Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowej Matki życie kulturalne.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowej Matki życie kulturalne.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

Z Nowym Rokiem

Kochane Czytelniczki, Kochani Czytelnicy, w nadchodzącym Nowym Roku Królowa Matka wraz z Panem Małżonkiem


oraz całą Bandą Czworga


życzy Wam wszystkiego, wszystkiego, co najlepsze dla Was w tym momencie Waszego życia, w którym się teraz znajdujecie.

Spełnienia w Nowym Roku przynajmniej jednego marzenia.

Zrealizowania przynajmniej jednego planu.

Wygrania przynajmniej jednej bitwy.

I wielu, wielu małych radości, które złożą się na Cały Radosny Rok.

Poza tym życzenia wigilijne pozostają w mocy :).



Królowa Matka, będąc nieustannie wdzięczna wszystkim, którzy tu zaglądają (niektórzy codziennie, mimo, iż ostatnio Świat Królowej Matki zdaje się wymarły, opustoszały oraz nie zdobny w nowe recenzje, komentarze dotyczące reklam i innych aspektów rzeczywistości, ani też w przykłady krasomówstwa Potomków) ma zamiar dziś, o północy, przesłać Wam wdzięczną myśl i wznieść toast.

Prawdziwy, a nie jakimś tam soczkiem, bowiem jest to pierwszy od czterech lat Sylwester, gdy Królowa Matka otrzymała od Władz Lekarskich i Autorytetów Kardiologicznych zgodę na wznoszenie go trunkiem zawierającym alkohol.

I to też jest powód do świętowania :).


Do zobaczenia w Nowym Roku!

środa, 30 października 2013

O filmowych absurdach po nazwiskach

Jakie są bezpośrednie zyski pozostania Królowej Matki w domu w towarzystwie li tylko Pomponów?

Dla jej Rodziny kulebiaczki na obiad


oraz (nieco sponiewierane pracowitą dłonią Pomocnika) jagodzianki na podwieczorek,


zaś dla Wiernych Czytelników - tekst o Ukochanych Filmowych Idiotyzmach (i tym razem będzie, a jak! po tytułach!).

Królowa Matka została ostatnio poproszona o przeczytanie czegoś nadającego się do analizy (czyli, cóż, najlepiej czegoś głupiego) i nawet ma dwoje kandydatów, owszem, ale że czyta teraz sobie Michaela Palina nie chce psuć sobie wrażeń, to raz, a dwa, że jednak o wiele łatwiej jej coś obejrzeć niż przeczytać, bo to, wiadomo, można jednym okiem w telewizor rzucać, notatek robić nie trzeba, i cała operacja trwa krócej. A jeśli chodzi o ilość głupoty też można zostać mile zaskoczonym.

Obejrzawszy więc jakiś wyprodukowany za ciężkie pieniądze hollywoodzki odmóżdżacz w gwiazdorskiej obsadzie Królowa Matka pomyślała, że coś dawno nie było u niej o filmach (jakie dawno, gdzie dawno! w ogóle rzadko bywa), w związku z czym usiadła, przypomniała sobie dużą część ukochanych bzdur z licznych filmowych dzieł, i teraz się nimi z Szerokim Ogółem podzieli.

Zacznie od swojego absolutnego faworyta z filmu o Jamesie Bondzie. Filmy o Jamesie Bondzie są w ogóle apetyczną zbieraniną wszelkich szaleństw scenarzystów, jakie tylko można sobie wymarzyć, (że Królowa Matka od niechcenia przypomni tylko Pierce Brosnana wyskakującego z samolotu - bez spadochronu, spadochrony nie są dla twardzieli! - i w locie wskakującego do drugiego), ale jej ukochanym nonsensem jest pochodzący z "Żyje się tylko dwa razy" wątek, gdy Sean Connery najpierw przechodzi dwutygodniowe (!) szkolenie na ninja, po czym zostaje przebrany w czarne ubranko, otrzymuje domalowane skośne oczy i voila! mamy Japończyka! I absolutnie nikt nie orientuje się, że z tym ninją, któremu głowa wystaje ponad tłum innych ninjów jest coś nie tak, tylko wszyscy uparcie wierzą, że on się zlewa z tłem skutkiem wspaniałej charakteryzacji i precyzyjnego wyszkolenia. 

Skoro wspomniany już został łapiący samolot w powietrzu Pierce Brosnan, nie wolno pominąć "Operacji Słoń", w którym to filmie różni zaangażowani w ochronę przyrody (w postaci tego konkretnego Słonia) panowie przewożą zwierzątko z punktu A do punktu B samolotem, ponad terenem działań wojennych w Wietnamie, przy czym w punkcie B muszą je spuścić z samolotu na spadochronie. Wyrzucają więc biedaka, spadochron się nie otwiera, zatem jeden z panów wyskakuje chwilę później za słoniem, dogania go w powietrzu  (SŁONIA!!!), podczepia mu spadochron i lądują razem, nie dość, że bezpiecznie, to z dala od skośnych (nie namalowanych) oczu Vietkongu.

Łeb w łeb ze zlewającym się z drobnymi Japończykami dwumetrowym Szkotem idzie scena z filmu "Fu Manchu", w którym to filmie Christopher Lee, wcale jeszcze niepodobny do Sarumana (zapewne również wskutek posiadania namalowanych skośnych oczy, skośne oczy, jak Królowa Matka właśnie zauważa, stają się leitmotivem jej filmowych doznań), usiłuje przekonać ogół widzów, że jest złowrogim Chińczykiem pragnącym opanować świat za pomocą ekologicznej broni chemicznej. Królowa Matka oglądała dzieło z Panem-Wtedy-Jeszcze-Nie-Małżonkiem, początkowo usiłując podejść doń z pełną powagą, aż wreszcie nastąpiła scena, gdy jeden pan usiłował wydostać się z pomieszczenia, z którego starał się go nie wypuścić drugi pan, a usiłował go nie wypuszczać za pomocą zamknięcia drzwi na klucz i mordobicia. A więc zły pan bije, dobry pan się wyrywa i pcha do tego kluczyka w drzwiach, coby go przekręcić i uciec, uparty jak osioł i zamknięty na inne rozwiązania, jak na przykład walnięcie w drzwi, oszklone w górnej połowie, jakimś krzesłem i utorowania sobie drogi na wolność, scena się przedłuża, aż nagle odzywa się Pan-Jeszcze-Wtedy-Nie-Małżonek poważnie i głosem pełnym wystudiowanego przejęcia: "On szyby w tych drzwiach nie może wybić, bo to jest SZYBA POMALOWANA NA BIAŁO!!!". Od tej pory tak właśnie mawia się w domu Królowej Matki, gdy w jakimś filmie bohaterowie łamią sobie głowę, jak rozwiązać problem, z którym bez trudu poradziłby sobie Potomek Młodszy.

Oglądałeś, Drogi Czytelniku, "Sumę wszystkich strachów"? Ukochanym królewskomatczynym wątkiem w tym filmie jest wątek zgubionej bomby atomowej, którą znajdują na pustyni prości autochtoni. Uchachani jak dzieci zabierają ją w charakterze trofeum do rodzinnej jurty, po czym, gdy znajdują ich poszukujący w panice zgubionej bomby Wysoko Postawieni i Źli Ludzie jest już właściwie za późno (dla autochtonów, że Królowa Matka uściśli), bo umierają biedacy na galopująca chorobę popromienną, na którą zapadli skutkiem czułego głaskania bomby po głowicy. W tym samym filmie główny bohater (kreowany przez Bena Afflecka) oraz jego narzeczona przeżywają wybuch bomby atomowej, fala uderzeniowa miota nimi przez pół szpitala, w którym narzeczona Bena Afflecka pełni ofiarnie Służbę Wobec Ludzkości, po czym jakiś czas później widzimy ich kwitnących i w najlepszym zdrowiu, śniadających na kocyku w parku z widokiem na Biały Dom. Wielką zaprawdę siłę ma Kultura Amerykańska, bezsilne jest wobec niej nawet promieniowanie jądrowe!

