poniedziałek, 24 lipca 2017

Każdemu to, co lubi

Królowa Matka, Pan Małżonek i cała Banda Czworga wracają sobie przez główny deptak miasta ze spaceru, który od jakiegoś czasu przedsiębiorą wieczorami dla zdrowotności krokiem "ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą".

Wieczór jest rzeczywiście piękny, tłumy spacerowiczów wokół, nocne życie miasta wre, a elementem tego wrzenia jest klub, którego okna są ścisle zasłonięte purpurowymi, ciężkimi kotarami, do którego na pozór zamkniętych na głucho, ciężkich wrót wiedzie czerwony dywan, z obu stron ograniczony pozłacanymi słupkami połączonymi złotymi sznurami z frędzlą oraz ozdobnymi chwostami.

Pompon Młodszy (z zachwytem) - O, mamusiu! Jakie to śliczne! Chodźmy tam, możemy, mamusiu?

Królowa Matka - Nie.

Pompon Młodszy (głosem nabrzmiałym rozczarowaniem) - Dlaczego nie?!

Królowa Matka (ze stoickim spokojem) - Bo to nocny klub i sex shop.

Potomek Młodszy (w popłochu zagarniając Młodszego Braciszka, już popylającego po czerwonym dywanie) - Oj, to chyba faktycznie nie...

Cała Rodzina, wraz z nieco nabzdyczonym Pomponem Młodszym mija Manufakturę Cukierkó, przypadkowo sąsiadującą ze wspomnianym wyżej przybytkiem niemalże ściana w ścianę, na rzęsiście oświetlonej wystawie której mienią się wszystkimi kolorami tęczy (oraz jeszcze kilkoma dodatkowymi) cukierki i lizaki, w słojach, kubkach, koszyczkach, malowniczo rozrzucone luzem, ślące w nocne przestrzenie upojne wonie.



Potomek Starszy (niemal w ekstazie) - O, i to jest mój sex shop!

I tak trzymać, syneczku!



środa, 19 lipca 2017

Jak skłonić młodszego* nastolatka do zrobienia niemal wszystkiego

*starszy nastolatek, jako uodporniony, i tak będzie miał wszystko w miejscu archaicznie zwanym rzycią

Wieczorek, słońce zachodzi za ohydny bunkier, który Królowej Matce buduje tuz za płotem jakiś pozbawiony gustu milioner, skłaniając ją do coraz częstszych myśli, by porzucić Dzicz i przenieść się gdzieś, gdzie nie ma żadnych milionerów, cykady cykają, mgły się snują nad polami, a w Domu w Dziczy Potomek Starszy wystawia na próbę cierpliwość swoich rodziców, gdyż siedzi. I gra. Na komórce.

Królowa Matka (po dwóch tysiącach rzuconych w głucho milczącą przestrzeń zdań typu: "Synu, czas spać. "Jutro też jest dzień". "Proszę, udaj się w kierunku łazienki, umyj się, a potem lulu". "Synu, naprawdę chcielibyśmy się już pozbyć waszego lubego widoku". "Czy ty mnie w ogóle słyszysz?", odrobinę eskalując poziom decybeli) - Ja cię bardzo uprzejmie proszę, skończ wreszcie to granie, myć się i spadziara stąd w podskokach na górę, ale już!!!

Potomek Starszy (nieuważnie) - Mhm... Zaraz... zaraz... tylko tu dokończę taki poziom...

Królowa Matka (słodko) - Poziom, mówisz. No, dobrze. Nie chcesz po dobroci, użyjemy środków przymusu pośredniego.

Potomek Starszy (nie odrywając wzroku od komórki) - Aha?

Pan Małżonek (pouczająco) - Nasze wieloletnie doświadczenie jako rodziców i byłych nastolatków mówi mi i twojej mamusi, że są sposoby, by skłonić młodzieńca w twoim wieku do opuszczenia dowolnego pomieszczenia, i to raczej szybko.

Królowa Matka - Są bowiem rzeczy, których żaden nastolatek znieść nie jest w stanie.

Pan Małżonek (tonem niezbędnego uzupełnienia) - Dwie.

Królowa Matka - Tak jest, dwie. Pierwsza to rodzice młodzieńca, tonący w czułym objęciu i podający sobie ust korale...

Potomek Starszy (tonem niewyobrażalnie hojnego właściciela niewolników) - Podawajcie sobie na zdrowie. Mnie to w ogóle nie przeszkadza.

Królowa Matka - Toteż właśnie. W twoim wypadku musimy zastosować tę drugą rzecz.

Potomek Starszy (wali w ekranik komórki, unicestwiając całe nacje, albo, przeciwnie, wycinając im wygodną drogę przez puszcze i trzęsawiska, Królowa Matka nie wnika, i nie reagując na słowa Rodzicieli w żaden sposób, no, chyba, że uznamy, że brak reakcji to też jakaś reakcja).

Pan Małżonek (łagodnie) - Z tobą, synu, będziemy rozmawiać o seksie.

Potomek Starszy (wykazując słabe oznaki niepokoju) - O seksie? Dlaczego o seksie?

Królowa Matka (tonem niezbędnego wyjaśnienia) - Bo nie ma nic straszniejszego, niż rodzice wyjaśniający nastolatkowi tajemnice życia seksualnego, najlepiej posiłkując się licznymi przenośniami i porównaniami do kwiatków, motylków, pszczółek i kropli rosy na kwieciu. Oraz graficznymi wykresami, o, graficzne wykresy też bardzo na propsie. A już naj-naj-lepiej, jak to czynią w obecności kolegów nastolatka, ale to już trudno, jakoś sobie bez tego poradzimy...

Pan Małżonek (kontynuując wykład Małżonki) - Jesteś już, synu, w odpowiednim wieku, jeździsz na szkolne wycieczki z nocowaniem, naprawdę byśmy nie chcieli, żebyś po jakiejś kolejnej stanął nam w progu z koleżanką i informacją, że ona się do nas wprowadza, bo uczyniliście nas dziadkami...

Potomek Starszy (nerwowo) - No ale co ty, tato, ty wiesz, ile ja mam lat?! Trzynaście! Nawet nie trzynaście, dwanaście i pół mam!!!

Pan Małżonek (nie dając się zepchnąć z obranego kursu) - ... zwłaszcza, że na tych wycieczkach jakieś przytulanie na dobranoc odchodzi, jak słyszałem, jakieś gry w butelkę...

Potomek Starszy (bardziej nerwowo) - Tylko się przytulamy! Wszyscy się przytulamy! Chłopaki też, tak na pożegnanie, nic więcej!!!

Pan Małżonek (nieustępliwie) - ... a od takiej gry w butelką tylko kroczek...

Królowa Matka (wchodząc płynnie w słowo swojej Lepszej Połówce) - ... od uczynienia którego uchronić cię może jedynie niezłomny kręgosłup moralny. Ponieważ jednak wiemy ze wspomnianego wyżej doświadczenia, że jak rodzice zaczynają mówić o kręgosłupie moralnym nastolatek dostaje szklanego wzroku i tym aktywniej wpatruje się w komórkę, co najwyżej powtarzając nieobecnym tonem "Aha, aha..." powrócimy do jego kształtowania w bardziej sprzyjających okolicznościach, a teraz przekażemy ci parę informacji technicznych.

Pan Małżonek (tonem wykładowcy uniwersyteckiego) - Na przykład, synu, taka prezerwatywa.

Królowa Matka - Prezerwatywa to jest, drogi chłopcze, konieczność. I nie ma to, tamto, że niewygodna czy coś. Albo, że nakładać nie umiem, więc nie użyję. Nie umiesz, to się naucz...

Pan Małżonek - ... możesz, na przykład, poćwiczyć w domowym zaciszu na jakimś poręcznym warzywku...

Królowa Matka - Tylko czarnej nie kupuj! Czarny wyszczupla!!!**

Pan Małżonek (tonem życzliwej porady) - ... i nigdy nie kupuj rozmiaru XXL w nadziei, że wydasz się bardziej hojnie wyposażony przez naturę, bo taki sprzęt może się zsunąć i wtedy...

Potomek Starszy (w popłochu zrywając się z kanapy i rzucając komórkę na stół) - Idę! Już idę się myć, już!!! Wy nie jesteście normalni!!! ŻADNYCH HAMULCÓW nie macie!!!!!

Mwahahahaha.

ZAWSZE działa :).


