niedziela, 26 lutego 2012

Najfajniejszy weekend w świecie ;)

Królowa Matka zdaje sobie sprawę z tego, że jest już Zupełnie Inny Weekend i opisywanie Poprzedniego Weekendu jest jak musztarda po zapomnianym już obiedzie, ale obiecała relację Drogim Czytelnikom, a z natury jest obowiązkowa. I opisze ten weekend, cholera jasna psiakrew, i żadne guziczki od kasowania gotowych postów jej w tym nie przeszkodzą!!!

Zeszły Weekend miał wyglądać zupełnie inaczej. Pan Małżonek miał pojechać na zlot kendo do Łodzi, a w Dzicz zjechać miała - na pomoc Królowej Matce i na uciechę wnuczętom - Matka Królowej Matki. Wszystko było ustalone i oto okazało się, że powiedzenie: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Los opowiedz mu o swoich planach" jest głęboko mądre.

W wypadku domostwa Królowej Matki poczucie humoru Losu objawiło się w postaci pompy, która padła, i szamba, które, nie używane przez cały jeden dzień, zamarzło, co okazało się wieczorem, gdy pompa ruszyła, a Królowa Matka i Pan Małżonek zaczęli padać sobie w objęcia i wznosić radosne okrzyki, które skutecznie zdławił w ich gardłach widok wody wylewającej się górą przez sedes.

W ciągu następnych pięciu dni pomimo podejmowanych wysiłków sytuacja nie uległa znaczącej zmianie i oto Rodzina Królowej Matki stanęła w obliczu budzącej grozę możliwości zużytkowania szamba zgodnie z przeznaczeniem dopiero na wiosnę, gdy puszczą lody. Pan Małżonek smutnym i szemrzącym głosikiem zaczynał bąkać pod nosem, że chyba sobie da spokój z tą Łodzią... że zostanie... ale Królowa Matka postanowiła wspaniałomyślnie nie być Aż Tak Złą Żoną i wymyśliła, że uda się na ten weekend do Rodzinnego Grodu. Starszaki zostawi u swojej Matki, a z Młodszymi zatrzyma się w mieszkaniu Matki Pana Małżonka, które, z racji panujących właśnie ferii, stało puste.

Pozwoliła sobie nawet na fantazjowanie: "Ach, bedzie super! - myślała, uśmiechając się tęsknie. - Pozbędę się Starszych, ich miliona pytań na minutę, ich "A maaamooo, bo ooon...!", ich zabaw w Mordujące Się Potwory, ich harców do godziny 23 z minutami, zostanę tylko z Małymi, no a z dwójką sobie przecież poradzę!".

(W tym momencie, Drogi Czytelniku, przerwij lekturę dla dojścia do siebie po tym, jak dotarło do ciebie, że myliłeś się myśląc: "Ona chyba nie jest aż taką idiotką!", gdy zaś otrząśniesz się ze wstrząsu możesz albo powrócić do lektury, albo też, nie zmożywszy rozczarowania, wyrzucić bloga z "Ulubionych" i odtąd omijać ze wzgardą. Gotowe? No to jedziemy dalej).

Matka Pana Małżonka zajmuje lokal dwupokojowy z kuchnią, przy czym duży (no, większy) pokój jest przechodni - bezpośrednio z niego wchodzi się do kuchni. W trakcie zrobionego w lipcu remontu pozostawiono wyłącznie piękne, drewniane framugi, a usunięte zostały drzwi kuchenne oraz te do przedpokoju, i słusznie, mieszkanie zyskało bowiem na przestrzeni, chociaż, jak sie okazało, niewątpliwie straciło na możliwości kontroli Pomponów.