Kultura Amerykańska (a już Hollywoodzka to na pewno) zapewnia swoim bohaterom jeszcze inne, niezwykłe cechy. Na przyklad daleko posuniętą nietykalność osobistą, przejawiającą się tym, że kiedy Superbohater zdetonował/wysadził w powietrze jakiś budynek, i powoli odchodzi (zamiast biec ile sił) w stronę zachodzącego słońca latające dookoła odłamki, części samochodów, fragmenty budynków oraz innych, mniej fartownych osób nigdy go nie trafiają. Albo spadający helikopter, którego śmigła zawsze zatrzymują się kilka centymetrów przed jego twarzą, mowy nie ma, żeby mu zanadto fryzurę zburzył, w każdym razie nie nastapiło to ani w przypadku Jeffa Bridgesa w "Blown Away", ani Harrisona Forda w "Czasie patriotów".

(Inna rzecz, że Hollywoodzcy Bohaterowie mieli całe wieki, by się nauczyć właściwej reakcji w obliczu wybuchających obiektów, wszak wybuchnąć zdarzało się nawet rydwanom w "Gladiatorze").

Skoro jesteśmy przy Harrisonie Fordzie, to w "Air Force One" pokazał on, że jeśli do Bycia Amerykańskim Bohaterem doda się Bycie Amerykańskim Prezydentem, to człowiek się robi w zasadzie całkowicie wodo-, ognio-, powietrzo-, kulo- i co-tam-jeszcze-odporny, i może na przykład bez większych trudności prowadzić walkę z Wrażym Przeciwnikiem przy otwartym luku bagażowym w lecącym samolocie, zabezpieczając się przed wydmuchnięciem w powietrze za pomocą przytrzymywania się jedną ręką metalowego słupka.

Prawdziwy Amerykański Bohater ma też niezwykłe szczęście i w kilkunastomilionowej aglomeracji, takiej jak jak Nowy Jork, Los Angeles, czy inne San Francisco jadąc samochodem/idąc chodnikiem znajduje szukaną i akurat niezbędnie potrzebną mu (do ratowania świata albo wyrwania ukochanego dziecka z rąk porywaczy) osobę po prostu idącą sobie w tym momencie ulicą... (np. w "Zmianie pasa" z Benem Affleckiem). Bohater nigdy nie musi też korzystać z mapy/nawigacji. Wsiada do auta i dojeżdża bezbłędnie do celu, najczęściej szybko i nie stercząc nie tylko godzinami, ale nawet kwadrans w korkach.

O drobiazgach takich jak recytowanie z pamięci potrzebnego numeru telefonu, przy czym nie jest to bynajmniej numer telefonu recytującego ale np. jego niewidzianego od lat znajomego z Wietnamu, lub też podawanie z pamięci numerów kont (szczytem tego typu jest w filmie "Firma" podawanie przez Toma Cruise'a z głowy szeregu kilkunastocyfrowych kont w banku na Kajmanach, czy w jakimś innym raju podatkowym) nawet wspominać nie warto.

Jeśli (jakie "jeśli", co za "jeśli"! "Kiedy"! "Kiedy"!), a więc kiedy już Bohaterowi uda się rozbroić lecącą w stronę Ziemi asteroidę pokazywany jest cały świat świętujący tę chwilę - zarówno w USA, Australii, Arabii Saudyjskiej i Paryżu jest wtedy zawsze środek dnia (jak na przykład w "Dniu Niepodległości"). W "Armageddonie" cały świat - młodzież w kafejce w Paryżu, Chińczycy w jakiejś zapadłej wiosce, muzułmanie pod meczetem na Bliskim Wschodzie (zawsze zgrabnie upozowani na tle jakiegoś zabytku klasy "0") - słuchają w skupieniu i ze wzruszeniem przemówienia prezydenta USA z radioodbiorników i megafonów, w licznych wypadkach poobijanych i trzymanych na kijach, ale co tam! Słuchają nabożnie, nie mając nijakich trudności ze zrozumieniem języka ani faktu, dlaczego u nich jest ta sama godzina, co w USA, chociaż powinien wstawać świt/ zapadać wieczór/ trwać ciemna noc/ być pora lunchu.

Ale że wystarczy być tylko Bohaterem, niekoniecznie zaraz Amerykańskim, by zyskać cenną umiejętność orientacji w nawet najbardziej zawiłych budowlach, po których goni się lub ucieka zawsze - choć są to wszak budynki oglądane pierwszy raz w życiu -  bezbłędnie trafiając w odpowiednie drzwi/ na odpowiednie piętro/ skręcając we właściwy korytarzyk/ zaglądając do tej jednej, właściwej szafy można przekonać się oglądając  "Przygody młodego Sherlocka Holmesa".

Prawdziwy Bohater z łatwością przenika też do wszelkich obiektów chronionych. Przed rozpoznaniem chroni go błyskawicznie zdobyty fartuch bądź uniform (zawsze doskonale pasujący, po prostu jakby był szyty na miarę). Mija lub wydaje polecenia personelowi i nikt się nie orientuje, że pierwszy raz człowieka na oczy widzi, jakby ludziom w robocie było obojętne komu podlegają i kto się po niej wałęsa.

To właśnie jest jedynym niedociągnięciem (a wręcz obsuwą), którą Królowa Matka wypatrzyła w "Ocean's Eleven", filmie, który uwielbia, i który mogłaby oglądać codziennie, oraz który uważa za arcydzieło logiki i precyzji. I w tym arcydziele precyzji bohaterowie, niezbędnie potrzebujący Maszyny, Która Robi "Ping!" i tym "pingiem" wyłącza prąd w mieście, po prostu wchodzą do jednego z dwóch w kraju ośrodków, gdzie takie ustrojstwo się znajduje (w dodatku zupełnym a szczęśliwym przypadkiem jeden z ośrodków znajduje się o góra godzinę jazdy samochodem od Las Vegas), i je sobie biorą. Podjeżdżają do Specjalnego Państwowego Supertajnego Ośrodka furgonetką, włażą doń przez okno, wynoszą Maszynę, Która Robi "Ping" przykrytą jakimś prześcieradłem, ściga ich dwóch ochroniarzy bez przekonania biegających po schodach, absolutnie nikt nie podnosi rejwachu na cały kraj, żadne siły specjalne nie zostają postawione w stan gotowości, a w dodatku na przygotowanie i przeprowadzenie akcji uprowadzenia maszyny Bohaterowie mają dwa dni. Aż dziw, że podobne coś mogło się trafić w filmie tak przemyślanym (który Królowa Matka kocha mimo to :)).

