poniedziałek, 15 stycznia 2018

Szaleńczy ogień detektywa na tropie czyli słońce zgasło nad Toruniem II (Marcel Woźniak, "Powtórka")

Wszelkie zastrzeżenia poczynione przez Królową Matkę na początku pierwszej części omówienia "Powtórki" pozostają w mocy, nie powtarzamy ich więc i niezwłocznie przechodzimy do ad remu.

Wszystko, jest Królowa Matka tego świadoma, wszystko to, co Królowa Matka napisała w poprzednim poście można - przy odrobinie złej woli - uznać za nic więcej jak tylko szukanie dziury w całym. Każdą z wypunktowanych rzeczy można było bowiem poprawić na etapie rękopisu i nic tu nie ma do rzeczy prywatne przekonanie Królowej Matki, że książkę z taką ilością literówek i błędów językowych należy po prostu przepisać na nowo. Królowa Matka tak uważa, redakcja może uważać, że wystarczy usiąść, przeczytać, pozaznaczać, skłonić autora do poprawienia literówek, błędów logicznych oraz niezręcznych sformułowań i już, książka jak ta lala!

W związku z czym można by założyć, że Królowa Matka się ordynarnie czepia, nie chcąc przejść do porządku dziennego nad paroma przejęzyczeniami oraz konstrukcją zdań, których swoim prostym rozumem nie pojmuje (chociaż, powodowana podłym charakterem i zawodową zawiścią - czas przestać udawać! - ujęła w dłoń ołówek i policzyła. W czternastu zdaniach na stronach 152-153 Pan Autor siedem razy użył słowa "postać", co daje nam średnio pół "postaci" na zdanie, a to chyba jednak pozwoli się nawet najbardziej zagorzałym wielbicielom niepowtarzalnego stylu pana Marcela zawahać nim zaczną unosić się nad doskonałością języka, którego ten używa).

Aby przekonać się, że nie chodzi wyłącznie o literówki i nadużywanie słowa "postać" rzucamy okiem na kolejną rubryczkę tabelki pod wdzięcznym tytułem

Totalne bzdury

Patolog stwierdził, że dziewczyna zmarła w wyniku obrażeń wewnętrznych i wykrwawienia, które nastąpiło po śmierci.

Na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał Królowa Matka powolutku powtórzy.

Patolog stwierdził, że ofiara zmarła na skutek wykrwawienia.

Które nastąpiło po śmierci.

Ma Królowa Matka nadzieję, że pomogła.


Coś nie a propos języka i konstrukcji postaci - niejaki Żółtko, młody i niedoświadczony policjant zielony jak szczypiorek na wiosnę, zbiera i chowa do kieszeni dowody z miejsca (wyjątkowo brutalnej) zbrodni i nie dostaje w związku z tym opierdolu jak stąd na Madagaskar okrężną drogą. 

Reanimacja noworodka. Poznajemy, że dziecko nie żyje po tym, że mu ODCIĘTA I ZABEZPIECZONA PĘPOWINA nie pulsuje. Po udanej reanimacji pępowina zaczyna znów pulsować, i w ten sposób poznajemy, że dziecko wróciło do żywych. 

<Królowa Matka myśli sobie różne rzeczy, ale nie powie, jakie, bo nie zna aż takich nieładnych słów>

Rok 2016. Lekarka, chcąc zadzwonić na policję, nie sięga po komórkę leżącą na biurku, tylko leci na korytarz, gdzie wisi aparat telefoniczny (równie stary, co większość sprzętu, rzecze Pan Autor. Więc pewnie wie, w przeciwieństwie do Królowej Matki, która na tym właśnie, szeroko na blogu opisywanym oddziale w 2004 roku rodziła wcześniaka, mającego opiekę okołoporodową na światowym poziomie i najlepszy z dostępnych na świecie inkubatorów).

Ciało było ledwie draśnięte, niczym żółtko po rozbiciu jajka. Kula przeszła na wylot szyi Tomasza Żółtki, omijając ważne organy.

<w osłupieniu> Przeszła. Przez szyję. Na wylot. Omijając ważne organy. Ledwo drasnąwszy.


Pod murem Wydziału Filologicznego UMK stała dziewczyna w różowej kurtce. Na tle magnolii rozkwitających za jej plecami, nakrywając daszek w dziecięcym wózku, krzyczała w stronę „okrąglaka”.

Magnolii rozkwitających za jej plecami konkretnie dnia 5 września 2016 roku. Taka fanaberia natury. 

"Bo był najstarszym taksówkarzem w Toruniu. Niezmiennie, od czterdziestu lat, w kremowym fiacie 125p, a wcześniej w chevrolecie. Znany był z częstowania pasażerów czekoladą i uraczania ich długimi rozmowami".

Słuchajcie, on o tym pisze, tymi samymi słowami, TRZECI RAZ.


Wszystkie powyższe rzeczy powinien wyłapać każdy redaktor, nawet taki, który pracuje zdalnie z Kuala Lumpur.

Dla wyłapania kiksów poniższych potrzebna jest minimalna chociaż znajomość Torunia i jego specyfiki, i tak, to też powinno być zrobione i sprawdzone.

Na początek absolutnie, ale to ABSOLUTNIE ukochany motyw Królowej Matki, który chłonęła na przemian ziewając z nudów, turlając się ze śmiechu i  popadając w stupor (takie rzeczy tylko w "Powtórce", Czytelniku!)

Bohatyr pragnie odnaleźć psa, którego dzień wcześniej spotkał w Parku na Bydgoskim Przedmieściu. W tym celu  udaje się w przeciwnym kierunku, niż powinien (dla znających Toruń - rusza spod bloku na Broniewskiego na Osiedlu Sztuk Pięknych i idzie na Starówkę) i kolejne OSIEM STRON facet idzie. Jest szczegółowo opisane, jak mija kolejne ulice, wszystkie wymienione z nazwy, przechodzi przez jezdnie, skrzyżowania, i jest to nudne nawet dla Królowej Matki, która przemierzała tę trasę tysiąc razy w życiu, dla kogoś, kto nie zna Torunia musi być nudne popiątnie, zwłaszcza, że nie wnosi NIC do akcji powieści i można by to po całości wyciąć. Trasa, którą przemierza, wynosi w linii prostej 2,5 km (Królowa Matka sprawdziła!) i dłużej się to czyta, niż rzeczywiście idzie.

Następnie nasz Bohatyr błąka się po starówce toruńskiej, robiąc różne dziwne, jak na przykład obrażanie japońskich turystów i wypominanie im sojuszu z państwami Osi (tak, jest cały czas trzeźwy), wyżebruje papierosy od przypadkowych przechodniów i znajomych (cholera wie czemu), nadal wszystko to można ciąć, bo związku ze sprawą nie ma żadnego.

I tak chodzi i chodzi, i chodzi, od kamienicy do kamienicy, gdyż jest głodny.

