niedziela, 6 stycznia 2019

Opowiedzieć nieopowiadalne. "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz

Dawno temu, w czasach głęboko przedinternetowych... no, dobra, nie tak bardzo przedinternetowych, ale na pewno przedblogowych, otóż w czasach, gdy obce były mi coroczne podsumowania i wyzwania czytelnicze, które zawsze na początku roku zalewają blogosferę niczym tsunami, zrobiłam sobie takie wyzwanie własnoręcznie. Oczywiście nie miałam pojęcia, że to wyzwanie i w ogóle nie wiem, skąd mi rzecz do głowy przyszła, ot, pewnego pięknego, mroźnego, styczniowego poranka obudziłam się z myślą, że w tym roku (nie pamiętam, w którym, ale chyba to jeszcze dwudziesty wiek był, odlaboga) będę czytać wyłącznie książki napisane przez kobiety. Li i jedynie. 365 dni w towarzystwie literatury kobiecej. Same baby i ja!

Jak pomyślałam, tak też uczyniłam. Przez cały rok nie przeczytałam niczego, co napisał mężczyzna, sorry, panowie. Doskonale świadoma faktu, że znane nam wszystkim wyrażenie „literatura kobieca” zawiera w sobie – w dużym stopniu dzięki męskiej części krytyki, ale przecież nie tylko – ton lekceważenia pozwoliłam sobie z kolei ten ton lekceważenia zlekceważyć totalnie. Tak, czytałam także rzeczy, które tak zwany "przeciętny obywatel" rozumie pod słowami "literatura kobieca". Lecz nie tylko. Grocholę, ale i Alice Munro. Wirginię Woolf, Idę Fink, Zadie Smith, Amy Tan, Majgul Axelsson. Achmatową, Cwietajewą, Hannę Krall, Romę Ligocką, Stefanię Grodzieńską, Arundhati Roy i Joannę Chmielewską zarówno. I mnóstwo innych pań, różnych narodowości, wyznań i koloru skóry, urodzonych w różnych wiekach i pochodzących z różnych warstw społecznych. Reportaże, wspomnienia, poezje, powieści, humoreski, baśnie i legendy. Wszystko napisane, zebrane, opracowane (w wypadku baśni i legend) przez kobiety.

Z początku nie działo się nic niezwykłego. Ot, czytałam sobie różne książki, te akurat w miejscu autora miały autorkę, nic wielkiego, niektóre były dobre, niektóre takie sobie, niektóre mnie do głębi poruszały, niektóre bawiły, a niektóre ptakiem wylatywały z pamięci i tydzień po ich skończeniu nie potrafiłam powiedzieć, o czym opowiadały.

A potem, powoli, powolutku, coś dziać się zaczęło. Coś, czego nie przewidziałam, co mnie zaskoczyło, co do dziś uważam za jedno z najważniejszych, najbardziej wzbogacających i najbardziej wzruszających doświadczeń swego życia, nie tylko czytelniczego.

Usłyszałam swój język.

Nie jest to rzecz, którą łatwo wytłumaczyć, więc posłużę się wspomnieniem, które - nieudolnie, ale jednak - odrobinę przypomina mi powyższe doznanie.

Jakiś czas temu gościłam z wizytą u przyjaciela w Lyonie. Przyjaciel jest Amerykaninem, wykładał wówczas na tamtejszym uniwersytecie literaturę, jego przyjaciele też byli Amerykanami, wokół mnie panował francuski na ulicach, co oczywiste, i angielski w życiu towarzyskim, nie przeszkadzało mi to wcale i tak się sobie nurzałam w życiu towarzysko-turystycznym w pełni zadowolona i nie odczuwając żadnych braków, o dyskomforcie nie wspominając.

Aż pewnego dnia - a było to na gigantycznym targu owocowo-warzywnym, na który zabrał mnie David, bym mogła ponurkować w bogactwie smaków i kolorów - poczułam niespodziewanie, że coś mnie swędzi w mózg. Gdzieś, coś, na samej granicy słyszalności, było inaczej niż zwykle. Rozejrzałam się, ludzie kupowali, sprzedawali, śmiali się, rozmawiali, targowali się, panował sympatyczny gwar, wszystko było jak pięć minut temu, a mnie swędził mózg i nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. I nagle, tuż obok mnie, ktoś powiedział głośno: "skład owoców południowych".

Poczułam się, jakby mnie poraził prąd, było to wrażenie do tego stopnia silne, że do dziś pamiętam wypowiedziane słowa. Zrozumiałam, że to coś, co na samej granicy słyszalności swędziało mnie w mózg i nie dawało spokoju, to był język polski. Który coś we mnie usłyszało. Coś we mnie wyczuło. Coś we mnie zareagowało na niesłyszalną w tłumie zmianę tonu, na inne drgnienia fal, na coś, co znałam tak dobrze, że było po prostu mną.

Dokładnie coś takiego poczułam po kilku miesiącach czytania wyłącznie literatury kobiecej. Ten ton, który - czytając literaturę wszelaką, a więc w większości jednak pisaną przez mężczyzn - nie jest łatwo wyodrębnić. Nie jest łatwo usłyszeć. To swędzenie w mózg. To coś na granicy słyszalności. Mój język. Język mego serca, jakkolwiek kiczowato i melodramatycznie to brzmi. Język, w którym śnię i marzę, w którym opisuję świat.

"Mężczyźni widzą przedmioty, kobiety - powiązania między nimi" napisał kiedyś John Fowles, a ja dopiero tamtego roku zrozumiałam, co miał na myśli, tamtego roku, gdy - z zachwytem i wzruszeniem - zanurzałam się w świat spleciony z ulotnych spostrzeżeń, z połączeń między przedmiotami i ludźmi, opisany inaczej, niż zwykle. Nie umiałam i nie umiem wyjaśnić, na czym polegała ta inność, ale była tam i czułam ją całą sobą, i wiedziałam, że tak, tak rzeczywiście jest, istnieje "literatura kobieca", tylko, że znaczy zupełnie co innego, niż mają na myśli literaccy krytycy, wypowiadający te słowa z pobłażliwym uśmieszkiem, istnieje tak, jak podziemna rzeka pod morskimi głębinami, jak czerwona żyłka biegnąca w bloku białego marmuru, też marmur, ale inny, czerwony jak moja własna krew.

