niedziela, 27 lipca 2014

O potędze genów (i nie tylko)

Scenka rodzajowa.

Czas akcji - wczesne popołudnie w Domu w Dziczy.

Dramatis personæ -

  • Pompony (właśnie odbywające swoją drzemkę, co całą resztę rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem Królowej Matki, wprawia w stan bliski ekstazy).
  • Królowa Matka (w stanie bliskim ekstazy szydełkująca sobie chustę z lnu i jednym okiem rzucająca w ekran, na którym właśnie leci kolejna - ale czy dobra może być zbyt wiele? - powtórka "Chirurgów").
  • Potomki Starsze (grające w Minecrafta na komóreczce Potomka Starszego, a zatem nieobecne dla świata).
  • Pani W Telewizorku (starająca się zareklamować ciasteczka z nadzieniem czekoladowym, jak się wkrótce okaże, całkowicie bezskutecznie).
Pani W Telewizorku (z dyskretną elegancją) - Czy już ci mówiłam, co się dzieje, gdy naciskam ciasteczko z nadzieniem czekoladowym FirmyX?
Potomek Młodszy (nie odrywając ani na sekundę wzroku od ekranu komóreczki, z całkowitą obojętnością) - Nic.
Pani W Telewizorku (nie poddając się) - ... gdy naciskam tutaj ptaki śpiewają... gdy naciskam tu - kwiaty tańczą...
Potomek Starszy (stoicko i również nawet na sekundę nie odrywając się od gry) - ... a gdy naciśniesz tutaj uświnisz się cała płynną czekoladą?...

Zaprawdę, są dni, gdy Królowa Matka upewnia się, że jednak nikt jej dzieci nie podmienił w szpitalu :).

poniedziałek, 21 lipca 2014

Love is in the air (oraz o Bólu Istnienia)

Pompony dorosły, Kochani Czytelnicy (chlip, chlip, Królowa Matka ma już dużych synusiów, i nie będzie miała nowych!) i otrzymali własny pokój, odziedziczony po Potomkach Starszych, którzy otrzymali sypialnię odziedziczoną po Rodzicielach, którzy zajęli największy pokój, do tej pory pełniący rolę "pokoju na żelazko", czyli, innymi słowy, graciarni i rupieciarni, w której składowano wszystko, co się jeszcze może przydać, nieposortowane pranie, posortowane prasowanie i inne takie.

W związku z tym w Domu w Dziczy od tygodnia panuje przemieszanie z poplątaniem, przenoszenie mebli, malowanie ścian, dokupowanie nowych mebli, pozbywanie się starych, wyrzucanie całej góry na pół zdezelowanych zabawek oraz drugiej góry - ubrań z serii "o, popatrz, mam taką sukienkę, ale chyba jej nie potrzebuję, skoro przez trzy ostatnie lata leżała na dnie szafy, a ja nie odczuwałam wewnętrznej pustki w życiu!" oraz wyjaśnianie Pomponom, gdzie teraz jest czyj pokoik.

Pompon Starszy (niespokojnie) - Tu będziemy tejaz spać? W pokoju chopaków?
Królowa Matka - To już nie jest pokój chłopaków. Twoi bracia teraz dostali pokój obok, a ten pokoik jest wasz.
Pompon Starszy - Nas pokój? Z Tosiem?
Królowa Matka - Tak, to jest wasz wspólny pokój, Tosia i twój.
Pompon Starszy (docieka) - A ty, mama, i tata, tez będziecie tu spać?
Królowa Matka - Nie, my będziemy teraz spać w dużym pokoju, tym z balkonem.
Pompon Starszy - W duzim łuziecku? Jazem? Siami?
Królowa Matka - Tak, razem, sami.
Pompon Starszy (pobłażliwie) - Ach, no tak, bo wy się kochacie...

Piątek, Pan Małżonek powrócił z pracy i cała Rodzina wybiera sie na zakupy, ale przedtem Pan Małżonek i Królowa Matka zaliczają obowiązkowe Czułe Powitanie i padają sobie w objęcia.

Pompon Młodszy (po dłuższej - według własnej miary - chwili sterczenia u kolan Tonących W Objęciach Rodziców, zniecierpliwiony) - No, nie kochajcie sie juz, tseba mi załozić buciki!!!

