piątek, 31 października 2014

Jak złowić frajera, czyli Królowa Matka dotrzymuje słowa, część pierwsza

Pewnego pięknego dnia, nie tak dawno, dawno temu Królowa Matka, która dała się złapać na lep "lajków" na Facebooku, złożyła obietnicę. Otóż, obiecała Królowa Matka, jeśli Kochani Czytelnicy zrobią tak, że strona Królowej Matki dobije do pięciuset lajków, to Królowa Matka Kochanym Czytelnikom napisze, co tylko będą chcieli (i tu dodać trzeba, że świadomość, iż pierwsze, co wypłynie, to będzie zamówienie na recenzję jakiegoś dzieua Katarzyny Michalak miała Królowa Matka od pierwszej sekundy i nic jej nie zdziwiło tak jak fakt, że wypłynęła jako druga). Kochani Czytelnicy uwinęli się w godzinkę po czym zaczęli składać zamówienia, pierwsza - według kolejności składania zamówień - miała pójść recenzja "Dożywocia" Marty Kisiel, Królowa Matka zaplanowała ją na sam Halloween, bowiem obraz przedstawiający Lichotkę, a także znaczna część jej mieszkańców pasowała do świątecznego wystroju wnętrz, lecz, niestety, niestety, wpierw ukończyła Królowa Matka lekturę zamówionego "Ogród Kamili", doznała napadu szału i kolejność się rypła.

"Ogród Kamili" wygrał w głosowaniu z "Czarnym Księciem", Królowa Matka najpierw się ucieszyła (bo napoczęła jakiś czas temu "Czarnego Księcia" i znudził on ją tak niewyobrażalnie, jak żadna książka o ambicjach bycia kryminałem erotycznym nudzić czytelnika nie powinna), a potem, gdy nad "Ogrodem Kamili" zaczęła nudzić się jeszcze potężniej - zmartwiła, bo przecież wiedziała, że Kochani Czytelnicy oczekują krwistych opisów, podsumowań i innych takich, a tymczasem w niej rosło przeświadczenie, że co tu jest do podsumowywania, skoro przecież jeśli przeczytało się jedną książkę Katarzyny Michalak to tak, jakby przeczytało się wszystkie.

I rzeczywiście, z żelaznego repertuaru Autorki mamy w "Ogrodzie Kamili":

A) niewinną a słodką dzieweczkę, lat 24, tytułową Kamilę, która kompletnie, ale to kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka jest śliczna i urocza, bowiem w lustrze widzi "pospolitą, wychudzoną, szarą mysz ze szczurzą mordką i cielęcymi ślepiami".

 B) próbę gwałtu (a nawet dwie) na głównej bohaterce, bo wszak nie sposób wyobrazić sobie ciepłych, przyjemnych, niosących odprężenie i pasujących do tych ślicznych okładek z koronkami i subtelnym kwieciem książek dla "drimerek" bez próby gwałtu,

C) walący się dom w charakterze spełnionego marzenia, choć w tej wersji historii dom nie jest na zapadłej wsi, a otacza go różany ogród

D) "Bądź wierny. Idź" w charakterze motta, powtórzeniem którego rozpoczyna Herołina kolejne dni swego życia - Herbert przewraca się w grobie osiągając prędkość obrotową zbliżoną do tarcz w dysku twardym w naprawdę dobrym komputerze,

E) rysunek postaci romątycznych, który sprawia, ze Królowa Matka zaczyna serio podejrzewać, że targetem, w który celuje pani Michalak są góra czternastolatki, takie, które niewiele jeszcze wiedzą, ale sporo sobie wyobrażają. I tak dla przykładu: Herołina umawia się z Głównym Męskim Bohaterem na upojną noc, przygotowują się, on robi zakupy, jak to "jeszcze pudełko truflowych czekoladek w szampanie, butelkę dobrego likieru – kobiety lubią karmelowe alkohole – oczywiście bukiet purpurowych róż, mimo że Kamila ma ogród za oknem, to przecież lubi kwiaty nie tylko hodować, ale i dostawać", , kilka nowości wydawniczych, bo Kamilka kocha książki, idzie do fryzjera, wstępuje "do markowego sklepu po nową koszulę i marynarkę w stylu niedbałej elegancji,który tak bardzo sobie upodobał.", ("jak mała Kasia wyobraża sobie romantyczny wieczór" normalnie), ona sprząta, wymienia pościel, pucuje gniazdko miłości na błysk, umaja je bukietami róż - po czym on nie przychodzi. Ona czeka, różne myśli przebiegają jej przez głowę - on miał wypadek! umarł! zrezygnował, bo była "łatwa" (wszak według statystyk to jest najczęstszy powód rezygnowania z upojnej nocy z piękną kobietą)! spotkał kogoś piękniejszego i łatwiejszego! aż wreszcie około północy przychodzi SMS z informacją, ze matka Bohatera jest w szpitalu, bo miała zawał. I cóż myśli w tym momencie Herołina, mająca zdaniem autorki lat nie czternaście, ale dwadzieścia cztery? Oto "gdy przeczytała dwa krótkie, suche zdania: „Mama miała atak serca. Nie mogłem przyjechać”, po prostu wybuchła płaczem i płakała dotąd, aż rozczarowaną i zranioną do żywego, zmorzył ją sen. Gdyby te dwa zdania były nieco cieplejsze... Gdyby dopisał chociaż „Wybacz”, już nie mówiąc o „Kocham Cię”, może Kamila posłałaby cieplejszą myśl Julicie i umierającemu pewnie z niepokoju o matkę Łukaszowi, ale to było: „Nie mogłem przyjechać”. Tylko tyle."  (podkreślenia, oczywiście, Królowej Matki) , i w tym momencie Królowa Matka zrobiła przerwę w lekturze, aby zamówić nowy stół, bo ten, na którym pisała wcześniej rozpadł się był od headdesków.

