niedziela, 10 grudnia 2017

Opowieść wigilijna

Z serii "ESD (albo i lepiej)".

Wczoraj Królowa Matka robiła zakupy w towarzystwie Pompona Starszego, który zazwyczaj rwie się do pomagania całym sercem, w związku z czym jest go wszędzie pełno i trzeba mieć oczy dookoła głowy. W dodatku dobroczynności jej się zachciało, w sklepie była zbiórka na święta dla ubogich, dokupiła trochę różności, Pompon Starszy nosił je w upojeniu do wystawionych koszy i odbierał uśmiechy oraz podziękowania, Królowa Matka jedną ręką pakowała własne zakupy, drugą podawała Pomponowi rzeczy, które miał odnosić, trzecią płaciła, czwartą ogarniała toboły, w efekcie czego zostawiła na sklepowym stoliku do pakowania portfel.

Z kupą forsy w środku.

Odkryła rzecz trzy godziny później, w domu, przetrząsnęła posiadłość i okolice, na próżno, żmudnie odtworzyła własne postępowanie krok po kroku, wyszło jej, ze mogła ten portfel zostawić w sklepie, albo zgubić na ulicy w dwóch co najmniej miejscach.

Pan Małżonek, powróciwszy z siłowni około 22 zastał Królową Matkę zaryczaną i spuchniętą jak pomidor na sterydach z alergią na azotany, niby przyjmowała panamałżonkową argumentację, że to tylko pieniądze, nabyta rzecz, tak od razu z ich braku nie pójdziemy z torbami, ale jednak człowiekowi trochę smutno, jak w ramach tej kupy forsy znajdują się jego wszystkie oszczędności przeznaczone na prezenty, które to oszczędności ciułał od czerwca w tajemnicy, radując się wizją niespodzianek, które zrobi Kochanej Rodzinie (a także zdjęcia Potomków oraz Pana Małżonka z sunią, która nas sześć lat temu odumarła, że o karcie Yves Rocher Królowa Matka nie wspomni).

Dziś pojechaliśmy do sklepu, Królowa Matka w nastroju: "Cudów nie ma, chlip, ale przynajmniej może znalazca będzie miał wesołe święta, chlip, chlip", weszliśmy do kanciapki Pana Kierownika Sklepu i w zasadzie nie musieliśmy nic mówić.

Jest, pewnie, że jest, już wczoraj się znalazł, nawet na monitoringu sprawdzaliśmy, kto zgubił i szukaliśmy pani wokół sklepu, ale już pani nie było. Myśleliśmy, że zaraz pani wróci i nawet się martwiliśmy, że pani tak nie ma i nie ma, gdzie jest ten portfel, przecież tu leżał... o, jest, bardzo proszę.

I był.

Z całą kupą forsy w środku. Oraz zdjęciami Potomków, Pana Małżonka i suni, że o karcie Yves Rocher Królowa Matka nie wspomni.

Świat wcale nie jest zły, Królowa Matka wam to mówi.

PS. I ma szczerą nadzieję, że znalazca portfela będzie miał BARDZO wesołe święta, czego jemu/jej z całego serca życzy, zasyłając serduszko razy milion .

czwartek, 23 listopada 2017

Aurze wbrew

Pompon Młodszy (odbierany przez Królową Matkę ze swej zerówki po zajęciach, podekscytowany) - Mamo, a Michasia miała dziś inne włoski! Inną fryzurkę miała, śliczną! Tu taką grzywkę miała, a tu kokardkę (szereg nieskoordynowanych ruchów dłonią w okolicach czoła), a tu, o, za uchem taki węzełek... I ja się w niej zakochałem się RAZY DWA!

Królowa Matka (pod wrażeniem, rozpromieniając się i nadymając dumą) - Synu, czy ty ZAUWAŻYŁEŚ ZMIANĘ FRYZURY?! Pójdź, niech cię uściskam!

Pompon Młodszy (kontynuuje, spacerowym krokiem przemierzając trasę przedszkole-dom Babci) - ... ja, mamo, już ją w Biedronkach zakochałem. I potem ją kochałem w Mrówkach, i potem znów w Mrówkach, a w Panterach to, mamo, trochę na początku od niej uciekałem...

Królowa Matka - No, wiem. Mieliście kryzys w związku.

Pompon Młodszy (nie zwracając na wtręty Mamuni żadnej uwagi, jak zwykle normalnie) - ... trochę ona mnie zmęczyła na początku w Panterach, mamo. Chodziła za mną, za rączkę chciała brać, i na śniadanku, i na drugim śniadanku, i na rytmice... Ale to przemogłem. I znów ją zakochałem. I (rozglądając się dookoła rozmarzonym wzrokiem) wszędzie ją widzę. O, tu Michasia, i tu Michasia... Czy to, mamo, jest normalne, że wszędzie widzi się twarz swojej dziewczyny?

Krótko mówiąc, jaki, proszę Szan. Państwa, listopad.

Wiosna, Kochani Czytelnicy, wiosna, Królowa Matka Wam to mówi!

środa, 8 listopada 2017

Bądźmy jak króliczki, czyli Królowa Matka i reklamy, odcinek specjalny

Dawno tu o reklamach nie było, pewnie nawet Najstarsi Czytelnicy nie pamiętają, że Królowa Matka je kocha, w ogóle dawno tu o niczym nie było, bo Królowej Matce dzieci rosną, opisywanie ich wydaje się jej coraz bardziej nie na miejscu (chociaż dzieci nie protestują bynajmniej, przeciwnie, czerpią z faktu ich opisywania jakąś zastanawiająca Królową Matkę satysfakcję), wskutek czego blog cierpi na kryzys tożsamości.

No ale przecież o tej reklamie nie sposób nie napisać! Prawda?

Pewnie, że prawda.

Najpierw Królowa Matka ujrzała ją kątem oka we własnym telewizorze i przez pierwsze dziesięć sekund nie poświęciła jej większej uwagi.

"Kto jak kto, ale my, króliki, wiemy jak zadbać o liczne potomstwo" - mówił puchaty króliczek na ekranie, a Królowa Matka niczego jeszcze nie podejrzewała, więcej, ledwo ten wstęp słyszała i, Bogiem a prawdą, nawet nie zauważyła, że z ekranu przemawia do niej akurat królik.

"Chcesz poznać nasz sekret? Po pierwsze, dużo się ruszamy. Po drugie, zdrowo jemy" - w tym momencie Królowa Matka naiwnie pomyślała, że właśnie prześlizguje się wzrokiem po reklamie jakiegoś arcyzdrowego pokarmu, względnie społeczną kampanię dotyczącą zwiększenia spożycia surowych warzyw przez przeciętnego obywatela.

"Po trzecie - brnął uparcie Puchaty Króliczek, podczas gdy brwi Królowej Matki powoli, acz nieuchronnie zaczęły wędrówkę w górę czoła - nie stresujemy się, kiedy nie musimy. I po czwarte - nie używamy sobie" - i w tym momencie szczęka Królowej Matki upadła z hukiem na podłogę, zaś jej właścicielka (Królowa Matka, znaczy się) nie podjęła prób jej szukania, bowiem po tekście "Więc jeśli chcesz kiedyś zostać rodzicem, weź przykład z królików" wezbrała w niej obawa, że szczęka opadająca na podłoże zbyt często może zostać nieodwracalnie uszkodzona.

Po zapoznaniu się zaś ze słowem pisanym na reklamie bilbordowej: "Nie skacz z kwiatka na kwiatek, bo prędzej dokicasz się do lekarza niż do królicznej (och, ta prześmieszna gra słów, no, naprawdę, ach, no boki zrywać, niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu) rodziny" machnęła na własną szczękę ręką, niech sobie tam gdzieś leży, gdzieś nisko, zapewne w okolicach jądra Ziemi, i tak jej Królowa Matka w rozwartej paszczęce nie umocuje, trudno, spróbuje duuuuuużo później, jak już dojdzie do siebie.

Na co się chwilowo nie zanosi, bo reklama atakuje zewsząd i o każdej porze.

"Bądźcie jak króliki" - zachęca obywateli swego kraju Ministerstwo Zdrowia.

Bądźcie jak, k..., króliki (i za to błyskotliwe hasło i wyborną radę inkasujemy 3 mln złotych z narodowego programu prokreacyjnego. Równowartość 400 zabiegów in vitro. Brawo, brawo, ach, jak bardzo brawo za tę heroiczną walkę o powołanie na świat nowych obywateli naszej wstrząsanej problemami demograficznymi ojczyzny!).

Ten spot jest tak bzdurny i obraźliwy na tylu poziomach, że doprawdy trudno wybrać, nad którą jego częścią poznęcać się w pierwszej kolejności, i którą jego, ekhm, myśl skopać jako pierwszą.

Królowa Matka poleci więc chronologicznie, spisując chaotyczne wrażenia w kolejności, w jakiej pojawiały się w jej głowie.

Pierwszą myślą Królowej Matki było, że osoby walczące z niepłodnością muszą się po obejrzeniu wzmiankowanego dzieua poczuć wręcz wybornie. Niektórzy całe lata starają się o dziecko, marzą o nim, walczą o nie, a tu i diagnoza, i rozwiązanie ich problemu podane jak na tacy. Trochę marchewki, zero używek, żadnego skakania z kwiatka na kwiatek, i już, po dziewięciu miesiącach mogą się cieszyć pucołowatym bobasem. Coś nie wychodzi? Ups. No cóż, czas spojrzeć sobie prosto w oczy w lustrze i wziąć na klatę tę prawdę - szalało się, drodzy państwo, piło, paliło, o tych inszych używkach to Królowa Matka nawet nie wspomni, uskuteczniało  - w przeciwieństwie do królików - hedonistyczny styl życia, tu imprezka, tam imprezka, tu jedno łóżko, nazajutrz zupełnie inne, i jeszcze może stresu za dużo, a teraz płacz i dlaczego mnie to spotyka. No to już wiecie, dlaczego, Ministerstwo Zdrowia wam to mówi!

Królowa Matka wie, że na czele wspomnianego wyżej ministerstwa stoi osobnik o krwi tak błękitnej, że przy niej niebo w pogodny letni dzień jest wyblakłe, by nie rzec wyszarzałe. I może osoba tak wysublimowana, stworzona do rzeczy wyższych nad przyziemne skojarzenia, niewątpliwie od dzieciństwa wychowywana w kulcie rzeczy wzniosłych i wyrafinowanych może nie wiedzieć, co ma na myśli plebs taki jak Królowa Matka gdy mówi "mnożyć się jak króliki" oraz (Pan wybaczy prostactwo języka, Panie Ministrze!) "pieprzyć się jak króliki". Otóż, Panie Ministrze kochany, prosty, w znakomitej większości chłopskiego pochodzenia, nieskomplikowany umysłowo i lubujący się w dosłownych acz - naprawdę bardzo Królowej Matce przykro, ale co robić, fakt jest fakt, a za faktami się nie dyskutuje - prymitywnych skojarzeniach lud nie widzi, myśląc o życiu rodzinnym królików, takiej, na ten przykład, "Rodziny Rabatków". Dla większości Polaków rodzina Rabatków - tatuś, ciocia i pięcioro króliczątek (bez mamusi, ale w sumie brak mamusi, która urodziła pięcioro dzieci, więc w zasadzie jest już zbędna zgrabnie wpisuje się w politykę państwa) - to nie jest rodzina reprezentatywna dla pogłowia królików w Polsce. W ogóle, Panie Ministrze kochaniutki, słowo "rodzina" się większości Polaków nie kojarzy z królikami, bo to, co się z królikami kojarzy to nieopanowana kopulacja z dużą ilością partnerów, zmienianych radośnie i bez jakiegoś głębszego namysłu. Tak, Królowa Matka zdaje sobie sprawę, ze to smutne i świadczy o totalnym ubóstwie umysłowym, ale słysząc słowa "mnożyć się jak króliki" większość (przynajmniej ta znana Królowej Matce, prosta większość) Polaków nie widzi puchatego tatusia czule opiekującego się jeszcze bardziej  puchatymi, tititi, kuleczkami, tylko króliczego samca przeskakującego z jednej samicy na drugą, gdyż, jak Królowa Matka gdzieś przeczytała, w czasie rui popęd seksualny królika jest tak silny i potrzeba kopulacji tak przemożna, że gdyby króliczy pan nie miał pod ręką odpowiedniej ilości partnerek, a tylko jedną, to by tę jedną zamęczył.

A przecież, Panie Ministrze najmilszy, nie to chciałby Pan przekazać społeczeństwu ustami swoich przedstawicieli? Nie to, że zalecacie Polakom uprawianie spontanicznego seksu z dużą liczbą partnerek zmienianych po uważaniu, których to partnerek się o zdanie zresztą nie pyta, a jak trzeba to i zdyscyplinuje ("Jeśli samica w ciągu kilku pierwszych minut nie daje się pokryć, należy ją natychmiast zabrać z klatki samca, ponieważ może zostać pogryziona przez samca")? Nie chcecie zalecać dużych ilości seksu z dużą ilością partnerów jako sposobu na rozwiązanie problemów demograficznych państwa?

Nie sugerujecie, ze jak ktoś nie sieje potomstwem na prawo i lewo to jest to jego wina, bo "używał sobie", więc ma za swoje? Że - w przeciwieństwie do menela spod budki z piwem z "Brutalem" w jednej, a "Czarem teściowej" w drugiej ręce oraz tuzinem dzieci z FAS - ludzie dotknięci niepłodnością zostali nią dotknięci, bo stosowali jakieś tajemnicze używki o składzie, którego w winach marki wino najwyraźniej nie ma? Nie piętnujecie, krótko mówiąc, osób niepłodnych jako tych, które nie mogą mieć dzieci z powodu zawinionego przez siebie?

Co następne, Panie Ministrze złociutki? "Mnóżmy się jak karaluchy, odporne na zanieczyszczenia, trudne do wybicia, przeżyją nawet katastrofę nuklearną"? Nikt żadnemu z demonów reklamy odpowiedzialnych za króliczy spot nie powiedział, że istnieją odpowiedniejsze dla przekazania idei, której tak wiernie służą, zwierzęta? Łabędzie, czule opiekujące się młodymi, wierne jednemu partnerowi? Dzikie gęsi? JAKIEKOLWIEK? Ale króliki? KRÓLIKI, oł, rili? Króliki jako troskliwi tatusiowie opiekujący się z oddaniem swoją rodziną? Monogamiczne? Ale że serio???

To jest takie głupie, takie głupie, że pobiło wszystkie prezentowane na tym blogu reklamy, oraz wszystkie te, które prezentowane nie były. I te, które jeszcze nie powstały też, bo poprzeczkę w temacie już nie zawiesiliście, ale położyliście wręcz i cokolwiek kiedykolwiek powstanie będzie na 99 procent (1 procent zostawia Królowa Matka na ewentualne kolejne wypusty Ministerstwa Zdrowia) mądrzejsze i bardziej błyskotliwe.

Panie Ministrze słodziutki.

sobota, 14 października 2017

Post zaangażowany społecznie

Królowa Matka wolałaby nie mieć z lekarzami do czynienia nigdy w życiu, wiadomo. Tak się nie da, też wiadomo. No to wolałaby mieć z nimi do czynienia jak najmniej – i do pewnego momentu w życiu miała.

