niedziela, 17 października 2021

"Miasteczko Rotherweird" Andrew Caldecott

Panie i Panowie, oto mocny, by nie rzec - najmocniejszy kandydat do tytułu Literackiego Rozczarowania Roku!

Tysiące. Dziesiątki tysięcy. Co mówię - milion razy powtarzałam sobie, żeby się nie nabierać na trzy rzeczy - okładkę, no bo ileż można oceniać książki po okładce, nieprawdaż, entuzjastyczne opisy na jej skrzydełkach oraz kuszące streszczenie, zamieszczone przez wydawcę.

I co? I pstro. Kolejny raz dałam się naciąć, i nawet nie mam siły pisać, że tym razem na pewno ostatni, bo wiem, że zdarzy się to jeszcze kolejny raz, i kolejny, i kolejny. Aczkolwiek po doświadczeniu z "Miasteczkiem Rotherweird" przez dłuższy czas będę ostrożna.

 

Okładka piękna i klimatyczna. Na okładce - zachęcająca opinia Hilary Mantel oraz Sunday Independent ('Harry Potter dla dorosłych!"). Streszczenie bardziej niż kuszące - oto mamy miasteczko Rotherweird, którego historia sięga XVI wieku, gdy na rozkaz królowej ukryto w nim dwanaścioro dzieci o talentach tak niewiarygodnych i tak niebezpiecznych, że budzą powszechny podziw, ale i strach. Opiekun dzieci, sir Henry, ma zostać ich nauczycielem dbającym, by te niewyobrażalne talenty rozwijały się w najbardziej pożądanym kierunku, a jednocześnie dopilnować, by ani o dzieciach, ani o samym miasteczku zbyt wiele nie wiedziano na zewnątrz. Z tego też powodu miasto otrzymuje coś w rodzaju autonomii - jego prawa różnią się od praw wszelkich pozostałych miast Wielkiej Brytanii, nie wolno go opuszczać, ale i odwiedzać, a osoby nie poddające się tym nakazom są z Rotherweird usuwane.

Czterysta pięćdziesiąt lat później miasteczko nadal istnieje i doskonale prosperuje dzięki wybitnym umysłom zamieszkujących je ludzi, utrzymując się z dokonywania wyrafinowanych wynalazków, które są następnie sprzedawane do świata zewnętrznego (w miasteczku konkurują ze sobą dwie wieże - Północna i Południowa, które tak naprawdę odpowiadają za rozwój technologiczny w Wielkiej Brytanii, a przynajmniej większą jego część). Nadal jednak nie wolno go opuszczać i odwiedzać - choć wielu próbuje -  żaden przyjezdny nie ma prawa zostać w nim na noc, a najważniejszą zasadą miasteczka jest to, że nie bada się i nie naucza jego historii. W szkole - o niezwykle wysokim poziomie nauczania - naucza się tylko historii współczesnej, zaś wszystkie wzmianki o Rotherweird sprzed roku 1800 zostały zniszczone. Kto jest nieposłuszny i sprzeciwia się zasadom, zostaje z miasteczka wydalony i dlatego właśnie szkoła w Rotherweird potrzebuje nowego nauczyciela historii - poprzedni był zbyt niepokorny i interesował się tym, czym interesować się rotherweirdczykom (o przyjezdnych nawet nie wspominając) absolutnie nie wolno. Etat zostaje zaproponowany Jonahowi Oblongowi, a jego przybycie do Rotherweird zbiega się z przyjazdem miliardera Veronala Slickstone'a, który kupuje zrujnowany pałac i z arogancją typową dla ludzi niezmiernie bogatych za nic ma prawa obowiązujące w miasteczku i ustala swoje własne zasady. 

Rotherweird wygląda jak przeniesione z innej epoki - nie ma tam samochodów, dotrzeć tam można tylko omnibusem i ludzie są... cóż, dziwni, choć w większość bardzo utalentowani i bystrzy. I noszą dziwne imiona w rodzaju Fenguin czy Hieronymus.

Wydarzenia współczesne przeplatają się z tymi z XVI w., a na dodatek spora część książki dzieje się w "Straconej mili", równoległej rzeczywistości, do której można wejść przez specjalną płytkę.

Cud, miód i orzeszki, rzekłby ktoś (na przykład ja, tuż po przeczytaniu streszczenia).

Otóż he, he, he. He, he. I jeszcze raz he, he.

Problem z książką miałam od samego początku, począwszy od wspomnianych dziwnych imion BARDZO licznych bohaterów, do których to imion często dodawane było równie dziwaczne nazwisko (Vixen Valourhand, natenpszykłat). I przy tej masie bohaterów brak wszystkim im było jakiegokolwiek charakteru. Ponad sześćset stron, a jedyne, czego dowiedziałam się o wspomnianej pannie Valourhand to to, że miała romans z niejakim Strimmerem (Hengestem Strimmerem, ekhm), oraz że spędza noce skacząc na szczudłach po dachach.  Czemu skacze? Nie wiadomo. Czy czyni to w jakimś konkretnym celu? Nie wiadomo. Robi to ku prostej rozrywce, może jest, powiedzmy, wścibska i lubi podglądać ludzi, nie będąc przy tym widzianą, czy ma w związku z tymi skokami jakiś szczwany plan? Nie wiadomo.

I tak jest z każdym bohaterem, opisywanym tylko imieniem i sprawowaną funkcją - Jonah Oblong, Veronal Slickstone, Marmion Finch, Orelia Roc, i tak dalej, i tak dalej... Oczywiście sprawia to, że te dziwacznie ponazywane  postacie trudno jest spamiętać, a w dodatku autor używa czasem imienia, a czasem nazwiska - do tej pory równie często na rozpiskę "who is who" zaglądałam chyba tylko podczas lektury "Wichrowych w\Wzgórz", ale im to wybaczałam z powodu nadmiaru bohaterów nazywających się Heathcliff, Earnshaw i Linton. Za to, gdy już oswoiłam się ze sporą ilością Lintonów, lektura "Wichrowych Wzgórz" nie przysparzała mi trudności, w zupełnym, ale to zupełnym przeciwieństwie "Miasteczka Rotherweird". Tu w zasadzie bez przerwy musiałam zastanawiać się podczas lektury kim, do licha cięzkiego, jest osoba, o której właśnie czytam, zwłaszcza, że postacie w tej książce nader często pojawiają się, ni stąd, ni zowąd,  wpadają magicznie na różne rozwiązania, i znikają. Przez całe (ponad) sześćset stron moja lektura wyglądała następująco: czytam dwa-trzy zdania, nagle się potykam, w popłochu konstatuję, że nic nie rozumiem, muszę się cofnąć, cofam się, odkrywam, że osoba, o której myślałam, że to ona widzi czy myśli, to wcale nie ta, tylko inna, a ja znowu pomyliłam nazwiska, a w ogóle "Gohambury" i "sekretarz" to nie są, jak sądziłam, dwie osoby, tylko jedna i ta sama... Dochodziło do tego, że jeden fragment czytałam po kilka razy, żeby móc pojąć co też autor chciał (nieudolnie) przekazać, a i tak nie miałam poczucia, że mi się udało.

Bezbarwni bohaterowie (to na swój sposób fascynujące, że książka ma 614 stron, a autorowi nie udało się nadać postaciom nawet cienia charakteru), pomysł,  który mógłby być naprawdę ciekawy, ale niestety, niestety, autor chciał do fabuły wrzucić wszystko, co mu tylko przyszło do głowy, a tak naprawdę nie zdołał czytelnika niczym zainteresować i całość dzieła została zatłuczona przez rozwlekle opisywane domy, ulice, krajobrazy czy stroje mieszkańców, i do tego  cała masa bezsensownych dialogów...  To, co miało być złowróżbne w ogóle nie wzbudza grozy, to, co miało być zabawne jest żenujące, a to, co już, już zaczyna interesować nie jest przez autora rozwinięte (może będzie w kolejnych tomach, ale tego to się już nie dowiem...). Od dwanaściorga obdarzonych tajemniczymi talentami dzieci zaczynają się wszystkie opisy (i recenzje), a tak naprawdę są one mało znaczącym epizodem. Jakie talenty miały dzieci? Dlaczego  uznano je za tak niebezpieczne? Skąd wziął się w miasteczku świat równoległy? Czy zawsze istniał w Rotherweird, czy w jakiś sposób "wywołany"został przez skumulowane w jednym miejscu utalentowane dzieci? Pytania można mnożyć, ale odpowiedzi na nie nie uzyskujemy

I to nie uzyskujemy w najbardziej irytujący sposób. 

Na przykład - mamy niejakiego Strimmera. Mózg jak stąd do Acapulco, geniusz, szef naukowy Wieży Północnej, trzy czwarte Anglii zawdzięcza mu rozwój technologiczny. I ten geniusz po latach pracy w Wieży Północnej odkrywa, że ma nad głową liczące wiele lat obserwatorium, a i to trzeba go było podpuścić, żeby doszedł do tego genialnego odkrycia. 

Genialne odkrycie opisane jest tak:

 Niemal niewidoczna, bo pokryta wielowiekowym kurzem, pod dotykiem wilgotnej ścierki ujawniła drobną intarsję przedstawiająca słońce i dwa księżyce, a pod nimi inicjały HG i krzyż. Dzięki lupie Strimmer dojrzał jeszcze maleńki monogram w rogu, złożony z połączonych liter H i M. Jak przypuszczał, troje uczniów, którzy przeżyli, było przyjaciółmi i siedziało razem. Ich inicjały pozostały być może dlatego, że uczniowie ci nie dopuścili się przestępstwa, za które ich kolegów i koleżanki wymazano z pamięci (...) Nasuwało się kolejne pytanie, raczej złowróżbne, czy niełaska, w jaką popadła większość klasy związana była ze śmiercią nauczyciela?

I teraz jeśli sądzicie Państwo, że ja wiem, o co chodzi w powyższym fragmencie, bo jest to fragment ze strony 212, a ja uważnie czytałam całość, to nic z tego. W popłochu wertowałam książkę, pewna, że jakimś cudem przeoczyłam całkiem sporo danych. Jacy uczniowie, którzy przeżyli? Jakiego przestępstwa? Jaka śmierć i jakiego nauczyciela? O co chodzi w tym dziwacznym fragmencie?

I tak było co chwilę, dosłownie co chwilę. Owszem, dowiedziałam się wszystkiego, co mnie frapowało w powyżej zacytowanym tekście, ale tylko dlatego, że - zupełnie zbita z tropu - bardzo dokładnie zapamiętałam ten fragment (zrozumienie go zrodziło zresztą kolejne pytania - na przykład, jakim cudem Strimmer doszedł do tych wszystkich wniosków, skoro nie znał historii Rotherweird sprzed 1800 roku, a i intarsje i inicjały pochodziły sprzed czterech wieków?). Ilu podobnych fragmentów nie zrozumiałam, bo mi gdzieś umknęły, nie umiem powiedzieć, zapewne wielu.

Dawno nie natrafiłam książkę, która do tego stopnia nie potrafiła wzbudzić we mnie emocji (bezbrzeżna nuda to, jak mniemam, nie jest emocja), no, może poza frustracją. Frustracji było sporo.

Ponadto w miarę czytania narastało we mnie przedziwne wrażenie, że coś mi ta pisanina przypomina, z czymś mi się kojarzy... i mniej więcej od połowy wiedziałam, z czym.

