czwartek, 21 stycznia 2016

Puchowy śniegu tren oraz inne okoliczności przyrody (i nie tylko)

Puchowy śniegu tren ma obecnie formę nieco przydeptaną, jako, że świeży śnieg nie padał od trzech dni, ale co Dzicz to Dzicz jednak, i ,nawet przydeptany, ten śnieg jest w zupełnie innym stopniu przydeptania niż śnieg miejski.

Potomki wylegają przed dom poowijane szalikami, które się natychmiast rozplątują, z naciągniętymi na uszy czapkami, które natychmiast spadają na nos (albo na oczy, albo prosto w puchowy śniegu tren) i w rękawiczkach, które są natychmiast zdejmowane, gdyż zawadzają w robieniu śnieżek. Ponadto w Domu w Dziczy występują dwie sztuki sanek - jedne z oparciem, jedne dla twardzieli, bez oparcia, Potomków jest czworo, ale walk o to, kto będzie jeździł na czym prawie nie ma, gdyż Pompon Młodszy nie wyraża zainteresowania jakimiś tam sankami. Zamiast tego zbiera niejakie Śniegusie, które niesie w czułym objęciu na werandę i ustawia przed balkonowym oknem tak, by mieć je na oku nawet wtedy, gdy Wredna Matka zapędzi go w domowe pielesze. Śniegusie są to, że Królowa Matka wyjaśni, zbrylone grudy śniegu (a w zasadzie już lodu) różnej wielkości, które to grudy Pompon Młodszy pieczołowicie wykopuje z pobocza drogi, oczyszcza z piasku i innych przyklejonych listków i upiera się, by je wziąć do domu, gdyż im zimno. Mamy ich na werandzie sporą kolekcję z tendencjami wzrostowymi, bo z każdego spaceru Pompon Młodszy przynosi Śniegusiów więcej, dziś na ten przykład pięć. Jeśli zima nie odpuści, pod koniec ferii okno balkonowe będziemy mieli zamurowane Śniegusiami tak do połowy, co najmniej.

Poza jazdą na sankach, powiększaniem kolekcji Śniegusi i czytaniem lektur szkolnych (pogląd Potomka Starszego ewoluował od nienawiści w stanie czystym do "Ta Ania to całkiem fajna jest!", co możemy uznać za triumf) Potomki wraz z Królową Matką obejrzały też film "ESD" według dwóch części Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz, przy czym Królowa Matka oglądała rzecz zdegustowana w najwyższym stopniu, jęcząc co chwila i wyrażając swój dyzgust wyrażeniami niekoniecznie parlamentarnymi, chociaż powinna się opanować raz - z powodu siedzącej obok niej progenitura, a dwa - ze względu na to, ze widziała dzieło już wcześniej i wiedziała dobrze, czego się można po nim spodziewać.

Mimo to wciąż ją na nowo zaskakiwało, na jak bardzo wielu poziomach "ESD" to jest film zły, a jako ekranizacja - gorzej niż zły.

Oczywiście wie, że film posługuje się zupełnie innymi środkami wyrazu niż książka, oczywiście jest świadoma, że reżyser ma prawo do pokazania swojej wizji, a co więcej film powinien być zrozumiały dla widza który książki nie przeczyta, a nawet zgadza się (zasadniczo) z prawem reżysera o decydowaniu o obsadzie. I dlatego na przykład obsadzenie ciemnej szatynki z warkoczem do pasa w roli blondynki z krótko obciętą, postrzępioną, słomianą strzechą włosów, a krótko obciętego rudzielca z włosami postawionymi na żel (czy też raczej, zważywszy epokę, cukier) w roli też rudzielca co prawda, ale z szopą niesfornych loków nie powinno mieć dla odbioru dzieła filmowego żadnego znaczenia, gdyby.