F) rysunek postaci in toto, przemyślany co do najdrobniejszego szczegółu, czyli stworzony metodą "napiszę, co mi akurat pasuje, czytelnicy na pewno nie pamiętają, co napisałam dwie strony wcześniej!". I tak dla przykładu wspomniany wyżej Łukasz jest młodym mężczyzną z zasadami, który "miał szczęście urodzić się w rodzinie hołdującej tradycyjnemu podziałowi ról", a ponadto "wyniósł z rodzinnego domu wiarę w rodzinę, uczciwość i odpowiedzialność, miał silny charakter, wiedział, czego chce, znał swoją wartość, ale na szczęście nie wyrósł na nadętego, zarozumiałego dupka", a jedyne, czego Łukaszowi brakowało, to "śmiałości do dziewczyn, bo wychowany w domu pełnym mężczyzn, z matką, którą uwielbiał, jakoś nie potrafił zdobyć się na tani podryw, a czasu na poszukiwanie kogoś wartościowego po prostu nie miał. Romans biurowy w ogóle nie wchodził w grę. Obściskiwanie się w toalecie nie było w stylu Łukasza Hardego".  Tymczasem zaś zupełnie najwyraźniej nieświadom powyższych cech charakteru i backgroundu rodzinnego jego najlepszy przyjaciel nie ma mu nic do zarzucenia poza tym, "że lubisz skakać z kwiatka na kwiatek, a ja nie życzę sobie, by Kamila cierpiała ponownie przez kogoś podobnego tobie"; Łukasz jest też, co nie jest bez znaczenia dla rozwoju akcji, rozważnym kierowcą, którego poznajemy w następujących okolicznościach przyrody: "Samochód nadjechał z taką prędkością, że nie zauważyła, gdy pojawił się tuż za nią, niemal wjeżdżając jej w bagażnik. Zerknęła w lusterko. No tak, sportowa honda, a za kierownicą facet z komórką przy uchu, jakżeby inaczej. Wlókł się przez chwilę niemal przyklejony do tylnego spoilera astry, po czym, nie zważając na podwójną ciągłą, wyprzedził ją, przyspieszając gwałtownie". Kamila w ramach jednego rozdziału odkrywa, że wciąż kocha Jakuba, wrażego ukochanego, który porzucił ją był osiem lat wcześniej oraz zwraca się do wspomnianego wyżej Jakuba: "Dlaczego uwikłałeś mnie w tę intrygę? I jaką rolę odgrywał w niej Łukasz! Ja go kocham, rozumiesz?! Nie mogę stracić go przez ciebie!"; i tak dalej, i tym podobnie, i tak przez całą książkę, i o każdym z bohaterów.

G) wszystkie patologie typu handel żywym towarem (ale przecież się dobrze skończyło, prawda?) dla Kamili, a co nas reszta obchodzi), zadręczanie człowieka przez osiem lat nienawistnymi mailami (ale to nie szkodzi, bo to zły facet był), czy też włamywanie się do cudzego komputera, by skontrolować korespondencję (ale to nie szkodzi, bo to z miłości) zbywane jednym zdaniem albo w ogóle nie komentowane, bo jak zły albo z miłości to przecież wszystko w porządku.

Ponadto mamy Nowy Wynalazek W Dzieuach AutorKasi w liczbie - jeden (zadziwiającą, irytującą manierę wtrącania zdań typu: "Nie wiedziała, że jutro jej życie dramatycznie się zmieni", "Niestety, dziewczyna nie była świadoma, że to jej ostatnia na długie, długie tygodnie spokojnie przespana noc", "Gdyby wiedziała, jak przyjdzie jej żałować tych słów!", "Nie wiedziała, bo skąd mogła wiedzieć, ze zaledwie siedem kilometrów stąd..." - przy każdym takim zakończeniu rozdziału Królowa Matka zgrzytała zębami) i, uwaga! - jedną zaletę, a mianowicie - ŻADEN Z BOHATERÓW NIE PISZE ANI NIE CZYTA POWIEŚCI KATARZYNY MICHALAK, I ŻADEN NIE SPOTYKA SIĘ Z NIĄ ANI W RZECZYWISTOŚCI, ANI WE ŚNIE! 

Historyjka jest sztampowa do bólu, oczywiście jak na michalakowe universum, bo w tzw. realu 24-letnich księgowych bez żadnego doświadczenia zawodowego, które dostają ofertę pracy z pensją 10 tys złotych netto i samochodem służbowym jeszcze pachnącym nowością oraz dostępem do konta służbowego, na którym spoczywa sto tysięcy złotych, i w dodatku za którymi pracodawca ugania się po całej Polsce, nie spotyka się nazbyt często, chyba, że coś Królowej Matce umyka. Streścić ja Królowa Matka streści, ale raczej krótko, co samo w sobie musi świadczyć o jej sztampowości. I wiejącej z całej tej opowiastki nudzie.

A zatem mamy Kamilkę, którą po śmierci matki wychowuje ciotka. Normalnej dwudziestoczterolatki wychowywać już się w zasadzie nie da, a nawet nie powinno, ale Kamila normalna nie jest, bo chowano ją pod kloszem - mamusia czytywała jej wyłącznie niewinne książeczki, niewinne do tego stopnia, że "Tajemniczy ogród" był dla niej wstrząsem, odkryła bowiem, że są na świecie niechciane dzieci. Po śmierci matki rolę otuliny przejęła ciocia, zwłaszcza, że Kamila leczyła u niej rany nie tylko po nagłej śmierci mamy, ale też po porzuceniu przez ukochanego, niejakiego Jakuba, do którego to ukochanego przez osiem lat pisuje dramatyczne maile, na które ten nie odpowiada.

Nie odpowiada, ale je czytuje, a że jest superbogaty (i superprzystojny, ale to akurat rozumie się samo przez się) i ma mroczną tajemnicę związaną z Kamilą, knuje on szczwany plan: planuje spełnić marzenie dziewczyny o posiadaniu różanego ogrodu. W tym celu kupuje walący się dom w Milanówku i przez podstawionych ludzi werbuje Kamilę do pracy, która - jak przekazuje jej grający rolę szefa Łukasz, prywatnie przyjaciel i współpracownik Jakuba - polegać ma na wyremontowaniu i umeblowaniu domiszcza (wraz z ogrodem) tak, by można je wystawić na sprzedaż, a potem, gdy dom będzie już wypasiony na maksa, urządzony pod jej gust i odremontowany od komina po piwnice ofiarować jej akt darowizny.

Kamila robi wszystko by tej pracy nie dostać (na przykład w ogóle nie pojawia się na rozmowie kwalifikacyjnej), pracownicy Jakuba muszą się napocić, żeby ją skłonić do przyjęcia oferty, której warunki przedstawiła Królowa Matka powyżej, i jeszcze żeby wiarygodnie wyszło, że to taki splot przypadków, udaje się, Kamila podejmuje pracę (w typowy dla bohaterek pani Michalak, czyli robiąc ekskluzywne zakupy w galerii stylowych mebli, które to meble - wykwintne komódki, szafeczki, biureczko i inne rokokoko zostają zwiezione do walącej się chałupy, w której trzeba zacząć remont od podstaw, ale ojtam, ojtam), i zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że mogłaby zakochać się w Łukaszu nieświadoma majaczącej w tle postaci Jakuba, który pociąga za sznurki, mwahahaha.