Z ostatniej chwili, żeby nie było tak różowo, i rozkosznie, i w ogóle:

Pompon Młodszy (z ciężkim westchnieniem) - Ach, mama, bajdzo jestem zmęciony!
Królowa Matka (z nutą niedowierzania) - O tak wczesnym poranku, już zmeczony, i czymże, ach, czym?
Pompon Młodszy (mrocznie) - Jesteniem!

Tak, to jest ból, który Królowa Matka dobrze rozumie :)...

środa, 16 lipca 2014

A tymczasem w Domu w Dziczy kwitnie...

... kreatywna polszczyzna Pomponów.

A bujnie kwitnie, im więcej ma Królowa Matka dzieci, tym bardziej dostrzega przebłysk geniuszu w opinii profesora Miodka, że dorośli mówią po polsku (przeważnie) poprawnie, a dzieci - logicznie.

Bo weźmy taki czasownik "być", odmieniany zaprawdę idiotycznie - ja jestem, ty jesteś, on, ona jest. My jesteśmy, wy jesteście, oni...

No właśnie, nie żadne "są" przecież! "Są" jest kompletnie pozbawione sensu, logiczna i oczywista dla każdego, komu chciałoby się pomyśleć zamiast mechanicznie klepać, czego go nauczono jest wersja Pompona Starszego, a mianowicie -

"Oni jezą".

Wskutek czego Pompon Starszy sieje zdaniami typu: "Gdzie moje braty ("braty" to jest też logiczna odmiana, zauważyłeś, Czytelniku, prawda?), oni jezą na gózie?",

albo - ponieważ odmieniany twórczo czasownik występować może wszak w różnych czasach - "Kama jezła dziś dobra, ale Puma jezła zła i uciekła z domu!!!", lub też, obserwując przez okno Potomki Starsze, oblewane w sąsiednim ogródku strumieniami wody przez Dzieci Sąsiadów, smutno: "A ja nigdy nie izłem u siadów...".

I tylko trzeba widzieć minę osoby nieuświadomionej w kwestii logicznej odmiany czasowników, jak próbuje zrozumieć, co Pompon Starszy mówi - leżą? lezą? polazła? Cóś na bakier z logiką jest naród, Królowa Matka wam to mówi!

Pompon Starszy pozostaje zresztą Mistrzem Polszczyzny Kreatywnej w Domu w Dziczy, jak milczał, to milczał, jak się odezwał, to się nie zamyka (Królowa Matka wiedziała, że tak będzie) i stosuje z upodobaniem polszczyznę wyłacznie logiczną, ku zgnębieniu rozmówców.

Pompon Starszy (wpatruje się w zęby Dziadkowi, który spożywa na obiad jakieś udko jakiegoś biednego kurczątka).
Dziadek - Co, żuku? Miałbyś chęć poobgryzać kosteczkę?
Pompon Starszy (z oburzeniem) - Ja nigdy nie jem kościów!!! Pieski ją kości!!!

Pompon Młodszy też  bywa logiczny... :

Pompon Młodszy (z zachwytem, podczas spaceru) - Mama, pats, jaka ładna djoga! Ile na niej kamieniów!
Królowa Matka (sprostowuje) - To nie są kamienie, to cegły...
Pompon Mlodszy (poprawiając się posłusznie) - Ile cegł!

... oraz kreatywny:

Królowa Matka (starając się nie wrzeszczeć tak od razu na Kochane Pacholątko już-już zamierzające zanurzyć w wiadrze z wodą oprócz ramion także głowę, przez zęby) - Synu, ja cię proszę, wyjdź z tego wiadra...
Pompon Młodszy (wyjaśniająco) - Mama, ja chciałem olać twoje kwiatki!

Poza polszczyzną Pomponów kwitnie też

złoto- i srebrnotwórstwo słowno-skojarzeniowe całej Piekielnej Czwóreczki, niegdyś, w niewinnych czasach, zwanej Bandą Czworga.

Pompon Młodszy (zdecydowanym ruchem kładąc na kolanach Królowej Matki chudą i długą kończynę dolną, krótko) - Co to?
Królowa Matka (ostrożnie, bo w wypadku Pompona Młodszego, dziecka o żywej wyobraźni każda odpowiedź może okazać się niewłaściwa) - No... chyba... noga...?
Pompon Młodszy (akceptując wypowiedź) - No. (rozkazująco) A teraz całuj!

