środa, 23 maja 2018

Klęska wychowawcza, dowód milion pięćset sześćdziesiąty drugi (i nie ostatni)

Pompon Młodszy (układając puzzle odwrotnie* na dywanie w głębokim namyśle na inne niż puzzle tematy, jak się wkrótce okaże) - Mamusiu, a jak wyglądają banki?

Królowa Matka (nieco zaskoczona) - Banki? No, banki wyglądają różnie. Zależy, o jaki ci chodzi...

Pompon Młodszy - A pokażesz mi kiedyś jakiś?

Królowa Matka (nie powzinając żadnych podejrzeń) - No pewnie, kiedy chcesz, banków w okolicy skolko ugodno... ale po co ci to nagle?

Pompon Młodszy (nie odrywając się od starannego umieszczania odwróconego puzzelka w odpowiednim miejscu) - Bo jak by wiedziałem, jak wygląda bank, to by natychmiast na niego napadłem...

Królowa Matka (milczy z otwartymi usty i z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy, w popłochu usiłując znaleźć jakiś Kulturalny i Pedagogiczny Komentarz Rodzicielski).

Pompon Młodszy (kontynuując zarówno proces układania puzzelków, jak i twórczą myśl) - ... bo przecież dziecka by nikt nie podejrzewał.


Tak więc, jeśli usłyszysz, o Czytelniku, o banku napadniętym przez osobę, której - z racji wzrostu - nie objął monitoring, wiedz, że to Pompon Młodszy wkroczył na Ścieżkę Występku.



* układanie puzzli odwrotnie polega na rozsypaniu ich obrazkiem do dołu i układaniem w tej właśnie formie. Układanie puzzli innych niż te liczące 500 kawałków obrazkiem do góry jest, zdaniem Pompona Młodszego, dla mięczaków.

czwartek, 17 maja 2018

Pompony grają

Czas - codzienny kwadransik sprzed czasów, kiedy to Pompony dowiodły swoim zachowaniem ponad wszelką wątpliwość, że są emocjonalnie niedojrzałe i dostały szlaban na X-boxa do czasu, gdy dojrzeją.

Miejsce - salon (z braku lepszego słowa) w Domu w Dziczy.

Postacie - Pompony, wyłączone z życia i komunikacji innej niż ta dotycząca gry oraz Królowa Matka (przez chwilę, za to z notesikiem w dłoni).


Pompon Młodszy (tonem życzliwej porady) - To może zróbmy tak, że ty umrzesz, a ja będę kontrolował żabę.

...

Pompon Starszy (z rozczuleniem) - Ojej, jakie ty śliczne koteczki masz! Jakie maluszki słodkie, jakie urocze!
Pompon Młodszy (silnie poirytowany) - Czy ciebie nie powinien raczej poruszać fakt, że twój brat właśnie się pali?!

...

Pompon Starszy (niewykluczone, że po ugaszeniu brata) - O, i króliczki masz maciupkie! Malutkie, z mamusią!
Pompon Młodszy - To tatuś jest.
Pompon Starszy (poprawia się posłusznie) - Z tatusiem... (po chwili, z zaciekawieniem) A mamusia gdzie?
Pompon Młodszy (rzeczowo) - Mamusia uciekła.

Ha!

Królowa Matka ma nadzieję, że zwrócili Państwo uwagę, w jakie głęboko życiowe gry grają królewskomatczyne Potomki.

środa, 25 kwietnia 2018

Świat seriali à la Dom w Dziczy

 - No, ten to się nie przepracowuje... Bruzda krzywa, dałabym ci ja przez łeb to byś zobaczył krzywą bruzdę! O, o, żeby się to taki owaki nie podźwigał od noszenia modlitewnika, żeby aby przepukliny nie dostał!
- A czego ty się Pieczki tak czepiasz?!
- Jakiego Pieczki, nie czepiam się zadnego Pieczki, Pieczkę to ja kocham! Wielebnego nie kocham, budzi we mnie rewolucyjny duch antyklerykalizmu i Jakuba Szeli!
- <powątpiewająco> Szeli to raczej nie...
- No chyba ja wiem lepiej, czyj duch we mnie wzbiera, nie?!

Aktorka na ekranie "Oskubałabym ci ja tyłek to byś obaczył!"
- Na twoim miejscu, facet, bym uważała  <mściwy rechot>. To jest pani Merle, ona to ci oskubie tyłek zanim zdążysz powiedzieć "a juści"!

- O, o, o, idzie, najpiękniejszy z całej wsi! Boże, jak mnie ten Gogolewski w charakterze pięknego chłopca w oczy boli! <po chwili krytycznego wpatrywania się w ekran> Może ma te inne zalety, co ty wiesz, a ja rozumiem, te, co to ich też nie widać...

- Ale te przyśpiewki weselne to takie wincyj głupie są.
- Dlaczego? Ja lubię. Raczej. Mogłabym słuchać dla przyjemności, na przykład jak "Mazowsze" śpiewa...
- A gdzie ty tam "Mazowsze" zobaczyłaś?!

- No ten aktor to chyba ukraińskie korzenie ma, żywcem Kozak zaporoski! Bez charakteryzacji mógłby go grać!
- Rzeczywiście! Zupełnie jak jeszcze jeden taki, on co prawda nie Kozaka, kojarzysz?
- Nie. Jaki?
- No, ten drugi... no... no, wiesz, ten, co by mógł taliba grać bez przygotowania, ściągnięty prosto z ulicy, ma taki fanatyczny wyraz oczu... no... ten... No, wiesz, ten idiota!
- A w takim razie, wybacz, ale musisz bardziej doprecyzować.

- A ten za co dzieciaka bije?
- Bo mu krowę zmarnował.
- <wybuchając oburzeniem> Oszalałaś?! Odbiło ci?! Co dziecko winne, jak mu zależało to sam mógł tej krowy pilnować zamiast się po świecie tłuc, chodzić przy niej, troszczyć się, a nie teraz, że dzieciak!!!!
- PRZEPRASZAM, ale czy ty właśnie na mnie krzyczysz, bo jakiś chłop w dziewiętnastym wieku na wsi polskiej, fikcyjnej w dodatku, syna pobił?!

Czyli Królowa Matka wraz ze swą Mamusią oglądają  "Chłopów".

 Ciągu dalszego nie wyklucza się.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Co zawdzięczamy Facebookowi

Mnóstwo rzeczy zawdzięczamy, a między innymi ten wpis.

Facebook, otóż, truje Królowej Matce "Masz na Facebooku 1440 obserwatorów, gratulujemy, że masz 1440 obserwatorów, którzy jednakże nie mają z tobą żadnego kontaktu od jakiegoś czasu". "Pamiętaj, że twoich 1440 obserwatorów jest ciekawych, co u ciebie!". "Nie pozwól zapomnieć o sobie twoim 1440 obserwatorom!".

Gdyby Facebook truł jeszcze bardziej, jeszcze częściej i bardziej nachalnie Czytelnikom Królowej Matki nie umknęłyby:

- dramatyczna wizja (Pompon Starszy, w zachwycie oglądający z Królową Matką filmiki, na których Artysta rzeźbi i maluje maleńkie, przepiękne domeczki jak dla krasnoludków, przeznaczone na stojaczki do ołówków i długopisów: "Mama, jakie piękne są te domki z drewna! Też by takie zrobiłem! Jak tylko tata da mi siekierę...!"),

- reminiscencje z balu przebierańców w przedszkolu (Pompon Młodszy, w przebraniu sokoła, pieczołowicie wykonanym Spracowaną i Niechętną Szyciu Matczyną Dłonią, podekscytowany: "Babciu, czy chcesz zobaczyć mojego ptaka?"),

- entuzjastyczne podejście do zapoznawania się z Alfabetem Ojczystym (Pompon Starszy, z rozwianym włosem, błyskiem w oku i entuzjazmem wszędzie: "Mamo, dziś wszyscy poznali moje cztery litery!"),

- głębokie uwagi, żywcem nadające się do Złotych, Acz Może Odrobinę Nietypowych (I Niepokojących) Myśli (Potomek Starszy, w zadumie: "Niektórzy ludzie są jak te tęczowe sprężynki. Nie służą do niczego, za to pięknie spadają po schodach").

Wszystko to byłoby tu pieczołowicie umieszczane pod stosowną datą i pojedynczo.

A nie - skoro Facebook nawija i męczy nie dość nachalnie - na, excusez, kupie.

Ale lepiej tak, niż wcale przecież, bez Facebooka i jego przypominajek blog Królowej Matki obumarłby sobie spokojnie, notując w roku 2018 dwanaście wpisów, z których każdy byłby recenzją książki (takie powzięła noworoczne postanowienie, to znaczy nie takie, że jej blog obumrze, tylko, że popełni dwanaście recenzji), wskutek czego tytuł bloga zrobiłby się kompletnie bez sensu.

Słowem, dziękuje ci Królowa Matka za przypominajki, Facebooku! W imieniu swoich 1440 obserwatorów.

I prosi o więcej :).

A chwilowo oddala się w kierunku okrzyków dobiegających z werandy.

Pompon Starszy - Antek?
Pompon Młodszy (flegmatycznie) - Co?
Pompon Starszy - Antek! No, Antek!!!
Pompon Młodszy (bez zmian) - No, co?
Pompon Starszy (z coraz większym nasileniem decybeli oraz szeroko pojętej irytacji w głosie) - Antek! ANTEK! Chodź tu wreszcie!!!
Pompon Młodszy (niezwykle, ale to, powiada Szan.Państwu Królowa Matka, NIEZWYKLE dobitnie) - ODCZEP SIĘ! JA TU SIĘ CIESZĘ ŻYCIEM!!!

Czego wszystkim nam Królowa Matka życzy w ten piękny, wiosenny dzień.

I idzie koić wezbrane emocje potomstwa.

sobota, 10 marca 2018

Co znalazła Ida po drugiej stronie lustra (Martyna Raduchowska, "Demon Luster")

"Szamankę od umarlaków" Martyny Raduchowskiej poznała Królowa Matka we fragmentach lat temu  siedem, acz nie pamięta dokładnie okoliczności. Na pewno było to w szpitalu, albo gdy leżała na Patologii Ciąży i czekała, aż jej Uparte Pompony uznają, że dosyć tego dobrego, już udowodniliśmy światu, że ciąże bliźniaczą da się przenosić i możemy się rodzić, albo w Klinice Kardiologii, gdy usiłowała doprowadzić swoje serce do jakiego-takiego ładu. Książka nie należała do Królowej Matki i w dodatku gdy tylko zdążyła się ona w nią wciągnąć (co nastąpiło raczej szybko) Pompony uznały, że nadszedł czas, by obdarzyć świat swymi barwnymi osobowościami/serce Królowej Matki zaczęło bić w jakimś akceptowalnym rytmie, Królowa Matka opuściła szpital, a potem, cóż, nie miała głowy, by zajmować się uzupełnieniem braków w lekturze współczesnych młodych pisarek.

