sobota, 26 stycznia 2013

Królowa Matka recenzuje Przebój :) (E.L.James "50 twarzy Grey'a")

- Dlaczego sobie to robisz? - zapytywał z bolesnym zdziwieniem Pan Małżonek, widząc Królową Matkę co wieczór pochyloną nad ekranem i pochłaniająca dużą ilość słowa pisanego z wypiekami na twarzy. - Po co ci to w ogóle?
Och, Królowa Matka nie ma pojęcia, która to regularnie udzielana odpowiedź nijak Pana Małżonka nie zadawalała. Może chce zrozumieć, o co tyle krzyku. Może chce pojąć, co mają na myśli wszystkie te znane jej osoby, które - w zależności od temperamentu i charakteru - albo z wyrazem szczęśliwego masochizmu, albo nieopanowanej odrazy na twarzy mówią zawsze coś w rodzaju: "Ranyjulek, jakie to monstrualne... badziewie!!!". A może polubiła pisanie zjadliwych recenzji i kobieca intuicja jej podpowiedziała, że będzie mogła wyżyć się w tym względzie. A że Szajs już recenzowała, nadeszła pora na spróbowanie czegoś nowego.

Nie wiadomo.

Dość, że postanowiła przeczytać "50 twarzy Grey'a".



Zaopatrzywszy się w dwa e-booki, po angielsku i po polsku (ten ostatni udostępniony przez Koleżankę z okrzykiem "Czytaj, żebym ja nie musiała!") Królowa Matka spędzała wieczory porównując oryginał z tłumaczeniem, albo tłumaczenie z oryginałem, wydając z siebie zjadliwe chichoty, wznosząc udręczony wzrok do nieba (męski i mhrrroczny bohater dzieła tłukłby Królową Matkę praktycznie bez przerwy, aż by z sil opadł), poczyniając notatki i ogólnie bawiąc się doskonale, co pozwala domniemywać, że najbardziej jednak rajcuje ja popełnienie recenzji, innego bowiem powodu bawienia się doskonale podczas lektury tego konkretnego dzieła nie ma i - subiektywnym zdaniem Królowej Matki - być nie może.

Opisywanie wrażeń po lekturze przeboju ma tę dobrą stronę, że przeboju nie trzeba streszczać, bo i tak go wszyscy doskonale znają, ale Królowa Matka jednak coś tam skrobnie, dla formalności.

Otóż jest sobie Ona, jest On, i uprawiają seks. I to by było wszystko, jeśli chodzi o tak zwaną treść.

Ona jest szarą myszką, obijającą się o meble niby piłeczka pingpongowa, przewracającą w drzwiach i potykającą o własne nogi, z tych, co to "ach-gdzież-mnie-do-mej-boskiej-przyjaciółki-pomyślała-patrząc-niechętnie-na-zbyt-wielkie-niebieskie-oczy-i-burzę-włosów-nie-dających-się-ujarzmić", nieprawdaż, oraz niedoświadczoną seksualnie, jakby chowano ją w klasztorze od dziesiątego roku życia, taką, co się nie całowała ("no, raz, może dwa"), nie migdaliła, nie miała erotycznych snów i nie wie, jak samej sobie sprawić przyjemność (i nie, Czytelniku, nie chodzi o tę przyjemność, którą każdemu sprawia zjedzenie dużego kawałka tortu), a ponadto jest młodą i niezależną kobietą, co wiemy wskutek tego, że Pani Autorka tak napisała, i to nawet kilka razy.

On jest boski, boski i mhrrroczny, oraz boski, ma potargane, och, jakie seksowne włosy z seksownym, rudawym połyskiem, i seksowny głos, seksowne ciało, seksowne szare oczy, odziewa się w seksowne i bardzo drogie ubrania w seksownych, szarych odcieniach (opisywane z dużą dokładnością, przy trzydziestym opisie opinających seksowne biodra dżinsów już jednak nieco nużącą), i czy Królowa Matka już wspomniała, że jest boski? Poza tym jest milionerem, a nawet multimilionerem, właścicielem prężnie działających firm i innych holdingów, śmigłowców, odrzutowców, wieżowców, dużej ilości szkła i metaloplastyki, kolekcji obrazów, salonu z widokiem, windy (a nawet kilku wind), Audi R8 Spyder oraz Suva, jeszcze jednego Audi i na pewno jeszcze czegoś, o czym Królowa Matka zapomniała...

 potrafi fenomenalnie tańczyć, świetnie grać na fortepianie, płynnie mówi po francusku oraz po staro-cerkiewno-słowiańsku, jest wielbicielem muzyki późnego baroku wykonywanej na instrumentach z epoki, czytuje "Eneidę" dla przyjemności i w oryginale oraz ma pasy we wszystkich kolorach tęczy w karate i ju-jitsu, o czym szczegółowo informuje nas Autorka na co drugiej stronie (a jeśli pominęła kilka drobiazgów z wymienionej wyżej listy to wyłącznie przez niedopatrzenie).

