Potomek Młodszy - Mamusiu, czy SpongeBob to jest amerykańska bajka?
Królowa Matka - Tak.
Potomek Młodszy (z zadowoleniem) - Od razu wiedziałem, (wyjaśniająco) bo dzieje się pod wodą.
I wszystko, jak Królowa Matka mniema, jasne :).
wtorek, 27 maja 2014
czwartek, 22 maja 2014
Kontrastowo
Królowa Matka osiągnęła ostatnio szczyt optymizmu, ośmiotysięcznik normalnie, i jest pewna, że raczej długo nie zdobędzie kolejnego oraz, że z wielu powodów jej Korona Himalajów wyglądać będzie tak:
ale na bezrybiu i rak ryba, a darowanemu koniowi sie nigdzie nie zagląda, nieprawda.
Otóż stała sobie dni temu kilka Królowa Matka przed szybą wystawową i kontemplowała to, co było za nią kusząco wyeksponowane, musi przed jakąś księgarnią, bo kontemplowanie innych wystaw się w światopoglądzie Królowej Matki nie mieści. Znienacka słońce, odbite w otwieranych przez kogoś drzwiach ją oślepiło, Królowa Matka, skrzywiona, spojrzała odruchowo w swoje odbicie w szklanej tafli, po czym coś w niej - to coś najwyraźniej źle wytresowane przez przekaz bombardujący zewsząd umysły i pań starszych, takich jak Królowa Matka, i tych całkiem młodych, za pomocą przepięknych modelek, lat 17, reklamujących kremy dla cery dojrzałej i wszystko inne też (bo przecież nikt tak dobrze nie nadaje się do reklamy jak przepiękne, wiośniane dziewczę, lat 17, któremu już, już kończy się data przydatności do użycia, stoi ono bowiem u progu szarej, pustej i brzydkiej starości, powszechnie zwanej "dwudziestką"); otóż to źle wytresowane coś w jej głowie zawołało z radosnym zdziwieniem:
"O, jejciu, jak mi sie fajnie układają zmarszczki!!!".
Bowiem musisz wiedzieć, Czytelniku, że nieustanną zmorą Królowej Matki była myśl o zmarszczkach a la Czarownica z Chatki na Kurzej Nóżce, z takimi bruzdami po obu stronach ust, nadającymi twarzy wyraz nieustannego zgorzknienia, a wydawało jej się, że do takich bruzd ma skłonność. A tu proszę, zamiast bruzd ujrzała urocze kurze łapki (a niechby i łapy, o, wa, wielkie mecyje!) od uśmiechu, no sam cymes, proszę Państwa oraz kto by pomyślał!
Uradowana odkryciem, że ma śliczne zmarszczki Królowa Matka udała się była do domu własnej Matki, gdzie zastała oną pogrążoną w uczuciu przeciwpołożnym. Matka Królowej Matki lżyła oto bowiem podeszły wiek (który jej był dokopywał właśnie za sprawą bolących nóg) słowami licznymi a wielce obrazowymi, a wszystkimi jak jednym powszechnie uważanymi za obelżywe, robiąc krótkie przerwy wyłącznie dla sprawdzenia, czy młodzież (która zawsze, ale to zawsze przypadkiem znajduje się w pobliżu akurat w tym momencie, w którym padają słowa lub stwierdzenia nie przeznaczone dla ich niewinnych usząt) nadal cieszy się dzieciństwem na balkonie, gdy zas upuściła sobie nieco pary rzekła smutno:
- Bo tę starość to ktoś bardzo źle wymyślił, bardzo, i teraz nie wie, jak się z tego wycofać...
Cóż.
Do tego etapu myślenia o swoim wieku Królowej Matce jeszcze trochę brakuje...
ale na bezrybiu i rak ryba, a darowanemu koniowi sie nigdzie nie zagląda, nieprawda.
Otóż stała sobie dni temu kilka Królowa Matka przed szybą wystawową i kontemplowała to, co było za nią kusząco wyeksponowane, musi przed jakąś księgarnią, bo kontemplowanie innych wystaw się w światopoglądzie Królowej Matki nie mieści. Znienacka słońce, odbite w otwieranych przez kogoś drzwiach ją oślepiło, Królowa Matka, skrzywiona, spojrzała odruchowo w swoje odbicie w szklanej tafli, po czym coś w niej - to coś najwyraźniej źle wytresowane przez przekaz bombardujący zewsząd umysły i pań starszych, takich jak Królowa Matka, i tych całkiem młodych, za pomocą przepięknych modelek, lat 17, reklamujących kremy dla cery dojrzałej i wszystko inne też (bo przecież nikt tak dobrze nie nadaje się do reklamy jak przepiękne, wiośniane dziewczę, lat 17, któremu już, już kończy się data przydatności do użycia, stoi ono bowiem u progu szarej, pustej i brzydkiej starości, powszechnie zwanej "dwudziestką"); otóż to źle wytresowane coś w jej głowie zawołało z radosnym zdziwieniem:
"O, jejciu, jak mi sie fajnie układają zmarszczki!!!".
Bowiem musisz wiedzieć, Czytelniku, że nieustanną zmorą Królowej Matki była myśl o zmarszczkach a la Czarownica z Chatki na Kurzej Nóżce, z takimi bruzdami po obu stronach ust, nadającymi twarzy wyraz nieustannego zgorzknienia, a wydawało jej się, że do takich bruzd ma skłonność. A tu proszę, zamiast bruzd ujrzała urocze kurze łapki (a niechby i łapy, o, wa, wielkie mecyje!) od uśmiechu, no sam cymes, proszę Państwa oraz kto by pomyślał!
Uradowana odkryciem, że ma śliczne zmarszczki Królowa Matka udała się była do domu własnej Matki, gdzie zastała oną pogrążoną w uczuciu przeciwpołożnym. Matka Królowej Matki lżyła oto bowiem podeszły wiek (który jej był dokopywał właśnie za sprawą bolących nóg) słowami licznymi a wielce obrazowymi, a wszystkimi jak jednym powszechnie uważanymi za obelżywe, robiąc krótkie przerwy wyłącznie dla sprawdzenia, czy młodzież (która zawsze, ale to zawsze przypadkiem znajduje się w pobliżu akurat w tym momencie, w którym padają słowa lub stwierdzenia nie przeznaczone dla ich niewinnych usząt) nadal cieszy się dzieciństwem na balkonie, gdy zas upuściła sobie nieco pary rzekła smutno:
- Bo tę starość to ktoś bardzo źle wymyślił, bardzo, i teraz nie wie, jak się z tego wycofać...
