niedziela, 24 czerwca 2018

Tonąc (Marta Kisiel, "Toń")

W zasadzie Królowa Matka spodziewała się, że ta chwila kiedyś nadejdzie.

Chwila, gdy nie będzie umiała zrecenzować jakiejś książki, (najpewniej takiej, która jej się spodobała i/albo zrobiła zamęt w głowie, bo że Ta Chwila trafi na gniota lub rzecz całkowicie Królowej Matce nie podchodzącą jakoś się nie obawiała. Ciekawe, jak o wiele łatwiej jest pisać o tych negatywnych emocjach).

Padło na

"Toń" Marty Kisiel.

Jak co dokładniejsi Czytelnicy tego bloga może pamiętają, przygoda Królowej Matki powieściami Marty Kisiel zaczęła się od "Nomen Omen", jako że debiutanckie "Dożywocie" było w księgarniach niedostępne, a na Allegro osiągało kwoty niebotyczne.

I bardzo sobie Królowa Matka chwali tę kolejność, dzięki niej bowiem nie została tknięta tym, co sobie roboczo nazwała "klątwą Licha" (o której jeszcze będzie poniżej). Dzięki temu właśnie nie zrobiły na niej żadnego wrażenia wydawnicze zapowiedzi ("Rodzinne sekrety, podróże w czasie, ukryte skarby i krwawa historia Dolnego Śląska... Czyli Marta Kisiel, tym razem serio"), ponieważ dla niej Marta Kisiel zawsze była "tym razem serio", a że przy jej powieściach można było się uśmiechnąć, albo i głośno śmiać? A kto powiedział, że o poważnych sprawach można pisać wyłącznie poważnie, a wybuch śmiechu podczas lektury dyskwalifikuje książkę jako mającą wartość inną niż rozrywkowa? Bo że nie Królowa Matka to pewne.

W związku z powyższym Królowa Matka przystąpiła do lektury bez obaw, acz z pewnymi oczekiwaniami, co oczywiste, a także z nastawieniem, że przeczyta, przemyśli i chwilę potem napisze recenzję, bo w końcu otrzymanie egzemplarza recenzenckiego zobowiązuje.

Po czym przeczytała...

I utknęła.

Napisać, że utknęła, uwięziona przez myśli, niby bohaterowie w rzece, że zatonęła, że została wciągnięta przez wir myśli i wrażeń byłoby tak tanie i żałosne, że ojejciu, tym niemniej coś podobnego właśnie się stało. Królowa Matka usiłowała coś z siebie wydusić, a słowa cofały się jej do gardła, tłoczyły w głowie, pchały wszystkie naraz w nieskoordynowany sposób i za nic nie chciały się układać w logiczne zdania. Znacie uczucie, gdy człowiek idzie pod wiatr w czasie naprawdę silnej wichury, chce coś powiedzieć, otwiera usta, a wiatr wpycha mu słowa z powrotem do gardła, napełnia powietrzem, nie pozwala wydobyć z siebie dźwięku, choć chciałby się krzyczeć? No. To było dokładnie takie uczucie.

A zatem jeśli ktoś pożąda rzetelnej i zgodnej z zasadami gatunku recenzji, niech lepiej porzuci ten wpis, gdyż tu będzie SUBIEKTYWNIE. I emocjonalnie będzie, i pewnie spoilery się trafią, chociaż będzie się Królowa Matka starała, ile sił, by ich uniknąć.

Treść "Toni" zna już cały internet, który pławi się od ponad miesiąca w recenzjach, przedpremierowych (tak, Królowa Matka też mogła taką popełnić. Nie, nie zdziwi się, jeśli Uroboros nigdy w życiu nie podeśle jej już egzemplarza do recenzji, skoro musi czekać na nią dwa miesiące. Ekhm) i popremierowych, więc Królowa Matka tylko napomknie od niechcenia, gwoli recenzenckiemu obowiązkowi, a jak któryś z Czytelników poczuje niedosyt, może udać się do innych, bardziej obowiązkowych Recenzentów, albo (najlepiej) przeczytać książkę.

Dżusi Stern wraca do rodzinnego Wrocławia.. Wraca pod przymusem, niechętnie i na chwilę, do mieszkania, w którym przeżyła wraz ze starszą siostrą dzieciństwo pod opieką ciotki. Od której to ciotki obie uciekły, każda na swój własny sposób - Dżusi fizycznie, przenosząc się do Opola i starając się ile sił nie poświęcać cioci, siostrze, Wrocławiowi, kamienicy na Lompy i ogólnie prawie dwudziestu latom swego życia więcej uwagi niż jest to niezbędnie konieczne, a Eleonora - psychicznie, obudowując się rytuałami, perfekcjonizmem, milczeniem, z których buduje mur, za który nie ma wstępu nikt.

Wychowująca je po tajemniczym zniknięciu rodziców (a w zasadzie podejmująca heroiczny wysiłek, by je wychować i zapewnić im bezpieczeństwo) ciocia Klara też jest zresztą zamknięta, odgrodzona ścianą despotyzmu, nigdy nie wykrzyczanej złości, gniewu i żalu od bratanic, które co prawda wychowała, ale którym - zamiast ciepła i poczucia bezpieczeństwa - umiała dać jedynie dach nad głową, trzy posiłki dziennie i gorset zasad, w którym je zamknęła na trzy spusty, zatrzasnęła, unieruchomiła.

Nigdy nie wpuszczaj nikogo za próg.
Nigdy nie zostawiaj pustego mieszkania.
Nigdy nie wspominaj, co się stało z rodzicami.

W cieniu tych właśnie zasad upłynęło całe dzieciństwo i lata nastoletnie sióstr Stern, od nich uciekła Dżusi, a teraz wraca na trzy tygodnie - wściekła, kolorowa, hałaśliwa, wypełniona buntem jak balonik helem, niemal unosząca się nad ziemią - ponieważ ciocia wyjechała, Eleonora pracuje, a mieszkania nie wolno zostawić samego. Druga zasada, Nigdy. No przecież.

Wraca i natychmiast łamie zasadę pierwszą, wpuszczając za próg tajemniczego mężczyznę o hipnotycznym głosie, który przedstawia się jako antykwariusz i twierdzi, że ciotka dziewcząt zleciła mu poszukiwania pewnego przedmiotu, a zapłatą za odnalezienie go miał być inny przedmiot, którego, co za nieszczęsny traf, ciocia nie zdążyła mu dostarczyć przed swoim wyjazdem. Więc czy on nie mógłby wejść na chwilę i się rozejrzeć? Niczego nie będzie ruszał. Weźmie, co jego i zniknie, jakby go tu nigdy nie było.

I rzeczywiście, wchodzi, zabiera, znika, i zaczyna się dziać. Rodzinne tajemnice wypływają na powierzchnię, zwykli ludzie okazują się nie być wcale tacy zwyczajni, rozpoczyna się gra z czasem i próba rozwiązania zagadki sprzed szesnastu lat. Dżusi, trafiając przypadkiem na trop hipnotycznego antykwariusza, kradnie zabraną przez niego paczuszkę, wskutek czego w życiu obu sióstr pojawia się tajemniczy zegarmistrz-grawer, każda kolejna zdobycz, każde kolejne znalezisko, każda kolejna pojawiająca się postać zamiast dostarczać odpowiedzi powoduje mnożenie pytań, w tle rodzinne więzi, podróż do przeszłości i tragiczna historia Wrocławia, a całość sprawiała na Królowej Matce wrażenie mistrzowskiego tkania - tu nić, tam druga, przeplatają się niby nieskładnie, niby plączą i nie pasują do siebie, a gdy spojrzeć z daleka tworzą barwną, mieniącą się całość - i wywoływała (bezinteresowną! żeby nie było!) zazdrość, bo Królowa Matka też chciałaby umieć tak pięknie tkać słowami, a nie umie.

Jak wszystkie powieści Marty Kisiel, tak i "Toń" bohaterami stoi, i teraz będzie to coś subiektywne i osobiste, co to Królowa Matka wspominała, że będzie - otóż  Marta Kisiel robi Królowej Matce w główkę to samo, co robiła jej Małgorzata Musierowicz, gdy Królowa Matka była niewinnym dziewczątkiem (i NIE, Królowa Matka NIE UWAŻA, że pisarstwo Marty Kisiel i Małgorzaty Musierowicz wywodzi się z jakiegoś wspólnego pnia czy ma jakieś wspólne cechy, swoją opinię na ten temat wyłożyła w recenzji "Nomen Omen" i od tamtego czasu jej nie zmieniła, a jeśli już to raczej w stronę jeszcze silniejszego zdziwienia, że ktokolwiek może ten wspólny mianownik widzieć). Oto w trakcie lektury książek Małgorzaty Musierowicz na mózg Królowej Matki padał czar. Tajemnicza mgła spowijała świat, wytłumiając wszystko, jak na przykład jeżdżące pod kamienicą na Roosevelta tramwaje, hałas, niedobory PRL-owskich sklepów, biedę, szarość i brzydotę osiedli lat 70-tych. Tajemnicze światło zaś opromieniało bohaterów. Chciało się ich znać. Przyglądać z bliska. Słuchać. Uczestniczyć w ich życiu. Nawet smarowanie chleba pastą twarogową miało nieodparty czar. Nieważne, co się stało i z tymi bohaterami, i z panią Musierowicz później, nieważne, jakie postawy przezierały spod ich słów i postępków. Dwunastoletnia Królowa Matka widziała ich zawsze spowitych czarowną mgłą.

