piątek, 31 grudnia 2021
2021
poniedziałek, 27 grudnia 2021
Poświątecznie, nastrojowo
Pompon Młodszy (w rozmarzonym zamyśleniu podrzucając w ręku zośkę, którą dostał był na szkolnej Wigilii) - To super prezent jest. Super. I wymyśliłem nową grę, w którą można nim grać!
Królowa Matka (ostrożnie, zna bowiem swoje subtelne, kruche, i tak dalej, ściema mode on, Dziecię nie od dziś) - Doprawdy?
Pompon Młodszy - Tak. Nazywa się "Ból-zośka".
Królowa Matka (słabo) - Jak?
Pompon Młodszy (rzeczowo) - Ból-zośka.
Królowa Matka (pchana jakąś tajemniczą a irracjonalną siłą, bo przecież w głębi serca wcale nie chce znać odpowiedzi na to pytanie) - A na czym polega?
Pompon Młodszy (tonem wyjaśnienia, oraz promiennie uśmiechnięty i wznosząc na matulę przejrzyste, błękitne oczęta) - No, ja rzucam z całych sił, a Borysa boli.
A jak u Państwa z poświątecznym nastrojem oraz pokojem ludziom dobrej woli?
środa, 15 grudnia 2021
Nie tylko Potomki
Z serii: "Nauka zdalna to tyyyle radości".
Matematyka.
Nauczycielka przedłuża zajęcia o dwadzieścia sekund.
Jadwiga - Proszę pani, a na moim zegarku jest już 8.31, a my mamy lekcje do 8.30!
***
Polski.
Nauczycielka przedłuża lekcję o jakąś minutę.
Jadwiga - Proszę pani, już jest po lekcji, chyba z pięć minut temu powinniśmy się rozłączyć!
***
Historia.
Pan nie rozłącza się równo z wybiciem godziny jedenastej.
Jadwiga - Proszę pana, ja tylko chcę powiedzieć, że ta lekcja powinna się skończyć trzy minuty temu!
***
Technika.
Pan jest w środku zdania, i to mimo faktu, że 11.45 już za nami od, odlaboga, jakichś dwóch minut.
Franciszek - Proszę pana, Jadwiga chce powiedzieć, że ta lekcja już się skończyła i jesteśmy parę minut po czasie.
I oto mamy przykład "wyrobienia sobie u kogoś opinii" w pełnej krasie, choć przyznać Królowa Matka musi, że nie to miała zazwyczaj na myśli, gdy wspominała o zjawisku :D.
wtorek, 14 grudnia 2021
Miłość w chłodnym klimacie (by Pompony et consortes)
Pompon Młodszy (składając szczegółowe sprawozdanie z dnia szkolnego, i owszem, jest to czynność całkowicie zbędna, jako, że siedzimy na zdalnych i Królowa Matka w tychże lekcjach niejako uczestniczy, ale Pompon Młodszy nigdy nie pozwala się powstrzymać nieistotnym drobiazgom) - ...i, mamusiu, dziś na godzinie wychowawczej losowaliśmy osoby, i każdy miał o wylosowanej osobie napisać trzy sympatyczne rzeczy...
Królowa Matka (nieco, przyznajmy to, nieuważnie) - Aha...
Pompon Młodszy - ... i ja wylosowałem Martynkę, i napisałem o niej, że jest przyjacielska, uczynna i zawsze ma dobry humor... (z cieniem wahania w głosie) Chciałem co prawda napisać, że jest bojowa...
Królowa Matka (z pełnym przekonaniem, zna bowiem Martynkę, i to bynajmniej nie od dziś) - Powinieneś był.
Pompon Młodszy (nie czyniąc przerw dla wysłuchania matczynej opinii w temacie) - ...ale nie byłem pewny, czy to na pewno byłoby miłe.
Królowa Matka (zgadzając się z dzieciomtkiem) - No w sumie racja.
Pompon Młodszy (pozostając w ciągu) - A Jadwiga, wiesz, mamo, ta nowa...
Królowa Matka (z mocą, Jadwigi albowiem może i nie zna tak długo, jak Martynki, ale w niektórych wypadkach te głupie dwa-trzy miesiące w pełni wystarczają) - O, tak. Wiem.
Pompon Młodszy - ... wylosowała Roberta i napisała o nim "miły, wulgarny knypek".
Królowa Matka (w osłupieniu) - Że jak.
Pompon Młodszy (niemalże sylabizując dobitnie) - Miły. Wulgarny. Knypek.
Królowa Matka (jak wyżej) - I to miały być te sympatyczne rzeczy?
Pompon Młodszy (tonem koniecznego wyjaśnienia) - No, tak, bo, wiesz. Oni się w sobie zakochali i ze sobą chodzą.
Cóż.
Stara się Królowa Matka nie nadużywać dźwięcznej tej frazy, ale czasem człowiek musi, inaczej sie udusi.
Otóż ZA MOICH CZASÓW miłość się objawiała w jakiś inny sposób.
Chyba :D.
czwartek, 9 grudnia 2021
O korzyściach oziębłości emocjonalnej
Z serii: "Ulubiona Mamusia Królowej Matki komentuje".
Królowa Matka wraz z Mamusią ogląda "Lato miłości". Państwo wią i rozumią, Chopin, Nohant, George Sand, Solange, muzyka, porywy serc i ciał, stada bocianów, te rzeczy.
