czwartek, 26 czerwca 2014

Lekturowo

Książka, którą powinno przeczytać więcej osób

Tak jakoś w połowie marca, po zwalczeniu u swojej licznej rodziny licznych chorób organizm Królowej Matki wreszcie się poddał. Nie oznacza to, że spoczął w łożu i kurował się licznymi medykamentami, nienienienienie, Królowa Matka codziennie zaprowadzała schorowany organizm do pracy, w której spędzali liczne godziny, nadludzkim wysiłkiem usiłując nie umrzeć na własnym, pracowym biureczku, tylko na ile się da przytomnie wykonywać zawodowe i ponadzawodowe (liczne zastępstwa!) obowiązki.

Pewnego dnia, gdy Królowa Matka zaliczyła maraton zastępstw, a do końca dni pracy zostały jej dwie godziny lekcyjne, dała wreszcie za wygraną. Usiadła przy biurku, obok niej leżała góra książek, które powinna wprowadzać do inwentarza i katalogować, ale tego nie robiła, bo wymagałoby to od niej wyciągnięcia ręki, podniesienia książki (taka książka waży!), oraz dokonania wysiłku umysłowego.

"Trudno - pomyślała, przebijając się z trudem przez watę w głowie i usiłując powstrzymać od opadania ciężkie powieki. - Będę pozorować pracę, jakoś chyba dam radę... - z nadludzkim trudem uniosła rękę i z kupy książek ściągnęła tę, która przypadkiem leżała na samym wierzchu. - Nawet jak mnie ktoś zaskoczy, nie uwierzy przecież, że dobrowolnie czytam TO!".

Gdy czterdzieści pięć minut później zadzwonił dzwonek na przerwę, Królowa Matka, nie niepokojona przez nikogo, poza rozdzierającym kaszlem i katarem lejącym się z nosa, pochłaniała właśnie setną stronę i wcale nie miała ochoty przestać.

"TO" to był drugi tom (pierwszy gdzieś pewnie leżał w tej górze woluminów, ale Królowa Matka nie miała fizycznie siły wstać i poszukać)


"Nad Niemnem"

i rozpoczynał się od - och, jak pięknego, jak barwnego, jak subtelnego, a przecież dobitnego! - opisu pani Andrzejowej Korczyńskiej i jej wewnętrznych rozterek.

Królowa Matka nie chce przez to powiedzieć, że wcześniej "Nad Niemnem" nie czytała. Czytała, i to nie raz, jest to bowiem jedna z tych lektur, które weszły do jej życia przebojem i stanowiły jedno wielkie, pozytywne zaskoczenie.

Ta konkretna wkroczyła w życie Królowej Matki za sprawą jej licealnej wychowawczyni, polonistki, która pewnego pięknego dnia, gdy Królowa Matka byla w klasie drugiej i do oficjalnego przerabiania utworu prozatorskiego pani Orzeszkowej dzielił ją cały rok, wypatrzyła sokolim swym okiem gdzieś projekcję "Nad Niemnem" w kinie. Ponieważ miała akurat (chciałaby Królowa Matka napisać"przypadkiem", niestety, niestety, tak do końca nie był to przypadek...) haka na Ukochaną Klasę Królowej Matki i liczne możliwości, by zmienić jej życie w piekło nie było tak trudno skłonić wspomnianą klasę do zbiorowego udania się do kina (w niedzielę!!!) i zapoznania się z dziełem, w zamian za co hak miał (chwilowo) zostać odwieszony i nie wisieć nad nami jak, neprawdaż, miecz Damoklesa.

Cóż było robić, wściekła do nieprzytomności Królowa Matka umówiła się z dużą grupą wściekłych do nieprzytomności koleżanek klasowych i poszłyśmy do kina by, jak mniemałyśmy, zmarnować sobie niedzielę.

Wyszłyśmy oczarowane.