Tym bardziej ucieszyła się odkryciem, że na Krakowskich Targach Książki Martyna Raduchowska będzie podpisywać "Szamankę..." na tym samym stanowisku, co Marta Kisiel.  Ucieszona Królowa Matka nabyła Dzieło, odstała swoje w kolejce po autograf i, cała szczęśliwa, przystąpiła do lektury natychmiast po wejściu do autokaru linii Kraków-Toruń, a kontynuowała ją w Domu w Dziczy, produkując przy okazji swój pierwszy Łapacz Snów (chociaż zdecydowanie nie taki ładny jak ten, co występował w książce).


Po czym Lektura dobiegła końca, a Królową Matkę trafił szlag, została bowiem z z przeczytaną książką w dłoni i z opowieścią, która się dopiero zaczynała.

Co starsi (stażem) Czytelnicy pamiętają być może, jak Królowa Matka znęcała się nad Katarzyną Michalak oraz wydawnictwem Znak, które wykonało ten sam manewr w przypadku "Ogrodu Kamili". Różne wyrazy rzucała ona pod adresem wydawnictwa, które nie uprzedziło czytelników, że kupują tak naprawdę część pierwszą i jeżeli chcą się dowiedzieć, jak się całość skończy będą musieli nabyć drugą, a kto wie, może i trzecią. A znęcała się wszak nad AłtorKasią, której wytforry jej w ogóle nie poruszyły i nie zainteresowały, przeciwnie, srodze wynudziły, znęcała się w czynie społecznym niejako, z myślą o osobach, które nabyły rzecz drogą kupna dla siebie z upodobania albo na prezent ze względu na okładce, nie uprzedzone nawet najmniejszym "ciąg dalszy wkrótce nastąpi" malutkim druczkiem na stronie tytułowej.

Ale tu!!! Po interesującej lekturze! Po polubieniu bohaterów, po akcji, co zaczyna się toczyć jak śniegowa kula! Królowa Matka runęła na Allegro, figa, "Demon luster" był nieosiągalny, runęła na stronę wydawcy, która enigmatycznie poinformowała ją: "druga część "Szamanki od umarlaków" wkrótce", w Domu w Dziczy zabrakło woreczków do oddychania ku ukojeniu nerwów, a mściwa chęć, by napisać reckę "Szamanki..." pod tytułem "Martyna Raduchowska Katarzyną Michalak urban fantasy" rosła jak ciasto drożdżowe na przytulnie ciepłym piecu.

Królowa Matka żelazną dłonią ujęła za pysk złą część swej natury i - zrezygnowana nieco - zaczęła czekać na "Demona Luster", odliczając dni do 28 lutego, aż tu nagle pewnego dnia w styczniu, dość nieoczekiwanie dostała maila od Wydawnictwa Uroboros  z pytaniem, czy nie byłaby zainteresowana otrzymaniem którejś z lutowych premier do recenzji. A wśród premier - "Demon Luster". PONAD TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJ!!!

Królowa Matka odpisała, że tak! jak najbardziej! byłaby zainteresowana!, otrzymała swój egzemplarz na początku lutego, miłośnie przystąpiła do lektury i teraz będzie wyłuszczać swoje wszystkie (albo prawie wszystkie) przemyślenia, usiłując jednocześnie nie spoilerować, co łatwe nie będzie.


Przede wszystkim dlatego, że czytać ze zrozumieniem części drugiej (którą "Demon Luster" niewątpliwie jest) bez znajomości części pierwszej się nie da (to znaczy, na pewno się da, ale łatwe to nie będzie), i jeżeli któryś z Szan. Czyt. pragnie zanabyć utwór niech się nastawia na dwupak.

A skoro tak to w recenzowaniu części drugiej nie da się tak całkiem uniknąć spoilerów ze względu na konieczność chociaż minimalnego streszczenia części pierwszej.

No to lu, Królowa Matka będzie streszczać. Oględnie. Taką ma przynajmniej nadzieję.

Otóż jest sobie pewna Ida. Ida ma dziewiętnaście lat, wiernie towarzyszącego jej Pecha i imponujący, czarodziejski rodowód. Pochodzi z szacownego rodu czarodziejów, który to ród może poszczycić się dłuuuuuugą linią magów o nieskazitelnie magicznej krwi i takichż zdolnościach.

Niestety, Idy te zdolności nie dotyczą. W najmniejszym stopniu. Jest tak niemagiczna, jak tylko można być, zdesperowani rodzice poddają ją licznym próbom, a to zawieszą nad jakąś przepaścią, a to zmiękczą schody tak, że ich wychuchana jedynaczka utyka w nich po kolana, a to napoją ją jakimś eliksirem, a to rzucą jakimś urokiem, słowem - robią rzeczy, które normalne, magiczne dziecko albo by zauważyło i ominęło, niewykluczone, że z radosnym chichotem, albo by nie nie podziałały. Ponieważ na Idę działają rodzice muszą ostatecznie pogodzić się z faktem, że ich jedyna córka nie ma w sobie ani krzty magicznych zdolności i przeznaczają jej jedyną drogę przewidzianą dla niemagicznych córek czarodziejów - żony jakiegoś czarodzieja wysokiego rodu i matki jego (z dużym prawdopodobieństwem magicznych) dzieci.

Idy taka kariera nie interesuje. Posiadanie magicznych talentów też zresztą nie. Idę interesuje bycie normalną dziewczyną, studiowanie normalnego kierunku na normalnym uniwersytecie, chadzanie do kina i na imprezy z normalnymi znajomymi, zaprzyjaźnianie się oraz szeroko pojęte normalne życie. Postanawia ona zatem uciec z domu, zamieszkać w jakiejś sympatycznej odległości od magicznej rodziny, podjąć studia i mieszkać, jak normalny człowiek, w akademiku.

I zacząć wreszcie normalnie żyć.

Niestety.

Dość szybko wychodzi na jaw, że wróżbitką oraz czarownicą może Ida i nie jest.

Nie oznacza to jednakże, że nie ma żadnego talentu.

Okazuje się, że Ida jest szamanką od umarlaków, a więc kimś pomiędzy medium a banshee. Jako medium - widzi zmarłych ludzi. Jako banshee - potrafi przewidzieć czyjąś śmierć. Nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale z chwilą, w której doznaje wizji, staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Osobiście odpowiedzialna jest za to, by przeprowadzić zmarłego na drugą stronę Rzeki. Zaniedbanie tego obowiązku  skutkuje utratą przez nią kawałka jej własnej duszy. Trudno powiedzieć czy dar ten jest dla Idy błogosławieństwem czy przekleństwem; chyba raczej tym drugim, bo rzadko zdarza się by medium do tego stopnia pozbawione było powołania, z awersją do duchów i niechętne uczeniu się czegokolwiek, co jest związane z byciem medium, z duchami, umarłymi, zaginionymi duszami i tymi wszystkimi rzeczami równie dalekimi od normalności co czary.

Idę żegnamy w chwili, gdy wpada w prawdziwe tarapaty. Dusza człowieka, którego miała przeprowadzić na drugi brzeg, znika w Świecie za Lustrami, Ida składa nieśmiertelną przysięgę, której niedotrzymanie skutkuje rozmyciem się jej duszy w Nicości, dziewczyna musi zawitać do bram piekieł, aby odnaleźć powierzoną jej duszę, a ponadto włóczy się za nią harpia, dzień i noc wyjąc potępieńczo. Że o funkcjonariuszach Wydziału Opętań i Nawiedzeń nie wspomnimy. Oni nie wyją co prawda, ale utrudniają, co się da oraz są nieprzyjemnie podejrzliwi.

Od pierwszej chwili "Demona Luster" wszystko się coraz bardziej komplikuje. Ida musi rozwiązać sekret tajemniczych zniknięć czarownic i czarodziejów, coraz częściej nawiedzające ją koszmary nie dają dziewczynie spać, a jeśli już zasypia jej Dar podsuwa mroczne wizje - wspomnienia, które stanowią klucz do rozwiązania zagadki. Pojawiają się nowi przeciwnicy, Nicość niecierpliwie przebiera nogami... czy Nicość ma nogi? No, w każdym razie Nicość łapczywie łypie na Idę i nie może się doczekać, aż ją pochłonie, a w dodatku Pech tylko czuwa, by uderzyć w odpowiednim (dla niego oczywiście, a więc jak najmniej odpowiednim dla Idy) momencie. Na drodze dziewczyny staje tytułowy Demon Luster, a Wydział Opętań i Nawiedzeń też dokłada swoje, żeby Idzie nie było w życiu za lekko i sympatycznie.

Zaprawdę powiada Wam, Kochani Czytelnicy, Królowa Matka - warto było tyle czekać! To już inna historia, przez ten okres zmieniła się nie tylko główna bohaterka, ale i autorka. Świat przez nią wykreowany stracił kanty, wszelkie niedokładności, wszelkie niedoskonałości, niedopowiedzenia i luki. Zostały wyjaśnione, wyprostowane, wygładzone, a wszystko w sposób nienachalny i daleki od łopatologicznego - po prostu dopiero przy lekturze "Demona Luster" widać, że "Szamanka od umarlaków" jest częścią pierwszą i jako cześć pierwsza powinna być czytana. "Szamanka..." podobała się Królowej Matce na tyle, by gryźć palce z niecierpliwości w oczekiwaniu na drugi tom i wymyślać Autorce od Katarzyn Michalak urban fantasy. Ale "Demon luster"... o, to już zupełnie co innego. Inna liga. Historia nadal jest zabawna, ale o wiele bardziej  mroczna, dojrzała i dorosła, i bardziej trzyma w napięciu oraz zaskakuje zwrotami (bardziej dopracowanej) akcji. Królowa Matka spodziewała się co prawda dobrej książki. A dostała lekturę zaprawdę pierwszorzędną.

Bohaterowie przechodzą metamorfozę. Wszyscy. Bardzo wiarygodnie, bardzo łagodnie, dokładnie tak, jak w życiu - dojrzewają (nawet Tekla - chociaż może słowo "dojrzewa" brzmi w tym wypadku wręcz nietaktownie, w końcu mówimy o osobie, która ma ponad dwieście lat i od dłuższego czasu nie żyje, a tu proszę Martyna Raduchowska pokazuje nam, że i taka osoba potrafi się zmienić).

Za wielki plus tej powieści Królowa Matka uznaje fakt, że prawie każdego jej bohatera można... może nie polubić, ale zrozumieć. I nawet, jeśli rozumiejąc - nie usprawiedliwiamy, to możemy im chociaż współczuć. Królowa Matka współczuła nawet tytułowemu Demonowi. Może nawet zwłaszcza jemu. To wielki dar i niezwykła umiejętność, bardzo rzadka <rzekła ze znawstwem Królowa Matka, której ostatnie doświadczenia literackie nie pozwalały podziwiać podobnego zjawiska w innych czytanych przez nią powieściach>.