Cóż.
Do tego etapu myślenia o swoim wieku Królowej Matce jeszcze trochę brakuje...
wtorek, 29 kwietnia 2014
Ostatnie życzenie
Potomek Starszy (entuzjastycznie) - Mamusiu, dziękuję, że mi kupiłaś takiego wypasionego pączusia*!!!
Królowa Matka (zdecydowanym szarpnięciem przestawiając Potomka na inne tory i oszczędzając mu w ten sposób baaardzo bliskiego spotkania z pojazdem dwuśladowym) - Ale jeśli pragniesz się nim nacieszyć, drogi synu, raczej rozglądaj się, zanim wparujesz na parking prosto pod takie przepiękne volvo, jakie twoja mamusia tak bardzo chciałaby posiadać...
Potomek Starszy - Ach. No tak. W takim wypadku włóż mi wypasionego pączusia do trumienki.
KURTYNA.
* Jakby ktoś nie wiedział (a chciał wiedzieć), wypasiony pączuś wygląda tak:
Królowa Matka (zdecydowanym szarpnięciem przestawiając Potomka na inne tory i oszczędzając mu w ten sposób baaardzo bliskiego spotkania z pojazdem dwuśladowym) - Ale jeśli pragniesz się nim nacieszyć, drogi synu, raczej rozglądaj się, zanim wparujesz na parking prosto pod takie przepiękne volvo, jakie twoja mamusia tak bardzo chciałaby posiadać...
Potomek Starszy - Ach. No tak. W takim wypadku włóż mi wypasionego pączusia do trumienki.
KURTYNA.
* Jakby ktoś nie wiedział (a chciał wiedzieć), wypasiony pączuś wygląda tak:
niedziela, 20 kwietnia 2014
Wesołych Świąt wszystkim
Nie, żeby w Domu w Dziczy nie było w tym roku świąt.
Były (a nawet nadal są).
I to nawet tradycyjne, z babą wielkanocną (pięknie wyrośniętą, pachnącą i nawet jadalną w dodatku),
pisankami, produkowanymi przez Potomków, jak to:
pierwszą w życiu pisanką Pompona Starszego,
pierwszą w życiu pisanką Pompona Młodszego,
pisanką Potomka Młodszego, nie pierwszą w zasadzie (chociaż pierwszą malowaną palcami),
oraz pisankami stworzonymi przez Matkę Rodu, może nieco mało klasycznymi, ale za to bardzo trafiającymi w gust Potomków,
które to pisanki w charakterze Ochroniarzy pełniły wartę obok jedynego pięknego i prawdziwie rękodzielniczego dzieła sztuki, jakie w tym roku gościło pod dachem Królowej Matki (i nie, nie Królowa Matka je robiła, podejrzewa, że by nie zrobiła, nawet gdyby umiała, a nie umie),
oraz z Mistrzowskim Mazurkiem Królowej Matki, Który Wszyscy Podżerają Po Kryjomu Już Przed Świętami (A Niektórzy Objadają Się Nim Tak, Że Się Pochorowują).
Plany były jednakże o wiele ambitniejsze...
Królowa Matka ma nadzieję, że plany jej Czytelników były takie, jak trzeba, i że ich realizacja dała tyle, ile trzeba satysfakcji.
Wesołych Świąt wszystkim!
Królowa Matka życzy czasu, sił i możliwości dla realizacji planów.
Zawsze.
Były (a nawet nadal są).
I to nawet tradycyjne, z babą wielkanocną (pięknie wyrośniętą, pachnącą i nawet jadalną w dodatku),
pisankami, produkowanymi przez Potomków, jak to:
pierwszą w życiu pisanką Pompona Starszego,
pierwszą w życiu pisanką Pompona Młodszego,
pisanką Potomka Młodszego, nie pierwszą w zasadzie (chociaż pierwszą malowaną palcami),
oraz pisankami stworzonymi przez Matkę Rodu, może nieco mało klasycznymi, ale za to bardzo trafiającymi w gust Potomków,
które to pisanki w charakterze Ochroniarzy pełniły wartę obok jedynego pięknego i prawdziwie rękodzielniczego dzieła sztuki, jakie w tym roku gościło pod dachem Królowej Matki (i nie, nie Królowa Matka je robiła, podejrzewa, że by nie zrobiła, nawet gdyby umiała, a nie umie),
oraz z Mistrzowskim Mazurkiem Królowej Matki, Który Wszyscy Podżerają Po Kryjomu Już Przed Świętami (A Niektórzy Objadają Się Nim Tak, Że Się Pochorowują).
Plany były jednakże o wiele ambitniejsze...
Królowa Matka ma nadzieję, że plany jej Czytelników były takie, jak trzeba, i że ich realizacja dała tyle, ile trzeba satysfakcji.
Wesołych Świąt wszystkim!
Królowa Matka życzy czasu, sił i możliwości dla realizacji planów.
Zawsze.
piątek, 18 kwietnia 2014
O bezpośrednim związku między rocznicą wstapienia Polski do Unii Europejskiej a ciastem pomarańczowym
Oraz z zeschniętymi biszkoptami, ale to już byłoby zdecydowanie za dużo na tytuł.
Zeschnięte biszkopty występują w Domu w Dziczy w znacznych ilościach za przyczyną Matki Pana Małżonka, ktora przynosi je Potomkom ( w wersji jeszcze nie zeschniętej, oczywiście :)) przy okazji każdej swej wizyty. Potomki je zjadają, jeśli mają taki nastrój, albo nie zjadają, jeśli nastroju nie mają, ostatnio zjadać przestały lekceważąc stały przypływ pożywienia i oto pewnego dnia Królowa Matka ujrzała się w posiadaniu licznych opakowań biszkoptów, z którymi nie wiadomo bylo, co zrobić.
Jak nie wiadomo, co zrobić, to zrobić ciasto. Królowej Matce majaczyła się widywana w internecie wielka ilość przepisów zawierających pokruszone biszkopty, sprawdziła, rzeczywiście znalazła wielką ich ilość, tyle tylko, że wszystkie (albo ta większość, na którą się Królowa Matka natykała) to były ciasta bez pieczenia, a za takimi Królowa Matka nie przepada, robiąc wyjątek wyłącznie dla ciasta Rafaello.
