Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwania Królowej Matki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyzwania Królowej Matki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2015

Prośba

Pierwszy raz do konkursu na Bloga Roku Królowa Matka przystąpiła w roku 2012 i w nastroju "a co mi tam, spróbuję", o czym kto ciekaw może sobie poczytać, a kto nie ciekaw - przejść do dalszej części tekstu.

Po odpadnięciu z konkursu na miejscu 51, które uznała za zawrotny sukces swego bloga, wówczas prowadzonego od trzech miesięcy pomyślała sobie "Do trzech razy sztuka!" i rok później ponownie się zgłosiła, chociaż do nastroju "A co mi tam!" oraz do entuzjazmu było jej daleko.

Ale jak się już zgłosiła to, przyznaje, pomimo początkowego braku entuzjazmu bawiła się naprawdę nieźle. Sporządziła staranny i przemyślany pod względem marketingowym ;) wpis żebrzący, a na Facebooku plątał się zaopatrzony w stosowny tekst Banner z Oczkami tych domowników Domu w Dziczy, których urok miał szanse zmiękczyć te serca, których Królowa Matka nie dała rady zmiękczyć słowami i podobno odniósł nawet skutek, jak doniosły Królowej Matce osoby, które udało się jej rozbawić.

Mimo tak imponująco zakrojonej akcji promocyjnej blog Królowej Matki zakończył udział w konkursie na miejscu 21, choć przez jedną, powodującą zawrót głowy chwile znajdował się w pierwszej dziesiątce. Królowa Matka pośledziła konkurs do końca, pomyślała, doszła do przeróżnych wniosków, z których część opisała, a części nie, i rok później darowała sobie udział w imprezie, nie darowała sobie jednak naukowych obserwacji zjawiska.

Ich skutek był taki, że Królowa Matka doszła do kolejnych licznych, bardzo licznych wniosków, z których na czoło wybił się jeden:

formuła konkursu polegająca na zbieraniu SMSów od Czytelników jest dla bloga Królowej Matki barierą nie do przejścia.

Nawet przy na maksa rozdmuchanej akcji promocyjnej Królowa Matka jest w stanie uzbierać nie więcej niż sto parę głosów. Ostatni z finałowej dziesiątki blog w roku 2012 miał ich 354, a ten z 2013 - 664.

Mimo tej przygnębiającej świadomości Królowa Matka postanowiła zgłosić swojego bloga do konkursu na Blog Roku 2014.

Bo do trzech razy sztuka przecież.

Bo to jubileuszowy konkurs, dziesiąty, czy nie jest milej kończyć swego z nim spotkania w roku jubileuszowym, a nie byle jakim?

Bo całkiem sporo jej blog Blogowi Roku zawdzięcza, jak napływ nowych czytelników na przykład.

Bo Jurorzy przyjemni. I w dodatku umieją czytać.

No i trochę "a co mi tam".

Ale tym razem Królowa Matka nie będzie siać bannerkami na FB i przypominajkami na blogu. Nie będzie skłaniać do głosowania znajomych, nieznajomych, własnej rodziny i cudzych rodzin groźbami i szantażem emocjonalnym.

Najwyżej troszeczkę Bambi eyes może zrobić, o, prawie takie:


Ale żebrać nie będzie.


Królowa Matka poprosi.

I jeszcze powtórzy swoje własne słowa sprzed dwóch lat, które och, jak bardzo nie straciły nic a nic na aktualności:

... ale, Czytelniku, zagłosuj tylko, jeśli uważasz, że blog Królowej Matki się nadaje na dostanie się do, powiedzmy, pierwszej setki. 

Nie, jeśli czuła Twa dusza brutalnie urażona została wizją Wielodzietnej Matki, której blog odpadnie z konkursu za jedyną pociechę mając SMS od obowiązkowego Małżonka. Nie, jeśli uległeś (zdałoby się) ujmującej i pełnej dowcipu osobowości Królowej Matki. Nie, jeśli przypadkiem znajdujesz się w opisywanym powyżej stanie "a co mi tam!". Nie, jeśli założyłeś się z kumplami, że zagłosujesz na pierwszego bloga, na którego trafisz w spisie konkursowym.

Ale wtedy, gdy blog Ci się NAPRAWDĘ podoba.

Kiedy nadejdzie dzień, gdy blog Królowej Matki odpadnie ostatecznie i nieodwołalnie, i po raz ostatni z konkursu na Blog Roku chciałaby ona wiedzieć, że wszystkie głosy, jakie otrzymała, otrzymała tylko od tych osób, które jej bloga lubią. 

Bogowie, dostać sto takich głosów z pewnością nie wystarczy, aby się dostać choćby do pierwszej trzydziestki, ale jak bardzo uskrzydli! To dopiero będzie nagroda, niech się schowają wszystkie, które można wygrać w konkursie razem wzięte.

Tak więc.


Proszę.

Bardzo proszę.



 ( SMS treści C11597 na numer 7122. Proszę pamiętać aby nie wstawiać w SMS spacji, nie trzeba też nic więcej pisać. 

Dochód z SMS'ów zostanie przekazany na fundację Dzieci Niczyje. )


 

niedziela, 4 stycznia 2015

Noworoczne Wyzwania

Jeśli chodzi o Sylwestry, to Najlepsza Impreza Sylwestrowa W Świecie zdaniem Królowej Matki wygląda tak:


czy też może raczej wyglądałaby, gdyby Potomki nie przeszkadzały (ale Królowa Matka stara się ile sił, mimo Potomków), zaś do Noworocznych Postanowień ma stosunek następujący


odkąd skończyła osiemnaście lat (czyli od czasów, gdy podjęła i nawet, uwaga, zrealizowała postanowienie noworoczne, i może upojona tamtym sukcesem nie chce sobie psuć wrażeń).

W związku z powyższym Królowa Matka opanowała irracjonalną chęć, by wziąć udział w następującym wyzwaniu książkowym:


bo, jak policzyła, wymagałoby to przeczytania praktycznie jednej książki tygodniowo, w tym niektórych liczących ponad 500 stron na przykład, albo trylogii, a ona ma Dziateczki i Pracę Zawodową oraz (rzadko) Życie Osobiste, a ponadto Wyzwania wymagają (chyba? Królowa Matka nie wie, bo nigdy w żadnych nie brała udziału) przeczytania książek dotąd nie znanych, czyli wykluczają powtórki (w wypadku Królowej Matki, należy dodać, nie w wypadku tych, co łykają pięćdziesiąt książek rocznie bez popitki), a bez powtórek swego roku czytelniczego Królowa Matka wyobrazić sobie nie potrafi.

Za to przeglądając zaprzyjaźnione blogi oraz szeroko pojęty internet trafiła Królowa Matka na inne Wyzwanie, które zdecydowała się podjąć (i które natychmiast zmodyfikowała tak, że go rodzona mamusia nie pozna), a mianowicie

 Wyzwanie pt. "Czyścimy Półki"

Wyzwanie polega na tym, że robimy przegląd własnych półek bibliotecznych, wybieramy z nich dwanaście pozycji, które tygodnie/miesiące/lata/a czasem i dziesięciolecia temu nabyliśmy (względnie dostaliśmy w prezencie, nierzadko na własne zamówienie, od kochającej Rodziny i/lub Przyjaciół), bo przecież "na pewno to przeczytacie, i to zaraz", gdyż ulubiony autor/ ulubiony temat/ fascynujące streszczenie/ taka świetna okładka/ tyle dobrego słyszeliście (niepotrzebne skreślić). Po czym przez kolejne dni i tygodnie, i miesiące te świetne książki naszych ukochanych autorów, w świetnych okładkach i z fascynującymi streszczeniami stoją sobie na półce i się kurzą, a niektóre stoją tak długo, że im okładki wyblakną, bowiem w międzyczasie nabywamy tuziny innych książek, albo mamy nastrój na przeczytanie czegoś innego, albo czekamy na Stosowną, Magiczną Chwilę, albo zapominamy, że coś kupiliśmy, gdyż postawiliśmy rzecz w drugim rzędzie na półce biblioteczki...

Więc teraz wyciągamy dwanaście pozycji z tych tylnych rzedów (albo i z przednich względnie z dna stosików przy łóżku, czemu nie, tak też można) i czytamy po jednej na miesiąc. W Wyzwaniu Oryginalnym stało, że następnie to, co przeczytaliśmy, recenzujemy, i ten właśnie kawałek Królowa Matka pozwoliła sobie zmodyfikować, bo nie jest przecież blogerką książkową i recenzuje tylko wtedy, gdy coś jej bardzo podejdzie lub też wręcz przeciwnie

(a właściwie nawet wtedy niekoniecznie, bo ostatnio nie była w stanie zrecenzować książki, która zrobiła na niej takie wrażenie, że nie mogła wydusić z siebie na jej temat ani słowa)

a tak w ogóle to nie recenzuje, tylko streszcza i spoileruje oraz produkuje strumienie świadomości :).