Na środku toruńskiej starówki.

Głodny.

Bo bar z zapiekankami pod Arkadami jest zamknięty.

Królowa Matka serio myślała, że jest może, bo ja wiem, pół do drugiej w nocy, wtorek, środek tygodnia, ludzie śpią, bo jutro do pracy. Ale pod koniec rozdziału stoi tekstem otwartym, że jest piątek wieczór, a na ratuszu zegar wybija pół do dziesiątej.

I FACET W WEEKENDOWY WIECZÓR NIE WIE, GDZIE MÓGŁBY COŚ ZJEŚĆ, CHOCIAŻ OD MIEJSCA, W KTÓRYM STOI (PIEKARY), DO RYNKU JEST TRZY MINUTY POWOLNYM SPACEREM, A PO PIĘTNASTU RESTAURACJACH I KNAJPKACH, KTÓRE MIJA PO DRODZE ZNUDZIŁO SIĘ KRÓLOWEJ MATCE LICZYĆ I PRZESTAŁA!!!!


No dobrze, po siedemnastu stronach wymieniania toruńskich ulic i opisów poszukiwania jakiegoś drugiego stoiska z zapiekankami, jak również wymieniania z nazwiska dziennikarzy Gazety Wyborczej (bo po to niewątpliwie było całe to chodzenie, żeby dojść jak po sznurku do pubu i móc rzucić nazwiskami znajomych) mamy całe jedno zdanie, które jakoś nawiązuje do akcji. A zdanie to brzmi:

Pomiędzy butelkami przezierało lustro, w którym Brodzki dojrzał to, co za nim. Szybki rzut oka pozwolił mu zauważyć sylwetkę, która obserwuje go z kąta sali.


W trakcie omawiania powieści przez Znajomych Królowej Matki stawiano liczne koncepcje dotyczące proweniencji czytanego dzieła, jak to - że napisanie go było elementem zakładu, autor popełnił dzieło w wieku lat 13 (na młodociany wiek autora wskazują, na przykład, opisy podobne temu: "– Ale tu gorąco… – zmieniła temat, a Żółtko wszedł jej w słowo. Zaśmiali się oboje, trochę z tej swojej nieśmiałości, a trochę z tego wszystkiego"), powieść w ogóle nie dotyczyła Torunia tylko miejscowości znacznie mniejszej, a nużące spisy toruńskich ulic w charakterze rozdziałów mają ją po prostu "utorunić", powieść popełnił wunderkind - bratanek/siostrzeniec Marcelego Woźniaka, któremu wuj zorganizował wydanie książki w prezencie...

I właśnie po zapoznaniu się z peregrynacjami wygłodniałego Lecha Brodzkiego po Toruniu  Królowa Matka  przychyliła się ostatecznie do koncepcji, że rzecz została napisana piętnaście lat wcześniej i w zupełnie innym mieście. Tylko to usprawiedliwia opisywanie cierpienia męki głodu, gdyż bar z zapiekankami już był zamknięty.

– Jo, kurwa! Nie, nie możesz! – Halicki rzucał papierami. Pewnikiem rwałby i włosy z głowy, ale miał ich tak niewiele, że resztkami świadomości powstrzymał się od tego autodestrukcyjnego gestu.

Wyjaśnienie:

"jo" oznacza po toruńsku "tak". "Wielbiciel Torunia i stuprocentowy toruńczyk", jak mówi o sobie Autor, co chwila sobie przypomina, że toruńczycy mówią "jo" i wstawia je po uważaniu, nie bacząc na sens. Można przeskakiwać wzrokiem i nie zwracać uwagi. 



A teraz, Moi Drodzy Czytelnicy, zbliżamy się do finału, jeśli ktoś przypadkiem dotarł aż tutaj, a chciałby jednak sam się nad tym serwowanym przez Autora suspensem pochylić, to jest ostatni moment, żeby odejść od komputera.

Akcja, proszę ja kogo, toczy się jak śniegowa kula.

Jest niedziela, godzina 16, o czym Królowa Matka wspomina, bo  ma to bezpośredni związek z ostatnią rubryczką tabelki, o czym będzie za chwilę. Pod Ratusz w Toruniu zajeżdża z piskiem opon morderzec z zakładnikiem, a za nim - ścigający go Leon Brodzki.

Napastnik wyciągnął z miejsca pasażera mężczyznę w worku na głowie i zaciągnął go do małych drzwiczek, będących wejściem na wieżę. 

Wybijała właśnie godzina szesnasta i ostatni zwiedzający schodzili z ratusza – ostatnia tura zwiedzających weszła tu kwadrans temu. 


Po chwili pod ratusz podjechał beżowy fiat 125p. Z pojazdu wyskoczył detektyw Leon Brodzki i również wbiegł do budynku. 


W tym samym momencie od Chełmińskiej nadjechały radiowozy. Z pierwszego z nich wyskoczył komendant Halicki. Z kolejnych pojazdów wysypali się policjanci, robiąc kordon wokół centralnego miejsca u zbiegu ulic. 


Wtedy na wieży ratusza padły kolejne strzały. Ich echo poniosło się po co całym mieście
.

Wow. No wow normalnie. Czterdzieści metrów wieża. Ponad dwieście stopni, krętych. A napastnik wlokący za sobą zakładnika
w worku na głowie - starego człowieka, chorego, słabego, od początku powieści opisywanego jako warzywo, spędzającego życie nieruchomo na łóżku w domu opieki -  śmignął na górę w, na oko, jakieś dwie minuty!

Franciszek Brodzki wychylił się przez barierkę wieży. Emerytowany gliniarz wzniósł ręce do góry, zamknął oczy i przesunął ciężar na zewnątrz balustrady. Wszystko trwało ułamki sekund.

No więc NJE.

Balustrada wokół ratuszowej wieży ma jakieś 130 cm, sięga Królowej Matce prawie do podbródka. Nie ma opcji, żeby niedołężny starzec rzucił się przez nią w ułamku sekund.


I w ten sposób płynnie przechodzimy do ostatniej rubryczki pod wdzięcznym tytułem

Totalny wkurw 

i Królowa Matka wie, że użyła brzydkiego słowa oraz nie zamierza go zmieniać, bo nie ma innego, które opisałoby to, czego doświadczyła.
  
Nieco bliżej, przy figurce osiołka z pręgierzem, leżało na ziemi zakrwawione ciało, przykryte białym płótnem. Stało wokół niego kilka postaci, a jedna z nich krzyczała: – Odsuńcie się, nie róbcie zdjęć! Zostawcie!

Była to Natasza. Miała bose nogi i męski, duży płaszcz, przewiązany w pasie.
(DLACZEGO??? przyp.KM. Z jakiego powodu zdrowa na umyśle, wolna, dobrze sytuowana osoba pojawia się w środku dnia na głównej ulicy Starego miasta boso i w męskim płaszczu?) Płakała, głaszcząc przykryte materiałem zwłoki.