Niestety, nie każdy Bohater Filmowy może być Bohaterem Pełnoobjawowym. Czasem jest Bohaterem Steranym Życiem I Po Przejściach, w takim wypadku zazwyczaj pracuje w policji i jest na przymusowym urlopie/zawieszony, ale i tak posiada Supermoce, dzięki którym pod jego marynarką mieszczą się: dwa pistolety, kilka magazynków, pudełko cygar (lub papierosów), odznaka (jeśli przypadkiem Bohater nie jest akurat zawieszony), notesik z tymi adresami  i numerami telefonów, które akurat okażą się niezbędne, zapalniczka, okulary przeciwsłoneczne, kluczyki do samochodu i mieszkania, portfel z gotówką zawsze akurat wystarczającą na kawę i pączka, karta kredytowa (do włamywania się do willi szefa mafii/pokoju hotelowego skorumpowanego kandydata na gubernatora), kawałek druta i/lub komplet staromodnych wytrychów (do włamywania się do magazynów z heroiną), paczka gum do żucia, telefon komórkowy z aktywną klapką (który i tak się rozładuje w najmniej odpowiedniej chwili, a ładowarka jest czymś, czego Bohater tego typu nie ma przy sobie NIGDY), szczypce boczne i poręczny śrubokręcik (do rozbrajania bomb), chusteczka (do chwytania dowodów rzeczowych bez zostawiania odcisków palców), zestaw woreczków (do wkładania do nich podniesionych przez chusteczkę dowodów rzeczowych), dyktafon (do nagrania pełnych zeznań Czarnego Charakteru, które czyni on rechocząc wrednie w mylnym przekonaniu, że są to ostatnie chwile Dobrego Bohatera na tym padole, a które następnie można puścić przez telefon, żeby Zły Bohater WIEDZIAŁ, albo przez głośniki, żeby WIEDZIAŁO całe miasto/wszyscy w miejscu pracy Czarnego Charakteru/ cały kraj w wypadku, gdy Czarny Charakter jest prezydentem kraju), piersiówka z whisky (do schlania się, "bo Liz odeszła dokładnie 5 lat temu"), zdjęcie Liz, zrobione polaroidem, złożone w kostkę zdjęcia pamięciowe domniemanego mordercy (który jest, oczywiście, mordercą faktycznym, bo prawdziwy glina wie od początku o kogo chodzi, choć zdaniem wściekłego komendanta "to przecież najbardziej szanowany obywatel w mieście"), oraz ten fragment gazety sprzed dwóch miesięcy/ fotografii podejrzanego na bankiecie/notatki sporządzonej przez sekretarkę/kartki z przypadkiem znalezionego dziennika ofiary, który sprawi, że wszystkie elementy układanki zaczną nagle do siebie pasować i doprowadzą jak strzelił do pięciominutowej bijatyki na najwyższym piętrze znajdującego się jeszcze w budowie najwyższego budynku w mieście, zakończonej zrzuceniem Czarnego Charakteru  pięknym łukiem w dół, i osiągnięcia niezbędnego dla dobrostanu widza triumfu sprawiedliwości.

W zasadzie chłopak nie powinien móc chodzić z takim obciążeniem, a w najlepszym razie zwracać uwagę absolutnie wszystkich nietypową figurą i wyraźnymi trudnościami w poruszaniu się. A nie tylko chodzi i nie zwraca, ale jeszcze włamuje się do tych will i pokoi hotelowych, i do magazynów z heroiną też, zbiera rzeczowe dowody, ogląda zdjęcie Liz pociągając z gwinta z piersiówki i wymierza sprawiedliwość przestępcy, obiwszy mu uprzednio mordę.

I jak tu nie kochać Prawdziwych Hollywoodzkich Bohaterów.

piątek, 14 grudnia 2012

Królowa Matka wygrywa :D

Królowa Matka konkurs wygrała :).

Bloga "Kawa z cynamonem" Królowa Matka podczytywała wiernie prawie od początku jej przygody z blogosferą, czyli od półtora roku, czasem nawet coś nieśmiało skomentowała, naprawdę nieśmiało, bo raczej nie ma specjalnej odwagi, by odzywać się na blogach bogatych latami, doświadczeniem i gronem wielbicieli, ale głównie czytała sobie, już to chichocząc, już to śmiejąc się w głos, już to notując w pamięci i na licznych karteluszkach tytuły filmów i książek, z którymi się powinna zapoznać.

Ale cała jej niesmiałość poszła w kąt smutno sobie chlipać (wiedziała bowiem, że jest na straconej pozycji) od chwili, gdy oko Królowej Matki spoczęło na tym tytule. I nie tylko spoczęło, ale nawet zagłębiło się w lekturę, a Królowa Matka doczytawszy, że przewspaniałą, godną tytułu Szajsu Roku książkę otrzyma osoba, która największy Szajs, jaki widziała lub czytała opisze, natychmiast poczuła się zwyciężczynią, że tak nieskromnie wyzna.

Poczuła się, ponieważ jej udziałem było obejrzenie Szajsu Stulecia. Co najmniej. I Królowa Matka ten Szajs opisała, co można pod notką z ogłoszeniem konkursu sobie przeczytać, ale nie trzeba, bowiem pijana dumą z wygranej Królowa Matka się tu powtórzy, ubogacając relację o (liczne, miejmy nadzieję) szczegóły zarówno fabuły dzieła, jak i okoliczności, w jakich dostąpiła zaszczytu pochłonięcia go osłupiałym wzrokiem.

Otóż dawno, dawno temu... no, przed pierwszą wojną światową to nie bylo, ale przed poznaniem Pana Małżonka i owszem, Królowa Matka spotykała się regularnie z grupą koleżanek na czymś w rodzaju piżama party. Każde z takich piżama party uwieńczane zostawało obejrzeniem wiekopomnego Szajsu, ponieważ - jak stwierdziłyśmy przy którymś spotkaniu, obserwując zawsze towarzyszące podobnym spotkaniom wydarzenia- jedna z koleżanek dysponowała tajemniczym talentem - zaproszenie jej gdziekolwiek skutkowało... no, zbiegało się z puszczeniem w TV, na jakimś popularnym kanale (obowiązkowo) wyjątkowej jakości filmu. Filmu klasy "W". Albo i "Z". Filmu, przy którym kręcone z ręki przez podciętego wujka Maćka wyczyny stryja Romana na imieninach u babci Janki były głębokimi w wymowie, pelnymi symbolicznych treści etiudami dokumentalnymi. Filmy te oglądałyśmy w związku z tym w towarzystwie o zbliżonym poczuciu humoru, uwielbieniu absurdu i  innych takich, zazwyczaj przygotowywałyśmy sobie pokarm w rodzaju ciast i ciasteczek oraz sałatek, a do picia - mleko (gdyż picie czegoś innego w połączeniu z doznaniami filmowymi mogłoby nas nazbyt już oszołomić, a kto wie, czy nie i zabić) i przeżywałyśmy. Było super , a jedna z nas została potem doktorem filmoznawstwa, specjalistką od kina szekspirowskiego, rzec można zatem, że przeszła długą i wyboistą drogę od kina klasy Z do najbardziej wyrafinowanych dzieł filmowych świata :).

Z licznych tytułów (niewątpliwych) przebojów filmowych, jakie dane było Królowej Matce zgłębić w tym porywającym towarzystwie na czoło wybił się film “Miraż”.

