sobota, 13 listopada 2021

"Najsłabsze ogniwo" Robert Małecki

Piotr Warot ma wszystko. Jest wziętym pisarzem, który kiedyś postawił sobie za cel utrzymywać rodzinę wyłącznie z pisania i udało mu się ten zamysł zrealizować. Jest popularny, lubiany, wręcz sławny, telewizja, radio, artykuły w prasie plus sesje zdjęciowe w plenerze, te rzeczy. Ma piękną, kochającą żonę, dwoje dzieci, dom z ogrodem pod Toruniem. Człowiek sukcesu, któremu udaje się wszystko.

Do dnia, gdy nagle znika bez śladu jego brat z dziewczyną. Policja początkowo podchodzi do tego zniknięcia dość lekko zakładając, że młoda para urwała się na romantyczny weekend w jakimś SPA, nikogo o tym nie informując, i wyłączając telefony, by odciąć się od świata, i lekceważy obawy Piotra, które narastają z każdym nieodebranym połączeniem, z każdą chwilą, która upływa od czasu, gdy widział się z bratem po raz ostatni. 

W dodatku dokładnie tej samej nocy znika z domu nastoletni syn sąsiadów. A jeszcze bardziej w dodatku po pewnym czasie dość niemrawych działań policji okazuje się, że Warot jest osobą, która całą trójkę widziała jako ostatnia przed ich zaginięciem. Tajemnice gęstnieją w powietrzu, napięcie zaczyna rosnąć...

Tylko, że wcale nie.

Od pierwszej strony, niemal od pierwszego zdania (ale przy pierwszych zdaniach staram się nigdy nie uprzedzać, więc zdławiłam rodzące się w mym czytelniczym wnętrzu podejrzenia, że to nie będzie TO) miałam wrażenie, że coś z tą książką jest bardzo nie tak.

To ósma powieść Roberta Małeckiego, którą poznałam. I trzecia recenzja. W obu poprzednich wspominałam, a wręcz podkreślałam z naciskiem, że bardzo lubię sposób opowiadania autora, kreowania atmosfery, że odpowiada mi niespieszne tempo, "skandynawskość" przejawiającą się w drobiazgowym opisywaniu planu dnia bohatera czy jego hobby, w pełni rozumiałam, że niektórych czytelników to nudzi czy męczy, albo i denerwuje, ale mnie nie. Ja to lubiłam. Nawet niedociągnięcia - tak, widziałam niedociągnięcia - zauważałam zazwyczaj dopiero PO lekturze, gdy zaczynałam, wyrwana z fikcyjnego świata, myśleć i zadawać sobie pytania: "Ale dlaczego...?". 

Tu tego nie ma. Zero atmosfery, zero napięcia, zero nastroju późnego lata (u autora, który po mistrzowsku moim zdaniem oddawał aurę panującą w opisywanym miejscu w swoich poprzednich utworach!). Proszę państwa, oto Piotr Warot. Przystojny człowiek sukcesu, szczęśliwy mąż i ojciec. Oto Karolina, jego żona, piękna, kochająca. Oto ich syn, Borys, nastolatek przyklejony do komputera. Oto córka, Nadia, przyklejona dla odmiany do ekranu telewizora. Oto Aleks, brat Piotra, krępy blondyn z loczkami, kocha motory, gotowanie i "kraftowy browar". I tak dalej. I wszystko to "bo tak". Bo tak napisał autor. Wyciął figurki z tektury, pomalował je, temu dokleił blond kędziorki i motocykl, tej komputer, tej rudą szopę włosów i piegi. Małżeństwu Warotów dopisał jakieś niedookreślone problemy w przeszłości, które wspominane są niezupełnie wiadomo po co, chyba po to, by móc zrobić z Piotra Warota nie do końca wiarygodnego świadka, ale, cóż, to też jest tekturowe. Nie czujemy żadnej więzi między bohaterami, to znaczy, owszem, autor twierdzi, że taka więź jest, ale tak naprawdę dobry pisarz nie powinien o tym pisać otwartym tekstem. Czytelnik powinien to sam widzieć, wnioskować z aury, z klimatu, z opisu wydarzeń. I tak było w poprzednich książkach Roberta Małeckiego, a w tej nie. Zupełnie, jakby autor nie miał do niej serca. Żaden ze mnie psycholog i żadna znawczyni, ale w trakcie lektury cały czas miałam to właśnie wrażenie. Że Robert Małecki pisze tę książkę od niechcenia i traktuje ją totalnie po macoszemu. Ot, musi, bo umowa, bo zaliczka, bo fani czekają. Ale nie dlatego, że miał pomysł. Albo może i miał pomysł, ale z dopracowaniem go jest naprawdę średnio.