Aha, poza tym lubi ostry i mhrrroczny seks, i posiada we włościach ukryty Czerwony Pokój Bólu zaopatrzony w łoże, będące "olbrzymim, ozdobnie rzeźbionym meblem w stylu rokoko, z czterema
kolumienkami" oraz "całą otoczkę rodem z elżbietańskiego buduaru" które, jak to elżbietańskie rokoko,"wygląda (...) na koniec dziewiętnastego wieku", a przy tym "całe to drewno, ciemne ściany, nastrojowe oświetlenie i ciemnobrunatna skóra czyniły to pomieszczenie delikatnym i romantycznym...", co jest typowe dla pomieszczeń obwieszonych kajdankami, pejczami i konstrukcjami do podwieszania ludzi.

Nie trzeba dodawać, że boski Christian leci na naszą niezależną szarą myszkę od chwili, gdy ta wpada mu prosto twarzą na dywan do gabinetu, pojawiwszy się w zastępstwie chorej koleżanki, by przeprowadzić z nim wywiad (bo to, że w wypadku choroby prosi się o zastępstwo nie innego dziennikarza ale kumpelę z akademika jest rzeczą dla wszystkich oczywistą i zrozumiałą). Ona również leci na niego, chociaż nie ma pojęcia, co to jest seks do tego stopnia, że nie miewa nawet snów erotycznych. Lecenie objawia się zamienianiem się w zahipnotyzowanego króliczka nie mogącego oderwać przerażonych oczu od pochylającego się nad nim drapieżnika na widok wskazującego palca (długiego i szczupłego, o czym Autorka przypomina z naciskiem w co drugim akapicie), którym to boski Christian wykonuje przeróżne porywające czynności, jak na przykład kładzie go na swej dolnej wardze albo naciska nim guzik w windzie. W drugim rozdziale palec wskazujący schodzi na plan dalszy, a na czoło listy Najbardziej Seksownych Rzeczy Ever wybija się przygryzanie wargi, które to przygryzanie skutkuje groźbami przelecenia naszej bohaterki brutalnie i natychmiast, nie bacząc na czas i miejsce, oraz które występuje z taką częstotliwością, że można zacząć podejrzewać nieszczęsne dziewczę o zaawansowany przodozgryz.

Poza przodozgryzem, plączącymi się kończynami i patologiczną czystością seksualną naszą Heroinę charakteryzuje łatwość rumienienia się pozwalająca przypuszczać, że cierpi ona na jakąś tajemnicza chorobę (poza objawiającą się nieustannym praktycznie łomotaniem serca tachykardią komorową, którą Królowa Matka rozpoznaje bez pudła, a jest wszak prawie fachowcem w tym względzie). Królowa Matka zaczęła z nudów liczyć, i okazało się, że przy okazji robienia przez Bóstwo zakupów w sklepie, w którym Heroina pracuje dorywczo, oblała się ona rumieńcem siedem razy (podczas kupowania taśmy malarskiej! strach pomyśleć, co by było gdyby dziewczyna pracowała w pasmanterii...). W kolejnym rozdziale - jedenaście. Naprawdę, łatwiej byłoby napisać, kiedy pozostawała interesująco blada, ujęłoby to powieści z pięćdziesiąt stron, pomyśl, Czytelniku, jaka to ochrona lasów! 

Główny Bohater w ramach uwodzenia daje popis swej znajomości natury ludzkiej w przepojonych głębią rozmowach w stylu:

"I wiem, że pragniesz mnie teraz, Anastasio.

Skąd to wie?

– Wiem, ponieważ...

O kuźwa, odpowiada na pytanie, które zadałam w myślach.

Na domiar wszystkiego jest jasnowidzem?

(ależ tak, Anastasio, zorientować się, że kobieta, która zamiast jeść z tobą kolację oblewa się rumieńcem, dyszy, wpatruje się w twoje usta nieledwie z wywalonym jęzorem, nie jest w stanie sklecić trzech zdań, a z rąk leci jej wszystko, czego się dotknie myśli o czymś zupełnie innym niż jedzenie może wyłącznie jasnowidz, a wykoncypować, o czym - jasnowidz z dyplomem Niewidzialnego Instytutu Nostradamusa, przyp.Królowej Matki)

– ...zdradza cię twoje ciało. Zaciskasz uda, jesteś i zarumieniona i masz przyspieszony oddech." 

a Główna Bohaterka nie daje popisów znajomości absolutnie niczego, bo przez całe sześćset stron powieści zajęta jest wyłącznie pożądaniem Christiana Grey'a lub zaspakajaniem tego pożądania.