Skutek rycia na półkach i w stosikach Królowej Matki wygląda tak:


W kolejności od góry do dołu:

1) Thomas Berger "Artur Rex". Królowa Matka, która zaczęła przygodę z legendami arturiańskimi i lekturą towarzyszącą w dumnym wieku lat dziewięciu i kontynuuje ją po dziś dzień (wskutek czego Dan Brown niczym jej w "Kodzie Leonarda" nie zaskoczył, bo wszystkie jego twórcze koncepcje znała z innych dzieł, a niektóre sama wymyśliła) nabyła "Artura Rexa" drogą kupna z dziesięć lat temu, po czym postawiła go na półeczce w drugim rządku i na śmierć o nim zapomniała. Bardzo się zdziwiła, odkrywając go wczoraj przy okazji przygotowywania stosika, bardzo, i oto juz ma pierwszą korzyść z przystępowania do Wyzwań, a jak przeczyta to już w ogóle, ho, ho, ho.

2. Wasilij Aksionow "Wyspa Krym". Swego czasu przeleciała Królowa Matka jak wicher przez "Moskiewską sagę" i na fali uznania dla autora kupiła "Wyspę Krym", odstawiła na półkę na "za jakiś czas" i oto ten jakiś czas właśnie (po, ekhm, dwunastu latach) nadszedł.

3. Bernard Cornwell "Jeźdźcy z piekieł" - pierwsza część trylogii, Królowa Matka z zasady nie czytuje trylogii dopóki nie zdobędzie wszystkich tomów, bo szlag by ja trafił, gdyby się wciągnęła, po czym okazałoby się, że musi czekać na kolejny tom rok czy dwa. Trylogia została niedawno uzupełniona o tom trzeci, a zatem lekturę czas zacząć!

4. Elżbieta Cherezińska "Saga Sigrun". Pierwszą część "Północnej Drogi" Królowa Matka zaczynała ze trzy razy i za każdym razem coś jej przeszkadzało ją skończyć. Teraz, gdy po pierwsze dostała drugą część w światecznym prezencie, a po drugie, wybrała cząść pierwszą do Wyzwania, skończyć ja po prostu MUSI i nie ma przebacz.

5. Majgull Axelsson "Ta, którą nigdy nie byłam". Ci z Czytelników, którzy pamiętają wpis o prozie Majgull Axelsson pamiętają być może i to, że dojrzewanie do jej książek zabiera Królowej Matce dużo czasu. I wymaga stosownego klimatu emocjonalnego. W wypadku tej konkretnej książki będzie to już z pięć lat, więc Królowa Matka uznała, że dość tego. Przyjdzie lato, długie dni, słońce, kwiatki, kląskanie ptasząt, te rzeczy, weźmie się Królowa Matka za Axelsson. Wzdech.

6. Amy Tan "Klub radości i szczęścia". Najsłynniejsza książka Amy Tan, jedyna (poza najnowszą), której Królowa Matka nie czytała. Czas z tym skończyć!

7. Arturo Perez-Reverte "Batalista". Arturo Perez-Reverte to jeden z tych pisarzy, których jedną nieprzeczytaną książkę Królowa Matka trzyma na półce zupełnie świadomie, na czasy, gdy będzie koszmarnie i fatalnie, i nie będzie nic fajnego do czytania (ekhm). Co prawda czasy, gdy nie ma nic fajnego do poczytania jeszcze nie nadeszły, ale tak sobie Królowa Matka pomyślała - może one nigdy nie nadejdą? I Królowa Matka nigdy nie pozna "Batalisty"? Nie, do tego dopuścić nie można, "Batalista" na stosik!

8. Terry Pratchett "Wolni Ciut Ludzie". W kwestii "muszę mieć na półce choć jedną nieprzeczytaną książkę" Terry Pratchett należy do tej samej kategorii pisarzy, co Arturo Perez Reverte, ale że, po pierwsze, Królowa Matka ma w zapasie jeszcze trzy jego powieści, po drugie, "Wolnych Ciut Ludzi", dotąd nie do zdobycia, właśnie zdobyła, a po trzecie, zamierza przeczytać sobie smakowicie cały cykl o Tiffany, zdecydowała się na wybór własnie tej.

9. Matthew Pearl "Klub Dantego". Przykład powieści, ktora stoi u Królowej Matki tak długo, że grzbiet okładki jej wyblakł. Kupiona w czasach, gdy była wielkim przebojem. Teraz się sprawdzi, czy słusznie.

10. Kevin Hearne "Na psa urok". Rozwojowe. Królowa Matka dostała kiedyś w prezencie dwie pierwsze części, a jest ich - pięć? sześć? W każdym razie jeśli okaże się, że warto, Królowa Matka będzie musiała uczynić wyłom w swej decyzji "nie kupowania książek dopóki nie przeczyta wszystkiego, co ma, albo chociaż dużej części". I teraz nie wiadomo - miec nadzieję, ze warto, czy mieć nadzieję, że wręcz przeciwnie...

11.  Jo Nesbo "Upiory". Przewrotnie, bo Królowa Matka czytała "Policję" (i siedem tomów innych opowieści z Harrym Hole) wskutek czego suspens jej się troszkę rypnie. No, ale skoro czytała "Policję" wypada sprawdzić, jak zaczęło się to, co się w "Policji"... rozwiązało.

12. Walter Moers "Miasto Śniących Książek" - jedna z tych książek, ktore Królowa Matka ucelowała przypadkiem na "o-rany-boskie-nie-było-mnie-stać-a-tutaj-chcą-za-to-dziewięć-złotych!!!" przecenie, szczęśliwa przytachała tomiszcze do domu, postawiła na półce i... sama już nie pamięta, co, ale po świecie krąży druga część dzieła, więc najwyższy czas zapoznać się z pierwszą.

Kolejność czytania będzie przypadkowa, styczeń ubarwi Królowa Matka lekturą "Batalisty".

W każdym razie plany czytelnicze na rok 2015 ma Królowa Matka PRAWIE sprecyzowane.

Na pewno przeczyta swoje dwa stosiki - powyższy i ten świąteczno-noworoczny.

Czy coś ponadto - zobaczy się.

Czy coś się zrecenzuje - też :).

sobota, 5 lipca 2014

Wielki Finał (Michaił Bułhakow, "Mistrz i Małgorzata")

No więc tak, Czytelniku. Dziś uwolnisz się wreszcie od Królowej Matki i jej słowotoku. Oto nadszedł dzień, w którym odpowiedzieć należy na ostatnie pytanie Wyzwania, a mianowicie

Twoja książka wszech czasów

I wcale Królowa Matka nie twierdzi, że jej odpowiedź będzie... jedyną możliwą. O wielu książkach nie wspomniała przez te trzydzieści (i trochę) dni, wiele nie mieściło się w konwencji Wyzwania, wiele nie pasowało do żadnego z zadań, odpowiadając na wiele pytań musiała się Królowa Matka ograniczać, żeby jej się posty nie rozrosły do monstrualnych rozmiarów. Więc i w tym wypadku nie będzie to może książka jedna-jedyna. Tylko ta, żadna inna. 

Ale będzie to na pewno książka, której zabraknąć w tym zestawie po prostu nie mogło.

„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli.”

i już wszystko jasne, Drogi Czytelniku, prawda?

Książka, w której wszystko jest idealne -



napisała Królowa Matka i się zawiesiła.

Każdy, kto "Mistrza i Małgorzatę" czytał wie, dlaczego. Nikt, kto nie czytał - nie zrozumie. Bo jak wyjaśnić komuś, kto jej nie czytał, czystą magię. Jak wyjaśnić doskonałość. Jak choćby tylko opowiedzieć, o czym ta książka jest?

Przecież jest o wszystkim. Jest satyrą i rozprawą filozoficzną. Jest opowieścią o miłości i dramatem psychologicznym. Groteską, powieścią obyczajową, fantastyczną, kryminałem, medytacją religijną. Demaskatorską opowieścią o Rosji Radzieckiej i zastraszonym społeczeństwie. O świecie totalitarnym, pełnym absurdu, tak strasznym, że aż fantastycznym. Perfekcyjną analizą mechanizmów rodzenia się i utrwalania dyktatury. Wszystkim naraz. Wszystkim po trochu. I to "wszystko na raz" przenika się i uzupełnia, splata jak nici wątku i osnowy w bezcennym, ręcznie tkanym kilimie. Każde słowo na swoim miejscu. Każde słowo po coś.

To jest dopiero rzecz, której nie sposób zekranizować, na pewno nie dla takiej fanatyczki jak Królowa Matka! Wszystkie ekranizacje widziała - żadnej nie lubiła, najlepsze zaledwie tolerowała. Żaden Woland nie dorastał do pięt temu, który króluje w jej wyobraźni, oczyma żadnego Asasella nie spoglądał demon bezwodnej pustyni, a już o Behemocie to nawet mówić szkoda, żadna Małgorzata nie stawała się wiedźmą tak, jak powinna, a każdy Mistrz był nazbyt bezbarwny.