Co prawda Królowa Matka, zaznajomiona z przeróżnym dziełami Elizy Orzeszkowej typu nowele oraz "Marta" nieustannie oczekiwała jakiejś katastrofy w przeświadczeniu, że wszystkie książki tej pisarki kończą się źle, i na przykład podczas wołania echa na Niemnie zastanawiała się gorączkowo: "Wywali się ta łódka czy nie wywali? Utoną, czy nie utoną?", łódka się jednak nie wywaliła, Justyna i Jan nie utonęli, a Królowa Matka z zadowoleniem odkryła, że Eliza Orzeszkowa dopuszczała najwyraźniej w swej twórczości szczęśliwe zakończenia. Film zaś pokochała od pierwszego ujrzenia, jakim cudem zapomniała o nim wspomnieć we wpisie o ulubionych ekranizacjach pojęcia nie ma, teraz nadrabia - ogląda za każdym razem, gdy go wyłapie w telewizji (na sam widok powyższego zdjęcia się Królowej Matce muzyczka filmowa załącza w głowie, wot, uzależnienie!) , i potrafi lepiej niż pani Marta Lipińska podać kwestię: "Justysiu, ty tego nie zrobisz! Nie odrzucisz tego losu, tak świetnego, i nie wyjdziesz... och... nie wyjdziesz.... za chłopa!", na co ma licznych świadków. Rodzina już się nawet z tego nie śmieje, uznając rzecz za ten rodzaj szmergla, nad którym zapuścić należy miłosierną zasłonę milczenia.

Książkę czytała Królowa Matka rok później, tak jak "Nędzników". To znaczy trzy dni. Chociaż nie dlatego, że podchodziła do lektury z podobnym uczuciem, ale dlatego, że została uziemiona w domu - czekała na jakichś majstrów? fachowców od remontów? - w każdym razie mogła się ruszyć dopiero, jak ją tata, wracając z pracy, zluzował, więc siedziała i czytała, a okoliczności przyrody były takie więcej sprzyjające, był bowiem pogodny, wiosenny i rozkwitający Wielki Tydzień, pełen slońca i zieleni. Od Wielkiej Środy do Wielkiego Piątku przed południem Królowa Matka uwinęła się z trzema tomami powieści, która została jedną z jej najulubieńszych lektur szkolnych.

I nie tylko jej - Przyjaciółka, oszołomiona, donosiła jej w liście: "Czytam "Nad Niemnem", nie uwierzysz, z jak wielką robię to przyjemnością, i jak bardzo nie mogę sie oderwać!!!".

Królowa Matka wie jednak, że i ona, i jej Przyjaciółka, i liczne szkolne koleżeństwo to mniejszość, nawet Janusz Zakrzeński, filmowy Benedykt Korczyński przyznał się był bowiem do tego, że w czasach szkolnych "Nad Niemnem" nie przeczytał, a potem nadrobił niedopatrzenie tylko dlatego, że dostał rolę. Tak, on się był nawrócił na "nadniemnyzm", ale ile osób ma szanse zostać w ten sposób sprowadzonych na dobrą drogę?

Więc - choć miala Kólowa Matka pisać dziś o zupełnie innej książce - w ostatniej chwili zmieniła zdanie, by po belfersku stwierdzić, że to właśnie "Nad Niemnem" powinno przeczytać więcej osób.

Zupełnie Królowa Matka nie pojmuje, dlaczego ta powieść budzi niechęć, a już kompletnie, kompletnie - dlaczego uchodzi za nudną. Czego się spodziewają ludzie, którzy po nią - zmuszeni okolicznościami najczęściej - sięgają? Czego można spodziewać się po powieści o losach ziemian po Powstaniu Styczniowym? Pościgów i strzelanin? Science-fiction? Licznych mordobić? Seksu poza-, obok-, przed- i w-ogóle-nie-małżeńskiego? Opisanego w detalach? Nie?
To dlaczego tak bardzo się dziwią, że dziewiętnastowieczna powieść obyczajowa obfituje w liczne opisy, powolną narrację, dziwny, niedzisiejszy język, no i, oczywiście - jest nudna?
Królowa Matka jest w stanie na pniu wymienić pięć nudniejszych lektur, i w dodatku napisanych tak, ze czytanie ich to była droga przez mękę.

