sobota, 29 czerwca 2024

"W cieniu Babiej Góry" Irena Małysa

Im jestem starsza i im dłużej prowadzę bloga (a blogosfera umiera, o czym przypominam z naciskiem) śmieciowego o więdnących zasięgach, tym więcej znajduję w tym zalet. Zaczynam podejrzewać, że jestem stuprocentową optymistką, co za zaskoczenie.

Główną zaletą prowadzenia tegoż jest, że mogę sobie w dowolnym czasie sięgnąć po dowolnego, proszę ja kogo, bestsellera, jaki mi wpadnie w oko, przeczytać go i opisać dowolnymi słowy, takimi, jakie przyjdą do głowy i na jakie mi pozwoli fantazja (i/albo dobre wychowanie) zupełnie, ale to zupełnie nie przejmując się ani tym, co sobie pomyśli wydawca, ani tym, jakie oceny ma bestseller na Lubimyczytać. Świadoma faktu, że - jak niedawno gdzieś przeczytałam - cykl życiowy nowości książkowej wynosi podobno około trzech miesięcy wiem, że moja recenzja zwisa i powiewa zarówno wydawnictwu, jak i autorowi/-rce, natomiast osobom o podobnym mojemu refleksie czytelniczym może pomóc w decyzji o zakupie albo wrzuceniu czegoś na półkę na Legimi.

Lub też, nieprawdaż, rezygnacji z zakupu. I wyrzuceniu z półki na Legimi.

I tak bywa.
 
Ostatnim niegdysiejszym bestsellerem, po który sięgnęłam, gdyż góry i tajemnica, i wyszła część czwarta, a nie wypada od niej zaczynać spotkania z bohaterami, więc zaczniemy prawilnie z nadzieją na literacka przygodę było
 

 
"W cieniu Babiej Góry" Ireny Małysy.
 
Baśka Zajda, młoda policjantka właśnie powraca (czy też trafniej byłoby powiedzieć - po nieudanej akcji, w której zastrzelony zostaje jej partner zostaje odesłana) z Krakowa w swoje rodzinne strony i obejmuje pracę w zawojskiej komendzie. Praca w małej miejscowości jest raczej spokojna i nie obfituje w gwałtowne wydarzenia, a sama Basia jeszcze nie pozbierała się po tragedii, trudno zatem nazwać ją duszą towarzystwa. Mimo to wraz z kilkoma koleżankami z nastoletnich lat świętuje wieczór panieński swojej najlepszej przyjaciółki Izy, córki lokalnego posła. Dziewczyny postanawiają wspiąć się na szczyt Babiej Góry i spędzić niezapomnianą noc z przebierankami za czarownice i pląsami przy ognisku.
 
Niestety, nad ranem Baśka znajduje nieopodal polany, na której się bawiły, ciało Izy. Związek ze śmiercią dziewczyny wydaje się mieć jej dawny partner i zarazem były chłopak Basi - Artur. I dość szybko okaże się, że sprawa może mieć coś wspólnego również z lotniczą katastrofą pasażerskiego samolotu LOT-u, który rozbił się na stoku Babiej Góry. Zginęły w nim 53 osoby, wszyscy pasażerowie i członkowie załogi.

Wydarzenia w powieści przedstawiane są dwutorowo: w roku 2019 i w 1969, kiedy wydarzyła się katastrofa lotnicza na zboczu Policy pod Babią Górą. Czy śmierć Izabeli i wypadek lotniczy sprzed 50 lat coś ze sobą łączy? Czy Babia Góra to, jak twierdzą lokalni mieszkańcy, przeklęte miejsce? Czy w okolicy grasuje seryjny morderca?

Autorka, trzeba przyznać, miała bardzo ciekawy pomysł. Górski klimat, do dziś nierozwiązana tragedia sprzed lat, o której mało kto słyszał i mało kto pamięta, tajemnice sięgające korzeniami wielu lat wstecz - i to wszystko w małej społeczności w Beskidach.
 
A jednak, cóż, nie pykło.
 
Reklamy i zapowiedzi obiecywały ciekawą intrygę splecioną z zagadką kryminalną, która na końcu zostanie rozwiązana, plus, rzecz jasna, nową, interesującą bohaterkę.
 
Otrzymaliśmy bohaterkę nieskoordynowaną emocjonalnie i raczej nie budzącą sympatii, jest ona też w nieskoordynowany sposób opisana, więc jej niestabilność nie powinna nas dziwić, skoro autorka najwyraźniej nie panuje nad własną kreacją (mamy wprowadzenie "posterunek w Zawoi to teraz jej miejsce pracy. Wolałaby już chyba robotę w Biedronce (...) od powrotu z Krakowa, od wszystkiego, co sie tam wydarzyło, czuła, jakby stopniowo gasła. stała się aspołeczna", aby już po chwili "Było jej tu dobrze. Gdy wyjechała do Krakowa czuła, jakby straciła opiekę góry. Wszystko zaczęło się psuć, przestała być sobą - jak uchodźca, z rozmytą tożsamością"). Nasza Basia jest histeryczką, która ma problem z łączeniem faktów, a w swojej pracy kieruje się przeczuciem ("stary kazał go zamknąć na 24 godziny... nie wierzyła, że jest winny"), impulsywną, rozkojarzoną, w trudnych sytuacjach popełniającą podstawowe błędy, na dodatek upartą i niezbyt bystrą. Tylko w książce taka osoba nie zostałaby w mgnieniu oka zwolniona ze służby za niesubordynację.

Przy tym jest wyjątkowo nieudolna - a to zapomni auto zatankować przed akcją, a to telefon naładować, a to skonfrontowana z bandziorem w czasie precyzyjnie zaplanowanej i od pół roku przygotowywanej akcji roni łzy, zamiast strzelać, a to prowadząc wóz odwraca wzrok od jezdni i grzebie w plecaku, by wydobyć z niego telefon...
 
Bzdur i nie-da-siów fabularnych jest tu masę, na czele z tym, że nieprawdopodobne, a wręcz niemożliwe jest przydzielenie policjantce prowadzenia dochodzenia w sprawie morderstwa w którym ta występuje jako świadek, a w sumie może i podejrzana.

Tymczasem Baśka dostaje sprawę, bo pani prokurator, widząc ją drugi raz w życiu  uznaje, że "Nie przejmujesz się lokalnymi układami. Masz instynkt", i tu jedno wielkie buahahahaha, zwłaszcza, gdy oglądamy Baśkę Zawoję z instynktem, jak - w trakcie halnego, który łamie gałęzie i wyrywa drzewa -  zamiast zachowywać się jak policjantka z wydziału kryminalnego, po obowiązkowym szkoleniu strzelniczym i obowiązkowym kursie udzielania pierwszej pomocy, ta niczym totalna niunia szlocha koledze z młodości w kamizelkę z "ja nie wiem, co mam o tym myśleć" na ustach, a w przerwach między szlochami wrzeszczy ile sił w płucach przesłuchując świadka, zamiast normalnie zgarnąć go (i innych - licznych! - gapiów) do schroniska i nie próbować przekrzyczeć wiatru.

A propos halny, no więc wieje halny, i to taki mocarny halny, 180 km/na godzinę halny, ale strażacy usuwający zwalone drzewa, blokujące dojście do schroniska pozwalają narzeczonemu ofiary wejść na górę i "idą za nim w milczeniu" (btw, narzeczonego o śmierci przyszłej żony informuje nie policja, tylko przygodnie spotkany strażak, i nic to, że kumpel).

Ojca ofiary natomiast chyba nikt nie informuje, i nic nie szkodzi, bo ten i tak zjawia się na szczycie Babiej z detektywem, uważacie Państwo, Krzysztofem Rumowskim (Taaaa. Wiem), który najprawdopodobniej się do Zawoi teleportował, albowiem od chwili zabójstwa minęły góra dwie godziny, a od odkrycia ciała - jedna.
 
Jak również nasza Basia " Dodała gazu. Czuła, że powinna uważać na drodze".... znaczy... eeee, że co?

Albo też pani policjantka obrywa nożem.
 
Następnie akcja, gadanie, akcja, dużo gadania.
 
A następnie: "Noga zaczynała jej krwawić. Nóż z pewnością uszkodził tętnicę, bo jasna krew wypływała miarowo z uda".
 
Aha. To musiała być mało ważna tętnica, jak wiadomo uda są ich pełne.
 
Poza czasem irytującą, a czasem nudną główną bohaterką oraz licznymi fabularnymi niedasiami mamy też, co oczywiste, Pozostałe Postaci. Gdyby tylko autorka potrafiła je opisać tak, aby różniły się od siebie i wzbudzały sympatię/antypatię/cokolwiek!...
 
Tymczasem te opisy, próby stworzenia jakiegoś tła i uczynienia z bohaterów drugoplanowych żywych ludzi są nie dość, że nieudolne, to jeszcze nader często po prostu ocierają się o śmieszność.

Lokalna fisza, Andrzej Stanach, zwraca się do pięciu bysiorów, mafiozów, którzy wbili mu na zakład mijając jego ochroniarzy jak chcąc: "Jakim prawem tu przychodzicie bez zapowiedzi?!..." , zaś jego syn, odesłany przez rodzica do domu "był zaniepokojony i zły, że ojciec go zbywa, choć niedługo ma po nim przejąć rodzinny interes". Serio, to właśnie najbardziej niepokoi Stelmacha juniora na widok pięciu typów zachowujących się więcej niż swobodnie w gabinecie tatusia?
 
Adam Pajor. Nadkomisarz. Pierwsze, co robi, to "zamrugał. Nie czuł się komfortowo z tym, że musi meldować kobiecie" (pani prokurator, przyp. moje) oraz wykrzykuje "nie będę pracował z tą pechową babą!". Przebóg, ja rozumiem, że akcja powieści rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych, ale autorka chyba zapomniała, że Adam Pajor należy do roku 2019, a nie 1969.
 
Tenże nadkomisarz doskakuje do nachalnego reportera (!!! Kto widzi taką akcję w wykonaniu policjanta oczyma duszy równie wyraźnie, jak ja?) , wykręca mu rękę, wyrywa kamerę i wyciąga z niej kartę pamięci, a operator "krępy mężczyzna, miotał się i ciskał przekleństwami", i czy tylko ja nijak nie umiem doliczyć się rąk komisarza Pajora?
 
Albo pan nadkomisarz i Baśka udają się do Krakowa na super-hiper-tayną akcyję, przebrani za  bywalców dyskotek, aż tu nagle:

"Z drzwi wybiegła żona Adama, Grażyna, która wyminęła męża i podeszła do okna samochodu. Zajda uchyliła szybę i przywitała się.
-Pani Basiu. Pani wybaczy, że będę szczera, ale ja muszę zadać to pytanie. Czy wy macie z Adamem romans?".
 
(no bo logiczne, że mienie romansu polega na podjeżdżaniu pod dom kochanka w świetle dnia, żeby go wziąć na potańcówkę), po czym, po wyjaśnieniach "ale my jesteśmy w pracy i jedziemy na  na super-hiper-tayną i w dodatku niebezpieczną akcyję!"

"Mina Grażyny była bezcenna. Nagle spojrzała na męża zupełnie innym okiem" 

(i zaczęła wznosić okrzyki "Adasiu, kocham cię, kwaśnicy ci ugotuję, wróć do mnie", nie, nie wymyśliłam tego).