Na początku będącej, bądź co bądź, opasłym tomiszczem powieści Heroina wie o Mhrrrrocznym i Boskim Christianie tyle samo, co na końcu, czyli nic. On - jako osobnik będący kandydatem na Stalkera Roku - namierza jej telefon, śledzi (lub każe śledzić podwładnym), nachodzi w domu, ustaliwszy przedtem adres niezupełnie legalnymi metodami, oraz najeżdża w czasie urlopu, słowem, można uznać, że dla odmiany wie o Heroinie wszystko. Lecz tak naprawdę też nie wie nic i nic go nie interesuje. Nie rozmawiają ze sobą o niczym istotnym (a tak naprawdę, bądźmy szczerzy do bólu, w ogóle o niczym, poza, oczywiście, przepełniającym ich po dziurki w nosie pożądaniem), jeśli ona ośmiela się zadać pytanie, zaledwie muskające powierzchnię tłoczących się (jak nam Pani Autorka sugeruje z uporem godnym lepszej sprawy) w bezdennych głębinach jestestwa Pięknego Christiana sekretów, on marszczy gniewnie brew, potem mówi: "Zjedz coś, Anastasio, musisz jeść", jeszcze potem: "Nie przygryzaj wargi, Anastasio", po czym przystępują do uprawiania seksu. Ich związek nie ewoluuje, nie zmienia się, nie rozwija i nie więdnie, trudno zresztą, by zwiędło coś, co nie istnieje, a ich związek nie istnieje, i - nie tylko on.

W zasadzie brak też innych bohaterów, Anastasia niby ma rodzinę i przyjaciółkę, z którą dzieliła mieszkanie w trakcie studiów, Christian też niby ma rodzinę i podwładnych, ale wszyscy oni stanowią blade i mało interesujące tło, które - gdyby je usunięto - skróciłoby powieść o kolejne trzydzieści stron, nie więcej, za to w żaden sposób nie wpłynęłoby na to co (i czy w ogóle) myślimy o bohaterach dzieła .

Niestety, poza Nim i Nią (i papierową, bladą rodziną w tle) występuje jeszcze coś, co się nazywa Wewnętrzną Boginią. Wewnętrzna Bogini objawia się ni z gruszki ni z pietruszki w trzecim bodaj rozdziale. Naprawdę, Królowa Matka jest otwarta na eksperymenty literackie i taki twór jak Wewnętrzna Bogini nie oszołomiłby jej zanadto, gdyby jego pojawienie się zostało jakoś zasugerowane, zapowiedziane albo gdyby charakter Heroiny pozwalał przypuszczać, że może ona coś takiego jak Wewnętrzna Bogini posiadać. A tu nic z tych rzeczy, Anastasia sprzedaje sobie taśmę malarską i śrubki w sklepie, niezależnie i samodzielnie potyka o meble, wpatrując się we wskazujący palec Bohatera, a tu nagle - pyk!- i znikąd pojawia się Wewnętrzna Bogini, która w dodatku zachowuje się przedziwnie, na przykład tańczy właśnie merengue z dodatkowymi krokami salsy albo zatacza się i mdleje. OK, ogłuszona pojawieniem się Bogini Królowa Matka pomyślała mgliście, że jest to pewnie taki dowcipny zabieg literacki mający rozbawić czytelnika, uśmiechnęła się nawet i uznałaby, że jest to zabieg udany, gdyby Bogini nie zaczęła się panoszyć. Co Królowa Matka przewinęła stronę, pojawiała się Wewnętrzna Bogini, siedząca w pozycji kwiatu lotosu i uśmiechająca się przebiegle, mocno z siebie zadowolona. Albo podskakująca i klaszcząca w dłonie jak pięciolatka, z pojawiającym się na jej twarzy pogodnym uśmiechem gdy przestaje skakać. Lub też tak promieniejąca, że zdołałaby oświetlić całe Portland. Podskakuje, wymachując pomponami, i krzyczy: „Tak!”. Robi przewroty w tył godne rosyjskiej gimnastyczki olimpijskiej (z czego można wnosić, że jest znacznie bardziej wygimnastykowana niż wiecznie się potykająca Zewnętrzna Heroina). Czasem leży na dywanie jedząc winogrona i strzelając palcami w niecierpliwym wyczekiwaniu niedzieli. Wiruje jak światowej klasy balerina, wykonując jeden piruet za drugim lub też taniec siedmiu welonów. A zdarza się też, że piorunuje Anastasię wzrokiem. Wszystko to luźno lub wręcz wcale nie związane z akcją powieści.

Co gorsza, Wewnętrzna Bogini wchodzi często w konflikt z Podświadomością Bohaterki, która to Podświadomość na przykład marudzi, zaciskając usta w cienką linię. Albo w czasie gdy Wewnętrzna Bogini wykonuje swoje piruety Podświadomość jest wściekła, a w swym gniewie wygląda jak Meduza. Zdarza się też, że się denerwuje i niespokojnie obgryza paznokcie albo robi minę z "Krzyku" Muncha. Lub też wychyla się zza kanapy z wyrazem szoku na twarzy harpii tylko po to, by chwilę później znów siedzieć za kanapą, kryjąc twarz w dłoniach.

A gdy już, już doszły do porozumienia i w tym samym czasie zamiast mierzyć się wrogim wzrokiem Podświadomość Heroiny gorączkowo się wachluje, a Wewnętrzna Bogini wygina się w jakimś pierwotnym, zmysłowym rytmie (oczywiście tak, trafnie zgadujesz, Czytelniku, czcząc w ten sposób kolejny fantastyczny seks w życiu niedoświadczonej Anastasii) nagle... pojawia się ta trzecia!!!

