piątek, 31 sierpnia 2018

Pogodne scenki obyczajowe z gór polskich, odcinek wakacyjny.

Scenka z Górskiej Trasy, odcinek pierwszy 

Pan Małżonek (entuzjastycznie) - O, tam, jakie piękne chmury, spójrz, tam!

Królowa Matka (radośnie) - Chmurki wróżą pogodę, lekkie i świecące, tam jako trzody owiec na murawie śpiące, ówdzie nieco drobniejsze, jak stada cyranek!

Pan Małżonek (po chwili nabrzmiałego treścią milczenia, z pretensją) - NO NIE MOŻNA Z TOBĄ NORMALNIE POGADAĆ!


Scenka z Górskiej Trasy, odcinek drugi

Pompon Młodszy (przeskakując z jednego gołoborza na drugie) - Mamo... (skok)... czy kiedyś były takie kopalnie... (skok).... w których wykopywano złoto?

Królowa Matka (podążając za Potomkiem z godnością i zaledwie lekkim zasapaniem) - Były. Nadal są.

Pompon Młodszy - Aha... (skok) A po co właściwie?...

No, krasnoludem to on nie jest, zawsze to Królowa Matka powtarzała.
 
Scenka O Bardzo Wczesnym Brzasku na kwaterze, tonącej w przedświtowym półmroku

Pompon Młodszy (szeptem) - Kacper...

Potomek Młodszy (nie, żeby zaraz wyraźnie) - Mmmm chrrrr pffff... 

Pompon Młodszy (szepcząc gorączkowo) - Bo ja nie rozumiem... Jest taki pół-krokodyl i pół-orł, i on nie ma przewodów, i taki kwadracik jak lego, on lewituje i ma przewody, i lisica, ona jest geniuszem, chociaż lisem, i ona ma częściowo przewody, a częściowo organy...

Królowa Matka (gdy już zdążyła się otrząsnąć z wrażenia, że nadal śni, i to dość dziwny sen) - DZIECKO, NA LITOŚĆ BOSKĄ, O CZYM TY MÓWISZ?!

Pompon Młodszy (zdumionym tonem osoby wyjaśniającej najoczywistszą oczywistość) - Przecież o "Kici Rożek"!



Scenka O Trochę Mniej Wczesnym Brzasku na kwaterze

Potomek Młodszy (leżąc na wznak na łóżku, z zadumą) - Taki samotny jestem... tak sobie tu leżę... samiutki... co rano... budzę się i mówię "Cześć, mamo, cześć, tato. Cześć, Mikołaj, cześć, Antek, cześć, Borys"...

Istny święty Jan na pustyni, sami Państwo muszą przyznać!

Scenka podczas spaceru dobrze znanymi (acz niezmiennie ulubionymi) chęcińskimi uliczkami

Pompon Młodszy (z zachwytem) - Takie mam wrażenie, że ja to już kiedyś wszystko widziałem...

Pompon Starszy (pouczająco) - Wudeżet się na to mówi! (chwila dojrzałego namysłu)... to znaczy deżawi...

Scenka z Górskiej Trasy, acz mogłaby być z Zewsząd

Pompon Starszy - Mamo, czy babcia mogłaby urodzić syna?

Królowa Matka (ociupinkę ogłuszona pytaniem, mimo jej wieloletniego macierzyńskiego doświadczenia, które powinno ją na to i owo uodpornić) - Wasza?!

Pompon Starszy - Nie. Jakaś babcia.

Królowa Matka (z ulgą) - A! Tak, może, historia notuje takie wypadki.

Pompon Starszy - Aha (drążąc fascynujący najwyraźniej temat podeszłego wieku)... a czy istnieje mikstura starości?

Królowa Matka - Z tego co wiem, nie. I nie wyobrażam sobie, po co miałaby istnieć...

Pompon Starszy (twardo ciągnie temat) - A młodości?

Królowa Matka (z goryczą) - Też nie. Ale tę to przynajmniej ludzie chcieliby stosować...

Pompon Młodszy (pomocnie) - Na przykład mama by chciała...

Pompon Starszy (krzepiąco) - Dobra! To jak tylko zostanę szalonym naukowcem to ci zrobię!


No więc chyba oczywiste jest, że musieliśmy z tych gór jak najszybciej wrócić do Domu w Dziczy. Koniec wakacji, początek roku szkolnego, z każdym dniem bliżej do zostania przez Pompona szalonym naukowcem i do uratowania Królowej Matki przed ostatecznym rozpadem!

piątek, 17 sierpnia 2018

O świecie, który idzie ku lepszemu

Potomek Starszy, który skończył z Wieszczem, przerzucił się był na "Tajemnicę zielonej pieczęci", gdyż Mamunia kocha, a on kocha Mamunię i chce sprawdzić, co Mamunia kocha.

Więc siedzą tak sobie wieczorami na werandce, Mamunia i Synuś, i czytają, przy czym Królowa Matka po rosyjsku.

I zaprawdę niewiele czasu upłynęło od chwili, gdy Potomek Starszy zagłębił się w lekturę, gdy padło to pytanie.

- Mamo - rzekł Potomek Starszy, przerywając Królowej Matce składanie słów z cyrylicy - czy kiedyś wszystkie dzieci były bite?

- O - rzekła Królowa Matka z zainteresowaniem - zauważyłeś to...

- No tak. A to nie było, ja nie wiem, nielegalne, czy coś? Karalne?

