poniedziałek, 16 stycznia 2012

Królowa Matka zostaje Wielodzietną Patologią

Powiedzieć, że Królowa Matka nie ucieszyła się na wiadomość, że porodzi bliźniątka byłoby skandalicznym niedomówieniem.

Królowa Matka wpadła w histerię.

Był dwunasty tydzień ciąży, Królowa Matka osiągnęła stan, gdy nie musiała już wychodzić do sąsiedniego pomieszczenia, gdy Pan Małżonek otwierał lodówkę, właśnie wróciła z tygodniowych wywczasów na Mazurach i udała się do lekarza, by sprawdzić, co tam u Nowego Potomka.

- O mój Boże! - powiedziała Pani Doktor, dziwnie uchachana, a Królowa Matka, wpatrując się w widoczne na ekranie USG dwie plamki spytała naiwnie "Czy to są stópki?". Chwilę później Królowa Matka leżała na kozetce z oczami w słup, łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami i powtarzając tępo: "Nie poradzę sobie, nie poradzę sobie...", a Pani Doktor miotała się bezradnie po gabinecie, nie mogąc nijak ulżyć nieszczęsnej, bo to ani środka na uspokojenie nie można podać, ani kielicha strzelić nie wolno...

Następnie, po dołożeniu tą wiadomością Panu Małżonkowi, Królowa Matka udała się do domu własnej Matki, gdzie, siedząc w fotelu, lejąc hektolitry łez i nie odpowiadając na żadne pytania ("Co się stało? CO SIĘ STAŁO?! Coś nie tak z dzieckiem? Coś nie tak z tobą? Musisz zrobić badania?") doprowadziła biedną do stanu przedzawałowego, po czym wreszcie wykrztusiła: "Zdr-zdro-zdroweee, a-a-a-llleee t-t-too bliiiiźźźnięęęta!!" i już trzeba było pocieszać tylko ją, chociaż przydałoby się to wszystkim. Ale oni przynajmniej mogli się napić.

Potem było tylko gorzej.

Z racji osiągnięcia Matuzalemowego Wieku (czyli przekroczenia 35 roku życia) Królowej Matce przysługiwały bezpłatne badania wszelakie. Zadzwoniła, aby się na nie umówić.

- A! - rzekł po drugiej stronie słuchawki Pan Doktor, nie znający Królowej Matki, nie badając jej, nawet jej ni raz w życiu na oczy nie widząc, ale diagnozując z niezachwianą pewnością (a potępienie aż kapało z każdej wypowiedzianej przezeń litery) - tyle ma pani lat... ten tydzień ciąży... no, bez kłucia się nie obejdzie!

Pojechała więc Królowa Matka do Sąsiedniego Miasta nastawiona na to kłucie. Atmosfera w lecznicy panowała w stylu "o-kolejna-stara-idiotka-przyjechała-ktoś-powinien-tym-durnym-babom-wyjaśnić-jak-działa-prezerwatywa!", oczywiście, broń Boże, nic podobnego nie zostało wyartykułowane, panowało ogólne ę-ą, savoir-vivre i pardon, ale przez wiszące w powietrzu potępienie można się było z maczetą przebijać (że już Królowa Matka nie wspomni, że jak sobie cicho jak myszka na pobraniu krwi siedziała, była świadkiem rozmów o innych pacjentkach, więc wie). Bez kłucia jednakże się obyło na skutek doskonałych wyników USG i wszelkich, zrobionych Królowej Matce, badań nieinwazyjnych, oraz rozsądnej pani genetyk, która nie leciała w kierunku każdej ciężarnej z igłą w dłoni i poczuciem misji w szalonym wzroku.

- Wie pani - powiedziała, zapoznawszy się z powyższymi. - Z badania krwi wyszło pani minimalnie podwyższone ryzyko zespołu Downa... ale to USG tak dobrze wygląda, że ja bym się z amniopunkcją powstrzymała, ryzyko poronienia jest nikłe, ale jednak w pani wypadku to musiałyby być dwa wkłucia... - po czym spojrzała na Królową Matkę pytającym wzrokiem.
- Spokojnie, pani doktor - odparła Królowa Matka natychmiast. - Mnie pragnienie amniopunkcji nie spędza snu z powiek...

W ten sposób problem kłucia został rozwiązany.

Ale za to Królową Matkę badało, oglądało i analizowało jej stan pół tuzina lekarzy okołopołożniczych.

Wszyscy mówili to samo.