Anastasia oto zamyka oczy i próbuje się uspokoić, by nawiązać połączenie ze swoją Wewnętrzną Uległą, która jest tam gdzieś, chowając się za Wewnętrzną Boginią.

Aaaaa!!!

Zaczyna to wyglądać na roztrojenie jaźni, od dialogów Bogini z Podświadomością robi się gęsto, za chwilę dojdzie do nich jeszcze Wewnętrzna Uległa, na szczęście w tym momencie powieść dobiega końca, i bardzo dobrze, bo jeszcze z dziesięć stron i ani Anastasia, ani Christian nie byliby w stanie wcisnąć ni słowa w dialogi licznych wewnętrznych bytów głównej Heroiny.

Teraz, Czytelniku, Królowa Matka poczyni wyznanie osobiste.

Dawno temu, tak mniej więcej w środku studiów, miała Królowa Matka egzamin z filozofii. Dodajmy, że egzamin u profesora nie dość, że wymagającego, to jeszcze lubianego przez Królową Matkę tak, że nie chciała się przed nim zbłaźnić. Wymagający profesor podał swoim studentom dłuuugą listę lektur obowiązujących na egzaminie i nie chcąca się zbłaźnić Królowa Matka pracowicie pochłaniała wszystkich tych Kantów, Kierkegaardów i Schopenhauerów.

A żeby mózg jej się nie zagotował i nie wypłynął uszami, w wolnych od kucia chwilach czytała "Harlequiny", bo nie była w stanie wymyślić nic innego, przy czym do tego stopnia nie trzeba było myśleć.

Przeczytała ich tuziny.

By potem, gdy zdała egzamin, porzucić ich lekturę na rzecz książek mądrzejszych, zabawniejszych, wzruszających i takich, które znacznie bardziej odpowiadały jej temperamentowi i wyrobieniu czytelniczemu.

Po czym nie bez zdziwienia odkryła, że właśnie po latach zupełnie niechcący po raz kolejny przeczytała "Harlequina".

Bo tym i tylko tym jest "50 twarzy Grey'a". Nie fanfikiem "Zmierzchu" (gdyż nawet "Zmierzch" miał nieporównanie lepiej opisane tło i tzw. drugi plan), nie erotyczną rewolucją dla Amerykanek (a jeśli tak, Królowa Matka szczerze współczuje Amerykankom), ale harlequinem. Rozwlekłym, trzytomowym harlequinem, z zarysowanym według najlepszych harlequinowych zasad konfliktem (ona - szara myszka, którą jednocześnie coś odpycha i ciągnie, on - obrzydliwie bogaty i oszałamiająco przystojny, lecący na myszkę z niezrozumiałych dla nikogo powodów oraz kryjący w sobie tajemnicze urazy z dzieciństwa/ wczesnej młodości/ na skutek porzucenia przez ukochaną kobietę) , z identycznym rysunkiem psychologicznym postaci (czyli żadnym, mimo haczyka w postaci zasugerowania Traumy Z Dzieciństwa Boskiego Christiana, który to haczyk ma za zadanie subtelne doholowanie czytelnika do części drugiej Dzieła), z identycznie zarysowanym tłem (czyli żadnym), i nade wszystko - z identycznym sposobem opisywania scen erotycznych.

Jest tu cały obowiązujący zestaw - męskość napierająca na dżinsy, którą ona czuje przez ubranie, piersi idealnie pasujące do rąk, obowiązkowe jęki, rozgniatanie ust w łapczywym pocałunku, wchodzenie jednym, głębokim pchnięciem, dwadzieścia orgazmów na minutę (u dziewicy!!!) oraz mężczyzna zdolny do kilku aktów miłosnych następujących po sobie bez żadnej przerwy, rozpadanie się na milion kawałków z rozkoszy i "ogarnianie go sobą". Wszystko jest, cała klasyka gatunku.

Problem polega na tym, że przeciętny Harlequin miał 160 stron. A "50 twarzy Grey'a" ma ich 608.

Liczący 608 stron "Harlequin" jest, cóż, nudny. Nawet pisany wyśmienitym językiem, jakim Harlequiny nigdy pisane nie są, tego nie wyłączając ("głos ma nabrzmiały szczerością", "mam serce w gardle, gdy gładzi mój tyłek", "Jego oczy są zbolałe", "hormony sieją spustoszenie w moim organizmie", oraz główna Heroina, wybijająca się studentka literatury, mówiąca w chwilach zakłopotania "o, rety" - Królowa Matka czekała jeszcze na "olaboga" - zaś w chwilach uniesień, uwaga, "O święty Barnabo" - i nie, Królowej Matce nie chciało się wynotowywać, które z licznych klap językowych były wynikiem  inwencji własnej Autorki, a które pracy tłumaczki, owszem, godnej najwyższego współczucia, bo musiała brnąć przez też powiedzmy, że prozę i jeszcze usiłować sklecić z niej coś nadającego się do czytania, ale umówmy się, że na Oscara Tłumaczy wynik jej pracy nie zasługuje) pięciusetstronicowy opis aktów seksualnych jest nudny dla każdego poza płonącą chęcią poznania owocu zakazanego młodzieżą w wieku pokwitania.