I tak jest dobrze. Nie należy psuć tej książki filmowaniem jej. Nie należy też psuć jej wciąganiem na listę lektur i zaoszczędzić biednemu Bułhakowowi wniosków typu "Nie rozumiem kompletnie fenomenu „Mistrza i Małgorzaty”, nie wiem dlaczego wywołuje taki zachwyt i nie mam pojęcia dlaczego nazywana jest arcydziełem literatury", "Nie polecam, chyba, że ktoś cierpli na nadmiar wolnego czasu lub tęskni za uczuciem chaosu i niezrozumienia", "Niektórym powinno się zabronić pisania książek. Zdecydowanie" i ubolewania nad tym, że "Jeszcze więcej niż nazwisk było tam scen"- co do Królowej Matki, to przez całe liceum drżała ona, że jej polonistce wpadnie do głowy wyciągnąć "Mistrza i Małgorzatę" z listy lektur nadobowiązkowych i dokonać na niej mordu, przycinając ją i ograniczając do ciasnych norm "wniosków z lektury", w jej wypadku BARDZO ciasnych i wyłącznie takich, jakie dopuszczały opracowania dla nauczycieli. A tak się z "Mistrzem i Małgorzatą" nie da. To jest książka, którą każdy za co innego kocha, co innego w niej widzi i inny wątek uważa za najważniejszy.

To jest powieść, którą należy czytać, cieszyć się nią i zastanawiać nad nią, nauczyć się dla niej rosyjskiego, a jak się zna - biegać po wszystkich księgarniach językowych w poszukiwaniu wersji oryginalnej (żeby móc sprawdzić, czy magia nie ucieknie, bo że jeszcze wzrośnie nie sposób sobie wyobrazić), tak jak to chyba dziesięć już lat temu czyniła Królowa Matka ( w tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla EMPiKu w Krakowie!).

Perła w literackiej koronie świata.

***

I tym (magicznym) akcentem kończy Królowa Matka Wyzwanie Literackie, Kochany Czytelniku, i da Ci teraz od siebie dłuższą chwilę odpocząć.

Ale przeglądając internety trafiła na coś takiego:


Ktoś jest chętny ;)?



czwartek, 3 lipca 2014

Krótko i nie tylko na temat

Zbliżamy się do końca Wyzwania i ręka do góry, kto sądził, że się Królowej Matce nie uda (tu Królowa Matka podskakuje z palcem wyciągniętym ku górze i osiołkowym "ja! ja! ja! mnie wybierz!" na ustach).

Ktokolwiek to był, miał w sumie racje, bowiem mamy dziś 3 lipca, jutro tekstu nie będzie, woli to Królowa Matka zastrzec od razu, jedzie bowiem z samego rana do Gdańska, wraca wieczorem w stanie zużycia całkowitego, jak mniema, i na pisanie nie będzie miała sily, tak więc ostatecznie skończy Wyzwanie z czterodniową obsuwą.

Więc aby osuwa nie zrobiła się większa Królowa Matka spieszy odpowiedzieć na przedostatnie pytanie Wyzwania, które brzmi:

Książka, której wszyscy nienawidzą, a ty kochasz

i to odpowiedzieć krótko i zdecydowanie - takiej książki nie ma.

Królowa Matka ma na myśli - w ogole nie ma. Taka książka, którą ktoś kocha, a reszta świata nienawidzi, po prostu nie istnieje. Oczywiście Królowa Matka zdaje sobie sprawe, że to "wszyscy" w pytaniu to jest przenośnia, od razu powinni być wzięci w nawias albo zamiast "wszyscy" powinna być "większość"; ale nawet i wtedy by nie umiała odpowiedzieć. Wystarczy spojrzeć na komentarze pod jej postem o "Nad Niemnem" - napisała o lekturze, jednej z tych mniej popularnych, i natychmiast i w sporym wyborze odezwały się osoby (z pewnością nie wszystkie), które bardzo ją lubią. To samo byłoby, gdyby Królowa Matka napisala w tym poście o "Panu Tadeuszu", "Zmierzchu" (który uważała za jedną z najbardziej koszmarnych rzeczy, jakie czytała, i dopiero przez porównanie z "50 twarzami Grey'a" znalazła w nim dobre stony - a przecież nie brak mu zagorzałych wielbicielek. Podobnie jak Grey'owi) albo "Nadziei" Katarzyny Michalak.

Książki, która nie podoba się wszystkim nie ma.

Książki, która podoba się wszystkim nie ma.

Więc i pisać o czym nie ma.

*****

A poza tym, poza tym są wakacje, Potomki Starsze wyjechane na Mazury i Królowa Matka i Pan Małżonek mogą udawać, że mają tylko dwoje dzieci.

Wieczorem siedzą w ogrodzie, tak ja co dzień, Królowa Matka układa kwadraty granny square i przypatruje się im, przechylając głowę.

Królowa Matka - Popatrz, chcę zrobić takie coś... tyle, że nie wiem, czy taki rozmiar wystarczy, czy lepszy byłby większy... jak myślisz? (ponaglająco, bo Pan Małżonek milczy) No? Jak uważasz, takie czy większe?
Pan Małżonek (ostrożnie) - Boję się, że jeśli powiem, ze większe, natychmiast będziesz chciała znowu kupić jakąś włóczkę...



Pompony biegają wokół ogrodu, Pompon Starszy goni Pompona Młodszego, Pompon Młodszy ucieka, tuląc do łona piłke futbolową i wrzeszcząc: "Jatunku, jatunku, to moje dziecko, chca mi odebjać moje dziecko!!!".

Po chwili już w najlepszej zgodzie siedzą w piaskownicy, zapomniana piłka ukrywa się gdzieś pod drzewem, a one przeszczęśliwe, bowiem znalazly sobie doskonałą zabawę - Pompon Młodszy siedzi, a nad nim stoi Pompon Starszy i powoli, z namaszczeniem, bardzo starannie sypie mu na głowę piasek. Wiaderkami.

Słowem, życie toczy się nie bacząc na to, czy i co pisze Królowa Matka na swym blogu :).


środa, 2 lipca 2014

Naj, ale naprawdę NAJ, najdziwaczniej (Ewa Barańska, "Z kim płaczą gwiazdy")

Najdziwaczniejsze zakończenie albo zwrot akcji

Do licznych obowiązków zawodowych Królowej Matki należy czytanie wielu książek, w tym i takich, po które nie sięgnęłoby się dobrowolnie chyba nawet i na wyspie bezludnej (i bezksiążkowej). No, może nie jest to obowiązek wpisany na listę wymagań zawodowych, ale Królowa Matka zawsze starała się jednak chociaż pobieżnie zapoznać z większością pojawiających się w bibliotece nowości choćby tylko po to, by wiedzieć, co i komu może z czystym sumieniem polecać, a co odradzać; skutkiem tego właśnie przeczytała mnóstwo fascynujących (z różnych powodów) pozycji oraz "Forsę" Martina Amisa.

Ostatnio natomiast zapoznała się z rzeczą bardzo, bardzo dziwną, co więcej, biblioteka otrzymała pięć dzieł tej autorki, Królowa Matka przeczytała trzy (żeby sprawdzić, czy drażniące uczucie dziwności wynika ze stylu autorki in toto, czy po prostu nie podeszła jej jedna pozycja) i wszystkie okazały się bardzo, bardzo dziwne, zaś z tych trzech jedna szczególnie nadaje się na bohaterkę dzisiejszego wyzwania.

Nie umie Królowa Matka wyjaśnić, czemu odnosiła wrażenie, że czyta coś bardzo (bardzo!) dziwnego, może dlatego, że pierwszy raz dobitnie zrozumiała, co to znaczy "drewniany język" i podejrzewała, że tylko o to chodzi. Są pisarze, którzy swoje powieści malują akwarelą, są tacy, co je tkają z jedwabiu, są i tacy, co lepią w glinie, rzeźbią z marmuru albo ciosają z kamienia. Te powieści były wyrąbane siekierą w drewnie. Język był niesamowity, naprawdę, z czymś się Królowej Matce kojarzył, wie na pewno, że gdzieś się z podobnym językiem spotykała (wczesnogimnazjalne wypracowania "Dlaczego Staś Tarkowski jest bohaterem pozytywnym, uzasadnij"? melodeklamacje na apelach z okazji Dnia Niepodległości? artykuły, o ile można tak je nazwać, w czasopismach typu "100 krzyżówek na lato", a między krzyżówkami pienkna chistoria o miłości dwuch romątycznych serc?), męczył ją niewyobrażalnie i był sztywny, nieobrobiony, tępo ciosany i kompletnie niezróżnicowany.