Żona policjanta.

Żona policjanta od wielu lat, że dodam, doświadczona w byciu żoną policjanta.

No jej Bohu normalnie.
 
Na tejże akcji nadkomisarz rusza w tan i  "trzepał się (?) niczym Shakira i Michael Jackson w jednym. Starała się nawiązać z nim kontakt wzrokowy, ale w jego oczach widziała już tylko obłęd", więc Baśka musiała sama wszystko załatwić, niestety, nie udało się, mimo, że "przybrała najbardziej rozchełstaną pozycję, na jaką ją było stać", więc od pół roku organizowana operacja poszła się czochrać, ale to nic nie szkodzi, bo "dużo się nagrało", więc nasza Basia rzuca się Pajorowi na szyję z wyznaniem, że źle go osądzała, bo jest z niego super partner (tak, na pewno, zwłaszcza super był, gdy pląsał na parkiecie wpatrzony w odziane skąpo tancerki, a ją ukraińska mafia prawie usunęła z tego łez padołu), ale wracaj do Zawoi i się nie martw, tu jest mój teren, tu umiem się poruszać, po czym odchodzi w mrok nie opowiadając się nikomu, i cholera wie po co, bo nic z tego jej odejścia ku zachodzącemu słońcu nie wynika.

RANY JULEK.

Jak to, szło, Kochana Reklamo? Interesująca intryga? Spleciona z zagadką kryminalną?

No więc w tej książce z interesującą intrygą mamy wątki zagranicznej gangsterki, nieuczciwych interesów, zbrodni i kary, swatania córki przez matkę, biedy, straty dziecka, katastrofy, porachunków z przeszłości, zdrady, kartelu narkotykowego,  lokalnych grubych ryb, ukraińskiej mafii - tych grzybów w barszczu jest tak dużo, że barszcz dawno stał się grzybową, a tego nie zamawialiśmy. Za dużo tego. A za mało tego, co powinno być z dobrym kryminale.

Na przykład zagadki, której rozwiązywaniem cieszą się czytelnicy, układając w trakcie lektury klocuszek do klocuszka, by odkryć, kto zabił. Tu mamy niewybaczalne z punktu widzenia dobrze poprowadzonej intrygi kryminalnej rozwiązanie typu "deux ex machina", mordercę poznajemy dosłownie na ostatnich dwudziestu stronach, ot, nagle ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się osoba, o której nikt wcześniej nie miał pojęcia. Pobudki mordercy są całkiem irracjonalne, a okoliczności niektórych zabójstw mało prawdopodobne zważywszy, kim ten morderca jest.
 
A całkiem interesująco opisana katastrofa lotnicza okazuje się nie mieć z morderstwami nic wspólnego.
 
Ale ok. To wszystko, co powyżej, to jest mój subiektywny odbiór tej powieści, a nie od dziś wiadomo, że nie to ładne, co jest ładne, tylko co się komu podoba, a o gustach się nie dyskutuje. Mam czytelniczkę, jedną z tych ulubionych, która mi wyznała, że poległa na opisywanych przeze mnie z entuzjazmem "Kłamstwach Locke'a Lamory". Mam internetową znajomą, jedną z najmilszych internetowych ludzi, która kocha serię, przy lekturze której ja głównie przewracałam oczami. Mam znajomego, o literackim wyrobieniu którego mam niezwykle wysokie mniemanie, który gorąco polecał mi powieść, podczas lektury której zadawałam sobie zdumione pytanie "Aaaaleee... co to jest?".

I dobrze. Świat byłby śmiertelnie nudny, gdyby wszyscy lubili to samo. Bez trudu przechodzę do porządku dziennego nad faktem, że komuś te w moich oczach groteskowo opisywane postaci i rozedrgana emocjonalnie, nie nazbyt miła bohaterka nie przeszkadzają. Że wciągnęła go historia, zainteresowała sprawa katastrofy, podobała się całość.

Ale jest coś, nad czym nie umiem przejść do porządku dziennego i absolutnie nie jestem w stanie kupić faktu, że literacko obyte, robiące w książkach osoby (nie zalinkuję do blogów Prawdziwych Blogerów z Prawdziwymi Zasięgami, ale kto chce, znajdzie) do tego stopnia zachwyciły się historią i dały pochłonąć lekturze, że nie zauważyły...

Języka.

Tego okropnego, prostego, najeżonego błędami języka.

Już pal licho te infantylne dialogi odpowiadające poziomowi szkoły podstawowej, darujmy je sobie. Tyle, że autorka przez całą książkę balansuje niebezpiecznie na granicy poprawności językowej i stylistycznej.
 
"Poczuł ucisk w sercu, które skurczyło się wraz z całym jego ciałem".
 
"Słuchawka wypadła mu z ręki i dyndała niepokojąco".
 
"Koszula ministra zwilżyła się w jednej chwili".
 
A wszystko to na jednej stronie.
 
NO JAK BOGA KOCHAM, ileż można, nie mogłam ogarnąć treści przez ten język.
 
A pani Małysa nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

"Nagabywał je jakiś młodzian z biżuterią na szyi grubości łańcucha rowerowego".
 
"Artur podbiegł do Baśki, skąd dostrzegł ciało Izy".
 
"Drugi <był> krępym Latynosem z twarzą ozdobioną rzędem wielkich białych zębów".
 
"O dziwo na jej martwych policzkach spotkał uśmiech, spokojny, wręcz błogi".
 
 "Skromna sala konferencyjna w Suchej Beskidzkiej wstrzymała oddech".
 
"Wojtek nadal siedział w rozsypce na asfalcie" (nikt z redakcji nie zauważył nie zamierzonego efektu komicznego?).

 
Plus słowa użyte niezgodnie z ich właściwym znaczeniem:
 
 
"Baśka wpatrywała się w białą twarz kobiety. Jej policzki były przekrwione od płaczu".

"Wyszła na dwór wytrzepać dywaniki i zjeżyła się ze strachu".
 
"Bezgłośnie wskazała go policjantom palcem" (a to da się głośno wskazać kogoś palcem?)

"Widziała w jego oczach strach, mieszający się z paniką". Ojej.  I może jeszcze ze zgrozą i przerażeniem?

"Jej największą bolączką było wydanie córki za mąż" - wg Wielkiego Słownika Języka Polskiego PWN "bolączka" to niekorzystny stan, sytuacja  lub sprawa odczuwane jako przyczyny zmartwień, dyskomfort lub przeszkoda w życiu, co oznacza albo, że wydała córkę za mąż i tego żałuje, albo, że jej największą bolączką było NIE wydanie córki za mąż.


Plus, och, jak pani nie umie w podmioty!!!


"Teraz miał tylko nadzieję, że żadne służby nie zatrzymają ich po drodze i nie pokażą nikomu faktury za drewno".
 
"Już za dwie godziny na lądowisku medycznym przed placówką wyląduje rządowy helikopter z premierem na pokładzie, który osobiście złoży kondolencje".
 
"Mieli rację ci, co mówili, że potrafią zbić człowieka tak, żeby nie było widać"
 
"Nie poznał syna. Nie widział go zaledwie kilka miesięcy, ale zmienił sie nie do poznania"

"Czekała na widzenie z siostrą . Od kiedy dostała leki czuła się lepiej" (podpowiem, że siostra).
 
Da się czytać kawałki pisane gwarą, z literacką polszczyzną autorka radzi sobie znacznie gorzej.

I nawet jeśli Irena Małysa należy do tej licznej (jak mniemam, wnioskując z poziomu co niektóry dzieł) grupy autorów, którzy odrzucają wszystkie poprawki redaktorskie, bo im to zaburza wizję artystyczną (jakkolwiek wątpię w taką wolność decyzji w przypadku debiutu) nic, absolutnie nic, nie usprawiedliwia tego, że:

- mamy tu literówkę (jak przypuszczam) zmieniającą sens zdania: "Spojrzał spod rudej czupryny wzrokiem zarazem przebiegłym i niezawistnym".  Domyślam się, miało być raczej "nienawistnym". 
 
- mamy sobotę, która przypada 21 i 22 września 2019 roku.
 
- mamy milicjantów z 1969 roku, którzy nagle stają się policjantami, by ponownie zostać milicjantami trzy linijki dalej.
 
- mamy wspomnienia upalnego dnia sprzed dwóch miesięcy ("Pamiętał  ten upalny dzień. To było dwa miesiące temu") z powyżej podaną datą dzienną - 9 kwietnia 1969, z czego wynika, że upalny dzień przypadał w lutym.


Chyba nawet autorzy przywiązani do swojej wizji jak Odyseusz do masztu statku przepływającego obok Wyspy Syren pozwoliliby na poprawki w powyższych przypadkach?
 

A zgniłą wisienką na tym przereklamowanym torcie jest OKRUCIEŃSTWO WOBEC ZWIERZĄT w żaden sposób nie usprawiedliwione przebiegiem akcji. Teoretycznie pisząc to nieco spoileruję, ale uważam, że to nie jest spoiler, tylko trigger warning, który powinien być gigantycznymi literami wytłuszczony na okładce. Rzecz się zaczyna od opisu dzikiej kuny, zabijającej kunę domową. OK, niepotrzebne i z zerowym związkiem z całością dzieła, odebrałam to jako silenie się na "skandynawskość", dość nieudolne, ale niech tam. Po czym się zaczęło. Za zbędny pod każdym względem wątek z krzywdzeniem psa autorka zasługuje na bana -  a tu miało to miejsce dwukrotnie, w tym raz opisane w detalach. Opis śmierci konia mną wstrząsnął. Kot "omal nie został stratowany przez czarny bus" (można dodatkowo podziwiać twórcze użycie czasownika "stratować"), bałam się o to nieszczęsne zwierzę za każdym razem, gdy się pojawiało, czyli często. Palcem bym tej książki nie ruszyła, gdybym wiedziała. Jestem w stanie, chociaż z trudem, opisy brutalnego traktowania i śmierci zwierząt jakoś przełknąć, jeśli są bezwzględnie niezbędne dla akcji, ale to nie jest ten przypadek. 
 
I dlatego - także dlatego - ja pani Małysie już podziękuję.
 