Której to młodzieży Królowa Matka radzi przeczytać jednak Harlequina :).

Sama do części drugiej Dzieła nie zamierza zaglądać.

Urywa się z haczyka :).

63 komentarze:

  1. Dałaś radę temu "dziełu"! Podziwiam. Z pokorą i wielkim uznaniem dla Twej wytrwałości, podziwiam! Ja nie zdzierżyłam, to jest takie głupie i grafomańskie, że aż śmieszne:D A może już kampowe...???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko grafomańskie, IMHO :). No zdzierżyłam, pchana chęcią zrecenzowania ;D.

      Usuń
  2. Dzięki Ci, o Królowo! Przyczyniłaś się wielce dla ludzkości spragnionej poznania treści tego dzieła. Twoje poświęcenie jest ze wszech miar godne uczczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki (po królewsku kiwa dłonią :)).

      Usuń
  3. Nie wiedziałam, że jest taki przebój :) (doprawdy prosta ze mnie kobieta, i prowincjonalna)
    Te wewnętrzne Boginie mnie urzekły!!!
    Czy mogę się przyznać, że nie potrafię pojąć tego zjawiska?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zauważylam, żeby tu się wypowiadal ktoś, kto potrafi :).

      Usuń
  4. dzięki, tak myślałam, że mi się nie spodoba, więc nie stracę czasu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na swój perwersyjny sposób to jest tak złe, że może się spodobać. jako curiosum :).

      Usuń
  5. hahahahahahaha czy ja każdy komentarz tak zaczynam czy się mi tylko wydaje? Jak ty mnie Królowo potrafisz rozerwać pozytywnie to ja Ci mówię :-)) No niesamowite te Twoje zdania płynące w tekście. Płyną sobie zadziornym poczuciem humoru :-) Przeczytałam calutką recenzję! Zaczęłam książkę czytać ale nigdy nie ukończyłam i nie ukończę. Zanim doszłam do scen erotycznych już było nudno! W ogóle nie robi na mnie wrażenia książka tego typu.. a jeszcze do tego nudna?.. o nie nie .. dziękuję :-) Ale jakże fajnie się czytało recenzję Królowej Matki :-) Przynajmniej wiem o czym nieprzeczytana książka jest :-) No bosko piszesz no!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy :DDD Ale mi to pochlebia :).
      Dokladnie jest tak, jak piszesz - erotyczna książka, ktora jest nudna, tego już za wiele :D!

      Usuń
  6. S. Barańczak niegdyś opisywał, streszczał, recenzował i obśmiewał okrutnie (jak to on potrafi) PRL-owskie dzieła grafomanów. Nie pamiętam już tytułu, ale czynił to namiętnie i z pasją. Aż w końcu (każdy kiedyś) stwierdził, że szkoda czas marnować na czytanie czegoś, o czym wiemy z góry, że grafomańskie, a co dopiero się tym zajmować dłużej. No i porzucił to zajęcie. Jak poszukasz dobrze, to może znajdziesz w bibliotece to jego dzieło...Nie mogę sobie przypomnieć tytułu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noemi, czy pijesz przy okazji do szkicu Baranczaka "Wiatr porywisty na wysokosci pupy", albo: Jak zarznac tepym nozem poezje amerykanska? (Poradnik praktyczny w szesciu punktach"? Splakac sie mozna.

      Usuń
    2. "Książki najgorsze"?

      Usuń
    3. No właśnie nie pamiętam....wydaje na szarym papierze... Prędzej "Książki najgorsze" niż "Wiatr porywisty na wysokości pupy" (sic!?!?).

      Usuń
    4. Ja ten esej ("Wiatr porywisty...") kojarze ze zbioru "Ocalone w tlumaczeniu". Czyli mozliwe, Noemi, ze mowisz o innej ksiazce, ktora tez zdaje mi sie znajoma... Chociaz, jak sie zastanowic, to mysle, Anutku, ze to wlasnie mogly byc "Ksiazki najgorsze". W kazdym razie "Wiatr porywisty na wysokosci pupy" istnieje na prawde! Tak "genialnie" przetlumaczono na jezyk polski pierwsza linijke wiersza zaczynajacego sie od slow "The wind billowing out the seat of my britches." (Przepraszam, ze angielskie teksty wrzucam - to tylko gwoli wyjasnienia.)

      Usuń
    5. Książki najgorsze. Mam, zdobyłam jeszcze przed wznowieniem (juhu!) i uwielbiam.

      Usuń
    6. Nie wsiąkla, jest powyżej przecież, chyba, że napisalas jeszcze jakąś :).