** z dedykacją dla Kochanej Teściowej, która takiej właśnie porady udzieliła Panu Małżonkowi, gdy ten w nastolęcych latach pobierał nauki na przedmiocie zwanym Wychowaniem do Życia w Rodzinie.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Post zniechęcający do jedzenia owoców

Pompon Młodszy (w czasie czynienia z Mamunią zakupów żywieniowych dla dużej, głodnej rodziny) - Popatrz, mamusiu, te morelki wyglądają jak pupki!

Królowa Matka (bezbłędnie wyławiając w wypowiedzi Dzieciątka to, co najistotniejsze; machinalnie) - To są brzoskwinie, synku...

Pompon Młodszy (poprawiając się posłusznie) - Brzoskwinki. Te brzoskwinki, mamusiu, wyglądają jak pupki.

Królowa Matka (wrzucając do koszyka sklepowego bułki, chleb oraz pieczywo tostowe, nieco nieuważnie) - Mhm, rzeczywiście, trochę tak wyglądają...

Pompon Młodszy (kontynuuje w natchnieniu) - ... takie tu mają pęknięcia przez środeczek, a po obu stronach pęknięcia takie połóweczki...

Królowa Matka - Istotnie.

Pompon Młodszy (kończąc z satysfakcją) - Jeszcze tylko brakuje takiego zawijaska pośrodku, i by wyglądało, jakby robiły kupkę.

Kto jak kto, ale Królowa Matka nie spożyje żadnej brzoskwinki przez czas jakiś...

wtorek, 27 czerwca 2017

Potomek Starszy służy wiedzą

Matka Królowej Matki (w zadumie wpatrzona w swoją krzyżówkę, w przerwie między gryzieniem końcówki ołówka a wpisywaniem haseł, rzuca w przestrzeń) - Pies myśliwski... pies myśliwski jak półwysep w Ameryce Północnej...

Potomek Starszy (zdecydowanie i rzeczowo) - Takiego wielkiego psa nie ma.

Ha! Szach mat, Układacze Krzyżówek!!!

środa, 21 czerwca 2017

Nothing But the (Sad) Truth

Sielskie popołudnie.

Dziatwa beztrosko igra swymi komórkami i spinnerami, a takoż puszcza bańki, przerywając swe igrce jedynie dla wykrzyknięcia: "Mamoooo, a oooon ukłuł mnie/ nie daje mi grać/ nie daje mi grać w to, co chcę/ mnie bije/ mnie łaskocze/ powiedział, że jestem mały/ powiedział, że mam się wypchać/ powiedział "czytam bestiariusz", i co to znaczy/ obiecał się pobawić w...., a teraz mówi, że nie/ mówi, że go nudzę (niepotrzebne skreślić)....!" i to zaledwie raz na minutę.

Pan Małżonek, przeżywający w pracy pełnie napięcia chwile tkwi w posępnym milczeniu przed komputerem i strzela z łuku do nerwowo biegających po ekranie postaci, odcięty od lubych dźwięków przy pomocy słuchawek, które gwarantują, że nie przejdzie on do strzelania w realu (a łuk w Domu w Dziczy się jak najbardziej znajduje, ma 18 kilogramów naciągu i niesie, że ho, ho).

Królowa Matka dzierga, jednym okiem rzucając na odcinek "Frasiera", który właśnie uległ był przerwaniu, zaś na ekranie pojawiły się reklamy, te, nieprawdaż, dźwignie handlu.

"Każdego dnia odczuwasz wdzięczność za swoich najbliższych - zapewnia w TV pani aksamitnym, macierzyńskim głosem - i każdego dnia chcesz ich kropnąć...".

Królowa Matka zastyga z szydełkiem w dłoniach. W jej mózgu przekonanie, że całkiem sporo rzeczy dałoby się sprzedać (przynajmniej jej) za pomocą tego chwytliwego hasła walczy z wrażeniem, że żadnej z nich nie reklamowano by w  porze najwyższej oglądalności. Nauczona doświadczeniem spokojnie oczekuje na powtórkę reklamy, tym razem planując wysłuchać jej z napiętą uwagą.

Niestety, z jakiegoś powodu (a nawet z czterech powodów) uwaga jej zostaje rozproszona i w chwili, gdy pani zaczyna przemawiać aksamitnym głosem do uszu Królowej Matki dochodzi niezmiennie: "Każdego dnia odczuwasz wdzięczność za swoich najbliższych, i każdego dnia chcesz ich kropnąć".

Hm.

Szydełko idzie na bok, drzwi balkonowe zostają zamknięte, odcinając Królową Matkę od czterech źródeł natężonego dźwięku dobiegających z ogródka przynajmniej na chwilę, Królowa Matka przykleja się do telewizora i już w czasie kolejnej przerwy na reklamy jej cierpliwość zostaje nagrodzona.

"Każdego dnia odczuwasz wdzięczność za swoich najbliższych - szemrze pani - i każdego dnia chcesz ich chronić".

Królowa Matka nie wie, czy określenie "freudowska pomyłka" dotyczy też przesłyszeń, ale i tak pozdrawia Zygmunta Freuda machaniem, gdziekolwiek ten się teraz znajduje.


niedziela, 28 maja 2017

Post Ostatecznie i Nieodwołalnie Kompromitujący

Królowa Matka, Pan Małżonek oraz część ich Progenitury udali się byli do Cywilizacji, by odetchnąć atmosferą Wielkiego Świata, jakże inną od atmosfery siermiężnych pól i lasów, którymi oddychają na co dzień, wypić kawę i zjeść lody.

Pan Małżonek zamówił kawę, Królowa Matka zagarnęła Potomki i ustawiła się w kolejce do stoiska jednej z wiodących cukierni w kraju, której nazwy tu nie poda, bo nie jest winą cukierni, że ma takich klientów. Stała, stała i nic nie myślała, stara się bowiem oddawać niemyśleniu w każdej chwili całym po prostu sercem, a wzrok jej błądził po tych wszystkich tartletkach z owocami, fikuśnych tortach zdobnych w fale kremu i cukrowe kwiecie, babeczkach z kajmakiem i rogalikach z różą oraz inszych inszościach, aż wzrok jej zatrzymał się.

Na białych, cukrowych penisikach, osadzonych na podstawie z błękitnych stokroci.

Królowa Matka w zasadzie nadal nic nie myślała, penisiki jak penisiki, bywało się w różnych, mrocznych częściach internetu, na przykład w tych, w których potencjalnej klienteli wieczorów panieńskich przedstawia się torty, ciasteczka i inne smakołyki zdobne w ornamenty z cukrowych męskich przyrodzeń dowolnych fasonów, rozmiarów i kolorów, najwyraźniej umysł Królowej Matki nie wyparł tych wizyt tak dokładnie, jak jej się wydawało. Teraz wzrok jej utkwiony był w penisikach z doskonałą obojętnością, zaś w umyśle ospale formowała się niemrawa myśl, że trochę to dziwne, a nawet odważne, tak umieszczać w wystawowej gablocie męskie części bądź co bądź intymne, dokładnie na wysokości oczu dziatwy wieszającej się na rodzicach w oczekiwaniu na lody i ciastka z czekoladą.

Kolejka przesunęła sie o krok.

Królowa Matka też sie przesunęła.

O krok bliżej do penisików.

Które z bliska okazały się nie być penisikami.

Tylko figurkami chłopczyków w albach, z pobożnie złaczonymi rączętami, przeznaczonymi na pierwszokomunijne torty. Co by wyjaśniało ich umajenie błekitnymi stokrociami.

Stanu umysłu Królowej Matki natomiast nic wyjaśnić nie jest w stanie. No, poza chronicznym niewyspaniem, zmęczeniem, poczuciem beznadziei, ciężką chorobą, kłopotami rodzinnymi, reformą szkolnictwa, posiadaniem najstarszego dziecka w wieku nastoletnim, a najmłodszego- z permanentnym buntem dwu-, trzy-, cztero- (i tak dalej) - latka, i jeszcze innymi czymsiami, co to jak Królowa Matka wymyśli to dopisze.

Tego się Królowa Matka będzie trzymać.

Li i jedynie.

środa, 17 maja 2017

Do zrujnowania rodzimego przemysłu krok pierwszy

Królowa Matka jest dziś (i jutro, i pojutrze, i popojutrze) nie Królową Matką od Bandy Czworga, tylko Królową Matką od Bandy Trojga, jako, że Potomek Starszy okazał się już Bardzo Starszy, wziął się i pojechał na wycieczkę.

