wtorek, 2 grudnia 2014

Tam, gdzie Licho nie śpi

Jakby co, to Królowa Matka uprzedza, ze to nie jest recenzja, tylko same spoilery. 
Jak zwykle.

Schemat jest powszechnie znany nawet początkującemu czytelnikowi:

jest Ona, lat między trzydzieści a czterdzieści. Ona znajduje się na zakręcie życiowym, który to zakręt najczęściej związany jest z jakimś Onym. On odszedł był, wymienił na młodszy model, w radykalnych przypadkach zszedł był z tego świata albo wcale go nie było i nie chciał się nijak objawić, więc Ona odczuwa imperatyw, aby wszystko zacząć od nowa przy pomocy nabycia /odziedziczenia / wynajęcia/ dostania w prezencie rozsypującej się chałupy na, excusez, zadupiu, którą to chałupę pracą własnych rąk oraz ujawnionym nagle w pięknych okolicznościach przyrody pomyślunkiem zamienia w prężnie działające gospodarstwo agroturystyczne/ manufakturę ręcznie wyrabianych kosmetyków, które okazują się hitem na rynku/ pracownię rękodzielniczą, której wytwory: patrz wyżej, względnie zostaje autorką bestsellerowych powieści. Na szczęście ma na to czas i możliwości, bowiem szczęśliwym zbiegiem okoliczności zawsze pracuje zdalnie, przez internet i inne komputery, i nic jej nie zmusza do siedzenia w biurze dzień w dzień od ósmej do szesnastej. Lokalna ludność, początkowo niechętna dziwacznej miastowej zostaje w końcu za sprawą jej ujmującej osobowości ugłaskana i oswojona, i pędzi z pomocą "tej naszej pani z miasta" przy każdej okazji i bez okazji, a właściwy On też się znajduje, chociaż, cóż za przypadek, nigdy nie jest prostym autochtonem parającym się uprawą w pocie czoła trzech hektarów nieużytków po oćcach, tylko też pisarzem bestsellerów, właścicielem lokalnych latyfundiów lub tajemniczym milionerem odpoczywającym w okolicy po jakimś traumatycznym doświadczeniu życiowym. W każdym razie pod koniec książki wszyscy są szczęśliwi, waląca się rudera okazuje się właściwym miejscem na ziemi (w międzyczasie przechodzi zresztą drogę od walącej się rudery do gustownego siedliska wśród łąk, pól i innego łona natury), miłość kwitnie, a niekiedy także owocuje, ptaszęta śpiewają, sarenki podchodzą ufnie, by jeść Jej i Jemu z ręki, jednorożce mienią się tęczą, zachód słońca zachęca, by odjechać w jego stronę, normalnie cud miód i orzeszki.

Tylko, że wcale nie, a już wcale, wcale, w ogóle i absolutnie nie w przypadku


"Dożywocia" Marty Kisiel.

Przede wszystkim Ona jest Nim i nazywa się Konrad Romańczuk. Ruderę otrzymuje w spadku po zmarłym w kawalerskim stanie i bezpotomnie przodku, i bynajmniej nie jest to ten rodzaj spadku, który napełnia Konrada euforią i jawi mu się spełnieniem marzeń vel nową szansą. No, szansą tak, w pewnym sensie, Konrad bowiem został był rzucony (albo dyskretnie postraszony rzuceniem, w każdym razie rzecz się zaczyna sypać i trzeszczeć w szwach) przez niejaką Majkę, której zegar biologiczny i towarzyski zaczyna coraz głośniej tykać, i która zaczyna wywierać na Konrada coraz mniej dyskretne naciski w temacie zdeklarowania się, związania jakimś społecznie akceptowanymi więzami oraz puszczenia w obieg niepowtarzalnego konglomeratu ich wspólnych genów. Konrad nie chce się wiązać więzami ani społecznie wymaganymi, ani akceptowanymi, wobec idei puszczania w obieg genów czuje instynktowny opór, w związku z czym Majka robi w tył zwrot i odchodzi.