Ale jeśli miała, i jeśli to wspomina, to (pomijając liczne zapalenia krtani, świnkę i jakiś skręcony w dzieciństwie palec, których w zasadzie nie wspomina, bo to były sprawy jej rodziców) widzi dzień śmierci swojego ojca, po trzech dobach spędzonych w szpitalu. Całą rodziną. I tę całą rodzinę lekarze i pielęgniarki przenocowywali w swoich pokoikach, poili swoją herbatką i przykrywali swoimi kocykami. I przynieśli swój fotel do łóżka taty Królowej Matki, bo szpitalne krzesełka były niskie, twarde i niewygodne.

A potem zaczął się ten etap, kiedy przestała cierpieć na brak kontaków z przedstawicielami profesji medycznych. I zaczęła w szpitalach, przychodniach i ośrodkach zdrowia prawie mieszkać.

Najpierw urodziła wcześniaka, nagle i niespodziewanie, w 30 tygodniu wzorowo (do tamtej chwili) przebiegającej ciąży. Spędziła z nim w szpitalu sześć tygodni, nastrój miała do...e... niczego, był tu zresztą opisany, chociaż w formie złagodzonej, bo czas ściera wszelkie kanty. Opiekę -odwrotną do nastroju.

Osobny pokój (szczęście w nieszczęściu, że poród przypadł na samo dno dołu demograficznego). Na końcu korytarza. Żeby nie leżała nie tylko w jednej sali ze szczęśliwymi mamami, ale w miarę możliwości ich nie słyszała. Nielimitowane odwiedziny o dowolnym czasie, bo psychicznie była w proszku i tylko mąż dawał radę mi jakoś pomóc. Ksiądz. Katolicki na miejscu. Nie chcę katolickiego? Mam powiedzieć, jakiego, szpital współpracuje z kapłanami kilku wyznań, sprowadzą mi, jakiego chcę. Nie mają, niestety, psychologa. Ale podesłali Królowej Matce lekarkę, która przeżyła coś podobnego, opowiedziała jej o swoich doświadczeniach.

Do tego opieka nad noworodkiem według najlepszych, światowych standardów. Kangurowanie. Dotykanie (nie głaskanie, wcześniaki głaskanie boli). Dostęp do dziecka przez cała dobę, o dowolnej godzinie. Chcę tam siedzieć bez przerwy? Proszę bardzo, położne przyniosą swoje krzesło, i koc. I wyrzucą spać, jak zauważą, że ledwo otwieram oczy. I na przepustkę, gdy lekarz uzna, że zaczynam wariować.

Wszystko za darmo. Ani złotówki łapówki. Kawa (kwiatów nie wolno na oddziale) jako podziękowanie, gdy po dziesięciu dniach wychodziliśmy z OIOM-u. Gdy po kolejnych pięciu tygodniach opuszczaliśmy szpital, lekarka przyszła się pożegnać. Wychodzicie, och, jak dobrze! I wreszcie może tę kawę otworzyć. Przedtem się bała, i koleżankom nie pozwalała, żeby nie zapeszyć. Usiadła obok łóżeczka Potomka Starszego, dwa kilo i sto gram wagi, ponad kilogram więcej niż na początku. Proszę, niech pani mi wszystko opowie. Wszystko, co pani myślała, co pani czuła. Chcę zrozumieć rodziców. Chcę się uczyć.

Cztery lata później Potomek Starszy przechodził zabieg, nic poważnego, mieliśmy wejść do szpitala o 16, wyjść godzinę później. Trafiliśmy tam dzień po strajku - pielęgniarek? anestezjologów? - i wyszliśmy nie po jednej, ale po sześciu godzinach. Tłum chorych, lekarze uwijający się jak w ukropie, przez te sześć godzin Królowa Matka nie zauważyła, żeby usiedli, zabieg gonił zabieg. Mimo to znaleźli czas na rozmowę. Anestezjolog wyjaśnił wszystkie szczegóły zabiegu, poinformował o sposobach znieczulenia, pytał nas o zdanie. Na salę operacyjną Królowa Matka wniosła Potomka Starszego na rękach. Lekarze pozwolili mu dotknąć tej wielkiej lampy nad stołem operacyjnym, wcisnąć jakieś guziczki, coś włączyć, wyłączyć. Uśpili go na królewskomatczynych kolanach. Zero stresu dla dziecka.

Sześć lat temu Królowa Matka przeleżała cztery tygodnie na patologii ciąży, ona akurat profilaktycznie, zdrowa jak rydz, ale z dwoma bliźniętami powyżej 3 i pół kilo każde w brzuchu. Dziewczyny po przejściach. Wieczorami opowiadałyśmy sobie historie. O tym lekarzu, co trzymał za rękę, gdy któraś rodziła martwe dziecko, o położnej, na oko surowej i pozbawionej sentymentów, co siedziała całą noc przy łóżku innej po poronieniu, chociaż wcale nie musiała. Królowa Matka poznała calutki personel medyczny, przez cztery tygodnie nie da się inaczej, wszystkie położne, wszystkich lekarzy, wymyśliłam sobie, których najbardziej chce mieć przy porodzie. Miała innych. Byli wspaniali. W szpitalu, który od lat, niezmiennie, ma bardzo, ale to bardzo średnie oceny w akcji Rodzić Po Ludzku.

Ma Królowa Matka w oczach zimowy wieczór, gdy zachorował Potomek Młodszy. Miał rok, Królowa Matka położyła go spać o 15 zdrowego jak szczypiorek, a o 16 nie mogła obudzić, lejącego się przez ręce, buchającego gorącem jak piec. Dom w Dziczy niezmiennie leżał tam, gdzie leży, dwadzieścia kilometrów od Cywilizacji, walił śnieg płatami wielkości pięciozłotówek, Pan Małżonek jechał z rozpalonym Potomkiem Młodszym owiniętym w koc w tempie piętnaście kilometrów na godzinę, przebijając się przez zaspy na jezdni, a Królowa Matka płakała w słuchawkę lekarzowi, który właśnie skończył dyżur i wybierał się do domu. "Niech pani się nie niepokoi - powiedział lekarz. - Poczekam. Nikt nie zamknie przychodni, póki mąż nie przyjedzie, wszyscy tu jesteśmy, proszę się nie bać". I gdy Pan Małżonek wreszcie dojechał Królowa Matka odebrała z przychodni telefon, że już dobrze, spokojnie, mąż właśnie podjechał, dziecko jest pod opieką, jak skończymy badać zadzwonimy do pani.

A wreszcie nastąpiło creme de la creme szpitalno-lekarskich doświadczeń Królowej Matki, jej podróż do Krainy Wiecznych Łowów, z której zawrócił ją sztab lekarzy, dzięki którym może tu dziś pisać.

Zgłoszenie zostało przez pogotowie przyjęte natychmiast i bez mrugnięcia okiem. Karetka, zupełnie inaczej niż w materiałach telewizyjnych podnoszących oglądalność, przyjechała po siedmiu minutach. Pół godziny później Królowa Matka była w szpitalu, nadzorowana telefonicznie przez panią doktor, która ją do tego szpitala wysłała, z prywatnego telefonu do prywatnego znajomego, który akurat miał dyżur. Nieprzytomna, bez działających nerek, wątroby, ze znacznie powiększonym sercem tłoczącym mniej niż 10 procent krwi potrzebnej, by organizm działał (o czym, naturalnie, nikt wtedy nie wiedział). I razem z mężem, któremu pozwolono siedzieć przy niej całą dobę, nawet towarzyszyć przy niektórych zabiegach.

A gdy już odzyskała przytomność, ale sił miała akurat tyle, by siedzieć (bo na leżąco się dusiła) i obserwować zobaczyła tyle, ze od tamtej chwili ogląda „Grey's Anatomy” wręcz ze znudzeniem. Phi, szpital z wyposażeniem. Phi, taki personel. Phi, to podejście do pacjenta. Phi. Miała to samo, a nawet więcej.

Miała wizyty niereglamentowane, o każdej porze dnia i nocy. Miała – jedyna na OIOM-ie – zgodę na posiadanie komórki, bo (też jedyna) była z innego miasta i tylko w ten sposób mogła być w kontakcie z rodziną. Miała wizytę dietetyczki i specjalnie opracowany jadłospis, bo jest wegetarianką. Konsultację psychologiczną z psychologiem – specjalistą od chorych na niewydolność serca. I oczywiście miała leczenie na poziomie światowym. Z wypróbowaniem na niej nowości. Metod eksperymentalnych. Sprzętu, w który lekarze patrzyli z niemym szacunkiem. Wszystko za jej zgodą. Wszystko wyjaśnione jej potocznym językiem, żeby na pewno zrozumiała.

Przez półtora miesiąca przebywania Królowej Matki w szpitalu w stanie uniemożliwiającym samodzielne przebranie się i umycie, wstawanie, a na początku nawet siadanie, jedzenie, przez półtora miesiąca badania jej na wszystkie sposoby, ani razu nie została potraktowana przedmiotowo, upokorzona czy zawstydzona. Ma tylko jedno przykre wspomnienie – i nie lekarze (ani pielęgniarki) jej je zapewnili.

I, tak, Królowa Matka jest świadoma, że na ten OIOM, też wysłał ją lekarz, palant, który usłyszawszy, że cztery miesiące wcześniej urodziła bliźnięta nawet jej nie badał, tylko zdiagnozował depresję poporodową, powiedział: „Na to się nie umiera” i odesłał do psychiatry nie zlecając żadnych badań. Trzy tygodnie później Królowa Matka umierała na to, na co się nie umiera, na wspomnianym OIOM-ie.

Ale gdyby tego właśnie matoła uznała ona za reprezentatywnego przedstawiciela swego zawodu byłaby niemądra, już nie wspominając o tym, ze wykazałaby się skrajną niewdzięcznością.

Wie, ze można uznać, ze wszyscy (poza jednym) spotkani przez nią lekarze robili tylko to, za co im się płaci. Obowiązek swój wykonywali. Królowa Matka o tym wie – i się z tym nie zgadza. Za leczenie im się płaci. Za traktowanie z szacunkiem. Ale niekoniecznie za wchodzenie na palcach do sali, żeby ją przykryć dodatkowym kocem, bo noc się zrobiła chłodna. Za dbanie, by miała wokół siebie zasunięte firanki i mogła udawać, ze jest w swoim pokoju. Za wpadanie na pogawędki o książkach. Za „ach, jak dobrze! Uśmiechnęła się pani!!!”. Za karmienie własnym serkiem, bo nikt nie wiedział na początku, ze jest wegetarianką i dostała na pierwszą kolację kiełbasę.

I wie Królowa Matka, ze jeśli ma się skrajnie inne doświadczenia, czasem tragiczne, to się tych innych, tych normalnych, tych „za to im się płaci” nie dostrzega. Że to, co boli najbardziej wrzyna się w pamięć. Że wobec tego, co boli, niknie cała reszta.

Że trudno jest pamiętać o tym dobrym, co nas spotkało w obliczu wiadomości telewizyjnych, w których królują te o lekarzach, którzy odmówili przyjęcia chorego, wysłania karetki, którzy się pomylili, zlekceważyli, a za ich pomyłki i lekceważenie zapłacił chory zdrowiem, sprawnością, życiem.

No i, że miała szczęście.

Ale nie wierzy, że przez te dziesięć (w sumie) tygodni, jakie spędziła na porodówce/ neonatologii/ patologii ciąży, przez dwa miesiące przebywania na dwóch oddziałach kardiologii w dwóch różnych miastach miała po prostu tylko i wyłącznie szczęście. Akurat ona.

I złe wspomnienia też ma, to oczywiste. Wspomnienia tych lekarzy, którzy olali, zlekceważyli, którzy jej nie słuchali albo byli niemili.

Ale bez względu na to, jak wiele ma tych wspomnień, złych i dobrych, jedno wie na pewno -

ta praca, praca lekarzy, to jest katorżnicza praca (jak Królowa Matka leżała w szpitalu na tym etapie "mogę tylko siedzieć i obserwować" to myślała wręcz, ze napisze o tej pracy książkę, i będzie to jeden wielki pean na cześć pracowników profesji medycznych).

Można wzniośle mówić o powołaniu, o służbie, o misji, jasne, powołanie, służba i misja są faktem, bo gdyby nie była to nikt by tej pracy nie wykonywał.

Natomiast mówienie, że to misja i służba, więc wspominanie o zarobkach jej uwłacza, i jest fe, i tak bardzo nie komilfo, i jak tak można, brukać głodówką w sprawie (ach! och! fe!) pieniędzy dumne tradycje niepodległościowe naszej bogatej tradycją protestowania ojczyzny, to po prostu głupota. Że o świństwie Królowa Matka nie wspomni.

Kochana Czytelniczko, Kochany Czytelniku, Królowa Matka życzy Wam stu lat w zdrowiu i nieustającym szczęściu, życzy Wam motylków, tęczy, wiecznego lata, wiosny, jesieni czy co tam które z Was lubi, masy książek, spacerów w świetle księżyca przy tonach muzyki skrzypcowej i ogólnie takiego hygge, że wszyscy Duńczycy mogliby popaść w kompleks niższości.

Ale na wypadek, gdyby to hygge się kiedyś skończyło - a, nie chciałaby Królowa Matka tu krakać, ale ono się skończy kiedyś, oby jak najpóźniej, ale się skończy - dobrze byłoby jednak wiedzieć, że stanie przy Was i udzielać Wam pomocy będzie dobrze wykształcony, życzliwy i przyzwoity lekarz.

I jeszcze wypoczęty.

I dobrze opłacany, owszem.

Taki, który nie musiał latać ze szpitala do szpitala i brać dyżurów ponad siły, żeby go w ogóle było stać na przeżycie.

Bo to od tego lekarza będzie zależało Wasze życie. Od tego, czy drgnie czy nie drgnie mu ręka, czy poprawnie wykona wkłucie, czy poda odpowiedni lek, czy zauważy wszystkie symptomy, czy nie przegapi żadnego z tego miliona drobiazgów, od których może zależeć Twoje, Czytelniku, wszystko. 

No i dobrze byłoby wiedzieć, że ten lekarz udzielający pomocy w ogóle tu będzie.
 
Więc gdyby to od Królowej Matki zależało, to 1700 zarabiałaby posłanka "niech jadą" Hrynkiewicz, a jej pensję - każdy lekarz zatrudniony w szpitalu. 


Bo to nie jest sprawa posłanki. Smutne, ale nie. Ani posłanki, ani jej kolegów, ani dziennikarek, które przy sojowym latte i kanapce ciemnego pieczywa bez GMO, glutenu i z ekologiczną sałatą, 60 zł za porcję, pochylają się nad tradycją głodówek w Polsce. Oni będą mieli swoją opiekę prywatną, i swoje wygodne szpitale, i poziom high-life, lekarza na wezwanie, wizyty umówione na godzinę i zabiegi umówione na następny tydzień, a nie rok 2037.

