czwartek, 8 marca 2012
PS do poprzedniego postu.
Pan Małżonek pojawił się w domu późnym wieczorem (trzeźwy i nie bełkoczący :)), konspiracyjnie odwołał Potomki na bok, a potem pojawili się w kuchni (tej, nieprawda, Świątyni każdej Prawdziwej Kobiety), każdy z goździkiem w dłoni. Pan Małżonek dodatkowo ze skarpetkami. Różowymi. Z napisem "Active Lady" (aluzja jakaś, czy cóś?).
Tak więc tradycji stało się jak najbardziej zadość, aczkolwiek za rok Królowa Matka zażyczyła sobie pięciu orchidei. Chociaż nie lubi orchidei. A naprawdę lubi goździki.
Ale czy można czuć się kobieta luksusową, gdy człowieka obrzucają (w ograniczonym zakresie w dodatku) tylko goździkami?
Każdy przyzna, że nie można ;D.
Drogie Panie, świętujemy!
Jeśli ktokolwiek myśli, że Królowa Matka, jedyna w swoim domu przedstawicielka płci słusznie zwanej piękną, otoczona mężczyznami od rana do wieczora, dziś, z racji swego święta pławi się w słodkim nieróbstwie, obrzucana goździkami i obżerająca się, o pardon, degustująca wymyślne smakołyki to (po uczynieniu koniecznej przerwy na zrezygnowany a sarkastyczny śmiech) musi go ona wyprowadzić z błędu. Jedynie koleżanka z Facebooka, która zalinkowała Królowej Matce to jakże wdzięczne zdjęcie
bukiet jak najbardziej tradycyjnego kwiecia, ...
i rajstopy, ...
że o życzeniach wszystkiego najlepszego, obsypania kwieciem w realu, degustacji smakołyków, byczenia się, usuwania sprzed stópek najlżejszego pyłku i radosnego świętowania Własnego Dnia nawet nie wspomni.
I to wszystko na trzeźwo, nic a nic nie bełkocząc, o!
(wywołując zaprawdę łzy wzruszenia, że jednak! że ktoś! że jak nowocześnie, a przecież z lekką nutą tradycji!!!), a która w najmniejszym stopniu nie jest mężczyzną, potraktowała Królowa Matkę jak kobietę, zaś jej (czyli, że Królowa Matka uściśli, Królowej Matki) mężczyźni sprawili się bardziej niż rozczarowująco: Potomek Starszy oznajmił, że Królowa Matka to ma fajnie, bo ma święto, i że szkoda, że on nie jest kobietą, bo on to żadnych świąt nie miewa (biedactwo, wrrr), Potomek Młodszy zignorował problem, o Pomponach nie ma w ogóle co mówić, zaś Pan Małżonek zapomniał. Na dyskretne przypomnienie beztrosko zauważył: "I gdzie ja się zdążę tak ubzdryngolić, żeby do domu pijany przyjść i ci bełkocząc życzenia składać?", tradycjonalista jeden, cholera jasna psiakrew, się znalazł! Nie, żeby Królowa Matka przywiązywała do święta jakąś wagę, ale żeby tak nic? Zupełnie (dławi spazmatyczny szloch) nic???
Miałabyż jej jedynym żywym wspomnieniem Dnia Kobiet pozostać impreza, jaką wyprawili Swym Kobietom koledzy ze Świętej Klasy Królowej Matki, w trakcie której to imprezy każda Klasowa Kobieta otrzymała nabyte drogą kupna w księgarni "Tania Książka" wypisy z teoretyków leninizmu i marksizmu (w formie broszury), zaś Część Artystyczną uświetnił Najprzystojniejszy Z Całej Klasy (A Kto Wie Czy Nie I Ze Szkoły) Kolega, deklamując z uczuciem: "Mam trzy latka, trzy i pół, sięgam głową ponad stół (no raczej, skoro już wtedy miał z metr dziewięćdziesiąt, przyp. K.M.), mam fartuszek z muchomorkiem...", a dalej mógłby nawet "Bogurodzicę" zacząć śpiewać, i tak nikt by nie usłyszał...?
O, nie ma tak, Królowa Matka taka nie będzie! Wszystko, wszystko od niej Drogie Czytelniczki dostaną, a to pocztóweczkę, ...
bukiet jak najbardziej tradycyjnego kwiecia, ...
i rajstopy, ...
że o życzeniach wszystkiego najlepszego, obsypania kwieciem w realu, degustacji smakołyków, byczenia się, usuwania sprzed stópek najlżejszego pyłku i radosnego świętowania Własnego Dnia nawet nie wspomni.
I to wszystko na trzeźwo, nic a nic nie bełkocząc, o!
sobota, 3 marca 2012
Uczciwie :)
Potomek Starszy & Potomek Młodszy (zrzucają coś z impetem po schodach, rechocząc radośnie).
Pan Małżonek (zirytowany w najwyższym stopniu) - Synu, czy ja cię przed chwilą nie prosiłem, żebyś zaprzestał rzucania po schodach... czymkolwiek?
Potomek Młodszy (zaskoczenie stulecia, surprise, surprise, oraz, o mój Boże, no tego to by się nikt nie spodziewał) - To on wymyślił!!!
Pan Małżonek (jak wyżej, tylko bardziej) - Może i on wymyślił, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby cię siłą zmuszał do tego, żebyś rzucał, co?
Potomek Młodszy (milczy pogrążony w rozważaniu sytuacji).
Pan Małżonek - No, to jak to jest, synu? Bawić się dobrze, jak Brat coś zakazanego wymyśli, to chętnie, ale całą winę na niego zrzucać, jak sprawa na jaw wyjdzie to jest w porządku? To jest fajne, twoim zdaniem?
Potomek Młodszy (po kolejnej chwili nabrzmiałego zadumą milczenia) - Może nie bądźmy wszyscy tacy za bardzo uczciwi, dobra?
Kariera pokerzysty została w wypadku Potomka Młodszego wykluczona już wcześniej, w obliczu powyższego zaś Królowa Matka zaczyna się obawiać, że czeka go kariera, jakiej żadna Matka nie mogłaby pragnąć dla swego Syna...
Pan Małżonek (zirytowany w najwyższym stopniu) - Synu, czy ja cię przed chwilą nie prosiłem, żebyś zaprzestał rzucania po schodach... czymkolwiek?
Potomek Młodszy (zaskoczenie stulecia, surprise, surprise, oraz, o mój Boże, no tego to by się nikt nie spodziewał) - To on wymyślił!!!
Pan Małżonek (jak wyżej, tylko bardziej) - Może i on wymyślił, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby cię siłą zmuszał do tego, żebyś rzucał, co?
Potomek Młodszy (milczy pogrążony w rozważaniu sytuacji).
Pan Małżonek - No, to jak to jest, synu? Bawić się dobrze, jak Brat coś zakazanego wymyśli, to chętnie, ale całą winę na niego zrzucać, jak sprawa na jaw wyjdzie to jest w porządku? To jest fajne, twoim zdaniem?
Potomek Młodszy (po kolejnej chwili nabrzmiałego zadumą milczenia) - Może nie bądźmy wszyscy tacy za bardzo uczciwi, dobra?
Kariera pokerzysty została w wypadku Potomka Młodszego wykluczona już wcześniej, w obliczu powyższego zaś Królowa Matka zaczyna się obawiać, że czeka go kariera, jakiej żadna Matka nie mogłaby pragnąć dla swego Syna...
środa, 29 lutego 2012
Ogłoszenie Oficjalne.
JEST WIOSNA!!! Kalendarz może sobie twierdzić, co mu się żywnie podoba, prognozy pogody wieszczyć ponuro powroty śnieżycy i mrozu, a ludzie uparcie nosić zimowe kurtki, okutywać się w szaliki i naciągać czapki aż na nos. A Królowa Matka wie swoje - wie, że Wiosna przyszła, ponieważ Ptaki wróciły!