Otóż mając lat dziewięć mniej więcej napisałam Powieść. Była to Wybitna Powieść, normalnie krok milowy w Literaturze Ojczystej, a kto wie, może i Światowej. Akcja Powieści toczyła się w Fantastycznej Krainie, opisanej z niezwykłą troską o szczegóły, od najmniejszego listka począwszy, na najważniejszej budowli w mieście skończywszy. Bohaterowie nie nazywali się, na przykład, Michał Nowacki czy Agnieszka Pawlak, tylko Charmayanne Kościekliwiczówianka lub Anthownetty Makscórczyński-Przedcierzowszczyński. Większość akcji obywała się zgodnie ze starą, dobrą zasadą "deux ex machina". Jeśli chciało się wykonać jakąś magiczną rzecz, należało połknąć specjalną pastylkę albo nacisnąć guziczek. Zaś rysunek postaci ograniczał się do szczegółowego opisania ich wyglądu zewnętrznego.

No iście jak w "Miasteczku Rotherweird", mówię i powiadam! O imionach, bohaterach bez właściwości i szczegółowym opisywaniu ulic, po których stąpa nowy nauczyciel historii już pisałam, ale cała reszta też tu jest. Ucieczka przed gigantyczną, zmutowaną pajęczycą opisana jest następująco:

Valourhand chwyciła mężczyznę za ramię.

- Uciekaj, głupcze!

I uciekli.

zaś zapoznanie się z Całkowicie Nowym, Przełomowym Wynalazkiem, latającymi bańkami, w których można się przemieszczać, następująco:

Boris błyskawicznie przeszkolił ich z obsługi baniek, która polegała na delikatnym poruszaniu uchwytami na ręce i stopy,

po czym tak przeszkolone osoby wsiadają do baniek i sobie lecą, bo czemu nie. 

Jeśli zaś chodzi o przenoszenie się do Straconej Mili, o tę tajemniczą, magiczną podróż, tajną, że ho, ho to odbywa się ona przez STANIĘCIE NA SPECJALNEJ PŁYTCE (a pamiętamy, że mamy do czynienia z Harrym Potterem dla dorosłych, prawda? Tym samym Harrym Potterem, w którym, na przykład, podróżować między światami, albo w ich obrębie można było za pomocą proszku fiuu, świstoklików, przejścia na peronie 9 i 3/4, by wymienić na szybko to, co mi przyszło do głowy?)

Nawet dwa różne zakończenia tej książki nie zachwyciły mnie, ponieważ autor skopał je po całości (model - spędzamy wszystkich bohaterów w jedno miejsce i każemy im szczegółowo opowiedzieć, co robili i czemu, mając przy tym nadzieję, że czytelnik jest już na tyle przyzwyczajony do... no, wszystkiego, że nawet gdy raz zwrócimy się do bohatera imieniem, raz nazwiskiem, a raz funkcją to będzie on wiedział, że jest mowa o jednej osobie, nie trzech różnych). No i w sumie mogłaby to być dobra historia o moralności, etyce, bardzo współczesnym problemie ingerencji w naturę, może trochę o magii, z nawiązaniem do historii Anglii, ale zamiast tego dostaliśmy jeden wielki, NUDNY bełkot, rozciągniętą na 610 stron powieść a la dziewięciolatek.

Powieść, która ma być, jak słyszałam, pierwszą częścią trylogii, i oto znajduję wreszcie jej pierwszą, dobrą stronę.

Zaoszczędzę i czas, i pieniądze, i nerwy nie czytając tomów kolejnych.

sobota, 16 października 2021

Skaza na charakterze

 Miejsce akcji - samochód, unoszący Królewską Rodzinę w dal w ramach akcji Mazury Poza Sezonem

Pompon Młodszy (po wyżarciu do gołej ziemi paluszków słonych, orzeszków, owocków i innych Przekąsek, a Imię Ich Milijon)- Mogę zjeść do końca te precelki?

Królowa Matka (raczej nieuważnie) - Precelki? A, nie wiem, chyba możesz.

Pompon Starszy (ożywiając się gwałtownie) - Ale nie do końca, nie do końca, mnie też trochę daj!

Pompon Młodszy (drąży) - No, ale ja nie wiem, czy mogę, na pewno wszyscy je jedli? Mamo, jadłaś? Tato? (zwraca się do Potomka Starszego) A ty jadłeś?

Potomek Starszy - Jadłem, jadłem...

Pompon Młodszy (nie ustaje w działaniach śledczych) - A Kacper? On chyba nie jadł?

Pompon Starszy (niecierpliwie) - Na pewno jadł, a zresztą nic ci teraz nie powie, sam widzisz, śpi! 

Pompon Młodszy (zwijając woreczek z precelkami) - To teraz nie zjem, poczekam, aż się obudzi i zapytam...

Pompon Starszy (z bezbrzeżną goryczą) - Jak ja DOGŁĘBNIE nienawidzę czasem tej twojej dobroci!


Cóż.

Nie ma ludzi bez wad.

wtorek, 28 września 2021

Post, dla którego nie umiem wymyślić tytułu

Siedzę przed komputerem. Siedzę przed pustym, białym ekranem od dłuższej już chwili. I nie ma żadnej gwarancji, że coś się z tego mojego siedzenia urodzi.

Gdy zniknęłam z Facebooka odcięłam się też od całej reszty. Całego tego złego, okrutnego świata, wobec którego czułam się - czuję się - całkiem bezradna. To nie takie trudne w mojej sytuacji. Mam dzieci, dwoje jeszcze nie całkiem dużych, chorą matkę, masę zajęć, sporo zmartwień. Spędzam cały prawie dzień u mamy, we własnym domu ląduję po 17. Jeśli już włączam telewizor - a włączam go kilka godzin po powrocie, o ile w ogóle - moje nie całkiem duże dzieci oglądają głównie kreskówki, a starsze Potomki - jakieś dziwaczne, mało popularne seriale wygrzebane na Netflixie. To znaczy, o ile wyjrzą ze swojej jaskini na piętrze, by potowarzyszyć mamusi, nim ta padnie na twarz. A czasem nie wychodzą. Albo mamusia, nim padnie na twarz, zaczyta się w jakiejś książce ze swego, sukcesywnie zmniejszającego się, Stosiku Wstydu. Moja mama u siebie ogląda ekranizacje powieści Agathy Christie. Albo "Sprawy młodego Morse'a". Więc nie jest tak trudno się odciąć.

Tak, wiedziałam, co się dzieje. Może żyjąc w prawdziwej Dziczy, nie takiej, jak ta moja, dałoby się tej wiedzy uniknąć. Ale w mojej nie. Coś przeczytał mi Pan Małżonek, coś usłyszałam w radio podczas jazdy z lub do Domu w Dziczy. Coś mignęło w TV, gdy mama przełączała kanały. Mówiłam: "Wyłącz to, nie chcę tego wiedzieć, nie chcę tego słyszeć, nie chcę, nie chcę". Bo nie mogłam. Nie mogłam znieść tej rozpaczy, i bezsilności, i wstydu.

A potem wróciłam do Świata, i wcale nie wiem, czy postąpiłam słusznie, i czy nie powinnam się natychmiast znowu wycofać, ukryć, zasłonić oczy, zatkać uszy... bo zostałam zalana. Dosłownie zalana, mam wrażenie, że stoję na jakimś dnie, wspinam się na palce, a każda kolejna fala jest wyższa, coraz wyższa, zalewa mi usta, nos, oczy, nie mogę oddychać, duszę się, duszę się.

Szesnastoletnie dziecko umarło na granicy. Mój szesnastoletni syn wrócił dziś ze szkoły, rzucił się na mnie z uściskami, jak to ciągle ma w zwyczaju ("Cześć, mamusiu, chodź tu do mnie, ojojku, jaka ty malutka się zrobiłaś!"), trochę spuchnięty z dumy, bo dostał szóstkę za super-hiper-fajne-ale-trudne zadanie z "Wesela", a trochę wściekły, bo nie dostał piątki z historii ("Pan należy do tych nauczycieli, którzy bardzo nie lubią, gdy uczniowie mają dobre oceny z przedmiotu, który wykładają"). Wtrząchnął michę zupy z kaszą, spytał, czy może zjeść śniadanie szkolne na kolację, bo teraz to, wiesz, mamo, babcia takie ciasto ze śliwkami upiekła. Pokłócił się z bratem, pouczył chemii, teraz gra na komputerze i być może za chwilę zejdzie i spyta: "Zechcesz, mamo, może obejrzeć odcineczek tego kompletnie odjechanego serialu?". Potem położy się spać, w ciepłym pokoju, pod miękką kołdrą, po przeprowadzeniu rytualnej dyskusji z tatą na temat godzin wyłączania światła i kładzenia się spać o takiej porze, by nazajutrz oszczędzić rodzinie traumatycznego przeżycia związanego z budzeniem go do szkoły. Szesnastolatek. Dziecko. Najdokładniej wiem, jakie dziecko, chociaż on sam zapewne protestowałby przeciw temu określeniu. Często patrząc na moje dzieci, myślałam o ludziach na granicy. Ale dziś myślę bez przerwy. O szesnastoletnim chłopcu, umarłym i zostawionym, bez pochówku, bez pożegnania, na obcej ziemi, o dziecku, które w mojej wyobraźni ma twarz mojego syna.

A wczoraj Mariusz Błaszczak i Mariusz Kamiński zrobili nienawistny, najbardziej ohydny show o uchodźcach.  Popełniając przy tym przestępstwo (art. 202 par. 3 KK), ale przecież ministrom wolno. Minister spraw wewnętrznych mojego kraju. Minister obrony narodowej mojego kraju. Nieistotne, jak bardzo nie po drodze mi z tym rządem, to są ministrowie rządu mojego kraju. Oficjalne twarze mojego kraju. Przedstawiciele mojego kraju opublikowali zdjęcia z kopulowania ze zwierzęciem na swojej konferencji prasowej, by pokazać, że uchodźcy gwałcą, rabują, bzykają zwierzęta, planują zamachy na najświętsze miejsca w Polsce i co tam jeszcze kto chce sobie dopisać, a wiem, że fantazji chcącym nie zabraknie. Palę się ze wstydu. Duszę się z odrazy. Chciałabym wierzyć, że po tym, co zrobili nikt im nigdy nie poda ręki. Ale już nie mam złudzeń. Na pewno poda. Na pewno złoży gratulacje i wyrazy wsparcia. Na pewno są tacy, którzy łykną tę gnojówkę bez popitki i nie zadadzą sobie ani jednego pytania (jak na przykład - dlaczego ludzie, udający się w pełną niebezpieczeństw podróż, której kresu nie są pewni, zabierają ze sobą nie dodatkową parę, excusez, ciepłych gatek, tylko pornografię dziecięcą? Co skłania Szczwanych Tak, Że Ho, Ho Terrorystów, wykształconych w Rosji, na Białorusi i osobiście szkolonych przez Putina z Łukaszenką pospołu do strzelenia sobie fotki w rosyjskim mundurze z podręcznikiem ze szkolenia i zachowania jej na wieczną pamiątkę? Z jakiego powodu osoby, które mają w planie nielegalnie przekroczyć granicę zachowują w telefonie nie zdjęcie rodziców, domu, który na zawsze opuścili albo przyjaciół, których nigdy już nie zobaczą, tylko fotkę niech będzie, że wlasną, podczas kopulacji ze zwierzęciem? Dlaczego nasz rząd, który twardo twierdzi, że odsyła "turystów" i "imigrantów zarobkowych" nie rozpatrując ich wniosków o azyl i nie weryfikując ich tożsamości jakimś cudem tych akurat zweryfikował? Skąd wiemy, kogo zatrzymano, komu odebrano telefon i gdzie znaleziony zdjęcia łamane przez pornografię dziecięcą, skoro do granicy nie są dopuszczani dziennikarze, lekarze, PCK, przedstawiciele organizacji humanitarnych i praktycznie nikt nie ma możliwości sprawdzenia danych podanych na konferencji prasowej? I tak dalej, i tym podobnie, długo tak mogę). Gdyż Obrona Granic, Służba Ojczyźnie oraz Nie oddamy Naszych Kobiet.
 
