wtorek, 5 marca 2013

Nierecenzja

Jakiś czas temu dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki Królowa Matka weszła w posiadanie "Niepowieści".


Zaczęła ją czytać natychmiast po otwarciu paczki i była pewna, że najdalej po tygodniu będzie mogła podzielić się wrażeniami z Przyjaciółmi, Znajomymi, Czytelnikami, ale, nieprawdaż. Życie rodzinne ma. Dziatki drobne. I te mniej drobne, a czasem bardziej absorbujące. Serce chore. Doła. I inne takie. Jakoś jej to w pierwszej chwili euforycznego wertowania książki z głowy wyleciało (co jej się często zdarza na widok nowości wydawniczych).

Dlatego też po tygodniu tkwiła sobie na stronie mniej więcej 50-tej i delektowała się niespiesznie i smacznie (nie, Królowa Matka nie zgadza się z opiniami, na które się tu i ówdzie w necie natknęła, że język Niepowieści jest nienaturalny i trudny, oraz że nie można napisać dobrej książki w oparciu o bloga. Królowa Matka - mimo świadomości, że Niepowieść napisała blogerka - w ogóle tej "blogowatości" nie zauważa, choć oczywiście bierze pod uwagę, że to być może dlatego, że jest żałośnie niewyrobiona literacko) treścią pochłanianą wieczorami, gdy Dziatwa padała spać, od pierwszej niemalże strony dogłębnie nie zgadzając się z opisem Wydawcy głoszącym:

"Książka dla mężczyzn i dla kobiet. Dla singli i matek.

Dla tych, które Nigdy Nie Mogą Odpuścić, Matek Mnie Nikt Nie Zastąpi, Matek Zaraz Oszaleję, Matek Po Co Mi To Było, Matek Dziergaczek Rzeczywistości, Matek Polek i zbuntowanych Superbohaterek Dnia Codziennego.
Dla wszystkich."

Dla Matek, na pewno. Dla Matek - przedstawicielek wszystkich powyższych grup (Królowa Matka należy do, jak skrupulatnie obliczyła, pięciu) i jeszcze innych, nie wymienionych z nazwy, z których każda znajdzie w tej książce coś, co pobudzi wspomnienia i każe wykrzyknąć: "Tak, u mnie było identycznie!". Ale nawet dla Matek - nie wszystkich. Te, które żyją od pierwszego do pierwszego, łamiąc sobie głowę nie nad tym, jak logistycznie zorganizować przewożenie licznych dzieci z prywatnych szkół na lekcje języków i tenisa, a w przerwie zorganizować zbilansowany posiłek z ekologicznych warzyw i jajek od kur z wolnego wybiegu, ale nad tym, jak to zrobić, żeby jakimś cudem zdobyć ponadprogramowe 16 złotych, których nie obejmował budżet na dany miesiąc, na wyjazd dziecka z klasą do kina (to jest akurat autentyczny przykład z życia Królowej Matki, która jest biedna z domu i czasami "makes both ends meet" z największym trudem) też niekoniecznie będą umiały zidentyfikować się z Niepowieściowymi przemyśleniami.

Dla Singli, być może. Dla tych, którzy (a w zasadzie chyba jednak "które") rozważają Macierzyństwa jako jedną z dróg, którymi być może kiedyś zechcą iść, aby się przekonały, jak to naprawdę wygląda. A dla tych, które Macierzyństwa nie rozważają - aby się upewniły, że wybrały słusznie ;).

Ale dla Mężczyzn... hm. Królowa Matka przypuszcza, że wątpi. I może później uda jej się jakoś wyjaśnić, dlaczego.

A zatem - Królowa Matka czytała (robiąc przy okazji notatki do Nierecenzji, pisanej przez kilka tygodni w każdej wolnej i - co bardzo istotne - sprzyjającej myśleniu chwili).

Identyfikując się do głębi (pełne zgrozy: "Więc nie ja jedna!!!" podczas lektury opisów śniadań, wyprawiania do szkoły, dialogów na cztery głosy jednocześnie. Badania prenatalne, urocza i ciepła atmosfera im towarzysząca, te lodowate korytarze bez krzeseł, w których czekało się godzinami na wezwanie do gabinetu, taaak, jakże dobrze to Królowa Matka pamięta).

Nie identyfikując się, z ciekawością (trudności z zajściem w ciążę, luteina pod językiem, plamienia, lądowanie co i rusz na Izbie Przyjęć - u Królowej Matki nie istnieją, ona zachodzi od samego pomyślenia: "A może by tak dziecko?", a artykuły głoszące: "Po trzydziestce drastycznie spada płodność kobiet!!!" spokojnie przekłada w mózgu z szufladki "Fakty" do szufladki "Mity". Trudności z karmieniem - nie dotyczy, Królowa Matka urodziła cztery wysoce sprawne w swoim fachu ssaki i nigdy nie miała nawału mlecznego, chociaż za drugim razem przygotowywała się do niego równie sumiennie, co - jak się okazało - niepotrzebnie. Kariera zawodowa - nie dotyczy, Królowa Matka ma tylko pracę).