No, dobrze, nie ma przepisów, to nie, Królowej Matce poszukiwania wyleciały z głowy, ponieważ Potomek Młodszy powrócił ze szkoły z zadaniem domowym. Zadanie domowe polegało na przyniesieniu na lekcję wyciętych z czasopism zdjęć europejskich stolic przedstawiających charakterystyczne dla tych stolic budowle, czyli na ten przykład Pałace Kultury i Nauki, Wieże Eiffla i inne Big Beny, celem sporządzenia ilustracji na okoliczność okrągłej rocznicy przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Szczęśliwie nie poinformował o tym Królowej Matki, jak to się nader często zdarza, wieczorem w przeddzień planowanego poczyniania ilustracji, chociaż właściwie nie miałoby to większego znaczenia poza tym, że skróciłoby okres nerwowego przerzucania posiadanych przez Królową Matkę czasopism do i tak zbędnego minimum.
Pech bowiem polega na tym, że jedynym czasopismem dostępnym w domu Królowej Matki w dowolnych ilościach i wielu rocznikach jest "Polityka", a - zadziwiajace! - nie uwierzylbyś, Mily Czytelniku, jak niewiele zdjęć Big Bena można w niej znaleźć ("Polityko"! Popraw się!), i to nawet w artykułach reklamowych, zachęcających do wojaży po świecie. Królowa Matka, zrozpaczona daremnym przerzuceniem ton papieru udała się do domu swojej Matki, gdzie znalazła kilka kolejnych roczników "Polityki" i parę zabytkowych okolicznościowych czasopism kulinarnych, które w desperacji również przejrzała.
W efekcie jej katorżniczej pracy (oraz błędnych decyzji programowych wiodącego na polskim rynku tygodnika opinii) Potomek Młodszy udał się do szkoły zaopatrzony w kilka zdjęć Palacu Kultury, jedną reklamę perfum z Wieżą Eiffla w tle oraz tymi pocztówkami z kolekcji Królowej Matki, z którymi najmniej żal było jej się rozstać.
Za to Królowa Matka znalazła swój przepis na ciasto z pokruszonych biszkoptow.
Przyrządziła je tego samego wieczora, po spławieniu Pomponów do łóżeczek, korzystając z nieobecności Pana Małżonka, tradycyjnie jak co piątek trenującego kendo, oraz Potomka Młodszego, którego od kolegi odebrać miał Pan Małżonek późnym wieczorem, wracając z treningu.
Produkcję zaczęła od utarcia w gigantycznym moździerzu (ma taką pamiątkę po likwidowanym laboratorium, w którym kiedyś, dawno pracował Pan Małżonek) 10 dkg biszkoptów na proszek. Oddzieliła sześć żółtek od sześciu białek, utarła żółtka z 10 dkg cukru oraz torebką cukru waniliowego, dodała do masy żółtkowej startą skórkę i sok z dwóch dużych pomarańczy, po czym odkryła, że w przepisie oprócz mąki i startych biszkoptów występują też zmielone orzechy włoskie.
Orzechów włoskich Królowa Matka ma skolko ugodno, czemu nie, wiszą sobie w płóciennym woreczku pod schodami. W skorupkach. Wizja łuskania i mielenia na chwilę przyćmiła jej wzrok, po której to chwili Królowa Matka zgrzytnęła zębami, szarpnęła szufladą zawierającą bakalie i różnorakie posypki do ciast, tak jest, orzechy laskowe były obecne, lekce sobie zatem ważąc przepis zmieliła 280 orzechów laskowych zamiast wymaganych włoskich i donosi, że ciasto w wersji laskowej jak najbardziej daje radę.
Jak już Królowa Matka miała pomielone orzechy, ubiła białka z 10 dkg cukru i połączyła je z masą żółtkową, po czym do całości dosypała sproszkowane 10 dkg biszkoptów, 28 dkg zmielonych orzechó i 3 dkg mąki, delikatnie wszystko wymieszała, wlała do foremki, natluszczonej i wysypanej tartą bułką, po czym piekła 45 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.
Gotowe ciasto pozostało ukryte w piekarniku do rana, gdy to Królowa Matka oblała je lukrem i udekorowała połówkami orzechów i skórką pomarańczową,
a Pan Małżonek zasugerował dorzucenie do dekoracji reszteczki rodzynek w czekoladzie, które sie jakimś cudem uchowały, co okazało się bardzo dobrym pomysłem.
Po czym jedyne, co pozostało, to ciasto pokroić.
I pochłonąć.
Królowa Matka przyznaje, że - pomijając jajka - wszystko, co jest potrzebne do upieczenia tego ciasta miała w domu w charakterze resztek, nawet pomarańcze, które wturlały się za miskę stojącą na oknie i wszyscy o nich zapomnieli, w normalnym domu do zrobienia go potrzeba pewnych przygotowań, ale zapewnia, że warto. Ciasto okazało się bardzo wilgotne, puszyste i pyszne, utrzymało tę wilgotnośc (no - pozostałe resztki utrzymały ;)) także nazajutrz, i choć Królowej Matce, gdy czytała przepis wydawało się bardzo gwiazdkowe, po upieczeniu okazało się dziwnie wielkanocne, pasujące do budzącej się wiosny i do świątecznego stołu.
Niech to będzie królewskomatczyny wkład w Kulinarne Obchody Wielkanocy, i -
Wesołych Świąt, Drodzy Czytelnicy! Na wypadek, gdybyśmy się przed świętami mieli już nie zobaczyć :).
Zeschnięte biszkopty występują w Domu w Dziczy w znacznych ilościach za przyczyną Matki Pana Małżonka, ktora przynosi je Potomkom ( w wersji jeszcze nie zeschniętej, oczywiście :)) przy okazji każdej swej wizyty. Potomki je zjadają, jeśli mają taki nastrój, albo nie zjadają, jeśli nastroju nie mają, ostatnio zjadać przestały lekceważąc stały przypływ pożywienia i oto pewnego dnia Królowa Matka ujrzała się w posiadaniu licznych opakowań biszkoptów, z którymi nie wiadomo bylo, co zrobić.
Jak nie wiadomo, co zrobić, to zrobić ciasto. Królowej Matce majaczyła się widywana w internecie wielka ilość przepisów zawierających pokruszone biszkopty, sprawdziła, rzeczywiście znalazła wielką ich ilość, tyle tylko, że wszystkie (albo ta większość, na którą się Królowa Matka natykała) to były ciasta bez pieczenia, a za takimi Królowa Matka nie przepada, robiąc wyjątek wyłącznie dla ciasta Rafaello.
