niedziela, 25 czerwca 2023

"Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna" Therese Oneill

Panie i Panowie, SKOŃCZYŁAM. Mordowałam tę książkę od... chyba wręcz lat? No, minimum rok to trwało na pewno, i sama nie wiem, czemu tak się na skończenie jej uparłam. Ale się udało. 
 
Ufff.
 

 

Sam pomysł był naprawdę dobry.
 
Autorka proponuje swojej czytelniczce, w domyśle - dziewczęciu lub młodej kobiecie rozkochanej w książkach i filmach na podstawie powieści Jane Austen i innych sióstr Bronte, wiecie, w tych wszystkich romansach rozgrywanych na tle szarpanych wichrami krajobrazów Yorkshire, albo, przeciwnie, w wykwintnych wnętrzach Pemberley, wśród subtelnych rozmów prowadzonych z eleganckimi, przystojnymi mężczyznami, dziewczęciu marzącemu o balach w olbrzymich salach oświetlonych setkami świec, w przepięknych sukniach i zachwycającej biżuterii - podróż do XIX wieku, by pokazać jej, jak ten wyidealizowany w wyobraźni na skutek licznych (nieodpowiednich dla wrażliwych umysłów młodych panien ciśnie się na usta normalnie) lektur oraz filmów świat naprawdę wyglądał. Porusza tematy, nad którymi - zapatrzeni w migoczące kandelabry i przystojnych poruczników, w rytmie walca unoszących w męskich, mocarnych objęciach wiotkie dziewczęta w krynolinach - raczej się nie pochylamy, począwszy od tego jak sobie te dziewczęta radziły z miesiączką, jak dbały (a często NIE dbały) o higienę, czym zabijały naturalny zapach ciała, jak wyglądała ich troska o urodę w czasach, gdy obowiązkiem dam było dbanie o utrzymanie bladej twarzy, co czyniły przy pomocy kosmetyków z zawartością arszeniku, a ostatnim krzykiem mody był sztywny gorset, uniemożliwiający oddychanie i miażdżący żebra; o tym jak naprawdę wyglądała opieka medyczna w świecie, w którym posiadanie macicy winne było większości chorób psychicznych, w tym również takich, które nie istnieją (słynna histeria), zaś aby utrzymać prawidłową wagę zażywano leki z zawartością strychniny...

Dowiadujemy się również dlaczego - po tym, gdy nareszcie wiotkie dziewczę ściśnięte gorsetem i szarmancki porucznik kirasjerów stanęli na ślubnym kobiercu - ich noc poślubna tak bardzo różniła się od tych, które przeżywały eteryczne damy z romansów, a wreszcie - jak wyglądać powinien obraz XIX-wiecznej "perfekcyjnej pani domu".

Nic, tylko czytać, zdałoby się.

Tymczasem książka pełna ciekawych informacji i interesujących cytatów, na zebranie których autorka bez najmniejszych wątpliwości poświęciła sporo czasu, została bezprzykładnie skopana za sprawą absolutnie niestrawnej formy literackiej i trudnego do zniesienia protekcjonalnego tonu, jakiego autorka używa, zwracając się do towarzyszki swej podróży przez wieki. To, co (chyba) miało być zabawne, jest przeważnie irytujące, a momentami wręcz obraźliwe dla czytelnika,  o pogardzie do całej epoki i jej przedstawicieli jaka wyziera z tego tekstu nawet nie wspominając. Z niewiadomych (dla mnie) powodów autorce wydaje się, że jest dowcipna. Cóż. Nie jest. Nieśmieszne żarty, nietrafione porównania, język, to wszystko dałoby się znieść w przypadku krótkiej nowelki albo stand-upu, jeśli ktoś lubi, w przypadku ponad trzystustronicowej pozycji ten natłok żarcików i bonmotów robi się po prostu nie do zniesienia, zwłaszcza, że w pewnym momencie w treści pojawia się więcej żenujących żarcików autorki, która głęboko wierzy, że jest zabawna, niż treści jako takiej (plus podpisy pod zdjęciami. NIE CZYTAJCIE podpisów pod zdjęciami, nie ma żenometru, który by to zniósł), a ich nawał skutecznie tłumi nieliczne przebłyski rzeczywistego poczucia humoru ("Nauczyłaś się ubierać w tyle maskujących warstw stali i wełny, że kevlar wygląda przy tym jak siatkowy top odsłaniający brzuch"). Doprawdy, nie ustaję w zadziwieniu, że dotrwałam do końca. Być może Amerykanie lubią taki... ekhm ...humorystyczny- sposób pisania. A może nie tylko Amerykanie. Może po prostu to do mnie nie trafia ten styl, nijak tego wykluczyć nie mogę.

Przy okazji złapałam autorkę - która lubi protekcjonalnie uświadamiać czytelnika, o ile pod każdym względem lepszy jest wiek XXI, a już prawa człowieka, czy prawa pracownicze, to już w ogóle klękajcie narody - na myśleniu klasowym (á la wiek XXI, więc tym lepszym, oczywiście ;D), na które pani Oneill pozostaje wręcz wzruszająco ślepa, zupełnie, jak ślepi byli ci pogardliwie opisywani przez nią dziewiętnastowieczni bogacze, zwracający się do służby per "niech ona", albo nie zwracający się wcale, tak jak my nie zwracamy się po imieniu do mebla ("W XXI wieku wciąż korzystamy z pomocy domowych. Nie jest niczym niesłychanym, nawet w klasie średniej, zatrudnianie Manuela, który "świetnie sobie radzi z różami, gdyby nie ten facet mieszkałabym w martwej kolczastej kotlinie" czy Katii, która "przychodzi co dwa tygodnie i pomaga sprzątać dom, umarlibyśmy bez niej". Ale dziś jest znacznie mniej prawdopodobne, że będziemy zważać na różnice klasowe". Ale na inne to czemu nie, pani autorko, prawda? Bo przecież chyba nie bez powodu pani sprzątająca ma na imię Katia, a nie na przykład Jane, a ogrodnik - Manuel. Przy okazji, dziś rozpatrywanie różnic klasowych mogłoby okazać się niewygodne, bo może Manuel okazałby się doktorem fizyki w swoim poprzednim życiu, i co byśmy wtedy wszyscy zrobili z naszym cennym, dwudziestopierwszowiecznym egalitaryzmem i nie myśleniem klasowym).

