środa, 4 czerwca 2014

... albo i do czterech (Terry Pratchett, "Straż nocna")

Ulubiona książka twojej ulubionej serii

Królowa Matka czuje się w obowiązku uprzedzić wszystkich, którzy lubią, żeby było racjonalnie, rzeczowo i na temat, że lepiej uczynią oddalając się w inne rejony internetu, tutaj bowiem będzie dziś ojejku, i iiiii!, będą piski i okrzyki, niczym u nastolatki na koncercie umiłowanego idola, oraz liczne zapowietrzenia na skutek daremnych prób wyrzucenia z siebie tych wyrazów zachwytu, które podchodzą człowiekowi do gardła, wszystkich naraz.

Jak Czytelnicy oprzedniego posta wiedzą, ulubionym cyklem Królowej Matki jest Świat Dysku. Liczy on sobie, nieprawdaż, czterdzieści tomów i wydawać by sie mogło, że wybranie jednego, ulubionego powinno stanowić problem, zwłaszcza dla osoby, która z tych czterdziestu tomów przepada za jakimiś dwudziestoma, uwielbia, powiedzmy, piętnaście, a zaledwie bardzo lubi - pozostałe pięć.

Otóż nic bardziej mylnego, nawet sekundy nie zajęło Królowej Matce podjęcie decyzji, który z tych piętnastu ukochanych tomów jest tomem naj-naj-naj-najukochańszym  i dlaczego jest to


"Straż Nocna".

Zanim Królowa Matka przejdzie do zachwycania się treścią pozachwyca się chwilkę szatą graficzną, bowiem nie tylko treść, ale również okładka Straży Nocnej jest ulubioną okładką Królowej Matki, i samo porównywanie postaci narysowanych przez Paula Kidby-ego


z oryginalnym dziełem Rembrandta "Wymarsz strzelców" (albo "Nocna straż"), które stanowiło dla tej okładki inspirację

Źródło

jest niewatpliwie dodatkową frajdą dla wielbicieli cyklu (a i może nie tylko dla nich).

Ale porzućmy zachwycanie się zewnętrzną formą, a przejdźmy do treści.

Czytelnicy zaznajomieni z poprzednimi trzema wpisami Królowej Matki dopatrzą się być może pewnej prawidłowości w fakcie, że "Straż nocna" nie zapowiadała się na jej ulubioną część cyklu o Świecie Dysku. Królowa Matka czytała ją pilnie, bo była już na etapie, gdy Pratchetta czyta się po prostu WSZYSTKO, dopuszczając, że Mistrzowi może zdarzyć się słabszy moment, no i co z tego, nieprawdaż, co to, ze słabszym momentem że niby Mistrz przestaje być Mistrzem, czy jak? No więc czytała i czytała, i strrrrraszliwie się gubiła w treści.

Niby wszystko było zrozumiałe - sir Samuel Vimes, aktualnie Diuk i Komendant Straży Miejskiej, miał dwa duże problemy. Po pierwsze– jego żona akurat rodziła, i nie wszystko szło tak, jak iść powinno, a po drugie, po mieście szalał psychopata mordujący mu z upodobaniem (i wyraźnie dla rozrywki) personel. Następnie zaś podczas pogoni za problemem numer dwa nasz bohater wpadł do magicznej biblioteki podczas magicznej burzy i odbył podróż w czasie, a nim zagubiona Królowa Matka, która wraz z Saumelem Vimesem została cofnięta do czasów, kiedy Straż była nieliczna, a sam komendant był nieopierzonym młodszym funkcjonariuszem; i która nie rozumiała połowy z tego, co mówią do Vimesa objawiający się nagle i bez zapowiedzi Mnisi Czasu.