Szalenie podobało się Królowej Matce wykreowanie świata równoległego ("Trochę jak w Harrym Potterze!" - ucieszył się Pan Małżonek, i rzeczywiście jest to trochę tak jak w "Harrym Potterze" z Ministerstwem Magii i Wydziałami do Spraw Mugoli, ale o wiele, wiele lepiej), trochę tak, jakby na nasz, banalnie niemagiczny świat nałożyć kolorowy filtr, lepiej tego Królowa Matka wyjaśnić nie umie, cały magiczny świat w doskonałej harmonii egzystujący wraz z tym niemagicznym, właściwie na tych samych zasadach i według tych samych reguł, i może dlatego nie wchodzący nam w drogę i niezauważalny dla nas, niemagicznych, niespostrzegawczych osobników.

Ale naj-naj-najbardziej w "Demonie Luster" (i już w "Szamance od umarlaków" zresztą też) podobało się Królowej Matce podejście do magii.

Podejście do magii jest bowiem tym, co najczęściej Królową Matkę denerwuje w tak zwanej popkulturze.

Zapewne wszystkim znany jest motyw nastolatka albo innego Gieniusza, który dopada gdzieś Starą, Omszałą Księgę, otwiera ją na chybił trafił, natrafia na Zaklęcie (najlepiej rymowane, jak sarkastycznie mawia Pan Małżonek - nie-rymowane nie zadziała) oraz Wyrysowany Pentagram. Następnie Gieniusz przerysowuje Pentagram na Starej, Drewnianej Podłodze, wypisuje Cyferki i Literki, wygłasza Formułkę amerykańską łaciną ("Mitejres meus ejnime liberare!") i voila, mamy maga, szamana i demonologa w jednym. I do takiego pryszczatego Gieniusza przybywa demon, i go słucha. Istota, która mogłaby go rozedrzeć na strzępy, która umiałaby unicestwić go jednym tchnieniem, której głos jest jak wicher, a spojrzenie jak rozbłysk Słońca, odwieczna, potężna i groźna słucha smarkatego studenciaka tylko dlatego, że ten przeczytał jedną książkę, narysował wzorek na podłodze i powiedział: "Ejw, Sizar". Królowa Matka wie oczywiście, że potem ten demon się zbuntuje i tak dalej, co nie zmienia faktu, że pod koniec filmu/ książki/ serialu/ czegośtam i tak mu pryszczol skopie dupę i zamknie w klatce albo odeśle w niebyt za sprawą jeszcze ładniejszego wzorka  na podłodze i jeszcze fajniejszego zaklęcia.

Królową Matkę nawet we wspomnianym "Harrym Potterze" denerwowało, że nauka magii polegała w dwóch pierwszych tomach w sumie tylko na machnięciu różdżką i wyklepaniu zaklęcia (i tak, wie, że upraszcza).

Otóż zapomnijcie o tym w przypadku "Demona Luster".

Magia w "Demonie Luster" jest zupełnie inna.

Królowa Matka zaryzykowałaby stwierdzenie, że prawdziwa.

Potężna, mroczna i zdecydowanie nie służąca zapewnieniu rozrywki. Zapomnijcie o wywoływaniu duchów przy świeczce, zapomnijcie o robieniu amuletów na szczęście, zapomnijcie o używaniu magii tak, jak się używa przypraw do poprawienia smaku potrawy albo telefonu, pilota do telewizora, jakiegokolwiek sprzętu, który poprawia naszą jakość życia, i który można odłożyć, gdy nie jest już potrzebny albo się znudzi. Magia nie jest czymś, co można odłożyć na bok, gdy się znudzi albo jest już niepotrzebna. Jest mroczną, niepohamowaną siłą, z którą pracować mogą tylko osoby doskonale wyszkolone, świadome, z jak niebezpieczną materią obcują i wiedzące, że są wobec tej siły po prostu pyłkiem. Jest mocą, która, raz uwolniona, znajdzie każdą szparę, by wcisnąć się do twojego życia i zrobić, co chce. Jest jak rwąca rzeka, możesz tylko patrzeć i wmawiać sobie, że potrafisz ją kontrolować. Wymaga szacunku i podejścia z bojaźnią. Nie jest czymś, czym można się bez konsekwencji zajmować, a na pewno nie czymś, czym można się bawić.

Właściwie cała historia opowiada o konsekwencjach użycia magii dla własnych, samolubnych potrzeb. O konsekwencjach traktowania jej czysto użytkowo. Z chciwości, ciekawości, rozpaczy - ale zawsze egoistycznie. Tak, jak pod żadnym pozorem traktować się jej nie powinno.

A przy tym jest to historia opowiedziana sprawnie, tam, gdzie trzeba - poważnie, tam, gdzie można - dowcipnie, z napięciem umiejętnie stopniowanym, logicznie splecionymi motywami i domkniętymi wątkami.

Za możliwość przeczytania "Demona Luster" Królowa Matka bardzo dziękuje Wydawnictwu Uroboros.

A za możliwość spotkania z polubionymi już wcześniej (a także z nowymi, których lubić dopiero się uczyła) bohaterami, szansę towarzyszenia im w ich przygodach oraz za możliwość przyglądania się, jak ciekawy pomysł doczekuje się kontynuacji i nie zostaje zmarnowany - Martynie Raduchowskiej.

Naprawdę bardzo.


PS. Ale za notkę na "Ciąg dalszy wkrótce" na "Szamance..." byłaby wdzięczna :).

piątek, 23 lutego 2018

Potomek Starszy gardzi konwencją

Potomek Starszy (ogląda "Imperium kontratakuje" i warczy w temacie Hana Solo rzucającego błyskotliwe uwagi pod adresem księżniczki Lei, czytaj: podrywającego ją intensywnie) - Ona nie chce. Ona nie chce. Facet, czy ty jesteś normalny? (do Królowej Matki, z zainteresowaniem popatrującej na niego ze swego fotelika spod kłębów włóczek i góry filcu) Mamo, on jest jakimś kretynem! (powracając do kontemplowania dzieła) Ty ślepy jesteś, czy co? Ona nie chce. O, i głuchy! Mówi ci to, głuchy jesteś, koleś? Mówi "nie". Otwartym tekstem, rany, co za dupek! ONA NIE CHCE, debilu!

Królowa Matka (rzucając niewinnie uwagą po to, by zobaczyć, co się stanie, czyli stosując tzw. podpuchę) - Ale jednak ostatecznie padnie mu w ramiona, wiesz o tym?

Potomek Starszy (pogardliwie) - Bo w tamtych czasach i w filmie nie wypadało, żeby mu w mordę dała. Ja tam tego nie kupuję.

W ten sposób Królowa Matka dowiedziała się kilku rzeczy.

Między innymi tego, że kanoniczne części Gwiezdnych Wojen się postarzały, i to bynajmniej nie o warstwę technologiczną chodzi.

I że niegłupie dzieciątko z tego Potomka Starszego, bez względu na to, co pokazują jego noty szkolne*.




(*Chociaż o tym akurat wiedziała już wcześniej.

Podejrzewała.

No, dobra, miała nadzieję;)).

środa, 21 lutego 2018

Komplemento...gennie

Do niedawna ukochanym komplementem Królowej Matki było zdanie, wypowiedziane tonem trochę-odkrycia, a trochę-stwierdzenia faktu przez Potomka Starszego podczas jakiejś gawędy na temat dóbr materialnych, co to inni mają, a Rodzina Królowej Matki - nie.

- Na tobie, mama, forsa to w ogóle nie robi żadnego wrażenia?

Królowa Matka niemalże się popłakała ze wzruszenia, bo oto nareszcie, po latach udało jej się wyrwać ze szponów kompleksu, w który popadła, dziecięciem będąc i zapoznając się z własnym horoskopem (cóż chcecie, każdy był kiedyś młody i głupi, nawet Królowa Matka). W horoskopie tym stało, że Królowa Matka posiada oczywiście mnóstwo przepięknych zalet ducha, a kto wie, może i ciała, nieco wad, które jednakże można przekuć w zalety usilną pracą, w ogóle jest osobą, że klękajcie narody, cud, miód i orzeszki, i co kto tam jeszcze lubi, ale, no bo bez "ale" to się nie liczy przecież.

Więc oprócz tego jest ona skąpa, jest patologicznie, chorobliwie skąpa, Ebenezer Scrooge przy niej to niebieski ptak i znany epikurejczyk, a wszyscy Szkoci znani są ze swojego hulaszczego trybu życia. Skąpstwo jej, jednakże, nie ogranicza się do jakichś tam pieniędzy, ale obejmuje też dobra duchowe -  nie podzieli się ona żadną wiedzą, będzie chorobliwie ukrywać wyniki badań (gdyby jakieś prowadziła), nie da ściągnąć na matmie (pomińmy fakt, że z niewątpliwą korzyścią dla niedoszłego ściągającego) i nawet książki nie pożyczy, bo jeszcze by ktoś wzruszenia doznał i by jej ubyło.

I, oczywiście, w parze ze skąpstwem idzie miłość do pieniędzy, dobrobytu, markowych rzeczy za ciężką forsę, markowych ciuchów za ciężką forsę, markowych samochodów za ciężką forsę i markowych wakacji spędzanych w markowych hotelach za ciężką forsę. A także nieopanowana zazdrość wobec tych, którzy mogą się w tych dobrobytach tarzać, podczas gdy Królowa Matka klepie sobie biedę na prowincyi, w Domu w Dziczy, który wciąż jeszcze wymaga wykończenia, chociaż już zaczyna wymagać napraw.

Królowa Matka spłakała się rzewnie, naturalnie natychmiast znalazły się osoby, które potwierdziły, że, owszem, jest coś na rzeczy, zwłaszcza z tym ściąganiem na matmie, Królowa Matka popadła w trwałe (i wieloletnie) przygnębienie, usilnie pracując, by jej to szalone skąpstwo i obrzydliwa zawiść nie przesłaniała oglądu rzeczywistości, i nie przyjmując do wiadomości faktu, że przecież doskonale wie - w przeciwieństwie do horoskopu najwyraźniej - gdzie zawsze miała, i nadal ma, ekskluzywne hotele z ich wyrafinowaną ofertą dla milionerów, że o markowej odzieży nie wspomni.

I po latach okazało się, że się udało i PRZYNAJMNIEJ jej jedno dziecko okazało się mądrzejsze niż książeczka z horoskopem!!!

Wczoraj jednakże powyższy, ukochany, pielęgnowany we wdzięcznej pamięci komplement został znokautowany przez zdanie, wypowiedziane przez Pompona Starszego.

- Mamo - rzekło to wybitnie bystre pacholę, krew z krwi i kość z kości, i warto było użerać się z ciążą bliźniaczą i kopaniem w wątrobę przez sześć miesięcy normalnie - ty to jesteś taka nastolatka. Tylko starsza.