Ale już Królowa Matka przestaje trzymać Drogich Czytelników w niepewności i ogłasza, że:

z trzech przeczytanych przez nią książek laureatką dzisiejszego wyzwania zostaje

"Z kim płaczą gwiazdy" Ewy Barańskiej,

(i od razu Królowa Matka zastrzega, że nie zamierza pisać recenzji, tylko streszczenie, więc jakby ktoś chciał sam sprawdzić i mieć serprajz, to odradza dalszą lekturę).

Powieść jest prawdopodobnie skierowana do młodzieży, a pisze Królowa Matka "prawdopodobnie", bo jej język (powieści, nie Królowej Matki, i tak, wie Królowa Matka, czepia się jak pijany płota) nie tylko nie jest młodzieżowy, ale wręcz nazbyt... staromodny. W każdym razie siedemnastolatki, zwracającej się do paczki koleżeńskiej: "Pałaszujcie, a ja jeszcze poszukam w internecie" Królowa Matka wyobrazić obie nie jest w stanie (ba, nawet siebie nie jest, a młodzieżą przestała być ładnych parę lat temu).

Ale przejdźmyż do streszczenia.

Rzecz zaczyna się latem, są wakacje, jest on, jest ona, on na jednym brzegu jeziora, ona na drugim, ekskluzywnym i zamkniętym, przeznaczonym dla właścicieli bogatych domów pobudowanych tamże. On wyciąga z tego jedyny właściwy wniosek, że ona jest zepsutą lalą ("prezentuje elegancką i drogą stylistykę charakterystyczną dla konsumpcyjnie nastawionych ludzi bogatych", tak Błyskotliwy Czytelniku, trafnie zgadujesz, ze to cytat, i w dodatku nie zawiera żadnych obraźliwych uogólnień, no skądże), w związku z czym postanawia podpłynąć do niej znienacka i ściągnąć ją z pomostu, niech se głupia nie myśli. 

Królowa Matka spieszy poinformować, że nie mówimy o dokazującym ośmiolatku, tylko o maturzyście, który jednakże nie dopływa i nie ściąga, bo po drodze zauważa, że dziewczyna jest piękna, subtelna, delikatna i och i ach, nie jakaś tam konsumpcyjnie nastawiona w charakterystycznej stylistyce. Zamieniają kilka zdań, potem idą na dwie randki (Królowa Matka mocno streszcza), i on ją raz zaprasza do siebie, żeby poznała liczną, acz chędogą rodzinę.

Ona nie ma chędogiej rodziny, tylko tatusia, rozwiedzionego, ponownie żonatego i obrzydliwie bogatego oraz mamusię z ambicją odmładzania się i tego, żeby wszyscy ją brali za siostrę własnej córki, będącą właśnie na etapie lizania ran po zakończonym z hukiem związku. I teraz będzie próbka niepowtarzalnego stylu, córeczka o mamusi mówi w te słowa:

"Zatrudniła go w swojej firmie (a, bo mamusia, poza obsesją wiecznej młodości, ma też dobrze działającą firmę, którą prowadzi w przerwach między kolejnymi liftingami i seansami w SPA, przyp.KM) na etacie doradcy, a w rzeczywistości był figurantem od niczego. Co miesiąc brał kasę za usługi seksualno-towarzyskie i z właściwą napakowanym byczkom filozofią pozwalał sobie na coraz więcej. Im bardziej ten cham ją wykorzystywał, tym bardziej mu ulegała i usilniej zabiegała o jego względy. Mam nadzieję, że teraz, po publicznym upokorzeniu, jej ambicja weźmie górę. Boże, kiedy ona wreszcie przestanie walczyć z czasem?! Kiedy zechce dorosnąć?!",

i Królowa Matka zwróci Ci uwagę, Kochany Czytelniku, bo może nie zauważyłeś, ale to jest fragment DIALOGU. Nie posępne, wewnętrzne rozważania siedemnastolatki, snute w samotności, ale sposób, w jaki ona MÓWI do swojej równie młodej przyjaciółki. Mniej więcej to właśnie miała Królowa Matka na myśli pisząc, że nie rozumiała języka.

No, nic, dni lecą, bo akcja w książce ma tempo ekspresowe, ona wpada na pomysł, by go zaprosić nad jezioro do tego wypasionego domu letniskowego, on się zgadza, podpływa - on i jego kumpel - do przystani wynajętą żaglówką, on się nie może doczekać, skacze, trafia głową w konar i łamie kręgosłup.

Opisane to jest tak: "Wiedział, że skurczona krtań i ostre niedotlenienie gromadzą w jego krwi dwutlenek węgla, a ten pobudza jego organizm do oddychania, lecz wiedział też, ze przy pierwszym wdechu woda wniknie do płuc, spowoduje ich obrzęk, i wtedy utonie".

Otóż, jak większości Czytelników tego bloga wiadomo, Królowa Matka przeszła trzy lata temu zatorowość płucną. I, wierz lub nie, Czytelniku, ani razu nie pomyślała wtedy: "O, mój Boże, zamknięcie tętnicy płucnej spowodowało u mnie całkowite lub częściowe zatrzymanie przepływu krwi przez płuca! Wskutek czego doszło do gwałtownego wzrostu płucnego oporu naczyniowego, którego nie może przezwyciężyć prawa komora serca, w związku z czym może dojść do nagłej śmierci sercowej!!!". Nie, ona myślała: "Boże, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, dusze się, i ciągle słyszę serce w głowie, duszę się, duszę się!!!". 
Człowiek tonący rozważający własny obrzęk płuc na skutek zachłyśnięcia się wodą zdziwiłby ją bardziej niż bardzo.

Niestety, musi to Królowa Matka napisać, chociaż usiłowała unikać recenzowania - jeśli ktoś jest... nieporadny językowo, nie powinien zabierać się za pisanie książki na tak poważny temat, bo może na przykład niechcący osiągnąć efekt niezamierzonego komizmu i sprowokować reakcje czytelników dalekie od zamierzonych.

A nieporadność językowa autorki jest naprawdę... znacząca.

Pielęgniarka, usiłująca nakarmić Michała (tak ma na imię bohater powieści), pogrążonego w rozpaczy i apatii, i odmawiającego jedzenia zwraca się do niego tymi słowy:

"Pana opór jest daremny. Zostanie pan dożywiany dożylnie" - i Królowa Matka przysięga, że usiłowała nie zachichotać, ale jej nie wyszło.

Babcia Michała szlocha w kąciku podczas wizyty Weroniki (heroiny, znaczy) u jego rodziców, na co zrozpaczony tatuś Michała odzywa się:

"- Bardzo kocha Michasia. Ją ten wypadek zabije - wyjaśnił pan Czarnecki. - Ale proszę kontynuować", i tu już Królowa Matka nawet się nie starała, ale chichotała na całego.

Michał, ciągle apatyczny, zrozpaczony, z myślami samobójczymi, po wizycie Weroniki "pogrążył się w intensywnym cierpieniu, chociaż jego serce śniło piękny sen", a przedtem (albo potem) "krzyczał w niemym proteście" (???).

W każdym razie od wypadku do końca książki jest jakieś sto stron, na których okazuje się na przykład i dość nagle, że Michał i Weronika kochają się wzajemnie iście jak Orfeusz i Eurydyka, chociaż znają się ze dwa tygodnie i byli na trzech randkach, a przed wypadkiem nie definiowali stanu swoich uczuć, a poza zadziwiającymi językowo dialogami ("Ileż siły jest w tym subtelnym dziewczęciu, że nie wybuchnęła spazmatycznym szlochem!") jest te sto stron wypełnionych stereotypowymi poglądami typu "faceci nie płaczą" ("Chłopcy trzymali się lepiej, ale wiadomo, chłopcom nie wypada okazywać słabości", "Janek i Adam pochylili głowy, aby ukryć niemęski ból" - po wizycie na OIOM-ie u brata, któremu lekarze nie dawali szans na przeżycie prawie żadnych, a na to, ze odzyska sprawnośc - żadnych nie okazywali tego niemęskiego bólu,  nienienie, żadnych łez!), feministki są głupie i prymitywne, bogaci to wiadomo, już Królowa Matka cytowała, a mszy nie zamówimy "bo wątpię by Michał, jako protestant, chciał, by w jego intencji modlił się katolicki ksiądz", i tu się znów Królowa Matka odwoła do własnych przeżyć, otóż wie ona, że w jej intencji modlili się ludzie różnych wyznań i różnych obrządków, nawet w pielgrzymce szli (nie specjalnie, i tak chcieli, ale taką poczynili intencję :)), i byli też tacy, co się nie modlili, tylko trzymali kciuki albo palili "świeczkę życzeń", i za każde kciuki, pielgrzymki, modlitwy i zapalenie świeczki Królowa Matka była i jest z głębi serca wdzięczna, i każde ją wzruszało już wtedy, gdy nie wierzyła, że kiedykolwiek wstanie z łóżka, więc tekstu o protestantach w ogóle nie rozumie.