Identycznie to samo ma Królowa Matka ze światami Marty Kisiel. Fizycznie zazdrości bohaterom, że mogą w nich być. Nieważne, jak niebezpieczne to światy i jak niebezpieczni bohaterowie, nieistotne, jak wiele niosą w sobie rozpaczy, gniewu, jak bardzo są obolali, zamknięci, jak bardzo poplątane są ich uczucia, i że wiele czasu trzeba, by je uładzić. Królowa Matka chciałaby ich wszystkich znać osobiście. Dzieje się coś całkiem zwykłego, na przykład Eleonora wchodzi do domu i zdejmuje klapki, a Królowa Matka chciałaby wejść z nią, zasiąść przy stole w kuchni, pogłaskać kota, czasem odczuwa tę chęć aż boleśnie. Magia, Panie i Panowie, czysta magia.

Jest w "Toni" i ten inny, bardziej typowy rodzaj magii, takiej, którą Królowa Matka wysoko ceni, chyba najwyżej - magii codziennej, współdziejącej się obok nas, niemagicznych szaraczków, niejako "nałożonej" na nasz świat, magii, w której nosicielami mogą być najzwyklejsi na pierwszy rzut oka ludzie i nikt nie może być pewien, czy ich sąsiad, spokojny pan w płaszczu w jodełkę, albo kuzynka, hałaśliwa, mocno wymalowana i trwałą ondulacją, nie są tak naprawdę magiem, psychopompem (człowiekiem potrafiącym podróżować w czasie), odwiecznym potworem z głębin czasu czy Mojrą, a nie szarym i nudnym obywatelem lub znoszonym z trudem członkiem rodziny, na którego wygląda.

Jest i magia potężna, prastara, przemożna siła, nie zabawka dla ciekawskich, jest trochę taka, jaką Królowa Matka znalazła w "Demonie Luster" (choć oczywiście zupełnie innego rodzaju). Taka, do której nawet fachowcy muszą podejść z szacunkiem, bojaźnią i pełną świadomością, że coś może pójść źle, a wtedy nie ma zmiłuj. Moment, w którym jednej z bardzo fachowych, bardzo mądrych i bardzo zaprawionych w pracy z Magią, Czasem i Losem osób coś idzie nie tak jest jednym z najbardziej wstrząsających w powieści, Królowa Matka ma ciarki na samo wspomnienie, a jej egzemplarz książki sam się otwiera na stronie z opisem, tak często był on czytany.

Jeśli chodzi o podróże w czasie to jest Królowa Matka przekonana, że jeśli będą kiedykolwiek możliwe, to tak właśnie. Bez żadnych maszyn, żadnych wehikułów, nie w poziomie. Ale w pionie. Krok po kroku coraz niżej, coraz głębiej, w coraz ciemniejszą ciemność, coraz gęstszą gęstość, aż wreszcie nie będzie już można zaczerpnąć tchu i zrobić ruchu. Genialne.

Ale przede wszystkim "Toń" z całym swym miejsko-fantastycznym wykreowanym światem  jest opowieścią o okaleczonej rodzinie (o kilku rodzinach, tak naprawdę), o skomplikowanych związkach w jej łonie i o tym, jak stare naleciałości, narzucone powinności i nierozwiązane konflikty potrafią wpływać na kolejne pokolenia. O tym jak bardzo trudno jest się z sieci tych powiązań wyplątać i jak łatwo wciągnąć w nie innych. I tu wracamy do "klątwy Licha", o której Królowa Matka wspomniała na początku swego słowotoku.

Otóż pierwszą myślą Królowej Matki po skończeniu książki było: "No, to to się wieeelu nie spodoba!".

Nie wie Królowa Matka, czy tak było, bo odkąd zaczęła trochę więcej recenzować porzuciła zwyczaj czytania cudzych recenzji, nim popełni własną. Zakłada, że ślepo można liczyć na fandom Marty Kisiel, który swoją Ałtorkę kocha i wielbi każde słowo, które wyszło spod jej pióra. Podejrzewa, że jest sporo osób, dla których "Toń" była pierwszym spotkaniem z autorką, i tym osobom "Toń" się spodobała albo nie, w końcu ile ludzi tyle opinii i nie ma obowiązku lubić wszystkiego.

Ale jest przekonana, że istnieje grupa czytelników, dla których Marta Kisiel jest przede wszystkim autorką książek lekkich i do pośmiania się, taką  Chmielewską urban fantasy. Grupa, która oczekuje od Marty Kisiel WYŁĄCZNIE porcji rozrywki. Która oddycha z ulgą, gdy natrafi w powieści na jakiś zabawny językowy wygibas czy z rozmachem napisaną zabawną scenkę, bo nareszcie ma to, czego chciała - Martę Kisiel, humorystkę (gdyby jeszcze tylko było więcej Licha, to już w ogóle). A że pod tą scenką aż kipi od gniewnej rozpaczy, że opisywani bohaterowie są tak naprawdę - wszyscy jak jeden - bohaterami wręcz tragicznymi, że łączy ich tyle skomplikowanych, trudnych, bolesnych więzów, że każdy niesie na plecach ciężar nie do uniesienia* - to wszystko nic nie szkodzi, tego wszystkiego nie widać, bo język powieści jest lekki i szybko się czyta.

Trochę to przypomina Królowej Matce wstrząsające - jej zdaniem - opinie o Terrym Pratchettcie, który "napisał na początku kilka dobrych, śmiesznych książek, a potem odcinał od tego kupony", albo wyrażone gdzieś w czeluściach internetu zdanie, że "Siła niższa" Marty Kisiel jest zbiorem przezabawnych gagów, choć jej zdaniem "Siła niższa" aż drży od wewnętrznego smutku.

Wyzna Królowa Matka, że bardzo szanuje fakt, że Marta Kisiel "klątwie Licha" nie ulega. Chyba (choć tego Królowa Matka nie jest pewna) Ałtorce byłoby łatwiej trzasnąć kilka, kilkunaście, kilkudziesiąt książeczek ze śmiesznymi bohaterami, którzy robią śmieszne rzeczy, zamiast pulsującej podskórnym bólem opowieści o dogłębnie samotnych ludziach, którzy zostali zranieni przez tych, którym ufali, i ze strony których mieli prawo spodziewać się wsparcia i opieki, i próbują z tym bólem jakoś żyć, bo nie potrafią sami go uleczyć, a nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc.

Dla Królowej Matki napisanie takiej właśnie powieści, i to napisanie jej językiem lekkim, skrzącym się od żartów i, tak, potrafiącym przysłonić tę bolesną treść woalem dowcipu, to jest dopiero sztuka. Milion razy woli Królowa Matka to właśnie. No, ale ona uważała (i napisała to w swojej recenzji, a jak), że "Dożywocie" jest rodzajem zbiorem opowiadań, ponad które zawsze stawiała "Nomen Omen", choć JUŻ w "Dożywociu" potrafiła odkryć poważniejsze nuty.

Dobrze, że Marta Kisiel jest oficjalnie "bardziej serio". Czasem musi być serio. Czasem najlepiej być serio. Czasem tak trzeba, a nawet należy.

Królowa Matka kocha Licho, czyta o nim ze wzruszeniem, wykonała jego portret szydełkowy i rozumie osoby, które chcą o nim czytać. Licho i jego słodycz jest potrzebne w życiu każdego. Czasem.

Ale czasem jest potrzebne swędzenie w mózg.

Na przykład takie, jakie Królowej Matce zapewniła stara Bimbowa. Od pierwszego zdania, od pierwszej strony, od pierwszego momentu, w którym się pojawiła. Niewidzialna, niesłyszalna, dziwaczna staruszka, siedząca w oknie całymi dniami, sąsiadka, która zawsze jest, więc jej nie widać, do której rozpaczliwych okrzyków "Pamiętam! Ja pamiętam! Nie zapomniałam! Ja pamiętam!" się przywykło, więc jej nie słychać. Dziwaczna staruszka, każdy taką zna. Ile takich starych Bimbowych spotkała w życiu, zastanowiła się Królowa Matka.

Ile zignorowała.

Przed iloma nie zatrzymała się, by powiedzieć: "Jestem tu. Słucham. Powiedz mi, co pamiętasz".

A przecież dla nas, pozbawionych magicznych mocy, stare Bimbowe tego świata to jedyna szansa, by utonąć w czasie. Tylko tak potrafimy.

Za tę lekcję również jest Królowa Matka Marcie Kisiel wdzięczna.

I prosi o więcej**.





*Królowa Matka czuje się jednakże w obowiązku napisać, że jej ulubionym bohaterem "Toń" jest jedyna osoba nie obarczona ciężarem, nie niosąca w sobie wewnętrznego żalu i nie tkwiąca w okowach niejawnej, niewidocznej na pierwszy ani nawet drugi rzut oka rozpaczy, czyli narzeczony Dżusi, Karolek, postać, która w dwóch na trzy przeczytanych przez Królowa Matkę recenzji została określona jako "nijaka" i "niezupełnie pasująca". Tak, Karolek jest łagodny, dobry, pochodzi z kochającej się rodziny i nie ma żadnych niezwykłych mocy. Poza umiejętnością czekania, gdy trzeba czekać, wspierania, gdy trzeba wesprzeć, trwania niezłomnie przy boku, mówienia "idź, musisz,tak trzeba, będę tu, gdy wrócisz" oraz trzymania za rękę i powtarzania "dasz radę, jestem przy tobie, nie bój się, dasz radę". Jest tym, kim Sam Gamgee dla Froda i Ron dla Harry Pottera. Kimś, kto nie jest superbohaterem, ale bez którego żaden superbohater nie miałby szans zabłysnąć swoim superbohaterstwem, bo nie przeszedłby pierwszej próby/ załamał się/ upadł i nie wstał/ zwątpił. Jest tym, czego najbardziej potrzeba światu. Świat potrzebuje Karolków. Nieustannie.

**Ale nie naciska. Poczeka tyle, ile będzie trzeba.

środa, 23 maja 2018

Klęska wychowawcza, dowód milion pięćset sześćdziesiąty drugi (i nie ostatni)

Pompon Młodszy (układając puzzle odwrotnie* na dywanie w głębokim namyśle na inne niż puzzle tematy, jak się wkrótce okaże) - Mamusiu, a jak wyglądają banki?

