czwartek, 31 grudnia 2015

Płaczliwy post podsumowujący

To nie był dobry rok.

Obiektywnie nie był też zły. Królowa Matka sobie konsekwentnie, acz bez fajerwerków, które już nie są potrzebne, zdrowiała, Potomki rosły, również zdrowe i hoże, Pan Małżonek Królowej Matki (jeszcze) nie puścił w trąbę, ona jego też nie, oboje mieli pracę, żadna z wichur, nawiedzających nasz kraj w lecie, nie zerwała dachu w Domu w Dziczy, wakacje były nadzwyczaj udane, a o sytuacji politycznej Królowa Matka wspominać nie będzie, gdyż przebywa na emigracji wewnętrznej. Zaś może na niej przebywać, albowiem pod dachem Domu w Dziczy jest dość książek, włóczek, szydełek i kartek oraz kredek do rysowania, by sobie te emigrację urządzić bezpiecznie i wygodnie.

To obiektywnie.

Subiektywnie było strasznie.

Gdy cztery i pół roku temu Królowa Matka, uchachana nieprzytomnie jak prosię w deszcz, opuszczała progi Ukochanego Szpitala (nieustająco miłosne spojrzenie w kierunku Szpitala im Biziela w Bydgoszczy oraz całego personelu tegoż), znacznie podreperowana na ciele, a wręcz napompowana szczęściem jak helem na duchu, Pani Psycholog uprzedziła ją, że ten stan euforii, poczucia, że wszystko się może i wszystko się uda, że wygrało się Taką Walkę, więc wszystkie inne wygra się w zasadzie nie kiwając palcem w bucie, kiedyś minie.

I minął.

Minął już jakiś czas temu, ale dopiero w tym roku to, że tak to Królowa Matka ujmie, minięcie dotarło do niej w pełnej krasie.

I ujrzała się Królowa Matka (wyraźnie, jakby stała na ciemnej scenie i ktoś puścił na nią strumień światła) tym, kim jest - mało interesującą, banalnie przeciętną starszą panią z prowincjonalnego miasta, pracującą w jeszcze bardziej prowincjonalnej mieścince, w bardzo prowincjonalnej szkółce. Codziennie wstającą o świcie, aby, po przemęczeniu paru godzin w tej prowincjonalnej szkółce wrócić do domu swej Matki, gdzie będzie użerać się ze swoimi Potomkami. A Potomki, te zupełnie inne niż opisywane tutaj, lubiane, i wręcz posiadające fankluby Potomki dały jej popalić tak bardzo, że łapała się na myśli, że wolalaby zostawać w tej nielubianej pracy, byle nie wracac do domu i ich nie widzieć. Ale wracała, widziała, staczała bitwy, które kończyły się około 21, a wtedy siadała, patrząc w ścianę pustym wzrokiem, niezdolna do niczego. Nazajutrz dzień się powtarzał, identyczny jak bliźniak, a potem znów, i znów, i tak codziennie, codziennie, codziennie. Przeciętne, do bólu przeciętne życie do bólu przeciętnej osoby, która nic nie osiągnęła i nic jej się nie udało. Której już nic nie zachwycało i nic nie cieszyło, a jedyne wpisy jakie mogłaby czynić na swoim średnim, mało popularnym blogasku to rozważania, po co jej to było, ten dom, te Potomki, i jak było wspaniale, pod każdym względem wspaniale, gdy ich nie było, i jak zazdrości osobom, które po pracy - choćby nie wiem jak znienawidzonej - wracają do domu, do PUSTEGO domu, pieprzeni szczęściarze, i nic nie muszą, i mają długie weekendy, wakacje, urlopy. A nie pisała o tym nie dlatego, że podobne wypowiedzi nie pasowałyby do ogólnego wydźwięku jej bloga, nie dlatego, żeby nie zgorszyć Czytelników swoją bezdusznością, ale dlatego, że nie mogła. Nie mogła. Po prostu nie mogła pisać.

Na szczęście - myślała z ulgą - także nie musi. Nikomu nie jest potrzebne jej pisanie, nikogo nie obchodzi. Nie zmienia świata, nikomu nie pomaga. Właściwie jest zupełnie po nic. Nikomu. Jej Czytelnikom. I jej samej.

I tak od początku roku. Na początku Królowa Matka usiłowała z wszystkim powyższym walczyć, coś pisać, coś z siebie wydrzeć. Ostatnim takim szarpnięciem było zgłoszenie bloga do konkursu w Blogu Roku, który skończył się wiadomo jak (a jak ktoś nie wie, to niech sobie sprawdzi, ze względu na stężenie niesmaku nie jest to wspomnienie, które chce sobie Królowa Matka odnawiać) i stanowiło tylko ostatni krok do spokojnego, bezwładnego, beznadziejnego zjazdu w dół.

A nawet gorzej. Nie do zjazdu w dół. Do tej prostej, monotonnej drogi bez nizin i wyżyn, bez wzlotów i upadków, płaskiej, nużącej, bezbarwnej drogi, którą był cały rok 2015.

Zaś gdy wreszcie Królowa Matka znalazła się w stanie takiego tępego marazmu, że zaczynało się to robić trochę straszne Pan Małżonek powiedział jej, żeby gdzieś wyjechała. Wybyła z domu na weekend, przenocowała u swojej mamy, spotkała się z kimś na pogaduchach. I wtedy okazało się, że nie ma żadnego "kogoś".

Że Królowa Matka jest uwięziona między czterema ścianami Domu w Dziczy, daleko od Cywilizacji, pośród czterech Potomków, ze swoim Mężem i Mamą jako jedynymi pełnoletnimi osobami, z którymi może poraozmawiać.

Że jest niewyobrażalnie samotna.

Nawet jak na silną introwertyczkę z nadnaturalnym pociągiem do książek to było trochę za dużo.

Ale nic z tym się zrobić nie dało, więc sobie nadal taka Królowa Matka była. Samotna i nawet nie smutna, bo nie miała energii na smutek. Taka trochę wydmuszka, którą ktoś wypatroszył ze wszystkich uczuć i emocji, zwłaszcza tych dobrych.

Królowa Matka pisze to wszystko, żeby się trochę usprawiedliwić. I ze swej "nadzwyczajnej" aktywności blogowej w tym roku, i z tego, że blog był chwilę zamknięty. Ona szczerze uważała, ze nikt tego nie zauważył (nie pisze tego dla uzyskania fali zaprzeczeń, jakby co, po prostu stwierdza fakt), co jej nie dziwiło i nie smuciło, bo, prawdę mówiąc, przy jej doskonałej bylejakości niczego w tym nie widziała dziwnego. No i nie miała energii na smutek, że się powtórzy.

Co więcej, nie za bardzo wie, czemu tego bloga ponownie otworzyła, bo że nie dlatego, że poczuła się nagle przepełnioną entuzjazmem blogerką to pewne. Postara się go utrzymać otwartym. A jakby się nie udało... nie, uda się. Chyba.

Za ten wpis, bardzo nie sylwestrowy w tonie, też Królowa Matka przeprasza, naszło ją, a z całego (prawie) zeszłorocznego doświadczenia wie, że lepiej chwytać tę jedną na kwartał chwilę, gdy człowieka nachodzi i pisać, choćby i byle co.

Ale teraz już Królowa Matka kończy i oddala się w stronę swojego mało sylwestrowego Sylwestra, z Pepsi w charakterze napoju wyskokowego, herbaty (dużej ilości herbaty) w charakterze napoju nie-wyskokowego, a poza tym pełnego ciast z bakaliami oraz orientalnego w tonie :).


Królowa Matka nie jest pewna, czy cieszy ją to, że nigdy nie była przesadnie przywiązana do numerków i idea, że od jutra, 1 stycznia, wszystko się zmieni, i to oczywiście wyłącznie na lepsze, przemawia do niej raczej średnio. Może lepiej byłoby, żeby do niej przemawiała z całą mocą?

No, ale może się zmieni. Bez magii numerków ;).

Czego i Wam, Kochani Czytelnicy, życzy.

Samych zmian na lepsze.

Do zobaczenia w przyszłym roku!

Jeśli Królowa Matka jeszcze tu będzie*.





















* Żarcik :).

piątek, 25 grudnia 2015

Wszystkiego, wszystkiego - sami wiecie czego

Zasadniczo, Państwo rozumią, to Królowa Matka ma do świąt stosunek ambiwalentny. A im jest starsza, tym ambiwalentniejszy.

A jak tak się składa, że Pan Małżonek ma w pracy Inwentaryzację-Gigant, przebywa w ukochanym zakładzie pracy praktycznie całą dobę (bo jak wychodzi z domu o 5.30, a wraca nieżywy około 21, to się za nie całą dobę naprawdę nie liczy), zaś Królowa Matka z wszystkimi Potomkami zostaje praktycznie uwięziona w Domu w Dziczy i ma na głowie przygotowanie rodzinnej Wigilii, to jej uczucia są naprawdę, ale to naprawdę ambiwalentne. A w zasadzie tak bardzo są ambiwalentne, że zataczają pelne koło od "nienienienie, nigdy więcej!" do "nienienienie, nigdy więcej!".

Ale gdy, po jakimś - w tym roku baaardzo dłuższym - czasie to, co ma być jako tako omiecione jest już jako tako oraz z grubsza omiecione (i nie, w tym roku w Domu w Dziczy okna nie są umyte, no trudno), to, co powinno być poskładane


już jest poskładane,



gdy Mazowsze ryczy "Bóg się rodzi" na cały regulator ("Bóg się rodzi" dlatego, że jest to naj-naj-najukochańsza kolęda Królowej Matki, a na cały regulator dlatego, żeby nadać jej odpowiedni styl, charakter i temperament, jakże odległy od tego, co nader często zdarzało się Królowej Matce słyszeć w polskich świątyniach, w których brzmienie wspomnianej kolędy miało silnie pogrzebowy charakter), gdy kolejne porcje pierników wyjeżdżają z pieca, gdy się po całym domu snują upojne zapachy, a nawet gdy ręka Królowej Matce omdlewa od wymalowywania misternych szlaczków na wypiekach,



to się Królowej Matce zaczyna odmieniać.

Zaczyna sobie przypominać to wszystko, co w tych świętach lubiła i nawet to, czego nie lubiła, gdyż nie miała okazji, bo jak była w wieku Pomponów to nie było wszędzie tych ślicznych światełek, migoczących tysiącem kolorów, które tak bardzo irytują wyrobionych estetycznie - ą, ę, sawuar wiwr i pardą - dorosłych, i tak bardzo zachwycają wszystkie dzieci.

I że te nieumyte okna nie mają znaczenia oraz nie wysprzątana na błysk łazienka, bo kto by się tam łazienką przejmował, jak jest tyle do jedzenia, tyle do obejrzenia, tyle pod choinką i tyle migotania wokół.

Za rok i tak nikt nie będzie pamiętał, że nie była wysprzątana.

Więc z okazji świąt oraz dni całkiem powszednich życzy Wam, Kochani Czytelnicy (i sobie, bo jej się to wcale nie udaje zbyt często), żebyście pamiętali, że to nie wystprzątana łazienka jest najważniejsza.

Że od wysprzątanej łazienki ważniejsze jest migotanie tysiąca światełek :).

A to dla Was od Królowej Matki, Pana Małżonka i całej Bandy Czworga.


Z podziękowaniem za to, że ciągle chce się Wam tu zaglądać.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Kto pyta, nie błądzi


Wiedziałeś o tym, Kochany Czytelniku?

Bo Królowa Matka, tak się szczęśliwie dla tego bloga złożyło, wie.

A - tak się złożyło jeszcze dla bloga szczęśliwiej - została w Domu w Dziczy sama jedna. Bez Potomków Starszych. Bez Pana Małżonka. Tylko ona i Pompony. I tak do jutra wieczór.

Ona i przeciętne czterolatki. Razy dwa.

W związku z czym poza (podwójnymi) seriami pytań typu: "Czy mogę pierniczka, mamusiu?", "Pozwolisz nam pograć?", względnie "A soczku nam zrobisz?" (oraz wieloma tuzinami - gdyż Pompon Starszy ma akurat taka fazę - "Mamusiu, a co je dżdżownica? sroka? kret? elf? szerszeń? święty Mikołaj? brontozaur? ośmiornica? euglena zielona? i co-mi-tam-jeszcze-przyjdzie-do-głowy?") Królowa Matka zderzyć się będzie musiała jeszcze z czymś takim:

- Mamusiu, a z czego robi się jajka?

(po dłuższej chwili przypatrywania się Michaiłowi Barysznikowowi wywijającemu piruety) - Mamo, czy to jest człowiek?

- Mamusiu, a jak daleko jest do mojej pracy?

