środa, 31 marca 2021

Ku pamięci. Ku czci

 - A teraz otwieramy podręcznik na stronie sześćdziesiątej piątej i przepisujemy...

- Która strona?

- Sześćdziesiąta piąta.

- Piąta? 

- Tak, sześćdziesiąta piąta i przepisujemy...

- I mamy czytać?

- Nie, przepisujemy to, co jest zaznaczone na żółto.

 

Chwila ciszy.

 

- Ale wszystko przepisujemy?

- Nie, tylko to, co jest zaznaczone na żółto. Stasiu, czy chciałeś o coś spytać?

- Nie, zapomniałem rączkę opuścić.

- A, proszę pani, Ida mi pisze, że jej się mikrofon wyłączył i nie wie, co ma teraz robić!

- Dobrze, już do niej piszę, co ma przepisywać...

- Ale, proszę pani, co my przepisujemy?

- Zaznaczoną na żółto ramkę. Strona sześćdziesiąt pięć.

 

(...i ciągle spokojny, rzeczowy ton, i żadnego "%$#@@#$%" w podtekście, łagodnie, powściągliwie, nikt nie jęczy w tle, nikt nie wzywa boskiego wstawiennictwa...)

 

- Ale mi się tu zacięło i nie wiem, co jest tam napisane!!!

- Możesz przepisać bezpośrednio z podręcznika, a poza tym wszystko będzie udostępnione na czacie. 

- A mamy przepisywać wszystko, czy tylko to zaznaczone na żółto?

- Tylko to na żółto.

- A ja nie mam ćwiczeń, bo... eee... zgubiłem.

- To napisz na kartce, a jak znajdziesz ćwiczenia to ją wkleisz albo przepiszesz. Czy wszyscy już skończyli? Kacper? Ty jeszcze piszesz?

- Nie, ja zapomniałem opuścić łapkę...

- Dobrze. To teraz przypominamy sobie, o czym wczoraj rozmawialiśmy. Kto mi powie, co to oznacza, być człowiekiem przedsiębiorczym? Zuzia?

- Yyyy... yyyyy...

- Antek?

- Nie, bo ja chciałem na to poprzednie odpowiedzieć!

- Staś?

- Ja, proszę pani, chciałem tylko powiedzieć, że mi przed chwila wywaliło internet i nie mogłem dołączyć...

- Ale już jesteś?

- No jestem, ale nie wiem, co my teraz piszemy!

- Nic nie piszemy, teraz rozmawiamy. 

 

(Jakieś trzy minuty w miarę zbornej rozmowy).

 

- No dobrze, to otwieramy zeszyty i wypisujemy wyrazy z podręcznika w trzech grupach, osobno rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki.

- Proszę pani,ale  ja chciałem jeszcze o ten lapbook o skarpetkach zapytać.

- Zostań po lekcji i sobie wszystko omówimy, dobrze? A teraz wróć do pisania.

- Ale ja nie wiem, od którego miejsca zacząć!

- A ja jestem dopiero przy rzeczownikach!

 

(Chwila ciszy,w czasie której panie niewątpliwie oddychają do woreczków).

 

- Dobrze, widzę, że wszyscy już napisali...

- Ja nie! Tylko zapomniałam rączkę opuścić!

- OK, teraz to już wszyscy, prawda? Poza Kasią i Ksawerym...

- Ja przepisałam! Już dawno!

- Jak to, przepisałaś, nie widzę podniesionej rączki?

- Zapomniałam podnieść...

- No, dobrze, kto nie przepisał ten  przerywa. Otwórzcie podręcznik, na stronie... Temat: "Reklamujemy szkolny kiermasz"...

- Ale teeeraz? Czy dopiero jak przepiszemy?

- Teraz. Nie jak przepiszecie. Skończycie przepisywać później, wszystko będzie udostępnione na klasowym czacie w plikach.

- A jak ktoś tej reklamy teraz nie zrobi to skąd będzie wiedział, jak zrobić?

- Macie wszystko udostępnione w plikach i na dzienniku w zadaniach domowych...

- Bo nie zrozumiałam, w sensie, że sami mamy tę reklamę zrobić?

- Na brudno mamy ją sobie zapisać czy jak?

- Ale mi się tu zawiesiło!!! Zawiesiło mi się i klikam i nic, klikam i nic, no rusz się, dziadzie jeden, rusz się!!!

- Proszę pani, a Ida mi pisze, że ją znów wywaliło i nic nie słyszy! I nie widzi!

- A Zuzi się nie chce mikrofon włączyć!

- Dobrze, już do Zuzi napisałam. Otwórzcie zeszyty, Paweł, otwórz zeszyt, proszę! Piszemy: "Obliczenia pieniężne"...

- Proszę pani, z polskiego ten zeszyt?

- Paweł, no proszę cię. Z matematyki. Przepisujemy działania z dzisiejszego Konkursu Matematycznego i to koniec na dziś. Na obliczenia czekam do wieczora.

- A teraz się rozłączamy?

- Tak.

- To do widzenia!

- Proszę pani, ale ja wczoraj nie mogłam znaleźć tych działań!

- Są na czacie grupy.

- Do widzenia!

- Nie ma...

- Do widzenia! 

 

(...razy dziesięć, czasem to samo dziecko po kilka razy, póki nie uzyska spersonalizowanej odpowiedzi).


- ... u mnie. U mnie nie ma!

- Są. Dzieci wczoraj robiły, ale jak nie możesz znaleźć wyślę ci jeszcze na pocztę.

- Aha. Dziękuję. Do widzenia.

- A my mamy całą tę stronę zrobić?

- Do widzenia! Do widzenia!

- Całą stronę czterdziestą.

- Do widzenia!

- Czterdziestą?

- Tak, czterdziestą.

- Do widzenia!



Potomek Starszy (od kwadransa przysłuchujący się powyższemu w nabożnym i pełnym najwyższego szacunku milczeniu) -  I to są, kurna, prawdziwi bohaterowie. Im się powinno pomniki stawiać na każdym skrzyżowaniu każdego miasta i wsi. I składać pod nimi bukiety kwiecia i robić części artystyczne z dzieweczkami w strojach łowickich i chórem, śpiewającym pieśni pochwalne. Szkoły ich imionami nazywać. A nie, że ktoś jakąś bitewkę wygra, jakąś kampanijkę poprowadzi, w jakiś kosmos poleci i od razu, że niby heros. A to zwykły cienias jest w porównaniu.


Ditto.


wtorek, 16 marca 2021

"Malamander" Thomas Taylor

 Może nie za bardzo to widać, ale jestem ostrożną recenzentką. To znaczy, jeśli recenzuję książki ściągnięte z własnych półek, stosików wstydu lub przytargane z bibliotek nie ma dla mnie granic ni kordonów, ale egzemplarze recenzenckie wybieram niezwykle starannie i bardzo uważnie. Biorę do recenzji tylko te, o których wiem, że mogą mi się spodobać, autorów, których już czytałam i polubiłam, pozycje, na które mam w danym momencie siłę, energię i, co równie ważne, czas, rzeczy, których opis mnie zaintrygował. Jeśli czas jest nieodpowiedni, jeśli przypadkiem mam taki nastrój, że do reklamowanej książki wydawnictwo powinno dorzucić sznur (dlatego na przykład nie będzie na tym blogu recenzji "Kaputt" Malaparte, przykro mi bardzo), jeśli jestem zbyt obciążona pracą, jeśli rodzi się we mnie podejrzenie, że napisanie uczciwej recenzji mogłoby się mijać z polityką wydawniczą firmy, która zaproponowała mi współpracę... w takich wypadkach nie biorę egzemplarzy recenzenckich (a mnogość zastrzeżeń, które sama czynię łatwo pozwala zrozumieć, czemu tych wydawnictw, proponujących współpracę, jest tak niewiele).

Ale czasem zdarza się, że nazwisko autora wprawdzie nic mi nie mówi, streszczenie co prawda brzmi zachęcająco i okładka kusi, ale raz, że nie jestem targetem, a dwa, że akurat jestem ciut zapracowana, albowiem przerasta mnie idea kształcenia zdalnego połączonego ze stacjonarnym, więc zamierzam grzecznie podziękować za propozycję, gdy nagle pojawia się za moimi plecami Pompon Młodszy i pyta: "A, o, tę książkę z wielkim okiem mogłabyś, mamo, poprosić?", więc, no cóż, proszę, a potem czytam i z głębi duszy wyrywa mi się entuzjastyczne:

Rany, jakie to jest super!!!

 Widmowy Port jest nadmorską miejscowością, jak wiele innych - w sezonie tabuny turystów, plażowicze spacerujący po molo, frytki, smażona ryba, wata cukrowa, hałaśliwe karuzele, słowem - typowa wakacyjna miejscowość.

Zimą... o, zimą jest tu zupełnie inaczej. Miasteczko pustoszeje, otulone mgłą, wystawione na podmuchy lodowatego wiatru od morza i wycie sztormów. W dodatku w nocy, kiedy wszyscy smacznie śpią, znad morza daje się czasem słyszeć przeraźliwy ni to ryk, ni to jęk, niby krzyk umierającej istoty. Turyści znikają. W mieszczącej się na rozchwianym, wstrząsanym uderzeniami fal molo Tawernie Seegola, której właściciel pojawił się pewnego dnia w Widmowym Porcie, sprowadzony śpiewem syreny i został, mając nadzieję usłyszeć ją jeszcze kiedyś, przesiadują tylko miejscowi. Na plaży można spotkać niewiele osób, najczęściej panią Fossil,  profesjonalną przeszukiwaczkę plaż, która - ubrana w kilka płaszczy i co najmniej trzy przywiązane sznurkiem kapelusze - zbiera do wiaderka wyrzucone przez morze różności, które po oczyszczeniu i odnowieniu sprzedaje w swoim sklepiku. Tylko miejscowi odwiedzają Widmową Poradnię Czytelniczą, bo poprosić syrenomałpę o wylosowanie dla siebie Tej Jednej Właściwej Książki. Zresztą co mogłoby skłonić turystów do przyjazdu do takiej mieściny w zimowe, niegościnne miesiące? Przecież nie chęć zwiedzenia Widmowego Muzeum, hobbystycznie prowadzonego przez pana Thalassiego (zawodowo - doktora Thalassiego). 

No, chyba że przyciągnęłaby ich legenda o malamandrze, tajemniczej morskiej istocie, pół-człowieku, pół-rybie, który raz w roku, podczas zimowego przesilenia, składa jajo, mające moc spełnienia wszystkich życzeń śmiałka, który je zdobędzie. Gdyby ktoś w tę historyjkę uwierzył. Ale niewielu wierzy, bo czyż podobnych opowieści nie słyszy się w co drugiej niewielkiej, pragnącej zwrócić na siebie uwagę, małej miejscowości?

W takim właśnie miasteczku Herbert Lemon, chłopiec bez wspomnień znaleziony na plaży w skrzynce po cytrynach, od których wziął nazwisko, zostaje przygarnięty przez właścicielkę Hotelu Grand Nautilius, lady Kraken, i zatrudniony w hotelowym Biurze Rzeczy Znalezionych.

Wszystko zaczyna się, gdy Herbert pewnego zimowego, pochmurnego dnia pozwala ukryć się w swojej piwniczce uciekającej przed złowrogim, posępnym mężczyzną z bosakiem zamiast ręki tajemniczej dziewczynie.

Violet Parma przybyła do Widomowego Portu po odpowiedzi. Chce się dowiedzieć prawdy o swoich rodzicach, którzy w tajemniczych okolicznościach zaginęli 12 lat temu. Na brzegu morza znaleziono tylko ich buty, ona sama zaś, półroczne niemowlę, leżała w łóżeczku w hotelowym pokoju. Teraz całą nadzieję pokłada w Herbiem, który wszak jest specjalistą od odnajdywania tego, co zaginęło.

Czy Violet z pomocą Huberta odnajdzie zaginionych rodziców?

Czy dowie się, co się wydarzyło zimą dwanaście lat temu?

I co wspólnego z tym tajemniczym zniknięciem ma legendarny morski stwór?


Ach, jakie to było dobre!!!

Nie wykluczam, że odbieram rzecz tak entuzjastycznie, bo po prostu lubię literaturę dla dzieci i (młodszej) młodzieży - z drugiej jednakże strony czyni mnie to dość surowym sędzią, bo mam raczej wyśrubowane wymagania, które w tym wypadku zostały w pełni (no, prawie, mam jedno, jedyne miniaturowe "ale"; na tyle miniaturowe, że właściwie nie warto o nim wspominać) zaspokojone.

Już na samym początku poczułam, że to będzie TO. Niemal od pierwszej strony powtarzałam sobie z zachwytem: "Ale z tego byłby film!!!".  Autor nie bawi się w przydługie wstępy i w szczegółowe opisy, o nie -  od razu wrzuca bohaterów w wir akcji. Przy okazji wspomnę, że nie tylko stosuje narrację pierwszoosobową - mnie to nieszczególnie przeszkadza, ale wiem, że są czytelnicy i czytelniczki, których to drażni - ale w dodatku pisze w czasie teraźniejszym. To jest zabieg na tyle rzadki, że mocno rzuca się w oczy i trzeba do niego przywyknąć - podkreśla jednakże tempo wydarzeń, a to jest naprawdę spore. Ma się dziać i się dzieje, a całą historię dopełniają piękne, działające na wyobraźnię ilustracje (ciekawostka - autor "Malamandra", Thomas Taylor, jest z zawodu ilustratorem, autorem okładki  pierwszego brytyjskiego wydania "Harry Pottera", ale "Malamandra" nie zilustrował osobiście. Ilustratorem jest Tom Booth, który IMHO doskonale się sprawdził).