Że nie donosi.
Że to będzie cud, jeśli dotrwa do 34 tygodnia.
Że 36 tydzień to byłby full wypas, alleluja i hosanna, ale nie ma bata, to się nie wydarzy.
Że na poród naturalny nie ma co liczyć.
Że należy się nastawić na wcześniaki, być może skrajne.
Że jeśli jakimś cudem Królowa Matka zacznie rodzić naturalnie w jakimś rozsądnym terminie będzie to poród prawdopodobnie szybki, bo dzieci będą malutkie.
Że jakiś tam termin porodu wychodzi z USG, ale przywiązywać się do niego nie byłoby rozsądne, ani nawet wskazane.
Że ciąża bliźniacza z automatu uznawana jest za ciążę podwyższonego ryzyka i obarczona znacznym prawdopodobieństwem powikłań w trakcie jej trwania.
Że stanowi ona także zagrożenie dla dzieci - zwłaszcza, gdyby były to bliźnięta jednojajowe, a na etapie wykonywania badań nie dało się tego już stwierdzić.

I jeszcze wiele innych rzeczy o podobnym wydźwięku, których Królowa Matka już nie pamięta.

Ale żaden lekarz przez całe dziewięć (sześć od ujawnienia się dwóch Pomponów) miesięcy idealnej, wzorcowej pod każdym względem ciąży (no, jeśli pominiemy króciutki epizod prawie-anemii, hemoglobina 7,1, którą to anemię Królowa Matka załatwiła odmownie w ciągu pięciu tygodni przy pomocy pożeranego w ilościach hurtowych świeżego szpinaku, skutkiem czego jej lekarka z krzykiem zabroniła jej łykania suplementów żelaza) nie powiedział Królowej Matce jednej rzeczy.

Nie powiedział jej, że może być normalnie, w terminie i bez powikłań.

Królowa Matka dobrnęła do 36 tygodnia w stanie psychicznym dalekim od stabilnego (wejście na forum "Mamy bliźniaków", i Królowa Matka w płacz. Poruszenie tematu: "Jaki wózek kupić, lepiej jedno dziecko za drugim, czy dzieci obok siebie", Królowa Matka w płacz. Otrzymanie - doskonałej! - rady, by przed zakupem wózka zmierzyć własne drzwi wejściowe i drzwi windy - Królowa Matka w płacz. Życzliwe pytanie: "A u państwa zdarzały się bliźnięta w rodzinie?", Królowa Matka w płacz. I tak dalej), za to w fizycznym - bez najmniejszego zarzutu.

Dzieci sobie rosły do 25 tygodnia ciąży tak idealnie równo, że zdarzało się powtarzanie USG, żeby się upewnić, czy aby lekarz je robiący się nie pomylił i nie zmierzył dwa razy tego samego Pompona. Ponieważ ujawniły się jako chłopcy już w 20 tygodniu, Królowa Matka jednocześnie żegnała się z nadzieją posiadania kiedykolwiek chociaż jednej córki (co jej w najmniejszym stopniu nie poprawiało samopoczucia), i (z przerażeniem) próbowała oswoić się z myślą, że one będą jednojajowe i nie dość, że zamiast trójki dzieci będzie trzeba się zmierzyć z czwórką, to jeszcze dwoje ostatnich będzie nie do odróżnienia. Jedyne, co ją na duchu leciutko podnosiło to świadomość, że charaktery to Pompony będą na pewno miały w pełni rozróżnialne. Pompon Starszy (prawy) w zasadzie nie zamierał w bezruchu. W 13 tygodniu ciąży (czyli wtedy, gdy nie powinno się odczuwać jeszcze żadnych ruchów) skopał mamuni wątrobę tak dokładnie, że Królowa Matka była pewna, że na USG popełniono błąd i nosi ona trojaczki, bo trojaczkiem wydawał jej się luźno wewnątrz niej latający, zazwyczaj stabilny organ. Od siódmego miesiąca Królowa Matka sypiała tylko na lewym boku (przygniatając Pomponem Starszym Pompona Młodszego), ponieważ sypianie na prawym kończyło się nie-sypianiem. Sypianie na lewym zaś kończyło się pokazem żywcem wziętym z "Obcego" - falowaniem brzucha, wystawianiem nóżki a la zdjęcie

tyle, że w wypadku Królowej Matki to nie był Photoshop ;) i ogólnym czardaszem wykonywanym z dużym zapałem.Na tym tle Pompon Młodszy praktycznie nie istniał, o czym Królowa Matka informowała Personel Medyczny, na każdym badaniu na pytanie: "Czy czuje pani ruchy dzieci?" odpowiadając niefrasobliwie, że jednego na pewno, a jeśli drugi się rusza, to ona nie odróżnia. Wskutek czego każde USG zaczynano od lewej strony, coby sprawdzić, czy Pompon Młodszy żyje. Pompon Młodszy na użytek badania wykonywał leniwy ruch nogą czy inną dłonią, a potem zamierał w bezruchu do następnego razu.