Paweł
(ksiądz, przyp. KM) przeżegnał się i podszedł, klęknął przy materiale przypominającym całun. – Czy osoba była wierząca? – spytał z czułością.

I teraz, uważasz, Czytelniku. Jest szesnasta z minutami. Figurka osiołka (metalowa rzeźba w miejscu, gdzie kiedyś był pręgierz) stoi w absolutnie najcentralniejszym centrum miasta, tuż przy pomniku Kopernika, obok Ratusza, trzy czwarte toruńczyków i wszyscy turyści pchają się, żeby zrobić sobie przy niej zdjęcie,
tłumy ludzi wokół jak doba długa, a o szesnastej w niedzielę to już na pewno. Monitoring z prawej, lewej, od góry, od dołu i z boku. Ktoś sadza na osiołka osobę ze związanymi drutem rękami i kamieniami przytwierdzonymi do stóp.

I NIKT TEGO NIE ZAUWAŻA.

Królowa Matka dostała szału, no bo  noż kur..., sorry, ale ile można. Niechlujny język, no trudno, entourage jak z późnych lat 80-tych, jakoś zniesie, spis toruńskich ulic w charakterze wartkiej akcji, co kto lubi, ale DO K... NĘDZY, jakiegoś minimum logiki można chyba wymagać?

To miało redakcję, redaktora prowadzącego, korektę. Cholera, ZA CO CI LUDZIE KASĘ WZIĘLI?!


Społecznie pracowali? No, litości, Królowa Matka wie, sama robi w niedofinasowanym zawodzie, wie, jak się traktuje redaktorów, oburza ją to, ale jeszcze parę takich Woźniaków i przestanie ją oburzać. Miała ochotę zakląć, ale nie zna takich brzydkich słów, a ileż razy można k... mówić, śmiech śmiechem, chichoty chichotami, ale ten... badziew został przez kogoś klepnięty, przez kogoś zaakceptowany, przez kogoś promowany i ktoś mu wystawił recenzje!

I jeszcze, a to jest chyba najgorsze - przecież KRÓLOWA MATKA BY TO KUPIŁA. Kupiłaby, fajne wydawnictwo, Toruń, recki w sieci miodzio, no kupiłaby jak nic, a nie jest bogata i nie stać jej na tego rodzaju pomyłki. Ilu jest takich, jak ona?

No naprawdę (wie Królowa Matka, że powtarza "no" równie często, jak Marcel Woźniak "postać", ale ją telepie, a poza tym nie musi dbać o piękno języka, gdyż jest Prosto Blogierko, a nie Obiecującym Pisarzem) jak sobie Królowa Matka pomyśli, że nie ma już teraz miejsca w sieci, któremu można zaufać w kwestii polecania książek to jej to biedne, chore serce siada.  Na Lubimyczytać na pierwsze dwadzieścia recenzji jedna jest negatywna (Królowa Matka pozdrawia machaniem pana, który też śmiał się w głos czytając opis finałowego pojedynku na ratuszowej wieży), blogi puchnące od zachwytów nad precyzyjnie budowanym napięciem i zachwycającym językiem. Tyle tego, że Królowa Matka zaczyna się zastanawiać, czy czytaliśmy tę samą książkę - albo, czy osoby piszące "Woźniak dopracował swoją powieść w najdrobniejszych szczegółach. Zachwyca stylem i językiem, obrazowym przedstawieniem miejsc" naprawdę nie widzą tej żenui, która tu odchodzi, czy też są aż tak cyniczne - i która opcja jest gorsza.

Królowa Matka już wcześniej policzyła, akcji jest w dziele na trzydzieści stron, opisu społeczno-towarzysko-okolicznościowego dla osadzenia bohatera w jakichś realiach niech będzie, ze też ze trzydzieści, i skoro autor tak kocha Toruń, to z pięć stron opisywania miasta. Razem siedemdziesiąt stron, bądźmy mili i dajmy mu sto. Reszta - do kosza.

A tak naprawdę to ktoś powinien od razu powiedzieć: "Panie Marcelu, niech pan zostanie przy biografii Tyrmanda i dużo ćwiczy, zobaczymy, może kiedyś" i w ten sposób zamknąć temat. 

Co prawda z Panem Małżonkiem doszliśmy do wniosku, że może rzecz już jest po redakcji. Przedtem miała siedemset stron i wymienione wszystkie ulice Torunia ze szczegółowym opisem każdego zabytku (a, przypominamy, toruńska Starówka upakowana jest zabytkami klasy "0" jak świąteczny barszcz uszkami, zaś poza Starówką tez się znajdzie to i owo).


Z dużym prawdopodobieństwem można też założyć, że pierwszy redaktor poddał się już na pierwszej stronie. Nic nie wyciągnie go z alkoholizmu, w który popadł. Każda kolejna osoba porzucała pracę po najdalej połowie rozdziału, płacząc i planując nową - inną! - ścieżkę kariery zawodowej. Po trzecim samobójstwie redaktora zajmującego się tym dzieuem wydawcy zrobiło się nieco szkoda pracowników i pozwolił na wpisanie w książce wymyślonych nazwisk.

Niestety, bardziej prawdopodobne jest to, że ani jedna z wymienionych na wewnętrznej stronie tytułowej osób dzieua nie czytała. Obejrzeli sobie okładkę, Toruń, pierniki, kryminał, grube, super, bieremy!!!



Im bliżej końca tym wyraźniej kiełkowała w głowie Królowej Matki jeszcze inna koncepcja.

To, że skok z ratuszowej wieży nie skończy sprawy każde dziecko by zgadło, bo jak zbrodzień siedzi, chwycony żelazną dłonią sprawiedliwości, a do końca utworu pozostało prawie 60 stron to nawet czytelnik Marcela Woźniaka, przyzwyczajony już do jego szczegółowego opisywania chodzenia po rynku albo jazdy taksówką przez pół rozdziału wie, że coś się stać musi.

I oczywiście się dzieje, przed nami jeszcze morderstwo, porwanie i długie rozważania filozoficzne, oraz męski płacz Leona Brodzkiego (i zapewne nie zdziwi nikogo, że autor wyjaśnia wszystko, co zaszło za pomocą strumienia myśli Brodzkiego, wszystko jest wyłożone jak kawa na ławę, a nie, jakieś akcje, jakieś intrygi, jakieś domyśl się sam, czytelniku).