Mamusia Królowej Matki (pogrążona w głębokiej, filozoficznej zadumie) - Co za szczęście, że my nigdy nie miałyśmy wspólnego ukochanego, którego obie namiętnie pożądałyśmy! Bo jeszcze byśmy się poróżniły...
No kamień z serca normalnie, powiada Państwu Królowa Matka!
niedziela, 28 listopada 2021
Efekt pandy" Marta Kisiel
No więc taka sytuacja jest. Zdrowotność człowiekowi siada tak, że czuje własne serduszko w gardle i zastanawia się, czy to zawał, globus histericus, który skutkiem długotrwałego stresu dławi mię jak tę biedną stryjenkę Emilię, czy może, no nie wiem, rak krtani. Potomki częściowo w szkole, a częściowo na nauce zdalnej, i nie ma tak dobrze, żeby wszystkie jednakowo, nienienienie, to by było zbyt duże ułatwienie w życiu, każde z osobna przechodzi na zdalne i wraca na stacjonarne bardzo się starając, żeby, nie daj bogowie, nie zahaczyć o zdalne/stacjonarne braciszka nawet jednym dniem. Dodajmy do tego chorą przewlekle matkę, której jakąś opiekę wypada zapewnić w te dni, w które zdalne nauczanie Pacholątek trzyma człowieka z dala od domu rodzicielki. A poza tym normalka, inflacja, galopujące ceny benzyny, pandemia, zaciskanie pasa, by starczyło do pierwszego, ten codzienny taniec na wulkanie. I, jakże mogłam zapomnieć, listopad. Ciemno, gdy się człowiek budzi, ciemno, gdy wraca do domu po całym dniu w Cywilizacji, a jak nie wyjeżdża do Cywilizacji, to też ciemno, bo szare chmury wiszą nad światem tak nisko, że - zdałoby się - wystarczy wyciągnąć rękę, by ich dotknąć. Gdyby się miało dość energii, by tę rękę wyciągać, a zazwyczaj się nie ma, bo to przecież listopad i każdą iskiereczkę energii człowiek przeznacza na to, by się zwlec z łóżka, zająć Pacholątkami i własną mamusią oraz nie umrzeć na zawał łamane przez globus histericus, a nie na to, by chmury macać.
I na to wszystko wkracza Marta Kisiel, cała w bieli, i z
"Efektem pandy" w dłoniach.
Akcja "Efeku pandy" zaczyna się kilka miesięcy po "Dywanie z wkładką". Do Polski przyjeżdża dość niespodziewanie niejaka Briżit Roulon, czyli matka Tereski, na stałe mieszkająca we Francji. Lecz zamiast, jak zwykle, po kilku dniach roznoszenia w proch i pył uporządkowanego życia córki niczym jakieś niewielkie, ale zdeterminowane tornado, odlecieć do Francji, do męża, przy
niedzielnym śniadaniu beztrosko (i nie zwracając uwagi na zgłaszane zdania odrębne) informuje rodzinę, że załatwiła dla siebie, córki i
wnuczki, a nawet dla Pindzi, również, bądź co bądź, stworzenia rodzaju żeńskiego, babski wypad do spa. A że akurat w tym momencie
wpada z wizytą teściowa Tereski, Mira, ją również dołącza do ekipy.
Relaksujący pobyt w wypasionym SPA jest zaplanowany co do szczegółu, wszystko zda się, dopięte na ostatni guzik, a nasze bohaterki - w każdym razie część z nich - bardzo potrzebują odpoczynku po przejściach sprzed kilku miesięcy.
Ale, zdaje się, odpoczynek ten nie jest im pisany (względnie - wypoczywać po prostu nie potrafią), bo jak się wkrótce
okaże wrócą do domu bardziej zmęczone niż przed wyjazdem.
I właściwie tyle wystarczy, by zgadnąć, nic nie pójdzie według ciut szalonego, ale tak na oko całkiem konkretnego planu...
Początkowo miałam zamiar popełnić recenzję, no, może nie recenzję, a... eee... opinię? Wpis! O, właśnie, wpis miałam zamiar popełnić, w punktach. Żeby się nie rozpisywać, tylko ładnie, punkt po punkcie wymienić, co mi się w "Efekcie pandy" podobało i za co jestem Ałtorce wdzięczna.
Ale ostatecznie zdecydowałam się pójść w klasykę i polecieć ścianą tekstu. Albo ścianką, zależy, na co mi pozwoli życie rodzinne.
Nie wiem, czy Marta Kisiel uznałaby to za komplement, więc na wszelki wypadek zaznaczę, że i owszem, to miał być komplement, i to sporego kalibru - otóż osoba zajęta dużą ilością Potomków (ja się pytam, kiedy one dorosną na tyle, żeby być samobieżne?!), nie umieraniem na zawał, swojom horom matkom i przeczołgiwaniem się przez listopad niekoniecznie ma siłę czytać jakieś opasłe tomiszcza dla Elyty Intelygenckiej przez wielkie EI, jakieś duszoszczipatielnyje kawałki (czy wręcz kawały), czyniące rozdrapy na duszy, zalegające kamieniem na sercu i miażdżące umysł. Nie, taka osoba łaknie książki przyjemnej i zabawnej, napisanej doskonałą polszczyzną, z powycinanymi przydawkami, nienachalnym humorem i tym ciepełkiem i atmosferą, w którą Ałtorka tak bardzo umie, wiecie, z tym ciepełkiem, które sprawia, że, czytając, czujemy się otuleni mięciusim kocykiem i napojeni kakałkiem z piankami, a po skończeniu czujemy żal, że nie jesteśmy tacy, jak bohaterowie/żyjemy w innym świecie/nie mamy takiej rodziny i przyjaciół, bo bardzo byśmy chcieli.
