piątek, 17 sierpnia 2018

O świecie, który idzie ku lepszemu

Potomek Starszy, który skończył z Wieszczem, przerzucił się był na "Tajemnicę zielonej pieczęci", gdyż Mamunia kocha, a on kocha Mamunię i chce sprawdzić, co Mamunia kocha.

Więc siedzą tak sobie wieczorami na werandce, Mamunia i Synuś, i czytają, przy czym Królowa Matka po rosyjsku.

I zaprawdę niewiele czasu upłynęło od chwili, gdy Potomek Starszy zagłębił się w lekturę, gdy padło to pytanie.

- Mamo - rzekł Potomek Starszy, przerywając Królowej Matce składanie słów z cyrylicy - czy kiedyś wszystkie dzieci były bite?

- O - rzekła Królowa Matka z zainteresowaniem - zauważyłeś to...

- No tak. A to nie było, ja nie wiem, nielegalne, czy coś? Karalne?

- Nie - odrzekła powoli Królowa Matka. - A nawet jeśli gdzieś istniał jakiś zapis, jakiś paragraf, to i tak nikt sobie z tego nic nie robił. Oczywiście nie mówimy o katowaniu dzieci do nieprzytomności, , za to można było ponieść karę, ale istniało mnóstwo osób - tak zwanych zwykłych ludzi, porządnych, uczciwych, żadna tam patologia czy element społeczny, - które uznawały bicie za normalną metodę wychowawczą...

- Bo, wiesz - zwierzył się Potomek Starszy - mnie się też zdarza, jak tym chłopcom, powiedzieć: "ja do domu nie wracam, na oczy się ojcu nie pokażę", jak coś wymaluję albo zawalę (znowu) fizykę, ale ja tak tylko mówię. Bo to niemiłe jest, wysłuchiwanie tych wszystkich przemów, rozumiesz. Ale ja przecież nigdy w życiu lania nie dostałem!

- Ja też nie - powiedziała Królowa Matka. - A mimo to, czytając tę książkę pierwszy raz w życiu - a niewiele byłam wtedy młodsza od ciebie, miałam chyba jedenaście lat... - nie zauważyłam...

- Dlaczego ? - zdumiał się szczerze Potomek Starszy.

- Ponieważ - powiedziała Królowa Matka z zadumą - dla mnie rzecz opisywana w tej książce to było coś najzupełniej normalnego. Znałam takich dzieci całe mnóstwo. Nikt się temu nie dziwił, nikt nie gorszył. Miałam koleżanki, które były bite pasem za gorszą ocenę. Uznawały to za rzecz nieprzyjemną, ale całkiem zwyczajną. Mówiły o tym tak, jak ty mówisz o zarekwirowaniu ci komóreczki na tydzień... Nie było to nic szczególnie szokującego w świecie mojego dzieciństwa...


A w świecie dzieciństwa Potomka Starszego - wychowanego na tym samym osiedlu, co jedenastoletnia Królowa Matka, chodzącego do sąsiedniej szkoły, obracającego się w bardzo podobnym, co jego nastoletnia mamusia środowisku - jest. Potomek Starszy, mający kolegów i koleżanki z tej samej grupy społecznej, co jego nastoletnia mamusia, i w ogóle wiodącego życie na każdym poziomie bardzo podobne do tego, które ona wiodła, nie zna ani jednego dziecka, które jest w domu bite. Dla niego jest to tak samo nie do pomyślenia, i tak samo wstrząsające, jak dla Królowej Matki było opisywane przez dziewiętnastowiecznych pisarzy głodzenie, dręczenie i katowanie dzieci oraz trzymanie ich w więzieniu za długi rodziców. Do tego stopnia, że wyłapuje w książce jedno zdanie, które mówi o tym, że bohaterowi zdarza się dostawać lanie.

Jeśli to nie jest dowodem na to, że świat powolutku staje się lepszym miejscem to już nie wie Królowa Matka, co by nim mogło być.


piątek, 3 sierpnia 2018

Pogodne scenki obyczajowe, odcinek wakacyjny

Scenka znad jeziora, odcinek pierwszy.

Tak, Królowej Matce zdarza się włączać (półgłosem) w rozmowy obcych ludzi perorujących głośno na ulicy.

Tak, zdarza się jej pobieżnie zastanowić, kiedy jakiś wyrywny obywatel obdarzony słuchem nietoperza spostponuje ją za to, albo i trzaśnie w ucho.

Tak, rzecz jest, jak się okazuje, dziedziczna.

Okoliczności przyrody - prześliczne: brzeg jeziora, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew, ze złotej plaży pośród drzew schodzi ukontentowana królewskomatczyna rodzina, wykąpana, wypływana i ogólnie zadowolona z życia, i po ścieżce wijącej się między namiotami wypełniającymi ściśle pole namiotowe idzie do wyjścia.

I nagle sprzed jednego z namiotów, znad grillowanej kiełbasy i stolika z baterią napojów wyskokowych dobiega głos hożego, strzaskanego na heban, imponującego mięśniami, pięknie sklepioną czaszką oraz złotą biżuterią młodziana.

Młodzian (donośnie) - Kacper!!! Ty ch... je...ny!!!

Potomek Młodszy (odwracając się jak na sprężynie, mściwie) - I NAWZAJEM!

Tak właśnie rośnie Królowej Matce konkurencja do oberwania w ucho!


Scenka znad jeziora (ale mogłaby być doprawdy zewsząd, upewnia Królowa Matka), odcinek drugi.

Pompon Młodszy (nadbiegając w jakże dla siebie charakterystycznych podskokach oraz na etapie "jestę czarodzieję, bójcie się, bo rzucę klątwę", entuzjastycznie) - Mamo! Spójrz! Mam w majtkach różdżkę!!!

Nie wątp, o Czytelniku, że spojrzeli wszyscy znajdujący się w zasięgu głosu Pacholątka (czyli, co będziemy ściemniać, w promieniu co najmniej kilometra) zażywający wywczasu nad jednym z tysiąca mazurskich jezior obywatele.


Scenka znad jeziora, odcinek trzeci.

Potomki się kąpią. Pan Małżonek się kąpie. Królowa Matka jednym okiem obserwuje kąpiącą się progeniturę, a drugim oraz obojgiem uszu chłonie rozgrywającą się na pobliskim pomoście Dramę, godną zaprawdę Szekspira. Co najmniej.

Głównymi Postaciami Dramy jest Młodzież, reprezentowana przez Piękne Chłopię (serio, naprawdę piękne, takich za czasów Królowej Matki nie robiono, smagłe, ciemnowłose, opalone na oliwkowo, zbudowane jak młody grecki bóg, żadnych tam dwunastopaków i innych bicepsów, sam umiar, dobry gust i hojna ręka Matki Natury), Pogodne Dziewczę, któremu Piękne Chłopię ewidentnie wpadło w oko, oraz grupkę przyjaciół zarówno Chłopięcia, jak i Dziewczęcia, robiąca za Żywo Zainteresowaną Widownię.

Pogodne Dziewczę (tonem osoby zasięgającej podstawowych informacji) - Ej, ty, dziewczynę masz?

Piękne Chłopię (troszkę spłoszone, acz rzucające na Pogodne Dziewczę spojrzenia nie pozbawione zainteresowania) - Nie...