Przechowuję to wspomnienie i nie pozwalam mu zblaknąć, a czasem zdarza się coś, co sprawia, że wybrzmiewa ono w mojej głowie z siłą wybuchu wulkanu, i przechodzi jak fala, zostawiając mnie obmytą i czystą na nowo.

Na przykład zdarza się


"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz.

Jak ja dokładnie usłyszałam podczas lektury szum tej rzeki, płynącej pod dnem morza! Z jakim rykiem przewaliły się przeze mnie jej fale.

Kobiety mówią bez przerwy, prawda? Ile razy, dziewczyny, słyszałyśmy w życiu podobną opinię? Setki? Tysiące? Gadają i gadają, te szczebiotki, buzie im się nie zamykają, plotkareczki, gaduły, nawet na minutę nie umieją się zamknąć, no jak przekupy na targu normalnie!

Co za bzdura.

Kobiety milczą.

Milczą, bo nauczono je, że to, co mają do powiedzenia nie jest istotne. Bo się wstydzą. Bo nikt ich nie słucha. Bo, gdy mówią,  zbywa je uwagami  o babskich histeriach i babskiej emocjonalności. Bo to, co miałyby do powiedzenia jest takie inne. Nieważne, mało  bohaterskie, mało wzniosłe, nie pasujące do obrazka.

Wiem o tym dobrze. 

Miałam dwie milczące babcie. 

Babcię, która urodziła swoje pierwsze dziecko idąc w tłumie uchodźców uciekających z miasta przed bombardowaniami w czasie wojny. Miała dopiero co skończone 18 lat. W dowodzie osobistym tego dziecka wpisano lata temu fikcyjne miejsce urodzenia, bo nie wiadomo było, jak nazywała się miejscowość, w której babcia kucnęła za wozem, w przydrożnym rowie i urodziła, podczas gdy długim sznurem mijali ją uchodźcy z tobołkami, zawierającymi ich cały ocalony majątek.

I babcię, która we wrześniu '39 znalazła się pod Kownem. Była bardzo młoda, żona wdowca z trojgiem dzieci, dużych już, najstarszy miał 14 lat. Sama uciekała z tymi dziećmi, spod Kowna wysłała do przyjaciółki kartkę, pisaną po rosyjsku. Nie mieliśmy pojęcia, że zna rosyjski, a znała, nie sposób jest płynnie pisać cyrylicą, jeśli się ją tylko odwzorowuje. Nie wiem, jak i czemu znalazła się pod Kownem i jak stamtąd wróciła, tracąc w drodze z oczu jedno z dzieci, nie wiem, co działo się potem.

I już nigdy się nie dowiem. Znam fakty. I żadnych powiązań między nimi. Babcie milczały kamiennie całe dorosłe życie. 

A zresztą i tak ich nikt nie pytał.

Swietłana Aleksijewicz spytała. I - niezłomnie nie poddając się tym wszystkim licznym "A mało to jest mężczyzn? Po co słuchać tych babskich historii? Tych fantazji?", "Mów, jak cię uczyłem, bez lamentów i tych wszystkich kobiecych głupstw" - pozwoliła im mówić.

A nam dała ten przywilej, by słuchać. 

By czytać "babskie historie", jakże dalekie od relacji o ruchach oddziałów, potyczkach, broni i szorstkiej, męskiej przyjaźni, heroicznych czynach i chłopięcych przygodach z czasów, gdyśmy, pamiętasz, Wania, Giermańcew gonili. Bez wielkiej historii, wielkiego Zwycięstwa i bohaterskiego Narodu.

Historie nie do zapomnienia.

Zazwyczaj czytam - mówię, oczywiście, o sytuacji idealnej i przeze mnie ulubionej - pod kocykiem, z ciepłą herbatą i przegryzkami (mniej lub bardziej zdrowymi) pod ręką.

Żadnej nie przełknęłam, czytając tę książkę. Herbata stygła, żaden kocyk nie był wystarczająco ciepły, zdarzyło mi się czytać z termoforem przytulonym do pleców, a i tak szczękałam zębami. Co chwila robiłam sobie przerwę, patrzyłam w okno, patrzyłam na swoje dzieci, na psa i kota, słuchałam sikorek, świergoczących w karmniku. Wracałam.

Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytałam jakąkolwiek książkę, która prawdziwiej opisywała to, czym jest wojna, a zapewniam, że swego czasu książki o tematyce okołowojennej pochłaniałam nałogowo.

Nie umiem napisać, o czym ta książka jest.

Dziesiątki, setki obrazów, wspomnień, mgnień, zatrzymanych w pamięci jak fotografie. Każdy pewnie zwróci uwagę na inną opowieść, inną kwestię, inny wątek. Co innego nim wstrząśnie, co innego zaboli. Inne rzeczy będą kłębić się w głowie, inne będą przepędzać sen wieczorem i spokój w trakcie dnia.


***

Matka, która utopiła niemowlę, bo płakało i mogło zdekonspirować cały oddział. Albo ta, która udusiła córkę, bo nie miała czym jej nakarmić, a potem zwariowała i powiesiła się na czarnej, spalonej jabłoni w spalonym ogrodzie swojej spalonej wsi. Ranny, niesiony przez osiem godzin, potem, gdy brakło sił, ciągnięty, przywiązany pasem do ręki. Kocioł kaszy, której nie miał kto jeść, bo ze stu żołnierzy wysłanych na akcję wróciło siedmiu. Zastrzelony za dezercję chłopiec, który płakał i mówił o mamie, a z nosa zsuwały mu się okulary. Albo źrebak, którego śmierć pamięta się po czterdziestu latach.

Albo inaczej. 

Fiołki, zebrane po drodze i przywiązane do bagnetu. Szum pszenicy, potem strzały z erkaemu, a potem przerwa i znowu szum pszenicy nad głową. Zamiana z kolegą na wartę nocną, aż do świtu, bo wtedy można usłyszeć ptaki.

Cukierki, na które talony oddała cała kolejka, stojąca po jedzenie w oblężonym Leningradzie, żeby móc je dać młodziutkiej żołnierce.