A to, co się dzieje, dzieje się zgodnie z najlepszymi tradycjami telenoweli klasy "Z", której następujące elementy zostają w Dziele użyte z żelazną doprawdy konsekwencją (a żaden z nich nie został, jak Królowa Matka sądzi, zauważony przez tę zrozpaczoną/ pijaną/ rzucającą pracę redakcję, bo gdyby został, to by nie było albo tego elementu, albo opinii o precyzyjnej intrydze): 

- po Toruniu jeździ jeden wóz strażacki z tą samą zawsze obsługą,

- ta sama, jedna jedyna lekarka, co prawda neonatolog, ale nie pozwolimy się ograniczać, jeździ do samobójców i zabójstw,


 - zbrodzień w centrum miasta turystycznego w szczytowym momencie ruchu turystycznego i w centralnym centrum rynku, po którym przewala się codziennie, a już w weekend to w ogóle, masa ludzi, dokonuje zbrodni, i nikt tego nie widzi

- zbrodzień w biały dzień dokonuje powieszenia zwłok na środku mostu, którym bez przerwy suną sznury samochodów w obie strony (a już na pewno suną w godzinie szczytu, gdy połowa Torunia wraca z pracy), i nikt tego nie widzi,

- zbrodzień w pół godziny morduje Żółtko w szpitalu na Bielanach, transportuje zwłoki przez pół miasta, wiesza je na moście, organizuje taksówkę, podjeżdża po Brodzkiego na Konopnickiej i utyka z nim w korku, znów na moście, znający Toruń mogą już zacząć nieprzystojnie rżeć, nie znający muszą uwierzyć na słowo Królowej Matce, że powinni,

- zbrodzieni jest dwóch i SĄ TO BLIŹNIĘTA (
"Podmienili się – odparł Brodzki i w jego oczy wstąpił szaleńczy ogień detektywa na tropie. Zaczął chodzić i gestykulować, błądząc po zakamarkach swojego umysłu"), chociaż według obliczeń nie wystarczyłoby czworaczków, żeby się ze wszystkim uwinąć, zwłaszcza, że jeden z bliźniaków już przecież siedzi, śmiejąc się opętańczo ("I zaśmiał się serdecznie, a śmiech jego poniósł się głuchym echem po pokoju otoczonym grubą cegłą"). 

 WNIOSEK

Marcel Woźniak jest właścicielem wydawnictwa Czwarta Strona i może se wydać, co chce, i co pan nam zrobi.


Zwłaszcza, że wziął nas wszystkich podstępem.

Detektyw bardzo chciał, by śledztwo, tropy i wskazówki, by wszystko złożyło się w jeden obraz, skończony komplet puzzli, jak w rasowym kryminale. Wiedział jednak doskonale, że literackie kryminały, to precyzyjnie skonstruowane gnioty, podporządkowane fabule i intrydze.

(udajemy, że nie widzimy przecinka przed "to")


I już wszystko jasne. Autor postanowił stworzyć coś innego niż precyzyjnie skonstruowany kryminał, podporządkowany fabule i intrydze! I odniósł spektakularny sukces.

Postanowił stworzyć Powieść, która, jak sam mówi, łączy kryminał, z elementami przygody, zagadki i realizmu magicznego.

Nareszcie. Nareszcie wszystko rozumiemy.

Więc to nie silny stuff, nie brak redakcji, nie  nieporadność językowa, nie chęć wydania młodzieńczego dzieła, tworzonego w gimnazjum pod ławką w trakcie lekcji biologii, nie naprawdę srogie zioło, tylko świadomy zabieg literacki! REALIZM MAGICZNY.

Po prostu.

(a poważnie i przez zęby, gdyż wkurw Królowej Matce nie minął - jak Królowa Matka chce przeczytać dzieło filozoficzne, to kupuje sobie Kierkegaarda. Jak chce przeczytać książkę, której autor bawi się słowem to czyta Cortazara albo poezje Leśmiana. Jak chce się nurzać w realizmie magicznym to czyta Bułhakowa na zmianę z Marquezem. A GDY CHCE, I NIE BEZ PRZYJEMNOŚCI, POGIMNASTYKOWAĆ SZARE KOMÓRKI I SIĘ ODPRĘŻYĆ - CZYTA KRYMINAŁ. Podobnie jak większość kupujących kryminały ludzi. Którzy mogą się troszkę zdenerwować, jeśli wydadzą swoje ciężko zarobione pieniądze w nadziei na obcowanie z literaturą rozrywkową, a dostaną coś, co przypomina na oko bełkotliwe opko spłodzone przez nastolatka w pełnym rozkwicie tzw. Trudnego Wieku, okraszone informacją, że jest to Dzieło Filozoficzne i pełne Specyficznego Poczucia Humoru, tylko oni, głupi, nie zrozumieli. Taka luźna uwaga, do przemyślenia dla redakcji).

Czytelnik ma leżeć zadowolony na kawiarnianym wykuszu, że przewidział tok śledztwa.

Nie bardzo Królowa Matka wie, czy czytelnik, który nudził się jak mops, przewidział praktycznie wszystko i w dodatku był rozdrażniony  językiem, jakim utwór został napisany też może się położyć na kawiarnianym wykuszu, więc na wszelki wypadek nawet nie próbuje.

I Wam, Drodzy Czytelnicy, nie radzi.




Ach. 

I jeszcze jedno.

I odpalił papierosa, wypuszczając z ulgą dym, który uniósł się, jak nad krematoryjnym piecem.

Panie autor.

Państwo redakcja.

PO PROSTU NIE.

Szaleńczy ogień detektywa na tropie czyli słońce zgasło nad Toruniem I (Marcel Woźniak, "Powtórka")

UWAGI WSTĘPNE

PO PIERWSZE - będzie długie JAK CHOLERA, wybaczą Państwo prostactwo języka, ale inaczej się tego ująć nie da. Tak długie, że Królowa Matka zdecydowała się puścić rzecz w dwóch częściach. Same notatki do wpisu, czyli, no cóż, głównie cytaty z pochłanianego przez Królową Matkę z wypiekami na twarzy dzieła osiągnęły liczbę trzy tysiące znaków. Jak do tego dodamy królewskomatczyne wynurzenia, przekleństwa i ociekanie ironią to zamkniemy się w liczbie siedmiu tysięcy. Niech będzie dziesięciu, dla okrągłego rachunku. Słowem, niech się wszystkie ałtorkasiowe wpisy schowają. Jeśli ktoś nie ma na podobny maraton siły - czemu nie sposób się dziwić - niech się czuje uprzedzony i może da sobie spokój z lekturą.

PO DRUGIE - poniższy wpis nie jest recenzją, tylko omówieniem. Będzie zawierał spoilery, obfite cytaty, streszczenia i podsumowania z odniesieniem do treści. Jeżeli ktokolwiek chce zapoznać się z poniżej omawianym utworem osobiście, bez naleciałości w postaci spostrzeżeń Królowej Matki, a także będzie sam chciał sprawdzić, kto zabił, w tym momencie powinien porzucić ten wpis.
PO TRZECIE - będzie chaotycznie. To z nadmiaru emocji. Jeśli komuś chaos źle robi na psychikę poniższy wpis nie jest dla niego.