Pogodne Dziewczę (z nietajonym entuzjazmem oraz zachęcająco) - A chciałbyś mieć?

Piękne Chłopię (odsuwając się nieco; troszkę bardziej spłoszone) - Nie, może nie w tej chwili, dziękuję...

Pogodne Dziewczę (nie ustając w wysiłkach, nacierając na młodziana i krok po kroku wypierając go z pomostu) - A to? (tu wskazując kąpielówki Chłopięcia, w intensywnym i pięknie podkreślającym opaleniznę kolorze) Jaki to kolor?

Piękne Chłopię (niepewnie) - Greipfrutowy...

Pogodne Dziewczę (rycząc na cały głos, radośnie) - Jaki? Grejfiutowy?

Piękne Chłopię (spacerowym krokiem kieruje się w stronę rechoczącej bandy kumpli, po czym wmieszywuje się w nią nieznacznie i korzysta z pierwszej okazji, by podać tyły).

Pogodne Dziewczę (zwracając się ze smutkiem do grupki obserwujących rozwój sytuacji koleżanek) - No nigdy go, kurwa, nie poderwę.

Tak więc, jak widać, Romantyzm w narodzie nie ginie, a Uczucia rozkwitają nawet w tym saharyjskim i nie sprzyjającym kwitnieniu klimacie.


A teraz Królowa Matka zwija się i udaje wraz z Rodziną nad jezioro, więc, tego.

Stay tuned.

wtorek, 24 lipca 2018

Wbrew pozorom wpis przez nikogo nie sponsorowany

Rodzinne chwile w samochodzie, z tylnych miejsc dochodzą lube dziecięce głosiki.

Pompon Starszy - O, mamo, zobacz, OBI!

Pompon Młodszy - Mówi się "IBO".

Pompon Starszy - Mówi się "OBI"!!!

Pompon Młodszy - "IBO"!!!

Pompon Starszy - "OBI"!!! Mamo, powiedz mu, że mówi się "OBI"!

Pompon Młodszy - Mamo, mówi się "IBO", prawda?

Królowa Matka (tonem nieco zrezygnowanym) - Mówi się  "OBI", ale Potomek Młodszy, jak był malutki, zaczął mówić IBO i wszyscy to po nim przejęliśmy... zresztą tak jest ładniej, moim zdaniem.

Pan Małżonek (łagodząco) - A zresztą spróbujcie powiedzieć szybko parę razy "IBO"...

Pompony (unisono) - Iboiboiboiboibooo...obiobiobiobi...

Pan Małżonek - Widzicie? Prędzej czy później i tak wyjdzie "OBI". To teraz spróbujcie kilka razy pod rząd powiedzieć "słoma"!

Pompony (nadal unisono, choć tu i ówdzie plącząc głoski) - Słomasłomasło... masło...masłomasłomasło...

Pan Małżonek (aprobująco) - Bardzo ładnie! I jak tak szybko mówicie, jakie słowo słyszycie?

Pompon Młodszy (entuzjastycznie) - Nutella!


KURTYNA TAK BARDZO.

piątek, 29 czerwca 2018

Chwila, w której skończyły się pomysły na tytuł posta


Potomek Starszy (dzielnie brnie przez "Pana Tadeusza").

Pompon Młodszy i Starszy biegaja po werandzie obok Braciszka, bohatersko ignorujacego ich igrce.

Pompon Mlodszy (zatrzymując się w pędzie i rzucając okiem na okładkę, na  której pyszni się portret Autora; radośnie) - O, pan alkoholik, widzę! (odbieża w radosnych podskokach pozostawiając resztę rodziny na próżno usiłującą znaleźć na to jakiś rzeczowy komentarz).

I to by było na tyle w kwestii Szacunku dla Wieszcza.

niedziela, 24 czerwca 2018

Tonąc (Marta Kisiel, "Toń")

W zasadzie Królowa Matka spodziewała się, że ta chwila kiedyś nadejdzie.

Chwila, gdy nie będzie umiała zrecenzować jakiejś książki, (najpewniej takiej, która jej się spodobała i/albo zrobiła zamęt w głowie, bo że Ta Chwila trafi na gniota lub rzecz całkowicie Królowej Matce nie podchodzącą jakoś się nie obawiała. Ciekawe, jak o wiele łatwiej jest pisać o tych negatywnych emocjach).

Padło na

"Toń" Marty Kisiel.

Jak co dokładniejsi Czytelnicy tego bloga może pamiętają, przygoda Królowej Matki powieściami Marty Kisiel zaczęła się od "Nomen Omen", jako że debiutanckie "Dożywocie" było w księgarniach niedostępne, a na Allegro osiągało kwoty niebotyczne.

I bardzo sobie Królowa Matka chwali tę kolejność, dzięki niej bowiem nie została tknięta tym, co sobie roboczo nazwała "klątwą Licha" (o której jeszcze będzie poniżej). Dzięki temu właśnie nie zrobiły na niej żadnego wrażenia wydawnicze zapowiedzi ("Rodzinne sekrety, podróże w czasie, ukryte skarby i krwawa historia Dolnego Śląska... Czyli Marta Kisiel, tym razem serio"), ponieważ dla niej Marta Kisiel zawsze była "tym razem serio", a że przy jej powieściach można było się uśmiechnąć, albo i głośno śmiać? A kto powiedział, że o poważnych sprawach można pisać wyłącznie poważnie, a wybuch śmiechu podczas lektury dyskwalifikuje książkę jako mającą wartość inną niż rozrywkowa? Bo że nie Królowa Matka to pewne.

W związku z powyższym Królowa Matka przystąpiła do lektury bez obaw, acz z pewnymi oczekiwaniami, co oczywiste, a także z nastawieniem, że przeczyta, przemyśli i chwilę potem napisze recenzję, bo w końcu otrzymanie egzemplarza recenzenckiego zobowiązuje.

Po czym przeczytała...

I utknęła.

Napisać, że utknęła, uwięziona przez myśli, niby bohaterowie w rzece, że zatonęła, że została wciągnięta przez wir myśli i wrażeń byłoby tak tanie i żałosne, że ojejciu, tym niemniej coś podobnego właśnie się stało. Królowa Matka usiłowała coś z siebie wydusić, a słowa cofały się jej do gardła, tłoczyły w głowie, pchały wszystkie naraz w nieskoordynowany sposób i za nic nie chciały się układać w logiczne zdania. Znacie uczucie, gdy człowiek idzie pod wiatr w czasie naprawdę silnej wichury, chce coś powiedzieć, otwiera usta, a wiatr wpycha mu słowa z powrotem do gardła, napełnia powietrzem, nie pozwala wydobyć z siebie dźwięku, choć chciałby się krzyczeć? No. To było dokładnie takie uczucie.

A zatem jeśli ktoś pożąda rzetelnej i zgodnej z zasadami gatunku recenzji, niech lepiej porzuci ten wpis, gdyż tu będzie SUBIEKTYWNIE. I emocjonalnie będzie, i pewnie spoilery się trafią, chociaż będzie się Królowa Matka starała, ile sił, by ich uniknąć.

