poniedziałek, 20 maja 2024

"Mała draka w fińskiej dzielnicy" Marta Kisiel

Oto Mieczysława Żmijan, zwana Sławą. Sława lat temu parę opuściła Stare Deszczno, miasteczko, w którym się wychowywała, by wziąć się za bary z dorosłością i udowodnić - przede wszystkim sobie, ale swojej babci trochę też - że potrafi to zrobić. A teraz uświadamia sobie, że życie ją trochę (no dobrze - bardzo trochę) przerosło, dorosłość ją odrobineczkę zawiodła i okazuje się właśnie, że nie pozostawia jej wyboru - albo zamieszka pod najbliższym mostem albo wróci do rodzinnego miasteczka, do domu i do babci. To trochę źle, bo oznacza, że nie poradziła sobie, nie umie w dorosłość, że zawiodła. Ale i trochę dobrze, bo dom to, wiadomo, dom, to znane na wyrywki kąty, to przyjaciele z dzieciństwa, którzy znają człowieka jak nikt na świecie i babcia, no a jak babcia, to i ciepełko, i domowy rosołek, herbatka z miodkiem, jedyna w swoim rodzaju domowa atmosfera i magia. 

A jak tych babć jest kilka - bo to i własna, i te przyszywane!!! No, wtedy wiadomo, rosołku, bigosiku, klusek śląskich, dawanych z dobrego serca rad, szorstkiej czułości... wszystkiego tego jest więcej.

I magii. Magii też jest więcej.

W samym środku lata w sielskim miasteczku, w którym nie ma niczego interesującego, oprócz kopca niewiadomego pochodzenia oraz zabytkowej stodoły, w której największy podziw budzi fakt, że ta w ogóle jeszcze stoi, niespodziewanie wyrasta mała draka nie z tego świata, a pytania mnożą się jedno za drugim. Dlaczego fińskie domki są fińskie? Dlaczego w Starym Deszcznie nie ma ani jednego dyskontu? Skąd wzięły się szczuropodobne włochate malutkie kiwi grasujące na ulicach miasteczka, drapieżne i zębate? I jedna wielka, tajemnicza istota, zjawiająca się wraz z zorzą polarną? Dlaczego wszystko tu się układa? Dlaczego gdzie indziej się nie układa? A przede wszystkim – jakie tajemnice skrywają przed światem na oko nieszkodliwe i znane swym wnuczętom od urodzenia babcie z fińskiej dzielnicy?

Sława i jej przyjaciele muszą jak najszybciej znaleźć na te pytania odpowiedzi, bo pewne sekrety mogą kogoś kosztować życie.

Znowu.

Czyli krótko mówiąc - jest maj, jest kolejna premiera powieści Marty Kisiel (robi się z tego przyjemna tradycja - maj równa się premiera, przyklaskuję jej i wspieram duchowo z całego serca!), tym razem pod malowniczym tytułem "Mała draka w fińskiej dzielnicy", którą to książkę przeczytałam za szybko, co jest zresztą również tradycją, moją osobistą. Ściągam na Legimi, zamawiam w przedsprzedaży, czytam za szybko dławiąc się słowami niczym rzadkim przysmakiem, który się łapczywie pochłania, a potem czytam drugi raz, wolniej, ciesząc się dobrem literatury i dźwięczną frazą, i próbując oswoić zmagania głównych bohaterów samych ze sobą, z ich najbliższymi i z wszechświatem, i poukładać je sobie w głowie.

A potem piszę z tego oswajania i układania recenzję, albo jej nie piszę (mam kilka zaległych do napisania, a to, że się nie pojawiły nie oznacza, że książki zostawiły mnie obojętną, tylko że - podobnie jak Sławę Żmijan - przerosło mnie życie i zawiodła dorosłość, a że czasami tylko śmiechem i dobrą lekturą da się wyleczyć łzy  i dołek egzystencjalny, starczyło mi sił na zrobienie sobie okładu na duszę z książeczki, ale na to, by ją opisać już niekoniecznie).

I nie tylko sił. 

Ale prawdopodobnie i umiejętności.

Albowiem na jakimś poziomie, którego nie rozumiem, gdzieś tam bardzo głęboko albo bardzo wysoko, w chmurach, pisarstwo Marty Kisiel rezonuje w mojej... no, duszy. Nie jest to tajemnicą dla żadnego chyba czytelnika tego bloga, że to pisarstwo trafia mnie w samo miętkie. Bez względu na ogólną przyjazną i nieco zwariowaną atmosferę panującą w książkach Ałtorki, nieistotne, jak lekko opisaną, jak zabawną i jak pozornie beztrosko podaną ja na to, co jest pod spodem, na kłębiące się dramaty, trudne pytania, jeszcze trudniejsze odpowiedzi i wewnętrzną walkę bohaterów, zręcznie opakowane czasem w zabawne zdania, jestem wrażliwa niczym pies rasy  lagotto romagnolo na trufle. Czyni mnie to prawdopodobnie doskonałą czytelniczką i nie najlepszą recenzentką.