Królowa Matka (nieco zaskoczona) - Banki? No, banki wyglądają różnie. Zależy, o jaki ci chodzi...

Pompon Młodszy - A pokażesz mi kiedyś jakiś?

Królowa Matka (nie powzinając żadnych podejrzeń) - No pewnie, kiedy chcesz, banków w okolicy skolko ugodno... ale po co ci to nagle?

Pompon Młodszy (nie odrywając się od starannego umieszczania odwróconego puzzelka w odpowiednim miejscu) - Bo jak by wiedziałem, jak wygląda bank, to by natychmiast na niego napadłem...

Królowa Matka (milczy z otwartymi usty i z wyjątkowo nieinteligentnym wyrazem twarzy, w popłochu usiłując znaleźć jakiś Kulturalny i Pedagogiczny Komentarz Rodzicielski).

Pompon Młodszy (kontynuując zarówno proces układania puzzelków, jak i twórczą myśl) - ... bo przecież dziecka by nikt nie podejrzewał.


Tak więc, jeśli usłyszysz, o Czytelniku, o banku napadniętym przez osobę, której - z racji wzrostu - nie objął monitoring, wiedz, że to Pompon Młodszy wkroczył na Ścieżkę Występku.



* układanie puzzli odwrotnie polega na rozsypaniu ich obrazkiem do dołu i układaniem w tej właśnie formie. Układanie puzzli innych niż te liczące 500 kawałków obrazkiem do góry jest, zdaniem Pompona Młodszego, dla mięczaków.

czwartek, 17 maja 2018

Pompony grają

Czas - codzienny kwadransik sprzed czasów, kiedy to Pompony dowiodły swoim zachowaniem ponad wszelką wątpliwość, że są emocjonalnie niedojrzałe i dostały szlaban na X-boxa do czasu, gdy dojrzeją.

Miejsce - salon (z braku lepszego słowa) w Domu w Dziczy.

Postacie - Pompony, wyłączone z życia i komunikacji innej niż ta dotycząca gry oraz Królowa Matka (przez chwilę, za to z notesikiem w dłoni).


Pompon Młodszy (tonem życzliwej porady) - To może zróbmy tak, że ty umrzesz, a ja będę kontrolował żabę.

...

Pompon Starszy (z rozczuleniem) - Ojej, jakie ty śliczne koteczki masz! Jakie maluszki słodkie, jakie urocze!
Pompon Młodszy (silnie poirytowany) - Czy ciebie nie powinien raczej poruszać fakt, że twój brat właśnie się pali?!

...

Pompon Starszy (niewykluczone, że po ugaszeniu brata) - O, i króliczki masz maciupkie! Malutkie, z mamusią!
Pompon Młodszy - To tatuś jest.
Pompon Starszy (poprawia się posłusznie) - Z tatusiem... (po chwili, z zaciekawieniem) A mamusia gdzie?
Pompon Młodszy (rzeczowo) - Mamusia uciekła.

Ha!

Królowa Matka ma nadzieję, że zwrócili Państwo uwagę, w jakie głęboko życiowe gry grają królewskomatczyne Potomki.

środa, 25 kwietnia 2018

Świat seriali à la Dom w Dziczy

 - No, ten to się nie przepracowuje... Bruzda krzywa, dałabym ci ja przez łeb to byś zobaczył krzywą bruzdę! O, o, żeby się to taki owaki nie podźwigał od noszenia modlitewnika, żeby aby przepukliny nie dostał!
- A czego ty się Pieczki tak czepiasz?!
- Jakiego Pieczki, nie czepiam się zadnego Pieczki, Pieczkę to ja kocham! Wielebnego nie kocham, budzi we mnie rewolucyjny duch antyklerykalizmu i Jakuba Szeli!
- <powątpiewająco> Szeli to raczej nie...
- No chyba ja wiem lepiej, czyj duch we mnie wzbiera, nie?!

Aktorka na ekranie "Oskubałabym ci ja tyłek to byś obaczył!"
- Na twoim miejscu, facet, bym uważała  <mściwy rechot>. To jest pani Merle, ona to ci oskubie tyłek zanim zdążysz powiedzieć "a juści"!

- O, o, o, idzie, najpiękniejszy z całej wsi! Boże, jak mnie ten Gogolewski w charakterze pięknego chłopca w oczy boli! <po chwili krytycznego wpatrywania się w ekran> Może ma te inne zalety, co ty wiesz, a ja rozumiem, te, co to ich też nie widać...

- Ale te przyśpiewki weselne to takie wincyj głupie są.
- Dlaczego? Ja lubię. Raczej. Mogłabym słuchać dla przyjemności, na przykład jak "Mazowsze" śpiewa...
- A gdzie ty tam "Mazowsze" zobaczyłaś?!

- No ten aktor to chyba ukraińskie korzenie ma, żywcem Kozak zaporoski! Bez charakteryzacji mógłby go grać!
- Rzeczywiście! Zupełnie jak jeszcze jeden taki, on co prawda nie Kozaka, kojarzysz?
- Nie. Jaki?
- No, ten drugi... no... no, wiesz, ten, co by mógł taliba grać bez przygotowania, ściągnięty prosto z ulicy, ma taki fanatyczny wyraz oczu... no... ten... No, wiesz, ten idiota!
- A w takim razie, wybacz, ale musisz bardziej doprecyzować.

- A ten za co dzieciaka bije?
- Bo mu krowę zmarnował.
- <wybuchając oburzeniem> Oszalałaś?! Odbiło ci?! Co dziecko winne, jak mu zależało to sam mógł tej krowy pilnować zamiast się po świecie tłuc, chodzić przy niej, troszczyć się, a nie teraz, że dzieciak!!!!
- PRZEPRASZAM, ale czy ty właśnie na mnie krzyczysz, bo jakiś chłop w dziewiętnastym wieku na wsi polskiej, fikcyjnej w dodatku, syna pobił?!

Czyli Królowa Matka wraz ze swą Mamusią oglądają  "Chłopów".

 Ciągu dalszego nie wyklucza się.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Co zawdzięczamy Facebookowi

Mnóstwo rzeczy zawdzięczamy, a między innymi ten wpis.

Facebook, otóż, truje Królowej Matce "Masz na Facebooku 1440 obserwatorów, gratulujemy, że masz 1440 obserwatorów, którzy jednakże nie mają z tobą żadnego kontaktu od jakiegoś czasu". "Pamiętaj, że twoich 1440 obserwatorów jest ciekawych, co u ciebie!". "Nie pozwól zapomnieć o sobie twoim 1440 obserwatorom!".

Gdyby Facebook truł jeszcze bardziej, jeszcze częściej i bardziej nachalnie Czytelnikom Królowej Matki nie umknęłyby:

- dramatyczna wizja (Pompon Starszy, w zachwycie oglądający z Królową Matką filmiki, na których Artysta rzeźbi i maluje maleńkie, przepiękne domeczki jak dla krasnoludków, przeznaczone na stojaczki do ołówków i długopisów: "Mama, jakie piękne są te domki z drewna! Też by takie zrobiłem! Jak tylko tata da mi siekierę...!"),

- reminiscencje z balu przebierańców w przedszkolu (Pompon Młodszy, w przebraniu sokoła, pieczołowicie wykonanym Spracowaną i Niechętną Szyciu Matczyną Dłonią, podekscytowany: "Babciu, czy chcesz zobaczyć mojego ptaka?"),

- entuzjastyczne podejście do zapoznawania się z Alfabetem Ojczystym (Pompon Starszy, z rozwianym włosem, błyskiem w oku i entuzjazmem wszędzie: "Mamo, dziś wszyscy poznali moje cztery litery!"),

- głębokie uwagi, żywcem nadające się do Złotych, Acz Może Odrobinę Nietypowych (I Niepokojących) Myśli (Potomek Starszy, w zadumie: "Niektórzy ludzie są jak te tęczowe sprężynki. Nie służą do niczego, za to pięknie spadają po schodach").

Wszystko to byłoby tu pieczołowicie umieszczane pod stosowną datą i pojedynczo.

A nie - skoro Facebook nawija i męczy nie dość nachalnie - na, excusez, kupie.

Ale lepiej tak, niż wcale przecież, bez Facebooka i jego przypominajek blog Królowej Matki obumarłby sobie spokojnie, notując w roku 2018 dwanaście wpisów, z których każdy byłby recenzją książki (takie powzięła noworoczne postanowienie, to znaczy nie takie, że jej blog obumrze, tylko, że popełni dwanaście recenzji), wskutek czego tytuł bloga zrobiłby się kompletnie bez sensu.

Słowem, dziękuje ci Królowa Matka za przypominajki, Facebooku! W imieniu swoich 1440 obserwatorów.

I prosi o więcej :).

A chwilowo oddala się w kierunku okrzyków dobiegających z werandy.

Pompon Starszy - Antek?
Pompon Młodszy (flegmatycznie) - Co?
Pompon Starszy - Antek! No, Antek!!!
Pompon Młodszy (bez zmian) - No, co?
Pompon Starszy (z coraz większym nasileniem decybeli oraz szeroko pojętej irytacji w głosie) - Antek! ANTEK! Chodź tu wreszcie!!!
Pompon Młodszy (niezwykle, ale to, powiada Szan.Państwu Królowa Matka, NIEZWYKLE dobitnie) - ODCZEP SIĘ! JA TU SIĘ CIESZĘ ŻYCIEM!!!

Czego wszystkim nam Królowa Matka życzy w ten piękny, wiosenny dzień.