UWAGI TECHNICZNE - kursywą i na zielono zaznaczone są oryginalne cytaty. Pogrubienia i podkreślenia są uczynione przez Królową Matkę, chyba, że zaznaczono inaczej.

Gotowi? Uprzedzeni? Kto miał się wylogować już się wylogował? No to lecimy.


Na Gwiazdkę Siostra Królowej Matki dostała książkę.

Nie jest to jakaś nadzwyczajna rzecz w rodzinie Królowej Matki, ale TA KSIĄŻKA to był kryminał. Którego akcja dzieje się w Toruniu.

Toruński kryminał, no czyż może być coś lepszego. Królowa Matka sprawdziła wydawcę, super, znane wydawnictwo, które w dodatku wydało połowę królewskomatczynych świątecznych prezentów. Siostra Królowej Matki pod koniec grudnia wróciła do swojego Drugiego Kraju, książkę uprzejmie zostawiła do użytku rodzinnego, Królowa Matka zgarnęła ją do Domu w Dziczy, obłożyła się ciasteczkami, herbatkami, owinęła kocykiem i nastawiła na Emocje oraz Zagadkę Kryminalną.

O Zagadkę mniejsza, ale w Emocji to się Królowa Matka mogła normalnie tarzać.

Wnioskując z opisu książki i z zapowiedzi wydawnictwa Zagadka jest przednia, a Emocja dodawana w gratisie.

Oto Leon Brodzki, podpora i wyróżniający się funkcjonariusz toruńskiej policji kryminalnej, odchodzi na emeryturę. Dosłownie w dniu jego pożegnalnej imprezy policja znajduje zwłoki brutalnie zamordowanej, młodej dziewczyny, która przed śmiercią urodziła dziecko. Dziecku ktoś wytatuował na plecach napis sugerujący związek Brodzkiego z tą zbrodnią, a sam detektyw dostrzega w niej powiązania z zagadką sprzed lat, w rozwiązaniu której brał udział on, wówczas nieopierzone policyjne (a właściwie jeszcze milicyjne) pisklę, i jego ojciec, wówczas u szczytu kariery, obecnie stary, chory i dożywający swych dni w domu opieki. Zaczyna się wyścig Brodzkiego z tajemniczym mordercą, nazywającym się Heraklitem, który najwyraźniej pragnie, by Brodzki raz jeszcze "przeszedł przez piekło makabrycznych zbrodni", jak głosi okładka.

No przecież cud, miód i orzeszki, a w dodatku Toruń i znane na wylot zakątki rodzinnego miasta, cudownie.

Hm. Ekhm. Ekhm, ekhm.

Pierwszy raz Królowa Matka zachichotała pod nosem, gdy doszła do następującego ustępu (a miało to miejsce już na stronie osiemnastej):

"Miał urodę, która z wiekiem nadawała mu coraz bardziej szlachetnego wyglądu, podobnego do Pierce’a Brosnana czy Seana Connery’ego. Rysy miał od nich jednak bardziej wyraźne i bardziej męskie".
 
No po prostu MUSIAŁA Królowa Matka sprawdzić płeć osoby, która to puściła! 

Okazało się, że puściły rzecz dwie panie, Królowa Matka pokiwała głową i pomyślała, że, cóż, pewnie paniom głupio zwracać autorowi uwagę na to, że nie należy aż tak przesadzać z podkreślaniem zajebistości bohatera, a zresztą, może są one zwolenniczkami hożych, postawnych Wikingów, albo, przeciwnie, przytulnych, ciepłych, misiowatych typów, i nie zauważyły. W sumie - pomyślała Królowa Matka - to drobiazg przecież, po czym wróciła do lektury (z silnym, i coraz bardziej rosnącym wrażeniem, że Autor ogarnięty był pragnieniem zostania polskim Jo Nesbo i stworzenia polskiego Harry'ego Hole).

I rzeczywiście, był to drobiazg.

Po przeczytaniu opisu pożegnalnej imprezy na cześć odchodzącego na emeryturę Brodzkiego Królowa Matka runęłą na internet, żeby sprawdzić, czy to ona ma coś z główką, czy to jest po prostu TAKIE ZŁE, i wyszło jej, że to ona ma coś z główką. Autor miał (i ma) wyłącznie dobre recenzje. WYŁĄCZNIE. Pełne zachwytów nad pięknem języka. Fantastyczną konstrukcją intrygi i Bohaterem, Który Wchodzi Do Panteonu Najlepszych I Ulubionych Bohaterów Literackich Ever. No, dobra, pomyślała Królowa Matka, widocznie kompletnie się nie znam, względnie nie powinno się oceniać 450-ostronicowej powieści po pierwszych trzydziestu stronach. Położyła uszy po sobie i powróciła do lektury.

Gdy dotarła do strony 38 zamknęła książkę. Otworzyła laptopa. Zalogowała się na Facebooka. I napisała: "Kryminał czytam. Gdyż jest toruński, a ja jestem lokalną patriotką. Rozważam przeprowadzkę". 

Był 8 stycznia, godzina 20.08.

Od tamtej chwili przez kolejne pięć dni prywatni Znajomi Królowej Matki czytali wraz z nią


 "Powtórkę" Marcela Woźniaka, udzielając się w 2080 komentarzach, a nie jest to rzecz przesadnie często widziana na wallu osoby, która ma tych znajomych mniej niż stu.

Królowa Matka niezbyt często ich bombarduje opisami swego stanu ducha, ale tym razem poczuła, że nie wytrzyma, jeśli nie wyrzuci z siebie wstrząsających nią Emocji.

No bo wyobraźcie to sobie. 

Oto umiera dziewczyna. Młoda, piękna, okrutnie torurowana, zawieszona na łańcuchach za nadgarstki i snująca następujące rozważania: "Gdzie byliście przez te wszystkie lata, kiedy moja samotna dusza i wystraszone serce szukały miłości i ciepła?". 

Rzadko się udaje autorowi wywołać perlisty śmiech u osoby czytającej o tragicznej śmierci młodego dziewczęcia, ten odniósł spektakularny sukces! 

Tego samego wieczora, gdy leżąc wieczorem u boku uśpionego (i zagrypionego) Pana Małżonka Królowa Matka ryknęła znienacka gromkim śmiechem, pomyślała, że wreszcie nadszedł czas, by użyć ołówka (co robi nader rzadko) i podkreślać, coby nic jej nie umknęło, jak również stworzyć w Excelu tabelkę, w której nanosić będzie pracowicie wszystkie... no, nie szalejmy, wszystkie to nie. Wiele. Wiele ze znalezionych w powieści błędów, bzdur i "to-nie-mogło-się-zdarzyć"-ów z podziałem na kategorie.