Jest na tym świecie tyle innych, dobrych kryminałów.
 

sobota, 22 czerwca 2024

Poszukiwawczo

Albo taka sytuacja, że zatrzymujecie się w trasie, zeby rozprostować nogi i coś zjeść, i pytasz Pompona Starszego, gdzie jest pies, a Pompon Starszy mówi, że został w samochodzie z Potomkiem Młodszym i śpi, więc mówisz, żeby może przejść się z nim troszkę, bo przed nami trzy godziny jazdy, więc Pompon Starszy się rozdziera ile sił w płucach w nadziei, że braciszek go uslyszy przez otwarte okienko, jednakowoż skutku to nie odnosi żadnego, więc mówisz, żeby sam wypuścił zwierzątko, i Pompon Starszy idzie, wsadza glowę przez okno, potem otwiera drzwi, zagląda i mówi, ale mamo, psa nie ma, jak nie ma, denerwujesz się i idziesz sama, zaglądasz do samochodu, faktycznie nie ma, może Potomek Młodszy poszedl z nim sam z siebie, ale gdzie on jest, wyłazisz z samochodu i zaczynasz nawoływać psa i Potomka, Potomek się nie odzywa, pies tym bardziej, rany, gdzie oni mogli poleźć, i jak mogli się zgubić na takim malutkim placyku, no cóż, włazisz z powrotem do samochodu, a im bardziej do niego włazisz tym bardziej nie ma w nim psa (ani bombelka), nic to, jak kto głupi sprawdzasz za siedzeniami, jakby Potomek Mlodszy (lat 16, wzrostu 189 cm) i pies (rozmiar średniego wyżla, temperament płochliwy, zwlaszcza w samochodzie, typ "polożyliscie to leżę") mogli się tam ukryć, a z tobą sprawdza Pompon Starszy, który pomaga ile sił, aż wreszcie oboje po poszukiwaniach nie uwieńczonych sukcesem opuszczacie pojazd,  a wtedy Pompon Starszy mówi, 


że ale, mamo, bo to nie  jest nasz samochód

czwartek, 13 czerwca 2024

Kosmicznie

Mamunia i Synuś Najstarszy (włączają po wieeeeeelu miesiącach przerwy Kultowy Serial "Starożytni Kosmici", by sprawdzić, czy po Ostatnim Razie doszli do siebie na tyle, by móc zgłębić dzieło bez Uszczerbku Na Zdrowiu).

Mamunia i Synuś Najstarszy (po dziesięciu minutach wysłuchiwania błyskotliwości typu: "Dowodem na to, że Celtowie palili ogniska w Beltain by odtworzyć światła, które widzieli, gdy kontaktowali się z Obcymi jest to, że jakieś tam plemię Indian południowoamerykańskich też paliło ogniska", ogłuszeni krzykiem błagających o litość szarych komórek, wyłączają telewizor).

Mamunia (ze współczuciem) - My to my. Wyłączymy sobie, albo wręcz w ogóle nie włączymy. Ale pomyśl o tym nieszczęsnym lektorze, który musi to do końca czytać. I to wszystkie sezony!

Synuś Najstarszy (pocieszająco) - No, nie, na pewno pozwalają mu robić przerwy. Na herbatkę. Na melisę. Na twarde narkotyki...

piątek, 31 maja 2024

Miłość (synowska) w czasach sesji

Królowa Matka ,(konyrolnie) - Synu, czy ty aby nie masz kolokwium?

Potomek Starszy (raczej lekko) - Mam.

Królowa Matka (drąży) - Ale zamiast pilnie pochylać się nad notatkami pokazujesz mi filmiki ze śmiesznymi zwierzątkami w internecie, tak?

Potomek Starszy - Mamo, nic z tego  kolokwium prawdopodobnie nigdy w życiu mi się nie przyda. A my tu tworzymy wspomnienia! I umacniamy naszą więź, co jest rzeczą bezcenną!


Tak, że tego. Jeśli Potomek Starszy wyleci ze studiów to wszystko przez tę więź.

poniedziałek, 20 maja 2024

"Mała draka w fińskiej dzielnicy" Marta Kisiel

Oto Mieczysława Żmijan, zwana Sławą. Sława lat temu parę opuściła Stare Deszczno, miasteczko, w którym się wychowywała, by wziąć się za bary z dorosłością i udowodnić - przede wszystkim sobie, ale swojej babci trochę też - że potrafi to zrobić. A teraz uświadamia sobie, że życie ją trochę (no dobrze - bardzo trochę) przerosło, dorosłość ją odrobineczkę zawiodła i okazuje się właśnie, że nie pozostawia jej wyboru - albo zamieszka pod najbliższym mostem albo wróci do rodzinnego miasteczka, do domu i do babci. To trochę źle, bo oznacza, że nie poradziła sobie, nie umie w dorosłość, że zawiodła. Ale i trochę dobrze, bo dom to, wiadomo, dom, to znane na wyrywki kąty, to przyjaciele z dzieciństwa, którzy znają człowieka jak nikt na świecie i babcia, no a jak babcia, to i ciepełko, i domowy rosołek, herbatka z miodkiem, jedyna w swoim rodzaju domowa atmosfera i magia. 

A jak tych babć jest kilka - bo to i własna, i te przyszywane!!! No, wtedy wiadomo, rosołku, bigosiku, klusek śląskich, dawanych z dobrego serca rad, szorstkiej czułości... wszystkiego tego jest więcej.

I magii. Magii też jest więcej.

W samym środku lata w sielskim miasteczku, w którym nie ma niczego interesującego, oprócz kopca niewiadomego pochodzenia oraz zabytkowej stodoły, w której największy podziw budzi fakt, że ta w ogóle jeszcze stoi, niespodziewanie wyrasta mała draka nie z tego świata, a pytania mnożą się jedno za drugim. Dlaczego fińskie domki są fińskie? Dlaczego w Starym Deszcznie nie ma ani jednego dyskontu? Skąd wzięły się szczuropodobne włochate malutkie kiwi grasujące na ulicach miasteczka, drapieżne i zębate? I jedna wielka, tajemnicza istota, zjawiająca się wraz z zorzą polarną? Dlaczego wszystko tu się układa? Dlaczego gdzie indziej się nie układa? A przede wszystkim – jakie tajemnice skrywają przed światem na oko nieszkodliwe i znane swym wnuczętom od urodzenia babcie z fińskiej dzielnicy?

Sława i jej przyjaciele muszą jak najszybciej znaleźć na te pytania odpowiedzi, bo pewne sekrety mogą kogoś kosztować życie.

Znowu.

Czyli krótko mówiąc - jest maj, jest kolejna premiera powieści Marty Kisiel (robi się z tego przyjemna tradycja - maj równa się premiera, przyklaskuję jej i wspieram duchowo z całego serca!), tym razem pod malowniczym tytułem "Mała draka w fińskiej dzielnicy", którą to książkę przeczytałam za szybko, co jest zresztą również tradycją, moją osobistą. Ściągam na Legimi, zamawiam w przedsprzedaży, czytam za szybko dławiąc się słowami niczym rzadkim przysmakiem, który się łapczywie pochłania, a potem czytam drugi raz, wolniej, ciesząc się dobrem literatury i dźwięczną frazą, i próbując oswoić zmagania głównych bohaterów samych ze sobą, z ich najbliższymi i z wszechświatem, i poukładać je sobie w głowie.

A potem piszę z tego oswajania i układania recenzję, albo jej nie piszę (mam kilka zaległych do napisania, a to, że się nie pojawiły nie oznacza, że książki zostawiły mnie obojętną, tylko że - podobnie jak Sławę Żmijan - przerosło mnie życie i zawiodła dorosłość, a że czasami tylko śmiechem i dobrą lekturą da się wyleczyć łzy  i dołek egzystencjalny, starczyło mi sił na zrobienie sobie okładu na duszę z książeczki, ale na to, by ją opisać już niekoniecznie).

I nie tylko sił. 

Ale prawdopodobnie i umiejętności.

Albowiem na jakimś poziomie, którego nie rozumiem, gdzieś tam bardzo głęboko albo bardzo wysoko, w chmurach, pisarstwo Marty Kisiel rezonuje w mojej... no, duszy. Nie jest to tajemnicą dla żadnego chyba czytelnika tego bloga, że to pisarstwo trafia mnie w samo miętkie. Bez względu na ogólną przyjazną i nieco zwariowaną atmosferę panującą w książkach Ałtorki, nieistotne, jak lekko opisaną, jak zabawną i jak pozornie beztrosko podaną ja na to, co jest pod spodem, na kłębiące się dramaty, trudne pytania, jeszcze trudniejsze odpowiedzi i wewnętrzną walkę bohaterów, zręcznie opakowane czasem w zabawne zdania, jestem wrażliwa niczym pies rasy  lagotto romagnolo na trufle. Czyni mnie to prawdopodobnie doskonałą czytelniczką i nie najlepszą recenzentką.

Recenzja bowiem to, wiadomo. Zasady ma. I nawet jeśli jest to recenzja bardzo w moim stylu ("och, jak mi się podoba!" - i ściana tekstu. "Och, jak mi się nie podoba!" - i ściana tekstu), niekoniecznie zgodna z idealnymi zasadami idealnych, popularnych w sieci i chętnie czytanych recenzji (czyli NIE ściana tekstu. Ściana tekstu nie jest idealna i nigdy nie będzie popularna, idealne recenzje są krótkie i eleganckie w formie), powinna ona zawierać chociaż krótkie uzasadnienie, czemu tak bardzo się podoba/nie podoba.

I ja to potrafię napisać, rzetelnie i sprawdzalnie. Co mi się podoba. Co mi się nie podoba. A nawet - dlaczego mi się podoba, i dlaczego nie podoba.

Ale dlaczego rezonuje? Dlaczego porusza jakąś dziwną strunę, o której istnieniu nie miałam pojęcia?

Nie, tego opisać nie potrafię. 

Więc może napiszę tylko, że Ałtorka zapowiadała "Małą drakę" jako swoją najbardziej pokręconą książkę, po prostu personifikację (książkonifikację?) wewnętrznego pierdolca.

A ja dostałam, elegancko opakowaną w pozłotko pierdolca i ałtorskiej szajby (bo tak, one tam są, i pierdolec, i szajba, obecne, żeby nie było), trochę słodką, trochę gorzką, a trochę słoną od łez opowieść o mocy przyjaźni i sile najgłębszej troski o drugiego człowieka, i o tym, jak bezcenne jest wsparcie w każdych okolicznościach, nie tylko wtedy, gdy to łatwe, gdy świat się uśmiecha, a życie układa jak miękki dywan pod nogami, ale i wtedy, gdy wokół czarna noc i to wsparcie jest jedyną iskrą w bezbrzeżnej ciemności.

I o miłości tak wielkiej, że pozwala odejść ukochanej osobie.

Odkąd skończyłam czytać nie przestaję się zastanawiać, czy bym tak umiała. Czy gdybym miała możliwość zatrzymania, w jakiejkolwiek postaci, w jakikolwiek sposób, ludzi, których kocham. Moją przyjaciółkę z dzieciństwa. Mamę. Babcię. Dziadka moich dzieci. Czy potrafiłabym pozwolić im odejść. Czy nie chciałabym zatrzymać ich, nieważne, jakim kosztem. Czy miałabym w sobie dość sił, by ich uwolnić.

I wszystko to, ci bohaterowie, których nie było w moim życiu jeszcze tydzień temu, a teraz już są, ta opowieść, ta szajba, pod którą kryją się fundamentalne pytania, wprawia coś w moim wnętrzu w drżenie.  I ja doskonale rozumiem, że innych czytelników niewykluczone, że  nie wprawia. Albo wprawia, tylko mniej, tylko bardziej, tylko co innego i inaczej. Że niektórzy się po prostu śmieją w trakcie lektury. A są pewnie i tacy, co się nudzą albo gubią w treści. I że ich nie przekonam, bo jak przekazać to rezonowanie, te drgania, ten ton idealnie trąconej struny? Nie da się. To tylko moja struna, i brzmi tylko w moich uszach, grając zrozumiałą tylko dla mnie melodię.

Mogę tylko napisać - sprawdźcie sami.