Mieszkanie Matki Pana Małżonka stanowi ponadto coś w rodzaju małego muzeum, obstawionego, obwieszonego i dekorowanego obrazkami na drewnie, aniołami z masy solnej, glinianymi ptaszętami, kolorowymi butelkami i buteleczkami, lampami naftowymi, żelazkami na duszę, małymi, większymi, dużymi i miniaturowymi wazonami, koszami i koszyczkami, ogromnymi morskimi muszlami oraz wszystkim, co akurat Teściowej Królowej Matki przyszło do głowy zbierać (na czele z imponującą kolekcją najbardziej wstrząsających "Pamiątek z Zakopanego/Jastarni/Świnoujścia/Szczyrku/Dowolnej Miejscowości Wypoczynkowej", którą z upodobaniem poszerzała przez lata, licytując się ze Swym Synem, a Małżonkiem Królowej Matki, kto znajdzie szkaradniejszą i bardziej obciachową pamiątkę w czasie wakacyjnych wojaży). Jednym słowem, lokum to stanowi raj dla dwójki rozkosznych roczniaków o niespożytej energii, imponująco rozwiniętej ruchliwości i podziwu godnej ciekawości świata.

Królowa Matka natychmiast po wejściu w progi mieszkania rozpoczęła przemeblowanie, usuwając wszelkie potencjalnie niebezpieczne (czyli, nieprawdaż, co się będziemy czarować, wszystkie) przedmioty znajdujące się w zasięgu małych rączek. Potem te znajdujące się w POTENCJALNYM zasięgu małych rączek. Przesunęła stolik i dwa fotele, zablokowała łóżeczkiem turystycznym szuflady komody tak, że bez przesunięcia łóżeczka nie dało się ich otworzyć, opróżnila z bibelotów znaczną część parapetu i udała się do przedpokoju, by postawić na szafie kosz z apaszkami, zwykle stojący na ziemi przy drzwiach wyjściowych, Do dużego pokoju sprowadziły ją (metodą - wykonujemy jeden iście kangurzy skok) odgłosy głuchych łupnięć.

Okazało się oto, że Pacholątka namierzyły minispiżarnię Teściowej (która część zapraw trzyma w kuchni  w wąskiej wnęce między ścianą a szafką na zlewozmywak) i właśnie przenosiły jej zawartość, wnosząc po słoju z marynowaną papryką do pokoju i rzucając je z impetem na dywan.

Królowa Matka skarciła Pompony werbalnie, zebrała słoiki, zaniosła je do kuchni, ustawiła na szafce, gdy zaś odwróciła się, ujrzała swoje Najmłodsze Dziecko stojące na stole i szerokim gestem zgarniające z półki pod parapetem wszystko, czego nie zdążyła usunąć stamtąd jego Mamunia. Weszło sobie na stół po pufie, na której teraz stało Dziecię Przedostatnie, zupełnie wyraźnie zamierzające udać się w ślady Braciszka.




Królowa Matka wrzasnęła, rzuciła się na Potomki, mętnie myśląc, że wygląda na to, iż rzucanie marynowaną papryką znajduje się w dolnej strefie stanów średnich tego, co może przyjść Pomponom do ślicznych główek, zestawiła je ze stołu lekceważąc ogniste protesty i umieściła pufę pod stołem jednym celnym kopem. Pompony natychmiast rzuciły się sprawdzać, czy nie da się jej wydobyć, doszły do wniosku, że nie i uśpiwszy w ten sposób czujność Królowej Matki udały się do zablokowanych łóżeczkiem szuflad, aby sprawdzić, czy nie da się tam czegoś obluzować.

Zwiedziona tym Królowa Matka wyszła do łazienki odłączyć pralkę od kontaktu. Gdy wróciła, zastała swoje Przedostatnie Dziecko siedzące na stole i bawiące się dużą butelką lekarstw, oraz stojącego mu nad głową Najmłodszego Braciszka, pilnie zajętego rozkladaniem kalkulatora na części pierwsze. Dzieciątka otóż weszły na stół wdrapując się najpierw na fotel. W jaki sposób udało im się namierzyć i ściągnąć butelkę z lekarstwami (mającymi postać ślicznych, przejrzystych kapsułek z błękitno-granatowymi granulkami wewnątrz, nawet Królowa Matka się nabrała przypuszczajac, że to są korale, a cóż dopiero dzieci, co za debil to zaprojektował?) ukrytą w stojącym w najdalszym końcu parapetu koszu, Królowa Matka nie potrafi powiedzieć.