Taka mała byłam, jak poszłam, że urosłam na tej wojnie, mama mnie zmierzyła, dziesięć centymetrów urosłam. 

Weszłam do pokoju w sukience i z warkoczem, a wyszłam drugimi drzwiami, już w spodniach i z warkoczem uciętym, i nie zdążyłam nic mamie dać, ani sukienki, ani warkocza, a tak bardzo prosiła "Tylko mi coś zostaw".

 "Wojna" powiedział tata, był świt i rosa jeszcze nie wyschła, i ja sobie tę rosę, taką czystą, na froncie przypominałam...

Dziewiętnaście lat miałam, mam teraz wnuczkę w tym wieku, patrzę na nią i nie wierzę. To przecież dziecko.

Dopiero co dorosłam i byłam siwa, siwiuteńka.

Wróciłam z medalami, pomieszkałam trzy dni, czwartego rano mama mnie obudziła: "Idź, córko, spakowałam ci tobołek. Masz dwie siostry, dorastają, kto je za żony weźmie, każdy wie, że ty całą wojnę byłaś tam, z mężczyznami".

Przychodziły do nas dzieci, opowiadały o blokadowym menu, zupa ze skórzanych pasów, galareta z kleju stolarskiego, placki z musztardy... potem przestały przychodzić. Umarły pewnie, tak myślę.

Dwanaście godzin przy obrabiarce stałyśmy. I chciałyśmy na front iść, bo tam jedzenie było jakie takie. Suchary i herbata była, z cukrem...

Weszliśmy do wioski, pierwsze co zobaczyłyśmy to wielki dół. Niemcy rozstrzelali wszystkich swoich rannych...

Nie strzelałam. Jedzenie dźwigałam, kotły, bańki... ciężkie... dowódca się gniewał, krzyczał na mnie: "Podziurawiłbym ci te bańki, jakże ty będziesz rodzić po wojnie?!".

Przychodzą do mnie we śnie. Zabici... Zabici przeze mnie... chociaż ich nie widziałam, ale przychodzą i patrzą na mnie. Szukam i szukam wzrokiem, może któryś jest ranny, nawet ciężko, ale żeby można go jeszcze uratować... Ale wszyscy są martwi.

W domu wszyscy żyją. Mama uratowała wszystkich: dziadka i babcię, siostrzyczkę i brata. Tata wrócił z wysokimi odznaczeniami, ja przywiozłam order. Tata nigdy nie przypinał swoich medali, uważał, że to wstyd popisywać się przed mamą, ona nie miała medali. A wszystkich ocaliła, ocaliła rodzinę. Jej wojna była najstraszniejsza.

O sobie nie myślałam. Czołgałam się, biegłam... tylko ten zapach krwi. Do zapachu krwi nie mogłam się przyzwyczaić.

Uszyłam sobie bluzkę z czerwonego kretonu. Nazajutrz na rękach wyszły jakieś bąble. Plamy. Pokrzywka. Ani czerwonego kretonu, ani kwiatów - róż czy goździków - mój organizm nie przyjmował. Dziś też nie mam w domu nic czerwonego. Niczego czerwonego u mnie nie znajdziesz...*

 ***

I tak dalej.

I bardziej.

Jutro pewnie inne fragmenty wypłynęłyby na wierzch z zamętu w mojej pamięci.

Pojutrze inne.

A może nie. Może te same. Może więcej. Może mniej, gdy już nie dawałabym rady o tym myśleć. I czytać.

I czasem miałam wrażenie, że już więcej nie dam rady. Tyle lat stała ta książka na mojej półce, co takiego się stanie, jak jeszcze chwilę postoi. 

A potem się brałam za twarz i wracałam. Tyle przynajmniej należało się z mojej strony kobietom, którym po czterdziestu latach pozwolono mówić. Pozwolono pokolorować monochromatyczny (doprawdy, chyba nigdy nie wydał mi się tak bardzo monochromatyczny!) obraz wojny, który wyłania się z podręczników, analiz, opowieści weteranów, że o "Czterech pancernych i psie" nie wspomnę. Dodać temu obrazowi miliona odcieni. Sprawić, by ożył.

Powiedzieć o tej książce, że jest dobra i mocna to nic nie powiedzieć.

Jest... niewygodna. tak bardzo niewygodna. Tak bardzo uwiera.

Tak bardzo boli

Jest tak bardzo nie do zapomnienia.





"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" jest częścią projektu, który od jakiegoś czasu kiełkował we mnie, i którego zajawka pojawiła się na Facebooku w postaci tego zdjęcia:


Na zdjęciu - czego, zdaje się, nikt z komentujących i obserwujących je na FB nie zauważył, a w każdym razie nie wspomniał - znajdują się książki napisane tylko i wyłącznie przez autorki, choć daleko nie wszystkie z mojej dłuuuuugiej listy, którą zamierzam sobie w tym roku wreszcie skrócić.

Nie, nie mam w planie czytać tylko i wyłącznie kobiecej literatury (zwłaszcza, że mam ambitny zamiar NIE KUPOWANIA książek w tym roku, nie, dopóki nie uporam się ze swoimi, jakże, nieprawdaż, licznymi "Stosikami Wstydu", a także wzięcia udziału jeszcze w trójce e-pik, i po prostu nie wiem, czy udałoby mi się osiągnąć oba te cele, gdybym dodatkowo chciała ograniczyć się tylko do książek pisanych przez kobiety), ale w większości - owszem.

Recenzować też. Wyłącznie pisarki.

Może wróci do mnie wyraźniej bezcenne wrażenie, że jestem częścią wielkiej, szepczącej w języku, który rozumiem, rzeki.




* to nie są dokładne cytaty, pisałam z pamięci, więc w książce wszystko to może być ujęte innymi słowami; treść rzecz jasna pozostaje ta sama

wtorek, 1 stycznia 2019

W Domu w Dziczy bez zmian

Potomek Starszy (zaspany schodzi po schodach w polarowej piżamce we wzory norweskie oraz ciepłych bamboszkach, promiennie) - Dzień dobry, mamo! Czy wiesz, co mi się dziś śniło? Otóż śniło mi się, że Adolf Hitler przeszedł przemianę duchową i przyszedł do naszej szkoły uczyć historii!