      Usuń
    7. Ha! Wiesz, ze mi sie wcale nie wyswietlila? Az do teraz? hm... To usune te druga...

      Usuń
  7. :DDD uwielbiam Twoje recenzje!

    OdpowiedzUsuń
  8. Miszczynią jesteś :D Boska recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baa, Sowa @ Dzięki, dziewczyny :). Że się podobalo i że przeczytałyście calość (nawet mi się wydawalo za dlugie, chociaż przecież często cierpię na slowotok...:D).

      Usuń
    2. no, to Dzieło potrzebowało odpowiedniego pochylenia się ;DD

      Usuń
  9. Po prostu super! I jaka oszczędność... dla tych, co słysząc zewsząd tytuł tego dzieła zamierzali je hm... posiąść ;-). Stokrotne dzięki, Królowo, ominęło mnie. Już wiem, że gdybym to czytała, to bez przerwy kwiczałabym ze śmiechu wspominając Twoją recenzję. A na Felicjańską się nie skusisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bogi mnie brońcie! Tę przeczytałam naprawdę dlatego, ze to przebój, owszem, bylam juz nieco nastawiona na to, co mogłam w nim znaleźć, ale jednak to niewątpliwy przebój. Po prostu nie dla mnie przebój - ale przebój. A Felicjńska to żalosne... no, wszystko jest żalosne, od kampanii reklamowej po jej promowanie własnego wytworu, wtórność tego wytworu (nawet na tytul oryginalny się wysilić nie umiala). Nie, ja nie jestm masochistką i nie mam aż tyle czasu - teraz będę czytać "Gottland" Szczygła, ku odpocznieniu :).

      Usuń
  10. Hahaha... nie wierze, ze sie skusilas ;-) Mam pare przemyslen... Sie podziele, mozna?
    1. Nie smiejmy sie tak brutalnie z umiejetnosci Herosa... Mysle, ze uslyszec kilka swinskich wyrazow w "staro-cerkiewno-słowiańskim" byloby mile ;-)
    (Chyba, ze sama te uwage dodalas i narobilas mi smaku.)
    2. Otoz kiedy ksiazka ukazala sie w Stanach, dowiedzialam sie o niej poczta pantoflowa... "Slyszalas o piecdziesieciu twarzach Greya?" NIEEE??? I tylko tyle. Chichocik, krecenie glowa. Czekalam na "musisz koniecznie przeczytac", ale z wrazenia paniom dalej mowe odbieralo. W koncu na niesmiale pytanie o czym dzielo znizono glos, pochylono sie tajemniczo i odpowiedziano z usmiechem... "ona tam... chochli uzywa" (padlo "spatula"- czy na chochle to przetlumaczono - nie wiem). Aha... Pani plus chochla... "Nie, dziekuje" - odpowiedzialam. "Ja mam juz tyle ksiazek kucharskich..."
    3. Jak wiesc doniosla, "50 Shades" jednego popoludnia omawiano w lokalnym, parafialnym klubie ksiazki! Ciekawam, czy ksiadz zostal poinformowany ;-)
    A 4. i kompletnie z innej beczki - telepatia jaka dziala, czy co, bo ja tez dzis zrecenzowalam u siebie ksiazke... Ale smiejac sie z niej nie trzeba smiac sie rowniez z braku talentu Autora lub tlumacza :-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, że sama dodałam, myślałam, ze to bardziej oczywiste :)).
      "Chochla", mowisz. Nie kojarzę chochli. I nie przeczytam ponownie, zeby sprawdzić, co by to mogło być :D!

      Usuń
    2. Szkoda... szkoda... juz myslalam, ze glowny bohater jest przynajmniej seksowny (zeby nie rzec: oryginalny).

      Usuń
    3. Główny bohater jest IMHO psychicznie chorym stalkerem, no, ale ja nie jestem chyba targetem :D.

      Usuń
  11. "całą otoczkę rodem z elżbietańskiego buduaru" które, jak to elżbietańskie rokoko,"wygląda (...) na koniec dziewiętnastego wieku"

    Umarłam!! Uwielbiam tę recenzję!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Umknal mi ten punkt, a mial byc wpisany jako piaty! A z drugiej strony to b. ciekawe, ze to Brytyjska pisarka nie wie, czym charakteryzuje sie okres elzbietanski...

      Usuń
    2. Kishipso, nie zawdzięczasz tego recenzji, większość tego akurat kawałka to są cytaty żywcem wyjete z powiesci :D.

      Usuń
  12. Królowo Matko, dziękuję, linkuję i biegnę po telefon. Obiecywałam sobie więcej się w BlogRoku nie bawić, ale tą recenzją kupiłaś mój głos z naddatkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zatem warto było ją napisać :)! Dziękuję.

      Usuń
    2. Gratuluję, Królowo, jedenastego miejsca! Nie bagatela! Już jesteś na 11.!!! Brawo!