- Nie - odrzekła powoli Królowa Matka. - A nawet jeśli gdzieś istniał jakiś zapis, jakiś paragraf, to i tak nikt sobie z tego nic nie robił. Oczywiście nie mówimy o katowaniu dzieci do nieprzytomności, , za to można było ponieść karę, ale istniało mnóstwo osób - tak zwanych zwykłych ludzi, porządnych, uczciwych, żadna tam patologia czy element społeczny, - które uznawały bicie za normalną metodę wychowawczą...

- Bo, wiesz - zwierzył się Potomek Starszy - mnie się też zdarza, jak tym chłopcom, powiedzieć: "ja do domu nie wracam, na oczy się ojcu nie pokażę", jak coś wymaluję albo zawalę (znowu) fizykę, ale ja tak tylko mówię. Bo to niemiłe jest, wysłuchiwanie tych wszystkich przemów, rozumiesz. Ale ja przecież nigdy w życiu lania nie dostałem!

- Ja też nie - powiedziała Królowa Matka. - A mimo to, czytając tę książkę pierwszy raz w życiu - a niewiele byłam wtedy młodsza od ciebie, miałam chyba jedenaście lat... - nie zauważyłam...

- Dlaczego ? - zdumiał się szczerze Potomek Starszy.

- Ponieważ - powiedziała Królowa Matka z zadumą - dla mnie rzecz opisywana w tej książce to było coś najzupełniej normalnego. Znałam takich dzieci całe mnóstwo. Nikt się temu nie dziwił, nikt nie gorszył. Miałam koleżanki, które były bite pasem za gorszą ocenę. Uznawały to za rzecz nieprzyjemną, ale całkiem zwyczajną. Mówiły o tym tak, jak ty mówisz o zarekwirowaniu ci komóreczki na tydzień... Nie było to nic szczególnie szokującego w świecie mojego dzieciństwa...


A w świecie dzieciństwa Potomka Starszego - wychowanego na tym samym osiedlu, co jedenastoletnia Królowa Matka, chodzącego do sąsiedniej szkoły, obracającego się w bardzo podobnym, co jego nastoletnia mamusia środowisku - jest. Potomek Starszy, mający kolegów i koleżanki z tej samej grupy społecznej, co jego nastoletnia mamusia, i w ogóle wiodącego życie na każdym poziomie bardzo podobne do tego, które ona wiodła, nie zna ani jednego dziecka, które jest w domu bite. Dla niego jest to tak samo nie do pomyślenia, i tak samo wstrząsające, jak dla Królowej Matki było opisywane przez dziewiętnastowiecznych pisarzy głodzenie, dręczenie i katowanie dzieci oraz trzymanie ich w więzieniu za długi rodziców. Do tego stopnia, że wyłapuje w książce jedno zdanie, które mówi o tym, że bohaterowi zdarza się dostawać lanie.

Jeśli to nie jest dowodem na to, że świat powolutku staje się lepszym miejscem to już nie wie Królowa Matka, co by nim mogło być.


piątek, 3 sierpnia 2018

Pogodne scenki obyczajowe znad jeziora, odcinek wakacyjny

Scenka znad jeziora, odcinek pierwszy.

Tak, Królowej Matce zdarza się włączać (półgłosem) w rozmowy obcych ludzi perorujących głośno na ulicy.

Tak, zdarza się jej pobieżnie zastanowić, kiedy jakiś wyrywny obywatel obdarzony słuchem nietoperza spostponuje ją za to, albo i trzaśnie w ucho.

Tak, rzecz jest, jak się okazuje, dziedziczna.

Okoliczności przyrody - prześliczne: brzeg jeziora, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew, ze złotej plaży pośród drzew schodzi ukontentowana królewskomatczyna rodzina, wykąpana, wypływana i ogólnie zadowolona z życia, i po ścieżce wijącej się między namiotami wypełniającymi ściśle pole namiotowe idzie do wyjścia.

I nagle sprzed jednego z namiotów, znad grillowanej kiełbasy i stolika z baterią napojów wyskokowych dobiega głos hożego, strzaskanego na heban, imponującego mięśniami, pięknie sklepioną czaszką oraz złotą biżuterią młodziana.

Młodzian (donośnie) - Kacper!!! Ty ch... je...ny!!!

Potomek Młodszy (odwracając się jak na sprężynie, mściwie) - I NAWZAJEM!

Tak właśnie rośnie Królowej Matce konkurencja do oberwania w ucho!


Scenka znad jeziora (ale mogłaby być doprawdy zewsząd, upewnia Królowa Matka), odcinek drugi.

Pompon Młodszy (nadbiegając w jakże dla siebie charakterystycznych podskokach oraz na etapie "jestę czarodzieję, bójcie się, bo rzucę klątwę", entuzjastycznie) - Mamo! Spójrz! Mam w majtkach różdżkę!!!

Nie wątp, o Czytelniku, że spojrzeli wszyscy znajdujący się w zasięgu głosu Pacholątka (czyli, co będziemy ściemniać, w promieniu co najmniej kilometra) zażywający wywczasu nad jednym z tysiąca mazurskich jezior obywatele.


Scenka znad jeziora, odcinek trzeci.

Potomki się kąpią. Pan Małżonek się kąpie. Królowa Matka jednym okiem obserwuje kąpiącą się progeniturę, a drugim oraz obojgiem uszu chłonie rozgrywającą się na pobliskim pomoście Dramę, godną zaprawdę Szekspira. Co najmniej.

Głównymi Postaciami Dramy jest Młodzież, reprezentowana przez Piękne Chłopię (serio, naprawdę piękne, takich za czasów Królowej Matki nie robiono, smagłe, ciemnowłose, opalone na oliwkowo, zbudowane jak młody grecki bóg, żadnych tam dwunastopaków i innych bicepsów, sam umiar, dobry gust i hojna ręka Matki Natury), Pogodne Dziewczę, któremu Piękne Chłopię ewidentnie wpadło w oko, oraz grupkę przyjaciół zarówno Chłopięcia, jak i Dziewczęcia, robiąca za Żywo Zainteresowaną Widownię.