Chichocząc przy czytaniu na głos swojej własnej Matce ("Nigdy, powtarzam, nigdy nie chciałam mieć dzieci, przeciwnie – w milczący, ale bezdyskusyjny sposób zakładałam dożywotnią, programową bezdzietność. Cudza progenitura mnie nie zachwycała, ba, nie obchodziła, nie zaglądałam do dziecięcych wózków, nie kląskałam w uniesieniu na widok pulchnych dziecięcych policzków i krągłych paluszków"), która słuchała w osłupieniu, konstatując ze zdziwieniem - bo ciągle na nowo dziwi ja odkrycie, że tak też bywa - "Więc to nie tylko ty taka jesteś!".

Czytając niektóre fragmenty po kilka razy, przecierając oczy z oszołomionym: "mam to samo!!!" z tyłu głowy, i to idealnie to samo, dialog przy śniadaniu (str. 286) mógłby się znaleźć na blogu Królowej Matki i niechby kto spróbował udowodnić plagiat: "A ile to jest nieskończoność odjąć nieskończoność?". "A ile to jest dwa dwa trzy?", "Cztery pięćdziesiąt milion". "Mamo, czy jak zjem  będę mógł pograć?". "Czy teraz mogę już pograć?". Brzmi znajomo, prawda, Czytelniku?

A prawie na samym końcu - tuż przed stanowiącymi chyba coś w rodzaju manifestu autorki "Listami do Judyty" - przeczytała Królowa Matka coś, z czym zidentyfikowała się natychmiast, do głębi, co ją złapało za gardło i trzyma.

"Od początku tej narracji wstawiłam dużo prań. Posmarowałam czekoladą wiele kanapek. Na krągłe dziecięce nóżki naciągnęłam sporo rajstop. Po tym, co zrobiłam, nie ma śladu. Bielizna była po wielokroć brudna w międzyczasie. Kolejne połówki bochenków dokupuje co dnia. Bose dziecięce stopy uprawiają promienne staccato na płytkach podłogowych i co rano tak samo marzną."

Królowej Matce z Małgorzatą Musierowicz już od dawna nie po drodze, ale mimo to natychmiast po przeczytaniu powyższego przypomniało jej się zdanie z Jeżycjady: "Piekę ciasteczka istotom śmiertelnym, i nawet staram się, by były to smaczne ciasteczka".

A potem, jak po sznurku, drogą niepojętych (a może nie tak bardzo niepojętych) skojarzeń Królowa Matka przeszła płynnie do wspomnienia z zamierzchłych czasów, do wspomnienia rozmowy, a właściwie ognistej dyskusji dotyczącej intelektualnego, umysłowego i twórczego upośledzenia kobiet w stosunku do mężczyzn, które to upośledzenie, jak usiłowała dowieść Królowa Matka, nie istnieje.

- Jak zatem wyjaśnisz to - spytał z pobłażliwością Osoby Przynależnej Do Uprzywilejowanej Płci Twórców Cywilizacji Kolega Królowej Matki, - że w encyklopediach pełno jest nazwisk naukowców, pisarzy, malarzy - mężczyzn?

Królowa Matka spojrzała wtedy na Kolegę z autentycznym zdumieniem, jak na, nie bójmy się tego słowa, idiotę, albowiem, chociaż nie była wtedy jeszcze Matką, więcej, nie była Żoną, a nawet Narzeczoną (ba! nawet Dziewczyną niczyją nie była!), otóż już wtedy, nie-zamężna, nie-sparowana, bez-dzietna, już wtedy Królowa Matka wiedziała jedno.

Że za każdym mężczyzną, Twórcą Kultury, Geniuszem, Naukowcem i Artystą stoi przynajmniej jedna kobieta, wykonująca monotonną, niedocenianą i niewyobrażalnie ciężką pracę. Kobieta, która codziennie, dzień po dniu, bezwarunkowo, bez zastanawiania się nad tym, czego ona by akurat chciała, karmi, myje, sprząta, pilnuje, by książki, by zadanie domowe, by strój na WF, by składka na teatr. Bo szczepienie, bo dentysta, bo urodziny u kolegi, bo bilans dwu-, cztero-, sześciolatka.

Nie przesypia nocy latami (w wypadku Królowej Matki pierwsza całkowicie przespana noc nastąpiła po siedmiu latach, po siedmiu latach bez urlopów, długich weekendów, wakacji i chorobowego, po siedmiu latach, w czasie których jako "dobra noc" określana była taka, podczas której nastąpiły zaledwie trzy pobudki, aż taka mściwa to Królowa Matka nie jest, ale jednak chciałaby zaserwować rok - tak, rok chyba by wystarczył - takich nocy wszelkim Męskim Twórcom i Intelektualistom przekonanym o swej naturalnej przewadze i zobaczyć, jak wtedy wyglądałaby tworzona przez nich Kultura, Sztuka i Nauka).