"Malamander" to urzekająca książka, o wiele więcej niż tylko powieść przygodowa - trochę mroczna baśń, trochę kryminał, a ciut ciut także horror. Legenda o malamandrze i rozwiązanie jego tajemnicy  jest piękne i dające do myślenia. Bohaterowie są prze-wspa-nia-li - zachwycająca jest ta panująca w miasteczku całkowita akceptacja dla cudzej inności, wyjątkowości i stylu bycia! Począwszy od sędziwej lady Kraken po Herbiego i Violet każdy jest oryginalny i nietypowy, każdy w innym miejscu na świecie uznany byłby za dziwaka, podczas gdy w Widmowym Porcie jest po prostu sobą, i tak jest dobrze. Chciałabym mieszkać w takim miejscu.

Gdy dotarłam do końca lektury (szybko - to zdecydowanie JEST typ książki "jeszcze-tylko-jedna-strona" :D ) zrobiło mi się po prostu smutno, więc odkrycie, że "Malamander" jest pierwszą częścią trylogii wielce mnie ucieszyło. 

Albowiem Widmowy Port ma w sobie coś takiego, że chce się do niego wracać.

No i - przecież nie wyjawił nam jeszcze swoich wszystkich tajemnic!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wilga.

Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.
Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.
Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.
Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.

niedziela, 28 lutego 2021

Ali Smith "Zima"

Zima.

Pora roku, która potrafi w ciągu godziny zmienić banalny świat wokół nas w najprawdziwszą, magiczną krainę i sprawić, że droga do domu będzie wyglądać tak:


a sam Dom w Dziczy tak:

 

Ale bywa i tak, że zima jest inna. Przerażająca. Ma zęby. Kły, czasem bardzo ostre. Bywa bezlitosna. Wymaga szacunku, bo może cię zabić. Lub, jeszcze inaczej, jest po prostu szaro-bura. Depresyjna. Zbyt wiele ciemności. Za mało światła. Długie, długie noce. Krótkie dni bez słońca. I zimno. Kulimy się w sobie, zamykamy. Czekamy na powrót ciepła. Na przełom. Na nadejście nowego. Podsumowujemy przeszłość. 

Niezwykła to, zaprawdę, pora roku.

"Zima" Ali Smith nie ma zębów i kłów, nie olśniewa też baśniowym pięknem, którym oszałamiały moje inne zimowe lektury, ponieważ nie ma w niej śniegu i mrozu. To zwykła, brytyjska zima, szara, angielska Gwiazdka, plucha, szarość, ciemności w środku dnia, przytłoczonego szarymi, nisko płynącymi chmurami. I w taką właśnie Gwiazdkę Artur jedzie odwiedzić swoją matkę, Sophie - niegdyś odnoszącą sukcesy bizneswoman, zajmującą się sprzedawaniem elementów wystroju wnętrz sprowadzanych z krajów trzeciego świata, teraz mieszkającą w olbrzymim, o wiele dla niej za dużym domu w Kornwalii. Artur, który dopiero co zerwał był ze swoją dziewczyną, Charlotte, nie mając odwagi stawić się w domu Sophie bez dziewczyny, której przyjazd zdążył już zapowiedzieć, płaci przypadkowo spotkanej na przystanku autobusowym młodej Chorwatce Lux, by pojechała z nim do Kornwalii i udawała przed jego matką Charlotte w czasie świątecznego weekendu. Gdy na miejscu okazuje się, że Sophia jest w nie najlepszym stanie - psychicznym i fizycznym - Lux dzwoni do siostry Sophie, Iris, wojującej buntowniczki i aktywistki o silnym zacięciu społecznym, która lata temu zerwała, czy też raczej znacznie ograniczyła kontakt z rodziną nie podzielającą jej poglądów, i nie akceptującą jej stylu życia, i prosi ją? sugeruje jej? nie prosi i nie sugeruje, tylko pozostawia decyzję? - o przyjazd...

Podczas tej wizyty wychodzą na jaw głęboko skrywane od lat sekrety, padają kłopotliwe pytania, okazuje się, że ludzie potrafią głęboko ukrywać swoje grzechy, że te same zdarzenia z przeszłości mogą mieć różną wagę, że to, co dla niektórych jest nieistotnym drobiazgiem dla kogoś innego może być ciężarem, tego, co dla niektórych pozostaje wciąż żywe w pamięci inni nie pamiętają...

I oto, w ten czas podsumowań, czas gniewu, czas zwinięcia się w ciasny kłębuszek, do którego nikt z zewnątrz nie ma dostępu, czas skostniałych emocji, coś zaczyna się - powolutku - topić, robiąc miejsce na to, co żywe, nowe, wieczne. W końcu to czas Przesilenia. Już wkrótce powróci światło.

Niesamowite, do jakiego stopnia streszczenie tej powieści brzmi jak materiał na świąteczny film familijny, i jak bardzo takim materiałem nie jest!

Na Instagramie natrafiłam na pytanie: "Czy jesteś w klubie wielbicieli prozy Ali Smith, czy w klubie "Nie wiem, o co tyle hałasu"? Odpowiedziałam, że jestem w klubie "nie potrafię wyjaśnić, czemu tak mi się podoba" (co fatalnie wróży przyszłej recenzji, ale jest prawdą).

"Zima" to jest króciutka książka do długiego czytania, zdecydowanie taka, którą się smakuje, a nie pędzi na łeb, na szyję od rozdziału do rozdziału, zaś w akcję - zmienną jak szybko płynący potok, skaczący po kamieniach, od jednego wspomnienia do kolejnego, od jednego punktu widzenia do innego - zadziwiająco trudno kogoś wprowadzić. A przy tym miałam trudności z oderwaniem się od niej, chociaż na pozór trudniej o bardziej nie pasującą do stylu "jeszcze tylko jedna strona" książkę. Apetyczna, soczysta proza, napisana pięknym językiem (i bardzo dobrze przetłumaczona przez Jerzego Kozłowskiego), rojąca się od tropów literackich, gier słownych, nawiązań do prawdziwych wydarzeń, do polityki bieżącej i niegdysiejszej. Jednocześnie bawi się czasem, rozciąga opowiadaną historię w przeszłość, by za chwilę skakać w przyszłość.

Bardzo nieoczywista to literatura, niełatwa w odbiorze. Taka, która nie spodoba się wszystkim (sądzę, że osoby szukające w literaturze szybkiego tempa, zwrotów akcji, uporządkowanej fabuły, prowadzącej konsekwentnie od punktu A do punktu B mogą uznać ją za zbyt nerwową, nieuporządkowaną, nużącą - i wiecie? Ich też rozumiem!), bardzo intrygująca językowo, ale i fabularnie (w zasadzie jestem pewna, że nie jest to lektura na jeden raz, dwa to minimum, a tak naprawdę podejrzewam, że za każdym kolejnym razem będzie się znajdować nowe ścieżki, nowe tropy, nowe nitki Ariadny w tym labiryncie), z tych, które odkładasz po skończeniu - i wciąż o nich myślisz. Ilość możliwych interpretacji oszałamia, a przy tym wszystkim - i nie jest to najmniejsza z zalet tej powieści - pogubienie się w tych tropach, grach słownych i brak oblatania w światowej polityce wcale nie odbiera przyjemności lektury.

A teraz - czekam na "Wiosnę" :).

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WAB.

sobota, 27 lutego 2021

"Konkurenci sie pani pozbyli" Jacek Galiński

Pisanie recenzji czwartej części cyklu trochę mija się z celem.

Większość osób, które po tę czwartą część sięgną znają trzy poprzednie, co oznacza, że reklamowanie im kolejnej jest bez sensu. One już znają styl pisania autora, kupili świat przedstawiony, może nawet z okrzykami entuzjazmu na ustach, na kolejny odcinek przygód bohaterki czekają z zapartym tchem, po co im jakieś reklamy.

Tym, którzy serii nie znają nie ma sensu reklamować części czwartej, bo powinny zacząć od pierwszej, nie tylko dlatego, że warto jest sprawdzić, czy im sposób opowiadania historii przez autora odpowiada, ale także - a wręcz przede wszystkim - dlatego, że być może bez znajomości poprzednich tomów nie da się zrozumieć kolejnej części. 

Powyższe dotyczy również recenzentki, która, świadoma braków w lekturze, chwyciła z entuzjazmem (starsza pani na tropie, dziarska emerytka kontra świat, no, miodzio to być musi, nieprawdaż!) w bibliotece dwa pierwsze tomy i...

 O, rany, jakie to było NIE. Nie. I jeszcze raz po prostu - nie.

Raz, że językowo było dość słabo - dostawałam zadyszki, czytając te trzywyrazowe zdania, wystrzeliwane seriami...

Dwa, że postać głównej bohaterki jest straszliwie irytująca, co oczywiście samo w sobie nie jest niczym złym, pisarz ma prawo wykreować taką postać, jaką ma fantazję, jeśli ma fantazję, by uczynić bohaterką arogancką i wredną starszą panią, jego wola, zresztą wredne starsze panie w charakterze literackich detektywów mają potencjał. Chyba, że - i jest to, niestety, ten przypadek - są przy okazji po prostu głupie, a w niektórych zachowaniach żenujące. Zofia Wilkońska jest jak puzzelki złożone z najbanalniejszych, najbardziej prostackich stereotypów o starszych osobach i nie zgadzam się z opiniami powtarzającymi się w wielu recenzjach, jakoby "każdy z nas znał taką staruszkę". Nie. Nie każdy zna taką staruszkę. Natomiast każdemu zdarzyło się zetknąć w internetach albo prywatnych rozmowach z tekstami o "babciach, co umierają, ale magicznie ożywają, gdy widzą wolne miejsce w autobusie" albo "tych starych babach, co łażą po sklepach, zamiast w domu siedzieć", "moherowych babciach, co są takie roszczeniowe", "dziadkach, co myślą, że im się wszystko należy, bo mają te parę lat więcej", itepe, itede.  Zofia jest taka właśnie, jak starsze osoby z tych tekstów -  agresywnie roszczeniowa, bezczelna, wścibska (bogowie, dla mnie panna Marple była zbyt wścibska!!! na Zofię Wilkońską nie mam po prostu skali). A jeśli liczycie na to, że z biegiem zdań, z biegiem stron autor zmusi was do zastanowienia się nad przyczynami tej wredoty, ukaże drugie dno głupoty, sprawi, że uznacie, że stereotypowe postrzeganie ludzi jest krzywdzące - zapomnijcie o tym. Zamiast prób przełamania (do bólu banalnego) stereotypu dostajemy znak równości między egoizmem i bezczelnością a starością. I nic się za tym nie kryje, nie ma żadnej głębi, żadnej historii do opowiedzenia, żadnego tła, nic, po prostu nic.

I w tym momencie płynnie przechodzimy do trzy, czyli do tego szumnie zapowiadanego humoru - być może są osoby, które zaśmiewają się do łez czytając o starszej pani, macającej Afroamerykanina po włosach, bo nigdy jeszcze takich nie widziała, i traktującego go jak coś w rodzaju małpki (emerytowana nauczycielka!!! Współczuję głęboko jej uczniom), okradającej mieszkanie zamordowanego sąsiada, podczas gdy sam sąsiad z nożem w piersi tkwi na sedesie (niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu!), że o wspólnym oglądaniu porno przez porywacza i porwaną nie wspomnę, ale nie jest to typ humoru, który akurat ja poważam. Nie bawi mnie chamstwo. Uszczypliwość, sarkazm, spryt, przemyślność wynikająca z większego doświadczenia życiowego i specyficznych potrzeb - tak. Ale nie chamstwo, a ta bohaterka jest, po prostu, na wskroś chamska.

No i cztery - zagadka kryminalna rozwiązana przy pomocy jednego (słownie - JEDNEGO) zdania, deus ex machina szaleje jak wicher po stepie, wszyscy się pchają, by podarować bohaterce (nachalnej, aroganckiej i niesympatycznej, takiej, którą w realu by się wysłało do wszystkich diabłów po pierwszym wypowiedzianym przez nią zdaniu) dowody przestępstw, bo tak, wszystko się jej udaje, bo tak, zakończenie... może i ciut nieoczekiwane, ale bez jakiegokolwiek prawdopodobieństwa, wyjaśnienia, no cóż, też - bo tak.

Przy tym autor między wierszami poruszał (istotny!) problem samotności, ubóstwa i „przezroczystości” starszych ludzi, robił to moim zdaniem umiejętnie, doceniałam to, a raczej już, już zaczynałam doceniać, już, już zaczynałam myśleć, że może jednak, może coś, może ta książka nie jest tak bardzo "nie" jak mi się początkowo wydawało... i zawsze w tym momencie wkraczała pani Wilkońska, cała na biało, by okraść kolejną osobę, bo jej się przyda, a co zmarłemu po czekoladzie, albo zachwycić się własną błyskotliwością, że ach, jaka jest pomysłowa przeszukując śmietnik, a wszyscy, którzy na to patrzą mają szeroko otwarte oczy i opadnięte szczęki dlatego, że podziwiają jej przytomność umysłu i zazdroszczą jej inteligencji (tjaaaa...), albo rzucić jakąś złotą myślą, a we mnie duch upadał, fakt, że zaczynałam coś doceniać wypadał mi z pamięci i znowu pewna byłam tylko jednego.