Ale mniejsza, zbliżamy się do końca, Weronika rzuca się w wir poszukiwań kliniki, która podjęłaby się operacji ukochanego (ekhm...), a potem - przygotowań koncertu charytatywnego, giełd odzieży, zbiórek pieniędzy i innych akcji, prosi o wpłatę na rzecz Michała swoich nadzianych rodziców i babcię, która odmawia, chociaż jest katoliczką, ale "słucha radia", więc Weronika musi jej powiedzieć: "Daruj sobie, babciu, tę płomienną demagogię. Odnoszę wrażenie, że twoja wiara jest miałka w treści i teatralna w dogmatach", i wszystko to wreszcie zaczyna niepokoić rodziców dziewczyny tym bardziej, że odmawia ona wyjazdu na studia do czasu, gdy Michał wyzdrowieje.

Cóż zatem czynią rodzice (ich to właśnie dotyczy cytowany na początku opis konsumpcyjnych elegantów, nawiasem mówiąc). Idą do Michała i składają mu propozycję nie do odrzucenia. Zapłacą mu, zapłacą ile chce albo sfinansują operację pod warunkiem, że on porzuci ich córkę.

Michał, który wciąż jest w głębokiej depresji (i nic dziwnego, bo minęły najwyżej ze trzy tygodnie) i ma myśli samobójcze,w odpowiedzi też im składa propozycję. Owszem, rozumie rodziców Weroniki. Owszem, sam uważa, że on nie jest dla niej, a ona dla niego. W związku z tym żadnych pieniędzy nie chce. Chce za to, by rodzice Weroniki pomogli mu umrzeć.

I tu następuje coś, po czym opadnięta szczęka Królowej Matki wpadłaby przez sufit do sąsiadów, a nie wpadła wyłącznie dlatego, że Królowa Matka sąsiadów nie posiada -

Autorka mianowicie pisze, że nie wie, jak skończyć tę historię, więc CZYTELNIK SAM MA ZDECYDOWAĆ!!!

I to jest, pojmujecie Państwo, koniec książki! 191 (słownie: sto dziewięćdziesiąt jeden) stron brnięcia przez te barokowe porównania i karkołomne przenośnie, żeby na koniec dowiedzieć się, że, niestety, końca nie będzie, autor nie wie, sam se radź, czytelniku!!! I żeby to był, sama Królowa Matka nie wie, jakiś konkurs na najlepiej napisane zakończenie z nagrodą w postaci publikacji tegoż, albo punkt wyjścia do dyskusji o eutanazji, zajrzyj na nasza stronę www. cośtam. pl, to by Królowa Matka zrozumiała, ale nie!!!

Takie jest właśnie zakończenie!

I tu Królowa Matka przerwie i pójdzie szukać szczęki, bo jej na samo wspomnienie znowu opadła...


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Dwa w jednym (Lew Tołstoj, "Anna Karenina")

Jeszcze przedwczoraj Królowa Matka myślała, że najpóźniej dziś właśnie zaczynają się jej wakacje, a tu, proszę państwa, figa z makiem, i zamiast odpisywać na tuziny zaległych komentarzy i nieco mniej zaległych maili oraz uzupełniać wpisy dotyczące Wyzwania Czytelniczego zmagała się ona wczoraj i będzie się zmagać jeszcze do czwartku z masywnymi sprawozdaniami na temat przeróżnych aktywności i działalności podejmowanych przez jej szkołę w całym zakończonym przed chwilą roku szkolnym, a trochę tego było.

Mimo to post dziś będzie, i to dwa w jednym, chociaż trochę sobie Królowa Matka pozwoli przestawić kolejność - temat "Najdziwaczniejszy zwrot akcji lub zakończenie" zostawi na osobny wpis, ponieważ zamierza omówić w nim baaaaardzo dziwaczną książkę, którą ostatnio czytała, i ma takie podskórne wrażenie, że to omówienie będzie nieco przegadane.

Natomiast odpowiedź na pytania

Książka, która sprawiła, że zmienilaś zdanie na jakiś temat

oraz

Ulubiony tytuł książki

da się załatwić dosłownie w paru zdaniach.

Królowa Matka zacznie od tego drugiego.

Zdecydowanie najulubieńszym autorem tytułów książek jest dla Królowej Matki Jonathan Carroll, którego pierwszą książkę (pierwszą dla Królowej Matki, że dokonamy koniecznego uściślenia)  kupiła ona właśnie ze względu na tytuł. Było to co prawda dawno temu, w czasach, gdy Królową Matkę jeszcze czasem było stać na kupowanie nieznanych jej książek nieznanych autorów tylko dla tytułu, teraz już sobie na to, niestety, nie może pozwolić, ale wtedy i owszem, weszła do księgarni, zobaczyła coś, co się nazywało "Kości księżyca" i doznała zachwytu. Mój Boże, kości księżyca, jakie to surrealistyczne i piękne, to prawie poezja! I nawet pamięta Królowa Matka, że przemknęło jej przez myśl, że może autor jest jakimś krewnym Lewisa Carrolla, bo jej kości księżyca niezwykle pasowały do klimatu "Alicji w Krainie Czarów".

Kolejne poznane przez nią tytuły książek Jonathana Carrolla też nosiły często surrealistyczne i piękne, poetyckie tytuły, jak na przykład "Głos naszego cienia", "Śpiąc w płomieniu", "Drewniane morze" czy "Kraina Chichów", na której - że się Królowa Matka bezwstydnie pochwali - ma autograf pisarza, który tylko jej jedynej z grona młodych (wówczas, że Królowa Matka z westchnieniem przyzna) i świeżych jak stokrotki koleżanek, z którymi czekała ona w kolejce do podpisania książki, napisał "Beautiful you". Tak więc, gdyby ktoś mial na przykład niepochlebne zdanie o Jonathanie Carrolu Królowa Matka uprzedza, że pozostanie na nie głucha, w jej oczach jest to bowiem pisarz obdarzony szczególnie wyrafinowanym gustem :).

Z tytułów współcześniejszych bardzo lubi tytuł "Szkarlatny płatek i biały", z tych samych zresztą powodów co wyłuszczone powyżej, brzmi on dla niej jak poezja.

Jeśli zaś chodzi o

 Książkę, która sprawiła, że zmieniłaś zdanie na jakiś temat

Królowa Matka wie, że może to zostać wzięte za kompletnie niepoważne podejście do tematu (bo wiele nauczyły ją książki, i o wielu rzeczach myślała inaczej po przeczytaniu czegoś niż przed, a gdyby nie czytanie nie byłaby z pewnością dziś tym człowiekiem, którym jest i zamiast o tym pisze ona o takim głupstewku!), ale pierwszą rzeczą, która jej przyszła do głowy, gdy przeczytała zadany temat była


 "Anna Karenina" 

i to, jak inaczej myślała ona o tytułowej bohaterce przed, a jak po lekturze książki.

Tak się złożyło, że o Annie Kareninie Królowa Matka wiedziała prawie wszystko chyba jeszcze zanim nauczyła sie czytać. Może Królowa Matka przesadza, ale nie bardzo. Znała cała historię, widziała co najmniej trzy ekranizacje, co prawda żadnej w całości, no ale z trzech jedną dałoby się złożyć bez najmniejszego trudu, i do lektury zasiadła w przeświadczeniu, że oto za chwilę obcować będzie z przepiękną historią wielkiej namiętnej miłości, tragicznie zakończonej skutkiem zdradliwego mężczyzny i nieszczęśliwych okoliczności.

Przeczytala zaś książkę o nieopanowanej histeryczce, której nie sposób zadowolić, o żywej ilustracji opinii, którą na temat postaci kobiecych tworzonych przez mężczyzn w literaturze XIX wieku Królowa Matka już tu wyrażała. Bohaterka doprowadzała ją do szału od mniej więcej pięćdziesiątej strony, w ogóle nie dziwiła się Wrońskiemu, że tego nie wytrzymał, dziwiła się raczej, że w ogóle chciał się w ten związek pchać, no, ale to wyjaśniała zaślepieniem charakterystycznym dla pierwszego etapu zakochania. W dodatku żal jej było biednego Wrońskiego do łez, nawet teraz oczyma duszy widzi jego wychudzona twarz, gdy biedak jedzie dać się zabić w wojnie krymskiej, i jakoś nic a nic nie zdaje się on Królowej Matce tym cynicznym uwodzicielem, którego spodziewała się ujrzeć rozpoczynając książkę. Z głoszoną (przez mężczyzn zapewne) na prawo i lewo opinią, jakoby Tołstoj znał się na duszy kobiecej Królowa Matka nie zgadza się do, że to tak ujmie, szpiku kości, niestety, panowie, ale mylicie się dramatycznie, niczego ten człowiek o kobietach nie wiedział, niczego, projektował na nie całe swoje zagubienie w temacie i obawy, do których oczywiście by się nie przyznał, co więcej, z których prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, a jednak wyłażą one z niego, całe to niezrozumienie, każące uczynić z bohaterki rozkapryszoną histeryczkę, której motywy postępowania niejasne są dla ludzi zdrowych na umyśle (a z innych omdlewające diwy albo infantylne dziewczątka - i pisząc "dziewczątka" nie wiek bohaterek ma Królowa Matka na myśli).