To nasza sprawa. Tych, którzy muszą korzystać z usług lokalnych przychodni, do których przyjedzie na wezwanie lekarz z pogotowia, którym pierwszej pomocy udzielać będzie lekarz na SOR-ze. I dobrze byłoby mieć pewność, że ten lekarz nie pełni właśnie trzeciego całodobowego dyżuru pod rząd.

Tak więc niech sobie jedzie. Posłanka.

Bez niej Królowa Matka nie umrze.


#popieramprotestmedykow

sobota, 30 września 2017

Pompon Młodszy słabuje na zdrowiu

Pompon Młodszy (towarzysząc Królowej Matce w łazience w czasie, gdy poprawia ona sobie to, co u innych kobiet jest urodą) - Mamusiu, prawda, że jest taka choroba? Taka, że się wszystko zapomina? Taka straszna? Pamiętasz, pytałem cię, i mówiłaś, że jest.

Królowa Matka (mażąc cieniami po powiekach) - No, pamiętam. Istotnie, taka choroba istnieje.

Pompon Młodszy (słabym głosikiem) - Bo ja ją mam, tę chorobę.

Królowa Matka (przerywając pudrowanie oblicza i obrzucając swoje Najmłodsze Dziecię, Pierwszego Sześciolatka z Alzheimerem w Historii Ludzkości, uważnym spojrzeniem, ociupinkę podejrzliwie) - Doprawdy?

Pompon Młodszy (ze smutną powagą) - Tak. Bez przerwy zapominam o czymś. Na przykład jak zjem gruszkę to zapominam, co trzeba zrobić, albo jak batonika zjem... albo jak zjem cukierka to też zapominam...

Przebóg, Królowa Matka wrednie podejrzewała, że to lenistwo / syndrom Małego Księcia Co Ma Służbę / wrodzone niedbalstwo / nabyte niedbalstwo / oczekiwanie, że przystąpi do obsługiwania Dziecięcia wyszkolone przez lata ciężkiej pracy bliźniacze rodzeństwo, starsze rodzeństwo, mamusia, tatuś i/lub babcie / beztroska / wewnętrzny luz / wdupiemanizm, ikskjuz maj Frencz / cokolwiek.

A dziecko jest po prostu chore!

piątek, 29 września 2017

Some things are forever

Potomek Starszy (w drodze z Domu w Dziczy ku Cywilizacji  oraz znajdujących się tam Uczelni Stopnia Podstawowego; po dłuższej chwili niewątpliwie dojrzałego namysłu) - Mamo?

Królowa Matka (zapatrzona z zadumą w okno; możliwe, że nieco nieuważnie) - No?

Potomek Starszy - Czy na świecie jest więcej ludzi czy sztućców?

Tjaaaa.

To taki etap, mówili w tivi i pisali w mądrych książkach. Niezbędny etap, mówili. Minie, mówili. Bądź cierpliwa. Wyrosną z tego, mówili...

czwartek, 28 września 2017

Prawie jak Sherlock

Królowa Matka (uruchamiając cały, albo przynajmniej sporą część, swego kobiecego czaru) - Kochanie, czy ja bym mogła mieć nadzieję, że mi wreszcie obrobisz te patyczki, co to obiecałeś?

Pan Małżonek (z lekka nieprzytomnie) - Patyczki. Jakie patyczki.

Królowa Matka (starannie ukrywając najmniejsze odznaki zniecierpliwienia) - Te, o których ci ze dwadzieścia razy mówiłam. Te, które przywiozłam z Gór Świętokrzyskich. No, wiesz, chcę robić zawieszki z aniołkami i gwiazdkami na patyczkach, i obiecałeś mi spiłować krawędzie wspomnianych patyczków, żeby nie haczyły. Właśnie TE patyczki.

Pan Małżonek (tonem Archimedesa wyskakującego z wanny) - Aaaaa, patyczki! Jasne, zaraz ci je mogę spiłować. Tylko muszę znaleźć tarcze z papierem ściernym. Wiesz, gdzie są?

Królowa Matka (tłumiąc westchnienie) - Kochanie, to twoje tarcze, twoja wiertarka, twój papier ścierny. Pojęcia nie mam, gdzie mogą być, może w pudle z narzędziami?

Pan Małżonek (udaje się do przedsionka, skąd przez dłuższą chwilę dochodzą przeróżne łomoty, stukoty, dźwięki przywodzące na myśl wnoszenie szafy gdańskiej na piąte piętro bez windy oraz stłumione przekleństwa. W dodatku wszystko to bezskuteczne).

Pan Małżonek (powracając do pokoju z nieco zmierzwionym włosem i odrobinkę zgrzany) - Nie ma. Pamiętasz może, kiedy ja tego używałem ostatni raz?

Królowa Matka (łagodnie) - Jakoś tak na początku wakacji. Domki dla ptaków mi z farby obdzierałeś, żebym je sobie pomalowała...

Pan Małżonek (robi w tył zwrot i udaje się kurcgalopkiem do opuszczonego przed chwilą przedsionka, z którego tym razem dochodzi mniej łomotów, za to więcej pełnych satysfakcji okrzyków, i z którego wyłania się po chwili z tarczami z papierem ściernym w jednej, a szlifierką w drugiej ręce, oraz z wyrazem słusznej dumy na obliczu) - Mam! I w dodatku (rozpromienia się) doszedłem do tego drogą dedukcji! "Ostatni raz szlifowałem domki dla ptaków - pomyślałem. - Gdybyś to ty potem sprzątała, tarcze by były tam, gdzie być powinny, czyli w tej skrzynce, w której już szukałem, i w której ich zdecydowanie nie ma. W takim razie ja sprzątałem, a to z kolei znaczy, że pizgnąłem je po prostu w miejscu, w którym stałem". Spojrzałem i rzeczywiście, były!

Cóż.

Mówcie mi Watson.


wtorek, 26 września 2017

Rok szkolny w toku

Potomek Starszy (relacjonuje przeróżne aspekty szkolnego życia po powrocie z uczelni) - I, wiesz, mamo, wszędzie wiszą teraz plakaty osób, które startują do samorządu i się reklamują, bo, wiesz, wybory idą. I one, te osoby, chcą się nam od najlepszej strony zaprezentować, rzucają pomysłem za pomysłem, a co jeden to lepszy, ale wszyscy z nich, normalnie WSZYSCY planują zrobić "Dzień zwierzaka", w czasie którego będzie można przyjść do szkoły ze swoim zwierzaczkiem...

Królowa Matka (z wieloletnią wprawą prześlizgując się nad gęsto rozsianymi aluzjami, w nie rozumieniu których mogłaby już przejść na zawodowstwo) - A ty? Nie miałeś nigdy w planach do samorządu startować?

Potomek Starszy (tonem beztroskiego motyla nad kwieciem) - Mamo! No co ty! Ja natychmiast szóstym zmysłem wyczułem, że tu chodzi o jakąś dodatkową pracę.

*****

Potomek Starszy (rozentuzjazmowany) - Mamo, jak ja się cieszę, że ty mi kazałaś czytać "Quo vadis" w czasie wakacji! Ty wiesz, co teraz robią moi koledzy w każdy weekend? OPRACOWANIA CZYTAJĄ! I nic nie rozumieją, bo nawet opracowania "Quo vadis" są długie (mściwy rechot), i w dodatku jeszcze te wszystkie nazwiska nieustannie im się mylą... Rany, jaki ja jestem szczęśliwy, że mi głowę zawracałaś, trułaś, że mnie męczyłaś, że mi obrzydziłaś każdy dzień wakacji... miałaś całkowitą rację! (wznosząc na Królową Matkę oczęta wiernego psa rasy labrador) Dziękuję ci, mamo, za tę lekcję, z której i tak nic nie wyniosę na przyszłość!

No.

Pod niektórymi względami w tym obfitującym w nowości i wstrząsy roku szkolnym można się cieszyć kojącym nerwy całkowitym brakiem zaskoczeń.


niedziela, 3 września 2017

Przy końcu wakacji nostalgicznie o wakacjach

Podejrzewa Królowa Matka, że uczucie to zna i podziela większość rodziców.

Ten początek wakacji to wcale nie jest taki wyczekiwany.

Z jednej strony tak, oczywiście, ach, już by się odpoczęło na tych plażach, wśród tych lasów, albo nawet, w razie niepogody, na tej werandzie pod kocykiem z dobrą książką w ręku i herbatą pod ręką, ale z drugiej rok szkolny jest taki ułożony. Oswojony tak, że z zamkniętymi oczami, mechanicznie można wykonywać przypisane mu czynności. Poniedziałek, ten do szkoły o tej godzinie, ten o tej, Pompony odprowadzić, dziś przyprowadza babcia, Starszy wraca ze szkoły o tej, robi lekcje, Młodszy o tej, nie robi, bo przyjeżdża z pracy Pan Małżonek i jedziemy w Dzicz, Młodszy lekcje, Starszy ma czas wolny, Pompony ćwiczą logopedycznie. I tak codziennie, odprowadzić, przyprowadzić, na obiad, zakupy, wywiadówka, dentysta, kółko szachowe, występy w przedszkolu, weekend, ufff.

Potem nadchodzą wakacje i cały plan się rypie, ma człowiek kochane dzieciątka na głowie 24 godziny na dobę, zakupy trzeba robić z wyprzedzeniem, pakować przed wyjazdem na Mazury, rozpakowywać, opanowywać zarzewia konfliktu, zmagać się z codziennością i setką atakujących z czterech stron świata "maaaaamo-aaa-on"-ów oraz nieobecnością Pana Małżonka (którego urlop wynosi 14 dni, i ani chwili więcej) do godziny osiemnastej każdego dnia. Rany koguta, myśli człowiek rasy Królowa Matka, jak ja sobie poradzę, w końcu jednak uduszę któreś albo porzucę wszystkie i ciekawe, czy mają jakieś moje aktualne zdjęcie, żeby je moc pokazać w TV w programie "Ktokolwiek widział..." albo w TVN24.

A gdy tylko wszystko ułoży się i uklepie, wszyscy wejdą w wakacyjny rytm, Pan Małżonek przyzwyczai się do tego, że może trochę dłużej pospać rano i nie musi wracać galopem po pracy do domu, Królowa Matka oswoi leniwe, przyjemne poranki ze śniadaniem, które raz robi ona, raz któryś ze starszych Potomków (najczęściej, bądźmy boleśnie szczerzy, ten Młodszy), spacery po lesie, wyprawy nad jezioro, podlewanie ogródka, wieczorne długie Polaków rozmowy na werandzie podczas gdy Potomki roznoszą ogródek i okolice w proch i pył, i te zakupy z tygodniowym planowaniem, i spontaniczne wieczorne wyprawy do miasta, gdy się to wszystko oswoi i polubi, nagle bum! Nadchodzi początek roku szkolnego i staje się twarzą w twarz z pełną popłochu myślą: "Rany boskie, cztery plany lekcji, zajęcia dodatkowe, przywieźć-odwieźć, dom ogarnąć, wszystko według grafiku, jak ja sobie poradzę?! A TAK BYŁO DOBRZE!!!".

Zwłaszcza, że rzeczywiście było. I po raz pierwszy (!!!) w życiu w głowie zimnolubnej, kochającej jesień, swetry, szale, długie wieczory, babie lato i październik Królowej Matki pojawiła się myśl, że jest jej szkoda tego mijającego lata, i szkoda jej, że ono nigdy już nie wróci.

W dodatku najwyraźniej spędzała to lato w jakiejś zupełnie innej Polsce niż jej znajomi z Facebooka, którym bez przerwy było za zimno, albo za gorąco, albo lał się na nich deszcz. Poza jednym dniem na Mazurach, gdy to pogoda zmieniała się - dosłownie - co kwadrans, i po czwartej próbie pójścia na spacer rodzina Królowej Matki zrezygnowała z wysiłków, złapana po raz kolejny przez dziką ulewę, która zmieniała się w promienne słońce w chwili, gdy wszyscy, przemoczeni do nitki i z wodą chlupoczącą w kaloszach dopadali domu (bo ten dzień, gdy krajobraz do południa składał się ze ściany deszczu się nie liczy, wszak w południe się rozpogodziło i można było iść na jagody, skąd się wróciło szczęśliwym i uświnionym jak nieboskie stworzenie). I jeszcze poza tym drugim, a w zasadzie poza nocą, gdy nad Polską przechodziła ta potworna wichura, prąd w Domu w Dziczy zrobił "pyk!" i zgasł w kwadrans po tym, gdy Dzieciomtka posnęły kamiennym snem, co zaoszczędziło troski chociaż o nie Królowej Matce i Panu Małżonkowi, wycierającym w drżącym świetle świec oraz nieustającym (dosłownie, pierwszy raz w życiu coś takiego Królowa Matka widziała, blask na niebie, bez chwili przerwy) świetle błyskawic wodę wlewającą się przez komin, wywietrzniki i strumieniem cieknącą po ścianach, podczas gdy na posesjach sąsiadów, akurat nieobecnych, latały w powietrzu elementy zabudowy ogrodu, jak to części altany, trampolina, krzesła oraz metalowa huśtawka na dwie osoby, szczęśliwym trafem nie trafiając w Dom w Dziczy.

Poza tymi dniami pogoda tego lata była idealna, co może oczywiście mieć pewien związek z faktem, że Królowa Matka, Pan Małżonek i nawet Potomki nie są zwierzętami plażującymi, wręcz przeciwnie, plaża służy im do tego, żeby na nią pójść, zostawić klapki i ręczniki, wykąpać się, wytrzeć, opuścić ją i oddać się ciekawszym zajęciom, co też czynili nawet w - nie tak rzadkich - dniach dyszących upałem.

Ale chyba głównie ma związek z osobistym nastawieniem, do którego to wniosku doszła Królowa Matka, gdy w czasie jednego ze wspomnianych dwóch tygodni urlopu Pana Małżonka, spędzanego w Górach Świętokrzyskich, wracała na kwaterę po dniu pełnym łażenia po okolicy bliższej i dalszej, a w radiu Pani Reporterka Od Pogody żaliła się, że jest zimno i okropnie, i lata praktycznie nie ma, a po Krakowie trzeba chodzić w kurtce i szalu. Problem polegał na tym, że Banda Czworga tego właśnie dnia mogła się była zderzyć z dygoczącą pod szalami Panią Reporterką, gdy gnała przez Kraków jak wiatr, (zatrzymując sie, by uwiecznić swe podobizny na tle sklepu "Toruńskie pierniki", bo jesli cos fotografować w Krakowie to rzecz naprawdę interesującą przecież), odziana w t-shirty i krótkie spodenki, i z  lodami w dłoni.

I tak dalej, oblewając się potem i topiąc jak masło na rozgrzanej patelni w Chęcinach, wspinając się w palącym słońcu na chęciński zamek, przelatując w pochmurny, lecz ciepły dzień Łysogóry, gdzie Potomek Starszy fotografował na szkolne potrzeby ryty w ścianie podpis Żeromskiego z czasów, gdy nie był on - Żeromski, nie Potomek - Narodowym Wieszczem, tylko Nieletnim Wandalem, spędzając wieczory na huśtawce w ogrodzie Dworku Pod Lipą, w którym się zatrzymaliśmy, furt czytała Królowa Matka narzekania na pogodę w tej innej Polsce, w której jej nie było.