Gdyby nie to, że wygląd zewnętrzny Gabrieli ma znaczenie dla fabuły - i to że wygląda jak "duży zaniedbany chłopak", i że ma krzywą czuprynę przyciętą własnoręcznie, i że ma w nosie kolory ziemi i nie czuje w sobie Romantycznego Motyla, to wszystko jest wyraźną manifestacją jej charakteru. Podobnie Ida - przecież ta szopa rudych loków (Rudy Kościotrup!) i jej obcięcie jest jakimś krokiem naprzód na drodze do odkrywania (i kreowania też, a czemu nie) siebie, a tu mamy nastolatkę sztucznie deklamującą przed lustrem "Jestem piękna i wspaniała", chociaż nic się w niej zmieniło poza tym, że włożyła na siebie koszulę ojca. Uwodzicielskiego blond-Pyziaka bez stalowego błysku w oku jakoś by Królowa Matka przełknęła, ale Mila bez siwego, w domyśle eleganckiego, choć skromnego koczka tylko z kiepską trwałą zmienia odbiór postaci - bo przecież wiadomo, że Mila taka nie jest, tym się różni od innych, pracujących w domu mam, no i poza tym mama Borejko nigdy nie zrobiłaby sobie trwałej - nie ta (BARDZO nie ta!) estetyka , a poza tym wymyślona przez Małgorzatę Musierowicz postać z pewnością nie wydałaby na siebie tyle pieniędzy, przecież nawet na bukiet kwiatów (i to w samym środku sezonu, gdy kwiaty kosztują grosze) dla siebie jej szkoda.

Pisze to wszystko Królowa Matka po to, by z jej krytyki nie wynikało głównie, że film był nie taki, bo bohaterowie mają inne włosy niż sobie wyobrażała :). Ale jednak, skoro w pierwowzorze literackim na co drugiej stronie (przez całą serię, dodajmy) wspomina się krzywo przycięta strzechę popielatych kosmyków, na widok wpadającej z rykiem na ekran brunetki z warkoczem do pasa można odczuć lekki dyskomfort. W takiej sytuacji, skromnym królewskomatczynym zdaniem, tylko jedna rzecz reżysera usprawiedliwia - wielki talent aktorki, którą obsadził wbrew warunkom.

A w ogóle, choć oczywiście i w tym się Królowa Matka zgadza, że reżyser nie musi - a czasem nie powinien ;) - dosłownie "przerysowywać" postaci z książek, to są takie książki, w których bohaterowie są jednak tak wyraźnie "narysowanie" przez autora, ich opis tak konsekwentnie podkreślany - w komentarzach postaci, w komentarzach odautorskich, czasem też w ilustracjach, - że może jednak należałoby się tego trzymać? Z szacunku dla czytelnika/widza. Królowa Matka nie sądzi, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która czytała "Kwiat kalafiora", a która, zapytana o opis Gaby wahałaby się przy określeniu koloru i długości jej włosów, koloru oczu. Nie należy się więc dziwić, że skoro widzi się aktorkę aż tak odbiegającą od wyrobionego podczas lektury wizerunku jest się na "nie" już na początku. Wybitnego dzieła by trzeba, by to początkowe "nie" zatrzeć.

Czyli czegoś, co w tym wypadku nie zaistniało.

Bo gdyby w tym filmie pojawiły się takie kreacje, że zapomina się że postać wygląda inaczej niż powinna, można by to przełknąć. Ale tu jest Gaba cedząca słówka ze złośliwą ironią, względnie rycząca głosem kaprala (wie Królowa Matka, wie, w książce też ryczała na początku, no, ale potem był jakiś rozwój postaci, jakaś ewolucja, jakieś próby wcielenia się w Romantycznego Motyla, jakieś starania, by zbliżyć się do małych sióstr), agresywna, niesympatyczna osoba, w której ten blond Pyziak zakochał się z przyczyn całkowicie niezrozumiałych. Jest Ida, szorstka i niesympatyczna smarkula, Królowa Matka też była niesympatyczna w tym nieszczęsnym i nieszczególnie estetycznym wieku lat czternastu, ale o niej przynajmniej nikt filmów nie robił. Jest Janusz Michałowski nie jako roztargniony inteligent, ale mało przyjemny ignorant, nierzadko chamowaty, który burczy (rzadziej wrzeszczy) na ludzi, a to aktor, który by bez trudu mógł zagrać wierzbę płaczącą w szczerym polu albo książkę telefoniczną, więc za sposób, w jaki mówi do swej rodziny i znajomych wini Królowa reżysera dzieła.