Treść "Toni" zna już cały internet, który pławi się od ponad miesiąca w recenzjach, przedpremierowych (tak, Królowa Matka też mogła taką popełnić. Nie, nie zdziwi się, jeśli Uroboros nigdy w życiu nie podeśle jej już egzemplarza do recenzji, skoro musi czekać na nią dwa miesiące. Ekhm) i popremierowych, więc Królowa Matka tylko napomknie od niechcenia, gwoli recenzenckiemu obowiązkowi, a jak któryś z Czytelników poczuje niedosyt, może udać się do innych, bardziej obowiązkowych Recenzentów, albo (najlepiej) przeczytać książkę.

Dżusi Stern wraca do rodzinnego Wrocławia.. Wraca pod przymusem, niechętnie i na chwilę, do mieszkania, w którym przeżyła wraz ze starszą siostrą dzieciństwo pod opieką ciotki. Od której to ciotki obie uciekły, każda na swój własny sposób - Dżusi fizycznie, przenosząc się do Opola i starając się ile sił nie poświęcać cioci, siostrze, Wrocławiowi, kamienicy na Lompy i ogólnie prawie dwudziestu latom swego życia więcej uwagi niż jest to niezbędnie konieczne, a Eleonora - psychicznie, obudowując się rytuałami, perfekcjonizmem, milczeniem, z których buduje mur, za który nie ma wstępu nikt.

Wychowująca je po tajemniczym zniknięciu rodziców (a w zasadzie podejmująca heroiczny wysiłek, by je wychować i zapewnić im bezpieczeństwo) ciocia Klara też jest zresztą zamknięta, odgrodzona ścianą despotyzmu, nigdy nie wykrzyczanej złości, gniewu i żalu od bratanic, które co prawda wychowała, ale którym - zamiast ciepła i poczucia bezpieczeństwa - umiała dać jedynie dach nad głową, trzy posiłki dziennie i gorset zasad, w którym je zamknęła na trzy spusty, zatrzasnęła, unieruchomiła.

Nigdy nie wpuszczaj nikogo za próg.
Nigdy nie zostawiaj pustego mieszkania.
Nigdy nie wspominaj, co się stało z rodzicami.

W cieniu tych właśnie zasad upłynęło całe dzieciństwo i lata nastoletnie sióstr Stern, od nich uciekła Dżusi, a teraz wraca na trzy tygodnie - wściekła, kolorowa, hałaśliwa, wypełniona buntem jak balonik helem, niemal unosząca się nad ziemią - ponieważ ciocia wyjechała, Eleonora pracuje, a mieszkania nie wolno zostawić samego. Druga zasada, Nigdy. No przecież.

Wraca i natychmiast łamie zasadę pierwszą, wpuszczając za próg tajemniczego mężczyznę o hipnotycznym głosie, który przedstawia się jako antykwariusz i twierdzi, że ciotka dziewcząt zleciła mu poszukiwania pewnego przedmiotu, a zapłatą za odnalezienie go miał być inny przedmiot, którego, co za nieszczęsny traf, ciocia nie zdążyła mu dostarczyć przed swoim wyjazdem. Więc czy on nie mógłby wejść na chwilę i się rozejrzeć? Niczego nie będzie ruszał. Weźmie, co jego i zniknie, jakby go tu nigdy nie było.

I rzeczywiście, wchodzi, zabiera, znika, i zaczyna się dziać. Rodzinne tajemnice wypływają na powierzchnię, zwykli ludzie okazują się nie być wcale tacy zwyczajni, rozpoczyna się gra z czasem i próba rozwiązania zagadki sprzed szesnastu lat. Dżusi, trafiając przypadkiem na trop hipnotycznego antykwariusza, kradnie zabraną przez niego paczuszkę, wskutek czego w życiu obu sióstr pojawia się tajemniczy zegarmistrz-grawer, każda kolejna zdobycz, każde kolejne znalezisko, każda kolejna pojawiająca się postać zamiast dostarczać odpowiedzi powoduje mnożenie pytań, w tle rodzinne więzi, podróż do przeszłości i tragiczna historia Wrocławia, a całość sprawiała na Królowej Matce wrażenie mistrzowskiego tkania - tu nić, tam druga, przeplatają się niby nieskładnie, niby plączą i nie pasują do siebie, a gdy spojrzeć z daleka tworzą barwną, mieniącą się całość - i wywoływała (bezinteresowną! żeby nie było!) zazdrość, bo Królowa Matka też chciałaby umieć tak pięknie tkać słowami, a nie umie.

Jak wszystkie powieści Marty Kisiel, tak i "Toń" bohaterami stoi, i teraz będzie to coś subiektywne i osobiste, co to Królowa Matka wspominała, że będzie - otóż  Marta Kisiel robi Królowej Matce w główkę to samo, co robiła jej Małgorzata Musierowicz, gdy Królowa Matka była niewinnym dziewczątkiem (i NIE, Królowa Matka NIE UWAŻA, że pisarstwo Marty Kisiel i Małgorzaty Musierowicz wywodzi się z jakiegoś wspólnego pnia czy ma jakieś wspólne cechy, swoją opinię na ten temat wyłożyła w recenzji "Nomen Omen" i od tamtego czasu jej nie zmieniła, a jeśli już to raczej w stronę jeszcze silniejszego zdziwienia, że ktokolwiek może ten wspólny mianownik widzieć). Oto w trakcie lektury książek Małgorzaty Musierowicz na mózg Królowej Matki padał czar. Tajemnicza mgła spowijała świat, wytłumiając wszystko, jak na przykład jeżdżące pod kamienicą na Roosevelta tramwaje, hałas, niedobory PRL-owskich sklepów, biedę, szarość i brzydotę osiedli lat 70-tych. Tajemnicze światło zaś opromieniało bohaterów. Chciało się ich znać. Przyglądać z bliska. Słuchać. Uczestniczyć w ich życiu. Nawet smarowanie chleba pastą twarogową miało nieodparty czar. Nieważne, co się stało i z tymi bohaterami, i z panią Musierowicz później, nieważne, jakie postawy przezierały spod ich słów i postępków. Dwunastoletnia Królowa Matka widziała ich zawsze spowitych czarowną mgłą.

Identycznie to samo ma Królowa Matka ze światami Marty Kisiel. Fizycznie zazdrości bohaterom, że mogą w nich być. Nieważne, jak niebezpieczne to światy i jak niebezpieczni bohaterowie, nieistotne, jak wiele niosą w sobie rozpaczy, gniewu, jak bardzo są obolali, zamknięci, jak bardzo poplątane są ich uczucia, i że wiele czasu trzeba, by je uładzić. Królowa Matka chciałaby ich wszystkich znać osobiście. Dzieje się coś całkiem zwykłego, na przykład Eleonora wchodzi do domu i zdejmuje klapki, a Królowa Matka chciałaby wejść z nią, zasiąść przy stole w kuchni, pogłaskać kota, czasem odczuwa tę chęć aż boleśnie. Magia, Panie i Panowie, czysta magia.