I idzie koić wezbrane emocje potomstwa.

sobota, 10 marca 2018

Co znalazła Ida po drugiej stronie lustra (Martyna Raduchowska, "Demon Luster")

"Szamankę od umarlaków" Martyny Raduchowskiej poznała Królowa Matka we fragmentach lat temu  siedem, acz nie pamięta dokładnie okoliczności. Na pewno było to w szpitalu, albo gdy leżała na Patologii Ciąży i czekała, aż jej Uparte Pompony uznają, że dosyć tego dobrego, już udowodniliśmy światu, że ciąże bliźniaczą da się przenosić i możemy się rodzić, albo w Klinice Kardiologii, gdy usiłowała doprowadzić swoje serce do jakiego-takiego ładu. Książka nie należała do Królowej Matki i w dodatku gdy tylko zdążyła się ona w nią wciągnąć (co nastąpiło raczej szybko) Pompony uznały, że nadszedł czas, by obdarzyć świat swymi barwnymi osobowościami/serce Królowej Matki zaczęło bić w jakimś akceptowalnym rytmie, Królowa Matka opuściła szpital, a potem, cóż, nie miała głowy, by zajmować się uzupełnieniem braków w lekturze współczesnych młodych pisarek.

Tym bardziej ucieszyła się odkryciem, że na Krakowskich Targach Książki Martyna Raduchowska będzie podpisywać "Szamankę..." na tym samym stanowisku, co Marta Kisiel.  Ucieszona Królowa Matka nabyła Dzieło, odstała swoje w kolejce po autograf i, cała szczęśliwa, przystąpiła do lektury natychmiast po wejściu do autokaru linii Kraków-Toruń, a kontynuowała ją w Domu w Dziczy, produkując przy okazji swój pierwszy Łapacz Snów (chociaż zdecydowanie nie taki ładny jak ten, co występował w książce).


Po czym Lektura dobiegła końca, a Królową Matkę trafił szlag, została bowiem z z przeczytaną książką w dłoni i z opowieścią, która się dopiero zaczynała.

Co starsi (stażem) Czytelnicy pamiętają być może, jak Królowa Matka znęcała się nad Katarzyną Michalak oraz wydawnictwem Znak, które wykonało ten sam manewr w przypadku "Ogrodu Kamili". Różne wyrazy rzucała ona pod adresem wydawnictwa, które nie uprzedziło czytelników, że kupują tak naprawdę część pierwszą i jeżeli chcą się dowiedzieć, jak się całość skończy będą musieli nabyć drugą, a kto wie, może i trzecią. A znęcała się wszak nad AłtorKasią, której wytforry jej w ogóle nie poruszyły i nie zainteresowały, przeciwnie, srodze wynudziły, znęcała się w czynie społecznym niejako, z myślą o osobach, które nabyły rzecz drogą kupna dla siebie z upodobania albo na prezent ze względu na okładce, nie uprzedzone nawet najmniejszym "ciąg dalszy wkrótce nastąpi" malutkim druczkiem na stronie tytułowej.

Ale tu!!! Po interesującej lekturze! Po polubieniu bohaterów, po akcji, co zaczyna się toczyć jak śniegowa kula! Królowa Matka runęła na Allegro, figa, "Demon luster" był nieosiągalny, runęła na stronę wydawcy, która enigmatycznie poinformowała ją: "druga część "Szamanki od umarlaków" wkrótce", w Domu w Dziczy zabrakło woreczków do oddychania ku ukojeniu nerwów, a mściwa chęć, by napisać reckę "Szamanki..." pod tytułem "Martyna Raduchowska Katarzyną Michalak urban fantasy" rosła jak ciasto drożdżowe na przytulnie ciepłym piecu.

Królowa Matka żelazną dłonią ujęła za pysk złą część swej natury i - zrezygnowana nieco - zaczęła czekać na "Demona Luster", odliczając dni do 28 lutego, aż tu nagle pewnego dnia w styczniu, dość nieoczekiwanie dostała maila od Wydawnictwa Uroboros  z pytaniem, czy nie byłaby zainteresowana otrzymaniem którejś z lutowych premier do recenzji. A wśród premier - "Demon Luster". PONAD TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJ!!!

Królowa Matka odpisała, że tak! jak najbardziej! byłaby zainteresowana!, otrzymała swój egzemplarz na początku lutego, miłośnie przystąpiła do lektury i teraz będzie wyłuszczać swoje wszystkie (albo prawie wszystkie) przemyślenia, usiłując jednocześnie nie spoilerować, co łatwe nie będzie.


Przede wszystkim dlatego, że czytać ze zrozumieniem części drugiej (którą "Demon Luster" niewątpliwie jest) bez znajomości części pierwszej się nie da (to znaczy, na pewno się da, ale łatwe to nie będzie), i jeżeli któryś z Szan. Czyt. pragnie zanabyć utwór niech się nastawia na dwupak.

A skoro tak to w recenzowaniu części drugiej nie da się tak całkiem uniknąć spoilerów ze względu na konieczność chociaż minimalnego streszczenia części pierwszej.

No to lu, Królowa Matka będzie streszczać. Oględnie. Taką ma przynajmniej nadzieję.

Otóż jest sobie pewna Ida. Ida ma dziewiętnaście lat, wiernie towarzyszącego jej Pecha i imponujący, czarodziejski rodowód. Pochodzi z szacownego rodu czarodziejów, który to ród może poszczycić się dłuuuuuugą linią magów o nieskazitelnie magicznej krwi i takichż zdolnościach.

Niestety, Idy te zdolności nie dotyczą. W najmniejszym stopniu. Jest tak niemagiczna, jak tylko można być, zdesperowani rodzice poddają ją licznym próbom, a to zawieszą nad jakąś przepaścią, a to zmiękczą schody tak, że ich wychuchana jedynaczka utyka w nich po kolana, a to napoją ją jakimś eliksirem, a to rzucą jakimś urokiem, słowem - robią rzeczy, które normalne, magiczne dziecko albo by zauważyło i ominęło, niewykluczone, że z radosnym chichotem, albo by nie nie podziałały. Ponieważ na Idę działają rodzice muszą ostatecznie pogodzić się z faktem, że ich jedyna córka nie ma w sobie ani krzty magicznych zdolności i przeznaczają jej jedyną drogę przewidzianą dla niemagicznych córek czarodziejów - żony jakiegoś czarodzieja wysokiego rodu i matki jego (z dużym prawdopodobieństwem magicznych) dzieci.

Idy taka kariera nie interesuje. Posiadanie magicznych talentów też zresztą nie. Idę interesuje bycie normalną dziewczyną, studiowanie normalnego kierunku na normalnym uniwersytecie, chadzanie do kina i na imprezy z normalnymi znajomymi, zaprzyjaźnianie się oraz szeroko pojęte normalne życie. Postanawia ona zatem uciec z domu, zamieszkać w jakiejś sympatycznej odległości od magicznej rodziny, podjąć studia i mieszkać, jak normalny człowiek, w akademiku.

I zacząć wreszcie normalnie żyć.

Niestety.

Dość szybko wychodzi na jaw, że wróżbitką oraz czarownicą może Ida i nie jest.

Nie oznacza to jednakże, że nie ma żadnego talentu.

Okazuje się, że Ida jest szamanką od umarlaków, a więc kimś pomiędzy medium a banshee. Jako medium - widzi zmarłych ludzi. Jako banshee - potrafi przewidzieć czyjąś śmierć. Nie ma wpływu na to, czyj zgon przepowie, ale z chwilą, w której doznaje wizji, staje się odpowiedzialna za duszę przyszłego zmarłego. Ma obowiązek ją chronić i zadbać, by bezpiecznie trafiła w zaświaty. Osobiście odpowiedzialna jest za to, by przeprowadzić zmarłego na drugą stronę Rzeki. Zaniedbanie tego obowiązku  skutkuje utratą przez nią kawałka jej własnej duszy. Trudno powiedzieć czy dar ten jest dla Idy błogosławieństwem czy przekleństwem; chyba raczej tym drugim, bo rzadko zdarza się by medium do tego stopnia pozbawione było powołania, z awersją do duchów i niechętne uczeniu się czegokolwiek, co jest związane z byciem medium, z duchami, umarłymi, zaginionymi duszami i tymi wszystkimi rzeczami równie dalekimi od normalności co czary.

Idę żegnamy w chwili, gdy wpada w prawdziwe tarapaty. Dusza człowieka, którego miała przeprowadzić na drugi brzeg, znika w Świecie za Lustrami, Ida składa nieśmiertelną przysięgę, której niedotrzymanie skutkuje rozmyciem się jej duszy w Nicości, dziewczyna musi zawitać do bram piekieł, aby odnaleźć powierzoną jej duszę, a ponadto włóczy się za nią harpia, dzień i noc wyjąc potępieńczo. Że o funkcjonariuszach Wydziału Opętań i Nawiedzeń nie wspomnimy. Oni nie wyją co prawda, ale utrudniają, co się da oraz są nieprzyjemnie podejrzliwi.

Od pierwszej chwili "Demona Luster" wszystko się coraz bardziej komplikuje. Ida musi rozwiązać sekret tajemniczych zniknięć czarownic i czarodziejów, coraz częściej nawiedzające ją koszmary nie dają dziewczynie spać, a jeśli już zasypia jej Dar podsuwa mroczne wizje - wspomnienia, które stanowią klucz do rozwiązania zagadki. Pojawiają się nowi przeciwnicy, Nicość niecierpliwie przebiera nogami... czy Nicość ma nogi? No, w każdym razie Nicość łapczywie łypie na Idę i nie może się doczekać, aż ją pochłonie, a w dodatku Pech tylko czuwa, by uderzyć w odpowiednim (dla niego oczywiście, a więc jak najmniej odpowiednim dla Idy) momencie. Na drodze dziewczyny staje tytułowy Demon Luster, a Wydział Opętań i Nawiedzeń też dokłada swoje, żeby Idzie nie było w życiu za lekko i sympatycznie.