I może w słowie "lektura" rzecz.
Może Królowa Matka miała akurat szczęście, że jej się "Nad Niemnem" spodobało MIMO, że było lekturą. A inni muszą je ze szkolnego czaru uwolnić.

A więc - czytajcie "Nad Niemnem", kochane dziateczki.

Czytajcie, gdy NIE MUSICIE :).

30 komentarzy:

  1. O tak, Nad Niemnem należy przeczytać, zanim stanie się obowiązkowe. Na przykład w siódmej klasie podstawówki. Na dzisiejsze to będzie... eee... gimnazjum chyba.
    Film i serial są znakomite, ale pierwowzoru nie przeskoczą. Za to można je sobie kupić na DVD i oglądać sobie w dowolnej chwili dowolnego spleenu.
    Hurtem dorzucę, że Nędznicy też są miłością moją wielką, aczkolwiek nie szlochałem nad nimi, choć oczywiście w paru miejscach wzrok może się zaszklić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przebóg, jaka tu się dyskusja wywiązala całkiem bez mojego udziału!!! I kiedyz ja nadrobię, bo raczej nie dziś :))).

      Na DVD, mówisz. czemu ja na to nie wpadłam? Mogłabym sobie zapodawac w chwilach listopadowego spleenu zamiast liczyć na niepewne i nieregularne powtórki w TV :)...

      Usuń
    2. Bo nie rzuca się tematu o Nad Niemnem i nie wyjeżdża w siną dal, bo to się zawsze tak kończy :P
      A DVD stanowić będzie świetny pomysł prezentowy: film na Gwiazdkę, serial na Dzień Matki albo co. Rodzina się ucieszy, że jej kombinowanie odpada:)

      Usuń
  2. A wiesz, ze miałam podobnie? Nam Niemnem czytałam trzy razy. Dobrowolnie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Królowo, podczytuję cichcem od jakiegoś czasu, ale dzisiaj muszę się odezwać - po przeczytaniu notki nie wiem kiedy wciągnęłam 2 rozdziały i przypomniałam sobie wstydliwą prawdę - nie dość, że całkiem lubiłam tę Orzeszkową, to na dodatek naprawdę podobały mi się opisy przyrody. To wszystko jest tak opisane, że ja po prostu mam wrażenie, że właśnie jest słoneczna letnia niedziela i pachną te wszystkie kwiatki w bukiecie Justyny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Bukiet Justyny! Może dlatego, że ja też namiętnie robiłam takie bukiety!
      Bromba

      Usuń
    2. Jarzębina we wlosach...

      Usuń
  4. I Królowa Matka przelała czarę a ZWL jest współwinny bo zobaczyłam, że kilknął lajka. Tak za mną chodzi powtórka tej książki. Bardzo ją lubię i cenię. I stęskniłam się najzwyczajniej. Nawet jak globusa dostanę w niedzielę - CZYTAM!

    Nędzników też kocham i na końcu płaczę niezmiennie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehehe! Powtarzaj, rok bez Nad Niemnem jest rokiem stracony. Ja mam NN wgrane nawet na telefon, to sobie w kolejce do kasy mogę poczytać :))

      Usuń
    2. Oooo mądry pomysł, ale mój telefon jest za głupi. Nie rozumiem dlaczego to "Nad Niemnem" jest takim przekleństwem dla wielu, obok "Nocy i dni" jedna z bardziej klimatycznych książek. Polska i poruszająca. Noce i dnie niedawno powtarzałam, teraz czas na Niemen... bardzo prosiem. A i ekranizacja - miodzik, tylko jak Benedykta widzę - łezka w oku się kręci...

      Usuń
  5. Wcale nie nudna, we mnie nie budzi niechęci - uwielbiam książkę i film. A młodzieży chyba trudno będzie uznać te lekture za ulubioną - jak ma zachwycać skoro nie zachwyca....