Jest w "Toni" i ten inny, bardziej typowy rodzaj magii, takiej, którą Królowa Matka wysoko ceni, chyba najwyżej - magii codziennej, współdziejącej się obok nas, niemagicznych szaraczków, niejako "nałożonej" na nasz świat, magii, w której nosicielami mogą być najzwyklejsi na pierwszy rzut oka ludzie i nikt nie może być pewien, czy ich sąsiad, spokojny pan w płaszczu w jodełkę, albo kuzynka, hałaśliwa, mocno wymalowana i trwałą ondulacją, nie są tak naprawdę magiem, psychopompem (człowiekiem potrafiącym podróżować w czasie), odwiecznym potworem z głębin czasu czy Mojrą, a nie szarym i nudnym obywatelem lub znoszonym z trudem członkiem rodziny, na którego wygląda.

Jest i magia potężna, prastara, przemożna siła, nie zabawka dla ciekawskich, jest trochę taka, jaką Królowa Matka znalazła w "Demonie Luster" (choć oczywiście zupełnie innego rodzaju). Taka, do której nawet fachowcy muszą podejść z szacunkiem, bojaźnią i pełną świadomością, że coś może pójść źle, a wtedy nie ma zmiłuj. Moment, w którym jednej z bardzo fachowych, bardzo mądrych i bardzo zaprawionych w pracy z Magią, Czasem i Losem osób coś idzie nie tak jest jednym z najbardziej wstrząsających w powieści, Królowa Matka ma ciarki na samo wspomnienie, a jej egzemplarz książki sam się otwiera na stronie z opisem, tak często był on czytany.

Jeśli chodzi o podróże w czasie to jest Królowa Matka przekonana, że jeśli będą kiedykolwiek możliwe, to tak właśnie. Bez żadnych maszyn, żadnych wehikułów, nie w poziomie. Ale w pionie. Krok po kroku coraz niżej, coraz głębiej, w coraz ciemniejszą ciemność, coraz gęstszą gęstość, aż wreszcie nie będzie już można zaczerpnąć tchu i zrobić ruchu. Genialne.

Ale przede wszystkim "Toń" z całym swym miejsko-fantastycznym wykreowanym światem  jest opowieścią o okaleczonej rodzinie (o kilku rodzinach, tak naprawdę), o skomplikowanych związkach w jej łonie i o tym, jak stare naleciałości, narzucone powinności i nierozwiązane konflikty potrafią wpływać na kolejne pokolenia. O tym jak bardzo trudno jest się z sieci tych powiązań wyplątać i jak łatwo wciągnąć w nie innych. I tu wracamy do "klątwy Licha", o której Królowa Matka wspomniała na początku swego słowotoku.

Otóż pierwszą myślą Królowej Matki po skończeniu książki było: "No, to to się wieeelu nie spodoba!".

Nie wie Królowa Matka, czy tak było, bo odkąd zaczęła trochę więcej recenzować porzuciła zwyczaj czytania cudzych recenzji, nim popełni własną. Zakłada, że ślepo można liczyć na fandom Marty Kisiel, który swoją Ałtorkę kocha i wielbi każde słowo, które wyszło spod jej pióra. Podejrzewa, że jest sporo osób, dla których "Toń" była pierwszym spotkaniem z autorką, i tym osobom "Toń" się spodobała albo nie, w końcu ile ludzi tyle opinii i nie ma obowiązku lubić wszystkiego.

Ale jest przekonana, że istnieje grupa czytelników, dla których Marta Kisiel jest przede wszystkim autorką książek lekkich i do pośmiania się, taką  Chmielewską urban fantasy. Grupa, która oczekuje od Marty Kisiel WYŁĄCZNIE porcji rozrywki. Która oddycha z ulgą, gdy natrafi w powieści na jakiś zabawny językowy wygibas czy z rozmachem napisaną zabawną scenkę, bo nareszcie ma to, czego chciała - Martę Kisiel, humorystkę (gdyby jeszcze tylko było więcej Licha, to już w ogóle). A że pod tą scenką aż kipi od gniewnej rozpaczy, że opisywani bohaterowie są tak naprawdę - wszyscy jak jeden - bohaterami wręcz tragicznymi, że łączy ich tyle skomplikowanych, trudnych, bolesnych więzów, że każdy niesie na plecach ciężar nie do uniesienia* - to wszystko nic nie szkodzi, tego wszystkiego nie widać, bo język powieści jest lekki i szybko się czyta.

Trochę to przypomina Królowej Matce wstrząsające - jej zdaniem - opinie o Terrym Pratchettcie, który "napisał na początku kilka dobrych, śmiesznych książek, a potem odcinał od tego kupony", albo wyrażone gdzieś w czeluściach internetu zdanie, że "Siła niższa" Marty Kisiel jest zbiorem przezabawnych gagów, choć jej zdaniem "Siła niższa" aż drży od wewnętrznego smutku.

Wyzna Królowa Matka, że bardzo szanuje fakt, że Marta Kisiel "klątwie Licha" nie ulega. Chyba (choć tego Królowa Matka nie jest pewna) Ałtorce byłoby łatwiej trzasnąć kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt książeczek ze śmiesznymi bohaterami, którzy robią śmieszne rzeczy, zamiast pulsującej podskórnym bólem opowieści o dogłębnie samotnych ludziach, którzy zostali zranieni przez tych, którym ufali, i ze strony których mieli prawo spodziewać się wsparcia i opieki, i próbują z tym bólem jakoś żyć, bo nie potrafią sami go uleczyć, a nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc.

Dla Królowej Matki napisanie takiej właśnie powieści, i to napisanie jej językiem lekkim, skrzącym się od żartów i, tak, potrafiącym przysłonić tę bolesną treść woalem dowcipu, to jest dopiero sztuka. Milion razy woli Królowa Matka to właśnie. No, ale ona uważała (i napisała to w swojej recenzji, a jak), że "Dożywocie" jest rodzajem zbiorem opowiadań, ponad które zawsze stawiała "Nomen Omen", choć JUŻ w "Dożywociu" potrafiła odkryć poważniejsze nuty.

Dobrze, że Marta Kisiel jest oficjalnie "bardziej serio". Czasem musi być serio. Czasem najlepiej być serio. Czasem tak trzeba, a nawet należy.

Królowa Matka kocha Licho, czyta o nim ze wzruszeniem, wykonała jego portret szydełkowy i rozumie osoby, które chcą o nim czytać. Licho i jego słodycz jest potrzebne w życiu każdego. Czasem.

Ale czasem jest potrzebne swędzenie w mózg.

Na przykład takie, jakie Królowej Matce zapewniła stara Bimbowa. Od pierwszego zdania, od pierwszej strony, od pierwszego momentu, w którym się pojawiła. Niewidzialna, niesłyszalna, dziwaczna staruszka, siedząca w oknie całymi dniami, sąsiadka, która zawsze jest, więc jej nie widać, do której rozpaczliwych okrzyków "Pamiętam! Ja pamiętam! Nie zapomniałam! Ja pamiętam!" się przywykło, więc jej nie słychać. Dziwaczna staruszka, każdy taką zna. Ile takich starych Bimbowych spotkała w życiu, zastanowiła się Królowa Matka.

Ile zignorowała.

Przed iloma nie zatrzymała się, by powiedzieć: "Jestem tu. Słucham. Powiedz mi, co pamiętasz".

A przecież dla nas, pozbawionych magicznych mocy, stare Bimbowe tego świata to jedyna szansa, by utonąć w czasie. Tylko tak potrafimy.

Za tę lekcję również jest Królowa Matka Marcie Kisiel wdzięczna.

I prosi o więcej**.