Dodatkowo autorka często celowo wyolbrzymia lub dobiera źródła pod tezę, miejscami widać jej niedobory wiedzy w konkretnych dziedzinach, a słowo "kontekst" jest jej organicznie obce. Mimo to z książki można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, o ile przesieje się je przez gęste sito niedowiarstwa i z zaciętymi zębami przetrzyma gejzery poczucia humoru autorki (i raz jeszcze powtarzam z naciskiem - nie czytajcie podpisów pod zdjęciami!!!)
 
Tak więc jeśli ktoś:
 
a) podchodzi z dystansem do moich okołoliterackich wynurzeń,
 
b) potrafi podejść do zawartych w książce informacji z rezerwą i nie przyjmować ich bezkrytycznie jako bezdyskusyjnych faktów, 
 
c) lubi stand-upy
 
może sprawdzić własnoocznie, czy i do jakiego stopnia mylę się w swej ocenie.

Pozostałym raczej odradzam. 
 
O wiele rozsądniej, przyjemniej, a i zabawniej jest poczytać "W domu" Billa Brysona, albo rodzime "W salonie i w kuchni" Elżbiety Koweckiej.


EDIT.

Na specjalne życzenie Kochanych Czytelników kilka przykładów podpisów pod zdjęciami.

Poszukiwanie ich każe mi poczynić kilka zastrzeżeń.

- po pierwsze, część zdjęć ma neutralne podpisy typu "obuwie domowe z początku XIX wieku" i bardzo ubolewam, że autorka przy tym nie pozostała,

- po drugie, część podpisów ukazuje całe swe... ubóstwo erudycyjne w zestawieniu z tekstem, a same w sobie wyglądają dość niewinnie,

- po trzecie, de gustibus non est disputandum, ja się krzywię, ktoś inny - tarza ze śmiechu, i to jest piękne.

A teraz przykłady:
 
Zdjęcie komentujące ówczesne rady dotyczące podmywania się:


Zdjęcie reklamy dotyczącej doczepek z włosów i peruk wraz z komentarzem autorskim:



 Zdjęcie z rozdziału o porozumiewaniu się przy użyciu kwiatów, wachlarza i chusteczki:


Zdjęcie z rozdziału o dbaniu o siebie podczas menstruacji:


Zdjęcie z rozdziału o dopasowywaniu się panien na wydaniu i kawalerów (tu mamy dodatkowo przykład tego dwojakiego postrzegania świata, który da się dostrzec u autorki, która na pewno uznałaby za mało zabawne w najlepszym wypadku podśmiewanie się z osoby otyłej w XXI wieku, natomiast w XIX to jest TAKIE ŚMIESZNE):


Zdjęcie z fragmentem tekstu dotyczącym leczenia chorób psychicznych u kobiet:


Zdjęcie z bardzo smutnego i dość przerażającego w rozdziału, dotyczącego braku uświadomienia młodych dziewcząt przed ich nocą poślubną:



Zdjęcie z rozdziału o wewnętrznych chorobach układu rozrodczego kobiet:



sobota, 24 czerwca 2023

Post pomimo wszystko (aktualizowany co jakiś czas) , odsłona czwarta

 Co prawda dziś miał się ukazać post książkowy, i to z ulubionej przez jakże wielu Kochanych Czytelników serii "Czytam, żebyście wy nie musieli", no ale first things first, są posty, które miały być aktualizowane co jakiś czas, a nie były od ponad siedmiu miesięcy, że już nie wspomnę, że czasem żal byłoby nie zaktualizować!

Wszak seria "Czytam, żebyście wy nie musieli" nie zając, nie ucieknie!

Dla nie będących w temacie przypomnę, że pierwszy Post Pomimo Wszystko ukazał się 29 marca 2022 roku, a kolejne dwa (osobne posty, bo pocżątkowo aktualizowałam post pierwszy, który zaczął mi się robić długi, cętkowany i kręty jak wąż boa normalnie, więc zarzuciłam tę praktykę) -  7 października 2022 i 28 listopada 2022 .

Dziś chyba czas na część czwartą :).

 Co się dzieje za naszą wschodnią granicą tak do końca nie wiemy, no, ale podstawowe fakty chyba jednak znamy.


 I nagle okazuje się, że...

 


No, ale że my nie wiemy, to pikuś jest, cóż my możemy, małe misie, najwyżej doznawać skojarzeń historycznych.



Gorzej, że nie wie ktoś zupełnie inny, ktoś, kogo rzeczywistość może nader niesympatycznie zaskoczyć.


Lecz czy możemy się dziwić, że biedaczysko nic nie wie? Jest wszak nieustannie, podle i wrogo dezinformowany zarówno przez radio i telewizję...

 


 współpracowników...



a przez, pożal się Boże, sojuszników to już w ogóle robiony w bambuko!