Dziś Królowa Matka usłyszała nad sobą krzyk dzikich gęsi i gdy uniosła głowę ujrzała wielki klucz ptaków, w którym akurat zmieniał się ptak prowadzący. Trzeba tu nadmienić, że w Królowej Matce na taki widok pękają wszelkie hamulce, zaczyna ona, nie bacząc na to gdzie i w jakim towarzystwie się znajduje (o tym, ile ma lat i co przystoi tak wiekowej osobie nie wspominając), podskakiwać, machać rękami i wydawać okrzyki w stylu: "Witajcie w domu!!! Udało wam się!!! Nie dałyście się!!! Jak dobrze was widzieć!!!" (jesienią na widok klucza dzikich gęsi wykrzykuje: "Do zobaczenia!!! Szczęśliwej podróży!!! Wróćcie do nas bezpiecznie!!! Uważajcie na siebie i nie dajcie się Włochom!!!*). Jeśli, Luby Czytelniku, ujrzysz kiedyś chudą, długą osobę, być może otoczoną liczną, stoicko spokojną (był czas przywyknąć przecie!) Dziatwą, i wydającą z siebie okrzyki podobnej treści, stań i doznaj wzruszenia (i nie dzwoń po pomoc psychiatryczną), bowiem będzie to właśnie Królowa Matka we własnej, chudej osobie.
A jeśli znajdzie się ktoś, kto tego bloga nie czyta (czyż to być może??? - zastanowiła się przelotnie Królowa Matka) i po tę pomoc psychiatryczną zadzwoni, to Królowej Matki i tak to nie poruszy, bowiem pławić się będzie w radosnej świadomości, że Wiosna, wraz z Ptakami, nareszcie wróciła :).
*Skutek lektury artykułu o ptakach wędrownych, padających ofiarą włoskiego upodobania do polowań.
Dziś Królowa Matka usłyszała nad sobą krzyk dzikich gęsi i gdy uniosła głowę ujrzała wielki klucz ptaków, w którym akurat zmieniał się ptak prowadzący. Trzeba tu nadmienić, że w Królowej Matce na taki widok pękają wszelkie hamulce, zaczyna ona, nie bacząc na to gdzie i w jakim towarzystwie się znajduje (o tym, ile ma lat i co przystoi tak wiekowej osobie nie wspominając), podskakiwać, machać rękami i wydawać okrzyki w stylu: "Witajcie w domu!!! Udało wam się!!! Nie dałyście się!!! Jak dobrze was widzieć!!!" (jesienią na widok klucza dzikich gęsi wykrzykuje: "Do zobaczenia!!! Szczęśliwej podróży!!! Wróćcie do nas bezpiecznie!!! Uważajcie na siebie i nie dajcie się Włochom!!!*). Jeśli, Luby Czytelniku, ujrzysz kiedyś chudą, długą osobę, być może otoczoną liczną, stoicko spokojną (był czas przywyknąć przecie!) Dziatwą, i wydającą z siebie okrzyki podobnej treści, stań i doznaj wzruszenia (i nie dzwoń po pomoc psychiatryczną), bowiem będzie to właśnie Królowa Matka we własnej, chudej osobie.
A jeśli znajdzie się ktoś, kto tego bloga nie czyta (czyż to być może??? - zastanowiła się przelotnie Królowa Matka) i po tę pomoc psychiatryczną zadzwoni, to Królowej Matki i tak to nie poruszy, bowiem pławić się będzie w radosnej świadomości, że Wiosna, wraz z Ptakami, nareszcie wróciła :).
*Skutek lektury artykułu o ptakach wędrownych, padających ofiarą włoskiego upodobania do polowań.
wtorek, 28 lutego 2012
Ostatni na baaardzo długo przepis kulinarny :)
Ulegając prośbom osób, które obawiają się, że skutkiem ubocznym czytania bloga Królowej Matki będzie utrata talii osy, ponieważ po czytaniu przepisów nie mogą powstrzymać się od ich realizacji, a potem tę realizację konsumują w sposób niejednokrotnie nieopanowany, Królowa Matka informuje, że ten przepis będzie ostatni przed długa przerwą. No, średnio długą. Taką do drugiej połowy marca. W drugiej połowie marca Pan Małżonek obchodzi urodziny i, lekce sobie ważąc rozpaczliwe komunikaty od Królowej Matki, że nie potrafi ona piec żadnych ciast z kremem, zażyczył sobie na nie "tort, i żeby miał dużo czekolady, i dużo tej masy, parę warstw i dużo polewy" :))). Następny przepis będzie zatem pełen czekolady, polewy i masy, a co za tym idzie - raczej nie będzie prosty. W zupełnym, ale to zupełnym przeciwieństwie do tego.
Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem to są ukochane ciasteczka Królowej Matki z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, robi się je ze składników, które w domu Królowej Matki są zawsze dostępne. Tak, Królowa Matka wie, że słonecznik to nie jest artykuł pierwszej potrzeby, ale z tajemniczych powodów zawsze go ma na stanie :). Po drugie, są w wykonaniu banalnie proste. Teraz, gdy Królowa Matka ma stały dostęp do internetu, używa tego Internetu i niemal pozbyła się obaw, że gdy tylko dotknie komputera ten niechybnie wybuchnie, wie ona, że prostych przepisów jest na tym świecie mnóstwo. Ale gdy zaczynała swoja przygodę kulinarną jeszcze tego nie wiedziała, i te ciasteczka były pierwszym w tym względzie objawieniem. I po trzecie, składniki odmierza się tu na szklanki i łyżki. I szczypty. Żadnego szarpania się z wagami, żadnych miarek, dla osoby, która nie posiada wagi, a miarkę nabyła drogą kupna miesiąc temu jest to istotne udogodnienie :).
Przepis pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy "Gazeta Wyborcza" wydawała co czwartek "Magazyn Gazety", o ileż lepszy (nie, to nie jest objaw starczy pod tytułem "A za moich czasów to dopiero było piknie!" ;)) niż do dziś wychodzący "Duży Format", zaś w "Magazynie Gazety" istniał stały kącik kulinarny, często proponujący "Ucztę wegetariańską". "Uczty" poświęcone były zawsze jednemu produktowi, w tym wypadku słonecznikowi, i oprócz ciasteczek Królowa Matka do dziś piecze przedstawione tam placuszki z oliwkami... ale, zaraz, nie miało być mowy o innych przepisach!!!
No to wracamy grzecznie do tematu: do wykonania ciasteczek słonecznikowych potrzeba półtorej szklanki mąki, szklanki płatków owsianych, szklanki ziaren słonecznika, uprzednio uprażonych na jasno-złoto na suchej patelni, szklanki cukru, jednej kostki miękkiego masła, jednego opakowanie cukru waniliowego i jednej łyżeczki sody. A, i szczypty soli. Ugniata się masło z cukrem i sodą, dodaje ostudzone ziarna słonecznika i płatki owsiane, i znów ugniata, po czym dodaje się mąkę i sól. I ugniata. Uwaga dla osób nie przepadających za nadmiernie słodkimi wypiekami - można spokojnie ograniczyć ilość cukru (zostawić jednak cukier waniliowy, który dodaje miłego aromatu) i dodać pół szklanki, a nawet mniej. Ciasteczkom nic się od tego nie stanie.
Gdy już mamy wszystko ugniecione, odrywamy od masy kawałek wielkości dużego orzecha włoskiego, rozpłaszczamy dłonią, i na blachę do pieczenia! Nie ściśle jedno obok drugiego, bo one rosną, chociaż nie jakoś oszałamiająco.
A blachę lu, do piekarnika nagrzanego do 175 stopni, i już po kwadransie (plus jakieś pięć minut na powierzchowne przestudzenie ;)) możemy się objadać.
W notce pod przepisem napisane jest, że ciasteczka te, przechowywane w metalowej puszce, będą świeże przez tydzień. Jest to informacja całkowicie Królowej Matce (w której domu ciasteczka anihilują się - zupełnie same!!! - najpóźniej po dwóch dobach) zbędna, ale może komu innemu się przyda :D...
Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem to są ukochane ciasteczka Królowej Matki z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, robi się je ze składników, które w domu Królowej Matki są zawsze dostępne. Tak, Królowa Matka wie, że słonecznik to nie jest artykuł pierwszej potrzeby, ale z tajemniczych powodów zawsze go ma na stanie :). Po drugie, są w wykonaniu banalnie proste. Teraz, gdy Królowa Matka ma stały dostęp do internetu, używa tego Internetu i niemal pozbyła się obaw, że gdy tylko dotknie komputera ten niechybnie wybuchnie, wie ona, że prostych przepisów jest na tym świecie mnóstwo. Ale gdy zaczynała swoja przygodę kulinarną jeszcze tego nie wiedziała, i te ciasteczka były pierwszym w tym względzie objawieniem. I po trzecie, składniki odmierza się tu na szklanki i łyżki. I szczypty. Żadnego szarpania się z wagami, żadnych miarek, dla osoby, która nie posiada wagi, a miarkę nabyła drogą kupna miesiąc temu jest to istotne udogodnienie :).