W trakcie tego zakochiwania się i remontowania poznaje swoje dwie sąsiadki, obie piękne (bowiem nagle zaczynają Kamilę otaczać wyłącznie piękni ludzie, aż dziw, że nie budzi to żadnych podejrzeń naszej Herołiny, że, na ten przykład, znalazła się w jakiejś rzeczywistości alternatywnej), jedna bez nogi, którą straciła w trakcie zamachów bombowych w londyńskim metrze (bowiem utrata nogi w katastrofie Pekaesu na drodze do Młyńca nie byłaby wszak wystarczająco dramatyczna), a druga jest prostytutką. Niepełnosprawna Małgosia cierpi na liczne fobie - nie wychodzi do miasta, zakupy robią jej sąsiadki i doznaje załamania podczas burz, a uspokaja się wyłącznie, gdy ktoś mówi do niej kojącym głosem „Hold on, don’t give up”. Kamila poznaje powoli jej historię, zakochuje się w Łukaszu, niestety, zanim sytuacja między nimi rozkwitnie jak ten róży kwiat, Łukasz ma wypadek samochodowy, w którym doznaje licznych obrażeń oraz amnezji.

Królowa Matka na tym etapie lektury zaczęła odczuwać pewną obawę, że straszliwie byle jakie omówienie jej wyjdzie, jeśli ta koszmarnie nudna historyjka dalej będzie równie nudna, gdy wtem! Nastąpiło radosne "tadam!", a nawet dwa tadamy.

Oto Łukasz wylizuje się powoli, odkrywa, że jest zakochany w Kamili, i że ma do pomówienia poważnie z Jakubem, nic a nic mu ta amnezja nie przeszkadza w prowadzanie rozmów na tematy zasadnicze, zaś obrażenia i powtarzające się zawroty  głowy - w dokonaniu spektakularnego mordobicia w celu obrony czci bogdanki, niestety, w osobistej konsumpcji przeszkadza mu niewydolność serca, której się był (nagle i raczej bezobjawowo) nabawił.

Jakub tymczasem decyduje się ujawnić i uświadomić Kamilę, że (i dlaczego) została właścicielką willi z ogrodem, czyni to w czasie burzy (żeby było bardziej dramatycznie niewątpliwie), w związku z tym przeszkadza mu w wyznaniach Małgosia, wpadająca w stanie najwyższej histerii do domu Kamili. I wówczas - o, cudzie, o niezwykły przypadku!!! - okazuje się, że to Jakub był osobą, która Małgosi w zasypanym tunelu metra powtarzała "don't give up", w związku z którym to odkryciem państwo patrzą się na siebie, a książka kończy.

To teraz będzie o "tadamach".

Pierwszy dotyczył wypadku Łukasza i opisu reanimacji. Opis wyglądał tak:

"Reanimację rozpoczęto natychmiast. Ratownicy zdążyli przełożyć nieprzytomnego mężczyznę na
nosze, wsunąć je do karetki, która ruszyła na sygnale, rozganiając gapiów na boki, gdy pulsoksymetr
zapiszczał przenikliwie, a na ekranie monitora ukazała się nieregularnie falująca linia.
Lekarz, siedzący obok rannego, jednocześnie zaklął i chwycił zestaw do reanimacji, ratownik,
siedzący po drugiej stronie, rozerwał koszulę na piersiach rannego i w ostatniej chwili cofnął ręce.
Ciałem rzucił potężny wstrząs.
– Podaj adrenalinę – warknął doktor. – I to szybko! Jeszcze raz sto pięćdziesiąt dżuli. Gotów?
Kolejne uderzenie energii. Ciało wyprężyło się i opadło bezwładnie. Zielona linia zamigotała
niezdecydowanie i znów zawył alarm.
– Dwieście!
– Walcz, człowieku, młody jesteś!
– Adrenalinę dosercowo!
– Gotów?
– Nic z tego...
– Trzysta, doktorze?
– Poczekaj, muszę się wbić, no żeż...
– Jest puls!
– Nic z tego...
– Tracimy go!!!
– Jedź na SOR, i to gazem!!!
– Daj jeszcze jedną ampułkę adrenaliny!
– Trzysta sześćdziesiąt dżuli!
– Poczekaj...
– Nic z tego!
– Co mam robić?!
– Jeszcze raz dosercowo, niech to szlag!
Łukasz nie był świadom ich wysiłków. Umierał...
"

a Królowa Matka doznała skojarzenia i zajrzała na bloga Dr Jot, który analizował był "Ferrin" i jest autorem Absolutnie Ukochanego Podsumowania Ferrinu i Okolic w jednym zdaniu, jakie Królowa Matka zna, a mianowicie:

 "W pamięci zamajaczyła scena (...) gdy wysłano ją, jeszcze nieopierzoną studentkę medycyny do katastrofy kolejowej..." . (...) Katastrofa kolejowa, studentka na ratunek. Nieopierzona pamiętajmy. Gdzie byli rodzice? Gdzie był koordynator akcji ratunkowej? Gdzie był premier, prezydent, Bóg. Gdzie są sens i logika? Dlaczego wyobrażam to sobie w ten sposób, że to był tylko niewielki wypadek, parę osób rannych, ale do akcji wkroczyła nasza boChaterka. Zginęli wszyscy pasażerowie i pracownicy pociągu, mieszkańcy okolicznych wiosek, polowa populacji najbliższego miasta, ryby w lokalnych rzekach i zwierzyna pobliskich łąk i lasów, a krowom, które przeżyły skwaśniało mleko w wymionach, bo Karolina Anaela się wzięła za leczenie!".

zaś kwestię reanimacji opisał szczegółowo oraz nadużywając słów uznawanych powszechnie za obelżywe, co Królowej Matki nic a nic nie dziwiło, bo gdyby była fachowcem w temacie i czytała to, co AutorKasia jest zdolna sama z siebie w tym temacie wyartykułować to jej wpis by wyglądał tak:

"i wtedy ta piiip, piiip, piiip Herołina bierze piiip, piiip i piiip do piiip, a wtedy on jej piiiip, bo przecież w tych piiip warunkach tylko to piiiip piiiip mógł zrobić, do piiiip, piiiip, PIIIIP!",

albo i gorzej.

Jako nie-fachowiec Królowa Matka nie zapamiętała wszystkich szczegółów pełnego furii miażdżenia autorkasinej wizji reanimacji dokonanej przesz Szan,pan.Doktora, utkwiło jej tylko, że dosercowo adrenaliny podaje się jedynkę, jeśli już, i że defibrylacji nie powinno się dokonywać na płaską linię ( a ta "nieregularnie falująca linia" to raczej płaska jest), że nie jest fachowcem to, przemógłszy wrodzoną nieśmiałość, napisała do wyżej wzmiankowanego Fachowca, chociaż była (i jest) pewna, że dręczenie niewinnych ludzi AutorKasią może podpadać pod stalking i tortury, ale czego się nie robi, by zadowolić Kochanych Czytelników.