A tymczasem Chęciny były takie same, a nawet lepsze niż w czasach, gdy Królowa Matka zwiedzała je (i pokochała) panienką będąc, co prawda w małej cukierence nie było już Najlepszych Na Świecie lodów cytrynowych, było za to ciasto jogurtowe z makiem, które królewskomatczyna rodzina wykupowała na pniu i pożerała w ilościach hurtowych, w rynku znajdowała się przeurocza kawiarenka dla rodziców z dziećmi, oferująca, poza kawą, herbatą i wyborem ciast i deserów także opiekę nad dziećmi w czasie, gdy Rodzice się wspomnianymi deserami opychają, oraz fontanna, w której Pompon Młodszy skąpał się był wraz z odzieniem i obuwiem w jeden z tych upalnych dni, w czasie których na terenie reszty Polski panował luty mróz. A na Zamku można była strzelić z arkebuza, obejrzeć tańce średniowieczne oraz zamknąć w żelaznej klatce, w której kiedyś trzymano więźniów, własnego Potomka, niestety, nie na długo.

Łysogóry Potomki i Pompony przebiegły w hożych podskokach, następnie zdrzemnęły się kwadransik w trakcie jazdy samochodem do Dworku Pod Lipą, by - w czasie, gdy Królowa Matka, po dojechaniu na miejsce powooooli formułowała w głowie myśl, że za jakieś pół godzinki uda jej się (chyba?) wystawić z samochodu obie nogi, powolutku, malutkimi kroczkami, dowlec się do pokoju, w końcu pierwsze piętro to nie jest jakiś Matterhorn, i zalec na resztę popołudnia na łóżku w charakterze zwłok - wyskoczyć rześko z samochodu i w radosnym pląsie udać się w kierunku placu zabaw, w biegu formułując życzenie, by mamusia przyszła za nimi pobujać je na huśtaweczce oraz pograć w ping ponga, gdyż się właśnie nauczyły i uwielbiają.

Wspomniany Dworek Pod Lipami miał prze-cu-do-wne schody, stworzone do tego, by schodzić z nich w slow motion oraz wyniośle, dystyngowanie szeleszcząc elegancką suknią i wydając polecenia w rodzaju: "Franciszku, dziś pan nie zejdzie na herbatę, proszę mu ją zanieść do gabinetu", i spowodowały u Królowej Matki kolosalny foch na Historię oraz Własnych Przodków...

(OT, ostatnio Królowej Matce w nawyk wchodzi.

No więc na Historię to Królowa Matka nie poradzi, ale jeśli chodzi o Przodków, a konkretnie o Pradziadka Królowej Matki, a jeszcze konkretniej o Tatusia Tatusia Tatusia Królowej Matki, który to Pradziadek obdarzony był malowniczą osobowością oraz duszą włóczykija, to ma Królowa Matka jednak kilka ansów. Dusza włóczykija objawiała się tym, że Pradziadek wędrował po całym kraju, albo i świecie, wpadając co i rusz na jakieś genialne pomysły. Podczas jego peregrynacji rodzinny dwór, majątek, stadninę oraz służbę żelazną dłonią dzierżyła Prababcia Katarzyna, której w dzierżeniu nic a nic nie przeszkadzały kolejne ciąże, porody i połogi. Pradziadek wracał co jakiś czas, głaskał czule głowiny Dziatwy, ustawionej prze Panem Oćcem w karnym rządku, dobrotliwie dziwił się na widok Nowego Dzieciątka w ramionach Prababci: "Ach, Kasieńko, raz... dwa... trzy... ojej, ilu was jest, wszystko moje? O, i nowe?", całował nowe w główkę, a już trzy miesiące później zaczynał odczuwać swędzenie w żywocie i udawał się na kolejną wyprawę, zostawiając majątek, Prababcię i kolejnego Potomka w drodze, i tak jedenaście razy. Być może zdarzyłby się i dwunasty raz, gdyby nie to, że po jedenastym Pradziadek wrócił z - kolejnym - genialnym pomysłem, który nie wie Królowa Matka, na czym polegał, który jednakże wymagał sprzedania majątku.

Pradziadek sprzedał więc dwór, sady, ziemię i konie, po czym - nie na drugi dzień, bo to byłoby już nazbyt melodramatyczne, ale raczej kilka tygodni niż miesięcy później - nadeszła reforma Grabskiego i Pradziadek - który pojechał wymieniać pieniądze ze starych na nowe wioząc je w skrzyniach na wozie, a wrócił mając cały swój majątek w portfelu w kieszonce na piersi - przesiedział kilka kolejnych dni w kamiennym milczeniu, po czym wziął się i zmarł na zawał. Zostawiając Prababcię z jedenaściorgiem dzieci, a Królową Matkę pozbawiając szans na bycie Panienką ze Dworu.

To znaczy, Królowa Matka wie, II wojna światowa i ustrój demokracji ludowej oraz sprawiedliwości społecznej, te rzeczy. Ale jakoś do rodzonego Przodka łatwiej mieć pretensje, koniec OT).


... no więc poza schodami wspomniany Dworek miał olbrzymi teren w otoczeniu sielskich pól i lasów, ze stawami, placem zabaw oraz obsługą i szefostwem tak dyskretnym, że trzeba było w dniu wyjazdu biegać po terenie i go szukać celem uiszczenia. "Państwo koniecznie jeszcze do nas przyjadą! - zakrzyknęło szefostwo, namierzone po dłuższej chwili poszukiwania przez Pana Małżonka. - Mają państwo takie grzeczne dzieci!". Pan Małżonek wzdrygnął się nerwowo i obejrzał w poszukiwaniu osoby, do której mówiła Szefowa posiadłości, podczas gdy ta kontynuowała, najwyraźniej w świecie zwracając się jednak do niego: "Jak państwo to zrobili? Jak się to państwu udało?!". "Ależ - rzekł Pan Małżonek z wrodzoną całej królewskomatczynej rodzinie uczciwością - to dlatego, że nas całymi dniami nie było...". "Jakie nie było - zaprotestowała Szefowa. - Rano państwo byli, wieczorem, na placu zabaw widziałam dzieci, na spacery chodziły po terenie, do stawów, po ogrodzie. Na samym końcu korytarza mieli państwo pokój, do kuchni dzieci chodziły, nikt po korytarzu nie latał, nie wył, nie ślizgał się na dywanie, czyściutko, cichutko, niesamowite po prostu... Koniecznie państwo muszą tu wrócić!". Całą tę rozmowę powtarzał Królowej Matce Pan Małżonek w przytomności czterech par nadstawionych uszu i ocząt przebiegających od Mamusi do Tatusia, jak w meczu tenisa, po czym odezwał się Potomek Starszy ze szczerą troską w głosie: "Ale... ta pani jest głucha?", i to by było na tyle, jeśli chodzi o grzeczność i dobre wychowanie.

Ale do Nowych Kotlic planujemy wrócić, Królowa Matka zaopatrzona w suknię, w której zejdzie z godnością po schodach, a Pan Małżonek strzeli jej fotkę, Pradziadkowi i Historii na przekór.

Mazury to już w ogóle zawsze Królowej Matce dobrze robią, nastrajają ją filozoficznie i prowokują do powzinania różnych Pomysłów na Życie. Które później, w szarym świetle codzienności, rozmywają się i bledną, by wrócić przy okazji kolejnej wizyty na Mazurach (w te wakacje - dwa razy, i nie jest to nasze ostatnie słowo w tym roku) i, kto wie, może kiedyś zaowocować.

A poza tym spacery ze świeczkami w ciepłe wieczory lipcowe, włączany w gorące dni ogrodowy wąż, z którego robiło się fontannę dla dzieci, festiwal światła, lody, kawa w przytulnych kawiarenkach, zamówiony trylion książek, nadrobione zaległości czytelnicze i całe stado wydzierganych indyjskich słoni, czereśnie i bób, maliny i jagody, zebrane własnoręcznie w Puszczy Piskiej, wszystkie te wspomnienia trzeba poskładać starannie i schować ze świadomością, że te dni się nigdy nie powtórzą.

Zamiast nich nadejdą długie wieczory i krótkie dnie, deszcze, słota, złota jesień, życie według grafika, do którego się też przywyknie, by za rok znów pomyśleć z paniką, że, o Boże, znowu lato i jak ja sobie poradzę, 24 godziny na dobę z moimi dziećmi w małym domku poza cywilizacją.

Żegnaj, Lato.

Dobrze, że byłoś.


sobota, 2 września 2017

Przy końcu wakacji o miłości

Pompon Młodszy (wpatrując się w Królową Matkę maślanym wzrokiem) - Kocham cię, mamusiu!

Królowa Matka (rewanżując się) - Ja ciebie kocham bardziej!

Pompon Młodszy (z uczuciem) - Nie, to ja ciebie kocham bardziej! Ja cię kocham najbardziej z całej planety mamuś!

Królowa Matka - A ja cię kocham najbardziej z całej planety Pomponów Młodszych!

Pompon Młodszy - Ja cię kocham najbardziej z całego świata! Z całego wszechświata! Najbardziej cię kocham z całej dziury!

Królowa Matka (tracąc rozpęd) - Z dziu... z dziury? Z jakiej dziury?!

Pompon Młodszy (wznosząc na Królową Matkę rozkochane oczęta, dobitnie) - Z czarnej!


Czyli problem, kto jest Najbardziej Kochanym Człowiekiem wszech...wszystkiego mamy rozwiązany.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Pompon Starszy at his normal

Pompon Starszy jest dzieckiem innym niż jego bracia. Kompletnie innym.

Poza, oczywiście, drobiazgami takimi jak zachwycająca otoczenie umiejętność wpadania w cholerę a la byczek Fernando, połączona z zianiem ogniem z paszczy i puszczaniem kłębów pary nosem oraz bycie (no, dobra, bywanie) Walerkiem...

(OT - Walerek, świeć Panie nad jego duszą, był to młodszy braciszek prababci Pompona Starszego, a babci Królowej Matki. Braciszek ten zasadniczo uważał, że świat, a kto wie, może także wszechświat powstał, aby ścielić się mu, Walerkowi, pod stopy, a już na pewno po to istnieją otaczający go ludzie, których zdania nie brał był pod uwagę w realizacji własnych przyjemności życiowych ani pod żadnym innym. I tak na ten przykład rodzina Walerka szła spać, gdy on szedł spać. Wstawała, gdy Walerek wstawał. Jadała posiłki, gdy Walerek zgłodniał, zaś gdy pod strzechy polskich miast i wsi zawitała technologia, rodzina Walerka oglądała telewizję oraz słuchała radia w ramach przez Walerka wyznaczanych, ponieważ - zmęczony lub znudzony, lub uznawszy, że ma dość na dziś - Walerek wstawał z fotela i wyłączał odbiornik radiowy/telewizyjny w połowie programu/filmu/słuchowiska i udawał się na spoczynek, a rodzina Walerka, wyłącznie dlatego, że jeszcze wtedy nie było w niej Królowej Matki, potulnie udawała się za nim.

Tę ostatnią cechę najwyraźniej odziedziczył po wujku Walerku Pompon Starszy, który potrafi ni stąd ni zowąd przełączyć TV, albowiem pragnie obejrzeć bajeczki Maszy względnie znudził go maraton Gumballa, a to, że nie odnosi sukcesu złożyć należy na karb tego, że rodzina Pompona Starszego różni się od rodziny wujka Walerka dość radykalnie.

Gwoli kronikarskiej ścisłości dodać jednak należy, że Walerek był mimo wszelkich wad człowiekiem obdarzonym nadnaturalnym wdziękiem, który to i owo wyjaśnia, nieopanowaną ciekawością świata i wstrząsającymi talentami pozwalającymi mu, na ten przykład, wykonać własnemi ręcami komplecik składający się z kredensu, stołu i pięciu krzeseł na podstawie jednego krzesła, wygrzebanego przezeń na targu staroci, które ujęło go przepięknym oparciem rzeźbionym misternie w liście winorośli. Plus grona. Winne. Krzesło oryginalne było od mebli wykonanych wujkawalerkową ręką nie do odróżnienia, co Królowa Matka zaświadcza, dopiero bowiem gdy była dorosła uświadomiono ją, że te meble to nie jest spadek po przodkach, tylko rękodzieło.

Miejmy zatem nadzieję, że jeśli Pompon Starszy ma już być Walerkiem, to po całości, koniec OT).

... a zatem poza tym Pompon Starszy pozostaje najporządniejszym dzieckiem Królowej Matki*, takim, które układa po sobie pieczołowicie pościel po rannym wstaniu, zadaje pytania w rodzaju: "Mamusiu, czy te spodnie pasują do tej koszulki?", mimo ukończenia lat sześciu nadal nie wyrósł z fascynacji pomaganiem mamusi w pieczeniu ciast oraz myciu wanny, jego najukochańszym hobby jest zamiatanie werandy po piętnaście razy na dobę, a najsurowszą karą jest zakazanie mu odkurzania. Ponadto Pompon Starszy dokładnie i precyzyjnie koloruje obrazki, rysuje własne ilustracje do książek, kopiuje dzieła Elżbiety Wasiuczyńskiej, lepi z plasteliny misterne stworki, którym dolepia miniaturowe stoliczki, krzesełka, łóżeczka i lodóweczki zapełnione jeszcze bardziej miniaturowymi buteleczkami mleka, owocami, warzywami i minisereczkiem w plastereczkach. Zadaje tez masę bardzo szczegółowych pytań dotyczących otaczającego go świata i twierdzi, że będzie miał same szóstki, nie to co jego bracia, koniec cytatu. Pytania te zadaje używając "dorosłego" języka, co czasem daje komiczny efekt, ale jest dość trudne do oddania w cytatach, niestety.

Poza tym sepleni najbardziej z całej czwórki.

W efekcie kumulacji wyżej wspomnianych cech zdarza mu się wygłaszać rzeczy jak poniższa:

Pompon Starszy (woła braciszków na film) - Chłopcy! Chodźcie, jest "Magaskaj", trzecia część!
Królowa Matka - Madagaskar.
Pompon Starszy - Madaskaj.
Królowa Matka - Ma-da-ga-skar.
Pompon Starszy - Ma-ga-da-skaj.
Królowa Matka - MADAGASKAR.
Pompon Starszy - Chłopcy! Chodźcie, jest "Cośtam-cośtam-skaj", część trzecia!

Oraz - regularnie - porządkować wszechświat.

Pompon Młodszy (entuzjastycznie) - Bojis, idziemy do kina! Tata powiedział, że idziemy w sobotę do kina! Już pojutro!!!
Pompon Starszy (z precyzją skalpela) - Mówi się "przedjutro"!!!

Pompon Starszy (podsumowując poranek) - Spałem, mamo, bardzo długo i mogłem się pod moim kocykiem spocić. Na szczęście ja się nigdy nie spacam.

Pompon Starszy (o krok od wpadnięcia we wspomnianą na wstępie cholerę) - Jestem NAPRAWDĘ wkurzony na tę aktualizację! Nie dość, że długo się ściągała, to dostaliśmy tylko jeden zombie-kwiatek... (nabierając tchu w płuca)... i w dodatku zgorszyli nam pandę!!!