Może i dla was zagra.

piątek, 17 maja 2024

"Strażnik jeziora" Michał Zgajewski

"Strażnik Jeziora" Michała Zgajewskiego to debiutancki kryminał, który zabiera nas w mroczną podróż po Żywiecczyźnie roku 2017. W Żywcu znika bez śladu 16-letnia Emilia. Prywatny detektyw Norbert Krzyż dostaje zlecenie odszukania dziewczyny. Niestety, nim mu sie to udaje nad jeziorem Żywieckim zostają odkryte zwłoki Emilii, a Norbert staje - dość nieoczekiwanie - przed wyzwaniem rozwiązania brutalnego morderstwa. Co więcej, w tym samym czasie z domu znika główny podejrzany, Alan Węglarz, członek metalowej kapeli czerpiącej inspiracje ze słowiańskiej mitologii, i podobno chłopak zamordowanej, zaś jego rodzice zwracają się do Krzyża z prośbą o pomoc w odnalezieniu syna i oczyszczeniu go z zarzutów. 

Utrzymany w konwencji nastrojowego kryminału noir „Strażnik Jeziora” to debiut Michała Zgajewskiego i pierwsza część serii kryminalnej z Norbertem Krzyżem.

Jest to również powieść, która skłoniła mnie do sporządzenia pierwszego w moim życiu bingo. O, tego właśnie:

Pomocny ten rekwizyt recenzyjny zamierzam trzymać na pulpicie komputera i wrzucać tu z zaznaczonymi okienkami za każdym razem, gdy trafię na kolejną pozycję, reklamowaną jako odkrywcza i niekonwencjonalna, a upakowaną kliszami i schematami jak świąteczny makowczyk bakaliami. Jakaż to będzie oszczędność czasu i energii elektrycznej, pomyślcie tylko!

Bo czymże wabi nas (nienachalnie... hue, hue - żarcik) reklama?

"Ten autor to odkrycie!" - ogłasza reklama entuzjastycznie.

"Jezioro żywieckie!
 Słowiańska mitologia!
Detektyw o ciętym języku!" - zachwyca się dalej reklama.
 
"Prywatny detektyw, na którego nie czekaliśmy, a którego potrzebowaliśmy!" - entuzjazmuje się Wojciech Chmielarz.
 
No czy rzeczywiście - mówię chłodno ja i zamierzam rzecz udowodnić.
 
 
Pierwsza strona, samiuśki początek. Bohater, obudzony telefonicznie w środku nocy, patrzy w lustro. Jest baaardzo mocno wczorajszy, wieczorem obalił sporą ilość whisky i jeszcze nie wytrzeźwiał, ale, konstatuje, ma "bystre spojrzenie", więc luzik i spoko, siada w tym stanie za kółko i jedzie na miejsce zbrodni.
 
Tak! Tak! Totalnie to detektyw, którego potrzebowaliśmy! Bo kto by nie potrzebował kolejnego byłego policjanta po przejściach, porzuconego przez dziewczynę, zaniedbującego życie prywatne, zmagającego się z demonami przeszłości i nie bojącego się ryzyka, w biurze trzymającego zawsze butelkę whisky ("Pozwoliłem sobie na jeszcze jednego drinka, choć zazwyczaj w pracy nie piję.  - podkreślenie moje - Po paru minutach zrobiło mi się błogo. Wydawało mi się, że spadam, a potem już była tylko czarna otchłań - no, mocarny to musiał być alkohol, skoro osobę mocno zaprawioną w piciu wyprawił w czarną otchłań drugi drink!), a w trakcie śledztwa co jakiś czas obrywającego od kogoś po głowie ("Potem cisza, a na koniec ciemności pokochały mnie jak brata")?

Brzmi znajomo?

No raczej, a ja dopiero się rozkręcam!

A zatem, panie Krzyż (oraz autorze).

- Po pierwsze pieprzenie (pardą za mój klatchiański, ale trudno znaleźć na opisywaną czynność jakieś elegantsze określenie) dużo młodszych dziewczyn nie pomaga w rozwiązywaniu zagadki. Nie. Po prostu nie chce byś inaczej. Ja wiem, że to one chciały, pan się bronił, ale w końcu musiał ulec (ostatecznie okienko w Bingo się samo nie skreśli!), ale było to zupełnie zbędne i tak bardzo na siłę wciśnięte w wątek śledztwa, że oczy bolały patrzeć.

- Po drugie liczne zdania typu: "wszyscy gapili się na jej dupę. Ja też. Była zajebista" rujnują stylizowanie na Philipa Marlowe'a, które ktoś tu bardzo chciał osiągnąć, opisując z naciskiem trzydniowy zarost, podkrążone oczy i wymiętą stylówę oraz whisky w charakterze najlepszego przyjaciela gli... znaczy, detektywa.
 
- Po trzecie prowadzenie śledztwa metodą "To on! A, nie, to jednak nie on! To ona! Na pewno! Dlaczego? Bo tak! Albo nie ona! Powinienem powiedzieć policji, ale się na mnie zdenerwują... zresztą, to jednak nie ona. To raczej on, ale ten inny on, nie ten, co na początku. No i nie ten trzeci on, to już na pewno nie!" nie wyczerpuje znamion doskonale poprowadzonej intrygi ("To P.! On to przygotował! SMSy pojawiły się zaraz po naszej rozmowie""J. już nie żył. Byłem o tym przekonany niemal na sto procent." "E. nie jest mordercą. Wrażenie subiektywne, niczym nie poparte" - to są cytaty dotyczące trzech różnych osób, a w każdym wypadku objawienie pana detektywa jest z d... wziętym hołdem dla boga grafomanów oraz początkujących pisarzy, wielkiego Bo Tak)

Natomiast gdy trzeba użyć mocy logicznego myślenia nasz bohater się zawiesza i gubi oraz myli skutek z przyczyną ("Nikt nie będzie od pana wymagał działań sprzecznych z prawem". Pan prawnik mnie okłamał. Szczwany lis. Nie doceniłem go. Początek sprawy, a ja już zatajam dowód przed policją". - nie, geniuszu, fakt, że ty zataiłeś dowód przed policją nie oznacza, że prawnik cię okłamał, on tego od ciebie nie żądał, sam to zrobiłeś, z własnej nieprzymuszonej woli. "Trop, który mi podrzucił, wydawał się niewiele warty, ale trzeba go sprawdzić". - znaczy, chłopak wyśledził bezdomnego, którego podejrzewałeś cały czas, i to jest ten niewiele warty trop? "Nie zapytałem cię o najważniejszą rzecz. Jak on wyglądał?" - facet szuka podejrzanego, a gdy ktoś inny mu go znajduje zapomina zapytać, jak człowiek wyglądał. No nie mam więcej pytań normalnie).

- Po czwarte, czy ktoś mi może wytłumaczyć dlaczego policjanci w tej książce, gdy widzą kogoś niebezpiecznego celują mu w klatkę piersiową, a nie w nogi? Możliwe, że się mylę, w końcu nie robiłam researchu do pisania kryminału (i nie wykluczam, że nie ja jedna), ale widziałam w kinie, że policjanci zauważając, że obserwowany podejrzany sięga za pazuchę najpierw ostrzegawczo wrzeszczą, a nie bez uprzedzenia przesuwają po nim serią niczym Rambo po wrażych siłach Vietkongu, tak jak ci tutaj. Co za tym idzie, tutejsi policjanci zabijają ludzi na służbie cały czas (ludu Żywca! Zachowaj ostrożność w kontakcie z lokalnymi przedstawicielami organu wykonawczego władz państwowych i samorządowych!), chyba specjalnie po to, żeby pany detektywy mogły mieć traumę i leczyć ją za pomocą alkoholu i tabletek ketonalu popijanych ciepła colą.

- Po piąte, gdzie jest ten cięty język, którym mnie tak kuszono? Bo fakt, że bohater już nie tylko rozmawiając Szorstkim I Prostym W Obejściu Kumplem Gliniarzem, ale nawet mówiąc sam do siebie używa wulgaryzmów to trochę przymało. Poza tym mamy po prostu masę zdań bardzo krótkich - znaczy, co ja mówię, jakich zdań! - ...równoważników zdań, mających, być może, sugerować natłok myśli w bystrym, bardzo bystrym umyśle głównego bohatera ("
Nic z tego. Naukowy bełkot. Etymologia terminów, ludowe podania. Interpretacje etnograficzne. Typowa akademicka breja").

- Po szóste, nad wspaniałym językiem autora nikt się, na szczęście, nie unosił w żadnej reklamie, co w najmniejszym stopniu nie oznacza, że zdania  typu "gdybym się bardziej postarał, dziewczyna mogłaby żyć. Tak samo policja". "Nabrałem powietrza do ust" . "Galant (to nazwisko, przyp. moje) uśmiechał się spod przymrużonych powiek". "Moja potylica zaskowytała", jak również ortografy ("Na jego czole lśniły stróżki potu", "na daremno") powinny się znajdować w książce renomowanego wydawnictwa. No, chyba, że Agora zwolniła korektorów i redaktorów nie tylko z działu prasowego, ale w ogóle wszystkich.

- Po siódme finałowy monolog-spowiedź sprawcy ... serio???  Wygląda to tak, jakby autor nie wierzył, że czytelnik sam z siebie wszystko zrozumie i musiał mu wszystko wyłożyć metodą "siadamy w ciasnej, zamkniętej przestrzeni i sprawca mówi. Spowiada się. Opowiada. I tłumaczy wszystkie swoje motywy. Co do jednego. Ze szczegółami". Ja się nawet znęcać nad tym nie będę, ja tylko napiszę, że tak się po prostu nie robi.
 
 - Po ósme - chaos. Całość niestety psuje jeden wielki chaos. Myślę, że autor trochę stracił kontrolę nad swoją historią (np. - akcja rozgrywa się w ciągu kilku dni, co najmniej połowę tego czasu bohater jest chory, ma gorączkę, dreszcze, boli go głowa, łamie go w kościach, czuje się rozbity. No, chyba, że autor potrzebuje go do jakiegoś efektownego mordobicia. Wtedy bohater zmartwychwstaje, dokonuje Aktu Sprawiedliwości, nie przeszkadzają mu w tym ani wysoka gorączka, ani rozsadzający głowę ból. A kilka stron dalej ponownie smarka, excusez, w chusteczkę i przeszukuje gabinet w poszukiwaniu aspiryny, której całe pudełko zdążył pożreć w poprzednim rozdziale). Trudno jest  uwierzyć w powiązania pomiędzy kolejnymi wątkami, które mnożą się w iście zawrotnym tempie, oraz kolejnymi bohaterami, którzy wyskakują niczym króliki z kapelusza. Niektóre zwroty akcji były tak nieprawdopodobne, że zakłócały odbiór całości, niektóre nie chciały się skleić mimo podjętych prób raczej kulawego tłumaczenia, jak choćby ten - bohater idzie do klubu na koncert zespołu, w którym grał zaginiony Alan, w trakcie koncertu ktoś mu dosypuje czegoś do drinka. Bohater traci przytomność, ktoś go wyprowadza z klubu, ktoś pomaga dostać się do domu. Nazajutrz okazuje się, że barman, który dosypał jakieś świństwo do kufla naszego detektywa, zniknął. "Myśli pan, że chłopak zatrudnił się u nas na jeden dzień, żeby panu coś dosypać?" pyta przejęty szef baru, no i a jak! Pewnie, że Norbert, nasz z Columbo łamane przez Poirot, tak myśli! I to mimo faktu, że jeszcze w południe dnia poprzedniego nie miał pojęcia, że pójdzie na ten koncert, więc tajemniczy barman był przy okazji jasnowidzem. Próby wyjaśnienia tej... nieścisłości owszem, pojawiają się w książce, ale są tak naciągane, że bez trudu można by wystrzelić za ich pomocą całkiem spory obiekt na orbitę okołoziemską

Unikalnego poczucia humoru też nikt nie obiecywał, ale z kronikarskiego obowiązku donoszę, że parsknęłam pod nosem trzy razy. Za pierwszym razem w momencie, gdy Norbert analizował swoją drogę zawodową ("Powinienem zostać psychologiem. Dopiero teraz odkryłem własne predyspozycje". - i nie, to nie była ironia, on tak poważnie), za drugim przy "Żadne dziewczę z mazurskich slumsów nie będzie mnie dymać" - przyznam, ze mazurskie slumsy mnie pokonały - i raz, tym razem szczerze, przy "Myślałem, że jest bystrzejszy. Może jako śledczy nie zrobi kariery, ale dałby radę w prewencji. Ktoś musi rozganiać te wszystkie nielegalne zgromadzenia", tak więc Przypadkowość-Celowość 2:1.