Film “Miraż” pochodził nie wiadomo, z którego roku, prawdopodobnie z początku lat 90-tych, akcji też już Królowa Matka nie pamięta w niezbędnych detalach, na pewno rzec można, że dzieło to był (zdaje się) horror-thriller, akcja rozgrywała się na pustyni, na której szalał patologiczny zabójca, i na którą, oczywiście, pojechała sobie w ramach wycieczki krajoznawczej grupa przyjaciół. Pojechali specjalnie po to, aby rozdzielać się w najmniej spodziewanych momentach i dawać się pojedynczo dopadać psychopacie, który już to zarzynał kogoś piłą, już to zakopywał po szyję w piasku i przejeżdżał quadem (alibo też motocyklem, był to jednakże motocykl z wszech stron obudowany i wyglądał naprawdę groźnie), już to przywiązywał łańcuchem do jedynego na całej pustyni drzewa i rozrywał na części łańcuchem, uprzednio przytwierdzonym do ofiary.

Rozdzielanie następowało zawsze w scenach poprowadzonych zgodnie z wszelkimi zasadami suspensu, w wiarygodny i co do szczegółu dopracowany sposób, Królowa Matka nie pomni szczegółów, ale były one mocno w tym stylu - "Och - mówił na przykład  Bohater Nr 1. - jakże ten przestępca jest groźnym, nie rozdzielajmy się, razem mamy większe szanse!". "Absolutnie się zgadzam - zgadzał się Bohater Nr 2 - rozdzielanie się to samobójstwo! Ale, wiecie, właśnie sobie uświadomiłem, że to jest godzina, o której zwykle medytuję, nazbyt się czuję pobudzony, gdy nie uspokoję umysłu, tak więc idźcie dalej, ja się tu wyciszę przez kwadransik i was dogonię!", i - jak zgadnie każdy wyrobiony Pożeracz Thrillerów - był to ostatni kwadransik w życiu naszego jogina.

Pod koniec (Królowa Matka waha się, czy ujawnić końcówkę, bo może ktoś zechce obejrzeć… i jedyne, co jej na to pozwala to świadomość, że prawdopodobieństwo obejrzenia przez kogokolwiek tego Pomnikowego Dzieła jest bliskie zeru absolutnemu)  psychopatycznym mordercą okazuje się być jedna z dziewcząt z grupy przyjaciół, która dokonywała wyżej opisanych moralnie odrażających czynów pod wpływem ataków rozdwojenia jaźni, i jak jej się ta jaźń rozdwajała, ona mordowała, mszcząc się za coś, ale za co to Królowa Matka nie pamięta.

(Chwila refleksji - i zapewne w czasie tego rozdwojenia produkowała te quady, tę odzież skórzaną z hełmem motocyklisty zasłaniającym twarz, te łańcuchy, piły i broń palną, oraz łopatę do zakopywania silnego, zdrowego, przytomnego mężczyzny po szyję, a potem je anihilowala w tajemniczy sposób, ponieważ oddalając się od przyjaciół w niewinnych podskokach odziana była zawsze jedynie w szorty i top na ramiączkach, a jako Postrach Pustyni występowała spowita od stóp do głów w żałobną czerń, w hełm motocyklisty i gogle zasłaniające twarz, że już Królowa Matka nie wspomni o licznych gadżetach, którymi dysponowała, po czym wracała do grona umniejszonego o jednego Przyjaciela znów odziana w szorty i koszulkę, oraz nie tylko bez gadżetów i/lub zadrapań, ale nawet nie zasapana, chociaż, jak domniemywuje Królowa Matka, zakopanie żywcem po szyję prawdopodobnie wierzgającego i protestującego przeciw zakopaniu faceta powinno ją chociaż troszeczkę wyczerpać, koniec refleksji, wracamy do ad remu)

Scena, gdy morderczyni dowiaduje się, że jej się rozdwajało, była majstersztykiem filmowego wyrazu – kamera uczyniła najazd na twarz panienki i zastygła, panienka też zastygła i patrzyła tępo przed siebie, grając twarzą, jak Królowa Matka mniema. Przyszła Pani Doktor Filmoznawstwa wyszła do kuchni herbatę sobie zrobić, czajnikiem pstryknęła (rycząc z głębi trzewi: "I co robi?", a my odrykiwałyśmy: "Patrzy!!!"), zalała, co trzeba ("A teraz co robi?!". "Cięgiem patrzy!!!"), wróciła z herbatą do pokoju – a panienka furt tą twarzą grała, na jednym, długim (baaardzo długim!) ujęciu.

Tekst, który wygłasza jeden z bohaterów tuż przed bolesną śmiercią (rozdarciem na dwoje za pomocą quada, łańcucha i drzewka, a nic nie był, chłopczyna, tą śmiercią przejęty, nie płakał, nie błagał o litość, nie bał się, nie rzucał nawet nerwowych spojrzeń wokoło w daremnym poszukiwaniu jakiejś drogi ratunku, no powiada Królowa Matka, prawdziwy mężczyzna!) “Spotkamy się w przestrzeni międzyastralnej!” weszło do naszego jezyka jako wyrafinowana i pełna złowrogich treści groźba.

Aha, a obowiązkowo wręcz trzeba dodać, że reżyser, scenarzysta, główny męski bohater, kompozytor i jeszcze coś (ale też Królowa Matka nie pamięta, co, zakłada, że producent) w tym filmie to była jedna i ta sama osoba, taki, nieprawdaż, człowiek renesansu.

Co się Królowa Matka naszukała dzieła, aby zgłębić ten majstersztyk reżysersko-aktorsko-scenariuszowy raz jeszcze ludzkie słowo nie wyrazi, szukała, googlała, pytała znajomych...  i nic. Przyjaciel Gugiel wyświetlał jej przeróżne inne "Miraże", a to taki z 1965 r. z Gregory Peckiem i Walterem Matthau, a to sensacyjny dramat produkcji radzieckiej, ale tego jedynego prawdziwego nie znalazła. Podejrzewa ona, że Film padł ofiarą tłumaczy, którzy przełożyli coś angielskiego na coś zupełnie innego (w końcu kto by od "Wirującego sekssu" potrafił dojść do "Dirty dancing" gdyby nie ten szczęśliwy przypadek, że film jest znany, a wręcz kultowy?) co sprawiło (a w każdym razie pomogło), że na zawsze pochłonęły go mroki ludzkiej, niewdzięcznej niepamięci, i tylko Królowa Matka tą oto notatką sprawia, że geniusz jego błysnął na chwilę niczym gwiazda w mrokach niesłusznego zapomnienia...

... oraz sprawił, że Królowa Matka wygrała książkę reklamowaną jako Świąteczny Szajs.

Którą zamierza przeczytać.

I zrecenzować.

Czujcie się uprzedzeni :D


PS. A otóż, niespodzianka :)! Okazało się, że film widział ktoś jeszcze poza czterema koleżankami Królowej Matki (i nią samą :)). W komentarzu pod jej wpisem znalazła Królowa Matka notkę Claudette i okazało się także, że tłumacze nie zaszaleli, a Królowa Matka zapamiętała Dzieło pod oryginalnym tytułem.

Okazało się też, że ten reżyser, dźwiękowiec, kompozytor, scenarzysta i co tam jeszcze to nie była jedna osoba, tylko kilka o tym samym nazwisku, musi bracia albo kuzyni. Co oznacza, że Dzieło spłodził nie Człowiek Renesansu, ale że produkcja filmu to był taki Family Business.

Co widać było, wierzaj, Czytelniku, w każdym kadrze :).

piątek, 21 września 2012

A tak w ogóle...

... to czy zdajesz sobie sprawę, Luby Czytelniku, że blogowi Królowej Matki stuknął rok?