Pogodne Dziewczę (tonem osoby zasięgającej podstawowych informacji) - Ej, ty, dziewczynę masz?

Piękne Chłopię (troszkę spłoszone, acz rzucające na Pogodne Dziewczę spojrzenia nie pozbawione zainteresowania) - Nie...

Pogodne Dziewczę (z nietajonym entuzjazmem oraz zachęcająco) - A chciałbyś mieć?

Piękne Chłopię (odsuwając się nieco; troszkę bardziej spłoszone) - Nie, może nie w tej chwili, dziękuję...

Pogodne Dziewczę (nie ustając w wysiłkach, nacierając na młodziana i krok po kroku wypierając go z pomostu) - A to? (tu wskazując kąpielówki Chłopięcia, w intensywnym i pięknie podkreślającym opaleniznę kolorze) Jaki to kolor?

Piękne Chłopię (niepewnie) - Greipfrutowy...

Pogodne Dziewczę (rycząc na cały głos, radośnie) - Jaki? Grejfiutowy?

Piękne Chłopię (spacerowym krokiem kieruje się w stronę rechoczącej bandy kumpli, po czym wmieszywuje się w nią nieznacznie i korzysta z pierwszej okazji, by podać tyły).

Pogodne Dziewczę (zwracając się ze smutkiem do grupki obserwujących rozwój sytuacji koleżanek) - No nigdy go, kurwa, nie poderwę.

Tak więc, jak widać, Romantyzm w narodzie nie ginie, a Uczucia rozkwitają nawet w tym saharyjskim i nie sprzyjającym kwitnieniu klimacie.


A teraz Królowa Matka zwija się i udaje wraz z Rodziną nad jezioro, więc, tego.

Stay tuned.

wtorek, 24 lipca 2018

Wbrew pozorom wpis przez nikogo nie sponsorowany

Rodzinne chwile w samochodzie, z tylnych miejsc dochodzą lube dziecięce głosiki.

Pompon Starszy - O, mamo, zobacz, OBI!

Pompon Młodszy - Mówi się "IBO".

Pompon Starszy - Mówi się "OBI"!!!

Pompon Młodszy - "IBO"!!!

Pompon Starszy - "OBI"!!! Mamo, powiedz mu, że mówi się "OBI"!

Pompon Młodszy - Mamo, mówi się "IBO", prawda?

Królowa Matka (tonem nieco zrezygnowanym) - Mówi się  "OBI", ale Potomek Młodszy, jak był malutki, zaczął mówić IBO i wszyscy to po nim przejęliśmy... zresztą tak jest ładniej, moim zdaniem.

Pan Małżonek (łagodząco) - A zresztą spróbujcie powiedzieć szybko parę razy "IBO"...

Pompony (unisono) - Iboiboiboiboibooo...obiobiobiobi...

Pan Małżonek - Widzicie? Prędzej czy później i tak wyjdzie "OBI". To teraz spróbujcie kilka razy pod rząd powiedzieć "słoma"!

Pompony (nadal unisono, choć tu i ówdzie plącząc głoski) - Słomasłomasło... masło...masłomasłomasło...

Pan Małżonek (aprobująco) - Bardzo ładnie! I jak tak szybko mówicie, jakie słowo słyszycie?

Pompon Młodszy (entuzjastycznie) - Nutella!


KURTYNA TAK BARDZO.

piątek, 29 czerwca 2018

Chwila, w której skończyły się pomysły na tytuł posta


Potomek Starszy (dzielnie brnie przez "Pana Tadeusza").

Pompon Młodszy i Starszy biegaja po werandzie obok Braciszka, bohatersko ignorujacego ich igrce.

Pompon Mlodszy (zatrzymując się w pędzie i rzucając okiem na okładkę, na  której pyszni się portret Autora; radośnie) - O, pan alkoholik, widzę! (odbieża w radosnych podskokach pozostawiając resztę rodziny na próżno usiłującą znaleźć na to jakiś rzeczowy komentarz).

I to by było na tyle w kwestii Szacunku dla Wieszcza.

niedziela, 24 czerwca 2018

Tonąc (Marta Kisiel, "Toń")

W zasadzie Królowa Matka spodziewała się, że ta chwila kiedyś nadejdzie.

Chwila, gdy nie będzie umiała zrecenzować jakiejś książki, (najpewniej takiej, która jej się spodobała i/albo zrobiła zamęt w głowie, bo że Ta Chwila trafi na gniota lub rzecz całkowicie Królowej Matce nie podchodzącą jakoś się nie obawiała. Ciekawe, jak o wiele łatwiej jest pisać o tych negatywnych emocjach).

Padło na

"Toń" Marty Kisiel.

Jak co dokładniejsi Czytelnicy tego bloga może pamiętają, przygoda Królowej Matki powieściami Marty Kisiel zaczęła się od "Nomen Omen", jako że debiutanckie "Dożywocie" było w księgarniach niedostępne, a na Allegro osiągało kwoty niebotyczne.

I bardzo sobie Królowa Matka chwali tę kolejność, dzięki niej bowiem nie została tknięta tym, co sobie roboczo nazwała "klątwą Licha" (o której jeszcze będzie poniżej). Dzięki temu właśnie nie zrobiły na niej żadnego wrażenia wydawnicze zapowiedzi ("Rodzinne sekrety, podróże w czasie, ukryte skarby i krwawa historia Dolnego Śląska... Czyli Marta Kisiel, tym razem serio"), ponieważ dla niej Marta Kisiel zawsze była "tym razem serio", a że przy jej powieściach można było się uśmiechnąć, albo i głośno śmiać? A kto powiedział, że o poważnych sprawach można pisać wyłącznie poważnie, a wybuch śmiechu podczas lektury dyskwalifikuje książkę jako mającą wartość inną niż rozrywkowa? Bo że nie Królowa Matka to pewne.