Mimo całej lekkości fabuły, co w zasadzie jest zjawiskiem pozytywnym,  czuć jest ciężar naiwności i braki w stabilności konstrukcji, plus ewidentne... może nie tyle błędy, co "to-jest-niemożliwe"-ści w rodzaju zaginionego nastolatka, syna policjanta, którego nikt nie szuka (to znaczy, że doprecyzuję, szukają go wyłącznie sąsiedzi i znajomi), bo zaginięcie nie zostało zgłoszone, a koledzy z pracy tatusia chłopca - zaginionego DZIECKA!!! - wiedzą o tym nieoficjalnie (i nie zastanawiają się nad tym ani minuty, i nie mówią "Ty się, Wojtek, puknij w ten pusty czerep, znasz procedury", tylko każą mu iść na urlop, bo jest w trudnej sytuacji emocjonalnej, no czy rzeczywiście, drogi autorze). I chociaż wlokąca się akcja, pozbawiona napięcia w dodatku, przyspiesza wyraźnie pod koniec, nie wystarczy to, by zatrzeć to nieprzyjemne wrażenie bylejakości, towarzyszące mi cały czas podczas lektury.

Dodatkowo wrażenie "a tak se piszę, na, excusez, odwal się" potęguje zadziwiająca polszczyzna, która sprawiała, że, po pierwsze, wyciągnęłam notes i zaczęłam sobie zapisywać co barwniejsze kawałki (a robię tak tylko wówczas, gdy polszczyzna pisarza/tłumacza boli mnie w oczy), a po drugie, zaczęłam mieć wrażenie, że tę książkę (a już na pewno 30-40 pierwszych stron) napisał za Roberta Małeckiego ktoś zupełnie inny.

Były rzeczy, które sprawdzałam w słowniku zakładając, że czegoś nie wiem i czepiam się całkowicie bezzasadnie ("Najbardziej zastanowił go donośny, drażliwy dźwięk", nope, dźwięk może być 'drażniący", drażliwa to ja jestem na punkcie prawidłowej polszczyzny u pisarzy, z wykształcenia, na litość boską, dziennikarzy i nauczycieli kreatywnego pisania; "...naga bezgłowa dziewczyna o alabastrowej cerze", nope, "cera" to skóra na powierzchni twarzy, z przyczyn obiektywnych niemożliwa do ocenienia u osoby pozbawionej głowy; kilkukrotnie powtarzane słowo "przedept", które w Słowniku Języka Polskiego w ogóle nie występuje, ale oznacza wydeptaną ścieżkę na trawnikach w miejscach, gdzie mieszkańcy osiedli mieszkaniowych skracają sobie drogę, w powieści używane w znaczeniu "wydeptana ścieżka w lesie"), niezręczne sformułowania ("skręcił w ulicę Księżycową, gdzie parterowy dom brata od razu rzucił mu się w oczy", ja nie wykluczam, że się czepiam jak pijany płota, ale "rzuca się w oczy" chyba raczej coś, czego się nie spodziewamy, a nie dom, który znamy, do którego właśnie jedziemy, i który tysiące razy odwiedzaliśmy), ale były też kwiatki w rodzaju:

"lęk rozwinął macki"
"szybkim krokiem schowała się do domu"
"chłód rozgościł się w jego żołądku"
"przyłożyła głowę do jego ramienia"
"...pierwszy, nieprzyjemny skurcz żołądka wykrzywił mu usta"
"odebrał telefon przyciszonym głosem"


czyli może i drobiażdżki, niezręczności językowe, i wystarczyłoby, by zmienić jedno słowo czy przebudować zdanie, by zniknęły, ale... no, cóż, nie zmieniono go i nie przebudowano.