Jak dziś Królowa Matka pamięta - jechała z Rodziną na Mazury świeżo wypuszczona ze szpitala po postawieniu jej jako-tako na nogi, w stanie fizycznym dość koszmarnym (ważyła 55 kilo, była więc nadal wychudzona na skraju zagłodzenia, torba z lekami stanowiła połowę jej bagażu, a wejście powoli na drugie piętro stanowiło wyczyn godny zdobycia Everestu przez himalaistę. O ile się udawało, bo zdarzały się dni, gdy nie udawało się nic a nic), ale stan fizyczny kwitł bujnym kwieciem w porównaniu ze stanem psychicznym. Królowa Matka bała się zasnąć, bo bała się, że się nie obudzi, płakała bez powodu (to znaczy, dla innych bez powodu, ona miała ten powód, że dochodziła przy każdej właściwie okazji do wniosku, że nie przeżyje kolejnego miesiąca), wpadała w panikę przy każdej (częstej!) zadyszce, kłuciu w boku, ciemności przed oczyma, patologicznie często czytała wypis ze szpitala pełen tych strasznych, obco brzmiących słów, które oznaczały dla niej tylko jedno - że jest bardzo, bardzo ciężko chora na coś, z czego się nie zdrowieje. Ta świadomość zaś doprowadzała ją do histerycznych rozważań na temat, co stanie się z jej dziećmi, jak im wytłumaczyć, że mama umrze... i tak mijał dzień po dniu, dzień po dniu...

A jechała na te Mazury upewniwszy się, że w sąsiedztwie miejscowości, gdzie się zatrzyma z Rodziną znajduje się szpital z oddziałem kardiologicznym, bo pewna była, że będzie go potrzebować.

Oraz o tym wszystkim bez przerwy opowiadała Panu Małżonkowi, który w czasie wyprawy na Mazury (cztery i pół godziny jazdy) uznał, że najlepszym sposobem na wyciągnięcie Królowej Matki z mega-doła, w którego powoli, lecz nieodwołalnie się osuwała, będzie zajęcie jej czymś, co lubi robić. Dziubdziać na szydełku lubi. No dobra, ale przy tym się myśli, myślenie w milczeniu nie jest, jak uznał, w wypadku Królowej Matki wskazane. A zatem odpada też filc, dzierganie skarpetek na drutach i haft. Czytać Krolowa Matka lubi... no, ale to mało twórcze jest. Pozostało więc tylko jedno.

- Napisz książkę! - rzekł Pan Małżonek tonem odkrywcy.

Każdy w miarę oblatany na blogu Czytelnik wie już, że łatwiej jest odczytać kreteńskie pismo piktograficzne niż namówić Krolową Matkę do czegoś, do czego nie ma ona przekonania, tak więc jej odpowiedź nie powinna byc żadnym zaskoczeniem.

- Książkę? - rzekła z powątpiewaniem. - Ja? Książkę? Ja nie umiem pisać książek, o czym zresztą miałabym pisać, przecież ja nie mam wyobraźni... Nieee, książkę nieeee...

- Napisz o dzieciach! - upierał się Pan Małżonek. - Napisz, jak to jest być mamą wcześniaka. Potem dziecka po wcześniaku. Potem bliźniąt. Napisz, jak kupiliśmy i wykańczaliśmy dom (o, tak, to byłby temat na książkę, zapaliła się do pomysłu Królowa Matka, po czym zgasła natychmiast). Napisz o czymś, co dobrze znasz, po co ci do tego wyobraźnia?

- No co ty - zapierała się Królowa Matka. - Kto by to w ogóle wydał... co ja mówię, wydał, jak mógłby wydać, skoro nikt by nie chciał tego czytać, a kto by to w ogóle czytał...

I w tym momencie Muza Internetu, przelatująca najwyraźniej właśnie nad samochodem Królowej Matki, musnęła Pana Małżonka swym skrzydłem.

- Sprawdź! -  powiedział on. - Zacznij pisać bloga, zobaczysz, czy pisanie ci w ogóle jeszcze pasuje.

Rozmowa ta odbyła się w poczatkach sierpnia. Do 21 września Królowa Matka, o której wiele można powiedzieć, nie to jednakże, że jest osobą rzucającą się entuzjastycznie, z głową w każde nowe doświadczenie, która jest za to osobą tchórzliwą, niepewną siebie i lubiącą mieć wszystko poukładane, uporządkowane i rozeznane, przeprowadzała rozmowy ze swoimi Bardziej Oblatanym Znajomymi, którzy jej doradzali, gdzie szukać, co poczytać ku natchnieniu, gdzie zacząć pisać. Potem, po mozolnym przedarciu się przez jedną piątą tajemnic Bloggera, przez dwa (chyba?) miesiące, zmagając się ze zniechęcającym przeświadczeniem, że pisze banalne, głupie i nudne rzeczy,  pisała bloga zamkniętego, tylko dla Najbardziej Zaufanych Przyjaciół I Znajomych (czyli dla jakichś trzydziestu osób), które dzielnie brnęły przez jej tfurczość, a nawet zachęcały, by pisała dalej, by w końcu odważyć się udostępnić go wszystkim.

A teraz jest 197 postów (ten jest 198), 2133 komentarzy, 70 187 wizyt i 77 obserwatorów później, teraz ma Wiernych Czytelników (a niektórzy użerają się z nią od samiuśkiego, pierwszego posta do teraz!), i wie oczywiście, że na tle Prawdziwych, Sławnych Blogerów i Blogerek, na których Królowa Matka spogląda z trwożnym podziwem, osiągnięcia jej bloga mogą budzić śmiech pusty, ale dla niej, o, dla niej są to osiągnięcia rok temu niewyobrażalne.

© Diane Duda

Za które wszystkim Czytelnikom serdecznie dziękuje :).

niedziela, 10 czerwca 2012

Prawie prywata :)

Królowa Matka ma przyjaciółkę. Nie jest to nic nadzwyczajnego, w końcu spora część mieszkańców tego globu ma, miała lub będzie miała przyjaciół, a w ogóle to Królowa Matka ma tych przyjaciółek nawet kilka, pomimo paranoicznej nieśmiałości. Ale jedną to ma taką na-wieki-wieków, taką od czasów, gdy obie były małymi dziewczynkami z mysimi ogonkami, poznaną tak dawno, że początek tej znajomości tonie w pomroce dziejów (w trzeciej klasie to chyba było, co, Sylwia? w czwartej to już na pewno siedziałyśmy ławka w ławkę, ja w rzędzie pod ścianą, Ty w rzędzie środkowym, i wymieniałyśmy się rysunkami). Od połowy czwartej klasy - to to, czego Królowa Matka jest pewna - siedziały już razem, w pierwszej ławce pod drzwiami, i spędzały lekcje na tworzeniu komiksów. No, między innymi :). Przesiedziały w tej ławce resztę podstawówki i całe liceum, gimnazjów wtedy nie było, ale gdyby były to one też by je przesiedziały razem, studiowały już nie wspólnie, ale i tak były w stałym kontakcie, razem przetrzymały to wszystko, czego podobno kobieca przyjaźń nie przetrzymuje - pierwsze miłości, drugie miłości, sprzeczki i poważne kłótnie, narzeczeństwo, zamążpójście (najpierw jednej, potem drugiej :)), narodziny kolejnych dzieci, wyprowadzkę za Ocean, poważne choroby, śmierć w rodzinie Królowej Matki... i nic a nic się przez ten cały czas nie zmieniły :).