I ta zmiana, zmiana, która ją zaskoczyła, zmiana z "biednej Anny i podłego uwodziciela Wrońskiego" na "biednego Wrońskiego i histeryczną Annę" nauczyła Królową Matkę

by nigdy, nigdy, pod żadnym pozorem nie wyrabiać sobie zdania o żadnym bohaterze literackim (i o żadnej książce) li tylko na podstawie obejrzanych ekranizacji i wysłuchanych opinii innych ludzi.

Czego się Królowa Matka konsekwentnie trzyma :).

sobota, 28 czerwca 2014

O literackich spiting imidżach

Najpierw usprawiedliwienie - postów nie było, ponieważ Królowej Matki też nie było, to znaczy była, ale w bezinternetowym świecie w mieszkaniu własnej Mamusi, gdzie pomieszkiwała z Pomponami na chwilę potrzebną, by Pan Małżonek odstawił na Mazury Potomki Starsze, gdzie cieszyć się blaskiem ich indywidualności będzie Babunia z Dziaduniem (którym od tego blasku zapewne przybędzie siwych włosów, no, ale sami chcieli).

A teraz, z ociąganiem (bo naprawde nie wie, co na ten temat pisać) Królowa Matka spróbuje odpowiedzieć na pytanie

Postać literacka, z którą się najbardziej identyfikujesz

Teraz powinna Królowa Matka napisać, że najbardziej identyfikuje się z lady Sybil Ramkin ze względu na uczucie, jakim darzy Sama Vimesa, i zakończyć temat, ale, niestety, wrodzona uczciwość jej nie pozwala. Bowiem - choć Sybil jest jej prawie najulubieńszą żeńską postacią Świata Dysku, to od bycia prawie najulubienicą do identyfikowania się droga daleka, kręta, a czasem w ogóle nie występuje. Zwłaszcza, że lady Sybil dysponuje cechą, którą nie dysponowała ŻADNA z postaci, ostry epizod identyfikacji z którymi zaliczyła Królowa Matka, a mianowicie - naturalną i wrodzoną pewnością siebie.

Królowa Matka zaś, cóż...

W dzieciństwie i pierwszych latach młodości  identyfikowała się z jeżycjadową Natalią Borejko vel Nutrią. 

rys. M. Musierowicz

No, dobra, zębów nie miała (aż takich), i szopy loków niestety, też nie, trochę mniej piegów, poza tym wszystko. Chude kolanka i wielkie oczy, w zasadzie nie składała sie z niczego innego, dramatyczne pragnienie, by być chłopcem, mówienie o sobie per "on", skłonność do rozrywek uchodzących za chlopięce, jak na przykład łażenie po drzewach, a w środku, a gdy trochę podrosła i porzuciła mówienie o sobie w rodzaju męskim - wycofywanie się przy najmniejszym podejrzeniu już nie atatku, ale zbytniego zainteresowania ze strony nieznajomych (i całkiem dużej części znajomych), usuwanie się z pola widzenia, ciche siedzenie w kąciku. I dlatego zaczęła się ta identyfikacja Królowej Matce rozjeżdżać z wizgiem opon w okolicach "Nutrii i Nerwusa", za sprawą całkowitego nieprawdopodobieństwa psychologicznego sytuacji, w której nerwowa, wycofana i nadwrażliwa osoba o dużej intucji zakochuje się w człowieku, który na dzień dobry skuwa ją kajdankami i obrzuca obelgami.

Ale nie szkodzi, bowiem na horyzoncie majaczyla juz kolejna bohaterka Jeżycjady, spiting imidż Królowej Matki normalnie, czyli


Beata Bitner

Spiting imidż duchowy, oczywiście, bo Królowa Matka nie jest i nigdy nie była (i już nie będzie, jaka szkoda) piękna, podczas gdy Bebe B. opisywana jest jako piękność w zasadzie od pierwszej strony. Za to wewnętrznie - w punkt. Do tego stopnia, że się Królowa Matka kuliła, czytając, jakby ktoś ją podglądał. Tak jest, taka sama, zagipsowana, idealne słowo, w skorupce, żeby broń Boże nikt się nie domyślił tej wewnętrznej, żywej tkanki, bo jak się domyśli to na pewno będzie chciał dotknąć i zada ból. Niewiarygodnie prawdziwe, dosłownie jakby Małgorzata Musierowicz wzięła sobie Królową Matkę za wzór. Niestety, zrujnowało to Królowej Matce odbiór happy endu, bo wiedziała doskonale, że miesiąc wstawiania głodnych kawałków (a Dambo wstawiał WYJĄTKOWO wręcz głodne) nie wystarczy do tego, by podobną skorupę rozbić, a nawet nadtłuc. W każdym razie, jakbyś był ciekaw wnętrza Królowej Matki (parę lat temu, że tak asekuracyjnie Królowa Matka zastrzeże) to w "Brulionie Bebe B" masz jak na tacy podaną analizę przypadku.

I wreszcie Catherine Sloper. Nieładna, niezgrabna, niezręczna, przeciętnie inteligentna, w ogóle przeciętna do bólu, chorobliwie nieśmiała i z tej nieśmiałości wyjątkowo niezdarna córka szanowanego lekarza nowojorskiego (przy okazji także uparta jak osioł, jeśli tak można powiedzieć o damie, nad wyraz wytrwała i dumna), obwiniana przez ojca o śmierć przy porodzie ukochanej żony (albo po prostu o to, ze nie jest synem tylko nijaką, mało atrakcyjną dziewczyną) bohaterka


"Domu na Placu Waszyngtona" Hanry Jamesa.

Obejrzany wkrótce potem film w reżyserii Agnieszki Holland


(i tak zupełnie na marginesie właśnie Królowa Matka stwierdza, iż jej post o ulubionych ekranizacjach powinien być znacznie dłuższy) sprawił, że niemal się rozchorowała, w każdym razem gorączki z przejęcia dostała, tak bardzo, tak bardzo, ale, naprawdę , tak BARDZO ta mała, niezgrabna, plącząca się we własnych nogach dziewczynka w niej współczuła tej małej, niezgrabnej, plączącej się we własnych nogach dziewczynce (nic nie szkodzi, że potem już dorosłej) na ekranie.

A potem już nigdy Królowa Matka nie zidentyfikowała się z nikim.

I z tymi nieśmiałymi, zamkniętymi w sobie dziewczynami też (trochę ;)) przestała.

Ale jesli znasz jakąś książkę, Miły Czytelniku, ktorej bohaterka jest wycofana, nieśmiała, prawie niewidzialna (no, chyba że się właśnie kompromituje) i pelna kompleksów, podrzuć tytuł.

Królowa Matka jest prawie pewna, że się zidentyfikuje.

czwartek, 26 czerwca 2014

Lekturowo (Eliza Orzeszkowa, "Nad Niemnem")

Książka, którą powinno przeczytać więcej osób

Tak jakoś w połowie marca, po zwalczeniu u swojej licznej rodziny licznych chorób organizm Królowej Matki wreszcie się poddał. Nie oznacza to, że spoczął w łożu i kurował się licznymi medykamentami, nienienienienie, Królowa Matka codziennie zaprowadzała schorowany organizm do pracy, w której spędzali liczne godziny, nadludzkim wysiłkiem usiłując nie umrzeć na własnym, pracowym biureczku, tylko na ile się da przytomnie wykonywać zawodowe i ponadzawodowe (liczne zastępstwa!) obowiązki.

Pewnego dnia, gdy Królowa Matka zaliczyła maraton zastępstw, a do końca dni pracy zostały jej dwie godziny lekcyjne, dała wreszcie za wygraną. Usiadła przy biurku, obok niej leżała góra książek, które powinna wprowadzać do inwentarza i katalogować, ale tego nie robiła, bo wymagałoby to od niej wyciągnięcia ręki, podniesienia książki (taka książka waży!), oraz dokonania wysiłku umysłowego.

"Trudno - pomyślała, przebijając się z trudem przez watę w głowie i usiłując powstrzymać od opadania ciężkie powieki. - Będę pozorować pracę, jakoś chyba dam radę... - z nadludzkim trudem uniosła rękę i z kupy książek ściągnęła tę, która przypadkiem leżała na samym wierzchu. - Nawet jak mnie ktoś zaskoczy, nie uwierzy przecież, że dobrowolnie czytam TO!".