Ani się obejrzała, a pomiędzy podkreślonymi zdaniami przebłyskiwały te nie podkreślone, typu "Słońce zachodziło", a ilość rubryczek w tabelce zaczęła ewoluować, puchnąć i rozrastać się do niewiarygodnych (zwłaszcza, że mówimy o książce, która miała i redakcję, i korektę) rozmiarów.

Poniżej możesz, Czytelniku, zapoznać się z niektórymi przykładami z niektórych tabelek:

Literówki

Dzieliło ich trzydzieści lat życia, które u Brodzkiego upłynęło na dojściu do szczytu karieru.

Jako człowiek, który w komunistycznym systemie zajmowała się dostawami jedzenia do szkół, wiedział, że o wszystko trzeba się targować.

Brodzki wpisał się w książce gości i kiwnął do stróża, która w małej dyżurce popalał samorobne papierosy.

A potem Królowa Matka dała sobie spokój z literówkami, bo tyle wokół było wszelkiego dobra, że co się - pomyślała - rozdrabniać będzie, że nie wspomni o tym, że jej się w oczach mieniło od nadmiaru materiału do omówienia, w związku z czym ta czy inna literówka mogła jej umknąć.


Rzadziej umykała
 
Zła odmiana i/lub niewłaściwe użycie frazeologizmów

Dzięki ojcu, funkcjonariuszu milicji (a była Królowa Matka dopiero na 38 stronie).

 – Gdzie jest ten człowiek? – zapytał samego siebie. Jego uwagę zwrócił drewniany płotek, za którym coś się jakby kłębowało, ale nie był pewien, czy to tylko nie wiatr.

Brodzki odpalił papierosa, zaciągnął się nim dwa razy i wyrzucił niedopałka do kałuży.
 
Rozejrzał się po okolicy, doszedł do płotku...

Chwycił po drapak do głowy i potarł nim po łysinie.

...stała stara, granatowa nysa i beżowa taksówka fiat 125p z bocznym numerem 02. Oba pokiereszowane, z poobrywanymi zderzaki i pogiętą blachą. Jak bardzo biblijnie!
.
– Rozumiem pana wzburzenie… – ciągnął Halicki, wchodząc na poziom niemal medytacyjnego spokoju i pogodzenia się z niewdzięczną rolą bufora dla ludzkich żali i łez.

W nowy świat pozawerbalnego miazmatu komponowało się jak ulał.

Nagranie, które powinien znaleźć się w tym miejscu.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej...


Kolejna rubryczka, której mogłoby nie być, gdyby redakcja nie porzucała  rękopisu z histerycznym płaczem i nie odmawiała dalszej współpracy (tylko tak Królowa Matka potrafi sobie wytłumaczyć fakt, że powieść ukazała się w tej formie) to:

nieprawidłowa budowa zdań zmieniająca ich sens
 
 Ktoś opierał się o ścianę z wytrzeszczem.

Leon podziękował pielęgniarce i ruszył do sali numer 3. Teraz leżał na łóżku w rogu sali i patrzył tępo w sufit. (że nie Leon leżał musicie Królowej Matce Państwo uwierzyć na słowo, bo z powyższego nijak to nie wynika).
 
 Przypomniał sobie pewnego młodego chłopaka spod Nakła, dorastającego pod okiem dziadka, chudego okularnika, wbrew wszystkiemu marzącego o pracy w policji (miejmy nadzieję, że dziadek spełnił swe marzenie!)
  
Toruń (...) nazywany był Miastem Aniołów. To anioł w herbie Torunia strzegł jego bram, wychodzących na Wisłę. Leżał sto sześćdziesiąt kilometrów na południe od Gdańska, i sto sześćdziesiąt kilometrów na północ od Łodzi".  Ten anioł, znaczy?

 Była młodą dziewczyną o kasztanowych włosach opadających na ramiona z równo przycięta grzywką.

Skojarzenia to przekleństwo!

No to zdrówko. – Detektyw stuknął go kieliszkiem.
 
Barman spojrzał na niego spod byka, porządkując swoje miejsce pracy. 


Żadni prywatni detektywi nie mają się w to nie mieszać. (czyli rozumie Królowa Matka, że mają się mieszać, chyba że podwójne, a nawet potrójne przeczenie w języku polskim działa jakoś inaczej, niż sądziła).
 
Obaj byli braćmi (i, podpowiemy, to nie znaczy, ze każdy z nich miał jakiegoś osobnego brata, tylko, że po prostu byli braćmi).

Rozglądał się na boki swoimi musztardowymi okularami, nie będąc pewnym, czy nagranie, które widzi, powinien znaleźć się w tym miejscu. ROZGLĄDAŁ SIĘ OKULARAMI!   

Zawsze nie pasowały mi te jego zezowate oczy – uciął Halicki.

Przy stole stało sześć krzeseł, ze ściany naprzeciwko wychodził balkon.
   
Pod krzesłem z wywieszonym językiem siedział pies. Detektyw poklepał go po brzuchu i pogłaskał beżową, skrzącą się sierść. Krzesło z wywieszonym językiem, migoczący pies, ani chybi wampir, Brodzki pochyla się, by go pogłaskać po brzuchu...
 
Brodzki stał ubrany w dżinsy i elegancką, sportową, granatową kurtkę. Jego szyja, naprężona jak cięciwa tatarskiego łuku, gotowa była rzucić się do gardła każdemu, kto mu się sprzeciwi.

aczkolwiek ponieważ ta zdumiewająca konstrukcja, pozwalająca snuć daleko idące rozważania na temat nietypowej budowy fizycznej Leona Brodzkiego użyta została w powieści jeszcze raz (Oczy mu błyszczały. Szyja była naprężona i gotowa do skoku) Królowa Matka podejrzewa, że jest ona (ta konstrukcja) Tak Głęboka, że osoba o umysłowości prostej, prowincjonalnej kobieciny po prostu jej nie zrozumiała.


Ulubiona kategoria Królowej Matki to

Niewłaściwe użycie słów

- Uwaga na gło... - nie dokończył policjant, kiedy Chyży rąbnął mózgownicą (!!!. przyp.KM) o framugę auta.

 - Może twój ojciec wiedział coś więcej? On to przyklepał. 
- Mój ojciec jest warzywem. Ale był dobrym gliną. 
- A co jemy? - Halicki żachnął się, ale Brodzki go nie słuchał.

"Żachnął się" uto słowo, którego Autor kompletnie nie umie prawidłowo używać, kolejny dowód poniżej:

 - Jak pożegnałem się z psiarnią, to przypałętał się taki jeden kundel. Lubię go, cholera. 
- Ciągnie swój do swego, co? – żachnął się dziadek, poprawiając wskazującym palcem kraciasty beret na głowie.
 
– Co kurwa?! – zaaferował się klient i rozłożył na boki ręce dla rezonu.


– Wstyd. Po prostu wstyd, żeby leżeć tak na środku tego pięknego, gotyckiego miasta – zadeklamował nad detektywem mężczyzna na wózku.
 