(zapewne w ramach długofalowej pokuty, nietaktowne przyp. KM)

***

Pompon Młodszy (przeglądając z wypiekami na twarzy jakiś świąteczny prezent książkowy) - Mamo! Popatrz tylko! Zobacz, jaki gigantyczny labirynt! (rozjaśniając się jak choinka, hojnie obwieszona światełkami przez kogoś lekce sobie ważącego zapowiadane podwyżki cen prądu) Natychmiast by tam wlazłem! Na-tych-miast! To moja ulubiona czynność! Moje hobby, wchodzić tam, gdzie mi nie pozwalacie!

***

Atmosfera noworoczna, leniwe celebrowanie radosnych chwil codzienności, zen i hygge, no, wiecie, te rzeczy, oraz przyrządzanie domowego śniadanka o powiedzmy, że poranku.

Potomek Starszy (nadal, już drugą godzinę 2019 roku, w nastroju "a takie mam postanowienie noworoczne, że będę dobrym dzieckiem!") - Mogę jakoś pomóc?

Mamusia Potomka Starszego - Jajka wyjmij.

Tatuś Potomka Starszego (tonem koniecznego uściślenia) - ...z lodówki.

No.

To szczęśliwego wszystkim.

sobota, 15 grudnia 2018

Recka z poślizgiem, czyli Marta Kisiel, "Małe Licho i tajemnica Niebożątka"

Dnia 14 marca 2018 roku otrzymałam wiadomość od Marty Kisiel, treści następującej: "Jaśnie Królowa Matka posłuży za obiekt eksperymentów? Wespół w zespół z resztą grupy kontrolnej i docelowej?".

Ałtorka pyta, Królowa Matka się zgadza, co chyba jest oczywiste. Odpisałam zatem: "Toć mogiem, jak mówią moje dzieciomtka" i czekałam.

Nowa książka, okazało się. Świeży pomysł, nowy krok, będzie się działo i BĘDZIE STRASZNIE, tego dowiedziałam się z kolejnej wiadomości.

Kompletnie przeoczywszy tekst o "grupie docelowej" i przytomnie skasowawszy moją pierwszą odpowiedź, która brzmiała: "OesutakbardzoTAKaleserioJA??? <przerwa na oddychanie do woreczka> iiiiii!!!noalenaprawdenieżartujeszserioprzecieżjaniepotrafięależenaprawdę <przerwa na bieganie po pokoju i wydawanie przy tym dźwięków w częstotliwości, którą usłyszeć mogą wyłącznie nietoperze> aaaaa!!!", grzecznie i na pozór spokojnie odpisałam, że będę zaszczycona, dodając: "Będzie to pierwszy raz w moim życiu, gdy czytam na kąputrze Dobrą Literaturę!" (jako, że jakiś dziwny, wrodzony zapewne, myk w mózgu sprawia, że jestem w stanie rozumieć, co czytam na ekranie tylko w wypadku książek AłtorKasi et consortes, w wypadku Dobrych Książek muszę mieć rzecz w papierze).

Dostałam plik nieukończonej jeszcze powieści, przerzuciłyśmy się kilkoma bezpretensjonalnymi, skrzącymi się niewymuszonym dowcipem i inteligencją uwagami (przy czym moje były dużo mniej inteligentne i dowcipne z wielu powodów, ze szczególnym uwzględnieniem tego, że miałam już wyżej wspomniany plik otwarty w osobnym oknie i  czytałam go jednym okiem) i wylogowałyśmy się z sieci, w moim wypadku na jakieś dwadzieścia minut, po którym to czasie zalogowałam się ponownie, by napisać: "Jak ty pięknie piszesz! I naprawdę nie wiem, do czego Ci jestem potrzebna, skoro się głównie zachwycam, serio serio (chociaż może do tego, zachwycającego się też warto mieć!)", po czym dotarło do mnie, że ja to akurat potrzebna Marcie Kisiel nie jestem kompletnie do niczego.

Za to moje dzieci są.

Przez następny tydzień celebrowaliśmy w Domu w Dziczy wieczorki literackie przy nieopublikowanej powieści, której kolejne odcinki Autorka podsyłała w miarę powstawania, a ja testowałam na Potomkach i wyniki testów skrupulatnie przekazywałam do Centrali. Gdy całość była gotowa, do testów zgłosił się na ochotnika Pan Małżonek. Zmuszony do przysięgania na wszystkie świętości, że nikomu nie puści pary z ust pod groźbą wyłysienia i pokrycia się pąklami niespodziewanymi, dostąpił zaszczytu zapoznania się z maszynopisem, który przeczytał był w jeden wieczór i oznajmił: "Ta! Ta jest moja ulubiona", a ja mu się wcale nie dziwiłam. Bowiem jedna myśl postała w mej głowie, gdy poznałam całość utworu, a mianowicie: "No, TO nie będzie musiało czekać na recenzję. NAWET JEDEN DZIEŃ!".

Po czym wszystko zaczęło iść nie tak.

Książka miała wyjść w lipcu, miałam otrzymać egzemplarz z dedykacją z rąk samej Autorki na Polconie i móc się zacząć w nieopanowany sposób puszyć oraz chwalić w internecie i na innych fejsbukach wejściem do Literatury Polskiej w jedyny dostępny mi sposób.

Następnie termin premiery przesunięto na październik, miała ona nastąpić na Krakowskich Targach Książki, za to egzemplarze recenzenckie poszły w ręce blogerów we wrześniu. Tyle tylko, że ja nie dostałam egzemplarza recenzenckiego, miałam za to zakaz zamawiania go wyartykułowany przez samą Autorkę już w lipcu, gdy - promieniując Autorytetem - rzekła ona do mnie: "Tylko niech ci do głowy nie przyjdzie zamawiać albo kupować!!!".

Więc nie zamawiałam ani nie kupowałam, a tymczasem znajomi czytali, zadawali mi pytania w rodzaju: "A czy ty wiesz, że jesteś...?!", zaś sieć zaroiła się od recenzji, których nie czytałam, bo nigdy tego nie robię przed popełnieniem własnej, których ilość jednakże sprawiała, że duch we mnie upadał coraz to niżej i niżej, no bo przecież nie ma bata, przy tej ilości wylewającego się zewsząd słowa pisanego wszystko już musiało zostać powiedziane i ino momencik, a cała moja recenzja wyglądać będzie jak jeden wielki plagiat.