Nie wiem, do jakiego stopnia jest to winą moich nadinterpretacji, ale - o ile "Dywan z wkładką" odebrałam jako pozycję stricte rozrywkową - tak tu dostrzegłam typową dla Marty Kisiel (w moim skromnym i totalnie subiektywnym odbiorze, z którym można się energicznie nie zgadzać) próbę zasygnalizowania poważniejszych problemów, jak na przykład konfliktu na linii matka-córka i jego wpływu na życie i wychowanie najmłodszego pokolenia. Opisane to jest, ma się rozumieć, z właściwą Ałtorce lekkością i można rzecz przeoczyć albo nadinterpretować, jeśli się jest mną, ale... cóż, jest widoczne.
Podobnie jak subtelnie wspomniany i zarysowany motyw urazu po traumatycznym przeżyciu, jakim niewątpliwie było samo znalezienie zwłok, a gdy jeszcze dodać, że były to zwłoki zamordowane, a o morderstwo podejrzany był rodzony mąż i syn... W większości komedii kryminalnych będących częścią cyklu brakuje (nie wykluczam, że wyłącznie mi) podobnego motywu. Bohaterowie tych książek przeżywają pobicia, rabunek, są świadkami zbrodni, trafiają na celownik gangów, znajdują się w licznych sytuacjach, gdy ich zdrowie i życie bywa zagrożone, po czym w następnej książce, której akcja potrafi rozgrywać się dwa tygodnie czy miesiąc później są świeżutcy jak szczypiorek, radośni jak koliberki i nie mają najmniejszych problemów, by beztrosko wkraczać do ciemnego pokoju, w którym, powiedzmy, dziesięć dni temu zostali napadnięci i pobici, albo potknęli się o ciało najbliższego współpracownika, leżące w kałuży krwi. I jakkolwiek rozumiem konwencję i nie wyobrażam sobie, by bohaterowie kryminałów (w dodatku komediowych) spędzali czas na terapii i przez cały kolejny tom (lub tomy) zmagali się z nabytymi traumami to jednak wielce jestem rada, że w "Efekcie pandy" taki motyw się pojawił.
Bardzo podoba mi się też rodzaj zbrodni, na trop której wpadają panie. Pozwolę sobie na spoilerek i powiem, że nie jest to morderstwo, i bardzo, moim zdaniem dobrze, bo to dodaje powieści wiarygodności, ostatecznie w normalnych okolicznościach życiowych już wpadnięcie na jedne zwłoki świadczy o niewiarygodnym pechu, więcej niż raz na życiorys trafić się to może chyba wyłącznie bohaterom, którzy są policjantami (albo mieszkańcami Midsommer).
A, i jeszcze - można, moim zdaniem, czytać "Efekt pandy" jako samodzielną powieść (chociaż nie wykluczam, że tak mi się wydaje, bo znam treść poprzedniego tomu), ale lepiej jest zacząć w kolejności prawilnej, jak Bogowie Literatury nakazali, a Ałtorka napisała.
Podsumowując - "Efekt pandy" to książka, która działa antydepresyjnie. Nie każdego co prawda dławi globus, nie każdy ma horom matke, dzieciomtka na zdalnych czy problemy z dobrnięciem do pierwszego. Ale listopad, o, listopad to każdy ma! A w "Efekcie pandy" mamy na ten listopad plasterek, mamy doskonałe poczucie humoru, oryginalne połączenia językowe, lubialnych bohaterów, ciepełko i ciekawą fabułę.
Czego chcieć więcej?
Nic tylko czytać!
sobota, 13 listopada 2021
"Najsłabsze ogniwo" Robert Małecki
Piotr Warot ma wszystko. Jest wziętym pisarzem, który kiedyś postawił
sobie za cel utrzymywać rodzinę wyłącznie z pisania i udało mu się ten
zamysł zrealizować. Jest popularny, lubiany, wręcz sławny, telewizja,
radio, artykuły w prasie plus sesje zdjęciowe w plenerze, te rzeczy. Ma
piękną, kochającą żonę, dwoje dzieci, dom z ogrodem pod Toruniem.
Człowiek sukcesu, któremu udaje się wszystko.
Do dnia, gdy nagle
znika bez śladu jego brat z dziewczyną. Policja początkowo podchodzi do
tego zniknięcia dość lekko zakładając, że młoda para urwała się na
romantyczny weekend w jakimś SPA, nikogo o tym nie informując, i
wyłączając telefony, by odciąć się od świata, i lekceważy obawy Piotra,
które narastają z każdym nieodebranym połączeniem, z każdą chwilą,
która upływa od czasu, gdy widział się z bratem po raz ostatni.
W
dodatku dokładnie tej samej nocy znika z domu nastoletni syn sąsiadów. A
jeszcze bardziej w dodatku po pewnym czasie dość niemrawych działań
policji okazuje się, że Warot jest osobą, która całą trójkę widziała
jako ostatnia przed ich zaginięciem. Tajemnice gęstnieją w powietrzu,
napięcie zaczyna rosnąć...