    OdpowiedzUsuń
  6. Należę do osób, które Nad Niemnem przeczytały w podstawówce ,potem jeszcze kilkakrotnie . Za pierwszym razem, rzecz jasna (a może nie ? ) najbardziej mnie interesował wątek romansowy, Gdy wreszcie dotarłam do etapu lektury szkolnej to Nad Niemnem miałam w jednym palcu .I wiąże się z nim moje pierwsze tak spektakularne wystąpienie publiczne .Otóż przez całą godzinę lekcyjną mówiłam na zadany temat -wątek przyrody w Nad Niemnem ,utrzymując moja rozbrykaną klasę w nieprawdopodobnej ciszy ,zakończonej burzą oklasków.No to się pochwaliłam :)).

    OdpowiedzUsuń
  7. Ha! Ha! A nie mówiłam! "Nad Niemnem" należy czytać co rok albo częściej, jako romans, powieść historyczną, powieść społeczną, powieść przyrodniczą, co komu bardziej, ale czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Królowo. Nudna będę, mówiąc, że "Nad Niemnem" mi się bardzo spodobało. Aż tak że sięgnęłam po inne książki Orzeszkowej, zaczytywałam się jej życiorysem, a nawet przy okazji podróży po rubieżach RP wyskoczyłam na chwilkę rowerem na Białoruś - tylko po to, by zobaczyć dom, w którym tworzyła, i jej pomnik, a także, oczywiście i przede wszystkim - TĘ RZEKĘ. Rzeczywiście wije się pięknie, zwłaszcza widok z góry jest piękny.

    Nie pamiętam, jak się miało zaczytywanie się (a potem film, bo u mnie w tej kolejności wyszło) książką a lista lektur... Miałam w nosie zawsze listę lektur - czytałam tyle, że pozycje z lektur albo już miałam połknięte, albo połykałam na rozkaz, bo kazali, albo - jeśli nie zdążyłam - kiedyś tam już dawno gdy lekturą nie było. Nie pamiętam, czy nadniemeńskie klimaty czytałam wtedy, kiedy były lekturą...Chyba wcześniej. Akurat dla mnie nie miało to znaczenia.
    Co do ekranizacji a powieści - dialogi wierne, sceny również. Główna teza powieści - zaistniałą. Piękno Niemna - obecne. Wątki powstańcze - ładnie wplecione w film.
    Iwona Pawlak jako Justyna - utrafiona (choć wyobrażałam sobie ją jako troszkę mniej hożą dziewoję :) Marta Lipińska - rewelacyjna! Jak to ona. Zrobiła z postaci idealną Emilię! Cudo. Ciotka Justyny też ciekawie zagrana... w tych ciemnych szatach latająca po polach. Witold i Jan tylko troszkę inni niż sobie ich wyobrażałam, ale ciekawi. Szkoda, że nie było o nich więcej, że nie pogłębiono ich postaci. W ogóle po filmie miałam wrażenie: więcej, więcej.

    I takie samo mam wrażenie, jak Ty piszesz :))) więcej, więcej!

    OdpowiedzUsuń
  9. Wygląda na to, że tylko ja w tym towarzystwie uważam, że "Nad Niemnem" jest do bani... :)

    Dla mnie ta książka była masakrą. Zmęczyłam ją dwa razy - w liceum i na studiach do egzaminu z pozytywizmu. Nie zjedzcie mnie - wszak de gustibus tralalala, nie? :) - ale się uziewałam tak, że mało mi żuchwa z zawiasów nie wypadła. W mojej opinii to zręcznie napisany przykład powieści tendencyjnej w klasycznym wydaniu. Czyli - jest teza, trzeba ją udowodnić, a cała fabuła jest tak przewidywalna, że aż zęby bolą. Oczywiście w tej epoce taką ocenę uznano by za najwyższy koplement, bo proza miała pełnić dokładnie taką funkcję. Dydaktyzm, dydaktyzm i jeszcze raz dydaktyzm. Ku chwale społeczeństwa :)
    Orzeszkowa była generalnie dobra w te klocki - rekordy bije "Marta", od której - o ile mnie pamięć nie myli - pisarka w ogóle zaczęła. Serio, po pierwszej stronie DOKŁADNIE wiedziałam, jak się to wszystko skończy - i nie pomyliłam się... :) Na starość Orzeszkowej trochę tendencja przeszła, bo późny "Cham" to majstersztyk jeśli chodzi o amatorskie studium choroby psychicznej. Ale nim to nastąpiło...
    No ale cóż, taka to była epoka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo za późno zaczęłaś :)) .a generalnie -to była epoka dydaktyzmu, masz rację. Zresztą - trudno się dziwić. Kiedyś literatura służyła też takim celom a nie tylko promowaniu autora :) , a że Polska była w sytuacji jakiej była....