I cały świat pozostaje głuchy na wołanie o pomoc.


(to jest mem, btw, który kocham dziką miłością, ukłony dla autora/-rki, kimkolwiek jest!).

A Ukraina?

Cóż.

Ukraina znalazła się w sytuacji beznadziejnej, o czym szeroko donoszą media



oraz prezydent Zełeński, który zwrócił się do sojuszników z poruszającym apelem.

My zaś wszyscy powinniśmy popaść w głęboką zadumę i zada sobie pytanie.

Byliżbyśmy oto świadkami tej (chociaż w sumie innej) z fanfarami zapowiadanej trzydniowej operacji specjalnej???

Cóż.

Być może 


(chociaż według ostatnich doniesień jednak nie).


(NA RAZIE).

 


PS. Ten post będzie z dużym prawdopodobieństwem aktualizowany jutro, bo wysyp memów dopiero się zaczął, sytuacja jest mocno rozwojowa, a Królowa Matka ma Ukochanych Przyjaciół, Znajomych i Czytelników, którzy są świadomi jej szmergla i dostarczają, dostarczają :)...



niedziela, 18 czerwca 2023

Wypędzenie Hefajstosa z Olimpu. Historia prawdziwa

 Łup, łup, łup...

- Hefajstos, odłóż ten młotek.

Łup, łup, łup...

- Hefajstos, co ja do ciebie mówię? Od kilku dni zresztą? Odłóż ten mlotek chociaż na chwilę!

- Dobra, tylko jeszcze...

(łup, łup)

- HEFAJSTOS!!!

- Oj, maaaamo, tylko tu takie wygładzę (łup).

- Od kilku dni nic, tylko wygładzasz (łup, łup), już jest na blachę wygładzone, jest gladkie jak tafla lodu skuta podbiegunowym mrozem, do stołu, natychmiast, zrób przerwę chociaż na śniadanie!

- Mamoooo...

- Nie mamuj mi tu! Śniadanie, i ZOSTAW TEN MŁOTEK!

- Dobrze, już dobrze, idę (łup).


Szczypta ambrozji (łup) i łyk nektaru później.


Łup, łup, łup...


- Hefajstos, czy ty po grecku nie rozumiesz? Odłóż młotek, zjedz śniadanie, a po śniadaniu wraz z młotkiem udaj się do ogrodu, w miarę możliwości daleko od zebranego tu towarzystwa, tam sobie połupiesz.


Łup, łup, łup...


- Hefajstos, ja chwilowo mówię łagodnie, chociaż po tych kilku dniach doświadczenia bycia matką rękodzielnika łagodność mnię zaczyna odbiegać, i to kurcgalopkiem, ale ojciec jest taki więcej wyrywny, więc, wiesz. Żeby nie było, że nie uprzedzałam.


Łup. Łup. Łup.


- Synu. PRZESTAŃ.

- Dobrze, mamusiu!


Minuta przerwy.


Łup.


- Hefajstos. Ojca głowa boli. A nie muszę ci chyba przypominać, czym to się może skończyć. Odłóż. Ten. Młotek.

- Już zaraz, zarutko, jeszcze tylko...


Łup, łup, łup.


- HEFAJSTOS!!!


I tak się rzecz odbyła, takuchno, a nie, że mamunia mnie nie lubiła, bo byłem brzydki, ach, taki jestem biedniutki, nic złego nie zrobiłem, nic, za niewinność mnie wyrzucili, albo inaczej, tatuś mnie wykopał, bo mamuni broniłem, ja jeden jedyny, tylko ja, patrzcie, jaki jestem szlachetny i cierpię za niewinność, chlip.


AKURAT.


Bujać to my, ale nie nas, panie Hefajstos, my znamy prawdę!


Podpisano:


Mamusia Pompona Młodszego (z młotkiem).


czwartek, 1 czerwca 2023

"Tajemnica domu w Bielinach" Katarzyna Berenika Miszczuk

"Tajemnica domu w Bielinach" to debiut Katarzyny Berenki Miszczuk w sferze powieści dla najmłodszych czytelników.

Co w żadnym razie nie oznacza, że starsi nie znajdą w lekturze przyjemności.

Głównymi bohaterami "Tajemnicy" jest trójka rodzeństwa — Bogusia, Leszek i Tosia (mają też młodszą siostrę Dąbrówkę, ale ponieważ nie skończyła jeszcze roku, chwilowo nie odgrywa w powieści zbyt istotnej roli). W wyniku zbiegu niefortunnych i raczej nieplanowanych zdarzeń rodzeństwo razem z mamą opuszcza mieszkanie w Warszawie, w której się wychowali, i przeprowadza się do Bielin, niedużej (zwłaszcza w porównaniu ze stolicą) wioski w Górach Świętokrzyskich, do domu dalekiej krewnej, niegdysiejszej szeptuchy, ciotki Mirki, której pogarszający się stan zdrowia sprawia, że wymaga ona opieki. Opuszczenie wygodnego mieszkania na rzecz starego, zaniedbanego domu nie budzi, delikatnie mówiąc, ich entuzjazmu, a już zwłaszcza entuzjazmu starszych dzieci, zmuszonych z dnia na dzień do porzucenia kolegów i koleżanek, gwarnej szkoły i całego swojego znanego od podszewki, oswojonego życia. W dodatku na miejscu okazuje się nie tylko, że dom nie wygląda tak, jak wyglądał na zdjęciach, ogród przypomina raczej zarośniętą chwastami dżunglę, ciotka Mirka często zapomina kim są jej goście, a w domu od czasu do czasu widywana jest tajemnicza, chuda kobieta, która znika, gdy tylko spojrzy się na nią uważniej...

