czwartek, 28 kwietnia 2022

"Kamienny manuskrypt" Luis Garcia Jambrina

"Kamienny manuskrypt" został nagrodzony V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 roku i wyznam już na wstępie, że pytanie "Czemu?!" ciśnie się na mych ust korale z siłą tajfunu.

Salamanka, rok 1497. Fernando de Rojas, młody, bardzo obiecujący student prawa (a także wszystkich sztuk wyzwolonych, i paru nie wyzwolonych też, jest bowiem Fernando osobą wyjątkowo wręcz żądną wiedzy i chętną do nauki), pochodzący z rodziny nawróconych Żydów, na zlecenie Diego de Dezy, biskupa Salamanki, bada sprawę zabójstwa niezwykle popularnego w mieście profesora teologii. Wkrótce ofiarą morderstwa pada książę Juan, następca tronu, a kilka dni później - uliczna dziewka. Wszystkie ofiary mają w ustach monetę. Wszystkie mają identyczne zadrapanie na twarzy. Zdaniem Fernando wszystko wskazuje na to, że zbrodni dokonał ten sam sprawca.

Prowadzenie dochodzenia w gąszczu intryg politycznych, rozgrywek między Inkwizycją a władzami kościelnymi i nieokiełznanych namiętności wymaga nie lada inteligencji i sprytu. Najmniejszy popełniony błąd może zrujnować karierę młodzieńca, a nawet pozbawić go życia, zwłaszcza, że zaczyna się nim interesować Inkwizycja, z którą już wcześniej miała problemy jego rodzina.

Słowem, możemy się spodziewać krwistego thrillera/kryminału, a jeśli dodatkowo lubi się (a ja lubię) książki osadzone w "dawno dawno temu, w nieznanej krainie", albo kryminały sprzed czasów komórek, DNA, komputerów, mikroskopów i CSI, to już w ogóle miodzio.

Cud, że można rzecz skopać tak spektakularnie.

Zacznę od mojej ulubionej strony (prawie) każdej powieści, czyli od warstwy językowej. 

Dialogi w "Kamiennym manuskrypcie" to nie jest drewno, paździerz i rozpacz w kratkę. Na dialogi w tej książce po prostu nie ma słów. 

Dla przykładu, nasz genialny młody uczony prowadząc swoje śledztwo trafia do klasztoru, w którym zamieszkiwał zamordowany zakonnik. Przyjęty zostaje tam więcej niż niechętnie, tylko i wyłącznie faktowi, że ma listy polecające od biskupa Salamanki zawdzięcza to, że pozwolono mu obejrzeć zwłoki zamiast z krzykiem zawiadomić najbliższego inkwizytora o jego wizycie, na szczęście trafia do przyklasztornego ogrodu, gdzie roślinami zajmuje się przemiły staruszek. Uchachany, że wreszcie ma kogo przesłuchać, Fernando zadaje staruszkowi pytanie:

- Co możecie mi opowiedzieć o fra Tomaso?

staruszek zaś nabiera tchu i zaczyna nadawać:

- Jak wiesz, mój synu, 22 grudnia 1216 roku następca Innocentego III, Honoriusz III wydał bullę zatwierdzającą nowy zakon, zaś miesiąc później, 21 stycznia 1217 zatwierdził nazwę Zakonu Kaznodziejskiego. Podczas pobytu w Rzymie świętemu Dominikowi przyśnili się święci Piotr i Paweł, którzy polecili mu, by wysłał swych uczniów na cały świat. Po powrocie do Tuluzy rozesłał braci do Włoch, Hiszpanii i Francji. Sam również kontynuował wędrowne kaznodziejstwo, przyjmując do nowego zakonu braci z całej Europy i zakładając nowe domy zakonne. W 1220 w Bolonii zebrała się pierwsza kapituła generalna Zakonu, na której zostały wypracowane Ustawy Braci Kaznodziejów (Konstytucje), które wraz z Regułą św. Augustyna do dziś stanowią podstawy prawne działalności dominikanów.