      Usuń
    2. To prawda - epoka wymagała takiego akurat zaangażowania. Kto z pisarzy dobrze wypełniał zapotrzebowanie, ten był ceniony. A jeśli jeszcze udało mu się jakieś walory artystyczne wnieść, to już był super.
      Mnie też, Dragonello, ciut drażni, jeśli powieść nieubłaganie dąży do udowodnienia założonej na początku tezy, więc dostrzegam coś takiego jako słabość.... nie wiem właśnie: autora? trendu? zapotrzebowania? systemu? Orzeszkową lubię czytać, ale oczywiście są dziesiątki autorów i autorek, które wolę. A "Cham" Orzeszkowej rzeczywiście mnie powalił. zgadzam się, że głębszy niż "Nad Niemnem".
      Przeczytałaś może "Kaśkę Kariatydę" Zapolskiej? Ciekawe, jakie po nim wrażenie?
      Ogólnie - tak z perspektywy historycznej i z boku patrząc na rys narodowy Polaków: moim zdaniem, gdybyśmy w charakterze mieli więcej tego pozytywizmu, rzetelnego stosunku do pracy - tego wszystkiego, co w "Nad Niemnem" tak nieco nadmiernie dydaktycznie podane, tobyśmy byli lepszym narodem. Niektóre narodowe przypadłości, przywary by zniknęły lub się zmniejszyły... Może dlatego powieści i nowele pozytywistyczne mnie wzruszają - bo tak sobie myślę przy nich: u nas stać nas było na jedną epokę literacką, na pokolenie-półtora; inne narody mają pozytywizm, szacunek do pracy, własnej ziemi wpisany w cechę narodową i to im nie zakrywa innych cech. U nas - wytrwaliśmy w nawracaniu się na pozytywizm niedługo: ot, czas trwania życia Orzeszkowej, Prusa, Sienkiewicza... I nawrotów pewnie nie będzie....w skali innych narodów - krótki epizod. Może dlatego co jakiś czas czytam pozytywistyczne nowelki, powieści - by się ucieszyć, że potrafiliśmy docenić rzetelny codzienny trud. Normalnie - jak nie Polacy :)))

      Usuń
    3. To jest bardzo złożony problem, dlaczego Polacy mieli ten jeden pozytywizm - chyba, że do "dydaktycznych" epok zaliczymy też oświecenie przez szacunek do wiedzy i do wysiłku wkładanego we własny rozwój. W mojej ocenie (jako historyka literatury) to ma ścisły związek z tymi nieszczęsnymi 123 latami zaborów. Polacy jednak przez większość czasu skupiali się na tym, by jakoś w ogóle jako naród przetrwać, więc na pracowitość dnia codziennego nie wystarczało ani czasu, ani energii. Trzeba było wmawiać Polakom, że są wyjątkowi, żeby mimo grożących represji chciało im się mówić i myśleć po polsku, kutywować narodowe tradycje. Nieprzypadkowo w pozytywizmie - jako reakcji na klęskę powstania styczniowego - programowo odkładano zbrojne wystąpienia przeciw zaborcom jako szkodliwe, niepotrzebnie osłabiające naród. Głoszono właśnie, że szabelką to wymachiwać zdążymy kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, a póki co należy pracować i się bogacić.

      Wrażeniami z "Kaśki Kariatydy" się nie podzielę, musiałabym odświeżyć. Czytać czytałam - hurtem do egzaminu, ale to akurat słabo pamiętam.