- Czy to możliwe, że to wszystko dookoła, no, my i świat i to wszystko, to się komuś śni?

- Mamo, czy można mówić "kuku mamuniu", czy to jest brzydkie określenie?

- A czy ty, mamo, lubisz zombie?

- Mamusiu, tu dla ciebie bałwanek, zielony, czy to, że jest zielony, tobie przeszkadza?

- Za jaki rok będą nasze urodziny?

- A krasnoludki mają ubranka jakiego koloru? Ale nie takie w bajkach, tylko takie normalne krasnoludki?

- Jak oczy robią łzy? I skąd biorą sól do solenia?

- A jakbym miał kości puste, jak ptaki, to też bym latał?

- Spotkałaś kiedyś Świętego Mikołaja? Nie teraz, kiedyś, jak byłaś młoda?

- Dlaczego, jak się je, to ty to słyszysz w głowie, a inni nie słyszą?

- Ile kosztują piłki? No, jakie piłki, jakie piłki. Normalne, wszystkie piłki?

- Czy gdyby człowiek połknął latarkę, i ona by była zapalona, to on by świecił?

- Mamo, czy człowiek to ciecz czy ciało stałe?

- Mamusiu, co ptaki mają pod ogonem?

- Mamo, skąd się biorą nowe zęby?

- Mamo, czy ty wiesz wszystko, bo jesteś najstarszym człowiekiem na świecie?

- A pomidory, mamusiu, to z jakiego drzewa się bierze?

- Gdzie byłem, mamo, jak mnie jeszcze nie było? (pytanie występujące genetycznie/ ponadczasowe/ powszechnie występujące/ albocośtam, o to samo pytał Potomek Młodszy, jak sam miał tyle lat, ile Pompony teraz),

- Do ilu umiesz policzyć po angielsku, mamusiu? Do nieskończoności?

- Czy jak się tak bardzo, bardzo, bardzo najesz, to się robisz jak balonik i latasz?

- Czy angielskie psy szczekają jakoś inaczej? Czy by zrozumiały, jakby Odessa szczekała?

 - Czy jak się wciągnie makaron jedną dziurką nosa to on może wylecieć tą drugą?


oraz:


- Mamo, dlaczego my nigdy nie idziemy na randkę?


Może z obawy o to, co byście podczas tej randki robiły z makaronem, drogie Dzieciątka?

Tak, to na pewno tylko i wyłącznie dlatego.


sobota, 19 grudnia 2015

W co się bawić i tym podobnie, odsłona AD 2015

Święta, proszę ja kogo, idą, od odwiedzania Świątyń Konsumpcjonizmu, szerzej znanych jako centra handlowe człowiek, zwłaszcza mający Dzieciątka, się nie wywinie, a w centrach po oczach niezmiennie od lat przynajmniej czterech (ale tak naprawdę Królowa Matka świetnie wie, że od o wielu, wielu więcej) dają półki i segmenty grzecznie podzielone na płcie, bo kto to widział, żeby dziewczynki i chłopcy bawili się tym samym, toż z tego jakiś traszny dżender może sie zrobić.

Jednocześnie wśród znajomych Królowej Matki, tych w realu i tych na Facebooku, i w większości obdarzonych córkami, narasta dyskusja, co tym córkom kupić. Żeby cieszyło i żeby było ładne, i różowe w stopniu umiarkowanym, no i żeby niekoniecznie było to coś uczącego dziewczynki tylko sprzątania i sztuki makijażu. I jak trudno jest znaleźć coś takiego. Oraz, że matkom chłopców trudno to zrozumieć, o ile w ogóle potrafią, bo chłopcom wolno o tyle więcej. W zasadzie wszystko im wolno i nie podlegają oni żadnym ograniczeniom. Rozwijają się niczym ten róży kwiat i nic na drodze ich rozwoju nie staje, a już na pewno nie społeczeństwo, które nakłada wyłącznie kobietom od dzieciństwa przeróżne kagańce.

I do pewnego stopnia Królowa Matka się z tym zgadza. Nie tak dawno (naprawdę niedawno) była małą dziewczynką, już wtedy zirytowaną sposobem, w jaki świat się do niej zwracał i jak ją postrzegał. Mimo to - jako praktyka - bardzo dziwi ją, a czasem mniej lub bardziej irytuje przeświadczenie (zadziwiająco mocno trzymające się w uświadomionej, starającej się wychować córki w otwarty sposób części społeczeństwa), że to wychowywanie dziewczynek stanowi problem. To do rozmów i do wychowywania dziewczynek należy szkolić rodziców, rodzinę i przyjaciół.

Sama ta sugestia pozwala założyć, że z chłopcami jest inaczej,  z chłopcami rozmawia się, pozwalając im na rozwijanie umysłu, wykazywanie własnych zainteresowań i swobodne formułowanie myśli, a wychowuje pozwalając im na wszechstronny rozwój. Jako (zaawansowany) praktyk, obdarzony przez hojny los czterema synami, Królowa Matka może powiedzieć jedno - buahahaha!

Scenka pierwsza (a nad żadną z nich Królowa Matka nie musiała się zastanawiać nawet minuty, wyświetliły się jej w głowie jak film natychmiast) – trzyipółletni wówczas Potomek Starszy pokazuje koledze Pana Małżonka swoje samochody. Samochody ustawione są w zbudowanych z klocków garażach, każdy z okienkiem, „a w oknach – mówi Potomek Starszy – firanki, przed garażem – kwiatki w doniczce...”, na co przerywa kolega Pana Małżonka przerywa mu: „No co ty, firanki? Jakimiś głupimi firankami i kwiatkami będziesz się przejmował, jak baba?”.

Scenka druga – w wieku lat czterech Potomek Młodszy pokochał Hello Kitty. Nie filmy, ale wizerunek kotka, życzył go sobie mieć na przeróżnych drobiazgach, więc przy różnych okazjach dostawał od Rodziców i Babć długopisy, kredki, kubeczek ozdobione stosownym wizerunkiem i insze podobne drobiazgi. Zamarzyła mu się bluza. „Będę w niej tylko spał, mamusiu – powiedział. - I nie wychodził z domu, bo koledzy w przedszkolu by się śmiali”.

Scenka trzecia. Odwiedził Dom w Dziczy kolega Pana Małżonka, taki poznany jeszcze w podstawówce, poszliśmy na spacer. Pompon Starszy, wówczas dwulatek, przewrócił się na leśnej dróżce. Wstał, otrzepał łapki, podreptał dalej. „Twardziel – rzekł z uznaniem kumpel Pana Małżonka. – Gdyby to była dziewczynka już by płakała na cały głos”. Zignorował uwagę Królowej Matki, że tak samo płakałby chłopiec wychowany przez osoby biegnące do niego w ataku paniki za każdym bęcnięciem na pupę, kolejny teoretyk, który wie lepiej.

O tym, że w płaczącym dziecku płci dowolnej nie ma w ogóle nic złego ani nienormalnego, jako o wiedzy dla wyżej wtajemniczonych, nawet nie próbowała wspominać.

Rozmowa z wychowawczynią Potomka Starszego: „Niech pani z nim porozmawia, poprosi, żeby nie machał pani przez okno na pożegnanie. Pożegnajcie się przed szkołą, tak, żeby koledzy nie widzieli, bo się z niego śmieją...”. Młody miał siedem i pół roku.

Pompon Młodszy jako dwulatek, miał etap bawienia się lalkami. „Dzidzia ćpi” - mówił czule, kładł lalkę na poduszce, przykrywał kocem. „Dzidzia juś nie ćpi, dzidzia idzie” - wyprowadzał ją na spacer, karmił łyżeczką, wkładał czapeczkę, bo zimno, przytulał, bo lala płacze. Nikt mu wtedy jeszcze nie uświadomił, że to jest „zabawa dla bab”, bo nie chodził do przedszkola. Jego starszy brat po rozpoczęciu edukacji przedszkolnej został o tym natychmiast poinformowany.

Ale i Pompon Młodszy zaczął wreszcie edukację przedszkolną.

Dzień integracyjny, stremowani rodzice zbici w nerwowe gromadki obserwują swoje oswajające przestrzeń przedszkolną dzieci, dzieci coraz śmielej eksplorują salę i półki z zabawkami, Pompony po niedbałym przerzuceniu klocków, samochodzików oraz ogromnych ciężarówek, po dłuższej chwili podziwiania wielkiego, drewnianego domku dla lalek zbudowanego z ruchomych elementów zakotwiczają przy stoliku z kucykami Pony, którymi się bawią w upojeniu. Przypatrująca się temu jedna z mam po dłuższej chwili obserwacji zwraca się do Królowej Matki ze współczuciem: "Oni tak ze stresu pewnie...".

Pompon Młodszy wybiera sobie zeszyt do rysunków. Nie potrafi się zdecydować, w jakim kolorze ma ten zeszyt mieć okładkę. "Może józowy? - mówi. - Józowy to taki ładny koloj". Sprzedawca ze zgorszeniem i cieniem obrzydzenia w glosie: "Fuj. Różowy????".

Po rozpoczęciu edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej Potomki Starsze zostały szybciutko nauczone mnóstwa rzeczy, którymi się z mamusia i tatusiem bez oporów dzieliły. Że nie umieją tańczyć, bo przecież nie są dziewczynami. Że różowy jest głupi. Że są bajki „babskie” i chłopięce, i te babskie są nudne. Że nie sprzątną ze stołu po kolacji, bo to „dziewczyńska robota”. Zaczęły używać „batalistycznego” słownictwa oraz budować broń z klocków, co im wcześniej do głowy nie przyszło. Wszystko za sprawą kolegów, których ktoś przecież tego nauczył, bo w to, że się sami tacy mądrzy urodzili Królowa Matka, rodzicielka czterech facetów, ośmiela się nie uwierzyć.

Szacunek dla poglądów i wszechstronnego rozwoju jej synów okazywany im przez społeczeństwo przejawiał się także w robieniu im prezentów w postaci broni – karabinów, pistoletów, czołgów i innych pojazdów opancerzonych, nawet gier planszowych typu "przeprowadzamy akcję wojskową". W prowadzeniu rozmów rozwijających ich umysł: "Nie maż się, chłopak nie płacze, co ty, baba jesteś?", "O, jaki ładny, szkoda, że to chłopiec!", "Chłopak musi być niegrzeczny, co to byłby za chłopak, gdyby nie broił", "Różowy kubek chcesz, co ty, dziewczyna?".

Może podsumujmy przekaz, jaki otrzymują Potomki w tych szałowych warunkach umożliwiających im samorozwój zgodnie z ich własnymi potrzebami:

Baba i dziewczyna to obelga, dbanie o estetyczne i przyjemne dla życia miejsce jest nieistotną duperelą, którą mężczyźni się nie zajmują, mężczyźni się nie zajmują również sprzątaniem, prowadzeniem domu i dziećmi, nie okazują uczuć, nie są czuli, i, nade wszystko, nie płaczą, nawet, gdy mają dwa lata. Świat podzielony jest na nieprzystawalne części, po tej babskiej stronie jest to, co różowe, nieważne, głupawe, histeryczne, czułostkowe i ogólnie fiu-bździu, i jeśli chłopiec podziela emocje albo chce czegoś, co się tam znajduje, albo po prostu w czynnościach wykonywanych przez tamtą stronę uczestniczy (na przykład gotuje, sprząta albo ozdabia otaczającą go przestrzeń) jest po prostu głupi. Wygląd mężczyzny nie ma znaczenia, nie ma też znaczenia, że mężczyzna nie dba o siebie, różowy jest zabroniony, połowa bajek jest zabroniona („Co z ciebie za facet, kucyki oglądasz?!” - ach, co by Zgorszona Osoba powiedziała, gdyby się dowiedziała, że także Barbie!), facet ma po prostu prać i patrzeć, czy przeciwnik równo puchnie. Jak by Królowa Matka nie patrzyła, nie widzi tego uprzywilejowania w wychowaniu chłopców. Jaskiniowców, tak, ale normalnych facetów - broń Boże.

Królowa Matka w ogóle ma taką karkołomną teorię, że dzieci powinno się wychowywać jak ludzi, to znaczy tak samo - te same zabawki, jeśli wyrażą taka ochotę lub zainteresowanie (co Królowa Matka z naciskiem podkreśla, bo jak tylko się gdzieś wyrwie z podobnym zdaniem natychmiast napadają na nią mamy z informacją, że ich synek to tylko karabin, a córeczka tylko różowego mopa, i co nam zrobisz - nic, nic kompletnie, jeśli dziecko tego chce to spoko, minus karabiny, bo to jest "zabawka" której Królowa Matka była jest i pozostanie przeciwna do końca swych dni), ale i te same komplementy - bo niby czemu nie powiedzieć chłopcom, że mają piękne oczy? - jej synowie mają, rzęsy na półtora centymetra, włosy z których plotłoby się warkocze grubości przedramienia, figurę z greckich rzeźb, czemu im tego nie mówić? - , te same wymagania, ten sam szacunek dla jednostki, te same prawa.