Pan Małżonek (rozciąga się jak długi na dywanie, z jękiem prostując obolaly kręgosłup, co widząc Potomek Starszy natychmiast włazi mu na plecy).
Pan Małżonek (charczy) - Hy... arrrgh.. ech... złaź, ty stary byku, ciężko mi!!!
Potomek Starszy (stoicko, nie ruszając się ni o centymetr) - Mi też wiele razy w życiu było ciężko...

Panienka Od Nawigacji Samochodowej (głosem zawodowo grzecznym) - Za trzysta metrów skręć łagodnie w lewo. Za sto metrów skręć łagodnie w lewo...
Pompon Starszy (z mściwym rechotem) - A właśnie, ze nie skjęcimy w jewo, cha, cha, cha, no i co nam zjobisz!!!

Pan Małżonek (do Królowej Matki, w sposób pozbawiony szacunku, ale no kompletnie) - I pewnie znowu nic na śniadanie nie jadłaś, chudzielcu?
Potomek Młodszy (z oburzeniem) - Nie mów tak! Nie wolno tak mówić do mamy! Mama nie jest żadnych chudzielcem! Mama jest najgrubsza w świecie!!!

No to teraz już wiesz, Kochany Czytelniku :D.

Potomek Młodszy (wpatrując się w lecące właśnie "Jak wytresować smoka", z rozmarzeniem) - Szczerbatek


to jest zupełnie jak Puma, prawda, mamusiu?...


(po dojrzałym namyśle) Tylko, że jest smokiem. (po jeszcze dojrzalszym namyśle) I jest miły...

No faktycznie, żywcem Puma...

Z ostatniej chwili:

Pompon Młodszy - Mamo, moziemy iść do tym oglódku?
Królowa Matka (raczej nieuważnie) - Teraz nie, bo właśnie piszę... Jak napiszę, to wyjdziemy, i od razu zaznaczę, że im więcej rzeczy będziecie ode mnie chcieli, tym później wyjdziemy, więc, sami rozumiecie, nie zaczepiać, nie przeszkadzać, nie zadawać pytań, to zaraz skończę...
Pompon Młodszy (kategorycznie) - Mas tsy minuty!

Sam więc rozumiesz, Czytelniku, że tu Królowa Matka musi przerwać.

Czas się jej skończył :).

sobota, 5 lipca 2014

Wielki Finał (Michaił Bułhakow, "Mistrz i Małgorzata")

No więc tak, Czytelniku. Dziś uwolnisz się wreszcie od Królowej Matki i jej słowotoku. Oto nadszedł dzień, w którym odpowiedzieć należy na ostatnie pytanie Wyzwania, a mianowicie

Twoja książka wszech czasów

I wcale Królowa Matka nie twierdzi, że jej odpowiedź będzie... jedyną możliwą. O wielu książkach nie wspomniała przez te trzydzieści (i trochę) dni, wiele nie mieściło się w konwencji Wyzwania, wiele nie pasowało do żadnego z zadań, odpowiadając na wiele pytań musiała się Królowa Matka ograniczać, żeby jej się posty nie rozrosły do monstrualnych rozmiarów. Więc i w tym wypadku nie będzie to może książka jedna-jedyna. Tylko ta, żadna inna. 

Ale będzie to na pewno książka, której zabraknąć w tym zestawie po prostu nie mogło.

„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli.”

i już wszystko jasne, Drogi Czytelniku, prawda?

Książka, w której wszystko jest idealne -



napisała Królowa Matka i się zawiesiła.

Każdy, kto "Mistrza i Małgorzatę" czytał wie, dlaczego. Nikt, kto nie czytał - nie zrozumie. Bo jak wyjaśnić komuś, kto jej nie czytał, czystą magię. Jak wyjaśnić doskonałość. Jak choćby tylko opowiedzieć, o czym ta książka jest?

Przecież jest o wszystkim. Jest satyrą i rozprawą filozoficzną. Jest opowieścią o miłości i dramatem psychologicznym. Groteską, powieścią obyczajową, fantastyczną, kryminałem, medytacją religijną. Demaskatorską opowieścią o Rosji Radzieckiej i zastraszonym społeczeństwie. O świecie totalitarnym, pełnym absurdu, tak strasznym, że aż fantastycznym. Perfekcyjną analizą mechanizmów rodzenia się i utrwalania dyktatury. Wszystkim naraz. Wszystkim po trochu. I to "wszystko na raz" przenika się i uzupełnia, splata jak nici wątku i osnowy w bezcennym, ręcznie tkanym kilimie. Każde słowo na swoim miejscu. Każde słowo po coś.