Gdy czterdzieści pięć minut później zadzwonił dzwonek na przerwę, Królowa Matka, nie niepokojona przez nikogo, poza rozdzierającym kaszlem i katarem lejącym się z nosa, pochłaniała właśnie setną stronę i wcale nie miała ochoty przestać.

"TO" to był drugi tom (pierwszy gdzieś pewnie leżał w tej górze woluminów, ale Królowa Matka nie miała fizycznie siły wstać i poszukać)


"Nad Niemnem"

i rozpoczynał się od - och, jak pięknego, jak barwnego, jak subtelnego, a przecież dobitnego! - opisu pani Andrzejowej Korczyńskiej i jej wewnętrznych rozterek.

Królowa Matka nie chce przez to powiedzieć, że wcześniej "Nad Niemnem" nie czytała. Czytała, i to nie raz, jest to bowiem jedna z tych lektur, które weszły do jej życia przebojem i stanowiły jedno wielkie, pozytywne zaskoczenie.

Ta konkretna wkroczyła w życie Królowej Matki za sprawą jej licealnej wychowawczyni, polonistki, która pewnego pięknego dnia, gdy Królowa Matka byla w klasie drugiej i do oficjalnego przerabiania utworu prozatorskiego pani Orzeszkowej dzielił ją cały rok, wypatrzyła sokolim swym okiem gdzieś projekcję "Nad Niemnem" w kinie. Ponieważ miała akurat (chciałaby Królowa Matka napisać"przypadkiem", niestety, niestety, tak do końca nie był to przypadek...) haka na Ukochaną Klasę Królowej Matki i liczne możliwości, by zmienić jej życie w piekło nie było tak trudno skłonić wspomnianą klasę do zbiorowego udania się do kina (w niedzielę!!!) i zapoznania się z dziełem, w zamian za co hak miał (chwilowo) zostać odwieszony i nie wisieć nad nami jak, neprawdaż, miecz Damoklesa.

Cóż było robić, wściekła do nieprzytomności Królowa Matka umówiła się z dużą grupą wściekłych do nieprzytomności koleżanek klasowych i poszłyśmy do kina by, jak mniemałyśmy, zmarnować sobie niedzielę.

Wyszłyśmy oczarowane.


Co prawda Królowa Matka, zaznajomiona z przeróżnym dziełami Elizy Orzeszkowej typu nowele oraz "Marta" nieustannie oczekiwała jakiejś katastrofy w przeświadczeniu, że wszystkie książki tej pisarki kończą się źle, i na przykład podczas wołania echa na Niemnie zastanawiała się gorączkowo: "Wywali się ta łódka czy nie wywali? Utoną, czy nie utoną?", łódka się jednak nie wywaliła, Justyna i Jan nie utonęli, a Królowa Matka z zadowoleniem odkryła, że Eliza Orzeszkowa dopuszczała najwyraźniej w swej twórczości szczęśliwe zakończenia. Film zaś pokochała od pierwszego ujrzenia, jakim cudem zapomniała o nim wspomnieć we wpisie o ulubionych ekranizacjach pojęcia nie ma, teraz nadrabia - ogląda za każdym razem, gdy go wyłapie w telewizji (na sam widok powyższego zdjęcia się Królowej Matce muzyczka filmowa załącza w głowie, wot, uzależnienie!) , i potrafi lepiej niż pani Marta Lipińska podać kwestię: "Justysiu, ty tego nie zrobisz! Nie odrzucisz tego losu, tak świetnego, i nie wyjdziesz... och... nie wyjdziesz.... za chłopa!", na co ma licznych świadków. Rodzina już się nawet z tego nie śmieje, uznając rzecz za ten rodzaj szmergla, nad którym zapuścić należy miłosierną zasłonę milczenia.

Książkę czytała Królowa Matka rok później, tak jak "Nędzników". To znaczy trzy dni. Chociaż nie dlatego, że podchodziła do lektury z podobnym uczuciem, ale dlatego, że została uziemiona w domu - czekała na jakichś majstrów? fachowców od remontów? - w każdym razie mogła się ruszyć dopiero, jak ją tata, wracając z pracy, zluzował, więc siedziała i czytała, a okoliczności przyrody były takie więcej sprzyjające, był bowiem pogodny, wiosenny i rozkwitający Wielki Tydzień, pełen slońca i zieleni. Od Wielkiej Środy do Wielkiego Piątku przed południem Królowa Matka uwinęła się z trzema tomami powieści, która została jedną z jej najulubieńszych lektur szkolnych.

I nie tylko jej - Przyjaciółka, oszołomiona, donosiła jej w liście: "Czytam "Nad Niemnem", nie uwierzysz, z jak wielką robię to przyjemnością, i jak bardzo nie mogę sie oderwać!!!".

Królowa Matka wie jednak, że i ona, i jej Przyjaciółka, i liczne szkolne koleżeństwo to mniejszość, nawet Janusz Zakrzeński, filmowy Benedykt Korczyński przyznał się był bowiem do tego, że w czasach szkolnych "Nad Niemnem" nie przeczytał, a potem nadrobił niedopatrzenie tylko dlatego, że dostał rolę. Tak, on się był nawrócił na "nadniemnyzm", ale ile osób ma szanse zostać w ten sposób sprowadzonych na dobrą drogę?

Więc - choć miala Kólowa Matka pisać dziś o zupełnie innej książce - w ostatniej chwili zmieniła zdanie, by po belfersku stwierdzić, że to właśnie "Nad Niemnem" powinno przeczytać więcej osób.

Zupełnie Królowa Matka nie pojmuje, dlaczego ta powieść budzi niechęć, a już kompletnie, kompletnie - dlaczego uchodzi za nudną. Czego się spodziewają ludzie, którzy po nią - zmuszeni okolicznościami najczęściej - sięgają? Czego można spodziewać się po powieści o losach ziemian po Powstaniu Styczniowym? Pościgów i strzelanin? Science-fiction? Licznych mordobić? Seksu poza-, obok-, przed- i w-ogóle-nie-małżeńskiego? Opisanego w detalach? Nie?
To dlaczego tak bardzo się dziwią, że dziewiętnastowieczna powieść obyczajowa obfituje w liczne opisy, powolną narrację, dziwny, niedzisiejszy język, no i, oczywiście - jest nudna?
Królowa Matka jest w stanie na pniu wymienić pięć nudniejszych lektur, i w dodatku napisanych tak, ze czytanie ich to była droga przez mękę.

I może w słowie "lektura" rzecz.
Może Królowa Matka miała akurat szczęście, że jej się "Nad Niemnem" spodobało MIMO, że było lekturą. A inni muszą je ze szkolnego czaru uwolnić.

A więc - czytajcie "Nad Niemnem", kochane dziateczki.

Czytajcie, gdy NIE MUSICIE :).

środa, 25 czerwca 2014

Kompletnie nic nie musząc

Książka, której nie przeczytałaś, choć od dawna chcesz przeczytać

I oto po wielu latach od znalezienia upodobania w czytaniu, po wielu latach od tworzenia List Snobistycznych*, i nawet trzymania się w doborze lektury tego, co na tych Listach się znajdowało, po latach nerwowego sprawdzania, co pojawiło się na listach bestsellerów i co Autorytety polecają do czytania tym, którzy pragnęliby mieć pojęcie, o czym Autorytety ze sobą rozmawiają, Królowa Matka doszła do przyjemnego stanu, który pozwala napisać jej radośnie i bez kompleksów:

Nie ma takiej książki.

Gdyby była znaczyłoby to tylko tyle, że Królowa Matka nie chce ją przeczytać, ale że uważa, że musi.

Teraz, gdy Królowa Matka chce przeczytać jakąś książkę, to ją czyta. Czekać to może co najwyżej na dostawę z ksiągarni internetowej, albo - częściej - na stosowny nastrój.

Ale żeby uznać, że musi, musi coś przeczytać, bo to jest modne/ kulturalny człowiek powinien/ wszyscy twierdzą, że wypada to znać/ wszyscy już czytali - z tego, na szczęście i hura, już wyrosła.

Tak więc nie, nie czytała "Ulissessa"** i NIE ZAMIERZA PRZECZYTAĆ. I czerpie prawdziwą radość z tego, że nie musi, i że po tych wszystkich latach zbierania doświadczeń czytelniczych może sobie czytać co chce, choćby to był "Zmierzch".


* Lista Snobistyczna Królowej Matki zainteresowała najwyraźniej jej Drogich Czytelników, którzy w komentarzach zapytywali, cóż na tel liście było, i co, zdaniem Królowej Matki, powinno się w spisie lektur prawdziwego inteligenta znaleźć.