Czas mijał, Królowa Matka rosła w obwodzie, chociaż nie tak, jak się spodziewała urosnąć, Pompon Starszy tańczył poloneza z figurami, Pompon Młodszy od czasu do czasu przeciągał się leniwie lub też dostawał czkawki, i nie działo się kompletnie nic niespodziewanego. A w zasadzie - nie działo się nic.

I nareszcie, około tego 36 tygodnia, coś się dziać zaczęło.


Cd jutro n.

18 komentarzy:

  1. Przeczytałam ze wzruszeniem i z ulgą, że to nie ja piszę te dramaty :)U męża mamy były dwa razy bliźniaki i jak szłam na usg w trzeciej ciąży miałam wielkiego pietra.Myślę, że jakbym usłyszała wynik: bliźniaki nic a nic mój opis nie różniłby się od Twojego :) choć pewnie bym kochała bardzo bardzo i pewnie bym podołała...nikt nie wie ile jest w stanie znieść :)
    A ginekolodzy o których piszesz uważam, że powinni się przeszkolić w psychologii, obowiązkowo!!! Świetnie, że podołałaś i dałaś radę. I nie wiem czy dla Ciebie ma to jakieś znaczenie, ale jak czytałam to jakaś duma z Ciebie rosła wewnątrz mnie.Z doświadczenia wiem, że czasem bywa ciężko, pomimo wspaniałych dzieci, męża, zainteresowań i wtedy jesteś sama. Nie jesteś sama jest nas wiele, tylko daleko :)Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo ciszy, spokoju, mniej zadawanych lekcji dla starszego;) i dużo energii aby znosić dzielnie wymagania całej czwóreczki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że to ma znaczenie! To bardzo milo czytać, ze ktos się tak przejął tym, co tu piszę, że aż się poczuł ze mnie dumny, serio :). I w ogole miło, że ktos jest dumny.
      Co do ginekologów, to na szczęście moja lekarka jest spoko. Nic jej nie wytraca z równowagi i nie ma sklonności do pochopnego oceniania, oraz do faszerowania pigułkami, wpadania w panikę i takich tam. A ginekologów ze szpitala to ja rozumiem nawet (tylko na poziomie racjonalnym, nie emocjonalnym), muszą okropne rzeczy widywać w pracy. Niby ich to nie usprawiedliwia, ale troche zrozumienia dla nich mam, pewnie sie boja kolejnego okropnego przypadku..
      Dziękuję za zyczenia :)). I nawzajem!

      Usuń
  2. Ja bym sobie życzyła, żeby jak najwięcej takiej patologii było ;)
    Znaczy rozumiem, że może być czasami trudno i różne myśli człowiekowi do głowy przychodzą... i pewnie na tej kozetce po usg reagowałabym znacznie bardziej histerycznie... ale i tak twierdzę, że macie super :)
    Przede mną zawsze stoi wizja świąt czy innych uroczystości... jak jest duża rodzina to jest super :)
    PS
    Tez jestem zdania, że znaczna większość ginekologów powinna jakieś szkolenia psychologiczne systematycznie przechodzić, bo empatia z ich strony jest na takim poziomie, że aż żal...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, teraz to ja już uważam, ze jakby oni byli pojedynczy... znaczy, jakbym jedno dziecko ten rok temu urodziła, to by było nudno :))). Fajnie jest mieć dwa egzemplarze w tym samym wieku i porównywać, jak są podobni i jak się różnią. Poza tym pojedynczych to ja bym ich czterech nie miała, co oznacza, ze ktoregos by nie było, a tego to ja w ogóle sobie nie umiem wyobrazić :D.

      Usuń
    2. Ja chcę cd! Teraz! Czytałam z czymś pomiędzy rozrzewnionym uśmiechem a głupkowatym chichotem, i podobał mi się taki układ twarzy. Chcę kontynuacji, żeby mi się wyraz utrwalił:-)

      Usuń
    3. Się własnie pisze, się napisze, sie doda :D.

      Usuń
  3. No i jak to tak, urwalo sie w najciekawszym momencie? Sumienia nie masz, Kobieto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To takie kuszenie czytelnika. Żeby wrócił. Suspens taki, rozumiesz ;))).