Nic to, własny egzemplarz (a nawet dwa, z dwóch różnych źródeł)



dotarł wreszcie do Domu w Dziczy, maj preszesss, moje plus milion (jakie milion! dwa miliony, co najmniej!) do fejmu



z dedykacją


i powinnam po prostu rzucać się na klawiaturę celem przelania w wirual wypełniających mnie wrażeń, a tymczasem mijał dzień za dniem, potem tydzień za tygodniem, a ja się nie rzucałam i nie przelewałam, za to inni się rzucali i przelewali, skutkiem czego wrażenie, że nie mam i nie mogę mieć niczego oryginalnego do powiedzenia uparcie we mnie narastało.

Najpierw miało być JUŻ, ZARAZ, NATYCHMIAST. Potem na Halloween. Na Zaduszki. Na Andrzejki.

A potem pomyślałam sobie, że jak tak dalej pójdzie, to i na Nowy Rok nie będzie, i że to jest wstyd i hańba, że taki Marcel Wu nie musiał na swoją reckę miodzio czekać nawet tygodnia, i że no trudno, będę sprawiać wrażenie plagiatu, a nawet licznych plagiatów, ale przecież im dłużej będę zwlekać, tym bardziej będę, więc im wcześniej tym lepiej, i że to jest żałosne używać słowa "wcześniej" w kontekście tej recenzji.

Która powinna brzmieć: "To jest piękna książka. Piękna. Naprawdę piękna" i na tym się skończyć.

Treść "Małego Licha" zna już cały internet*, ale jeszcze przypomnę:

Jest sobie dom, troszkę stary, troszkę sypiący się, koślawy i troszkę wyglądający, jakby projektujący go architekt był troszkę szalony. Niezwykły dom, zamieszkany przez jednego rosłego, pogodnego Wikinga, jednego sarkastycznego, cynicznego, zamkniętego trochę w sobie, a trochę w swoim świecie Pisarza, Mamę (co wam będę opisywać, mama to mama, każdy wie, jaka jest) i całe mnóstwo nienormatywnych obywateli, jak to - dwa Anioły, małego i dużego, Potwora z Głębin Czasu, nieco mniejszego Potworka z Głębinek... no, Potworka, z mackami i skłonnością do podjadania kredek, utopce, podziomka, dżina, wiłę, duchy niemieckich żołnierzy (oraz kota i króliki).

A także małego chłopca, którego oczami patrzymy na cały ten świat.

I przy opisie tego chłopca, mniej więcej na stronie 9, wzruszyłam się po raz pierwszy.

Najstarsi (stażem) Czytelnicy pamiętają może "30-dniowe wyzwanie książkowe", którego się swego czasu podjęłam. Jedną z książek wówczas przeze mnie opisywanych była "Świat się ciągle zaczyna" Anny Kamieńskiej, powieść o rozrastaniu się dziecięcego świata, powieść o dziecku napisana tak wspaniale, że wyrywała nas - dorosłych, z naszego dorosłego świata pełnego dorosłych uczuć i przenosiła jednym szarpnięciem do czasów, gdy świat był tylko jednym pokojem, olbrzymim terenem do eksplorowania, przejście przez ten pokój było wyprawą w nieznane, maleńkie z punktu widzenia ogromnych, sięgających głową nieba dorosłych osób drobiazgi - skarbem, albo ogromnym strachem, albo najdziwniejszą rzeczą, której zastosowanie trzeba było dopiero odkryć, zaś zachowanie tych olbrzymich dorosłych bywało zupełnie niezrozumiałe.

I oto wionął nade mną ten sam duch, wróciło to samo wrażenie, że mała dziewczynka patrzy na świat moimi oczami, chociaż towarzyszyły temu zupełnie inne wrażenia niż w wypadku "Świat się ciągle zaczyna", książki pięknej, ale smutnej, że użyję eufemizmu. Ale autentyzm, autentyzm przedstawienia dziecięcego postrzegania świata był identyczny, tak samo dojrzały i prawdziwy, i znowu czułam się jak dziecko, to znaczy przypominałam sobie wszystkie dziecięce emocje, i podziwiałam tak samo... nie wiem do końca, co, czy talent obu pisarek, czy ich pamięć o tym, jak to było, gdy było się małym człowiekiem, czy obie te rzeczy jednocześnie.

Mały chłopiec z dziwnego domu na uboczu dorasta, powoli, acz w nieunikniony sposób z Niebożątka stając się Bożkiem. Przez całe jego dotychczasowe życie domownicy - mama, wujkowie i wszelkiej maści stwory, że o duchach niemieckich żołnierzy nie wspomnę - wystarczali chłopcu, stanowili wyśmienite towarzystwo, karmili doskonale (Krakers), pouczali (Tsadkiel) i otaczali bezwarunkową miłością (Licho), jak również stanowili jego towarzystwo. Jedyne. Świadomi faktu, że tak do końca życia się nie da, oraz, że zmiana otoczenia, poznanie tzw. normalnych ludzi, nawiązanie nowych znajomości może okazać się dla Bożka przydatne, a kto wie, może i niezbędne, dorośli decydują,  że trzeba wysłać go do szkoły. No ileż można siedzieć w domu i za przyjaciela mieć Anioła Stróża z alergią na pierze, talentem do dziergania bamboszków i zamiłowaniem do sprzątania (i tu nastąpiła kolejna fala wzruszeń, jak również licznych reminiscencji, jako, że dokładnie tak samo odbyło się to w moim osobistym przypadku wysłania mnie do przedszkola, to znaczy argumenty o mieniu za jedyne towarzystwo anioła z alergią na pierze nie padały, za to te inne, o byciu dziwnym dzieckiem, któremu dobrze zrobi towarzystwo innych dzieci, o rozszerzaniu horyzontów i zmianie otoczenia jak najbardziej) .

