskich pól i lasów, ze stawami, placem zabaw oraz obsługą i szefostwem tak dyskretnym, że trzeba było w dniu wyjazdu biegać po terenie i go szukać celem uiszczenia. "Państwo koniecznie jeszcze do nas przyjadą! - zakrzyknęło szefostwo, namierzone po dłuższej chwili poszukiwania przez Pana Małżonka. - Mają państwo takie grzeczne dzieci!". Pan Małżonek wzdrygnął się nerwowo i obejrzał w poszukiwaniu osoby, do której mówiła Szefowa posiadłości, podczas gdy ta kontynuowała, najwyraźniej w świecie zwracając się jednak do niego: "Jak państwo to zrobili? Jak się to państwu udało?!". "Ależ - rzekł Pan Małżonek z wrodzoną całej królewskomatczynej rodzinie uczciwością - to dlatego, że nas całymi dniami nie było...". "Jakie nie było - zaprotestowała Szefowa. - Rano państwo byli, wieczorem, na placu zabaw widziałam dzieci, na spacery chodziły po terenie, do stawów, po ogrodzie. Na samym końcu korytarza mieli państwo pokój, do kuchni dzieci chodziły, nikt po korytarzu nie latał, nie wył, nie ślizgał się na dywanie, czyściutko, cichutko, niesamowite po prostu... Koniecznie państwo muszą tu wrócić!". Całą tę rozmowę powtarzał Królowej Matce Pan Małżonek w przytomności czterech par nadstawionych uszu i ocząt przebiegających od Mamusi do Tatusia, jak w meczu tenisa, po czym odezwał się Potomek Starszy ze szczerą troską w głosie: "Ale... ta pani jest głucha?", i to by było na tyle, jeśli chodzi o grzeczność i dobre wychowanie.

Ale do Nowych Kotlic planujemy wrócić, Królowa Matka zaopatrzona w suknię, w której zejdzie z godnością po schodach, a Pan Małżonek strzeli jej fotkę, Pradziadkowi i Historii na przekór.

Mazury to już w ogóle zawsze Królowej Matce dobrze robią, nastrajają ją filozoficznie i prowokują do powzinania różnych Pomysłów na Życie. Które później, w szarym świetle codzienności, rozmywają się i bledną, by wrócić przy okazji kolejnej wizyty na Mazurach (w te wakacje - dwa razy, i nie jest to nasze ostatnie słowo w tym roku) i, kto wie, może kiedyś zaowocować.

A poza tym spacery ze świeczkami w ciepłe wieczory lipcowe, włączany w gorące dni ogrodowy wąż, z którego robiło się fontannę dla dzieci, festiwal światła, lody, kawa w przytulnych kawiarenkach, zamówiony trylion książek, nadrobione zaległości czytelnicze i całe stado wydzierganych indyjskich słoni, czereśnie i bób, maliny i jagody, zebrane własnoręcznie w Puszczy Piskiej, wszystkie te wspomnienia trzeba poskładać starannie i schować ze świadomością, że te dni się nigdy nie powtórzą.

Zamiast nich nadejdą długie wieczory i krótkie dnie, deszcze, słota, złota jesień, życie według grafika, do którego się też przywyknie, by za rok znów pomyśleć z paniką, że, o Boże, znowu lato i jak ja sobie poradzę, 24 godziny na dobę z moimi dziećmi w małym domku poza cywilizacją.

Żegnaj, Lato.

Dobrze, że byłoś.


sobota, 2 września 2017

Przy końcu wakacji o miłości

Pompon Młodszy (wpatrując się w Królową Matkę maślanym wzrokiem) - Kocham cię, mamusiu!

Królowa Matka (rewanżując się) - Ja ciebie kocham bardziej!

Pompon Młodszy (z uczuciem) - Nie, to ja ciebie kocham bardziej! Ja cię kocham najbardziej z całej planety mamuś!