Fachowiec potwierdził wrażenia Królowej Matki, dodając, że "reanimacja skopiowana wręcz z tego szitu, który recenzowałem. Dosercowo bzdura wierutna i za to się idzie do piekła, poza tym znowu defibrylacja na asystolię, tak zakładam, że skoro "Zielona linia zamigotała niezdecydowanie" to musi byś asystolia, migotanie komór elegancko widać (ha! Tak coś Królowa Matka czuła!!!). Kolejne fazy defibrylacji też z dupy zupełnie (pardon my french) zaczyna się od dwustu dżuli, potem zaraz przechodzi się od razu do 360. To trzysta to tylko dżuli może się tyczyć, bo chyba Ałtorka chce zobrazować "walkę" o pacjenta a 50 J na początek daje się w kardiowersji, a to zupełnie inna baja. Akcję ratowniczą można więc wyśmiać i rozłożyć na łopatki pacjent przeżywa?! Serio?! mutant, albo inne złe musi być" oraz zauważył, że w autorkasiowym universum jeżdżą jakieś inne karetki, bo w tych, które on zna z reala w żaden sposób lekarze nie są w stanie usiąść po OBU stronach pacjenta, i wie Królowa Matka, że Katarzyna Michalak nie pisze książki medycznej, ale od napisania "Ferrinu" do napisania "Ogrodu Kamili" upłynęło parę lat i był czas, by się dokształcić, zamiast powtarzać opisy reanimacji z tymi samymi błędami, a co do karetek, to wystarczy pierwszy z brzegu odcinek "Chirurgow" obejrzeć, żeby zauważyć, że "ratownik, który siedział po drugiej stronie rannego" musiałby siedzieć NA rannym.

I wie Królowa Matka, że może są to po prostu niezręczne sformułowania, ale jeśli tak, to dlaczego znajdują się one w powieści pani zarabiającej na życie słowem? Takie retoryczne pytanie Królowej Matce przyszło do głowy, nie ma potrzeby udzielać na nie odpowiedzi, którą Królowa Matka zna.

Królowa Matka chciała się jeszcze poznęcać nad niewydolnością serca, na która zapada nasz Łukasz dość nagle, po dniu wypełnionym (w kolejności chronologicznej): obściskiwaniem się z Kamilą, dokonaniem mordobicia, efektownego i brutalnego, w celu obrony czci ukochanej przed napalonym gwałcicielem (któremu to gwałcicielu coś się musiało stać w główkę, nawiasem mówiąc, bowiem jest to pracownik Jakuba, w podzięce za sprowadzenie Kamili do Milanówka nagrodzony posadą kierowniczą w filii firmy macierzystej w Nowym Jorku i świadom, jak cenna jest Kamila dla jego szefa - i taki właśnie ktoś przyjeżdża na urlop do kraju i wpada do Milanówka by Kamilę zgwałcić, byłoby to do bólu nielogiczne, a nawet beznadziejnie głupie, gdyby nie świadomość, że wg pani Michalak mężczyźni dzielą się na czcigodnych ojców gromadki dzieci i gwałcicieli, tertium non datur), zasadniczą pyskówką z Jakubem oraz rozmową z lekarzem rodzinnym, a przez cały ten dzień jedynym objawem ewentualnej niedyspozycji są zawroty głowy, po czym łups! - i mamy niewydolność serca, IV NYHA, wnioskując po objawach (i królewskomatczynych wspomnieniach). 

Ale daruje sobie znęcanie się, niech będzie, że to jest możliwe (chociaż Fachowiec napisał Królowej Matce, że nagły przeskok do IV NYHA skończyłby się zgonem zainteresowanego, a Królowa Matka woli wierzyć jemu niż AutorKasi), bo jej wpis już jest nadnaturalnie długi, a jeszcze nie doszliśmy do finałowego TADAM!

Pozwolicie, Kochani Czytelnicy, że Królowa Matka dokona podsumowania w punktach.

Koniec książki się zbliża, a my mamy:

- Głównego Bohatera, Łukasza, w szpitalu, w stanie agonalnym, z niewydolnością serca kwitnącą bujnym kwieciem,
- drugiego Głównego Bohatera, Jakuba, w domu Kamili, z Księgą Wieczystą oraz aktem darowizny w dłoni i z wyjaśnieniem na ustach, wpatrzonego w
- Małgosię, która rozpoznaje w Jakubie swojego wybawcę z Londynu, w związku z czym przestaje majaczyć i tylko się w niego wpatruje wielkimi oczami,

oraz 

- Kamilę, która nie wie o Łukaszu, nie wie, co zawiera akt darowizny, nie zna wyjaśnień Jakuba i nic z tego wszystkiego nie rozumie.

I już.

I to jest koniec.

Pozostałe strony zawierają zajawkę kolejnej powieści, którą należy przeczytać, aby otrzymać odpowiedź na powyższe.

Dawno Królowej Matki taki szlag nie trafił.

Nie, nie dlatego, że ją ciekawość żarła. Wbrew własnemu mniemaniu Katarzyna Michalak ma wyobraźnię tak żałośnie ubogą, że Królowa Matka domyśliła się, jaka tajemnicę ukrywa Jakub tak mniej więcej w połowie dzieła. Jest do tego stopnia pewna, że dobrze się domyśliła, że nawet nie zamierza tego sprawdzać. Co więcej - tak się wynudziła podczas lektury, że wcale nie ma ochoty sprawdzać, co ją obchodzą kompletnie oderwane od wszystkiego problemy kompletnie wydumanych osób?

Ale dlatego, że wyobraziła sobie Królowa Matka tę niewinną, nieuświadomioną osobę, tego frajera, co go w tytule posta umieściła, tego biedaka, który ufnie nabywa książkę, jeszcze nie daj bogi na prezent, skuszony streszczeniem i wdzięczną okładką. I dowiaduje się ku własnemu zaskoczeniu, że będzie musiał kupić kolejną, jeśli chce wiedzieć, jak się rzecz skończyła.

Żeby nie było, idea trylogii (a nawet tetralogii) jest Królowej Matce znana. Z tym, że obejrzała uważnie wszystkie posiadane w domu trylogie (oraz tetralogie i jeden pięcioksiąg, a także kilka serii takich jak np. Jeżycjada) i wszystkie informowały czytelnika, że są trylogią. Tetralogią. Serią. Numerki miały. Napisy "Część pierwsza, druga, dwunasta". Napis "ciąg dalszy w tomie pod tytułem". Spis tomów na pierwszej lub ostatniej stronie. Cokolwiek. W przypadku powieści nie stanowiących całości samej w sobie to już w ogóle, obowiązkowo.