Więc po prostu piszę, żeby tego nigdy nie zapomnieć. Nigdy.
 
Dziś również, w ramach "nic w zalewaniu nie zostanie wam oszczędzone" przeczytałam tekst Pawła Kasprzaka wyjaśniający, czemu podpisał wraz z premierem Morawieckim (m.in) list w obranie pamięci Macieja Zięby (dla tych, którzy nie wiedzą - prowincjała Zakonu Dominikanów, który przez wiele lat chronił gwałciciela i przestępcę seksualnego, obojętnie traktując jego ofiary). Jeden z najokrutniejszych tekstów, jaki kiedykolwiek czytałam. Ściana słów, a na tej ścianie mieszanie pojęć. Rozmywanie odpowiedzialności. Intelektualizowanie i filozofowanie, Hannah Arendt na przemian z Stanleyem Milgramem, ironizowanie "niech mnie rozstrzelają", analiza natury Eichmanna, komunizmu i antysemityzmu, a wszystko, byleby tylko nie oddzielić dobra od zła przy jednoczesnym szczerym, jak się zdaje, przeświadczeniu, że rzeczywiście czytelnicy Wyborczej i znajomi pana Kasprzaka mogą mieć mu za złe wyłącznie podpisywanie czegokolwiek ramię w ramię z premierem, a nie ten wylewający się z każdej linijki relatywizm moralny, to pomniejszanie ("bo inni też"), to subtelne wskazywanie, że ofiary, no cóż, takie bez winy też nie są ("Czy odtrącone kobiety próbowały się dokądś zwrócić? Nie wiem tego, różnie z tym było w innych, podobnych przypadkach"), to lekceważące "zdarzyło mu się", "uległ", zamiast - "zdarzało się", "ulegał", ulegął wiele, wiele razy na przestrzeni wielu lat, notorycznie, kiedy planował, jak ochronić swojego podopiecznego przed karą czy potępieniem wiernych i wysyłał go na „wypoczynek” do kamedułów, zamiast na dobre odciąć go od ofiar, no ale przecież „nie miałem wyjścia, a inni też...”, no i "to nadal mój przyjaciel i taki niezwykły człowiek".

I, tak, jest też o uchodźcach.


"Franek Sterczewski i grupa „desperados" tnących zasieki na granicy bywają opisywani jako naiwni szlachetni. Ale z wolna przestają być szlachetni*. (podkreśl. moje) Zanika świadomość wartości, w imię których występują. Konwencja genewska przestaje być oczywistością, świętość azylu dawno nią być przestała. Wybierając komfort, nazywając go bezpieczeństwem, zaprzeczamy istnieniu humanitarnych wartości. To się dzieje. Obok regulacji stanu wyjątkowego również psychologiczne mechanizmy nie pozwolą nam w ogóle widzieć cierpienia i śmierci na naszej granicy, dokładnie tak jak kiedyś zbrodni w Kościele. Trzeba rozumieć, jak dzieją się takie rzeczy. Bo nie szuje i łajdaki to robią – w dobrej wierze robią to również ludzie porządni (...) Trzeba koniecznie rozumieć, jak zło rodzi się również z udziałem ludzi dobrych. To ważne.**".

Zaś w całej ścianie wyżej wspomnianego tekstu najbardziej rzuciło mi się w oczy i najbardziej ścisnęło za gardło to:

"Pomyślmy znowu, korzystając z nieocenzurowanej pamięci i wyobraźni. Co by się stało, gdyby te same informacje opublikowano 20 lat temu? W kościele dominikanów odbywały się chore seksualne ekscesy, ale przecież przemoc tego człowieka w habicie nie byłaby tak oczywista, jak jest dla nas dzisiaj. Uznalibyśmy, że naruszono wszelkie standardy etyczne i prawo kanoniczne – ale nie karne***".

Nie mam pojęcia, gdzie będzie za dwadzieścia lat moja pisanina, pewnie nigdzie. Jeśli blog będzie istniał, a Bloggera nie wywali w kosmos, będzie się gdzieś tam błąkała w virtualu, jeśli virtual będzie istniał. Ale może moje dzieci gdzieś na tę pisaninę trafią. Wydrukują ją sobie (po ostatnich dowcipnych posunięciach Facebooka jest to opcja, ku której się intensywnie przychylamy, wiadomo, Facebook nie Blogger. NA RAZIE), przepiszą, znajdą gdzieś, trafią przypadkiem. 

Nie chciałabym, by pomyślały, że mi psychologiczny mechanizm nie pozwolił widzieć cierpienia na naszej granicy. Że uznałam, że "przekroczono normy etyczne, ale nie karne". Bo wszystko odbyło się zgodnie z prawem przecież. No i bo Łukaszenka. Bo Białorusini też. Bo granica Unii. Bo sobie zracjonalizowałam. W dobrej wierze, oczywiście.

Że - co byłoby chyba najgorsze - uznałam to za wyższą konieczność dziejową, albo stwierdziłam, że w ogóle nic się nie dzieje, bo to tylko wroga propaganda.

Że nie miałam nawet na tyle... gniewu? wściekłości? sprzeciwu?... by otwarcie nazwać zło złem.

Że troska o ochronę granic, choćby nawet była to granica Unii, pozwoliła mi przekroczyć wszystkie inne granice. Granicę przyzwoitości. Granicę przyzwolenia na zło. Granicę bestialstwa.

Że rację stanu, czymkolwiek by nie była, uspokojenie sumienia, jakkolwiek by nie było kłamliwe i własny komfort wewnętrzny przedłożyłam nad szesnastoletnie umarłe dziecko, porzucone gdzieś w lesie na niegościnnej, niegościnnej i wrogiej, ziemi.

Że zasłoniłam oczy.

Że zatkałam uszy.


 

 

* nie "przestają być szlachetni", tylko "przestają być opisywani, jako szlachetni", gwoli ścisłości, a zaczynają być określani mianem "pożytecznych idiotów". Nazwanie człowieka "pożytecznym idiotą" nie czyni go z automatu człowiekiem nieszlachetnym, ale cóż ja tu wyjaśniam, w końcu mówimy o tekście człowieka, który sugeruje, i to nie tak bardzo między wierszami jak można by oczekiwać, że rajd Franka Sterczewskiego był wodą na młyn PiSu, więc należy go potępić (a co najmniej - zrozumieć potępiających), jako, że ważniejsze jest z PiSem wygrać niż uznać przyczyny, dla których poseł Sterczewski ten rajd wykonał.

**więc przyjrzyjmy się mechanizmom, uznajmy, że tak się dzieje i dlaczego to się dzieje, oraz, że zło czynią ludzie porządni, a tych, którzy nie godzą się, by tak się działo i buntują się przeciw złu  nazwijmy "pożytecznymi idiotami" "z wolna przestającymi być szlachetnymi". Seems legit.

***Nie bardzo wiem, co myśleć o osobie, która 20 lat temu uznałaby, że gwałt nie narusza prawa karnego, wydaje mi się bowiem, że nawet za PeEreLu (art.197 KK anyone?) figurowało ono w kodeksie karnym, i to, zdaje się, jako przestępstwo... a, nie, przepraszam, jednak wiem. "Teraz to gwałt, ale sama tam lazła, nikt jej na arkanie nie ciągnął". "Teraz sobie przypomniała?". "Aaaa, odszkodowanie! No to wszystko jasne". Bardziej literacko: "Daj, czegoć nie ubędzie". Bardziej dziadersko: "To się nie wymydli, he, he". I nade wszystko: "Znam go tyle lat, to porządny facet, a ta zdzira chce mu zepsuć opinię". Brzmi znajomo? Panie autorze?

wtorek, 21 września 2021

Królowa Matka i Banda Czworga, wersja 2.0

Równo dziesięć lat temu, co do dnia i niemal co do godziny - bo nie będziemy się kłócić o te głupie parę chwil, które są niczym wszak wobec wieczności - Królowa Matka po raz pierwszy nacisnęła przycisk "publikuj" na Bloggerze. Zadebiutowała wpisem

Kto jest kim w Bandzie Czworga,

który to wpis wisiał sobie (i nadal wisi) na stronie, robiąc za Post Powitalny, uzupełniony co prawda w roku 2011 informacją, że czas płynie, no, ale ryzyko, że dla wielu Czytelników tego bloga Pompony nadal mają po cztery zęby na głowę może być zadziwiająco aktualna.

A zatem dziś Królowa Matka dokona koniecznej aktualizacji, która nawet dla niej, ujrzana czarno na białym, może okazać się niejakim wstrząsem.

Potomkowi Starszemu już za chwileczkę, już za momencik stuknie siedemnaście lat, co oznacza, że za rok chłopię robi maturę i uzyskuje prawa wyborcze. Tak, wie Królowa Matka, co teraz sobie myślisz, o Stary (Stażem) Czytelniku, bo ona myśli dokładnie to samo. Bolesny fakt osiągnięcia przez Potomka Starszego wieku prawie-że-wyborczego w niewielkim tylko stopniu koi to, że Potomek cierpi nieustannie na napady pacholęcej czułości i nie dalej jak dziesięć minut temu Królowa Matka kategorycznie kazała mu zejść ze swych kolanek i zająć się wreszcie niemieckim, gdyż ona będzie pisać. Dinozaury, samochody, ryby, ptaki, płazy, znowu ryby, insekty i liczne kolejne Wielkie Fascynacje odeszły w niebyt, zastąpione przez granie na kąputerku i programowanie, wzdech. Wielka Fascynacja u Potomka Starszego, lat siedem, objawiała się tym, że mówił on wyłącznie na jeden temat, oglądał programy na jeden temat, szukał obrazów w Internecie na jeden temat, wymyślał zabawy na jeden temat i był ogólnie nie do wytrzymania, Fascynacja u Potomka Starszego, lat siedemnaście, objawia się dokładnie tak samo. Wielkie Uczucia udaje mu się już nieco pohamowywać, organiczną nienawiść do szkoły też, potrafi nawet zapamiętać imiona osób z klasy, co jest znaczącym postępem w stosunku do lat ubiegłych (cytat: "Co robiłeś dziś na dużej przerwie?. "Bawiłem się z moim najlepszym przyjacielem". "A jak ma na imię twój najlepszy przyjaciel?". "A, nie pamiętam", koniec cytatu) i jest zadziwiająco mało nastolatkowym nastolatkiem, jeśli oczywiście pominiemy obowiązkową niejako w tym wieku abnegację w temacie odzieży, wynoszenia talerzy z własnego pokoju, obojętny stosunek do sprzątania, wynoszenia śmieci i szeroko pojętych obowiązków domowych oraz wystroju wnętrz (czytaj - oporządzenia własnego pokoju), no, ale całkiem możliwe, że mu to w ciągu następnych dziesięciu lat minie.

Potomek Młodszy jest od września licealistą, ma warkocz do pasa i urok osobisty, natomiast obecnie żywi głęboką obojętność wobec pokręteł i śrubek, którymi z taką fascynacją zajmował się w wieku przedszkolnym. Umiejętność lania krokodylich łez mu została, jak również optymizm Klasy Lux, owszem, obecnie przytłumiony za sprawą szalejących hormonów oraz ogólnej nastolatkowatości, ale wszyscy w Domu w Dziczy jak jeden mąż nie porzucamy nadziei, że Hormony się kiedyś uspokoją, a Tryskanie Optymizmem powróci do swego normalnego, hiper-super wysokiego poziomu. Chwilowo Hormony, poza tłumieniem Optymizmu, wpływają głównie na skracanie czasu reakcji do niezbędnego minimum i Potomek Młodszy, o którym mawiano w rodzinie dobrotliwie (ciekawe, jak rzadko on docenia tę dobrotliwość, zamyśliła się przelotnie Królowa Matka), że ma krótki lont (powodując tym samym natychmiastowe odpalenie wspomnianego lontu, ale to szczegół), obecnie nie ma żadnego lontu, tylko guziczek. Bodziec-reakcja następują w zasadzie dokładnie w tej samej chwili, Potomek Młodszy wybucha identyczniusio tak, jak Gniew w filmie "W głowie się nie mieści", po czym tak samo błyskawicznie się wygasza i oddala w radosnych podskokach, by pograć na gitarze, porobić filmy metodą poklatkową, porysować czy poodawać się czynnościom, które go akurat na tym etapie życia interesują, zostawiając Rodzinę na gruzach, wzburzoną i oddychającą do woreczka ku uspokojeniu.