Zaprawdę powiada Wam, Kochani Czytelnicy, Królowa Matka - warto było tyle czekać! To już inna historia, przez ten okres zmieniła się nie tylko główna bohaterka, ale i autorka. Świat przez nią wykreowany stracił kanty, wszelkie niedokładności, wszelkie niedoskonałości, niedopowiedzenia i luki. Zostały wyjaśnione, wyprostowane, wygładzone, a wszystko w sposób nienachalny i daleki od łopatologicznego - po prostu dopiero przy lekturze "Demona Luster" widać, że "Szamanka od umarlaków" jest częścią pierwszą i jako cześć pierwsza powinna być czytana. "Szamanka..." podobała się Królowej Matce na tyle, by gryźć palce z niecierpliwości w oczekiwaniu na drugi tom i wymyślać Autorce od Katarzyn Michalak urban fantasy. Ale "Demon luster"... o, to już zupełnie co innego. Inna liga. Historia nadal jest zabawna, ale o wiele bardziej  mroczna, dojrzała i dorosła, i bardziej trzyma w napięciu oraz zaskakuje zwrotami (bardziej dopracowanej) akcji. Królowa Matka spodziewała się co prawda dobrej książki. A dostała lekturę zaprawdę pierwszorzędną.

Bohaterowie przechodzą metamorfozę. Wszyscy. Bardzo wiarygodnie, bardzo łagodnie, dokładnie tak, jak w życiu - dojrzewają (nawet Tekla - chociaż może słowo "dojrzewa" brzmi w tym wypadku wręcz nietaktownie, w końcu mówimy o osobie, która ma ponad dwieście lat i od dłuższego czasu nie żyje, a tu proszę Martyna Raduchowska pokazuje nam, że i taka osoba potrafi się zmienić).

Za wielki plus tej powieści Królowa Matka uznaje fakt, że prawie każdego jej bohatera można... może nie polubić, ale zrozumieć. I nawet, jeśli rozumiejąc - nie usprawiedliwiamy, to możemy im chociaż współczuć. Królowa Matka współczuła nawet tytułowemu Demonowi. Może nawet zwłaszcza jemu. To wielki dar i niezwykła umiejętność, bardzo rzadka <rzekła ze znawstwem Królowa Matka, której ostatnie doświadczenia literackie nie pozwalały podziwiać podobnego zjawiska w innych czytanych przez nią powieściach>.

Szalenie podobało się Królowej Matce wykreowanie świata równoległego ("Trochę jak w Harrym Potterze!" - ucieszył się Pan Małżonek, i rzeczywiście jest to trochę tak jak w "Harrym Potterze" z Ministerstwem Magii i Wydziałami do Spraw Mugoli, ale o wiele, wiele lepiej), trochę tak, jakby na nasz, banalnie niemagiczny świat nałożyć kolorowy filtr, lepiej tego Królowa Matka wyjaśnić nie umie, cały magiczny świat w doskonałej harmonii egzystujący wraz z tym niemagicznym, właściwie na tych samych zasadach i według tych samych reguł, i może dlatego nie wchodzący nam w drogę i niezauważalny dla nas, niemagicznych, niespostrzegawczych osobników.

Ale naj-naj-najbardziej w "Demonie Luster" (i już w "Szamance od umarlaków" zresztą też) podobało się Królowej Matce podejście do magii.

Podejście do magii jest bowiem tym, co najczęściej Królową Matkę denerwuje w tak zwanej popkulturze.

Zapewne wszystkim znany jest motyw nastolatka albo innego Gieniusza, który dopada gdzieś Starą, Omszałą Księgę, otwiera ją na chybił trafił, natrafia na Zaklęcie (najlepiej rymowane, jak sarkastycznie mawia Pan Małżonek - nie-rymowane nie zadziała) oraz Wyrysowany Pentagram. Następnie Gieniusz przerysowuje Pentagram na Starej, Drewnianej Podłodze, wypisuje Cyferki i Literki, wygłasza Formułkę amerykańską łaciną ("Mitejres meus ejnime liberare!") i voila, mamy maga, szamana i demonologa w jednym. I do takiego pryszczatego Gieniusza przybywa demon, i go słucha. Istota, która mogłaby go rozedrzeć na strzępy, która umiałaby unicestwić go jednym tchnieniem, której głos jest jak wicher, a spojrzenie jak rozbłysk Słońca, odwieczna, potężna i groźna słucha smarkatego studenciaka tylko dlatego, że ten przeczytał jedną książkę, narysował wzorek na podłodze i powiedział: "Ejw, Sizar". Królowa Matka wie oczywiście, że potem ten demon się zbuntuje i tak dalej, co nie zmienia faktu, że pod koniec filmu/ książki/ serialu/ czegośtam i tak mu pryszczol skopie dupę i zamknie w klatce albo odeśle w niebyt za sprawą jeszcze ładniejszego wzorka  na podłodze i jeszcze fajniejszego zaklęcia.

Królową Matkę nawet we wspomnianym "Harrym Potterze" denerwowało, że nauka magii polegała w dwóch pierwszych tomach w sumie tylko na machnięciu różdżką i wyklepaniu zaklęcia (i tak, wie, że upraszcza).

Otóż zapomnijcie o tym w przypadku "Demona Luster".

Magia w "Demonie Luster" jest zupełnie inna.

Królowa Matka zaryzykowałaby stwierdzenie, że prawdziwa.

Potężna, mroczna i zdecydowanie nie służąca zapewnieniu rozrywki. Zapomnijcie o wywoływaniu duchów przy świeczce, zapomnijcie o robieniu amuletów na szczęście, zapomnijcie o używaniu magii tak, jak się używa przypraw do poprawienia smaku potrawy albo telefonu, pilota do telewizora, jakiegokolwiek sprzętu, który poprawia naszą jakość życia, i który można odłożyć, gdy nie jest już potrzebny albo się znudzi. Magia nie jest czymś, co można odłożyć na bok, gdy się znudzi albo jest już niepotrzebna. Jest mroczną, niepohamowaną siłą, z którą pracować mogą tylko osoby doskonale wyszkolone, świadome, z jak niebezpieczną materią obcują i wiedzące, że są wobec tej siły po prostu pyłkiem. Jest mocą, która, raz uwolniona, znajdzie każdą szparę, by wcisnąć się do twojego życia i zrobić, co chce. Jest jak rwąca rzeka, możesz tylko patrzeć i wmawiać sobie, że potrafisz ją kontrolować. Wymaga szacunku i podejścia z bojaźnią. Nie jest czymś, czym można się bez konsekwencji zajmować, a na pewno nie czymś, czym można się bawić.

Właściwie cała historia opowiada o konsekwencjach użycia magii dla własnych, samolubnych potrzeb. O konsekwencjach traktowania jej czysto użytkowo. Z chciwości, ciekawości, rozpaczy - ale zawsze egoistycznie. Tak, jak pod żadnym pozorem traktować się jej nie powinno.

A przy tym jest to historia opowiedziana sprawnie, tam, gdzie trzeba - poważnie, tam, gdzie można - dowcipnie, z napięciem umiejętnie stopniowanym, logicznie splecionymi motywami i domkniętymi wątkami.

Za możliwość przeczytania "Demona Luster" Królowa Matka bardzo dziękuje Wydawnictwu Uroboros.

A za możliwość spotkania z polubionymi już wcześniej (a także z nowymi, których lubić dopiero się uczyła) bohaterami, szansę towarzyszenia im w ich przygodach oraz za możliwość przyglądania się, jak ciekawy pomysł doczekuje się kontynuacji i nie zostaje zmarnowany - Martynie Raduchowskiej.

Naprawdę bardzo.


PS. Ale za notkę na "Ciąg dalszy wkrótce" na "Szamance..." byłaby wdzięczna :).

piątek, 23 lutego 2018

Potomek Starszy gardzi konwencją

Potomek Starszy (ogląda "Imperium kontratakuje" i warczy w temacie Hana Solo rzucającego błyskotliwe uwagi pod adresem księżniczki Lei, czytaj: podrywającego ją intensywnie) - Ona nie chce. Ona nie chce. Facet, czy ty jesteś normalny? (do Królowej Matki, z zainteresowaniem popatrującej na niego ze swego fotelika spod kłębów włóczek i góry filcu) Mamo, on jest jakimś kretynem! (powracając do kontemplowania dzieła) Ty ślepy jesteś, czy co? Ona nie chce. O, i głuchy! Mówi ci to, głuchy jesteś, koleś? Mówi "nie". Otwartym tekstem, rany, co za dupek! ONA NIE CHCE, debilu!

Królowa Matka (rzucając niewinnie uwagą po to, by zobaczyć, co się stanie, czyli stosując tzw. podpuchę) - Ale jednak ostatecznie padnie mu w ramiona, wiesz o tym?

Potomek Starszy (pogardliwie) - Bo w tamtych czasach i w filmie nie wypadało, żeby mu w mordę dała. Ja tam tego nie kupuję.

W ten sposób Królowa Matka dowiedziała się kilku rzeczy.

Między innymi tego, że kanoniczne części Gwiezdnych Wojen się postarzały, i to bynajmniej nie o warstwę technologiczną chodzi.

I że niegłupie dzieciątko z tego Potomka Starszego, bez względu na to, co pokazują jego noty szkolne*.




(*Chociaż o tym akurat wiedziała już wcześniej.

Podejrzewała.

No, dobra, miała nadzieję;)).

środa, 21 lutego 2018

Komplemento...gennie

Do niedawna ukochanym komplementem Królowej Matki było zdanie, wypowiedziane tonem trochę-odkrycia, a trochę-stwierdzenia faktu przez Potomka Starszego podczas jakiejś gawędy na temat dóbr materialnych, co to inni mają, a Rodzina Królowej Matki - nie.