W zasadzie, jak się tak Królowa Matka zastanowi, to wcale nie są komplementy.

Tylko fakty.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Znienacka

Pompon Młodszy (po chwili głębokiej zadumy) - Mamo, a ile ma czasu każdy człowiek, żeby przeżyć swoje życie?

I tak oto, nagle i nieoczekiwanie, człowiek zostaje postawiony przez swoje najmłodsze dziecko wobec pytania, nad którym od wieków łamią sobie głowy najtęższe umysły.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Szaleńczy ogień detektywa na tropie czyli słońce zgasło nad Toruniem II (Marcel Woźniak, "Powtórka")

Wszelkie zastrzeżenia poczynione przez Królową Matkę na początku pierwszej części omówienia "Powtórki" pozostają w mocy, nie powtarzamy ich więc i niezwłocznie przechodzimy do ad remu.

Wszystko, jest Królowa Matka tego świadoma, wszystko to, co Królowa Matka napisała w poprzednim poście można - przy odrobinie złej woli - uznać za nic więcej jak tylko szukanie dziury w całym. Każdą z wypunktowanych rzeczy można było bowiem poprawić na etapie rękopisu i nic tu nie ma do rzeczy prywatne przekonanie Królowej Matki, że książkę z taką ilością literówek i błędów językowych należy po prostu przepisać na nowo. Królowa Matka tak uważa, redakcja może uważać, że wystarczy usiąść, przeczytać, pozaznaczać, skłonić autora do poprawienia literówek, błędów logicznych oraz niezręcznych sformułowań i już, książka jak ta lala!

W związku z czym można by założyć, że Królowa Matka się ordynarnie czepia, nie chcąc przejść do porządku dziennego nad paroma przejęzyczeniami oraz konstrukcją zdań, których swoim prostym rozumem nie pojmuje (chociaż, powodowana podłym charakterem i zawodową zawiścią - czas przestać udawać! - ujęła w dłoń ołówek i policzyła. W czternastu zdaniach na stronach 152-153 Pan Autor siedem razy użył słowa "postać", co daje nam średnio pół "postaci" na zdanie, a to chyba jednak pozwoli się nawet najbardziej zagorzałym wielbicielom niepowtarzalnego stylu pana Marcela zawahać nim zaczną unosić się nad doskonałością języka, którego ten używa).

Aby przekonać się, że nie chodzi wyłącznie o literówki i nadużywanie słowa "postać" rzucamy okiem na kolejną rubryczkę tabelki pod wdzięcznym tytułem

Totalne bzdury

Patolog stwierdził, że dziewczyna zmarła w wyniku obrażeń wewnętrznych i wykrwawienia, które nastąpiło po śmierci.

Na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał Królowa Matka powolutku powtórzy.

Patolog stwierdził, że ofiara zmarła na skutek wykrwawienia.

Które nastąpiło po śmierci.

Ma Królowa Matka nadzieję, że pomogła.


Coś nie a propos języka i konstrukcji postaci - niejaki Żółtko, młody i niedoświadczony policjant zielony jak szczypiorek na wiosnę, zbiera i chowa do kieszeni dowody z miejsca (wyjątkowo brutalnej) zbrodni i nie dostaje w związku z tym opierdolu jak stąd na Madagaskar okrężną drogą. 

Reanimacja noworodka. Poznajemy, że dziecko nie żyje po tym, że mu ODCIĘTA I ZABEZPIECZONA PĘPOWINA nie pulsuje. Po udanej reanimacji pępowina zaczyna znów pulsować, i w ten sposób poznajemy, że dziecko wróciło do żywych. 

<Królowa Matka myśli sobie różne rzeczy, ale nie powie, jakie, bo nie zna aż takich nieładnych słów>

Rok 2016. Lekarka, chcąc zadzwonić na policję, nie sięga po komórkę leżącą na biurku, tylko leci na korytarz, gdzie wisi aparat telefoniczny (równie stary, co większość sprzętu, rzecze Pan Autor. Więc pewnie wie, w przeciwieństwie do Królowej Matki, która na tym właśnie, szeroko na blogu opisywanym oddziale w 2004 roku rodziła wcześniaka, mającego opiekę okołoporodową na światowym poziomie i najlepszy z dostępnych na świecie inkubatorów).

Ciało było ledwie draśnięte, niczym żółtko po rozbiciu jajka. Kula przeszła na wylot szyi Tomasza Żółtki, omijając ważne organy.

<w osłupieniu> Przeszła. Przez szyję. Na wylot. Omijając ważne organy. Ledwo drasnąwszy.


Pod murem Wydziału Filologicznego UMK stała dziewczyna w różowej kurtce. Na tle magnolii rozkwitających za jej plecami, nakrywając daszek w dziecięcym wózku, krzyczała w stronę „okrąglaka”.

Magnolii rozkwitających za jej plecami konkretnie dnia 5 września 2016 roku. Taka fanaberia natury. 

"Bo był najstarszym taksówkarzem w Toruniu. Niezmiennie, od czterdziestu lat, w kremowym fiacie 125p, a wcześniej w chevrolecie. Znany był z częstowania pasażerów czekoladą i uraczania ich długimi rozmowami".

Słuchajcie, on o tym pisze, tymi samymi słowami, TRZECI RAZ.


Wszystkie powyższe rzeczy powinien wyłapać każdy redaktor, nawet taki, który pracuje zdalnie z Kuala Lumpur.

Dla wyłapania kiksów poniższych potrzebna jest minimalna chociaż znajomość Torunia i jego specyfiki, i tak, to też powinno być zrobione i sprawdzone.

Na początek absolutnie, ale to ABSOLUTNIE ukochany motyw Królowej Matki, który chłonęła na przemian ziewając z nudów, turlając się ze śmiechu i  popadając w stupor (takie rzeczy tylko w "Powtórce", Czytelniku!)

Bohatyr pragnie odnaleźć psa, którego dzień wcześniej spotkał w Parku na Bydgoskim Przedmieściu. W tym celu  udaje się w przeciwnym kierunku, niż powinien (dla znających Toruń - rusza spod bloku na Broniewskiego na Osiedlu Sztuk Pięknych i idzie na Starówkę) i kolejne OSIEM STRON facet idzie. Jest szczegółowo opisane, jak mija kolejne ulice, wszystkie wymienione z nazwy, przechodzi przez jezdnie, skrzyżowania, i jest to nudne nawet dla Królowej Matki, która przemierzała tę trasę tysiąc razy w życiu, dla kogoś, kto nie zna Torunia musi być nudne popiątnie, zwłaszcza, że nie wnosi NIC do akcji powieści i można by to po całości wyciąć. Trasa, którą przemierza, wynosi w linii prostej 2,5 km (Królowa Matka sprawdziła!) i dłużej się to czyta, niż rzeczywiście idzie.

Następnie nasz Bohatyr błąka się po starówce toruńskiej, robiąc różne dziwne, jak na przykład obrażanie japońskich turystów i wypominanie im sojuszu z państwami Osi (tak, jest cały czas trzeźwy), wyżebruje papierosy od przypadkowych przechodniów i znajomych (cholera wie czemu), nadal wszystko to można ciąć, bo związku ze sprawą nie ma żadnego.

I tak chodzi i chodzi, i chodzi, od kamienicy do kamienicy, gdyż jest głodny.

Na środku toruńskiej starówki.

Głodny.

Bo bar z zapiekankami pod Arkadami jest zamknięty.

Królowa Matka serio myślała, że jest może, bo ja wiem, pół do drugiej w nocy, wtorek, środek tygodnia, ludzie śpią, bo jutro do pracy. Ale pod koniec rozdziału stoi tekstem otwartym, że jest piątek wieczór, a na ratuszu zegar wybija pół do dziesiątej.

I FACET W WEEKENDOWY WIECZÓR NIE WIE, GDZIE MÓGŁBY COŚ ZJEŚĆ, CHOCIAŻ OD MIEJSCA, W KTÓRYM STOI (PIEKARY), DO RYNKU JEST TRZY MINUTY POWOLNYM SPACEREM, A PO PIĘTNASTU RESTAURACJACH I KNAJPKACH, KTÓRE MIJA PO DRODZE ZNUDZIŁO SIĘ KRÓLOWEJ MATCE LICZYĆ I PRZESTAŁA!!!!


No dobrze, po siedemnastu stronach wymieniania toruńskich ulic i opisów poszukiwania jakiegoś drugiego stoiska z zapiekankami, jak również wymieniania z nazwiska dziennikarzy Gazety Wyborczej (bo po to niewątpliwie było całe to chodzenie, żeby dojść jak po sznurku do pubu i móc rzucić nazwiskami znajomych) mamy całe jedno zdanie, które jakoś nawiązuje do akcji. A zdanie to brzmi:

Pomiędzy butelkami przezierało lustro, w którym Brodzki dojrzał to, co za nim. Szybki rzut oka pozwolił mu zauważyć sylwetkę, która obserwuje go z kąta sali.


W trakcie omawiania powieści przez Znajomych Królowej Matki stawiano liczne koncepcje dotyczące proweniencji czytanego dzieła, jak to - że napisanie go było elementem zakładu, autor popełnił dzieło w wieku lat 13 (na młodociany wiek autora wskazują, na przykład, opisy podobne temu: "– Ale tu gorąco… – zmieniła temat, a Żółtko wszedł jej w słowo. Zaśmiali się oboje, trochę z tej swojej nieśmiałości, a trochę z tego wszystkiego"), powieść w ogóle nie dotyczyła Torunia tylko miejscowości znacznie mniejszej, a nużące spisy toruńskich ulic w charakterze rozdziałów mają ją po prostu "utorunić", powieść popełnił wunderkind - bratanek/siostrzeniec Marcelego Woźniaka, któremu wuj zorganizował wydanie książki w prezencie...

I właśnie po zapoznaniu się z peregrynacjami wygłodniałego Lecha Brodzkiego po Toruniu  Królowa Matka  przychyliła się ostatecznie do koncepcji, że rzecz została napisana piętnaście lat wcześniej i w zupełnie innym mieście. Tylko to usprawiedliwia opisywanie cierpienia męki głodu, gdyż bar z zapiekankami już był zamknięty.

– Jo, kurwa! Nie, nie możesz! – Halicki rzucał papierami. Pewnikiem rwałby i włosy z głowy, ale miał ich tak niewiele, że resztkami świadomości powstrzymał się od tego autodestrukcyjnego gestu.

Wyjaśnienie:

"jo" oznacza po toruńsku "tak". "Wielbiciel Torunia i stuprocentowy toruńczyk", jak mówi o sobie Autor, co chwila sobie przypomina, że toruńczycy mówią "jo" i wstawia je po uważaniu, nie bacząc na sens. Można przeskakiwać wzrokiem i nie zwracać uwagi. 



A teraz, Moi Drodzy Czytelnicy, zbliżamy się do finału, jeśli ktoś przypadkiem dotarł aż tutaj, a chciałby jednak sam się nad tym serwowanym przez Autora suspensem pochylić, to jest ostatni moment, żeby odejść od komputera.