Królowa Matka - A ja cię kocham najbardziej z całej planety Pomponów Młodszych!

Pompon Młodszy - Ja cię kocham najbardziej z całego świata! Z całego wszechświata! Najbardziej cię kocham z całej dziury!

Królowa Matka (tracąc rozpęd) - Z dziu... z dziury? Z jakiej dziury?!

Pompon Młodszy (wznosząc na Królową Matkę rozkochane oczęta, dobitnie) - Z czarnej!


Czyli problem, kto jest Najbardziej Kochanym Człowiekiem wszech...wszystkiego mamy rozwiązany.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Pompon Starszy at his normal

Pompon Starszy jest dzieckiem innym niż jego bracia. Kompletnie innym.

Poza, oczywiście, drobiazgami takimi jak zachwycająca otoczenie umiejętność wpadania w cholerę a la byczek Fernando, połączona z zianiem ogniem z paszczy i puszczaniem kłębów pary nosem oraz bycie (no, dobra, bywanie) Walerkiem...

(OT - Walerek, świeć Panie nad jego duszą, był to młodszy braciszek prababci Pompona Starszego, a babci Królowej Matki. Braciszek ten zasadniczo uważał, że świat, a kto wie, może także wszechświat powstał, aby ścielić się mu, Walerkowi, pod stopy, a już na pewno po to istnieją otaczający go ludzie, których zdania nie brał był pod uwagę w realizacji własnych przyjemności życiowych ani pod żadnym innym. I tak na ten przykład rodzina Walerka szła spać, gdy on szedł spać. Wstawała, gdy Walerek wstawał. Jadała posiłki, gdy Walerek zgłodniał, zaś gdy pod strzechy polskich miast i wsi zawitała technologia, rodzina Walerka oglądała telewizję oraz słuchała radia w ramach przez Walerka wyznaczanych, ponieważ - zmęczony lub znudzony, lub uznawszy, że ma dość na dziś - Walerek wstawał z fotela i wyłączał odbiornik radiowy/telewizyjny w połowie programu/filmu/słuchowiska i udawał się na spoczynek, a rodzina Walerka, wyłącznie dlatego, że jeszcze wtedy nie było w niej Królowej Matki, potulnie udawała się za nim.

Tę ostatnią cechę najwyraźniej odziedziczył po wujku Walerku Pompon Starszy, który potrafi ni stąd ni zowąd przełączyć TV, albowiem pragnie obejrzeć bajeczki Maszy względnie znudził go maraton Gumballa, a to, że nie odnosi sukcesu złożyć należy na karb tego, że rodzina Pompona Starszego różni się od rodziny wujka Walerka dość radykalnie.

Gwoli kronikarskiej ścisłości dodać jednak należy, że Walerek był mimo wszelkich wad człowiekiem obdarzonym nadnaturalnym wdziękiem, który to i owo wyjaśnia, nieopanowaną ciekawością świata i wstrząsającymi talentami pozwalającymi mu, na ten przykład, wykonać własnemi ręcami komplecik składający się z kredensu, stołu i pięciu krzeseł na podstawie jednego krzesła, wygrzebanego przezeń na targu staroci, które ujęło go przepięknym oparciem rzeźbionym misternie w liście winorośli. Plus grona. Winne. Krzesło oryginalne było od mebli wykonanych wujkawalerkową ręką nie do odróżnienia, co Królowa Matka zaświadcza, dopiero bowiem gdy była dorosła uświadomiono ją, że te meble to nie jest spadek po przodkach, tylko rękodzieło.

Miejmy zatem nadzieję, że jeśli Pompon Starszy ma już być Walerkiem, to po całości, koniec OT).