Pompony ponownie zostały ściągnięte na ziemię, fotel ustawiony bokiem do ściany w nadziei (okazało się, słusznej), że po poręczy Słoneczka Mamusi nie dadzą rady wejść, Królowa Matka odstawiła koszyczek z lekarstwem i innymi znajdującymi się w nim rzeczami na lodówkę (bo miejsca na szafach zaczynało już brakować) i zaczęło z przeraźliwą jasnością docierać do niej, że ten weekend może niezupelnie wyglądać tak, jak jej się zdawało.

I rzeczywiście, Pompony nazajutrz oswoiły się z nowym otoczeniem (bo to poprzednio to był zaledwie nieśmiały rekonesans) i od rana rzuciły się je odkrywać nie skrępowane już niczym. Zaczęły od wyjęcia wszystkich garnków z szafki pod zlewem (gdy Królowa Matka wydzierała garnek jednemu, drugi za jej plecami wyciągał kolejny, dziw, że się tak nie bawimy do teraz). Następnie porzuciły garnki na rzecz śmietnika, z którego próbowały wyżreć skórki jabłek i bananów (i należy się cieszyć, że nie co gorszego). Następnie, gdy Królowa Matka zablokowała drzwiczki od szafek za pomocą przeciągniętej przez uchwyty chochli przez kwadrans łomotały opętańczo, usiłując chochlę wyciągnąć. Gdy to się nie udało, przerzuciły się na kolejna szafkę i wygarnęły z niej kolejno - butelkę octu, który usiłowały wypić, na szczęście przez zakrętkę, butelkę spirytusu, którą: patrz wyżej, słoik miodu, którym radośnie i z impetem trzasnęły w podłoże, przeróżne torby i torebeczki z makaronem, częściowo opróżnione i fabrycznie zamknięte zarówno, pudełka, których zawartości Królowa Matka nie zgłębiała, zajęta wyrywaniem ich z rąk rozszalałej progeniturze i umieszczaniem na mniej więcej właściwym miejscu. Po znudzeniu się szafką rzuciły się na szuflady, wypełnione zachęcającą szeleszcząco-pobrzękującą zawartością, jakimiś tajemniczymi paczuszkami, słoiczkami z przyprawami, sztućcami, kuchennymi narzędziami typu chochle, drewniane szpatułki i inne. Królowa Matka starająca się ograniczyć dzieło spustoszenia coraz lepiej rozumiała doznania wewnętrzne niejakiego Syzyfa, ale on, do licha, przynajmniej uczynił coś, by na tak brutalna karę zasłużyć!

Ponieważ aby zablokować wszystkie szuflady kuchenne można było a) przysunąć do nich lodówkę, co z jakiegoś powodu wydało się Królowej Matce mało wygodne, i b) wsunąć w uchwyty szuflad, od góry do dołu, długi kij, na przykład od miotły, którym Królowa Matka nie dysponowała, zmuszona ona była spędzić 3/4 soboty na odwodzeniu Pomponów od pomysłu patroszenia mebelków,  i odkładania z powrotem tego, co wypatroszyć zdołały, a i tak nie jest pewna, czy jej Teściowa znajdzie wszystko, co zostawiła wyjeżdżając, na w przybliżeniu chociaż tym samym miejscu. W przerwach przygotowywała posiłki, karmiła, zmywała naczynia, sprzątała, żeby Teściowa utrudzona po wojażach weszła do czegoś, co z grubsza chociaż przypomina jej apartamenta, a nie stajnię Augiasza, a jak wyrwała ze trzydzieści sekund, to i z toalety skorzystała (a czy Królowa Matka już wcześniej wspominała, że jej Pacholątka praktycznie nie sypiają w dzień? Nie? No to właśnie wspomina).

Przy czym, oczywiście, Pompony nie wszystko robiły jednocześnie i w tym samym miejscu. Zazwyczaj działają sobie oddzielnie, po czym na rozpaczliwy okrzyk: "Nie wolno!!!" ten, który przypadkiem broi w mniej widowiskowy sposób porzuca swe zajęcie i co sił w nogach (a czasem także i rękach) bieży sprawdzić, jakim też interesującym zajęciom oddawał się upomniany Braciszek, i czy aby nie da się do tych zajęć dołączyć.