A tu - nic. ani słówka, ani literki, do ostatniej strony, gdy już jest za późno. Myśl "To po co, do cholery, to czytać?!" powinna być drukowana na zakładkach dodawanych do tego dzieła - może podziałałaby jako ostrzeżenie. 

I jeszcze - to "Znak" zrobił. To "Znak" wydał i promuje tę nudną, nudną, bogowie, jak potwornie, niewyobrażalnie NUDNĄ grafomanię. "Znak", który był dla Królowej Matki (nomen omen) znakiem jakości i utracił całe jej zaufanie. Ten "Znak", który wydawał Myśliwskiego, Coetzee, Tischnera, Llosę, Zadie Smith, Zagajewskiego i Brodskiego, a teraz wydaje ponad trzystustronicowe bredzenie o niczym, i jeszcze w dodatku trzeba się cieszyć, że to jest bredzenie o niczym, nie to, co wcześniej wydana "Bezdomna", debiut pani Kasi w tym niegdyś szanowanym wydawnictwie (i Królowa Matka się pani Kasi wcale a wcale nie dziwi, serio pisze, bo sama też by wolała być wydawana przez "Znak" niż przez, na przykład, wydawnictwo "Bookowisko" w Wyżyny Dolnej pod Pszczyną). Nie dziwiąc się Katarzynie Michalak nie może jednak Królowa Matka nie dziwić się "Znakowi". I, błaga, nie wyjaśniajcie jej, czemu się tak dzieje, Królowa Matka to wie, ale nie może jednak wyjść ze zdumienia, że niektórym pecunia do tego stopnia non olet.

Nigdy Królowa Matka tego "Znakowi" nie wybaczy. Nigdy.

Nigdy.




 
PS. Na stronie "Znaku" przy książce "Zacisze Gosi" jest informacja, że „Zacisze Gosi” to kolejna - po bestsellerowym „Ogrodzie Kamili” - powieść z kwiatowej trylogii” Katarzyny Michalak, autorki, którą pokochały polskie czytelniczki. Ciąg dalszy tej niezwykłej, wzruszającej historii o przyjaźni i miłości, poznacie w książce „Przystań Julii”, następnej powieści w serii", Królowa Matka uczepi się jednak i stwierdzi, ze to za późno, bowiem uprzedzić czytelników, że będą musieli nabyć cały pakiecik książek, by poznać rozwiązanie zagadek namnożonych przez Autorkę z chorobliwą szczodrością należało przy okazji publikacji części pierwszej. I to na okładce. Dużymi literami.

PSS. W pierwszym momencie napadu szału wściekła Królowa Matka chciała obiecać, że celem ulżenia sobie przeczyta cholernego "Czarnego Księcia" i pojeździ na nim jak na łysej kobyle, ale do dziś ochłonęła i niczego nie obiecuje. No, chyba, że się znów kiedyś zdenerwuje. Bądźcie czujni ;).
 

63 komentarze:

  1. Królowo!
    Chyba pora zostać księgową ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! I to jest jedyny słuszny wniosek :D!

      Usuń
  2. Wszystko już wiem. Dziękuję. Idę łowić frajera. I wreszcie wiem, czemu moje życie osobiste było do tej pory takie bezsensownie skomplikowane. Bo złe książki czytałam. Pora to zmienić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli podobał ci się "Tajemniczy ogród" to nie wiem, czy jest dla ciebie nadzieja...

      Usuń
  3. Królowo, jesteś wielka :) Gdyby Ci kiedyś znowu przyszło do głowy, żeby obiecać, iż przeczytasz i zrecenzujesz dowolne dzieło, to obiecuję solennie, że NIE zażądam kolejnego dzieła AutorKasi. W końcu świat jest pełen grafomanów i wybór jest szeroki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do sześćsetki zabraknie mi paru lajków juz lada moment, minie ino myk, myk ;D!

      Usuń
    2. Zacieram łapki pokryte kurzajkami i mrużę z ukontentowania kaprawe oczka :P

      Usuń
  4. Love absolutnie. W sensie, że Królową Matkę, a nie, że tfu! napsaurok, ałtorKasię, nie daj boru. Czytam już kolejną nierecenzję, czytałam kilka analiz dzieu tej pani i sama fabuła nudzi mnie niepomiernie, nie mówiąc już o języku czy poszukiwaniu jakiegokolwiek sensu w tych gniotach. Doprawdy nie pojmuję, co brali redaktorzy Znaku, że wydali to barachło, ale musiały to być jakieś srogie grzybki, które, tak na marginesie, powinny być chyba za darmo dołączane do jej książek, żeby się dało mieć z czytania ich jakąkolwiek przyjemność. Jestem pełna podziwu dla Królowej Matki, że tak bez grzybków się odważyła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowo się rzekło, nie mialam wyboru :). I tak jestem wdzięczna, że darowano mi "Ferrin", czytałam powyższe chora na grypę, płucka i zaziębienie, "Ferrin" by mnie zabil ;D.

      Usuń
  5. Ohh Królowo pokłony bić będę! Rozjasnilas mi ten dzień bo chora jestem:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też. Nie wiem, czy mi się teraz poprawi ;).

      Usuń
  6. Królowa Matka brała chyba w trakcie leki na katar, ponoć nic nie daje takiego kopa jak krople do nosa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A połączony z licznymi syropami i lekami nasercowymi, no wykop na orbitę po prostu :D!

      Usuń
  7. Ha! Okazuje się, że działanie typu "powiemy Ci, że to nie cała powieść, tylko jej pierwsza część dopiero, jak doczytasz do końca" to nie jest niestety jednorazowy przypadek. Mnie to samo spotkało w "Takeshi. Cień śmierci." Kossakowskiej, zacnego wydawnictwa Fabryka Słów. Nigdzie, nigdzie nie było nawet zająknięcia, że to pierwszy tom z serii, akcja, w przeciwieństwie do "Ogrodu Kamili" wściekle wciągająca, im bliżej końca tym bardziej wszystko się zapętla, na ostatnich stronach plot twist powodujący opad szczęki, po czym następuje gigantyczny, godny amerykańskich seriali cliffhanger i człowiek z adrenaliną kipiącą uszami dostaje po oczach zdaniem "Koniec tomu pierwszego". Ale że CO??? I niech sobie Królowa Matka wyobrazi, skoro w nudnej książce taki zabieg czytelnika wkurza, to co dopiero w ciekawej? Po prostu trzy dni chodziłam roztrzęsiona i nadal nie mogę tego wybaczyć zarówno Kossakowskiej jak i Fabryce Słów. Trauma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, rany!