No, Sylwia się nie zmieniła, uwierz, Luby Czytelniku, na słowo.

I oto teraz Przyjaciółka Królowej Matki napisała książkę. Powieść obyczajową. Niestety, niedostepną w przyzwoitej, papierowej formie, z okładką, zdjęciem Autorki na skrzydełkach i takimi tam gadżetami. Dostępna (chwilowo! Królowa Matka głęboko w to wierzy) jedynie w formie e-booka, utrudniającej (a Królowej Matce zazwyczaj w ogóle uniemożliwiającej) lekturę w kulturalnych warunkach (to znaczy w łóżeczku, pod kocykiem, bez żadnych nieletnich osób w pobliżu i z kubkiem dobrej herbaty pod ręką). No, ale Królowa Matka jest zacofana.

Tego jednego e-booka jednakże przeczytała. Najpierw się śmiała, potem się popłakała, a potem się bardzo popłakała. I bardzo, bardzo, bardzo wkurzyła. Bowiem - nawet biorąc pod uwagę, że w tym wypadku nie była do końca obiektywna, poza przyjemnością z lektury czerpiąc też przyjemność ze zgadywania "kto jest kim", przypominania sobie opisanych miejsc, domków, bloków, rzeczek, drogi przez las i na przykład pewnego płotu, stojąc na którym na jednej nodze i trzymając się jakiejś litościwej gałązki jedną ręką, drugą Królowa Matka i Autorka, trzynastoletnie, zrywały morwy i opychały się nimi bez opamiętania i bez cienia obawy, że litościwa gałązka/ telepiący się płot/ oba na raz mogą nie wytrzymać i runą one na twarz ze sporej wysokości... albo jak chciały udusić, no, poddusić Tatusia Autorki, ale... eee, nie odbiegajmy od tematu - literatura ta odbiega na korzyść od licznych przebojów, które Królowa Matka miała okazję widzieć w księgarniach, na listach bestsellerów, a nawet na ekranie telewizyjnym w formie serialu. I nie tylko widzieć, ale i zmęczyć, bo "przeczytaniem" nazwać tę czynność to byłoby za dużo (o oglądaniu nie wspominając, nawet szukając wymówki "należy mi się chwila na dzierganie i bez dzieci raz na tydzień" Królowa Matka zmogła z najwyższym trudem trzy odcinki dzieła). I przypomina sobie, jak brnęła przez toporny język, stereotypowe historie, błędy stylistyczne, gramatyczne i ortograficzne, wszystko opisywane na skrzydełkach książek jako "ciepłe", "miłe", "to, czego byśmy pragnęły", zachwalane jako "żywe dialogi i wartką akcję", która to akcja okazywała się przewidywalna do bólu i pisana straszliwym językiem, pełnym udziwnionych zdrobnień, na przykład. I wydaje jej się strasznie niesprawiedliwe, że powieść jej przyjaciółki, pisana lepszą polszczyzną, lepiej skonstruowana, nie stereotypowa, nie mdła i przesłodzona, nie ma ani reklamy, ani zapewnionego druku na normalnym papierze, o widokach na ekranizację nie wspominając.

I postanowiła, że otóż reklamę mieć będzie. W minimalnym zakresie. Ale będzie.

Gdyby ktoś z Drogich Czytelników zapragnął sprawdzić, czy Królowa Matka jest tylko zaślepiona, czy też może wie jednak, co jest, a co nie jest dobrze napisane, i zainwestować w tym celu swoje ciężko zarobione 7.99 zł, to Królowa Matka ma kilka wskazówek, których nie rozumie, więc proszę jej o nic nie pytać :). A mianowicie (wklejając na bezczelnego tekst z maila Przyjaciółki):

"otóż, jeśli nie ma się Kindla (do którego wybiera się i ściągnie się wersje mobi), to polecam krok następny, który zajął mi (a nie jestem wcale specem od grzebania się w kompie) ściagnięcie przeglądarki "firefox", bo epub w "explorerze" momentami się zacina. W "firefox" zaś chodzi jak po maśle i tu da się czytać. Przy ściąganiu "firefox" - jeśli się nie chce, żeby stał się główną przeglądarką na kompie, trzeba tę możliwość odhaczyć. A mała ikonka "firefox'a" na dolnym pasku potem się przyda, jeśli będzie się chciało przeczytać inne książki w formacie epub. A coraz więcej tego w sieci.
A propos, żeby ściagnąć plik mobi - na Kindle'a - trzeba po wejściu do księgarni nacisnąć na "inne regały (jest tam do wyboru: katalog epub i katalog mobi) i wybrać to drugie. Tu jest link do książki w formacie mobi:
(ponieważ ten plik mobi nie ma blokady "drm", wystarczy teraz skopiować plik w folder "Documents" na Kindle'a, podłączając czytnik do kompa kabelkiem USB)" (koniec cytatu).

Królowa Matka ma nadzieję, że jej Czytelnicy są błyskotliwsi niż ona i zrozumieli :))).

Na wypadek jednakże, gdyby Czytelnicy runęli do komputerów i zapchali skrzynkę (o ile taka istnieje :)) wydawnictwa zbiorowo domagając się lektury w nadziei, że dowiedzą się z książki o intymnych szczegółach i smakowitych detalach z dzieciństwa Królowej Matki, że wyjdą tu na jaw skrywane skrzętnie wstydliwe tajemnice, a z szafy wypadnie kilka trupów, że spędzą nad lekturą wieczór czy dwa rozszyfrowując, pod którym to nazwiskiem ukryta została Królowa Matka, czuje się ona w obowiązku uświadomić ich, że w tej części ona nie występuje, jako, ze powieść kończy się w dokładnie tej chwili, gdy przyjaźń Królowej Matki i Autorki zaczyna dopiero kiełkować.

ALE.

Ale jeśli część pierwsza odniesie sukces, jeśli zostanie wydana w formie papierowej, jeśli rozszalali fani Autorki zaczną domagać się Ciągu Dalszego (to jest, Luby Czytelniku, subtelna aluzja), jeśli Autorka ulegnie prośbom i błaganiom i Ciąg Dalszy napisze, to istnieje duuuża szansa, że w tym Ciągu Dalszym Królowa Matka już zaistnieje (a to jest, Luby Czytelniku, subtelna zachęta :D).

Prawda, Sylwiu :DDDD?

piątek, 18 maja 2012

Komiksowo :)

Dawno, dawno temu Królowa Matka była młoda (ach!), piękna (ekhm...) i bezdzietna (ACH!!!). Oraz nie czytała komiksów. Nie z zasady, tylko dlatego, że od dziecięctwa przyzwyczaiła się do dużych form z dużą ilością tekstu, doszła nawet do etapu, gdy przeszkadzały jej ilustracje (chociaż wielbi wielu ilustratorów, w dodatku coraz to nowi jej do wielbienia dochodzą), a komiks to takie... mało do czytania, ledwo się człowiek rozpędzi, a tu koniec. Nie zaliczyła więc wszystkich tych "Thorgali" i "Batmanów", robiąc wyjątek dla Asterixa&Company oraz Profesorka Nerwosolka. Ale i to pobieżnie, a Asterixa w dodatku za dorosłych lat (czyli w czasach, gdy statek piratów ustylizowany na "Tratwę 'Meduzy'" Gericault był w stanie ją rozbawić).