Bożydar Antoni Jakiełłek, zwany Bożętym, nie jest tym, oględnie mówiąc, zachwycony, bo niby dlaczego miałby być, skoro dobrze mu w domu? Decyzja jednak została już podjęta, Bożek zostaje uczniem, i to nawet bez większych oporów, ponieważ dano mu czas, by oswoił się z nieuniknioną zmianą, a na skutek wielu nie do końca zrozumiałych dla chłopca rozmów, upstrzonych wspomnieniami ze szkolnych lat wszystkich dorosłych mieszkańców dziwnego domu nawet się trochę tą cała szkołą zainteresował, ale...

No właśnie, ale. 

Niby nie jest całkiem źle, ale nie jest też całkiem dobrze. Bożkowi szkoła się podoba (budynek, znaczy się), podoba mu się sala lekcyjna, ma miłą panią i z jednej strony przejawia zainteresowanie grupą nowych szkolnych kolegów ("Tomek i Bartek najlepiej teraz lubią kanapki z pasztetem i ogórkiem, więc Michał i Kajtek, i Witek też najlepiej lubią teraz kanapki z pasztetem i ogórkiem, więc Karol i Franek też, więc on sam teraz też najbardziej lubi dostawać kanapki z pasztetem i ogórkiem i nie chce dostawac do szkoły niczego innego", skąd ja to znam, alleluja). A z drugiej strony chłopiec boleśnie, coraz boleśniej odczuwa, jak bardzo jest z boku, jak bardzo jest inny, Ten Dziwny z III B, ten cudak, co nie wie, co to jest FIFA i transformersy, i ma tylko pół drzewa genealogicznego z doklejonymi do niego wujkami, którzy się nie liczą za rodzinę, i na bal przebierańców nie przyszedł w stroju Spidermana tylko Anioła z celofanowymi włosami i dziewczyńskimi skrzydłami.

Ten bal przebierańców stanowi kroplę przelewającą kielich goryczy. Wyśmiany i poniżony Bożek wybiega ze szkoły, nie zauważony przez nikogo. I znika.

Zdarzało mu się już wcześniej znikać. Tyle tylko, że... nie za bardzo. Troszkę. Nie na poważnie. I szybko się znajdował.

A teraz Znika Na Poważnie. Trafia w Zaświaty, a stamtąd bardzo trudno jest wrócić. 

O Zaświatach, o wyprawie ratunkowej, o tym, kto ją podjął, czemu, z czym musiał stanąć twarzą w twarz, z czym walczyć, czego się o sobie dowiedzieć - nie napiszę ani słowa, i nie dlatego, że nie chcę spoilerować (c'mon, każdy z moich Kochanych Czytelników wie, że moje, ekhm, recenzje to jest spoiler na spoilerze spoilerem popychany, podejrzewam, że po prostu nie potrafię popełnić recenzji zgodnej z Regułami Gatunku), ale dlatego, że to jest to coś Naprawdę Straszne, o czym uprzedza Autorka, prawdziwa Magia, pełna grozy, to, z czym musimy stanąć sami twarzą w twarz i stawić temu czoło, co bywa jakże często i niełatwe, i bolesne dla naszego "ego". A przy tym rzecz łapie człowieka za gardło i trzyma, i ja wiem, że uchodzę (wśród niektórych moich Kochanych Czytelników) za osobę niekoniecznie obiektywną, a nawet, co będziemy ściemniać, całkowicie nieobiektywną jeśli chodzi o twórczość Marty Kisiel, i pewnie czasem bywam nieobiektywna, ale TO jest naprawdę wspaniałe, mądre, piękne i, och, takie warte przeczytania (tak, wiem, same "och" i "ach" i jak tak można, ale ja zawsze uprzedzałam, że nie umiem pisać pozytywnych recenzji).
 
Ta książka to znakomita lekcja tolerancji - opowieść o tym, że inne i dziwne nie oznacza złe, ale - bardzo często - "wyjątkowe". Że każdy jest tak naprawdę trochę inny. I że boi się być inny, więc stara się być taki, jak wszyscy. O tym, że ciężko jest być innym, mówić o tym, co się lubi (a także o tym, czego się NIE LUBI) i co chcemy osiągnąć. I  jak bardzo trudno jest pozostać sobą, gdy chęć, by być częścią grupy walczy w nas z pragnieniem, by pozostać wiernym temu, co lubimy i kochamy. Pierwsze przeszkody, szkolne niesprawiedliwości i dziecięcy bunt stają się pretekstem do opowiedzenia o czymś innym, o czymś, z czym nie radzą sobie również dorośli. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, o pragnieniu przynależności do grupy i potrzebie akceptacji, i o tym, czy warto o tę przynależność walczyć za wszelką cenę.

A także o trudnym etapie dorastania, wychodzenia ze swojej komfortowej norki w wielki, obcy świat, o tej chwili, gdy coś się kończy, a my tego, co się kończy, trzymamy się kurczowo, bo nie widzimy jeszcze, że równocześnie zaczyna się coś nowego (i, kto wie? może lepszego).

Ale przede wszystkim to opowieść o życzliwości i miłości, która nie zawsze jest dla nas tak oczywista, jakbyśmy chcieli, o przyjaźni i poświęceniu, i - jak zwykle u Marty Kisiel - o tym, co jest NAPRAWDĘ WAŻNE, ale co to jest sam sobie odpowiedz, Czytelniku, bo Autorka ci tego łopatologicznie ne wyjaśni (i za to ją też kochamy).

Marta Kisiel napisała świetną książkę, świetną i piękną, i wcale nie dziwię się tym, którzy uznają ją za najlepszą w jej dotychczasowym dorobku. Podobno "pierwszą dla dzieci", ale ja jakoś nie zauważyłam :). Co prawda to dla mnie też typowe, nie czynię rozróżnień (w każdym razie od momentu, gdy książka wyjdzie poza zdania pojedyncze o "Wesołych przygodach małej żyrafki", drukowanych czcionką nr 66), książka ma być dobra i w interesujący sposób opowiadać historię, a czytelnik ma być traktowany poważnie, bez względu na pesel. Ta taka jest. (Młodzi) czytelnicy traktowani są jak istoty myślące, jest zabawnie, ale jest i nieco strasznie. Pisać o ważnych sprawach, nie popadając przy tym w moralizatorstwo albo nachalny dydaktyzm, jest trudno, ale Marta Kisiel robi to z humorem i wyczuciem, i nie stosując taryfy ulgowej - bo przecież opowieść jest "dla dzieci", więc nie może być w niej długich słów, łamańców językowych, piętrowych przenośni ani humoru słownego, ani poważnej treści pod humorem słownym. Tu mamy to wszystko, plus dodatkowo i Prawdziwą Grozę, i literaturę romantyczną, i genialne ilustracje Pauliny Wyrt, no pokażcie mi drugą taką książkę!