Przepis pochodzi z zamierzchłych czasów, gdy "Gazeta Wyborcza" wydawała co czwartek "Magazyn Gazety", o ileż lepszy (nie, to nie jest objaw starczy pod tytułem "A za moich czasów to dopiero było piknie!" ;)) niż do dziś wychodzący "Duży Format", zaś w "Magazynie Gazety" istniał stały kącik kulinarny, często proponujący "Ucztę wegetariańską". "Uczty" poświęcone były zawsze jednemu produktowi, w tym wypadku słonecznikowi, i oprócz ciasteczek Królowa Matka do dziś piecze przedstawione tam placuszki z oliwkami... ale, zaraz, nie miało być mowy o innych przepisach!!!
No to wracamy grzecznie do tematu: do wykonania ciasteczek słonecznikowych potrzeba półtorej szklanki mąki, szklanki płatków owsianych, szklanki ziaren słonecznika, uprzednio uprażonych na jasno-złoto na suchej patelni, szklanki cukru, jednej kostki miękkiego masła, jednego opakowanie cukru waniliowego i jednej łyżeczki sody. A, i szczypty soli. Ugniata się masło z cukrem i sodą, dodaje ostudzone ziarna słonecznika i płatki owsiane, i znów ugniata, po czym dodaje się mąkę i sól. I ugniata. Uwaga dla osób nie przepadających za nadmiernie słodkimi wypiekami - można spokojnie ograniczyć ilość cukru (zostawić jednak cukier waniliowy, który dodaje miłego aromatu) i dodać pół szklanki, a nawet mniej. Ciasteczkom nic się od tego nie stanie.
Gdy już mamy wszystko ugniecione, odrywamy od masy kawałek wielkości dużego orzecha włoskiego, rozpłaszczamy dłonią, i na blachę do pieczenia! Nie ściśle jedno obok drugiego, bo one rosną, chociaż nie jakoś oszałamiająco.
A blachę lu, do piekarnika nagrzanego do 175 stopni, i już po kwadransie (plus jakieś pięć minut na powierzchowne przestudzenie ;)) możemy się objadać.
W notce pod przepisem napisane jest, że ciasteczka te, przechowywane w metalowej puszce, będą świeże przez tydzień. Jest to informacja całkowicie Królowej Matce (w której domu ciasteczka anihilują się - zupełnie same!!! - najpóźniej po dwóch dobach) zbędna, ale może komu innemu się przyda :D...
niedziela, 26 lutego 2012
Najfajniejszy weekend w świecie ;)
Królowa Matka zdaje sobie sprawę z tego, że jest już Zupełnie Inny Weekend i opisywanie Poprzedniego Weekendu jest jak musztarda po zapomnianym już obiedzie, ale obiecała relację Drogim Czytelnikom, a z natury jest obowiązkowa. I opisze ten weekend, cholera jasna psiakrew, i żadne guziczki od kasowania gotowych postów jej w tym nie przeszkodzą!!!
Zeszły Weekend miał wyglądać zupełnie inaczej. Pan Małżonek miał pojechać na zlot kendo do Łodzi, a w Dzicz zjechać miała - na pomoc Królowej Matce i na uciechę wnuczętom - Matka Królowej Matki. Wszystko było ustalone i oto okazało się, że powiedzenie: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Los opowiedz mu o swoich planach" jest głęboko mądre.
W wypadku domostwa Królowej Matki poczucie humoru Losu objawiło się w postaci pompy, która padła, i szamba, które, nie używane przez cały jeden dzień, zamarzło, co okazało się wieczorem, gdy pompa ruszyła, a Królowa Matka i Pan Małżonek zaczęli padać sobie w objęcia i wznosić radosne okrzyki, które skutecznie zdławił w ich gardłach widok wody wylewającej się górą przez sedes.
W ciągu następnych pięciu dni pomimo podejmowanych wysiłków sytuacja nie uległa znaczącej zmianie i oto Rodzina Królowej Matki stanęła w obliczu budzącej grozę możliwości zużytkowania szamba zgodnie z przeznaczeniem dopiero na wiosnę, gdy puszczą lody. Pan Małżonek smutnym i szemrzącym głosikiem zaczynał bąkać pod nosem, że chyba sobie da spokój z tą Łodzią... że zostanie... ale Królowa Matka postanowiła wspaniałomyślnie nie być Aż Tak Złą Żoną i wymyśliła, że uda się na ten weekend do Rodzinnego Grodu. Starszaki zostawi u swojej Matki, a z Młodszymi zatrzyma się w mieszkaniu Matki Pana Małżonka, które, z racji panujących właśnie ferii, stało puste.
Pozwoliła sobie nawet na fantazjowanie: "Ach, bedzie super! - myślała, uśmiechając się tęsknie. - Pozbędę się Starszych, ich miliona pytań na minutę, ich "A maaamooo, bo ooon...!", ich zabaw w Mordujące Się Potwory, ich harców do godziny 23 z minutami, zostanę tylko z Małymi, no a z dwójką sobie przecież poradzę!".
(W tym momencie, Drogi Czytelniku, przerwij lekturę dla dojścia do siebie po tym, jak dotarło do ciebie, że myliłeś się myśląc: "Ona chyba nie jest aż taką idiotką!", gdy zaś otrząśniesz się ze wstrząsu możesz albo powrócić do lektury, albo też, nie zmożywszy rozczarowania, wyrzucić bloga z "Ulubionych" i odtąd omijać ze wzgardą. Gotowe? No to jedziemy dalej).
Matka Pana Małżonka zajmuje lokal dwupokojowy z kuchnią, przy czym duży (no, większy) pokój jest przechodni - bezpośrednio z niego wchodzi się do kuchni. W trakcie zrobionego w lipcu remontu pozostawiono wyłącznie piękne, drewniane framugi, a usunięte zostały drzwi kuchenne oraz te do przedpokoju, i słusznie, mieszkanie zyskało bowiem na przestrzeni, chociaż, jak sie okazało, niewątpliwie straciło na możliwości kontroli Pomponów.
Mieszkanie Matki Pana Małżonka stanowi ponadto coś w rodzaju małego muzeum, obstawionego, obwieszonego i dekorowanego obrazkami na drewnie, aniołami z masy solnej, glinianymi ptaszętami, kolorowymi butelkami i buteleczkami, lampami naftowymi, żelazkami na duszę, małymi, większymi, dużymi i miniaturowymi wazonami, koszami i koszyczkami, ogromnymi morskimi muszlami oraz wszystkim, co akurat Teściowej Królowej Matki przyszło do głowy zbierać (na czele z imponującą kolekcją najbardziej wstrząsających "Pamiątek z Zakopanego/Jastarni/Świnoujścia/Szczyrku/Dowolnej Miejscowości Wypoczynkowej", którą z upodobaniem poszerzała przez lata, licytując się ze Swym Synem, a Małżonkiem Królowej Matki, kto znajdzie szkaradniejszą i bardziej obciachową pamiątkę w czasie wakacyjnych wojaży). Jednym słowem, lokum to stanowi raj dla dwójki rozkosznych roczniaków o niespożytej energii, imponująco rozwiniętej ruchliwości i podziwu godnej ciekawości świata.
Królowa Matka natychmiast po wejściu w progi mieszkania rozpoczęła przemeblowanie, usuwając wszelkie potencjalnie niebezpieczne (czyli, nieprawdaż, co się będziemy czarować, wszystkie) przedmioty znajdujące się w zasięgu małych rączek. Potem te znajdujące się w POTENCJALNYM zasięgu małych rączek. Przesunęła stolik i dwa fotele, zablokowała łóżeczkiem turystycznym szuflady komody tak, że bez przesunięcia łóżeczka nie dało się ich otworzyć, opróżnila z bibelotów znaczną część parapetu i udała się do przedpokoju, by postawić na szafie kosz z apaszkami, zwykle stojący na ziemi przy drzwiach wyjściowych, Do dużego pokoju sprowadziły ją (metodą - wykonujemy jeden iście kangurzy skok) odgłosy głuchych łupnięć.
Okazało się oto, że Pacholątka namierzyły minispiżarnię Teściowej (która część zapraw trzyma w kuchni w wąskiej wnęce między ścianą a szafką na zlewozmywak) i właśnie przenosiły jej zawartość, wnosząc po słoju z marynowaną papryką do pokoju i rzucając je z impetem na dywan.