Pompon Starszy (do mamusi, z satysfakcją) - Naostrzyłem sobie ołówek. Teraz wreszcie będę mógł rysować. Nie to, co przedtem.
Królowa Matka (z taką dozą zainteresowania, jakiej można spodziewać się po matce wielodzietnej w tym porywającym temacie) - A jak ci się rysowało przedtem?
Pompon Starszy (z uczuciem) - Strasznie! Nie wyobrażasz sobie. Naprawdę byś nie chciała tego doświadczyć!

No bo kto by chciał, nieprawdaż.

Królowa Matka (kiwając głową) - Oj, synu, synu, synu.
Pompon Starszy (identycznym tonem)  - Oj, mamo, mamo, mamo.

I to by było na tyle.


*Bardzo Aktualne Zdjęcia Poglądowe.

Zdjęcie A:


Piżamka Pompona Młodszego o rześkim, sobotnim poranku.

Zdjęcie B:


Piżamka Pompona Starszego o rześkim, sobotnim poranku.

I to by było na tyle tym bardziej.

środa, 30 sierpnia 2017

Pompon Młodszy at his best

Pompon Młodszy (je śniadanko odrobinkę dłużej, niż ogólnie przyjęte zasady przewidują, na przykład dwie i pół godziny).
Królowa Matka (balansując na cieniutkiej granicy, za którą tylko ruiny, zgliszcza, zianie ogniem z paszczy i uwiąd życia rodzinnego) - Dziecko, ja cię błagam, jedz szybciej...
Pompon Młodszy (życzliwie) - Bo chcesz nam szybciej dać deser?

Pompon Młodszy (zaglądając do własnego kubka, z pretensją) - Tu przed chwilą był sok!!! Kto wypił mój sok?!
Królowa Matka (z rezygnacją osoby przyzwyczajonej do przeprowadzania podobnych pogadanek przeciętnie pięć razy dziennie) - Synuś, Potomek Starszy nie mógł ci wypić, bo siedzi na kanapie i się stamtąd nie ruszył od kwadransa. Potomek Młodszy nie mógł ci wypić, bo jest na górze i rysuje ilustracje do własnej powieści. Pompon Starszy, ja sam zapewne widzisz, siedzi na werandzie. Co oznaczać może tylko jedno, a mianowicie...
Pompon Młodszy (kończąc płynnie myśl Mamusi) - ... że to ty!

Pompon Młodszy, w krótkiej przerwie między nieustannymi posiłkami, z których składają się jego dni (sprawdzić czy nie pizza) - Mamo, mamo, zobacz! Założyłem okulary tatusia! W ŻYCIU nie będę okularów nosił, NIGDY, wyglądam w nich jak młody naukowiec... (zsuwa się z krzesła i zataczając się silnie robi kilka niepewnych kroków) I w dodatku widzę jak młody naukowiec!

Pompon Młodszy (przerywa sobie na chwilę rysowanie komiksu, aby popaść w zadumę, a następnie wyartykułować będące skutkiem tego głębokiego namysłu pytanie) - Mamusiu, czy zasady są po to, żeby je łamać?

Dziecko na dzisiejsze czasy, tyle tylko Królowa Matka Państwu Szanownemu powie.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Każdemu to, co lubi

Królowa Matka, Pan Małżonek i cała Banda Czworga wracają sobie przez główny deptak miasta ze spaceru, który od jakiegoś czasu przedsiębiorą wieczorami dla zdrowotności krokiem "ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą".

Wieczór jest rzeczywiście piękny, tłumy spacerowiczów wokół, nocne życie miasta wre, a elementem tego wrzenia jest klub, którego okna są ściśle zasłonięte purpurowymi, ciężkimi kotarami, do którego na pozór zamkniętych na głucho, ciężkich wrót wiedzie czerwony dywan, z obu stron ograniczony pozłacanymi słupkami połączonymi złotymi sznurami z frędzlą oraz ozdobnymi chwostami.

Pompon Młodszy (z zachwytem) - O, mamusiu! Jakie to śliczne! Chodźmy tam, możemy, mamusiu?

Królowa Matka - Nie.

Pompon Młodszy (głosem nabrzmiałym rozczarowaniem) - Dlaczego nie?!

Królowa Matka (ze stoickim spokojem) - Bo to nocny klub i sex shop.

Potomek Młodszy (w popłochu zagarniając Młodszego Braciszka, już popylającego po czerwonym dywanie) - Oj, to chyba faktycznie nie...

Cała Rodzina, wraz z nieco nabzdyczonym Pomponem Młodszym mija Manufakturę Cukierków, przypadkowo sąsiadującą ze wspomnianym wyżej przybytkiem niemalże ściana w ścianę, na rzęsiście oświetlonej wystawie której mienią się wszystkimi kolorami tęczy (oraz jeszcze kilkoma dodatkowymi) cukierki i lizaki, w słojach, kubkach, koszyczkach, malowniczo rozrzucone luzem, ślące w nocne przestrzenie upojne wonie.



Potomek Starszy (niemal w ekstazie) - O, i to jest mój sex shop!

I tak trzymać, syneczku!



środa, 19 lipca 2017

Jak skłonić młodszego* nastolatka do zrobienia niemal wszystkiego

*starszy nastolatek, jako uodporniony, i tak będzie miał wszystko w miejscu archaicznie zwanym rzycią

Wieczorek, słońce zachodzi za ohydny bunkier, który Królowej Matce buduje tuz za płotem jakiś pozbawiony gustu milioner, skłaniając ją do coraz częstszych myśli, by porzucić Dzicz i przenieść się gdzieś, gdzie nie ma żadnych milionerów, cykady cykają, mgły się snują nad polami, a w Domu w Dziczy Potomek Starszy wystawia na próbę cierpliwość swoich rodziców, gdyż siedzi. I gra. Na komórce.

Królowa Matka (po dwóch tysiącach rzuconych w głucho milczącą przestrzeń zdań typu: "Synu, czas spać. "Jutro też jest dzień". "Proszę, udaj się w kierunku łazienki, umyj się, a potem lulu". "Synu, naprawdę chcielibyśmy się już pozbyć waszego lubego widoku". "Czy ty mnie w ogóle słyszysz?", odrobinę eskalując poziom decybeli) - Ja cię bardzo uprzejmie proszę, skończ wreszcie to granie, myć się i spadziara stąd w podskokach na górę, ale już!!!

Potomek Starszy (nieuważnie) - Mhm... Zaraz... zaraz... tylko tu dokończę taki poziom...

Królowa Matka (słodko) - Poziom, mówisz. No, dobrze. Nie chcesz po dobroci, użyjemy środków przymusu pośredniego.

Potomek Starszy (nie odrywając wzroku od komórki) - Aha?

Pan Małżonek (pouczająco) - Nasze wieloletnie doświadczenie jako rodziców i byłych nastolatków mówi mi i twojej mamusi, że są sposoby, by skłonić młodzieńca w twoim wieku do opuszczenia dowolnego pomieszczenia, i to raczej szybko.

Królowa Matka - Są bowiem rzeczy, których żaden nastolatek znieść nie jest w stanie.

Pan Małżonek (tonem niezbędnego uzupełnienia) - Dwie.

Królowa Matka - Tak jest, dwie. Pierwsza to rodzice młodzieńca, tonący w czułym objęciu i podający sobie ust korale...

Potomek Starszy (tonem niewyobrażalnie hojnego właściciela niewolników) - Podawajcie sobie na zdrowie. Mnie to w ogóle nie przeszkadza.

Królowa Matka - Toteż właśnie. W twoim wypadku musimy zastosować tę drugą rzecz.

Potomek Starszy (wali w ekranik komórki, unicestwiając całe nacje, albo, przeciwnie, wycinając im wygodną drogę przez puszcze i trzęsawiska, Królowa Matka nie wnika, i nie reagując na słowa Rodzicieli w żaden sposób, no, chyba, że uznamy, że brak reakcji to też jakaś reakcja).

Pan Małżonek (łagodnie) - Z tobą, synu, będziemy rozmawiać o seksie.

Potomek Starszy (wykazując słabe oznaki niepokoju) - O seksie? Dlaczego o seksie?

Królowa Matka (tonem niezbędnego wyjaśnienia) - Bo nie ma nic straszniejszego, niż rodzice wyjaśniający nastolatkowi tajemnice życia seksualnego, najlepiej posiłkując się licznymi przenośniami i porównaniami do kwiatków, motylków, pszczółek i kropli rosy na kwieciu. Oraz graficznymi wykresami, o, graficzne wykresy też bardzo na propsie. A już naj-naj-lepiej, jak to czynią w obecności kolegów nastolatka, ale to już trudno, jakoś sobie bez tego poradzimy...

Pan Małżonek (kontynuując wykład Małżonki) - Jesteś już, synu, w odpowiednim wieku, jeździsz na szkolne wycieczki z nocowaniem, naprawdę byśmy nie chcieli, żebyś po jakiejś kolejnej stanął nam w progu z koleżanką i informacją, że ona się do nas wprowadza, bo uczyniliście nas dziadkami...

Potomek Starszy (nerwowo) - No ale co ty, tato, ty wiesz, ile ja mam lat?! Trzynaście! Nawet nie trzynaście, dwanaście i pół mam!!!

Pan Małżonek (nie dając się zepchnąć z obranego kursu) - ... zwłaszcza, że na tych wycieczkach jakieś przytulanie na dobranoc odchodzi, jak słyszałem, jakieś gry w butelkę...

Potomek Starszy (bardziej nerwowo) - Tylko się przytulamy! Wszyscy się przytulamy! Chłopaki też, tak na pożegnanie, nic więcej!!!

Pan Małżonek (nieustępliwie) - ... a od takiej gry w butelką tylko kroczek...

Królowa Matka (wchodząc płynnie w słowo swojej Lepszej Połówce) - ... od uczynienia którego uchronić cię może jedynie niezłomny kręgosłup moralny. Ponieważ jednak wiemy ze wspomnianego wyżej doświadczenia, że jak rodzice zaczynają mówić o kręgosłupie moralnym nastolatek dostaje szklanego wzroku i tym aktywniej wpatruje się w komórkę, co najwyżej powtarzając nieobecnym tonem "Aha, aha..." powrócimy do jego kształtowania w bardziej sprzyjających okolicznościach, a teraz przekażemy ci parę informacji technicznych.

Pan Małżonek (tonem wykładowcy uniwersyteckiego) - Na przykład, synu, taka prezerwatywa.

Królowa Matka - Prezerwatywa to jest, drogi chłopcze, konieczność. I nie ma to, tamto, że niewygodna czy coś. Albo, że nakładać nie umiem, więc nie użyję. Nie umiesz, to się naucz...

Pan Małżonek - ... możesz, na przykład, poćwiczyć w domowym zaciszu na jakimś poręcznym warzywku...

Królowa Matka - Tylko czarnej nie kupuj! Czarny wyszczupla!!!**

Pan Małżonek (tonem życzliwej porady) - ... i nigdy nie kupuj rozmiaru XXL w nadziei, że wydasz się bardziej hojnie wyposażony przez naturę, bo taki sprzęt może się zsunąć i wtedy...

Potomek Starszy (w popłochu zrywając się z kanapy i rzucając komórkę na stół) - Idę! Już idę się myć, już!!! Wy nie jesteście normalni!!! ŻADNYCH HAMULCÓW nie macie!!!!!

Mwahahahaha.

ZAWSZE działa :).


** z dedykacją dla Kochanej Teściowej, która takiej właśnie porady udzieliła Panu Małżonkowi, gdy ten w nastolęcych latach pobierał nauki na przedmiocie zwanym Wychowaniem do Życia w Rodzinie.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Post zniechęcający do jedzenia owoców

Pompon Młodszy (w czasie czynienia z Mamunią zakupów żywieniowych dla dużej, głodnej rodziny) - Popatrz, mamusiu, te morelki wyglądają jak pupki!

Królowa Matka (bezbłędnie wyławiając w wypowiedzi Dzieciątka to, co najistotniejsze; machinalnie) - To są brzoskwinie, synku...

Pompon Młodszy (poprawiając się posłusznie) - Brzoskwinki. Te brzoskwinki, mamusiu, wyglądają jak pupki.

Królowa Matka (wrzucając do koszyka sklepowego bułki, chleb oraz pieczywo tostowe, nieco nieuważnie) - Mhm, rzeczywiście, trochę tak wyglądają...

Pompon Młodszy (kontynuuje w natchnieniu) - ... takie tu mają pęknięcia przez środeczek, a po obu stronach pęknięcia takie połóweczki...

Królowa Matka - Istotnie.

Pompon Młodszy (kończąc z satysfakcją) - Jeszcze tylko brakuje takiego zawijaska pośrodku, i by wyglądało, jakby robiły kupkę.

Kto jak kto, ale Królowa Matka nie spożyje żadnej brzoskwinki przez czas jakiś...

wtorek, 27 czerwca 2017

Potomek Starszy służy wiedzą

Matka Królowej Matki (w zadumie wpatrzona w swoją krzyżówkę, w przerwie między gryzieniem końcówki ołówka a wpisywaniem haseł, rzuca w przestrzeń) - Pies myśliwski... pies myśliwski jak półwysep w Ameryce Północnej...

Potomek Starszy (zdecydowanie i rzeczowo) - Takiego wielkiego psa nie ma.

Ha! Szach mat, Układacze Krzyżówek!!!

środa, 21 czerwca 2017

Nothing But the (Sad) Truth

Sielskie popołudnie.

Dziatwa beztrosko igra swymi komórkami i spinnerami, a takoż puszcza bańki, przerywając swe igrce jedynie dla wykrzyknięcia: "Mamoooo, a oooon ukłuł mnie/ nie daje mi grać/ nie daje mi grać w to, co chcę/ mnie bije/ mnie łaskocze/ powiedział, że jestem mały/ powiedział, że mam się wypchać/ powiedział "czytam bestiariusz", i co to znaczy/ obiecał się pobawić w...., a teraz mówi, że nie/ mówi, że go nudzę (niepotrzebne skreślić)....!" i to zaledwie raz na minutę.

Pan Małżonek, przeżywający w pracy pełnie napięcia chwile tkwi w posępnym milczeniu przed komputerem i strzela z łuku do nerwowo biegających po ekranie postaci, odcięty od lubych dźwięków przy pomocy słuchawek, które gwarantują, że nie przejdzie on do strzelania w realu (a łuk w Domu w Dziczy się jak najbardziej znajduje, ma 18 kilogramów naciągu i niesie, że ho, ho).

Królowa Matka dzierga, jednym okiem rzucając na odcinek "Frasiera", który właśnie uległ był przerwaniu, zaś na ekranie pojawiły się reklamy, te, nieprawdaż, dźwignie handlu.

"Każdego dnia odczuwasz wdzięczność za swoich najbliższych - zapewnia w TV pani aksamitnym, macierzyńskim głosem - i każdego dnia chcesz ich kropnąć...".

Królowa Matka zastyga z szydełkiem w dłoniach. W jej mózgu przekonanie, że całkiem sporo rzeczy dałoby się sprzedać (przynajmniej jej) za pomocą tego chwytliwego hasła walczy z wrażeniem, że żadnej z nich nie reklamowano by w  porze najwyższej oglądalności. Nauczona doświadczeniem spokojnie oczekuje na powtórkę reklamy, tym razem planując wysłuchać jej z napiętą uwagą.