W związku z powyższym Królowa Matka przystąpiła do lektury bez obaw, acz z pewnymi oczekiwaniami, co oczywiste, a także z nastawieniem, że przeczyta, przemyśli i chwilę potem napisze recenzję, bo w końcu otrzymanie egzemplarza recenzenckiego zobowiązuje.

Po czym przeczytała...

I utknęła.

Napisać, że utknęła, uwięziona przez myśli, niby bohaterowie w rzece, że zatonęła, że została wciągnięta przez wir myśli i wrażeń byłoby tak tanie i żałosne, że ojejciu, tym niemniej coś podobnego właśnie się stało. Królowa Matka usiłowała coś z siebie wydusić, a słowa cofały się jej do gardła, tłoczyły w głowie, pchały wszystkie naraz w nieskoordynowany sposób i za nic nie chciały się układać w logiczne zdania. Znacie uczucie, gdy człowiek idzie pod wiatr w czasie naprawdę silnej wichury, chce coś powiedzieć, otwiera usta, a wiatr wpycha mu słowa z powrotem do gardła, napełnia powietrzem, nie pozwala wydobyć z siebie dźwięku, choć chciałby się krzyczeć? No. To było dokładnie takie uczucie.

A zatem jeśli ktoś pożąda rzetelnej i zgodnej z zasadami gatunku recenzji, niech lepiej porzuci ten wpis, gdyż tu będzie SUBIEKTYWNIE. I emocjonalnie będzie, i pewnie spoilery się trafią, chociaż będzie się Królowa Matka starała, ile sił, by ich uniknąć.

Treść "Toni" zna już cały internet, który pławi się od ponad miesiąca w recenzjach, przedpremierowych (tak, Królowa Matka też mogła taką popełnić. Nie, nie zdziwi się, jeśli Uroboros nigdy w życiu nie podeśle jej już egzemplarza do recenzji, skoro musi czekać na nią dwa miesiące. Ekhm) i popremierowych, więc Królowa Matka tylko napomknie od niechcenia, gwoli recenzenckiemu obowiązkowi, a jak któryś z Czytelników poczuje niedosyt, może udać się do innych, bardziej obowiązkowych Recenzentów, albo (najlepiej) przeczytać książkę.

Dżusi Stern wraca do rodzinnego Wrocławia.. Wraca pod przymusem, niechętnie i na chwilę, do mieszkania, w którym przeżyła wraz ze starszą siostrą dzieciństwo pod opieką ciotki. Od której to ciotki obie uciekły, każda na swój własny sposób - Dżusi fizycznie, przenosząc się do Opola i starając się ile sił nie poświęcać cioci, siostrze, Wrocławiowi, kamienicy na Lompy i ogólnie prawie dwudziestu latom swego życia więcej uwagi niż jest to niezbędnie konieczne, a Eleonora - psychicznie, obudowując się rytuałami, perfekcjonizmem, milczeniem, z których buduje mur, za który nie ma wstępu nikt.

Wychowująca je po tajemniczym zniknięciu rodziców (a w zasadzie podejmująca heroiczny wysiłek, by je wychować i zapewnić im bezpieczeństwo) ciocia Klara też jest zresztą zamknięta, odgrodzona ścianą despotyzmu, nigdy nie wykrzyczanej złości, gniewu i żalu od bratanic, które co prawda wychowała, ale którym - zamiast ciepła i poczucia bezpieczeństwa - umiała dać jedynie dach nad głową, trzy posiłki dziennie i gorset zasad, w którym je zamknęła na trzy spusty, zatrzasnęła, unieruchomiła.

Nigdy nie wpuszczaj nikogo za próg.
Nigdy nie zostawiaj pustego mieszkania.
Nigdy nie wspominaj, co się stało z rodzicami.

W cieniu tych właśnie zasad upłynęło całe dzieciństwo i lata nastoletnie sióstr Stern, od nich uciekła Dżusi, a teraz wraca na trzy tygodnie - wściekła, kolorowa, hałaśliwa, wypełniona buntem jak balonik helem, niemal unosząca się nad ziemią - ponieważ ciocia wyjechała, Eleonora pracuje, a mieszkania nie wolno zostawić samego. Druga zasada, Nigdy. No przecież.

Wraca i natychmiast łamie zasadę pierwszą, wpuszczając za próg tajemniczego mężczyznę o hipnotycznym głosie, który przedstawia się jako antykwariusz i twierdzi, że ciotka dziewcząt zleciła mu poszukiwania pewnego przedmiotu, a zapłatą za odnalezienie go miał być inny przedmiot, którego, co za nieszczęsny traf, ciocia nie zdążyła mu dostarczyć przed swoim wyjazdem. Więc czy on nie mógłby wejść na chwilę i się rozejrzeć? Niczego nie będzie ruszał. Weźmie, co jego i zniknie, jakby go tu nigdy nie było.