Królowa Matka skarciła Pompony werbalnie, zebrała słoiki, zaniosła je do kuchni, ustawiła na szafce, gdy zaś odwróciła się, ujrzała swoje Najmłodsze Dziecko stojące na stole i szerokim gestem zgarniające z półki pod parapetem wszystko, czego nie zdążyła usunąć stamtąd jego Mamunia. Weszło sobie na stół po pufie, na której teraz stało Dziecię Przedostatnie, zupełnie wyraźnie zamierzające udać się w ślady Braciszka.
Królowa Matka wrzasnęła, rzuciła się na Potomki, mętnie myśląc, że wygląda na to, iż rzucanie marynowaną papryką znajduje się w dolnej strefie stanów średnich tego, co może przyjść Pomponom do ślicznych główek, zestawiła je ze stołu lekceważąc ogniste protesty i umieściła pufę pod stołem jednym celnym kopem. Pompony natychmiast rzuciły się sprawdzać, czy nie da się jej wydobyć, doszły do wniosku, że nie i uśpiwszy w ten sposób czujność Królowej Matki udały się do zablokowanych łóżeczkiem szuflad, aby sprawdzić, czy nie da się tam czegoś obluzować.
Zwiedziona tym Królowa Matka wyszła do łazienki odłączyć pralkę od kontaktu. Gdy wróciła, zastała swoje Przedostatnie Dziecko siedzące na stole i bawiące się dużą butelką lekarstw, oraz stojącego mu nad głową Najmłodszego Braciszka, pilnie zajętego rozkladaniem kalkulatora na części pierwsze. Dzieciątka otóż weszły na stół wdrapując się najpierw na fotel. W jaki sposób udało im się namierzyć i ściągnąć butelkę z lekarstwami (mającymi postać ślicznych, przejrzystych kapsułek z błękitno-granatowymi granulkami wewnątrz, nawet Królowa Matka się nabrała przypuszczajac, że to są korale, a cóż dopiero dzieci, co za debil to zaprojektował?) ukrytą w stojącym w najdalszym końcu parapetu koszu, Królowa Matka nie potrafi powiedzieć.
Pompony ponownie zostały ściągnięte na ziemię, fotel ustawiony bokiem do ściany w nadziei (okazało się, słusznej), że po poręczy Słoneczka Mamusi nie dadzą rady wejść, Królowa Matka odstawiła koszyczek z lekarstwem i innymi znajdującymi się w nim rzeczami na lodówkę (bo miejsca na szafach zaczynało już brakować) i zaczęło z przeraźliwą jasnością docierać do niej, że ten weekend może niezupelnie wyglądać tak, jak jej się zdawało.
I rzeczywiście, Pompony nazajutrz oswoiły się z nowym otoczeniem (bo to poprzednio to był zaledwie nieśmiały rekonesans) i od rana rzuciły się je odkrywać nie skrępowane już niczym. Zaczęły od wyjęcia wszystkich garnków z szafki pod zlewem (gdy Królowa Matka wydzierała garnek jednemu, drugi za jej plecami wyciągał kolejny, dziw, że się tak nie bawimy do teraz). Następnie porzuciły garnki na rzecz śmietnika, z którego próbowały wyżreć skórki jabłek i bananów (i należy się cieszyć, że nie co gorszego). Następnie, gdy Królowa Matka zablokowała drzwiczki od szafek za pomocą przeciągniętej przez uchwyty chochli przez kwadrans łomotały opętańczo, usiłując chochlę wyciągnąć. Gdy to się nie udało, przerzuciły się na kolejna szafkę i wygarnęły z niej kolejno - butelkę octu, który usiłowały wypić, na szczęście przez zakrętkę, butelkę spirytusu, którą: patrz wyżej, słoik miodu, którym radośnie i z impetem trzasnęły w podłoże, przeróżne torby i torebeczki z makaronem, częściowo opróżnione i fabrycznie zamknięte zarówno, pudełka, których zawartości Królowa Matka nie zgłębiała, zajęta wyrywaniem ich z rąk rozszalałej progeniturze i umieszczaniem na mniej więcej właściwym miejscu. Po znudzeniu się szafką rzuciły się na szuflady, wypełnione zachęcającą szeleszcząco-pobrzękującą zawartością, jakimiś tajemniczymi paczuszkami, słoiczkami z przyprawami, sztućcami, kuchennymi narzędziami typu chochle, drewniane szpatułki i inne. Królowa Matka starająca się ograniczyć dzieło spustoszenia coraz lepiej rozumiała doznania wewnętrzne niejakiego Syzyfa, ale on, do licha, przynajmniej uczynił coś, by na tak brutalna karę zasłużyć!
Ponieważ aby zablokować wszystkie szuflady kuchenne można było a) przysunąć do nich lodówkę, co z jakiegoś powodu wydało się Królowej Matce mało wygodne, i b) wsunąć w uchwyty szuflad, od góry do dołu, długi kij, na przykład od miotły, którym Królowa Matka nie dysponowała, zmuszona ona była spędzić 3/4 soboty na odwodzeniu Pomponów od pomysłu patroszenia mebelków, i odkładania z powrotem tego, co wypatroszyć zdołały, a i tak nie jest pewna, czy jej Teściowa znajdzie wszystko, co zostawiła wyjeżdżając, na w przybliżeniu chociaż tym samym miejscu. W przerwach przygotowywała posiłki, karmiła, zmywała naczynia, sprzątała, żeby Teściowa utrudzona po wojażach weszła do czegoś, co z grubsza chociaż przypomina jej apartamenta, a nie stajnię Augiasza, a jak wyrwała ze trzydzieści sekund, to i z toalety skorzystała (a czy Królowa Matka już wcześniej wspominała, że jej Pacholątka praktycznie nie sypiają w dzień? Nie? No to właśnie wspomina).
Przy czym, oczywiście, Pompony nie wszystko robiły jednocześnie i w tym samym miejscu. Zazwyczaj działają sobie oddzielnie, po czym na rozpaczliwy okrzyk: "Nie wolno!!!" ten, który przypadkiem broi w mniej widowiskowy sposób porzuca swe zajęcie i co sił w nogach (a czasem także i rękach) bieży sprawdzić, jakim też interesującym zajęciom oddawał się upomniany Braciszek, i czy aby nie da się do tych zajęć dołączyć.
Efektem odprężającego weekendu bez Starszaków było to, że gdy Królowa Matka usypiała Pompony o godzinie 19.30 przymknęła oko tylko na sekundkę, no naprawdę, na chwileczkę, a gdy je ponownie otworzyła była 22 z minutami i jedyne, na co miała siłę po zdjęciu z siebie uśpionego Pompona Młodszego, wyjęcia z fotelika uśpionego Pompona Starszego i ułożenia ich w łóżkach to prawie natychmiastowe padnięcie z powrotem w objęcia Morfeusza, że pozostaniemy w klimatach mitologicznych.
Nazajutrz zaś Królowa Matka spakowała swoje Najdroższe Skarby, Podwójne Szczęście i Wyróżnienie, które spotyka tylko Niezwykłe Kobiety (wrrr....) i udała się na ten spacer, a zatem nikogo przypuszczalnie nie dziwi to, że niespieszno jej do powtórki z "uroczego, samotnego weekendu tylko z dwojgiem dzieci"...
Zeszły Weekend miał wyglądać zupełnie inaczej. Pan Małżonek miał pojechać na zlot kendo do Łodzi, a w Dzicz zjechać miała - na pomoc Królowej Matce i na uciechę wnuczętom - Matka Królowej Matki. Wszystko było ustalone i oto okazało się, że powiedzenie: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Los opowiedz mu o swoich planach" jest głęboko mądre.
W wypadku domostwa Królowej Matki poczucie humoru Losu objawiło się w postaci pompy, która padła, i szamba, które, nie używane przez cały jeden dzień, zamarzło, co okazało się wieczorem, gdy pompa ruszyła, a Królowa Matka i Pan Małżonek zaczęli padać sobie w objęcia i wznosić radosne okrzyki, które skutecznie zdławił w ich gardłach widok wody wylewającej się górą przez sedes.
W ciągu następnych pięciu dni pomimo podejmowanych wysiłków sytuacja nie uległa znaczącej zmianie i oto Rodzina Królowej Matki stanęła w obliczu budzącej grozę możliwości zużytkowania szamba zgodnie z przeznaczeniem dopiero na wiosnę, gdy puszczą lody. Pan Małżonek smutnym i szemrzącym głosikiem zaczynał bąkać pod nosem, że chyba sobie da spokój z tą Łodzią... że zostanie... ale Królowa Matka postanowiła wspaniałomyślnie nie być Aż Tak Złą Żoną i wymyśliła, że uda się na ten weekend do Rodzinnego Grodu. Starszaki zostawi u swojej Matki, a z Młodszymi zatrzyma się w mieszkaniu Matki Pana Małżonka, które, z racji panujących właśnie ferii, stało puste.