No, dobrze, nie ma przepisów, to nie, Królowej Matce poszukiwania wyleciały z głowy, ponieważ Potomek Młodszy powrócił ze szkoły z zadaniem domowym. Zadanie domowe polegało na przyniesieniu na lekcję wyciętych z czasopism zdjęć europejskich stolic przedstawiających charakterystyczne dla tych stolic budowle, czyli na ten przykład Pałace Kultury i Nauki, Wieże Eiffla i inne Big Beny, celem sporządzenia ilustracji na okoliczność okrągłej rocznicy przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Szczęśliwie nie poinformował o tym Królowej Matki, jak to się nader często zdarza, wieczorem w przeddzień planowanego poczyniania ilustracji, chociaż właściwie nie miałoby to większego znaczenia poza tym, że skróciłoby okres nerwowego przerzucania posiadanych przez Królową Matkę czasopism do i tak zbędnego minimum.
Pech bowiem polega na tym, że jedynym czasopismem dostępnym w domu Królowej Matki w dowolnych ilościach i wielu rocznikach jest "Polityka", a - zadziwiajace! - nie uwierzylbyś, Mily Czytelniku, jak niewiele zdjęć Big Bena można w niej znaleźć ("Polityko"! Popraw się!), i to nawet w artykułach reklamowych, zachęcających do wojaży po świecie. Królowa Matka, zrozpaczona daremnym przerzuceniem ton papieru udała się do domu swojej Matki, gdzie znalazła kilka kolejnych roczników "Polityki" i parę zabytkowych okolicznościowych czasopism kulinarnych, które w desperacji również przejrzała.
W efekcie jej katorżniczej pracy (oraz błędnych decyzji programowych wiodącego na polskim rynku tygodnika opinii) Potomek Młodszy udał się do szkoły zaopatrzony w kilka zdjęć Palacu Kultury, jedną reklamę perfum z Wieżą Eiffla w tle oraz tymi pocztówkami z kolekcji Królowej Matki, z którymi najmniej żal było jej się rozstać.
Za to Królowa Matka znalazła swój przepis na ciasto z pokruszonych biszkoptow.
Przyrządziła je tego samego wieczora, po spławieniu Pomponów do łóżeczek, korzystając z nieobecności Pana Małżonka, tradycyjnie jak co piątek trenującego kendo, oraz Potomka Młodszego, którego od kolegi odebrać miał Pan Małżonek późnym wieczorem, wracając z treningu.
Produkcję zaczęła od utarcia w gigantycznym moździerzu (ma taką pamiątkę po likwidowanym laboratorium, w którym kiedyś, dawno pracował Pan Małżonek) 10 dkg biszkoptów na proszek. Oddzieliła sześć żółtek od sześciu białek, utarła żółtka z 10 dkg cukru oraz torebką cukru waniliowego, dodała do masy żółtkowej startą skórkę i sok z dwóch dużych pomarańczy, po czym odkryła, że w przepisie oprócz mąki i startych biszkoptów występują też zmielone orzechy włoskie.
Orzechów włoskich Królowa Matka ma skolko ugodno, czemu nie, wiszą sobie w płóciennym woreczku pod schodami. W skorupkach. Wizja łuskania i mielenia na chwilę przyćmiła jej wzrok, po której to chwili Królowa Matka zgrzytnęła zębami, szarpnęła szufladą zawierającą bakalie i różnorakie posypki do ciast, tak jest, orzechy laskowe były obecne, lekce sobie zatem ważąc przepis zmieliła 280 orzechów laskowych zamiast wymaganych włoskich i donosi, że ciasto w wersji laskowej jak najbardziej daje radę.
Jak już Królowa Matka miała pomielone orzechy, ubiła białka z 10 dkg cukru i połączyła je z masą żółtkową, po czym do całości dosypała sproszkowane 10 dkg biszkoptów, 28 dkg zmielonych orzechó i 3 dkg mąki, delikatnie wszystko wymieszała, wlała do foremki, natluszczonej i wysypanej tartą bułką, po czym piekła 45 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.
Gotowe ciasto pozostało ukryte w piekarniku do rana, gdy to Królowa Matka oblała je lukrem i udekorowała połówkami orzechów i skórką pomarańczową,
a Pan Małżonek zasugerował dorzucenie do dekoracji reszteczki rodzynek w czekoladzie, które sie jakimś cudem uchowały, co okazało się bardzo dobrym pomysłem.
Po czym jedyne, co pozostało, to ciasto pokroić.
I pochłonąć.
Królowa Matka przyznaje, że - pomijając jajka - wszystko, co jest potrzebne do upieczenia tego ciasta miała w domu w charakterze resztek, nawet pomarańcze, które wturlały się za miskę stojącą na oknie i wszyscy o nich zapomnieli, w normalnym domu do zrobienia go potrzeba pewnych przygotowań, ale zapewnia, że warto. Ciasto okazało się bardzo wilgotne, puszyste i pyszne, utrzymało tę wilgotnośc (no - pozostałe resztki utrzymały ;)) także nazajutrz, i choć Królowej Matce, gdy czytała przepis wydawało się bardzo gwiazdkowe, po upieczeniu okazało się dziwnie wielkanocne, pasujące do budzącej się wiosny i do świątecznego stołu.
Niech to będzie królewskomatczyny wkład w Kulinarne Obchody Wielkanocy, i -
Wesołych Świąt, Drodzy Czytelnicy! Na wypadek, gdybyśmy się przed świętami mieli już nie zobaczyć :).
wtorek, 15 kwietnia 2014
Potomki. Przegląd
Poranek. A własciwie blady świt. Półprzytomna Królowa Matka wysadza na nocnik półprzytomnego Pompona Starszego. Półprzytomny Pan Małżonek, zalegając w łożu, przeprowadza poranną rozmowę z Pomponem Młodszym.
Pompon Młodszy (prosząco) - Tata, daś mi twojom komójkiem?
Pan Małżonek (jak na tę porę dnia calkiem zdecydowanie) - Nie, synek, nie dam ci mojej komórki.
Pompon Młodszy (robiąc Bambi eyes i wiater rzęsami, błagalnie) - Pjjjoooosiem!
Pan Małżonek (z właściwą sobie w tym temacie bezwzględnością) - Nie.
Pompon Młodszy (zrezygnowanym tonem) - No i znów nie bende cie kochać...
I jak teraz nauczyć się z tym żyć ;)?