W powieści roiło się też od dziwacznych zdań, które nic nie wnosiły do treści, za to powodowały eksplozję mentalną u osób obdarzonych plastyczną wyobraźnią ("Słomski ciężko usiadł na krześle, które jeszcze przed chwila zajmował Krzysztof Burski. Zrobił wielkie oczy i wypuścił powietrze ustami") oraz takich, których budowa wywoływałaby u każdego nauczyciela polskiego odruch chwycenia za czerwony pisak i skreślania, skreślania.... ("Gęste włosy po matce rozsypały się na poduszce". "Nie, to się kupy nie trzyma - powtórzył z pełnym przekonaniem i omiótł wnętrze salonu Magierów").

Ponadto (rozochociła się Królowa Matka uświadamiając sobie, że to jej blog i może sobie tu strzelić dowolnie długą recenzję z dowolnie sporą ilością cytatów, najwyżej nikt tego nie przeczyta) powieść ubarwiała spora ilość użytych z d...oprawdy nie wiadomo skąd sformułowań.

"- Czy to jasne?

-Jak, k... , księżyc - Aleks wypluł skrawek trawy i napił się piwa. 

- No i super - Piotr pokręcił z niedowierzaniem głową".

Dlaczego, zapytasz, o Czytelniku, z niedowierzaniem? Czy to niedowierzanie ma jakieś umocowanie w treści? Czy złośliwie wyrwałam fragment z kontekstu, żeby się wrednie czepiać? Otóż nie, to słowo absolutnie bez sensu użyte, mogłoby zostać zastąpione bardziej adekwatnym "z rozbawieniem", a najlepiej w ogóle pominięte.

albo:

"- No, nic - matka westchnęła. - Daj nam tylko znać, jeśli się do ciebie odezwie - stwierdziła zasmucona".

Matkę, której syn znika bez śladu raczej nie nazwałabym "zasmuconą", ale mniejsza, może mam inną wrażliwość językową. Ale nawet, gdyby moja wrażliwość była idealnie zbieżna z wrażliwością autora i tak mózg mnie boli, gdy widzę podobnie skonstruowane zdanie (a nie jest to, zapewniam, ostatnia taka konstrukcja w tej powieści).

No i last but not least. 

O mojej czytelniczej traumie, której imię "Marcel Woźniak" wie każdy nieco uważniejszy czytelnik tego bloga. O polszczyźnie "Ostatniego ogniwa" niech więc zaświadczy fakt, że stworzyłam sobie w notatniczku specjalną rubryczkę pod wdzięcznym tytułem: "So much Marcel it hurts". A w rubryczce zdania, które mogłyby wyjść spod pióra pana Woźniaka, i które można umieścić w "Powtórce" lub "Mgnieniu" (i to w dowolnym miejscu!) i nikt by się nie zorientował, że są cudzego autorstwa.

Jak na przykład:

"Docenił nie tylko smak trunków, lecz przede wszystkim interesującą identyfikację wizualną".

Albo:

"Dźwigał taczkę pełną gęstego betonu, pot kapał mu z czoła, mięśnie zginały się (podkreślenie moje) w pełnym słońcu".

"Po krótkim wahaniu Piotr szarpnął klamkę i suche, ciepłe powietrze wyglaskało mu łydki".

"Młody Magiera opuścił głowę i spojrzał po skosie. Warot powiódł za jego wzrokiem".

A wszystko to (i więcej) w powieści pisarza, o którym pisałam:

"Że już nie wspomnę (chociaż może powinnam, bo nie jest to rzecz bez znaczenia), że autorowi nic się nie "kłebowało koło płotka" (ani nigdzie indziej), nie "opierało o ścianę z wytrzeszczem" i nie "wypływało spod podeszw", słowem - jego polszczyźnie niczego (albo bardzo niewiele ;)) zarzucić nie było można".