Bo, niestety, jeśli zmienimy tylko dziewczynki za dwadzieścia-trzydzieści lat te zmienione, świadome własnej wartości dziewczynki zderzą się z chłopcami nie potrafiącymi płakać, znosić porażek, okazywać uczuć i przewinąć dziecka (o dbaniu o otaczającą ich przestrzeń nie wspominając) oraz lekceważącymi kobiecy sposób postrzegania świata jako infantylny, głupi i skupiający się na rzeczach kompletnie nieistotnych.

Co powiedziawszy Królowa Matka przerywa sobie produkowanie hurtowej ilości szydełkowych bombek i udaje się do kuchni oddawać się czysto kobiecej czynności karmienia swej rodziny.

Podczas gdy Potomki nie przerywają sobie niczego i nadal z upodobaniem przybierają naklejkami (złotymi! srebrnymi! i MIGOCZĄCYMI!) i wycinankami papierowe płatki śniegu, którymi zamierzają ozdobić swój pokój :).

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Freudowsko

Królowa Matka i Potomek Starszy rżną w domino (ze zwierzątkami, ale to szczegól, domina ze zwierzątkami też się liczą!).


Potomek Starszy co jakiś czas (czyniąc w tym co-jakimś-czasie przerwy raczej krótkie) wydaje z siebie okrzyki typu: "A ja ci teraz tak! O, kotkiem, mnie, kotkiem? To ja ci liskiem! Mwahahaha! A teraz wiewióreczką! Rozniosę cię za chwilę w strzępy!!!", w związku z czym Królowa Matka, osoba z natury łagodna jak nadmorski zefir oraz uprzejma w obejściu wreszcie sie rozsierdziła.

Królowa Matka (rozsierdzona) - Rozniesiesz mnie, tak? Ja ci pokażę rozniesiesz! Ty mi wiewióreczką, ja ci liskiem! A masz! A teraz ptaszęciem! I jeszcze kotkiem!!! Masz kotka? Nie masz? Buahahaha, dobrze ci tak, ja ci dam roznosić matkę! MATKĘ!!! MATKĘ-STARUSZKĘ!!! (z nie licującą z jej wiekiem, macierzyńskim doświadczeniem oraz siwymi włosami satysfakcją) I jeszcze tak, i tak, i co teraz? Kto kogo rozniósł?!

Potomek Starszy - No, niech będzie, że ty...

Królowa Matka (wciąż mściwie rechocząc) - Dobra, dobra, wiem, że zaraz odmówisz przyjęcia tego faktu do wiadomości...

Potomek Starszy (z godnością) - Ja wcale nie odmawiam przyjęcia tego faktu do wiadomości. Ja go po prostu wypieram.

Powiada Państwu Królowa Matka, jest w tym prawdziwym mistrzem :)!

piątek, 20 listopada 2015

Post z brzydkim słowem

Pompon Młodszy (wpada jak burza do pokoju i nawija na jednym oddechu z właściwą sobie energią, wystarczającą, by przy jej pomocy oświetlić średniej wielkości miasto azjatyckie - a dodać należy, że jest to energia w pełni odnawialna!) - Mamo, Bojis mnie denejwował, bo za mną chodził i mówił: "dupa". A jak mu nie pozwoliłem, to się w łazience zamknął i mówi: "Dupa, dupa, dupa", i tak cojaz*  głośniej mówi, bo na niego uwagi nie zwjacałem: "Dupa, dupa, DUPA!!!". Bojis, mówię mu wjescie, psestań, to jest bzydko tak mówić "dupa", jodzice nie pozwalają mówić "dupa" i jak mówis "dupa" to są wkuzeni, a on nic, tylko się śmieje i mówi: "dupa". Bojis, mówię mu, pójdę i powiem mamie, ze ty bes pserwy mówis "dupa", to jest nieładne słowo i małym dzieciom nie wolno mówić "dupa", i jak powiem mamie, ze ciągle powtazas "dupa' i powtazas, to się mama zdenejwuje i psyjdzie ci powiedziec, ze mowic "dupa" nie wolno. Ale on się, mamo, wcale nie psejął tym, ze ty się zdenejwujes, ze on mówi "dupa". Ja taki, mamusiu, nie jestem, ja bym tam nigdy, ale to NIGDY nie powiedział "dupa", bo ja wiem, ze "dupa' to jest nieładne slowo, którego kultulalni ludzie nie mówią!!!

Królowa Matka (beznadziejnie) - Ależ, słoneczko, powiedziałeś je w ciągu ostatnich trzech minut jakies osiemdziesiąt razy...

Pompon Młodszy (unosząc się słusznym oburzeniem): NIEPLAWDA! WCALE NIE!!! Ja nigdy nie mówię "DUPA"!!!

No, skoro nie to... eee... no, najwyraźniej nie :).



*Królowa Matka wyjaśnia, że nie useplenia zapisu wymowy Pompona Młodszego w celu usłodkowienia go i zaznaczenia, jaki to on jest, tititi, ulocy, plawdaz, plosę Panstwa, tylko dlatego, że dzieciątko sepleni w upojeniu, zaś ćwiczyć zgadza się uprzejmie wyłącznie w przedszkolu, na zajęciach logopedycznych, na które z dużym entuzjazmem uczęszcza od września. W domu ćwiczy wyłącznie w rzadkich chwilach natchnienia, które przeplatane są znacznie dłuższym czasokresem twierdzenia, iż "juz to mówiłem w psedskolu i telaz nie musę", koniec cytatu.

sobota, 7 listopada 2015

Solenizant lojalnie ostrzega

Potomek Starszy (łazi za Królową Matką, plącząc się pod nogami, chociaż powinno to być awykonalne, jako, że - nie wiedzieć kiedy - osiągnął rozmiar Królowej Matki minus jakieś trzydzieści centymetrów, i truje).

Królowa Matka (opędza się od Dzieciątka, usiłując oddać się czynnościom porządkowo-kulinarno-leczniczo-itakdalej, w skrócie zwanym "prowadzeniem domu").

Potomek Starszy (nieomylnie wybierając sobie na tę deklarację chwilę, gdy Królowa Matka odlewa dwa kilo ugotowanych ziemniaków albo chwieje się pod ciężarem dwudziestopięciokilogramowej miski pełnej mokrego prania) - Mamusiu, powiedz, że mnie kochasz!

Królowa Matka (w ostatniej chwili ratując odlane ziemniaki przed wylądowaniem w zlewie/ siebie od wyrżnięcia się z mokrym praniem jak długa/ cośtam) - Kocham cię, synu...

Potomek Starszy - Ale powiedz "synku"...!

Królowa Matka (odstawiając parujące ziemniaki na kuchenkę/ cudem zalewając wrzątkiem torebkę z rumiankiem w kubeczku, a nie najbliższą okolicę/ jeszcze większym cudem nie przewracając się na wznak pod ciężarem zakupów dla całej rodziny plus rozkochanego syna/ itympodobnie) - Słuchaj no, synku...

Potomek Starszy - A przytulić mnie możesz?

Królowa Matka (z rozpaczą) - Ale ty widzisz, co ja teraz robię? Dlaczego, wyjaśnij mi, doznajesz zawsze wzmożenia uczuciowego w takich właśnie okolicznościach? Dlaczego akurat wtedy, gdy myję gary z całego, mam wrażenia, tygodnia, albo wyjmuję piętrowe ciasto z pieca, albo prasuję, albo mam po wypakowanej zakupami siacie w każdej ręce plus jedną w zębach, albo przesuwam szafę...? Jak ty to sobie wyobrażasz, że ja tę szafę puszczę, żeby cie przytulić?!...




Potomek Starszy (ostrzegawczo) - Ale ty, mamo, powinnaś sobie zdawać sprawę, że już za chwilę zostanę nastolatkiem. Zrobię się wstrętny, niesympatyczny i pyskaty, będę miał pryszcze i będę wydzielał hormony, i nie będę już cię chciał przytulać. A ty sobie wtedy będziesz myślała: "Ach, a kiedyś chciał, a ja go odepchnęłam!" i będzie ci tak smutno, tak smutno...


... co rzekł dokładnie w dniu zostania nastolatkiem (i - kto to wie - być może inauguracji wydzielania jakichś hormonów), a Królowa Matka sobie zapisuje, by mieć co odczytać w dniu, gdy Potomek Starszy, pryszczaty i pyskaty, nie będzie już jej wcale a wcale wyznawał miłości.

sobota, 3 października 2015

Bezpardonowy atak

Wczoraj około pierwszej po południu rozdzwoniły się w Domu w Dziczy telefony.

To znaczy, rozdzwoniłyby się, gdyby akurat w Domu w Dziczy przebywały, ale że akurat mieliśmy środek dnia jak najbardziej powszedniego, rozdzwoniły się one tam, gdzie przypadkiem przebywali ich właściciele, czyli, nieprawdaż, w przeróżnych zakładach pracy.

Dzwoniło przedszkole Pomponów, aby drżącym głosem swej przedstawicielki (zapewne pechowczyni wybranej drogą losowania, tej, która miała niefart i wyciągnęła najkrótszą zapałkę, Państwo wią i rozumią) poinformować Królową Matkę, że Pompon Młodszy uległ był wypadkowi.

Królowa Matka akurat wychodziła z pracy i udawała się w drogę do przedszkola, ale przypadkiem ubiegła ją jej własna Matka, która w tym samym mniej więcej momencie naciskała guzik domofonu przy przedszkolnych drzwiach i pogodnym głosem informowała, że przyszła po Pompony i czeka na nie na dole.

Matka Królowej Matki zazwyczaj siadywała sobie na ławeczce przy szatniach, a Pompony, których oddział od nowego roku szkolnego zyskał lokum na pierwszym piętrze, schodziły po schodach, trzymając się czule za rączki i machając Babci z entuzjazmem metodą "krok w dół, wymach, krok w dół, wymach".

Tym razem jednakowoż dyżurująca przy domofonie przedszkolanka łamiącym się głosem poprosiła Babcię o udanie się na górę, zdarzył się był bowiem wypadek.

Oczywistą jest rzeczą, że po takim wstępie Babcia, kobieta podeszła latami i w dodatku o schorowanych nogach, popędziła na górę jak rącza łania, powstrzymując się z trudem od przeskakiwania po dwa stopnie.

Na piętrze zastała wszystkie Przedszkolanki, zbite w nerwowo szepczącą grupkę, z której wyrzucona została celnym pchnięciem kolejna ochotniczka (ani chybi ta, która wyciągnęła zapałkę drugą co do długości), aby rwącym się z przejęcia głosem wyjaśnić, że nastąpiło Nieszczęśliwe Zdarzenie.

 Pani Dyrektor została powiadomiona. Pan Małżonek, Tatuś Pacholęcia, został powiadomiony (rzeczywiście został, Pan Małżonek otrzymał telefon od Opiekunki Grupy Przedszkolnej Pompona Młodszego, która opowiedziała mu o Wydarzeniu kłaniając się co chwila jak wyjątkowo dobrze wychowany Japończyk, czego co prawda Pan Małżonek zobaczyć przez telefon nie mógł, ale co, jak twierdził, dało się bardzo dokładnie wyczuć, a nie mamy podstaw, by wątpić w jego opinię w tym względzie).

Oto w Zwierzęciu, które dotąd spędzało czas leniwie i spokojnie w charakterze maskotki przedszkolnej grupy Kaczuszki obudziła się Bestia, względnie odezwał się Duch Przodków, Duch tych, nieprawdaż, Dzikich I Nieujarzmionych Zwierząt, Duch Puszcz, Lasów, Kniei I Innych Takich, i ten właśnie Duch się wziął, zbudził i ugryzł Pompona Młodszego.

Nic się nie stało poważnego, zapewniła pospiesznie Przedszkolanka łamiącym się głosem i ze łzami w oczach, nic takiego, tylko troszeczkę, zwierzę jest przebadane i zdrowe, Pompon Młodszy opatrzony i w dobrym stanie, tylko się trochę wystraszył, my bardzo państwa przepraszamy...

... i w tym momencie gromadka szepczących z przejęciem Przedszkolanek rozstąpiła się jak szpaler honorowy, bo pojawił się On, Pompon Młodszy, dzierżąc niby poszarpany i skrwawiony w bitewnym szale sztandar rękę z wystawionym do góry palcem wskazującym, zaopatrzonym w opatrunek oraz plasterek z Garfieldem.