*Królowa Matka czuje się jednakże w obowiązku napisać, że jej ulubionym bohaterem "Toń" jest jedyna osoba nie obarczona ciężarem, nie niosąca w sobie wewnętrznego żalu i nie tkwiąca w okowach niejawnej, niewidocznej na pierwszy ani nawet drugi rzut oka rozpaczy, czyli narzeczony Dżusi, Karolek, postać, która w dwóch na trzy przeczytanych przez Królowa Matkę recenzji została określona jako "nijaka" i "niezupełnie pasująca". Tak, Karolek jest łagodny, dobry, pochodzi z kochającej się rodziny i nie ma żadnych niezwykłych mocy. Poza umiejętnością czekania, gdy trzeba czekać, wspierania, gdy trzeba wesprzeć, trwania niezłomnie przy boku, mówienia "idź, musisz,tak trzeba, będę tu, gdy wrócisz" oraz trzymania za rękę i powtarzania "dasz radę, jestem przy tobie, nie bój się, dasz radę". Jest tym, kim Sam Gamgee dla Froda i Ron dla Harry Pottera. Kimś, kto nie jest superbohaterem, ale bez którego żaden superbohater nie miałby szans zabłysnąć swoim superbohaterstwem, bo nie przeszedłby pierwszej próby/ załamał się/ upadł i nie wstał/ zwątpił/ przestraszyłby się i cofnął. Jest tym, czego najbardziej potrzeba światu. Świat potrzebuje Karolków. Nieustannie.

**Ale nie naciska. Poczeka tyle, ile będzie trzeba.

środa, 23 maja 2018

Klęska wychowawcza, dowód milion pięćset sześćdziesiąty drugi (i nie ostatni)

Pompon Młodszy (układając puzzle odwrotnie* na dywanie w głębokim namyśle na inne niż puzzle tematy, jak się wkrótce okaże) - Mamusiu, a jak wyglądają banki?

Królowa Matka (nieco zaskoczona) - Banki? No, banki wyglądają różnie. Zależy, o jaki ci chodzi...

Pompon Młodszy - A pokażesz mi kiedyś jakiś?

Królowa Matka (nie powzinając żadnych podejrzeń) - No pewnie, kiedy chcesz, banków w okolicy skolko ugodno... ale po co ci to nagle?

Pompon Młodszy (nie odrywając się od starannego umieszczania odwróconego puzzelka w odpowiednim miejscu) - Bo jak by wiedziałem, jak wygląda bank, to by natychmiast na niego napadłem...

Królowa Matka (milczy z otwartymi usty i z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy, w popłochu usiłując znaleźć jakiś Kulturalny i Pedagogiczny Komentarz Rodzicielski).

Pompon Młodszy (kontynuując zarówno proces układania puzzelków, jak i twórczą myśl) - ... bo przecież dziecka by nikt nie podejrzewał.


Tak więc, jeśli usłyszysz, o Czytelniku, o banku napadniętym przez osobę, której - z racji wzrostu - nie objął monitoring, wiedz, że to Pompon Młodszy wkroczył na Ścieżkę Występku.



* układanie puzzli odwrotnie polega na rozsypaniu ich obrazkiem do dołu i układaniem w tej właśnie formie. Układanie puzzli innych niż te liczące 500 kawałków obrazkiem do góry jest, zdaniem Pompona Młodszego, dla mięczaków.

czwartek, 17 maja 2018

Pompony grają

Czas - codzienny kwadransik sprzed czasów, kiedy to Pompony dowiodły swoim zachowaniem ponad wszelką wątpliwość, że są emocjonalnie niedojrzałe i dostały szlaban na X-boxa do czasu, gdy dojrzeją.

Miejsce - salon (z braku lepszego słowa) w Domu w Dziczy.

Postacie - Pompony, wyłączone z życia i komunikacji innej niż ta dotycząca gry oraz Królowa Matka (przez chwilę, za to z notesikiem w dłoni).


Pompon Młodszy (tonem życzliwej porady) - To może zróbmy tak, że ty umrzesz, a ja będę kontrolował żabę.

...

Pompon Starszy (z rozczuleniem) - Ojej, jakie ty śliczne koteczki masz! Jakie maluszki słodkie, jakie urocze!
Pompon Młodszy (silnie poirytowany) - Czy ciebie nie powinien raczej poruszać fakt, że twój brat właśnie się pali?!

...

Pompon Starszy (niewykluczone, że po ugaszeniu brata) - O, i króliczki masz maciupkie! Malutkie, z mamusią!
Pompon Młodszy - To tatuś jest.
Pompon Starszy (poprawia się posłusznie) - Z tatusiem... (po chwili, z zaciekawieniem) A mamusia gdzie?
Pompon Młodszy (rzeczowo) - Mamusia uciekła.

Ha!

Królowa Matka ma nadzieję, że zwrócili Państwo uwagę, w jakie głęboko życiowe gry grają królewskomatczyne Potomki.

środa, 25 kwietnia 2018

Świat seriali à la Dom w Dziczy

 - No, ten to się nie przepracowuje... Bruzda krzywa, dałabym ci ja przez łeb to byś zobaczył krzywą bruzdę! O, o, żeby się to taki owaki nie podźwigał od noszenia modlitewnika, żeby aby przepukliny nie dostał!
- A czego ty się Pieczki tak czepiasz?!
- Jakiego Pieczki, nie czepiam się zadnego Pieczki, Pieczkę to ja kocham! Wielebnego nie kocham, budzi we mnie rewolucyjny duch antyklerykalizmu i Jakuba Szeli!
- <powątpiewająco> Szeli to raczej nie...
- No chyba ja wiem lepiej, czyj duch we mnie wzbiera, nie?!

Aktorka na ekranie "Oskubałabym ci ja tyłek to byś obaczył!"
- Na twoim miejscu, facet, bym uważała  <mściwy rechot>. To jest pani Merle, ona to ci oskubie tyłek zanim zdążysz powiedzieć "a juści"!

- O, o, o, idzie, najpiękniejszy z całej wsi! Boże, jak mnie ten Gogolewski w charakterze pięknego chłopca w oczy boli! <po chwili krytycznego wpatrywania się w ekran> Może ma te inne zalety, co ty wiesz, a ja rozumiem, te, co to ich też nie widać...

- Ale te przyśpiewki weselne to takie wincyj głupie są.
- Dlaczego? Ja lubię. Raczej. Mogłabym słuchać dla przyjemności, na przykład jak "Mazowsze" śpiewa...
- A gdzie ty tam "Mazowsze" zobaczyłaś?!

- No ten aktor to chyba ukraińskie korzenie ma, żywcem Kozak zaporoski! Bez charakteryzacji mógłby go grać!
- Rzeczywiście! Zupełnie jak jeszcze jeden taki, on co prawda nie Kozaka, kojarzysz?
- Nie. Jaki?
- No, ten drugi... no... no, wiesz, ten, co by mógł taliba grać bez przygotowania, ściągnięty prosto z ulicy, ma taki fanatyczny wyraz oczu... no... ten... No, wiesz, ten idiota!
- A w takim razie, wybacz, ale musisz bardziej doprecyzować.