      Usuń
  10. Mnie "Nad Niemnem" aż tak bardzo nie zachwyciło. Za to "Cham"... Czytałam dawno, a ciągle pamiętam. Polecałabym licealistom, których "Nad Niemnem" zniechęciło do Orzeszkowej. No i "Dziurdziowe"... Czyta się jednym tchem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w całej rozciągłości. "Cham" wymiata.

      Usuń
  11. "Teos' Różyc, sjostrzeniec ksjężnej, harbuza dostał!"
    Czytałam i oglądałam zylion razy. I nadal mi mało <3 A pierwsze zatchnięcie z zachwytu nad książką nastąpiło, gdy na początku trafiłam na opis Marty i porównanie jej do morowej dziewicy, przed którą chłopi pierzchali ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeszcze dwa (prowokacyjne?) pytania, sprowokowane tekstem:
    1. A o jakiej to książce KM myślała wcześniej, żeby ją zalecić?
    2. Jakie jest 5 nudniejszych lektur?
    Bromba

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie mogłam się nigdy nadziwić, że moi rówieśnicy czytając NN omijali opisy przyrody. Moim zdaniem rezygnowali z najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za to do dziś nie przeczytałam opisu bitwy pod Grunwaldem, mimo że "Krzyżaków" czytałam X razy :)

      Usuń
    2. A ja podarowałam sobie jakieś kilkadziesiąt stron na początku "Ogniem i mieczem" :P

      Usuń
  14. No to ja nie wyjde poza schemat. Mimo, ze NN przeczytalem jako lekture w liceum, to podobalo sie. A jakze! I ''Noce i dnie'', zwlaszcza ekranizacja... Tomaaaaaaaaaaaaaaaszeeeeeeeeeeeeeeek!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to, nie "Bogumił! Bogumił!" ;D

      Mnie też. I "Lalka", mogłabym oglądać na okrągło.

      Usuń
  15. Problem w czasie przerabiania - gdy ma sie do przeczytania iles tam wolastych lektur i jeszcze to "Nad Niemnem", powolne, niespieszne, z tysiacem stron, a czlowiek bedzie mial z tego kartkowke i musi wiedziec, jaki kolor miala suknia czy sciany.
    Ja mialam szczescie, ze moja nauczycielka nas nie katowala w ten sposob, zapowiedziala, ze bedzie sporo lektur, wiec mamy sobie poczytac w wakacje, kartkowki w ogole robila takie, ze ksiazke trzeba bylo przeczytac a nie zakuc.* I "Nad Niemnem" czytalam w sierpniu, niespiesznie, pojedynczy tom miescil mi sie do kieszeni spodnicy, wiec czytalam i w letnim autobusie i nad bieszczadzkim strumykiem. I czytane bez stresu, z czasem na rozkoszowanie sie opisem, wyobrazenie sobie opisanego, bylo calkiem smaczna lektura. Ale ile osob ma sensowna polonistke?

    *) Np. "co i dlaczego dostal d'Artagnan z reki wynurzajacej sie zza zaslony?" Nie ma sily, albo sie "Trzech muszkieterow" przeczytalo i ma sie te scene przed oczami i w efekcie sie stresci pobieznie pol ksiazki, albo sie ich nie czytalo. A wiem, ze inni nauczyciele pytaja np. o rozmiar rekawiczek w Lalce...


    turzyca

    OdpowiedzUsuń
  16. D'Artagnan? Stawiam na pierścień królowej Anny Austriaczki, który był dowodem wdzięczności za dowiezienie diamentowych spinek na czas :) Z rozmiarem rękawiczek Izabeli Łęckiej miałabym za to problem, chociaż "Lalka" mi się podobała.
    Królowo, chyba sobie podoczytuję Twoje starsze wpisy, bo poprawiają mi humor :) Wyczyny czterech potomków bywają urocze :)
    Pozdrawiam :)
    Aragonte

    OdpowiedzUsuń
  17. Wzruszyłam się. Też najpierw przypadkowo obejrzałam (i zawsze oglądam) dużo wcześniej. Tyle tylko, że czytałam dopiero jako lekturę...

    OdpowiedzUsuń