      Usuń
    3. Dwunasta, i niestety w moim wypadku oznacza to zjazd o sześć miejsc w stosunku do pierwszego dnia konkursowego... i chociaż dwunaste miejsce to jest jakieś dwadziescia powyżej najsmielszych oczekiwan, jakie smiałam zywic gdy przystępowałam do konkursu przyznaję, ze spodobało mi się w pierwszej dziesiątce i jest mi przykro, że ją definitywnie opuściłam... :)

      Usuń
    4. Hmmmm, no widzisz. Jak ja wpadłam na pomysł policzenia miejsca, to byłaś na jedenastym - co mi się wydało świetnym miejscem. Teraz jesteś na którymś-nastym, co uważam, że jest naprawdę świetnym osiągnięciem w rankingu. A w ogóle - poczekaj - kulki jeszcze w grze przez ponad 2 doby!
      Życzę Ci pełnej satysfakcji (po brzegi filiżanki do herbaty) z wzięcia udziału w konkursie i załapania mnóstwa głosów!! Jak się wyjaśni, ile głosów, to będzie Ci na pewno szalenie przyjemnie. Tylu ludzi lubi Cię czytać!! A miejsce - to mniej ważne.

      Na banerze Pól Herbacianych widzę zmianę fotki. Czyżby to z powodu trzeciej kuleczki w rankingu?

      Mam nadzieję, Anutku, że Twa recenzja (na zasadzie przewrotności albo kompletnego braku smaku) nie przysporzy fanek tej szmirze.... Brrr, nie dość, że zniszczyli papier, to jeszcze mają zabierać ludziom czas?

      Usuń
    5. Fotke zauwazylam gdzies w sieci i ukradlam, pasowała mi do nazwy :). Myślałam o przerobieniu całej strony nawet, ale zmieniłam zdanie, bo co będzie, jak się pogubię (a pogubie się w zasadzie na pewno) i powychodza mi dziwne rzeczy, których nie bedę mogła usunąć?

      Ja mam nadzieję, że nawet jesli ktoś przeczyta recenzję i zechce sprawdzić, czy i/lub jak bardzo się mylę po prostu nie kupi książki, tylko wypozyczy :).

      Nie wiem, czy się ujawni, ile glosów dostałam (to moj dugi konkurs, w poprzednim nie wiedziałam), ale rzeczywiście, najfajniej jest zdobywac nowych czytelników :). To jest wlasnie to, co w poprzednim konkursie sprawilo mi najwięcej frajdy - ci wszyscy ludzie, którzy się pojawili albo ujawnili przy okazji glosowania :).

      Usuń
  13. Gratuluje, ze dobrnąłeś do końca! Ja bardzo nie lubię nie skończyć książki! Często aż do samego końca mam nadzieję, ze wydarzy się coś takiego, że jednak warto było mój cenny czas poświecić. Tu niestety poległam...
    Tej książki kupić nie zamierzałam ale dostałam ją w prezencie, aż w dwóch egzemplarzach;)
    Więc pewnego grudniowego wieczoru wzięłam ją ze sobą do łózka...:)
    Przebrnęłam przez sto pięćdziesiąt rumieńców, prze boginię ( chociaż tutaj pierwszy raz z niedowierzaniem szepnęłam sobie- nie no k... nie wytrzymam hahha tak wyglądają moje recenzje jak nikt nie słyszy) przebrnęłam przez dwie sceny łóżkowe i wtedy pojawiła się Ona. Matka. I popłoch, jaki wywołała swoim najściem. Dorosły facet z czerwonym pokojem i odrzutowcem, w panice zapinający spodnie jak 17 latek. Nie wiem czy ta matka przyszła rzeczywiście, bo skończyłam na tym popłochu, ale to ostatecznie wtedy stwierdziłam, ze wiedzieć tego nie chce:):):)

    P.s. Ja zdawałam egzamin ustny z Kiergegaarda:) Piątkę dostałam nawet:)
    P.S. Ręce mojego brata zagłosowały, w moim imieniu, na Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Bratu i Tobie :).

      Ja tez dostalam piątkę, a pytanie miałam, że buzi dać "Co to jest piękno" :)). Kłócilam się z profesorem dobre pół godziny, caly rok stał pod drzwiami i schodził na zawał, czekając na swoja kolej :DDD.

      Powiem jeszcze tylko, że matka przyszla rzeczywiscie ;D.

      Usuń
  14. Poszukam po wlosku, zobacze, co z ta chochla..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostrzegam, ze może nie byc warto ;DDD...

      Usuń
    2. A, dziewczyny, bo ja Was zmylilam. Zadna chochla tylko lopatka!!! (kuchenna) np. taka do przewracania nalesnikow... (Ze tez patrzycie na te bzdety, co pisze i nikt mi uwagi nie zwroci...)

      Usuń
    3. A, łopatka do naleśników!!! Łopatka była. Jako, że wyjaśnię, element dyscyplinujący...

      Usuń
    4. Aaaa! To tajemnica sie wyjasnila! Teraz moge juz dalej spac... co ja mowie! ZYC spokojnie!

      Usuń
  15. o...
    fak...