Nie jakąś tam byle jaką, dla malutkich dzieci, jedno- albo i półdniową.

Na poważną wycieczkę dla klas szóstych, które będą nocować (bo przecież nie spać, spanie jest dla mięczaków) poza domem, używać życia i szastać forsą oraz pić Colę w ilościach w Domu w Dziczy zakazanych.

Czy w związku z tym wiekopomnym wydarzeniem matczyne oko zasnuło się łzą?

Czy wezbrały w macierzyńskim łonie wspomnienia o maleńkim chłopczyku, który obejmując ją chudziutkimi ramionkami zapewniał, że jej nigdy nie opuści, zawsze przy niej będzie, bo bycie z nią jest najfajniejszą z fajnych rzeczy na świecie?

Czy Rodzice, tłumiąc wzruszenie, odprowadzili Potomka Starszego na szkolny dziedziniec, a potem, jadąc do swych zakładów pracy nie ukrywali już przepełniającego ich po brzegi wzruszenia?

Czy nie mogli się skupić na swej pracy, sprawdzając co dwie minuty telefon, by nie przeoczyć SMS-a od Ukochanego Syna (którego zresztą ten wysłał dopiero po oberwaniu przez łeb od Wychowawczyni, która przypomniała Pacholęciu, że musi skontaktować się z domem ze względu na swoją chorą babcię, której nie wolno się denerwować, a która do denerwowania się jest więcej niż skłonna)?

Nie.

Nic podobnego się nie zdarzyło.

Nie oznacza to jednak, że Potomek Starszy pojechał w Siną Dal pozbawiony moralnego wsparcia i nie otulony niby kokonem dobrymi radami, których bogaci doświadczeniem Rodziciele nie szczędzili, rzucając go - maleńkiego i bezbronnego - w ten dziki i bezlitosny świat..

Rano otóż, na chwilę przed wyjściem z domu, gdy plecak był już spakowany, kanapki zrobione, portfel z oszczędnościami ukryty w bezpiecznym miejscu, zaś Potomek po raz tysiącpińćsetny upewnił się, ze zapakował ładowarkę od telefonu, Królowa Matka, stojąc w kuchni, odezwała się w te słowa:

- Synu (tu obrzuciła swego Pierworodnego spojrzeniem pełnym macierzyńskiej czułości), wiedz, że jeśli wrócisz do domu z zameczkiem z muszelek, podpisanym "Pamiątka z Gdyni", to cię zabijemy.

- Jeżeli - płynnie włączył się do dialogu Pan Małżonek - przywieziesz ze sobą foczkę zrobioną z morskich kamyczków, to cię zabijemy.

- Jeżeli - kontynuowała Królowa Matka z łagodnością, którą wszyscy tak w niej cenią - kupisz miniaturkę latarni morskiej made in China z napisem "We love Trójmiasto", to cię zabijemy. Jeśli przywieziesz kulę, w której po potrząśnięciu będzie wirował morski piasek, zabijemy cię. Jeśli wrócisz tu z modelem żaglówki udekorowanej okruszkami bursztynu, to cię zabijemy. Jeśli ujrzę w twych rękach kubek wart 2,50, nabyty za 20 zł i umajony podpisem "Gdynia forever", to cię zabijemy.

- Jeżeli nabędziesz za ostatni - a nawet przedostatni - grosz - dodał Pan Małżonek - muszlę z ręcznym napisem "Gdynia 2017" to cię zabijemy. Jeśli przywieziesz toporny magnes na lodówkę z Neptunem, to cię zabijemy. Jeżeli...

- To co wolno mi przywieźć?! - zakrzyknął z rozpaczą Potomek Starszy, do tej chwili w milczeniu wodzący wzrokiem od jednego Rodzica do drugiego.

- Nic - uświadomiła mu Królowa Matka (czule, rzecz jasna, lecz stanowczo). - Jesteśmy w Gdyni co najmniej raz w roku, najczęściej dwa. Nie ma potrzeby, byś sobie stamtąd przywoził cokolwiek akurat teraz.

- Pocztówkę - rzekł niemal w tej samej chwili Pan Małżonek - Pocztówkę możesz sobie przywieźć. Ozdobioną nadmorskim piaseczkiem.

- W Oceanarium są takie magnetyczne kule... - podjął desperacką próbę Potomek Starszy.

- Żadnej kuli - ucięli Rodzice z tą godną podziwu zgodnością, która jest przywilejem starych, dobrych i wypróbowanych w licznych burzach małżeństw, a o którą apelują psycholodzy w każdym artykule na temat zalecanej w kontaktach z Potomstwem jednomyślności.

- Lizaki wszystkim kupię - rzekł Potomek Starszy tonem zrezygnowanym i pojechał.

Jeśli pojawi się jeszcze na łamach tego bloga oznaczać to będzie, że wrócił bez kuli.

sobota, 29 kwietnia 2017

O wyższości Melchiora i Baltazara

Dwa dni temu Królowa Matka odebrała telefon. W pracy akurat była, ale przypadkiem trwała właśnie przerwa, Królowa Matka (też przypadkiem) nie miała dyżuru i była dyspozycyjna.

- Czy rozmawiam z mamą Kacpra? - spytał grzecznie damski głos w słuchawce, a Królowa Matka potwierdziła, że i owszem, w króciutkim ułamku sekundy zastanawiając się, co takiego wymalował Potomek Młodszy w szkole (do myśli, że może zleciał skądś na ten głupi łeb, albo sobie coś złamał nie zdążyła dojść, co oczywiście daje pewne pojęcie o głębi jej macierzyńskich uczuć, a mianowicie, że ta głębia jest więcej niż dyskusyjna).

- Proszę pani - powiedział głos uprzejmie, ale wyrobione ucho Królowej Matki wyczuło ukryte profesjonalnie pod tą uprzejmością furię i takie rzeczy, których się nie werbalizuje z obawy przed pozwem o zniesławienie. - Termin opłaty za wycieczkę minął dwa tygodnie temu, a wyjeżdżamy na początku maja!

- O - zdziwiła się Królowa Matka. - Wydawało mi się, że wszystko już zapłaciłam...

- Nie, proszę pani - powiedział głos tonem, który nieomylnie zasugerował Królowej Matce, że zbliżamy się do momentu silnie krytycznego. - Kacper nie zapłacił jeszcze za wycieczkę...

- Może coś przeoczyłam - zgodziła się grzecznie Królowa Matka, która istotnie płaciła na ostatniej wywiadówce takie ilości kasy na przeróżne cele (rada rodziców, druga część ćwiczeń do polskiego, ta nieobowiązkowa, wyjazd do teatru, dobrowolna składka ustalona na początku września, wycieczka, chociaż wyglądało na to, że tego akurat nie), że to i owo mogło jej umknąć, - chociaż byłam pewna, że zapłaciłam już miesiąc temu. A, przepraszam, ile?

- Informacja o tym była na dzienniku elektronicznym! - w głosie rozmówczyni Królowa Matka wyczuła powoli acz nieuchronnie dojrzewające postanowienie, by porzucić wszelkie uprzejmości.

- Do dziennika zaglądamy regularnie - powiedziała Królowa Matka łagodnym tonem, bo robi w tym biznesie od lat i nie nowina jej kontakty z rodzicami ukochanych kurczątek "ach-no-co-pani-powie-oczywiscie-że-on-jedzie-jak-to-termin-wycieczki-minął-dlaczego-nikt-mnie-nie-informował-że-to-już-maj!!!", o tym, co się czuje w czasie podobnych kontaktów nie wspominając - ale najwyraźniej przegapiliśmy notatkę. Bardzo przepraszam. Bardzo. Oczywiście, do jutra wszystko zapłacimy. Tylko, przepraszam, ile?

- Dwadzieścia pięć złotych - warknęła słuchawka i się rozłączyła w trakcie kolejnych przeprosin Królowej Matki i ryczącego dzwonka na lekcje w tle.

No, nic. Królowa Matka wróciła do domu, w rozmowie z Panem Małżonkiem wyraziła zdziwienie w temacie zalegania z opłatami, wysuplała z własnych, skąpych zasobów dwadzieścia pięć zeta i wręczyła je Potomkowi Młodszemu z poleceniem, by natychmiast rano, jeszcze przed lekcjami, dostarczył je pani, gnąc się w ukłonach i z przeprosinami na ustach. Może przy tym zwalać odpowiedzialność na beztroskich rodziców, czemu nie.