– Złapaliście winnych. Sprawa zamknięta. Życie dostatecznie dużo mi zabrało. Dlatego ja teraz każdą nadarzającą się okazję przekuwam na pieniądze. Kiedyś na dolary, teraz na złotówki. Deficyt córki będę i tak odczuwał do końca życia. DEFICYT CÓRKI!!!

Kosma stulił głowę i wrócił do komputera.

 Tak, mam córkę. I odpowiadając na pana pytanie, gdyby coś się jej stało, oszalałbym ze złości, a zawiść i poczucie niesprawiedliwości zaślepiłyby mnie do końca życia. <słabo> Zawiść...

 – Był. I jest. Musimy go tylko znaleźć – dywagował detektyw. – Jesteś w porządku, Żółtko – rzekł z uśmiechem Brodzki.

Ostatnio byłem w czwartek. Ale nie myśl sobie! – wzbraniał się Dżoker.

"A czemu w takim razie ja sam przyjechałem właśnie tu?” – spytał samego siebie i przytaknął w myślach. „Bo jestem leniwy i staroświecki. Majestat tylu książek w jednym miejscu zawsze robił na mnie wrażenie. Tak wielkie, że nie było mnie tu prawie trzydzieści lat". Logika-Autor - 453:0

"Nie otwieramy tego (szafek w szatni, przyp. KM), bo bez zamka będą się majtać w lewo i prawo, i tylko się ktoś pokaleczy – wytłumaczył się Szczepan i wrócił do rozmowy przez komórkę"

Nie wiem, czy mnie słyszysz tato, ale mamy w mieście kopistę. ("Kopistą" nazywa Autor uparcie i niezmiennie nie przepisującego średniowieczne pisma mnicha, ale mordercę, zamiast użyć po prostu słowa "naśladowca").

instytucja od prawie dekady spełniała miejsce

Nie przesiadywał z nosem w krzyżówkach ani z oczami przed telewizorem.

Ciało i jego fizjonomia zmieniają się nie tylko pod ciężarem hantli. Czasem wystarczy stres i odpowiedzialność.

Mimo to jego silna przepona przebijała się przez ten gwar.

Jeszcze tego brakowało, żebyś i ty kojtnął  (chociaż w tym miejscu podejrzewa KM literówkę)zmierził się Leon

Była jedną z tych matek, mądrych kobiet, które czuwają przy ognisku domowym, gotują zupy, czekają na mężów i synów, nie mrużąc oczu, póki nie usłyszą ich kroków na ganku.

Gdzieś w oddali słyszalne było buczenie podobne statkom wpływającym do portu, po niebie krążyły piskliwie ptaki.

Słońca nad miastem już nie było. Ktoś zgasił je bezpowrotnie.

No teraz to dupa, mamy w Toruniu Wieczną Noc.




Oj, pomyliła się Królowa Matka. To, co wyżej to nie była jej ulubiona kategoria.

TO jest ulubiona kategoria Królowej Matki!
 
Niezamierzony komizm sytuacyjny

 Większość fuksjowej szminki została na pościeli (po upojnej nocy z bogdanką, przyp. KM), ale jego kąciki ust także zachowały coś dla siebie.

Leon nie słyszał już tej rozmowy, niosąc swój burczący, płaski brzuch ulicą Nieszawską.

 Ale odwrócił nagle głowę, bo jakaś jasna myśl przebiegła przez nią niczym mysz.

 – Czy Szabańska miała brzuch? – nie mógł sobie przypomnieć. (gdyby nie miała to by chyba pamiętał?)

 "Co to będzie za spotkanie? – rozmyślał. - O co spytać kobietę, której mąż zawisł na sznurze? Jakie pytania zadaje się wdowom po mordercach?". Na wszelki wypadek odbezpieczył broń.

Detektyw spojrzał znów na solidne drzwi. Jakaś siła, zwana policyjnym nosem lub instynktem, albo szóstym zmysłem, popchnęła go w kierunku klamki. Nacisnął. Drzwi ustąpiły. Najlepszy opis otwierania drzwi za pomocą naciśnięcia klamki w literaturze polskiej, a kto wie, może i w światowej!

Z wnętrza buchnął mroźny odór. Kiedy uleciał, Brodzki nie zobaczył w środku absolutnie niczego.

Jego superświadomość już wiedziała, co się wydarzy, ale jeszcze wstrzymywała się z podaniem ostatecznych wyników do wiadomości świadomości.
 
Halicki wyrzucił w kąt drapaczkę do głowy, a słuchawkę zatrzymał kilka centymetrów nad widełkami. I zaczął mówić, uderzając nią jednocześnie w aparat, dla podkreślenia swojego wzburzenia.
– Dzwonili z Koronowa – powiedział, a jego twarz zupełnie nie wyrażała emocji.


Z dwóch biurek na komisariacie zniknęły rzeczy dwóch osób, które jeszcze w piątek były po pierwsze policjantami, po drugie kolegami, a po trzecie – byli żywi.

 - Jestem mężem Janiny Pokorskiej, brutalnie wczoraj zamordowanej na Starówce kobiety mojego życia. Gdzie jest Brodzki?! - warczał, a twarz jego czerwieniała, jak dobrze opiekany stek.
(...)
- Niech pan powie to mojej córce, Wiktorii! Co ona komu zawiniła? – spytał, pokazując zdjęcie w portfelu. – Pytam się, co zawiniła?! Do końca życia będzie tu w mieście uważana za dziecko dziwki. Bękarta z pięciu ojców. Potomka kurwy i ulicznicy. 
- Niech pan tak nie mówi. 
- To była moja żona i mogę mówić o niej, jak chcę!

Odwrócił się do Marty, dyskretnie zdejmując z siebie jej ręce, co nie uszło uwadze dziewczyny. Mimo to dalej okazywała współczucie.

Brodzki wchodząc na komendę, myślał o czymś intensywnie, ale po przekroczeniu drzwi niebieskiego budynku od ulicy Grudziądzkiej, zapomniał, co to było. Często tak miewał – granica framugi tak jakby oddzielała różne funkcje aktywności jego mózgu, ilekroć przechodził z jednej przestrzeni do drugiej -

Na pewno to widzisz, Czytelniku! Facet myśli, że coś by zjadł, wchodzi do kuchni, myk! Granica framugi i już myśli o zasadzie nieoznaczoności. Przechodzi do łazienki i myk! zaczyna analizować zamkniętą w 1978 roku sprawę, w której nie udało mu się doprowadzić do ukarania sprawcy. I tak cały czas. Pod koniec dnia ma rozdwojenie jaźni i sił akurat tyle, by leżeć zwinięty w kłębuszek w rogu pokoju i łkać bezradnie. Piekło, pani, piekło!