Pozwoliła sobie nawet na fantazjowanie: "Ach, bedzie super! - myślała, uśmiechając się tęsknie. - Pozbędę się Starszych, ich miliona pytań na minutę, ich "A maaamooo, bo ooon...!", ich zabaw w Mordujące Się Potwory, ich harców do godziny 23 z minutami, zostanę tylko z Małymi, no a z dwójką sobie przecież poradzę!".
(W tym momencie, Drogi Czytelniku, przerwij lekturę dla dojścia do siebie po tym, jak dotarło do ciebie, że myliłeś się myśląc: "Ona chyba nie jest aż taką idiotką!", gdy zaś otrząśniesz się ze wstrząsu możesz albo powrócić do lektury, albo też, nie zmożywszy rozczarowania, wyrzucić bloga z "Ulubionych" i odtąd omijać ze wzgardą. Gotowe? No to jedziemy dalej).
Matka Pana Małżonka zajmuje lokal dwupokojowy z kuchnią, przy czym duży (no, większy) pokój jest przechodni - bezpośrednio z niego wchodzi się do kuchni. W trakcie zrobionego w lipcu remontu pozostawiono wyłącznie piękne, drewniane framugi, a usunięte zostały drzwi kuchenne oraz te do przedpokoju, i słusznie, mieszkanie zyskało bowiem na przestrzeni, chociaż, jak sie okazało, niewątpliwie straciło na możliwości kontroli Pomponów.
Mieszkanie Matki Pana Małżonka stanowi ponadto coś w rodzaju małego muzeum, obstawionego, obwieszonego i dekorowanego obrazkami na drewnie, aniołami z masy solnej, glinianymi ptaszętami, kolorowymi butelkami i buteleczkami, lampami naftowymi, żelazkami na duszę, małymi, większymi, dużymi i miniaturowymi wazonami, koszami i koszyczkami, ogromnymi morskimi muszlami oraz wszystkim, co akurat Teściowej Królowej Matki przyszło do głowy zbierać (na czele z imponującą kolekcją najbardziej wstrząsających "Pamiątek z Zakopanego/Jastarni/Świnoujścia/Szczyrku/Dowolnej Miejscowości Wypoczynkowej", którą z upodobaniem poszerzała przez lata, licytując się ze Swym Synem, a Małżonkiem Królowej Matki, kto znajdzie szkaradniejszą i bardziej obciachową pamiątkę w czasie wakacyjnych wojaży). Jednym słowem, lokum to stanowi raj dla dwójki rozkosznych roczniaków o niespożytej energii, imponująco rozwiniętej ruchliwości i podziwu godnej ciekawości świata.
Królowa Matka natychmiast po wejściu w progi mieszkania rozpoczęła przemeblowanie, usuwając wszelkie potencjalnie niebezpieczne (czyli, nieprawdaż, co się będziemy czarować, wszystkie) przedmioty znajdujące się w zasięgu małych rączek. Potem te znajdujące się w POTENCJALNYM zasięgu małych rączek. Przesunęła stolik i dwa fotele, zablokowała łóżeczkiem turystycznym szuflady komody tak, że bez przesunięcia łóżeczka nie dało się ich otworzyć, opróżnila z bibelotów znaczną część parapetu i udała się do przedpokoju, by postawić na szafie kosz z apaszkami, zwykle stojący na ziemi przy drzwiach wyjściowych, Do dużego pokoju sprowadziły ją (metodą - wykonujemy jeden iście kangurzy skok) odgłosy głuchych łupnięć.
Okazało się oto, że Pacholątka namierzyły minispiżarnię Teściowej (która część zapraw trzyma w kuchni w wąskiej wnęce między ścianą a szafką na zlewozmywak) i właśnie przenosiły jej zawartość, wnosząc po słoju z marynowaną papryką do pokoju i rzucając je z impetem na dywan.
Królowa Matka skarciła Pompony werbalnie, zebrała słoiki, zaniosła je do kuchni, ustawiła na szafce, gdy zaś odwróciła się, ujrzała swoje Najmłodsze Dziecko stojące na stole i szerokim gestem zgarniające z półki pod parapetem wszystko, czego nie zdążyła usunąć stamtąd jego Mamunia. Weszło sobie na stół po pufie, na której teraz stało Dziecię Przedostatnie, zupełnie wyraźnie zamierzające udać się w ślady Braciszka.
Królowa Matka wrzasnęła, rzuciła się na Potomki, mętnie myśląc, że wygląda na to, iż rzucanie marynowaną papryką znajduje się w dolnej strefie stanów średnich tego, co może przyjść Pomponom do ślicznych główek, zestawiła je ze stołu lekceważąc ogniste protesty i umieściła pufę pod stołem jednym celnym kopem. Pompony natychmiast rzuciły się sprawdzać, czy nie da się jej wydobyć, doszły do wniosku, że nie i uśpiwszy w ten sposób czujność Królowej Matki udały się do zablokowanych łóżeczkiem szuflad, aby sprawdzić, czy nie da się tam czegoś obluzować.
Zwiedziona tym Królowa Matka wyszła do łazienki odłączyć pralkę od kontaktu. Gdy wróciła, zastała swoje Przedostatnie Dziecko siedzące na stole i bawiące się dużą butelką lekarstw, oraz stojącego mu nad głową Najmłodszego Braciszka, pilnie zajętego rozkladaniem kalkulatora na części pierwsze. Dzieciątka otóż weszły na stół wdrapując się najpierw na fotel. W jaki sposób udało im się namierzyć i ściągnąć butelkę z lekarstwami (mającymi postać ślicznych, przejrzystych kapsułek z błękitno-granatowymi granulkami wewnątrz, nawet Królowa Matka się nabrała przypuszczajac, że to są korale, a cóż dopiero dzieci, co za debil to zaprojektował?) ukrytą w stojącym w najdalszym końcu parapetu koszu, Królowa Matka nie potrafi powiedzieć.
Pompony ponownie zostały ściągnięte na ziemię, fotel ustawiony bokiem do ściany w nadziei (okazało się, słusznej), że po poręczy Słoneczka Mamusi nie dadzą rady wejść, Królowa Matka odstawiła koszyczek z lekarstwem i innymi znajdującymi się w nim rzeczami na lodówkę (bo miejsca na szafach zaczynało już brakować) i zaczęło z przeraźliwą jasnością docierać do niej, że ten weekend może niezupelnie wyglądać tak, jak jej się zdawało.
I rzeczywiście, Pompony nazajutrz oswoiły się z nowym otoczeniem (bo to poprzednio to był zaledwie nieśmiały rekonesans) i od rana rzuciły się je odkrywać nie skrępowane już niczym. Zaczęły od wyjęcia wszystkich garnków z szafki pod zlewem (gdy Królowa Matka wydzierała garnek jednemu, drugi za jej plecami wyciągał kolejny, dziw, że się tak nie bawimy do teraz). Następnie porzuciły garnki na rzecz śmietnika, z którego próbowały wyżreć skórki jabłek i bananów (i należy się cieszyć, że nie co gorszego). Następnie, gdy Królowa Matka zablokowała drzwiczki od szafek za pomocą przeciągniętej przez uchwyty chochli przez kwadrans łomotały opętańczo, usiłując chochlę wyciągnąć. Gdy to się nie udało, przerzuciły się na kolejna szafkę i wygarnęły z niej kolejno - butelkę octu, który usiłowały wypić, na szczęście przez zakrętkę, butelkę spirytusu, którą: patrz wyżej, słoik miodu, którym radośnie i z impetem trzasnęły w podłoże, przeróżne torby i torebeczki z makaronem, częściowo opróżnione i fabrycznie zamknięte zarówno, pudełka, których zawartości Królowa Matka nie zgłębiała, zajęta wyrywaniem ich z rąk rozszalałej progeniturze i umieszczaniem na mniej więcej właściwym miejscu. Po znudzeniu się szafką rzuciły się na szuflady, wypełnione zachęcającą szeleszcząco-pobrzękującą zawartością, jakimiś tajemniczymi paczuszkami, słoiczkami z przyprawami, sztućcami, kuchennymi narzędziami typu chochle, drewniane szpatułki i inne. Królowa Matka starająca się ograniczyć dzieło spustoszenia coraz lepiej rozumiała doznania wewnętrzne niejakiego Syzyfa, ale on, do licha, przynajmniej uczynił coś, by na tak brutalna karę zasłużyć!