Aż pewnego dnia odwiedzając Najlepszą i Najstarszą Psiapsiółę, poślubioną, jak to Królowa Matka mawia, "Stanozjednoczończykowi", natrafiła na komiks Billa Wattermana "Calvin and Hobbes". Małżonek Psiapsióły używał go do nauczania języka angielskiego polskich studentów, a Królowa Matka, raz rzuciwszy okiem, natychmiast zrozumiała, czemu.

Calvin to mały chłopczyk, zahibernowany przez autora mniej więcej w szóstej-siódmej wiośnie życia. Hobbes to jego maskotka - tygrys, zwykły pluszak dla całego świata, gadający i współbrojący kumpel dla Calvina. Królowa Matka wie, że komiks kiedyś ukazał się w Polsce, ale nie słyszała, by odniósł oszałamiający sukces (chyba, że źle słyszała, bardzo się ucieszy, jak ktoś jej powie, ze jest w tej kwestii ignorantką). W każdym razie Królowa Matka doznała iluminacji, przeczytała trzy tomy zebrane przygód Calvina, potem jeszcze jeden, który dostała w prezencie, oraz wycinane i przysyłane jej przez Przyjaciółkę ze Stanów historyjki zamieszczane w gazetach, i, niesiona falą zachwytu, rozbawienia, podziwu dla lekkości pióra i ołówka Autora oraz jego niewątpliwej, dogłębnej znajomości tematu, wypowiedziała te oto słowa, (kompletnie niepomna własnego głębokiego przeświadczenia, że nie powinno się takich rzeczy mówić na głos, bo kto może wiedzieć, kto tego akurat słucha):

"Jak ja bym chciała mieć kiedyś takiego syna! Przynajmniej nigdy bym się nie nudziła!".






Że już Królowa Matka nie wspomni o tym rysunku, który nasuwa jej taką refleksję, że komiks ten powinien być niewiarygodnie popularny oraz rozumiany przez większość (a można postawić śmiałą tezę, że może i przez wszystkich) Rodziców na Świecie:


...

... i wiecie co?

Marzenia się spełniają ;DDD!

Królowej Matce przynajmniej dwa razy ;D.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Malarsko.

Dwa lata temu, podczas remontu naszej Chaty w Dziczy robotnicy, w szale pracowitości, zamurowali Królowej Matce wszystkie otwory w ścianach. Niektóre bardzo słusznie. Ale co do niektórych, Królowa Matka ujrzała się nagle objuczona dziełami własnych rąk oraz doniczkami z kwieciem pnącym i zwisającym, które - o ironio! - nie miało gdzie zawisnąć, by sobie pozwisać. Pan Małżonek wywiercił przy użyciu sprzętu ciężko-ryczącego dwa otworki, w których umieścił dwa haczyki, ale na więcej nie starczyło mu energii (oraz, jak twierdził, haczyków). Ponieważ ściany domu Królowej Matki nie należą (podobno) do tych, w które można ordynarnie wbić sobie gwóźdź (bo gdyby takie były, to Królowa Matka sama by już dwa lata temu te gwoździe wbiła) przez następne dwa lata Królowa Matka musiała Panu Mężu truć. I zawsze się okazywało, że on owszem! natychmiast!, ale, niestety nie ma haczyka. Kołeczka. Czegoś tam absolutnie dla wbijania w ścianę kluczowego.

Wreszcie w ostatnią sobotę Królowa Matka, bezwzględnie wykorzystując fakt, że Pan Małżonek miał coś do załatwienia w OBI, czyli w miejscu, gdzie stosownych haczyków i kołeczków jest skolko ugodno, wymogła na nim nabycie tychże. Wczoraj zaś Pan Małżonek ujął swą męską dłonią wiertarkę (z posępnym "Nie chce mi się, ale to nie ma znaczenia, jutro też mi się nie będzie chciało" na ustach) i wykonał pracę, która zajęła mu całe półtorej minuty, ale dzięki której Królowa Matka wreszcie mogła wyciągnąć zza szafy na pietrze i powiesić na ścianie to


czyli wizerunek Shu Lao (kwiecie w górze jest elementem dekoracji wielkanocnej, nie objawem kultu :)), taoistycznego boga długowieczności, którego posążek Królowa Matka znalazła w jakiejś książce lata temu i popadła w trwały zachwyt. Pan Małżonek, wówczas młody i zakochany, oraz nie bojący się komputera, wykonał zdjęcie posążka i podzielił na setki maleńkich kwadracików, a Królowa Matka, wówczas bezdzietna, pracowicie dobrała kolory, mogła sobie bowiem pozwolić na wyrzucenie dwóch setek mulin na podłogę bez obaw, że ktoś jej w to wlezie, złapie i rzuci się do ucieczki, oplącze się, spróbuje zjeść, i tak dalej, i tym podobnie, po czym rzecz wyhaftowała. I nie po to przecież, by jej się za szafą kurzyło!

Co więcej, oko każdego gościa przekraczającego próg domu Królowej Matki padnie najpierw na to:


Jest to fragment jednego z Medalowej Trójki ukochanych obrazów Królowej Matki, a mianowicie "Wielkiej Fali".


"Wielka Fala" to obraz, patrzenie na który Królową Matkę z niewiadomych przyczyn uspokaja. Na obrazie unosi się groźna masa wody, w tle majaczy góra Fuji, rybacy na wąskich czółnach walczą o życie, a Królowa Matka znajduje w tym obrazie spokój i mogłaby na niego patrzeć i patrzeć, nieruchomo jak jogin, godzinami. Spokój i doskonałość, w każdej linii, a nieco tego spokoju spływało na nią, gdy haftowała. Dodatkowo jakże pokorną czyni ją świadomość, że Hokusai miał, tworząc dzieło, 70 lat. Pokorną, pełną podziwu... i trochę, trochę pozwalającą sobie mieć nadzieję :).

Zresztą, podobne zapatrzenie opanowuje ją w czasie kontemplowania każdego z dzieł Wielkiej Trójki. I każde zamierza sobie wyhaftować, także dlatego, że nie jest w stanie znaleźć zadawalającej ją reprodukcji, a nie stać jej na oryginały ;). Drugi jest już w fazie produkcji,


a przedstawia "Koronczarkę" Vermeera.


Dawno temu, lata świetlne przed vermeeromanią i "Dziewczyną z perłą" Królowa Matka, mając jakieś 10 lat, przeglądała stary podręcznik do historii sztuki. Wydany na fatalnym papierze, z biało-czarnymi, niewyraźnymi zdjęciami i z jedną kolorową, dwustronicową wkładką, na którą jednakże Vermeer się nie załapał. Nie, zdjęcie "Koronczarki" było biało-czarne, niewyraźne, zupełnie pozbawione subtelnych (a nawet tych mniej subtelnych) detali. Mimo to, gdy Królowa Matka do niego doszła, zamarła. Siedziała i patrzyła. Patrzyła, patrzyła, patrzyła i patrzyła. Zrobiła przerwę na złapanie oddechu, a potem znów patrzyła. Może i dobrze, że tak wyglądał pierwszy kontakt Królowej Matki z Vermeerem,  bo skoro do tego stopnia ogłuszyło ją fatalne, źle wydrukowane zdjęcie, już tylko dobra reprodukcja mogłaby ją nieodwracalnie uszkodzić, a oryginał - wręcz zabić. Królowa Matka do dziś nie wie też, czy oszołomienie na tle "Koronczarki" to trwały obłęd czy prawo pierwszeństwa, w każdym razie żaden z obrazów Vermeera - mimo uwielbienia dla wielu - nigdy w jej oczach nie osiągnął tej nieskalanej niczym perfekcji, tego błysku geniuszu, tego czegoś, co wywołuje zupełnie pozbawioną zawiści świadomość, że nigdy, nigdy, za cenę życia, nigdy tak by się nie potrafiło. Nawiasem mówiąc, Królowa Matka zawsze, już jako dziecię dwunastoletnie, od pierwszego kopa odróżniała dzieła Vermeera od nędznych podróbek dokonywanych przez słynnego z podrabiania go fałszerza i pojąć nie umie, jak ktokolwiek mógł dać się nabrać,o


no litości, przecież nie tylko gołym okiem widać, które to oryginał, ale widać też, że fałszerz był zaledwie pozbawionym Daru rzemieślnikiem!