Ale oprócz nocy są następujące po tych nocach dni, gdy wstaje się o świcie po pierwszej przespanej jednym ciągiem godzinie z oczyma na zapałkach, bo przecież trzeba dzieci ubrać, nakarmić, wyprawić do szkoły, do przedszkola. Budowanie z klocków miast rozmiarów (w sumie) mniej więcej Nowego Jorku, po jednym Nowym Jorku na Potomka. Setki razy układane te same puzzle, bajeczki czytane tak często, że nie trzeba ich w końcu czytać, bo się je zna na pamięć. Pakowanie tornistrów, pamiętanie, pamiętanie, pamiętanie - o kredkach, kleju, zestawie książek na marzec, składce na Komitet klasowy, stroju na basen, stroju na bal, wizycie u lekarza, godzinach podania leków. Noce przesiadywane przy dziecku, które się dusi, albo wymiotuje, albo ma 40 stopni gorączki. Pomoc w zadaniach domowych, ślęczenie nad pisaniem alfabetu, który się przecież świetnie zna, nad angielskimi słówkami, nad tabliczką mnożenia. Przygotowanie ubrań na jutro, pranie, prasowanie. Sprzątanie. Planowanie ferii, wakacji, wizyt u babci, wyjazdów, urodzin.

Cierpliwie i mały kroczek po małym kroczku, bo Człowieka robi się powolutku, tak powolutku, że tego nie widać, nie robi się go z dnia na dzień, to długi, żmudny proces bez spektakularnych objawień, bez wyskakiwania z domu z okrzykiem "Eureka!", bez przepięknych obrazów w stylu rozwijającego się kwiatu jak na filmach przyrodniczych, wyświetlonych w dużym przyspieszeniu.

Nawet w domach, gdzie ojcowie współuczestniczą w rodzinnym życiu, a dzieci nie są zdumione widokiem matki wychodzącej na spotkanie z koleżanką, nawet w takich domach większość tej pracy wykonują - jednak - kobiety (tu znowu umysł Królowej Matki usłużnie podrzuca wspomnienie wywiadu z Jesperem Juulem, w którym mówił on o ojcu, zdziwionym, że bycie ojcem to także wszystkie te głupie drobiazgi: gdzie leżą dziecięce ulubione flamastry, które spodnie są czyje, kiedy są urodziny  kolegów... bo ojcowie przecież są od poważnych spraw, od objaśniania świata i uczenia potrzebnych rzeczy, nie są od tego, by o głupich flamastrach pamiętać, i o tym, że trzeba nową bluzę do przedszkola założyć, bo we wczorajszą dziecko wytarło starannie ręce po kolacji).

Codziennie. Codziennie. Codziennie raz, razy dwa, razy pięć, zależy, ile ma się dzieci. Bez względu na to, jak się czuje, jak jest się wyczerpanym, chorym, w jak złym nastroju.

Niedoceniana, nużąca, niewidzialna praca.

Wykonywana nie dlatego, że jest spełnieniem marzeń i najpełniejszą realizacją kobiecości. Ale dlatego, że za dziecko jest się odpowiedzialnym, a odpowiedzialność obejmuje także uczenie tabliczki mnożenia, przygotowywanie czystego stroju na WF i wiedzę, gdzie leżą nowe kredki, ukochana książeczka, i to, że dziecko nie zaśnie bez błękitnego kocyka w kropki.

"Po tym, co zrobiłam, nie ma śladu".

"Po tym, co zrobiłam, nie ma śladu".

Po całej tej masie niezbędnej, a przecież tak lekceważonej ("ona nie pracuje, tylko siedzi w domu z dziećmi") pracy, nie ma śladu.

A praca ta staje się widzialna tylko wtedy, jeśli kobieta nie tylko "siedzi w domu z dziećmi", ale także "pracuje na poważnie", czyli zawodowo. I nie staje się wtedy bynajmniej argumentem za tezą, że osoba, która jest w stanie ogarnąć całodobowy folwark oraz pracę zawodową  jest poszukiwanym pracownikiem ze względu na udowodnione talenty organizacyjne, zimną krew i umiejętność perfekcyjnego zarządzania czasem.