Potomek Młodszy (relacjonując z wielkim przejęciem proces odrabiania lekcji pod okiem Matki Pana Małżonka) - ... i jak zrobiłem jeden błąd, tatusiu, jeden jedyny malutki, maluteńki błądzik, to babcia natychmiast zaczęła do mnie mówić TAKIM TONEM JAK DO CIEBIE!!!
Oto cała prawda o relacjach Pana Małżonka z Królewską Teściową ;D!
Potomek Starszy zadanie domowe miał. Dostal oto wers "kurczaczek wyskoczył z kurnika" z zadaniem obudowania wersu poezją własnej produkcji oraz dodaniem do poezji obrazu. Obudowany poezją wers wyglądał tak:
"Puszysty kurczaczek wyskoczył z kurnika.
Zobaczył swoją mamusię i radośnie bryka",
zaś stosowny obraz - tak:
Zwróć uwagę, o Czytelniku, jak bardzo wyskakuje ten kurczaczek, jakie emocje malują się zarówno na jego, jak i jego mamy... eee... obliczu, i jaki ten obraz dopasowany do zbliżających się świąt i ciesz się nim, bo całkiem możliwe, że podziwiasz oto jedyny świąteczny akcent, jaki w tym roku pojawi się na blogu (Królowa Matka nie straszy, lecz po przyjacielsku i smutno ostrzega).
I tylko Pompon Starszy niespecjalnie się udziela w rodzinnych dialogach, nie rysuje, nie rymuje, nie odrabia lekcji, tylko sobie rośnie, rumiany, płowowłosy, z oczętami jak niezabudki i cieniem dołeczków w policzkach, gdy się uśmiecha, brojąc od niechcenia i obserwując świat w (znaczącym, bez wątpienia) milczeniu.
Przebóg, cóż to będzie, gdy wreszcie przemówi!
Pompon Młodszy (prosząco) - Tata, daś mi twojom komójkiem?
Pan Małżonek (jak na tę porę dnia calkiem zdecydowanie) - Nie, synek, nie dam ci mojej komórki.
Pompon Młodszy (robiąc Bambi eyes i wiater rzęsami, błagalnie) - Pjjjoooosiem!
Pan Małżonek (z właściwą sobie w tym temacie bezwzględnością) - Nie.
Pompon Młodszy (zrezygnowanym tonem) - No i znów nie bende cie kochać...
I jak teraz nauczyć się z tym żyć ;)?
Potomek Młodszy (relacjonując z wielkim przejęciem proces odrabiania lekcji pod okiem Matki Pana Małżonka) - ... i jak zrobiłem jeden błąd, tatusiu, jeden jedyny malutki, maluteńki błądzik, to babcia natychmiast zaczęła do mnie mówić TAKIM TONEM JAK DO CIEBIE!!!
Oto cała prawda o relacjach Pana Małżonka z Królewską Teściową ;D!
Potomek Starszy zadanie domowe miał. Dostal oto wers "kurczaczek wyskoczył z kurnika" z zadaniem obudowania wersu poezją własnej produkcji oraz dodaniem do poezji obrazu. Obudowany poezją wers wyglądał tak:
"Puszysty kurczaczek wyskoczył z kurnika.
Zobaczył swoją mamusię i radośnie bryka",
zaś stosowny obraz - tak:
Zwróć uwagę, o Czytelniku, jak bardzo wyskakuje ten kurczaczek, jakie emocje malują się zarówno na jego, jak i jego mamy... eee... obliczu, i jaki ten obraz dopasowany do zbliżających się świąt i ciesz się nim, bo całkiem możliwe, że podziwiasz oto jedyny świąteczny akcent, jaki w tym roku pojawi się na blogu (Królowa Matka nie straszy, lecz po przyjacielsku i smutno ostrzega).
I tylko Pompon Starszy niespecjalnie się udziela w rodzinnych dialogach, nie rysuje, nie rymuje, nie odrabia lekcji, tylko sobie rośnie, rumiany, płowowłosy, z oczętami jak niezabudki i cieniem dołeczków w policzkach, gdy się uśmiecha, brojąc od niechcenia i obserwując świat w (znaczącym, bez wątpienia) milczeniu.
Przebóg, cóż to będzie, gdy wreszcie przemówi!
wtorek, 8 kwietnia 2014
O tym, że Pompony mają trudne dzieciństwo
Wieczór w Domu w Dziczy, Królowa Matka pomaga przebrać się do snu Pomponowi Starszemu, Pan Małżonek pomaga przebrać się do snu Pomponowi Młodszemu i odpytuje go przy okazji z całego długiego dnia. Pompona Młodszego do mówienia zachęcać nie trzeba, nawija Dzieciątko jak w gorączce, nawija, opowiada co jadł, jak spał, w co grał na swojej (zabawkowej) komórce, jakie budowle ustawiał z klocków, jakie puzzle układał, co narysował i jak kocha babcię, aż w pewnej chwili...
Pompon Młodszy (smutno) - ... a mama biła dja naś dziś niemija...
Królowa Matka (podskakując jak rażona prądem, bo ostatnio myśl o dzieciobójstwie odbiega ją raczej rzadko, zwłaszcza w odniesieniu do kochanych Pomponików, które rozwijają się nader prawidłowo, a ich energii niczego zarzucić nie sposób, ale nie, wstrzymała się, nie zabiła, nie udusiła, nie nakrzyczała, nie uszkodziła, nie zakopała w ogródku, nie wyprowadziła do lasu jak tatuś Jasia i Małgosi, nie utopiła wykorzystując obecność licznych zbiorników wodnych w okolicy, wielu rzeczy nie zrobiła, a ten jej tu kalumnie takie!!! niemiła!!! widział to kto!!!) - Jak to - niemiła? Kiedy to ja byłam dla was niemiła, doprecyzuj może, mój synu?
Pompon Młodszy (żałobliwie) - Wtedy, jak skakałiśmi na śchodach...
A, wtedy.
No fakt, wtedy rzeczywiście mogła Królowa Matka być trochę niemiła...
Pompon Młodszy (smutno) - ... a mama biła dja naś dziś niemija...
Królowa Matka (podskakując jak rażona prądem, bo ostatnio myśl o dzieciobójstwie odbiega ją raczej rzadko, zwłaszcza w odniesieniu do kochanych Pomponików, które rozwijają się nader prawidłowo, a ich energii niczego zarzucić nie sposób, ale nie, wstrzymała się, nie zabiła, nie udusiła, nie nakrzyczała, nie uszkodziła, nie zakopała w ogródku, nie wyprowadziła do lasu jak tatuś Jasia i Małgosi, nie utopiła wykorzystując obecność licznych zbiorników wodnych w okolicy, wielu rzeczy nie zrobiła, a ten jej tu kalumnie takie!!! niemiła!!! widział to kto!!!) - Jak to - niemiła? Kiedy to ja byłam dla was niemiła, doprecyzuj może, mój synu?