Recenzja bowiem to, wiadomo. Zasady ma. I nawet jeśli jest to recenzja bardzo w moim stylu ("och, jak mi się podoba!" - i ściana tekstu. "Och, jak mi się nie podoba!" - i ściana tekstu), niekoniecznie zgodna z idealnymi zasadami idealnych, popularnych w sieci i chętnie czytanych recenzji (czyli NIE ściana tekstu. Ściana tekstu nie jest idealna i nigdy nie będzie popularna, idealne recenzje są krótkie i eleganckie w formie), powinna ona zawierać chociaż krótkie uzasadnienie, czemu tak bardzo się podoba/nie podoba.

I ja to potrafię napisać, rzetelnie i sprawdzalnie. Co mi się podoba. Co mi się nie podoba. A nawet - dlaczego mi się podoba, i dlaczego nie podoba.

Ale dlaczego rezonuje? Dlaczego porusza jakąś dziwną strunę, o której istnieniu nie miałam pojęcia?

Nie, tego opisać nie potrafię. 

Więc może napiszę tylko, że Ałtorka zapowiadała "Małą drakę" jako swoją najbardziej pokręconą książkę, po prostu personifikację (książkonifikację?) wewnętrznego pierdolca.

A ja dostałam, elegancko opakowaną w pozłotko pierdolca i ałtorskiej szajby (bo tak, one tam są, i pierdolec, i szajba, obecne, żeby nie było), trochę słodką, trochę gorzką, a trochę słoną od łez opowieść o mocy przyjaźni i sile najgłębszej troski o drugiego człowieka, i o tym, jak bezcenne jest wsparcie w każdych okolicznościach, nie tylko wtedy, gdy to łatwe, gdy świat się uśmiecha, a życie układa jak miękki dywan pod nogami, ale i wtedy, gdy wokół czarna noc i to wsparcie jest jedyną iskrą w bezbrzeżnej ciemności.

I o miłości tak wielkiej, że pozwala odejść ukochanej osobie.

Odkąd skończyłam czytać nie przestaję się zastanawiać, czy bym tak umiała. Czy gdybym miała możliwość zatrzymania, w jakiejkolwiek postaci, w jakikolwiek sposób, ludzi, których kocham. Moją przyjaciółkę z dzieciństwa. Mamę. Babcię. Dziadka moich dzieci. Czy potrafiłabym pozwolić im odejść. Czy nie chciałabym zatrzymać ich, nieważne, jakim kosztem. Czy miałabym w sobie dość sił, by ich uwolnić.

I wszystko to, ci bohaterowie, których nie było w moim życiu jeszcze tydzień temu, a teraz już są, ta opowieść, ta szajba, pod którą kryją się fundamentalne pytania, wprawia coś w moim wnętrzu w drżenie.  I ja doskonale rozumiem, że innych czytelników niewykluczone, że  nie wprawia. Albo wprawia, tylko mniej, tylko bardziej, tylko co innego i inaczej. Że niektórzy się po prostu śmieją w trakcie lektury. A są pewnie i tacy, co się nudzą albo gubią w treści. I że ich nie przekonam, bo jak przekazać to rezonowanie, te drgania, ten ton idealnie trąconej struny? Nie da się. To tylko moja struna, i brzmi tylko w moich uszach, grając zrozumiałą tylko dla mnie melodię.

Mogę tylko napisać - sprawdźcie sami.

Może i dla was zagra.

12 komentarzy:

  1. Muszę się zabrać za twórczość tej autorki

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, że sprawdzę. Dziękuję za ten tekst l.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oooo, nowa Kisiel?! Fajnie!No nie wiem, czy ten powrót do babci zniosę,ale Kisiel trzeba.Osttnio czytałam "Zawsze coś"i było fajne.Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To... bardzo nietypowy powrot do babci ;). Jak to u Kisiel. Sprawdz sama :D.

      Usuń
  4. A ja właśnie uwielbiam twoje recenzje. Zawsze tutaj z niecierpliwością zaglądam - a nuż? Bo nie przepisujesz tego, co wydawca napisał na okładce (a to okropieństwo zalewa instagramy, brrr), tylko zachęcasz (albo nie), przyglądasz się zdaniom, postaciom, motywacjom. Myślę, że wielu młodych autorów, których być może nie stać na usługę betareadera, mogłoby tu sobie zajrzeć z notesikiem i uczyć się, co i jak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, dziękuję bardzo! To niezwykle miłe, chociaz (jak zawsze) uwazam, ze taka opinia jest dla mnie nazbyt pochebna :).

      Czasem uzywam opisow wydawcy. Tylko je... obudowuję własną trescią ;D.

      Usuń
  5. Mnie Marta zawsze trafia w miętkie :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Taka była fajna scena chyb w Toni, jak bohaterka widzi duchy Niemców.Poryczałam się.Chomik

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję za recenzję, mnie też trafia w samo miętkie. A była mi ta książka potrzebna, bo miesiąc temu sama straciłam ukochaną babcię.
    Myślałam, że po ulubionym cyklu wrocławskim nic już mnie aż tak nie ruszy, a tu proszę, niespodzianka... Uwielbiam twoje recenzje (i nie tylko, do dziś pamiętam poruszajacy wpis po śmierci Terry'ego Pratchetta) od zawsze, więc nie przestawaj ich zamieszczać. Ja chętnie przeczytam choćby i najdłuższe ściany tekstu ;P

    OdpowiedzUsuń