(a także niebagatelny wkład Marcela Woźniaka w wewnętrzny język rodzinno-towarzyski Królowej Matki, która "granicę framugi" zabrała, używa i nie zamierza oddać).


Mamy też rubryczkę
Albo i wszystko naraz
bo kto bogatemu zabroni! 

Rozejrzał się po ciemnoczerwonej piwnicy, której zakamarków nie znał i nie wiedział, co w nich znajdzie. - przebóg, zupełnie jak Królowa Matka, gdy jest w jakimś miejscu po raz pierwszy w życiu! Ma zadatki na wybitnego śledczego!!!

Halicki zaniemówił. Stał tak, złapany w pół kroku, kiedy w jednej ręce trzymał chusteczkę, którą zamierzał użyć do dmuchnięcia weń, a w drugiej dzierżył paczkę papierosów, którą niechybnie planował naruszyć.
 
Strażnik podszedł i zdzielił go pałą przez plecy. Heraklit wygiął się z bólu jak piskorz i uśmiechnął, przechodząc gestem do przeciągania się. 


 – Czy nie przyzna pani, że Leon Brodzki jest bardzo przystojny? – odpowiedział, zmieniając temat, czym wybił Martę zupełnie. Zwijał się z bólu, ale nie tracił rezonu – Oczywiście, jak na emeryta? – spytał szarmancko".

Biedna Marta, taka wybita.

"Szarmancko" użyte z d..., ale czyż to nas dziwi, no przecież, że na tym etapie już nie nie.


Jej delikatna buzia z małym nosem, przyozdobionym diamentowym kolczykiem, oraz zielone oczy dopełniały promieniejącą buzię.

Buzia dopełniająca buzię, proszpaństwa, widzieliśmy chyba już wszystko.


A ten wiedział, że za chwilę usłyszy odpowiedź na retoryczne pytanie o to, dlaczego jeszcze żyje.

Panie polonista, skoro Brodzki usłyszy odpowiedź to pytanie nie było retoryczne.




Kolejna kategoria (udziwnione zdania), acz najbardziej obfita, budzi w Królowej Matce trochę wątpliwości Może po prostu nie przemówił do niej indywidualny styl Autora (tak, dopuszcza podobną myśl), w związku z czym mocno tę kategorię przetrzebiła. Ale nie oprze się i zaprezentuje swoje Ulubione Kwiatki, czyli opisy postaci, bo w czym jak w czym, ale w tym wypadku Autor nie pozwala sobie na ograniczenia wynikające z logiki, gramatyki, interpunkcji i założenia, że kryminały czytują normalni ludzie, a nie Hipsterscy i Językowo Niezależni Doktoranci Oraz Profesorowie:

Policjant zakradł się swą zgarbioną sylwetką do wejścia lewej nawy, jedynego otwartego o tej godzinie.

Miał wygląd przedwojennego aktora i sylwetkę piłkarza. Pociągła twarz z małym, krnąbrnym podbródkiem, krótkie, platynowe włosy oraz wysokie czoło, nadawały mu dostojeństwa rodem z tragedii Szekspira. Z kolei nisko osadzone biodra i zwinne stopy dodawały mu sprężystości, tak potrzebnej przy staniu przez dwanaście godzin na nogach.


Wizja, która zrodziła się w głowie Koleżanki KM
podczas burzy mózgów na FB,
strój modela bardziej swobodny niż w powieści

Małe uszy przypominały kształtem róże z lukru, jakie umieszcza się na tortach weselnych, a nos podobny był w swych liniach do źle zespawanej kotwicy. Mężczyzna nie miał brwi, więc czubek głowy przelewał się w stronę szerokiego czoła, a to – do głęboko zapadniętych oczodołów, skrywających nieobecny wzrok mordercy.
 
a także ukochany fragment Królowej Matki, ochrzczony przez nią pieszczotliwie jako Naprawdę Srogie Zioło:



Jakiś dziwny, nieznany dotąd Brodzkiemu strach zajął jego ciało. Detektyw niemal zemdlał.

„Co jest ze mną…” – zawahał się. „Czy bałem się, czyją twarz zobaczę? Tak, chyba tak” – myślał.

– Czy pobłądziłeś, synu? – spytał znów dźwięcznie kapłan.
– Bałem się, że zobaczę znaną mi twarz i nie będzie to twarz człowieka – wypalił niczym bohater antycznej tragedii i zapowietrzył się.

„Co?! Co ja wygaduję, co jest ze mną? I czemu ciągle trzymam tego księdza za ramiona. Jeszcze sobie coś pomyśli…” – kontynuowała jaźń detektywa
(kontynuowała jaźń, nosz fak)

– A czyją, synu? 


– Ludzi, których zabiłem – wypalił znów tym demiurgicznym tonem, a jego głos nabrał rozpędu i przewędrował od lewej nawy, przez prezbiterium i ołtarz, wracając prawą nawą na powrót do jego ust".


GŁOS PRZEWĘDROWUJĄCY PRZEZ NAWĘ I WRACAJĄCY DO UST. 

I tu właściwie  mogłaby Królowa Matka skończyć, bo czyż można wyobrazić sobie, że będzie jeszcze BARDZIEJ.

Lecz nie skończy. 

Bo za chwilę przejdzie do prawdziwego wkur...zenia.

Ale to za chwilę.

Przedtem, na zakończenie tej, powiedzmy, bardziej technicznej części omówienia zauważy Królowa Matka, że jak w przypadku każdego, poddającego się szerokim interpretacjom dzieła miała ona szereg skojarzeń literacko-kabaretowo-filmowych, którymi się podzieli, bo radość, którą się człowiek dzieli wraca wszak do niego popiątnie.

Spojrzeli na siebie tak, jak czasem Brodzki patrzy na Halickiego, a Halicki na niego. Żółtko przytaknął i nic nie powiedział. Brodzki nie wyczuł jednak w tym spojrzeniu wahania, a pewne, policyjne przeczucie. Takie, które towarzyszyło jemu, kiedy miał tyle lat, co Żółtko.

Męską ciszę przerwał telefon Leona.


Halicki zauważył błysk w oku Brodzkiego. A Brodzki zauważył, że Halicki to zauważył. Obaj chcieli to powiedzieć, ale obaj wiedzieli, że druga osoba to właśnie pomyślała. Uśmiechnęli się więc do siebie szorstko.

.Natychmiastowe skojarzenie popkuturalne, minuta 2, sekunda 40

Brodzki zajęczał – jego krtań walczyła teraz o każdy oddech. Postać była za nim – próbował chwycić ją górą, ale nie sięgał. Próbował dołem – człowiek umiejętnie balansował biodrami i odsuwał się.

No nic Królowa Matka nie poradzi na własne skojarzenia, minuta 1, sekunda 10


A teraz, gdy już się pośmialiśmy, czas przejść do wkur... No. 

Właśnie do tego.