I rzeczywiście, wchodzi, zabiera, znika, i zaczyna się dziać. Rodzinne tajemnice wypływają na powierzchnię, zwykli ludzie okazują się nie być wcale tacy zwyczajni, rozpoczyna się gra z czasem i próba rozwiązania zagadki sprzed szesnastu lat. Dżusi, trafiając przypadkiem na trop hipnotycznego antykwariusza, kradnie zabraną przez niego paczuszkę, wskutek czego w życiu obu sióstr pojawia się tajemniczy zegarmistrz-grawer, każda kolejna zdobycz, każde kolejne znalezisko, każda kolejna pojawiająca się postać zamiast dostarczać odpowiedzi powoduje mnożenie pytań, w tle rodzinne więzi, podróż do przeszłości i tragiczna historia Wrocławia, a całość sprawiała na Królowej Matce wrażenie mistrzowskiego tkania - tu nić, tam druga, przeplatają się niby nieskładnie, niby plączą i nie pasują do siebie, a gdy spojrzeć z daleka tworzą barwną, mieniącą się całość - i wywoływała (bezinteresowną! żeby nie było!) zazdrość, bo Królowa Matka też chciałaby umieć tak pięknie tkać słowami, a nie umie.

Jak wszystkie powieści Marty Kisiel, tak i "Toń" bohaterami stoi, i teraz będzie to coś subiektywne i osobiste, co to Królowa Matka wspominała, że będzie - otóż  Marta Kisiel robi Królowej Matce w główkę to samo, co robiła jej Małgorzata Musierowicz, gdy Królowa Matka była niewinnym dziewczątkiem (i NIE, Królowa Matka NIE UWAŻA, że pisarstwo Marty Kisiel i Małgorzaty Musierowicz wywodzi się z jakiegoś wspólnego pnia czy ma jakieś wspólne cechy, swoją opinię na ten temat wyłożyła w recenzji "Nomen Omen" i od tamtego czasu jej nie zmieniła, a jeśli już to raczej w stronę jeszcze silniejszego zdziwienia, że ktokolwiek może ten wspólny mianownik widzieć). Oto w trakcie lektury książek Małgorzaty Musierowicz na mózg Królowej Matki padał czar. Tajemnicza mgła spowijała świat, wytłumiając wszystko, jak na przykład jeżdżące pod kamienicą na Roosevelta tramwaje, hałas, niedobory PRL-owskich sklepów, biedę, szarość i brzydotę osiedli lat 70-tych. Tajemnicze światło zaś opromieniało bohaterów. Chciało się ich znać. Przyglądać z bliska. Słuchać. Uczestniczyć w ich życiu. Nawet smarowanie chleba pastą twarogową miało nieodparty czar. Nieważne, co się stało i z tymi bohaterami, i z panią Musierowicz później, nieważne, jakie postawy przezierały spod ich słów i postępków. Dwunastoletnia Królowa Matka widziała ich zawsze spowitych czarowną mgłą.

Identycznie to samo ma Królowa Matka ze światami Marty Kisiel. Fizycznie zazdrości bohaterom, że mogą w nich być. Nieważne, jak niebezpieczne to światy i jak niebezpieczni bohaterowie, nieistotne, jak wiele niosą w sobie rozpaczy, gniewu, jak bardzo są obolali, zamknięci, jak bardzo poplątane są ich uczucia, i że wiele czasu trzeba, by je uładzić. Królowa Matka chciałaby ich wszystkich znać osobiście. Dzieje się coś całkiem zwykłego, na przykład Eleonora wchodzi do domu i zdejmuje klapki, a Królowa Matka chciałaby wejść z nią, zasiąść przy stole w kuchni, pogłaskać kota, czasem odczuwa tę chęć aż boleśnie. Magia, Panie i Panowie, czysta magia.

Jest w "Toni" i ten inny, bardziej typowy rodzaj magii, takiej, którą Królowa Matka wysoko ceni, chyba najwyżej - magii codziennej, współdziejącej się obok nas, niemagicznych szaraczków, niejako "nałożonej" na nasz świat, magii, w której nosicielami mogą być najzwyklejsi na pierwszy rzut oka ludzie i nikt nie może być pewien, czy ich sąsiad, spokojny pan w płaszczu w jodełkę, albo kuzynka, hałaśliwa, mocno wymalowana i trwałą ondulacją, nie są tak naprawdę magiem, psychopompem (człowiekiem potrafiącym podróżować w czasie), odwiecznym potworem z głębin czasu czy Mojrą, a nie szarym i nudnym obywatelem lub znoszonym z trudem członkiem rodziny, na którego wygląda.

Jest i magia potężna, prastara, przemożna siła, nie zabawka dla ciekawskich, jest trochę taka, jaką Królowa Matka znalazła w "Demonie Luster" (choć oczywiście zupełnie innego rodzaju). Taka, do której nawet fachowcy muszą podejść z szacunkiem, bojaźnią i pełną świadomością, że coś może pójść źle, a wtedy nie ma zmiłuj. Moment, w którym jednej z bardzo fachowych, bardzo mądrych i bardzo zaprawionych w pracy z Magią, Czasem i Losem osób coś idzie nie tak jest jednym z najbardziej wstrząsających w powieści, Królowa Matka ma ciarki na samo wspomnienie, a jej egzemplarz książki sam się otwiera na stronie z opisem, tak często był on czytany.

Jeśli chodzi o podróże w czasie to jest Królowa Matka przekonana, że jeśli będą kiedykolwiek możliwe, to tak właśnie. Bez żadnych maszyn, żadnych wehikułów, nie w poziomie. Ale w pionie. Krok po kroku coraz niżej, coraz głębiej, w coraz ciemniejszą ciemność, coraz gęstszą gęstość, aż wreszcie nie będzie już można zaczerpnąć tchu i zrobić ruchu. Genialne.