Tylko, że wcale nie.
Od
pierwszej strony, niemal od pierwszego zdania (ale przy pierwszych
zdaniach staram się nigdy nie uprzedzać, więc zdławiłam rodzące się w
mym czytelniczym wnętrzu podejrzenia, że to nie będzie TO) miałam
wrażenie, że coś z tą książką jest bardzo nie tak.
To ósma
powieść Roberta Małeckiego, którą poznałam. I trzecia recenzja. W obu
poprzednich wspominałam, a wręcz podkreślałam z naciskiem, że bardzo
lubię sposób opowiadania autora, kreowania atmosfery, że odpowiada mi
niespieszne tempo, "skandynawskość" przejawiającą się w
drobiazgowym opisywaniu planu dnia bohatera czy jego hobby, w pełni
rozumiałam, że niektórych czytelników to nudzi czy męczy, albo i
denerwuje, ale mnie nie. Ja to lubiłam. Nawet niedociągnięcia - tak,
widziałam niedociągnięcia - zauważałam zazwyczaj dopiero PO lekturze,
gdy zaczynałam, wyrwana z fikcyjnego świata, myśleć i zadawać sobie
pytania: "Ale dlaczego...?".
Tu tego nie ma. Zero atmosfery,
zero napięcia, zero nastroju późnego lata (u autora, który po
mistrzowsku moim zdaniem oddawał aurę panującą w opisywanym miejscu w
swoich poprzednich utworach!). Proszę państwa, oto Piotr Warot.
Przystojny człowiek sukcesu, szczęśliwy mąż i ojciec. Oto Karolina, jego
żona, piękna, kochająca. Oto ich syn, Borys, nastolatek przyklejony do
komputera. Oto córka, Nadia, przyklejona dla odmiany do ekranu
telewizora. Oto Aleks, brat Piotra, krępy blondyn z loczkami, kocha
motory, gotowanie i "kraftowy browar". I tak dalej. I wszystko to "bo
tak". Bo tak napisał autor. Wyciął figurki z tektury, pomalował je, temu
dokleił blond kędziorki i motocykl, tej komputer, tej rudą szopę włosów
i piegi. Małżeństwu Warotów dopisał jakieś niedookreślone problemy w
przeszłości, które wspominane są niezupełnie wiadomo po co, chyba po
to, by móc zrobić z Piotra Warota nie do końca wiarygodnego świadka,
ale, cóż, to też jest tekturowe. Nie czujemy żadnej więzi między
bohaterami, to znaczy, owszem, autor twierdzi, że taka więź jest, ale
tak naprawdę dobry pisarz nie powinien o tym pisać otwartym tekstem.
Czytelnik powinien to sam widzieć, wnioskować z aury, z klimatu, z opisu
wydarzeń. I tak było w poprzednich książkach Roberta Małeckiego, a w
tej nie. Zupełnie, jakby autor nie miał do niej serca. Żaden ze mnie
psycholog i żadna znawczyni, ale w trakcie lektury cały czas miałam to
właśnie wrażenie. Że Robert Małecki pisze tę książkę od niechcenia i
traktuje ją totalnie po macoszemu. Ot, musi, bo umowa, bo zaliczka, bo
fani czekają. Ale nie dlatego, że miał pomysł. Albo może i miał pomysł,
ale z dopracowaniem go jest naprawdę średnio.
Mimo całej lekkości
fabuły, co w zasadzie jest zjawiskiem pozytywnym, czuć jest ciężar
naiwności i braki w stabilności konstrukcji, plus ewidentne... może nie
tyle błędy, co "to-jest-niemożliwe"-ści w rodzaju zaginionego
nastolatka, syna policjanta, którego nikt nie szuka (to znaczy, że doprecyzuję, szukają go wyłącznie sąsiedzi i znajomi), bo zaginięcie nie
zostało zgłoszone, a koledzy z pracy tatusia chłopca - zaginionego
DZIECKA!!! - wiedzą o tym nieoficjalnie (i nie zastanawiają się nad tym
ani minuty, i nie mówią "Ty się, Wojtek, puknij w ten pusty czerep,
znasz procedury", tylko każą mu iść na urlop, bo jest w trudnej sytuacji
emocjonalnej, no czy rzeczywiście, drogi autorze). I chociaż wlokąca
się akcja, pozbawiona napięcia w dodatku, przyspiesza wyraźnie pod
koniec, nie wystarczy to, by zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie
bylejakości, towarzyszące mi cały czas podczas lektury.
Dodatkowo
wrażenie "a tak se piszę, na, excusez, odwal się" potęguje zadziwiająca
polszczyzna, która sprawiała, że, po pierwsze, wyciągnęłam notes i
zaczęłam sobie zapisywać co barwniejsze kawałki (a robię tak tylko
wówczas, gdy polszczyzna pisarza/tłumacza boli mnie w oczy), a po
drugie, zaczęłam mieć wrażenie, że tę książkę (a już na pewno 30-40
pierwszych stron) napisał za Roberta Małeckiego ktoś zupełnie inny.