      Ja nawet wściekla nie byłam za siebie, bo mnie to naprawdę mało obchodziło, ale jak sobie wyobrazilam, że ktoś to ufnie kupił i się zainteresowal, a tu nagle... to, uch :(.

      Nie umiem sobie wyobrazić, co bym czula, gdyby mnie taka niespodzianka spotkała przy interesujacej ksiązce, nie dziwię się twojemu żalowi!

      Usuń
  8. Ale ja muszę jeszcze słówko: moim zdaniem pani Michalak jest genialna marketingowo. Kto powiedział, że pisarz to tylko ten, który umie, pisze i duszę sobie orze (czy ora) do krwi. I cierpi, że go nie czytają, a być może po śmierci docenią. A może i nie. Umieć rozpoznać swój target, a potem produkować zielone gumki do włosów, krem na trądzik, wkładki do butów na wysokimi obcasami, albo opowiastki dla spragnionych skakania po chmurach - to jest talent. Talent do rozpoznawania rynku. Powiem tak: gdybym umiała ten rynek rozpoznać, byłabym milionerką. "Robienie w literaturze" a zarabianie pieniędzy - to dwie różne rzeczy. Dlatego przechodzą mnie dziwne wzdrygi, kiedy czytam fragmenty, przez Ciebie cytowane, ale chylę czoła przed Kobietą Interesu, którą niewątpliwie jest Katarzyna Michalak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. CAŁKOWICIE się zgadzam, gdzies tam kiedys pod jedną z moich licznych analiz jej dziel to pisałam :). Ma świetne pomysly, stosowny charakter, odpowiednią ilość (sporą IMHO) tupetu, jest odporna na krytyke tak, jak powinna, zeby móc nadal pisac, tworzy cierpliwie i umiejetnie koło wielbicielek i wyznawczyń, jest z niej świetny strateg.
      Zawsze byłam ciekawa, czy bylaby równie skuteczna tworząc plany promocyjne dla kogoś innego :)

      Usuń
    2. Powinnam się do niej zgłosić. Zdecydowanie. Jeśli dzięki jej pomocy zostanę Strasznie Sławnom Pisarkom - podzielę się refleksjami.

      Usuń
  9. Cudnie. Jak zwykle. To ile lajeczów teraz Królowa zbiera? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sześćset :). Ale jeszcze mi 78 brakuje, czyli chwile to potrwa :)...

      Usuń
  10. Uwielbiam Twoje wpisy na temat ałtorki. Swoją drogą to przerażające, ale prawdziwe, że aby zrobić karierę (osiągnąć sukces) jako wokalista nie trzeba mieć ani głosu, ani słuchu, żeby napisać bestseller nie trzeba umieć pisać. Miejmy nadzieję, że aby być lekarzem trzeba choć trochę umieć leczyć, bo w przeciwnym razie nie będzie już tak śmiesznie, jak w przypadku "artysty"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt. Ale nie chciałabym zrobić kariery w ten sposób (i tu mamy wyjąśnienie, czemu nigdy jej prawdopodobnie nie zrobię ;D).

      W kwestii lekarzy - mam tę sama nadzieję.

      Usuń
  11. Królowo Matko, dziękuję! Boru, dawno się tak nie uśmiałam. Recenzja zacna bardzo-bardzo, i omatko, jak nie znoszę tforów AutorKasi, tak recenzje tychże tworów czytam z upojeniem. Masochizm, nie inaczej.
    Parę tygodni temu założyłam się z przyjaciółką, że potrafię napisać ałtorkasiowe opko. Opko pisze się radośnie i ze złowieszczym chichotem, najtrudniejsze było całkowite odcięcie się od researchu. Przyjaciółka się włączyła, tekst sensu nie ma za grosz, a teraz jeszcze podjudzamy się nawzajem, żeby wysłać to do Znaku. A nuż..? (Akurat potrzebuję zastrzyku gotówki, bo mi włóczki brakuje! No i co, że mam jej ze dwa worki, jak nie ma w nich tej, która jest mi potrzebna.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę. Błagam. Przyślijcie mi to, jak skonczycie! Już chciałam obiecać, ze napiszę specjalnie wam dedykowana recenzję kolejnej AutorKasi, ale się pohamowałam, bo jeszcze byście sobie "Ferrinu" zazyczyły i co wtedy :).

      Ale prosze i tak, moge na kolana nawet paść!!!

      A z włóczkami mam i-den-ty-ko, przybij piąteczke :D!

      Usuń
    2. Nienienie, na kolana padać nie trzeba, my chętnie podzielimy się radością :) Akurat jesteśmy na etapie wymyślania "poważnego problemu społecznego", jak się co do niego zdecydujemy, to wepchniemy w tekst o "miłości" i będzie git. Znaczy ten, gotowe:)
      Jak jeszcze się naczytam fandomu Odblasków Eterny, to w ogóle pójdzie jak z płatka. Rosyjski fandom jest...eee... (a, Królowa Matka przecież zna rosyjski!) упоротый.

      Usuń
    3. To ja grzecznie usiądę i poczekam :).

      Usuń
  12. Niniejszym biję pokłony, oddaję hołd, chylę czoła i składam podziękowania w imieniu ludzkości. Bo albowiem ludzkość należy przestrzegać przed złem okrutnym i nic tak nie cieszy serca mego jak kolejna krucjata przeciwko złym książkom. To prawie jak misja dziejowa! Królowo Matko, masz we mnie dozgonną wielbicielkę i dłużniczkę! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nienienie, nie dłużniczkę :).

      Misja, mówisz :). O ileż lepiej to brzmi niż "plucie jadem na skutek ataku furii" :D.

      Usuń
  13. Ale że co, że niby jesteś zaskoczona wielkością dzieła autorki Michalak?! :-) Nie wiem dlaczego jesteś zdziwiona, przecież wydawnictwo wyraźnie napisało, że pokochały ją polskie czytelniczki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdziwiona raczej tym, że ktos w wydawnictwie najwyraźniej uwierzył, że pokochaly ją polskie czytelniczki :).

      Usuń
  14. "Znak" się tak "odznaczył"? To zły znak dla polskiego czytelnictwa :-(. A prawdę powiedziawszy, po kolejnej Twej recenzji księgi au!-torstwa Pani M. zaczynam żałować, że nie mogę tego przeczytać. Że nie znam tej sagi. Że nie kupiłam za ostatnim pobytem w Polsce tych dzieł. Z samej niedowiary, że można, bo jest na to zapotrzebowanie. A ja myślałam, że to ja przeczytałam najgorszą książkę w tym roku... ("Rush" czyli "Szaleństwo zmysłów" - Maya Banks). Mam na swoje usprawiedliwienie tylko tyle, że w oryginale czytałam, a więc "szlifowałam" język... i tak go wyszlifowałam, że nie zniosę więcej po tej lekturze zwrotu "on all fours". Wracając do Twej recenzji, jak zwykle mnie rozśmieszyła. Bardzo mi to dziś potrzebne. So thank you :-) I podziękowania składam na ręce Pani M. Za wodę na młyn :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Znak" i "Wydawnictwo Literackie". Dwa autorytety mnie się rypły s hukiem :(.