W tej sytuacji otrzymanie domu za miastem zaczyna się jednak jawić Konradowi jako dar od losu. Ach, myśli sobie mściwie, tocząc się wypakowanym po dach tico po podwrocławskich leśnych drogach, on jej jeszcze pokaże! zaprosi ją kiedyś od niechcenia od odziedziczonej daczy, leżącej ani chybi w jakichś szczególnie prześlicznych okolicznościach przyrody, oprowadzi po tych wysmakowanych wnętrzach, pełnych minimalizmu i oszczędnej elegancji, aż jej oko zbieleje i będzie po prostu zmuszona uznać, że wiązanie się i rozmnażanie jest przereklamowane i nie dla nich, dla nich, nieprawdaż, elity kulturalnej i trendsetterów, jakże dalekich od tych mieszczańskich potrzeb i oczekiwań jakiegoś tam społeczeństwa! I innych zegarów biologicznych!

Po czym podjeżdża pod odziedziczoną Lichotkę (Lichotkę!!! Już sama nazwa powinna była dać mu do myślenia!!!) i od pierwszego rzutu oka wie, że jego plany raczej się rypną, jako że wysmakowana podmiejska willa okazuje się być pseudogotyckim domiszczem pełnym wieżyczek, łuków i innych cholernych witrażyków. A gdy, stąpając ze chrzęstem po ruinie swych planów i nadziei, wchodzi do domiszcza okazuje się, że cholerne witrażyki są jego najmniejszym problemem.

Po pierwsze, w całym domostwie nie uświadczysz minimalizmu. Pluszowe kotary uświadczysz. Meble gięte i rzeźbione,  kobierce, dywany, portrety przodków na ścianach uświadczysz, całe góry haftowanych poduch, niewykluczone, że zabytkowych, ale w najmniejszym stopniu nie minimalistycznych, i owszem, łoża z baldachimem oraz fotele po pradziadku, zegary w stylu późnego rokokoko oraz figurki z porcelany przedstawiające pastereczki i gąseczki, to wszystko tak. Ale minimalizmu i oszczędnej elegancji w postaci szkła i metaloplastyki oraz monochromatycznej maziai w charakterze pojedynczego dzieła sztuki - niestety, nie, ani odrobiny.

Po drugie, i to jest jeszcze gorsze, dom ma lokatorów. I to nie byle jakich, bo, jak by to delikatnie ująć... cóż, delikatnie się nie da, więc waląc prosto z mostu - dożywotnich. Z tym, że mówiąc "dożywotnich" mamy tu na myśli Konrada, bo lokatorzy przeżyli już kilku dożywotnich lokatorów i nic nie wskazuje na to, by powiedzieli w tej kwestii swe ostatnie słowo.

Mamy więc Licho, Anioła Stróża, metr pięćdziesiąt ucieleśnionej dobrej woli, który, przyodziany w T-shirty zdobne w wizerunki bohaterów kreskówek i bambosze z pomponami, maniakalnie sprząta, kichając od czasu do czasu (ma bowiem alergię na pierze, a czasem nie starcza mu czasu i umiejętności, by wydepilować skrzydełka, a jak łatwo zgadnąć nie jest łatwo sięgnąć do własnych piór na środku własnych pleców, bez wątpienia potrafią to sobie Państwo wyobrazić) i upiększając wszechświat zgodnie z własnym, subiektywnym poczuciem piękna, na przykład czyniąc z białych króliczków różowe.


Mamy utopce w liczbie cztery sztuki, zajmujące najpierw łazienkę, a później, brutalnie wyrugowane z apartamentów, okoliczny staw, niestety, doskonale widoczny z okien domostwa.