Że NIE.
 

I że nie polecam. 

Ubogacona tym doświadczeniem przystąpiłam do lektury

 "Konkurenci się pani pozbyli" w niejakim popłochu.

W końcu troszkę głupio jest samej zgłosić się po egzemplarz recenzencki, po czym oznajmić, że książka nadaje się co najwyżej na podpałkę albo prezent dla nielubianej osoby (albo kłamać, ale tego na tym blogu nie ma i nie będzie).

No, nic, powiedziało się A, należy powiedzieć B, co sobie uświadomiwszy przystąpiłam do lektury i, o, bogowie. 

Doznałam zaskoczenia.

Przede wszystkim język uległ wyraźniej poprawie, kiedy pierwszy raz się zaśmiałam niemal się przestraszyłam, bo jednak nie była to reakcja towarzysząca mi podczas lektury pierwszych dwóch tomów. A tu nie dość, że złote myśli naszej Zofii bywały całkiem zabawne ("Miałam ochotę skręcić mu kark, choć nie wiedziałam, czy to możliwe w przypadku osób nieposiadających kręgosłupa" - przy tym nawet pierwszoklasista zauważy, że nie są to już zdania trzywyrazowe!), to znalazłam i takie, które kiedyś, gdy już wprowadzę w czyn plan produkowania makatek z błyskotliwymi cytatami z polskich pisarzy wyhaftuję sobie, zmieniwszy czas przeszły na teraźniejszy, żeby było bardziej dobitnie, oprawię i powieszę w widocznym miejscu ("Przed stoczeniem się w otchłań ratowało mnie tylko to, że nie było mnie stać na żadne nałogi").

Sama Zofia Wilkońska nie zmienia się zanadto, o, nie. Wciąż taka sama arogancka, wścibska i przekonana o własnej nieomylności i o tym, że cały świat wstrzymuje oddech, wpatrując się w nią z zazdrością i podziwem. Wciąż przepełniona niechęcią, by nie rzec nienawiścią do ludzi, wciąż nieżyczliwa, wciąż pozwalająca sobie na wiele (a, ukradnę kwiatki z klombu, co komu po kwiatkach, tak sobie nieużytecznie rosną w centrum miasta!). Ale jakoś to aż tak jak w poprzednich częściach nie razi, i nawet mam koncepcję, czemu.

Oto nasza Zofia idzie w politykę, z właściwa sobie bezkompromisowością  wkracza do sejmu jako przedstawicielka Polskiej Partii Emerytów, i podejrzewam, że na tle naszego dość bezlitośnie sportretowanego politycznego światka jej cechy charakteru po prostu się jakoś szczególnie nie wyróżniają. A nawet wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że Jackowi Galińskiemu się rysunek postaci nieco rozmył, ponieważ pani Wilkońska wykazuje się od czasu do czasu nietypową, jak na nią, empatią, współczuciem czy otwartością,stając się w tych chwilach, jak mniemam, reprezentantką poglądów autora.

Polityczne bagienko, w którym taplamy się wraz z bohaterką, jest bardzo nasze i nie raz, nie dwa, złapałam się na myśli, że bardzo jestem ciekawa, jak się ta książka zestarzeje. Gdy już minie te parę lat, dzisiejsze afery zostaną zastąpione nowymi, ci, co teraz brylują na salonach odejdą, nadejdą jacyś nieznani nam dziś nowi... czy przyszli czytelnicy zrozumieją wszelkie puszczone do nich oczka, czy będą potrafili rozszyfrować, "co autor miał na myśli"? Ba, miewałam wrażenie, że nawet dzisiejsi czytelnicy - zwłaszcza ci, którym, jak niżej podpisanej, z polityką niekoniecznie jest po drodze - mogą mieć problemy ze zrozumieniem, kto jest w tej książce kim. Czy po latach okaże się, że można czytać tę powieść jako satyrę na politykę, jako tragikomiczną parodię, równie dobrze pasującą do każdej rzeczywistości, czy przeciwnie, gdy rzeczywistość się zmieni z książki nie zostanie wiele? Naprawdę jestem ciekawa.

Zagadka kryminalna... cóż, jak zwykle. Trochę nie rozumiem, czemu te książki są nazywane "komediami kryminalnymi", skoro kryminału w nich tyle, co kot napłakał. Niby jest trup, ale nie wiadomo, czy była zbrodnia, do połowy książki nie zajmuje się tym nawet sama bohaterka, a jak się już zaczyna zajmować to, pyk! - i mamy rozwiązanie, owszem, osoba sprawcy może zaskoczyć, ale... no, cóż, wszelkie moje zastrzeżenia z opisu części pierwszej pozostają w mocy.

Podsumowując - osób, które czytały poprzednie części nie zachęcam, ponieważ prawdopodobnie nie muszę. Osobom, które nie czytały radzę zacząć od pierwszej części. Może się okazać, że Zofia Wilkońska jest bohaterką z ich bajki, i że doskonale czują się w wykreowanym przez Jacka Galińskiego świecie, w których autor co i rusz puszcza do nich oko. Może się okazać, że nie jest. Zawsze lepiej sprawdzić to na tomie pierwszym, nie czwartym.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu WAB (zapewniając jednocześnie, że nie zdziwię się, jeśli już nikt nigdy nie zaproponuje mi kolejnego).

poniedziałek, 22 lutego 2021

Robert Małecki, "Najgorsze dopiero nadejdzie" (i reszta)

Po - nie boję się użyć tego słowa - traumatycznym doświadczeniu, jakim było dla mnie zetknięcie się z pisarstwem Marcela Woźniaka do kolejnego tzw. "toruńskiego kryminalisty", Roberta Małeckiego, podchodziłam duuużo ostrożniej niż pies do jeża.

Opinie w sieci były w większości pozytywne, ale tak się złożyło, że doskonale pamiętałam, że w chwili, gdy rozpoczęłam lekturę "Powtórki" miała ona na Lubimyczytać jedną recenzję odbiegającą od ogólnych ochów i achów, a na blogach - żadnej (w każdym razie ja się na żadną nie natknęłam). BTW spotkanie z twórczością Marcela Woźniaka nauczyło mnie, że nie wierzy się recenzjom, zwłaszcza tym zakończonym zdaniem "za egzemplarz dziękuję wydawnictwu..." i spowodowało, że przez ponad dwa lata odmawiałam brania egzemplarzy recenzenckich w obawie, że zostanę przez Czytelników zakwalifikowana do grona niewiarygodnych blogerów, piejących z zachwytu nad dowolnym chłamem, byle był "recenzencki". 

Słowem, pan Małecki miał u mnie raczej pod górkę.

Trylogii toruńskiej początkowo w ogóle nie chciałam ruszać, ale gdy w mojej bibliotece pojawiła się trylogia chełmżyńska pomyślałam sobie, że, a co tam, raz się żyje. Chełmżę znam, swego czasu często w niej bywałam, ale nie oszukujmy się, nie jest to przypadek Torunia, mojego rodzinnego miasta, które kocham, i literackie mordowanie którego znoszę nie najlepiej, ewentualny spis ulic chełmżyńskich w charakterze wartkiej akcji zniosę lepiej, niż spis ulic toruńskich, i w ogóle - zobaczy się.

Prawie od pierwszej strony okazało się, że nie miałam się czego bać.

Przede wszystkim rzucało się w oczy, że co jak co, ale research to nie jest słowo obce Robertowi Małeckiemu. W niektórych recenzjach, które czytałam szczegółowy opis pracy policji przedstawiany był jako wada, podczas gdy w moich oczach była to niewątpliwa zaleta. Praca policjanta nie była dzięki temu zabiegowi przedstawiona jako strzelanka łamane przez mordobicie w stylu amerykańskich filmów sensacyjnych, a policjant nie był dzielnym szeryfem, który strzela do wszystkiego, co się rusza, bo taką ma akurat fantazję - przeciwnie, drobiazgowy opis sporządzania raportów, wzywania na dywanik do szefowej, by się wytłumaczyć z ryzykownych posunięć, siedzenia po godzinach, bo trzeba uzupełnić dokumentację, łykania w pośpiechu kanapki popijanej dopiero co zalaną wrzątkiem herbatą, bo zaszło coś, co trzeba natychmiast sprawdzić bardzo tę pracę uwiarygodniało. Niespieszne opisy głównego bohatera, przygotowującego sobie posiłki czy oddającego się swojemu wymagającemu skupienia i precyzji  hobby sprawiały, że kryminały te brzmiały nieco skandynawsko (choć na szczęście nie była to skandynawskość w stylu Stiega Larssona, który sporządzając opis wnętrza posiłkował się  katalogiem IKEI oraz plan dnia bohatera podawał w czterdziestu ośmiu punktach i z dokładnością do pięciu minut). Że już nie wspomnę (chociaż może powinnam, bo nie jest to rzecz bez znaczenia), że autorowi nic się nie "kłebowało koło płotka" (ani nigdzie indziej), nie "opierało o ścianę z wytrzeszczem" i nie "wypływało spod podeszw", słowem - jego polszczyźnie niczego (albo bardzo niewiele ;)) zarzucić nie było można.

Przeczytałam całą trylogię nie bez przyjemności, śledztwo było logiczne, postacie dobrze skonstruowane, język jak najbardziej ok, zindywidualizowany dla każdego z bohaterów, fakty nie naciągane, czasoprzestrzeń nie zakrzywiana, bardzo mi się podobało (ale to jest kwestia osobnicza, znam osoby, które to doprowadzało do szału) niespieszne tempo akcji, detale, nad którymi autor pochylał się z uwagą, oraz uważam, że Robert Małecki ma niezwykły talent do tworzenia nastroju (fizycznie odczuwałam panującą w książkach aurę, czy to był mróz, odwilż czy upał, wszystko jedno, aczkolwiek, again - kwestia osobnicza), nawet, jeśli były rzeczy, które zgrzytały (a były - na przykład brakowało zaskoczenia i efektu WOW, wszystko kręciło się wokół paru osób, które koniec końców rzeczywiście okazały się w ten czy inny sposób zamieszane w zbrodnię - ale z drugiej strony, czy jest to bardzo dziwne w miejscowości takiej, jak Chełmża, niedużej, w której wszyscy są ze sobą powiązani więzami czy to towarzyskimi, czy rodzinnymi?), po lekturze byłam bardziej niż mile zaskoczona i już się  tak bardzo nie bałam trylogii toruńskiej.

Z przyczyn oczywistych byłam jej bardziej ciekawa niż chełmżyńskiej (i również z przyczyn oczywistych w trakcie lektury nie byłam w stanie uciec od porównań z trylogią Marcela Woźniaka, za co przepraszam, ale to silniejsze ode mnie), musiałam tez na nią dłużej poczekać, bo w bibliotece była do niej kolejka oraz zapisy :). 

Ale w końcu się doczekałam i mogłam przystąpić do lektury (odhaczając przy okazji kolejne okienko w Okładkowym Bingo).

Marek Bener, bohater całej trylogii, w tomie pierwszym jeszcze dziennikarz toruńskiej „Gazety Miejskiej”, ma jeden cel – odnalezienie zaginionej żony Agaty, która 1 listopada 2010 roku wyszła z domu i zniknęła bez śladu, oraz dziecka, z którym w chwili zniknięcia była w ciąży. Od kilku lat przeznacza na to każdą wolną chwilę i każdy grosz. Coraz bardziej zmęczony i coraz bardziej załamany stara się wytrwać w podupadającej już gazecie (potem zakłada własną), wciąż prowadząc osobiste prywatne śledztwo, a także śledztwa w sprawie innych zaginięć, coraz częściej bowiem to do niego zamiast na policję zwracają się bliscy osób zaginionych.

Przede wszystkim czuć, że to debiut, i chyba odradzam czytanie całości "jednym cięgiem", bo muszę przyznać, że sama po takim maratonie miałam dość i przy lekturze części trzeciej czułam narastające zniecierpliwienie. Książki były chaotyczne (w zamierzony, jak sądzę, sposób), składające się (zwłaszcza im bliżej finału) z krótkich, urywanych w kulminacyjnym momencie epizodów w stylu filmowym, które - im bliżej końca - splatały się w całość. Mimo to mam wrażenie, że autor za bardzo chciał zaciekawić czytelnika. Słuchanie audiobooka to musi być koszmar, ja w ogóle nie jestem zbyt dobra w słuchaniu, rozpraszam się dość łatwo, ale nawet tylko czytając te zbyt często rwane, nie dokończone scenki często sprawdzałam, czy nie przeskoczyłam jakiegoś rozdziału. Słuchania nie potrafię sobie wyobrazić.

Bener nie jest bohaterem, którego się kocha od pierwszego wejrzenia, a nawet od któregoś kolejnego można mieć problemy, chociaż jest to jednak kwestia gustu, więc może inaczej - JA nie polubiłam Benera od pierwszego wejrzenia, mimo, że współczułam mu od razu. Wyrywający mi się chichocik powodowała też jego kreacja na superbohatera - nic mu się nie może stać, nic mu się nie może nie udać, a jak dostanie w mordę, to może ciut spuchnie, ale siły i sprawczości mu to nie ujmuje. Przy lekturze drugiego tomu to już w ogóle narastało we mnie pytanie - czy w Toruniu nie ma policji? Przebóg, w rodzica zaginionej nastolatki, który nie leci kurcgalopkiem na policję, tylko idzie do lokalnego dziennikarza, "bo pan ma doświadczenia, a ci gliniarze to, wiadomo" wierzę tak raczej nie bardzo.