Wtedy nagle okazuje się, że bezpłatna, dwudziestoczterogodzinna robota jest tej kobiety powołaniem i tym, w czym zrealizuje się ona najpełniej. Wtedy można tej pracy, na co dzień lekceważonej i nie dostrzeganej, użyć jako broni, jako wygodnej zasłony dymnej dla dyskryminacji ("przecież zostając w domu robisz to, co jest najważniejsze!"), jako narzędzia do wpędzania w poczucie winy ("oddałaś dzieci do żłobka? takie maluchy?"), szantażu ("zawsze możesz przestać pracować i zająć się domem"), wtedy można o pracy i ambicjach zawodowych kobiety wypowiadać się z pobłażliwą wyższością, jak o niewinnej słabostce, fanaberii, którą "pani nabiła sobie swoją śliczną główkę", ale nie jest to dla niej nic ważnego, nic równie ważnego, jak dla kolegi, nic, na czym jej naprawdę zależy, bo ma przecież dzieci. I już wie dzięki temu, co to jest Jedyne Prawdziwe Szczęście, a przedtem tego nie wiedziała. Na pewno nie.

Także - a może nawet głównie - o tym mówi, zdaniem Królowej Matki, Niepowieść.

I dlatego właśnie nie sądzi ona, że jest to książka dla mężczyzn. Zapewne są tacy, którzy przeczytają ją z zainteresowaniem, spodoba im się, będą się wyrażać o niej z uznaniem. Ale nie ma Królowa Matka żadnych wątpliwości, że ci mężczyźni będą stanowili mniejszość.

Większość, spokojna w swoim zadowoleniu, bezpiecznie obudowana przywilejami danymi im przez Społeczeństwo, podobna do Kolegi Królowej Matki, który w dwudziestej którejś wiośnie życia, zdobny w dyplom wyższej uczelni  (o świadectwie dojrzałości nie wspominając), potrafił z przekonaniem uzasadniać pogląd o intelektualnej niższości kobiet, strząsając z siebie, a wręcz nie dopuszczając powszechnej, zdałoby się, wiedzy o tym, jak wyglądało np. prawo kobiet do edukacji w dobie takiego choćby Renesansu i jaki to może mieć związek z dominowaniem męskich nazwisk w wykazach encyklopedycznych - ta Większość po prostu nie zrozumie.

Nigdy nie zrozumie tego szarpania się, tej determinacji, by być Sobą-Rodzicem, Sobą-Pracownikiem, Sobą-Sobą, za wszelką cenę; nigdy nie zrozumie, jak wiele wysiłku to kosztuje, jakie jest trudne. Uzna opis tej szarpaniny za przesadzony, histeryczny, stwierdzi, że to wymysł, zlekceważy, bo przecież "zna masę kobiet, które...", i (oczywiście) ani jednej, która wyraża opinie zbieżne z opiniami Autorki książki.

Szkoda - chociaż Królowa Matka i tak ma nadzieję, że będzie to z każdym dniem coraz mniejsza Większość.

I jeszcze dla jednej grupy ludzi - zarówno Kobiet, jak i Mężczyzn - nie jest ta książka (choć może być użytecznym narzędziem hejtowania, spełniającym rolę stryszka z drabiną w słynnym dowcipie o sianiu zgorszenia*, względnie źdźbła w oku bliźniego).

Dla tych, którzy uważają, że Matka-Nie-Powinna-Się-Skarżyć. Ani niczego żądać ( żądać! buahahaha! - prosić, prosić nie powinna!) dla siebie.

Nigdy.

Oni to wiedzą.

Bo ich matki się nie skarżyły. Ani żony. Ani teściowe. Ich matki/ żony/teściowe to nie były to jakieś egoistki (jakieś - apage, Satanas! - feministki wręcz!!!), które nie wiedziały, że w chwili, gdy pojawia się Dziecko One jako One znikają, a na ich miejsce pojawia się Matka, i że to jest dobre, właściwe i NORMALNE. Te żony/matki/teściowe były doskonale świadome, że do chwili pojawienia się Dziecka ich życie było pozbawione sensu i nieszczęśliwe, a jeśli czuły się szczęśliwe to z racji nieświadomości, w jakiej tkwiły.

Ale Królowa Matka, ta Królowa Matka, która zrobiła ognistą awanturę (niemal połączoną z rzucaniem przedmiotami) osobie, która jako pierwsza (i nie ostatnia, o, nie!) powiedziała jej po pojwieniu się na świecie Potomka Starszego: "No, teraz to nareszcie naprawdę jesteś szczęśliwa!", a miała ochotę kląć i  rzucać tymi przedmiotami  ponieważ kochała swoje poprzednie życie, swoje życie przed-macierzyńskie, i chociaż to macierzyńskie też lubi, to za tamtym, minionym, ciągle zdarza jej się tęsknić...

ta Królowa Matka cieszy się, że podobne książki się pojawiają.

I że głos tych, którzy (które :)) też chcą być szczęśliwe po swojemu i na własnych warunkach jest coraz częściej słyszany.


*Dowcip brzmi mniej więcej tak:

Na posterunek policji zgłosiła się nobliwa dama i poskarżyła się, że mieszka w domu, przy którym przepływa rzeka, a w tej rzece co rano kąpią się nago młodzi chłopcy i gorszą ją niewymownie.