Z TYM palcem wskazującym, tym pogryzionym przez...




(suspens)...




(suspens jeszcze bardziej)...




(SUSPENS taki, że ho, ho, ho)...






Źródło





żółwia.

Chociaż nie takiego, jak ten na zdjęciu, o, nienienienie, na pewno nie, przez zupełnie innego, Złowrogiego Żółwia, w którym obudził się niewątpliwie Duch Odwiecznej, Drapieżnej Żółwiowatości!




Przepraszana przez gnące się jak łany zboża czesane łagodnym, letnim wiatrem Grono Pedagogiczne Królowa Matka użyła swej całej, żelaznej woli, by zdławić cisnące się na jej macierzyńskie ust pąkowie pytanie, czy żółwiowi aby nie zaszkodziło to ugryzienie, po czym zabrała Pompona Młodszego do domu, gdzie wymieniła mu plasterek z Garfieldem na plasterek z piratami i czachami, oddając się przy tym melancholijnym rozmyślaniom, jak wielu nieoczekiwanych, tak, to jest dobrze słowo, kompletnie nieoczekiwanych niebezpieczeństw pełnym miejscem jest ten świat.

czwartek, 24 września 2015

Czas nieodwracalny

Pompon Młodszy (z radosnym zachwytem) - Mamusiu, zobacz, jaką mam wielka rąckę! Juz urosłem! Juz jestem taaaaki wielki, a będę jesce więksy! Juz niedługo nie będziecie mnie mieli takiego malutkiego, jakiego macie telaz!


Wzdech.

Wzdech.

Szybkie przełknięcie tego dziwnego czegoś, co nagle utkwiło w gardle.

I chlip w kąciku, gdy nikt nie widzi.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dobrzy ludzie w internecie


Zdjęcie zamieścił The Independent.

Na zdjęciu łódź z uchodźcami. Na łodzi facet - na oko wielki, silny, dobrze zbudowany. Trzyma na ręku trzy-czteroletnią dziewczynkę, być może wszystko, co mu na tym świecie zostało. I płacze. Płacze z tak bezbrzeżną rozpaczą, że nie da się jej wyrazić słowami, że serce podchodzi do gardła, a ręce się trzęsą, tak bardzo nie można niczego zrobić.

Królowa Matka zobaczyła je, gdy siedziała w ogródku. Była wściekła, jej dzieci robiły akurat hałas, porównywalny z hałasem startującego Boeinga, wrzeszczały, bawiły się w jedną z tych bezsensownych z punktu widzenia dorosłych zabawę w rodzaju sypania piaskiem i dźgania kijem, bez przerwy czegoś chciały, a Królowa Matka myślała tylko o tym, żeby je podusić, albo przynajmniej zakneblować, związać i wrzucić do jakiejś przyjemnie głębokiej piwnicy.

A potem je zobaczyła. To zdjęcie. Podniosła głowę, powiodła wzrokiem po spokojnym, słonecznym, zielonym świecie i pomyślała: "Jestem szczęściarą. Boże, jakie ja mam szczęście. Czym sobie zasłużyłam? Czym zasłużyłam na to wszystko?".

A jeszcze potem poczytała to.

Mili ludzie. Sympatyczni, uśmiechnięci. Otwarcie, bez oporów, pod nazwiskami. Tulący w objęciach labradora, na tle róż, z ukochaną na kolanach. Dziewczyna, której największym problemem jest prawdopodobnie to, że mama podała na obiad pomidorową, a ona woli rosół, albo, że sałatka grecka ma za dużo kalorii, pisze: "Niech jedzą gówno". O ludziach. O LUDZIACH. Do ludzi. Pan czule tulący psa wypowiada się z uznaniem o Hitlerze i jego metodach rozwiązywania problemów z niepożądanym elementem. Sekunduje mu piękna dziewczyna, która zagazowałaby wszystkich, łącznie z bachorami. Dobrzy ludzie. Nigdy nie zrobiliby krzywdy swoim dzieciom. Ich koty mają lepiej niż ten rozpaczliwie płaczący mężczyzna na łodzi. Ich psy mają więcej niż trzymane przez niego dziecko.

Teraz Królowa Matka podzieli się swoją największą obawą.

Jej największą obawą oto jest, że kiedyś, za lat pięć, dziesięć, siedem, piętnaście, włączy komputer, odpali fejsa (czy co tam będzie zamiast fejsa na fali) i ujrzy uśmiechnięte zdjęcie swojego dziecka, a obok niego podobne opinie.

Hołota.

Ścierwa.

Zagazować ich.

Torturować.

Rzucać w nich granatami, nie paczkami.

Ludzi od małp dzieli Morze Śródziemne.

Że kiedyś wydarzy się coś, co sprawi, że jej dzieci staną się kimś takim samym jak ci mili, uśmiechnięci ludzie.

Kimś głupim.

Złym.

Bez litości.


https://www.facebook.com/permalink.php…


APDEJCIK

Te zdjęcia i te wypowiedzi nie są już dostępne. Kliknięcie w link przekierowuje do informacji, że strona nie istnieje lub link jest uszkodzony. Zniknęły zdjęcia, teksty, polubienia, komentarze. Prawdopodobnie w zderzeniu z brakiem anonimowości odwaga niektórych dumnych zwolenników ostatecznego rozwiązania problemu uchodźców gwałtownie staniała.

Ale niektórzy orędownicy gazowania tego ścierwa razem z jego bachorami, odesłania hołoty tam, skąd przypełzła, nakarmienia jej gównem i torturowania poczuli się boleśnie urażeni brutalnym łamaniem ich praw, czyli bezwzględnym i barbarzyńskim UJAWNIENIEM DANYCH OSOBOWYCH.

Natychmiast tez znalazł się adwokat, który się nad wrażliwym ego powyższych pochylił i już zapowiada procesy, ciąganie po sądach oraz oddawanie sprawy do Strasburga, gdzie będzie walczył do upadłego o przestrzeganie Niezbywalnych Praw Człowieka.

Tego właściwego rodzaju człowieka.

Oczywiście.





Jak to się mogło w ogóle zdarzyć, pytamy, patrząc na zdjęcia krematoriów, na góry wychudzonych ludzkich zwłok. Jakim cudem. Dlaczego holocaust, Wołyń, rzeź Ormian, Rwanda. Jak można było do tego dopuścić. Jak można było pozwolić. Jak to się mogło stać?

Otóż właśnie tak.

Tak to się stało.

Nie inaczej.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Mit zdekonstruowany

Pompon Młodszy (do Pana Małżonka, błagalnie) - Tatusiu, ale daj mi, prosę, deserek!!!
Pan Małżonek (zdecydowanie) - Ależ natychmiast, synu, jak tylko skończysz jeść.
Pompon Młodszy - Ja jus skońcyłem! Prawie!
Pan Małżonek - Nie, zostawiłeś, jak widzę, połowę sałatki. Skończ sałatkę, proszę.
Pompon Młodszy (protestując ogniście) - To nie jest sałatka! Zjadłem sałatkę, tylko pomidora wygzebałem, pomidor jest fuj!!!
Pan Małżonek (bezwzględnie) - Od kiedy jest fuj, od teraz? Bo rano jeszcze nie był fuj, ani wczoraj, na przykład. Proszę zjeść pomidora, bez wygrzebywania.
Pompon Młodszy (z bezbrzeżną goryczą w głosie) - A taką byliśmy kiedyś fajną rodziną...

I tak oto po raz kolejny w historii Prawda objawia się za sprawą Niewinnego Dziecięcia, Którego Usta Nie Znają Kłamstwa!

piątek, 14 sierpnia 2015

Anty-doradczo

Ostatnio napadają Królową Matkę Ludzie-Poradniki.

Ludzie-Poradniki mają jedno dziecko (ciekawe, że tacy najbardziej garną się do udzielania rad, o, jeszcze ci, co w ogóle nie mają i nie chcą mieć dzieci, ci też). I Wiedzą. Wiedzą, jak je karmić, poić oraz jak do dziecka przemawiać, by mu wykształcić stosowny charakter. Jakimi zabawkami je otaczać, jakich broń bogowie nie dawać do rąk, na jakie programy telewizyjne zezwalać, w jakich godzinach i czy w ogóle, jak karcić, czy karcić, za co karcić, oraz jakie tzw. metody wychowawcze ZAWSZE działają, gdyż u nich podziałały, więc.

Wiedzą to wszystko, a mimo to o coś pytają, chyba specjalnie po to, by - gdy już z Królowej Matki wycisną niechętną odpowiedź - wyjaśnić jej z wyższością, co zrobiła źle, a czego oni źle nie zrobili/ nie robią/ nie zrobią, a zrobiła to na pewno źle, gdyż jej dziecko powiedziało/ zrobiło/ zareagowało tak, jak ich dziecko nigdy, przenigdy, prze-prze-przeniegdy nie powie/ nie zrobi/ nie zareaguje.

Szansa, że Ludzie-Poradniki przeczytają królewskomatczyne wynurzenia jest zerowa (chociaż, kto wie? może niektórzy ją czytają, nie wiedząc, że to ona :)), ale od czego człowiek ma bloga, jeśli nie od tego, by sobie od czasu do czasu pary na nim upuścić.

Więc Królowa Matka upuszcza.

Będąc Młodą Mamusią przychodzili do Królowej Matki przeróżni ludzie i rad jej udzielali mnogo a mnogo, bo Przeróżnym Ludziom się wydaje, że Młodym Mamusiom tak można, a nawet należy, zaś same Młode Mamusie są zazwyczaj tak przejęte i tak przestraszone swoją nową rolą, że stanowią dość łatwy cel.

Na szczęście (o ironio) Pierworodne Dziecię Królowej Matki było wcześniakiem, a nawet najbardziej pewni siebie Ludzie-Poradniki jednak trochę wyhamowują w swoim zapale, gdy już-już padające  niby klejnoty u stóp Wdzięcznej A Niedoświadczonej Matki rady dotyczyć mają dziecka, które u zarania życia ważyło kilogram.

Ale jedną radę Królowa Matka, otrzymawszy ją, zapamiętała, stosowała i stosuje.

Udzieliła jej Położna na Oddziale Neonatologicznym. Gdy straszliwie przestraszone, bardzo niepewne siebie i bardzo, bardzo niedoświadczone Królowa Matka i jej Koleżanka z oddziału zwierzyły się Położnej, że nie wiedzą, jak karmić, jak poić, w ogóle co robić, na dwór wyprowadzać? zimą? werandować? piersią? butelką? nosić na żądanie? usypiać w łóżeczku? bo różne rady dostają, przeważnie sprzeczne? - Położna powiedziała: "Niech panie robią, co czują. Matka nigdy nie zrobi swojemu dziecku krzywdy. Jeżeli nie chce, oczywiście" - dodała dla uczciwości, bowiem wiadomo było, że w omawianym wypadku taka sytuacja nie zachodzi.

W związku z powyższym Królowa Matka pilnie obserwowała swoje dziecko i robiła to, co czuje, chociaż, naturalnie, słuchała czasem rad, na przykład własnej Matki, oraz zaglądała  zdarzało się, do poradników i innych przemądrych artykułów, które czasem pomagały, a czasem wręcz przeciwnie.

Już wtedy nie lubiła udzielać rad (także dlatego, że miała bardzo nietypowe pierwsze macierzyńskie doświadczenia), ale całkowicie zaprzestała procederu po urodzeniu Potomka Młodszego. Wówczas udzieliła ostatniej. Skierowała ją do koleżanki, która cierpiała właśnie na ogłuszenie skutkiem cykania zegara biologicznego, na Potomki patrzyła chciwym, łzawym i wyidealizowanym wzrokiem, a że sytuację rodzinną miała znacznie bardziej skomplikowaną, niż Królowa Matka, i nad powiciem dzieciątka powinna znacznie dłużej i poważniej myśleć, Królowa Matka rzekła była: "Zastanów się. To w rzeczywistości nie wygląda tak, jak w reklamach, pamiętaj, że reklamy potwornie kłamią". Koleżanka uznała, że Królowa Matka chce ją zniechęcać do macierzyństwa i się obraziła, a Królowa Matka jakiś czas później urodziła Pompony i wszelka ewentualna chęć doradzania sklęsła w niej ostatecznie, jak przekłuty balonik.

Oto, dlaczego.