Bardzo, bardzo przyjemna książka. Ciepła, serdeczna, pełna sympatii dla ludzi. Autorka przy okazji traktuje poważnie swoich młodych czytelników, a jest to cecha, którą bardzo cenię. Nie unika trudnych tematów, nie lukruje rzeczywistości i, co bardzo ważne, nie "upupia" języka powieści, co czasem zdarza się pisarzom piszącym dla dzieci i zakładającym, że książka dla dzieci musi być napisana prostym, nieskomplikowanym językiem i najlepiej zdaniami prostymi, bo inaczej jeszcze się młody czytelnik pogubi, icowtedy, nieprawdaż.

I, oczywiście, ponieważ "Tajemnica domu w Bielinach" osadzona jest w uniwersum cyklu "Szeptucha", czyli w Polsce, której władcy kiedyś tam, dawno, nie przyjęli chrztu i wciąż wyznają starą wiarę, mamy też słowiańskich bogów i demony. Niewielu, bo to przecież książka dla dzieci, więc autorka wprowadza umiejętnie i powoli istoty należące do słowiańskiej demonologii. Pojawiają się również bohaterowie poprzednich "bielińskich" powieści, ale - ponieważ w "Tajemnicy..." na plan pierwszy wkracza młode, a wręcz bardzo młode pokolenie, w dodatku (chwilowo) nie tubylcze - dotychczasowi bohaterowie pojawiają się w sposób bardzo naturalny raczej jako tło - jacyś znajomi cioci Mirki, lokalny żerca, lokalne szeptuchy, czyjś tata, czyjaś mama, osoby dorosłe, które w żaden sposób nie są nazbyt interesujące dla młodziutkich bohaterów.

Przeczytałam tę książkę z wielką przyjemnością, podobnie jak młodsze Potomki, które już ściągnęły z półki "Bestiariusz słowiański" (do tej pory służył on Potomkom Starszym, i to nie jako rzecz do czytania, tylko rysowania Stforów i Potforów, Młodsi traktowali rzecz z najdoskonalszą obojętnością), więc mamy dodatkowy konkretny zysk z lektury, czyli poszukiwanie wiedzy na temat do tej pory nie eksplorowany. Cieszę się, że są już kolejne części cyklu (w moim przypadku już przeczytane, więc wiem na przykład, że w "Tajemnicy ognia" jest znacznie więcej nawiązań do macierzystego cyklu, niż w dwóch poprzednich tomach; Potomki ciągle w trakcie lektury) i czekam na ciąg dalszy.



środa, 31 maja 2023

"To jeszcze nie koniec" Michal Sýkora

"To jeszcze nie koniec" jest drugą częścią cyklu, którego bohaterką jest podinspektor Marie Výrová, doświadczona śledcza po pięćdziesiątce zwana Wielką Sową, wielbicielka Boba Dylana. Część pierwszą jak najbardziej czytałam, i całkiem mi się podobała (mimo nieco amerykańskiego w stylu, filmowego zakończenia), bo gdyby mi się nie podobała raczej nie sięgnęłabym po kontynuację, natomiast część druga...!
 
 


Upalne lato 1987 roku. Trzy dziewczynki, Magda, Zuza i Hana, spędzają wakacje w starej willi rodziny Trebovickich. Stary dom, pełen tajemniczych zakątków, ciemne, chłodne - mimo panującego na zewnątrz skwaru - pokoje, cień wielkich drzew, rosnących w starym ogrodzie. Biblioteka, a w niej setki tomów i tomików, niektórych, tych najbardziej kuszących, całkiem nieodpowiednich dla dwunastolatek. Sielanka.


I tę sielankę przerywa drastyczna zbrodnia. W sposób przerażająco brutalny zamordowane zostaje sześciomiesięczne niemowlę. Funkcjonariusze nadzwyczaj szybko wskazują sprawcę, a w zasadzie sprawczynię. Główną oskarżoną jest matka, która rzekomo miała zamordować synka pod wpływem depresji poporodowej. Zupełnie zlekceważone zostają przy tym zeznania jednej z dziewczynek, Hany, która jako jedyna przebywała w tamtej chwili w domu, i która twierdziła, że na miejscu zbrodni widziała dziwną zieloną zjawę. Nikt jej nie wierzy. Matka chłopczyka popełnia w więzieniu samobójstwo. Oskarżona nie żyje, swoim czynem przyznała się do winy, koniec sprawy.

Dwadzieścia pięć lat później mąż Hany, dla której dzień sprzed ćwierćwiecza wciąż jest żywym wspomnieniem, prosi znajomego, by raz jeszcze przejrzał akta sprawy i przyjrzał się jej świeżym okiem. Starą sprawę przejmuje podinspektor Marie Výrová, zwana Wielką Sową. Śledztwo jest nieoficjalne, sprawa dawno się przedawniła i podinspektor jest świadoma, że cokolwiek się okaże, nikogo za to przestępstwo skazać już nie będzie można, ale ciekawość nie pozwala jej porzucić pytania o to, co naprawdę stało się w sierpniu 1987 roku? Wkrótce przekonuje się, że w dawnym śledztwie roiło się od błędów i nadużyć, akta są niekompletne, niektóre zeznania zostały dodane, inne zmienione. Komu zależało, by coś ukryć? I co?

Rodzina Trebovickich rozpadła się w następstwie tej wstrząsającej zbrodni. Výrová , próbująca nakłonić świadków, aby minuta po minucie odtworzyli tamten tragiczny dzień, spotyka się z oporem i gniewem. Wzdragają się oni przed powrotem do tamtych chwil, każdy z członków rodziny zasłania się niepamięcią, choć czy to możliwe, by ktoś wyparł z pamięci dzień przepełniony tak wstrząsającymi wydarzeniami?