- A ten za co dzieciaka bije?
- Bo mu krowę zmarnował.
- <wybuchając oburzeniem> Oszalałaś?! Odbiło ci?! Co dziecko winne, jak mu zależało to sam mógł tej krowy pilnować zamiast się po świecie tłuc, chodzić przy niej, troszczyć się, a nie teraz, że dzieciak!!!!
- PRZEPRASZAM, ale czy ty właśnie na mnie krzyczysz, bo jakiś chłop w dziewiętnastym wieku na wsi polskiej, fikcyjnej w dodatku, syna pobił?!

Czyli Królowa Matka wraz ze swą Mamusią oglądają  "Chłopów".

 Ciągu dalszego nie wyklucza się.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Co zawdzięczamy Facebookowi

Mnóstwo rzeczy zawdzięczamy, a między innymi ten wpis.

Facebook, otóż, truje Królowej Matce "Masz na Facebooku 1440 obserwatorów, gratulujemy, że masz 1440 obserwatorów, którzy jednakże nie mają z tobą żadnego kontaktu od jakiegoś czasu". "Pamiętaj, że twoich 1440 obserwatorów jest ciekawych, co u ciebie!". "Nie pozwól zapomnieć o sobie twoim 1440 obserwatorom!".

Gdyby Facebook truł jeszcze bardziej, jeszcze częściej i bardziej nachalnie Czytelnikom Królowej Matki nie umknęłyby:

- dramatyczna wizja (Pompon Starszy, w zachwycie oglądający z Królową Matką filmiki, na których Artysta rzeźbi i maluje maleńkie, przepiękne domeczki jak dla krasnoludków, przeznaczone na stojaczki do ołówków i długopisów: "Mama, jakie piękne są te domki z drewna! Też by takie zrobiłem! Jak tylko tata da mi siekierę...!"),

- reminiscencje z balu przebierańców w przedszkolu (Pompon Młodszy, w przebraniu sokoła, pieczołowicie wykonanym Spracowaną i Niechętną Szyciu Matczyną Dłonią, podekscytowany: "Babciu, czy chcesz zobaczyć mojego ptaka?"),

- entuzjastyczne podejście do zapoznawania się z Alfabetem Ojczystym (Pompon Starszy, z rozwianym włosem, błyskiem w oku i entuzjazmem wszędzie: "Mamo, dziś wszyscy poznali moje cztery litery!"),

- głębokie uwagi, żywcem nadające się do Złotych, Acz Może Odrobinę Nietypowych (I Niepokojących) Myśli (Potomek Starszy, w zadumie: "Niektórzy ludzie są jak te tęczowe sprężynki. Nie służą do niczego, za to pięknie spadają po schodach").

Wszystko to byłoby tu pieczołowicie umieszczane pod stosowną datą i pojedynczo.

A nie - skoro Facebook nawija i męczy nie dość nachalnie - na, excusez, kupie.

Ale lepiej tak, niż wcale przecież, bez Facebooka i jego przypominajek blog Królowej Matki obumarłby sobie spokojnie, notując w roku 2018 dwanaście wpisów, z których każdy byłby recenzją książki (takie powzięła noworoczne postanowienie, to znaczy nie takie, że jej blog obumrze, tylko, że popełni dwanaście recenzji), wskutek czego tytuł bloga zrobiłby się kompletnie bez sensu.

Słowem, dziękuje ci Królowa Matka za przypominajki, Facebooku! W imieniu swoich 1440 obserwatorów.

I prosi o więcej :).

A chwilowo oddala się w kierunku okrzyków dobiegających z werandy.

Pompon Starszy - Antek?
Pompon Młodszy (flegmatycznie) - Co?
Pompon Starszy - Antek! No, Antek!!!
Pompon Młodszy (bez zmian) - No, co?
Pompon Starszy (z coraz większym nasileniem decybeli oraz szeroko pojętej irytacji w głosie) - Antek! ANTEK! Chodź tu wreszcie!!!
Pompon Młodszy (niezwykle, ale to, powiada Szan.Państwu Królowa Matka, NIEZWYKLE dobitnie) - ODCZEP SIĘ! JA TU SIĘ CIESZĘ ŻYCIEM!!!

Czego wszystkim nam Królowa Matka życzy w ten piękny, wiosenny dzień.

I idzie koić wezbrane emocje potomstwa.

sobota, 10 marca 2018

Co znalazła Ida po drugiej stronie lustra (Martyna Raduchowska, "Demon Luster")

"Szamankę od umarlaków" Martyny Raduchowskiej poznała Królowa Matka we fragmentach lat temu  siedem, acz nie pamięta dokładnie okoliczności. Na pewno było to w szpitalu, albo gdy leżała na Patologii Ciąży i czekała, aż jej Uparte Pompony uznają, że dosyć tego dobrego, już udowodniliśmy światu, że ciąże bliźniaczą da się przenosić i możemy się rodzić, albo w Klinice Kardiologii, gdy usiłowała doprowadzić swoje serce do jakiego-takiego ładu. Książka nie należała do Królowej Matki i w dodatku gdy tylko zdążyła się ona w nią wciągnąć (co nastąpiło raczej szybko) Pompony uznały, że nadszedł czas, by obdarzyć świat swymi barwnymi osobowościami/serce Królowej Matki zaczęło bić w jakimś akceptowalnym rytmie, Królowa Matka opuściła szpital, a potem, cóż, nie miała głowy, by zajmować się uzupełnieniem braków w lekturze współczesnych młodych pisarek.

Tym bardziej ucieszyła się odkryciem, że na Krakowskich Targach Książki Martyna Raduchowska będzie podpisywać "Szamankę..." na tym samym stanowisku, co Marta Kisiel.  Ucieszona Królowa Matka nabyła Dzieło, odstała swoje w kolejce po autograf i, cała szczęśliwa, przystąpiła do lektury natychmiast po wejściu do autokaru linii Kraków-Toruń, a kontynuowała ją w Domu w Dziczy, produkując przy okazji swój pierwszy Łapacz Snów (chociaż zdecydowanie nie taki ładny jak ten, co występował w książce).


Po czym Lektura dobiegła końca, a Królową Matkę trafił szlag, została bowiem z z przeczytaną książką w dłoni i z opowieścią, która się dopiero zaczynała.

Co starsi (stażem) Czytelnicy pamiętają być może, jak Królowa Matka znęcała się nad Katarzyną Michalak oraz wydawnictwem Znak, które wykonało ten sam manewr w przypadku "Ogrodu Kamili". Różne wyrazy rzucała ona pod adresem wydawnictwa, które nie uprzedziło czytelników, że kupują tak naprawdę część pierwszą i jeżeli chcą się dowiedzieć, jak się całość skończy będą musieli nabyć drugą, a kto wie, może i trzecią. A znęcała się wszak nad AłtorKasią, której wytforry jej w ogóle nie poruszyły i nie zainteresowały, przeciwnie, srodze wynudziły, znęcała się w czynie społecznym niejako, z myślą o osobach, które nabyły rzecz drogą kupna dla siebie z upodobania albo na prezent ze względu na okładce, nie uprzedzone nawet najmniejszym "ciąg dalszy wkrótce nastąpi" malutkim druczkiem na stronie tytułowej.