Akcja, proszę ja kogo, toczy się jak śniegowa kula.

Jest niedziela, godzina 16, o czym Królowa Matka wspomina, bo  ma to bezpośredni związek z ostatnią rubryczką tabelki, o czym będzie za chwilę. Pod Ratusz w Toruniu zajeżdża z piskiem opon morderzec z zakładnikiem, a za nim - ścigający go Leon Brodzki.

Napastnik wyciągnął z miejsca pasażera mężczyznę w worku na głowie i zaciągnął go do małych drzwiczek, będących wejściem na wieżę. 

Wybijała właśnie godzina szesnasta i ostatni zwiedzający schodzili z ratusza – ostatnia tura zwiedzających weszła tu kwadrans temu. 


Po chwili pod ratusz podjechał beżowy fiat 125p. Z pojazdu wyskoczył detektyw Leon Brodzki i również wbiegł do budynku. 


W tym samym momencie od Chełmińskiej nadjechały radiowozy. Z pierwszego z nich wyskoczył komendant Halicki. Z kolejnych pojazdów wysypali się policjanci, robiąc kordon wokół centralnego miejsca u zbiegu ulic. 


Wtedy na wieży ratusza padły kolejne strzały. Ich echo poniosło się po co całym mieście
.

Wow. No wow normalnie. Czterdzieści metrów wieża. Ponad dwieście stopni, krętych. A napastnik wlokący za sobą zakładnika
w worku na głowie - starego człowieka, chorego, słabego, od początku powieści opisywanego jako warzywo, spędzającego życie nieruchomo na łóżku w domu opieki -  śmignął na górę w, na oko, jakieś dwie minuty!

Franciszek Brodzki wychylił się przez barierkę wieży. Emerytowany gliniarz wzniósł ręce do góry, zamknął oczy i przesunął ciężar na zewnątrz balustrady. Wszystko trwało ułamki sekund.

No więc NJE.

Balustrada wokół ratuszowej wieży ma jakieś 130 cm, sięga Królowej Matce prawie do podbródka. Nie ma opcji, żeby niedołężny starzec rzucił się przez nią w ułamku sekund.


I w ten sposób płynnie przechodzimy do ostatniej rubryczki pod wdzięcznym tytułem

Totalny wkurw 

i Królowa Matka wie, że użyła brzydkiego słowa oraz nie zamierza go zmieniać, bo nie ma innego, które opisałoby to, czego doświadczyła.
  
Nieco bliżej, przy figurce osiołka z pręgierzem, leżało na ziemi zakrwawione ciało, przykryte białym płótnem. Stało wokół niego kilka postaci, a jedna z nich krzyczała: – Odsuńcie się, nie róbcie zdjęć! Zostawcie!

Była to Natasza. Miała bose nogi i męski, duży płaszcz, przewiązany w pasie.
(DLACZEGO??? przyp.KM. Z jakiego powodu zdrowa na umyśle, wolna, dobrze sytuowana osoba pojawia się w środku dnia na głównej ulicy Starego miasta boso i w męskim płaszczu?) Płakała, głaszcząc przykryte materiałem zwłoki.

Paweł
(ksiądz, przyp. KM) przeżegnał się i podszedł, klęknął przy materiale przypominającym całun. – Czy osoba była wierząca? – spytał z czułością.

I teraz, uważasz, Czytelniku. Jest szesnasta z minutami. Figurka osiołka (metalowa rzeźba w miejscu, gdzie kiedyś był pręgierz) stoi w absolutnie najcentralniejszym centrum miasta, tuż przy pomniku Kopernika, obok Ratusza, trzy czwarte toruńczyków i wszyscy turyści pchają się, żeby zrobić sobie przy niej zdjęcie,
tłumy ludzi wokół jak doba długa, a o szesnastej w niedzielę to już na pewno. Monitoring z prawej, lewej, od góry, od dołu i z boku. Ktoś sadza na osiołka osobę ze związanymi drutem rękami i kamieniami przytwierdzonymi do stóp.

I NIKT TEGO NIE ZAUWAŻA.

Królowa Matka dostała szału, no bo  noż kur..., sorry, ale ile można. Niechlujny język, no trudno, entourage jak z późnych lat 80-tych, jakoś zniesie, spis toruńskich ulic w charakterze wartkiej akcji, co kto lubi, ale DO K... NĘDZY, jakiegoś minimum logiki można chyba wymagać?

To miało redakcję, redaktora prowadzącego, korektę. Cholera, ZA CO CI LUDZIE KASĘ WZIĘLI?!


Społecznie pracowali? No, litości, Królowa Matka wie, sama robi w niedofinasowanym zawodzie, wie, jak się traktuje redaktorów, oburza ją to, ale jeszcze parę takich Woźniaków i przestanie ją oburzać. Miała ochotę zakląć, ale nie zna takich brzydkich słów, a ileż razy można k... mówić, śmiech śmiechem, chichoty chichotami, ale ten... badziew został przez kogoś klepnięty, przez kogoś zaakceptowany, przez kogoś promowany i ktoś mu wystawił recenzje!

I jeszcze, a to jest chyba najgorsze - przecież KRÓLOWA MATKA BY TO KUPIŁA. Kupiłaby, fajne wydawnictwo, Toruń, recki w sieci miodzio, no kupiłaby jak nic, a nie jest bogata i nie stać jej na tego rodzaju pomyłki. Ilu jest takich, jak ona?

No naprawdę (wie Królowa Matka, że powtarza "no" równie często, jak Marcel Woźniak "postać", ale ją telepie, a poza tym nie musi dbać o piękno języka, gdyż jest Prosto Blogierko, a nie Obiecującym Pisarzem) jak sobie Królowa Matka pomyśli, że nie ma już teraz miejsca w sieci, któremu można zaufać w kwestii polecania książek to jej to biedne, chore serce siada.  Na Lubimyczytać na pierwsze dwadzieścia recenzji jedna jest negatywna (Królowa Matka pozdrawia machaniem pana, który też śmiał się w głos czytając opis finałowego pojedynku na ratuszowej wieży), blogi puchnące od zachwytów nad precyzyjnie budowanym napięciem i zachwycającym językiem. Tyle tego, że Królowa Matka zaczyna się zastanawiać, czy czytaliśmy tę samą książkę - albo, czy osoby piszące "Woźniak dopracował swoją powieść w najdrobniejszych szczegółach. Zachwyca stylem i językiem, obrazowym przedstawieniem miejsc" naprawdę nie widzą tej żenui, która tu odchodzi, czy też są aż tak cyniczne - i która opcja jest gorsza.

Królowa Matka już wcześniej policzyła, akcji jest w dziele na trzydzieści stron, opisu społeczno-towarzysko-okolicznościowego dla osadzenia bohatera w jakichś realiach niech będzie, ze też ze trzydzieści, i skoro autor tak kocha Toruń, to z pięć stron opisywania miasta. Razem siedemdziesiąt stron, bądźmy mili i dajmy mu sto. Reszta - do kosza.

A tak naprawdę to ktoś powinien od razu powiedzieć: "Panie Marcelu, niech pan zostanie przy biografii Tyrmanda i dużo ćwiczy, zobaczymy, może kiedyś" i w ten sposób zamknąć temat. 

Co prawda z Panem Małżonkiem doszliśmy do wniosku, że może rzecz już jest po redakcji. Przedtem miała siedemset stron i wymienione wszystkie ulice Torunia ze szczegółowym opisem każdego zabytku (a, przypominamy, toruńska Starówka upakowana jest zabytkami klasy "0" jak świąteczny barszcz uszkami, zaś poza Starówką tez się znajdzie to i owo).


Z dużym prawdopodobieństwem można też założyć, że pierwszy redaktor poddał się już na pierwszej stronie. Nic nie wyciągnie go z alkoholizmu, w który popadł. Każda kolejna osoba porzucała pracę po najdalej połowie rozdziału, płacząc i planując nową - inną! - ścieżkę kariery zawodowej. Po trzecim samobójstwie redaktora zajmującego się tym dzieuem wydawcy zrobiło się nieco szkoda pracowników i pozwolił na wpisanie w książce wymyślonych nazwisk.

Niestety, bardziej prawdopodobne jest to, że ani jedna z wymienionych na wewnętrznej stronie tytułowej osób dzieua nie czytała. Obejrzeli sobie okładkę, Toruń, pierniki, kryminał, grube, super, bieremy!!!



Im bliżej końca tym wyraźniej kiełkowała w głowie Królowej Matki jeszcze inna koncepcja.

To, że skok z ratuszowej wieży nie skończy sprawy każde dziecko by zgadło, bo jak zbrodzień siedzi, chwycony żelazną dłonią sprawiedliwości, a do końca utworu pozostało prawie 60 stron to nawet czytelnik Marcela Woźniaka, przyzwyczajony już do jego szczegółowego opisywania chodzenia po rynku albo jazdy taksówką przez pół rozdziału wie, że coś się stać musi.

I oczywiście się dzieje, przed nami jeszcze morderstwo, porwanie i długie rozważania filozoficzne, oraz męski płacz Leona Brodzkiego (i zapewne nie zdziwi nikogo, że autor wyjaśnia wszystko, co zaszło za pomocą strumienia myśli Brodzkiego, wszystko jest wyłożone jak kawa na ławę, a nie, jakieś akcje, jakieś intrygi, jakieś domyśl się sam, czytelniku).

A to, co się dzieje, dzieje się zgodnie z najlepszymi tradycjami telenoweli klasy "Z", której następujące elementy zostają w Dziele użyte z żelazną doprawdy konsekwencją (a żaden z nich nie został, jak Królowa Matka sądzi, zauważony przez tę zrozpaczoną/ pijaną/ rzucającą pracę redakcję, bo gdyby został, to by nie było albo tego elementu, albo opinii o precyzyjnej intrydze): 

- po Toruniu jeździ jeden wóz strażacki z tą samą zawsze obsługą,

- ta sama, jedna jedyna lekarka, co prawda neonatolog, ale nie pozwolimy się ograniczać, jeździ do samobójców i zabójstw,


 - zbrodzień w centrum miasta turystycznego w szczytowym momencie ruchu turystycznego i w centralnym centrum rynku, po którym przewala się codziennie, a już w weekend to w ogóle, masa ludzi, dokonuje zbrodni, i nikt tego nie widzi

- zbrodzień w biały dzień dokonuje powieszenia zwłok na środku mostu, którym bez przerwy suną sznury samochodów w obie strony (a już na pewno suną w godzinie szczytu, gdy połowa Torunia wraca z pracy), i nikt tego nie widzi,

- zbrodzień w pół godziny morduje Żółtko w szpitalu na Bielanach, transportuje zwłoki przez pół miasta, wiesza je na moście, organizuje taksówkę, podjeżdża po Brodzkiego na Konopnickiej i utyka z nim w korku, znów na moście, znający Toruń mogą już zacząć nieprzystojnie rżeć, nie znający muszą uwierzyć na słowo Królowej Matce, że powinni,

- zbrodzieni jest dwóch i SĄ TO BLIŹNIĘTA (
"Podmienili się – odparł Brodzki i w jego oczy wstąpił szaleńczy ogień detektywa na tropie. Zaczął chodzić i gestykulować, błądząc po zakamarkach swojego umysłu"), chociaż według obliczeń nie wystarczyłoby czworaczków, żeby się ze wszystkim uwinąć, zwłaszcza, że jeden z bliźniaków już przecież siedzi, śmiejąc się opętańczo ("I zaśmiał się serdecznie, a śmiech jego poniósł się głuchym echem po pokoju otoczonym grubą cegłą"). 