Hodowane przy użyciu identycznych metod i według powyżej przytaczanej rady Położnej jedno z jej dzieci spało w swoim łóżeczku. Budziło się regularnie co trzy godziny, chwilę possało/popiło wody z butelki, Królowa Matka je przewijała i odkładała do łóżeczka, gdzie spało kolejne trzy godziny, i apiat' od początku, i tak przez dwa i pół roku. Jedno spędziło w swoim łóżeczku jedną noc. Ponieważ cała reszta rodziny spędziła tę noc WOKÓŁ łóżeczka, a nazajutrz chodziła jak zombie, od tej drugiej dziecko spało z rodzicami w łóżku do roku, potem przeniosło się do siebie, ale i tak o świcie wychodziło po szczebelkach i wracało do łóżka rodziców. Przy tym Dziecięciu była Królowa Matka chyba najbardziej wyspana, karmiła przez sen (swój, ale małego też :)), a gdy dziecko przychodziło do niej o świcie po prostu się przesuwała, nawet nie otwierając oczu. Jedno przesypiało całe noce od pierwszego dnia życia, nawet wtedy, gdy było karmione piersią, ale budziło się około 5.30 i zaczynało nowy dzień. Jedno od pierwszego dnia życia budziło się dwa razy na noc na karmienie, dzień zaczynało po godzinie ósmej, a łóżko rodziców zaczyna nawiedzać w weekendowe poranki teraz, natomiast we wczesnym dzieciństwie wyniośle je ignorowało.

Wszystkie dzieci były karmione piersią na żądanie, starsi odstawili się sami po około 22-24  miesiącach, młodsi zostali odstawieni po 5-u, ponieważ Królowa Matka wylądowała w szpitalu ze swoim chorym serduszkiem. Ponadto jedno nie wykazywało zainteresowania żadnym jedzeniem poza wspomnianą piersią, jedno miało cztery miesiące, gdy zaczęło sobie ściągać owoce i warzywka z talerzy współjedzących, dwoje jadało to, co im się podało i wtedy, gdy im się podało bez uwag i bez protestów.

Po wyrośnięciu z wieku niemowlęcego jedno przez wieeeeele miesięcy jadło prawie wyłącznie oliwki i keczup, za to nie tknęło (do dziś) świeżego pomidora, jedno z nabiału uważa wyłącznie jogurty, za to je wszystkie warzywa i owoce, jedno jest nabiałowe - ser, twaróg, mleko, owsianka na mleku, jogurty, jedno nie je niczego ciepłego (poza pizzą).

Jeśli chodzi o odpieluchowywanie, jedno nie mogło pojąć, o co chodzi z tym nocnikiem przez wiele tygodni (a miało ponad dwa lata), ale jak zrozumiało, że na to się siada i siusia - odpieluchowało się natychmiast i w stu procentach, bez żadnych wypadków ani w dzień, ani w nocy. Jedno odmówiło siadania na nocnik i od razu załatwiało się na sedes (ulubiona wersja Królowej Matki, BTW). Jedno odpieluchowywało się podręcznikowo. Jedno do wieku przedszkolnego (do końca trzeciego roku życia) spało w pieluszce, beztrosko lało pod siebie i wyjaśniało, że "nie chce chodzić w majteczkach, gdyż bardzo lubi mieć mokrą pieluchę". Jedno - bo przypomina Królowa Matka, że mówimy o chłopcach - siusiało na stojąco, zanim jeszcze sięgnęło do sedesu, jedno nie siusia na stojąco do dziś i - jak twierdzi - nie zamierza próbować. Żadne nie wykonało nigdy w życiu żadnego z tych, siejących grozę na forach dla mamuś i wśród osób mających znajomych z małymi dziećmi, numerów z kupką w stylu - wyjęcie jej z pieluchy i wymazanie nią najbliższej okolicy czy schowanie się i załatwienie potrzeby do szafy.

Jedno raczkowało w upojeniu do osiemnastego miesiąca życia i nie wyrażało najmniejszego zainteresowania chodzeniem, za to gdy zaczęło chodzić - natychmiast puściło się w galop, w którym trwa do dziś. Troje zaczęło chodzić, zanim skończyło rok, w tym jedno nie raczkowało wcale, za to stanęło na nogi w wieku ośmiu miesięcy, a ruszyło w świat - w wieku dziewięciu (zupełnym, ale to zupełniutkim przypadkiem było to akurat to dziecko, o którym Ludzie-Wiedzący-Lepiej mówili, że będzie chodzić bardzo późno, pani, jak skończy rok, półtora, albo i dwa, takie ciężkie dzieci, pani, to nie chodzo!), jedno raczkowało na rękach, ciągnąc za sobą nóżki jak bezwładne (i wywołując panikę w rodzinie), jedno raczkowało może z miesiąc, za to do tyłu.

Dwoje właściwie nie mówiło do piętnastego miesiąca życia, ale jak zaczęło to od razu zdaniami złożonymi, jedno nie odbiegało od szeroko pojętej normy, jedno nie mówiło, bo mu się nie chciało tak ewidentnie, że nawet lekarz rodzinny to lekceważył.

Wszystkie były noszone na rękach na życzenie, żadne nie zostawało nigdy odłożone, żeby się wypłakało. Żadne nie zostało przez noszenie na rękach "zepsute", żadne się nie przyzwyczaiło do noszenia tak, że nie chciało się odzwyczaić, żadne nie życzy sobie spać do teraz w rodzicielskim łóżku i, oczywiście, żadne nie domaga się karmienia piersią.

Żadne właściwie nie płakało, o opętańczym darciu się nie wspominając. Jedno przez pierwsze cztery miesiące życia robiło co prawda "wrzeszczącą" noc raz na miesiąc, ale mu przeszło bez śladu. Wszystkie, popłakujące, bardzo łatwo było ukoić.

Żadne nie przeszło etapu zwanego "buntem dwulatka", no, chyba, ze Królowa Matka przeoczyła, w związku z czym w bunt dwulatka Królowa Matka nie ma powodu wierzyć.

Wszystkie powyższe przykłady dotyczą rzeczy w dużej mierze fizjologicznych, związanych z jedzeniem, piciem, spaniem i wydalaniem, czyli z tym, na czym poradniki się skupiają.

Żadnej Królowa Matka nie żałuje i żadnej by nie zmieniła, bo tego właśnie jej dzieci potrzebowały i to pozwalało im rozwijać się w odpowiednim dla każdego tempie, a Królowej Matce w ich rozwoju uczestniczyć, a nie poddawać tresurze.

Już tylko to wystarczyło, by Królową Matkę nauczyć, że rady są bez sensu (wszystkie - poza ta jedną jedyną: "Rób, co czujesz. Nie zrobisz swojemu dziecku krzywdy").

I tego, że rad się nie udziela - zwłaszcza, gdy ma się jedno dziecko. Bo jeśli to jedno dziecko akurat idealnie pasuje do poradnika, śpi, kiedy poradnik każe, je wtedy i to, co poradnik każe, zaczyna mówić i chodzić, kiedy poradnik każe oraz nie sprawia żadnych, ale to żadnych problemów oznacza tylko jedno -

MIAŁAŚ PO PROSTU SZCZĘŚCIE, OSOBO-KTÓRA-UDZIELASZ-RAD-INNYM.

Królowa Matka też je miała. Żadne z jej dzieci nie było high-needs-baby. Żadne nie miało kolek (jednym z najważniejszych królewskomatczynych koszmarów podczas ciąży z Pomponami była wizja urodzenia kolkowych bliźniąt. Wszystkim matkom, które tego doświadczyły należy się, zdaniem Królowej Matki, medal i dożywotnia emerytura państwowa). Żadne nie jest alergikiem. Wszystkie były wysoce sprawnymi w swym fachu ssakami, a Królowa Matka wysoce sprawną w swym fachu mleczarnią. Jakoś sobie Królowa Matka nie wyobraża, że mając takie doświadczenia udziela rad, na przykład, matce alergika.

Albo sugeruje, że ta zrobiła coś źle, bo przecież ona (fakt autentyczny) po powrocie ze szpitala z dwukilogramowym wcześniakiem narąbała się pierogów z kapustą, bo akurat była Wigilia, a dzieciątko, opite jej mlekiem, spało jak anioł i ani kwiknęło, więc naprawdę, z tą dietą eliminacyjną to jakaś ściema.

Oraz, Osobo-Która-Udzielasz-Rad-Innym, przestaniesz je mieć. To szczęście.

Przestaniesz je mieć. Możesz być tego pewna na sto procent.

Pewnego dnia, gdy Twoje Dziecko wyrośnie z wieku Poradnikowego, w którym wszystko tak ładnie da się opisać, zważyć, zmierzyć i wcisnąć w siatki centylowe, czyli, mówiąc brutalnie i nieładnymi słowy - z wieku, gdy dziecko bardziej się hoduje, a mniej wychowuje, zostaniesz zaskoczona tym, że runie ono na środek ulicy i odmówi pójścia dalej z dzikim wrzaskiem (żadne z dzieci Królowej Matki tego nigdy nie zrobiło co prawda, więc może i Tobie się uda), albo przyczepi się z rykiem "kupmikupmikupmi!!!" do półki w sklepie (tego też nie, aha!), odezwie się słowem, którego go nie uczyłaś, odmówi zrobienia czegoś, o co je prosisz, odpowie niegrzecznie, nie zgodzi się z tobą, polubi coś, czego nie znosisz, uzna za nudne coś, co kochasz. Okaże się, że Ty co prawda wychowywałaś łagodnego pacyfistę o ujmującym obejściu, ale ono się spieni, wrzaśnie i uderzy kogoś ile sił.

To się zdarzy.

Zawsze się zdarza i wszystkim.

Królowa Matka wie to na pewno.

Ponieważ - mimo stosowania identycznych metod wychowawczych, pochylania się z troską, reagowania na potrzeby, acz również konsekwentnego wdrażania w życie społeczne - ma w domu:

- jednego malkontenta i pesymistę, którego trawa zawsze jest mniej zielona, a szklanka nie pusta, ale po prostu wyschnięta na wiór,
- jednego optymistę, którego świat bez względu na okoliczności mieni się wszystkimi barwami, jak bańka mydlana,
- jednego rzeczowego i spokojnego pedanta, który przepada, jak jest "odtąd-dotąd", kocha się pakować, układać po swojemu, porządkować świat,
- jednego bałaganiarza level expert, na którym Królowa Matka robiła z ciekawości testy w rodzaju "Jak tu położę jedną skarpetkę, to jak długo będzie leżała?" i poddawała się, gdy wyrosła na skarpetce cywilizacja właśnie zaczynała budować statek kosmiczny celem udania się na eksplorację cywilizacji ościennych (np. tych stworzonych na innych skarpetkach, licznych opakowaniach po chrupkach, rozbebeszonym piórniku z kredkami oraz zasuszonym ogryzku jabłka),
- jednego mistrza asertywności, po prostu nic więcej się nie da o nim powiedzieć,
- jednego histeryka, wpadającego w cholerę z byle przyczyny,
- jednego samotnika,
- dwie dusze towarzystwa,
- jednego samotnika, który pragnie ponad wszystko być duszą towarzystwa,
- jedno dziecko wysoce uzdolnione manualnie,
- jedno zupełnie pozbawione talentów manualnych,
- dwoje gadatliwych jak katarynki,
- dwoje niezwykle opiekuńczych wobec np. małych dzieci i lgnących do maluchów jak pszczoły do miodu.

I nadal tylko czworo dzieci :).


Ale nade wszystko ma czworo ludzi.

A ludzie, droga Osobo-Która-Udzielasz-Rad-Innym, nie są jak glina, którą lepisz według własnych upodobań oraz reguł.

Ludzie zaskakują.

Zawsze.


środa, 12 sierpnia 2015

Poranek

Świt blady, dzień pogodny wspina się na palce, próbując wyjrzeć nad zamglone góry, jak mawia Poeta, a Królowa Matka schodzi, czy też trafniej byłoby powiedzieć - zwleka się po schodach, wymięta, potargana, wyglądająca jak wiekowe zombie, tylko bardziej nieżywa, spoglądając na piękny, słoneczny świat zaspanymi szparkami oczu spod uwłosienia na kształt strzechy, przez którą przeszło tornado.


Pompon Młodszy (stanowiący stuprocentowe przeciwieństwo Królowej Matki, zarówno fizycznie, jak i pod względem morale, no, może poza fryzurą, jednakże, jakie to ciekawe, jemu to nic za nic nie szkodzi na urodę; radośnie) - O, mamusia kochana! Dzien dobly, kochana mamusiu, mogę cię powąchać? Jak ty pachnies ślicnie, jak jakiś piękny kwiatusek! Wyspałaś się? Nie? A cemu się nie wyspałaś, ptaski cię obudziły? Bo za głośno ćwiercały, tak?

Ależ oczywiście, że tak, Lube Dziecię, właśnie to zazwyczaj ściąga z łóżka twoją Odrobineczkę Niedospaną Matkę.

Zbyt głośno ćwierczące ptaszki :).

niedziela, 9 sierpnia 2015

Zamiast ochłodzenia

Wczoraj.