Ale przede wszystkim "Toń" z całym swym miejsko-fantastycznym wykreowanym światem  jest opowieścią o okaleczonej rodzinie (o kilku rodzinach, tak naprawdę), o skomplikowanych związkach w jej łonie i o tym, jak stare naleciałości, narzucone powinności i nierozwiązane konflikty potrafią wpływać na kolejne pokolenia. O tym jak bardzo trudno jest się z sieci tych powiązań wyplątać i jak łatwo wciągnąć w nie innych. I tu wracamy do "klątwy Licha", o której Królowa Matka wspomniała na początku swego słowotoku.

Otóż pierwszą myślą Królowej Matki po skończeniu książki było: "No, to to się wieeelu nie spodoba!".

Nie wie Królowa Matka, czy tak było, bo odkąd zaczęła trochę więcej recenzować porzuciła zwyczaj czytania cudzych recenzji, nim popełni własną. Zakłada, że ślepo można liczyć na fandom Marty Kisiel, który swoją Ałtorkę kocha i wielbi każde słowo, które wyszło spod jej pióra. Podejrzewa, że jest sporo osób, dla których "Toń" była pierwszym spotkaniem z autorką, i tym osobom "Toń" się spodobała albo nie, w końcu ile ludzi tyle opinii i nie ma obowiązku lubić wszystkiego.

Ale jest przekonana, że istnieje grupa czytelników, dla których Marta Kisiel jest przede wszystkim autorką książek lekkich i do pośmiania się, taką  Chmielewską urban fantasy. Grupa, która oczekuje od Marty Kisiel WYŁĄCZNIE porcji rozrywki. Która oddycha z ulgą, gdy natrafi w powieści na jakiś zabawny językowy wygibas czy z rozmachem napisaną zabawną scenkę, bo nareszcie ma to, czego chciała - Martę Kisiel, humorystkę (gdyby jeszcze tylko było więcej Licha, to już w ogóle). A że pod tą scenką aż kipi od gniewnej rozpaczy, że opisywani bohaterowie są tak naprawdę - wszyscy jak jeden - bohaterami wręcz tragicznymi, że łączy ich tyle skomplikowanych, trudnych, bolesnych więzów, że każdy niesie na plecach ciężar nie do uniesienia* - to wszystko nic nie szkodzi, tego wszystkiego nie widać, bo język powieści jest lekki i szybko się czyta.

Trochę to przypomina Królowej Matce wstrząsające - jej zdaniem - opinie o Terrym Pratchettcie, który "napisał na początku kilka dobrych, śmiesznych książek, a potem odcinał od tego kupony", albo wyrażone gdzieś w czeluściach internetu zdanie, że "Siła niższa" Marty Kisiel jest zbiorem przezabawnych gagów, choć jej zdaniem "Siła niższa" aż drży od wewnętrznego smutku.

Wyzna Królowa Matka, że bardzo szanuje fakt, że Marta Kisiel "klątwie Licha" nie ulega. Chyba (choć tego Królowa Matka nie jest pewna) Ałtorce byłoby łatwiej trzasnąć kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt książeczek ze śmiesznymi bohaterami, którzy robią śmieszne rzeczy, zamiast pulsującej podskórnym bólem opowieści o dogłębnie samotnych ludziach, którzy zostali zranieni przez tych, którym ufali, i ze strony których mieli prawo spodziewać się wsparcia i opieki, i próbują z tym bólem jakoś żyć, bo nie potrafią sami go uleczyć, a nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc.

Dla Królowej Matki napisanie takiej właśnie powieści, i to napisanie jej językiem lekkim, skrzącym się od żartów i, tak, potrafiącym przysłonić tę bolesną treść woalem dowcipu, to jest dopiero sztuka. Milion razy woli Królowa Matka to właśnie. No, ale ona uważała (i napisała to w swojej recenzji, a jak), że "Dożywocie" jest rodzajem zbiorem opowiadań, ponad które zawsze stawiała "Nomen Omen", choć JUŻ w "Dożywociu" potrafiła odkryć poważniejsze nuty.

Dobrze, że Marta Kisiel jest oficjalnie "bardziej serio". Czasem musi być serio. Czasem najlepiej być serio. Czasem tak trzeba, a nawet należy.

Królowa Matka kocha Licho, czyta o nim ze wzruszeniem, wykonała jego portret szydełkowy i rozumie osoby, które chcą o nim czytać. Licho i jego słodycz jest potrzebne w życiu każdego. Czasem.

Ale czasem jest potrzebne swędzenie w mózg.

Na przykład takie, jakie Królowej Matce zapewniła stara Bimbowa. Od pierwszego zdania, od pierwszej strony, od pierwszego momentu, w którym się pojawiła. Niewidzialna, niesłyszalna, dziwaczna staruszka, siedząca w oknie całymi dniami, sąsiadka, która zawsze jest, więc jej nie widać, do której rozpaczliwych okrzyków "Pamiętam! Ja pamiętam! Nie zapomniałam! Ja pamiętam!" się przywykło, więc jej nie słychać. Dziwaczna staruszka, każdy taką zna. Ile takich starych Bimbowych spotkała w życiu, zastanowiła się Królowa Matka.

Ile zignorowała.

Przed iloma nie zatrzymała się, by powiedzieć: "Jestem tu. Słucham. Powiedz mi, co pamiętasz".

A przecież dla nas, pozbawionych magicznych mocy, stare Bimbowe tego świata to jedyna szansa, by utonąć w czasie. Tylko tak potrafimy.

Za tę lekcję również jest Królowa Matka Marcie Kisiel wdzięczna.

I prosi o więcej**.