Jeśli ktoś nadal wyobraża sobie, że Pompon Starszy jest wciąż rozkosznym, małym Buddą z fałdkami i unoszącą się nad nim, pod nim i naokoło niego atmosferą Zen, niech porzuci ten obraz i przestawi się na wizualizowanie sobie małej cholery, która wpada w szał godny Byczka Fernando, specjalizuje się w zaczepianiu braciszków (a jeden, co przypominamy, ma króciutki loncik vel guziczek) oraz fascynuje się Prawdziwie Męskimi Zajęciami, dzięki czemu jest ulubieńcem Dziadka, z którym z upodobaniem buduje i maluje płoty, przekopuje ogrody, przenosi cegły i wbija gwoździe. W przerwach od wbijania gwoździ obserwuje ptaki, rysuje ptaki i lepi ptaki z plasteliny, oraz ukrywa, że jest wrażliwy i łatwo się wzrusza, pękając tylko - za to z Naprawdę Dużym Hukiem - przy Dużych Okazjach typu Zakończenie Klas Trzecich.

Pompon Młodszy natomiast nieustannie jest uroczy, przy czym się zdecydowanie upiera, i to mimo wysiłków całej rodziny, starającej się uświadomić mu, że czwartoklasiści nie są raczej Małymi Bąbelkami, Nad Którymi Się Cmoka. Jest też towarzyski, opętańczo gadatliwy (I, niestety, nie ma żadnego guziczka, a najbardziej takiego z napisem "off"), niezwykle pozytywnie usposobiony do świata, zaprzyjaźniający się z prędkością światła, lubiący wszelką żywinę, od ludzi, poprzez faunę, aż do flory, twardo poważający jednorożce i kolor różowy, i spławiający wszelkich prześmiewców krótkim: "A co mi tam!". Ma bujną wyobraźnię, nie istnieje opcja wychowawcza pod tytułem, na ten przykład: "Będziesz mógł się pobawić, jak skończysz jeść", nawet gdyby posadzić Pompona Młodszego w pustej, pustej celi o gładkich i pustych,pustych ścianach oraz pozbawionej okien, przy prostym, pustym, pustym stole i na prostym, maksymalnie niewygodnym krześle, i tak znajdzie on coś, czym się będzie bawił, jak to - własne ręce, łyżka, miska oraz Wymyśleni Przyjaciele. Obecnie z upodobaniem oddaje się produkowaniu miniaturowych figurek z plasteliny, zdobnych we wszelkie misterne szczegóły (chociaż nawet on nie ma tak drobnych palców, więc w sumie Królowa Matka nie wie, jak on to robi), w ogóle miniaturyzacja to jego drugie imię (rysunki Pompona Młodszego trzeba oglądać przez lupę bez żadnej gwarancji, że się je zobaczy w całej ich złożoności).

Panu Małżonkowi na skutek przebywania w tym jakże barwnym gronie przybyło na skroni nieco szlachetnej siwizny, miłość do kendo trwa, acz ubarwiona licznymi wzlotami i upadkami (obecnie trwa faza wzlotu). Na razie, z tego, co Królowej Matce wiadomo, nie planuje on porzucenia Królowej Matki, Potomków oraz Domu w Dziczy, być może dlatego, że został przez Królową Matkę łagodnie, acz zdecydowanie poinformowany, że w razie rozwodu zatrzymuje co prawda dom i samochód, ale także całą czwóreczkę Potomków, bez względu na powód jednakże należy mu się w związku z tym szacunek, podziw i uwielbienie

A Królowa Matka to, sam wiesz, Luby Czytelniku. Ciut się skurczyła przez te lata. Tu się pomarszczyła, ówdzie obwisła, gdzieniegdzie dochowała się drugiego podbródka. Siwych włosów ma niewiele, gdyż geny. Tu coś wydzierga, tam uszyje, od czasu do czasu napisze, od czasu do czasu zapomni, że powinna napisać, ale za to wrzuci jakieś zdjęcie. Coś przeczyta, nad czymś się zamyśli, coś zrecenzuje. Trochę się cieszy, że Potomki są już takie bardziej samobieżne, a czasem angstuje, że już z nią nie spędzają czasu icoteraszniąbędzie. Poczucie humoru jej w niektórych kwestiach obumarło, a w niektórych - wręcz przeciwnie. Serduszko za to ma w bez porównania lepszym stanie, niż te parę lat temu.

 

Witaj, o Czytelniku, Dziesięć Lat Później :). 


niedziela, 19 września 2021

Słowo wyjaśnienia

Podjąwszy po miesiącach próbę powrotu na blogowo-soszjalmediowe łono odkryłam, że na blogowe to może i mi się uda, ale soszjalmedia to mnie nie kochają. A jeśli chodzi o fejsbuczka, to wręcz nienawidzą.

Podjęłam próbę wyjaśnienia sprawy Znajomym na fejsbuczku, na mojej stronie robótkowej, po czym uświadomiłam sobie, że nie wyjaśniłam jej na blogu, a przypuszczalnie mam Czytelników, którzy bywali na stronie Królowej Matki na FB, a nie mam ich w Znajomych i nie wiedzą, co się stało, że nagle bywać na niej nie mogą (zapewne nie pocieszy ich, tych Czytelników, informacja, że ja też nie wiem, czemu nie mogą, noale. Naprawdę nie wiem).

Tak więc moi Znajomi fejsbukowi moga w tym momencie porzucić czytanie, bo wszystko to, co poniżej, już wiedzą, a fejsbukowi Obserwatorzy, którzy chcieliby nadal być Obserwatorami zapraszam do lektury:


Otóż jest sprawa.
 
Takie śliczne zdjęcie chciałam zamieścić, plus jakiś skrzący się niewymuszonym dowcipem wpis, bo to, wiecie, dziesiąte urodziny bloga się zbliżają, co prawda widział to kto, obchodzić dziesiąte urodziny nieboszczyka, no ale, pomyślałam sobie, może trochę tego nieboszczyka poreanimuję, może wrzucę te recenzje, co to je sobie skrobię i nie publikuję, może Sceny z Życia Małżeńskiego, Albo I Rodzicielskiego, a jak już wrzucę to, kto wie? może póóóójdzie i się rozkręcę jak premier mówiący o cenie chleba, a tu wot, serprajz mię spotkał.
 
Ponieważ przez jakiś czas miałam dezaktywowane konto na FB, postanowiłam je teraz aktywować, i oto okazało się, że FB ułatwił wszystkim dostęp, rozwinął cenne narzędzia, troszczy się o nas jak ojciec najlepszy i takie tam, zaś w ramach ułatwień i troszczenia się wykonał szacher macher w temacie stron i Królową Matkę wy... kopało w kosmos (co ciekawe, i nie mam pojęcia czemu, nie wykopało mojej drugiej strony, może i dobrze, bo to mogłoby się okazać ciut za dużo dla mojego chorego serduszka). Nie wykluczam, że jest jakiś sposób, by ją - stronę Królowej Matki, znaczy - odzyskać, ale nie jest to sposób dostępny dla mnie, Prostey Kobieciny Z Prowincyi, Także (A Może Zwłaszcza) Umysłowey. Poklęłam trochę, ale w sumie niewiele, bo, no wiecie, nikt mnie nie kocha, nie lubi i nie zauważył, że tej strony nie ma, no, owszem, sześć lat działalności właśnie poszło się było czochrać, ale co tam, najwyżej wydawnictwa nie będą się na mnie rzucać z propozycjami wysyłania mi egzemplarzy recenzenckich ("tę pozycję wysyłamy tylko tym, którzy mają ponad tysiąc Obserwatorów na Facebooku -a ja mam na razie całych sześciu (kocham Was, Dziewczyny!) - oraz znacznie większe zasięgi", koniec cytatu), nic to, mnie nie pierwszyzna, po czym...
 
... po czym założyłam kolejną stronę, nazywa się, o niespodzianko, tak samo jak poprzednia, i nie mam pojęcia, jak działa (czy już wspomniałam, że gubię się w ułatwieniach?), jak również czy da się przez nią do mnie pisać, bo nie dość, że się na (ułatwionej) stronie fejsbuka gubię, to w Messengerze Królowa Matka mi się nie wyświetla. Jak ktoś chce, to może do mnie napisać testowo cokolwiek, choćby "ale ty głupia jesteś, bezapelacyjnie". Jeśli nie odpowiem przez pięć lat, to znaczy, że nie dostałam wiadomości i będę musiała powalczyć, żeby ten idiota FB jakoś mi umożliwił kontakty z ludźmi pomimo swych ulepszeń, oby z piekła nie wyjrzały. 
 
Pozostaję z szacunkiem, nienawidząc Marka Zuckerberga.
 
Ach, i jeszcze jedno, a jest to Najważniejsze Jeszcze Jedno Ever:
 
Osoby, które mają ze mną jakiś kontakt prywatny, czy to przez gmaila, czy Messengera, wyrażały ulgę/radość/jakieś inne miłe uczucia z powodu, że mnie widzą, albowiem, jak wyznawały, obawiały się, że wywaliłam je ze Znajomych, albo bana na stronie królewskomatczynej dałam.
 
Osoby moje Kochane.
 
Ja jestem tą osobą, której Facebook nie rozumie (z pełną, jak się nie pierwszy raz okazuje, wzajemnością). Otóż Facebook w swych Prostych a Ubogich Emocją Algorytmach nie przewiduje, że można nie kolekcjonować lajeczków. Nie zbierać Znajomych. Że strona, którą się prowadzi, nie jest biznesowa, a tylko i wyłącznie towarzyska, że się nie umie, i nie chce nauczyć jej monetyzować, bo nie po to się ją ma. A ja tak właśnie działam. Nie kolekcjonuję Znajomych. Nie zbieram lajków. Nie monetyzuję. Moi Znajomi są dla mnie jak cenny naszyjnik, każdy jeden wybrany świadomie i rozważnie. Moi Obserwatorzy na FB takoż, każdy cenny w sposób, którego fejsbukowe algorytmy nigdy nie pojmą, i każdy mnie cieszy. Nie usuwam nikogo ze Znajomych/Obserwatorów, bo tak. A bana dałam raz w życiu, dzielnemu Potomkowi Polskich Husarzy, który wjechał był na stronę w łopocie orlich skrzydeł i ze słownictwem powszechnie uważanym powszechnie za obelżywe na ustach, wyrażonym w dodatku przy użyciu capslocka, fi donc. 
 
(zaś na blogu nie dałam nikomu, chociaż nie opublikowałam kilku anonimowych komentarzy, prostacko-wulgarnych i wyraźnie obliczonych na wywołanie shitstormu, nie mam pojęcia, czy jeden był ten mało wyrafinowany anonimek, czy było ich kilku, bo jednak oni mają bardzo podobny repertuar obelg i charakteryzują się ubóstwem wyobraźni, więc trudno to tak od razu rozpoznać)
 
Tak, czasem znikam. Z wielu powodów. Najczęściej takich, którymi nie chciałabym nikogo męczyć. I na które niewiele można poradzić.
 