- Na tobie, mama, forsa to w ogóle nie robi żadnego wrażenia?

Królowa Matka niemalże się popłakała ze wzruszenia, bo oto nareszcie, po latach udało jej się wyrwać ze szponów kompleksu, w który popadła, dziecięciem będąc i zapoznając się z własnym horoskopem (cóż chcecie, każdy był kiedyś młody i głupi, nawet Królowa Matka). W horoskopie tym stało, że Królowa Matka posiada oczywiście mnóstwo przepięknych zalet ducha, a kto wie, może i ciała, nieco wad, które jednakże można przekuć w zalety usilną pracą, w ogóle jest osobą, że klękajcie narody, cud, miód i orzeszki, i co kto tam jeszcze lubi, ale, no bo bez "ale" to się nie liczy przecież.

Więc oprócz tego jest ona skąpa, jest patologicznie, chorobliwie skąpa, Ebenezer Scrooge przy niej to niebieski ptak i znany epikurejczyk, a wszyscy Szkoci znani są ze swojego hulaszczego trybu życia. Skąpstwo jej, jednakże, nie ogranicza się do jakichś tam pieniędzy, ale obejmuje też dobra duchowe -  nie podzieli się ona żadną wiedzą, będzie chorobliwie ukrywać wyniki badań (gdyby jakieś prowadziła), nie da ściągnąć na matmie (pomińmy fakt, że z niewątpliwą korzyścią dla niedoszłego ściągającego) i nawet książki nie pożyczy, bo jeszcze by ktoś wzruszenia doznał i by jej ubyło.

I, oczywiście, w parze ze skąpstwem idzie miłość do pieniędzy, dobrobytu, markowych rzeczy za ciężką forsę, markowych ciuchów za ciężką forsę, markowych samochodów za ciężką forsę i markowych wakacji spędzanych w markowych hotelach za ciężką forsę. A także nieopanowana zazdrość wobec tych, którzy mogą się w tych dobrobytach tarzać, podczas gdy Królowa Matka klepie sobie biedę na prowincyi, w Domu w Dziczy, który wciąż jeszcze wymaga wykończenia, chociaż już zaczyna wymagać napraw.

Królowa Matka spłakała się rzewnie, naturalnie natychmiast znalazły się osoby, które potwierdziły, że, owszem, jest coś na rzeczy, zwłaszcza z tym ściąganiem na matmie, Królowa Matka popadła w trwałe (i wieloletnie) przygnębienie, usilnie pracując, by jej to szalone skąpstwo i obrzydliwa zawiść nie przesłaniała oglądu rzeczywistości, i nie przyjmując do wiadomości faktu, że przecież doskonale wie - w przeciwieństwie do horoskopu najwyraźniej - gdzie zawsze miała, i nadal ma, ekskluzywne hotele z ich wyrafinowaną ofertą dla milionerów, że o markowej odzieży nie wspomni.

I po latach okazało się, że się udało i PRZYNAJMNIEJ jej jedno dziecko okazało się mądrzejsze niż książeczka z horoskopem!!!

Wczoraj jednakże powyższy, ukochany, pielęgnowany we wdzięcznej pamięci komplement został znokautowany przez zdanie, wypowiedziane przez Pompona Starszego.

- Mamo - rzekło to wybitnie bystre pacholę, krew z krwi i kość z kości, i warto było użerać się z ciążą bliźniaczą i kopaniem w wątrobę przez sześć miesięcy normalnie - ty to jesteś taka nastolatka. Tylko starsza.

W zasadzie, jak się tak Królowa Matka zastanowi, to wcale nie są komplementy.

Tylko fakty.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Znienacka

Pompon Młodszy (po chwili głębokiej zadumy) - Mamo, a ile ma czasu każdy człowiek, żeby przeżyć swoje życie?

I tak oto, nagle i nieoczekiwanie, człowiek zostaje postawiony przez swoje najmłodsze dziecko wobec pytania, nad którym od wieków łamią sobie głowy najtęższe umysły.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Szaleńczy ogień detektywa na tropie czyli słońce zgasło nad Toruniem II (Marcel Woźniak, "Powtórka")

Wszelkie zastrzeżenia poczynione przez Królową Matkę na początku pierwszej części omówienia "Powtórki" pozostają w mocy, nie powtarzamy ich więc i niezwłocznie przechodzimy do ad remu.

Wszystko, jest Królowa Matka tego świadoma, wszystko to, co Królowa Matka napisała w poprzednim poście można - przy odrobinie złej woli - uznać za nic więcej jak tylko szukanie dziury w całym. Każdą z wypunktowanych rzeczy można było bowiem poprawić na etapie rękopisu i nic tu nie ma do rzeczy prywatne przekonanie Królowej Matki, że książkę z taką ilością literówek i błędów językowych należy po prostu przepisać na nowo. Królowa Matka tak uważa, redakcja może uważać, że wystarczy usiąść, przeczytać, pozaznaczać, skłonić autora do poprawienia literówek, błędów logicznych oraz niezręcznych sformułowań i już, książka jak ta lala!

W związku z czym można by założyć, że Królowa Matka się ordynarnie czepia, nie chcąc przejść do porządku dziennego nad paroma przejęzyczeniami oraz konstrukcją zdań, których swoim prostym rozumem nie pojmuje (chociaż, powodowana podłym charakterem i zawodową zawiścią - czas przestać udawać! - ujęła w dłoń ołówek i policzyła. W czternastu zdaniach na stronach 152-153 Pan Autor siedem razy użył słowa "postać", co daje nam średnio pół "postaci" na zdanie, a to chyba jednak pozwoli się nawet najbardziej zagorzałym wielbicielom niepowtarzalnego stylu pana Marcela zawahać nim zaczną unosić się nad doskonałością języka, którego ten używa).

Aby przekonać się, że nie chodzi wyłącznie o literówki i nadużywanie słowa "postać" rzucamy okiem na kolejną rubryczkę tabelki pod wdzięcznym tytułem

Totalne bzdury

Patolog stwierdził, że dziewczyna zmarła w wyniku obrażeń wewnętrznych i wykrwawienia, które nastąpiło po śmierci.

Na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał Królowa Matka powolutku powtórzy.

Patolog stwierdził, że ofiara zmarła na skutek wykrwawienia.

Które nastąpiło po śmierci.

Ma Królowa Matka nadzieję, że pomogła.


Coś nie a propos języka i konstrukcji postaci - niejaki Żółtko, młody i niedoświadczony policjant zielony jak szczypiorek na wiosnę, zbiera i chowa do kieszeni dowody z miejsca (wyjątkowo brutalnej) zbrodni i nie dostaje w związku z tym opierdolu jak stąd na Madagaskar okrężną drogą. 

Reanimacja noworodka. Poznajemy, że dziecko nie żyje po tym, że mu ODCIĘTA I ZABEZPIECZONA PĘPOWINA nie pulsuje. Po udanej reanimacji pępowina zaczyna znów pulsować, i w ten sposób poznajemy, że dziecko wróciło do żywych. 

<Królowa Matka myśli sobie różne rzeczy, ale nie powie, jakie, bo nie zna aż takich nieładnych słów>

Rok 2016. Lekarka, chcąc zadzwonić na policję, nie sięga po komórkę leżącą na biurku, tylko leci na korytarz, gdzie wisi aparat telefoniczny (równie stary, co większość sprzętu, rzecze Pan Autor. Więc pewnie wie, w przeciwieństwie do Królowej Matki, która na tym właśnie, szeroko na blogu opisywanym oddziale w 2004 roku rodziła wcześniaka, mającego opiekę okołoporodową na światowym poziomie i najlepszy z dostępnych na świecie inkubatorów).

Ciało było ledwie draśnięte, niczym żółtko po rozbiciu jajka. Kula przeszła na wylot szyi Tomasza Żółtki, omijając ważne organy.

<w osłupieniu> Przeszła. Przez szyję. Na wylot. Omijając ważne organy. Ledwo drasnąwszy.


Pod murem Wydziału Filologicznego UMK stała dziewczyna w różowej kurtce. Na tle magnolii rozkwitających za jej plecami, nakrywając daszek w dziecięcym wózku, krzyczała w stronę „okrąglaka”.

Magnolii rozkwitających za jej plecami konkretnie dnia 5 września 2016 roku. Taka fanaberia natury. 

"Bo był najstarszym taksówkarzem w Toruniu. Niezmiennie, od czterdziestu lat, w kremowym fiacie 125p, a wcześniej w chevrolecie. Znany był z częstowania pasażerów czekoladą i uraczania ich długimi rozmowami".

Słuchajcie, on o tym pisze, tymi samymi słowami, TRZECI RAZ.


Wszystkie powyższe rzeczy powinien wyłapać każdy redaktor, nawet taki, który pracuje zdalnie z Kuala Lumpur.

Dla wyłapania kiksów poniższych potrzebna jest minimalna chociaż znajomość Torunia i jego specyfiki, i tak, to też powinno być zrobione i sprawdzone.

Na początek absolutnie, ale to ABSOLUTNIE ukochany motyw Królowej Matki, który chłonęła na przemian ziewając z nudów, turlając się ze śmiechu i  popadając w stupor (takie rzeczy tylko w "Powtórce", Czytelniku!)

Bohatyr pragnie odnaleźć psa, którego dzień wcześniej spotkał w Parku na Bydgoskim Przedmieściu. W tym celu  udaje się w przeciwnym kierunku, niż powinien (dla znających Toruń - rusza spod bloku na Broniewskiego na Osiedlu Sztuk Pięknych i idzie na Starówkę) i kolejne OSIEM STRON facet idzie. Jest szczegółowo opisane, jak mija kolejne ulice, wszystkie wymienione z nazwy, przechodzi przez jezdnie, skrzyżowania, i jest to nudne nawet dla Królowej Matki, która przemierzała tę trasę tysiąc razy w życiu, dla kogoś, kto nie zna Torunia musi być nudne popiątnie, zwłaszcza, że nie wnosi NIC do akcji powieści i można by to po całości wyciąć. Trasa, którą przemierza, wynosi w linii prostej 2,5 km (Królowa Matka sprawdziła!) i dłużej się to czyta, niż rzeczywiście idzie.