Posterunkowy udał się do chłopców, przeprowadził z nimi stosowną rozmowę, chłopcy przeprosili i obiecali, że przeniosą się dalej, coby tego zgorszenia więcej nie siać.


Niestety, dama nazajutrz pojawiła się na posterunku ponownie z informacją, że chłopcy, owszem, przenieśli się na zakole rzeki, ale ona to zakole widzi z okien sypialni na piętrze, jak wstaje rano.


Apiat', posterunkowy pogadał z chłopcami, którzy odnieśli się do sprawy ze zrozumieniem i obiecali, ze przeniosą się jeszcze dalej.


Trzeciego dnia dama powróciła na posterunek z kolejną skargą.


- Panie posterunkowy - rzekła - jak wejdę na stryszek, wezmę drabinę i wyjrzę przez świetlik w dachu, to ja ich ciągle widzę!


39 komentarzy:

  1. Cieszę się, że napisałaś, że tęsknisz czasem za swoim życiem sprzed dzieci. Niby oczywiste, ale miło tak zobaczyć czarno na białym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że wszystkie matki tęsknią. Nie cały czas (sama często myślę jak patrzę na Dzieteczki: "Jak ja w ogóle żyłam wcześniej, teraz - to jest to!"), nie codziennie, nie jest to stan permanentny, ale czasem tęsknią wszystkie, bez wyjątku.

      Że sie nie przyznają, nawet przed sobą czasami, to insza inszość.

      Usuń
    2. To, na co _nie_ jesteś przygotowania z maniem dzieci, to to, że musisz oddać swoje życie i dostać jakieś inne. Nie da się powiedzieć, lepsze czy gorsze, wystarczy, że jest po prostu inne - i nikt ci tego wcześniej nie powiedział. A nawet gdyby, to jak to sobie wyobrazić? Do tego w pakiecie dostajesz całą tę robotę, po której nie zostaje śladu, oraz poczucie, że -- no właśnie, że twojego życia, które sobie budowałaś po kawałeczku, po prostu już nie ma. Co gorsza, każdy uważa to za oczywistą oczywistość, bo Zostałaś Matką i możesz sobie nakukać, to jest proces w jedną stronę. I może nie samo to jest straszne, że tak się dzieje, tylko właśnie fakt, że nikt nie uważa za potrzebne, żeby w ogóle to komentować.

      Usuń
  2. Trzeba mówić, mówić, mówić. Przyznam Ci się, że mnie płetwy opadają na takie odezwania bufonków. Jak tłumaczyć oczywistość? Jeden z takich wyciągnął kiedyś na towarzyskim spotkaniu królika z kapelusza: "kobiety histeryzują z tymi bólami porodowymi, moja babcia rodziła dziecko na polu podczas pracy". Normalnie - powinno być jakieś zoo, aby pokazywać takie rzadkie okazy zoologiczne. I nie mówię o jego babci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, to jeden z tych, co wie, bo nie zna kobiety, ktora sie skarży, bo jego mamusia się nie skarżyła! Nie taki rzadki to okaz zoologiczny, niestety.

      Trzeba odpowiadać "Mężczyźni histeryzują z tymi obawami przed dentystą, mojemu dziadkowi kowal rwał zęby na żywca na rynku, i w dodatku się pomylił i zdrowe wyrwał, a dziadek nic, ani pisnął!" :DDD, argument dokladnie tej samej klasy :D.

      Usuń
    2. Błagam: pisz mi więcej!!! Ja wiem, że to są riposty, który powinno się sypać z rękawa, bez zastanowienia, ale co ja poradzę, że jak rozmawiam z totalnym głupkiem/bufonem/szowinistą/rasistą/skrytym pedofilem/gwałcicielem etc., to po prostu nie mam słów. Zatyka mnie od bezmiaru głupoty/podłości/znieczulicy. Naprawdę - dyskutować z kimś, z kim się da - potrafię. Ale dyskutować z kimś, kto jest poniżej poziomu - płetwy mi opadają i nie mam słów. I właśnie szkoda, że nie mam słów, bo takie okazy zoologiczne (jak sama nazwa wskazuje - pozbawione inteligencji emocjonalnej) nie wyczuwają, że palnęły największą wtopę wieczoru i że panujące milczenie jest zażenowaniem i że otoczenie wstydzi się za nie. Na wychowanie takiego egzemplarza za późno o 30-40 lat, ale milczenie odczytują niewłaściwie.
      Trzeba mówić, mówić, mówić - oczywistości. Proszę, podrzucajcie - jak Anutek - takie oczywistości, bo mi płetwy opadają.

      Usuń
    3. Ach, Noemi, ty sądzisz, że ja tak na poczekaniu umiem? To znaczy, owszem, to na gorze na poczekaniu wymyśliłam, ale to dlatego, że żaden bufon mi przed oczami nie stał i mądrością nie siał. Ale w normalnym zyciu esprit d'escalier to jest uczucie znane mi aż nazbyt dobrze...