Drastyczna zbrodnia staje się tym samym pretekstem do przedstawienia rodzinnego dramatu, skomplikowanych relacji łączących trzech braci, a będących wynikiem wewnętrznych kłótni o majątek, zadawnionych pretensji, zazdrości o pozycje zawodowe, kłótni o wszystko - od sposobu wychowania dzieci począwszy na osobistych urazach między rodzeństwem skończywszy, co autor robi z niebywałą klasą, nie zamieniając przy tym opowieści w telenowelę, nie pochylając się z upodobaniem nad krwawymi detalami, nie epatując makabrą. Doskonale radzi sobie zarówno ze stworzeniem wiarygodnych portretów psychologicznych, jak i opisaniem całego rodzinnego środowiska, pogrążonego w gęstej mgle niedopowiedzeń i wzajemnych pretensji.
 
No i jest jeszcze zakończenie. Na wskroś wstrząsające.

Rewelacyjny kryminał. Rewelacyjny. Niezwykle... autentyczny, taki, który może zdarzyć się wszędzie, a przez to jeszcze bardziej przejmujący. "To jeszcze nie koniec" głęboko mnie poruszyło (bo chyba "zachwyciło" nie byłoby najszczęśliwszym słowem), to chyba najbardziej autentyczny kryminał, jaki czytałam od... od zawsze? Łapie za gardło i ściska, a przez to, że dotyka zwykłych, szaro-burych ludzi, jego wymowa jest tym bardziej przerażająca. Żadnych udziwnień w stylu skandynawskim, żadnych wygibasów, żadnego wyrafinowanego planowania, żadnej piętrowej intrygi złowrogich zbrodzieni - i to dopiero wstrząsa czytelnikiem. Ta zwykłość. Ta straszna, przenikająca dreszczem do kości zwykłość zbrodni.

Fantastycznie napisane. Doskonale przetłumaczone. Absolutnie polecam.

 

środa, 17 maja 2023

Maturalnie

 Ustny angielski, popołudnie.
 
Królowa Matka (głosem ciut spiętym, no dobrze, niewykluczone, że bardzo mocno ciut) - I jak ci ten anielski poszedł?
 
Potomek Starszy (stoicko) - No, jak zwykle u mnie. Słownictwo wyrąbane w kosmos na totalnego maksa, ależ tak, proszę bardzo, w ta minuta, ale jak jest "schronisko" oczywiście zapomniałem.

Aha.

***
 
 Ustny polski, ranek.
 
Potomek Starszy (radosny jak to, nieprawdaż, różowiusie prosiątko w wyjątkowo ulewny deszcz)- Śniło mi się dziś, ze dostałem do omówienia "Kmicic jako bohater tragiczny. Przemiana bohatera" i, mamo, jak ja uruchomiłem moje normalne gadane, to nawet ty nie*! Z sali mnie musieli wyrzucać! A poza tym dziś urodziny Bułhakowa, no popatrz, spod Byka był, jak ty. A czy "Kruk i lis" to Krasicki napisał?
 
Królowa Matka (słabo) - Tak...
 
Potomek Starszy (entuzjastycznie) - No, i znam jedną bajkę Krasickiego! Co może pójść nie tak?
 
Po czym wziął i krokiem swobodnym udał się w kierunku swej Uczelni Stopnia Średniego.
 
Słowem, niech nas Bułhakow ma w opiece...
 
Na wypadek, gdyby jednak coś mogło pójsc nie tak.
 
*Mamuni naszego bohatera w przeddzień jej własnej matury śnił się Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic, przybrani w peruczki z prawilnymi loczkami nad uszami co prawda, za to przez środek głowy zdobni w imponujące, punkowskie czuby, w tym jeden intensywnie różowy, tak, że tego. Już chyba lepszy jest ten Kmicic.

 ***

Ustny polski, popołudnie.
 
Potomek Starszy - No więc woła nas Wysoka Komisja i mówi najpierw do koleżanek: "Gratulujemy, tyle a tyle, gratulujemy, tyle a tyle", a potem do mnie: "Gratulujemy, trzydzieści" i ja sobie pomyślałem: "Kurrr... na, no jak to, trzydzieści, tylko trzydzieści?... rzutem na taśmę normalnie, tyle brakowało, tylutko, żebym się nie prześlizgnął, ale, w sumie, jednak się udało, ufff!", a potem się okazało, że to punkty były.
 
100%.
 
Sto. Procent.
 
A więc, Drodzy Przyszli (a i Niektórzy Tegoroczni też) Maturzyści, wiedzcie, że można zdać ustny polski na sto procent, znając tylko jedną bajkę Krasickiego, i nie określając Zygmunta Krasińskiego inaczej niż tylko: "Ten, no, ten, eeee... no, ten trzeci"!
 
Rzeczywiście uffff :D.

piątek, 28 kwietnia 2023

Przedmaturalnie. Część 3/?. Młoda Polska

 Potomek Starszy (tonem pełnym namaszczenia) - A zatem, Młoda Polska... poczucie schyłku i głębokiego bezsensu... negowanie wszelkich dotychczasowych systemów wartości... przeczucie nadchodzącej katastrofy i życia w czasach schyłku... zniechęcenie, które łączy się z poczuciem bezsilnosci i kompletnej  niemocy jednostki ludzkiej... świat jest zły, nie spełnia oczekiwań, skazuje ludzi na życie w nudzie i rozpaczy....wszelkie systemy filozoficzne, religijne i etyczne zawiodły, a rzeczywistość skazuje ludzi tylko na życie w nieustannym cierpieniu, pełne rozkładu i zepsucia... (rozpromieniając się, jakby trafił główną nagrodę w totka, i to od razu jakąś sympatyczną kumulację) Nareszcie coś, czego nie muszę się uczyć! Ja jestem nastolatkiem! Ja to wszystko sam z siebie umiem!