Były
rzeczy, które sprawdzałam w słowniku zakładając, że czegoś nie wiem i
czepiam się całkowicie bezzasadnie ("Najbardziej zastanowił go donośny,
drażliwy dźwięk", nope, dźwięk może być 'drażniący", drażliwa to ja
jestem na punkcie prawidłowej polszczyzny u pisarzy, z wykształcenia, na
litość boską, dziennikarzy i nauczycieli kreatywnego pisania; "...naga
bezgłowa dziewczyna o alabastrowej cerze", nope, "cera" to skóra na
powierzchni twarzy, z przyczyn obiektywnych niemożliwa do ocenienia u
osoby pozbawionej głowy; kilkukrotnie powtarzane słowo "przedept", które
w Słowniku Języka Polskiego w ogóle nie występuje, ale oznacza
wydeptaną ścieżkę na trawnikach w miejscach, gdzie mieszkańcy osiedli
mieszkaniowych skracają sobie drogę, w powieści używane w znaczeniu
"wydeptana ścieżka w lesie"), niezręczne sformułowania ("skręcił w ulicę
Księżycową, gdzie parterowy dom brata od razu rzucił mu się w oczy", ja
nie wykluczam, że się czepiam jak pijany płota, ale "rzuca się w oczy"
chyba raczej coś, czego się nie spodziewamy, a nie dom, który znamy, do którego właśnie jedziemy, i
który tysiące razy odwiedzaliśmy), ale były też kwiatki w rodzaju:
"lęk rozwinął macki"
"szybkim krokiem schowała się do domu"
"chłód rozgościł się w jego żołądku"
"przyłożyła głowę do jego ramienia"
"...pierwszy, nieprzyjemny skurcz żołądka wykrzywił mu usta"
"odebrał telefon przyciszonym głosem"
czyli
może i drobiażdżki, niezręczności językowe, i wystarczyłoby, by zmienić
jedno słowo czy przebudować zdanie, by zniknęły, ale... no, cóż, nie
zmieniono go i nie przebudowano.
W powieści roiło się też od
dziwacznych zdań, które nic nie wnosiły do treści, za to powodowały
eksplozję mentalną u osób obdarzonych plastyczną wyobraźnią ("Słomski
ciężko usiadł na krześle, które jeszcze przed chwila zajmował Krzysztof
Burski. Zrobił wielkie oczy i wypuścił powietrze ustami") oraz takich,
których budowa wywoływałaby u każdego nauczyciela polskiego odruch
chwycenia za czerwony pisak i skreślania, skreślania.... ("Gęste włosy
po matce rozsypały się na poduszce". "Nie, to się kupy nie trzyma - powtórzył z pełnym przekonaniem i omiótł wnętrze salonu Magierów").
Ponadto (rozochociła się Królowa Matka uświadamiając sobie, że to jej blog i może sobie tu strzelić dowolnie długą recenzję z dowolnie sporą ilością cytatów, najwyżej nikt tego nie przeczyta) powieść ubarwiała spora ilość użytych z d...oprawdy nie wiadomo skąd sformułowań.
"- Czy to jasne?
-Jak, k... , księżyc - Aleks wypluł skrawek trawy i napił się piwa.
- No i super - Piotr pokręcił z niedowierzaniem głową".
Dlaczego, zapytasz, o Czytelniku, z niedowierzaniem? Czy to niedowierzanie ma jakieś umocowanie w treści? Czy złośliwie wyrwałam fragment z kontekstu, żeby się wrednie czepiać? Otóż nie, to słowo absolutnie bez sensu użyte, mogłoby zostać zastąpione bardziej adekwatnym "z rozbawieniem", a najlepiej w ogóle pominięte.
albo:
"- No, nic - matka westchnęła. - Daj nam tylko znać, jeśli się do ciebie odezwie - stwierdziła zasmucona".
Matkę, której syn znika bez śladu raczej nie nazwałabym "zasmuconą", ale mniejsza, może mam inną wrażliwość językową. Ale nawet, gdyby moja wrażliwość była idealnie zbieżna z wrażliwością autora i tak mózg mnie boli, gdy widzę podobnie skonstruowane zdanie (a nie jest to, zapewniam, ostatnia taka konstrukcja w tej powieści).
No i last but not least.
O mojej czytelniczej traumie, której imię "Marcel Woźniak" wie każdy nieco uważniejszy czytelnik tego bloga. O polszczyźnie "Ostatniego ogniwa" niech więc zaświadczy fakt, że stworzyłam sobie w notatniczku specjalną rubryczkę pod wdzięcznym tytułem: "So much Marcel it hurts". A w rubryczce zdania, które mogłyby wyjść spod pióra pana Woźniaka, i które można umieścić w "Powtórce" lub "Mgnieniu" (i to w dowolnym miejscu!) i nikt by się nie zorientował, że są cudzego autorstwa.
Jak na przykład:
"Docenił nie tylko smak trunków, lecz przede wszystkim interesującą identyfikację wizualną".
Albo:
"Dźwigał taczkę pełną gęstego betonu, pot kapał mu z czoła, mięśnie zginały się (podkreślenie moje) w pełnym słońcu".
"Po krótkim wahaniu Piotr szarpnął klamkę i suche, ciepłe powietrze wyglaskało mu łydki".
"Młody Magiera opuścił głowę i spojrzał po skosie. Warot powiódł za jego wzrokiem".
A wszystko to (i więcej) w powieści pisarza, o którym pisałam:
"Że już nie wspomnę (chociaż może powinnam, bo nie jest to rzecz bez
znaczenia), że autorowi nic się nie "kłebowało koło płotka" (ani nigdzie
indziej), nie "opierało o ścianę z wytrzeszczem" i nie "wypływało spod
podeszw", słowem - jego polszczyźnie niczego (albo bardzo niewiele ;))
zarzucić nie było można".