Tego, że "Małe Licho" zachwyci tych, którzy już wcześniej popadli w uczucie w temacie "Dożywocia" jestem absolutnie pewna, i równie pewna jestem, że stanie się zachętą dla całego grona nowych (i wcale niekoniecznie młodych) czytelników, by sięgnąć po tytuły, które (dorośli) wielbiciele twórczości Ałtorki już znają.

Trochę im zazdroszczę tego, że mają te przygodę jeszcze przed sobą.


Za to, że w tę konkretną podróż dane mi było wyruszyć nieco wcześniej niż innym pozostaję Autorce nieodmienni wdzięczna.

(i wszystkie Potomki, ze szczególnym uwzględnieniem Pompona Starszego, też).







*dowcipnych i zazwyczaj anonimowych komentatorów, którym zdarza się wpaść na bloga z informacją, że nie żaden "cały" tylko "kółko wzajemnej adoracji", a w ogóle "to co my widzimy w tym małym poczochranym i zasmarkanym - fuj - aniołku" już teraz informuję, że "cały internet" to taka figura stylistyczna i nic nie stoi na przeszkodzie, by się wyniośle do tej plebejskiej "całości" nie zaliczać.

środa, 5 grudnia 2018

Przedświątecznie

Mamusia Królowej Matki (przystępując do pakowania podarunków świątecznych dla Ukochanych Wnucząt, przysypana pudełkami, pudełeczkami oraz torebkami w reniferki, wyplątując się z kilometrów bieżących wstążek, tasiemek i sznureczków i podtykając Królowej Matce pod nos zwój aksamitki z nadrukiem) - Przeczytaj mi, bo nie widzę, co tu jest napisane, chyba nie "Ostatnie pożegnanie"?

KURTYNA TAK BARDZO.

czwartek, 29 listopada 2018

Post uprzedzający

Wieczór. Późny, rzec by było właściwiej noc, dyskretne poskrzypywanie schodów  daje Królowej Matce znać, że któryś z jej Potomków nie śpi i schodzi na dół, pchany jakąś przemożną potrzebą .

I rzeczywiście.

Potomek Starszy (zgrabnie wślizgując się w te kilka sekund między nabraniem przez Królową Matkę powietrza, a wyrzuceniem z jej macierzyńskiego łona szeregu emocjonalnie nacechowanych słów) - Mamo. Czy była w twoim życiu chwila, chociaż jedna, w której ja cię naprawdę, ale tak naprawdę zawiodłem?

Królowa Matka (decydując się na wypowiedzenie niekoniecznie tych słów, które miała na końcu języka jakieś dziesięć sekund wcześniej) - Ależ oczywiście, że nie, mój ty synusiu, to, ti ti ti ti, chodź tu do swojej mamusi, mój ty Muminku!!!

Potomek Starszy (wyplątując się z matczynych objęć i przypatrując się Królowej Matce uważnie) - Nie krzyczysz...  nie każesz natychmiast iść do łóżka... przytulasz mnie... wyściskujesz... tak miło do mnie mówisz... (podejrzliwie łamane przez oskarżycielsko) Znowu naczytałaś się czegoś głupiego w internecie?!

Tak, że tego.

Gdyby Królową Matka zniknęła stąd na dłużej może to oznaczać, że ma szlaban.



Inna rzecz, że teraz widać ja na dłoni, jak gorzki i pozbawiony wszelkich pozytywnych emocji żywot pędzi Potomek Starszy w chwilach, gdy Królową Matka jest sobą i nie czyta niczego głupiego* w internecie!

*rzekomo!!!

niedziela, 25 listopada 2018

O (prawie nieograniczonej) ciekawości

Wczesne popołudnie w domu Babuni, pora obiadowa, Pacholątka siedzą karnie na krzesełkach i konsumują.

Pompon Starszy (podstępnie a frywolnie przekładając rękę przez szczeble krzesła, dźga Potomka Starszego w bok).

Potomek Starszy (przez zęby) - Przestań to robić.

Pompon Starszy (jak wyżej).

Potomek Starszy (bardziej przez zęby) - Przestań_to_robić. Natychmiast (na widok paluszka Pompon Starszego, niewinnie a podstępnie sunącego w stronę swego boku dając się porwać Wrodzonemu Temperamentowi oraz Rozchwianej Gospodarce Hormonalnej, jakże typowej dla czternastolatków) NATYCHMIAST, powiedziałem, bo jak mnie jeszcze raz dźgniesz to ja wezmę widelec, a tak się składa, że mam go akurat w ręce, i PRZYBIJĘ CI TĘ GŁUPIĄ ŁAPĘ DO PORĘCZY FOTELA!!!

Pompon Młodszy (stoicko) - Och. Chciałbym zobaczyć taką przybitą rękę! (korzystając z faktu, że Królowa Matka zatchnęła się zmierzającą pod adresem Potomka Starszego reprymendą; tonem niezbędnego wyjaśnienia) Oczywiście pod warunkiem, że nie byłaby to moja ręka.

Czyli ciekawość świata, która przepełnia Pacholątko niczym hel wypełnia balon ma (jeszcze) swoje granice...

piątek, 9 listopada 2018

O byciu ofiarą prześladowań

 Droga ze szkoły do domu, przemierzana spacerowym krokiem przez Królową Matkę, Pompony, oraz niejakiego Kacpra, Który Się Bije Ale I Tak Go Lubimy.

Pompon Młodszy (tonem luźnej konwersacji) - I dostałem dziś czarną kropeczkę, mamusiu.

Królowa Matka (bez szczególnego zdziwienia) - O. A za cóż to?

Pompon Młodszy (jak wyżej) - Za nic.

Królowa Matka (wpadając w ton luźnej konwersacji, narzucony przez Pacholę) - Czy być może. 

Pompon Młodszy - No. Za nic.