Królowa Matka => rozpęd => ściana, jak również jezujezu (nieczyt.)

wtorek, 25 kwietnia 2023

Przedmaturalnie. Część 2/?. Pozytywizm

Potomek Starszy komentuje Wielkie Powieści Pozytywizmu (chwilowo jedną, lecz cd niewątpliwie nastąpi):

"I momentami się wydaje calkiem miły, na przyklad jak Rzeckiemu jego pokoik przenosi, a nawet tę swoją biedną żonę wydaje sie czasem lubic, a potem okazuje się być... no cóż, Wokulskim".


"Wokulski żeni się dla pieniędzy: Och, ach, biedny Wokulski, nie mowcie mu o Minclach, precz z Minclami, tymi ćwokami, tymi prostakami, a on ich sklep wydzwigną!!! Taki był szlachetny i glowę miał nie od parady!!! Biedaczek, a musiał z taką starą babą (co go na arkanie zapewne przed ołtarz ciągnęła, hue, hue), jak mu w serduszko musialo byc smutno!!! Łęcka wychodzi za mąz dla pieniędzy - a to suka, te baby tak majo, te materialistki, te wyzyskiwaczki, co za zdzira, pod pręgierz z nią! Nic, tylko by kasę doiła!!! 

Ja panu cos powiem, panie Stasienku, pan zostaw kobiety w spokoju, pan się lepiej zabierz za pracę u podstaw, przynajmniej to panu minimalnie wychodzi".


"A w ogóle co za inteligentny inaczej wymyślił, że Łęcka chciała wyjśc za mąż dla kasy? Przecież gdyby chciała tylko pieniędzy, to by prędziutko wyszla za Wokulskiego, a "Lalka" bylaby nowelą, w dużej mierze składającą się z "Pamiętnika starego subiekta".


Tak, że tego. 

Wizja pozytywizmu jako tej liny ratunkowej, którą Dobry Los móglby rzucić Potomkowi celem umożliwienia mu zdania egzaminu dojrzałości zaczyna mię odbiegać.

Kurcgalopkiem.

niedziela, 16 kwietnia 2023

Przedmaturalnie. Część 1/?. Romantyzm

 Z serii: "Matura coraz bliżej".

Królowa Matka (ogląda z Dzieckiem Najstarszym "Kordiana").

Dziecko Najstarsze (wysoce emocjonalnie, do Laury, wsłuchanej w Jakże Wieloznawczne Rozważania Głównego Bohatera) - Jesteś młoda! Bardzo urodziwa! Zapewne majętna! Dziewczyno! UCIEKAJ!!!

O trzymanie kciuków, by Potomek Starszy wylosował pytania z pozytywizmu uprzejmie uprasza się.

wtorek, 14 marca 2023

"Wszyscy mamy źle w głowach. Nic z tego nie zrozumiecie" Martyna Pawłowska-Dymek

Moja znajomość z Martyną Pawłowską-Dymek jest wzorcowo wręcz dwudziestopierwszowieczna, to znaczy - znamy się kupę lat, ale nigdy nie spotkałyśmy się osobiście.

Poznałyśmy się na forum internetowym (któremu zresztą zawdzięczam poznanie masy świetnych, inteligentnych, interesujących osób) lat temu... dawno. Martyna była dla mnie wówczas tylko nickiem, za to dała się poznać jako osoba o dużym talencie polemicznym, kulturze wypowiedzi i nienagannej polszczyźnie.

Następnie przeniosłyśmy się na Facebooka, już pod własnymi nazwiskami i zdjęciami, ale nadal spotykając się wyłącznie w wirtualu. Raz prawie udało nam się zobaczyć na żywo na Krakowskich Targach Książki, no, ale że, jak wiadomo, "prawie" czyni wielką różnicę, to się jednak nie zobaczyłyśmy. W międzyczasie obie zaczęłyśmy pisać blogi, a Martyna nie tylko bloga, ale nawet książkę. Co więcej, wydała tę książkę drukiem, po czym napisała, że chciałaby mieć ode mnie tejże książki recenzję.

Czujecie to? Dziewczyna, która czytuje moje recki miodzio, i w dodatku zna mnie i mój temperament polemiczny z czasów przed-blogowych z forum, gdzie koleżanki-forumki wrzucały następujący obrazek

 



cobym go se mogła jako awatarek ustawić w celu ostrzeżenia osób, które mogłyby się nabrać na mój łagodny ton i entourage szemrzącego, wielkookiego królisia, chce ode mnie recenzję! 

No, odwagę to ja cenię ponad wszystko, więc zakasałam rękawy i przystąpiłam dziarsko do lektury 


pierwszego tomu serii "Wszyscy mamy źle w głowach", czyli "Nic z tego nie zrozumiecie".

Ciut się obawiałam tej lektury, przyznaję. 