W dodatku połączenie dwóch książek w jeden film sprawia, że nierzadko trafiamy w fabularne ślepe zaułki np. opinia pani Lisieckiej, że pan Borejko jest "dobrym człowiekiem" - przecież to "resztka" po książce, z akcją filmu nie ma żadnego logicznego związku, nie ma Królowa Matka pojęcia, skąd mogła mama upiornych braciszków Lisieckich wysnuć ten wniosek, stąd, że ją pan Borejko tylko wypchnął za drzwi, nie kopiąc w d... eeee.... w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę przy okazji? No i cały wątek z Lisieckimi i tabletkami - w książce są konsekwencje, tu właściwie nic, cała akcja tylko po to, żeby pani Lisiecka mogła wpaść na imieniny Ignacego z krzykiem: "Iduś, syneczka mi uratowałaś!" i najeść się tortu.

W scenariuszu poznaje Królowa Matka rękę pani Musierowicz, dialogi z filmu to w jakichś 80% dialogi słowo w słowo z książki, i to te najlepsze, cóż z tego, skoro wydeklamowane. I tutaj właśnie chyba Królowa Matka widzi powód niechęci pani MM do kolejnych ekranizacji: pisanie scenariusza to coś zupełnie innego niż pisanie książki, a scenarzysta nie ma żadnego wpływu na powstający film (przypominają się Królowej Matce wspominki Joanny Chmielewskiej o jej bitwach z Janem Batorym podczas kręcenia "Lekarstwa na miłość"), bo gdyby miał, to by nie pozwolił w pokoju Borejkówien powiesić plakatu z George Michaelem, ponieważ plakat jakiejkolwiek gwiazdy pop w pokoju jakiejkolwiek Borejkówny jest rzeczą nie do pomyślenia ;).

Ale największym problemem filmu "ESD" jest (dla Królowej Matki przynajmniej) zupełny brak uchwycenia ducha książek - gdyby go nie zabrakło fabularne zmiany nie raziłyby aż tak bardzo.

W dodatku przed oczyma duszy miała Królowa Matka plakat do filmu:


i wie świetnie, że Andrzej Pągowski wielkim artystą jest, uwielbia (większość) jego plakatów, docenia pomysł i inne takie, ale... no, nie, przeprasza, ale nie.

I gdy tak sobie siedziała, oglądała, snuła dywagacje, cierpiała wewnętrznie, a czasem jej się to wewnętrzne cierpienie uzewnętrzniało, obok niej siedziały Potomki i śledziły akcję z prawdziwym zainteresowaniem, ze szczególnym entuzjazmem przyjmując scenę pomalowania braciszków Lisieckich na zielono (wygląda na to, że przechodzenie na system represji wciąż przynosi w niektórych kręgach najlepsze skutki. Wzdech), a gdy film dobiegł końca Potomek Młodszy, po upewnieniu się: "Czy te książeczki, mamusiu, są dla mnie odpowiednie?" zagarnął pod pachę "Małomównego i rodzinę", i powędrował kontemplować utwór do swojej sypialni :).

Słowem - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło :D.

A teraz Królowa Matka oddala się w kierunku kuchni, piec ciasto miodowo-orzechowe. Pierwszy raz. Jeśli wyjdzie dobre, jutro na blogu pojawi się przepis.

Trzymajcie kciuki, Państwo kochane.

37 komentarzy:

  1. Matko, ten plakat to jak dla dzieła Kinga, nie ekranizacji Musierowicz. Brr!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Koszmarny, chocby nie wiem jak dobry graficznie i pomyslowy, jednak koszmarny...

      Usuń
    2. Może ma oddawać uczucia grafika wobec filmu (że to hooro co wyszło)? ;)

      Usuń
    3. Co do plakatu, moja teoria jest taka, ze autor czytal Jezycjade, a potem zobaczyl film i rozdzwiek nim wstrzasnal. Postanowil zatem popelnic plakat odstraszajacy widza, zeby zaoszczedzic ludziom cierpien.

      Usuń
    4. Jest to koncepcja, która do mnie przemawia z całą moca :D.