Tak więc jeśli (czy też raczej - gdy) coś podobnego zdarzy się w przyszłości (a zdarzy się na mur beton, pamiętacie akcję FB z ujawnianiem Prawdziwych Nazwisk Oraz Wyślijcie Kopię Dowodu? Też mnie wtedy zablokowano), pamiętajcie, kochani Znajomi, Przyjaciele i Obserwatorzy.
 
To nigdy nie jesteście Wy. Moje wy klejnoty w naszyjniku.
 
To zawsze jestem ja.
 
Ściskam Was.
 
Królowa Matka (i Banda Czworga)
 
Link dla chętnych znajduje się w górnym lewym rogu strony.
 
A ja tymczasem - dalej próbuję wrócić. 
 
 

środa, 31 marca 2021

Ku pamięci. Ku czci

 - A teraz otwieramy podręcznik na stronie sześćdziesiątej piątej i przepisujemy...

- Która strona?

- Sześćdziesiąta piąta.

- Piąta? 

- Tak, sześćdziesiąta piąta i przepisujemy...

- I mamy czytać?

- Nie, przepisujemy to, co jest zaznaczone na żółto.

 

Chwila ciszy.

 

- Ale wszystko przepisujemy?

- Nie, tylko to, co jest zaznaczone na żółto. Stasiu, czy chciałeś o coś spytać?

- Nie, zapomniałem rączkę opuścić.

- A, proszę pani, Ida mi pisze, że jej się mikrofon wyłączył i nie wie, co ma teraz robić!

- Dobrze, już do niej piszę, co ma przepisywać...

- Ale, proszę pani, co my przepisujemy?

- Zaznaczoną na żółto ramkę. Strona sześćdziesiąt pięć.

 

(...i ciągle spokojny, rzeczowy ton, i żadnego "%$#@@#$%" w podtekście, łagodnie, powściągliwie, nikt nie jęczy w tle, nikt nie wzywa boskiego wstawiennictwa...)

 

- Ale mi się tu zacięło i nie wiem, co jest tam napisane!!!

- Możesz przepisać bezpośrednio z podręcznika, a poza tym wszystko będzie udostępnione na czacie. 

- A mamy przepisywać wszystko, czy tylko to zaznaczone na żółto?

- Tylko to na żółto.

- A ja nie mam ćwiczeń, bo... eee... zgubiłem.

- To napisz na kartce, a jak znajdziesz ćwiczenia to ją wkleisz albo przepiszesz. Czy wszyscy już skończyli? Kacper? Ty jeszcze piszesz?

- Nie, ja zapomniałem opuścić łapkę...

- Dobrze. To teraz przypominamy sobie, o czym wczoraj rozmawialiśmy. Kto mi powie, co to oznacza, być człowiekiem przedsiębiorczym? Zuzia?

- Yyyy... yyyyy...

- Antek?

- Nie, bo ja chciałem na to poprzednie odpowiedzieć!

- Staś?

- Ja, proszę pani, chciałem tylko powiedzieć, że mi przed chwila wywaliło internet i nie mogłem dołączyć...

- Ale już jesteś?

- No jestem, ale nie wiem, co my teraz piszemy!

- Nic nie piszemy, teraz rozmawiamy. 

 

(Jakieś trzy minuty w miarę zbornej rozmowy).

 

- No dobrze, to otwieramy zeszyty i wypisujemy wyrazy z podręcznika w trzech grupach, osobno rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki.

- Proszę pani,ale  ja chciałem jeszcze o ten lapbook o skarpetkach zapytać.

- Zostań po lekcji i sobie wszystko omówimy, dobrze? A teraz wróć do pisania.

- Ale ja nie wiem, od którego miejsca zacząć!

- A ja jestem dopiero przy rzeczownikach!

 

(Chwila ciszy,w czasie której panie niewątpliwie oddychają do woreczków).

 

- Dobrze, widzę, że wszyscy już napisali...

- Ja nie! Tylko zapomniałam rączkę opuścić!

- OK, teraz to już wszyscy, prawda? Poza Kasią i Ksawerym...

- Ja przepisałam! Już dawno!

- Jak to, przepisałaś, nie widzę podniesionej rączki?

- Zapomniałam podnieść...

- No, dobrze, kto nie przepisał ten  przerywa. Otwórzcie podręcznik, na stronie... Temat: "Reklamujemy szkolny kiermasz"...

- Ale teeeraz? Czy dopiero jak przepiszemy?

- Teraz. Nie jak przepiszecie. Skończycie przepisywać później, wszystko będzie udostępnione na klasowym czacie w plikach.

- A jak ktoś tej reklamy teraz nie zrobi to skąd będzie wiedział, jak zrobić?

- Macie wszystko udostępnione w plikach i na dzienniku w zadaniach domowych...

- Bo nie zrozumiałam, w sensie, że sami mamy tę reklamę zrobić?

- Na brudno mamy ją sobie zapisać czy jak?

- Ale mi się tu zawiesiło!!! Zawiesiło mi się i klikam i nic, klikam i nic, no rusz się, dziadzie jeden, rusz się!!!

- Proszę pani, a Ida mi pisze, że ją znów wywaliło i nic nie słyszy! I nie widzi!

- A Zuzi się nie chce mikrofon włączyć!

- Dobrze, już do Zuzi napisałam. Otwórzcie zeszyty, Paweł, otwórz zeszyt, proszę! Piszemy: "Obliczenia pieniężne"...

- Proszę pani, z polskiego ten zeszyt?

- Paweł, no proszę cię. Z matematyki. Przepisujemy działania z dzisiejszego Konkursu Matematycznego i to koniec na dziś. Na obliczenia czekam do wieczora.

- A teraz się rozłączamy?

- Tak.

- To do widzenia!

- Proszę pani, ale ja wczoraj nie mogłam znaleźć tych działań!

- Są na czacie grupy.

- Do widzenia!

- Nie ma...

- Do widzenia! 

 

(...razy dziesięć, czasem to samo dziecko po kilka razy, póki nie uzyska spersonalizowanej odpowiedzi).


- ... u mnie. U mnie nie ma!

- Są. Dzieci wczoraj robiły, ale jak nie możesz znaleźć wyślę ci jeszcze na pocztę.

- Aha. Dziękuję. Do widzenia.

- A my mamy całą tę stronę zrobić?

- Do widzenia! Do widzenia!

- Całą stronę czterdziestą.

- Do widzenia!

- Czterdziestą?

- Tak, czterdziestą.

- Do widzenia!



Potomek Starszy (od kwadransa przysłuchujący się powyższemu w nabożnym i pełnym najwyższego szacunku milczeniu) -  I to są, kurna, prawdziwi bohaterowie. Im się powinno pomniki stawiać na każdym skrzyżowaniu każdego miasta i wsi. I składać pod nimi bukiety kwiecia i robić części artystyczne z dzieweczkami w strojach łowickich i chórem, śpiewającym pieśni pochwalne. Szkoły ich imionami nazywać. A nie, że ktoś jakąś bitewkę wygra, jakąś kampanijkę poprowadzi, w jakiś kosmos poleci i od razu, że niby heros. A to zwykły cienias jest w porównaniu.


Ditto.


wtorek, 16 marca 2021

"Malamander" Thomas Taylor

 Może nie za bardzo to widać, ale jestem ostrożną recenzentką. To znaczy, jeśli recenzuję książki ściągnięte z własnych półek, stosików wstydu lub przytargane z bibliotek nie ma dla mnie granic ni kordonów, ale egzemplarze recenzenckie wybieram niezwykle starannie i bardzo uważnie. Biorę do recenzji tylko te, o których wiem, że mogą mi się spodobać, autorów, których już czytałam i polubiłam, pozycje, na które mam w danym momencie siłę, energię i, co równie ważne, czas, rzeczy, których opis mnie zaintrygował. Jeśli czas jest nieodpowiedni, jeśli przypadkiem mam taki nastrój, że do reklamowanej książki wydawnictwo powinno dorzucić sznur (dlatego na przykład nie będzie na tym blogu recenzji "Kaputt" Malaparte, przykro mi bardzo), jeśli jestem zbyt obciążona pracą, jeśli rodzi się we mnie podejrzenie, że napisanie uczciwej recenzji mogłoby się mijać z polityką wydawniczą firmy, która zaproponowała mi współpracę... w takich wypadkach nie biorę egzemplarzy recenzenckich (a mnogość zastrzeżeń, które sama czynię łatwo pozwala zrozumieć, czemu tych wydawnictw, proponujących współpracę, jest tak niewiele).

Ale czasem zdarza się, że nazwisko autora wprawdzie nic mi nie mówi, streszczenie co prawda brzmi zachęcająco i okładka kusi, ale raz, że nie jestem targetem, a dwa, że akurat jestem ciut zapracowana, albowiem przerasta mnie idea kształcenia zdalnego połączonego ze stacjonarnym, więc zamierzam grzecznie podziękować za propozycję, gdy nagle pojawia się za moimi plecami Pompon Młodszy i pyta: "A, o, tę książkę z wielkim okiem mogłabyś, mamo, poprosić?", więc, no cóż, proszę, a potem czytam i z głębi duszy wyrywa mi się entuzjastyczne:

Rany, jakie to jest super!!!

 Widmowy Port jest nadmorską miejscowością, jak wiele innych - w sezonie tabuny turystów, plażowicze spacerujący po molo, frytki, smażona ryba, wata cukrowa, hałaśliwe karuzele, słowem - typowa wakacyjna miejscowość.

Zimą... o, zimą jest tu zupełnie inaczej. Miasteczko pustoszeje, otulone mgłą, wystawione na podmuchy lodowatego wiatru od morza i wycie sztormów. W dodatku w nocy, kiedy wszyscy smacznie śpią, znad morza daje się czasem słyszeć przeraźliwy ni to ryk, ni to jęk, niby krzyk umierającej istoty. Turyści znikają. W mieszczącej się na rozchwianym, wstrząsanym uderzeniami fal molo Tawernie Seegola, której właściciel pojawił się pewnego dnia w Widmowym Porcie, sprowadzony śpiewem syreny i został, mając nadzieję usłyszeć ją jeszcze kiedyś, przesiadują tylko miejscowi. Na plaży można spotkać niewiele osób, najczęściej panią Fossil,  profesjonalną przeszukiwaczkę plaż, która - ubrana w kilka płaszczy i co najmniej trzy przywiązane sznurkiem kapelusze - zbiera do wiaderka wyrzucone przez morze różności, które po oczyszczeniu i odnowieniu sprzedaje w swoim sklepiku. Tylko miejscowi odwiedzają Widmową Poradnię Czytelniczą, bo poprosić syrenomałpę o wylosowanie dla siebie Tej Jednej Właściwej Książki. Zresztą co mogłoby skłonić turystów do przyjazdu do takiej mieściny w zimowe, niegościnne miesiące? Przecież nie chęć zwiedzenia Widmowego Muzeum, hobbystycznie prowadzonego przez pana Thalassiego (zawodowo - doktora Thalassiego). 

No, chyba że przyciągnęłaby ich legenda o malamandrze, tajemniczej morskiej istocie, pół-człowieku, pół-rybie, który raz w roku, podczas zimowego przesilenia, składa jajo, mające moc spełnienia wszystkich życzeń śmiałka, który je zdobędzie. Gdyby ktoś w tę historyjkę uwierzył. Ale niewielu wierzy, bo czyż podobnych opowieści nie słyszy się w co drugiej niewielkiej, pragnącej zwrócić na siebie uwagę, małej miejscowości?

W takim właśnie miasteczku Herbert Lemon, chłopiec bez wspomnień znaleziony na plaży w skrzynce po cytrynach, od których wziął nazwisko, zostaje przygarnięty przez właścicielkę Hotelu Grand Nautilius, lady Kraken, i zatrudniony w hotelowym Biurze Rzeczy Znalezionych.