      Na litość boską, NIE KUPUJ TEGO!!! Przyjeżdżasz do Polski raz na rok uzupełniasz biblioteczke o polskie książki, niech to będą DOBRE ksiązki!

      Usuń
    2. No niech to, niech to... niech będą dobre, skoro ważą mi w bagażu zamiast innych pamiątek. Ale patrz, o ile mniej emocji potrafią dostarczyć...

      Usuń
    3. Są emocje i emocje ;)...

      Usuń
    4. Spojrzałam w Internet! Pani M. jest niezwykle płodną pisarką! Nie byłam świadoma ilości tytułów pod tym nazwiskiem (znów ta cholerna odległość do polskich księgarń i bibliotek się kłania). Czy myślisz, że pisanie idzie pani M. tak łatwo po części dlatego, że źródeł nie sprawdza, żeby np. akcja ratunkowa miała ręce i nogi z medycznego punktu widzenia? Bo przeczytałam również, a nie mogę znaleźć daty, więc nie wiem, czy to zapowiedź, czy informacja nieaktualna, że, autorka "w planach ma również powieść historyczną". ;-) Czy Ty na to jak na lato? :-)

      Usuń
    5. Między innymi dlatego. A także dlatego, ze pisze ciągle tę samą historię, zmienia tylko imiona bohaterów i krajobraz :).
      Co do powieści historycznej to wiem, że ma w planach napisanie powieści o powstaniu warszawskim. Jeśli to jest ta powieść historyczna to donoszę, że zamierzam ją przeczytać i zrecenzować, dawno to sobie obiecałam :D.

      Usuń
    6. Tak przypuszczałam. Że masz już oną nadchodzącą powieść historyczną na cynglu ;-)

      Usuń
    7. Wtrącę się, bo potrollowałam sobie ostatnio AłtorKasię: powieści historyczne mają być aż całe dwie: jedna o powstaniu warszawskim (MIasto Walecznych ma się toto zwać), a druga - uwaga - saga rodzinna osadzona w realiach powstania styczniowego. Komentarz, jak sądzę, zbędny :)

      Usuń
    8. Tylko ten o powstaniu warszawskim :). Tę jedna obiecałam sobie przeczytać i przejechac się po niej w tę i z powrotem, potem nie tykam pani Michalak juz nigdy w zyciu.

      Usuń
  15. Królowo! Zobaczyły me oczęta ufne nową notkę i ręcami temi otworzyłam bloga, a tu... Mogę tylko powiedzieć, że kwiknęłam (ale tak prawdziwie, z charkiem) z radości, że to recenzja, doczytawszy jednakoż, iż to kolejne ksiopko Michalak zastanowiłam się dłuższą chwilę, dlaczegóż sobie to Królowa robi, co ją popycha do tak desperackich czynów, przecież ma kochającą rodzinę i dom w dziczy...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak to co, przecież wyjaśniałam to wręcz już w tytule. Słowo dałam. Obiecałam Kochanym Czytelnikom w sumie cztery posty, ten jest pierwszy, będą jeszcze trzy.

      Ale żaden więcej o AłtorKasi ;D.

      Usuń
    2. Powinna była Królowa jednakoż od razu zaznaczyć (małym druczkiem, to najlepszym sposób!), że Michalak odpada.

      Aż trzy?! Tyle dużo dobra... *Unosi się na chmurce czystego szczęścia.*

      Usuń
    3. O Michalak, jak sie okazało, będzie jeszcze suplement. A potem - cisza nad tą mogiłą aż do chwili, gdy powstanie powieść o powstaniu warszawskim. To dzieło przyrzekłam sobie przeczytać.

      A z tych trzech postów dwa będą o książkach, przebóg, zdaje się, że mój blog zmienia specjalizację i jeśli Potomki sie nie postarają to nazwa straci prawo bytu ;)...

      Usuń
  16. Nie mam Twojej odwagi (stety? niestety?) i jakoś nie mogę się przemóc, żeby sięgnąć po którąś z książek Ałtor Kasi. Za to cieszę się, że inni mają. Czytam sobie, rechoczę, kot zdziwiony na mnie spogląda, czytam mężowi na głos co bardziej krwiste kawałki i rechoczemy razem (ale bez kota, ten najwyżej uznał, że zgłupieliśmy do reszty i zapadł w koci sen).

    Muszę się jeszcze podzielić moim prywatnym żalem. Bo mówił Tata, żeby iść do "ekonomika", a ja nie posłuchałam. 10 tys. miesięcznie bardziej działa na wyobraźnię niż ojcowskie rady. Głupia ja i moje zmarnowane życie. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, AłtorKasia nam uświadamia, jak wiele w życiu tracimy...

      Usuń
  17. Ha- nie zawiodła mnie intuicja, bo ałtorKasia odpadła u mnie w przedbiegach. Niemniej miło jest potwierdzić swoje przeczucia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczesniej pisywałam "przeczytaj i sprawdź, może sie mylę", po ostatnich doznaniach piszę zdecydowanie "NIE CZYTAJ TEGO!", nawet na próbę. Szkoda wszystkiego.

      Usuń
  18. Czy to bardzo wrednie powiedzieć, że uwielbiam jak Królowa Matka dostaje produktywnych napadów szału? :)

    umaja je bukietami róż
    "Och, jak cudownie, że przyniosłeś piętnasty! Brakło jednego dla przedpokoju pod lustrem!" Zastanawiam się, jakby przyniósł tulipany, to byłoby dobrze, bo się nie pomyli, które od niego, czy tragedia, bo nie pasują do reszty wystroju?

    Kondolencje dla niewinnego stołu Królowej Matki. Przysięgam, w pierwszej chwili byłam przekonana, że te płacze i rozpacze to nad tym atakiem serca i pomyślałam, że faktycznie dość nierealistycznie histeryzuje nad obcą kobitą... a potem doczytałam dalej. o____O

    gdy dom będzie już wypasiony na maksa, urządzony pod jej gust i odremontowany od komina po piwnice ofiarować jej akt darowizny.
    A ona pierwsze co pomyśli, to "Szlag, jakbym wiedziała wcześniej, wzięłabym jednak te drugie kafelki."