Ponieważ aby zablokować wszystkie szuflady kuchenne można było a) przysunąć do nich lodówkę, co z jakiegoś powodu wydało się Królowej Matce mało wygodne, i b) wsunąć w uchwyty szuflad, od góry do dołu, długi kij, na przykład od miotły, którym Królowa Matka nie dysponowała, zmuszona ona była spędzić 3/4 soboty na odwodzeniu Pomponów od pomysłu patroszenia mebelków, i odkładania z powrotem tego, co wypatroszyć zdołały, a i tak nie jest pewna, czy jej Teściowa znajdzie wszystko, co zostawiła wyjeżdżając, na w przybliżeniu chociaż tym samym miejscu. W przerwach przygotowywała posiłki, karmiła, zmywała naczynia, sprzątała, żeby Teściowa utrudzona po wojażach weszła do czegoś, co z grubsza chociaż przypomina jej apartamenta, a nie stajnię Augiasza, a jak wyrwała ze trzydzieści sekund, to i z toalety skorzystała (a czy Królowa Matka już wcześniej wspominała, że jej Pacholątka praktycznie nie sypiają w dzień? Nie? No to właśnie wspomina).
Przy czym, oczywiście, Pompony nie wszystko robiły jednocześnie i w tym samym miejscu. Zazwyczaj działają sobie oddzielnie, po czym na rozpaczliwy okrzyk: "Nie wolno!!!" ten, który przypadkiem broi w mniej widowiskowy sposób porzuca swe zajęcie i co sił w nogach (a czasem także i rękach) bieży sprawdzić, jakim też interesującym zajęciom oddawał się upomniany Braciszek, i czy aby nie da się do tych zajęć dołączyć.
Efektem odprężającego weekendu bez Starszaków było to, że gdy Królowa Matka usypiała Pompony o godzinie 19.30 przymknęła oko tylko na sekundkę, no naprawdę, na chwileczkę, a gdy je ponownie otworzyła była 22 z minutami i jedyne, na co miała siłę po zdjęciu z siebie uśpionego Pompona Młodszego, wyjęcia z fotelika uśpionego Pompona Starszego i ułożenia ich w łóżkach to prawie natychmiastowe padnięcie z powrotem w objęcia Morfeusza, że pozostaniemy w klimatach mitologicznych.
Nazajutrz zaś Królowa Matka spakowała swoje Najdroższe Skarby, Podwójne Szczęście i Wyróżnienie, które spotyka tylko Niezwykłe Kobiety (wrrr....) i udała się na ten spacer, a zatem nikogo przypuszczalnie nie dziwi to, że niespieszno jej do powtórki z "uroczego, samotnego weekendu tylko z dwojgiem dzieci"...
piątek, 24 lutego 2012
Czekoladowe ciasteczka Nigelli.
Ponieważ nadchodzi weekend,a każdy wie, że w weekend Wzorowa Pani Domu piecze coś dobrego, by osłodzić rzeczywistość Mężowi i Dziatkom, Królowa Matka - nie pretendująca bynajmniej do powyższego tytułu, ale za to lubiąca piec - zdecydowała się na ciasteczka Nigelli. Owszem, do bycia Nigellą brakuje Królowej Matce tego, nieprawda, ognistego wdzięku, sex-appealu, nieskazitelnego, brytyjskiego akcentu i wyposażenia kuchni, ale nie pozwoliła ona ograniczać się tak drobnym niedogodnościom i upiekła ciasteczka czekoladowe czerpiąc satysfakcję chociaż z tego, że, piekąc, nie musi jednocześnie uśmiechać się do kamery, czego jej wrodzona nieśmiałość mogłaby nie znieść.
Ciasteczka są najłatwiejsze w świecie (Królowa Matka nie może wyjść z podziwu, jak wiele istnieje przepisów banalnie prostych, a jednocześnie tak efektownych, że ukrywających tę prostotę pod pozorami iście królewskiego czasem przepychu i wykwintności), a ich produkcja polega na tym, że uciera się 250 g masła ze 150 g cukru, następnie dodaje się 4 dkg kakao i pół łyżki (albo, a co tam! raz się żyje! całą!) łyżkę kawy rozpuszczalnej, i miesza z uczuciem (w wypadku bycia Nigellą uśmiechając sie zalotnie do kamery). Po czym dorzuca się jeszcze 300 g mąki, pół łyżeczki sody oraz łyżeczkę proszku do pieczenia, całość ugniata, aż powstanie gładkie ciasto, z powstałego ciasta odrywa się po kawałku, formuje kulki wielkości orzechów włoskich, spłaszcza dłonią i układa na blasze w racjonalnych odległościach, gdyż rosną w trakcie pieczenia, a blachę wkłada się do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15 minut.
Królowa Matka wykonała wszystkie powyższe czynności by, po dziesięciu minutach przebywania ciasteczek w piekarniku, zacząć popadać w nerwowość, pomna uwag Kuchennej Bogini: "Jeśli upieką się za bardzo, będą twarde!" i niezwykle przejrzystych wskazówek typu: "Powinny być upieczone po bokach, ale miękkie w środku, uginać się pod palcem, ale nie być surowe". Znerwicowana i przerażona wizją kamiennych ciastek, o które jej Rodzina zmuszona będzie łamać sobie zęby robiąc dobra minę do złej gry, Królowa Matka praktycznie trzymała głowę w piekarniku przez ostatnie 10 minut, macając ciasteczka tak intensywnie, że zakrawa na cud znalezienie do zdjęcia dwóch bez odcisku palca pośrodku. Z sukcesem jednakże - udało jej się wyciągnąć blachy na czas, by zamiast kamieni w kolorze czekoladowym zyskać aromatyczne, pyszne, kruche czekoladowe rarytasy.
PS. Jeśli do wypieku użyje się margaryny, ciasteczka te są wegańskie, co Królowa Matka odkryła nie bez zdziwienia, bo z czym jak z czym, ale z weganizmem Nigella jej się nie kojarzy.
PSS. Tak, Królowa Matka pamięta doskonale o zeznaniu na temat weekendu z Bliźniątkami, które obiecała popełnić. Pisała je CAŁY wczorajszy dzień, korzystając z każdej najmniejszej wolnej chwili, by pod koniec, dosłownie w trakcie tworzenia ostatniego zdania, nacisnąć jakiś cholerny, nie-wiadomo-jaki guziczek i skasować sobie całość (oprócz ostatniej litery, że ponuro doda). Jak jej minie związany z tym szlag, napisze rzecz po raz kolejny.
Ciasteczka są najłatwiejsze w świecie (Królowa Matka nie może wyjść z podziwu, jak wiele istnieje przepisów banalnie prostych, a jednocześnie tak efektownych, że ukrywających tę prostotę pod pozorami iście królewskiego czasem przepychu i wykwintności), a ich produkcja polega na tym, że uciera się 250 g masła ze 150 g cukru, następnie dodaje się 4 dkg kakao i pół łyżki (albo, a co tam! raz się żyje! całą!) łyżkę kawy rozpuszczalnej, i miesza z uczuciem (w wypadku bycia Nigellą uśmiechając sie zalotnie do kamery). Po czym dorzuca się jeszcze 300 g mąki, pół łyżeczki sody oraz łyżeczkę proszku do pieczenia, całość ugniata, aż powstanie gładkie ciasto, z powstałego ciasta odrywa się po kawałku, formuje kulki wielkości orzechów włoskich, spłaszcza dłonią i układa na blasze w racjonalnych odległościach, gdyż rosną w trakcie pieczenia, a blachę wkłada się do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15 minut.
Królowa Matka wykonała wszystkie powyższe czynności by, po dziesięciu minutach przebywania ciasteczek w piekarniku, zacząć popadać w nerwowość, pomna uwag Kuchennej Bogini: "Jeśli upieką się za bardzo, będą twarde!" i niezwykle przejrzystych wskazówek typu: "Powinny być upieczone po bokach, ale miękkie w środku, uginać się pod palcem, ale nie być surowe". Znerwicowana i przerażona wizją kamiennych ciastek, o które jej Rodzina zmuszona będzie łamać sobie zęby robiąc dobra minę do złej gry, Królowa Matka praktycznie trzymała głowę w piekarniku przez ostatnie 10 minut, macając ciasteczka tak intensywnie, że zakrawa na cud znalezienie do zdjęcia dwóch bez odcisku palca pośrodku. Z sukcesem jednakże - udało jej się wyciągnąć blachy na czas, by zamiast kamieni w kolorze czekoladowym zyskać aromatyczne, pyszne, kruche czekoladowe rarytasy.