*Królowa Matka czuje się jednakże w obowiązku napisać, że jej ulubionym bohaterem "Toń" jest jedyna osoba nie obarczona ciężarem, nie niosąca w sobie wewnętrznego żalu i nie tkwiąca w okowach niejawnej, niewidocznej na pierwszy ani nawet drugi rzut oka rozpaczy, czyli narzeczony Dżusi, Karolek, postać, która w dwóch na trzy przeczytanych przez Królowa Matkę recenzji została określona jako "nijaka" i "niezupełnie pasująca". Tak, Karolek jest łagodny, dobry, pochodzi z kochającej się rodziny i nie ma żadnych niezwykłych mocy. Poza umiejętnością czekania, gdy trzeba czekać, wspierania, gdy trzeba wesprzeć, trwania niezłomnie przy boku, mówienia "idź, musisz,tak trzeba, będę tu, gdy wrócisz" oraz trzymania za rękę i powtarzania "dasz radę, jestem przy tobie, nie bój się, dasz radę". Jest tym, kim Sam Gamgee dla Froda i Ron dla Harry Pottera. Kimś, kto nie jest superbohaterem, ale bez którego żaden superbohater nie miałby szans zabłysnąć swoim superbohaterstwem, bo nie przeszedłby pierwszej próby/ załamał się/ upadł i nie wstał/ zwątpił/ przestraszyłby się i cofnął. Jest tym, czego najbardziej potrzeba światu. Świat potrzebuje Karolków. Nieustannie.

**Ale nie naciska. Poczeka tyle, ile będzie trzeba.

środa, 23 maja 2018

Klęska wychowawcza, dowód milion pięćset sześćdziesiąty drugi (i nie ostatni)

Pompon Młodszy (układając puzzle odwrotnie* na dywanie w głębokim namyśle na inne niż puzzle tematy, jak się wkrótce okaże) - Mamusiu, a jak wyglądają banki?

Królowa Matka (nieco zaskoczona) - Banki? No, banki wyglądają różnie. Zależy, o jaki ci chodzi...

Pompon Młodszy - A pokażesz mi kiedyś jakiś?

Królowa Matka (nie powzinając żadnych podejrzeń) - No pewnie, kiedy chcesz, banków w okolicy skolko ugodno... ale po co ci to nagle?

Pompon Młodszy (nie odrywając się od starannego umieszczania odwróconego puzzelka w odpowiednim miejscu) - Bo jak by wiedziałem, jak wygląda bank, to by natychmiast na niego napadłem...

Królowa Matka (milczy z otwartymi usty i z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy, w popłochu usiłując znaleźć jakiś Kulturalny i Pedagogiczny Komentarz Rodzicielski).

Pompon Młodszy (kontynuując zarówno proces układania puzzelków, jak i twórczą myśl) - ... bo przecież dziecka by nikt nie podejrzewał.


Tak więc, jeśli usłyszysz, o Czytelniku, o banku napadniętym przez osobę, której - z racji wzrostu - nie objął monitoring, wiedz, że to Pompon Młodszy wkroczył na Ścieżkę Występku.



* układanie puzzli odwrotnie polega na rozsypaniu ich obrazkiem do dołu i układaniem w tej właśnie formie. Układanie puzzli innych niż te liczące 500 kawałków obrazkiem do góry jest, zdaniem Pompona Młodszego, dla mięczaków.

czwartek, 17 maja 2018

Pompony grają

Czas - codzienny kwadransik sprzed czasów, kiedy to Pompony dowiodły swoim zachowaniem ponad wszelką wątpliwość, że są emocjonalnie niedojrzałe i dostały szlaban na X-boxa do czasu, gdy dojrzeją.

Miejsce - salon (z braku lepszego słowa) w Domu w Dziczy.

Postacie - Pompony, wyłączone z życia i komunikacji innej niż ta dotycząca gry oraz Królowa Matka (przez chwilę, za to z notesikiem w dłoni).


Pompon Młodszy (tonem życzliwej porady) - To może zróbmy tak, że ty umrzesz, a ja będę kontrolował żabę.

...

Pompon Starszy (z rozczuleniem) - Ojej, jakie ty śliczne koteczki masz! Jakie maluszki słodkie, jakie urocze!
Pompon Młodszy (silnie poirytowany) - Czy ciebie nie powinien raczej poruszać fakt, że twój brat właśnie się pali?!

...

Pompon Starszy (niewykluczone, że po ugaszeniu brata) - O, i króliczki masz maciupkie! Malutkie, z mamusią!
Pompon Młodszy - To tatuś jest.
Pompon Starszy (poprawia się posłusznie) - Z tatusiem... (po chwili, z zaciekawieniem) A mamusia gdzie?
Pompon Młodszy (rzeczowo) - Mamusia uciekła.

Ha!

Królowa Matka ma nadzieję, że zwrócili Państwo uwagę, w jakie głęboko życiowe gry grają królewskomatczyne Potomki.

środa, 25 kwietnia 2018

Świat seriali à la Dom w Dziczy

 - No, ten to się nie przepracowuje... Bruzda krzywa, dałabym ci ja przez łeb to byś zobaczył krzywą bruzdę! O, o, żeby się to taki owaki nie podźwigał od noszenia modlitewnika, żeby aby przepukliny nie dostał!
- A czego ty się Pieczki tak czepiasz?!
- Jakiego Pieczki, nie czepiam się zadnego Pieczki, Pieczkę to ja kocham! Wielebnego nie kocham, budzi we mnie rewolucyjny duch antyklerykalizmu i Jakuba Szeli!
- <powątpiewająco> Szeli to raczej nie...
- No chyba ja wiem lepiej, czyj duch we mnie wzbiera, nie?!

Aktorka na ekranie "Oskubałabym ci ja tyłek to byś obaczył!"
- Na twoim miejscu, facet, bym uważała  <mściwy rechot>. To jest pani Merle, ona to ci oskubie tyłek zanim zdążysz powiedzieć "a juści"!