... a zatem poza tym Pompon Starszy pozostaje najporządniejszym dzieckiem Królowej Matki*, takim, które układa po sobie pieczołowicie pościel po rannym wstaniu, zadaje pytania w rodzaju: "Mamusiu, czy te spodnie pasują do tej koszulki?", mimo ukończenia lat sześciu nadal nie wyrósł z fascynacji pomaganiem mamusi w pieczeniu ciast oraz myciu wanny, jego najukochańszym hobby jest zamiatanie werandy po piętnaście razy na dobę, a najsurowszą karą jest zakazanie mu odkurzania. Ponadto Pompon Starszy dokładnie i precyzyjnie koloruje obrazki, rysuje własne ilustracje do książek, kopiuje dzieła Elżbiety Wasiuczyńskiej, lepi z plasteliny misterne stworki, którym dolepia miniaturowe stoliczki, krzesełka, łóżeczka i lodóweczki zapełnione jeszcze bardziej miniaturowymi buteleczkami mleka, owocami, warzywami i minisereczkiem w plastereczkach. Zadaje tez masę bardzo szczegółowych pytań dotyczących otaczającego go świata i twierdzi, że będzie miał same szóstki, nie to co jego bracia, koniec cytatu. Pytania te zadaje używając "dorosłego" języka, co czasem daje komiczny efekt, ale jest dość trudne do oddania w cytatach, niestety.

Poza tym sepleni najbardziej z całej czwórki.

W efekcie kumulacji wyżej wspomnianych cech zdarza mu się wygłaszać rzeczy jak poniższa:

Pompon Starszy (woła braciszków na film) - Chłopcy! Chodźcie, jest "Magaskaj", trzecia część!
Królowa Matka - Madagaskar.
Pompon Starszy - Madaskaj.
Królowa Matka - Ma-da-ga-skar.
Pompon Starszy - Ma-ga-da-skaj.
Królowa Matka - MADAGASKAR.
Pompon Starszy - Chłopcy! Chodźcie, jest "Cośtam-cośtam-skaj", część trzecia!

Oraz - regularnie - porządkować wszechświat.

Pompon Młodszy (entuzjastycznie) - Bojis, idziemy do kina! Tata powiedział, że idziemy w sobotę do kina! Już pojutro!!!
Pompon Starszy (z precyzją skalpela) - Mówi się "przedjutro"!!!

Pompon Starszy (podsumowując poranek) - Spałem, mamo, bardzo długo i mogłem się pod moim kocykiem spocić. Na szczęście ja się nigdy nie spacam.

Pompon Starszy (o krok od wpadnięcia we wspomnianą na wstępie cholerę) - Jestem NAPRAWDĘ wkurzony na tę aktualizację! Nie dość, że długo się ściągała, to dostaliśmy tylko jeden zombie-kwiatek... (nabierając tchu w płuca)... i w dodatku zgorszyli nam pandę!!!

Pompon Starszy (do mamusi, z satysfakcją) - Naostrzyłem sobie ołówek. Teraz wreszcie będę mógł rysować. Nie to, co przedtem.
Królowa Matka (z taką dozą zainteresowania, jakiej można spodziewać się po matce wielodzietnej w tym porywającym temacie) - A jak ci się rysowało przedtem?
Pompon Starszy (z uczuciem) - Strasznie! Nie wyobrażasz sobie. Naprawdę byś nie chciała tego doświadczyć!

No bo kto by chciał, nieprawdaż.

Królowa Matka (kiwając głową) - Oj, synu, synu, synu.
Pompon Starszy (identycznym tonem)  - Oj, mamo, mamo, mamo.

I to by było na tyle.


*Bardzo Aktualne Zdjęcia Poglądowe.

Zdjęcie A:


Piżamka Pompona Młodszego o rześkim, sobotnim poranku.

Zdjęcie B:


Piżamka Pompona Starszego o rześkim, sobotnim poranku.

I to by było na tyle tym bardziej.