Następnie nasz Bohatyr błąka się po starówce toruńskiej, robiąc różne dziwne, jak na przykład obrażanie japońskich turystów i wypominanie im sojuszu z państwami Osi (tak, jest cały czas trzeźwy), wyżebruje papierosy od przypadkowych przechodniów i znajomych (cholera wie czemu), nadal wszystko to można ciąć, bo związku ze sprawą nie ma żadnego.

I tak chodzi i chodzi, i chodzi, od kamienicy do kamienicy, gdyż jest głodny.

Na środku toruńskiej starówki.

Głodny.

Bo bar z zapiekankami pod Arkadami jest zamknięty.

Królowa Matka serio myślała, że jest może, bo ja wiem, pół do drugiej w nocy, wtorek, środek tygodnia, ludzie śpią, bo jutro do pracy. Ale pod koniec rozdziału stoi tekstem otwartym, że jest piątek wieczór, a na ratuszu zegar wybija pół do dziesiątej.

I FACET W WEEKENDOWY WIECZÓR NIE WIE, GDZIE MÓGŁBY COŚ ZJEŚĆ, CHOCIAŻ OD MIEJSCA, W KTÓRYM STOI (PIEKARY), DO RYNKU JEST TRZY MINUTY POWOLNYM SPACEREM, A PO PIĘTNASTU RESTAURACJACH I KNAJPKACH, KTÓRE MIJA PO DRODZE ZNUDZIŁO SIĘ KRÓLOWEJ MATCE LICZYĆ I PRZESTAŁA!!!!


No dobrze, po siedemnastu stronach wymieniania toruńskich ulic i opisów poszukiwania jakiegoś drugiego stoiska z zapiekankami, jak również wymieniania z nazwiska dziennikarzy Gazety Wyborczej (bo po to niewątpliwie było całe to chodzenie, żeby dojść jak po sznurku do pubu i móc rzucić nazwiskami znajomych) mamy całe jedno zdanie, które jakoś nawiązuje do akcji. A zdanie to brzmi:

Pomiędzy butelkami przezierało lustro, w którym Brodzki dojrzał to, co za nim. Szybki rzut oka pozwolił mu zauważyć sylwetkę, która obserwuje go z kąta sali.


W trakcie omawiania powieści przez Znajomych Królowej Matki stawiano liczne koncepcje dotyczące proweniencji czytanego dzieła, jak to - że napisanie go było elementem zakładu, autor popełnił dzieło w wieku lat 13 (na młodociany wiek autora wskazują, na przykład, opisy podobne temu: "– Ale tu gorąco… – zmieniła temat, a Żółtko wszedł jej w słowo. Zaśmiali się oboje, trochę z tej swojej nieśmiałości, a trochę z tego wszystkiego"), powieść w ogóle nie dotyczyła Torunia tylko miejscowości znacznie mniejszej, a nużące spisy toruńskich ulic w charakterze rozdziałów mają ją po prostu "utorunić", powieść popełnił wunderkind - bratanek/siostrzeniec Marcelego Woźniaka, któremu wuj zorganizował wydanie książki w prezencie...

I właśnie po zapoznaniu się z peregrynacjami wygłodniałego Lecha Brodzkiego po Toruniu  Królowa Matka  przychyliła się ostatecznie do koncepcji, że rzecz została napisana piętnaście lat wcześniej i w zupełnie innym mieście. Tylko to usprawiedliwia opisywanie cierpienia męki głodu, gdyż bar z zapiekankami już był zamknięty.

– Jo, kurwa! Nie, nie możesz! – Halicki rzucał papierami. Pewnikiem rwałby i włosy z głowy, ale miał ich tak niewiele, że resztkami świadomości powstrzymał się od tego autodestrukcyjnego gestu.

Wyjaśnienie:

"jo" oznacza po toruńsku "tak". "Wielbiciel Torunia i stuprocentowy toruńczyk", jak mówi o sobie Autor, co chwila sobie przypomina, że toruńczycy mówią "jo" i wstawia je po uważaniu, nie bacząc na sens. Można przeskakiwać wzrokiem i nie zwracać uwagi. 



A teraz, Moi Drodzy Czytelnicy, zbliżamy się do finału, jeśli ktoś przypadkiem dotarł aż tutaj, a chciałby jednak sam się nad tym serwowanym przez Autora suspensem pochylić, to jest ostatni moment, żeby odejść od komputera.

Akcja, proszę ja kogo, toczy się jak śniegowa kula.

Jest niedziela, godzina 16, o czym Królowa Matka wspomina, bo  ma to bezpośredni związek z ostatnią rubryczką tabelki, o czym będzie za chwilę. Pod Ratusz w Toruniu zajeżdża z piskiem opon morderzec z zakładnikiem, a za nim - ścigający go Leon Brodzki.

Napastnik wyciągnął z miejsca pasażera mężczyznę w worku na głowie i zaciągnął go do małych drzwiczek, będących wejściem na wieżę. 

Wybijała właśnie godzina szesnasta i ostatni zwiedzający schodzili z ratusza – ostatnia tura zwiedzających weszła tu kwadrans temu. 


Po chwili pod ratusz podjechał beżowy fiat 125p. Z pojazdu wyskoczył detektyw Leon Brodzki i również wbiegł do budynku. 


W tym samym momencie od Chełmińskiej nadjechały radiowozy. Z pierwszego z nich wyskoczył komendant Halicki. Z kolejnych pojazdów wysypali się policjanci, robiąc kordon wokół centralnego miejsca u zbiegu ulic. 


Wtedy na wieży ratusza padły kolejne strzały. Ich echo poniosło się po co całym mieście
.

Wow. No wow normalnie. Czterdzieści metrów wieża. Ponad dwieście stopni, krętych. A napastnik wlokący za sobą zakładnika
w worku na głowie - starego człowieka, chorego, słabego, od początku powieści opisywanego jako warzywo, spędzającego życie nieruchomo na łóżku w domu opieki -  śmignął na górę w, na oko, jakieś dwie minuty!

Franciszek Brodzki wychylił się przez barierkę wieży. Emerytowany gliniarz wzniósł ręce do góry, zamknął oczy i przesunął ciężar na zewnątrz balustrady. Wszystko trwało ułamki sekund.

No więc NJE.

Balustrada wokół ratuszowej wieży ma jakieś 130 cm, sięga Królowej Matce prawie do podbródka. Nie ma opcji, żeby niedołężny starzec rzucił się przez nią w ułamku sekund.


I w ten sposób płynnie przechodzimy do ostatniej rubryczki pod wdzięcznym tytułem

Totalny wkurw 

i Królowa Matka wie, że użyła brzydkiego słowa oraz nie zamierza go zmieniać, bo nie ma innego, które opisałoby to, czego doświadczyła.
  
Nieco bliżej, przy figurce osiołka z pręgierzem, leżało na ziemi zakrwawione ciało, przykryte białym płótnem. Stało wokół niego kilka postaci, a jedna z nich krzyczała: – Odsuńcie się, nie róbcie zdjęć! Zostawcie!

Była to Natasza. Miała bose nogi i męski, duży płaszcz, przewiązany w pasie.
(DLACZEGO??? przyp.KM. Z jakiego powodu zdrowa na umyśle, wolna, dobrze sytuowana osoba pojawia się w środku dnia na głównej ulicy Starego miasta boso i w męskim płaszczu?) Płakała, głaszcząc przykryte materiałem zwłoki.

Paweł
(ksiądz, przyp. KM) przeżegnał się i podszedł, klęknął przy materiale przypominającym całun. – Czy osoba była wierząca? – spytał z czułością.

I teraz, uważasz, Czytelniku. Jest szesnasta z minutami. Figurka osiołka (metalowa rzeźba w miejscu, gdzie kiedyś był pręgierz) stoi w absolutnie najcentralniejszym centrum miasta, tuż przy pomniku Kopernika, obok Ratusza, trzy czwarte toruńczyków i wszyscy turyści pchają się, żeby zrobić sobie przy niej zdjęcie,
tłumy ludzi wokół jak doba długa, a o szesnastej w niedzielę to już na pewno. Monitoring z prawej, lewej, od góry, od dołu i z boku. Ktoś sadza na osiołka osobę ze związanymi drutem rękami i kamieniami przytwierdzonymi do stóp.

I NIKT TEGO NIE ZAUWAŻA.

Królowa Matka dostała szału, no bo  noż kur..., sorry, ale ile można. Niechlujny język, no trudno, entourage jak z późnych lat 80-tych, jakoś zniesie, spis toruńskich ulic w charakterze wartkiej akcji, co kto lubi, ale DO K... NĘDZY, jakiegoś minimum logiki można chyba wymagać?

To miało redakcję, redaktora prowadzącego, korektę. Cholera, ZA CO CI LUDZIE KASĘ WZIĘLI?!


Społecznie pracowali? No, litości, Królowa Matka wie, sama robi w niedofinasowanym zawodzie, wie, jak się traktuje redaktorów, oburza ją to, ale jeszcze parę takich Woźniaków i przestanie ją oburzać. Miała ochotę zakląć, ale nie zna takich brzydkich słów, a ileż razy można k... mówić, śmiech śmiechem, chichoty chichotami, ale ten... badziew został przez kogoś klepnięty, przez kogoś zaakceptowany, przez kogoś promowany i ktoś mu wystawił recenzje!