A propos Toruń. Toruń był opisany dos-ko-na-le. Po prostu doskonale. Nie mogę tego wiedzieć na pewno, ale mam wrażenie, że osobom, które Torunia nie znają w zorientowaniu się w zawiłościach akcji w ogóle nie przeszkadzają wzmianki, jaką ulicą jedzie Bener i w jaki zaułek skręca, podobnie jak mi nie przeszkadzają takie wzmianki, gdy czytam dobrze napisany kryminał, którego akcja toczy się w, bo ja wiem, Chorzowie. Natomiast jako torunianka (która w dodatku przez większość życia mieszkała dokładniusio vis-a-vis biura Benera z czasów, gdy pracował on w "Echu Torunia") mogę wyłącznie bić brawo, i to czasem na stojąco. Jeśli autor pisze, że Bener idzie do banku i kupić drożdżówkę, zajmuje mu to dokładnie tyle czasu, ile powinno. Gdy pisze, że jedzie jakąś ulicą, skręca w inną, wysiada i trzy minuty później puka do drzwi podejrzanego, to tak właśnie jest. Ramy czasowe są rzetelne, solidne i ani drgną. Mowy nie ma o epatowaniu piernikami, Kopernikiem, perłą gotyku i szczegółowym spisem ulic Starówki oraz Bydgoskiego Przedmieścia. Mowy nie ma, by bohater teleportował się z ulicy Mickiewicza na Skarpę w sześć minut. Po doświadczeniach z trylogią pana Woźniaka jest to doznanie wręcz euforyczne.

A propos "braku policji" (oraz pana Woźniaka) - policjantem, z którym współpracuje Bener jest Leon Brodzki, bohater trylogii Marcela Woźniaka. Natomiast Bener pojawia się u Woźniaka jako bohater drugiego planu. I, jak by to ująć... nie jest to wymiana, na której Rober Małecki dobrze wyszedł, natomiast więcej niż dobrze wyszedł Marcel Woźniak. Brodzki u Małeckiego jest tym, kim pewnie miał być u Woźniaka - starym (doświadczeniem), zmęczonym gliną, ekspertem w swoim fachu, krótko przed emeryturą. Natomiast Bener u Woźniaka jest podrywaczem z Koziej Wólki, najpiękniejszym z całej wsi, ględzącym "poetycko" i bez sensu oraz posiadającym nadludzkie umiejętności, albowiem jako jedyny dziennikarz daje radę dobiec do mostu, na którym wiszą zwłoki przed zablokowaniem go przez policję, biegnąc prosto z redakcji (z Rubinkowa I do mostu Piłusudskiego, jedyne 6,5 km w, tak na oko, 3 minuty, niech się schowa Usain Bolt).  

Ja wiem, rozumiem, nawet na swój sposób mi się to podoba - taka wymiana bohaterów, takie puszczanie oka, trochę reklama, trochę żart, a trochę podsuwanie potencjalnemu czytelnikowi pomysłu na lekturę... rozumiem też, że panowie się prywatnie znają, lubią, nie ma w tym nic dziwnego.

Ale.

Ale może to wywołać efekt odwrotny od zamierzonego. Ja, na przykład, zostałam do trylogii Roberta Małeckiego długotrwale zniechęcona właśnie dlatego, że po "Powtórce" plątał się Marek Bener (a i sam autor też się tam przewinął). Owszem, ostatecznie ją przeczytałam, ale podchodziłam do niej nieufnie, ostrożnie i nastawiona na "nie" tak bardzo, że bardziej nie można. Do myśli, żeby przeczytać pozostałych toruńskich "kryminalistów" jeszcze nie dojrzałam psychicznie. Szczerze mówiąc, głęboko wątpię, czy kiedykolwiek dojrzeję. Wiem też, że są osoby, którym się ta wymianka spodobała i na których podziałała. Ale mimo to... trochę bałabym się utraty zaufania czytelników, którzy dali mi się złapać na to mrugnięcie okiem i niewinny, w zamiarze, żarcik. Gdybym trafiła na trylogie panów w odwrotnej kolejności, gdybym - po przeczytaniu zupełnie przyzwoitego kryminału osadzonego w moim ukochanym miejscu na świecie, a którego autor w oryginalny sposób zachęca mnie do przeczytania innego kryminału osadzonego w moim ukochanym miejscu na świecie -  w ten inny kryminał zainwestowała (w mojej bibliotece Marcel Woźniak jest niedostępny) pieniądze... cóż, moja sympatia dla reklamującego autora zostałaby poważnie nadszarpnięta. Jestem zbyt biedna na tego rodzaju pomyłki. I nie ja jedna w tym najpiękniejszym z krajów.

Podsumowując - trylogie (obie, toruńską i chełmżyńską) przeczytałam z przyjemnością, nie wykluczam, że spotęgowaną pozytywnym rozczarowaniem, którego doświadczałam w czasie lektury, i kiedyś jeszcze chętnie po kolejne książki Roberta Małeckiego sięgnę.

Ale bohaterów już bym na jego miejscu nie pożyczała ;).

wtorek, 26 stycznia 2021

Krzyżówkowo

 

Z cyklu - rozmowy z Mamusią.

Mamusia Królowej Matki (pogrążona w krzyżówce) - Stop miedzi z cyną...
Królowa Matka - Brąz?
Mamusia Królowej Matki - Nieee chyba... wszystkie hasła muszą mieć pięć liter...
Królowa Matka - No to nie wiem.
Mamusia Królowej Matki (beztrosko) - A tam, wpiszę "bronz"!
 
Kurtyna.

niedziela, 24 stycznia 2021

"Dywan z wkładką" Marta Kisiel

Latem spędziliśmy czas jakiś na Mazurach w domku mojej Teściowej - my, to znaczy ja, Pan Małżonek i Potomki, Pompony krócej, Potomki Starsze cały miesiąc, i pod koniec tego miesiąca pojechaliśmy całą resztą szczęśliwej rodziny, by ich odebrać.

Teściowa powitała nas entuzjastycznymi okrzykami oraz słowami: "Chcecie jutro iść na zapomniany  cmentarzyk ewangelicki, leży w szczerym lesie?". No mnie dwa razy nie powtarzać, pewnie, że chcę, kto by nie chciał, to znaczy, może i ktoś nie, ale ja akurat tak, uwielbiam cmentarzyki, ewangelickie i nie tylko, nie muszą być zapomniane, ale takie też, może nawet ciut bardziej, a czy to daleko? A skąd, jakie daleko, kawałeczek za szlabanem w las. No jak kawałeczek to spoko, Teściowa i Potomki Starsze śmignęły przodem na rowerach z zamiarem zaczekania na nas i wykorzystania czasu oczekiwania na zbieranie borówek, my pieszo, idziemy, szlaban jest, las jest, idziemy dalej, jedna przecinka, druga, trzecia, idziemy, idziemy,  jagodzisko, czwarta przecinka... głupie dziesięć kilometrów (w upale) i już byliśmy! Przy cmentarzyku zastaliśmy półżywe Potomki Starsze i ich Babunię z koszem pełnym borówek, obejrzeliśmy, co było do obejrzenia, i ruszamy z powrotem, inną drogą, bo tu takie ładne przejście nad jeziorem, Teściowa nam pokaże. Potomki Starsze siadły na rowery i po sekundzie nawet śladu po nich nie było, spędziły bowiem z Babunią dwa tygodnie i wiedziały, co będzie dalej, my naiwnie podążyliśmy wskazanym przez Teściową skrótem i po przejściu, tak na oko, całej Puszczy Piskiej dookoła, dotarliśmy do domu prawdopodobnie o własnych siłach, ale tego nie pamiętamy, bo ostatnie kilometry (raczej liczne) drogi wyparliśmy. Gdy zaś resztką sił doczołgaliśmy się do werandy, by spocząć na niej w charakterze na pół omdlałych zewłoków, Teściowa zakrzyknęła radośnie: "To wy już zostańcie w domu, ja się jeszcze naokoło jeziorka rowerem przejadę, a jak wrócę to z Anią ogórki zaprawimy, bo kupiłam 25 kilo i już je Walduś przyniósł!". W efekcie na obiad do lokalnego baru, który serwuje najlepsze na świecie posiłki domowe, i do którego czyniliśmy zwykle leniwy spacerek, pojechaliśmy samochodem, przeklinając cmentarzyki, burze historii, spacerki po lesie, Waldusia, ogórki i ideę kiszonek, zaś wieczorem, po rajdzie leśnym, po zaprawieniu tony ogórków  i kąpieli w jeziorze siedziałam bezsilnie, patrzyłam na Teściową wzrokiem całkiem możliwe, że doskonale bezmyślnym, jak po chałupie latała, tu coś przesunąwszy, tam przetarłszy szklaneczkę, ówdzie: "O, jeszcze placek upiekłam, jedz, póki ciepły!" i pytałam z niewinną ciekawością: "A mamusia to czasem siada?"

I po prostu w oczach ją miałam, te metr pięćdziesiąt z kawałeczkiem skumulowanej energii, gdy czytałam

"Dywan z wkładką" Marty Kisiel, 

albowiem bohaterka dzieła ma teściową po prostu identyczną (no, dobra, moja nie potrafi się zwinąć w precel, znaczy, wykonać skomplikowanej asany jogi. No, chyba, że już potrafi, kto ją tam wie, czym się zajmowała w długie, jesienno-zimowe wieczory w swej mazurskiej głuszy).

Tereska Trawna, poza malowniczą z charakteru teściową w rozmiarze kieszonkowym (acz dysponującą energią średniej bomby jądrowej), ma osobistego małżonka, Andrzeja, czyli dwa metry wcielonej łagodności i sto procent  czułego labradora w człowieku, dwoje dzieci - uzależnionego od internetu syna, zwanego Maciejką, i córkę w w wieku burzy i naporu, Zoję, jak również psa rasy polski owczarek nizinny, pieszczotliwie zwanego Pindzią. Ma też, od niedawna i w sumie ku własnemu zaskoczeniu, niedawno nabyty, niewykończony i nie całkiem umeblowany dom na wsi, jak również problem. To znaczy, ma liczne problemy, każdy, kto kiedykolwiek mieszkał w niewykończonym domu na wsi - a jak, tak się niezwykle złożyło, mieszkałam - wie, że właściciel podobnej nieruchomości (plus nastoletnich dzieci, jak również teściowej, która wpadła tak tylko, na chwileczkę, kilka dni, doprawdy, kochanie, jak tylko zobaczę, jak sobie radzicie, to wyjeżdżam, wystarczy mi kącik do spania) może mieć tak naprawdę wyłącznie problemy, dużo, dużo problemów... Pomimo ich istnienia Tereska usiłuje czerpać radość z nieoczekiwanych zmian w swoim życiu i nawet całkiem dobrze jej się udaje –  przynajmniej do czasu, kiedy (powzięty z największą niechęcią, a w zasadzie wymuszony przez tryskającą entuzjazmem dla uprawiania sportów wszelakich teściową) jogging kończy się odkryciem dywanu z wkładką w postaci bardzo martwego sąsiada.

Rzecz jasna znalezisko powinno zostać natychmiast zgłoszone na policję - ale nie zostaje, bowiem  dywan, w który zawinięty jest nieboszczyk, pochodzi z garażu Trawnych i wszystko zdaje się wskazywać na to, że za stan sąsiada odpowiada wyżej wspomniana wcielona łagodność, Andrzej Trawny. Obie panie zawierają szyki, by ukryć zwłoki (czy może raczej - zataić informację o ich zaistnieniu w sąsiedztwie) i czym prędzej odnaleźć prawdziwego mordercę, świadome, że całkiem sporo jest przesłanek wskazujących na to, że głowa rodziny w jakiś sposób maczała palce w zabójstwie, bądź udostępniła dywan osobom trzecim.  

Tymczasem odcięte od internetu, który na zadu... znaczy, z dala od cywilizacji często pada, dzieci Trawnych, z natury bystre i świadome istniejących w rodzinie tarć oraz punktów, na styku których iskrzy, obserwując zgodne jak nigdy współdziałanie mamusi i babuni zaczynają podejrzewać, że Tereska i Mira próbują wykończyć im tatusia…

Przyznam, że w trakcie lektury dusza moja pokwikiwała ze szczęścia co chwilę. Bogowie, bogowie, toż to było, jakbym o Domu w Dziczy czytała, mam makabryłę (BTW. za słowo "makabryła" zasyłam  stukrotne dzięki, mam taką za płotkiem, nienawidzę z głębi serca), mam las, mam szutrową drogę, mam teściową w rozmiarze miniaturowym, co potwierdza nawet Pan Małżonek, który co chwila wybuchał chichotem nad książką z: "Ale teściową to wypisz wymaluj taką samą macie!" na ustach, moi synowie mają mnie, chociaż nie tak posągową i bez pukli (Ja, czytam Synusiowi Najstarszemu kawałek z krajalnicą do jajek, której Tereska nie ma; z chichotem - Chciałbyś mieć taką mamusię, co? Synuś Najstarszy, ciut posępnie - Mam taką mamusię..., koniec dygresji), no, doprawdy, było się z kim identyfikować!...
 