To jest dopiero rzecz, której nie sposób zekranizować, na pewno nie dla takiej fanatyczki jak Królowa Matka! Wszystkie ekranizacje widziała - żadnej nie lubiła, najlepsze zaledwie tolerowała. Żaden Woland nie dorastał do pięt temu, który króluje w jej wyobraźni, oczyma żadnego Asasella nie spoglądał demon bezwodnej pustyni, a już o Behemocie to nawet mówić szkoda, żadna Małgorzata nie stawała się wiedźmą tak, jak powinna, a każdy Mistrz był nazbyt bezbarwny.

I tak jest dobrze. Nie należy psuć tej książki filmowaniem jej. Nie należy też psuć jej wciąganiem na listę lektur i zaoszczędzić biednemu Bułhakowowi wniosków typu "Nie rozumiem kompletnie fenomenu „Mistrza i Małgorzaty”, nie wiem dlaczego wywołuje taki zachwyt i nie mam pojęcia dlaczego nazywana jest arcydziełem literatury", "Nie polecam, chyba, że ktoś cierpli na nadmiar wolnego czasu lub tęskni za uczuciem chaosu i niezrozumienia", "Niektórym powinno się zabronić pisania książek. Zdecydowanie" i ubolewania nad tym, że "Jeszcze więcej niż nazwisk było tam scen"- co do Królowej Matki, to przez całe liceum drżała ona, że jej polonistce wpadnie do głowy wyciągnąć "Mistrza i Małgorzatę" z listy lektur nadobowiązkowych i dokonać na niej mordu, przycinając ją i ograniczając do ciasnych norm "wniosków z lektury", w jej wypadku BARDZO ciasnych i wyłącznie takich, jakie dopuszczały opracowania dla nauczycieli. A tak się z "Mistrzem i Małgorzatą" nie da. To jest książka, którą każdy za co innego kocha, co innego w niej widzi i inny wątek uważa za najważniejszy.

To jest powieść, którą należy czytać, cieszyć się nią i zastanawiać nad nią, nauczyć się dla niej rosyjskiego, a jak się zna - biegać po wszystkich księgarniach językowych w poszukiwaniu wersji oryginalnej (żeby móc sprawdzić, czy magia nie ucieknie, bo że jeszcze wzrośnie nie sposób sobie wyobrazić), tak jak to chyba dziesięć już lat temu czyniła Królowa Matka ( w tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla EMPiKu w Krakowie!).

Perła w literackiej koronie świata.

***

I tym (magicznym) akcentem kończy Królowa Matka Wyzwanie Literackie, Kochany Czytelniku, i da Ci teraz od siebie dłuższą chwilę odpocząć.

Ale przeglądając internety trafiła na coś takiego:


Ktoś jest chętny ;)?



czwartek, 3 lipca 2014

Krótko i nie tylko na temat

Zbliżamy się do końca Wyzwania i ręka do góry, kto sądził, że się Królowej Matce nie uda (tu Królowa Matka podskakuje z palcem wyciągniętym ku górze i osiołkowym "ja! ja! ja! mnie wybierz!" na ustach).

Ktokolwiek to był, miał w sumie racje, bowiem mamy dziś 3 lipca, jutro tekstu nie będzie, woli to Królowa Matka zastrzec od razu, jedzie bowiem z samego rana do Gdańska, wraca wieczorem w stanie zużycia całkowitego, jak mniema, i na pisanie nie będzie miała sily, tak więc ostatecznie skończy Wyzwanie z czterodniową obsuwą.

Więc aby osuwa nie zrobiła się większa Królowa Matka spieszy odpowiedzieć na przedostatnie pytanie Wyzwania, które brzmi:

Książka, której wszyscy nienawidzą, a ty kochasz

i to odpowiedzieć krótko i zdecydowanie - takiej książki nie ma.