środa, 30 sierpnia 2017

Pompon Młodszy at his best

Pompon Młodszy (je śniadanko odrobinkę dłużej, niż ogólnie przyjęte zasady przewidują, na przykład dwie i pół godziny).
Królowa Matka (balansując na cieniutkiej granicy, za którą tylko ruiny, zgliszcza, zianie ogniem z paszczy i uwiąd życia rodzinnego) - Dziecko, ja cię błagam, jedz szybciej...
Pompon Młodszy (życzliwie) - Bo chcesz nam szybciej dać deser?

Pompon Młodszy (zaglądając do własnego kubka, z pretensją) - Tu przed chwilą był sok!!! Kto wypił mój sok?!
Królowa Matka (z rezygnacją osoby przyzwyczajonej do przeprowadzania podobnych pogadanek przeciętnie pięć razy dziennie) - Synuś, Potomek Starszy nie mógł ci wypić, bo siedzi na kanapie i się stamtąd nie ruszył od kwadransa. Potomek Młodszy nie mógł ci wypić, bo jest na górze i rysuje ilustracje do własnej powieści. Pompon Starszy, ja sam zapewne widzisz, siedzi na werandzie. Co oznaczać może tylko jedno, a mianowicie...
Pompon Młodszy (kończąc płynnie myśl Mamusi) - ... że to ty!

Pompon Młodszy, w krótkiej przerwie między nieustannymi posiłkami, z których składają się jego dni (sprawdzić czy nie pizza) - Mamo, mamo, zobacz! Założyłem okulary tatusia! W ŻYCIU nie będę okularów nosił, NIGDY, wyglądam w nich jak młody naukowiec... (zsuwa się z krzesła i zataczając się silnie robi kilka niepewnych kroków) I w dodatku widzę jak młody naukowiec!

Pompon Młodszy (przerywa sobie na chwilę rysowanie komiksu, aby popaść w zadumę, a następnie wyartykułować będące skutkiem tego głębokiego namysłu pytanie) - Mamusiu, czy zasady są po to, żeby je łamać?

Dziecko na dzisiejsze czasy, tyle tylko Królowa Matka Państwu Szanownemu powie.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Każdemu to, co lubi

Królowa Matka, Pan Małżonek i cała Banda Czworga wracają sobie przez główny deptak miasta ze spaceru, który od jakiegoś czasu przedsiębiorą wieczorami dla zdrowotności krokiem "ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą".

Wieczór jest rzeczywiście piękny, tłumy spacerowiczów wokół, nocne życie miasta wre, a elementem tego wrzenia jest klub, którego okna są ściśle zasłonięte purpurowymi, ciężkimi kotarami, do którego na pozór zamkniętych na głucho, ciężkich wrót wiedzie czerwony dywan, z obu stron ograniczony pozłacanymi słupkami połączonymi złotymi sznurami z frędzlą oraz ozdobnymi chwostami.

Pompon Młodszy (z zachwytem) - O, mamusiu! Jakie to śliczne! Chodźmy tam, możemy, mamusiu?

Królowa Matka - Nie.

Pompon Młodszy (głosem nabrzmiałym rozczarowaniem) - Dlaczego nie?!

Królowa Matka (ze stoickim spokojem) - Bo to nocny klub i sex shop.

Potomek Młodszy (w popłochu zagarniając Młodszego Braciszka, już popylającego po czerwonym dywanie) - Oj, to chyba faktycznie nie...

Cała Rodzina, wraz z nieco nabzdyczonym Pomponem Młodszym mija Manufakturę Cukierków, przypadkowo sąsiadującą ze wspomnianym wyżej przybytkiem niemalże ściana w ścianę, na rzęsiście oświetlonej wystawie której mienią się wszystkimi kolorami tęczy (oraz jeszcze kilkoma dodatkowymi) cukierki i lizaki, w słojach, kubkach, koszyczkach, malowniczo rozrzucone luzem, ślące w nocne przestrzenie upojne wonie.



Potomek Starszy (niemal w ekstazie) - O, i to jest mój sex shop!

I tak trzymać, syneczku!