"Dywan z wkładką" jest to książka zarazem bardzo nietypowa jak na Ałtorkę, i bardzo jak na nią typowa. Nie wiem, czy chcący czy nie, ale Marta Kisiel spełnia w niej marzenie tej części ze swych czytelników,  którzy czytając "Toń" i "Płacz" twierdzili, czepiając się rozpaczliwie pojedynczych zdań w poważnej treści, że "jak zwykle można się pośmiać przy lekturze". W "Dywanie z wkładką" nie ma tonięcia w czasie, nie ma rodzinnych dramatów, nie ma aniołów, strzygoni, nie ma magii i płonącego Breslau, przy "Dywanie z wkładką" można się śmiać bezkarnie i nie szukając luki w dramatycznej treści. Jak powszechnie (chyba) wiadomo, ja jestem z frakcji twardo obstającej przy opinii (powziętej w moim przypadku już podczas lektury "Nomen omen"), że największą siłą pisarstwa Marty Kisiel jest właśnie umiejętność poruszanie ważnych spraw w książkach na oko głównie rozrywkowych. Ale jak przyjemnie w ciągu tych szarych, krótkich dni, gdy tkwimy pozamykani w domach, a na dworze zimno i - głównie - ciemno przeczytać coś tak nieskazitelnie rozrywkowego, a przy tym na poziomie!

Od śmierci Joanny Chmielewskiej (ja, przyznam, nawet wcześniej, pozostaję oddaną wielbicielką starych powieści pani Chmielewskiej, mam wiele do zarzucenia tym ostatnim) wielbiciele komedii kryminalnych szukają kogoś, kto mógłby zastąpić im utraconą, ulubioną pisarkę. Daleka jestem od stwierdzenia, że oto znaleźli oni swoje zastępstwo, ale muszę wyznać, że wyczuwałam, polatujące nad "Dywanem z wkładką" jak dobre duchy, i wspomnienie Janeczki i Pawełka (wraz z Chabrem ;)), i Tereski z Okrętką, i bohaterek "Studni przodków", tych barwnych kobiecych osobowości, które planują, knują, działają, nie dają się ograniczać jakimś tam "to niebezpieczne", że o "to nie wypada" nawet nie wspomnę, i współdziałają ze sobą... Następczyni i dziedziczka, to nie wiem. Ale bardzo, bardzo bliska krewna... tak, tak bym to ujęła :). 

Marcie Kisiel udało się nawet (uwaga, mini spoilerek) stworzyć ofiarę, za którą się nie przepada, ubitą przez osobę, za którą się nie przepada, jak również wrażenie, że sprawiedliwości musi (i słusznie) stać się zadość! Nie jest to rzecz, która się wszystkim udaje, a przyznam, że bardzo to ułatwia lekturę komedii kryminalnych :).

No i synowej wraz z teściową rozwiązujących zagadki kryminalne chyba jeszcze nie było?

Cieszę się, że już są.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WAB.


niedziela, 17 stycznia 2021

Jak się tego nie robi w Londynie (ale w Warszawie tak), czyli "Listy do M 3"

Lubię komedie romantyczne.

Nawet wtedy, gdy nie byłam jeszcze Zmęczoną Wielodzietną Patologią i żywo uczestniczyłam w życiu kulturalnym kraju, w kinie bywałam regularnie, a w telewizji oglądałam (po nocach) ambitne kino wszelakie, od polskiego po, na przykład, tajwańskie, od klasyki po współczesność, lubiłam od czasu do czasu zawiesić na kołku wszelką racjonalność, przymknąć oko na olbrzymią ilość "co-za-szczęśliwych-przypadków" per capita i kupować najdziwniejsze i najbardziej naiwne rozwiązania fabularne, mające doprowadzić nieuchronnie do tego, by w finale On i On padli sobie w objęcia, po czym Żyli Długo i Szczęśliwie.

Jest to zastrzeżenie, które muszę poczynić nim przystąpię do Typowej Dla Mnie Logorei.

W związku z tym lubieniem bywają w życiu Waszej, Pozostającej z Szacunkiem, Blogerki, takie chwile  gdy - zmęczona światem, niezdolna do myślenia, że o rozważaniu problemów egzystencjalnych nie wspomnę, - bierze szydełko, włącza TV, Netflixa albo inne coś i odpala film, który miał premierę lata temu, wszyscy go już widzieli, wszyscy go już omówili, obśmiali, jeśli było co obśmiać, wzruszyli się, jeśli było się przy czym wzruszyć, więc Blogerka czuje się całkiem bezpieczna, no bo przecież gdyby coś było nie tak, to ktoś by ją uprzedził, siada i zaczyna oglądać. A wówczas czasem zdarza się, że szydełko wypada jej ze zdrętwiałych palców, notesik i długopisik po prostu same w nie wskakują, po czym powstaje omówienie (bo recenzja to nie bywa), jedno z tych, dla których powinna na blogu powstać osobna kategoria, pod tytułem, powiedzmy "Z refleksem szachisty".

I nijak ma się to do faktu, że jestem świadoma, że w wypadku romantycznych komedii świątecznych (bo o jednej z nich - choć waham się nazwać ją "komedią" - będzie tu mowa) racjonalność, oczekiwanie wiarygodności i błyskotliwych rozwiązań fabularnych zawiesić należy na kołku znacznie wyżej wbitym niż ten, na którym zawiesza się to i owo oglądając zwykłe komedie. Bardzo, bardzo, baaaardzo dużo wyżej. W końcu wszyscy wiemy, że - w dużym uproszczeniu - filmy można podzielić na dobre, złe i złe, ale świąteczne, które dlatego tylko oglądamy, że są świąteczne. Bo kto z nas nie chce od czasu do czasu poczuć w sobie ducha świąt, zachwycić się reniferami na swetrach i reniferami w ogródkach? Kto nie chciałby całować się pod jemiołą, kto nie liczy na jakiś mały, własny, świąteczny cud? No właśnie – wszyscy możemy być chłodni i racjonalni, ale kiedy przychodzi Gwiazdka, to robimy się ciut, ciut mniej chłodni i racjonalni, a twórcy komedii romantycznych dobrze o tym wiedzą i wykorzystują zjawisko, bywa, że bez umiaru. Co im wybaczamy, gdyż wewnętrzne dziecko, światełka na choince, śnieg i Jingle Bells

Tyle, że czasem nawet to nie pomaga.

Słowem, obejrzałam ostatnio "Listy do M 3".

Pierwsza część "Listów do M." była niegłupią i całkiem przyjemną komedia (na tle innych polskich komedii romantycznych wręcz błyskotliwą), przy tym zręcznie wypełnioną świątecznym klimatem. Zrealizowaną całkiem sprawnie, według scenariusza, który - rzecz prawdziwie niezwykła w polskich współczesnych  komediach, nie tylko romantycznych, i nie tylko świątecznych – nie obrażał inteligencji widza, a wręcz ją momentami doceniał. W filmie czuć było rękę reżysera, która trzyma wszystko w kupie, zaś gra aktorów nie przyprawiała o ból głowy. Obstawiam, że reżyser pierwszej części po prostu znał się na swoim fachu/ potrafił trzymać towarzystwo żelazną garścią /panował nad materiałem /szanował widza i nie zakładał "e, tam, i tak kupio bilety i pójdo!"/ wszystko naraz.

No i od pierwszego rzutu oka było widać, że rzecz jest wzorowana na "Love Actually", i że jej twórcy odrobili lekcje.

Albowiem nawet, jeśli się komedii romantycznych albo samego "Love Actually" nie lubi, obiektywnie trzeba przyznać, że to jest mistrzostwo gatunku. Gatunku, który - przypomnę - wymaga, by opowiadane historie były bajkowe, ale możemy (albo bardzo chcemy) w nie uwierzyć, lubimy bohaterów, a z niektórymi się identyfikujemy. W przypadku romantycznych komedii świątecznych -  atmosfera powinna być świąteczna, acz nie nazbyt nachalna i przesłodzona, humor na poziomie, świat ładniejszy, niż w rzeczywistości, choć nie pozbawiony cieni, a przy tym w konwencji, którą "Love Actually" przyjęło (wielu bohaterów, wiele wątków) - rzecz musi być dopracowana do najdrobniejszego szczegółu, każdy element dopasowany do sąsiedniego z zegarmistrzowską precyzją, nic nie ma prawa się trzymać na słowo honoru ani też mocą magicznego "bo tak" (być może dlatego - byłoby wspaniale  móc w to wierzyć - że szanujemy naszych widzów i nie uznajemy ich za idiotów, którzy przełkną bez popitki każdą wepchniętą im w gardło papkę).

Oczywiście polska odpowiedź na "Love Actually" nie osiągnęła poziomu oryginału, ale na tle części trzeciej jawi się niczym Kooh-i-Noor, rzucający na nas, maluczkich swe blaski z jakiejś niebotycznej wysokości.

Nim podczas zgłębiania przeze mnie omawianego Dzieła doszło do drugiej przerwy reklamowej miałam już cztery strony notatek, pod koniec filmu - dziewięć (i to po usunięciu wulgaryzmów), i w dodatku zupełnie nie wiedziałam, co z tym zrobić, bo jak tylko zaczynałam pisać o swoich wrażeniach powstawały niezborne zdania, które nijak się nie łączyły ze sobą, no wypisz wymaluj jak wątki w opisywanym utworze, których, mam wrażenie, twórcy chcieli wcisnąć nam jak najwięcej, żebyśmy nie mieli czasu zastanowić się nad ich bezsensem. "No dobra" pomyślałam w końcu "jak autorzy poszli w napychanie wątkami, to polecimy wątkami, i nie bez nawiązań do Wzorca Gatunku z Sevres, ostatecznie, skoro twórcy wciąż, uparcie i bezczelnie nawiązują do sposobu, w jaki zrobione było "Love Actually" (hej, nikomu z was, pany artysty, nie dało do myślenia, że "Love Actually" ma jedną część? JEDNĄ? Że prawdopodobnie na tym samym ogniu autorzy mogliby upiec jeszcze z pięć pieczeni, ale ich, z jakiegoś powodu, nie pieką? W wolnej chwili siądźcie sobie w kąciku i zastanówcie się, czemu), to dlaczego nie, ja chętnie pokażę paluszkiem, co im w tym nawiązywaniu bardzo nie wyszło.

No to najpierw Krótkie Omówienie Ducha Świat, a potem lecim wątkami.

Duch świąt

Duch Świąt w "Listach do M 3" nie istnieje. Subtelny jest mniej więcej jak cios toporem, i w efekcie dostajemy  film o świętach, w którym atmosfery świąt nie czuć w ogóle. No ale czyż może tak w ogóle nie być świątecznego nastroju, rzecz jasna, że nie, w związku z tym twórcy dzieła zatrudnili dużą ilość statystów, każdemu ze statystów wcisnęli w dłonie gigantyczny pakunek z kokardką, i kazali chodzić w tle, promieniejąc Gwiazdkowym Nastrojem. I ci statyści chodzą. Wszyscy. Powaga. Z Dziećmi Starszymi oglądałam Dzieło, zabawialiśmy się sprawdzaniem, jedną osobę nie obciążoną pakunkiem znaleźliśmy. Tłumy ludzi i WSZYSCY jak jeden z prezentami w rękach. Jestem pewna, że Państwo to widzą - Wigilia, godziny wczesnopopołudniowe, Polacy tłumnie spacerują po ulicach z prezentami i/lub choinkami. Ba! Niektórzy dopiero te choinki kupują. Tak. Totalnie. Tradycja taka, błyskotliwie uchwycona prawda czasu, prawda ekranu ani chybi!

Następnie trzy godziny po tym, jak wszyscy rodacy tłumnie zapylali po mieście uginając się pod ciężarem przepięknie zapakowanych pakunków zaopatrzonych w estetyczne kokardki, siadają oni do wigilijnych stołów, bogato zastawionych tradycyjnymi dwunastoma potrawami. Nie, żebym się znała na Wigiliach każdego Polaka z osobna, ale wyznać muszę, że u mnie w, powiedzmy, samo południe choinka dawno jest ubrana, prezenty popakowane, a w kuchni odchodzi symfonia na dwanaście rąk, żeby ze wszystkim zdążyć. Tu zaś mamy spokojne spacerki o zmroku, po czym wszyscy mają gotowe wypasione stoły z milionem pierogów i wyborem świątecznych ciast, chociaż jedyną osobą w całym filmie, która zajmowała się mieszaniem barszczu była Stanisława Celińska, grająca mamę Tomasza Karolaka (Melchiora, znaczy). "Bo oni to wszystko w tych paczkach przynieśli" zauważyło błyskotliwie Dziecko Młodsze i owszem, może to być jakiś trop.

Na wypadek zaś, gdyby sztuczny śnieg, 3/4 populacji stolicy objuczonych Pudłami z Kokardko i magicznie zastawiane stoły w dizajnersko urządzonych mieszkaniach nie wystarczyły, twórcy Dzieła przypomną nam, że są święta przy pomocy nienachalnych i dyskretnych (tylko, że nie) zdjęć udekorowanej bąbeczkami Arkadii, w której z niewymuszonym wdziękiem (tylko, że bardzo, bardzo nie) umieszczą część akcji. A gdyby jakiemuś tępakowi to też nie wystarczyło, jakiś miły pan przepięknym głosem przez megafony ogłosi: "Arkadia życzy swoim klientom wesołych świąt".

No, po tym to już cienia wątpliwości nie można mieć, że są święta, i możemy przejść do omawiania wątków.