Wszystko zaczyna się, gdy Herbert pewnego zimowego, pochmurnego dnia pozwala ukryć się w swojej piwniczce uciekającej przed złowrogim, posępnym mężczyzną z bosakiem zamiast ręki tajemniczej dziewczynie.

Violet Parma przybyła do Widomowego Portu po odpowiedzi. Chce się dowiedzieć prawdy o swoich rodzicach, którzy w tajemniczych okolicznościach zaginęli 12 lat temu. Na brzegu morza znaleziono tylko ich buty, ona sama zaś, półroczne niemowlę, leżała w łóżeczku w hotelowym pokoju. Teraz całą nadzieję pokłada w Herbiem, który wszak jest specjalistą od odnajdywania tego, co zaginęło.

Czy Violet z pomocą Huberta odnajdzie zaginionych rodziców?

Czy dowie się, co się wydarzyło zimą dwanaście lat temu?

I co wspólnego z tym tajemniczym zniknięciem ma legendarny morski stwór?


Ach, jakie to było dobre!!!

Nie wykluczam, że odbieram rzecz tak entuzjastycznie, bo po prostu lubię literaturę dla dzieci i (młodszej) młodzieży - z drugiej jednakże strony czyni mnie to dość surowym sędzią, bo mam raczej wyśrubowane wymagania, które w tym wypadku zostały w pełni (no, prawie, mam jedno, jedyne miniaturowe "ale"; na tyle miniaturowe, że właściwie nie warto o nim wspominać) zaspokojone.

Już na samym początku poczułam, że to będzie TO. Niemal od pierwszej strony powtarzałam sobie z zachwytem: "Ale z tego byłby film!!!".  Autor nie bawi się w przydługie wstępy i w szczegółowe opisy, o nie -  od razu wrzuca bohaterów w wir akcji. Przy okazji wspomnę, że nie tylko stosuje narrację pierwszoosobową - mnie to nieszczególnie przeszkadza, ale wiem, że są czytelnicy i czytelniczki, których to drażni - ale w dodatku pisze w czasie teraźniejszym. To jest zabieg na tyle rzadki, że mocno rzuca się w oczy i trzeba do niego przywyknąć - podkreśla jednakże tempo wydarzeń, a to jest naprawdę spore. Ma się dziać i się dzieje, a całą historię dopełniają piękne, działające na wyobraźnię ilustracje (ciekawostka - autor "Malamandra", Thomas Taylor, jest z zawodu ilustratorem, autorem okładki  pierwszego brytyjskiego wydania "Harry Pottera", ale "Malamandra" nie zilustrował osobiście. Ilustratorem jest Tom Booth, który IMHO doskonale się sprawdził).

"Malamander" to urzekająca książka, o wiele więcej niż tylko powieść przygodowa - trochę mroczna baśń, trochę kryminał, a ciut ciut także horror. Legenda o malamandrze i rozwiązanie jego tajemnicy  jest piękne i dające do myślenia. Bohaterowie są prze-wspa-nia-li - zachwycająca jest ta panująca w miasteczku całkowita akceptacja dla cudzej inności, wyjątkowości i stylu bycia! Począwszy od sędziwej lady Kraken po Herbiego i Violet każdy jest oryginalny i nietypowy, każdy w innym miejscu na świecie uznany byłby za dziwaka, podczas gdy w Widmowym Porcie jest po prostu sobą, i tak jest dobrze. Chciałabym mieszkać w takim miejscu.

Gdy dotarłam do końca lektury (szybko - to zdecydowanie JEST typ książki "jeszcze-tylko-jedna-strona" :D ) zrobiło mi się po prostu smutno, więc odkrycie, że "Malamander" jest pierwszą częścią trylogii wielce mnie ucieszyło. 

Albowiem Widmowy Port ma w sobie coś takiego, że chce się do niego wracać.

No i - przecież nie wyjawił nam jeszcze swoich wszystkich tajemnic!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wilga.

Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.
Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.
Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.
Bohaterem książki jest Herbret Lemon – dwunastoletni chłopiec pracujący w bierze rzeczy znalezionych hotelu Grand Nautilius. Sam hotel mieści się w niewielkim miasteczku Widmowy Port, zamieszkałym przez bardzo dziwnych choć często bardzo życzliwych ludzi. Sam Herbie nie zna swojego pochodzenia, został znaleziony w skrzynce po cytrynach i przydzielono mu pracę. Ma zajmować się magazynem wszystkich rzeczy, które goście pozostawili w pokojach. Jeśli może, musi dopilnować, żeby trafiły w ręce właścicieli, jeśli po stu latach nikt się po daną rzecz nie zgłosi – Herbie może ją wziąć. Hotelem zarządza tajemnicza Lady Kraken, która ma oko na całą miejscowość.

niedziela, 28 lutego 2021

Ali Smith "Zima"

Zima.

Pora roku, która potrafi w ciągu godziny zmienić banalny świat wokół nas w najprawdziwszą, magiczną krainę i sprawić, że droga do domu będzie wyglądać tak:


a sam Dom w Dziczy tak:

 

Ale bywa i tak, że zima jest inna. Przerażająca. Ma zęby. Kły, czasem bardzo ostre. Bywa bezlitosna. Wymaga szacunku, bo może cię zabić. Lub, jeszcze inaczej, jest po prostu szaro-bura. Depresyjna. Zbyt wiele ciemności. Za mało światła. Długie, długie noce. Krótkie dni bez słońca. I zimno. Kulimy się w sobie, zamykamy. Czekamy na powrót ciepła. Na przełom. Na nadejście nowego. Podsumowujemy przeszłość. 

Niezwykła to, zaprawdę, pora roku.

"Zima" Ali Smith nie ma zębów i kłów, nie olśniewa też baśniowym pięknem, którym oszałamiały moje inne zimowe lektury, ponieważ nie ma w niej śniegu i mrozu. To zwykła, brytyjska zima, szara, angielska Gwiazdka, plucha, szarość, ciemności w środku dnia, przytłoczonego szarymi, nisko płynącymi chmurami. I w taką właśnie Gwiazdkę Artur jedzie odwiedzić swoją matkę, Sophie - niegdyś odnoszącą sukcesy bizneswoman, zajmującą się sprzedawaniem elementów wystroju wnętrz sprowadzanych z krajów trzeciego świata, teraz mieszkającą w olbrzymim, o wiele dla niej za dużym domu w Kornwalii. Artur, który dopiero co zerwał był ze swoją dziewczyną, Charlotte, nie mając odwagi stawić się w domu Sophie bez dziewczyny, której przyjazd zdążył już zapowiedzieć, płaci przypadkowo spotkanej na przystanku autobusowym młodej Chorwatce Lux, by pojechała z nim do Kornwalii i udawała przed jego matką Charlotte w czasie świątecznego weekendu. Gdy na miejscu okazuje się, że Sophia jest w nie najlepszym stanie - psychicznym i fizycznym - Lux dzwoni do siostry Sophie, Iris, wojującej buntowniczki i aktywistki o silnym zacięciu społecznym, która lata temu zerwała, czy też raczej znacznie ograniczyła kontakt z rodziną nie podzielającą jej poglądów, i nie akceptującą jej stylu życia, i prosi ją? sugeruje jej? nie prosi i nie sugeruje, tylko pozostawia decyzję? - o przyjazd...

Podczas tej wizyty wychodzą na jaw głęboko skrywane od lat sekrety, padają kłopotliwe pytania, okazuje się, że ludzie potrafią głęboko ukrywać swoje grzechy, że te same zdarzenia z przeszłości mogą mieć różną wagę, że to, co dla niektórych jest nieistotnym drobiazgiem dla kogoś innego może być ciężarem, tego, co dla niektórych pozostaje wciąż żywe w pamięci inni nie pamiętają...

I oto, w ten czas podsumowań, czas gniewu, czas zwinięcia się w ciasny kłębuszek, do którego nikt z zewnątrz nie ma dostępu, czas skostniałych emocji, coś zaczyna się - powolutku - topić, robiąc miejsce na to, co żywe, nowe, wieczne. W końcu to czas Przesilenia. Już wkrótce powróci światło.

Niesamowite, do jakiego stopnia streszczenie tej powieści brzmi jak materiał na świąteczny film familijny, i jak bardzo takim materiałem nie jest!

Na Instagramie natrafiłam na pytanie: "Czy jesteś w klubie wielbicieli prozy Ali Smith, czy w klubie "Nie wiem, o co tyle hałasu"? Odpowiedziałam, że jestem w klubie "nie potrafię wyjaśnić, czemu tak mi się podoba" (co fatalnie wróży przyszłej recenzji, ale jest prawdą).

"Zima" to jest króciutka książka do długiego czytania, zdecydowanie taka, którą się smakuje, a nie pędzi na łeb, na szyję od rozdziału do rozdziału, zaś w akcję - zmienną jak szybko płynący potok, skaczący po kamieniach, od jednego wspomnienia do kolejnego, od jednego punktu widzenia do innego - zadziwiająco trudno kogoś wprowadzić. A przy tym miałam trudności z oderwaniem się od niej, chociaż na pozór trudniej o bardziej nie pasującą do stylu "jeszcze tylko jedna strona" książkę. Apetyczna, soczysta proza, napisana pięknym językiem (i bardzo dobrze przetłumaczona przez Jerzego Kozłowskiego), rojąca się od tropów literackich, gier słownych, nawiązań do prawdziwych wydarzeń, do polityki bieżącej i niegdysiejszej. Jednocześnie bawi się czasem, rozciąga opowiadaną historię w przeszłość, by za chwilę skakać w przyszłość.

Bardzo nieoczywista to literatura, niełatwa w odbiorze. Taka, która nie spodoba się wszystkim (sądzę, że osoby szukające w literaturze szybkiego tempa, zwrotów akcji, uporządkowanej fabuły, prowadzącej konsekwentnie od punktu A do punktu B mogą uznać ją za zbyt nerwową, nieuporządkowaną, nużącą - i wiecie? Ich też rozumiem!), bardzo intrygująca językowo, ale i fabularnie (w zasadzie jestem pewna, że nie jest to lektura na jeden raz, dwa to minimum, a tak naprawdę podejrzewam, że za każdym kolejnym razem będzie się znajdować nowe ścieżki, nowe tropy, nowe nitki Ariadny w tym labiryncie), z tych, które odkładasz po skończeniu - i wciąż o nich myślisz. Ilość możliwych interpretacji oszałamia, a przy tym wszystkim - i nie jest to najmniejsza z zalet tej powieści - pogubienie się w tych tropach, grach słownych i brak oblatania w światowej polityce wcale nie odbiera przyjemności lektury.

A teraz - czekam na "Wiosnę" :).

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu WAB.

sobota, 27 lutego 2021

"Konkurenci sie pani pozbyli" Jacek Galiński

Pisanie recenzji czwartej części cyklu trochę mija się z celem.

Większość osób, które po tę czwartą część sięgną znają trzy poprzednie, co oznacza, że reklamowanie im kolejnej jest bez sensu. One już znają styl pisania autora, kupili świat przedstawiony, może nawet z okrzykami entuzjazmu na ustach, na kolejny odcinek przygód bohaterki czekają z zapartym tchem, po co im jakieś reklamy.

Tym, którzy serii nie znają nie ma sensu reklamować części czwartej, bo powinny zacząć od pierwszej, nie tylko dlatego, że warto jest sprawdzić, czy im sposób opowiadania historii przez autora odpowiada, ale także - a wręcz przede wszystkim - dlatego, że być może bez znajomości poprzednich tomów nie da się zrozumieć kolejnej części. 

Powyższe dotyczy również recenzentki, która, świadoma braków w lekturze, chwyciła z entuzjazmem (starsza pani na tropie, dziarska emerytka kontra świat, no, miodzio to być musi, nieprawdaż!) w bibliotece dwa pierwsze tomy i...