Nazajutrz było nazajutrz, Królowa Matka udała się do pracy, po czym w trakcie lekcji z klasą V B jej telefon rozdzwonił się, a na jego ekranie wyświetlił się nieznajomy numer.

Królowa Matka z zasady nie odbiera nieznajomych numerów, czyni wyjątki wyłącznie rano w pracy, powodowana licznymi wizjami jej Potomków doznających w szkołach i przedszkolach urazów/wypadków/złamań/gorączki 40-stopniowej i wysypki na całym ciele /i innych takich, lub też wizją swej własnej Matki popadającej w omdlenie gdzieś na środku ulicy. V B jest klasą inteligentną i współpracującą, a w dodatku ma nauczyciela wspomagającego, więc Królowa Matka zdecydowała się zlamać szkolny regulamin, wymknęła się na korytarz i odebrała.

- Dzień dobry - powiedział kobiecy głos po drugiej stronie tego czegoś, po czym leci sygnał - tu mówi (nazwisko, które padło, nic Królowej Matce nie powiedziało). Czy rozmawiam z panią (i tu kolejne nazwisko).

- Nie - powiedziała zgodnie z prawdą Królowa Matka, której podane miano nie powiedziało kompletnie nic, co jest pewną sztuką zważywszy, że pracuje w szkole i z przeróżnymi nazwiskami w dużych stężeniach styka się od lat.

- Niemożliwe - nie zgodził się głos - mamy ten telefon jako kontakt do pani...

- Nie - powtórzyła Królowa Matka z łagodnym uporem - to znaczy, możliwe, że państwo mają, ale ja nie jestem pani X. To pomyłka.

- Jak to pomyłka? - spytał bezradnie głos. - Przecież ja wczoraj z panią rozmawiałam!

- Nie - powiedziała po raz trzeci Królowa Matka, której jeszcze nic nie zaczęło świtać.

- Ależ tak! - uparł się głos, w którym zaczynały pobrzmiewać nutki histerii. - Wczoraj rozmawiałyśmy w sprawie wycieczki! Pytałam, czy to pani, i pani powiedziała, że tak!

- Chwileczkę... chwileczkę... - powiedziała Królowa Matka, której świtać wreszcie zaczęło. - Wczoraj rozmawiałam w sprawie wycieczki. Ale wczoraj spytała pani, czy jestem mama Kacpra...

- Tak... - powiedział głos po chwili milczenia. - Tak... rzeczywiście... spytałam, czy rozmawiam z mamą Kacpra...

-... a ja, widzi pani - kontynuowała Królowa Matka - mam syna Kacpra.

- Ma pani syna Kacpra... - powtórzył głos słabiutko.

- Tak, i widzi pani - kontynuowała Królowa Matka radośnie - on jedzie na wycieczkę klasowa w maju.

Głos nic nie powiedział, gdyż jego właścicielkę najwyraźniej zatkało.

- I pewnie nie będzie to dla pani pociechą - ciągnęła Królowa Matka wpadłszy w ciąg, - ale on się dziś pojawił w swojej szkole z pieniędzmi...

- A nasz Kacper - zwierzył się Królowej Matce głos - przyszedł bez pieniędzy i spóźniony czterdzieści pięć minut...

- Bardzo mi przykro - wyraziła szczere współczucie Królowa Matka - ale obawiam się, że nic na to nie będę mogła poradzić.

- Nie, pewnie, że nie - powiedział głos. - Przepraszam panią najmocniej, co za nieporozumienie! Mieliśmy ten kontakt podany przez mamę Kacpra jako jej telefon...

- Pewnie się pomyliła - rzekła Królowa Matka, usiłując mieć więcej wiary w dobrą wolę nieznanej mamy niż podpowiadał jej to zdrowy rozsądek oraz wrodzony sceptycyzm. - Tym niemniej, niech panie wykreślą ten numer z rejestrów, bo on jest z cała pewnością i od wielu lat mój. I życzę powodzenia!

Tak więc, Kochani Czytelnicy. Melchior. Baltazar. Ludwik, jeśli pragniemy pozostać w klimatach królewskich. Albert, jeśli chcemy pozostac w klimatach mędrców.

NIE Kacper.

piątek, 31 marca 2017

Oto jest Kasia, czyli Pinokio w spódniczce

Drodzy Państwo, Świat nie chciał, by ta notka powstała.

Bardzo nie chciał.

Trzy razy robiła Królowa Matka podejście. Czytała książkę, robiła notatki, kładła je w logicznym, uporządkowanym i łatwym do zapamiętania miejscu, po czym je gubiła. Znów czytała, znów notowała, znów gubiła. Rezygnowała z pisania, zapominała o nim, przypadkiem znajdowała swoje zapiski. Ucieszona, odkładała je w miejsce, o którym na pewno będzie pamiętać, po czym nie miała pojęcia, gdzie one są, na pewno w jakiejś książce (tjaaaa, w Domu w Dziczy to jest wskazówka na wagę złota), w jakiejś, którą miała w ręku w ciągu ostatnich miesięcy... zaczynała szukać, a dalej było i tak dalej, i tym podobnie.

Wreszcie dziś znalazła swoje (pierwsze) notatki czystym przypadkiem, postanowiła przeciwstawić się niechętnemu Światu i oto jest.

Oto ona.


Oto jest Kasia.

Kasię Królowa Matka poznała w wieku wyżej wymienionej, czyli mając jakieś osiem lat i od pierwszego przeczytania uznała ją za okropne dziewuszysko, albowiem Kasia miała to wszystko, o czym Królowa Matka w wielu lat ośmiu marzyła, a mianowicie starszego brata, siostrzyczkę-dzidziusia i dziadka. W jakość dziadka Królowa Matka wtedy nie wnikała, chciała jakiegoś mieć i już, na starszego brata liczyć raczej nie mogła, dostarczenia maleńkiej siostrzyczki rodzice Królowej Matki odmawiali z niezrozumiałą gwałtownością, tak więc Królowa Matka - do głębi rozgoryczona - czytała Kasię średnio raz w miesiącu, zazdroszcząc jej coraz bardziej, po czym stopniowo przerzuciła się na inne lektury, a o Kasi zapomniała na czas raczej długi. Pozostało jej tylko mgliste wspomnienie opowieści o niemiłej dziewczynce, która jest wstrętna dla rodziców i niedobra dla małej siostry.

Lata mijała, Królowa Matka rosła sobie i nawet czasami dorastała, została szacowną małżonką i mamusią, jej dzieciątka też rosły, mniej lub bardziej chlubnie kończyły przedszkola i pierwsze klasy szkoły stopnia podstawowego, i nadeszła chwila, gdy każde ze Starszych miało odbyć własne spotkanie z Kasią. W związku z czym Królowa Matka sięgnęła po książkę i przeczytała ją, z oczętami ogromniejącymi z każdym zdaniem. Gdy skończyła pomyślała z uczuciem o obu Wychowawczyniach, które darowały jej Potomkom omawianie całości i skupiły się na krótkim fragmencie (tym, w którym Kasia bawi się z koleżankami w tonący okręt), a jakimi słowami rzucała w szeroko rozumianą przestrzeń podczas lektury to Szanowne Czytelnictwo by nie uwierzyło, albowiem nie są to słowa, które przystoją Królowym, a już zwłaszcza Matkom.

A zatem, oto jest Kasia.

Kasia jest niedobrą dziewczynką, co poznajemy już na pierwszej stronie po tym, że nie chce się uśmiechnąć na powitanie. No bo jakże to, dziewczynki uśmiechają się na zawołanie, każdy to wie przecież. A Kasia się nie uśmiecha, patrzy naburmuszona i się nie odzywa.

Pomijając jednakże kwestię uśmiechania się na życzenie rzec należy, że Kasia jest rzeczywiście rozbisurmaniona, zupełnie jako to Królowa Matka z dzieciństwa zapamiętała, tyle, że teraz jakby jej się optyka odmieniła i już się ani Kasi nie dziwi, ani nie gorszy, ani jej nie potępia.

O fakcie, że dzieci są ludźmi zdarza się zapominać całkiem sporej części społeczeństwa. Część ta wyraża zgorszenie, że dzieci krzyczą, płaczą i wyrażają emocje w sposób często społecznie nieakceptowalny, że się nie umieją skupić, że przeszkadzają, że się nudzą, że włażą, gdzie nie trzeba oraz że nie są bezdźwięczne, bezwonne i poukrywane w piwnicach do osiągnięcia pełnoletności. Ta sama część społeczeństwa pozostaje jednocześnie zadziwiająco ślepa na fakt, że żadne dziecko na świecie nie rodzi się gotowe i wyposażone w wiedzę pozwalającą na bezkonfliktowe poruszanie się w aktualnie będących w obiegu społecznych normach (o tym, że dziecko nie równa się mały dorosły, zarówno emocjonalnie jak i psychicznie to już w ogóle nie ma co mówić), i że trzeba je tego właściwego rozpoznawania i stosowania się do norm nauczyć. I nie dziecka winą jest, jeśli tych norm nie zna.