PS. Jeśli do wypieku użyje się margaryny, ciasteczka te są wegańskie, co Królowa Matka odkryła nie bez zdziwienia, bo z czym jak z czym, ale z weganizmem Nigella jej się nie kojarzy.
PSS. Tak, Królowa Matka pamięta doskonale o zeznaniu na temat weekendu z Bliźniątkami, które obiecała popełnić. Pisała je CAŁY wczorajszy dzień, korzystając z każdej najmniejszej wolnej chwili, by pod koniec, dosłownie w trakcie tworzenia ostatniego zdania, nacisnąć jakiś cholerny, nie-wiadomo-jaki guziczek i skasować sobie całość (oprócz ostatniej litery, że ponuro doda). Jak jej minie związany z tym szlag, napisze rzecz po raz kolejny.
środa, 22 lutego 2012
O snach i dyskalkulii :).
Królowa Matka (w zadumie) - Śniło mi się dziś, że zakochałam się od pierwszego wejrzenia, i z wzajemnością w dodatku, w hitlerowskim okupancie...
Pan Małżonek (żywo zainteresowany) - Ale jak to, tak w całym?
Królowa Matka (otrząsając się z zadumy, trzeźwo) - Idiota, jasne, że nie w całym, w pojedynczym egzemplarzu! (z niesmakiem) I tylko to cię poruszyło w mojej wypowiedzi, tak? Nie to, że żona kocha się w najeźdźcy?
Pan Małżonek - Ależ oczywiście, że mnie poruszyło, wizja, ile ty byś miała lat, gdybyś się w okupancie kochała, mnie poruszyła!
Królowa Matka - No tak, musiałam już być w 1940 roku pełnoletnia, plus te sześćdziesiąt dwa lata...
Pan Małżonek (bardzo powoli, patrząc na Królową Matką podejrzliwie) - Siedemdziesiąt dwa... chyba???
Królowa Matka (cholera wie czemu radośnie) - Ach, no oczywiście! Dziękuję ci, jakoś tak byłam pewna, że teraz jest 2002 rok!!!
Oto dlaczego Królowa Matka, zapytana o wiek, nigdy nie pamięta prawidłowej odpowiedzi i liczy na palcach :).
Pan Małżonek (żywo zainteresowany) - Ale jak to, tak w całym?
Królowa Matka (otrząsając się z zadumy, trzeźwo) - Idiota, jasne, że nie w całym, w pojedynczym egzemplarzu! (z niesmakiem) I tylko to cię poruszyło w mojej wypowiedzi, tak? Nie to, że żona kocha się w najeźdźcy?
Pan Małżonek - Ależ oczywiście, że mnie poruszyło, wizja, ile ty byś miała lat, gdybyś się w okupancie kochała, mnie poruszyła!
Królowa Matka - No tak, musiałam już być w 1940 roku pełnoletnia, plus te sześćdziesiąt dwa lata...
Pan Małżonek (bardzo powoli, patrząc na Królową Matką podejrzliwie) - Siedemdziesiąt dwa... chyba???
Królowa Matka (cholera wie czemu radośnie) - Ach, no oczywiście! Dziękuję ci, jakoś tak byłam pewna, że teraz jest 2002 rok!!!
Oto dlaczego Królowa Matka, zapytana o wiek, nigdy nie pamięta prawidłowej odpowiedzi i liczy na palcach :).
Zagadkowo
Rodzina (rano kotłuje się w łóżku Rodziców, grając przy tym w zgadywanki).
Królowa Matka (sięgając do klasyki gatunku) - Co to jest, nie je, nie pije, a chodzi i bije?
Potomek Starszy (tonem zwycięzcy) - Ja!!!
* * * *
A teraz Zagadka Dla Wszystkich :).
Potomek Młodszy (znużony klasyką, zdaje się na błyskotliwość własnego umysłu) - Co to jest, okrągłe, zrobione na długie i nie ma niczego?
Osoba najbliższa rozwiazania zagadki nagrodzona zostanie... eee... O, portretem wykonanym metodą gryzmołkową przez Królową Matkę :))).
Królowa Matka (sięgając do klasyki gatunku) - Co to jest, nie je, nie pije, a chodzi i bije?
Potomek Starszy (tonem zwycięzcy) - Ja!!!
* * * *
A teraz Zagadka Dla Wszystkich :).
Potomek Młodszy (znużony klasyką, zdaje się na błyskotliwość własnego umysłu) - Co to jest, okrągłe, zrobione na długie i nie ma niczego?
Osoba najbliższa rozwiazania zagadki nagrodzona zostanie... eee... O, portretem wykonanym metodą gryzmołkową przez Królową Matkę :))).
wtorek, 21 lutego 2012
O korzyściach z urlopu :)
W tym wypadku z urlopu Pana Małżonka.
Otóż niewątpliwą korzyścią z urlopu Pana Małżonka jest to, że zazwyczaj podczas takiego urlopu Królowa Matka udziela się kuchennie. To znaczy, piecze. Piecze nie dlatego (a w każdym razie nie tylko dlatego :)), że cieszy ją obecność Głowy Domu, ale dlatego, że może w razie potrzeby zawyć w kierunku Głowy Domu: "Zaaabierz ich ode mnie!!!" i wie, że Głowa przyjdzie i zabierze, pozostawiając jej swobodne (dobra, bądźmy realistami, swobodniejsze) pole manewru.
Dziś padło na ciasteczka. Wczoraj wieczorem Królowa Matka zapragnęła czegoś słodkiego i okazało się, że w domu nic nie ma, więc dziś od rana przeorywała internet w poszukiwaniu inspiracji, bowiem pierwotny plan przyrządzenia czekoladowych ciasteczek Nigelli upadł był w związku z faktem, że całe obecne pod dachem Królowej i jej Bandy kakao zostało zużyte na wcześniejsze wypieki, a z jakiegoś powodu Królowa Matka nie wpadła na to, że może upiec swoje ukochane ciasteczka owsiane ze słonecznikiem. I bardzo dobrze, że na to nie wpadła, bo dzięki temu ryła w tym internecie, ryła, aż trafiła na to, czyli na Brazylijskie Ciasteczka Kawowe.
Przeczytała, udała się do kuchni i nastawiła piekarnik na 200 stopni. Następnie utarła 70 g rozpuszczonego masła z połową szklanki białego, i połową szklanki ciemnego cukru, usłużnie dosypywanego przez płonących chęcią pomocy Potomków, jednym jajkiem (również wbitym przez Potomków, i to już przy drugiej próbie z sukcesem. Pierwsza próba zakończyła się rozchlapaniem jajka na podłodze, ku nieukrywanemu entuzjazmowi Koteczki) i 1,5 łyżeczki cukru waniliowego. W drugiej misce zmieszała 1,5 szklanki mąki z 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia i 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej, a także dwiema łyżkami kawy rozpuszczalnej (dostarczanymi przez Potomków nic a nic nie słabnących w swym entuzjazmie), połączyła składniki suche z mokrymi, wymieszała i przy użyciu łyżki (bo ciasto jest półpłynne, no, może nie tyle półpłynne, co dość luźne) na blasze pokrytej papierem do pieczenia ułożyła kulki wielkości dużego orzecha włoskiego, i umieściła blachę w nagrzanym piekarniku na 8-10 minut.
Skutek upieczenia tych ciasteczek jest taki, że Królowa Matka ogłosić musi publicznie, że kocha Brazylię, ojczyznę tak wyśmienitych wypieków. I Internet, który pozwolił jej ten przepis znaleźć. A także, że to, iż nie pożarła wszystkich ciastek naraz (wyszło jej 38 sztuk) jest wyłącznie skutkiem bolesnej świadomości, że ma Rodzinę, z którą się trzeba podzielić, oraz tego, że upieczenie ciasteczek nie kończyło jej działalności kulinarnej w dniu dzisiejszym.