 O, rany, jakie to było NIE. Nie. I jeszcze raz po prostu - nie.

Raz, że językowo było dość słabo - dostawałam zadyszki, czytając te trzywyrazowe zdania, wystrzeliwane seriami...

Dwa, że postać głównej bohaterki jest straszliwie irytująca, co oczywiście samo w sobie nie jest niczym złym, pisarz ma prawo wykreować taką postać, jaką ma fantazję, jeśli ma fantazję, by uczynić bohaterką arogancką i wredną starszą panią, jego wola, zresztą wredne starsze panie w charakterze literackich detektywów mają potencjał. Chyba, że - i jest to, niestety, ten przypadek - są przy okazji po prostu głupie, a w niektórych zachowaniach żenujące. Zofia Wilkońska jest jak puzzelki złożone z najbanalniejszych, najbardziej prostackich stereotypów o starszych osobach i nie zgadzam się z opiniami powtarzającymi się w wielu recenzjach, jakoby "każdy z nas znał taką staruszkę". Nie. Nie każdy zna taką staruszkę. Natomiast każdemu zdarzyło się zetknąć w internetach albo prywatnych rozmowach z tekstami o "babciach, co umierają, ale magicznie ożywają, gdy widzą wolne miejsce w autobusie" albo "tych starych babach, co łażą po sklepach, zamiast w domu siedzieć", "moherowych babciach, co są takie roszczeniowe", "dziadkach, co myślą, że im się wszystko należy, bo mają te parę lat więcej", itepe, itede.  Zofia jest taka właśnie, jak starsze osoby z tych tekstów -  agresywnie roszczeniowa, bezczelna, wścibska (bogowie, dla mnie panna Marple była zbyt wścibska!!! na Zofię Wilkońską nie mam po prostu skali). A jeśli liczycie na to, że z biegiem zdań, z biegiem stron autor zmusi was do zastanowienia się nad przyczynami tej wredoty, ukaże drugie dno głupoty, sprawi, że uznacie, że stereotypowe postrzeganie ludzi jest krzywdzące - zapomnijcie o tym. Zamiast prób przełamania (do bólu banalnego) stereotypu dostajemy znak równości między egoizmem i bezczelnością a starością. I nic się za tym nie kryje, nie ma żadnej głębi, żadnej historii do opowiedzenia, żadnego tła, nic, po prostu nic.

I w tym momencie płynnie przechodzimy do trzy, czyli do tego szumnie zapowiadanego humoru - być może są osoby, które zaśmiewają się do łez czytając o starszej pani, macającej Afroamerykanina po włosach, bo nigdy jeszcze takich nie widziała, i traktującego go jak coś w rodzaju małpki (emerytowana nauczycielka!!! Współczuję głęboko jej uczniom), okradającej mieszkanie zamordowanego sąsiada, podczas gdy sam sąsiad z nożem w piersi tkwi na sedesie (niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu!), że o wspólnym oglądaniu porno przez porywacza i porwaną nie wspomnę, ale nie jest to typ humoru, który akurat ja poważam. Nie bawi mnie chamstwo. Uszczypliwość, sarkazm, spryt, przemyślność wynikająca z większego doświadczenia życiowego i specyficznych potrzeb - tak. Ale nie chamstwo, a ta bohaterka jest, po prostu, na wskroś chamska.

No i cztery - zagadka kryminalna rozwiązana przy pomocy jednego (słownie - JEDNEGO) zdania, deus ex machina szaleje jak wicher po stepie, wszyscy się pchają, by podarować bohaterce (nachalnej, aroganckiej i niesympatycznej, takiej, którą w realu by się wysłało do wszystkich diabłów po pierwszym wypowiedzianym przez nią zdaniu) dowody przestępstw, bo tak, wszystko się jej udaje, bo tak, zakończenie... może i ciut nieoczekiwane, ale bez jakiegokolwiek prawdopodobieństwa, wyjaśnienia, no cóż, też - bo tak.

Przy tym autor między wierszami poruszał (istotny!) problem samotności, ubóstwa i „przezroczystości” starszych ludzi, robił to moim zdaniem umiejętnie, doceniałam to, a raczej już, już zaczynałam doceniać, już, już zaczynałam myśleć, że może jednak, może coś, może ta książka nie jest tak bardzo "nie" jak mi się początkowo wydawało... i zawsze w tym momencie wkraczała pani Wilkońska, cała na biało, by okraść kolejną osobę, bo jej się przyda, a co zmarłemu po czekoladzie, albo zachwycić się własną błyskotliwością, że ach, jaka jest pomysłowa przeszukując śmietnik, a wszyscy, którzy na to patrzą mają szeroko otwarte oczy i opadnięte szczęki dlatego, że podziwiają jej przytomność umysłu i zazdroszczą jej inteligencji (tjaaaa...), albo rzucić jakąś złotą myślą, a we mnie duch upadał, fakt, że zaczynałam coś doceniać wypadał mi z pamięci i znowu pewna byłam tylko jednego.

Że NIE.
 

I że nie polecam. 

Ubogacona tym doświadczeniem przystąpiłam do lektury

 "Konkurenci się pani pozbyli" w niejakim popłochu.

W końcu troszkę głupio jest samej zgłosić się po egzemplarz recenzencki, po czym oznajmić, że książka nadaje się co najwyżej na podpałkę albo prezent dla nielubianej osoby (albo kłamać, ale tego na tym blogu nie ma i nie będzie).

No, nic, powiedziało się A, należy powiedzieć B, co sobie uświadomiwszy przystąpiłam do lektury i, o, bogowie. 

Doznałam zaskoczenia.

Przede wszystkim język uległ wyraźniej poprawie, kiedy pierwszy raz się zaśmiałam niemal się przestraszyłam, bo jednak nie była to reakcja towarzysząca mi podczas lektury pierwszych dwóch tomów. A tu nie dość, że złote myśli naszej Zofii bywały całkiem zabawne ("Miałam ochotę skręcić mu kark, choć nie wiedziałam, czy to możliwe w przypadku osób nieposiadających kręgosłupa" - przy tym nawet pierwszoklasista zauważy, że nie są to już zdania trzywyrazowe!), to znalazłam i takie, które kiedyś, gdy już wprowadzę w czyn plan produkowania makatek z błyskotliwymi cytatami z polskich pisarzy wyhaftuję sobie, zmieniwszy czas przeszły na teraźniejszy, żeby było bardziej dobitnie, oprawię i powieszę w widocznym miejscu ("Przed stoczeniem się w otchłań ratowało mnie tylko to, że nie było mnie stać na żadne nałogi").

Sama Zofia Wilkońska nie zmienia się zanadto, o, nie. Wciąż taka sama arogancka, wścibska i przekonana o własnej nieomylności i o tym, że cały świat wstrzymuje oddech, wpatrując się w nią z zazdrością i podziwem. Wciąż przepełniona niechęcią, by nie rzec nienawiścią do ludzi, wciąż nieżyczliwa, wciąż pozwalająca sobie na wiele (a, ukradnę kwiatki z klombu, co komu po kwiatkach, tak sobie nieużytecznie rosną w centrum miasta!). Ale jakoś to aż tak jak w poprzednich częściach nie razi, i nawet mam koncepcję, czemu.

Oto nasza Zofia idzie w politykę, z właściwa sobie bezkompromisowością  wkracza do sejmu jako przedstawicielka Polskiej Partii Emerytów, i podejrzewam, że na tle naszego dość bezlitośnie sportretowanego politycznego światka jej cechy charakteru po prostu się jakoś szczególnie nie wyróżniają. A nawet wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że Jackowi Galińskiemu się rysunek postaci nieco rozmył, ponieważ pani Wilkońska wykazuje się od czasu do czasu nietypową, jak na nią, empatią, współczuciem czy otwartością,stając się w tych chwilach, jak mniemam, reprezentantką poglądów autora.

Polityczne bagienko, w którym taplamy się wraz z bohaterką, jest bardzo nasze i nie raz, nie dwa, złapałam się na myśli, że bardzo jestem ciekawa, jak się ta książka zestarzeje. Gdy już minie te parę lat, dzisiejsze afery zostaną zastąpione nowymi, ci, co teraz brylują na salonach odejdą, nadejdą jacyś nieznani nam dziś nowi... czy przyszli czytelnicy zrozumieją wszelkie puszczone do nich oczka, czy będą potrafili rozszyfrować, "co autor miał na myśli"? Ba, miewałam wrażenie, że nawet dzisiejsi czytelnicy - zwłaszcza ci, którym, jak niżej podpisanej, z polityką niekoniecznie jest po drodze - mogą mieć problemy ze zrozumieniem, kto jest w tej książce kim. Czy po latach okaże się, że można czytać tę powieść jako satyrę na politykę, jako tragikomiczną parodię, równie dobrze pasującą do każdej rzeczywistości, czy przeciwnie, gdy rzeczywistość się zmieni z książki nie zostanie wiele? Naprawdę jestem ciekawa.

Zagadka kryminalna... cóż, jak zwykle. Trochę nie rozumiem, czemu te książki są nazywane "komediami kryminalnymi", skoro kryminału w nich tyle, co kot napłakał. Niby jest trup, ale nie wiadomo, czy była zbrodnia, do połowy książki nie zajmuje się tym nawet sama bohaterka, a jak się już zaczyna zajmować to, pyk! - i mamy rozwiązanie, owszem, osoba sprawcy może zaskoczyć, ale... no, cóż, wszelkie moje zastrzeżenia z opisu części pierwszej pozostają w mocy.

Podsumowując - osób, które czytały poprzednie części nie zachęcam, ponieważ prawdopodobnie nie muszę. Osobom, które nie czytały radzę zacząć od pierwszej części. Może się okazać, że Zofia Wilkońska jest bohaterką z ich bajki, i że doskonale czują się w wykreowanym przez Jacka Galińskiego świecie, w których autor co i rusz puszcza do nich oko. Może się okazać, że nie jest. Zawsze lepiej sprawdzić to na tomie pierwszym, nie czwartym.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu WAB (zapewniając jednocześnie, że nie zdziwię się, jeśli już nikt nigdy nie zaproponuje mi kolejnego).

poniedziałek, 22 lutego 2021

Robert Małecki, "Najgorsze dopiero nadejdzie" (i reszta)

Po - nie boję się użyć tego słowa - traumatycznym doświadczeniu, jakim było dla mnie zetknięcie się z pisarstwem Marcela Woźniaka do kolejnego tzw. "toruńskiego kryminalisty", Roberta Małeckiego, podchodziłam duuużo ostrożniej niż pies do jeża.

Opinie w sieci były w większości pozytywne, ale tak się złożyło, że doskonale pamiętałam, że w chwili, gdy rozpoczęłam lekturę "Powtórki" miała ona na Lubimyczytać jedną recenzję odbiegającą od ogólnych ochów i achów, a na blogach - żadnej (w każdym razie ja się na żadną nie natknęłam). BTW spotkanie z twórczością Marcela Woźniaka nauczyło mnie, że nie wierzy się recenzjom, zwłaszcza tym zakończonym zdaniem "za egzemplarz dziękuję wydawnictwu..." i spowodowało, że przez ponad dwa lata odmawiałam brania egzemplarzy recenzenckich w obawie, że zostanę przez Czytelników zakwalifikowana do grona niewiarygodnych blogerów, piejących z zachwytu nad dowolnym chłamem, byle był "recenzencki". 

Słowem, pan Małecki miał u mnie raczej pod górkę.