      Usuń
  4. ech , ja tez szlam na usg drugie jak na sciecie, bo w rodzinie mialam kilka par blizniat...jakaz byla moja ulga ze pojedyncze dziecie zamieszkuje tam....ale jakby bylo dwoje to bys sie kochalo nad zycie , ale trzeci raz nie zaryzykuje:-)))))czekamy na cd:-) by mawujko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja NIE MIALAM bliźniąt w rodzinie. Żadnych. Ani w mojej, ani w męża, do czwartego pokolenia wstecz sprawdziliśmy. Tak więc - nie znacie dnia ni godziny :D...

      Usuń
  5. Ech, ja też bym chciała mieć bliźniętaaa. Przy okazji, jak Ty to robisz, że notka długa jak sto pięćdziesiąt, a czyta się ją w mgnieniu oka :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klaudia - chcialabyś, bo nie masz ;D. A szczerze, to nam sie trafiły bardzo spoko egzemplarze i nie narzekam. Ale znam takich, co im się nie trafily, no i...
      Notki dlugie, bo ja jestem gaduła i jak się rozkręcę, nie ma przebacz (w realu się baaardzo powoli rozkrecam, w necie jakoś łatwiej). Dajcie znać, jak beda ZA DŁUGIE, bo sama moge stracic umiar!

      Usuń
    2. Chciałabym, chciałabym:) koniecznie dwujajowe i dwupłciowe:p Chociaż jakby się trafiły dwie dziewczynki, to byłoby super, z dwóch chłopaków cieszyłabym się, ale nieco mniej, ale po co ja tak gdybam?:p

      Usuń
    3. Ja też chciałam dwujajowe (i mam) i dwuplciowe ( i nie mam, karma taka :)), ale ja juz z chłopcami oswojona, chociaz początki mialam trudne :D. A powaznie pisząc, ciąża bliźniacza jest jednak zagrozona i trudna dla matki, mi się WYJĄTKOWO (naprawdę wyjątkowo) udało, tak więc raczej życze Ci dwóch osobnych osobników. Obojga płci :).
      I co znaczy - po co gdybam? Kochana, w Twoim wieku nie znałam jeszcze mojego męża, nie chciałam miec dzieci i uwazałam, że nigdy nie wyjdę za mąż :))). Masz maaaasę czasu na realizacje gdybania :D.

      Usuń
  6. Zdjęcie małego giczoła wystającego przez twój brzuch - bezcenne :-)))
    Pozdrawiam Jeżowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie moje. Chociaż powinno być ;D.

      Usuń
  7. no i prosze myslalam, ze tylko ja mialam watpliwosci zwiazane z badaniem wod plodowych. moj ginekolog nalegal bardzo abym je zrobila, pytal czy wyobrazam sobie zycie z uposledzonym dzieckiem, cale zycie sie nim opiekowac itd. czego jednak nie pytal co zrobie jesli badanie wypadnie pozytywnie, nie powiedzial mi ze dziecko usuwa sie w sposob naturalny, czyli ze musisz je sama urodzic, przedtem dziecko zostaje jednak usmiercone w lonie matki...do tego jeszcze swiadomosc , ze w moim ciele w moim brzuchu cos zyje i jutro moze juz je zabija...w kazdym badz razie na poczatku ciazy ( 41 lat ) bylam swiecie przekonana , ze te badania zrobie...im dalej w las, im wiecej czytalam i sie informowalam tym bardziej bylam pewna, ze tego badania nie zrobie.
    lekarz przekonal mnie jednak abym zrobila sobie termin do jego kolezanki, ktora przeprowadza badanie wod plodowych i z nia jeszcze raz porozmawiala. tak tez zrobilam . pani doktor powiedziala cos bardzo madrego- w zyciu nie ma ubezpieczenia na zycie, byc moze moje dziecko urodzi sie zdrowe i wszystko bedzie dobrze ale nikt nie moze mi dac gwarancji , ze bedzie ono zawsze zdrowe... i co wtedy oddam je do osrodka bo jest wybrakowane.pogadalysmy sobie milo, pani doktor zrobila mi super dokladne usg, policzyla wszytkie paluszki, kosciki, pokazala serduszko, nerki i stwierdzila , ze chlopak jest bardzo aktywny, zdrowy i nie mam sie martwic, przez cala ciaze ani razu nie pomyslalam ze z moim malenstwem bedzie cos nie tak...no i wynagrodzil mnie 6.12 na mikolajki....czy mozna dostac piekniejszy prezent

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to w cywilizacji tez tak bywa! Mnie w sumie nic nie mówiono. Badanie pani przysługuje i już, co pani zrobi z wynikiem... a, to zobaczymy po wyniku. Albo i nie.
      Na szczęście nie musieli nic zobaczać. Na i dzięki Bogu za panią genetyk!

      Usuń