Oprócz tego mamy głębokie rozważania o Obowiązkach Rodzicielskich ("Pomyślałem o Jessice. O tym, że będzie wychowywać się bez ojca. Kto ja ochroni przed niegodziwością tego świata?" - no, wiecznie zawiany facet, wulgarny i niestabilny, jak również wykonujący niebezpieczny zawód to idealna opcja, co może pójść nie tak?) oraz dowód na to, że pan detektyw nie zostając psychologiem faktycznie minął się z powołaniem ("Nie miałem wątpliwości, że panująca tu aura doprowadzała do szaleństwa. Do tej tezy pasował mi Alan ze swoim epizodem psychotycznym". - wszystkie osoby mieszkające w domach z widokiem na Jezioro Żywieckie powinny mieć się na baczności! Skoro Alan dostał od tego epizodu psychotycznego, kto z was jest bezpieczny?).

No i mamy obiecany wątek słowiański.

Mój ty borze zielony oraz smutku cichy.

Wątek słowiański pojawił się w "Strażniku jeziora", ponieważ słowiańskość ostatnio jest modna i można śmiało założyć, że jej użycie podbije sprzedaż. Mamy więc całe kilka definicji z Wikipedii, wymyślonego autora wymyślonej książeczki o duchowości Słowian, która budzi w jej czytelnikach chęć mordu

("- Istnieją ludzie, którzy nie potrafią odnaleźć się we współczesnym świecie. Powrót do korzeni, do świata, który wydaje się prostszy, a jednocześnie ma w sobie jakąś tajemnicę, może być dla nich początkiem czegoś wielkiego. Tylko trzeba wskazać im drogę. Należy do nich dotrzeć i ich zagospodarować. 
 Pomyślałem o Alanie. Zgodnie z tezą Trzcińskiego mógłby być mordercą". - dlaczego? Serio pytam. Z czego można to wywnioskować? Co w słowach Trzcińskiego - autora słowiańskiej książeczki - pozwala naszemu Norbertowi wydedukować, że Alan może być mordercą? Jakim cudem nasz wybitny detektyw dodał sobie dwa do pięciu tak, że wyszło mu szesnaście, więc hura, tak myślałem, więc tak być musi? Unosi się potem "Panie doktorze, czy nie dociera do pana, że napisał pan książkę, która pchnęła kogoś do zbrodni?!", a ja nie widzę związku, jakby cała ta rozmowa składała się z dowolnie zestawionych zdań)

i grafiki na profilach fejsbukowych ofiar, przedstawiające dziewczyny upozowane na słowiańskie demony, które to grafiki mają taki związek ze sprawą, że żaden, za to pomagają bohaterowi rozwiązać zagadkę, albowiem tak. Jeśli by ktoś, skuszony reklamą, chciał przeczytać "Strażnika jeziora" ze względu na obiecane wątki słowiańskie i świeże do nich podejście... cóż, niech się szykuje na spore rozczarowanie.

Zapewne nie wynika to z powyższej recenzji, ale to nie jest książka z serii "Czytam, żebyście wy nie musieli". Czyta się ją szybko, zagadka jest ciekawa, a język - pomimo kilku potknięć i nadużywania równoważników zdań - poprawny. Może nawet zerknę kiedyś, i bez przykrości, na część drugą, gdy ta już powstanie, żeby sprawdzić, czy Norbert dorósł, a autor wyrwał się z zaklętego kręgu klisz, zużytych szablonów, zgranych motywów i wysiłków, by stać się polskim Chandlerem.

Ale z szumnie obiecywanych w reklamie rzeczy dostałam tylko jezioro i naprawdę interesującą historię jego powstania.

Tak, jezioro było super.


niedziela, 5 maja 2024

"Cztery żywioły magii" Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz (z torturami w pakiecie)

UWAGA

Osoby zainteresowane wyłącznie recenzją, nie zaś Dramatycznym A Przydługim Wstępem, Jakże Charakterystycznym Dla Autorki Tego Bloga powinny spokojnie i beznamiętnie przescrollować tekst, bez żalu porzucając ideę nurzania się w mojej logorei, Recenzja Właściwa znajduje się pod drugim zdjęciem.


Było już kiedyś na tym blogu o torturach?

Nie?

No to dziś będzie. 

Zawsze wszak być musi ten pierwszy raz!

A więc (nie zaczynamy zdania od "więc" i MAM TO GDZIEŚ, JA TU O TORTURACH PISZĘ!!!) szła majówka, w Domu w Dziczy poczyniono plany na tę majówkę, obejmujące między innymi wyjazd na Mazury, zwłaszcza, że aura zaokienna miała się poprawić na tę bardziej dostosowana do panującej pory roku. Jest wyjazd, jest przedsprzedaż "Czterech żywiołów magii", słowem, są - poza wszystkimi innymi - także plany czytelnicze! Książkę zamówiłam, wydawnictwo obiecało, że dotrze w przedmajówkowy wtorek, dotarła, wygarnęłam ją z paczkomatu już w drodze ku Krainie Tysiąca Jezior, rozpakowałam, używając kłów i..., znaczy, rozpakowałam, strzeliłam stylową foteczkę na Instagrama...


... i precyzyjnie w chwili, gdy opuszczaliśmy granice Rodzinnego Grodu doświadczyłam nader niesympatycznego doznania.

Mianowicie poczułam, jakby ktoś wraził w moją lewą gałkę oczną, i to ze sporym rozmachem, widelec.

Wydałam z siebie okrzyk, samochód został zatrzymany, oko obejrzane, przemyte i zakroplone, co nie przyniosło ulgi w najmniejszym stopniu. Caluśkie cztery godziny podróży poświęciłam na intensywne mruganie ze łzawieniem i zastanawianie się, co się, do cholery, stać mogło, zaś rodzina podrzucała pomysły, coraz to bardziej twórcze. Może meszka mi wleciała? W zamkniętym samochodzie to może nie... ale może inny pyłek? Może klimatyzacja wysuszyła mi rogówkę na wiór i saharyjską glebę? Może użyłam jakichś wykwintnych środków upiększających? Figa, użyłam tego, czego używam od pół roku. Może alergia? Nigdy nie miałam alergii, no i w jednym oku???... ale cholera ją wie, może i alergia, tabletki przeciwalergiczne posiadałam, łyknęłam, gdyż co nas nie zabije, to nas wzmocni... 

Na Mazury dojechałam w charakterze półprzytomnej i chlipiącej kupki nieszczęścia, ślepej na jedno oko, za to śpiącej, bo w ten - i tylko w ten - sposób zadziałały na mnie leki przeciwalergiczne. Skutkiem czego o godzinie dwudziestej, zamiast w wir życia towarzyskiego, rzuciłam się w objęcia Morfeusza w nadziei, że jutro, gdy wstanę, wszystko wróci do normy.

Nadziei, jak sie okazało, całkowicie płonnej.

Nazajutrz do rozkosznego uczucia wbitego w sam środek gałki ocznej widelca doszła imponująca opuchlizna. Prognozy pogody okazały sie trafne, natura dawała czadu po całości, czego nijak podziwiać nie mogłam, bo aura na zewnątrz okazała się dla mojego oka zdecydowanie zbyt ekspansywna. Kolor zaś wspomnianego oka dostosował się do panującego święta mas pracujących miast i wsi.

A przypomnę, że miałam przecież KSIĄŻKĘ DO PRZECZYTANIA.

Nie będzie mi, zakrzyknęłam buntowniczo, jakieś oko bruździło w czytaniu!

Jakby co, to drugie mam! Drugie mi działa!

Pokrzepiona tą myślą siadłam na łóżku w najciemniejszym (a i tak zbyt jasnym jak na moje potrzeby) pokoju, otworzyłam książkę i zaczęłam:

"Majka Brzozowska biegła"...

Oko eksplodowało, wykonując coś silnie zbieżnego ze zrzutem wody na tamie we Włocławku. 

Nie będzie mi oko, powtórzyłam przez zaciśnięte zęby. Docisnęłam chusteczkę, otworzyłam to drugie oko i przeczytałam:

 "Majka Brzozowska biegła"...

Drugie oko mi się zamknęło, gdyż leki przeciwalergicznie działały niezawodnie usypiająco. O, nie, nie ma tak, drugie oko też mi nie będzie pluć w twarz ni dzieci mi oczyć!!! Otworzyłam więc oba, możliwe, że trochę na siłę, i ponownie przeczytałam:

"Majka Brzozowska biegła"...

A jednak może raczej "próbowałam przeczytać".  Próbowałam, lecz nie mogłam, albowiem okazało się, że przed chorym okiem mam mgłę i nie widzę nic na odległość... no, na żadną odległość, może trzymając książkę centymetr przed twarzą bym widziała, ale po co mi jeszcze zez do tego czegoś, co to nie wiem, czym jest?

A wokół jezior szum, ptaków śpiew, grilla woń, oraz "niestety, pani doktor nie ma, w końcu jest długi weekend, najbliższy dyżur okulistyczny jest w szpitalu, to tylko sto kilometrów stąd, pani powie, że jest przyjezdna, może panią przyjmą", powrót do Rodzinnego Grodu, wizyta na SOR (pozdrawiamy załogi SOR w toruńskich szpitalach, były mega i super, i życzymy wyłącznie spokojnych dyżurów do końca życia!), antybiotyk, którego nie dało się wykupić wcześniej niż w sobotę, gdyż "no nie mogła sobie pani gorzej wybrać, jest przecież długi weekend" i pogodna informacja "dno oka czyste, tęczówka prawidłowa, źrenica reaktywna, domniemywam zakażenie wirusowe, gdyby te kropelki nie pomogły, pani Anno, to piszę skierowanie na oddział na poniedziałek, ale raczej pani nie skorzysta, bo szybko pani ogarnęła sprawę i do nas trafiła", która to informacja pozostawiła mnie w stanie pewnej zawiechy, albowiem nie bardzo umiem sobie wyobrazić po dwóch dniach życia z widelcem w na pół oślepłym oku, łzawiącym tak, że chusteczka wieczorami nadawała się do wyżymania, że najwyraźniej są osoby nie ogarniające sprawy w tak imponującym tempie, jak ja.