Nie trzeba być geniuszem empatii, znawcą stosunków międzyludzkich ani blogerem (prawie-że)-książkowym z kilkuletnim doświadczeniem, by zgadnąć, że powieść osoby znanej i lubianej recenzuje się trudno. No bo, na przykład, choć z racji wyżej wspomnianych forumowo-facebookowych doświadczeń mogłam śmiało założyć, że warstwie językowej powieści nic zarzucić nie będę mogła, to jednak warstwa językowa nie jest wszystkim, z czego się składa książka. Jakąś fabułę powinna mieć, bohaterów, powinna być spójna, interesująca... a może Martyna kompletnie nie umie w fabułę? Może sobie nie radzi z okiełznaniem bohaterów, może opowiadana historia jest nudna? A ja jestem co prawda (no dobra, bywam. Bywam) krwiożerczą harpią w skórze puchatego, titititi, króliczka, ale przecież nie rozjadę jak ten walec książki osoby, którą znam i lubię (a nawet takiej, której nie znam, ani osobiście, ani wirtualnie, ale która prywatnie zwraca się do mnie ufnie o ocenę - wiem, bo nie rozjeżdżałam). Postanowiłam więc, że w razie, gdybym nie dała rady przebrnąć/wynudzę się jak podczas lektury "Manifestu Komunistycznego"/uznam, że to absolutnie nie dla mnie po prostu napiszę do autorki maila ze szczerym wyjaśnieniem, i już.

Fakt, że czytasz, o Luby Czytelniku, tę recenzję dowodzi, że moje wyżej wyrażone obawy okazały się płonne.

No ale. Co będzie, dumałam sobie, jeśli ja się nie okażę targetem? To znaczy, chwila, ja NIE JESTEM targetem, ale co, jeśli opowiadana historia jakoś mnie... ominie? Fakt, o to się martwiłam mniej, po pierwsze dlatego, że dwa targety to ja w domu mam (w tym jeden dokładniusio w wieku bohaterów powieści), a po drugie dlatego, że należę do grona szczęśliwców, którzy z wielką przyjemnością "wracają do szkoły", czy to we wspomnieniach, czy podczas lektury książek, oglądania filmów, czy w snach (mnie się nigdy nie śni koszmar, że siedzę na maturze i nie umiem odpowiedzieć na żadne pytanie, mnie się śni, że jestem w szkole, a potem się budzę ze ściśniętym sercem, bo to był tylko sen).

Z drugiej jednakowoż strony, jak człowiek nie sprawdzi, to się nie dowie, prawda?

Więc sprawdziłam.

Oto mamy początek roku szkolnego. Uczniowie drugiej klasy jednego z (tych lepszych) krakowskich liceów wracają do szkoły. Niby się znają, ale jednak bardzo pobieżnie. Nie są zgrani, nie są sobą jakoś szczególnie zainteresowani.

To się zmienia, gdy do klasy dołącza nowa uczennica, Kaśka, wulkan energii i optymizmu, z łatwością nawiązująca znajomości, zarażająca entuzjazmem, tryskająca milionem pomysłów na minutę. Mimo to nikt, nawet jej najlepsza przyjaciółka, nie wie, dlaczego Kaśka zmieniła (musiała zmienić!) szkołę.

Tymczasem w szkolnym światku muzycznym wrze: zwycięzca tegorocznego konkursu kapel zagra na wielkiej gali z okazji jubileuszu szkoły. Jakub, klasowa gwiazda (chociaż nie w tym narzucającym się wyobraźni, amerykańskim stylu "najfajniejszego-chłopaka-i-kapitana-drużyny-koszykówki") jest zdeterminowany, żeby wygrać, zakłada więc zespół z Markiem i Filipem. Łączy ich wspólny cel, ale tak naprawdę właściwie za sobą nie przepadają, ą Marek i Filip odnoszą się do Jakuba z dużą nieufnością. Częste różnice zdań i wrogie nastawienie konkurencyjnych kapel nie ułatwiają zadania...

Początkowo miałam wrażenie, że tytuł tomu "Nic z tego nie zrozumiecie" jest wyjątkowo wręcz dobrze dobrany :D. Liczba bohaterów ciut przytłaczała, trudno było mi ich zapamiętać pomimo, że różnili się od siebie (i mimo, że mam pamięć do nazwisk - nawet z nią całkiem długo myliłam Filipa z Bartkiem :)). Chociaż biorąc pod uwagę, że bohaterem zbiorowym książki jest cała klasa - to naprawdę ambitne i niełatwe założenie! - z wielkim uznaniem napisać muszę, że każdy z uczniów i uczennic miał własną, dobrze opowiedzianą, i bardzo dobrze, w sposób nader umiejętny podkręcającą ciekawość czytelnika, wprowadzoną historię, osobowość, a znaczna większość - naprawdę oryginalne hobby (odnajduję wśród tych hobby echa zainteresowań samej autorki :)).

Powieść opowiada o niby typowym życiu uczniów liceum, ich szkolnych potyczkach, pierwszych miłościach, kłopotach i dramatach rodzinnych. A przecież za tym wszystkim kryje się nieco głębsza historia, która, jak sądzę, będzie ujawniana z czasem. I z tego powodu, pod koniec tomu, znowu tytuł "Nic z tego nie zrozumiecie" wydał mi się bardzo trafny - faktycznie jest kilka - co najmniej! - rzeczy, których nie rozumiemy, zaledwie przeczuwamy, albo się domyślamy, niekoniecznie dobrze. Autorka zostawiła całkiem sporo nie podomykanych wątków, takich nitek w różnych kolorach (a każdy kolor to inny bohater), za którymi może podążyć czytelnik, jeśli zdecyduje się przeczytać kolejne części serii. Osobiście bardzo jestem ciekawa, czy uda się te wątki zgrabnie domknąć, zapleść do końca i wszyć tak, by powstało kompletne, dokończone dzieło, a zważywszy na ilość bohaterów jest to zadanie ambitne, ale wnioskując z pierwszego tomu, daję autorce kredyt zaufania.   