Tak z dziewięćdziesiąt procent przytoczonych wyżej cytatów znalazło się na pierwszych 50-u stronach, po czym odechciało mi się je wypisywać. Nie potrafię nijak wyjaśnić takiego natężenia błędów, językowych niezręczności i dziwacznych sformułowań w książce autora, którego polszczyzna nigdy dotąd nie budziła we mnie ognistych sprzeciwów. Sprawdziłam  nawet redakcję - nie, redakcja jest ta sama, co zawsze, nie mam zatem pojęcia, co się stało. Pan Małecki odrzucił wszystkie redaktorskie poprawki? Pan Małecki przyjął wszystkie redaktorskie poprawki? Pan Małecki nie miał serca do powieści i redakcji się to udzieliło? Książkę napisał ktoś inny? Tyle pytań, tyle pytań...

Podsumowując - "Najsłabsze ogniwo" jest, no cóż, rzeczywiście najsłabsze. Ponieważ znam inne powieści autora uznaję, że to po prostu wpadka, ostatecznie każdemu pisarzowi zdarzyło się napisać coś znacznie odbiegającego od jego normalnego poziomu. 

Ale osobom, które książek Roberta Małeckiego nie znają radziłaby zacząć ich poznawanie od... jakiejś innej.

12 komentarzy:

  1. Oj,nie brzmi to dobrze...Dziękuje za recenzję.
    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo, cóż, nie bede ściemniac, ale dobre nie jest.

      I bardzo proszę :).

      Usuń
  2. Faktycznie zadziwiająca sprawa i chciałoby się wiedzieć, co poszło nie tak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A cos ewidentnie poszlo, bo doslownie dwa dni temu dorwalam w bibliotece przedostatnia ksiazke Maleckiego, zaczęłam i... cóż, zupelnie jakby to całkiem inny czlowiek pisal...

      Usuń
  3. Powiem ci, że jak zaczęłam czytać Twoją recenzję to miałam od początku tak nieodparte skojarzenia z Woźniakiem (którego znam tylko z Twojej recenzji, za co Ci nieustająco dziękuję, gdyż mogłam wywalić na to własne pieniądze a tak to miałam ubaw do łez), że chciałam o tym napisać komentarz. A potem i Ty o tym napisałaś :-) Gość zatrudnił Woźniaka jako ghostwritera, czy co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fun fact - czytam teraz "Zmore" Maleckiego(wydana w kwietniu 2021, "Najslabsze ogniwo" wydano pol roku pozniej) i o ile niewiele moge jeszcze powiedziec o tresci, akcji, intrydze (jestem na 52 stronie), ale o języku i owszem, i to jest, ze tak sie familiarnie wyraze, stary dobry Malecki.

      Na 52 stronie "Ostatniego ogniwa" mialam juz cztery strony wypisanych cytatow i notatek wlasnych.

      Ten sam autor. Ta sama redakcja. To samo wydawnictwo. A ksiazki jakby dwie rozne osoby pisaly, w tym jedna niezborna jezykowo.

      Ot, tajemnica...

      Usuń
  4. Ja popełniłam ten błąd- zaczęłam od "Najsłabszego ogniwa".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byl istotnie błąd. Ale nie skreślaj jeszcze Roberta Maleckiego, spróbuj dać mu drugą szansę czytając... cokolwiek innego :).

      Usuń
  5. Bardzo lubię takie długie recenzję.

    Przy "włosach po matce" pomyślałam o MW :-)))

    Miałam tę książkę na liście jak się trafi to biorę ale idę wykreślać. Dziękuję za ostrzeżenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mnie cieszy, bo mnie zazwyczaj ponosi podczas pisania :)))).

      Tak, te włosy byly... takie Marcelowe :D.

      I nie ukrywam, ze nie polecam powiesci. No, chyba, zeby spraedzic, czy się mylę i jak bardzo :).

      Usuń
  6. Kurna chata za wsią, mam dziś do przewiezienia taczką parę worków opału, ale chyba jednak wybiorę metodę pchania, a nie dźwigania :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być moze niezbedne do zginania mięśni jest pełne słońce, w listopadzie mozesz czuć się bezpieczny :D!

      Usuń