      Usuń
  3. Wiesz, że jak Cię czytam, to ciągle myślę "o to, to!" ?
    Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A! I przekaż swojej mamie że i na mnie cudze dzieci nie robiły i nie robią wrażenia... I nie z upodobania do bobasków mam ich czworo... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ona już wie, że jest nas wiecej :). Ale ciągle ja to dziwi :))).

      Usuń
    2. To i ja się do tej listy dopiszę :)
      Kocham jedynie swoje dziecię a toleruję te bliskie czyt. "po rodzinie i znajomych".
      Chociaż mam wrażenie, że czasem bardziej niż dzieci wkurzają mnie ich rodzice... ;)

      Usuń
  5. Kocham cię:)
    ( p_l w nielogu)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ciebie tez, co, mam nadzieję, wiedziałaś juz wczesniej :).

      Usuń
  6. Jezu, jak Ty piszesz!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam kolejna blogowa recenzje na temat tej ksiazki i dalej nie wiem o czym jest i czego sie spodziewac :p Choc swoja droga Twoj tekst swietny! Tak, matki wychodza z podziemi i nie wszystkim zaczyna sie to podobac. Bo co jeszcze? Moze jeszcze ZUS-owskich skladek by chcialy za "swoja prace"?! Phi!
    Moja tesciowa i moja mama sa z jednego pokolenia i obie sie nie skarzyly...do teraz. Teraz otwarcie mowia nam, dzieciom, jak im bylo ciezko, jak wiele stracily i ze to zycie, to nie do konca byl ich wybor. Moze tez juz maja dosc tej "zmowy milczenia"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo moja recenzja to nie jest recenzja, tytuł nie jest tylko grą słów, jest świadomą deklaracją. Ja recenzji nie pisałam, te zapiski to strumień świadomości, takie próba opanowania tego natłoku myśli, który miałam w głowie, i ujęcia go w karby słów. Recenzowałam Szajs i Przebój, tutaj po prostu dawałam wyraz własnym wrażeniom.
      Powiem szczerze, ze podziwiam Twoją mame i tesciową, które - nieistotne, że późno, grunt, że jednak - zaczęły o tym mówić, bo prawdę powiedziawszy nawet w naszym pokoleniu nie jest to jeszcze łatwe, a w tym starszym...

      Usuń
  8. recenzja ..znaczy nierecenzja mega długa :):) przeczytam wieczorem .. teraz zamieszanie mam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ania ty piszesz niesamowicie! kocham te twoje zlepki słów :) tak w sposób absolutnie dla ciebie charakterystyczny opisujesz rzeczy zwykłe i niezwykłe :) a wiesz, że u nas nie ma stroju na WF?? jest tylko przykaz żeby nie pupie spodni nie było liter, cekinów itd.. bo podłoga się niszczy jak dzieci leżą :) i nie można jeansów! łatwiej mamy więc :) no i prasować nie muszę i suszyć na suszarkach i sznurkach bo mamy suszarki tu wszyscy prasujące w dodatku :):) nie wiem po co ci o tym piszę! hahaha :) uściski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :DDD

      Prasowanie to ja tak więcej symbolicznie wymienilam, bo akurat ja nie z tych namiętnie prasujących :D.

      Ale stroj na WF to jest problem rodzinny, bo zazwyczaj Mlody go zapomina, i jesli i ja zapomnę, to ćwiczy w spodniach. Albo wcale ;).

      Usuń
  10. Ja też czasem tęsknię, ale tak tylko na chwilę.
    A potem sprzedaję go babci na dzień, a po pracy lecę jak durna po niego, bo czeka. I ja też czekam. :)
    I tak to się kręci.

    Knigi nie znam. Ale może poznam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to dokładnie tak działa :).

      Usuń
  11. Ja zostając matką, wyrobiłam sobie zdanie, że zanim człowiek zdecyduje sie na macierzyństwo powinni mu "wypozyczyc" dzieci w róznym wieku, zeby sprawdził czy sie nadaje na rodzica..ja sie nie nadaję, a jak opowiadam matkom-kolezankom z pracy, że "czekałam, co dzień żeby moja mama zadzwoniła i powiedziała -zostaw go dziś na noc u nas"- (sama nie miałam śmiałości bez powodu tzn. z powodu, ze nie mialam siły/ochoty/ zajmować się dzieckiem, o to prosić..to mnie uważaja za potwora, albo że mimo iz nie musiałam kisiłam dziecko w przedszkolu do oporu (ale on lubił, więc czuję sie usprawiedliwiona)....do obcych wózków też nie zaglądam, cudzych dzieci na ręce nie biorę:)
    ale z drugiej strony też za nim tęsknię jeśli go nie ma i martwię się co porabia, choć juz jest pełnoletni..ale to jest miłosć, która uważam nic wspólnego nie ma z moim instynktem macierzyńskim:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtarzam uparcie - NIE WIERZĘ w matki, którym myśl o odpoczynku od dziecka jest obca, które są zen 24 godziny na dobę 365 dni w roku, które nigdy nie mialy dość, nie pytały "Po co mi to było?!" i od rana do wieczora tarzają się w poczuciu macierzyńskiego szczęścia.