Kropelki, w każdym razie, zdziałały cuda, wrażenie widelca w oku zniknęło już nazajutrz, mgła trwała w najlepsze, ale tylko, gdy patrzyłam na rzeczy odległe, czytana książka nie jest rzeczą odległą, więc została pochłonięta w półtora dnia, za to zaktualizowała mi się wizja piekła.

Do tej pory sądziłam, że piekło wygląda jak gigantyczne centrum handlowe w okresie gwiazdkowym, przez które to centrum przepychasz się z obłędem w oczach oraz wózkiem wypakowanym po sufit paczkami i paczuszkami, próbując jednocześnie ogarnąć parkę żwawych bliźniąt, lat trzy, a wokół napiernicza brokatem i optymistycznymi utworami świątecznymi, ubogaconymi hojnie obowiązkowymi dzwoneczkami i równie obowiązkową radosną atmosferą.

Teraz już wiem, że piekło to jest przepiękny, majowy dzień w domu z widokiem na pobłyskujące w słońcu (i wywołujące gwałtowne łzawienie) jezioro i książką, liczącą 343 strony (i naprawdę dużo zdań), a z której zdołałaś po dwóch dniach licznych a usilnych prób podjęcia lektury dowiedzieć się jedynie, że Majka Brzozowska biegła.


A teraz, gdy wszyscy Kochani Czytelnicy przebrnęli już przez ten długi (acz - z naciskiem to podkreślam, znacząco patrząc moim jednym zdrowym, i jednym zaledwie odrobinkę podpuchniętym okiem - niezbędny!) wstęp sprawdźmy może, czemu i dokąd biegła Majka Brzozowska :).


Majka Brzozowska jest wietrznicą. Włada wiatrem, jest panią powietrza. Jest też żoną człowieka i matką stuprocentowo ludzkiego dziecka, więc ukrywa swoją nieludzką naturę ile sił. Dlatego właśnie biega. Bieganie jest częścią rutyny. Jest ludzkie. Jak robienie zakupów, odbieranie synka ze żłobka, wyjazdy z rodziną na wycieczki. I sesje u psychologa Piotra Strzeleckiego. Specjalisty od problemów nienormatywnych mieszkańców Brzegu. Tymczasem przez miasto przeszła wichura, a Majka nie tylko ma wrażenie, że ma z nią coś wspólnego (chociaż to niemożliwe, nieprawdopodobne, przecież jej tu wtedy nie było!), ale i jest przekonana, że ktoś ją śledzi. Czy popada w paranoję?

...

Kiedy lokalny ryneczek zostaje poddany rewitalizacji w jedynym i niepowtarzalnym, jakże polskim stylu pt. "wycinamy do korzeni, okładamy kosteczką, na środku całości dajemy Niezrozumiany Przez Nikogo A Intensywnie Betonowy Wyraz Artystycznej Jaźni Autora, w spokojnej dzielnicy pojawiają się groźne, pradawne siły. Znane czytelnikom z "Czterech pór magii" Filomena, Kira i Tomira zwierają szyki, żeby przywrócić ład i uchronić mieszkańców miasta przed niebezpieczeństwem. A mają poza własnymi, niewątpliwymi i starożytnymi mocami wsparcie ciut nieoczywiste w postaci rozgogolonego żigolaka, który jest zupełnie nie tym, kim wydaje się być.

...

W Krakowie dochodzi do serii podpaleń. Helena, ogniowa czarownica pracująca w straży pożarnej, zazwyczaj radzi sobie z ogniem naprawdę dobrze. Płomienie ją kochają, ona kocha płomienie. Ale ten Ogień zdaje się dziwnie obcy, oporny, nienawistny. Nasycony potężną, pełną wściekłości magią. Helena szybko wiąże podpalenia z przypadkami sprzed lat. Ale jaki sposób się łączą? I co mają wspólnego z samą Hel?

...

Wyspa na Bałtyku, tajemnica, morskie legendy, magia, nieoczekiwanie odnaleziona, a całe dotychczasowe życie nieznana ciocia… Dla Mary, wychowywanej po śmierci ojca w małej podczęstochowskiej miejscowości, a zawsze tęskniącej za morzem, mogłyby to być wymarzone wakacje, gdyby nie jeden szczegół – musi odnaleźć szczątki swojego ojca, i musi to zrobić szybko, inaczej ten nigdy nie zazna życia wiecznego.


Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz powracają z kolejnym tomem czterech opowiadań.

Bazą pod opowiadania pierwszego tomu były cztery pory roku.

Tym razem są to cztery żywioły.

A ja pozostając, - o czym pisałam w swojej recenzji "Czterech pór magii" - czytelniczką nie lubiącą opowiadań wiedziałam, że dla tych czterech autorek zrobię wyjątek.

I aż trudno nawet mi, psychofance, w to uwierzyć, ale ten tom podobał mi się bardziej, niż poprzedni. Znów (oczywiście) mamy cztery autorki i cztery opowiadania. Za to uniwersa mamy... eee... dwa? I pół?... jeśli uznać za trzymanie się w granicach uniwersum doskonałego ognistego opowiadania Magdaleny Kubasiewicz (to na pewno jest Polania, i pojawiają się w nim polańscy czarodzieje, więc...), a za połówkę ziemskie opowiadanie Marty Kisiel, którego bohaterki jak dotąd pojawiły się tylko w obu zbiorach (i bardzo temu przyklaskuję, bardzo! Jak już Autorki popełnia jeszcze kilka takich zbiorów, a mamy przecież tyle czwórek do wyboru, w naturze i nie tylko, Czterech Jeźdźców Apokalipsy, Czterech Ewangelistów, cztery święte miasta islamu, cztery domy Hogwartu, cztery cnoty kardynalne - totalnie widzę Filomenę et consortes jako bohaterki opowiadania o roztropności, albo Sabinkę o umiarkowaniu, no totalnie :D - to Ałtorka będzie je mogla zebrać w jakiś poręczny tomik, taką mam koncepcję!)...

Ten tom również, zupełnie jak poprzedni, jest jak wizyta u dobrych znajomych, ludzi i nieludzi, których zdążyło się nieźle poznać i polubić. Albo i u osób, których się nie zna, ale chce poznać. Choćby tylko w zbyt krótkiej formie opowiadania, której z powodu tej właśnie krótkości nie lubię. Nadal można się w czasie lektury dobrze bawić, ale przecież nie tylko. Wszystkie opowiadania, nawet te najlżej i najdowcipniej napisane, mają w sobie ukryty - mniej lub bardziej - rys dramatyczny. Niektóre po prostu SĄ dramatem (i nieistotne, zawierają czy nie zawierają duże ilości Sabinki). Nie umiem wybrać najlepszego. Wcześniej, przed czytaniem, zakładałam, że to będzie Woda, bo po prostu kocham morze. Potem, że Ziemia - no bo to ja, osoba spod Byka, kochająca babrać się w ogródku bez rękawiczek, bo muszę czuć glebę pod gołą ręką, osoba, która pytana przez Dziatwę, jakim żywiołem chciałabym władać zawsze bez cienia wahania i bez sekundy namysłu odpowiada "ziemią". Ognia nie obstawiałam w ogóle, a tymczasem opowiadanie mnie zachwyciło, dramatyczne, z pazurem, z nieoczywistym zakończeniem, trochę gorzkim, trochę budzącym dreszcz. No i Powietrze, kolejny pełnoobjawowy dramat, kolejna rzecz bez oczywistego happy endu, kolejna, która zostawia człowieka z pytaniami i posmakiem goryczy na języku. A NIE WYGLĄDA na pierwszy rzut oka - no i to czyni je jeszcze lepszym.

I - ponownie - okładka!!! Fantastyczna, przepiękna, rzecz dla srok okładkowych, ale i dla czytelników ze skłonnościami do pogłębionej analizy, bo tam każdy detal ma znaczenie. Grafiki Agaty Wawryniuk  są absolutnie niesamowite, każdy szczegół to nawiązania do tekstów i można się dodatkowo bawić, znajdując je.

Jest rzeczą... no, cóż, głupią pisać, że "ja chcę jeszcze!!!" w recenzji książki, której jeszcze nie ma w księgarniach :D, więc tego nie napiszę.

Napiszę tylko, że LICZĘ (Za rok. Dwa. W przyszłości. Kiedyś tam) na jeszcze. Czy to będą jeźdźcy Apokalipsy, czy czwórka żółwi Ninja, biorę w ciemno.

Mowa w końcu o autorkach, które nauczyły mnie czytać opowiadania.

A to naprawdę sztuka jest!

niedziela, 28 kwietnia 2024

"Słodkich snów. Wszyscy macie źle w głowach, tom 4" Martyna Pawłowska-Dymek

Zabierając się za lekturę każdego kolejnego tomu serii "Wszyscy mamy źle w głowach" odkrywam, że, o rany, ja się naprawdę stęskniłam za bohaterami! Są to bohaterowie nastoletni i kompletnie nic mnie w sumie nie powinno z nimi łączyć (jestem wszak raczej modelem na Matkę Nastoletniego Bohatera Powieści niż na Bohaterkę Powieści), a tu proszę! Cóż za zaskoczenie :).

Cóż za miłe zaskoczenie!

(Chociaż, co będę ściemniać, na etapie tomu czwartego nie jest to aż takie zaskoczenie, jak można by przypuszczać :)).
 

 

Z olbrzymią przyjemnością wróciłam do klasy II B krakowskiego liceum, i z nie mniejszą przyjemnością towarzyszyłam młodym bohaterom w ich zmaganiach - z życiem, ze szkołą, ze sobą, z młodzieńczymi rozterkami, pierwszymi uczuciami i rozczarowaniami... Jak dobrze było znowu się z nimi spotkać, poznać ich kolejne sekrety i być świadkiem licznych - czasem zaskakujących, czasem kompletnie nieoczekiwanych - zmian i często trudnych decyzji.

Jakkolwiek wspólna historia Kaśki i Jakuba nabiera tempa, nie tylko oni w tej części zasługują na uwagę. Niezmiennie za olbrzymią zaletę serii uznaję to, że każdy z bohaterów (a jest ich sporo! I ciągle zdarza mi się pomylić Juliana z Filipem...) ma coś do pokazania, ma swoją historię do opowiedzenia i swój problem do przemyślenia.

Wydaje mi się, że w tym tomie dzieje się najwięcej, chwilami akcja pędzi na łeb, na szyję, wykreowane przez autorkę obrazy po prostu migają przed oczami... Pojawia się sporo nowych wątków, zostaje postawione kilka nowych pytań, niektóre sytuacji się wyjaśniają, niektóre komplikują jeszcze bardziej, zaś nastoletni bohaterowie muszą zmierzyć się z czasem zupełnie nie nastoletnimi  problemami. A radzą sobie z nimi na swój sposób, mniej lub bardziej skutecznie - czasem dobrze, czasem tak sobie, a czasem nie radzą sobie wcale. A czasem radzą sobie tak źle, że czytelnik ma ochotę na przemian łapać się za głowę i chwytać młodego bohatera za ramiona, żeby nim mocno potrząsnąć. W końcu przecież ci bohaterowie to dzieciaki (choć czasem zachowują się niebywale dojrzale), nastolatki, które nie zawsze mają narzędzia dla rozwiązania swoich problemów, i które nie zawsze mają wsparcie od dorosłych.