Królowa Matka (w ramach koniecznego uściślenia)- Mam rozumieć, że pani wkroczyła dziś do klasy, chwyciła czarny pisak i zaczęła stawiać czarne kropy, drwiąco przy tym rechocząc. 

Pompon Młodszy - Tak.

Królowa Matka - I zupełnym przypadkiem trafiło akurat na ciebie.

Pompon Młodszy - Tak.

Królowa Matka (powątpiewająco) - ...

Pompon Młodszy (idąc na ustępstwa) - No, może się obejrzałem za siebie.

Królowa Matka - ...

Pompon Młodszy - ... raz czy dwa...

Królowa Matka (stoicko) - Aha.

Pompon Młodszy - I powiedziałem słowo...

Królowa Matka - Słowo. 

Pompon Młodszy (doprecyzowując) - ...czy tam dwa słówka...

Królowa Matka - Aha.

Pompon Młodszy - I jeszcze żułem gumę.



A poza tym to za nic.

czwartek, 25 października 2018

Pogodne zapiski z pracy Pompona Starszego na polu ubogacania polszczyzny

Pompon Starszy (wpadając zadyszany z ogródka) - Mamo, mamo, możesz przyjść? Bo mi piłeczka, wiesz, ta kauczukowa, wpadła do trunmy, możesz ją wyjąć?

Królowa Matka (wzdrygając się nieznacznie) - Do czego?

Pompon Starszy (niecierpliwie) - Do trunmy. Chodź, wyciągnij ją!

Królowa Matka (osłupiała) - Do trumny? Do jakiej, na wszystkich bogów żywych i martwych, trumny?!

Pompon Starszy (bardziej niecierpliwie) - No do trunmy, tej, co mamy w ogrodzie.

Królowa Matka (nie umiejąc pohamować zaniepokojonego rzutu oka w kierunku sielskiego, na pozór, ogrodowego krajobrazu pełnego złotego i purpurowego listowia, jak również świergoczących na winorośli ptasząt) - My nie mamy w ogrodzie żadnej trumny!... chyba?

Pompon Starszy (zdecydowanie) - Mamy, na dachu.

Królowa Matka (tępo) - Co.

Pompon Starszy (już się z deczka gotując w sobie) - Mamy. Na dachu. Ojej, no chodź do ogrodu wreszcie!!!

W ogrodzie.

Królowa Matka (tonem Archimedesa wyskakującego z wanny) - Ach! Do rynny!!!

***

Pompon Starszy (prześledziwszy w towarzystwie Wyrodnej Matki jakiś niestosowny dla swego wieku odcinek "Ojca Browna" lub też innych "Morderstw w Midsommer"; z żywym zainteresowaniem) - Mamo, a czy istnieją kobiety-morderki?

***

Pompon Starszy (do Pompona Młodszego, który wpadł do pokoju płonąc chęcią podzielenia się jakimś epokowym a właśnie dokonanym odkryciem w rodzaju "Mamo, mamo, mamy GIGANTYCZNE mrowisko pod schodami werandy!!!"; z politowaniem) - No, naprawdę, ależ odkryłeś Aremykę!

***

Pompon Starszy (pochłonięty rysowaniem Magicznych Swiatów, w których lubi się od czasu do czasu pogrążać) - Mamusiu, a jakie ty stworki w swojej wyobraźni lubisz najbardziej? Z jednym oczkiem czy z dwoima?

***

Pompon Starszy - Mamo, czy mogę dostać na kolację twoje śliwkowe powindła?

Królowa Matka (mechanicznie) - Powidła.

Pompon Starszy (powtarza) - Powindła.

Królowa Matka - Powidła.

Pompon Starszy - Powindła.

Królowa Matka - Jakie powindła, jakie powindła. Powidła.

Pompon Starszy - Powindła. Nie. Powindła... powindła...

Królowa Matka (z naciskiem) - Po-wid-ła.

Pompon Starszy (ze znacznie większym naciskiem) - No przepraszam, że nie mówię wyraźnie, ALE NIE MAM CZTERECH ZĘBÓW!!!


Co wyjaśnia w zasadzie wszystko.

Albo przynajmniej prawie.

środa, 24 października 2018

Pompon Starszy ma marzenie albo post dekonspirujący

Pompon Starszy (rozmarzonym tonem) - Bo tak właściwie to ja bym tak chciał dostać jedynkę!

Królowa Matka (zatykając się właśnie przekąszanym chrupkiem kukurydzianym i wywalając - excusez za prymitywne wyrażenie, ale tylko ono pasuje do opisywanych faktów - oczy na swoje przed-najmłodsze Dziecię) - Yyyyy?

Pompon Starszy (tym samym tonem, romantycznie wbijając melancholijne spojrzenie w dal za oknem) - Albo chociaż czwórkę... ale najbardziej jedynkę! Taką PRAWDZIWĄ, PORZĄDNĄ jedynę! Mógłbym się wtedy poczuć jak... jak...

Królowa Matka (gwałtownie zainteresowana) - No, no, jak kto?

Pompon Starszy (odwieszając się, z mocą) - Jak Mikołaj!

I to by było na tyle w kwestii (braterskiego) zapatrzenia we właściwe wzorce.


sobota, 6 października 2018

Zapiski z hodowli nastolatka, epizod pierwszy

Królowa Matka (zasadniczo w kierunku swoich Pacholątek, a tak naprawdę w szeroko pojętą przestrzeń, dość beznadziejnie) - ... I czy ja bym mogła żywic nadzieję, że w końcu któryś z was przestanie wkładać do lodówki puste opakowania po serku? Albo butelki po mleku? I jeszcze - to oczywiście wspaniale, że składacie ubrania w estetyczną kosteczkę, ale dlaczego ta estetyczna kosteczka spoczywa w miejscu, w którym się rozbieraliście, na przykład na środku dywanu, albo obok zlewu w kuchni, albo...

Potomek Starszy (pochylając się ku Mamusi, kładąc jej palec na ustach i zniżając głos do czegoś, co za parę lat będzie namiętnym barytonem) - Ciiiii... nie mów już nic więcej, chiquita...!

Hm.

Oto do czego podręczniki tresury i chowu dzieci nie przygotowują.