Niestety, z jakiegoś powodu (a nawet z czterech powodów) uwaga jej zostaje rozproszona i w chwili, gdy pani zaczyna przemawiać aksamitnym głosem do uszu Królowej Matki dochodzi niezmiennie: "Każdego dnia odczuwasz wdzięczność za swoich najbliższych, i każdego dnia chcesz ich kropnąć".

Hm.

Szydełko idzie na bok, drzwi balkonowe zostają zamknięte, odcinając Królową Matkę od czterech źródeł natężonego dźwięku dobiegających z ogródka przynajmniej na chwilę, Królowa Matka przykleja się do telewizora i już w czasie kolejnej przerwy na reklamy jej cierpliwość zostaje nagrodzona.

"Każdego dnia odczuwasz wdzięczność za swoich najbliższych - szemrze pani - i każdego dnia chcesz ich chronić".

Królowa Matka nie wie, czy określenie "freudowska pomyłka" dotyczy też przesłyszeń, ale i tak pozdrawia Zygmunta Freuda machaniem, gdziekolwiek ten się teraz znajduje.


niedziela, 28 maja 2017

Post Ostatecznie i Nieodwołalnie Kompromitujący

Królowa Matka, Pan Małżonek oraz część ich Progenitury udali się byli do Cywilizacji, by odetchnąć atmosferą Wielkiego Świata, jakże inną od atmosfery siermiężnych pól i lasów, którymi oddychają na co dzień, wypić kawę i zjeść lody.

Pan Małżonek zamówił kawę, Królowa Matka zagarnęła Potomki i ustawiła się w kolejce do stoiska jednej z wiodących cukierni w kraju, której nazwy tu nie poda, bo nie jest winą cukierni, że ma takich klientów. Stała, stała i nic nie myślała, stara się bowiem oddawać niemyśleniu w każdej chwili całym po prostu sercem, a wzrok jej błądził po tych wszystkich tartletkach z owocami, fikuśnych tortach zdobnych w fale kremu i cukrowe kwiecie, babeczkach z kajmakiem i rogalikach z różą oraz inszych inszościach, aż wzrok jej zatrzymał się.

Na białych, cukrowych penisikach, osadzonych na podstawie z błękitnych stokroci.

Królowa Matka w zasadzie nadal nic nie myślała, penisiki jak penisiki, bywało się w różnych, mrocznych częściach internetu, na przykład w tych, w których potencjalnej klienteli wieczorów panieńskich przedstawia się torty, ciasteczka i inne smakołyki zdobne w ornamenty z cukrowych męskich przyrodzeń dowolnych fasonów, rozmiarów i kolorów, najwyraźniej umysł Królowej Matki nie wyparł tych wizyt tak dokładnie, jak jej się wydawało. Teraz wzrok jej utkwiony był w penisikach z doskonałą obojętnością, zaś w umyśle ospale formowała się niemrawa myśl, że trochę to dziwne, a nawet odważne, tak umieszczać w wystawowej gablocie męskie części bądź co bądź intymne, dokładnie na wysokości oczu dziatwy wieszającej się na rodzicach w oczekiwaniu na lody i ciastka z czekoladą.

Kolejka przesunęła sie o krok.

Królowa Matka też sie przesunęła.

O krok bliżej do penisików.

Które z bliska okazały się nie być penisikami.

Tylko figurkami chłopczyków w albach, z pobożnie złaczonymi rączętami, przeznaczonymi na pierwszokomunijne torty. Co by wyjaśniało ich umajenie błekitnymi stokrociami.

Stanu umysłu Królowej Matki natomiast nic wyjaśnić nie jest w stanie. No, poza chronicznym niewyspaniem, zmęczeniem, poczuciem beznadziei, ciężką chorobą, kłopotami rodzinnymi, reformą szkolnictwa, posiadaniem najstarszego dziecka w wieku nastoletnim, a najmłodszego- z permanentnym buntem dwu-, trzy-, cztero- (i tak dalej) - latka, i jeszcze innymi czymsiami, co to jak Królowa Matka wymyśli to dopisze.

Tego się Królowa Matka będzie trzymać.

Li i jedynie.

środa, 17 maja 2017

Do zrujnowania rodzimego przemysłu krok pierwszy

Królowa Matka jest dziś (i jutro, i pojutrze, i popojutrze) nie Królową Matką od Bandy Czworga, tylko Królową Matką od Bandy Trojga, jako, że Potomek Starszy okazał się już Bardzo Starszy, wziął się i pojechał na wycieczkę.

Nie jakąś tam byle jaką, dla malutkich dzieci, jedno- albo i półdniową.

Na poważną wycieczkę dla klas szóstych, które będą nocować (bo przecież nie spać, spanie jest dla mięczaków) poza domem, używać życia i szastać forsą oraz pić Colę w ilościach w Domu w Dziczy zakazanych.

Czy w związku z tym wiekopomnym wydarzeniem matczyne oko zasnuło się łzą?

Czy wezbrały w macierzyńskim łonie wspomnienia o maleńkim chłopczyku, który obejmując ją chudziutkimi ramionkami zapewniał, że jej nigdy nie opuści, zawsze przy niej będzie, bo bycie z nią jest najfajniejszą z fajnych rzeczy na świecie?

Czy Rodzice, tłumiąc wzruszenie, odprowadzili Potomka Starszego na szkolny dziedziniec, a potem, jadąc do swych zakładów pracy nie ukrywali już przepełniającego ich po brzegi wzruszenia?

Czy nie mogli się skupić na swej pracy, sprawdzając co dwie minuty telefon, by nie przeoczyć SMS-a od Ukochanego Syna (którego zresztą ten wysłał dopiero po oberwaniu przez łeb od Wychowawczyni, która przypomniała Pacholęciu, że musi skontaktować się z domem ze względu na swoją chorą babcię, której nie wolno się denerwować, a która do denerwowania się jest więcej niż skłonna)?

Nie.

Nic podobnego się nie zdarzyło.

Nie oznacza to jednak, że Potomek Starszy pojechał w Siną Dal pozbawiony moralnego wsparcia i nie otulony niby kokonem dobrymi radami, których bogaci doświadczeniem Rodziciele nie szczędzili, rzucając go - maleńkiego i bezbronnego - w ten dziki i bezlitosny świat..

Rano otóż, na chwilę przed wyjściem z domu, gdy plecak był już spakowany, kanapki zrobione, portfel z oszczędnościami ukryty w bezpiecznym miejscu, zaś Potomek po raz tysiącpińćsetny upewnił się, ze zapakował ładowarkę od telefonu, Królowa Matka, stojąc w kuchni, odezwała się w te słowa:

- Synu (tu obrzuciła swego Pierworodnego spojrzeniem pełnym macierzyńskiej czułości), wiedz, że jeśli wrócisz do domu z zameczkiem z muszelek, podpisanym "Pamiątka z Gdyni", to cię zabijemy.

- Jeżeli - płynnie włączył się do dialogu Pan Małżonek - przywieziesz ze sobą foczkę zrobioną z morskich kamyczków, to cię zabijemy.

- Jeżeli - kontynuowała Królowa Matka z łagodnością, którą wszyscy tak w niej cenią - kupisz miniaturkę latarni morskiej made in China z napisem "We love Trójmiasto", to cię zabijemy. Jeśli przywieziesz kulę, w której po potrząśnięciu będzie wirował morski piasek, zabijemy cię. Jeśli wrócisz tu z modelem żaglówki udekorowanej okruszkami bursztynu, to cię zabijemy. Jeśli ujrzę w twych rękach kubek wart 2,50, nabyty za 20 zł i umajony podpisem "Gdynia forever", to cię zabijemy.

- Jeżeli nabędziesz za ostatni - a nawet przedostatni - grosz - dodał Pan Małżonek - muszlę z ręcznym napisem "Gdynia 2017" to cię zabijemy. Jeśli przywieziesz toporny magnes na lodówkę z Neptunem, to cię zabijemy. Jeżeli...

- To co wolno mi przywieźć?! - zakrzyknął z rozpaczą Potomek Starszy, do tej chwili w milczeniu wodzący wzrokiem od jednego Rodzica do drugiego.

- Nic - uświadomiła mu Królowa Matka (czule, rzecz jasna, lecz stanowczo). - Jesteśmy w Gdyni co najmniej raz w roku, najczęściej dwa. Nie ma potrzeby, byś sobie stamtąd przywoził cokolwiek akurat teraz.

- Pocztówkę - rzekł niemal w tej samej chwili Pan Małżonek - Pocztówkę możesz sobie przywieźć. Ozdobioną nadmorskim piaseczkiem.

- W Oceanarium są takie magnetyczne kule... - podjął desperacką próbę Potomek Starszy.

- Żadnej kuli - ucięli Rodzice z tą godną podziwu zgodnością, która jest przywilejem starych, dobrych i wypróbowanych w licznych burzach małżeństw, a o którą apelują psycholodzy w każdym artykule na temat zalecanej w kontaktach z Potomstwem jednomyślności.

- Lizaki wszystkim kupię - rzekł Potomek Starszy tonem zrezygnowanym i pojechał.

Jeśli pojawi się jeszcze na łamach tego bloga oznaczać to będzie, że wrócił bez kuli.

sobota, 29 kwietnia 2017

O wyższości Melchiora i Baltazara

Dwa dni temu Królowa Matka odebrała telefon. W pracy akurat była, ale przypadkiem trwała właśnie przerwa, Królowa Matka (też przypadkiem) nie miała dyżuru i była dyspozycyjna.

- Czy rozmawiam z mamą Kacpra? - spytał grzecznie damski głos w słuchawce, a Królowa Matka potwierdziła, że i owszem, w króciutkim ułamku sekundy zastanawiając się, co takiego wymalował Potomek Młodszy w szkole (do myśli, że może zleciał skądś na ten głupi łeb, albo sobie coś złamał nie zdążyła dojść, co oczywiście daje pewne pojęcie o głębi jej macierzyńskich uczuć, a mianowicie, że ta głębia jest więcej niż dyskusyjna).

- Proszę pani - powiedział głos uprzejmie, ale wyrobione ucho Królowej Matki wyczuło ukryte profesjonalnie pod tą uprzejmością furię i takie rzeczy, których się nie werbalizuje z obawy przed pozwem o zniesławienie. - Termin opłaty za wycieczkę minął dwa tygodnie temu, a wyjeżdżamy na początku maja!

- O - zdziwiła się Królowa Matka. - Wydawało mi się, że wszystko już zapłaciłam...

- Nie, proszę pani - powiedział głos tonem, który nieomylnie zasugerował Królowej Matce, że zbliżamy się do momentu silnie krytycznego. - Kacper nie zapłacił jeszcze za wycieczkę...

- Może coś przeoczyłam - zgodziła się grzecznie Królowa Matka, która istotnie płaciła na ostatniej wywiadówce takie ilości kasy na przeróżne cele (rada rodziców, druga część ćwiczeń do polskiego, ta nieobowiązkowa, wyjazd do teatru, dobrowolna składka ustalona na początku września, wycieczka, chociaż wyglądało na to, że tego akurat nie), że to i owo mogło jej umknąć, - chociaż byłam pewna, że zapłaciłam już miesiąc temu. A, przepraszam, ile?

- Informacja o tym była na dzienniku elektronicznym! - w głosie rozmówczyni Królowa Matka wyczuła powoli acz nieuchronnie dojrzewające postanowienie, by porzucić wszelkie uprzejmości.

- Do dziennika zaglądamy regularnie - powiedziała Królowa Matka łagodnym tonem, bo robi w tym biznesie od lat i nie nowina jej kontakty z rodzicami ukochanych kurczątek "ach-no-co-pani-powie-oczywiscie-że-on-jedzie-jak-to-termin-wycieczki-minął-dlaczego-nikt-mnie-nie-informował-że-to-już-maj!!!", o tym, co się czuje w czasie podobnych kontaktów nie wspominając - ale najwyraźniej przegapiliśmy notatkę. Bardzo przepraszam. Bardzo. Oczywiście, do jutra wszystko zapłacimy. Tylko, przepraszam, ile?

- Dwadzieścia pięć złotych - warknęła słuchawka i się rozłączyła w trakcie kolejnych przeprosin Królowej Matki i ryczącego dzwonka na lekcje w tle.

No, nic. Królowa Matka wróciła do domu, w rozmowie z Panem Małżonkiem wyraziła zdziwienie w temacie zalegania z opłatami, wysuplała z własnych, skąpych zasobów dwadzieścia pięć zeta i wręczyła je Potomkowi Młodszemu z poleceniem, by natychmiast rano, jeszcze przed lekcjami, dostarczył je pani, gnąc się w ukłonach i z przeprosinami na ustach. Może przy tym zwalać odpowiedzialność na beztroskich rodziców, czemu nie.

Nazajutrz było nazajutrz, Królowa Matka udała się do pracy, po czym w trakcie lekcji z klasą V B jej telefon rozdzwonił się, a na jego ekranie wyświetlił się nieznajomy numer.

Królowa Matka z zasady nie odbiera nieznajomych numerów, czyni wyjątki wyłącznie rano w pracy, powodowana licznymi wizjami jej Potomków doznających w szkołach i przedszkolach urazów/wypadków/złamań/gorączki 40-stopniowej i wysypki na całym ciele /i innych takich, lub też wizją swej własnej Matki popadającej w omdlenie gdzieś na środku ulicy. V B jest klasą inteligentną i współpracującą, a w dodatku ma nauczyciela wspomagającego, więc Królowa Matka zdecydowała się zlamać szkolny regulamin, wymknęła się na korytarz i odebrała.

- Dzień dobry - powiedział kobiecy głos po drugiej stronie tego czegoś, po czym leci sygnał - tu mówi (nazwisko, które padło, nic Królowej Matce nie powiedziało). Czy rozmawiam z panią (i tu kolejne nazwisko).

- Nie - powiedziała zgodnie z prawdą Królowa Matka, której podane miano nie powiedziało kompletnie nic, co jest pewną sztuką zważywszy, że pracuje w szkole i z przeróżnymi nazwiskami w dużych stężeniach styka się od lat.

- Niemożliwe - nie zgodził się głos - mamy ten telefon jako kontakt do pani...

- Nie - powtórzyła Królowa Matka z łagodnym uporem - to znaczy, możliwe, że państwo mają, ale ja nie jestem pani X. To pomyłka.

- Jak to pomyłka? - spytał bezradnie głos. - Przecież ja wczoraj z panią rozmawiałam!

- Nie - powiedziała po raz trzeci Królowa Matka, której jeszcze nic nie zaczęło świtać.

- Ależ tak! - uparł się głos, w którym zaczynały pobrzmiewać nutki histerii. - Wczoraj rozmawiałyśmy w sprawie wycieczki! Pytałam, czy to pani, i pani powiedziała, że tak!

- Chwileczkę... chwileczkę... - powiedziała Królowa Matka, której świtać wreszcie zaczęło. - Wczoraj rozmawiałam w sprawie wycieczki. Ale wczoraj spytała pani, czy jestem mama Kacpra...