Jest Krakers,  pradawny stwór z głębin odwiecznego zła, którego w 1836 przywołał bratanek pana Wincentego, niejaki panicz Zygmunt, pewnej nocy spalony pod drzewem przez prostą okoliczną ludność. Prosta okoliczna ludność uwinęła się z ludową sprawiedliwością tak szybko, że panicz Zygmunt nawet nie zdążył wymyślić i rzucić porządnej klątwy, o odesłaniu pradawnego stwora w głębiny odwiecznego zła nie wspominając, w związku z tym pradawny stwór zamieszkał sobie w spiżarce i zajął gotowaniem, ku któremu przejawiał wielkie zamiłowanie i talent, i które wpływało kojąco na jego mroczną, ekhm, duszę.

No i jest panicz Szczęsny, czy tez, by być precyzyjnym jak chirurgiczne cięcie skalpela, widmo panicza Szczęsnego, który palnął był sobie w łeb na grządkach kapusty za domem. Z miłości. Wywołany z grobu za sprawą dziewczęcia, które mu na grobie przysiadło, pomieszkuje w Lichotce już to się uduchowiając (robi się wtedy przezroczysty), już uziemiając, już to zajmując się poezją, już to prozą, w chwilach braku weny poetyckiej produkując bamboszki i szaliczki na drutach oraz rękawicę na macki dla Krakersa, a także haftując poduszki haftem krzyżykowym, już to eksperymentując z przyodziewkiem, fryzurą i makijażem. Doprowadzaniem Konrada do białej gorączki się nie zajmuje, to mu wychodzi naturalnie i od niechcenia, zupełnie bez wysiłku.

Poza światem nadprzyrodzonym Lichotkę nawiedza, a w niektórych wypadkach zamieszkuje, świat jak najbardziej realny pod postaciami kotki Zmory i różowego królika Rudolfa Valentino, drapieżnej i obdarzonej budząca podziw umiejętnością nie dostrzegania tego, co jej zaburza ocenę rzeczywistości agentki literackiej Konrada Kamilli, zwanej Carmillą oraz jej yorka, lokalnej ludności pod postacią dziewczyny do sprzątania oraz Szymona Kusego, stoickiego i obdarzonego nieludzką cierpliwością sąsiada - złotej rączki od wszystkiego, który powoli i starając się nie narażać Konrada na zbytnie wstrząsy wprowadza go w życie i działanie Lichotki, lokalnych autorytetów moralnych oraz ekologów.

Konrad nienawidzi tego wszystkiego.

Nie znosi tego domu, irytuje go Anioł, obawia się Krakersa, Szczęsnego udusiłby gołymi rękami gdyby nie fakt, że byłby to próżny trud. Poczucie obowiązku, o które sam siebie nie podejrzewał, każe mu ten dom remontować i doprowadzać do porządku, i troszczyć się o jego mieszkańców, ale co noc kładzie się spać wyczerpany, nieszczęśliwy i tęskniący za swoim dawnym życiem, dawnym mieszkaniem i tym wszystkim, co kiedyś, gdy był młody i głupi (czyli jakieś kilka miesięcy temu)  uważał za męczące i irytujące.

Bardzo, bardzo ładnie i wiarygodnie pokazane jest, jak zaczyna się do swego nowego życia, nowego domu i nowych towarzyszy życia przekonywać, a już zmiana stosunku Konrada do Licha sprawiła, że Królowa Matka - która, co może tobą wstrząśnie, Kochany Czytelniku, ale oto nadszedł czas prawdy - nie jest mamusią z powołania, wychodziła za mąż z przeświadczeniem, że nie będzie miała dzieci, bo po co jej to, brrr, nigdy nie ciamkała nad wózeczkami i nie cmokała nad maleńkimi skarpetkami, a zegar biologiczny nie tylko nigdy jej nie tykał, ale wręcz milczał jak grób, która za to potrafi tak z głębi serca zatęsknić za latami, gdy była bezdzietną i beztroską singielką, a gdy szykuje jej się dzień bez dzieci to się cieszy i ani jej w głowie nie postanie wykonywanie telefonów raz na dziesięć minut, aby ukoić dusze dźwiękiem głosu Ukochanych Pacholąt...