Trzecim obrazem z Wielkiej Trojki jest "Nowonarodzony" Georgesa De La Tour,


prace nad wyhaftowaniem którego są jednakże w fazie bardzo wstępnej :).


Kolejny obraz, na który Królowa Matka mogłaby patrzeć godzinami, analizując i podziwiając każdy detal, każdą linię, zupełnie bezbronna i nie potrafiąc opisać własnych uczuć wobec doskonałości. Nie wiadomo, czy ten obraz przedstawia narodziny Jezusa, Marię i świętą Annę, być może to zwykła scena rozgrywająca się w domu jakiegoś flamandzkiego kupca. Tak czy inaczej, w zalewie siedemnastowiecznych tłuściutkich, wyglądających na roczne niemowlęta Dzieciątek ten obraz, wyrastający znacznie ponad swoją epokę, ta młoda matka, jej pomocnica, ta cisza i spokój, to powitanie Nowego w środku nocy, i nade wszystko maleństwo, takie kruche, nieodmiennie Królową Matkę wzrusza. Z dziesięciorga dzieci malarza przeżyło go tylko troje - może dlatego zdawał on sobie sprawę, jak bardzo niepewne jest życie dzieci, że nie są one dawane na zawsze, i może dlatego to Nowe na jego obrazach jest tak bardzo bezbronne...

No, ale teraz, na razie, wraz z powrotem wiosny, Królowa Matka może powrócić do "Koronczarki", która haftuje wyłącznie przy naturalnym świetle. Może do niej powrócić także dlatego, że ukończyła zlecenie na haft (nie, nie tak jak "Koronczarka" okazały")... ale o zleceniu - po świętach :).

sobota, 15 października 2011

Królowa Matka i kosmici.

Królowa Matka obejrzała sobie "Dzień Niepodległości". Proszę nie pytać czemu, prawdopodobnie, by dać upust wstrząsającej nią co jakiś czas chęci, by się totalnie odmóżdżyć (chociaż z drugiej strony po co jakieś sztuczne odmóżdżacze osobie, która musi wchodzić w kontakt werbalny z czworgiem dzieci pięćset razy dziennie odpowiadając na pytania typu: "Mamo, a kto wymyślił słowo "dinozaur"?", "Mamo, a dlaczego na stół mówimy stół?", "Mamo, a czy orzeł mógłby mnie porwać?", i tak dalej, i tym podobnie), acz przyznać musi, że w tym wypadku dawka odmóżdżacza mogłaby być zabójcza dla mniej zahartowanego organizmu.

Słowo, gdyby jutro zaatakowali nas kosmici i przypadkiem wyglądaliby tak, jak ci na filmie, Królowa Matka, zanim umarłaby ze strachu względnie padła ofiarą ataku z przestworzy, dostałaby takiego napadu śmiechu, że wspomnianego ataku mogłaby nie dożyć. Daaawno temu serdeczny przyjaciel Królowej Matki zapytany o wrażenia z premierowego pokazu "Jurassic Park" rozjaśnił się niczym latarnia morska w Faros i odpowiedział: "Słuchajcie! Co to za nadzwyczajne, monumentalne, gigantyczne, genialne, wyjątkowe, niepowtarzalne, monstrualne, jedyne w swoim rodzaju, absolutnie niezwykłe gówno!!!!"  (co do dziś pozostaje wśród znajomych Królowej Matki recenzją-wytrychem, bardzo przy tym wygodną, bo można ją wzbogacać o dowolną ilość przymiotników) i, zaprawdę, jest to kwintesencja tego, co o "Dniu Niepodległości" można powiedzieć, oraz excusez le mot za wyrażenie, ale innego nijak nie idzie użyć. Żyd z Murzynem ratujący planetę pod auspicjami Stanów Zjednoczonych, doprawdy, brakuje tylko masona i cyklisty. Obowiązkowy psychol (znaczy, pardon, ekscentryk) w charakterze bohatera narodowego oraz prezydent, który, zamiast wzorem wszystkich prezydentów świata z amerykańskim na czele podkulić ogon pod siebie i wiać gdzie pieprz rośnie względnie przeczekiwać w jakimś przytulnym schronie, wygłasza orędzie do narodu, po czem przesiada się z prezydenckiego fotela na samolot bojowy (gdyż, co za szczęśliwy dla świata zbieg okoliczności, w cywilu był oblatywaczem tychże), zawodząc co kwadrans: "Zginęło tylu dobrych Amerykanów!".

Te dialogi porażające głębią:

Prezydent (prosząco) - Pomówmy o pokoju.
Kosmita (rzężąc) - Nie chcemy pokoju...
Prezydent (bardziej prosząco) - Czego chcecie?
Kosmita (rzężąc resztką sił) - Waszej śmierci...

Aaaaaa!!!!



W czasie oglądania finału, kiedy to dzikie Murzyniątka wylatywały z buszu wygrażając utkniętym tu i ówdzie już nie latającym spodkom drewnianymi (jakżeby inaczej) dzidami, a Beduini, jak to prymitywny lud, dziwowali się malowniczo zarytemu w pustynię pojazdowi kosmitów (który, padając, nie musnął jednakże piramid ani też, nawiasem mówiąc, żadnego innego zabytku klasy "0" na świecie) Królowej Matce łzy jak groch leciały po twarzy, z tym, że nie były to łzy wzruszenia.

A i tak było lepiej niż za pierwszym razem, gdy Królowa Matka zgłębiała dzieło będąc sama w domu (tak, były w jej życiu takie szczęsne, a zupełnie wówczas niedoceniane chwile) i gdy Will Smith brnął przez pustynię Nevada (Królowa Matka z filmów wie, że dziewięć na dziesięć statków kosmitów, mając do dyspozycji Saharę, pustynię Gobi, bezkresy Syberii i 70% planety pokryte wodą omija to wszystko ze wzgardą i ląduje na pustyni Nevada właśnie względnie centralnie w samym sercu Teksasu) wlokąc za sobą za nogę, mackę czy inną kończynę pokonanego kosmitę wykrzykiwał teksty w rodzaju: "Ze mną chciałeś wygrać? Ze mną? I jak teraz wyglądasz, palancie? Czyje jest na wierzchu?" śmiała się głośno. Próbowała się pohamować, czując się bardzo, ale to bardzo mało inteligentnie tak siedząc na dywanie i śmiejąc się w głos w pustym domu, ale było to silniejsze od niej.

I wtedy, i teraz brakowało Królowej Matce zaledwie odrobiny, małej, maciupeńkiej (tu proszę sobie zwizualizować coś naprawdę mikroskopijnego) odrobinki, by podjąć decyzję o świętowaniu czwartego lipca. Ale gdyby tak film potrwał z kwadrans dłużej...