Pan Małżonek - A podobno jutro będzie... (urywa, żeby złapać szczątkowy ślad oddechu w otaczającym nas jak wilgotny kokon czterdziestostopniowym, stojącym powietrzu).

Królowa Matka (tępo) - Co?

Pan Małżonek (w zamyśleniu) - Zdaje się, że jutro ma być... (znów urywa i wpatruje się szklanym wzrokiem w przestrzeń).

Królowa Matka (okazując cień zainteresowania) - No, co?

Pan Małżonek (wciąż zawieszony jak komputer, co w tej temperaturze Królowej Matki nie dziwi ani w przypadku komputera, ani Pana Małżonka) - A jutro ma być... ma być... (rezygnuje z prób odwieszenia się).

Królowa Matka (z narastającą, obłąkańczą nadzieją w głosie) - Deszcz? Burza? Załamanie pogody? Nagły spadek temperatury? Gwałtowne ochłodzenie???

Pan Małżonek - ... piąta część Harry'ego Pottera w telewizji...

Źródło

No, szit, psiakrew oraz cholera jasna, rzeczywiście, było po co dawkować napięcie!!!

Królowa Matka wolałaby ochłodzenie...

środa, 5 sierpnia 2015

Klasyczna nadszczerość

Potomek Starszy (tonem luźnej konwersacji towarzyskiej) - Pamiętam, jak miałaś kiedyś maseczkę piękności na twarzy... cisnęło mi się wtedy na usta: "To nie działa".


I oto Królowa Matka dowiedziała się, jak to jest mieć w domu prawie-nastolatka.

Zabawnie.




... chwilowo ;).

wtorek, 14 lipca 2015

Bye, bye, Skandynawio!

Pompony odbębniają swoje codzienne pół godzinki gry, a z okrzyków: "O, Ajtidu idzie!!!", "Mija, jest Mija, suuuupejjj, tejaz musimy uwolnić pudełeczka!" Królowa Matka wnosi, że na tapecie są "Gwiezdne Wojny" (bo że Mija to Lea Królowa Matka nie musi swoim Czytelnikom, jako osobom inteligentnym, uświadamiać, nie, żeby rozumiała, cóż księżniczka Lea ma wspólnego z uwalnianiem pudełeczek, no, ale może to dlatego, że Królowa Matka jest nie ogarnięta w temacie gier w ogóle, a w temacie Gwiezdnych Wojen w szczególności, w każdym razie bardzo stara się nie być, samoobrona taka).

Królowa Matka (do Pompona Młodszego) - Synu, czy ty zanim zacząłeś grać byłeś się załatwić? Bo wiesz, co ci się potrafi przydarzyć, jak się za bardzo zaangażujesz w to, co tam akurat robisz...
Pompon Młodszy (nieuważnie, anihilując jakiegoś kosmitę czy inne pudełeczko) - Byłem, byłem...
Królowa Matka (truje, jak to wapniak oraz zgredówa) - ... Pompon Starszy był od rana w toalecie już dwa razy, podczas gdy ty, no, co ci będę mówić... a zdajesz sobie sprawę, co będzie, jak zrobisz siusiu w majtki?
Pompon Młodszy (odrywając się od gry, z nieukrywanym entuzjazmem i radośnie) - Zdaję sobie!!! Będzie pjanko w ten upiojny goły kupej!!!

No tak.

Już wtedy, gdy w wieku Pomponów był Potomek Młodszy (uwaga, będzie odkrywcze spostrzeżenie - ach, jak ten czas leci!!!) Królowa Matka boleśnie sobie uświadomiła (czy też raczej - zostało jej uświadomione), że Skandynawia nie jest kierunkiem, w stronę którego powinna spoglądać tęsknie rozważając ewentualną emigrację.

Teraz wie to już na pewno...

niedziela, 28 czerwca 2015

Optymista, level expert

Potomek Młodszy (wtrącając pytanie w rozmowę Rodziców o wspólnym znajomym) - Mamo, a ile ten wujek, o którym mówicie, ma lat?
Królowa Matka - Chyba czterdzieści albo coś około tego...
Potomek Młodszy (rozjaśniając się jak supernowa) - Czterdzieści!!! To cudownie mieć czterdzieści lat, to znaczy przeżyć czterdzieści świąt!!!


No to teraz już wiemy, i ku pamięci.

Wszystkim :).


piątek, 29 maja 2015

Potomek Młodszy na tropie Tajemnicy Życia

Potomek Młodszy (nieoczekiwanie, ale któż się spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji w końcu, przecież nikt) - Mamo, a po co ludzie uprawiają seks?

Królowa Matka (wyluzowana, bo po pierwsze - podobne rozmowy to dla niej od daaaawna nie pierwszyzna, a po drugie - nie jest to wcale najtrudniejsze pytanie, jakie zadały jej Ukochane Potomki) - A, synu, dla naprawdę mnóstwa przyczyn. By okazać miłość. Dla przyjemności. No i nie od rzeczy byłoby wspomnieć, że także po to, by mieć dzieci.

Potomek Młodszy (zatykając się z lekka) - Dzieci? To z uprawiania seksu są dzieci???

Królowa Matka - No, z każdego to na szczęście nie, i są środki, które można zastosować, by tych dzieci w ogóle nie było, ale w zasadzie to owszem, tak.

Potomek Młodszy (nerwowo) - A czy są jakieś inne sposoby???

Królowa Matka - Żeby mieć dzieci? Owszem, dzisiejsza technika daje takie możliwości, ale jednak seks jest najbardziej popularną metodą ich pozyskiwania.

Potomek Młodszy (powoli) - Czyli... ty mi mówisz... że jeśli kiedyś będę chciał mieć dzieci... to będę musiał uprawiać seks???

Królowa Matka (do bólu szczerze) - Tak.

Potomek Młodszy (ze zgrozą w głosie i oczętami jak spodki) - O, matko.


A teraz Królowa Matka usiądzie w kątku i spokojnie poczeka, aż mu przejdzie :).

czwartek, 21 maja 2015

Z życia niewolnika

Pompon Młodszy (włażąc Królowej Matce na kolana i moszcząc się na nich za pomocą wiercenia pupką; rozkazująco) - Teraz mas mnie psytulić!

Królowa Matka przytula.

Pompon Młodszy (nadstawiając buzię, w tym samym tonie) - I całuj!

Królowa Matka całuje.

Pompon Młodszy (zdegustowany) - ...ale co ty, tak jeden jaz, cały cas mas całować!!!

Królowa Matka zasypuje pocałunkami.

Pompon Młodszy (rozciągając na kolanach Królowej Matki swoje ciało na całą dumną długość metra pięć; z zadowoleniem) - ... i mozes mnie jesce drapać po pleckach!

Powiada Państwu Królowa Matka, ludzki pan!

niedziela, 17 maja 2015

Szpiedzy tacy, jak my

Pompon Młodszy (wbijając sobie na nos wygrzebane skądś tam, ogromne, nadłamane okulary przeciwsłoneczne Teściowej Królowej Matki) - Mamo, pats! Jak wkładam takie agenckie okulary to psestaję być sobą i staję się spiegiem! Teraz nie jestem juz zaden Antek. Jestem Agent Antek!


Po przyjeździe do Domu w Dziczy,

Pompon Młodszy (nadal w Agenckich Okularach) - Jestem agent 007!
Potomek Młodszy (poprawiając Pompona Młodszego po bratersku) - Ty możesz co najwyżej być agentem 004. (odliczając na palcach) Pompon Starszy jest agentem 003, ja - agentem 002 (milknie, zacukany)...
Potomek Starszy (gorączkowo) - Nienienienie, Pompon Młodszy jest Agentem 005, Pompon Starszy - Agentem 004, ty (zwracając się do Potomka Młodszego) - Agentem 003, ja - Agentem 002, tatuś Agentem 001, a mamusia... a mamusia... (skonfundowany, urywa).
Królowa Matka (stoicko) - ... cóż, mamusia, nie ma co już tego dłużej ukrywać, jest M...

I teraz już wszystkim wiadomo, od czego NAPRAWDĘ skrótem jest bondowskie "M"!

niedziela, 3 maja 2015

Królowa Matka na tropie Spisku, część druga

UWAGA!

Będzie DŁUGIE JAK CHOLERA, zawierające spoilery oraz wulgaryzmy, co prawda nie królewskomatczyne, tylko pochodzące z cytatów, ale zawsze. Osoby wrażliwe, nudzące się przy wpisach liczących więcej niż pięćset słów oraz takie, które pragną poznać dzieuo tu omawiane z pierwszej ręki proszone są o oddalenie się od internetów celem skorzystania z uroków ostatnich chwil długiego weekendu, najlepiej na łonie natury. 

Gdyby Królowa Matka chciała czytać "Nie oddam dzieci" metodą: "Przy każdym facepalmie wychylamy kieliszeczek" już w połowie Prologu leżałaby na podłodze Domu w Dziczy, ułożona przez troskliwego Pana Małżonka w pozycji uniwersalnej bocznej bezpiecznej, a karetka z najbliższego szpitala pędziłaby, aby bezzwłocznie zawieźć ją na oddział detoksykacji alkoholowej.

W Prologu oto mamy przedstawione trzy główne dramatis personæ, a więc Michała Sokołowskiego, wybitnego chirurga, oczywiście oszałamiająco przystojnego, oczywiście uroczego, oczywiście romantycznego (w każdym razie w rozumieniu ałtorkasiowym, w rozumieniu królewskomatczynym bowiem mężczyzna, który wchodzi "krokiem zdobywcy do sali wykładowej", siada "obok mnie,nawet nie pytając, czy wolne" i mówi "tak po prostu: „Od dziś to miejsce obok ciebie, moja śliczna, należy do mnie” uzyskuje zamiast dozgonnej miłości uprzejmą, acz chłodną odpowiedź: "Ależ zatrzymaj je sobie choćby na zawsze, a ja się przeniosę gdzieś dalej, by się cieszyć brakiem twojej obecności", choćby nie wiadomo jak bardzo "roześmiany, czarnowłosy i niebieskooki" by był), kochanego (czy tego chce, czy nie chce, gdyż poza żoną kochały się w nim " wszystkie stażystki w całym szpitalu") i kochającego męża i ojca trójki, a wkrótce już czwórki dzieci, dla którego ostatnio niestety praca robi się odrobinę zbyt ważna, spychając rodzinę na dalszy plan, ale ojtam, ojtam, Michał Sokołowski jest idealny i basta, przerwa na motylki i jednorożce na tęczy.

Po czym zaserwowany nam zostaje opis drugiego bohatera, Tadka Marszaka - oto mamy faceta, który zawodowo trudni się wożeniem żywych koni na rzeź do Włoch, dbając o zapas koki, którą wciąga w trasie (kieliszeczek) , ma wyższe aspiracje, ale nie chce mu się pracować, zresztą jak już popracuje, to i tak wszystko wydaje na dragi i dziwki (kieliszeczek), frustruje go, że nie ma żony, którą mógłby bijać (kieliszeczek), więc w zamian bije starą schorowana matkę (kieliszeczek), której przy każdej okazji kradnie rentę, niech żre trociny, skoro jest durna i trzyma kasę w puszce po herbacie (kieliszeczek), a jak mimo to czuje się zirytowany to się relaksuje rażąc prądem - 6 tys woltów - przewożone konie (kieliszeczek albo i dwa), a także rusza w miasto, by wyrwać lalę do obmacania, uprzednio przyodziewając się w sweterek w serek (kieliszeczek), białą koszule oraz skórzaną kurtkę i przeczesując rzadkie włosy (kieliszeczek)..., 


Kolejny bohater, Alfred Niro, "syn polityka znanego z tego, że jest politykiem, i celebrytki znanej z tego, że jest znana" , który po rozwodzie rodziców mieszka z matką, której nienawidzi, gdyż "po latach balang, hektolitrach alkoholu i metrach kokainowych ścieżek, wygląda na podstarzałą kurwę", utrzymywany przez ojca, którego nienawidzi, gdyż "po pierwsze gardzi polityką, po drugie gardzi ludźmi, którzy zmieniają poglądy jak chorągiewka", nienawidzi, ale korzysta z jego forsy i pozwala się wyciągać z pierdla po tym, jak dla żartu podpalił bezdomnego na przykład. Nie przepracował w życiu ani dnia, i nie musiał, albowiem rodzice zamykali mu usta pieniędzmi, "bo bękart mógłby sporo pikantnych plotek o ich pożyciu sprzedać tabloidom". Żyją więc sobie - rodzice i Alfred - w układzie "my ci forsę, ty nas nie szargasz, a jeśli już, to nie pod własnym nazwiskiem", w związku z czym Alfred, idąc szargać, zaopatruje się w fałszywy, kupiony za ciężkie pieniądze dowód osobisty, żeby go, uwaga, dziennikarze nie namierzyli, po której to konstatacji Królowa Matka uznała, że kieliszeczek to za mało


oraz odkryła, że śmieje się histerycznie czekając tylko na retrospekcje z dzieciństwa Alfredka kopiącego nóżkami obutymi w obuwie ze skóry ginących gatunków małe kociątka oraz mściwie depczącym kwiatki, ze szczególnym uwzględnieniem tych pod bezwzględną ochroną, czy naprawdę nikt autorce nigdy nie powiedział, że mniej czasem znaczy lepiej? 