Tak z dziewięćdziesiąt procent przytoczonych wyżej cytatów znalazło się na pierwszych 50-u
stronach, po czym odechciało mi się je wypisywać. Nie potrafię nijak
wyjaśnić takiego natężenia błędów, językowych niezręczności i
dziwacznych sformułowań w książce autora, którego polszczyzna nigdy
dotąd nie budziła we mnie ognistych sprzeciwów. Sprawdziłam nawet
redakcję - nie, redakcja jest ta sama, co zawsze, nie mam zatem pojęcia,
co się stało. Pan Małecki odrzucił wszystkie redaktorskie poprawki? Pan
Małecki przyjął wszystkie redaktorskie poprawki? Pan Małecki nie miał
serca do powieści i redakcji się to udzieliło? Książkę napisał ktoś
inny? Tyle pytań, tyle pytań...
Podsumowując - "Najsłabsze
ogniwo" jest, no cóż, rzeczywiście najsłabsze. Ponieważ znam inne
powieści autora uznaję, że to po prostu wpadka, ostatecznie każdemu
pisarzowi zdarzyło się napisać coś znacznie odbiegającego od jego
normalnego poziomu.
Ale osobom, które książek Roberta Małeckiego nie znają radziłaby zacząć ich poznawanie od... jakiejś innej.
środa, 10 listopada 2021
O obowiązkach. Codziennych
Królowa Matka wraz z Progeniturą wchodzi do domu Matki Królowej Matki. Dzień jak codzień, poranek, listopad, szara poświata na zewnęczu, błękitnawa pośwista od włączonego Telewizorka we wnęczu.
Pani W Telewizorku (dystyngowanym głosem) - Czy zastanawiałeś się już, kto zapłaci za twój pogrzeb?
Królowa Matka i Potomek Młodszy, jak trafieni jednocześnie tym samym piorunem i jeszcze dodatkowo rażeni prądem:
PM (ze zgrozą) - Matkoboskoczęstochosko, znowu zapomniałem!!!
KM (w tym samym tonie) - Ja też! Przez was to wszystko, mamo, gdzie moje skarpetki, mamo, jaki dziś jogurt, mamo, on zabrał mój chlebak, a potem mamy, co mamy, i człowiek najważniejszej rzeczy zaniedbuje!!!
PM (padając na fotel) - To poczekaj chwilę, pomyślę, może jeszcze zdążę! Tak dobrze?
KM (obrzucając Potomka krytycznym spojrzeniem) - Mniej Dyskobola, więcej Rodina, i będzie gites!
PM (w zadumie) - Kto zapłaci za mój pogrzeb? Kto? (zastyga przez chwilę z pytaniem wypisanym na obliczu, po czym odpręża się wyraźnie). No, już, teraz ty!
KM (protestuje nieśmiało) - Ale ty już powinieneś wychodzić do szkoły! Zamknę za tobą drzwi korytarza i potem pomyślę...
PM (unosząc się oburzeniem) - Ale mowy nie ma! First things first! U nas nauczyciele usprawiedliwiają spóźnienia z istotnych przyczyn!
KM (ulegając sile argumentów) - No, chyba, że tak... i w sumie słusznie. To, uważaj, myślę! Tak dobrze?
PM (taksuje mamunię wzrokiem) - Za mało uczucia... Tej egzystencjalnej zadumy za mało. Zmarszcz może brwi....o, o, o! I wzrok skieruj w przestrzeń. No, od biedy ujdzie, chociaż jesteś nazbyt rozprzężona...
KM (przepraszająco) - Czekaj, teraz się lepiej postaram (stara się, po czym rozluźnia z poczuciem Dobrze Spełnionego Obowiązku) - To miłego dnia, synku! A jutro spróbuj pamiętać, od czego należy zacząć dzień. I nie ma, że to tamto. CODZIENNIE.
PM (cmokając Królową Matkę w policzek) - No ma się wi! Na wszelki wypadek nastawię sobie przypomnienie w telefonie. Pa, mamo!
Tjaaaa.
TO jabłko nie padło, zaprawdę, daleko od jabłoni.
wtorek, 26 października 2021
"Żałobnica" Robert Małecki
W "Żałobnicy" Robert Małecki stara się wcielić w życie starą zasadę mistrza Hitchcocka - zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma rosnąć.
I, rzeczywiście, zaczyna się od trzęsienia ziemi.
Na
przejeździe kolejowym, który nie został zamknięty na czas, ginie mąż
głównej bohaterki i jego nastoletnia córka z pierwszego małżeństwa.
Niedługo później dróżniczka, odpowiedzialna za nie dopilnowanie
zamknięcia przejazdu tamtego feralnego dnia, znika, a po jakimś czasie zostaje uznana za zaginioną.
We wszystko zdaje się być zamieszana Anna, druga żona mężczyzny, która
poza osobistą tragedią musi zmierzyć się również z tajemnicą ze swojej
przeszłości - gdy była nastolatką zaginęła bez wieści i dotąd się nie
odnalazła jej najbliższa przyjaciółka. W związku z zainteresowaniem
opinii publicznej, jakie teraz, po śmierci męża, budzi Anna, zaczynają
wokół tej sprawy węszyć lokalni dziennikarze. Czy te wydarzenia mogą
mieć ze sobą coś wspólnego? I co wydarzyło się w małej małopolskiej wsi
wiele lat temu?