Kasia nauczona jest być pępkiem świata. Jest tak bardzo pępkiem świata, że Królowa Matka odkryła podczas swojej ponownej "dorosłej" lektury, że kompletnie zapomniała o istnieniu tego starszego brata, którego niegdyś tak Kasi zazdrościła. I w sumie nic dziwnego, że zapomniała, bo Jurek traktowany jest jak dorosły  do tego stopnia, że dopiero po jakimś czasie Królowa Matka uświadomiła sobie, że Jurek to piątoklasista, czyli chłopiec młodszy niż jej najstarsze dziecko.

Kasia ma w domu pozycję małej władczyni i zapewnia Królowa Matka z pozycji swojego wieloletniego macierzyńskiego doświadczenia, że sama jej nie zajęła. Ktoś jej na to pozwolił, i patrząc, jak dziewczynka manipuluje tatusiem podczas kolacji, której zjeść nie chce, jak ustawia tatusia w opozycji wobec mamusi, jak tatuś GODZI SIĘ na coś, czego mamusia zabroniła w jego obecności minutę wcześniej ma Królowa Matka pewną koncepcję, kto. Kasia jest królewną tatusia, jest wzorową uczennicą i ma piątki na świadectwie od góry do dołu, bez oporów produkuje się przed zachwyconą rodziną deklamując wierszyki i śpiewając piosneczki, więc zaspakaja tatusiową próżność. Jest córeczką, którą można się chwalić, więc poza tym może robić, co jej się podoba. Może, na przykład, szarpać za rękaw gościa rozmawiającego z jej rodzicami, albo kopnąć w drzwi, za którymi trwa jakaś rozmowa domowników (po przeczytaniu powyższego Królowa Matka zamknęła na chwile książkę i spróbowała sobie wyobrazić, co by się stało w Domu w Dziczy, gdyby którykolwiek z Potomków podczas rozmowy rodziców za zamkniętymi drzwiami kopał w te drzwi i walił w nie pięściami, po czym uznawszy, że nic, albowiem ŻADNEMU z jej dzieci, nigdy, w żadnej sytuacji nie przyszłoby do głowy podobnie się zachować, spokojnie wróciła do lektury), może też - i przy tym opadnięta szczęka Królowej Matki przebiła jądro Ziemi - wydeklamować wierszyk, przedrzeźniając przy tym "tę głupią, sepleniącą Wisię" i uzyskać aplauz ukochanej rodziny.

Noż k.... cholera jasna.

Minutę po jej występie rozkochany tatuś zaczyna wychwalać Kasię, że wzorowa, że piątki, że pilna, że ją w szkole chwalą, a litanię tę przerywa mamusia, "pedagogicznie" napominając małżonka, aby "nie przechwalił dziecka".

Noż cholerajasna psiakrew.

Gdy Potomek Starszy był w wieku Kasi użył na określenie nielubianego szkolnego kolegi słowa "down". Królowej Matce w oczach pociemniało, po chwili odetchnęła, pomyślała, że może tak od razu nie zabije tego durnego gówniarza, dowodu jej pedagogicznej klęski, po czym wzięła się w garść i spytała syneczka, co to znaczy. A, nic. Koledzy tak mówią, jak ktoś głupi jest. Aha. Królowa Matka tak spokojnie, jak tylko mogła, wyjaśniła swojemu dziecku, co to jest zespół Downa. Zdjęcia były w robocie, owszem, i wykład o chromosomach. A nade wszystko informacja, że osoby z zespołem Downa nie są głupie. Nie są też gorsze od niego. Nie jest ani jego zasługą, ani ich winą, że on chory nie jest, a oni tak. Że on uczył się wiązać sznurowadła, pisać i czytać szybko, łatwo i przyjemnie, a oni nie. Że dla nich to ciężka praca, za którą i im, i ich rodzicom należy się wielki szacunek. Że używając słowa "down" jako obelgi okazuje brak tego szacunku i obraża tych ludzi, a także rani ich rodziców. I że osobom, którym jest trudniej należy się pomoc, a nie wyśmiewanie.

Ani Potomek Starszy, ani Młodszy nigdy więcej tak nie powiedzieli. Potomek Starszy do dziś wspomina: "Pamiętam, jak mi o tym mówiłaś".

Potomek Starszy, mówiąc tak pierwszy raz, nie był zły. Nie wiedział.

Kasia, wyśmiewając słabszych od siebie, nie był zła. Nie wiedziała. I się nie dowiedziała. Bowiem fakt, że pięć minut wcześniej jej dziecko przedrzeźniało jąkającą się koleżankę, nazywało ją głupią, zaśmiewając się głośno i ku radości bijącej brawo rodziny - nie zaniepokoił jej mamusi tak bardzo jak fakt, że tatuś pochwalił Kasię za jej piątki.

Noż k...., k..... oraz k..... mać.

Poza wszystkim Kasia ma chyba dość władczy, mocny charakter i zadatki na bycie naturalnym przywódcą, bo w klasie (w której nie ma wspierających ją we wszystkim rozkochanego tatusia z dziaduniem) też ma wszystkich ustawionych, jak chce, nagina panujące w klasie zasady bez konsekwencji i dzieci jej słuchają niemal bardziej niż nauczycielki. Co oczywiście w autorskim komentarzu pokazane jest jako złe i fe, i położymy temu zaraz kres, mwahahaha, no bo kto to widział. Zaraz damy wam pokaz łamania kręgosłupa, patrzcie i podziwiajcie.

No to patrzymy. I podziwiamy.

Oto pewnego dnia Kasia się budzi w domu, gdzie wszystko jest nie tak.

Mamy nie ma, tata i Jurek, wyraźnie czymś zdenerwowani, szepczą po kątach, Kasia jeszcze nie wie, że oto jej świat się skończył, a Królowa Matka zaczyna podziwiać rewelacyjnie (i najwyraźniej niechcący) napisaną postać dziecka zmagającego się z silnym, przewracającym wszystko do góry nogami wstrząsem.

Po kilku dniach szeptania po kątach w nerwowej atmosferze następuje wyraźne rozluźnienie, Kasi, której nadal nikt do sekretu nie dopuszcza, mówi się, że mama wróci, trzeba się na to przygotować (o tych przygotowaniach to specjalny akapit będzie, gdyż warte są tego), a co najważniejsze, przywiezie Kasi niespodziankę.

Kasia (przez wszystkie dni nieobecności mamy snująca rozważania, jak bardzo woli mamę, ale jej tego nie da do zrozumienia, żeby ją ukarać, no bo kto to widział, tak wyjeżdżać bez słowa, obiadu nie zostawić, śniadania, tatuś jest zły, bo krzyczy na Kasię, ale to wina mamy, bo nie krzyczałby, gdyby nie wyjeżdżała, no ale nic to, jednak jej wybaczy, tylko mama będzie musiała przysiąc, że już nigdy, nigdy Kasi nie zostawi) nadyma się radością jak balonik i nie myśli o niczym innym, tylko o mamie, co wróci, i o tej niespodziance. Na pewno jakiejś pięknej, może to będzie książka, może sukienka, może garnki dla lalek malowane w kwiatki, Kasia zaprosi koleżanki, zrobi przyjęcie, ach, jak będzie pięknie...

"Zygmunt, niech Kasia umyje ręce zanim tu przyjdzie!" - to są pierwsze słowa, które słyszy z ust mamy po dziesięciu dniach jej nieobecności i od razu wie, że coś bardzo nie gra, chociaż jeszcze nie ma pojęcia, jak bardzo.