No, nic, na kopane kotki przyjdzie jeszcze czas, na razie Tadek Marszak podąża na spotkanie z Alfredem, albowiem "Imponował mu ten gość. Miesiąc temu poznali się w jednym w podlubieńskich klubów, wyrwali dwie laski, chyba jeszcze niepełnoletnie, przynajmniej na takie wyglądały, ale za to bardzo pijane i bardzo chętne, i zabrali je na przejażdżkę po okolicach, przy czym najpierw Alfred przeleciał jedną na tylnym siedzeniu swojego bmw, potem Tadek. Prawdziwa zabawa zaczęła się w pustym domku letniskowym, do którego Alfred miał klucze. Tam rżnęli półprzytomne od wódki i prochów dziewczyny na zmianę, we wszystkie otwory ciała – dopóki sił starczyło.
Na koniec pieprzonka Alfred, któremu już nie stawał, wyciągnął skądś kabel i zaczął w jakimś dzikim obłędzie obie dziewczyny tym kablem napieprzać, aż Marszak przestraszył się, że chce gówniary zatłuc i siłą go odciągnął.
– To nauczka – wyjaśnił Niro. – Żeby z obcymi się nie puszczały.
Zarechotał i szarpnął tę szczuplejszą, blondynkę, ku sobie. Zakwiliła, kuląc się w rogu łóżka, ale wyciągnął ją brutalnie i nagą wypchnął na dwór. Skinął na Tadka, by z drugą zrobił to samo. Po chwili zaciągnęli je do samochodu, wywieźli daleko od domku i porzucili na poboczu, ciskając w nie kłębem ciuchów.
Ale to był odlot. Tadek, do tej pory grzecznie rżnący tylko te, które na to pozwalały, albo dziwki, na które było go stać, po raz pierwszy w taki sposób zabawił się z lachonami: brutalnie i bezwzględnie. I miał z tego kurewską frajdę. Nie mniejszą niż prowodyr".


Dwaj przyjaciele z boiska jadą zatem, naćpani, narąbani i w towarzystwie wyrwanej dopiero co blondynki, zaś naprzeciwko jedzie Marta Sokołowska, która zmuszona była udać się do przedszkola po najmłodsze dziecko, które wzorowy i kochający mąż i ojciec zapomniał odebrać, jako, że właśnie operuje oraz ma dyżur na SOR. Buahahaha, no, ale nie po raz pierwszy Katarzyna Michalak nie sprawdza tego, o czym pisze, więc się nie dziwimy i lecimy dalej. 

Mama jedzie zatem, odrywając się od przygotowań do urodzinowej imprezy dla synka, który właśnie kończy trzy lata, i skłaniając Królową Matkę do zastanawiania się, w jakich godzinach otwarte są przedszkola oraz robi się kinderbale dla trzylatków w michalakversum, bo z tekstu wynika, że jest środek nocy ("Strasznie nie lubiła wracać drugim samochodem: małym fiatem pandą, po nocy,", "Marta, nim ruszyła w powrotną drogę, bez Michała, długo patrzyła niewidzącym spojrzeniem w ciemność". "Szosa tonęła w ciemnościach, z którymi światła fiata nie bardzo sobie radziły", i tak dalej, i tak dalej, ok, jest październik, ciemno robi się około 18-19-tej, ale w tekście jest otwartym tekstem o "tej nocy, o której pamiętają" bliscy), Marta Sokołowska jedzie rozważnie i ostrożnie, Źli i Napruci jadą jak wariaci, w dodatku wyprzedzają tira na dwunastego i przy tym wymijaniu uderzają w samochód Marty, miażdżąc go o drzewo.

Mały Antoś ginie na miejscu, Marta umiera wkrótce, przybyli na miejsce lekarze robią cesarkę i wyjmują z brzucha martwej matki żywego noworodka, Królowa Matka powinna rozpakowywać już drugą paczkę chusteczek, ale jakoś nie rozpakowuje, Źli i Napruci, a teraz dodatkowo Nieco Połamani trafiają do szpitala i kto, ach, kto ratuje im życie? Tak! Nasz Wzorowy Mąż i Ojciec (i Chirurg), wykonujący w skupieniu kilkugodzinna operację ("Gdyby cały ten zespół wiedział, że człowiekiem, którego z takim oddaniem ratują, jest Tadek Marszak..."- to co by się wtedy stało? tak się niewinnie zainteresuje Królowa Matka, jest jakiś prawny zakaz operowania ludzi o nazwisku Tadeusz Marszak?), podczas gdy czas się zatrzymuje, jak w kreskówce normalnie, co poznamy po tym, że gdy Michał Sokołowski wróci wreszcie do domu z tragiczną wiadomością zastanie w nim całą rodzinę z tortem i balonikami, nic a nic nie przejętą faktem, że mama pojechała po małego jubilata kilka godzin temu, nie wróciła, a już gdy wyjeżdżała, przypomina Królowa Matka, panowały ciemności i był w najlepszym wypadku wieczór.

No, nic, Michał Sokołowski kończy operację, ordynator przekazuje mu tragiczną wiadomość, następuje 25 stron opisów reakcji samego Michała, reakcji policjanta, który nie zatrzymał lecących 200 na godzinę Złych i Naprutych, reakcji personelu szpitala, który tak lubił Martę, reakcji przyjaciela Michała, który zastawił jego SUVa, wskutek czego Marta musiała wracać do domu małym fiatem pandą, oraz reakcji Alfreda, który leży na oddziale szpitalnym i się boi. Wszystko to opisane w charakterystycznym dla pani Michalak, przetragizowanym łamane przez słodko-pierdzącym stylu, stężonym w stopniu niewyobrażalnym, zwłaszcza w scenach które naprawdę mogły (i powinny) być emocjonalne, dramatyczne i chwytające za serce.

Następnie Michał wraca do domu i...

...i wkraczamy do samego centrum michalakversum, w którym Dobrzy są Dobrzy, bo Pani Ałtorka tak napisała, Źli są Źli, bo Pani Ałtorka tak napisała, a czasem Dobrzy staja się Źli, bo Pani Ałtorka zmieniła zdanie, i co nam pan zrobi. 

Czegóż my tu nie mamy - mamy na przykład teściową, która nie rozumie, że Michał chce zostać sam z dziećmi ("Bez histeryzującej teściowej i teścia, który próbuje ją uspokoić, bez ojca i matki, którzy nie wiedzą, kogo pocieszać" - ileż, zapytasz, o Czytelniku, ileż czasu upłynęło od chwili, gdy "histeryzująca teściowa" dowiedziała się, że straciła córkę i dwoje wnucząt - bo o tym, że najmłodsze dziecko żyje Michał zapomniał wspomnieć? Królowa Matka spieszy, by ukoić Twą ciekawość i odpowiedzieć - jakieś pół godziny. Szanowna Pani Michalak, rozhisteryzowana to może być nastolatka, której przed studniówką wyskoczył pryszcz na środku czoła, a nie matka, która się dowiedziała o śmierci dziecka, no, ale żeby to wiedzieć trzeba mieć minimum empatii oraz panować nad słowem pisanym). Cały jeden dzień później Michał dziwuje się: "Co wstąpiło w tę zwykle miłą i wynoszącą go pod niebiosa kobietę? Zawsze truła Marcie, by szanowała takiego męża jak Michał. Niepijącego, pracowitego, kochającego żonę i dzieci... Tak, Dorota straciła córkę i wnuczka. Ale on stracił żonę i dziecko!" (no bo wszak, Pani Ałtorko, Dorota nie straciła dziecka, nienienie, ona straciła żonę Michała przecież!), zaś dwa dni później - "wodził za policjantem otępiałym spojrzeniem, wreszcie przypomniał sobie, po co wyjechał z domu, zostawiając dzieci na pastwę dwóch histeryczek" (czyli matki i siostry jego zmarłej żony, no, a siostra to przecież w ogóle nawet córki nie straciła, zaledwie siostrę, więc już choćby z tego wiadomo, że jest zła nie pochylając się nad cierpieniem Michała i mając czelność wymagać od niego czegokolwiek, na przykład tego, by nie pił i zajął się dziećmi).

Chwilowo jednak Michał nie radzi sobie w ogóle, i Królowa Matka nie ma mu tego za złe, bo stoi na stanowisku, że każdy radzić sobie z żałobą powinien po swojemu, to raz, a dwa, na razie doktor Sokołowski jest w stanie szoku i niezupełnie nad sobą panuje. Więc powinien mieć przy sobie bliskich, którzy, pozwalając mu na osobiste przeżycie żałoby, będą dyskretnie pilnowali, by nie zrobił sobie krzywdy, służyli wsparciem i pomocą.

Cóż jednak począć, skoro Michał ma wokół siebie wyłącznie histeryzującą matkę i siostrę żony (te dwie wiedźmy), Ludmiłę, sąsiadkę, która już w dniu śmierci Marty planuje, jak zająć jej miejsce i rozsiewającą Wraże Plotki po wsi już po tym, jak pan doktor wywali ją z domu na zbita twarz ("Uniósł głowę i wstał, widząc Ludmiłę. Zupełnie wyleciało mu z głowy, że zostawił dzieci pod opieką tej... harpii. Harpii, która obciągała właśnie obcisłą bluzeczkę, a z dekoltu wylewał się bujny biust, pod samym niemal nosem doktora Sokołowskiego.
– Dzieci zachowywały się bez zarzutu – zagruchała. – Jutro również mogę się nimi zająć. Jesteśmy przecież sąsiadami. Trzeba sobie pomagać.
A ja chętnie ci pomogę, kochanie, w czymkolwiek zechcesz – dodała w myślach. Na widok Michała Sokołowskiego, który był naprawdę grzechu wart, robiło jej się ciepło między nogami"
, noszfak i ja chromolę),


oraz Serdecznego Przyjaciela, w którym rośnie niesmak na widok tego, jak bardzo Michał sobie nie radzi, zaś "współczucie, jakie dotąd miał dla przyjaciela, powoli zaczęło zamieniać się w litość. A litość tym różni się od współczucia, że jest podszyta pogardą", całe - tak, o Czytelniku! całe dwa dni po wypadku mu się to współczucie odmienia, Królowa Matka zadała sobie trud i policzyła!


W sumie trudno się Michałowi dziwić, że w takich okolicznościach przestaje nad sobą panować, zaczyna pić na całego, nie wpuszcza do domu nikogo, nawet rodziców, o teściowej i jej siostrze nie wspominając, starsze dzieci widywane są w okolicy dwa razy dziennie - jak wychodzą do szkoły i z niej wracają, poza tym głucha cisza, bo Michał rozbił telefon i domofon, żeby go bliscy oraz dziennikarze (koczujący pod jego domem jakby był co najmniej Gwiazdą Tańczącą Na Lodzie) nie dręczyli, nie odzywa się do nikogo, nie odbiera poczty, wyrzuca z domu jedyną życzliwą mu osobę, położną środowiskową ("Matylda jednak pamiętała, jak on właśnie, bardzo dawno temu, ledwie się tu do Złotowa z rodziną sprowadził, przyjechał do jej matki, starej, schorowanej kobieciny, co całe życie ciężko pracowała i teraz na starość też nie miała lekko: zżerał ją od środka rak płuc, którego nabawiła się w przędzalniach Łodzi" - widzi Królowa Matka, że AłtorKasię zżera ambicja napisania drugiej "Ziemi Obiecanej" i nie daje się ona powstrzymać myśli, że XIX wiek mamy już za sobą!),



w jego domu cuchnie moczem i kałem, ciągle słychać krzyk nie przewijanego noworodka, starszy synek się uwstecznia, ssie kciuk, moczy się ze strachu, najstarsza dziewczynka usiłuje jakoś trzymać rodzinę w kupie, nieporadnie, ma przecież dopiero trzynaście lat ("To Maja zrozumiała, że jeśli nie będą sprawiali wrażenia normalnej rodziny, opieka społeczna rzeczywiście ich zabierze, a wtedy tatuś zostanie sam i... Nie, Maja nie chciała nawet myśleć, co się z nim stanie. Musiała dbać o to, by Zbyszek jadł, by oboje chodzili do szkoły w czystych, uprasowanych ubraniach, by ona dostawała dobre stopnie, a brat nie sprawiał wrażenia półgłówka, ssącego bez przerwy kciuk. Przywiązywała mu więc prawą rękę za plecami, gdy tylko zamykały się za nimi drzwi domu. Chłopiec nie próbował walczyć z siostrą. Po prostu... zapadł się w siebie jeszcze bardziej. Nie mógł ssać kciuka, co przynosiło mu jakieś ukojenie, więc wchodził pod stół i siedział tam, skulony, do nocy. Wtedy Maja rozwiązywała biednego więźnia, kładła go do łóżka i mógł się przyssać do krwawiącego palca".