A w dodatku Mnisi Czasu oraz Sam Vimes (oraz psychopatyczny zabójca) znaleźli się się w Ankh-Morpork w przededniu rewolucji, komendant stanął twarzą w twarz ze swoim młodszym "ja" (i w dodatku było to "ja" zapatrzone w niego jak, nie przemierzając, Królowa Matka w Pratchetta), z tym, ze psychopatycznemu zabójcy wszystko było jedno, gdzie jest, dla Mnichów Czasu podróże w czasie stanowiły, można by rzec, chleb powszedni, za to Vimes był samotny, przerażony i - świadom nadchodzących wydarzeń. Oraz uświadomiony, że Historia musi się potoczyć, jak się potoczyła, a on sam ma w tym uczestniczyć, ale nie przeszkadzać, i za dużo nie zmieniać. Co niewątpliwie łatwiej powiedzieć, niż zrobić.

Za to Królowa Matka nawet nie zauważyła, jak przestała się gubić w treści, jak przestała podejrzewać, że ten tom to jeden ze słabszych momentów Pratchetta, jak na czoło tego kłębowiska uczuć, które szalało w jej wnętrzu podczas lektury zaczęło się wybijać jedno jedyne pytanie:

Skąd? Skąd ten człowiek wie to wszystko?!

Skąd wie, jak rodzą się rewolucje, potem mające na sztandarach wszystkie te szczytne hasła, Wolność, Równość, Sprawiedliwość, wszystko obowiązkowo z dużej litery, ale najpierw, najpierw będące po prostu przypadkową zbieraniną przerażonych ludzi, wśród których rozeszła się plotka o podwyżkach cen chleba? Skąd wie jak to jest, gdy dyktatura zaczyna trzeszczeć w szwach i wystarcza drobiazg, aby wyczuli to ludzie na ulicach, a wtedy jedno mgnienie oka dzieli coraz głośniejsze i coraz odważniejsze twierdzenie, że "rządzi nami szaleniec" od postawienia barykady w centrum miasta...

Jakim cudem osoba wychowana w stabilnej demokracji, syta i bezpieczna od pierwszego dnia swojego życia tak dokładnie wie, jak wygląda życie w mieście sparaliżowanym strachem, w mieście, gdzie ludzie znikają i nikt nie pyta, gdzie są, a rzeczywistą władzę dzierżą smutni panowie "my nie nosimy legitymacji", "my nie kwitujemy odbioru więźniów", "glupcze, czy nie wiesz, ze nas się o nic nie pyta?!". I przede wszystkim:

SKĄD WIE, że najgorsi są nie chorzy dyktatorzy, nie osiłki, nie nauczone "że nikczemnością jest bicie człowieka, który już stracił przytomność", nie szare masy, które "nie wiedziały, nie pytały, zamykały przed tym swój umysł", ale mali, bezbarwni ludzie z linijkami i cyrklami? Ci, którzy człowieka zmierzą i opiszą, a potem posegregują, ci na oko nijacy i mało niebezpieczni, skąd wie, że są śmiertelnie groźni, ci całkowicie zdrowi na umyśle kolekcjonerzy wskazujących na niższe pochodzenie profili i rasowych czółek, zdolni do najstraszliwszych potworności w imię idei, którą stworzyli?

Skąd wie, jak wygląda świat, który budują?

Królowa Matka jest za młoda, by pamiętać czasy, gdy o czwartej nad ranem do uśpionych mieszkań wdzierało się kilku funkcjonariuszy (oraz parę szarych, nijakich osób w cywilu), a potem zabierało z tych mieszkań ludzi, którzy następnie znikali. Ale Królowa Matka ma w żyłach krew swoich przodków, którzy to przeżyli, genetyczną pamięć odziedziczoną po rodzicach i dziadkach, i pradziadkach, których znajomi i rodzina, bywało, też znikali. W "Szeptach" Figgesa są opisane takie poranki, gdy noc jeszcze nie zaczynała stawać się dniem, a przed domem zatrzymywał się nieoznakowany samochód i cały dom przestawał oddychać. W komunałkach siedzieli rozbudzeni ludzie i czekali, licząc piętra, pierwsze, drugie...nie, dziś nie moje pietro, a jednak moje, pierwsze drzwi, drugie, trzecie... i można spazmatycznie złapać oddech, dziś poszli dalej, dziś wzięli kogoś innego, dziś zniknie kto inny, nie ja, Królowa Matka czytała i coś w niej pamiętało, JAK mogło coś pamiętać i jak mógł to rozumieć pisarz z sytej części Europy?!