Niespodzianka jest piszczącym tobołkiem z niemowlęciem w środku, kompletnie z punktu widzenia Kasi nieużytecznym. "Co się robi z taka siostrzyczką?" pyta zasadnie i oczywiście nie uzyskuje odpowiedzi. Siostrzyczka leży, oczu otworzyć nie chce, nie jest taka ładna jak lalki, włosów nie ma, Kasia ma być dla niej dobra, bo jest starszą siostrą, chociaż całe swoje życie była młodsza, na propozycję, by mama oddała małą tam, skąd ją wzięła, bo po co jej ona mama - która do tej pory Kasi nawet nie dotknęła - przytula siostrzyczkę do siebie, wszystko to w ciągu pięciu minut po dziesięciodniowej nieobecności mamy w domu -  i naprawdę trudno się dziewczynce dziwić, że wolałaby garnuszki dla lalek. W takiej sytuacji Królowa Matka nie wyklucza, że też by wolała.

W tym miejscu musi Królowa Matka poczynić uwagę, że coś bardzo pani autorce nie wyszło, bo jakim cudem dziecko wyjątkowo podobno bystre i dysponujące dowodem na tę bystrość w postaci zestawu piątek na świadectwach nie domyśliło się charakteru tej szumnie zapowiadanej niespodzianki nie umie Królowa Matka zgadnąć. Królowa Matka sprawdziła w Wikipedii, że ludzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku rozmnażali się tak samo jak dziś, a z ich rozmnażaniem wiążą się trudne do przeoczenia szczegóły, jak rosnący brzuch przyszłej matki, jej większa ociężałość, trudności w poruszaniu się oraz rzesze cioć i sąsiadek dopytujących się o termin rozwiązania oraz o to, czy starsza córeczka wolałaby siostrzyczkę czy braciszka. I nawet jeśli Królowa Matka jest w stanie uwierzyć, że Kasia nie zauważyła albo nie skojarzyła z niczym ani brzucha, ani zmiany w zachowaniu i wyglądzie mamy to w brak sąsiadek, cioć i towarzysko usposobionych starszych pań na ulicy i w środkach komunikacji miejskiej nie uwierzy nigdy w życiu.

Uderza wszakże, jak bardzo, jak kompletnie rodzice nie przygotowują Kasi do zmian, które mają nastąpić. Łubudu, bum, mamy dzidziusia, a ty masz się cieszyć, bo tak. Podobna informacja podana nawet pięć miesięcy wcześniej miałaby prawo wstrząsnąć Kasią i wcale jej nie ucieszyć, walnięcie jej jak obuchem między oczy i postawienie przed faktami bardzo dokonanymi w najmniejszym stopniu nie spełnia definicji bycia uroczą niespodzianką. A to dopiero początek pedagogicznych popisów rodziców Kasi, murowanych kandydatów do tytułu Rodziców Roku Albo I Stulecia.

Rodzice Stulecia zaczynają - co z punktu widzenia osób dorosłych i doświadczonych macierzyńsko jest zrozumiałe, ale Kasia ani dorosła, ani doświadczona, macierzyńsko i nie, nie jest -  nie mieć czasu, kończą się wyjścia do kina, mama już nie szyje Kasi nowych sukienek, bo przecież trzeba Agnieszce uszyć nowe kaftaniki, Kasia ma odrabiać lekcje i być cicho, bo Agnieszka akurat śpi, a przecież potrzebuje dużo snu. Tatuś wychodzi do miasta po mleko dla małej, obiecuje kupić Kasi książkę, wraca z mlekiem, za którym ganiał od apteki do apteki przez pół dzielni, za to bez książki, bo nie zdążył zajść do księgarni, i nawet jeśli Królowa Matka racjonalnie rozumie, że mleko dla noworodka jest ważniejsze niż książka dla ośmiolatki, to rozegrane to było haniebnie, należało Kasię nazajutrz, choćby się waliło i paliło, zabrać do księgarni i kupić obiecaną książkę i jeszcze jedną na przeprosiny, które się jej należały jak psu micha. Goście, ci sami goście, którzy chichotali nad Kasinymi wierszykami i cmokali nad zeszytami, przychodzą tylko do małej. Ukochany dziadzio mówiąc: "Powinszować córy!" nie ma już na myśli Kasi i jej piątek, tylko Agnieszkę, a do Kasi zapomina nawet zajrzeć.

Kasia reaguje na tę otchłań, która otworzyła jej się pod stopami, po prostu podręcznikowo. Najpierw stawia bierny opór. Nie ubiera się, twierdzi, ze nie potrafi, odmawia pomocy, a nawet nie odmawia, tylko "nie umie" i "nie wie gdzie coś jest", jakby podświadomie chciała być tak bezradna, jak ten piszczący tobołek, nad którym wszyscy pochylają się z taką uwagą. Robi na złość i na początku przeraża ją złośliwa przyjemność, którą wtedy czuje, rany, jakie to prawdziwe (komentarzu odautorski, idź się czochrać). Zaczyna kłamać w szkole, że tatuś kupi jej książki, a mama szyje sukienki, bo przecież nie sposób przyznać się, że rodzice mają cię w głębokiej obojętności, gdyż siostrzyczka. Zaczyna łapać dwóje, na początku umyślnie, z precyzyjną myślą w tyle głowy, że może chociaż to rodzice zauważą.

Rodzice zauważają, a jakże. Biernego oporu nie zauważyli, cichej rozpaczy nie zauważyli, końca świata nie zauważyli, ale dwóje by przeoczyli, też coś. Zauważywszy, porzucają wyrażane dotąd  na głos w Kasinej obecności opinie, że "chociaż z nauką dobrze, bo reszta, to...", a zaczynają się użalać, że "już i tak robi się nieznośna, a teraz jeszcze dwója", ale na szczęście "chociaż z Agnieszki jest pociecha" (!!!) i pozostają głusi na wygłoszone otwartym tekstem "Agnieszka jest dobra, Agnieszka jest dobra, a ja właśnie nie".

Zadziwiające, jak bardzo w tej książce dorośli ślepi są na wspomniany przez Królową Matkę na początku tej logorei fakt, że dzieci nie są miniaturowymi dorosłymi, że - cierpiąc i walcząc o coś - używają sposobów i środków stosownych dla ośmiolatki, nie werbalizują dojrzale swych potrzeb i wewnętrznego wzburzenia, nie analizują, nie wgłębiają się, nie racjonalizują (i nie mają żadnego obowiązku cieszyć się z tego, z czego zdaniem dorosłych cieszyć się powinny), tylko reagują jak miniaturowy berserk, rzucaniem się w gniewie do walki i kaleczeniem siebie i innych, nie do końca świadome, co je właściwie boli. Nie, w tej książce dorośli są pewni swojej nieskazitelności, żadnego nie zastanawia - o braniu za to jakiejkolwiek odpowiedzialności nie wspominając - to, że wzorowa uczennica i popularna koleżanka zaczyna się gwałtownie opuszczać w nauce, przychodzi nieprzygotowana do lekcji, zostaje odrzucona przez klasę. To jest jej wina, jej, Kasi, tej niegrzecznej dziewczynki, którą trzeba przykładnie ukarać, żeby zrozumiała, jak bardzo jest niegrzeczna, i Królowa Matka czekała jeszcze tylko na tekst "i jak bardzo martwi swoja biedną matkę".

No więc karzemy Kasię w ten sposób, że każemy jej zostać pewnego chłodnego, jesiennego wieczora z Agnieszką w domu. Kasia postanawia ignorować siostrę, jakby jej w ogóle nie było, siostra ignorować się nie daje, bo płacze rozpaczliwie, gdy w końcu Kasia wpada rozjuszona do pokoju małej okazuje się, że dziecko jest wyziębione, bo wiatr otworzył na oścież okno, i podduszone, bo ułożone na brzuszku wcisnęło buzie w poduszkę i nie umiało się samo odwrócić. Kasia wpada w panikę, odwraca małą, otula ją kocykiem, zamyka okno i do powrotu mamy bawi siostrę, i jest to taka ładna okazja, by dać Kasi szansę na prawdziwe polubienie Agnieszki, żeby mogła zauważyć, że mała siostra jest zabawna i całkiem miła, a potem, że można się w nią w szkole pochwalić i to nawet bardziej niż garnuszkami dla lalek. Szans zmarnowana, bo Kasi trzeba przecież dowalić, i to tak na poważnie, więc Agnieszka musi ciężko zachorować, a Kasia musi się tak bać, tak strasznie bać, i nie może polubić Agnieszki, bo dojrzała, zrozumiała i się zmieniła, nie może starać się być lepszą koleżanką, bo dorosła, nie może poprawiać słabych ocen, bo uczciwie pracowała, przemyślała swoje postępowanie i doszła samodzielnie do jakichś wniosków, nie, ona musi wiedzieć, że to jej wina, jej, bo była niedobra, niegrzeczna, ale teraz już nie jest, teraz już została wytresowana i ślicznie się naprawiła, dobra dziewczynka, cacy, już wie, co robić i jak się zachowywać, żeby ją mamusia i tatuś kochali. I dowiaduje się - a z nią wszystkie czytające tę lekturę dzieci - że dla rodziców liczy się tylko najmłodsze dziecko, a jeśli masz tego pecha, że najmłodsze nie jesteś to pamiętaj, że musisz mieć dobre oceny, bo bez dobrych ocen nie jesteś dla swoich rodziców (a nawet w ogóle dla wszystkich, dla kolegów, koleżanek, nauczycieli i dziadunia) niczym więcej tylko utrapieniem, które muszą bohatersko znosić.