Powieść podzielona jest na trzy płaszczyzny
czasowe - odległa przeszłość, teraźniejszość i sceny krótko
poprzedzające wypadek, wszystkie prowadzone w stylu pierwszoosobowym,
poznajemy je z punktu widzenia Anny, co, jak przypuszczam, w zamierzeniu
miało pomóc nam wczuć się w główną bohaterkę. Rzecz czyta się
błyskawicznie, w pewnym momencie trudno się od niej oderwać, co jest
niewątpliwie związane ze stylem pisarstwa i lekkim piórem pana
Małeckiego. Autor wprowadza nowe informacje powoli, stopniowo budując
napięcie, plus w typowy dla siebie sposób tworzy klimat (kto czytał np.
serię o Grossie wie, o czym piszę), "rozmywa" akcję, dodając szczegółowe
opisy zwykłych czynności, często powtarzalnych, i można to lubić lub
nie, ja akurat lubię (u Roberta Małeckiego, że doprecyzuję, który moim
zdaniem sprawnie posługuje się językiem polskim i ma talent do tworzenia
atmosfery w swoich powieściach, u innych pisarzy różnie to bywa :)), bo
pozwała mi się to swobodnie i bez napięcia unosić na fali opowieści,
ale jak się nie lubi to można rzecz trudno znieść, bo sporo ich jest,
tych opisów, i w dodatku przybywa ich z czasem.
Ponieważ
"Żałobnica" nie jest typowym kryminałem, tylko thrillerem, i to
psychologicznym, wypadek jest oczywiście tylko pretekstem do
przedstawienia historii życia głównej bohaterki i jej tajemnicy. Małecki
dawkuje nam informacje, powoli, powoli, powoooooli, wplecione między
(liczne ;)) opisy parzenia kawy i sennych koszmarów bohaterki, no i tak je
dawkuje, i dawkuje, i dawkuje, napięcie sobie rośnie, rośnie.... a potem
drastycznie opada, ponieważ nowe fakty są coraz bardziej
nieprawdopodobne i z d... oprawdy nie wiadomo skąd wzięte. Choć uczciwie
muszę przyznać, że zauważyłam te nie klejące się ze sobą różności
dopiero, gdy skończyłam książkę i zaczęłam się nad nią zastanawiać.
A zatem, seria pytań (i nie jestem pewna, czy nie zawierają one jakichś spoilerów, więc na wszelki wypadek uprzedzam, chociaż - że tak sobie uświadomię - nowości to ja nie recenzuję, więc mini-spoilerki nie powinny uczynić jakichś sporych wyrw w przyjemności z ewentualnej lektury):
-
po co w książce postać taksówkarza, która do akcji kompletnie nic nie
wnosi? Wydaje się, że jest to jakiś tajemniczy Ktoś, jakieś Nemezis,
które Coś Wie, które się Anna Opiekuje i o nią Troszczy, ale nie, nic z
tych rzeczy. Plus na deser niejako okazuje się, że to były policjant i
kumpel wujka kobiety, w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale tajemnica
Anny wydaje mi się jakoś mało tajemnicza, skoro w każdej chwili okazać
się może, że wiedziało o niej pół miasta.
- dlaczego działania
męża bohaterki zmieniają się w pewnym momencie o 180 stopni, i to raczej
znienacka? Czym to jest spowodowane? Co skłoniło go do szperania w
przeszłości żony, chociaż nie miał ŻADNYCH podstaw, by podejrzewać, że
Anna skrywa jakąś tajemnicę, a przynajmniej czytelnik nie ma na temat jego podstaw do wątpliwości/podejrzeń informacji? OK, małżeństwo się sypało, chciał się
uwolnić od żony i nie uszczuplić majątku przy rozwodzie, czy nie byłoby
logicznym posunięciem raczej wynajęcie detektywa, by ustalił, czy
małżonka nie ma kochanka? A nie grzebanie w odległej przeszłości, bo
tak? Poprawcie mnie, gdybym się myliła, ale w większości przypadków
szperanie we wczesnej młodości trzydziestolatki dałoby oszałamiające
dowody na to, że była słaba z fizy, parę razy urwała się z geografii i
chodziła z Piotrkiem z 8A, chociaż bardziej podobał jej się Marcin.
Jeśli mąż decyduje się prześledzić odległą przeszłość żony powinien mieć
ku temu jakiś wyraźnie podany czy zasygnalizowany powód, to, że Anna
nie lubiła wspominać dzieciństwa to moim zdaniem przymało.
- a
jak już wynajmujemy kogoś, i w dodatku mamy na to kasę, to może jednak
fachowca? A nie dziennikarza lokalnego, który jakimś magicznym sposobem
przez śledzenie bohaterki tu i teraz miałby się dowiedzieć czegoś, co
wydarzyło się w jej życiu te ponad 15 lat temu?