Królowa Matka spieszy odpowiedzieć na pierwsze pytanie - podstawą jej Listy Snobistycznej był spis najwybitniejszych dzieł literatury światowej podany przez Encyklopedię Powszechną PWN. Rozpoczynał go Gilgamesz, epos z pierwszej połowy II tysiąclecia p.n.e. (nie, Królowa Matka nie czytała), a kończyła - "Historia Żyda Wiecznego Tułacza" d'Ormesson (też Królowa Matka nie czytała). Pomiędzy tymi dwoma dziełami myśli ludzkiej znajdowały się różne różności, od Biblii i Mahabharaty po "Ulissesa" i "Nieznośną lekkość bytu", nie występowały za to żadne dzieła literatury polskiej. Lista, którą dysponowała Królowa Matka urywała się na roku 1991, Królowa Matka sobie ją dowolnie i na czuja uzupełniała o książki od tego roku późniejsze (oraz literaturę polską), a rzuciwszy przed chwilą okiem w internecie na ów spis odnalazła w nim na przykład "Klub Dumas", "Harry Pottera i kamień filozoficzny" i "Przygody fryzjera damskiego", a tym samym odkryła z przyjemnością, że jest bardziej oblatana w literaturze niż sądziła (a także mniej, odkryła tam bowiem również "Zahira" Paulo Coelho oraz "Nianię w Nowym Jorku").

Natomiast co do opinii Królowej Matki, co prawdziwy inteligent powinien na takiej liście mieć, Królowa Matka odpowiedzieć musi, że nie ma pojęcia. Nie sądzi, by była prawdziwym inteligentem, mówiąc szczerze nie ma pojęcia, jakie warunki trzeba spelnić, by nim być, sama sobie wydaje się i za mało inteligentna, i za nisko kształcona, i z punktu widzenia swojego niskiego ukształcenia napisze tylko, że na liście każdego człowieka powinno być to, co chce on przeczytać, co mu polecą ludzie "znający Józefa", co go zainteresuje, gdy dorwie gdzies fragment albo zobaczy ekranizację. 

Niczego innego Królowa Matka doradzać by nie śmiała.

** "Ulissess" jest tu tylko figurą retoryczną, tytułem-symbolem, który służy jako poręczny bicz na nieprawomyślnych i nie pojmujących, że coś TRZEBA, a wręcz absolutnie się MUSI czytelników, tą chińską torturą towarzyską, która zawiera się w pytaniu zadanym ze starannie wymodulowanym zdziwieniem: "Ale jak to, ty nie czytałaś....?", oraz pobrzmiewającą w tle insynuacją, że nie możesz w związku mienić się człowiekiem kulturalnym. Zamiast "Ulissessa" może tu być wstawiony dowolny tytuł, bo Królowa Matka wie, "Łaskawe" Littella chociażby, których - uprzedzając pytania - Królowa Matka też nie czytała, albo "Miasto ślepców" Saramago, które czytała, i co z tego.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Ze łzami w oczach (Wiktor Hugo, "Nędznicy")

Książka, która sprawia, że płaczesz

Pierwszą reakcją Królowej Matki na powyższe było: "Buahahahaha! Że niby jedna, tak?".

Wyznać bowiem trzeba, Luby Czytelniku, że Królowa Matka jest osobą o nad wyraz wrażliwych kanalikach łzowych.

Płacze przy wszystkim. Wszystkie dwadzieścia dwie (i trochę) opisane powyżej książki doprowadziły ją do łez - bo nie zawsze łzy te oznaczają wzruszenie. Królowa Matka płacze też ze złości, z frustracji, z rozpaczy, z dogłębnego smutku. Z zachwytu, chociaż to raczej przy wierszach (taki "Drozd o zmroku", proszę Państwa, sam tytuł jej wystarczy!). Ze śmiechu, cała rodzina wie, że dobry dowcip to taki, przy którym Królowa Matka płacze, inaczej to się nie liczy.

Oczywiście nie zawsze są to ślozy zbliżone ilością i siłą tryskania do Fontanny di Trevi, zazwyczaj zdarza się jedna, dwie łzy, czasem zamglenie wzroku, a czasem tylko ściśnięcie w gardle, sygnalizujące, że może wypadałoby zamknąć na chwilę książkę i wziąć kilka głębokich oddechów.

Tym niemniej, łzy są u czytającej Królowej Matki, że tak to ujmie, chlebem powszednim.

Jednak gdy przeczytała temat dzisiejszy i wyśmiała się (do łez) nad optymistycznym założeniem twórcy wyzwania każącym założyć, że można na nie odpowiedzieć podając tylko jeden tytuł, właśnie o jednym tytule pomyślała.

O "liście snobistycznej" już tu Królowa Matka wspominała, zdaje się, że w notatce dotyczącej "Egipcjanina Sinuhe". Lista ta, że Królowa Matka przypomni, stanowiła sporządzony przez nią osobiście spis lektur, które według przeróżnych autorytetów i znawców człowiek kulturalny znać powinien. Królowa Matka sobie tę listę co jakiś czas aktualizowała, coś wykreśliła, coś dopisała, ale zasadniczo spokojnie i metodycznie czytała rzeczy, które na liście się znajdowały w porządku, w jakim je tam wpisała.

Wyjątek zrobiła tylko raz.

Była wtedy w II klasie liceum. Na historii omawiano właśnie dzieje II Cesarstwa i nauczycielka wspomniała o szczególnych pełnomocnictwach i szerokiej władzy, jakie w owym czasie uzyskała cesarska tajna policja.

- Mentalność ślepo posłusznego policjanta doskonale opisał Wiktor Hugo w "Nędznikach" - powiedziała nasza historyczka. " Może któreś z was czytało... ale nie - dodała zaraz lekceważąco - kto z was teraz w ogóle czyta...

Królowa Matka spokojnie poczekała na dzwonek. Po usłyszeniu go spakowała się, wyszła z klasy, udała się do szkolnej biblioteki i - za nic mając fakt, że na Liście Snobistycznej  mieli oni numerek siedemnasty - zażądała "Nędzników", całości, nie żadnego tam "na razie pierwszego tomu"!


Cztery tomy, Drogi Czytelniku, a właściwie można powiedzieć "tomiszcza". Średnio 450 stron każde.

Królowa Matka czytała je trzy dni.

Bez przerwy.

Dosłownie.

Czytała podczas jedzenia. Przebierając się do snu. Zasypiała zirytowana jakimiś idiotycznymi wymogami organizmu na parę godzin, budziła się i zaczynała natychmiast czytać. Czytała ubierając się i w drodze do szkoły, prowadzona pod rękę przez Ukochaną Przyjaciółkę. Czytała w szkole, Najdroższa Klasa już drugiego dnia załapała, że chwilowo nie powinna się do Królowej Matki z niczym zwracać, gdyż nie uzyska odzewu. Czytała na każdej lekcji pod ławką. Następnie w drodze do domu, znów prowadzona pod rękę, jak niewidoma. Zarzuciła robienie zadań domowych i czytała, i całe szczęście, że Wiktor Hugo nie popełnił czegoś w rodzaju sagi Rougon-Macquartów, bo z dwój nie wygrzebałaby się Królowa Matka po dziś dzień.

Wreszcie trzeciego dnia, a raczej, by zachować kronikarską ścisłość, trzeciej nocy, o drugiej nad ranem, Królowa Matka skończyła.

Drogi Czytelniku.

Zrzut wody na tamie we Włocławku (czy też gdziekolwiek indziej)


to zamierający w czasie trwającej właśnie pory suchej strumyczek w porównaniu z tym, co zrobiła własnymi oczami Królowa Matka.

Nigdy w życiu by nie uwierzyła, że łzy mogą płynąć takim strumieniem, gdyby ich sama nie wyprodukowała. Mokre było wszystko - poduszki, jasiek, piżama, a Królowa Matka siedziała pośrodku kałuży (dosłownie, jak w kreskówce) i doznawała spazmów. Dziw bierze, że udało jej się samodzielnie uspokoić po jakimś (raczej dłuższym) czasie, bo po ataku spazmów dojść do siebie nie jest łatwo, a Królowa Matka, osoba z natury nie poddająca się histerii, nie miała doświadczenia potrzebnego, by wiedzieć jak w takiej sytuacji postępować.

Jakoś się w końcu uspokoiła i nawet zasnęła pośrodku tego zmoczonego barłogu, a nazajutrz wstała spuchnięta jako pomidor, wyglądając na świat przez wąskie szpareczki opuchniętych ocząt i wyglądając jak zombie, ale za to promienne zombie, bowiem wiedziała, że oto ma cel w życiu, którym to celem jest:

a) zdobycie własnego egzemplarza "Nędzników" (co nie było wcale łatwe w świecie bez Allegro),

i

b) przeczytanie wszystkiego, co napisał ten autor oraz zdobycie tego "wszystkiego" na własność, oczywiście.

Oba cele zrealizowała i odtąd już mogła płakać nad swoimi własnymi "Nędznikami".

Co czyniła często, chętnie i z nie gasnącym entuzjazmem.

Ale nigdy tak, jak za pierwszym razem :).