      Usuń
  2. ESD wyparłem dokumentnie. Tam, zdaje się, grał Krzyś Ibisz, który wtedy jeszcze wyglądał staro. Za to do dziś mam spazmy na wspomnienie filmowej Kłamczuchy, która lepiej zostałaby zagrana przez gromadkę ludzików z kasztanów. I nie pomogła Sława Kwaśniewska, skoro jej talent równoważyło beztalencie Tatiany Sosna-Sarny (Sosny-Sarno?).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierz mi, myślisz tak tylko dlatego, że wyparłeś ESD :D. Przy nim Klamczucha to arcydzieło, a Małgorzata Wachecka przynajmniej wyglądała jak Aniela. Chociaż może teraz ja wyparlam, Kłamczuchę widziałam sto lat temu, a ESD wczoraj...

      Usuń
    2. Owszem, wygląda, ale nic poza tym. No ale ok, nawaliła głównie młodzież, starej gwardii reżyserka dała pograć (a przynajmniej nie przeszkadzała).

      Usuń
    3. Co nie jest bez znaczenia (rzekła boleśnie Anutek, wspominajac na pana Borejke, chamsko wypychającego panią Lisiecką za drzwi gościnnego mieszkania przy Roosevelta 4...)

      Usuń
    4. Nie, to na pewno było 4, Roosevelta 5 to byli serdeczni, gościnni ludzie :D!

      Usuń
    5. N0 chyba że tak. Swoją drogą, czy Roosevelta ma numery parzyste?

      Usuń
    6. Ma. Własnie sprawdziłam :).

      Usuń
    7. Też sprawdziłem. Troszkę to chyba nie naprzeciwko siebie tylko.

      Usuń
    8. Wygląda na to, że nie :). Zygzakiem :))).

      Usuń
  3. na plakacie przynajmniej jest blondynka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (smutno) A powinna być ruda kędzierzawa...

      Usuń
    2. ale ze to Gaba niby. fryzura zaiste typu pierun w szczypiorek.

      Usuń
    3. Nie, to Ida. Miała byc, znaczysię.

      Usuń
  4. Mam dokładnie te same odczucia, nie jestem w stanie obejrzeć ESD bez ściskoszczęku i innych dziwnych doznań, Kłamczuchę da się obejrzeć, choć bez zachwytu. Plakat widzę pierwszy raz, do horroru w sam raz...
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja widziałam chyba jeszcze zanim zobaczyłam film, nie miałam urozy do filmu od razu na wejściu tylko dlatego, ze nie skojarzyłam, ze to plakat właśnie do niego ;)...

      Usuń
  5. Jakoś sobie zwizualizowałam tam pod tym plakatem, między jednym >ale< a drugim ("ale... no, nie, przeprasza, ale nie") jedno maluśkie słowo na K. Ja wiem, że KM takich brzydkich wyrazów nie używa, ale podświadomość moja jest uparta i cały czas tę "kwę" wrzuca. Jeden obraz wart tysiąca słów, jedna >KWA< wyraża moje uczucia po ujrzeniu obrazu.

    Tylko niech KM wyraźnie zaznacza Potomkom, że od bicia nikomu jeszcze poza Jeżycjadą męskości nie przybyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Używa, uzywa, odkad ma dzieci zwlaszcza ;). Ale się stara ograniczac.

      Akurat w tym trzykropku wspomniany wyraz nie przyszedl mi do głowy, ale może powinien ;D.

      Nie ma obaw co do bicia, wcale ich nie zamierzam zachęcać do czytania całej Jezycjady. Zobaczymy najpierw, czy "Małomówny" podejdzie :). Ale nawet jeśli podejdzie, do ostatnich części jeszcze masę czasu.

      A poza tym i tak zamierzam zniechęcać do "McDusi" na przyklad...

      Usuń
  6. Jak dla mnie chyba jedyną ekranizacjom,która dała radę jest seria o komisarzu Montalbano (chociaż najpierw widziałam filmy a dopiero,potem czytałam książki).
    Uboga Staruszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tego więcej. Lecz NIE TO :).

      Usuń
  7. Czy przeczytam tutaj recenzję najnowszego tomu Jeżycjady? Z wielką frajdą czytałam tekst o "Wnuczce do orzechów".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie planowałam, szczerze mówiąc. Nie wykluczam, ale i nie obiecuję :).