Pompon Młodszy (żałobliwie) - Wtedy, jak skakałiśmi na śchodach...
A, wtedy.
No fakt, wtedy rzeczywiście mogła Królowa Matka być trochę niemiła...
środa, 26 marca 2014
Obrazki z wyboistej drogi kariery naukowej Potomka Starszego
Odsłona któraś tam z kolei, i na pewno nie ostatnia.
Królowa Matka (odwalając, że tak kolokwialnie rzecz ujmie, tę część roboty, która przynależy każdemu w rodzicowi) - A test z przyrody jak ci poszedł, synu?
Potomek Starszy (BARDZO dobitnie i z dużym naciskiem) - Oczywiście, że dobrze, przecież to oczywiste, że dobrze, w końcu jak piszę to się chyba nie staram napisać na dwójkę, prawda? Nie, ja zawsze piszę najlepiej, więc to chyba jest jasne, że napisałem (wzmagając nacisk) MOIM ZDANIEM na pięć! (po chwili nabrzmiałego treścią milczenia)... przynajmniej do czasu, gdy dostanę ocenę.
Królowa Matka (poświęcając swój bezcenny czas analizowaniu pracy klasowej Potomka Starszego) - Synek, a jak się pisze "pojazd"?
Potomek Starszy - Pe-o-jot-a-zet-de.
Królowa Matka - Aha. Doskonale. To dlaczego w twojej klasówce stoi jak byk "pojast"?
Potomek Starszy (radośnie i beztrosko) - Oj, mamo, bo to się chwilę zastanowić trzeba, a mnie się w szkole nie chce myśleć!
Tjaaaa. Jakże wiele not otrzymanych przez Potomka Starszego to wyjaśnia!
PS. Królowa Matka, odcięta od internetu, który złośliwie i bez zapowiedzi padł był w całej Dziczy na czasokres ostatnich trzech dni, dziś internet odzyskała i pierwsze, co ujrzały jej (wzruszone) oczy to było drugie miejsce etui królewskomatczynej produkcji w kocim wyzwaniu.
Królowa Matka (odwalając, że tak kolokwialnie rzecz ujmie, tę część roboty, która przynależy każdemu w rodzicowi) - A test z przyrody jak ci poszedł, synu?
Potomek Starszy (BARDZO dobitnie i z dużym naciskiem) - Oczywiście, że dobrze, przecież to oczywiste, że dobrze, w końcu jak piszę to się chyba nie staram napisać na dwójkę, prawda? Nie, ja zawsze piszę najlepiej, więc to chyba jest jasne, że napisałem (wzmagając nacisk) MOIM ZDANIEM na pięć! (po chwili nabrzmiałego treścią milczenia)... przynajmniej do czasu, gdy dostanę ocenę.
Królowa Matka (poświęcając swój bezcenny czas analizowaniu pracy klasowej Potomka Starszego) - Synek, a jak się pisze "pojazd"?
Potomek Starszy - Pe-o-jot-a-zet-de.
Królowa Matka - Aha. Doskonale. To dlaczego w twojej klasówce stoi jak byk "pojast"?
Potomek Starszy (radośnie i beztrosko) - Oj, mamo, bo to się chwilę zastanowić trzeba, a mnie się w szkole nie chce myśleć!
Tjaaaa. Jakże wiele not otrzymanych przez Potomka Starszego to wyjaśnia!
PS. Królowa Matka, odcięta od internetu, który złośliwie i bez zapowiedzi padł był w całej Dziczy na czasokres ostatnich trzech dni, dziś internet odzyskała i pierwsze, co ujrzały jej (wzruszone) oczy to było drugie miejsce etui królewskomatczynej produkcji w kocim wyzwaniu.
Ponieważ po ujrzeniu zarówno ilości, jak i jakości konkurencji duch był w Królowej Matce upadł i w zasadzie nie liczyła nawet na mini wyróżnionko właściwie nadal nie wierzy ona własnym oczom.
Ale nie wierzyć to jedno, a nie podziękować - to zupełnie insza inszość.
Więc bardzo, BARDZO dziękuje tym wszystkim, którym chciało się wykonać to jedno kliknięcie i ją w ten sposób ucieszyć, a wręcz uszczęśliwić.
Królowa Matka ma nadzieję, że jeśli kiedykolwiek po raz trzeci - i ostatni - zapragnie wystartować w konkursie na Bloga Roku także będzie mogła na Was, Kochani Czytelnicy, liczyć (<= tzw. podpucha, oraz proszę energicznie przytakiwać ;P).
piątek, 21 marca 2014
Post zupełnie po nic
Może tylko po to, by ilość postów stworzonych w marcu przez Królową Matkę nie zamknęła się w imponującej liczbie sztuk jeden.
I jeszcze po to, by zapewnić Czytelnikow, że Królowa Matka o blogu nie zapomniała, tęskni za nim i bardzo chciałaby go pisać, nawet znalazła (i zapaliła się, a jakże, po czym natychmiast zgasła skutkiem dokonania realistycznego oglądu sytuacji) takie blogowe wyzwanie:
Tak se zamieszcza, może ktoś skorzysta, bo ona to raczej nie w tym życiu.
Po miesiącach nieudolnych prób połączenia ról Matki, Żony, Pracownicy oraz Blogerki okazało się (nie, żeby Królowa Matka była zadziwiona tym odkryciem, no, może ociupinkę), że Królowa Matka nie należy do kobiet, które to potrafią. Niestety. Mimo, że po wspomnianych miesiącach Królowa Matka uznała, ze jedyną dobrą stroną jej pracy zawodowej jest to, że udało jej się załapać na wyprawę do kina na "Kamienie na szaniec" w charakterze opiekunki młodzieży (i tak, pomyślała, że napisze tu o wrażeniach, po czym jak pomyślała, tak i nie zrobiła, zgadnij, Bystry Czytelniku, czemu), Pracowniczką pozostaje taką wiecej wzorową. Matką też nie może przestać być, nawet nie wiadomo jak zmęczona i otępiała, więc jakoś się spina w sobie i jeszcze nie popełniła dzieciobojstwa, nie, żeby nie musiała się przed nim resztką sił powstrzymywać czasem, jak na przykład teraz.