Wątek Melchiora, Kazika i Zaginionego Tatusia

Czyli jeden z dwóch wątków, który prowadzony jest od pierwszej części (chwilowo) trylogii, nie żeby konsekwentnie. W tej części Kazik, całkiem znienacka opętany chęcią znalezienia dziadka (tatusia tatusia, znaczy) tak długo molestuje swego ojca, że ten w końcu ulega i udaje się zamiast do pracy do Piotrkowa Trybunalskiego w poszukiwaniu przodka, który, rzecz jasna, w finale się odnajduje, zasiada do rodzinnej Wigilii i wszyscy żyją długo i szczęśliwie, a jeśli nie chce ci się w to wierzyć, widzu, to znaczy, że masz problem.

Cała ta intryga jest hołdem złożonym bogu grafomanów i scenarzystów polskich komedii romantycznych, wielkiemu Bo Tak (nie aż tak, jak wątek Gibona i Karoliny, o którym będzie niżej, ale też) i w miarę przytomny widz, oglądając go, zajęty jest przede wszystkim stawianiem pytań.

Ile lat ma Kazik? Bo jakoś szczególnie rozwinięty emocjonalnie się nie wydaje. Ciut emocjonalnie rozwinięte dziecko zauważyłoby, albo po prostu przyswoiło wygłaszaną otwartym tekstem informację, że Melchior swojego ojca nie chce szukać. Znamy go (Melchiora, nie jego ojca) od trzech części, nigdy nie wyrażał chęci poszukania tatusia, nigdy o nim nie napomknął, nie widać było, że za nim tęskni, że ma do niego żal, po prostu człowiek nie istniał, a teraz nagle, pchany jakimś kompletnie niezrozumiałym obłędem, który ogarnął jego dziecko, w wigilijne popołudnie zamiast do pracy nagle wsiada do furgonetki i jedzie w Polskę. I tu wracamy do serii pytań, które wystrzeliwują z nas jak pociski z katiuszy - gdzie jest matka Kazika? Dlaczego kobieta, która ma liczne powody, by nie ufać ślepo biologicznemu ojcu swojego dziecka, co jest konsekwentnie i logicznie rozwijanym motywem w dwóch poprzednich częściach, nagle pozwala synkowi spędzać z nim Wigilię i szlajać się po kraju, bez jednego telefonu, bez sprawdzenia, czy wszystko u niego w porządku? Dlaczego Melchior, który oznajmia, że wychodzi do pracy, do tej pracy nie idzie, tylko w stroju Mikołaja jeździ po Polsce, a mimo to nie dzwoni do niego żaden rozjuszony szef, nikt go nie szuka, temat wyjścia do pracy w ogóle się nie pojawia? Odnaleziony tatuś okazuje się raczej niesympatycznym starszym panem (Andrzej Grabowski jest doskonałym aktorem, ale z pustego i Salomon nie naleje, nieprawdaż), którego tak naprawdę nikomu nie brakowało przy wigilijnym stole, i który przy tym stole chyba nie czuje się komfortowo, w dodatku wychodzi na jaw, że przez całe lata mamusia Melchiora ukrywała przed nim pisane przez ojca listy - i nic. Nikt na ten temat się nie zająkuje, Melchior nie robi awantury jak stąd do Timbuktu, nie widać nawet, by miał pretensje, dlaczego, do cholery, nikt w tej rodzinie po prostu ze sobą nie rozmawia? Dlaczego mamy uwierzyć w jakikolwiek autentyzm uczuć w wypadku tych ludzi, którzy wyglądają, jakby nic ich nie łączyło, jakby im na sobie nie zależało, jakby za sobą nie przepadali i się nie znali (no i się, Bogiem a prawdą, nie znają, więc może by tak dobrze było inaczej poprowadzić ten wątek, co?), bo nam Imperatyw Narracyjny powiedział, że oto oglądamy Pojednanie Rodziny Nad Wigilijną Rybą w Galarecie? Tak się składa, że oglądając DOBRĄ komedię romantyczną widz powinien kupić nawet najbardziej baśniową historię, choćby sam się w duchu z siebie śmiał, po prostu musi ją kupić. Jeśli nie kupuje, tylko zadaje pytania, to taką komedię można o kant tyłka potłuc, przykro mi.

Zaś o tym, co myślę o podwątku, w którym szukający tatusia Melchior z Kazikiem odwiedzają przez pomyłkę dom, w którym mieszka rodzina z dziadkiem cierpiącym na amnezję, i ten dziadek się cieszy, że przyszedł "Piotruś z wnuczkiem" nic nie napiszę, bo nie znam takich brzydkich słów. Na litość bogów wszelakich, żeby robić element podobno komediowy z cudzej choroby i podeszłego wieku to ja już nie wiem, kim trzeba być.

Wątek Zuzanny i Rafała (oraz Andrzeja i sekretarki Weroniki)

Ten wątek to jest po prostu książkowy przykład na to, co się dzieje, gdy ktoś odtwarza cudze pomysły, nie mając cudzego talentu. Nawiązując - i nie po raz ostatni - do "Love Actually" jako do niedościgłego, obawiam się, wzoru - film ten miał bardzo wielu bohaterów, a WSZYSCY zostali osadzeni w historii. Żadna opowieść nie wisiała w próżni, każda została osadzona w filmowej rzeczywistości choćby przy pomocy jednej sceny, jednego zdania. Każda. Sprawdziłam. To jest (wiem, wiem, powtarzam się) prawdziwe mistrzostwo, prowadzić jednocześnie dziesięciu czy dwudziestu bohaterów i potrafić ich jakoś scharakteryzować, sprawić, że widz - nawet, jeśli z bohaterem nie sympatyzuje czy go najzwyczajniej w świecie nie lubi - potrafi rozumieć albo wytłumaczyć sobie, czemu jakaś postać coś robi, czemu jest taka, a nie inna.

Tymczasem u nas mamy wątek, którego bohaterowie, po prostu, wiszą w próżni. Nic o nich nie wiemy. Pojawiają się znikąd. Bo tak.

Mamy Zuzannę. Zuzanna jest architektką oraz narzeczoną Andrzeja. Jest w swoim związku wyraźnie nieszczęśliwa, żyje jak w złotej klatce, czy może raczej w dizajnerskiej klatce z metaloplastyki i szkła. Andrzej jest szalenie bogaty, pracuje na najwyższym piętrze jakiegoś wypasionego biurowca i żonę też chciałby mieć dizajnerską i wypasioną (oraz, zgodnie z kanonem, ma kochankę - swoją sekretarkę, ale nie przywiązuje do tego wagi), więc nabywa Karolinie ubrania pod swoją wizję, nie pozwala na własną inwencję i Zuzanna, starannie wybrawszy wigilijne przedpołudnie na deklaracje, postanawia coś z tym zrobić. Pierwszą rzeczą, którą robi, jest wyrzucenie kupionej na uroczystą kolację u przyszłych teściów sukienkę przez okno, po czym idzie kupić choinkę.

Na mieście poznaje Rafała. Rafał jest weterynarzem i organizatorem akcji na rynku miasta, jednej z tych "nie kupuj, adoptuj"(uczestnictwo w podobnych akcjach jest bowiem kolejną rzeczą, której z upodobaniem oddają się mieszkańcy stolicy w samą Wigilię). Zuzannę zauważa w metrze, popada w uczucie od pierwszego wejrzenia, co nawet można zrozumieć, bo dziewczyna jest śliczna, niestety, obowiązki wzywają, Rafał udaje się więc zachęcać warszawiaków do adopcji psa, ale na pierwszą uwagę kolegi "O, to ta z metra" porzuca bez chwili wahania obowiązki zawodowe, by udać się z domniemaną bogdanką na spacer. Spacer kończy się zaadoptowaniem psa, którego nikt nigdy nie chciał ("Nawet psa nie potrafią obsadzić", rzekł ponuro Potomek Młodszy patrząc na uroczego łaciatka, twardo nazywanego "najbrzydszym psem w schronisku"), wymianą wizytówek i czułym pożegnaniem połączonym z cmokaniem w domofon.

Andrzej po powrocie z pracy odmawia posiadania psa, każe go odprowadzić zanim udadzą się na wieczerzę do rodziców, Rafał, fałszywie zinterpretowawszy SMS od Zuzanny, uchachany wizją wspólnego wieczoru dokonuje przemeblowania mieszkania, przyodziania choinki i sporządzenia wieczerzy, chociaż dosłownie minutę wcześniej dokładnie widzieliśmy, że ma kompletnie pustą lodówkę...

... i powinniśmy mu dopingować ile sił, nienawidzić Andrzeja, życzyć Zuzannie jak najlepiej, ale nie dopingujemy, nie nienawidzimy i nie życzymy, bo nas to wszystko nie obchodzi. A nie obchodzi nas, bo tak naprawdę nie mamy pojęcia, dlaczego jej relacja z facetem jest tak bardzo nieudana. Scenariusz nie pokazuje nam ich związku.  To znaczy, Andrzej jest bogaty i zaborczy, i zły, bo nie lubi psów i ma romans, więc, wiecie, musi być zły, nie zadawaj pytań, osobo, która kupiłaś bilet. Rafał jest biedny (pusta lodówka!!! niedizajnerskie wnętrze!!!) i szlachetny (weterynarz!!! kocha pieski!!!), a Zuzanna nieszczęśliwa, bo narzeczony jej nie rozumie (i nie szkodzi, że dziewczątko nic z tym nie robi do samej wigilii), bo tak. Zostają postawieni na ekranie bez żadnej historii, po prostu, mamy Miuość od Pierwszego Wejrzenia i Narzeczonego, Co Nie Lubi Psów (oraz ma romans, o czym co prawda Zuzanna nie ma pojęcia, ale my tak, i to powinno wystarczyć, byśmy usprawiedliwiali jej flirty z pierwszy raz widzianym na oczy przystojniakiem), na diabła jeszcze jakaś historia.

I tu płynnie wracamy do naszego Wzorca z Sevres. 

Drodzy Twórcy, jeśli już zdecydowaliście się kopiować czyjś pomysł, to może warto było pójść po całości? I zauważyć, że akcja "Love Actually" NIE ROZGRYWA się w jeden dzień? Te "trzy tygodnie do świąt" dają czas, by zarysować, osadzić, spleść ze sobą losy bohaterów, jakoś ich scharakteryzować i coś o nich powiedzieć. I uniknąć tworzenia - PYK! - z powietrza nieszczęśliwej dziuni, o której nic nie wiemy, i której nie mieliśmy szansy ani polubić, ani zrozumieć, a jako kuriozalny argument na temat niekompatybilności jej związku wskazywać, że  nawet choinki nie mogła sama wybrać, gdyż narzeczony rzekł, że jego mamusia już ma. W Wigilię. Co za zdzira z tej mamusi, typowa teściowa, mieć choinkę w Wigilię, zamiast czekać do osiemnastej, aż się Zuza na jakąś zdecyduje, widział to kto podobne rzeczy!

Wątek Gibona i Karoliny

Wątek policjanta o ksywie (miejmy nadzieję) Gibon i radiowej prezenterki Karoliny wywołuje u mnie na przemian opad szczęki i dreszcze wzdłuż kręgosłupa, takie, jaki się czuje, gdy człowiek jest sam w domu i czuje, że z ciemnego ogrodu ktoś na niego patrzy, niewidzialny w ciemności, ale obecny.

Policjant, ksywa Gibon, "taki facet!', jak twierdzą koledzy, oraz "odznaczony cztery razy w ciągu dwóch lat" (i to jest wszystko, co o nim wiemy) kocha się od ponad roku w Karolinie, radiowej prezenterce radia Zet. Radio Zet ma nastawione w wozie policyjnym na stałe, zdjęcie Karoliny utknięte za klapką w samochodzie, jej audycje sobie nagrywa i zna na pamięć do tego stopnia, że gdy Karolina spóźnia się do pracy i puszczają jej głos "z puszki" on to zauważa, i to wszystko nie jest nienormalne, nienienie, to jest romantyczne i wzruszające, i to jest wielka miłość, tylko ja się nie znam oraz złośliwie czepiam. Karolina zaś prowadzi w radiu tkliwe audycje o Miłości i Uczuciach, jak również Poszukiwaniu Drugiej Połówki, wskutek czego pan policjant czuje całym sobą, że łączy ich Komunia Dusz, a że pragnąłby zapewne także Komunii Ciał, pod wpływem namów kumpla z pracy i licząc na wigilijny cud dzwoni do radia i wyznaje bogdance miłość.

Bogdanka, no zaskoczenie stulecia doprawdy, nie wydaje z siebie radosnego okrzyku: "O, pójdź w me objęcia, Człowieku, Którego W Życiu Nawet Na Oczy Nie Widziałam, niech miłości pajęczyna oplecie drżący dwukwiat naszych ciał!!!", tylko, speszona, ucina rozmowę,  bo, jak mówi koleżance z pracy "A jak to świr?" (Dziecko Starsze, które całą scenę rozmowy telefonicznej przesiedziało z zasłoniętą z zażenowania twarzą; z mocą: "TO NA PEWNO ŚWIR!!!"), po czym po wyjściu z pracy zostaje niemal przejechana przez samochód  świra, to znaczy, ona nie wie, że to on, robi mu karczemną awanturę, wskutek której on popada w załamanie, no bo jak to, świat mu dawał znaki, a tu taka wtopa.