I tak przez, uważacie Państwo, PIĘĆ STRON. Pięć stron bitego tekstu, ten powyższy nie jest oryginalny, skopiowałam go z Wikipedii, i nic nie szkodzi, bo wielce jest do tego powieściowego podobny. Ściana słów, "przesłuchujący" geniusz średniowiecznej myśli detektywistycznej ani myśli przerwać, tylko bez słowa wysłuchuje deklamowanych encyklopedycznych informacji, przetykanych datami, naszpikowanych nazwiskami i nie mających żadnego związku z zadanym pytaniem (to znaczy, pojawia się tam jakieś zdanie czy dwa, które później okażą się istotne, oczywiście w różnych miejscach wypowiedzi, żeby czytelnikowi za bardzo nie ułatwiać, a wiemy to stąd, że za te parędziesiąt stron się pogubimy, i albo wrócimy do ściany tekstu, by z niej te istotne wiadomości żmudnie wyłowić, albo machniemy na to ręką i nie zrozumiemy, co poeta ma na myśli).

Dalej - język. Identyczny dla każdej postaci. Diego de Deza, biskup Salamanki, wychowawca następcy tronu, wypowiada się dokładnie tak samo, jak stara, żyjąca w dzielnicy nędzy żebraczka, główny bohater, duma uniwersytetu i mistrz retoryki, używa wyrażeń i buduje wypowiedzi w ten sam sposób, co dziewka z lokalnego zamtuza, następcy tronu nie odróżnilibyśmy po sposobie mówienia od właściciela podrzędnej karczmy, i tak dalej, i tym podobnie.

Autor jest historykiem i niewątpliwie świetnie zna Salamankę (o czym zresztą można przeczytać z tyłu okładki ;)) oraz jej historię, nie da się temu zaprzeczyć, dlatego też nie wątpię, że pod miastem rzeczywiście znajdują się gigantyczne podziemia, w których w opisywanych w powieści czasach funkcjonowało coś jakby drugie miasto, zaludnione przez niezliczonych wyrzutków społecznych, począwszy od oficjalnie wydalonych z miasta Żydów, przez zajmujących się źle widzianą przez Inkwizycję nauką mędrców i studentów, po drobnych i mniej drobnych złodziejaszków i bandytów. 

Nasz bohater w poszukiwaniu zbrodniarza trafia, rzecz jasna, do tego wysoce utajnionego podziemnego grodu, na wstępie dostaje w łeb, i naprawdę, NAPRAWDĘ nie chcielibyście wiedzieć, do jakiego stopnia groteskowe było jego przebudzenie w otoczeniu działającego, jak się okazuje, w głębokiej konspiracji Sanhedrynu, którego członkowie obrzezują go, korzystając z okazji, że wpadł im w ręce i leżał w omdleniu, no bo przecież Fernando pochodzi z rodziny przechrztów, więc teraz już znów będzie Żydem i aleocochodzi (jezujezu nieczyt., tyle powiem).  Po wyrwaniu się z rąk religijnie rozochoconych i bardzo zdziwionych jego brakiem entuzjazmu współwyznawców (?) błąka się po wzmiankowanych (i tajnych, ale TAKICH TAJNYCH, że nie wiem) podziemiach, trafiając a to na (tajne) wykłady, a to do (tajnej) groty przemytników, albo (tajnej) jaskini czarownicy, a wszelkich tych (tajnych) wejść pilnują Wierni Ochroniarze, których nasz Fernando w życiu nie byłby w stanie minąć nie zauważony i nie powstrzymany, którzy jednak z wielką chęcią a ti podają mu hasło, a to wskazują drogę, a to obdarowują świeczuszką, żeby sobie poświecił, a to ostrzegają przed skręceniem w niewłaściwy korytarz, co miałoby opłakane skutki, doprawdy, tylko czekałam na tekst typu: "Nie powiedział pan hasła!". "Ale jakiego hasła?". "Żyrafy wchodzą do szafy". "Ach, rzeczywiście. Żyrafy wchodzą do szafy".

A na deser czeka nas rozwiązanie zagadki, które było tak zaskakujące, niezwykłe i błyskotliwie podane, że zapomniałam, jak się rzecz cała skończyła i musiałam sobie w popłochu przypominać, i owszem, przypomniałam sobie, kto, ale nie pamiętam, dlaczego. A książkę skończyłam dziesięć dni temu.

Słowem... 

Przeczytałam. Męczyłam się przy lekturze okrutnie, ale przeczytałam. Zniosłam papierowe postacie, drętwe dialogi, mało przekonywującą fabułę. I przeczytałam.

Żebyście wy nie musieli.