 WNIOSEK

Marcel Woźniak jest właścicielem wydawnictwa Czwarta Strona i może se wydać, co chce, i co pan nam zrobi.


Zwłaszcza, że wziął nas wszystkich podstępem.

Detektyw bardzo chciał, by śledztwo, tropy i wskazówki, by wszystko złożyło się w jeden obraz, skończony komplet puzzli, jak w rasowym kryminale. Wiedział jednak doskonale, że literackie kryminały, to precyzyjnie skonstruowane gnioty, podporządkowane fabule i intrydze.

(udajemy, że nie widzimy przecinka przed "to")


I już wszystko jasne. Autor postanowił stworzyć coś innego niż precyzyjnie skonstruowany kryminał, podporządkowany fabule i intrydze! I odniósł spektakularny sukces.

Postanowił stworzyć Powieść, która, jak sam mówi, łączy kryminał, z elementami przygody, zagadki i realizmu magicznego.

Nareszcie. Nareszcie wszystko rozumiemy.

Więc to nie silny stuff, nie brak redakcji, nie  nieporadność językowa, nie chęć wydania młodzieńczego dzieła, tworzonego w gimnazjum pod ławką w trakcie lekcji biologii, nie naprawdę srogie zioło, tylko świadomy zabieg literacki! REALIZM MAGICZNY.

Po prostu.

(a poważnie i przez zęby, gdyż wkurw Królowej Matce nie minął - jak Królowa Matka chce przeczytać dzieło filozoficzne, to kupuje sobie Kierkegaarda. Jak chce przeczytać książkę, której autor bawi się słowem to czyta Cortazara albo poezje Leśmiana. Jak chce się nurzać w realizmie magicznym to czyta Bułhakowa na zmianę z Marquezem. A GDY CHCE, I NIE BEZ PRZYJEMNOŚCI, POGIMNASTYKOWAĆ SZARE KOMÓRKI I SIĘ ODPRĘŻYĆ - CZYTA KRYMINAŁ. Podobnie jak większość kupujących kryminały ludzi. Którzy mogą się troszkę zdenerwować, jeśli wydadzą swoje ciężko zarobione pieniądze w nadziei na obcowanie z literaturą rozrywkową, a dostaną coś, co przypomina na oko bełkotliwe opko spłodzone przez nastolatka w pełnym rozkwicie tzw. Trudnego Wieku, okraszone informacją, że jest to Dzieło Filozoficzne i pełne Specyficznego Poczucia Humoru, tylko oni, głupi, nie zrozumieli. Taka luźna uwaga, do przemyślenia dla redakcji).

Czytelnik ma leżeć zadowolony na kawiarnianym wykuszu, że przewidział tok śledztwa.

Nie bardzo Królowa Matka wie, czy czytelnik, który nudził się jak mops, przewidział praktycznie wszystko i w dodatku był rozdrażniony  językiem, jakim utwór został napisany też może się położyć na kawiarnianym wykuszu, więc na wszelki wypadek nawet nie próbuje.

I Wam, Drodzy Czytelnicy, nie radzi.




Ach. 

I jeszcze jedno.

I odpalił papierosa, wypuszczając z ulgą dym, który uniósł się, jak nad krematoryjnym piecem.

Panie autor.

Państwo redakcja.

PO PROSTU NIE.

Szaleńczy ogień detektywa na tropie czyli słońce zgasło nad Toruniem I (Marcel Woźniak, "Powtórka")

UWAGI WSTĘPNE

PO PIERWSZE - będzie długie JAK CHOLERA, wybaczą Państwo prostactwo języka, ale inaczej się tego ująć nie da. Tak długie, że Królowa Matka zdecydowała się puścić rzecz w dwóch częściach. Same notatki do wpisu, czyli, no cóż, głównie cytaty z pochłanianego przez Królową Matkę z wypiekami na twarzy dzieła osiągnęły liczbę trzy tysiące znaków. Jak do tego dodamy królewskomatczyne wynurzenia, przekleństwa i ociekanie ironią to zamkniemy się w liczbie siedmiu tysięcy. Niech będzie dziesięciu, dla okrągłego rachunku. Słowem, niech się wszystkie ałtorkasiowe wpisy schowają. Jeśli ktoś nie ma na podobny maraton siły - czemu nie sposób się dziwić - niech się czuje uprzedzony i może da sobie spokój z lekturą.

PO DRUGIE - poniższy wpis nie jest recenzją, tylko omówieniem. Będzie zawierał spoilery, obfite cytaty, streszczenia i podsumowania z odniesieniem do treści. Jeżeli ktokolwiek chce zapoznać się z poniżej omawianym utworem osobiście, bez naleciałości w postaci spostrzeżeń Królowej Matki, a także będzie sam chciał sprawdzić, kto zabił, w tym momencie powinien porzucić ten wpis.
PO TRZECIE - będzie chaotycznie. To z nadmiaru emocji. Jeśli komuś chaos źle robi na psychikę poniższy wpis nie jest dla niego.

UWAGI TECHNICZNE - kursywą i na zielono zaznaczone są oryginalne cytaty. Pogrubienia i podkreślenia są uczynione przez Królową Matkę, chyba, że zaznaczono inaczej.

Gotowi? Uprzedzeni? Kto miał się wylogować już się wylogował? No to lecimy.


Na Gwiazdkę Siostra Królowej Matki dostała książkę.

Nie jest to jakaś nadzwyczajna rzecz w rodzinie Królowej Matki, ale TA KSIĄŻKA to był kryminał. Którego akcja dzieje się w Toruniu.

Toruński kryminał, no czyż może być coś lepszego. Królowa Matka sprawdziła wydawcę, super, znane wydawnictwo, które w dodatku wydało połowę królewskomatczynych świątecznych prezentów. Siostra Królowej Matki pod koniec grudnia wróciła do swojego Drugiego Kraju, książkę uprzejmie zostawiła do użytku rodzinnego, Królowa Matka zgarnęła ją do Domu w Dziczy, obłożyła się ciasteczkami, herbatkami, owinęła kocykiem i nastawiła na Emocje oraz Zagadkę Kryminalną.

O Zagadkę mniejsza, ale w Emocji to się Królowa Matka mogła normalnie tarzać.

Wnioskując z opisu książki i z zapowiedzi wydawnictwa Zagadka jest przednia, a Emocja dodawana w gratisie.

Oto Leon Brodzki, podpora i wyróżniający się funkcjonariusz toruńskiej policji kryminalnej, odchodzi na emeryturę. Dosłownie w dniu jego pożegnalnej imprezy policja znajduje zwłoki brutalnie zamordowanej, młodej dziewczyny, która przed śmiercią urodziła dziecko. Dziecku ktoś wytatuował na plecach napis sugerujący związek Brodzkiego z tą zbrodnią, a sam detektyw dostrzega w niej powiązania z zagadką sprzed lat, w rozwiązaniu której brał udział on, wówczas nieopierzone policyjne (a właściwie jeszcze milicyjne) pisklę, i jego ojciec, wówczas u szczytu kariery, obecnie stary, chory i dożywający swych dni w domu opieki. Zaczyna się wyścig Brodzkiego z tajemniczym mordercą, nazywającym się Heraklitem, który najwyraźniej pragnie, by Brodzki raz jeszcze "przeszedł przez piekło makabrycznych zbrodni", jak głosi okładka.

No przecież cud, miód i orzeszki, a w dodatku Toruń i znane na wylot zakątki rodzinnego miasta, cudownie.

Hm. Ekhm. Ekhm, ekhm.

Pierwszy raz Królowa Matka zachichotała pod nosem, gdy doszła do następującego ustępu (a miało to miejsce już na stronie osiemnastej):

"Miał urodę, która z wiekiem nadawała mu coraz bardziej szlachetnego wyglądu, podobnego do Pierce’a Brosnana czy Seana Connery’ego. Rysy miał od nich jednak bardziej wyraźne i bardziej męskie".
 
No po prostu MUSIAŁA Królowa Matka sprawdzić płeć osoby, która to puściła! 

Okazało się, że puściły rzecz dwie panie, Królowa Matka pokiwała głową i pomyślała, że, cóż, pewnie paniom głupio zwracać autorowi uwagę na to, że nie należy aż tak przesadzać z podkreślaniem zajebistości bohatera, a zresztą, może są one zwolenniczkami hożych, postawnych Wikingów, albo, przeciwnie, przytulnych, ciepłych, misiowatych typów, i nie zauważyły. W sumie - pomyślała Królowa Matka - to drobiazg przecież, po czym wróciła do lektury (z silnym, i coraz bardziej rosnącym wrażeniem, że Autor ogarnięty był pragnieniem zostania polskim Jo Nesbo i stworzenia polskiego Harry'ego Hole).

I rzeczywiście, był to drobiazg.

Po przeczytaniu opisu pożegnalnej imprezy na cześć odchodzącego na emeryturę Brodzkiego Królowa Matka runęłą na internet, żeby sprawdzić, czy to ona ma coś z główką, czy to jest po prostu TAKIE ZŁE, i wyszło jej, że to ona ma coś z główką. Autor miał (i ma) wyłącznie dobre recenzje. WYŁĄCZNIE. Pełne zachwytów nad pięknem języka. Fantastyczną konstrukcją intrygi i Bohaterem, Który Wchodzi Do Panteonu Najlepszych I Ulubionych Bohaterów Literackich Ever. No, dobra, pomyślała Królowa Matka, widocznie kompletnie się nie znam, względnie nie powinno się oceniać 450-ostronicowej powieści po pierwszych trzydziestu stronach. Położyła uszy po sobie i powróciła do lektury.

Gdy dotarła do strony 38 zamknęła książkę. Otworzyła laptopa. Zalogowała się na Facebooka. I napisała: "Kryminał czytam. Gdyż jest toruński, a ja jestem lokalną patriotką. Rozważam przeprowadzkę". 

Był 8 stycznia, godzina 20.08.

Od tamtej chwili przez kolejne pięć dni prywatni Znajomi Królowej Matki czytali wraz z nią


 "Powtórkę" Marcela Woźniaka, udzielając się w 2080 komentarzach, a nie jest to rzecz przesadnie często widziana na wallu osoby, która ma tych znajomych mniej niż stu.