- Tak... - powiedział głos po chwili milczenia. - Tak... rzeczywiście... spytałam, czy rozmawiam z mamą Kacpra...

-... a ja, widzi pani - kontynuowała Królowa Matka - mam syna Kacpra.

- Ma pani syna Kacpra... - powtórzył głos słabiutko.

- Tak, i widzi pani - kontynuowała Królowa Matka radośnie - on jedzie na wycieczkę klasowa w maju.

Głos nic nie powiedział, gdyż jego właścicielkę najwyraźniej zatkało.

- I pewnie nie będzie to dla pani pociechą - ciągnęła Królowa Matka wpadłszy w ciąg, - ale on się dziś pojawił w swojej szkole z pieniędzmi...

- A nasz Kacper - zwierzył się Królowej Matce głos - przyszedł bez pieniędzy i spóźniony czterdzieści pięć minut...

- Bardzo mi przykro - wyraziła szczere współczucie Królowa Matka - ale obawiam się, że nic na to nie będę mogła poradzić.

- Nie, pewnie, że nie - powiedział głos. - Przepraszam panią najmocniej, co za nieporozumienie! Mieliśmy ten kontakt podany przez mamę Kacpra jako jej telefon...

- Pewnie się pomyliła - rzekła Królowa Matka, usiłując mieć więcej wiary w dobrą wolę nieznanej mamy niż podpowiadał jej to zdrowy rozsądek oraz wrodzony sceptycyzm. - Tym niemniej, niech panie wykreślą ten numer z rejestrów, bo on jest z cała pewnością i od wielu lat mój. I życzę powodzenia!

Tak więc, Kochani Czytelnicy. Melchior. Baltazar. Ludwik, jeśli pragniemy pozostać w klimatach królewskich. Albert, jeśli chcemy pozostac w klimatach mędrców.

NIE Kacper.

piątek, 31 marca 2017

Oto jest Kasia, czyli Pinokio w spódniczce (Mira Jaworczakowa, "Oto jest Kasia")

Drodzy Państwo, Świat nie chciał, by ta notka powstała.

Bardzo nie chciał.

Trzy razy robiła Królowa Matka podejście. Czytała książkę, robiła notatki, kładła je w logicznym, uporządkowanym i łatwym do zapamiętania miejscu, po czym je gubiła. Znów czytała, znów notowała, znów gubiła. Rezygnowała z pisania, zapominała o nim, przypadkiem znajdowała swoje zapiski. Ucieszona, odkładała je w miejsce, o którym na pewno będzie pamiętać, po czym nie miała pojęcia, gdzie one są, na pewno w jakiejś książce (tjaaaa, w Domu w Dziczy to jest wskazówka na wagę złota), w jakiejś, którą miała w ręku w ciągu ostatnich miesięcy... zaczynała szukać, a dalej było i tak dalej, i tym podobnie.

Wreszcie dziś znalazła swoje (pierwsze) notatki czystym przypadkiem, postanowiła przeciwstawić się niechętnemu Światu i oto jest.

Oto ona.


Oto jest Kasia.

Kasię Królowa Matka poznała w wieku wyżej wymienionej, czyli mając jakieś osiem lat i od pierwszego przeczytania uznała ją za okropne dziewuszysko, albowiem Kasia miała to wszystko, o czym Królowa Matka w wielu lat ośmiu marzyła, a mianowicie starszego brata, siostrzyczkę-dzidziusia i dziadka. W jakość dziadka Królowa Matka wtedy nie wnikała, chciała jakiegoś mieć i już, na starszego brata liczyć raczej nie mogła, dostarczenia maleńkiej siostrzyczki rodzice Królowej Matki odmawiali z niezrozumiałą gwałtownością, tak więc Królowa Matka - do głębi rozgoryczona - czytała Kasię średnio raz w miesiącu, zazdroszcząc jej coraz bardziej, po czym stopniowo przerzuciła się na inne lektury, a o Kasi zapomniała na czas raczej długi. Pozostało jej tylko mgliste wspomnienie opowieści o niemiłej dziewczynce, która jest wstrętna dla rodziców i niedobra dla małej siostry.

Lata mijała, Królowa Matka rosła sobie i nawet czasami dorastała, została szacowną małżonką i mamusią, jej dzieciątka też rosły, mniej lub bardziej chlubnie kończyły przedszkola i pierwsze klasy szkoły stopnia podstawowego, i nadeszła chwila, gdy każde ze Starszych miało odbyć własne spotkanie z Kasią. W związku z czym Królowa Matka sięgnęła po książkę i przeczytała ją, z oczętami ogromniejącymi z każdym zdaniem. Gdy skończyła pomyślała z uczuciem o obu Wychowawczyniach, które darowały jej Potomkom omawianie całości i skupiły się na krótkim fragmencie (tym, w którym Kasia bawi się z koleżankami w tonący okręt), a jakimi słowami rzucała w szeroko rozumianą przestrzeń podczas lektury to Szanowne Czytelnictwo by nie uwierzyło, albowiem nie są to słowa, które przystoją Królowym, a już zwłaszcza Matkom.

A zatem, oto jest Kasia.

Kasia jest niedobrą dziewczynką, co poznajemy już na pierwszej stronie po tym, że nie chce się uśmiechnąć na powitanie. No bo jakże to, dziewczynki uśmiechają się na zawołanie, każdy to wie przecież. A Kasia się nie uśmiecha, patrzy naburmuszona i się nie odzywa.

Pomijając jednakże kwestię uśmiechania się na życzenie rzec należy, że Kasia jest rzeczywiście rozbisurmaniona, zupełnie jako to Królowa Matka z dzieciństwa zapamiętała, tyle, że teraz jakby jej się optyka odmieniła i już się ani Kasi nie dziwi, ani nie gorszy, ani jej nie potępia.

O fakcie, że dzieci są ludźmi zdarza się zapominać całkiem sporej części społeczeństwa. Część ta wyraża zgorszenie, że dzieci krzyczą, płaczą i wyrażają emocje w sposób często społecznie nieakceptowalny, że się nie umieją skupić, że przeszkadzają, że się nudzą, że włażą, gdzie nie trzeba oraz że nie są bezdźwięczne, bezwonne i poukrywane w piwnicach do osiągnięcia pełnoletności. Ta sama część społeczeństwa pozostaje jednocześnie zadziwiająco ślepa na fakt, że żadne dziecko na świecie nie rodzi się gotowe i wyposażone w wiedzę pozwalającą na bezkonfliktowe poruszanie się w aktualnie będących w obiegu społecznych normach (o tym, że dziecko nie równa się mały dorosły, zarówno emocjonalnie jak i psychicznie to już w ogóle nie ma co mówić), i że trzeba je tego właściwego rozpoznawania i stosowania się do norm nauczyć. I nie dziecka winą jest, jeśli tych norm nie zna.

Kasia nauczona jest być pępkiem świata. Jest tak bardzo pępkiem świata, że Królowa Matka odkryła podczas swojej ponownej "dorosłej" lektury, że kompletnie zapomniała o istnieniu tego starszego brata, którego niegdyś tak Kasi zazdrościła. I w sumie nic dziwnego, że zapomniała, bo Jurek traktowany jest jak dorosły  do tego stopnia, że dopiero po jakimś czasie Królowa Matka uświadomiła sobie, że Jurek to piątoklasista, czyli chłopiec młodszy niż jej najstarsze dziecko.

Kasia ma w domu pozycję małej władczyni i zapewnia Królowa Matka z pozycji swojego wieloletniego macierzyńskiego doświadczenia, że sama jej nie zajęła. Ktoś jej na to pozwolił, i patrząc, jak dziewczynka manipuluje tatusiem podczas kolacji, której zjeść nie chce, jak ustawia tatusia w opozycji wobec mamusi, jak tatuś GODZI SIĘ na coś, czego mamusia zabroniła w jego obecności minutę wcześniej ma Królowa Matka pewną koncepcję, kto. Kasia jest królewną tatusia, jest wzorową uczennicą i ma piątki na świadectwie od góry do dołu, bez oporów produkuje się przed zachwyconą rodziną deklamując wierszyki i śpiewając piosneczki, więc zaspakaja tatusiową próżność. Jest córeczką, którą można się chwalić, więc poza tym może robić, co jej się podoba. Może, na przykład, szarpać za rękaw gościa rozmawiającego z jej rodzicami, albo kopnąć w drzwi, za którymi trwa jakaś rozmowa domowników (po przeczytaniu powyższego Królowa Matka zamknęła na chwile książkę i spróbowała sobie wyobrazić, co by się stało w Domu w Dziczy, gdyby którykolwiek z Potomków podczas rozmowy rodziców za zamkniętymi drzwiami kopał w te drzwi i walił w nie pięściami, po czym uznawszy, że nic, albowiem ŻADNEMU z jej dzieci, nigdy, w żadnej sytuacji nie przyszłoby do głowy podobnie się zachować, spokojnie wróciła do lektury), może też - i przy tym opadnięta szczęka Królowej Matki przebiła jądro Ziemi - wydeklamować wierszyk, przedrzeźniając przy tym "tę głupią, sepleniącą Wisię" i uzyskać aplauz ukochanej rodziny.

Noż k.... cholera jasna.

Minutę po jej występie rozkochany tatuś zaczyna wychwalać Kasię, że wzorowa, że piątki, że pilna, że ją w szkole chwalą, a litanię tę przerywa mamusia, "pedagogicznie" napominając małżonka, aby "nie przechwalił dziecka".

Noż cholerajasna psiakrew.

Gdy Potomek Starszy był w wieku Kasi użył na określenie nielubianego szkolnego kolegi słowa "down". Królowej Matce w oczach pociemniało, po chwili odetchnęła, pomyślała, że może tak od razu nie zabije tego durnego gówniarza, dowodu jej pedagogicznej klęski, po czym wzięła się w garść i spytała syneczka, co to znaczy. A, nic. Koledzy tak mówią, jak ktoś głupi jest. Aha. Królowa Matka tak spokojnie, jak tylko mogła, wyjaśniła swojemu dziecku, co to jest zespół Downa. Zdjęcia były w robocie, owszem, i wykład o chromosomach. A nade wszystko informacja, że osoby z zespołem Downa nie są głupie. Nie są też gorsze od niego. Nie jest ani jego zasługą, ani ich winą, że on chory nie jest, a oni tak. Że on uczył się wiązać sznurowadła, pisać i czytać szybko, łatwo i przyjemnie, a oni nie. Że dla nich to ciężka praca, za którą i im, i ich rodzicom należy się wielki szacunek. Że używając słowa "down" jako obelgi okazuje brak tego szacunku i obraża tych ludzi, a także rani ich rodziców. I że osobom, którym jest trudniej należy się pomoc, a nie wyśmiewanie.

Ani Potomek Starszy, ani Młodszy nigdy więcej tak nie powiedzieli. Potomek Starszy do dziś wspomina: "Pamiętam, jak mi o tym mówiłaś".

Potomek Starszy, mówiąc tak pierwszy raz, nie był zły. Nie wiedział.

Kasia, wyśmiewając słabszych od siebie, nie był zła. Nie wiedziała. I się nie dowiedziała. Bowiem fakt, że pięć minut wcześniej jej dziecko przedrzeźniało jąkającą się koleżankę, nazywało ją głupią, zaśmiewając się głośno i ku radości bijącej brawo rodziny - nie zaniepokoił jej mamusi tak bardzo jak fakt, że tatuś pochwalił Kasię za jej piątki.

Noż k...., k..... oraz k..... mać.

Poza wszystkim Kasia ma chyba dość władczy, mocny charakter i zadatki na bycie naturalnym przywódcą, bo w klasie (w której nie ma wspierających ją we wszystkim rozkochanego tatusia z dziaduniem) też ma wszystkich ustawionych, jak chce, nagina panujące w klasie zasady bez konsekwencji i dzieci jej słuchają niemal bardziej niż nauczycielki. Co oczywiście w autorskim komentarzu pokazane jest jako złe i fe, i położymy temu zaraz kres, mwahahaha, no bo kto to widział. Zaraz damy wam pokaz łamania kręgosłupa, patrzcie i podziwiajcie.

No to patrzymy. I podziwiamy.

Oto pewnego dnia Kasia się budzi w domu, gdzie wszystko jest nie tak.

Mamy nie ma, tata i Jurek, wyraźnie czymś zdenerwowani, szepczą po kątach, Kasia jeszcze nie wie, że oto jej świat się skończył, a Królowa Matka zaczyna podziwiać rewelacyjnie (i najwyraźniej niechcący) napisaną postać dziecka zmagającego się z silnym, przewracającym wszystko do góry nogami wstrząsem.

Po kilku dniach szeptania po kątach w nerwowej atmosferze następuje wyraźne rozluźnienie, Kasi, której nadal nikt do sekretu nie dopuszcza, mówi się, że mama wróci, trzeba się na to przygotować (o tych przygotowaniach to specjalny akapit będzie, gdyż warte są tego), a co najważniejsze, przywiezie Kasi niespodziankę.

Kasia (przez wszystkie dni nieobecności mamy snująca rozważania, jak bardzo woli mamę, ale jej tego nie da do zrozumienia, żeby ją ukarać, no bo kto to widział, tak wyjeżdżać bez słowa, obiadu nie zostawić, śniadania, tatuś jest zły, bo krzyczy na Kasię, ale to wina mamy, bo nie krzyczałby, gdyby nie wyjeżdżała, no ale nic to, jednak jej wybaczy, tylko mama będzie musiała przysiąc, że już nigdy, nigdy Kasi nie zostawi) nadyma się radością jak balonik i nie myśli o niczym innym, tylko o mamie, co wróci, i o tej niespodziance. Na pewno jakiejś pięknej, może to będzie książka, może sukienka, może garnki dla lalek malowane w kwiatki, Kasia zaprosi koleżanki, zrobi przyjęcie, ach, jak będzie pięknie...

"Zygmunt, niech Kasia umyje ręce zanim tu przyjdzie!" - to są pierwsze słowa, które słyszy z ust mamy po dziesięciu dniach jej nieobecności i od razu wie, że coś bardzo nie gra, chociaż jeszcze nie ma pojęcia, jak bardzo.

Niespodzianka jest piszczącym tobołkiem z niemowlęciem w środku, kompletnie z punktu widzenia Kasi nieużytecznym. "Co się robi z taka siostrzyczką?" pyta zasadnie i oczywiście nie uzyskuje odpowiedzi. Siostrzyczka leży, oczu otworzyć nie chce, nie jest taka ładna jak lalki, włosów nie ma, Kasia ma być dla niej dobra, bo jest starszą siostrą, chociaż całe swoje życie była młodsza, na propozycję, by mama oddała małą tam, skąd ją wzięła, bo po co jej ona mama - która do tej pory Kasi nawet nie dotknęła - przytula siostrzyczkę do siebie, wszystko to w ciągu pięciu minut po dziesięciodniowej nieobecności mamy w domu -  i naprawdę trudno się dziewczynce dziwić, że wolałaby garnuszki dla lalek. W takiej sytuacji Królowa Matka nie wyklucza, że też by wolała.