Pan Małżonek bowiem, czyniąc oczęta Sarenki Bambi zapytał: "A muffinek byś nie upiekła?". Owszem, czemu nie, Królowa Matka by upiekła. Przerywszy internet po raz kolejny (ponieważ w domu nie miała ani kakao, ani coli niezbędnej dla stworzenia muffinek z colą, na które miała największą ochotę stwierdziła, że wypróbuje coś nowego) znalazła ten przepis, który natychmiast zmodyfikowała, ponieważ oprócz kakao i coli nie miała w domu także sezamu (a przysięgłaby, że ma!), miała za to znaczną ilość wiórków kokosowych. W związku z tym zamiast muffinek sezamowych mamy (jeszcze ciągle, choć już nie bardzo, najlepszy dowód, że wyszły jadalne) Prawie Oryginalne Muffinki Kokosowe Królowej Matki :).
Jak to zazwyczaj przy produkcji muffinek bywa, w jednej misce Królowa Matka połączyła produkty mokre (czyli 10 dkg stopionego, wystudzonego masła i 2 rozbełtane jajka), w drugiej - produkty suche (to jest pół szklanki brązowego cukru, szklankę mąki, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody i siedem kopiastych łyżek wiórków kokosowych). Potem to, co suche połączyła z tym, co mokre, dodała (to znaczy, Potomki dodały :)) hojnie rodzynek i zacukała się, bo z tego, co wie o muffinkach ciasto na nie powinno być dość luźne, a jej wyszło takie, że można by je wałkować. Więc nie zastanawiając się zbytnio chlusnęła mlekiem po całości, na oko (ale nie mniej niż pół szklanki to było), do osiągnięcia wymaganej gęstości ciasta. Po czym, już jak trzeba, napełniła dwanaście natłuszczonych foremek do 2/3 wysokości i wstawiła je do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 20 minut, i wtedy, owszem, zaczęła się zastanawiać, czy to, co wyjdzie bedzie się aby do czegokolwiek nadawało. A otóż nadaje się, co Królowa Matka wnosi z tego, że muffinek zostało pięć, a dlatego tylko aż pięć, że się Pan Małżonek obraził, że przeznaczony mu wypiek Rodzina wyżera(-łaby, ale on nie pozwolił!) bez żadnego opamiętania, i wydarł Rodzinie pozostałe babeczki z zębów.
Ciekawe, czy będzie pamiętał, by je przed Koteczką schować na noc (w tym miejscu proszę wstawić sobie Wredny Rechot Negatywnego Bohatera Filmowego, będzie jak znalazł).
PS. Tak, Królowa Matka pamięta, że dziś miało być o Weekendzie Z Pomponami. Jutro będzie, słowo harcerza!
PSS. Klaudio, specjalnie dla Ciebie dziś ani jednego przepisu z czekoladą :). Obawiam się jednak, że te przepisy Nigelli, do których się przymierzam, w czekoladę będą obfitować...
Otóż niewątpliwą korzyścią z urlopu Pana Małżonka jest to, że zazwyczaj podczas takiego urlopu Królowa Matka udziela się kuchennie. To znaczy, piecze. Piecze nie dlatego (a w każdym razie nie tylko dlatego :)), że cieszy ją obecność Głowy Domu, ale dlatego, że może w razie potrzeby zawyć w kierunku Głowy Domu: "Zaaabierz ich ode mnie!!!" i wie, że Głowa przyjdzie i zabierze, pozostawiając jej swobodne (dobra, bądźmy realistami, swobodniejsze) pole manewru.
Dziś padło na ciasteczka. Wczoraj wieczorem Królowa Matka zapragnęła czegoś słodkiego i okazało się, że w domu nic nie ma, więc dziś od rana przeorywała internet w poszukiwaniu inspiracji, bowiem pierwotny plan przyrządzenia czekoladowych ciasteczek Nigelli upadł był w związku z faktem, że całe obecne pod dachem Królowej i jej Bandy kakao zostało zużyte na wcześniejsze wypieki, a z jakiegoś powodu Królowa Matka nie wpadła na to, że może upiec swoje ukochane ciasteczka owsiane ze słonecznikiem. I bardzo dobrze, że na to nie wpadła, bo dzięki temu ryła w tym internecie, ryła, aż trafiła na to, czyli na Brazylijskie Ciasteczka Kawowe.
Przeczytała, udała się do kuchni i nastawiła piekarnik na 200 stopni. Następnie utarła 70 g rozpuszczonego masła z połową szklanki białego, i połową szklanki ciemnego cukru, usłużnie dosypywanego przez płonących chęcią pomocy Potomków, jednym jajkiem (również wbitym przez Potomków, i to już przy drugiej próbie z sukcesem. Pierwsza próba zakończyła się rozchlapaniem jajka na podłodze, ku nieukrywanemu entuzjazmowi Koteczki) i 1,5 łyżeczki cukru waniliowego. W drugiej misce zmieszała 1,5 szklanki mąki z 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia i 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej, a także dwiema łyżkami kawy rozpuszczalnej (dostarczanymi przez Potomków nic a nic nie słabnących w swym entuzjazmie), połączyła składniki suche z mokrymi, wymieszała i przy użyciu łyżki (bo ciasto jest półpłynne, no, może nie tyle półpłynne, co dość luźne) na blasze pokrytej papierem do pieczenia ułożyła kulki wielkości dużego orzecha włoskiego, i umieściła blachę w nagrzanym piekarniku na 8-10 minut.
Skutek upieczenia tych ciasteczek jest taki, że Królowa Matka ogłosić musi publicznie, że kocha Brazylię, ojczyznę tak wyśmienitych wypieków. I Internet, który pozwolił jej ten przepis znaleźć. A także, że to, iż nie pożarła wszystkich ciastek naraz (wyszło jej 38 sztuk) jest wyłącznie skutkiem bolesnej świadomości, że ma Rodzinę, z którą się trzeba podzielić, oraz tego, że upieczenie ciasteczek nie kończyło jej działalności kulinarnej w dniu dzisiejszym.
Pan Małżonek bowiem, czyniąc oczęta Sarenki Bambi zapytał: "A muffinek byś nie upiekła?". Owszem, czemu nie, Królowa Matka by upiekła. Przerywszy internet po raz kolejny (ponieważ w domu nie miała ani kakao, ani coli niezbędnej dla stworzenia muffinek z colą, na które miała największą ochotę stwierdziła, że wypróbuje coś nowego) znalazła ten przepis, który natychmiast zmodyfikowała, ponieważ oprócz kakao i coli nie miała w domu także sezamu (a przysięgłaby, że ma!), miała za to znaczną ilość wiórków kokosowych. W związku z tym zamiast muffinek sezamowych mamy (jeszcze ciągle, choć już nie bardzo, najlepszy dowód, że wyszły jadalne) Prawie Oryginalne Muffinki Kokosowe Królowej Matki :).
Jak to zazwyczaj przy produkcji muffinek bywa, w jednej misce Królowa Matka połączyła produkty mokre (czyli 10 dkg stopionego, wystudzonego masła i 2 rozbełtane jajka), w drugiej - produkty suche (to jest pół szklanki brązowego cukru, szklankę mąki, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody i siedem kopiastych łyżek wiórków kokosowych). Potem to, co suche połączyła z tym, co mokre, dodała (to znaczy, Potomki dodały :)) hojnie rodzynek i zacukała się, bo z tego, co wie o muffinkach ciasto na nie powinno być dość luźne, a jej wyszło takie, że można by je wałkować. Więc nie zastanawiając się zbytnio chlusnęła mlekiem po całości, na oko (ale nie mniej niż pół szklanki to było), do osiągnięcia wymaganej gęstości ciasta. Po czym, już jak trzeba, napełniła dwanaście natłuszczonych foremek do 2/3 wysokości i wstawiła je do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 20 minut, i wtedy, owszem, zaczęła się zastanawiać, czy to, co wyjdzie bedzie się aby do czegokolwiek nadawało. A otóż nadaje się, co Królowa Matka wnosi z tego, że muffinek zostało pięć, a dlatego tylko aż pięć, że się Pan Małżonek obraził, że przeznaczony mu wypiek Rodzina wyżera(-łaby, ale on nie pozwolił!) bez żadnego opamiętania, i wydarł Rodzinie pozostałe babeczki z zębów.
Ciekawe, czy będzie pamiętał, by je przed Koteczką schować na noc (w tym miejscu proszę wstawić sobie Wredny Rechot Negatywnego Bohatera Filmowego, będzie jak znalazł).
PS. Tak, Królowa Matka pamięta, że dziś miało być o Weekendzie Z Pomponami. Jutro będzie, słowo harcerza!
PSS. Klaudio, specjalnie dla Ciebie dziś ani jednego przepisu z czekoladą :). Obawiam się jednak, że te przepisy Nigelli, do których się przymierzam, w czekoladę będą obfitować...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