Ale tu!!! Po interesującej lekturze! Po polubieniu bohaterów, po akcji, co zaczyna się toczyć jak śniegowa kula! Królowa Matka runęła na Allegro, figa, "Demon luster" był nieosiągalny, runęła na stronę wydawcy, która enigmatycznie poinformowała ją: "druga część "Szamanki od umarlaków" wkrótce", w Domu w Dziczy zabrakło woreczków do oddychania ku ukojeniu nerwów, a mściwa chęć, by napisać reckę "Szamanki..." pod tytułem "Martyna Raduchowska Katarzyną Michalak urban fantasy" rosła jak ciasto drożdżowe na przytulnie ciepłym piecu.

Królowa Matka żelazną dłonią ujęła za pysk złą część swej natury i - zrezygnowana nieco - zaczęła czekać na "Demona Luster", odliczając dni do 28 lutego, aż tu nagle pewnego dnia w styczniu, dość nieoczekiwanie dostała maila od Wydawnictwa Uroboros  z pytaniem, czy nie byłaby zainteresowana otrzymaniem którejś z lutowych premier do recenzji. A wśród premier - "Demon Luster". PONAD TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJ!!!

Królowa Matka odpisała, że tak! jak najbardziej! byłaby zainteresowana!, otrzymała swój egzemplarz na początku lutego, miłośnie przystąpiła do lektury i teraz będzie wyłuszczać swoje wszystkie (albo prawie wszystkie) przemyślenia, usiłując jednocześnie nie spoilerować, co łatwe nie będzie.


Przede wszystkim dlatego, że czytać ze zrozumieniem części drugiej (którą "Demon Luster" niewątpliwie jest) bez znajomości części pierwszej się nie da (to znaczy, na pewno się da, ale łatwe to nie będzie), i jeżeli któryś z Szan. Czyt. pragnie zanabyć utwór niech się nastawia na dwupak.

A skoro tak to w recenzowaniu części drugiej nie da się tak całkiem uniknąć spoilerów ze względu na konieczność chociaż minimalnego streszczenia części pierwszej.

No to lu, Królowa Matka będzie streszczać. Oględnie. Taką ma przynajmniej nadzieję.

Otóż jest sobie pewna Ida. Ida ma dziewiętnaście lat, wiernie towarzyszącego jej Pecha i imponujący, czarodziejski rodowód. Pochodzi z szacownego rodu czarodziejów, który to ród może poszczycić się dłuuuuuugą linią magów o nieskazitelnie magicznej krwi i takichż zdolnościach.

Niestety, Idy te zdolności nie dotyczą. W najmniejszym stopniu. Jest tak niemagiczna, jak tylko można być, zdesperowani rodzice poddają ją licznym próbom, a to zawieszą nad jakąś przepaścią, a to zmiękczą schody tak, że ich wychuchana jedynaczka utyka w nich po kolana, a to napoją ją jakimś eliksirem, a to rzucą jakimś urokiem, słowem - robią rzeczy, które normalne, magiczne dziecko albo by zauważyło i ominęło, niewykluczone, że z radosnym chichotem, albo by nie nie podziałały. Ponieważ na Idę działają rodzice muszą ostatecznie pogodzić się z faktem, że ich jedyna córka nie ma w sobie ani krzty magicznych zdolności i przeznaczają jej jedyną drogę przewidzianą dla niemagicznych córek czarodziejów - żony jakiegoś czarodzieja wysokiego rodu i matki jego (z dużym prawdopodobieństwem magicznych) dzieci.

Idy taka kariera nie interesuje. Posiadanie magicznych talentów też zresztą nie. Idę interesuje bycie normalną dziewczyną, studiowanie normalnego kierunku na normalnym uniwersytecie, chadzanie do kina i na imprezy z normalnymi znajomymi, zaprzyjaźnianie się oraz szeroko pojęte normalne życie. Postanawia ona zatem uciec z domu, zamieszkać w jakiejś sympatycznej odległości od magicznej rodziny, podjąć studia i mieszkać, jak normalny człowiek, w akademiku.

I zacząć wreszcie normalnie żyć.

Niestety.

Dość szybko wychodzi na jaw, że wróżbitką oraz czarownicą może Ida i nie jest.

Nie oznacza to jednakże, że nie ma żadnego talentu.

Okazuje się, że Ida jest szamanką od umarlaków, a więc kimś pomiędzy medium a banshee. Jako medium - widzi zmarłych ludzi. Jako banshee - potrafi przewidzieć czyjąś śmierć. Nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale z chwilą, w której doznaje wizji, staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Osobiście odpowiedzialna jest za to, by przeprowadzić zmarłego na drugą stronę Rzeki. Zaniedbanie tego obowiązku  skutkuje utratą przez nią kawałka jej własnej duszy. Trudno powiedzieć czy dar ten jest dla Idy błogosławieństwem czy przekleństwem; chyba raczej tym drugim, bo rzadko zdarza się by medium do tego stopnia pozbawione było powołania, z awersją do duchów i niechętne uczeniu się czegokolwiek, co jest związane z byciem medium, z duchami, umarłymi, zaginionymi duszami i tymi wszystkimi rzeczami równie dalekimi od normalności co czary.

Idę żegnamy w chwili, gdy wpada w prawdziwe tarapaty. Dusza człowieka, którego miała przeprowadzić na drugi brzeg, znika w Świecie za Lustrami, Ida składa nieśmiertelną przysięgę, której niedotrzymanie skutkuje rozmyciem się jej duszy w Nicości, dziewczyna musi zawitać do bram piekieł, aby odnaleźć powierzoną jej duszę, a ponadto włóczy się za nią harpia, dzień i noc wyjąc potępieńczo. Że o funkcjonariuszach Wydziału Opętań i Nawiedzeń nie wspomnimy. Oni nie wyją co prawda, ale utrudniają, co się da oraz są nieprzyjemnie podejrzliwi.

Od pierwszej chwili "Demona Luster" wszystko się coraz bardziej komplikuje. Ida musi rozwiązać sekret tajemniczych zniknięć czarownic i czarodziejów, coraz częściej nawiedzające ją koszmary nie dają dziewczynie spać, a jeśli już zasypia jej Dar podsuwa mroczne wizje - wspomnienia, które stanowią klucz do rozwiązania zagadki. Pojawiają się nowi przeciwnicy, Nicość niecierpliwie przebiera nogami... czy Nicość ma nogi? No, w każdym razie Nicość łapczywie łypie na Idę i nie może się doczekać, aż ją pochłonie, a w dodatku Pech tylko czuwa, by uderzyć w odpowiednim (dla niego oczywiście, a więc jak najmniej odpowiednim dla Idy) momencie. Na drodze dziewczyny staje tytułowy Demon Luster, a Wydział Opętań i Nawiedzeń też dokłada swoje, żeby Idzie nie było w życiu za lekko i sympatycznie.