Te szepty na ulicy, rosnące w coraz glośniejszy szum, naprężona do granic możliwości ludzka cierpliwość, ten nieśmialy, nieporadny ruch oporu, ten rosnący gniew, który eksplodował...

... i mądrość Vimesa/Keela, która nie pozwoliła eksplozji roznieść miasta na strzępy. W pierwszej chwili Królowa Matka pomyślała z żalem, że niestety, tylko w książkach pojawia się taki Vimes/Keel nie pozwalajacy na bezsensowny (ubarwiony dodatkowo wzniosłymi słowy na ustach, oczywiście) rozlew krwi, a potem pomyślala, że kto wie? Może nie? Przecież byśmy tego nie zauważyli. Może takich Vimesów/Keelów pojawiło się dziesiątki, może wiele miast miało to szczęście, że młody Vetinari, szczególnie utalentowany w dziedzinie bycia dyktatorem robił w nich swoje, a elita miejskiej władzy umiejętnie odsuwała od niej zagrażające spokojowi jednostki i w stosownej chwili ogłaszała amnestię powszechną... Może Mnisi Czasu robią lepszą robotę, niż nam się wszystkim wydaje, a nasza historia opowiada tylko o tych interwencjach, które im sie nie udały?

Nic dziwnego, że nie jest to wesoła książeczka do pośmiania się podczas beztroskiej lektury, i nic dziwnego, że nie zbiera rewelacyjnych recenzji od osób, które już wczesniej zaszufladkowały Pratchetta jako "pisarza-humorystę", i tylko fajerwerków humoru od niego oczekują.

Pewnie wszystko, co napisała tu Królowa Matka jest chaotyczne, niejasne i zagmatwane. Na pewno jest nie tym, co chciala napisać. Gubi się w emocjach, gdy myśli o tej książce, która jest w jej oczach jak taniec siedmiu welonów. Myślisz, że wiesz już wszystko, a tu odsłania się kolejna warstwa. Myślisz, że zrozumiałeś, a tu pojawia się kolejna interpretacja.

Z pewnością jako wybitną książkę o rozmontowywaniu dyktatury i prawdziwym obliczu rewolucji, o tym, czym jest rzeczywiście wolność, odpowiedzialność i jaką cenę płaci się za bycie dowódcą polecałaby Królowa Matka "Straż Nocną" jako lekturę szkolną.

Gdyby.

Gdyby nie świadomość, jak niepowetowaną przyniosłoby to jej szkodę.

31 komentarzy:

  1. Czekałam ponad godzinę, co kilka minut odświeżając tę stronę... warto było.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i właśnie! W swojej głębokiej refleksji Królowa Matka dotknęła istotnej sprawy. Pratchett to zapewne humorysta, ale jakże refleksyjny. To raczej śmiech przez łzy i komizm sytuacyjny, nieprawdaż. Ale czy życie po prostu tak nie wygląda? Z boku to może i wyglądać zabawnie, ale ten co w środku nie bardzo zauważ w tym co się dziej cokolwiek zabawnego (jak Filifionka wisząca na gzymsie)...Może czasem, po fakcie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja go uważam wręcz za filozofa... bardzo brytyjskiego, Brytyjczycy potrafią jak nikt na swiecie opowiadać w zabawny sposób o sprawach powaznych, nie czyniąc ich smiesznymi.
      Jak w zyciu, tak...

      Usuń
  3. Pokrewieństwo w kwestii poglądów na Pratchetta robi się nam niepokojące:) Wbrew światu też uważam, że od tej książki Pratchett stał się pisarzem, a nie tylko humorystą, a Vimes jego najlepszą postacią (sorry, Nianiu Ogg).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że wcześniej, ale tą książką osiągnął jakies niebotyczne poziomy. A Vimes czeka jeszcze na osobny wpis :).