- O, o, o, idzie, najpiękniejszy z całej wsi! Boże, jak mnie ten Gogolewski w charakterze pięknego chłopca w oczy boli! <po chwili krytycznego wpatrywania się w ekran> Może ma te inne zalety, co ty wiesz, a ja rozumiem, te, co to ich też nie widać...

- Ale te przyśpiewki weselne to takie wincyj głupie są.
- Dlaczego? Ja lubię. Raczej. Mogłabym słuchać dla przyjemności, na przykład jak "Mazowsze" śpiewa...
- A gdzie ty tam "Mazowsze" zobaczyłaś?!

- No ten aktor to chyba ukraińskie korzenie ma, żywcem Kozak zaporoski! Bez charakteryzacji mógłby go grać!
- Rzeczywiście! Zupełnie jak jeszcze jeden taki, on co prawda nie Kozaka, kojarzysz?
- Nie. Jaki?
- No, ten drugi... no... no, wiesz, ten, co by mógł taliba grać bez przygotowania, ściągnięty prosto z ulicy, ma taki fanatyczny wyraz oczu... no... ten... No, wiesz, ten idiota!
- A w takim razie, wybacz, ale musisz bardziej doprecyzować.

- A ten za co dzieciaka bije?
- Bo mu krowę zmarnował.
- <wybuchając oburzeniem> Oszalałaś?! Odbiło ci?! Co dziecko winne, jak mu zależało to sam mógł tej krowy pilnować zamiast się po świecie tłuc, chodzić przy niej, troszczyć się, a nie teraz, że dzieciak!!!!
- PRZEPRASZAM, ale czy ty właśnie na mnie krzyczysz, bo jakiś chłop w dziewiętnastym wieku na wsi polskiej, fikcyjnej w dodatku, syna pobił?!

Czyli Królowa Matka wraz ze swą Mamusią oglądają  "Chłopów".

 Ciągu dalszego nie wyklucza się.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Co zawdzięczamy Facebookowi

Mnóstwo rzeczy zawdzięczamy, a między innymi ten wpis.

Facebook, otóż, truje Królowej Matce "Masz na Facebooku 1440 obserwatorów, gratulujemy, że masz 1440 obserwatorów, którzy jednakże nie mają z tobą żadnego kontaktu od jakiegoś czasu". "Pamiętaj, że twoich 1440 obserwatorów jest ciekawych, co u ciebie!". "Nie pozwól zapomnieć o sobie twoim 1440 obserwatorom!".

Gdyby Facebook truł jeszcze bardziej, jeszcze częściej i bardziej nachalnie Czytelnikom Królowej Matki nie umknęłyby:

- dramatyczna wizja (Pompon Starszy, w zachwycie oglądający z Królową Matką filmiki, na których Artysta rzeźbi i maluje maleńkie, przepiękne domeczki jak dla krasnoludków, przeznaczone na stojaczki do ołówków i długopisów: "Mama, jakie piękne są te domki z drewna! Też by takie zrobiłem! Jak tylko tata da mi siekierę...!"),

- reminiscencje z balu przebierańców w przedszkolu (Pompon Młodszy, w przebraniu sokoła, pieczołowicie wykonanym Spracowaną i Niechętną Szyciu Matczyną Dłonią, podekscytowany: "Babciu, czy chcesz zobaczyć mojego ptaka?"),

- entuzjastyczne podejście do zapoznawania się z Alfabetem Ojczystym (Pompon Starszy, z rozwianym włosem, błyskiem w oku i entuzjazmem wszędzie: "Mamo, dziś wszyscy poznali moje cztery litery!"),

- głębokie uwagi, żywcem nadające się do Złotych, Acz Może Odrobinę Nietypowych (I Niepokojących) Myśli (Potomek Starszy, w zadumie: "Niektórzy ludzie są jak te tęczowe sprężynki. Nie służą do niczego, za to pięknie spadają po schodach").

Wszystko to byłoby tu pieczołowicie umieszczane pod stosowną datą i pojedynczo.

A nie - skoro Facebook nawija i męczy nie dość nachalnie - na, excusez, kupie.

Ale lepiej tak, niż wcale przecież, bez Facebooka i jego przypominajek blog Królowej Matki obumarłby sobie spokojnie, notując w roku 2018 dwanaście wpisów, z których każdy byłby recenzją książki (takie powzięła noworoczne postanowienie, to znaczy nie takie, że jej blog obumrze, tylko, że popełni dwanaście recenzji), wskutek czego tytuł bloga zrobiłby się kompletnie bez sensu.

Słowem, dziękuje ci Królowa Matka za przypominajki, Facebooku! W imieniu swoich 1440 obserwatorów.

I prosi o więcej :).

A chwilowo oddala się w kierunku okrzyków dobiegających z werandy.

Pompon Starszy - Antek?
Pompon Młodszy (flegmatycznie) - Co?
Pompon Starszy - Antek! No, Antek!!!
Pompon Młodszy (bez zmian) - No, co?
Pompon Starszy (z coraz większym nasileniem decybeli oraz szeroko pojętej irytacji w głosie) - Antek! ANTEK! Chodź tu wreszcie!!!
Pompon Młodszy (niezwykle, ale to, powiada Szan.Państwu Królowa Matka, NIEZWYKLE dobitnie) - ODCZEP SIĘ! JA TU SIĘ CIESZĘ ŻYCIEM!!!

Czego wszystkim nam Królowa Matka życzy w ten piękny, wiosenny dzień.

I idzie koić wezbrane emocje potomstwa.