środa, 6 kwietnia 2022

Witold Szabłowski "Rosja od kuchni"

Znacie ten przypadek, gdy sięgacie po jakąś książkę non-fiction, reportaż albo pozycję popularnonaukową z dziedziny albo na temat, który was żywo interesuje i... ups. Zdania wloką się jak najnudniejsza lekcja matematyki, co i rusz potyka się człowiek o miliony pojęć i tysiące nazwisk, które czytelnikowi nic nie mówią, ale autorowi i owszem, więc nie zadaje on sobie trudu, by je czytelnikowi wyjaśnić, styl jest chaotyczny albo/i przesadnie naukowy, niezwykle interesujące informacje obecne, ale porozsiewane w męczącym słowotoku i trzeba je z niego mozolnie wygrzebywać, jak rodzynki z serniczka normalnie, brnie człowiek przez te piętrowe metafory i język twardy jak ziemia skuta podbiegunowym lodem, ale temat go przecież interesuje, więc męczy każdą kolejną stronę i do każdej podchodzi jak do wejścia na Matterhorn, i czasem udaje mu się dojść - w pocie i znoju - do końca dzieła, a czasem odpada, bo informacje informacjami, a fantastyczny temat fantastycznym tematem, ale ileż można.

Znacie to?

No więc to jest zupełnie nie ten przypadek.

 

Witold Szabłowski postanowił przyjrzeć się Rosji w oryginalny sposób - od kuchni. Swoją kulinarno-historyczną wędrówkę przez Rosję rozłożył na osiemnastu talerzach, a każdy talerz poświęcił innej osobie lub osobom, i innemu okresowi z dziejów Rosji. Każdy zawiera - wplecione zręcznie w opowieści i wspomnienia bohaterów - garść informacji historycznych i nieco społecznych, i każdy zakończony jest przepisami dotyczącymi omawianej w nim osoby/osób lub okresu czy wydarzenia historycznego. o

Pdróż zaczynamy od cara Mikołaja II i jego kucharza Iwana Charitonowa, by poprzez opowieści o kucharzach i kucharkach Lenina, Stalina, Chruszczowa, Breżniewa i Jelcyna dojść do spotkania z Putinem i jego dziadkiem (kucharzem, a jakże) Spirydionem. Dowiadujemy się nie tylko, jak jadały głowy państw - że Stalin uwielbiał śledzie, a Breżniew pieczone ziemniaki, które wolał od kawioru, że w Jałcie Wielkiej Trójce podano indyka w pigwach i okonia morskiego w sosie z szampana, a na ostatnią wieczerzę ZSRR - gulasz z dzika (przepis załączony) - ale czytamy też o chlebie z kory sosnowej, którym rozpaczliwie próbowano oszukać żołądki w czasie Wielkiego Głodu w Ukrainie, słoju ikry rybiej, który uratował życie bohaterki podczas blokady Leningradu, i stołach witaminowych w Czarnobylu. Wypada też wspomnieć, że dowiadujemy się, jakie (i w czym umieszczone) jedzenie zabrał w kosmos Jurij Gagarin. 

A tym samym czytamy o sposobie, w jaki jedzenie może służyć propagandzie, jak za jego sprawą można wpływać na wielką historię (i tę mniejszą też) i jak ją kreować, zaglądamy w świat wielkiej polityki, a potem do domów tych, po których wielka polityka przetoczyła się jak walec, obracamy się wśród zwykłych, przeciętnych Rosjan, i wśród osób znanych z podręczników i pierwszych stron gazet.

Jakim cudem Witold Szabłowski dotarł do tych wszystkich ludzi, którzy przewijają się na kartach jego książki, jak udało mu się skłonić ich do opowiadania i misternie pozbierać skrawki wspomnień, po czym spleść je w spójną całość, nie wiem. Wiem za to, że z tych skrawków stworzył niezwykłą opowieść o Rosji, Rosjanach i mieszkańcach byłych republik radzieckich. O strachu, dumie, woli przetrwania, milczeniu, kłamstwach i półprawdach, niewiarygodnej sile i niewyobrażalnym okrucieństwie.

W większości recenzji i zajawek wymienia się przede wszystkim tego Stalina z jego gruzińskim kapuśniakiem, śpiewanie ciastu drożdżowemu, no i na przykład Jałtę z przepięknie udekorowanym jesiotrem w galarecie albo kremlowskie wystawne kolacje z lodami orzechowymi i tortem Morska Bryza, jako to, co najbardziej zapada w pamięć, a może jest najbardziej fascynujące, bo opisujące przepych niedostępny większości? I, rzecz jasna, są to naprawdę pasjonujące rozdziały, doskonale napisane. 