Po lekturze czwartego tomu mogę to powiedzieć już na pewno - to jest moja ulubiona seria powieści o młodzieży. Nieistotne, czy i do jakiego stopnia jestem targetem. Im dłużej ją czytam, tym bardziej się o tym przekonuję. A już czwarty tom - w którym po trzech częściach, w których akcja rozwijała się stopniowo, i stopniowo narastało napięcie, wszystko musiało eksplodować i w relacji między Kaśką i Różą, i Kaśką i Jakubem, i Adamem... i co prawda niby eksplodowało, niby gruchnęło, niby sporo zostało wyjaśnione, a atmosfera oczyszczona, ale już widać, że kolejne problemy zbierają się i narastają, aż wszystko dygocze wewnętrznie - to jest naprawdę świetny tom. I chociaż części bohaterów został w jego finale podarowany happy end, kobieca intuicja mówi mi, że to taka cisza przed burzą.

Ja tam żadna wyrocznia i żadna znawczyni, ale napiszę to i tak - moim zdaniem w polskiej literaturze ostatnich lat są dwa naprawdę doskonałe przedstawienia bardzo realistycznych, a przy tym... zwykłych (w najlepszym tego słowa znaczeniu) licealistów, o których dorosłym świetnie się czyta, a z którymi młodzież może się zidentyfikować lub chociaż ich zrozumieć - i to jest jedno z nich.

Nadal - jak w moich poprzednich recenzjach - podkreślam z mocą, że ten cykl bezwzględnie wymaga czytania w kolejności.

I nadal podkreślam z mocą, że wart jest czytania.

Mam taki plan, że jak już będę miała całość serii i będą wakacje, to siądę sobie pod drzewkiem w ogrodzie i przeczytam całość. Od deski do deski. Bez przerw.

Tak, tak właśnie zrobię.

niedziela, 21 kwietnia 2024

"Czarny manuskrypt" Krzyszof Bochus

Marienwerde, czyli dzisiejszy Kwidzyn, lata 30-te XX wieku. Na dzwonnicy katedry zostaje znalezione ciało brutalnie zamordowanego księdza tutejszej parafii. Dlaczego? Co uczynił nieszczęsny kapłan, by zasłużyć na tak straszliwą śmierć? Czy morderca czuł się karzącą ręką sprawiedliwości, która chciała wymierzyć sprawiedliwość za niemoralne prowadzenie się? Czy zbrodni dokonał mąż, niepewny wierności małżonki, którą z kapłanem łączyła stugębna plotka? A może chodziło o coś zupełnie innego? Christian Abell, młody radca kryminalny, karnie przeniesiony do Marienwreder (z którego zresztą pochodzi) z Wolnego Miasta Gdańska, musi rozwikłać zagadkę okrutnej zbrodni, i to nie jednej, bowiem wkrótce zamordowany - w równie bestialski sposób - zostaje drugi kapłan z tej samej parafii. Brutalne zabójstwa księży to nie wszystko, z czym musi poradzić sobie nasz bohater - poza tym musi jakoś okiełznać uczucia, do tej pory, zdałoby się, uśpione, które jednak powrót w rodzinne strony obudził, zmierzyć się z rosnącymi w siłę nacjonalistami, przeżyć zamachy na swoje życie, no i nie narazić się za mocno nie przepadającemu za nim przełożonemu. 

Niewątpliwie największą zaletą debiutanckiej powieści Krzysztofa Bochusa jest umiejscowienie fabuły i sam na nią pomysł. Niemiecki Kwidzyn przed wojną, z rozpędzającym się nazizmem w tle... no, to się czyta! Autor jest rodowitym kwidzynianinem, a przy tym publicystą zafascynowanym, jak mniemam,  historią i tajemnicami Pomorza. Widać, że dobrze zna temat i autentycznie się nim interesuje, dzięki czemu retro klimat i scenografia, na tle której rozgrywa się akcja podkreślają ogromny potencjał opowieści, tym bardziej, że pióro autora jest sprawne, co czyni rzecz lekką w czytaniu. Prusy Wschodnie, rosnące uwielbienie dla Adolfa Hitlera, podskórne, jeszcze głównie intuicyjnie wyczuwane obawy wobec przyszłości, gęstniejąca atmosfera niepokoju, doskonale podkreślana przez umiejętnie oddany klimat tamtych sierpniowych dni (czytelnik aż czuje letni skwar, duchotę i parne powietrze - i wilgoć i stęchliznę w katedralnych podziemiach, napierające na człowieka mury, woń starych cegieł i butwiejącego drewna), plus chwilowo zawoalowane konflikty na tle narodowościowym, rosnąca i coraz śmielej wyrażana na głos niechęć wobec mieszkających w mieście Polaków i Żydów, rzutująca nie tylko na codzienne życie mniejszości narodowych w Marienwerde, ale i na nastawienie policji wobec przestępstw z ich udziałem, czy to w roli sprawcy czy ofiary...
 
Ponadto, ponieważ działania Christiana Abella koncentrują się na rozwiązaniu zagadki morderstw księży powiązanych z Katedrą Świętego Jana Ewangelisty w Kwidzynie i zamkiem w Malborku, mamy tu i oprowadzanie po sakralnych budowlach, i zaglądanie do zakurzonych bibliotek, i sekretne cele, i tajemne przejścia, podziemne krypty i korytarze, i nastrój tajemnicy, grozy i (momentami) nieco chłopięcej przygody. Plus nawiązania do historycznych faktów, postaci i zdarzeń, oraz całkiem ciekawe odwołania do sztuki i przemycane do powieści nader liczne  ciekawostki. Fragmenty opisujące historię zakonu krzyżackiego i malborskiego zamku czyta się z dużym zainteresowaniem....
 
...no i tu zaczyna się "ale". I to nie jest, o, nie jest jedno "ale', to jest  taka seria "ale", że gdybym sobie je ustawiła jedno za drugim, to bym sobie mogła z nich zrobić tor do biegu przez płotki.

Po pierwsze "ale" - duże zainteresowanie, z jakim czyta się historyczne wstawki nie oznacza, że nie mogłoby ich być... trochę mniej. A jest tyle, że w pewnym momencie zaczyna ich być za dużo nawet dla mnie, czyli osoby, która jest historią zazwyczaj żywo zainteresowana. Dla kogoś, kto po prostu chce przeczytać kryminał może to być ilość przytłaczająca, zwłaszcza, że nie zawsze mają one związek z treścią powieści, a jeśli mają to i tak można by je nieco ograniczyć (podawanie szczegółowego życiorysu błogosławionej Doroty z Mątowów na przykład nie wydaje mi się, wyznam, niezbędne, a to tylko jeden przykład z wielu). Trochę widzę w tym syndrom debiutanta, który odczuwa nieodparta potrzebę, by w swym pierwszym dziele umieścić wszystko, co wie, bo nie wiadomo, czy będzie miał szansę wypowiedzieć się w dziele drugim.



Po drugie "ale" - Christiana Abella, głównego bohatera cyklu można określić jednym słowem - rozczarowanie. Duże rozczarowanie. Abell jest dokładnie takim, jakiego można się spodziewać - przystojny, enigmatyczny, postawny, atrakcyjny, małomówny, z obowiązkową tajemnicą, a przy tym hardy i niezłomny, błyskotliwy, inteligentny i świetny w tym, co robi. Dopisuje mu wiele szczęścia, jego hipotezy w sprawach kryminalnych są karkołomne, ale okazują się słuszne. Słowem, klasyka. Problem w tym, że poza odautorskim opisem nic nie świadczy o tym, że Abell rzeczywiście taki jest. W moim odbiorze Christian Abell jest beznadziejnie nijaki i zwyczajnie mnie nie przekonuje, ta postać jest płaska jak kartonowa figura, bez już nawet nie charyzmy, ale jakiegoś charakteru, nudny w swej typowości. Błyskotliwym detektywem też do końca nie jest (bardzo mi przykro, panie autorze, ale młody i zdrowy na ciele śledczy, który - usiłując wydobyć ze starego sarkofagu dowód - uchetuje się przy tym niby górnik na przodku, po czym gładko przełyka informację, że dowód ten ukrył w sarkofagu siwowłosy starzec NIE JEST błyskotliwy). Jego często całkowicie nieracjonalne  koncepcje, które oczywiście okazują się słuszne, są wzięte z powietrza (a w każdym razie na takie wyglądają, bo proces dedukcyjny jest opisywany zdawkowo albo w ogóle pomijany). Olśnienia w rodzaju: "starannie sprawdził cały pokój (opisane w szczegółach na piętnastu stronach), opukał meble i zerwał nawet kilka desek z podłogi, nic nie znalazł i już wychodził zrezygnowany, gdy nagle go olśniło - zegar/półka na książki/dagerotyp babuni!!!" zdarzyły się w powieści co najmniej trzy razy. Opisy typu "siedział i myślał", po czym wymyśla coś dziwacznego nie wiadomo skąd wziętego i na czym opartego - nawet więcej. O tym, że praktycznie zapomina o drugiej ofierze, skupiając się wyłącznie na pierwszym morderstwie nawet nie wspomnę (zwłaszcza, że to jest po prostu błędem autora :)). Plus obowiązkowe napomknienia o mrocznej tajemnicy i jakichś nieokreślonych problemach z przeszłości, do których nawiązywał opis na okładce książki, a o których nie dowiadujemy się praktycznie niczego. Być może jest to haczyk, sprytnie zarzucony, by doholować czytelnika do części drugiej.

Haczyk, na który raczej się nie złapię.

I tu przechodzimy do "ale" tak znaczącego, że gdybym je na tym moim torze do biegu postawiła nie dałabym rady go przeskoczyć, tylko rymnęłabym na dziób jak długa; do "ALE" pisanego drukowanymi literami, a nawet pogrubionego, o, do takiego właśnie "ALE".

Wydawnictwo promowało tę książkę jako kryminał noir i rzeczywiście, pojawiają się tu obrazy dzielnic biedy, spelun czy burdeli, dość realistyczny, niekiedy brutalny i dosadny opis ówczesnej rzeczywistości.

A to, co się nad tym opisem unosi i czym, niestety, przede wszystkim charakteryzuje się ta powieść, to dojmujący, odrażający, plugawy już nie "maczyzm", ale "samczyzm". Bohater główny, enigmatyczny i ponadprzeciętny, jest samcem alfa, otoczonym takimi trochę mniej alfiastymi samcami alfa, samcami, którzy chcą być samcami alfa, samcami beta, zwykłymi samcami oraz jednym homoseksualistą (którego nasz samiec alfa identyfikuje "po specyficznych ruchach"). W tle, na dalszym, baaaaardzo dalszym planie mamy świętej pamięci mamusię bohatera, kobietę wielu cnót, świętej pamięci babunię bohatera, kobietę wielu cnót, dwie niewidzialne gospodynie, rzetelnie i w milczeniu wykonujące swoją pracę, w tym gospodynię bohatera, czystą, pracowitą i zapewne wielu cnót...
 