Żoną za to jest fatalną, a blogerką... Blogerką już właściwie nie jest wcale.
Tutaj wpadła ot, tak tylko, na momencik, wklei co nieco
i pójdzie dalej próbować nie zabić swoich dzieci przy okazji kładzenia ich do łóżeczek (a dla tych, którzy jeszcze wierzą w idylliczne wizje z reklam, te z uśpionymi w czyściutkiej pościeli i w sprzątniętych pokoikach pełnych ekologicznych zabawek nie-made-in-China pacholętami oraz matkami, z bezwiednym, czułym uśmiechem spoglądającymi na nie przez uchylone drzwi krótkie przypomnienie - reklama kłamie!).
Do zobaczenia nie wiadomo czy i kiedy.
Wasz Król Ojciec.
I jeszcze po to, by zapewnić Czytelnikow, że Królowa Matka o blogu nie zapomniała, tęskni za nim i bardzo chciałaby go pisać, nawet znalazła (i zapaliła się, a jakże, po czym natychmiast zgasła skutkiem dokonania realistycznego oglądu sytuacji) takie blogowe wyzwanie:
Tak se zamieszcza, może ktoś skorzysta, bo ona to raczej nie w tym życiu.
Po miesiącach nieudolnych prób połączenia ról Matki, Żony, Pracownicy oraz Blogerki okazało się (nie, żeby Królowa Matka była zadziwiona tym odkryciem, no, może ociupinkę), że Królowa Matka nie należy do kobiet, które to potrafią. Niestety. Mimo, że po wspomnianych miesiącach Królowa Matka uznała, ze jedyną dobrą stroną jej pracy zawodowej jest to, że udało jej się załapać na wyprawę do kina na "Kamienie na szaniec" w charakterze opiekunki młodzieży (i tak, pomyślała, że napisze tu o wrażeniach, po czym jak pomyślała, tak i nie zrobiła, zgadnij, Bystry Czytelniku, czemu), Pracowniczką pozostaje taką wiecej wzorową. Matką też nie może przestać być, nawet nie wiadomo jak zmęczona i otępiała, więc jakoś się spina w sobie i jeszcze nie popełniła dzieciobojstwa, nie, żeby nie musiała się przed nim resztką sił powstrzymywać czasem, jak na przykład teraz.
Żoną za to jest fatalną, a blogerką... Blogerką już właściwie nie jest wcale.
Tutaj wpadła ot, tak tylko, na momencik, wklei co nieco
i pójdzie dalej próbować nie zabić swoich dzieci przy okazji kładzenia ich do łóżeczek (a dla tych, którzy jeszcze wierzą w idylliczne wizje z reklam, te z uśpionymi w czyściutkiej pościeli i w sprzątniętych pokoikach pełnych ekologicznych zabawek nie-made-in-China pacholętami oraz matkami, z bezwiednym, czułym uśmiechem spoglądającymi na nie przez uchylone drzwi krótkie przypomnienie - reklama kłamie!).
Do zobaczenia nie wiadomo czy i kiedy.
Wasz Król Ojciec.
wtorek, 4 marca 2014
Z poczucia macierzyńskiego obowiązku ;)
Królowa Matka, zdając sobie sprawę z tego, że - aczkolwiek jej blog przyjmuje formułę bloga śmieciowego, o tym, i o owym, i jeszcze o tym czymś innym - na swój skromny sposób rozpoznawalna stała się jako przede wszystkim Mamusia, w dodatku Wielodzietna i to z tych, co swoich dzieci nie bije jak dzionek długi (jest się czemu czasem dziwić, Luby Czytelniku!). W związku z tym ma ona obowiązki wobec Ludzkości, która w stosunku do Blogów Mamusiowych przejawia określone oczekiwania.
Blogi Mamusiowe powinny być otóż wypełnione wpisami o karmieniu niemowląt, centylach, licznymi a czułymi zdrobnieniami oraz uważnym pochylaniem się nad włoskami, kupkami, nocnymi pobudkami, ząbkowaniem i innymi takimi, wszystko oczywiście opisane jedynym w swoim rodzaju językiem zawierającym nie występujące w normalnej polszczyźnie słowa typu "brzusielek", "bejbuś", "skarbunio" względnie "niunieś".
Świadoma zaniedbań, jakich się dopuściła w tym względzie, Królowa Matka zamieściła już co prawda jakiś czas temu wpis o włoskach, ale jedne włoski, nieprawdaż, wiosny nie czynią, więc dziś będzie jeszcze bardziej, dziś wreszcie, po dwóch (i trochę) latach pisania bloga, będzie o kupkach!
Tytułem wstępu:
Pompon Młodszy jest, jak mawia jego Wyrodna Matka, "cholernym Elojem". Jakby ktoś nie wiedział albo zapomniał, co to Eloj, Królowa Matka przypomni, że jest to jedna z ras występujących w "Wehikule czasu" Wellsa, istot nader delikatnych, dziecinnie ufnych oraz wyjątkowej urody, a także subtelnych jak woń łubinu wśród pól i żywiących się wyłącznie owocami, miodem i innymi takimi. Pal licho urodę i subtelność, ale śniadać, obiadować i wieczerzać by Pompon Młodszy mógł z Elojami od rana do wieczora, dzieciątko poza owocami i mlekiem nie jada NIC (przygotowanie obiadu, który by spożyło stanowi wyzwanie, przy którym zdobycie Mount Everestu to popołudniowy spacerek dla zdrowotności). Mleko, tak, owoce, i owszem (poza bananami i kiwi) w ilościach hurtowych, miód? Ależ bardzo chętnie na łyżeczce, brońcie nas bogi jak przed zarazą - na chlebie, pieczywo jest fuj, zupy "nie są piśne", warzywa tylko na surowo, ale tak naprawdę cholerny Eloj Królowej Matki mógłby żyć jabłkami popijanymi kubkiem mleka trzy razy na dobę. Skutkiem czego Pacholątko jest chude jak patyczek, wszelkie siatki centylowe (odnotowałeś obowiązkową wzmiankę o centylach, Drogi Czytelniku?) można sobie... wyrzucić, bo gdyby im wierzyć bez zastrzeżeń Pompon Młodszy powinien leżeć, blady i skrajnie niedożywiony, na jakimś szpitalnym oddziale pod kroplówką.
Za to wypróżnia się nasz Eloj, że ho, ho!