A następnie, po kilku niezbornych scenach, które mają nas usilnie przekonać, że Gibon to jest dusza człowiek, a Karolina zaczyna odczuwać to magiczne przyciąganie, mamy wielki finał. Oto do domu Karoliny wbija - wyłamując drzwi celnym a męskim kopem - policja plus antyterroryści, nad domem polatuje helikopter z flarą, antyterroryści zamaskowani i z bronią, pewnie nie z ostrymi nabojami, ale ona przecież o tym nie wie, na czele zaś - Gibon z przemową na ustach, że co ona sobie wyobraża! Myśli, ze taka wzorowa jest, a wcale nie jest!!! I mówi w radio o tej miłości, a nie otwiera się na nią, a on się otworzył, i ona jest połówką, gdyż świat mu daje znaki!!!, wskutek której to przemowy Karolina rozjaśnia się błogim uśmiechem i pada mu w objęcia (finałowy pocałunek Zuzanny i Rafała moje Dziecko Starsze skomentowało cynicznie: "Podali se usta. Mam nadzieję, że znają swoje imiona", i trzeba przyznać, że Zuzanna i Rafał przynajmniej to znali. O Gibonie i Karolinie nie da się tego powiedzieć).

Drodzy Państwo, ja to musiałam dwa razy obejrzeć, żeby uwierzyć. I nie uwierzyłam nawet za drugim, bo w głowie wciąż mi migała czerwona lampka wielkości co najmniej tej flary z helikoptera, a wewnętrzny głos już nie mówił, a wrzeszczał: "Uciekaj! Uciekaj! Idź na policję (jakąś inną), zdobądź zakaz zbliżania się, on jest niebezpieczny! Zna twoje imię, nazwisko, zna twój adres!!! Dlaczego pozwalasz mu się dotykać, dlaczego go całujesz, przecież go nie znasz!!!". NA LITOŚĆ BOSKĄ, ja wiem, że motyw, który w realu podpadałby pod stalking w komediach romantycznych jest nader często wykorzystywany jako opis wielkiego uczucia, ale jakieś granice trzeba chyba zachować. Dlaczego ja mam uwierzyć, że te parę połączy cokolwiek poza wspomnianym już (przeze mnie, niestety) zakazem zbliżania się, skoro oni o sobie (a już zwłaszcza ona o nim) nic nie wiedzą, i nie mówię o imponderabiliach, jak choćby wyznawana religia lub jej brak czy poglądy polityczne, ale o duperelach w rodzaju jaką kawę piją albo w którą stronę wieszają rolkę papieru toaletowego??? Dlaczego, do licha, twórcy komedii romantycznych (nader licznych, choć ci chyba doszli do ściany) uparli się nam wmówić, że zachowania patologiczne są tak naprawdę urocze, pożądane i są objawem tej miłości, o której każdy marzy??? NIE SĄ. Są złe, niebezpieczne, są objawem zaburzeń, sa patologiczne właśnie!!!

A propos patologiczne, przejdziemy teraz do ostatniego wątku, i jeśli komuś się wydawało, że do tej pory byłam rozgadana nadmiernie to, obawiam się, czeka go nie lada zaskoczenie.

Wątek Wojciecha

Wielokrotnie już pisałam, (ale jeszcze powtórzę, bo co sobie będę żałować) że o sile komedii brytyjskich, i nie tylko romantycznych, ale wszystkich, stanowi dramat. Wszystkie komedie brytyjskie, które są arcydziełami gatunku albo filmami więcej niż dobrymi nie są komediami tylko i wyłącznie, we wszystkich gdzieś w tle, jako pełnoprawny wątek albo pretekst do opowiedzenia historii pojawia się smutek, nieszczęście czy choćby tylko pech, sytuacja, która sprawia, że opowiadana historia nabiera głębi i niuansów i staje się czymś więcej niż tylko banalną powiastką do pośmiania się i zapomnienia. W filmach świątecznych dodatkowo ważne jest pokazanie, że nie zawsze święta to reniferki, kakałko z pianką, opłatek, karp, choinka, śnieg i dzwoneczki. Że czasem w życiu jest tak, że happy endu nie ma, bo być go nie może. Czasem bywa smutno. Czasem bywa źle. Czasem zdarzy się coś, nieodwracalnego. Tak też bywa. I nie ma potrzeby udawać, że jest inaczej, nie ma powodu uśmiechać się i cieszyć, gdyż święta. Nie. Czasem nie. Czasem po prostu nie, i nie musisz się jeszcze dodatkowo z tego powodu czuć źle.

Dlatego w "Love Actually" moim ukochanym wątkiem jest ten o zakochanej w koledze z pracy asystentce, która rezygnuje ze swojego happy endu z miłości do chorego brata, i być może to właśnie jest największe i najprawdziwsze uczucie ze wszystkich, jakie w tym filmie oglądamy. I dlatego nie zgadzam się z krytykami ""Listów do M2", którym nie podoba się wątek chorego chłopca, który wybrał Wigilię na dzień swego samobójstwa, wiele w tym filmie da się skrytykować (patrz: Maciej Zakościelny i owca), ale nie to, TAKŻE DLATEGO, że jest to ten wątek i ten świąteczny cud, który wpleciono w całą opowieść logicznie i precyzyjnie, a nie jest to rzecz, którą da się opowiedzieć o trzeciej odsłonie dzieła.

W "Listach do M" wątek dramatyczny to wątek Wojciecha i jego żony. Uważam go za (uwaga! Mówię to o współczesnej polskiej komedii, zapamiętajcie tę chwilę! Nie powtórzy się zbyt szybko) mistrzowsko poprowadzony - od pierwszej części, gdy poznajemy Wojciecha i Małgorzatę, i ich wypasiony, kapiący forsą, elegancki dom, elegancki i lodowaty, urządzony nowocześnie, monochromatycznie, biała choinka, czarne bombki, turbot zamiast trywialnego karpia, "Cicha noc" puszczana w oryginale na sprzęcie światowej klasy, on - profesor uniwersytecki, ona - znienawidzona przez podwładnych, chłodna, rzeczowa dyrektorka (współwłaścicielka?) rozgłośni radiowej, ludzie, którzy mają wszystko. Jedno jedyne urwane zdanie (czy już wspominałam, że uważam to za mistrzowskie?), które ktoś nieuważny może bez trudu przegapić: "Dziś miałby...", by dostrzec, że pod tymi nieskazitelnymi, oszczędnymi formami, chłodną elegancją i klasą za wielkie pieniądze buzuje wciąż żywa rozpacz, a potem - ukryty w głębi stylowego domu pusty, dziecięcy pokoik. Tej właśnie parze przydarza się wigilijny cud, na który zbyt racjonalnie myślący widz musi przymknąć oko, ale większość przymyka, bo już zdążyła tych ludzi zrozumieć i im współczuć, i tak to się właśnie robi (czy twórcy trzeciej części mnie słyszą?).

Z drugiej części ""Listów do M" wiemy, że Małgorzata jest bardzo chora, w trzeciej dowiadujemy się, że nie żyje od jakiegoś czasu. Wojciecha widzimy pierwszy raz na cmentarzu, gdy stawia na grobie żony świąteczny prezent. Ich adoptowana córka jest w szkole i nie wróciła na święta, Wojciech jest sam, unika przyjaciół, znajomych, zaniedbuje obowiązki zawodowe. W domu ma pokój wypełniony pamiątkami po żonie, prezentami, które kupuje sobie od niej na wszystkie święta i rocznice, ma w nim też laptop, na którym przechowuje filmy i zdjęcia. Jest to pokój, do którego nikomu nie wolno wchodzić.

Słowem, widzimy człowieka w żałobie, w głębokiej depresji, obolałego i nieszczęśliwego. Człowiek ten ma gosposię, gosposia prowadzi mu dom i ma zakaz wchodzenia do pokoju z pamiątkami, którego to zakazu przestrzega. Ma też córkę, która zakazu nie przestrzega. Córki w ogóle nie powinno być w domu Wojciecha, ale mama nie ma jej z kim zostawić, więc zabiera ją ze sobą w ten jedyny dzień, a dzieciątko pierwsze, co robi, to odpala sobie na laptopie filmiki ze zmarłą żoną gospodarza i ogląda pamiątki. Drugą rzeczą, którą robi jest kradzież laptopa, gdy Wojciech odkrywszy, że mała buszowała sobie w jego pokoju, wyrzuca z domu ją i jej mamę (nie zgadzam się z opiniami, że ją zwalnia, mówi "Proszę stąd natychmiast wyjść", ja to odczytuję jako "Idźcie już sobie i zostawcie mnie w spokoju").

Gdy odkrywa, że laptop zniknął usiłuje skontaktować się z małym potworem, który najpierw nie odbiera telefonów, a potem oznajmia, że jest nieletnia i g... mi możesz zrobić, panie ładny (do wiadomości autorów scenariusza - no, niekoniecznie. Za szkody popełnione przez dziecko w miejscu pracy odpowiada rodzic i bardzo żałuję, że Wojciech, zdruzgotany i przerażony wizją utraty filmów i zdjęć, jej tego nie powiedział. Tak, kochana Dusiu, jesteś niepełnoletnia. Ale twoja mama już pełnoletnia jest. Złamała umowę, którą z nią zawarłem, przyprowadzając cię do pracy, a ty ukradłaś cenną rzecz. Tak, nikt cię nie wsadzi do więzienia. Ale zgadnij, co można zrobić z twoją mamą, a moją pracownicą. Laptop, nienaruszony, ma tu być za pół godziny. I odkładamy słuchawkę).

Następnie Dusia zaczyna eskalować żądania (masz przyjść tu, przynieść to, włożyć na siebie tamto, to są rysunki mojej mamy, masz wymyślić, co z nimi zrobić) a udręczony, przerażony Wojciech stara się je spełniać, scena, gdy błaga przyjaciela, wydawcę, by wydał rysunki matki Dusi, bo on musi odzyskać laptopa powoduje, że gardło mi się ściska, podobnie jak serce i pięści, z których chętnie zrobiłabym użytek. 

Łagodnie pytam twórców omawianego arcydzieła - czy wy nigdy nikogo nie straciliście? Nie wiecie, że dla osoby po stracie najgorszy, najbardziej wyniszczający jest okres świąt, gdy zewsząd otacza nas cudza radość, rodzinny nastrój, i cudze szczęście? Czy nie wiecie, czym dla człowieka w żałobie są pamiątki po drogim zmarłym? JPRDL, naprawdę? Co was skłoniło do napisania psychopatycznej dziewczynki (doprawdy, jej wyraz twarzy, gdy widzi na wyświetlaczu telefonu, że Wojciech próbuje się do niej dodzwonić i odrzuca połączenie z uśmiechem! Na rozpaczliwe: "To stary laptop, dam ci za niego pięć tysięcy, zależy mi tylko na zdjęciach", jej lodowate: "Po co one panu?". Chciałam napisać - zimny, nieruchomy wzrok jak u rekina, ale nawet rekin nie zasługuje na spostponowanie podobnym porównaniem) i uznanie, że widzowie ją polubią? Zrozumieją? Będą dopingować? Dlaczego nikt, ani razu, ani słowem nie zająknął się o tym, że to, co robi Dusia, jest złe? Dlaczego akcja jest poprowadzona tak, jakby to Wojciech był bohaterem negatywnym, tym złym, złym, zbyt pogrążonym w żalu człowiekiem? Dlaczego destrukcyjne, okrutne dręczenie głęboko nieszczęśliwego człowieka uchodzi małej na sucho? Moje najstarsze dziecko w połowie seansu spytało z nadzieją: "Ale ona pod koniec wpadnie pod tira?" i to zdanie dokładnie określa uczucia, jakie wywoływał mały wybryk natury w oglądających.

A może uznaliście, że jej opowieść o mamie w depresji, która najpierw była fiszą w banku, ale nie dawała rady, nawet na prochach, więc odeszła i rysowała, ale nikt nie chciał tych rysunków, w dodatku mąż od niej  odszedł, skruszy nasze kamienne serca, bo depresja to problem, a przy okazji nośny temat? W takim razie mam dla was wiadomość - jeżeli mamy zestawione dwie pogrążone w smutku osoby, jedną znaną nam, której historię śledzimy od dłuższego czasu, którą polubiliśmy, której współczujemy, i drugą, którą pierwszy raz widzimy na oczy, a której tkliwą historyjkę opowiada nam antypatyczne rude półdiablę, to szanse na to, że pochylimy się nad opowieścią półdiablęcia jest taka więcej zerowa. Serio, uważam, że BYĆ MOŻE historia gospodyni Wojciech warta byłaby uwagi. Ale nie możemy w tę historię wejść, bo stoi nam na drodze rudy, kudłaty mur, który najchętniej potraktowalibyśmy taką dużą, duuuużą metalową kulą na grubym łańcuchu*.

O tym, co myślę o (oczywiście łatwym do przewidzenia od pierwszej chwili, gdy słodka dziewusia pojawia się na ekranie) hapiendzie, o głębokiej żałobie i depresji, która robi "pyk!" i znika, o wigilijnym cudzie zaszłym pod wpływem... doprawdy, nie wiem czego, dziecięcego niewymuszonego wdzięku (buahahahaha)? Uczucia matki i córki, które ogarnęło też Wojciecha? Narracyjnego Imperatywu? małego Tima dwudziestego pierwszego wieku?... nie napiszę. Miłosiernie.

(za to, hej, ja też chcę, żeby ktoś załatwił mi wydanie moich rysunków w Wigilię, akurat w ten kwadrans, który upływa między łamaniem się opłatkiem a konsumpcją ryby po grecku! Proszę! Ja też umiem ładnie rysować i mogę pospoczywać smutno na kanapie, żeby kogoś skłonić do pomocy, serio!).