Królowa Matka ma na myśli - w ogole nie ma. Taka książka, którą ktoś kocha, a reszta świata nienawidzi, po prostu nie istnieje. Oczywiście Królowa Matka zdaje sobie sprawe, że to "wszyscy" w pytaniu to jest przenośnia, od razu powinni być wzięci w nawias albo zamiast "wszyscy" powinna być "większość"; ale nawet i wtedy by nie umiała odpowiedzieć. Wystarczy spojrzeć na komentarze pod jej postem o "Nad Niemnem" - napisała o lekturze, jednej z tych mniej popularnych, i natychmiast i w sporym wyborze odezwały się osoby (z pewnością nie wszystkie), które bardzo ją lubią. To samo byłoby, gdyby Królowa Matka napisala w tym poście o "Panu Tadeuszu", "Zmierzchu" (który uważała za jedną z najbardziej koszmarnych rzeczy, jakie czytała, i dopiero przez porównanie z "50 twarzami Grey'a" znalazła w nim dobre stony - a przecież nie brak mu zagorzałych wielbicielek. Podobnie jak Grey'owi) albo "Nadziei" Katarzyny Michalak.

Książki, która nie podoba się wszystkim nie ma.

Książki, która podoba się wszystkim nie ma.

Więc i pisać o czym nie ma.

*****

A poza tym, poza tym są wakacje, Potomki Starsze wyjechane na Mazury i Królowa Matka i Pan Małżonek mogą udawać, że mają tylko dwoje dzieci.

Wieczorem siedzą w ogrodzie, tak ja co dzień, Królowa Matka układa kwadraty granny square i przypatruje się im, przechylając głowę.

Królowa Matka - Popatrz, chcę zrobić takie coś... tyle, że nie wiem, czy taki rozmiar wystarczy, czy lepszy byłby większy... jak myślisz? (ponaglająco, bo Pan Małżonek milczy) No? Jak uważasz, takie czy większe?
Pan Małżonek (ostrożnie) - Boję się, że jeśli powiem, ze większe, natychmiast będziesz chciała znowu kupić jakąś włóczkę...



Pompony biegają wokół ogrodu, Pompon Starszy goni Pompona Młodszego, Pompon Młodszy ucieka, tuląc do łona piłke futbolową i wrzeszcząc: "Jatunku, jatunku, to moje dziecko, chca mi odebjać moje dziecko!!!".

Po chwili już w najlepszej zgodzie siedzą w piaskownicy, zapomniana piłka ukrywa się gdzieś pod drzewem, a one przeszczęśliwe, bowiem znalazly sobie doskonałą zabawę - Pompon Młodszy siedzi, a nad nim stoi Pompon Starszy i powoli, z namaszczeniem, bardzo starannie sypie mu na głowę piasek. Wiaderkami.

Słowem, życie toczy się nie bacząc na to, czy i co pisze Królowa Matka na swym blogu :).


środa, 2 lipca 2014

Naj, ale naprawdę NAJ, najdziwaczniej (Ewa Barańska, "Z kim płaczą gwiazdy")

Najdziwaczniejsze zakończenie albo zwrot akcji

Do licznych obowiązków zawodowych Królowej Matki należy czytanie wielu książek, w tym i takich, po które nie sięgnęłoby się dobrowolnie chyba nawet i na wyspie bezludnej (i bezksiążkowej). No, może nie jest to obowiązek wpisany na listę wymagań zawodowych, ale Królowa Matka zawsze starała się jednak chociaż pobieżnie zapoznać z większością pojawiających się w bibliotece nowości choćby tylko po to, by wiedzieć, co i komu może z czystym sumieniem polecać, a co odradzać; skutkiem tego właśnie przeczytała mnóstwo fascynujących (z różnych powodów) pozycji oraz "Forsę" Martina Amisa.

Ostatnio natomiast zapoznała się z rzeczą bardzo, bardzo dziwną, co więcej, biblioteka otrzymała pięć dzieł tej autorki, Królowa Matka przeczytała trzy (żeby sprawdzić, czy drażniące uczucie dziwności wynika ze stylu autorki in toto, czy po prostu nie podeszła jej jedna pozycja) i wszystkie okazały się bardzo, bardzo dziwne, zaś z tych trzech jedna szczególnie nadaje się na bohaterkę dzisiejszego wyzwania.