      Usuń
  4. No coś podobnego! W końcu dam za wygraną i kiedyś sięgnę po "Świat Dysku".
    :)
    Raz sięgnęłam - ale w ogóle mnie nie wciągnęły pierwsze kartki i pozbyłam się książki, więc nic a nic nie wiem z praktyki o tej serii.
    Ale może jest ze mną tak jak z Tobą: pierwsze 2 tomy by mnie nie zachwyciły, bo to tylko licha rozrywka...? Może. Może więc miałoby sens zacząć od ciekawszego tomu, w którym już są bardziej moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIE ZACZYNAJ od "Straży Nocnej". Jakem oszalała wielbicielka, to nie jest dobra książka na początek. Osobiście sugerowalabym cykl Wiedźmach albo o Tiffany.

      Na Wikipedii jest podany podzial na serie, gdybys chciała coś wybrać (http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awiat_Dysku). I, ekhm, serię w Rincewindzie odradzam, jako posiadającą wkurzajacego głównego bohater ;D.

      Usuń
    2. Dziękuję! No to ja - praworządna legalistka - zaczęłam od "Koloru magii". Czyli błąd Czyli zacznę od cyklu o Czarownicach z Lancre, tak?
      Ale niech se poczeka jeszcze :))))

      Usuń
  5. No lepiej bym tego nie ujęła ;) Zgadzam się we wszystkim :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdy zaczęłam czytać, gdy padło, że Pratchett, że Świat Dysku, na co zawsze powiem, tak, ukochana jest "Straż nocna", gdy nagle napisałaś, że tak, "Straż nocna", to po prostu pisnęłam z radości. Nigdy nie rozumiałam rozkochania w postaciach literackich, żaden pan Darcy, czy inny Rochester nie "zawładnął" moją duszą, zaś sir Samuel Vimes jest osobnikiem ukrywanym przed moim mężem, jako jedyne potencjalne zagrożenie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż wie i godzi sie w milczeniu, bo co mu innego pozostaje ;)...

      Usuń
  7. ach, w moim rankingu "Straż nocną" wyprzedza tylko cykl Tiffany...
    i fajnie wiedzieć, że nie jestem jedyną, którą tak uderzyło zrozumienie tematu mimo pochodzenia autora z właściwie zupełnie innego świata, podobnie mocne wrażenie wywarła na mnie chyba tylko europejskość "Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona.
    a z lżejszej beczki: uwielbiam, UWIELBIAM, jak cudowną parodią Enjorlasa, zwłaszcza musicalowego, jest Reg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. UWIELBIAM cykl o Tiffany! Wolnych Ciut-Ludzi mogłabym jeść łyżkami, chociaz posiadanie ich w okolicy (czy to jako przeciwników, czy zwolenników ;P) zapewne jest raczej kłopotliwe :D.
      Bleh, Enjorlas. Myślisz, ze Reg jest parodią? Mnie sie wydaje, że jest archetypem mlodego nawiedzonego rewolucjonisty. No i różni się od Enjorlas tym, że go lubię ;D.

      Usuń
    2. Tiffany zawdzięczam szalenie dużo, mianowicie uświadomienie sobie, że bycie spokojną, opanowaną i praktyczną to wielkie zalety, a nie dowód nudnego usposobienia.
      ja nie myślę, ja jestem pewna :D w scenie, w której siedzi na baryadzie i tuli czule flagę stanęła mi przed oczami zadymiona scena i Ężo machający flagą na szczycie barykady.

      Usuń
  8. A ja "Świat Dysku" polubiłam od razu i od początku za to, że Pratchett TO WSZYSTKO wie, a w dodatku potrafi przekazać w żartobliwej formie. Tylko, że mnie pierwsza książkę pokazała córka, stąd chyba oczywista jest miłość do Babci Wetherwax. Chciałam napisać, że jest mi najbliższa, ale się nie odważyłam...
    Sporo Starsza Siostra
    PS1: W Wikipedii są cytaty z Pratchetta, z (genialnych) polskich przekładów i z oryginałów. Na marny dzień pomaga jak rzadko. SSS

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czemu? Jak pisałam we wczorajszych komentarzach, zadziwiajace jest, jak wiele życzliwych uczuć wywoluje Babcia Weatherwax, jest naprawdę popularna. Myślę, że byłaby tym zdumiona :D.