Otóż ta właśnie Królowa Matka, czytając o drodze, jaka przeszedł Konrad od najeżonego "co-to-w-ogóle-jest-jakiś-anioł-i-po-co-to-komu!!!" spadkobiercy niechcianego domu do czułego i troskliwego opiekuna, bujającego Licho na kolanach pomyślała sobie, że oto Marcie Kisiel udało się bardzo ładnie opisać jej drogę do macierzyństwa.

Na okładce "Nomen Omen" zacytowano recenzję głoszącą: "Marta Kisiel jest niczym Terry Pratchett, a nawet lepsza, bo on odkrył fabułę dopiero przy swojej czwartej książce, a jej udało się już przy drugiej".

I rzeczywiście, najczęstszym zarzutem w stosunku do "Dożywocia", z którym się Królowa Matka stykała było to, że nie stanowi ono fabularnego ciągu tylko coś w rodzaju zbioru opowiadań, połączonych osobami bohaterów i miejscem akcji. Przyznać trzeba, że o ile przez "Nomen Omen" Królowa Matka przeleciała lotem błyskawicy, z rykiem: "Paszli wszyscy won, MAMUSIA CZYTA!!!" na ustach, o tyle "Dożywocie" mogła sobie dawkować, rozdział po rozdziale, chwaliła to sobie jednak, bo pozwalało jej to poczynić konieczne przerwy na sen (czytała w łóżku wieczorami).

Przyczyną, dla której Królowa Matka również stawia "Nomen Omen" nad "Dożywociem" jest tematyka tego pierwszego, poruszająca tematy nie dość, że ważkie, to jeszcze rzadko (choć szczęśliwie coraz częściej) obecne w publicznym dyskursie. Podczas gdy "Dożywocie" jest książką stricte rozrywkowa (chyba, że coś Królowej Matce umyka, czego wykluczać nie można, a nawet nie należy).

Ale jaką książką rozrywkową!

Książką, w której znajduje się ogłoszenie matrymonialne następującej treści: "Lubię posiedzieć u kosmetyczki jak każda prawdziwa kobieta, poznawać nowe znajomości, chodzić z ziomami do kina i fajowskich klubów. Jestem totalnie odjechana na punkcie wizażingu. Nie szukam przygód, bo jestem wartościowa i znam swoje znaczenie. Szukam mężczyzny, który docenia prawdziwe kobiety, jakimi ja siebie reprezentuję". Ciesz się, Narodzie, że nie widziałeś Królowej Matki czytającej powyższe po raz pierwszy, wyjącej nad tym, chlipiącej, wydającej serię zduszonych (wieczór! dzieci śpią! Pan Małżonek gra!) jęków, a potem czytającą raz jeszcze, zachwycających się frazą, doskonałą, zastanawiającej się, czy bardziej doskonałe by jej się rzecz wydawała, gdyby została wymyślona przez Autorkę od pierwszej do ostatniej litery, czy gdyby została zaczerpnięta z reala jako emanacja czyjejś osobowości.

Książką, w której jest panna Aurelia Bercikówna, osoba obdarzona przez Królową Matkę instynktownym zrozumieniem i współczuciem. Pomimo chichotania nad opisem jej wyglądu i przemyśleń. Jakże się z nią Królowa Matka identyfikowała, jak bardzo dobrze to pamiętała, cóż, że była nieco młodsza, to miotanie przez namiętności (niekoniecznie związane z damsko-męskimi uniesieniami, chociaż te też) przytłumione rozpaczliwym przekonaniem, że wszelkie namiętności są zupełnie nie dla niej, plus ta kompletna nieumiejętność okazania się kuszącą, żywcem Królowa Matka, powiada Królowa Matka jak na spowiedzi.

No i książką, w której jest Licho. I tu Królowa Matka zamilknie, bo Licha opisać się nie da. Jest absolutnie słodkie i urocze, i Królowa Matka chce takie, ti, ti, ti. Jak ktoś czytał, to wie, o czym tu Królowa Matka bełkocze, jak nie czytał to i tak nie zrozumie i jedyne, co może uczynić, by zrozumieć, to przeczytać książkę.