    Umarłaś mnie :D Teraz to ja to MUSZĘ przeczytać :D Toż to Szajs Dekady!! XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to nie wiedzialas? :-) Tylko nie wiem, czy dasz rade przebic recenzje Anutka... (Podpisano - "podgladaczka" kawyzcynamonem)

      Usuń
    2. Kawazcynamonem @ Nie jestem pewna, czy jest to efekt, który pragnęłam wywołać ;DDD.

      Usuń
    3. Sylabo, ja niczego nie będę przebijać, jam niegodna, mogę co najwyżej nawiązać dialog recenzencki :D Poza tym naiwnie wierzyłam, że to szajs roku, twardo uciekając przed wszelkimi treściami z tym cudem związanymi...

      Anuuutkuuuu.... wieeelbięęę! :D

      Usuń
    4. Kawozcynamonem... bedac przy oklaskiwaniu talentow do recenzji szmatlawcow... Twa cykliczna rubryka Szajsu Tygodnia jest szczerze godna podziwu. Pisze to uczciwie, chociaz powinnam sie na nia obrazic, bo mi boki pozrywala...

      Usuń
  16. Gdybym już nie zagłosowała na Twój blog to na pewno zrobiła bym to po przeczytaniu tej recenzji.
    Książkę dostałam pod choinkę, przeczytałam całą (niestety to moja wada jak jakąś zacznę to muszę skończyć.
    Ucieszyłam się, że nie tylko ja określiłam ją jako harlequin typu hard.
    Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :). A trochę się bałam publikując ją, że trafie na nieopanowane fanki :D...

      Usuń
  17. Jestem trochę zaniepokojona i rozczarowana. Czyżbyś przeczytała tylko pierwszą część trylogii?? A gdzie pozostałe dwie, ja się pytam? (pytam, bo czytałam na Majorce oryginał, znalazłszy porzucony w recepcji i przed wyjazdem doszłam do połowy trzeciego tomu, nie wiem więc, jak to się skończyło i ile biczowań mnie ominęło).
    A w ogóle uważam, że Harlequin, który napisałyśmy z koleżankami w akademiku, był dużo lepszy. Więcej było żelaznych muskułów prężących się pod koszulą, stalowych mięśni ud przyciskających bohaterkę do ściany, miażdżących pocałunków i dylematów moralnych na miarę: dać się przelecieć czy nie; i chciałabym, i boję się; a przede wszystkim on-jest-chodzącym-seksem-ale-ja-go-nienawidzę-bo-dziesięć-lat-temu-przewrócił-mi-paprotkę.
    Grey skondensowany do stu stron byłby całkiem niezłym klasykiem gatunku, a tak to jest wielką, budyniowatą masą bełkotu, z której wystaje pejcz i kajdanki (i chochla:-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, ze tylko jedną :))). Mam e-booki dwoch pozostałych, może pewnego dnia dojrzeję wewnętrznie do zapoznania sie z nimi, a wówczas możesz liczyc jak w banku na podliczanie biczowań - specjalnie dla ciebie :))).
      A w ogóle znajdź tego harlequina, co go z koleżankami napisałyście, rozwin nieco, wydaj - a bedziesz sie tarzac w forsie :DDD!

      Usuń
  18. hahahahaha... "Teraz_Asiu" - ja widze, ze tez jestes biegla w sztuce pisania romansow a la Harlequin... A Twa paprotka jest zdecydowanie niewybaczalna! Podobnie jak moja "chochla" ;-)

    OdpowiedzUsuń
  19. o kurczę :D:D to była wspaniała nagroda za tego smsa :D:D jaka niesamowicie zabawna książka :D :D:D:D dzięki Anutku!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że dostarczyłam rozrywki :D.

      Usuń
  20. jestem pełna podziwu, że nie tylko przeczytałaś, ale i chciałaś o tym napisać. nigdy bym po tę książkę nie sięgnęła, a teraz jestem o tym przekonana jeszcze bardziej. tu się ukłony należą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :DDD Czasem fajnie jest się zanurzyć w czyms tak... eee... innym ;D.

      Usuń
  21. Ania czy ty widziałaś, że ludzie piszą do Ciebie u mnie w komentarzach? :-) i to jakie komentarze dodają! :-)) aż strach się bać ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pod ostatnim postem zapomniałam dodać ;-)

      Usuń
    2. Nie widziałam (gdyż nic nie widziałam, pięć minut temu odpaliłam komputer :)), lecz zaraz zobaczę :).

      Usuń
  22. Wpadłam tu przelotem, wlazłam z innej recencji i padłam.
    Leżę i wyję:D
    Nie czytałam do tej pory tak genialnej recenzji takiego gówna jakim jest Grey.
    Kiedyś jeździłam po tym całym Zmierzchu, jak po łysej kobyle, teraz go przepraszam, bo w moje ręce dostał się Grey...
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że mam to samo - to znaczy teraz "Zmierzch" nie wydaje mi sie wcale taki zły. Ma kilka całkiem mocnych stron :D...

      Usuń