      Wierze w takie, ktore to wypierają i ktore nigdy nie miały odwagi powiedzieć tego nawet same sobie, a co dopiero komus na głos.

      A że to jedna strona medalu to insza inszość. Druga istnieje, jest super, codziennie zadziwiająca na nowo. Po prostu świetnie (Także. Czasem. Często nawet. Pod wieloma wzgledami) jest mieć dzieci. Ale to jest ta strona, która ma się bardzo dobrze w przekazie społecznym, z tym, że zawsze występuje solo, bez rewersu, jako jedyna obowiązująca.

      Usuń
  12. Dziękuję. Lecę zamawiać. Książkę znaczy. I nad życiem pomyśleć. Ze czasami warto się przyznać do tej tęsknoty za życiem zeszłym. Tak, właśnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może zajrzyj na bloga Autorki, tam mozna ją wygrać (i nie piszę tego, bo mam z Autorką układ, gdyż nie mam, a Autorka w ogole nie wie o moim istnieniu, ale dlatego, że książkę z autografem można wygrać, i niemal zaczęłam żalować, że mam już swoją, bez autografu :)).

      Bardzo jestem poruszona, że przeczytawszy moją pisaninę zapragnęłas przeczytać książkę. To zupelnie nowe doświadczenie w moim zyciu :).

      Usuń
  13. Ych, opisałam się jak głupia i mi zeżarło komentarz. To krótko, bo nie wspomnę dokładnie :) Mam tak samo! I nie godzę się na to! I nie ciuciam nad wózkami innych dzieci! I nie prasuję! I pracuję zawodowo, bo inaczej bym zgłupiała od tego domowego kieratu! I uciekam z domu raz na jakiś czas na kilka godzin chociaż! Po prostu trzeba tak robić, żeby przewietrzyć i odgruzować łeb! Przynajmniej po powrotach, co prawda bez z zapału, ale nadal w poczuciu obowiązku, chociaż nieraz mechanicznego, wycieram obsmarkany nos, brudną pupę, całuję stłuczone kolanka i staram się być mamą... Jak dobrze, że nie jestem sama :) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)

      To poczucie, ze nie jest się samą, jest czyms bardzo ważnym, nie sądzisz?

      Dla mnie chyba najważniejszym.

      Usuń
  14. Chciałam się rozpisać i podzielić moimi bezdzietnymi myślami-ostatnio dowiedziałam się, żem jałowa społecznie, ale dzisiaj przeczytałam u JEDYNEGO OPINIOTWÓRCZEGO Bloggera, że Szanujący się Blogger nie odpowiada na każdy komentarz (no, jak jest ich x to rozumiem, ale nie w tym rzecz) i zrezygnowałam.
    Po co mam pisać jak bardzo poruszył mnie twój wpis, o tym, jak walczę niemrawo z moim otoczeniem, które jest przekonane o mojej jałowości? Dwudziesty szósty rok mija, a ja ciągle mam niewypełnione ramiona, feministka, a może coś jeszcze gorszego.
    Nie napiszę też, że jestem wzruszona tym, jak opisałaś macierzyństwo-traktowane baaaardzo często jak jedno nieprzerwane pasmo pastelowych kolorów i rodziny bawiącej się na dużej łące. Albo traktowanej przez drugą stronę jako zagrzebanie się w pieluchach (koniecznie brudnych, nigdy świeżo upranych), obraz matki w rozciągniętym dresie, obowiązkowo przecier z jabłka we włosach.
    O tym wszystkim ci nie napiszę, bo uważam, że jesteś Szanującą się Bloggerką, a ja lubię, jak mi odpowiadają na komentarze :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli ten Jedyny Opiniotwórczy Blogger to jest ten blogger, ktorego mam na myśli, to wiedz, że uważam go za nadetego bufona i mam jego rady w głębokiej obojętności :).

      Uważam też, że szanujący sie blogger wlasnie odpowiada na komentarze, na tyle, ile się da. Ja mam zreszta komentarzy tak mało, że nie odpowiadanie na nie byłoby dowodem... fatalnego wychowania co najmniej, staram się w każdym razie odpowiadać na znaczną większość.

      Jak miałam 26 lat to użerałam się ze społeczeństwem tak, jak ty :). Jak miałam trzydzieści i za mąż wychodziłam wszyscy byli pewni, ze nie wypelnię ramion, tak ich wreszcie wytresowałam. Więc doskonale rozumiem, jak się wtedy człowiek czuje - bo to pamiętam.