      Usuń
  8. Jak to się stało, że ja się nigdy nie natknęłam na tę ekranizację? No ale wygląda na to, że powinnam podziękować opatrzności, bo mogłabym nie zdzierżyć.
    Plakatu też wcześniej nie widziałam. Mam nadzieję, że mój mózg doznał na tyle dużej traumy, że szybko upora się z wyparciem go z mej świadomości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może się natknęłaś, ale - ujrzawszy kątem oka plakat - ominęłas ja w przekonaniu, że będziesz mieć do czynienia z ekranizacją Kinga skrzyżowaną z japońskim "Ringiem" ;).

      Usuń
  9. Jestem dość pedantyczna i strasznie mnie "rażą w oczy" takie różnice między książką a filmem :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też. Uważam, że jeśli reżyser ma wizję to powinien napisać scenariusz oryginalny i tę wizję sobie w nim realizować. Natomiast jeśli robi ekranizację, to powinien założyć, ze to, co napisał autor po coś napisane zostało i się tego trzymac.

      Dopuszczam wyjątki - lecz tu z wyjątkiem nie mielismy do czynienia.

      Usuń
  10. Właśnie obejrzałam ;)
    Moim skromnym zdaniem to się da obejrzeć, jeśli zapomnieć o książkach. Łyknęłabym nawet przebojowe "biedne zakompleksione stworzenie", gdyby nie wiecznie wk..wiona, pełna pogardy dla świata Gaba. Może to jakaś kuzynka reżysera?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla takiej kompromitacji kuzynka to za malo, córka co najmniej ;D!

      Też zauważyłam, ze da się oglądać, po reakcji Potomków własnie, bo jako ekranizacji sie nie da :). Jako zwykły film to nawet ma urocze smaczki (minus Gabriela ;)).

      Usuń
  11. Droga Królowo, dzięki tobie obejrzałam zapomniane ESD i chyba muszę ci podziękować. Film nabrał cudownej patyny, ta herbata w szklankach, taksówka jak z muzeum (chyba stara Wołga?), te ciuchy, przepaski na czole rodem z Woodstock i super modny kożuszek Pietraszaka czyli doktora Kowalika! Sam szał! Wtedy lekarze byli słabo opłacani, skąd on wziął takie topowe cudo? A zauważyła Królowa elastyczny golfik opinający słuszną sylwetę doktora? Kowalik wyszedł mi na prowadzenie. Arbiter elegancji!!!
    Z rozpędu obejrzałam jeszcze "Skradzioną kolekcję" i jak kiedyś nie mogłam tego przełknąc, tak teraz nie był to czas stracony. Z Chmielewską nie ma to nic wspólnego, ale prawie dorównuje "Filipowi z konopii". Warszawa bez samochodów! Pościg na pustej Trasie Łazienkowskiej! Ci wspaniali mężczyźni ujeżdżający podrasowane produkty FSO! I Brusikiewicz "całuję rączki", i ekstra nowoczesny szpital na Banacha! Dzięki Królowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę :D. Te smaczki mnie trochę urzekły (plakat George Michaela, moja psiapsióła miała identyczny, zazdrosciło jej pół mojej podstawówki :D). Golfik też wyhaczyłam, a jak.

      "Skradzionej kolekcji" wieki nie widziałam, musze sprawdzić, czy teraz, gdy wiem, ze to ekranizacja Chmielewskiej (nie wiedziałam tego gdy, dziecięciem będąc, ogladalam rzecz po raz pierwszy) bede cierpieć tak jak przy czyms, o czym wiem, że miało byc ekranizacją Musierowicz :D.

      A może skupię się jedynie na smaczkach :D.

      Usuń
    2. Smakuj smaczki, droga Królowo, bo tam niczego więcej nie ma. A słodka Stefcia Rudecka w roli Janki... Żal serce ściska. I cudowny klej ukradziony z "Krokodyla", nie mam słów. Ale patyna zrobiła swoje i da się oglądać dla ówczesnych realiów, lepiej niż rosyjskie "Całe zdanie nieboszczyka", chociaż z tego akurat serialu Chmielewska była zadowolona i twierdziła,że to najlepsza ekranizacja.

      Usuń
  12. Plakat jest genialny, absolutnie mój styl... Ale do Musierowicz? Przecież to się nadaje do horroru o opętaniu albo dramacie o rodzinie patologicznej.

    OdpowiedzUsuń