Królowa Matka niezbyt często ich bombarduje opisami swego stanu ducha, ale tym razem poczuła, że nie wytrzyma, jeśli nie wyrzuci z siebie wstrząsających nią Emocji.

No bo wyobraźcie to sobie. 

Oto umiera dziewczyna. Młoda, piękna, okrutnie torurowana, zawieszona na łańcuchach za nadgarstki i snująca następujące rozważania: "Gdzie byliście przez te wszystkie lata, kiedy moja samotna dusza i wystraszone serce szukały miłości i ciepła?". 

Rzadko się udaje autorowi wywołać perlisty śmiech u osoby czytającej o tragicznej śmierci młodego dziewczęcia, ten odniósł spektakularny sukces! 

Tego samego wieczora, gdy leżąc wieczorem u boku uśpionego (i zagrypionego) Pana Małżonka Królowa Matka ryknęła znienacka gromkim śmiechem, pomyślała, że wreszcie nadszedł czas, by użyć ołówka (co robi nader rzadko) i podkreślać, coby nic jej nie umknęło, jak również stworzyć w Excelu tabelkę, w której nanosić będzie pracowicie wszystkie... no, nie szalejmy, wszystkie to nie. Wiele. Wiele ze znalezionych w powieści błędów, bzdur i "to-nie-mogło-się-zdarzyć"-ów z podziałem na kategorie.

Ani się obejrzała, a pomiędzy podkreślonymi zdaniami przebłyskiwały te nie podkreślone, typu "Słońce zachodziło", a ilość rubryczek w tabelce zaczęła ewoluować, puchnąć i rozrastać się do niewiarygodnych (zwłaszcza, że mówimy o książce, która miała i redakcję, i korektę) rozmiarów.

Poniżej możesz, Czytelniku, zapoznać się z niektórymi przykładami z niektórych tabelek:

Literówki

Dzieliło ich trzydzieści lat życia, które u Brodzkiego upłynęło na dojściu do szczytu karieru.

Jako człowiek, który w komunistycznym systemie zajmowała się dostawami jedzenia do szkół, wiedział, że o wszystko trzeba się targować.

Brodzki wpisał się w książce gości i kiwnął do stróża, która w małej dyżurce popalał samorobne papierosy.

A potem Królowa Matka dała sobie spokój z literówkami, bo tyle wokół było wszelkiego dobra, że co się - pomyślała - rozdrabniać będzie, że nie wspomni o tym, że jej się w oczach mieniło od nadmiaru materiału do omówienia, w związku z czym ta czy inna literówka mogła jej umknąć.


Rzadziej umykała
 
Zła odmiana i/lub niewłaściwe użycie frazeologizmów

Dzięki ojcu, funkcjonariuszu milicji (a była Królowa Matka dopiero na 38 stronie).

 – Gdzie jest ten człowiek? – zapytał samego siebie. Jego uwagę zwrócił drewniany płotek, za którym coś się jakby kłębowało, ale nie był pewien, czy to tylko nie wiatr.

Brodzki odpalił papierosa, zaciągnął się nim dwa razy i wyrzucił niedopałka do kałuży.
 
Rozejrzał się po okolicy, doszedł do płotku...

Chwycił po drapak do głowy i potarł nim po łysinie.

...stała stara, granatowa nysa i beżowa taksówka fiat 125p z bocznym numerem 02. Oba pokiereszowane, z poobrywanymi zderzaki i pogiętą blachą. Jak bardzo biblijnie!
.
– Rozumiem pana wzburzenie… – ciągnął Halicki, wchodząc na poziom niemal medytacyjnego spokoju i pogodzenia się z niewdzięczną rolą bufora dla ludzkich żali i łez.

W nowy świat pozawerbalnego miazmatu komponowało się jak ulał.

Nagranie, które powinien znaleźć się w tym miejscu.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej...


Kolejna rubryczka, której mogłoby nie być, gdyby redakcja nie porzucała  rękopisu z histerycznym płaczem i nie odmawiała dalszej współpracy (tylko tak Królowa Matka potrafi sobie wytłumaczyć fakt, że powieść ukazała się w tej formie) to:

nieprawidłowa budowa zdań zmieniająca ich sens
 
 Ktoś opierał się o ścianę z wytrzeszczem.

Leon podziękował pielęgniarce i ruszył do sali numer 3. Teraz leżał na łóżku w rogu sali i patrzył tępo w sufit. (że nie Leon leżał musicie Królowej Matce Państwo uwierzyć na słowo, bo z powyższego nijak to nie wynika).
 
 Przypomniał sobie pewnego młodego chłopaka spod Nakła, dorastającego pod okiem dziadka, chudego okularnika, wbrew wszystkiemu marzącego o pracy w policji (miejmy nadzieję, że dziadek spełnił swe marzenie!)
  
Toruń (...) nazywany był Miastem Aniołów. To anioł w herbie Torunia strzegł jego bram, wychodzących na Wisłę. Leżał sto sześćdziesiąt kilometrów na południe od Gdańska, i sto sześćdziesiąt kilometrów na północ od Łodzi".  Ten anioł, znaczy?

 Była młodą dziewczyną o kasztanowych włosach opadających na ramiona z równo przycięta grzywką.

Skojarzenia to przekleństwo!

No to zdrówko. – Detektyw stuknął go kieliszkiem.
 
Barman spojrzał na niego spod byka, porządkując swoje miejsce pracy. 


Żadni prywatni detektywi nie mają się w to nie mieszać. (czyli rozumie Królowa Matka, że mają się mieszać, chyba że podwójne, a nawet potrójne przeczenie w języku polskim działa jakoś inaczej, niż sądziła).
 
Obaj byli braćmi (i, podpowiemy, to nie znaczy, ze każdy z nich miał jakiegoś osobnego brata, tylko, że po prostu byli braćmi).

Rozglądał się na boki swoimi musztardowymi okularami, nie będąc pewnym, czy nagranie, które widzi, powinien znaleźć się w tym miejscu. ROZGLĄDAŁ SIĘ OKULARAMI!   

Zawsze nie pasowały mi te jego zezowate oczy – uciął Halicki.

Przy stole stało sześć krzeseł, ze ściany naprzeciwko wychodził balkon.
   
Pod krzesłem z wywieszonym językiem siedział pies. Detektyw poklepał go po brzuchu i pogłaskał beżową, skrzącą się sierść. Krzesło z wywieszonym językiem, migoczący pies, ani chybi wampir, Brodzki pochyla się, by go pogłaskać po brzuchu...
 
Brodzki stał ubrany w dżinsy i elegancką, sportową, granatową kurtkę. Jego szyja, naprężona jak cięciwa tatarskiego łuku, gotowa była rzucić się do gardła każdemu, kto mu się sprzeciwi.

aczkolwiek ponieważ ta zdumiewająca konstrukcja, pozwalająca snuć daleko idące rozważania na temat nietypowej budowy fizycznej Leona Brodzkiego użyta została w powieści jeszcze raz (Oczy mu błyszczały. Szyja była naprężona i gotowa do skoku) Królowa Matka podejrzewa, że jest ona (ta konstrukcja) Tak Głęboka, że osoba o umysłowości prostej, prowincjonalnej kobieciny po prostu jej nie zrozumiała.


Ulubiona kategoria Królowej Matki to

Niewłaściwe użycie słów

- Uwaga na gło... - nie dokończył policjant, kiedy Chyży rąbnął mózgownicą (!!!. przyp.KM) o framugę auta.

 - Może twój ojciec wiedział coś więcej? On to przyklepał. 
- Mój ojciec jest warzywem. Ale był dobrym gliną. 
- A co jemy? - Halicki żachnął się, ale Brodzki go nie słuchał.

"Żachnął się" uto słowo, którego Autor kompletnie nie umie prawidłowo używać, kolejny dowód poniżej:

 - Jak pożegnałem się z psiarnią, to przypałętał się taki jeden kundel. Lubię go, cholera. 
- Ciągnie swój do swego, co? – żachnął się dziadek, poprawiając wskazującym palcem kraciasty beret na głowie.
 
– Co kurwa?! – zaaferował się klient i rozłożył na boki ręce dla rezonu.


– Wstyd. Po prostu wstyd, żeby leżeć tak na środku tego pięknego, gotyckiego miasta – zadeklamował nad detektywem mężczyzna na wózku.
 
– Złapaliście winnych. Sprawa zamknięta. Życie dostatecznie dużo mi zabrało. Dlatego ja teraz każdą nadarzającą się okazję przekuwam na pieniądze. Kiedyś na dolary, teraz na złotówki. Deficyt córki będę i tak odczuwał do końca życia. DEFICYT CÓRKI!!!

Kosma stulił głowę i wrócił do komputera.

 Tak, mam córkę. I odpowiadając na pana pytanie, gdyby coś się jej stało, oszalałbym ze złości, a zawiść i poczucie niesprawiedliwości zaślepiłyby mnie do końca życia. <słabo> Zawiść...

 – Był. I jest. Musimy go tylko znaleźć – dywagował detektyw. – Jesteś w porządku, Żółtko – rzekł z uśmiechem Brodzki.

Ostatnio byłem w czwartek. Ale nie myśl sobie! – wzbraniał się Dżoker.

"A czemu w takim razie ja sam przyjechałem właśnie tu?” – spytał samego siebie i przytaknął w myślach. „Bo jestem leniwy i staroświecki. Majestat tylu książek w jednym miejscu zawsze robił na mnie wrażenie. Tak wielkie, że nie było mnie tu prawie trzydzieści lat". Logika-Autor - 453:0

"Nie otwieramy tego (szafek w szatni, przyp. KM), bo bez zamka będą się majtać w lewo i prawo, i tylko się ktoś pokaleczy – wytłumaczył się Szczepan i wrócił do rozmowy przez komórkę"

Nie wiem, czy mnie słyszysz tato, ale mamy w mieście kopistę. ("Kopistą" nazywa Autor uparcie i niezmiennie nie przepisującego średniowieczne pisma mnicha, ale mordercę, zamiast użyć po prostu słowa "naśladowca").

instytucja od prawie dekady spełniała miejsce

Nie przesiadywał z nosem w krzyżówkach ani z oczami przed telewizorem.

Ciało i jego fizjonomia zmieniają się nie tylko pod ciężarem hantli. Czasem wystarczy stres i odpowiedzialność.

Mimo to jego silna przepona przebijała się przez ten gwar.

Jeszcze tego brakowało, żebyś i ty kojtnął  (chociaż w tym miejscu podejrzewa KM literówkę)zmierził się Leon

Była jedną z tych matek, mądrych kobiet, które czuwają przy ognisku domowym, gotują zupy, czekają na mężów i synów, nie mrużąc oczu, póki nie usłyszą ich kroków na ganku.

Gdzieś w oddali słyszalne było buczenie podobne statkom wpływającym do portu, po niebie krążyły piskliwie ptaki.