      Nie wiem, czy wypełnisz kiedyś ramiona, czy nie, wypelnienie ich w kazdym razie nie wiąże się z obowiązkowym przestaniem bycia feministką, na szczęście.

      A jak ich nie wypełnisz, też spoko, oba wybory mają plusy i minusy, które się chyba mniej więcej równoważą.

      Napiszę ci tylko jeszcze, że bardzo mi miło (nie lubię tego słowa, ale co zrobić, naprawdę mi miło), że mój wpis spodobał się także bezdzietnej feministce :).

      Usuń
  15. Żałośnie niewyrobiona literacko a to dobry żart !!!!!!!
    Ta recenzja jest rewelacyjna !!!
    Jestem zmęczona bardzo więc nic więcej nie napiszę.
    Może jeszcze tylko powtórzę, że zazdroszczę Ci talentu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jakiegoż talentu możesz mi zazdrościć ty, z której bloga najchętniej zrobiłabym lekturę szkolną (albo taką na kursach pisania, są chyba takie?), gdyby nie to, ze bycie na liście lektur zniecheca do czytania?

      Usuń
  16. recenzja, to mało powiedziane!
    tym tekstem wymalowałaś całą panoramę racławicką macierzyństwa!
    genialne!
    witam, goszcząc u Ciebie po raz pierwszy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :).

      I gratuluję nagrody, jakem wielbicielka Starszych Panów (a juz "Gminy" w szczególności :D), byłam urzeczona :D.

      Usuń
    2. miło mi bardzo:)
      pospaceruję troszkę po twoim blogu, narobiłaś mi apetytu;-)

      Usuń
  17. No i jaki zbieg okoliczności - od Zimno-bloga zaczynałam swoją przygodę z podczytywaniem blogosfery jakiś czas temu. Bardzo mi się podobał wtedy sposób opisywania rzeczywistości przez autorkę, więc z chęcią bym się zapoznała z jej książką. Trzeba się będzie jakoś gdzieś rozejrzeć - czyt. wysłać rodzinę w Polsce na poszukiwania ;)
    To pisałam ja - nadal niedzieciata (za to z kotami) fiefiórkomadziarka

    #MajorMistakes - raju, to co ja mam powiedzieć, kiedy już za 3 miesiące 32 lata mi stukną? ;)
    Ale już zaczynam ludziom zaglądać do wózków i oglądać dziecięce ubranka, bo są takie słodkie, więc to chyba już czas dodać coś do rodzinnego grona ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W każdym razie jesteś już uprzedzona :))). Skoro mimo to zaglądasz do wózeczków... tak, niewykluczone, że to już czas :D.

      Usuń
  18. Nigdy nie zaglądałam do wózków, pierwsze dziecko trzymane na rękach było moje własne, dzieci moje nie były planowane, ale się po prostu przydarzyły. Matką stałam się z dnia na dzień i tak jakoś przeleciało mi życie - dzień po dniu. A ja tak lubię planować!

    OdpowiedzUsuń
  19. No nie wiem, nie wiem. Może mam niesamowite szczęście, ale akurat ojciec moich dzieci tak samo jak ja do nich wstawał w nocy, tak samo jak ja pamięta o ich wizytach u lekarza czy wycieczkach ze szkoły i tak samo jak ja się nimi zajmuje. Ponadto potrafi znaleźć czas na swoje twórcze zajęcia i na dodatek mnie czas na moje twórcze zajęcia też pomaga znaleźć. Może jestem niesamowitą szczęściarą, a może to kwestia tego, jak się z ojcem dzieci własnych dogadamy. W końcu to już nie XIX, a nawet nie XX wiek i na boga, kobiety mogą dzisiaj wiele, więc może pora skończyć z tym mitem "kobiety stojącej za każdym wielkim mężczyzną". Może kiedyś tak i było, ale nie znaczy, że dalej tak będzie, czy być musi. Nie rozumiem też tego narzekania, że dzieci to taka ciężka, niedoceniana praca. No bo czy dzieci się ma po to, żeby to ktoś doceniał? A że "po tym, co zrobiłam, nie ma śladu" - no i co z tego? Po czym innym byłby ślad? Czy po tym bogu ślad zostanie za ileś lat? (no, może zostanie, gdzieś na jakimś serwerze, ale jak się trafi w międzyczasie jakaś silniejsza burza na Słońcu, to i to może szlag trafić). No nie wiem, nie wiem. Choć może gdybym miała jeszcze dwójkę więcej (bo mam tylko dwójkę), to inaczej bym śpiewała. Jojczenie na bycie matką i jakie to ciężkie, i jak ci faceci w niczym nie pomagają denerwuje mnie jednak niezmiennie.

    OdpowiedzUsuń