    Donoszę, że ten numer z wpuszczaniem czytelnika w kanał, pardon, jeszcze-nie-nastąpiony ciąg dalszy bez wyraźnego ogłaszania gdziekolwiek poza ostatnią stroną, ostatnio robi się coraz popularniejszy. Kosik tak robi z "Feliksem, Netem i Niką" (khem, no co, guilty pleasure, khem) i Pratchett & Baxter z "Długą Ziemią". Z powodów oczywistych to jeszcze bardziej wnerwiające niż w w tym wypadku, ale teraz dodatkowo sierść mi się jeży na myśl o liście, na której Pratchett występuje razem z Michalak. To jest przeciwne naturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pardą, że tak się wetnę jako miłośnik Felixa, Neta i Niki (khem, no co, not guilty pleasure, khem :D), ale Kosik kończy wątki w obrębie tomu i gdzie mu tak do fabularnej przemyślności AutorKasi, która takie klif-hangary czytelniczkom funduje :D

      Usuń
    2. Mam na myśli na przykład "Świat Zero". Witam współmiłośnika, miło poznać! :)

      Usuń
    3. To nie jest bardzo wredne tak powiedzieć (o tych napadach szału :)), juz mi pare osób to mówiło :).

      O, a ja mam dystans, który mi trudno przełamać do tych powieści, które Pratchett pisze z kimś. To teraz będę go przełamywać do czasu, aż pojawi się kolejna rzecz :).

      Usuń
    4. Ale "Good Omens" też? Czy to znaczy, że Królową Matkę do tej pory omija jedna z najlepszych książek na tym padole??? Nie może to być!
      (Jakby co, Gaiman jest tam praktycznie niedostrzegalny pod grubą warstwą Pratchetta. Tak tylko mówię. ;) [/psychofanka mode off] )

      Usuń
    5. No też :). Bardzo lubię Gaimana, czczę Pratchetta, boję się połączenia, nie wiem czemu :).

      Może dojrzewam, baaaaardzo powoli.

      Usuń
  19. Słabo mi. Słabo mi również dlatego, że podejrzewam, że autorkasia nie uwzględniła w swym wiekopomnym dziele, że w Polsce do przekazania nieruchomości w drodze darowizny wymagany jest akt notarialny, a więc stawienie się u notariusza. O takim zdarzeniu we własnym życiu trudno jest zapomnieć i żadne noce burzowe nie są tu potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwne, ale uwzględniła :). Jakub Mówi "Chodź do notariusza, podpisz i jest twój", cud prawdziwy :).

      Usuń
    2. Może na chwile odeszła od laptopa i ktoś się zlitował i to dopisał :D Ona i tak chyba nie czyta tego, co wcześniej wyprodukowała, więc w taki sposób wkradło się do "dzieła".

      Usuń
  20. Jezusie Panie, Królowo Matko, ja już sobie obiecałam od dawna, że AłtorKasi nie tknę kijkiem nawet z oddali, ale teraz to już nawet tyczką bym nie dotknęła - dziękuję za zwiększenie dystansu :D
    A na poważnie, to aż mnie ściska w środku, że nie tylko ją wydają, ale ma rzesze fanek, które godzą się na te brednie, na te prawie-gwałty, na poniżanie kobiety jako człowieka w ogóle. Dramat.
    Pozdrowienia!
    Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, zebym się przesadnie reklamowała (zwłaszcza, ze wiem, jak trudno bywa przedrzeć się przez mój słowotok), ale przeczytaj kolejny wpis. TO jest dopiero hardkor!

      Jestem pewna, że jej fanki prześlizgują sie po powierzchni i nie zastanawiają nad szczegółami, tylko tak umiem sobie wyjaśnić kupowanie tego bagienka jako uroczych i miłych historii.

      Usuń
  21. ja bardzo wzruszony jestem i płonę rumieńcem za te wszystkie komplementa. i pełen podziwu jestem, bo Królowa to twardy zawodnik jest, że dała radę to przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Płonący rumieńcem Doktor! Chciałabym to ujrzeć na me własne oczęta błękitne :).

      Z tego miejsca raz jeszcze dziękuję. Za poświęcony czas i za cierpliwość.

      I jeszcze raz przepraszam :D.

      Usuń
  22. Tak więc przeczytałam bo byłam ciekawa opinii Królowej Matki na tą debilną kamilcię, którą w swej recenzji pokusiłam się nazwać dnem, czego autorka wybaczyć mi nie chce :D Cóż poradzę, powiedziałam autorce w oczy, że postaci kamili znieść nie mogłam i ogólnie fabuła mnie rozczarowała, na te słowa rozczarowała się i autorka, ale co zrobię ,że nie tylko pisać ale i mówić w oczy SZCZERZE lubię :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuuu. W oczy. Z tego, co slyszałam, autorka tego zupełnie nie docenia :).

      No coż, Kamilka ma mentalności dwunastolatki, w dodatku egoistycznej i wyjątkowo infantylnej, a osobowości po prostu pozbawiona (co można o niej powiedzieć poza tym, ze lubi róże? no, litosci). Lubić jej się chyba nie da...

      Usuń
  23. Dostałam namiar na Twojego bloga zbesztawszy w komentarzach innego bloga niejaką Katarzynę Michalak po próbie przeczytania jej dwóch książek (w odstępie dwóch lat między jedną a drugą).
    Po pierwszej (jakieś cztery opowiadania z przepisami kulinarnymi, po 15 minutach czytania postanowiłam wyłuskać z treści najlepsze przepisy kulinarne i oddałam książkę do biblioteki ) pomyślałam, że może to taki przerywnik autorki w pisaniu wielkich dzieł, taki słabszy moment, ale nie sięgnęłam po inną pozycję. Potrzebowałam oddechu. Wieeeeeeelkiego oddechu. Na szczęście nie doszło do hiperwentylacji. Po czym wypatrzyłam Ferrin.
    Kocham fantastykę i tylko dlatego dałam szansę tej... nie wiem jak to nazwać, bo tylko fizycznie przypomina książkę.
    Pizgnęłam nią w momencie, gdy bohaterka, zwana tutaj bardzo słusznie Herołiną, rysowała kredą pentagram.
    Musiałam wyjść na rower by złapać bardzo, bardzo dużo, bardzo, bardzo, bardzo dużych oddechów (a był styczeń). Tym razem byłam o krok od hiperwentylacji.
    W trosce o swoje zdrowie i życie nie sięgnę więcej po żadną jej pozycję. Wolę swój pamiętnik z podstawówki, jest znacznie mniej infantylny.
    Bardzo mi się podoba określenie "autorKasia", normalnie w dychę! Pisarką jej za Chiny Ludowe z obiema Koreami nie nazwę.

    OdpowiedzUsuń