Noż fak.

Co za szczęście, że synowie Królowej Matki nie przerabiali w szkole utworu, który dobitnie wykłada, że dziecko nie jest człowiekiem, tylko rodzajem zwierzątka do wytresowania, i że ma prawo do swoich własnych uczuć, emocji i sposobów na ich okazywanie wyłącznie w takim zakresie, w jakim to odpowiada otaczającym je dorosłym.

Nie jest to jednakże jedyna rzecz, która Królową Matką wstrząsnęła - tej drugiej, takie przynajmniej Królowa Matka żywi podskórne przekonanie, jej synowie po prostu by nie zrozumieli.

Otóż powróćmy do początku naszej opowieści.

Kasia się budzi. Dzień jest jakiś inny. Kasia nie wie, czemu jest inny, ale po jakimś czasie orientuje się, że to dlatego, że nie ma w domu mamy. Nieobecność mamy jest rzeczą dotkliwą, gdyż "kto nam zrobi teraz śniadanie, przecież nie Kasia". Królowa Matka, której dwóch starszych Potomków robiło sobie kolacje samodzielnie od siódmego roku życia zdławiła pytanie, czemu właściwie nie Kasia, ale no dobra, niech będzie, że nie, tylko czemu ona się przejmuje, w domu jest przecież druga dorosła osoba.

Druga dorosła osoba, czyli tatuś jednakże najwyraźniej po raz pierwszy w życiu widzi własną kuchnię. "Jurek - mówi bezradnie - nie wiesz, w którym garnku mama gotuje mleko?". Jurek nie wie, tatuś nie wie, nikt nic nie wie, tatuś jakimś cudem znajduje garnek i natychmiast trafia na kolejny problem porównywalny z przeprowadzeniem zimnej fuzji. "Jurek - wyciąga swojego jedenastoletniego syna z łazienki - a nie wiesz, gdzie mama trzyma jajka? MÓWIŁA MI, ALE ZAPOMNIAŁEM".

Gdzie mama trzyma, k...wa, jajka, wybaczą Państwo Królowej jej frencz.

Kobieta jedzie nocą na porodówkę i musi instruować biednego misiaczka, gdzie w jego własnym domu, w którym bynajmniej nie przebywa on wyłącznie w charakterze gościa na święta Bożego Narodzenia, są jajka (a potem majeńki dziubdziulek to i tak zapomina)!

No, nie tam, gdzie my wiemy, a pan byś chciał mieć, panie ładny, tam tych jajek nie ma na pewno, ani jednego.

W czasie, gdy pan (buahahaha) domu zmaga się z problemem braku jajek i braku patelni do ich usmażenia ("Ale to chyba można usmażyć w garnku?") mleko się bierze i kipi, wskutek czego głowa rodziny doznaje spektakularnego załamania psychicznego ("wziąłem pewnie za płytki garnek!"), i musi go pocieszać nieletni syn, który ponadto bierze na siebie przyrządzenie śniadanie w postaci krzywo pokrojonego chleba z masłem.

Nawet jeśli Królowa Matka miała nieśmiałą nadzieję, że ten śniadaniowy bajzel wywołany został całkiem przecież zrozumiałym stresem, nadzieja ta rozwiała się na kolejnych stronach, obfitujących w opisy obiadu w postaci gara kaszy ugotowanego "na zapas" i "trochę tylko przypalonego na dnie" oraz grubej warstwy kurzu, w którym Kasia wypisuje hasła "Mama wraca", a zupełnie ją pokonał fragment: "Nagle tatuś złapał się za głowę patrząc w kąt kuchni, gdzie na podłodze stały rzędem brudne garnki, patelnia, kilka szklanek i kubki".

RANY KOGUTA.

Królowa Matka czytała ten kawałek kilka razy, za każdym razem próbując jakoś go objąć rozumem. Nawet późniejszy opis pastowania podłogi metodą: "Obłóżmy podłogę pastą i zobaczymy, co będzie dalej" oraz rozważań "nie wiedziałem nigdy, że to tak ciężko" nie pokonał Królowej Matki tak, jak wizja pana domu, jego jedenastoletniego syna i ośmioletniej córki, wszystkich pełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, ze zdrowymi rękami, którzy we własnym domu USTAWIAJĄ NA PODŁODZE RZĄDKIEM BRUDNE, UŻYTE NACZYNIA I WYCIĄGAJĄ NOWE. Nie, bez względu na to, jak często czytać będzie Królowa Matka powyższy fragment i tak część jej umysłu odmawia zrozumienia.

Próbowała sobie również wyobrazić swoje dzieci, synów ojca gotującego obiady, sprzątającego dom i robiącego pranie, swoje dzieci, przygotowujące sobie posiłki i zmywające po sobie naczynia, jak czytają ten kawałek i wyszło jej, że by go nie zauważyły, bo ich mózg nie jest gotowy na przyjmowanie podobnych treści.

Przez większość książki Królowa Matka łudziła się nadzieją, że może mama Kasi nie pracuje zawodowo, jest gospodynią domową, a tatuś zaiwania na pięciu etatach, co by wyjaśniało - nie całkiem, ale troszeczkę - jego nieogarnięcie w temacie obowiązków domowych, ale nie, w końcu zażywna pani, która przychodzi wyciągnąć mamę Kasi na zebranie, wskutek czego Kasia zostaje z Agnieszką sama w ów brzemienny w skutki wieczór, nie wyciąga mamy przecież na spotkanie klubu książki. Wygląda więc na to, że mama Kasi po powrocie do domu z pracy pastowała podłogi, oporządzała dom, piekła, szyła, gotowała, odkurzała, sprzątała i prała, a tatuś Kasi po powrocie z pracy do domu odpoczywał po dniu pracy, nie kalając swej stopy wejściem do kuchni choćby tylko po to, by wynieść po sobie talerzyk.

Budzi w Królowej Matce prawdziwą grozę świadomość, że w XXI wieku w szkole podstawowej dzieci stykać się mogą - że tyle, dosłownie tyle (tu Królowa Matka pokazuje, jak bardzo tyle) brakowało, by z podobną wizją świata spotkać się mogły jej własne Potomki -  z opisaną jako wzorową (pomijając przejściowe, tak ślicznie i ku wszechobecnemu zachwytowi rozwiązane problemy ze średnim dzieckiem) rodziną, w której pan domu nie wie, gdzie stoi garnek do mleka, a dziecko na widok nie umytych naczyń mówi beztrosko: "Mama wróci, to pomyje".

A właściwie wszystko, wszystko w tej powieści budzi grozę w Królowej Matce i jedyne, co napawa ją otuchą to wiara, że jest coraz więcej nauczycieli, którzy zaznajamianie dzieci z "Oto jest Kasia" ograniczą do omówienia sceny zabawy w tonący statek.

środa, 1 marca 2017

Naturalia non sunt... albo jednak nie

Potomek Starszy (który jest już BARDZO Starszy i za chwilę w ogóle nie będzie o nic Królowej Matki pytał, bo wszystko będzie wiedział sam z siebie, i to w dodatku lepiej; po chwili obserwowania Własnych Rodziców obdarzających się czułemi pocałunkami - a co ważniejsze, i co należy podkreślić, nie robiąc przy tym "Błeee" i nie wywracając oczami) - Mamo, czy to jest przyjemna rzecz, całowanie się?

Królowa Matka - A, mój synu, bywa, że tak, bywa, że wręcz przeciwnie.

Potomek Starszy (ze zrozumiałym w jego wrażliwym wieku zainteresowaniem) - Jak to, wręcz przeciwnie?

Królowa Matka - No, jak to "jak to"? Wyobraź sobie kogoś, kogo nie znosisz, albo po prostu tylko nie lubisz. Albo kogoś, kto cię w ogóle nie pociąga, jest ci całkowicie obojętny. I wyobraź sobie, że  taki ktoś pcha się do ciebie z dziobem, jeszcze może siłą w dodatku, byłoby ci miło?