Zaprawdę powiada Wam, Kochani Czytelnicy, Królowa Matka - warto było tyle czekać! To już inna historia, przez ten okres zmieniła się nie tylko główna bohaterka, ale i autorka. Świat przez nią wykreowany stracił kanty, wszelkie niedokładności, wszelkie niedoskonałości, niedopowiedzenia i luki. Zostały wyjaśnione, wyprostowane, wygładzone, a wszystko w sposób nienachalny i daleki od łopatologicznego - po prostu dopiero przy lekturze "Demona Luster" widać, że "Szamanka od umarlaków" jest częścią pierwszą i jako cześć pierwsza powinna być czytana. "Szamanka..." podobała się Królowej Matce na tyle, by gryźć palce z niecierpliwości w oczekiwaniu na drugi tom i wymyślać Autorce od Katarzyn Michalak urban fantasy. Ale "Demon luster"... o, to już zupełnie co innego. Inna liga. Historia nadal jest zabawna, ale o wiele bardziej  mroczna, dojrzała i dorosła, i bardziej trzyma w napięciu oraz zaskakuje zwrotami (bardziej dopracowanej) akcji. Królowa Matka spodziewała się co prawda dobrej książki. A dostała lekturę zaprawdę pierwszorzędną.

Bohaterowie przechodzą metamorfozę. Wszyscy. Bardzo wiarygodnie, bardzo łagodnie, dokładnie tak, jak w życiu - dojrzewają (nawet Tekla - chociaż może słowo "dojrzewa" brzmi w tym wypadku wręcz nietaktownie, w końcu mówimy o osobie, która ma ponad dwieście lat i od dłuższego czasu nie żyje, a tu proszę Martyna Raduchowska pokazuje nam, że i taka osoba potrafi się zmienić).

Za wielki plus tej powieści Królowa Matka uznaje fakt, że prawie każdego jej bohatera można... może nie polubić, ale zrozumieć. I nawet, jeśli rozumiejąc - nie usprawiedliwiamy, to możemy im chociaż współczuć. Królowa Matka współczuła nawet tytułowemu Demonowi. Może nawet zwłaszcza jemu. To wielki dar i niezwykła umiejętność, bardzo rzadka <rzekła ze znawstwem Królowa Matka, której ostatnie doświadczenia literackie nie pozwalały podziwiać podobnego zjawiska w innych czytanych przez nią powieściach>.

Szalenie podobało się Królowej Matce wykreowanie świata równoległego ("Trochę jak w Harrym Potterze!" - ucieszył się Pan Małżonek, i rzeczywiście jest to trochę tak jak w "Harrym Potterze" z Ministerstwem Magii i Wydziałami do Spraw Mugoli, ale o wiele, wiele lepiej), trochę tak, jakby na nasz, banalnie niemagiczny świat nałożyć kolorowy filtr, lepiej tego Królowa Matka wyjaśnić nie umie, cały magiczny świat w doskonałej harmonii egzystujący wraz z tym niemagicznym, właściwie na tych samych zasadach i według tych samych reguł, i może dlatego nie wchodzący nam w drogę i niezauważalny dla nas, niemagicznych, niespostrzegawczych osobników.

Ale naj-naj-najbardziej w "Demonie Luster" (i już w "Szamance od umarlaków" zresztą też) podobało się Królowej Matce podejście do magii.

Podejście do magii jest bowiem tym, co najczęściej Królową Matkę denerwuje w tak zwanej popkulturze.

Zapewne wszystkim znany jest motyw nastolatka albo innego Gieniusza, który dopada gdzieś Starą, Omszałą Księgę, otwiera ją na chybił trafił, natrafia na Zaklęcie (najlepiej rymowane, jak sarkastycznie mawia Pan Małżonek - nie-rymowane nie zadziała) oraz Wyrysowany Pentagram. Następnie Gieniusz przerysowuje Pentagram na Starej, Drewnianej Podłodze, wypisuje Cyferki i Literki, wygłasza Formułkę amerykańską łaciną ("Mitejres meus ejnime liberare!") i voila, mamy maga, szamana i demonologa w jednym. I do takiego pryszczatego Gieniusza przybywa demon, i go słucha. Istota, która mogłaby go rozedrzeć na strzępy, która umiałaby unicestwić go jednym tchnieniem, której głos jest jak wicher, a spojrzenie jak rozbłysk Słońca, odwieczna, potężna i groźna słucha smarkatego studenciaka tylko dlatego, że ten przeczytał jedną książkę, narysował wzorek na podłodze i powiedział: "Ejw, Sizar". Królowa Matka wie oczywiście, że potem ten demon się zbuntuje i tak dalej, co nie zmienia faktu, że pod koniec filmu/ książki/ serialu/ czegośtam i tak mu pryszczol skopie dupę i zamknie w klatce albo odeśle w niebyt za sprawą jeszcze ładniejszego wzorka  na podłodze i jeszcze fajniejszego zaklęcia.

Królową Matkę nawet we wspomnianym "Harrym Potterze" denerwowało, że nauka magii polegała w dwóch pierwszych tomach w sumie tylko na machnięciu różdżką i wyklepaniu zaklęcia (i tak, wie, że upraszcza).

Otóż zapomnijcie o tym w przypadku "Demona Luster".

Magia w "Demonie Luster" jest zupełnie inna.

Królowa Matka zaryzykowałaby stwierdzenie, że prawdziwa.

Potężna, mroczna i zdecydowanie nie służąca zapewnieniu rozrywki. Zapomnijcie o wywoływaniu duchów przy świeczce, zapomnijcie o robieniu amuletów na szczęście, zapomnijcie o używaniu magii tak, jak się używa przypraw do poprawienia smaku potrawy albo telefonu, pilota do telewizora, jakiegokolwiek sprzętu, który poprawia naszą jakość życia, i który można odłożyć, gdy nie jest już potrzebny albo się znudzi. Magia nie jest czymś, co można odłożyć na bok, gdy się znudzi albo jest już niepotrzebna. Jest mroczną, niepohamowaną siłą, z którą pracować mogą tylko osoby doskonale wyszkolone, świadome, z jak niebezpieczną materią obcują i wiedzące, że są wobec tej siły po prostu pyłkiem. Jest mocą, która, raz uwolniona, znajdzie każdą szparę, by wcisnąć się do twojego życia i zrobić, co chce. Jest jak rwąca rzeka, możesz tylko patrzeć i wmawiać sobie, że potrafisz ją kontrolować. Wymaga szacunku i podejścia z bojaźnią. Nie jest czymś, czym można się bez konsekwencji zajmować, a na pewno nie czymś, czym można się bawić.

Właściwie cała historia opowiada o konsekwencjach użycia magii dla własnych, samolubnych potrzeb. O konsekwencjach traktowania jej czysto użytkowo. Z chciwości, ciekawości, rozpaczy - ale zawsze egoistycznie. Tak, jak pod żadnym pozorem traktować się jej nie powinno.

A przy tym jest to historia opowiedziana sprawnie, tam, gdzie trzeba - poważnie, tam, gdzie można - dowcipnie, z napięciem umiejętnie stopniowanym, logicznie splecionymi motywami i domkniętymi wątkami.

Za możliwość przeczytania "Demona Luster" Królowa Matka bardzo dziękuje Wydawnictwu Uroboros.

A za możliwość spotkania z polubionymi już wcześniej (a także z nowymi, których lubić dopiero się uczyła) bohaterami, szansę towarzyszenia im w ich przygodach oraz za możliwość przyglądania się, jak ciekawy pomysł doczekuje się kontynuacji i nie zostaje zmarnowany - Martynie Raduchowskiej.

Naprawdę bardzo.


PS. Ale za notkę na "Ciąg dalszy wkrótce" na "Szamance..." byłaby wdzięczna :).