"Maja ze Zbyszkiem zaczęli przysypiać na zajęciach. Dziewczynka przyprowadzała brata z samego rana, jeszcze nim zaczynały się lekcje, oboje przemykali się do schowka pod schodami, do którego nikt od dawna nie zaglądał, tam zwijali się w kłębek i spali dotąd, aż nie obudziła ich nastawiona na ósmą komórka Mai. Po lekcjach, niczym dwoje lunatyków, zdążali do tego samego miejsca, pilnując, by nikt z dorosłych ich nie widział.
– To ważne – powtarzała bratu Maja. – Jeśli przyłapią nas na spaniu tutaj, zawiozą od razu do sierocińca, rozumiesz?
Malec kiwał poważnie głową, oczy wychodziły mu z orbit z przerażenia, a kciuk sam wędrował do buzi"
)...

...

Ale, rozumiesz, Kochany Czytelniku, to dziennikarze, którzy to wszystko opisują, są źli. Dziennikarze, sąsiedzi i przerażona, dobijająca się bez skutku do domu Sokołowskich rodzina jest zła, chcąc odebrać dzieci (jakie, do cholery, odebrać? jaki, do cholery, sierociniec? w Polsce? przy tak przeładowanych placówkach opiekuńczych? przy żyjącej i będącej w dobrym zdrowiu rodzinie, dziadkach z obu stron i ciotce? sierocinieć, oł rili?) Ojcu, Który Tak Cierpi.

Kurna chata, bez przerwy rozemocjonowane media donoszą o przypadkach pobicia lub zamordowania dzieci przez niestabilnych emocjonalnie rodziców, a tutaj mamy opisanego Pana Doktora ("W Michale coś pękło. Chciał chwycić dziecko za ramiona i potrząsać nim, aż by umilkło. Choćby miała odpaść mu główka! Choćby miał je zabić!"), nad którym mamy pochylać się ze zrozumieniem, bo tak nam Pani Ałtorka każe???

(Nieskuteczne) odbieranie dzieci odbywa się za sprawą jednej rozprawy, na którą dowozi Michała Dobrze Mu Życzący Policjant (z którym co prawda początkowo Michał nie chciał nawet rozmawiać i "ani myślał wpuszczać do środka (...). Doświadczenie z Ludmiłą napaloną czegoś go nauczyło" - słusznie, kto wie co takiemu policjantu chodzi pogłowie?), oraz przy pomocy Dobrze Mu Życzącego Przyjaciela i Dobrze Mu Życzącej Pani Mecenas (która co prawda w innej książce AłtorKasi była Zimną Suką, ale została przykładnie ukarana zgwałceniem i się poprawiła),


a także Sędziny, która jest Bezstronna jak sama Temida ("Sędzina, słuchając jednym uchem kalumnii Doroty Jeżewskiej, rzucanych na pochyloną głowę Michała, uważnie, w zamyśleniu, przyglądała się właśnie jemu. – Czy świadek skończył? – przerwała Dorocie w pół zdania.") oraz Wrażliwa Na Krzywdę Ludzką ("Sędzina milczy długo. Bardzo długo. Wierzy w każde słowo tego człowieka, a milczy, bo głos odmówił jej posłuszeństwa"). Nie bez znaczenia jest także to, że Histeryczna, Zła, Zaborcza oraz Będąca Biczą I Starą Panną siostra Marty (tego nieomal ciała astralnego, jak te rodzeństwa potrafią się między sobą różnić!) lubuje się - co wyszło w trakcie rozprawy - w odchowywaniu małych kociąt na duże kotki, po czym usypianiu ich pod byle pretekstem lub też wywożeniu za miasto, żeby popatrzeć, jak bezradnie gonią za samochodem (wszyscy wiedzą, że koty tak właśnie robią), zaistniało więc podejrzenie, że jeszcze uśpi siostrzeńców, jak jej się znudzą, albo każe im biegać za samochodami, i co wtedy wszyscy zrobimy.


I to, rozumiecie Państwo, było pisane na serio.

Królowa Matka pominęła wątek nie-ukarania Prawdziwego Sprawcy Wypadku, Wrażego Alfreda (nie-ukarania przez prawo, Tatuś-Polityk był się bardziej postarał:

("Nikodem wychodzi z pokoju. Wraca z grubym, skórzanym pasem. Okłada nim syna – omijając ręce i twarz – dotąd, aż ze zmęczenia ręka odmawia mu posłuszeństwa.
– Spierdalaj mi z oczu – rzuca.
Alfred znika w jednej z sypialni na piętrze. Boli go całe ciało, nos i policzek, ale mimo to twarz wykrzywia w uśmiechu. Zapala papierosa, zaciąga się, rozwalony na łóżku, i w zamyśleniu patrzy przed siebie. Opłacało się. Naprawdę się opłacało zebrać manto od ojca, który przejmie sprawę w swoje ręce. Cóż to jest oberwać dwa razy po mordzie i parę razy po nerkach... W pierdlu gwałciliby go kijem od szczotki noc w noc, taki piękniś jak Alfred miał to jak w banku. To lanie kurewsko się opłacało. Naprawdę!"
),

zamordowania w więzieniu Tadeusza Marszaka oraz ingerencję Wyższej Sprawiedliwości, która dopada Alfreda, gdy ten w rocznicę śmierci Marty i Antosia jedzie obok miejsca wypadku, jak zawsze, żeby popatrzeć na dwa krzyże i, uwaga, się pośmiać,


pominęła wykładany jak kawa na ławę cały obmierzły światopogląd pani Michalak (bita kobieta jest sobie winna i nie ma dla niej ratunku, nie opłaca jej się pomagać, ludność wiejska wzywa policję do faceta goniącego żonę z siekierą po podwórzu, bo ten, uwaga, ROBI HAŁAS, ponadto wieś jest wścibska, żądna plotek i nie wybacza, itepe, itede, kto czytał "Bezdomną" albo choćby tylko "Poczekajkę" ten wie, o co chodzi).

O tym, jak zmarnotrawiony został naprawdę dobry temat - żałoby, rozpadu i ponownego konstruowania się rodziny po traumatycznym przeżyciu, przyspieszonego dojrzewania trzynastoletniej dziewczynki, w końcu problem traktowania pijanych i odurzonych kierowców przez prawo - nie ma nawet co pisać, w końcu mówimy o AłtorKasi.

Za to gdy Królowa Matka wreszcie doszła do końca dzieua ("Samochody obojętnie mijają ciało leżące w rowie. Niro wie, że umiera.Jak tamta. Marta Sokołowska. Tylko że przy niej byli ludzie, ktoś próbował ją ratować, ktoś trzymał do końca za rękę, on zaś zdycha sam. Będzie konał długo i w cierpieniach, bo do każdej minuty umierania Marty Bóg doliczy Alfredowi pięć minut topienia się we własnej krwi. Za Antosia dorzuci jeszcze pięć. Za bezdomnego włóczęgę kolejne. Za blondynkę i nawet Marszaka też po kilka... Widzisz gdzieś tu słowo „sprawiedliwość”? Tutaj nie, ale Tam na pewno") doszła także do paru wniosków i żadna siła jej już nie przekona, że się myli.

Otóż Katarzyna Michalak nie istnieje.

Królowa Matka nie uwierzy w jej istnienie nawet, gdyby dostarczono jej AłtorKasię na próg Domu w Dziczy, zaopatrzoną w drzewo genealogiczne i dowód osobisty oraz paszport.  "Katarzyna Michalak" to jest po prostu długofalowy projekt podjęty przez grupę psychologów, którzy przyjęli ten pseudonim, by zbadać, jaką ilość urągającej wszelkiej inteligencji zbieraniny wszelkich możliwych stereotypów, nonsensów i szkodliwych bzdur podniesionych do potęgi osiemnastej uda się sprzedać przy pomocy zaawansowanych technik marketingu, reklamy i innych takich prostemu ludowi, zanim ten się zbuntuje i odmówi dalszej konsumpcji. Królowa Matka rozważała jeszcze happening artystyczny, ale artyści nie mają takich pieniędzy, a byłby to happening dość kosztowny (książki, fałszywa tożsamość, reklama, bannery, telewizja, ktoś do prowadzenia bloga, to wszystko kosztuje. Chociaż, może, kto wie, jakiś projekt zrealizowany przy pomocy funduszy unijnych...?) 

Istnienie "Katarzyny Michalak" jako projektu naukowego naprawdę wszystko wyjaśnia, i te opisane przez Królową Matkę wczoraj wolty charakterologiczne jej Herołinów i Herołin (jak książki pisze komputer wraz z wynajętym pracownikiem naukowym to nie można oczekiwać od nich płynności języka i logiki, wymaganych od zawodowych pisarzy, prawda?). I udział w tym przedsięwzięciu takich niegdyś szanowanych instytucji jak Znak i Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Literackie, które na własnej stronie pisze: 

"WYDAWNICTWO LITERACKIE, założone w 1953 roku, od ponad pół wieku swego istnienia kreuje i promuje najciekawsze zjawiska literackie oraz najwybitniejszych twórców polskich i światowych: pisarzy, poetów, eseistów, historyków, badaczy kultury. Zajmujemy pozycję jednego z największych i najbardziej  wpływowych na polskim rynku domów wydawniczych – przede wszystkim wydawców literatury, szczególnie pięknej polskiej i obcej, literatury faktu oraz literatury dla młodzieży.
Obecnie w stałej ofercie  Oficyny pozostaje ponad pół tysiąca tytułów!
Wśród autorów związanych z oficyną są polscy nobliści Wisława Szymborska i Czesław Miłosz oraz tak znakomite postaci kultury, jak: Janusz Anderman, Stanisław Barańczak, Władysław Bartoszewski, Zygmunt Bauman, Andrzej Bobkowski, Andrzej Chwalba, Karl Dedecius, Michał Głowiński, Witold Gombrowicz, Julia Hartwig, Gustaw Herling-Grudziński, Maria Janion, Jerzy Jarniewicz, Jerzy Jarzębski, Aleksander Jurewicz, Jan Kott, Stanisław Lem, Ewa Lipska, Henryk Markiewicz, Sławomir Mrożek, Tadeusz Nyczek, Kazimierz Orłoś, Jerzy Pilch, Tadeusz Różewicz, Jerzy Sosnowski, Marian Stala, Jadwiga Staniszkis, Jan Józef Szczepański, Jan Sztaudynger, Dorota Terakowska, Agata Tuszyńska, Jan Twardowski, Karol Wojtyła, Marta Wyka, Adam Zagajewski",

a potem wydaje niedopracowaną zbieraninę bzdur napisaną żałosnym językiem i jeszcze to reklamuje jako powieść, która: "Roztrzaskuje serce na kawałki, wzbudza skrajne emocje, wzrusza do łez"

I te peany redaktora wyż. wzmiankowanego wydawnictwa, który jednocześnie pozwolił, by w oblanym przezeń łzami dziele znalazły się następujące kwiatki:

"Dokładnie jak wtedy, gdy po podpaleniu bezdomnego podjechała pod dom Nirów policja" (kto oprócz Królowej Matki ma wizję policji podpalającej bezdomnego?),

 "Jeden go przeklina, drugi życzy mu wszystko co najgorsze",

"przeniósł załzawione spojrzenie z czarnego bmw na policjanta, który stał tuż obok i przyglądał się doktorowi z mieszaniną uczuć na twarzy",

"Alfred skinął pokornie głową, przywdziewając na pokaleczoną twarz zbolałą minę",

by wymienić tylko kilka.

Prawdziwy, zawodowy redaktor na pewno cierpiał, puszczając to do druku, ale rozumiał wyższą konieczność, skoro to projekt naukowy...

No i gdy wyjdzie na jaw, że to unijny projekt i badanie naukowe Wydawnictwo Literackie, Znak i pracownicy obu oficyn już nie będą musieli się wstydzić.

Tak, jak - w co Królowa Matka stara się nie wątpić - wstydzą się teraz.