W tym miejscu musi Królowa Matka poczynić uwagę, że coś bardzo pani autorce nie wyszło, bo jakim cudem dziecko wyjątkowo podobno bystre i dysponujące dowodem na tę bystrość w postaci zestawu piątek na świadectwach nie domyśliło się charakteru tej szumnie zapowiadanej niespodzianki nie umie Królowa Matka zgadnąć. Królowa Matka sprawdziła w Wikipedii, że ludzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku rozmnażali się tak samo jak dziś, a z ich rozmnażaniem wiążą się trudne do przeoczenia szczegóły, jak rosnący brzuch przyszłej matki, jej większa ociężałość, trudności w poruszaniu się oraz rzesze cioć i sąsiadek dopytujących się o termin rozwiązania oraz o to, czy starsza córeczka wolałaby siostrzyczkę czy braciszka. I nawet jeśli Królowa Matka jest w stanie uwierzyć, że Kasia nie zauważyła albo nie skojarzyła z niczym ani brzucha, ani zmiany w zachowaniu i wyglądzie mamy to w brak sąsiadek, cioć i towarzysko usposobionych starszych pań na ulicy i w środkach komunikacji miejskiej nie uwierzy nigdy w życiu.

Uderza wszakże, jak bardzo, jak kompletnie rodzice nie przygotowują Kasi do zmian, które mają nastąpić. Łubudu, bum, mamy dzidziusia, a ty masz się cieszyć, bo tak. Podobna informacja podana nawet pięć miesięcy wcześniej miałaby prawo wstrząsnąć Kasią i wcale jej nie ucieszyć, walnięcie jej jak obuchem między oczy i postawienie przed faktami bardzo dokonanymi w najmniejszym stopniu nie spełnia definicji bycia uroczą niespodzianką. A to dopiero początek pedagogicznych popisów rodziców Kasi, murowanych kandydatów do tytułu Rodziców Roku Albo I Stulecia.

Rodzice Stulecia zaczynają - co z punktu widzenia osób dorosłych i doświadczonych macierzyńsko jest zrozumiałe, ale Kasia ani dorosła, ani doświadczona, macierzyńsko i nie, nie jest -  nie mieć czasu, kończą się wyjścia do kina, mama już nie szyje Kasi nowych sukienek, bo przecież trzeba Agnieszce uszyć nowe kaftaniki, Kasia ma odrabiać lekcje i być cicho, bo Agnieszka akurat śpi, a przecież potrzebuje dużo snu. Tatuś wychodzi do miasta po mleko dla małej, obiecuje kupić Kasi książkę, wraca z mlekiem, za którym ganiał od apteki do apteki przez pół dzielni, za to bez książki, bo nie zdążył zajść do księgarni, i nawet jeśli Królowa Matka racjonalnie rozumie, że mleko dla noworodka jest ważniejsze niż książka dla ośmiolatki, to rozegrane to było haniebnie, należało Kasię nazajutrz, choćby się waliło i paliło, zabrać do księgarni i kupić obiecaną książkę i jeszcze jedną na przeprosiny, które się jej należały jak psu micha. Goście, ci sami goście, którzy chichotali nad Kasinymi wierszykami i cmokali nad zeszytami, przychodzą tylko do małej. Ukochany dziadzio mówiąc: "Powinszować córy!" nie ma już na myśli Kasi i jej piątek, tylko Agnieszkę, a do Kasi zapomina nawet zajrzeć.

Kasia reaguje na tę otchłań, która otworzyła jej się pod stopami, po prostu podręcznikowo. Najpierw stawia bierny opór. Nie ubiera się, twierdzi, ze nie potrafi, odmawia pomocy, a nawet nie odmawia, tylko "nie umie" i "nie wie gdzie coś jest", jakby podświadomie chciała być tak bezradna, jak ten piszczący tobołek, nad którym wszyscy pochylają się z taką uwagą. Robi na złość i na początku przeraża ją złośliwa przyjemność, którą wtedy czuje, rany, jakie to prawdziwe (komentarzu odautorski, idź się czochrać). Zaczyna kłamać w szkole, że tatuś kupi jej książki, a mama szyje sukienki, bo przecież nie sposób przyznać się, że rodzice mają cię w głębokiej obojętności, gdyż siostrzyczka. Zaczyna łapać dwóje, na początku umyślnie, z precyzyjną myślą w tyle głowy, że może chociaż to rodzice zauważą.

Rodzice zauważają, a jakże. Biernego oporu nie zauważyli, cichej rozpaczy nie zauważyli, końca świata nie zauważyli, ale dwóje by przeoczyli, też coś. Zauważywszy, porzucają wyrażane dotąd  na głos w Kasinej obecności opinie, że "chociaż z nauką dobrze, bo reszta, to...", a zaczynają się użalać, że "już i tak robi się nieznośna, a teraz jeszcze dwója", ale na szczęście "chociaż z Agnieszki jest pociecha" (!!!) i pozostają głusi na wygłoszone otwartym tekstem "Agnieszka jest dobra, Agnieszka jest dobra, a ja właśnie nie".

Zadziwiające, jak bardzo w tej książce dorośli ślepi są na wspomniany przez Królową Matkę na początku tej logorei fakt, że dzieci nie są miniaturowymi dorosłymi, że - cierpiąc i walcząc o coś - używają sposobów i środków stosownych dla ośmiolatki, nie werbalizują dojrzale swych potrzeb i wewnętrznego wzburzenia, nie analizują, nie wgłębiają się, nie racjonalizują (i nie mają żadnego obowiązku cieszyć się z tego, z czego zdaniem dorosłych cieszyć się powinny), tylko reagują jak miniaturowy berserk, rzucaniem się w gniewie do walki i kaleczeniem siebie i innych, nie do końca świadome, co je właściwie boli. Nie, w tej książce dorośli są pewni swojej nieskazitelności, żadnego nie zastanawia - o braniu za to jakiejkolwiek odpowiedzialności nie wspominając - to, że wzorowa uczennica i popularna koleżanka zaczyna się gwałtownie opuszczać w nauce, przychodzi nieprzygotowana do lekcji, zostaje odrzucona przez klasę. To jest jej wina, jej, Kasi, tej niegrzecznej dziewczynki, którą trzeba przykładnie ukarać, żeby zrozumiała, jak bardzo jest niegrzeczna, i Królowa Matka czekała jeszcze tylko na tekst "i jak bardzo martwi swoja biedną matkę".

No więc karzemy Kasię w ten sposób, że każemy jej zostać pewnego chłodnego, jesiennego wieczora z Agnieszką w domu. Kasia postanawia ignorować siostrę, jakby jej w ogóle nie było, siostra ignorować się nie daje, bo płacze rozpaczliwie, gdy w końcu Kasia wpada rozjuszona do pokoju małej okazuje się, że dziecko jest wyziębione, bo wiatr otworzył na oścież okno, i podduszone, bo ułożone na brzuszku wcisnęło buzie w poduszkę i nie umiało się samo odwrócić. Kasia wpada w panikę, odwraca małą, otula ją kocykiem, zamyka okno i do powrotu mamy bawi siostrę, i jest to taka ładna okazja, by dać Kasi szansę na prawdziwe polubienie Agnieszki, żeby mogła zauważyć, że mała siostra jest zabawna i całkiem miła, a potem, że można się w nią w szkole pochwalić i to nawet bardziej niż garnuszkami dla lalek. Szans zmarnowana, bo Kasi trzeba przecież dowalić, i to tak na poważnie, więc Agnieszka musi ciężko zachorować, a Kasia musi się tak bać, tak strasznie bać, i nie może polubić Agnieszki, bo dojrzała, zrozumiała i się zmieniła, nie może starać się być lepszą koleżanką, bo dorosła, nie może poprawiać słabych ocen, bo uczciwie pracowała, przemyślała swoje postępowanie i doszła samodzielnie do jakichś wniosków, nie, ona musi wiedzieć, że to jej wina, jej, bo była niedobra, niegrzeczna, ale teraz już nie jest, teraz już została wytresowana i ślicznie się naprawiła, dobra dziewczynka, cacy, już wie, co robić i jak się zachowywać, żeby ją mamusia i tatuś kochali. I dowiaduje się - a z nią wszystkie czytające tę lekturę dzieci - że dla rodziców liczy się tylko najmłodsze dziecko, a jeśli masz tego pecha, że najmłodsze nie jesteś to pamiętaj, że musisz mieć dobre oceny, bo bez dobrych ocen nie jesteś dla swoich rodziców (a nawet w ogóle dla wszystkich, dla kolegów, koleżanek, nauczycieli i dziadunia) niczym więcej tylko utrapieniem, które muszą bohatersko znosić.

Noż fak.

Co za szczęście, że synowie Królowej Matki nie przerabiali w szkole utworu, który dobitnie wykłada, że dziecko nie jest człowiekiem, tylko rodzajem zwierzątka do wytresowania, i że ma prawo do swoich własnych uczuć, emocji i sposobów na ich okazywanie wyłącznie w takim zakresie, w jakim to odpowiada otaczającym je dorosłym.

Nie jest to jednakże jedyna rzecz, która Królową Matką wstrząsnęła - tej drugiej, takie przynajmniej Królowa Matka żywi podskórne przekonanie, jej synowie po prostu by nie zrozumieli.

Otóż powróćmy do początku naszej opowieści.

Kasia się budzi. Dzień jest jakiś inny. Kasia nie wie, czemu jest inny, ale po jakimś czasie orientuje się, że to dlatego, że nie ma w domu mamy. Nieobecność mamy jest rzeczą dotkliwą, gdyż "kto nam zrobi teraz śniadanie, przecież nie Kasia". Królowa Matka, której dwóch starszych Potomków robiło sobie kolacje samodzielnie od siódmego roku życia zdławiła pytanie, czemu właściwie nie Kasia, ale no dobra, niech będzie, że nie, tylko czemu ona się przejmuje, w domu jest przecież druga dorosła osoba.

Druga dorosła osoba, czyli tatuś jednakże najwyraźniej po raz pierwszy w życiu widzi własną kuchnię. "Jurek - mówi bezradnie - nie wiesz, w którym garnku mama gotuje mleko?". Jurek nie wie, tatuś nie wie, nikt nic nie wie, tatuś jakimś cudem znajduje garnek i natychmiast trafia na kolejny problem porównywalny z przeprowadzeniem zimnej fuzji. "Jurek - wyciąga swojego jedenastoletniego syna z łazienki - a nie wiesz, gdzie mama trzyma jajka? MÓWIŁA MI, ALE ZAPOMNIAŁEM".

Gdzie mama trzyma, k...wa, jajka, wybaczą Państwo Królowej jej frencz.

Kobieta jedzie nocą na porodówkę i musi instruować biednego misiaczka, gdzie w jego własnym domu, w którym bynajmniej nie przebywa on wyłącznie w charakterze gościa na święta Bożego Narodzenia, są jajka (a potem majeńki dziubdziulek to i tak zapomina)!

No, nie tam, gdzie my wiemy, a pan byś chciał mieć, panie ładny, tam tych jajek nie ma na pewno, ani jednego.

W czasie, gdy pan (buahahaha) domu zmaga się z problemem braku jajek i braku patelni do ich usmażenia ("Ale to chyba można usmażyć w garnku?") mleko się bierze i kipi, wskutek czego głowa rodziny doznaje spektakularnego załamania psychicznego ("wziąłem pewnie za płytki garnek!"), i musi go pocieszać nieletni syn, który ponadto bierze na siebie przyrządzenie śniadanie w postaci krzywo pokrojonego chleba z masłem.

Nawet jeśli Królowa Matka miała nieśmiałą nadzieję, że ten śniadaniowy bajzel wywołany został całkiem przecież zrozumiałym stresem, nadzieja ta rozwiała się na kolejnych stronach, obfitujących w opisy obiadu w postaci gara kaszy ugotowanego "na zapas" i "trochę tylko przypalonego na dnie" oraz grubej warstwy kurzu, w którym Kasia wypisuje hasła "Mama wraca", a zupełnie ją pokonał fragment: "Nagle tatuś złapał się za głowę patrząc w kąt kuchni, gdzie na podłodze stały rzędem brudne garnki, patelnia, kilka szklanek i kubki".

RANY KOGUTA.

Królowa Matka czytała ten kawałek kilka razy, za każdym razem próbując jakoś go objąć rozumem. Nawet późniejszy opis pastowania podłogi metodą: "Obłóżmy podłogę pastą i zobaczymy, co będzie dalej" oraz rozważań "nie wiedziałem nigdy, że to tak ciężko" nie pokonał Królowej Matki tak, jak wizja pana domu, jego jedenastoletniego syna i ośmioletniej córki, wszystkich pełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, ze zdrowymi rękami, którzy we własnym domu USTAWIAJĄ NA PODŁODZE RZĄDKIEM BRUDNE, UŻYTE NACZYNIA I WYCIĄGAJĄ NOWE. Nie, bez względu na to, jak często czytać będzie Królowa Matka powyższy fragment i tak część jej umysłu odmawia zrozumienia.

Próbowała sobie również wyobrazić swoje dzieci, synów ojca gotującego obiady, sprzątającego dom i robiącego pranie, swoje dzieci, przygotowujące sobie posiłki i zmywające po sobie naczynia, jak czytają ten kawałek i wyszło jej, że by go nie zauważyły, bo ich mózg nie jest gotowy na przyjmowanie podobnych treści.

Przez większość książki Królowa Matka łudziła się nadzieją, że może mama Kasi nie pracuje zawodowo, jest gospodynią domową, a tatuś zaiwania na pięciu etatach, co by wyjaśniało - nie całkiem, ale troszeczkę - jego nieogarnięcie w temacie obowiązków domowych, ale nie, w końcu zażywna pani, która przychodzi wyciągnąć mamę Kasi na zebranie, wskutek czego Kasia zostaje z Agnieszką sama w ów brzemienny w skutki wieczór, nie wyciąga mamy przecież na spotkanie klubu książki. Wygląda więc na to, że mama Kasi po powrocie do domu z pracy pastowała podłogi, oporządzała dom, piekła, szyła, gotowała, odkurzała, sprzątała i prała, a tatuś Kasi po powrocie z pracy do domu odpoczywał po dniu pracy, nie kalając swej stopy wejściem do kuchni choćby tylko po to, by wynieść po sobie talerzyk.

Budzi w Królowej Matce prawdziwą grozę świadomość, że w XXI wieku w szkole podstawowej dzieci stykać się mogą - że tyle, dosłownie tyle (tu Królowa Matka pokazuje, jak bardzo tyle) brakowało, by z podobną wizją świata spotkać się mogły jej własne Potomki -  z opisaną jako wzorową (pomijając przejściowe, tak ślicznie i ku wszechobecnemu zachwytowi rozwiązane problemy ze średnim dzieckiem) rodziną, w której pan domu nie wie, gdzie stoi garnek do mleka, a dziecko na widok nie umytych naczyń mówi beztrosko: "Mama wróci, to pomyje".

A właściwie wszystko, wszystko w tej powieści budzi grozę w Królowej Matce i jedyne, co napawa ją otuchą to wiara, że jest coraz więcej nauczycieli, którzy zaznajamianie dzieci z "Oto jest Kasia" ograniczą do omówienia sceny zabawy w tonący statek.