Potomek Starszy - Nie, pewnie, że nie...

Królowa Matka (wyczuwając wytrenowanym macierzyńskim nosem okazję, by rzucić nieco pedagogicznego ziarna na krnąbrny i oporny na wiedzę inną niż zdobywanie kolejnych poziomów w Minecrafcie potomkowy umysł) - Że nie wspomnę, że niektórzy ludzie są po prostu nieestetyczni. Nie myją się, są brudni, mają tłuste włosy...

Pan Małżonek (wyczuwając intencję Małżonki; pomocnie) - ... mają nieświeży oddech...

Potomek Młodszy (do tej chwili przysłuchujący się tej wymianie zdań w milczeniu, rzeczowo) - No, jeśli chodzi o mycie zębów, to, mamusiu, większość moich kolegów z klasy nigdy nie będzie mieć dziewczyny.

Słowem, jak mówił (albo powinien był rzec) Poeta:

"Myjcie się, chłopczyny,
bo nie znacie dnia ani godziny"!

sobota, 4 lutego 2017

Pompon Starszy filozofuje, pyta oraz dorasta

Pompon Starszy (obejrzawszy reklamę, w której pani wspomina czasy, gdy była małym dzieckiem) - Ta pani... była duża, a teraz jest małym chłopcem...
Królowa Matka (sprostowuje) - Małą dziewczynką. (melancholijnie) Tak to już jest, że duże panie całkiem często sobie przypominają, jak były małymi dziewczynkami...
Pompon Starszy (tonem konwersacyjnym) - Na przykład ja. Ja sobie bardzo często przypominam, jak byłem mały.
Królowa Matka - O. Czy rzeczywiście, mój synu.
Pompon Starszy - No, mama, pewnie, że tak. Wszystko pamiętam, od jak byłem w twoim brzuchu!
Królowa Matka (niezdrowo zainteresowana) - A jak wykopnąłeś swojego braciszka mamusi pod samo gardło, tak, że się poprzecznie ułożył i zamiast was rodzić musiałam czekać, aż się znów ułożycie jak trzeba też pamiętasz?
Pompon Starszy (po chwili dojrzałego namysłu) - A, tego to akurat nie.

No jakże by inaczej.

***
Pompon Starszy - Mamo, jak długo pszczółki robią miód?
Królowa Matka - Długo. To ciężka praca. Całe lato pracują, by napełnić ul.
Pompon Starszy - O. A zimą?
Królowa Matka - Zimą nie, zimą śpią.
Pompon Starszy (dociekliwie) - Dlaczego?
Królowa Matka (łagodnie) - Bo zimą nie miałyby z czego go robić?...
Pompon Starszy (reflektuje się) - A, no, tak. A po drugie, czy byk to ssak?

Królowa Matka ma dziwne wrażenie, że zgubiła jakieś "po pierwsze"...

***
Pompon Starszy - Mamo, czy ja w dzieciństwie ładnie rysowałem?

I to rzewne wspominanie dzieciństwa nie jest wcale od rzeczy, gdyż luty Pompon Starszy powitał BEZ ZĘBA. Cała rodzina zaś powitała ów miesiąc o świcie, zmuszona do utulania Pompona Starszego, którego wrażliwość objawia się w nieoczekiwanych i dziwnych okolicznościach, a który utratę zęba powitał spazmami i zawodzeniem: "Ja się wstydzę, ja sięęę wstyyydzęęę!!!", co skłoniło mamusię i tatusia do tulenia swojego malutkiego synusia, a starszych braciszków do guglania pogodnych obrazków przedstawiających Wróżkę Zębuszkę oraz robione na szydełku uśmięchnięte ząbki we wszystkich kolorach tęczy. To zaś sprowokowało Pompona Starszego do jeszcze intensywniejszych spazmów, gdyż - jak wyznał on wśród łez - boi się Wróżki Zębuszki i nie życzy sobie jej wizyty. Co z kolei zaowocowało wyniesieniem utraconego ząbka do sypialni rodziców i ukrycia go w szufladce mini-komódki, w której Wróżka Zębuszka (niewątpliwie nieco zbita z tropu) jednak go znalazła i uiściła opłatę nie powodując dyskomfortu Pompona Starszego.

Powiada Królowa Matka Państwu Szanownemu, macierzyństwo to jest bieg z przeszkodami po trasie szybkiego ruchu w godzinach szczytu. Oraz pod prąd.

Póki jednak można w Domu w Dziczy nad ranem znaleźć podobne strzałki


i wskazówki


oraz wieje w nim poezją


jakoś to będzie.

niedziela, 29 stycznia 2017

Pompon Młodszy podejmuje postanowienia na przyszłość

Pompon Młodszy (przerywając przeglądanie wszystkich tomów Pana Kuleczki; z zadumą) - a więc, po pierwsze trzeba pamiętać o tym, żeby nie zakochiwać się w warzywach... (?!?!!! - dop. Królowa Matka). A po drugie, byś tatą to baaaardzo trudna praca... (zawiesza się na chwilę, po czym radośnie)... więc nie zamierzam być tatą. Zamierzam być taki, jaki jestem teraz!

O, ludu miast i wsi, jest się czego bać, tak wam Królowa Matka powiada jak na spowiedzi!

***
 A ponadto

gdyby ktoś nie zauważył, czego Królowa Matka nie wyklucza, to od pierwszego stycznia można zaglądać do Domu w Dziczy na Instagramie.

Królowa Matka w Instagram nie umie i założyła tam sobie konto trochę dla zabawy, a już jak zobaczyła te wypasione fotki robione profesjonalnie, te wykreowane i wycacane wnętrza, te zawsze idealnie doświetlone obrazki, ten instagramowy przemysł, którego się nie spodziewała, jest bowiem stara i naiwna to po pierwsze ostatecznie się przekonała, że nie umie, a po drugie, też ostatecznie sobie wyjaśniła, dlaczego nigdy w życiu nie zostanie wpływową blogerką, o byciu wpływową insta... cośtam nie wspominając (gwoli wyjaśnienia - nie zostanie właśnie przez tę naiwność, by nie rzec - głupotę, która każe jej zakładać, że bloga się pisze, by go czytano, konto na Facebooku ma dla interakcji z ludźmi, a zdjęcia na Instagram wrzuca się, by podzielić się uchwyconą chwilą z obserwatorami).

Ale po trzecie - ku jej zdziwieniu bardzo jej się to spodobało. Instagram okazał się fotograficznym pamiętnikiem, który sobie zawsze chciała założyć, ale zapominała, albo nie miała energii, albo pomysłu, albo narzędzi, albo wszystkiego naraz. Takim zapisem tych wszystkich rzeczy, które umykają nawet w świecie komórek robiących zdjęcia wszystkim, wszystkiemu i na okrągło, tych udanych obiadków i herbaty, kupionej przez syna w prezencie, nowo kupionej włóczki, książek, ciasteczek przyniesionych przez męża do łóżka z filiżanką kakao, śnieżycy, szadzi, tych kotów i psów które akurat zrobiły śmieszną minę. Jak Królowa Matka spojrzała na swój pierwszy instagramowy miesiąc, styczeń 2017 wyświetlił jej się przed oczami dzięki okruchom, które się zazwyczaj zapomina.

Więc jeśli ktoś chce pouczestniczyć w świecie Królowej Matki i pobuszować wśród zebranych przez nią okruszków niech się czuje zaproszony :).

niedziela, 8 stycznia 2017

Post z trudnym słowem

Pan Małżonek (czytając coś na ekranie komputera obiera orzeszki ziemne z łupinek, po czym pakuje je - orzeszki, nie łupinki - garściami do paszczy).

Pompon Młodszy (po dłuższej - jak na jego standardy, rzecz jasna - chwili wodzenia wzrokiem po linii orzeszek-paszcza tatusia, orzeszek-paszcza tatusia) - Tato, a ja mogę tjochę?

Pan Małżonek (nieuważnie) - Aleeeż oczywiiiiście, że tak!

Pompon Młodszy (po chwili przetrawiania informacji; ostrożnie) - Czy to był sajkajzm?

Słowem, witamy w Nowym Roku, Kochani Czytelnicy, sami widzicie, że u nas wszystko jak zwykle i pozostaje nam wszystkim życzyć, - sobie samym, i sobie nawzajem -  by jak zwykle pozostało :).