- czy postać
Roksany, córki męża Anny z pierwszego małżeństwa, była wprowadzona w jakimkolwiek celu poza wielokrotnym
powtórzeniem, że była gruba, pryszczata, wulgarna, nienawidziła macochy i
Anna obwinia ją o narastający kryzys w swoim małżeństwie? Niby są tu i
ówdzie rzucone jakieś aluzje, z których można wydedukować, że to Roksana
pchała tatusia do prowadzenia wspomnianego śledztwa, ale znowu....
czemu? Po co? Z nienawiści do macochy? Z nienawiści do macochy to się stara ją obrzydzić w oczach tatusia i szuka dowodów na jej złe prowadzenie się, niewierność małżeńską, i inne takie, a nie angażuje ojca w zagłębianie się w życie małżonki od poczęcia po chwilę obecną, nie mając, że się powtórzę, podstaw do podejrzeń, że wspomniana małżonka ma coś do ukrycia. Poza tym dla nastolatki w wieku Roksany to, co zdarzyło się na
jakiejś podkrakowskiej wsi 15 lat temu (czyli, przypomnijmy, w roku jej
narodzin) to jest przecież jakaś nieistotna prehistoria. No, chyba, że
miałaby jakąś interesującą rzecz do wywęszenia, a nie byłaby po prostu
pchana przez Imperatyw Narracyjny.
Sama Anna bardziej mnie
znużyła niż zaintrygowała. Składała się z zimnych nóg, hektolitrów kawy i
regularnie powtarzających się opisów koszmarów sennych. A, i rozmyślań o
swojej urodzie (i, doprawdy, bardziej wiarygodne wydawały mi się te
koszmary zapijane kawą niż rozważania, z którego profilu lepsze selfie
zrobić. Wdowa, niechby nawet i mało zrozpaczona, ale jednak ciut
wstrząśnięta, świadoma narastających wokół niej niewygodnych dla niej
pytań - i rozważania, jaka jest śliczna oraz, że policjantka z
kryminalnej, która chce ją przesłuchać, by rozwiać kilka wątpliwości
byłaby ładna, gdyby się umalowała, no, doprawdy).
I niby sama
historia mnie wciągnęła, i byłam ciekawa, czy i jak będą się zazębiać
poszczególne wątki, a jednak - rozwiązanie zagadki mnie nie zachwyciło,
poza tym zostało rzucone ot, tak, jakby w ogóle nie było istotne w tej
powieści, bo najważniejsza jest przecież Anna i jej wynurzenia, i
wspomnienia, i koszmary. Pewnie z założenia to one miały być podstawą
tego psychologicznego thrillera - no, nie do końca się udało, niestety.
Wszystko
to, co powyżej nie oznacza, że nie przeczytam kolejnej pozycji, która
wyjdzie spod pióra pana Małeckiego, bo przeczytam. I to pewnie chętnie,
szybko, z momentami zapartym tchem (bo, jak wspominałam, ale jeszcze
przypomnę ;), bardzo lubię jego sposób opowiadania, kreowania atmosfery, a wplecenie w akcję Torunia zawsze u niego na plus) i nie bez
przyjemności.
A gdy znów skończę książkę, pomyślę o niej i okaże
się, że mi się nie klei i mam więcej pytań niż odpowiedzi, to po prostu
wrócę tu z nową recenzją :).
niedziela, 17 października 2021
"Miasteczko Rotherweird" Andrew Caldecott
Niemal niewidoczna, bo pokryta wielowiekowym kurzem, pod dotykiem wilgotnej ścierki ujawniła drobną intarsję przedstawiająca słońce i dwa księżyce, a pod nimi inicjały HG i krzyż. Dzięki lupie Strimmer dojrzał jeszcze maleńki monogram w rogu, złożony z połączonych liter H i M. Jak przypuszczał, troje uczniów, którzy przeżyli, było przyjaciółmi i siedziało razem. Ich inicjały pozostały być może dlatego, że uczniowie ci nie dopuścili się przestępstwa, za które ich kolegów i koleżanki wymazano z pamięci (...) Nasuwało się kolejne pytanie, raczej złowróżbne, czy niełaska, w jaką popadła większość klasy związana była ze śmiercią nauczyciela?
I teraz jeśli sądzicie Państwo, że ja wiem, o co chodzi w powyższym fragmencie, bo jest to fragment ze strony 212, a ja uważnie czytałam całość, to nic z tego. W popłochu wertowałam książkę, pewna, że jakimś cudem przeoczyłam całkiem sporo danych. Jacy znowu uczniowie, którzy przeżyli? Jakiego przestępstwa? Jaka śmierć i jakiego nauczyciela? O co chodzi w tym dziwacznym fragmencie?Valourhand chwyciła mężczyznę za ramię.
- Uciekaj, głupcze!
I uciekli.
zaś zapoznanie się z Całkowicie Nowym, Przełomowym Wynalazkiem, latającymi bańkami, w których można się przemieszczać, następująco:
Boris błyskawicznie przeszkolił ich z obsługi baniek, która polegała na delikatnym poruszaniu uchwytami na ręce i stopy,
po czym tak przeszkolone osoby wsiadają do baniek i sobie lecą, bo czemu nie.
Jeśli zaś chodzi o przenoszenie się do Straconej Mili, o tę tajemniczą, magiczną podróż, tajną, że ho, ho to odbywa się ona przez STANIĘCIE NA SPECJALNEJ PŁYTCE (a pamiętamy, że mamy do czynienia z Harrym Potterem dla dorosłych, prawda? Tym samym Harrym Potterem, w którym, na przykład, podróżować między światami, albo w ich obrębie, można było za pomocą proszku fiuu, świstoklików, przejścia na peronie 9 i 3/4, by wymienić na szybko to, co mi przyszło do głowy?)