I jeszcze, a to jest chyba najgorsze - przecież KRÓLOWA MATKA BY TO KUPIŁA. Kupiłaby, fajne wydawnictwo, Toruń, recki w sieci miodzio, no kupiłaby jak nic, a nie jest bogata i nie stać jej na tego rodzaju pomyłki. Ilu jest takich, jak ona?

No naprawdę (wie Królowa Matka, że powtarza "no" równie często, jak Marcel Woźniak "postać", ale ją telepie, a poza tym nie musi dbać o piękno języka, gdyż jest Prosto Blogierko, a nie Obiecującym Pisarzem) jak sobie Królowa Matka pomyśli, że nie ma już teraz miejsca w sieci, któremu można zaufać w kwestii polecania książek to jej to biedne, chore serce siada.  Na Lubimyczytać na pierwsze dwadzieścia recenzji jedna jest negatywna (Królowa Matka pozdrawia machaniem pana, który też śmiał się w głos czytając opis finałowego pojedynku na ratuszowej wieży), blogi puchnące od zachwytów nad precyzyjnie budowanym napięciem i zachwycającym językiem. Tyle tego, że Królowa Matka zaczyna się zastanawiać, czy czytaliśmy tę samą książkę - albo, czy osoby piszące "Woźniak dopracował swoją powieść w najdrobniejszych szczegółach. Zachwyca stylem i językiem, obrazowym przedstawieniem miejsc" naprawdę nie widzą tej żenui, która tu odchodzi, czy też są aż tak cyniczne - i która opcja jest gorsza.

Królowa Matka już wcześniej policzyła, akcji jest w dziele na trzydzieści stron, opisu społeczno-towarzysko-okolicznościowego dla osadzenia bohatera w jakichś realiach niech będzie, ze też ze trzydzieści, i skoro autor tak kocha Toruń, to z pięć stron opisywania miasta. Razem siedemdziesiąt stron, bądźmy mili i dajmy mu sto. Reszta - do kosza.

A tak naprawdę to ktoś powinien od razu powiedzieć: "Panie Marcelu, niech pan zostanie przy biografii Tyrmanda i dużo ćwiczy, zobaczymy, może kiedyś" i w ten sposób zamknąć temat. 

Co prawda z Panem Małżonkiem doszliśmy do wniosku, że może rzecz już jest po redakcji. Przedtem miała siedemset stron i wymienione wszystkie ulice Torunia ze szczegółowym opisem każdego zabytku (a, przypominamy, toruńska Starówka upakowana jest zabytkami klasy "0" jak świąteczny barszcz uszkami, zaś poza Starówką tez się znajdzie to i owo).


Z dużym prawdopodobieństwem można też założyć, że pierwszy redaktor poddał się już na pierwszej stronie. Nic nie wyciągnie go z alkoholizmu, w który popadł. Każda kolejna osoba porzucała pracę po najdalej połowie rozdziału, płacząc i planując nową - inną! - ścieżkę kariery zawodowej. Po trzecim samobójstwie redaktora zajmującego się tym dzieuem wydawcy zrobiło się nieco szkoda pracowników i pozwolił na wpisanie w książce wymyślonych nazwisk.

Niestety, bardziej prawdopodobne jest to, że ani jedna z wymienionych na wewnętrznej stronie tytułowej osób dzieua nie czytała. Obejrzeli sobie okładkę, Toruń, pierniki, kryminał, grube, super, bieremy!!!



Im bliżej końca tym wyraźniej kiełkowała w głowie Królowej Matki jeszcze inna koncepcja.

To, że skok z ratuszowej wieży nie skończy sprawy każde dziecko by zgadło, bo jak zbrodzień siedzi, chwycony żelazną dłonią sprawiedliwości, a do końca utworu pozostało prawie 60 stron to nawet czytelnik Marcela Woźniaka, przyzwyczajony już do jego szczegółowego opisywania chodzenia po rynku albo jazdy taksówką przez pół rozdziału wie, że coś się stać musi.

I oczywiście się dzieje, przed nami jeszcze morderstwo, porwanie i długie rozważania filozoficzne, oraz męski płacz Leona Brodzkiego (i zapewne nie zdziwi nikogo, że autor wyjaśnia wszystko, co zaszło za pomocą strumienia myśli Brodzkiego, wszystko jest wyłożone jak kawa na ławę, a nie, jakieś akcje, jakieś intrygi, jakieś domyśl się sam, czytelniku).

A to, co się dzieje, dzieje się zgodnie z najlepszymi tradycjami telenoweli klasy "Z", której następujące elementy zostają w Dziele użyte z żelazną doprawdy konsekwencją (a żaden z nich nie został, jak Królowa Matka sądzi, zauważony przez tę zrozpaczoną/ pijaną/ rzucającą pracę redakcję, bo gdyby został, to by nie było albo tego elementu, albo opinii o precyzyjnej intrydze): 

- po Toruniu jeździ jeden wóz strażacki z tą samą zawsze obsługą,

- ta sama, jedna jedyna lekarka, co prawda neonatolog, ale nie pozwolimy się ograniczać, jeździ do samobójców i zabójstw,


 - zbrodzień w centrum miasta turystycznego w szczytowym momencie ruchu turystycznego i w centralnym centrum rynku, po którym przewala się codziennie, a już w weekend to w ogóle, masa ludzi, dokonuje zbrodni, i nikt tego nie widzi

- zbrodzień w biały dzień dokonuje powieszenia zwłok na środku mostu, którym bez przerwy suną sznury samochodów w obie strony (a już na pewno suną w godzinie szczytu, gdy połowa Torunia wraca z pracy), i nikt tego nie widzi,

- zbrodzień w pół godziny morduje Żółtko w szpitalu na Bielanach, transportuje zwłoki przez pół miasta, wiesza je na moście, organizuje taksówkę, podjeżdża po Brodzkiego na Konopnickiej i utyka z nim w korku, znów na moście, znający Toruń mogą już zacząć nieprzystojnie rżeć, nie znający muszą uwierzyć na słowo Królowej Matce, że powinni,

- zbrodzieni jest dwóch i SĄ TO BLIŹNIĘTA (
"Podmienili się – odparł Brodzki i w jego oczy wstąpił szaleńczy ogień detektywa na tropie. Zaczął chodzić i gestykulować, błądząc po zakamarkach swojego umysłu"), chociaż według obliczeń nie wystarczyłoby czworaczków, żeby się ze wszystkim uwinąć, zwłaszcza, że jeden z bliźniaków już przecież siedzi, śmiejąc się opętańczo ("I zaśmiał się serdecznie, a śmiech jego poniósł się głuchym echem po pokoju otoczonym grubą cegłą"). 

 WNIOSEK

Marcel Woźniak jest właścicielem wydawnictwa Czwarta Strona i może se wydać, co chce, i co pan nam zrobi.


Zwłaszcza, że wziął nas wszystkich podstępem.

Detektyw bardzo chciał, by śledztwo, tropy i wskazówki, by wszystko złożyło się w jeden obraz, skończony komplet puzzli, jak w rasowym kryminale. Wiedział jednak doskonale, że literackie kryminały, to precyzyjnie skonstruowane gnioty, podporządkowane fabule i intrydze.

(udajemy, że nie widzimy przecinka przed "to")


I już wszystko jasne. Autor postanowił stworzyć coś innego niż precyzyjnie skonstruowany kryminał, podporządkowany fabule i intrydze! I odniósł spektakularny sukces.

Postanowił stworzyć Powieść, która, jak sam mówi, łączy kryminał, z elementami przygody, zagadki i realizmu magicznego.

Nareszcie. Nareszcie wszystko rozumiemy.

Więc to nie silny stuff, nie brak redakcji, nie  nieporadność językowa, nie chęć wydania młodzieńczego dzieła, tworzonego w gimnazjum pod ławką w trakcie lekcji biologii, nie naprawdę srogie zioło, tylko świadomy zabieg literacki! REALIZM MAGICZNY.

Po prostu.

(a poważnie i przez zęby, gdyż wkurw Królowej Matce nie minął - jak Królowa Matka chce przeczytać dzieło filozoficzne, to kupuje sobie Kierkegaarda. Jak chce przeczytać książkę, której autor bawi się słowem to czyta Cortazara albo poezje Leśmiana. Jak chce się nurzać w realizmie magicznym to czyta Bułhakowa na zmianę z Marquezem. A GDY CHCE, I NIE BEZ PRZYJEMNOŚCI, POGIMNASTYKOWAĆ SZARE KOMÓRKI I SIĘ ODPRĘŻYĆ - CZYTA KRYMINAŁ. Podobnie jak większość kupujących kryminały ludzi. Którzy mogą się troszkę zdenerwować, jeśli wydadzą swoje ciężko zarobione pieniądze w nadziei na obcowanie z literaturą rozrywkową, a dostaną coś, co przypomina na oko bełkotliwe opko spłodzone przez nastolatka w pełnym rozkwicie tzw. Trudnego Wieku, okraszone informacją, że jest to Dzieło Filozoficzne i pełne Specyficznego Poczucia Humoru, tylko oni, głupi, nie zrozumieli. Taka luźna uwaga, do przemyślenia dla redakcji).

Czytelnik ma leżeć zadowolony na kawiarnianym wykuszu, że przewidział tok śledztwa.

Nie bardzo Królowa Matka wie, czy czytelnik, który nudził się jak mops, przewidział praktycznie wszystko i w dodatku był rozdrażniony  językiem, jakim utwór został napisany też może się położyć na kawiarnianym wykuszu, więc na wszelki wypadek nawet nie próbuje.

I Wam, Drodzy Czytelnicy, nie radzi.




Ach. 

I jeszcze jedno.

I odpalił papierosa, wypuszczając z ulgą dym, który uniósł się, jak nad krematoryjnym piecem.

Panie autor.

Państwo redakcja.

PO PROSTU NIE.