Efektem odprężającego weekendu bez Starszaków było to, że gdy Królowa Matka usypiała Pompony o godzinie 19.30 przymknęła oko tylko na sekundkę, no naprawdę, na chwileczkę, a gdy je ponownie otworzyła była 22 z minutami i jedyne, na co miała siłę po zdjęciu z siebie uśpionego Pompona Młodszego, wyjęcia z fotelika uśpionego Pompona Starszego i ułożenia ich w łóżkach to prawie natychmiastowe padnięcie z powrotem w objęcia Morfeusza, że pozostaniemy w klimatach mitologicznych.

Nazajutrz zaś Królowa Matka spakowała swoje Najdroższe Skarby, Podwójne Szczęście i Wyróżnienie, które spotyka tylko Niezwykłe Kobiety (wrrr....) i udała się na ten spacer, a zatem nikogo przypuszczalnie nie dziwi to, że niespieszno jej do powtórki z "uroczego, samotnego weekendu tylko z dwojgiem dzieci"...

23 komentarze:

  1. O Matko Wielodzietna! :) Zasłabłam...:)
    Oświadczam uroczyście, że jeżeli nagle zostanę dotknięta niespodziewanym bogactwem, to niania albo jeszcze lepiej dwie albo może nawet trzy nianie pomocne Królowej Matce będą na czele listy moich dobrze wydanych pieniędzy :)
    Pozdrawiam
    Krysia13

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie pomyślałaś, żeby je... związać? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Codziennie myślę :). O, albo uspić eterem. Albo zakopać do pasa w redlinie. Albo dać do possania rąbek podyszki napełniony cukrem i zanurzony w spirytusie, jak to drzewiej na wsiach czyniono...

      Usuń
  4. Splułam się, spłakałam i osmarkałam po pas.
    Chloroformem ich!

    A ja myślałam, że mój to Człowiek-Tornado... Ale niech no zacznie chodzić, zapewne weźmie przykład z kolegów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż to jest pojedynczy Czlowiek-Tornado ;D... Ja mam Człowieki-Tornado-I-Tsunami :D!

      Usuń
  5. Hihi, to faktycznie wyczyny Lalonka, ktory jak zwykle opanowuje wszelkie umiejetnosci jednego dnia jakby bledna i staja sie wrecz niewarte uwagi. Lalonek bowiem postanowil zaczac chodzic i nauczyc sie wspinac na wszystko w jednym i tym samym dniu, kiedy to znalazlam go siedzacego na biurku tatusia i wrzucajacego Bardzo Wazne Dokumenty za kanape. W buzi trzymala szedylko, a ostre nozyczki malowniczo wbite byly w drewniana podloge przed biurkiem.

    Poprzednio zas zaczela siedziec, usiadla, wstala i zaczela raczkowac tego samego dnia. Hurtownik, cholercia ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. One niekoniecznie wszystko jednego dnia, ale za to jak juz, to duzo naraz :).

      Usuń
  6. Uśmiałam sie do łez- musze mojej rodzinie przeczytac jak powroca do domu. Dzieci mamy w podobnym wieku i płci, tylko ja o jedno, to najmłodsze mniej ;) Moje najmłodsze-pomponowe na szczescie jest pojedyncze wiec i zamieszania połowa i łatwiej niby złapać zanim nabroi i lzejsze nieco do przenoszenia wraz z wozkiem (choc tłuscioszek bez zimowego ekwipunku ponad 12kg wazy). Podziwiam niezwykła przenikliwosc, tworcze podejscie do ograniczania dostępu jak i szybkosc i siłę reakcji Matki. Zdystansowałas mnie dzis do mojej trójeczki i bede do Ciebie wracac na pewno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trójeczka wystarczy, by ubarwić życie :D. Witam i zapraszam częściej!