I teraz - gdy już się przekonałam, że Martyna umie w fabułę, jej polszczyzna nie doznała nagłego a niezrozumiałego pogorszenia, zaś całość powieści napisana jest z dużą swobodą i smakiem, i wielką, naprawdę wielką, wyraźnie wyczuwalną sympatią dla młodych bohaterów, uświadomiłam sobie, że słowo, które najczęściej przychodziło mi do głowy to "urocza". Urocza książka. Winię za to moje nie do końca typowe doświadczenia szkolne (dygresja będzie i nawiasik - miałam Kumpla Od Serca, który został Kumplem, gdy już byliśmy po maturze i nie mógł się nadziwić, że nie wcześniej, bo przecież chodziliśmy do tej samej szkoły, a przestał się dziwić, gdy odkrył, do której klasy chodziłam. "Ach! - zawołał tonem osoby, która nareszcie wszystko zrozumiała. - Byłaś w tej dziwnej klasie! Nic dziwnego, że cię nie pamiętam!", po czym wyjaśnił, jak moja klasa była postrzegana przez klasy ościenne. Dzwonek. Otwierają się drzwi i wychodzi z sali IV A. W całości. W całości przemieszcza się przez korytarz, udaje się pod następną salę, wychodzi na boisko, siada na trybunkach. Czasem z tego otaczającego nas bąbla wyodrębnia się ciut mniejszy bąbelek. Bąbelek idzie do sklepiku, nabywa dobra, wraca i zostaje wchłonięty przez Główny Bąbel. Dzwonek. Klasa IV A wstaje i udaje się na lekcję. "W ogóle was z twarzy nie odróżniałem - rzekł kumpel. - Byliście jak monolit", koniec dygresji, zamykamy nawiasik). Doświadczenie to sprawia, że na samo wspomnienie szkoły i szkolnych lat rozpromieniam się jak kto głupi, albo rozmaślam i rozklejam z tęsknoty, zależnie od nastroju. W ogóle nie pamiętam, że tamte lata i moje nastoletnie doświadczenia wcale nie były tylko i wyłącznie szczęśliwe. Że były też trudne, bolesne i raniły mnie dogłębnie. 

Więc proszę tak do końca nie brać sobie tego "urocze" do serca - bo doświadczenia bohaterów książki właśnie nie są tylko i wyłącznie szczęśliwe. Są bardzo trudne, bardzo bolesne. I jak się już człowiek otrząśnie z tego rozmaślonego uśmiechu i oderwie zamglony wzrok od dawno minionej przeszłości to zauważa również, że - są takie same, jak jego. Że świat się bardzo zmienił. Ale tęsknoty, problemy, trudności i dręcząca nastoletnie dusze rozpacz, kłopoty z rodzicami, brak porozumienia, przemoc, strach przed światem... że to wszystko jest zupełnie takie samo.

By ostatecznie upewnić się, że cała ta fajnie opisana, dająca się lubić (serio, nie ma w tej książce bohatera, którego bym choć trochę nie rozumiała, nie ma też takiego, którego nie lubię) młodzież naprawdę jest taka autentyczna i "lubialna", posadziłam do czytania własną, domową młodzież, po czym urządziliśmy burzę mózgów.

Pierwsza rzecz, na którą zwróciła uwagę Własna Młodzież, i która im się spodobała to to, że bohaterowie KLNĄ (bogowie, jak to świadczy o mnie jako o matce!!!). Tak, wiem, jak to brzmi. I zapewniam, że bohaterowie nie klną jak strony powieści długie i szerokie, tylko, gdy okoliczności ich docisną. Rzucają wówczas grubszym słowem. Obaj Potomkowie uznali to za bardzo wiarygodne. Potomek Starszy wyznał, że obawiał się "młodzieżowego języka rodem z reklam, w których , cytuję, "jakiś zgred usiłuje udawać, że jest spoko kolo i nastolatek", koniec cytatu, tymczasem, ku swemu przyjemnemu zdziwieniu odkrył, że bohaterowie mówią normalnie po polsku, ale właśnie od czasu do czasu rzucą znanym polskim przecinkiem na "k" ("Przy nauczycielach to wiadomo, ze nie, ale przy kumplach to sama wiesz, jak jest, mamo!").

Ponadto wyrazili opinię, że taka ilość osób mocno utalentowanych i z rozległymi zainteresowaniami oraz nietypowym hobby (gotowanie! ode mnie wielki plus za to gotowanie!) jest mało prawdopodobna w jednej klasie, ("No, chociaż to elitarne liceum chyba..." orzekł Potomek Młodszy, acz wątpliwości dźwięczały mu w głosie jak stal) , chociaż wiadomo, książka to książka, życie to życie, książka powinna być jednak trochę ciekawsza :D.

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciła uwagę cała nasza trójka, ale uznaję, że rzecz dotyczy naszych prywatnych doświadczeń i nijak nie wpływa na wiarygodność zachowań, postaw i charakterów bohaterów powieści, którą (co za ulga, zapewniam :D) mogę szczerze polecić i rzeczywistym nastolatkom, i tym nastolatkom honorowym, którzy jeszcze nie do końca zapomnieli (albo chcą sobie przypomnieć), jak to jest być rzeczywistym nastolatkiem w świecie, który jest inny niż ten, który pamiętają z własnych, młodych lat.

Uprzedzając jednakże lojalnie, że "nic z tego nie zrozumiecie", więc nastawcie się od razu na lekturę tomów kolejnych :).