Nie umie Królowa Matka wyjaśnić, czemu odnosiła wrażenie, że czyta coś bardzo (bardzo!) dziwnego, może dlatego, że pierwszy raz dobitnie zrozumiała, co to znaczy "drewniany język" i podejrzewała, że tylko o to chodzi. Są pisarze, którzy swoje powieści malują akwarelą, są tacy, co je tkają z jedwabiu, są i tacy, co lepią w glinie, rzeźbią z marmuru albo ciosają z kamienia. Te powieści były wyrąbane siekierą w drewnie. Język był niesamowity, naprawdę, z czymś się Królowej Matce kojarzył, wie na pewno, że gdzieś się z podobnym językiem spotykała (wczesnogimnazjalne wypracowania "Dlaczego Staś Tarkowski jest bohaterem pozytywnym, uzasadnij"? melodeklamacje na apelach z okazji Dnia Niepodległości? artykuły, o ile można tak je nazwać, w czasopismach typu "100 krzyżówek na lato", a między krzyżówkami pienkna chistoria o miłości dwuch romątycznych serc?), męczył ją niewyobrażalnie i był sztywny, nieobrobiony, tępo ciosany i kompletnie niezróżnicowany.

Ale już Królowa Matka przestaje trzymać Drogich Czytelników w niepewności i ogłasza, że:

z trzech przeczytanych przez nią książek laureatką dzisiejszego wyzwania zostaje

"Z kim płaczą gwiazdy" Ewy Barańskiej,

(i od razu Królowa Matka zastrzega, że nie zamierza pisać recenzji, tylko streszczenie, więc jakby ktoś chciał sam sprawdzić i mieć serprajz, to odradza dalszą lekturę).

Powieść jest prawdopodobnie skierowana do młodzieży, a pisze Królowa Matka "prawdopodobnie", bo jej język (powieści, nie Królowej Matki, i tak, wie Królowa Matka, czepia się jak pijany płota) nie tylko nie jest młodzieżowy, ale wręcz nazbyt... staromodny. W każdym razie siedemnastolatki, zwracającej się do paczki koleżeńskiej: "Pałaszujcie, a ja jeszcze poszukam w internecie" Królowa Matka wyobrazić obie nie jest w stanie (ba, nawet siebie nie jest, a młodzieżą przestała być ładnych parę lat temu).

Ale przejdźmyż do streszczenia.

Rzecz zaczyna się latem, są wakacje, jest on, jest ona, on na jednym brzegu jeziora, ona na drugim, ekskluzywnym i zamkniętym, przeznaczonym dla właścicieli bogatych domów pobudowanych tamże. On wyciąga z tego jedyny właściwy wniosek, że ona jest zepsutą lalą ("prezentuje elegancką i drogą stylistykę charakterystyczną dla konsumpcyjnie nastawionych ludzi bogatych", tak Błyskotliwy Czytelniku, trafnie zgadujesz, ze to cytat, i w dodatku nie zawiera żadnych obraźliwych uogólnień, no skądże), w związku z czym postanawia podpłynąć do niej znienacka i ściągnąć ją z pomostu, niech se głupia nie myśli. 

Królowa Matka spieszy poinformować, że nie mówimy o dokazującym ośmiolatku, tylko o maturzyście, który jednakże nie dopływa i nie ściąga, bo po drodze zauważa, że dziewczyna jest piękna, subtelna, delikatna i och i ach, nie jakaś tam konsumpcyjnie nastawiona w charakterystycznej stylistyce. Zamieniają kilka zdań, potem idą na dwie randki (Królowa Matka mocno streszcza), i on ją raz zaprasza do siebie, żeby poznała liczną, acz chędogą rodzinę.

Ona nie ma chędogiej rodziny, tylko tatusia, rozwiedzionego, ponownie żonatego i obrzydliwie bogatego oraz mamusię z ambicją odmładzania się i tego, żeby wszyscy ją brali za siostrę własnej córki, będącą właśnie na etapie lizania ran po zakończonym z hukiem związku. I teraz będzie próbka niepowtarzalnego stylu, córeczka o mamusi mówi w te słowa:

"Zatrudniła go w swojej firmie (a, bo mamusia, poza obsesją wiecznej młodości, ma też dobrze działającą firmę, którą prowadzi w przerwach między kolejnymi liftingami i seansami w SPA, przyp.KM) na etacie doradcy, a w rzeczywistości był figurantem od niczego. Co miesiąc brał kasę za usługi seksualno-towarzyskie i z właściwą napakowanym byczkom filozofią pozwalał sobie na coraz więcej. Im bardziej ten cham ją wykorzystywał, tym bardziej mu ulegała i usilniej zabiegała o jego względy. Mam nadzieję, że teraz, po publicznym upokorzeniu, jej ambicja weźmie górę. Boże, kiedy ona wreszcie przestanie walczyć z czasem?! Kiedy zechce dorosnąć?!",

i Królowa Matka zwróci Ci uwagę, Kochany Czytelniku, bo może nie zauważyłeś, ale to jest fragment DIALOGU. Nie posępne, wewnętrzne rozważania siedemnastolatki, snute w samotności, ale sposób, w jaki ona MÓWI do swojej równie młodej przyjaciółki. Mniej więcej to właśnie miała Królowa Matka na myśli pisząc, że nie rozumiała języka.

No, nic, dni lecą, bo akcja w książce ma tempo ekspresowe, ona wpada na pomysł, by go zaprosić nad jezioro do tego wypasionego domu letniskowego, on się zgadza, podpływa - on i jego kumpel - do przystani wynajętą żaglówką, on się nie może doczekać, skacze, trafia głową w konar i łamie kręgosłup.

Opisane to jest tak: "Wiedział, że skurczona krtań i ostre niedotlenienie gromadzą w jego krwi dwutlenek węgla, a ten pobudza jego organizm do oddychania, lecz wiedział też, ze przy pierwszym wdechu woda wniknie do płuc, spowoduje ich obrzęk, i wtedy utonie".

Otóż, jak większości Czytelników tego bloga wiadomo, Królowa Matka przeszła trzy lata temu zatorowość płucną. I, wierz lub nie, Czytelniku, ani razu nie pomyślała wtedy: "O, mój Boże, zamknięcie tętnicy płucnej spowodowało u mnie całkowite lub częściowe zatrzymanie przepływu krwi przez płuca! Wskutek czego doszło do gwałtownego wzrostu płucnego oporu naczyniowego, którego nie może przezwyciężyć prawa komora serca, w związku z czym może dojść do nagłej śmierci sercowej!!!". Nie, on myślała: "Boże, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, dusze się, i ciągle słyszę serce w głowie, duszę się, duszę się!!!". 
Człowiek tonący rozważający własny obrzęk płuc na skutek zachłyśnięcia się wodą zdziwiłby ją bardziej niż bardzo.

Niestety, musi to Królowa Matka napisać, chociaż usiłowała unikać recenzowania - jeśli ktoś jest... nieporadny językowo, nie powinien zabierać się za pisanie książki na tak poważny temat, bo może na przykład niechcący osiągnąć efekt niezamierzonego komizmu i sprowokować reakcje czytelników dalekie od zamierzonych.

A nieporadność językowa autorki jest naprawdę... znacząca.

Pielęgniarka, usiłująca nakarmić Michała (tak ma na imię bohater powieści), pogrążonego w rozpaczy i apatii, i odmawiającego jedzenia zwraca się do niego tymi słowy:

"Pana opór jest daremny. Zostanie pan dożywiany dożylnie" - i Królowa Matka przysięga, że usiłowała nie zachichotać, ale jej nie wyszło.

Babcia Michała szlocha w kąciku podczas wizyty Weroniki (heroiny, znaczy) u jego rodziców, na co zrozpaczony tatuś Michała odzywa się:

"- Bardzo kocha Michasia. Ją ten wypadek zabije - wyjaśnił pan Czarnecki. - Ale proszę kontynuować", i tu już Królowa Matka nawet się nie starała, ale chichotała na całego.

Michał, ciągle apatyczny, zrozpaczony, z myślami samobójczymi, po wizycie Weroniki "pogrążył się w intensywnym cierpieniu, chociaż jego serce śniło piękny sen", a przedtem (albo potem) "krzyczał w niemym proteście" (???).