"Ale pomyślcie, że moglibyśmy 150 złotych zapłacić, żeby do kina iść i raz się zaśmiać na scenie z menelem!" - rzekł po projekcji filmu Potomek Starszy i to jest, doprawdy, najlepsze podsumowanie tego dzieła.

Ja zaś znalazłam zaletę pandemii - oto skutkiem szalejącego Covidu w listopadzie nie weszły do kin "Listy do M 4".

Po obejrzeniu Trójki mogę rzec tylko - uffff.

 

Jak się już zorientowali wszyscy, którzy dotarli aż tu, ja poleciałam wątkami  – jeśli macie ochotę lecieć jak Bogowie Filmu przykazali, zgodnie z fabułą, to zapraszam Was do genialnej recenzji Kawy z Cynamonem, z którą zrobiłyśmy sobie wspólne oglądanie, każda u siebie, i jednoczesne recenzowanie, też każda u siebie :D.


*UWAGA, nie piszę tu o aktorce! Piszę o postaci, czynię to zastrzeżenie, bo ktoś mógłby mnie opacznie rozumieć. Rudowłosa dziewczynka jest aktorsko bardzo dobra, zapewne dlatego tak bardzo nienawidzimy filmowej Dusi :).

czwartek, 14 stycznia 2021

Z nowym rokiem nowym... eee... wyzwaniem!

Nowy rok, nowe wyzwania, nowe walące się przy najlżejszym poruszeniu już nie Stosiki, ale Stosy wstydu, nowe noworoczne postanowienie, by nie kupować żadnych książek, dopóki nie zrobi się porządku ze starymi i nowe wbbingo

(i żeby nie było, trafiłam Wielkobukowe Bingo 2020, i to nawet trzy razy - raz po skosie, pionowo i poziomo, tylko coś mi się tak trochę z recenzjami zwlekało, zwlekało... aż się rok skończył. Nie znaczy to jednak, że niektóre z tych recenzji się nie pojawią, bo się pojawią, umieszczone pod nową, jakże stosowną dla tego bloga etykietką "Z refleksem szachisty").

W tym roku zdecydowałam się na wersję Bingo Okładkowego, po pierwsze pozostawia ono jeszcze szersze pole manewru niż zwykłe Bingo (które też do nazbyt ograniczających nie należy, i za to je lubimy), a poza tym wszystkie książki, zwalone na Stos Wstydu mają okładki i ja je sobie teraz trochę po nich pooceniam. Znaczy, podopasowywuję.

Na pierwszy ogień poszło

 "Niedaleko pada trup od denata" Iwony Banach, bo doszłam do wniosku, że niewiele jest okładek lepiej pasujących do kategorii "Okładka z konturem/zarysem postaci".

I, no cóż, okładka niewątpliwie odpowiada wyzwaniu. 

Cała reszta zaś... niestety, niestety.

Mówiąc szczerze i brutalnie - Piekarski na mękach to kuracjusz podczas relaksacyjnego pobytu w Ciechocinku w porównaniu ze mną czytającą tę książkę.

Chętnie testuję autorów, których nie znam, lubię komedie kryminalne, zawsze lubiłam, podchodzę do takich książek z przymrużeniem oka, bo, wiadomo, nie są to "poważne kryminały", pozostawiają spore (no - sporsze) pole manewru i nieco większy margines magicznego "dziania się" i szczęśliwych zbiegów okoliczności, ale, doprawdy, są granice.

Tytuł doskonały, przyciągający uwagę, pomysł z potencjałem (w małym miasteczku ktoś morduje pisarzy...) i... to by było na tyle w kwestii plusów.

Na treść składają się głównie chaos, bałagan, bicie po głowie i umazywanie się ohydnymi maziami w charakterze ulubionego zabiegu fabularnego (podobnie było w pierwszej poznanej przeze mnie powieści tej autorki), brak myśli... niech będzie, że przewodniej, moim zdaniem - jakiejkolwiek, bohaterowie, których nie da się ani polubić, ani zrozumieć, ani im dopingować, główna para zakochuje się w sobie mocą Imperatywu Narracyjnego, bo cienia chemii między nimi nie ma. Mikołaj - trulover, znaczy, z zawodu policjant -, opisywany jako drobiazgowy szczególarz jest irytującym kretynem, który co i rusz wpada na jakiś pomysł i huuuuzia! zmienia kierunek śledztwa, bo on teraz będzie ten pomysł traktował jako hipotezę dochodzeniową, w dodatku ten szczególarz, - podobnież tak szczegółowy, że panicznie boją się go podwładni, a własna matka unika kontaktów i obawia się posiadania wnuków, bo a nuż będą podobne do tatusia? - wpada na swoje olśniewające pomysły siedząc całymi godzinami na miejscu zbrodni wraz z podejrzano-ofiarą i konsumując posiłki, a drobiazgowości z lupą by się u niego nie znalazło, chyba, że chodzi o podejrzliwe oglądanie każdego kęsa serniczka z glonów czy tam innych wodorostów, przygotowywanych przez panią domu. Truloverka, a zarazem główna młoda bohaterka, Magda, ma - moim zdaniem - cechy psychopatyczne (przy którymś z kolei razie, gdy ucieszyła się, że ktoś został zamordowany, bo ona sobie chce obejrzeć nieboszczyka zaczęłam odczuwać pewien moralny dyskomfort, jej spokój w obliczu prawdopodobnego a nieodwracalnego  uszkodzenia byłego - no ja rozumiem, że były, uczucia jej wychłódły, w dodatku były jest  kretynem czystej wody, ale ŻEBY AŻ TAK?! I też kilkukrotnie? - był po prostu nienaturalny, w chwili, gdy znajduje się w ciemną burzową noc w nieznanym miejscu z czyimiś zwłokami i potencjalnym mordercą w okolicy przejmuje się tylko tym, że to miejsce to jest rozwalająca się chałupa, a powinien być elegancki dworek, i tak dalej, i tak dalej, większej części nie pamiętam, wyparłam), względnie jest po prostu głupia, w sumie po namyśle stwierdzam, że to niewykluczone, w końcu absolutnie wszyscy bohaterowie tej powieści dysponują, no cóż, inteligencją rozwielitek, i to w uwiądzie (na przykład - w trzy starsze panie z obsesją na temat demonów jestem w stanie uwierzyć, WSZYSCY bohaterowie, wykrzykujący w chwili paniki "Aaaaaa, demon, demon!!!" budzą, łagodnie rzecz ujmując, irytację).

W dodatku stereotyp stereotypem pogania, jak teściowa - to zakochana w synusiu psycholka, gotowa udusić synową za sam fakt zabrania jej dziubdziulka z domu rodzinnego, jak dziubdziulek, to bekający nad kotletem grubas z mięśniem piwnym i fryzurą na pożyczkę, jak jedzenie wegańskie - to koniecznie cuchnące, sraczkowate w kolorze, bezkształtne i powodujące niestrawność, jak ekscentryczna staruszka - to pełnoobjawowa kretynka, jak matka panny z dzieckiem - to gotowa wydać córkę za mąż dosłownie za kogokolwiek i dowolnymi metodami, bo inaczej będzie "nie po bożemu", jak mieszkańcy i mieszkanki małego miasteczka - to plotkarze z obsesją na temat cudzego prowadzenia się i pękający z zawiści w stosunku do wszystkiego i wszystkich. Nie wykluczam, że było to takie puszczanie oka do czytelnika, cóż, w moim wypadku kompletnie nie podziałało, że już nie wspomnę, że puszczać oko do czytelnika można co jakiś czas, a nie łopatologicznie, po siedem razy na stronę, waląc człowieka w łeb tym mruganiem jak łopatą z rykiem: "Oko do ciebie puszczam, widzisz?!" na ustach.

Prawdę mówiąc ani to komedia, ani kryminalna (rozwiązanie zagadki wywołało u mnie następującą reakcję: "Aleee... eee... że co?), moje drugie (i zdecydowane ostatnie) podejście do tej autorki, a pierwsze było równie... nieudane (i też tytuł był niezły! aż zazdroszczę, ja tak bardzo nie umiem w tytuły)... ale polszczyzna mnie nie bolała, jeśli pominiemy kilka powtórzeń czy niezręcznych sformułowań, (większej) krzywdy rzecz nie zrobi, i jako lektura kompletnie niezobowiązująca i do zapomnienia, ot, takie czytadło, gdy nie mamy czasu/siły/nastroju na nic lepszego może się u kogoś sprawdzić.

Tyle, że nie u mnie.

środa, 30 grudnia 2020

ZOZO. Podsumowanie

Wiecie, że nigdy nie lubiłam końców roków (wiecie, prawda? A jeśli nie wiedzieliście, to już wiecie). Nie lubiłam Sylwestrów, noworocznych postanowień, podsumowań i całego tego szaleństwa, które ogarnia Ludzkość na przełomie grudnia i stycznia. Nie lubiłam i nie lubię, c'mon, ja świętuję Gody, moment Przełomu zaliczyłam tydzień temu i mentalnie żyję już w roku całkiem nowym, Sylwester mi zwisa jak kilo kitu na agrafce i jest mniej więcej tak samo pociągający.

Ale... to rok 2020.

Rok ZOZO.

Rok, który - miejmy nadzieję - pozostanie na zawsze tylko jednym takim, jedynym w życiu nas wszystkich, anomalią, która nie powtórzy się już nigdy, nienormalnym zawichrowaniem, które minie. Pełnym niepewności, strachu, stresu, wrażenia chodzenia po cienkim lodzie, który może trzasnąć pod stopami w każdej chwili, a pod nim... nie wiadomo, co. Rok, o którym trudno jest pisać. I o którym trudno jest myśleć. Takim, gdy wieczorami padało się na twarz, wyczerpanym fizycznie i psychicznie (pozdrawiamy nauczanie zdalne machaniem!). I takim, w którym nawet mi, introwertyczce level milion, tak bardzo brakowało ludzi, że płakać się chciało (zupełnie dosłownie) z tęsknoty. Mija chyba pół roku, gdy widuję zasadniczo wyłącznie osoby z mojej najbliższej rodziny i nawet ja miewam tego dość. Tak bym chciała porozmawiać z kimś SPOZA. Spotkać się ze starymi przyjaciółmi. Albo w ogóle - szaleństwo! - poznać kogoś nowego, póki jeszcze nie zdziczałam totalnie, bezwzględnie i nieodwracalnie.

I przez to wszystko, co powyżej aż mi dziwnie to pisać, a wręcz czuję się nietaktownie, ale - mimo wszystko, mimo WSZYSTKO - nie był to dla mnie zły rok.

Moja rodzina miała co jeść. Mieliśmy dach nad głową. I siebie.

Ten rok to czwarty rok od chwili, gdy lekarze dali mojej mamie góra dwanaście miesięcy życia. Udało nam się przeprowadzić ją przez ten kolejny nadprogramowy czas całą i zdrową. 

Pan Małżonek dostał nową pracę.

Przeczytałam kilka świetnych książek. Zrobiłam parę rzeczy na szydełku, na drutach, uszyłam, wykleiłam. Niektóre z nich sprzedałam, niektóre rozdałam, mam nadzieję, że wszystkie przyniosły radość nowym właścicielom. Trochę napisałam - tu, na blogu, na FB i gdzie indziej. Więcej niż trochę NIE napisałam, co prawda :), ale przynajmniej mam jakieś piśmiennicze plany na przyszłość! Kogoś straciłam. Kogoś odzyskałam. Zaczęłam Nową I Ekscytującą Przygodę z czymś, Czego Nigdy Nie Robiłam i Co Być Może Nie Wyjdzie, ale nawet, jeśli nie wyjdzie, to warto było spróbować, ponieważ dzięki temu poznałam (no, teoretycznie znaliśmy się przedtem, ale w tym roku jakoś tak się to... zacieśniło, by nie rzec - rozkwitło niczym róży kwiat) Najlepszego Szefa Ever, z którym przegadałam ("przepisałam") dziesiątki godzin na tematy niekoniecznie związane z naszym Taynym Projektem. 

No i jakoś przeżyłam te miesiące zdalnej edukacji ;).

Nie jest to dużo, wiem. Skromnie to wygląda, nie nadzwyczajnie i ciut nudno. Nie mam na koncie spektakularnych (ani żadnych, co będziemy ściemniać) sukcesów, sama jestem zdziwiona, że ten post nie zamknął się w liczbie kilkuset znaków, bo nawet przy mojej skłonności do logorei nie bardzo mam o czym - takim wymiernym, porządnym, co się nadaje do wpisania do CV albo notki w Wikipedii - pisać.

Po prostu jestem

Cała.

Zdrowa.

(odpukać w niemalowane)

Nie nazbyt pogruchotana.

Zmęczona.

Wdzięczna.

Ze swoim małym domkiem, małą rodziną, małym gronem znajomych i jeszcze mniejszym przyjaciół, więdnącym blogiem, z nieistotnymi udziergami i uszytkami, i przemyśleniami, które nigdy nie przyczynią się do wymyślenia leku na raka ani rozwiązania problemu głodu na świecie.

Jestem tu.

 

 

Roku 2021.

Jestem gotowa.

(chyba).

 

Czekam.

 

 (I - co najważniejsze - ściskam Was wszystkich, którzy tu zaglądacie, ściskam bez maseczki, bez covidu, tak, jak bym ściskała w Normalnym Świecie - ściskam i życzę Normalności przez wielkie "N", Spokoju przez wielkie "S", i żebyśmy mogli się tu spotykać w nowym roku i dłużej.

Nieodmiennie, jako co roku, i co roku bardziej - dziękuję Wam za wszystko).