Królowa Matka nie napisze "Żałuj, Czytelniku, że tego nie widzisz", bo nawet maksymalnie zaślepiona macierzyńskim uczuciem musi ona uznać, że nie jest to widok, którego łaknie normalny człowiek, w każdym razie Dzieciątko żywiące się tu i ówdzie uszczkniętym jabłuszkiem z mandarynką i mlekiem potrafi sporządzić cztery kupy z trudem mieszczące się w nocniku każda. Królowa Matka podejrzewa, że przewód pokarmowy Pompona Młodszego stanowi coś w rodzaju obudowanej Pomponem rury, w którą wrzuca się jabłuszko górą, a ono natychmiast wypada, przemielone, dołem, i jedyne, co sprawia, że Królowa Matka powątpiewa w tego typu rozwiązanie jest fakt, że odżywiany tym sposobem Pompon Młodszy powinien już nie żyć, a tymczasem nie dość, że żyje, to jeszcze jego energia wystarczyłaby dla zapewnienia prądu średniej wielkości miastu, gdyby go tak w poręczny kołowrotek wsadzić i kazać biegać.
Ale ubierając dziecko po załatwieniu przezeń potrzeby fizjologicznej Królowa Matka dziwi się za każdym razem.
Królowa Matka (robiąc porządek z nocnikiem po czwartym wypróżnieniu Pompona Młodszego w trakcie jednego popołudnia, dość beznadziejnie) - Synek, na litość, czym ty właściwie robisz te wszystkie kupki?!
Pompon Młodszy (lekko zniecierpliwionym tonem osoby, ktora po raz kolejny tłumaczy oczywistą rzecz jakiejś mało rozgarniętej jednostce) - Mama, no. Psecies dupećką!
No tak...
W nieokreślonej przyszłości spodziewaj się jeszcze, Miły Czytelniku, postu o rozszerzaniu diety, i w ten sposób Kanon zostanie zachowany :).
Blogi Mamusiowe powinny być otóż wypełnione wpisami o karmieniu niemowląt, centylach, licznymi a czułymi zdrobnieniami oraz uważnym pochylaniem się nad włoskami, kupkami, nocnymi pobudkami, ząbkowaniem i innymi takimi, wszystko oczywiście opisane jedynym w swoim rodzaju językiem zawierającym nie występujące w normalnej polszczyźnie słowa typu "brzusielek", "bejbuś", "skarbunio" względnie "niunieś".
Świadoma zaniedbań, jakich się dopuściła w tym względzie, Królowa Matka zamieściła już co prawda jakiś czas temu wpis o włoskach, ale jedne włoski, nieprawdaż, wiosny nie czynią, więc dziś będzie jeszcze bardziej, dziś wreszcie, po dwóch (i trochę) latach pisania bloga, będzie o kupkach!
Tytułem wstępu:
Pompon Młodszy jest, jak mawia jego Wyrodna Matka, "cholernym Elojem". Jakby ktoś nie wiedział albo zapomniał, co to Eloj, Królowa Matka przypomni, że jest to jedna z ras występujących w "Wehikule czasu" Wellsa, istot nader delikatnych, dziecinnie ufnych oraz wyjątkowej urody, a także subtelnych jak woń łubinu wśród pól i żywiących się wyłącznie owocami, miodem i innymi takimi. Pal licho urodę i subtelność, ale śniadać, obiadować i wieczerzać by Pompon Młodszy mógł z Elojami od rana do wieczora, dzieciątko poza owocami i mlekiem nie jada NIC (przygotowanie obiadu, który by spożyło stanowi wyzwanie, przy którym zdobycie Mount Everestu to popołudniowy spacerek dla zdrowotności). Mleko, tak, owoce, i owszem (poza bananami i kiwi) w ilościach hurtowych, miód? Ależ bardzo chętnie na łyżeczce, brońcie nas bogi jak przed zarazą - na chlebie, pieczywo jest fuj, zupy "nie są piśne", warzywa tylko na surowo, ale tak naprawdę cholerny Eloj Królowej Matki mógłby żyć jabłkami popijanymi kubkiem mleka trzy razy na dobę. Skutkiem czego Pacholątko jest chude jak patyczek, wszelkie siatki centylowe (odnotowałeś obowiązkową wzmiankę o centylach, Drogi Czytelniku?) można sobie... wyrzucić, bo gdyby im wierzyć bez zastrzeżeń Pompon Młodszy powinien leżeć, blady i skrajnie niedożywiony, na jakimś szpitalnym oddziale pod kroplówką.
Za to wypróżnia się nasz Eloj, że ho, ho!
Królowa Matka nie napisze "Żałuj, Czytelniku, że tego nie widzisz", bo nawet maksymalnie zaślepiona macierzyńskim uczuciem musi ona uznać, że nie jest to widok, którego łaknie normalny człowiek, w każdym razie Dzieciątko żywiące się tu i ówdzie uszczkniętym jabłuszkiem z mandarynką i mlekiem potrafi sporządzić cztery kupy z trudem mieszczące się w nocniku każda. Królowa Matka podejrzewa, że przewód pokarmowy Pompona Młodszego stanowi coś w rodzaju obudowanej Pomponem rury, w którą wrzuca się jabłuszko górą, a ono natychmiast wypada, przemielone, dołem, i jedyne, co sprawia, że Królowa Matka powątpiewa w tego typu rozwiązanie jest fakt, że odżywiany tym sposobem Pompon Młodszy powinien już nie żyć, a tymczasem nie dość, że żyje, to jeszcze jego energia wystarczyłaby dla zapewnienia prądu średniej wielkości miastu, gdyby go tak w poręczny kołowrotek wsadzić i kazać biegać.
Ale ubierając dziecko po załatwieniu przezeń potrzeby fizjologicznej Królowa Matka dziwi się za każdym razem.
Królowa Matka (robiąc porządek z nocnikiem po czwartym wypróżnieniu Pompona Młodszego w trakcie jednego popołudnia, dość beznadziejnie) - Synek, na litość, czym ty właściwie robisz te wszystkie kupki?!
Pompon Młodszy (lekko zniecierpliwionym tonem osoby, ktora po raz kolejny tłumaczy oczywistą rzecz jakiejś mało rozgarniętej jednostce) - Mama, no. Psecies dupećką!
No tak...
W nieokreślonej przyszłości spodziewaj się jeszcze, Miły Czytelniku, postu o rozszerzaniu diety, i w ten sposób Kanon zostanie zachowany :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