Słońca nad miastem już nie było. Ktoś zgasił je bezpowrotnie.

No teraz to dupa, mamy w Toruniu Wieczną Noc.




Oj, pomyliła się Królowa Matka. To, co wyżej to nie była jej ulubiona kategoria.

TO jest ulubiona kategoria Królowej Matki!
 
Niezamierzony komizm sytuacyjny

 Większość fuksjowej szminki została na pościeli (po upojnej nocy z bogdanką, przyp. KM), ale jego kąciki ust także zachowały coś dla siebie.

Leon nie słyszał już tej rozmowy, niosąc swój burczący, płaski brzuch ulicą Nieszawską.

 Ale odwrócił nagle głowę, bo jakaś jasna myśl przebiegła przez nią niczym mysz.

 – Czy Szabańska miała brzuch? – nie mógł sobie przypomnieć. (gdyby nie miała to by chyba pamiętał?)

 "Co to będzie za spotkanie? – rozmyślał. - O co spytać kobietę, której mąż zawisł na sznurze? Jakie pytania zadaje się wdowom po mordercach?". Na wszelki wypadek odbezpieczył broń.

Detektyw spojrzał znów na solidne drzwi. Jakaś siła, zwana policyjnym nosem lub instynktem, albo szóstym zmysłem, popchnęła go w kierunku klamki. Nacisnął. Drzwi ustąpiły. Najlepszy opis otwierania drzwi za pomocą naciśnięcia klamki w literaturze polskiej, a kto wie, może i w światowej!

Z wnętrza buchnął mroźny odór. Kiedy uleciał, Brodzki nie zobaczył w środku absolutnie niczego.

Jego superświadomość już wiedziała, co się wydarzy, ale jeszcze wstrzymywała się z podaniem ostatecznych wyników do wiadomości świadomości.
 
Halicki wyrzucił w kąt drapaczkę do głowy, a słuchawkę zatrzymał kilka centymetrów nad widełkami. I zaczął mówić, uderzając nią jednocześnie w aparat, dla podkreślenia swojego wzburzenia.
– Dzwonili z Koronowa – powiedział, a jego twarz zupełnie nie wyrażała emocji.


Z dwóch biurek na komisariacie zniknęły rzeczy dwóch osób, które jeszcze w piątek były po pierwsze policjantami, po drugie kolegami, a po trzecie – byli żywi.

 - Jestem mężem Janiny Pokorskiej, brutalnie wczoraj zamordowanej na Starówce kobiety mojego życia. Gdzie jest Brodzki?! - warczał, a twarz jego czerwieniała, jak dobrze opiekany stek.
(...)
- Niech pan powie to mojej córce, Wiktorii! Co ona komu zawiniła? – spytał, pokazując zdjęcie w portfelu. – Pytam się, co zawiniła?! Do końca życia będzie tu w mieście uważana za dziecko dziwki. Bękarta z pięciu ojców. Potomka kurwy i ulicznicy. 
- Niech pan tak nie mówi. 
- To była moja żona i mogę mówić o niej, jak chcę!

Odwrócił się do Marty, dyskretnie zdejmując z siebie jej ręce, co nie uszło uwadze dziewczyny. Mimo to dalej okazywała współczucie.

Brodzki wchodząc na komendę, myślał o czymś intensywnie, ale po przekroczeniu drzwi niebieskiego budynku od ulicy Grudziądzkiej, zapomniał, co to było. Często tak miewał – granica framugi tak jakby oddzielała różne funkcje aktywności jego mózgu, ilekroć przechodził z jednej przestrzeni do drugiej -

Na pewno to widzisz, Czytelniku! Facet myśli, że coś by zjadł, wchodzi do kuchni, myk! Granica framugi i już myśli o zasadzie nieoznaczoności. Przechodzi do łazienki i myk! zaczyna analizować zamkniętą w 1978 roku sprawę, w której nie udało mu się doprowadzić do ukarania sprawcy. I tak cały czas. Pod koniec dnia ma rozdwojenie jaźni i sił akurat tyle, by leżeć zwinięty w kłębuszek w rogu pokoju i łkać bezradnie. Piekło, pani, piekło!


(a także niebagatelny wkład Marcela Woźniaka w wewnętrzny język rodzinno-towarzyski Królowej Matki, która "granicę framugi" zabrała, używa i nie zamierza oddać).


Mamy też rubryczkę
Albo i wszystko naraz
bo kto bogatemu zabroni! 

Rozejrzał się po ciemnoczerwonej piwnicy, której zakamarków nie znał i nie wiedział, co w nich znajdzie. - przebóg, zupełnie jak Królowa Matka, gdy jest w jakimś miejscu po raz pierwszy w życiu! Ma zadatki na wybitnego śledczego!!!

Halicki zaniemówił. Stał tak, złapany w pół kroku, kiedy w jednej ręce trzymał chusteczkę, którą zamierzał użyć do dmuchnięcia weń, a w drugiej dzierżył paczkę papierosów, którą niechybnie planował naruszyć.
 
Strażnik podszedł i zdzielił go pałą przez plecy. Heraklit wygiął się z bólu jak piskorz i uśmiechnął, przechodząc gestem do przeciągania się. 


 – Czy nie przyzna pani, że Leon Brodzki jest bardzo przystojny? – odpowiedział, zmieniając temat, czym wybił Martę zupełnie. Zwijał się z bólu, ale nie tracił rezonu – Oczywiście, jak na emeryta? – spytał szarmancko".

Biedna Marta, taka wybita.

"Szarmancko" użyte z d..., ale czyż to nas dziwi, no przecież, że na tym etapie już nie nie.


Jej delikatna buzia z małym nosem, przyozdobionym diamentowym kolczykiem, oraz zielone oczy dopełniały promieniejącą buzię.

Buzia dopełniająca buzię, proszpaństwa, widzieliśmy chyba już wszystko.


A ten wiedział, że za chwilę usłyszy odpowiedź na retoryczne pytanie o to, dlaczego jeszcze żyje.

Panie polonista, skoro Brodzki usłyszy odpowiedź to pytanie nie było retoryczne.




Kolejna kategoria (udziwnione zdania), acz najbardziej obfita, budzi w Królowej Matce trochę wątpliwości Może po prostu nie przemówił do niej indywidualny styl Autora (tak, dopuszcza podobną myśl), w związku z czym mocno tę kategorię przetrzebiła. Ale nie oprze się i zaprezentuje swoje Ulubione Kwiatki, czyli opisy postaci, bo w czym jak w czym, ale w tym wypadku Autor nie pozwala sobie na ograniczenia wynikające z logiki, gramatyki, interpunkcji i założenia, że kryminały czytują normalni ludzie, a nie Hipsterscy i Językowo Niezależni Doktoranci Oraz Profesorowie:

Policjant zakradł się swą zgarbioną sylwetką do wejścia lewej nawy, jedynego otwartego o tej godzinie.

Miał wygląd przedwojennego aktora i sylwetkę piłkarza. Pociągła twarz z małym, krnąbrnym podbródkiem, krótkie, platynowe włosy oraz wysokie czoło, nadawały mu dostojeństwa rodem z tragedii Szekspira. Z kolei nisko osadzone biodra i zwinne stopy dodawały mu sprężystości, tak potrzebnej przy staniu przez dwanaście godzin na nogach.


Wizja, która zrodziła się w głowie Koleżanki KM
podczas burzy mózgów na FB,
strój modela bardziej swobodny niż w powieści

Małe uszy przypominały kształtem róże z lukru, jakie umieszcza się na tortach weselnych, a nos podobny był w swych liniach do źle zespawanej kotwicy. Mężczyzna nie miał brwi, więc czubek głowy przelewał się w stronę szerokiego czoła, a to – do głęboko zapadniętych oczodołów, skrywających nieobecny wzrok mordercy.
 
a także ukochany fragment Królowej Matki, ochrzczony przez nią pieszczotliwie jako Naprawdę Srogie Zioło:



Jakiś dziwny, nieznany dotąd Brodzkiemu strach zajął jego ciało. Detektyw niemal zemdlał.

„Co jest ze mną…” – zawahał się. „Czy bałem się, czyją twarz zobaczę? Tak, chyba tak” – myślał.

– Czy pobłądziłeś, synu? – spytał znów dźwięcznie kapłan.
– Bałem się, że zobaczę znaną mi twarz i nie będzie to twarz człowieka – wypalił niczym bohater antycznej tragedii i zapowietrzył się.

„Co?! Co ja wygaduję, co jest ze mną? I czemu ciągle trzymam tego księdza za ramiona. Jeszcze sobie coś pomyśli…” – kontynuowała jaźń detektywa
(kontynuowała jaźń, nosz fak)

– A czyją, synu? 


– Ludzi, których zabiłem – wypalił znów tym demiurgicznym tonem, a jego głos nabrał rozpędu i przewędrował od lewej nawy, przez prezbiterium i ołtarz, wracając prawą nawą na powrót do jego ust".


GŁOS PRZEWĘDROWUJĄCY PRZEZ NAWĘ I WRACAJĄCY DO UST. 

I tu właściwie  mogłaby Królowa Matka skończyć, bo czyż można wyobrazić sobie, że będzie jeszcze BARDZIEJ.

Lecz nie skończy. 

Bo za chwilę przejdzie do prawdziwego wkur...zenia.

Ale to za chwilę.

Przedtem, na zakończenie tej, powiedzmy, bardziej technicznej części omówienia zauważy Królowa Matka, że jak w przypadku każdego, poddającego się szerokim interpretacjom dzieła miała ona szereg skojarzeń literacko-kabaretowo-filmowych, którymi się podzieli, bo radość, którą się człowiek dzieli wraca wszak do niego popiątnie.

Spojrzeli na siebie tak, jak czasem Brodzki patrzy na Halickiego, a Halicki na niego. Żółtko przytaknął i nic nie powiedział. Brodzki nie wyczuł jednak w tym spojrzeniu wahania, a pewne, policyjne przeczucie. Takie, które towarzyszyło jemu, kiedy miał tyle lat, co Żółtko.

Męską ciszę przerwał telefon Leona.


Halicki zauważył błysk w oku Brodzkiego. A Brodzki zauważył, że Halicki to zauważył. Obaj chcieli to powiedzieć, ale obaj wiedzieli, że druga osoba to właśnie pomyślała. Uśmiechnęli się więc do siebie szorstko.

.Natychmiastowe skojarzenie popkuturalne, minuta 2, sekunda 40

Brodzki zajęczał – jego krtań walczyła teraz o każdy oddech. Postać była za nim – próbował chwycić ją górą, ale nie sięgał. Próbował dołem – człowiek umiejętnie balansował biodrami i odsuwał się.

No nic Królowa Matka nie poradzi na własne skojarzenia, minuta 1, sekunda 10


A teraz, gdy już się pośmialiśmy, czas przejść do wkur... No. 

Właśnie do tego.