      Usuń
    2. Myślę, że twierdziłaby stanowczo (i zgryźliwie), że nic jej to nie obchodzi. A potem - jak zwykle - zrobiłaby co trzeba - dla pojedynczej osoby, czy całego Świata Dysku - obojętne. Bez względu na to ile ją to będzie kosztowało. Bez cienia wrażliwości na pochlebstwa. Bez czułostkowości. Kategorycznie, przenikliwie i bez złudzeń.
      "To, że coś jest oczywiste, nie oznacza, że jest prawdą"
      "Nie ma szarości. Jest tylko biały, który został ubrudzony"
      A dla mnie jest miłą ostoją tradycji. Czarownice powinny wzbudzać strach i szacunek. Tylko wtedy działa głowologia - odmiana czarów ze stosowaniem placebo. Czasem działa nawet poza Światem Dysku

      Usuń
    3. Jestem raczej pewna, że udawalaby, że jej to nie obchodzi. A tak naprawdę bylaby pewna, ze to słuszne i najwłasciwsze.

      Głowologia ZAWSZE działa, owszem, także poza światem dysku, jesli tylko stosuje sie ja wlasciwie :).

      Usuń
  9. A ja zaczynam dopiero ,zachęcana i zachęcana...Tylko,że w postaci audiobooka.Wprawdzie niewiele jak do tej pory,ale już zdążyłam zauważyć i dowcip,i refleksje.Oj,ile przede mną....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo duzo bardzo dobrych rzeczy :).

      Usuń
  10. A czy znasz, Królowo, "Trudno być bogiem" Strugackich? (to apropos książek o zmianach historycznych i innych takich).
    Bromba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, tego akurat nie - dopisuję do dłuuugiej listy "must read"...

      Usuń
  11. Oooooo, jak miło po raz kolejny:-) Albowiem gdyż poniewaź - ja TEŻ!:-)))))
    Poza wszystkim - jaka to jest spójna książka, jak genialnie napisane dialogi, ile dzieje się między wierszami! Ta szkatułkowa struktura, odkrywana po kawałku. I zawsze mnie zachwyca, że kilkoma krótkimi zdaniami Pratchett potrafi stworzyć tak psychologicznie prawdopodobne postaci.
    Łączę się w zachwycie:-)))

    Btw, wiesz, że miałyśmy kiedyś z co-trenerką pomysł na stworzenie cyklu warsztatów opartych o idee zaczerpnięte z Pratchetta? Może jeszcze do tego wrócimy?:-)))

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja bym się musiała mocno zastanawiać i chyba bym wybrała "Muzykę duszy".

    OdpowiedzUsuń
  13. To ja aż skomentuję, bo oczywiście u mnie też ukochanym tomem (skądinąd ukochanego) Świata Dysku jest "Straż Nocna". I do peanów dodam też piękne wykorzystanie wszystkich popkulturowych tropów nie tylko z tematu "rewolucja", ale też "młody gliniarz i jego mentor" i "podróże w czasie".

    OdpowiedzUsuń
  14. Niezwykła książka; także dlatego, że po skończeniu trzeba zacząć od początku - nie tylko dlatego, że się chce, ale żeby wreszcie coś zrozumieć.
    Bromba

    OdpowiedzUsuń
  15. O tak uwielbiam serię o straży. Komendant to moja skryta miłość i nie potrafię zdecydować kogo kocham bardziej jego czy Vetinariego, który jest po prostu genialny. Czarownice też są wspaniałe. Ale Rincewinda wolę od Tiffany. Och Królowo Matko nikt tak pięknie jak ty nie pisze o sir Terrym. Chciałabym zapytać, czy i ty byłaś na niego zła za to, że umarł? Może to głupie mieć pretensje do kogoś, że umarł ale nie potrafię się z tym pogodzić
    rose29

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie mogę się pogodzić. Od śmierci sir Terry'ego przeczytałam jedną jego książkę. I nie mogę więcej. Rozżalenie mnie chwyta i nie puszcza. Czekam, aż minie, ale chwilowo jestem chyba ciagle w żałobie :(...

      Usuń