Trylogii toruńskiej początkowo w ogóle nie chciałam ruszać, ale gdy w mojej bibliotece pojawiła się trylogia chełmżyńska pomyślałam sobie, że, a co tam, raz się żyje. Chełmżę znam, swego czasu często w niej bywałam, ale nie oszukujmy się, nie jest to przypadek Torunia, mojego rodzinnego miasta, które kocham, i literackie mordowanie którego znoszę nie najlepiej, ewentualny spis ulic chełmżyńskich w charakterze wartkiej akcji zniosę lepiej, niż spis ulic toruńskich, i w ogóle - zobaczy się.

Prawie od pierwszej strony okazało się, że nie miałam się czego bać.

Przede wszystkim rzucało się w oczy, że co jak co, ale research to nie jest słowo obce Robertowi Małeckiemu. W niektórych recenzjach, które czytałam szczegółowy opis pracy policji przedstawiany był jako wada, podczas gdy w moich oczach była to niewątpliwa zaleta. Praca policjanta nie była dzięki temu zabiegowi przedstawiona jako strzelanka łamane przez mordobicie w stylu amerykańskich filmów sensacyjnych, a policjant nie był dzielnym szeryfem, który strzela do wszystkiego, co się rusza, bo taką ma akurat fantazję - przeciwnie, drobiazgowy opis sporządzania raportów, wzywania na dywanik do szefowej, by się wytłumaczyć z ryzykownych posunięć, siedzenia po godzinach, bo trzeba uzupełnić dokumentację, łykania w pośpiechu kanapki popijanej dopiero co zalaną wrzątkiem herbatą, bo zaszło coś, co trzeba natychmiast sprawdzić bardzo tę pracę uwiarygodniało. Niespieszne opisy głównego bohatera, przygotowującego sobie posiłki czy oddającego się swojemu wymagającemu skupienia i precyzji  hobby sprawiały, że kryminały te brzmiały nieco skandynawsko (choć na szczęście nie była to skandynawskość w stylu Stiega Larssona, który sporządzając opis wnętrza posiłkował się  katalogiem IKEI oraz plan dnia bohatera podawał w czterdziestu ośmiu punktach i z dokładnością do pięciu minut). Że już nie wspomnę (chociaż może powinnam, bo nie jest to rzecz bez znaczenia), że autorowi nic się nie "kłebowało koło płotka" (ani nigdzie indziej), nie "opierało o ścianę z wytrzeszczem" i nie "wypływało spod podeszw", słowem - jego polszczyźnie niczego (albo bardzo niewiele ;)) zarzucić nie było można.

Przeczytałam całą trylogię nie bez przyjemności, śledztwo było logiczne, postacie dobrze skonstruowane, język jak najbardziej ok, zindywidualizowany dla każdego z bohaterów, fakty nie naciągane, czasoprzestrzeń nie zakrzywiana, bardzo mi się podobało (ale to jest kwestia osobnicza, znam osoby, które to doprowadzało do szału) niespieszne tempo akcji, detale, nad którymi autor pochylał się z uwagą, oraz uważam, że Robert Małecki ma niezwykły talent do tworzenia nastroju (fizycznie odczuwałam panującą w książkach aurę, czy to był mróz, odwilż czy upał, wszystko jedno, aczkolwiek, again - kwestia osobnicza), nawet, jeśli były rzeczy, które zgrzytały (a były - na przykład brakowało zaskoczenia i efektu WOW, wszystko kręciło się wokół paru osób, które koniec końców rzeczywiście okazały się w ten czy inny sposób zamieszane w zbrodnię - ale z drugiej strony, czy jest to bardzo dziwne w miejscowości takiej, jak Chełmża, niedużej, w której wszyscy są ze sobą powiązani więzami czy to towarzyskimi, czy rodzinnymi?), po lekturze byłam bardziej niż mile zaskoczona i już się  tak bardzo nie bałam trylogii toruńskiej.

Z przyczyn oczywistych byłam jej bardziej ciekawa niż chełmżyńskiej (i również z przyczyn oczywistych w trakcie lektury nie byłam w stanie uciec od porównań z trylogią Marcela Woźniaka, za co przepraszam, ale to silniejsze ode mnie), musiałam tez na nią dłużej poczekać, bo w bibliotece była do niej kolejka oraz zapisy :). 

Ale w końcu się doczekałam i mogłam przystąpić do lektury (odhaczając przy okazji kolejne okienko w Okładkowym Bingo).

Marek Bener, bohater całej trylogii, w tomie pierwszym jeszcze dziennikarz toruńskiej „Gazety Miejskiej”, ma jeden cel – odnalezienie zaginionej żony Agaty, która 1 listopada 2010 roku wyszła z domu i zniknęła bez śladu, oraz dziecka, z którym w chwili zniknięcia była w ciąży. Od kilku lat przeznacza na to każdą wolną chwilę i każdy grosz. Coraz bardziej zmęczony i coraz bardziej załamany stara się wytrwać w podupadającej już gazecie (potem zakłada własną), wciąż prowadząc osobiste prywatne śledztwo, a także śledztwa w sprawie innych zaginięć, coraz częściej bowiem to do niego zamiast na policję zwracają się bliscy osób zaginionych.

Przede wszystkim czuć, że to debiut, i chyba odradzam czytanie całości "jednym cięgiem", bo muszę przyznać, że sama po takim maratonie miałam dość i przy lekturze części trzeciej czułam narastające zniecierpliwienie. Książki były chaotyczne (w zamierzony, jak sądzę, sposób), składające się (zwłaszcza im bliżej finału) z krótkich, urywanych w kulminacyjnym momencie epizodów w stylu filmowym, które - im bliżej końca - splatały się w całość. Mimo to mam wrażenie, że autor za bardzo chciał zaciekawić czytelnika. Słuchanie audiobooka to musi być koszmar, ja w ogóle nie jestem zbyt dobra w słuchaniu, rozpraszam się dość łatwo, ale nawet tylko czytając te zbyt często rwane, nie dokończone scenki często sprawdzałam, czy nie przeskoczyłam jakiegoś rozdziału. Słuchania nie potrafię sobie wyobrazić.

Bener nie jest bohaterem, którego się kocha od pierwszego wejrzenia, a nawet od któregoś kolejnego można mieć problemy, chociaż jest to jednak kwestia gustu, więc może inaczej - JA nie polubiłam Benera od pierwszego wejrzenia, mimo, że współczułam mu od razu. Wyrywający mi się chichocik powodowała też jego kreacja na superbohatera - nic mu się nie może stać, nic mu się nie może nie udać, a jak dostanie w mordę, to może ciut spuchnie, ale siły i sprawczości mu to nie ujmuje. Przy lekturze drugiego tomu to już w ogóle narastało we mnie pytanie - czy w Toruniu nie ma policji? Przebóg, w rodzica zaginionej nastolatki, który nie leci kurcgalopkiem na policję, tylko idzie do lokalnego dziennikarza, "bo pan ma doświadczenia, a ci gliniarze to, wiadomo" wierzę tak raczej nie bardzo.

A propos Toruń. Toruń był opisany dos-ko-na-le. Po prostu doskonale. Nie mogę tego wiedzieć na pewno, ale mam wrażenie, że osobom, które Torunia nie znają w zorientowaniu się w zawiłościach akcji w ogóle nie przeszkadzają wzmianki, jaką ulicą jedzie Bener i w jaki zaułek skręca, podobnie jak mi nie przeszkadzają takie wzmianki, gdy czytam dobrze napisany kryminał, którego akcja toczy się w, bo ja wiem, Chorzowie. Natomiast jako torunianka (która w dodatku przez większość życia mieszkała dokładniusio vis-a-vis biura Benera z czasów, gdy pracował on w "Echu Torunia") mogę wyłącznie bić brawo, i to czasem na stojąco. Jeśli autor pisze, że Bener idzie do banku i kupić drożdżówkę, zajmuje mu to dokładnie tyle czasu, ile powinno. Gdy pisze, że jedzie jakąś ulicą, skręca w inną, wysiada i trzy minuty później puka do drzwi podejrzanego, to tak właśnie jest. Ramy czasowe są rzetelne, solidne i ani drgną. Mowy nie ma o epatowaniu piernikami, Kopernikiem, perłą gotyku i szczegółowym spisem ulic Starówki oraz Bydgoskiego Przedmieścia. Mowy nie ma, by bohater teleportował się z ulicy Mickiewicza na Skarpę w sześć minut. Po doświadczeniach z trylogią pana Woźniaka jest to doznanie wręcz euforyczne.

A propos "braku policji" (oraz pana Woźniaka) - policjantem, z którym współpracuje Bener jest Leon Brodzki, bohater trylogii Marcela Woźniaka. Natomiast Bener pojawia się u Woźniaka jako bohater drugiego planu. I, jak by to ująć... nie jest to wymiana, na której Rober Małecki dobrze wyszedł, natomiast więcej niż dobrze wyszedł Marcel Woźniak. Brodzki u Małeckiego jest tym, kim pewnie miał być u Woźniaka - starym (doświadczeniem), zmęczonym gliną, ekspertem w swoim fachu, krótko przed emeryturą. Natomiast Bener u Woźniaka jest podrywaczem z Koziej Wólki, najpiękniejszym z całej wsi, ględzącym "poetycko" i bez sensu oraz posiadającym nadludzkie umiejętności, albowiem jako jedyny dziennikarz daje radę dobiec do mostu, na którym wiszą zwłoki przed zablokowaniem go przez policję, biegnąc prosto z redakcji (z Rubinkowa I do mostu Piłusudskiego, jedyne 6,5 km w, tak na oko, 3 minuty, niech się schowa Usain Bolt).  

Ja wiem, rozumiem, nawet na swój sposób mi się to podoba - taka wymiana bohaterów, takie puszczanie oka, trochę reklama, trochę żart, a trochę podsuwanie potencjalnemu czytelnikowi pomysłu na lekturę... rozumiem też, że panowie się prywatnie znają, lubią, nie ma w tym nic dziwnego.

Ale.

Ale może to wywołać efekt odwrotny od zamierzonego. Ja, na przykład, zostałam do trylogii Roberta Małeckiego długotrwale zniechęcona właśnie dlatego, że po "Powtórce" plątał się Marek Bener (a i sam autor też się tam przewinął). Owszem, ostatecznie ją przeczytałam, ale podchodziłam do niej nieufnie, ostrożnie i nastawiona na "nie" tak bardzo, że bardziej nie można. Do myśli, żeby przeczytać pozostałych toruńskich "kryminalistów" jeszcze nie dojrzałam psychicznie. Szczerze mówiąc, głęboko wątpię, czy kiedykolwiek dojrzeję. Wiem też, że są osoby, którym się ta wymianka spodobała i na których podziałała. Ale mimo to... trochę bałabym się utraty zaufania czytelników, którzy dali mi się złapać na to mrugnięcie okiem i niewinny, w zamiarze, żarcik. Gdybym trafiła na trylogie panów w odwrotnej kolejności, gdybym - po przeczytaniu zupełnie przyzwoitego kryminału osadzonego w moim ukochanym miejscu na świecie, a którego autor w oryginalny sposób zachęca mnie do przeczytania innego kryminału osadzonego w moim ukochanym miejscu na świecie -  w ten inny kryminał zainwestowała (w mojej bibliotece Marcel Woźniak jest niedostępny) pieniądze... cóż, moja sympatia dla reklamującego autora zostałaby poważnie nadszarpnięta. Jestem zbyt biedna na tego rodzaju pomyłki. I nie ja jedna w tym najpiękniejszym z krajów.

Podsumowując - trylogie (obie, toruńską i chełmżyńską) przeczytałam z przyjemnością, nie wykluczam, że spotęgowaną pozytywnym rozczarowaniem, którego doświadczałam w czasie lektury, i kiedyś jeszcze chętnie po kolejne książki Roberta Małeckiego sięgnę.

Ale bohaterów już bym na jego miejscu nie pożyczała ;).