Do czego Królowa Matka zachęca, jednocześnie wznosząc okrzyk (i łypiąc znacząco w kierunku Autorki) - Więcej Licha!




Oisajowi za udostępnienie Bezcennego i Obdarzonego Spersonalizowaną, Osobistą Dedykacją Egzemplarza pozostaje Królowa Matka nieustannie wdzięczna.


39 komentarzy:

  1. Same spojlery, doprawdy, za to entuzjazm wcale wysoki. Ja tam bym wolał Krakersa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacofany Szanowny to normalnie jakby początkujący na blogu był, toż moje recenzje to sa ZAWSZE same spoilery! Na szczęście Marta Kisiel to nie Konrad Lewandowski ;D.

      Ale końcówki nie zdradziłam! Przynajmniej to ;).

      (Idzie edytować post, wzdech, wzdech)

      Usuń
    2. Jak zdrzaźnisz Martę, to będziesz się modliła o Lewandowskiego :P

      Usuń
    3. To może usunąć recenzję, tak na wszelki wypadek? (zastanawia się)

      Usuń
    4. To jest pomysł, zostaw tylko ten kawałek przed zdjęciem okładki.

      Usuń
    5. (nieśmiało) Może z jeden akapit więcej?

      Usuń
    6. Nie ma sprawy, zostaw ten akapit z podziękowaniem dla Janka.

      Usuń
    7. Tego bym nie mogła pominąć :).

      Usuń
    8. Słusznie, bo to dobry kawałek jest :D

      Usuń
  2. Królowa w zupełności nie musi, albowiem ta recenzja cudowną jest !
    I to Oisaj pozostaje wdzięcznym niemożebnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ Oisaju, co Oisaj (płoni się i umyka oczami po kątkach ;)).

      Usuń
  3. Przed Królową padać na kolana należy za talent do formułowania wypowiedzi, które poruszają na równi z opisywanym Dożywociem:) I niech będzie ...apsik... Alleluja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Królowa się rumieni, iście jak panna Bercikówna na widok Konrada!

      Usuń
  4. To co ja w końcu mam czytać, Dożywocie, Nomen-Łomen czy Licho cholerne? Sorry, niekumata ostatnio jakaś jestem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, czego najpierw dopadniesz, a obstawiam "Nomen Omen" :D. "Dożywocie" jest nie do zdobycia (no, chyba, że jeszcze się gdzieś uda w e-booku kupić)...

      Usuń
  5. Trwam w niemym zachwycie i podziwie dla talentu Królowej Matki. Napisać recenzję tak, żeby po jej przeczytaniu natychmiast chciało się natychmiast łapać książkę, warknąć na domowników i zaszyć się z tęże książką pod kocem, coby przeczytać ją po raz n-ty... Chapeau bas i pozazdroszczę troszeczkę :) (Żebym ja tak umiała zrecenzować Eternę, wszystkie dusze na forum NAKW-y byłyby MOJE!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę się rumienię, od czubka głowy aż do pięt, dziękuję, dziękuję bardzo!

      Usuń
  6. Świetna recenzja! Zachęca do lektury, tak więc jutro wyruszam na łowy do biblioteki... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W bibliotece to może się gdzieś uchowało, bo rzecz jest tak bardziej nie do zdobycia...

      Usuń
  7. Witajcie szanowna Królowo Matko w gronie zalichotkowanych :)

    Apsik! Alleluja!