... oraz przedmioty służące do kopulacji, obdarzone wydatnymi ustami i bujnymi pośladkami, oceniane wyłącznie jako obiekty seksualne, czasem zwane kobietami, ale znacznie częściej dziwkami, po piętnastym razie przestałam liczyć, ile razy w książce padło to słowo. Omawiane dzieło jest przykładem dość charakterystycznej tendencji dla pisarstwa niektórych (na szczęście) polskich autorów literatury rozrywkowej płci męskiej, w których kobiety są albo aniołami, albo dziwkami, a jeśli są w wieku nie...reprodukcyjnym - wrednymi sukami, to zaś czym nigdy  nie są to wielowymiarowymi (tu - nawet nie dwuwymiarowymi), wiarygodnymi postaciami. 
 
W tym dość krótkim utworze na zupełnie inny temat mamy na przykład  nieskrywaną pogardę wobec prostytutek ("Tak, oczywiście, Brigitte, nikt nie kurwi się przecież za darmo, musi być jakiś powód" - może na przykład taki, że Brigitte ma na utrzymaniu małą córeczkę, panie Radco-Erudycja-I-Klasa-Sikają-Mi-Uszami-Adell? Da jej pan pracę? Zapewni utrzymanie? Nie? To spadziara, bejbe, idź pan być moralnie nieskazitelny gdzie indziej! "Co bardziej ceniące sie prostytutki, poszukujące klientów. okupowały stoliki przy barze, bacznie wypatrując mężczyzn skłonnych zamówić im piwo i bratwurst, co potem musiały odpracować w jakiejś bramie na Podzamczu").

Mamy bohatera drugoplanowego, któremu narrator nagle oddaje głos, w sumie zupełnie nie wiadomo, po co, no bo przecież tekst: "Zawsze brał ja najpierw od tyłu (...) Polubił to entree w Namibii. Co wieczór wybierał młode Murzynki, a potem słuchał jak jęki i krzyki tych deflorowanych zwierzątek giną w odgłosach i nocnych szeptach sawanny"  NIC NIE WNOSI DO TREŚCI UTWORU. Oczywiście poza pochylaniem się nad REALIAMI, wszystko dla REALIÓW,  TAKIE BYŁY REALIA, inaczej NIE BYŁYBY WIARYGODNIE!!! He, he, he... tjaaa, jasne, ależ oczywiście, wszystko dla staranności historycznej, prawda?  Tylko ciekawam wielce, dlaczego z takich akurat realiów autor z taką skrupulatnością buduje świat przedstawiony, dlaczego nie poświęca ani słowa wyzyskowi nieletnich, wysokiej umieralności dzieci, fatalnym warunkom sanitarnym i szerzącej się w miastach biedzie, prowadzącej do prostytucji, która najbiedniejszym kobietom umożliwiała ugotowanie ciepłego posiłku raz na kilka dni (te pogardliwie opisywane prostytutki, które musiały "odpracować piwo i bratwurst w bramie na Podzamczu" oddawały się dosłownie ZA MISKĘ ZUPY, ale po co się chwilę zastanowić, czy to na pewno prostytucja stanowi tu problem, skoro można napisać obelżywie o dziwkach, i pozastanawiać się co potrafią zrobić tymi ustami, opisywanymi jak usta gumowych lalek z sexshopów, co nie, panie autor?), żebractwu, włóczęgostwu, brakowi dostępu do lekarzy, o pokuszenie się o głębszy rys psychologiczny swoich postaci, pluralizm poglądów czy choćby niezgodę głównego POZYTYWNEGO bohatera na niektóre posunięcia  nawet nie wspomnę. I nie, nie wymagam od kryminału pochylania się nad problemami społecznymi w dwudziestoleciu międzywojennym, ale skoro już autor postanowił się pochylać to wolałabym, by nie był w tej kwestii tak żałośnie monotematyczny.

Mamy wątek romansowy poprowadzony nie dość, że wulgarnie i prostacko, to jeszcze - ZNOWU - kompletnie niczego nie wnoszący do rozwoju akcji - Christian snuje się po Kwidzyniu śladami byłej ukochanej i wspomina swoją pierwszą miłość, i już wtedy mi powinno migać czerwone światełko, bowiem nasz pan radca w swych wspomnieniach skupia się na wizji wydatnych pośladków bogdanki, no ale kto z nas, myśląc o pierwszej nastoletniej miłości nie myśli przede wszystkim o jej/jego gołej d... niech pierwszy rzuci kamieniem, c'nie. Ogólnie autor sugeruje, że pan radca ma związaną z tą miłością jakąś traumę, sam Adell zastanawia się, czy "ona pamięta tę jedną chwilę, gdy na mnie spojrzała?", po czym okazuje się, że to "spojrzenie" to była akcja z dojściem do drugiej bazy, zaś trauma bohatera związana jest z faktem, że nie udało się dotrzeć do trzeciej. A gdy mu się wreszcie po tych wszystkich latach udaje zachowuje się jak klasyczny nastolatek, który dostał dowód miłości, więc nagle odkrywa, że nie wie, co robić i jak się zachować, w końcu zaliczył, więc czego ta laska jeszcze od niego chce, niech już sobie idzie.
 
Mamy scenę seksu małżeńskiego, obleśną, niesmaczną i brudną, zbędną od pierwszej litery do ostatniej kropki, i - ponownie - nie wnoszącą nic do akcji kryminalnej ani do rysunku postaci.
 
No i mamy wątek, za który w moim osobistym odbiorze należy się autorowi...  no, duża nieprzyjemność mu się należy. Ten wątek to nie spoiler, bo spoiler to coś, co ujawnia jakiś ważny zwrot akcji, a tu można rzecz - no zdziwko stulecia normalnie - wywalić po całości, nie wnosi bowiem (wiem, powtarzam się) do treści NIC, ale gdyby ktoś chciał sobie sam sprawdzić za pomocą lektury całego utworu, czy nie przesadzam w jojczeniu, to odgrodzę rzecz takimi gwiazdeczkami, można przeskoczyć i nie czytać.
 
 
*
*
*
*
*
*
 

O zabicie pierwszego księdza podejrzany jest mąż damy, którą o romans z kapłanem podejrzewali miejscowi plotkarze. Mąż jest naczelnikiem poczty, Abell jedzie przesłuchać i jego, i żonę, żona jest kobietą urodziwą i dysponującą (oczywiście) wybujałym biustem, w który nasz radca się mimowolnie wpatruje, na co dama reaguje rozbawieniem, i nawet sobie pomyślałam, oho, nasz radca , taki nieskazitelny, taki ąę, dostanie po nosie, no, ale wtedy jeszcze miałam złudzenia co do autora. Tymczasem i radca, i jego wachmistrz, niejaki Kukulka, osoba dość prosta i surowa, ale przedstawiona jako raczej pozytywna, rozpoznają w przesłuchiwanej kobiecie byłą prostytutkę. Kukulka kiedyś zapłacił za noc z nią, jednak do stosunku nie doszło, co prawda nie z winy kobiety, tylko pijanego buca, który wdarł się do pokoju i ją pobił. No ale towar macany należy do macanta, nieprawdaż, nasz pozytywny bohater zapłacił i nie dostał, więc sobie teraz odbierze. A wszystko za zgodą szefa i na pełnym luzie, no bo przecież, hehehe, czyż można zgwałcić prostytutkę?
 
I mamy scenę, gdy w mieszkanku nad pocztą pan wachmistrz odbiera, co jego, na poczcie mąż obsztorcowuje jakiegoś pracownika, a na ulicy stoi nasz wyrafinowany, oczytany i głęboko kulturalny pan radca Abell, przypatrujący się temu, co się dzieje na parapecie za firanką, i nie ma ani słowa autorskiego komentarza, że to, co się dzieje, jest złe na jakimkolwiek poziomie. Pan wachmistrz potem ogląda swoje dłonie "podrapane po namiętnych zapasach z panią naczelnikową" i ja chętnie wyjaśnię panu autorowi, jak nazywają się namiętne zapasy, po których mężczyzna ma zadrapania na dłoniach - one się nazywają gwałt, i gdy myślę o tej nieszczęsnej kobiecie, której udało się uciec, skończyć z dawnym życiem - co nie jest łatwe nigdy, a wtedy zakrawało na cud - wyjść za mąż, zostać szanowaną członkinią społeczeństwa, a potem zjawia się taki skur...czybyk, żeby zburzyć jej kruchy spokój i pokazać jej, kto tu rządzi, szmato, a wszystko przy aprobacie drugiego skur...czybyka, cacanego wykwintnisia i wielbiciela sztuki, to mi się ze współczucia (pan sobie guglnie, co to słowo znaczy, panie autor) serce ściska, a chęć, by ta nieprzyjemność, która powinna spotkać autora to był potężny kop w tę część męskiej anatomii, którą sobie ceni tak wysoko, dramatycznie rośnie. To już Eberhardt Mock, o Zydze Maciejewskim nie wspominając, opisywani jako pozbawieni skrupułów i brutalni, są bardziej ludzcy niż ten goguś pozwalający zgwałcić człowieka w imię jakiejś chorej "sprawiedliwości" (a dodać należy, że romans pani naczelnikowej i księdza nie został udowodniony, na czas obu zbrodni małżeństwo miało  żelazne alibi, no, ale pan wachmistrz plunął suce w twarz: "Na pewno mu dawałaś i innym też, bo lubisz dawać, zdziro", więc spoko, romans można uznać za udowodniony).

*
*
*
*
*
*
 
Wszystkie, WSZYSTKIE bez wyjątku sceny ekhm, erotyczne, wszystko, co powyżej wymieniłam (i parę rzeczy, których nie wymieniłam też) mogą (i moim zdaniem powinny, ale nie będę się upierać, w końcu innym się może podobały albo chociaż im nie przeszkadzały) wylecieć z książki bez żadnej szkody dla treści właściwej. Postaci kobiece ograniczyłabym do gosposi księdza i pana radcy, przynajmniej byłyby wiarygodne, bo, niestety, niestety, ale przemowa głównej heroiny: "Jestem także człowiekiem, Christianie! Mam duszę! Mam uczucia!" nie brzmi tak autentycznie, jak mogłaby brzmieć, gdyby w powieści pojawiła się chociaż jedna kobieta stanowiąca coś innego niż, proszę mi wybaczyć dosadność,  wieszak na wielki biust z dziurą w miejscu strategicznym.
 
I to wszystko, co powyżej, sprawia, że ocena tej książki jest dla mnie tak trudna.

Z jednej strony interesujący koncept, zręczne pióro autora, nieco zbytnich wygibasów w wymyślaniu intrygi, przyznaję, ale rzecz ciekawa z wartością dodaną w postaci historycznych ciekawostek.

Z drugiej - nie wiem, co by mnie mogło skłonić, żebym teraz zabrała się za lekturę kolejnej części. Pewnie się kiedyś zabiorę. Jak miną mi mdłości na wspomnienie tej, czyli nieprędko.

W sumie chyba zachęcam, żeby każdy przekonał się sam, czy nie przesadzam i się dramatycznie nie mylę.

Ja w każdym razie ostrzegałam.



PS. Krzysztof Bochus zadedykował tę powieść swoim wnukom, wnioskując ze zdjęcia i daty urodzenia autora - małym dzieciom. Przyznam, że mam szczerą nadzieję, że rodzice tych dzieci ukryją książkę dziadzia na najwyższej półce w najciemniejszym kącie strychu. Ja bym ukryła.