Ale te, przy których musiałam odłożyć książkę na chwilę i po prostu popatrzeć w ścianę albo na moje tłoczące się w karmniku ptaszki, a czasem przestać czytać na dzień-dwa, to były rozdziały mówiące o głodzie w Ukrainie. Blokadzie Leningradu. Kucharkach w Czarnobylu. O Tatarach krymskich (o Efranie Kudusowie myślę ze ściśniętym sercem, o tym, jak po raz kolejny w życiu wyjechał z Krymu po jego aneksji przez Rosjan, i zaczął na nowo, w Kijowie... czy jest bezpieczny? Czy znów musi zaczynać od nowa? Czy będzie miał na to siły?).

Czytana w tej chwili, w tym historycznym momencie, lektura "Rosji od kuchni" okazuje się nadzwyczaj gorzka. Tak, wiedzieliśmy już wcześniej, wiemy i teraz, że od wielu dekad Rosja skręca w bardzo określonym kierunku. I powtarzamy, zwłaszcza ostatnio, zdanie, że dopóki to Rosjanie nie zmienią swego kraju, nikt go nie zmieni. Nie da się. Po prostu nie. Nie da się wejść do czyjegoś kraju i zrobić mu demokracji.  Nie wystarczy mu obalić prezydenta, żeby było dobrze, sprawiedliwie i po europejsku. To oni muszą. Oni sami.

"Ja ci, Witoldzie, powiem, czterdzieści lat miałam, a taka głupia byłam, że wierzyłam we wszystko, co mi w telewizji powiedzieli. Synom mówiłam: "Ludzie cię oszukają, ja nawet może, ale Partia nie oszuka cię nigdy". Dopiero Afganistan to zmienił"*.

"Dopiero po Czarnobylu zrozumiałam".

"Dopiero, gdy mi babcia przed śmiercią powiedziała".

"Wszystkie dzieci płakały po śmierci Stalina, tylko tatarskie nie płakały. My pamiętaliśmy, co on nam zrobił".

"Dopiero po..."

"Dopiero gdy..."

Bo gdy nie było w życiu bohaterów książki żadnego "dopiero, gdy", żadnego "dopiero po", to jest: "taki kraj zniszczyć! Na świecie największy! Człowieka w kosmos pierwsi wysłaliśmy!". "Nasza matkę, naszą karmicielkę zarżnąć! W dwa dni tyle zła narobić!". Rozmówca/-czyni siedzi przed polskim dziennikarzem, który zupełnie inaczej wspomina Związek Radziecki i żali mu się z pełną ufnością, że zostanie zrozumiany/-a. Że to, Witoldzie Mirosławowiczu. tyle zła, otrułabym ich, gdybym wiedziała, nigdy bym na to nie pozwolił. A na nieśmiałe żachnięcie się albo uwagę, że może jednak niekoniecznie co najwyżej może powiedzieć: "E, co wy tam wiecie, Witoldzie. Chodźcie, ugotujemy coś".

Dopiero, gdy rozmówcy Witolda Szabłowskiego stanęli oko w oko z bezmiarem okrucieństwa, pychy i totalnego lekceważenia ludzkiego życia, dopiero wtedy zaczynali rozumieć. Przedtem nie wiedzieli, nie widzieli, nie interesowali się, nie łączyli kropek, nie układali puzzla do puzzla. A gdy już ułożyli te puzzle i zobaczyli kawałek - bo przecież nie całość - obrazka, a ten obrazek był inny, niepokojący i nie pasował do całości, to i tak nie mówili o tym. Komu? Jak? Tym, co niczego nie przeżyli, nie widzieli, nie zrozumieją, nie uwierzą? Po co o tym mówić w ogóle?

Tak więc dopiero gdy.

Dopiero po.

Dopiero wtedy Rosjanie sami coś zrobią. Nie wcześniej. 

A chyba nie lubią układać tych puzzli. I nie mają ochoty, by łączyć kropki.

Nie wiem, czy ten gorzki wniosek to była rzecz, do której autor chciał czytelnika doprowadzić. Może nie. Może to wina tzw. "okoliczności zewnętrznych". Może nie da się teraz, gdy trwa wojna w Ukrainie, nie być szczególnie wrażliwym właśnie na to - na to wycofanie, spięcie, na zakłamywanie rzeczywistości, na to gigantyczne, ogólnonarodowe zamykanie oczu i wypieranie. Nie wiem.

Wiem, że polecam.

Kto wie, może dojdziecie do innych wniosków.

Może mniej gorzkich. 

A może bardziej.

 

 

*cytuję z pamięci, prawdopodobnie - a wręcz na pewno - niedokładnie, za co przepraszam. Sens wypowiedzi zachowałam.