    OdpowiedzUsuń
  8. ło mamusiu, ja chcę przeczytać tą (a nawet tę ;) ) książkę :) Jak to ktoś wyżej napisał, masz Królowo Matko wyjątkowy talent do pisania takich recenzji, że chce się kurcgalopkiem lecieć do każdej możliwej biblioteki/księgarni w poszukiwaniu książki, którą KONIECZNIE trzeba przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo (tłumiąc obawy na myśl o tym, że potem może uznasz, że niepotrzebnie się po bibliotekach uganiałaś... :))

      Usuń
  9. Właśnie skończyłam czytać "Dożywocie", wchodzę na bloga Królowej Matki, a tu Licho! Generalnie zgadzam się co do każdego słowa z Królową, a prywatnie to chciałabym żeby mi się taki Krakers zalągł w kuchni. Scena jak się opiekuje yorkiem bezcenn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krakers, jak sądzę, jest marzeniem większości kobiet tego świata :). Moim też (mam nawet spiżarkę! - zachęca nieumiejętnie)

      Usuń
  10. Hehehehe... Ja tylko chciałam powiedzieć, że też "znam swoje znaczenie". Znaczy się ono znacznie, bo jest totalnie znaczące. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czy jestes totalnie odjechana w temacie wizażingu? Bo jeśli nie, to to znaczenie pewnie nie jest az tak znaczące, nie chcę cię martwić ;D...

      Usuń
  11. Zeby nie bylo, to tym razem przeczytalem recenzje do konca (Krolowa Matka nie bedzie miala wiecej wykretow, zeby nie pisac swojej wlasnej powiesci).
    Najbardziej podoba mi sie przekaz subliminalny, ktory nie wszyscy jednak zauwazyli (bo taka tez jest jego rola).
    Tylko uwazne przeczytanie recenzji pozwala odkryc jej drugie dno.
    Bo przeciez ktoz sie domyslil, ze bohaterem jest Wesoly Kon (Koń Rad), albo ze na tzw. ''wejscie'' jasno powiedziane, ze ''lichotka'', a jeszcze Krolowa Matka sama cytuje, ze ''Marta Kisiel jest niczym''.
    Osobiscie podziwiam talenta Krolowej Matki
    I to jedno piekne slowo, ktore mi brzmi... wizażingu... wizażingu... wizażingu... miod-cud-i-orzeszki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekaz subliminalny, mówisz... no to musze uwierzyć, że przeczytałeś, skoro to zauważyłeś, i to chyba kilka razy, w przeciwnym razie powinno ci to umknąć (albo nie takie to subliminalne jak powinno :D!)

      Wizażing wymiata, jest to i moje zdanie :).

      Usuń
  12. Więcej Licha!!! Zdecydowanie :D Czytełam tylko Dożywocie, druga część umknęła m i w wyniku a) bezczelnych kontaktów w wydawnictwie b) braku znajomych, którzy by kupili c) kompletnej sklerozy, że przecież człowiek ma urodziny po drodze czy coś.... O, święta idą, sobie zażyczę :) szczególnie po TAKIEJ recenzji :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak w papierze, to oznacza, ze masz nader hojnych i pragnacych cie uszczęśliwić przyjaciół :)...

      Usuń
  13. A mnie się "Dożywocie" nie spersonalizowało, bo Ałtorka nie wzięła była srebrnego markera, jak prosiłem. Tak, tak, ciągle będę wypominał :P A "Dożywocia" na razie nie powtarzam, bo odkładam na czas, kiedy będę w naprawdę czarnej d...ziurze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ALE JE MASZ! To juz wystarcza do poprawienia sobie nastroju w zasadzie na stałe, wystarczy w chwili depresji wejśc na Allegro i sprawdzić aktualne ceny ;D...

      Usuń
    2. Ale to za papier, a ja mam ebooka. Stąd zresztą srebrny marker, bo personalizowanie miało się odbyć na plecach Kindla :)

      Usuń
  14. Zacytowane ogłoszenie matrymonialne - daje przedsmak niestandardowej lektury...

    OdpowiedzUsuń
  15. Gdybym nie czytał i "Dożywocia", i "Nomen Omen", to po przeczytaniu recenzji (czy też, jak Majestat woli, spoilerów) autorstwa Królowej Matki, w tej chwili pędziłbym do biblioteki/księgarni/antykwariatu. (niepotrzebne skreślić)

    OdpowiedzUsuń