W każdym razie od wypadku do końca książki jest jakieś sto stron, na których okazuje się na przykład i dość nagle, że Michał i Weronika kochają się wzajemnie iście jak Orfeusz i Eurydyka, chociaż znają się ze dwa tygodnie i byli na trzech randkach, a przed wypadkiem nie definiowali stanu swoich uczuć, a poza zadziwiającymi językowo dialogami ("Ileż siły jest w tym subtelnym dziewczęciu, że nie wybuchnęła spazmatycznym szlochem!") jest te sto stron wypełnionych stereotypowymi poglądami typu "faceci nie płaczą" ("Chłopcy trzymali się lepiej, ale wiadomo, chłopcom nie wypada okazywać słabości", "Janek i Adam pochylili głowy, aby ukryć niemęski ból" - po wizycie na OIOM-ie u brata, któremu lekarze nie dawali szans na przeżycie prawie żadnych, a na to, ze odzyska sprawnośc - żadnych nie okazywali tego niemęskiego bólu,  nienienie, żadnych łez!), feministki są głupie i prymitywne, bogaci to wiadomo, już Królowa Matka cytowała, a mszy nie zamówimy "bo wątpię by Michał, jako protestant, chciał, by w jego intencji modlił się katolicki ksiądz", i tu się znów Królowa Matka odwoła do własnych przeżyć, otóż wie ona, że w jej intencji modlili się ludzie różnych wyznań i różnych obrządków, nawet w pielgrzymce szli (nie specjalnie, i tak chcieli, ale taką poczynili intencję :)), i byli też tacy, co się nie modlili, tylko trzymali kciuki albo palili "świeczkę życzeń", i za każde kciuki, pielgrzymki, modlitwy i zapalenie świeczki Królowa Matka była i jest z głębi serca wdzięczna, i każde ją wzruszało już wtedy, gdy nie wierzyła, że kiedykolwiek wstanie z łóżka, więc tekstu o protestantach w ogóle nie rozumie.

Ale mniejsza, zbliżamy się do końca, Weronika rzuca się w wir poszukiwań kliniki, która podjęłaby się operacji ukochanego (ekhm...), a potem - przygotowań koncertu charytatywnego, giełd odzieży, zbiórek pieniędzy i innych akcji, prosi o wpłatę na rzecz Michała swoich nadzianych rodziców i babcię, która odmawia, chociaż jest katoliczką, ale "słucha radia", więc Weronika musi jej powiedzieć: "Daruj sobie, babciu, tę płomienną demagogię. Odnoszę wrażenie, że twoja wiara jest miałka w treści i teatralna w dogmatach", i wszystko to wreszcie zaczyna niepokoić rodziców dziewczyny tym bardziej, że odmawia ona wyjazdu na studia do czasu, gdy Michał wyzdrowieje.

Cóż zatem czynią rodzice (ich to właśnie dotyczy cytowany na początku opis konsumpcyjnych elegantów, nawiasem mówiąc). Idą do Michała i składają mu propozycję nie do odrzucenia. Zapłacą mu, zapłacą ile chce albo sfinansują operację pod warunkiem, że on porzuci ich córkę.

Michał, który wciąż jest w głębokiej depresji (i nic dziwnego, bo minęły najwyżej ze trzy tygodnie) i ma myśli samobójcze,w odpowiedzi też im składa propozycję. Owszem, rozumie rodziców Weroniki. Owszem, sam uważa, że on nie jest dla niej, a ona dla niego. W związku z tym żadnych pieniędzy nie chce. Chce za to, by rodzice Weroniki pomogli mu umrzeć.

I tu następuje coś, po czym opadnięta szczęka Królowej Matki wpadłaby przez sufit do sąsiadów, a nie wpadła wyłącznie dlatego, że Królowa Matka sąsiadów nie posiada -

Autorka mianowicie pisze, że nie wie, jak skończyć tę historię, więc CZYTELNIK SAM MA ZDECYDOWAĆ!!!

I to jest, pojmujecie Państwo, koniec książki! 191 (słownie: sto dziewięćdziesiąt jeden) stron brnięcia przez te barokowe porównania i karkołomne przenośnie, żeby na koniec dowiedzieć się, że, niestety, końca nie będzie, autor nie wie, sam se radź, czytelniku!!! I żeby to był, sama Królowa Matka nie wie, jakiś konkurs na najlepiej napisane zakończenie z nagrodą w postaci publikacji tegoż, albo punkt wyjścia do dyskusji o eutanazji, zajrzyj na nasza stronę www. cośtam. pl, to by Królowa Matka zrozumiała, ale nie!!!

Takie jest właśnie zakończenie!

I tu Królowa Matka przerwie i pójdzie szukać szczęki, bo jej na samo wspomnienie znowu opadła...