      Usuń
  7. Wnoszę, iż Matka PM zażywa Kaldyum. Też mi się podobają te przezroczyste kapsułki z błękitno-granatowym w środku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matka PM zazywa mnóstwo rzeczy, skutecznych, wnioskując z tego, że jest, jakby tak oceniac po energii, młodsza ode mnie ;). Jeśli Kaldyum zawiera potas (jedyna rzecz, którą zrozumialam studiując nalepke na butelce) to i owszem, zazywa.

      Usuń
  8. O Święta Matko Królowo!
    Toż to trzeba mieć przy nich przynajmniej 3 pary rąk, żeby nadążać z odkładaniem i zabieraniem tego, co wynajdują!
    Normalnie respect! ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  9. No tak.
    Nie ma to jak samotny weekend z dziećmi.
    Bo przecież z nimi, to tak jak i bez nich... Jak widać w opowieści powyżej :)

    Kochana, ale Ty jesteś twardziel :)
    Ja myślałam, że moje małe adhd daje w kość, ale jak czytam o Twoim podwójnym szczęściu, to z podziwu wyjść nie potrafię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się musi, to się sobie radzi. Ty nie musisz, i bądź za to wdzięczna Losowi ;D...

      Usuń
  10. O matko, uwielbiam jak Matka pisze!:)))
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uwielbiam takie komentarze :D. Kto by nie uwielbiał :DDD? Dziękuje bardzo!

      Usuń
  11. A ja narzekam, że mi się fotelik (jeden) niewygodnie nosi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo fotelik się niewygodnie nosi, to jest fakt :)!

      Usuń
  12. Dobrze, że przed fryzjerem to przeczytałam, bo osiwiałam od samej lektury... Ale czekaj, czekaj, a jak ty tak na co dzień, no wiesz, nie chcę być niedyskretna, ale normalnie też tak masz? Czy po prostu dałaś im dwa kilo cukru na wejściu i speeda dostały?
    W sexshopie można podobno kupić plastikowe kajdanki, jakby co (no, tak słyszałam:-))może by ich tak do kaloryfera? czy to zbyt niehumanitarne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie z różowym futerkiem :). Nie, z niebieskim, bo to chłopcy ;D.
      Nie, w sumie nie jest tak codziennie. Trochę dlatego, ze dwóch starszych się zajmuje jednak tymi młodszymi, a trochę dlatego, ze we własnym domu one sa spokojniejsze, niczego tam nie muszą odkrywać, bo wszystko znaja. Ale faktem jest też, że miałam już wczesniej dzieci, tez nie jamiołki, ale TAKICH nie miałam, niespozyta energia, upór i ciekawość.
      Wdziękiem nadrabiają, jakby go mniej mialy, juz by nie żyły, od miesięcy to powtarzam :DDD.

      Usuń
  13. Ta… To ja na tę okoliczność cudzym wierszem, zatytułowanym “Mała dziewczynka ściąga obrus” (ale równie dobrze może być “Tornado i Tajfun ściągają obrus”).

    Od ponad roku jest się na tym świecie,
    a na tym świecie nie wszystko zbadane
    i wzięte pod kontrolę.

    Teraz w próbach są rzeczy,
    które same nie mogą się ruszać.

    Trzeba im w tym pomagać,
    przesuwać, popychać,
    brać z miejsca i przenosić.

    Nie każde tego chcą, na przykład szafa,
    kredens, nieustępliwe ściany, stół.

    Ale już obrus na upartym stole
    – jeżeli dobrze chwycony za brzegi –
    objawia chęć do jazdy.

    A na obrusie szklanki, talerzyki,
    dzbanuszek z mlekiem, łyżeczki, miseczka
    aż trzęsą się z ochoty.

    Bardzo ciekawe,
    jaki ruch wybiorą,
    kiedy się już zachwieją na krawędzi:
    wędrówkę po suficie?
    lot dokoła lampy?
    skok na parapet okna, a stamtąd na drzewo?

    Pan Newton nie ma jeszcze nic do tego.
    Niech sobie patrzy z nieba i wymachuje rękami.

    Ta próba dokonana być musi.
    I będzie.

    OdpowiedzUsuń