piątek, 31 października 2014

Jak złowić frajera, czyli Królowa Matka dotrzymuje słowa, część pierwsza

Pewnego pięknego dnia, nie tak dawno, dawno temu Królowa Matka, która dała się złapać na lep "lajków" na Facebooku, złożyła obietnicę. Otóż, obiecała Królowa Matka, jeśli Kochani Czytelnicy zrobią tak, że strona Królowej Matki dobije do pięciuset lajków, to Królowa Matka Kochanym Czytelnikom napisze, co tylko będą chcieli (i tu dodać trzeba, że świadomość, iż pierwsze, co wypłynie, to będzie zamówienie na recenzję jakiegoś dzieua Katarzyny Michalak miała Królowa Matka od pierwszej sekundy i nic jej nie zdziwiło tak jak fakt, że wypłynęła jako druga). Kochani Czytelnicy uwinęli się w godzinkę po czym zaczęli składać zamówienia, pierwsza - według kolejności składania zamówień - miała pójść recenzja "Dożywocia" Marty Kisiel, Królowa Matka zaplanowała ją na sam Halloween, bowiem obraz przedstawiający Lichotkę, a także znaczna część jej mieszkańców pasowała do świątecznego wystroju wnętrz, lecz, niestety, niestety, wpierw ukończyła Królowa Matka lekturę zamówionego "Ogród Kamili", doznała napadu szału i kolejność się rypła.

"Ogród Kamili" wygrał w głosowaniu z "Czarnym Księciem", Królowa Matka najpierw się ucieszyła (bo napoczęła jakiś czas temu "Czarnego Księcia" i znudził on ją tak niewyobrażalnie, jak żadna książka o ambicjach bycia kryminałem erotycznym nudzić czytelnika nie powinna), a potem, gdy nad "Ogrodem Kamili" zaczęła nudzić się jeszcze potężniej - zmartwiła, bo przecież wiedziała, że Kochani Czytelnicy oczekują krwistych opisów, podsumowań i innych takich, a tymczasem w niej rosło przeświadczenie, że co tu jest do podsumowywania, skoro przecież jeśli przeczytało się jedną książkę Katarzyny Michalak to tak, jakby przeczytało się wszystkie.

I rzeczywiście, z żelaznego repertuaru Autorki mamy w "Ogrodzie Kamili":

A) niewinną a słodką dzieweczkę, lat 24, tytułową Kamilę, która kompletnie, ale to kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka jest śliczna i urocza, bowiem w lustrze widzi "pospolitą, wychudzoną, szarą mysz ze szczurzą mordką i cielęcymi ślepiami".

 B) próbę gwałtu (a nawet dwie) na głównej bohaterce, bo wszak nie sposób wyobrazić sobie ciepłych, przyjemnych, niosących odprężenie i pasujących do tych ślicznych okładek z koronkami i subtelnym kwieciem książek dla "drimerek" bez próby gwałtu,

C) walący się dom w charakterze spełnionego marzenia, choć w tej wersji historii dom nie jest na zapadłej wsi, a otacza go różany ogród

D) "Bądź wierny. Idź" w charakterze motta, powtórzeniem którego rozpoczyna Herołina kolejne dni swego życia - Herbert przewraca się w grobie osiągając prędkość obrotową zbliżoną do tarcz w dysku twardym w naprawdę dobrym komputerze,

E) rysunek postaci romątycznych, który sprawia, ze Królowa Matka zaczyna serio podejrzewać, że targetem, w który celuje pani Michalak są góra czternastolatki, takie, które niewiele jeszcze wiedzą, ale sporo sobie wyobrażają. I tak dla przykładu: Herołina umawia się z Głównym Męskim Bohaterem na upojną noc, przygotowują się, on robi zakupy, jak to "jeszcze pudełko truflowych czekoladek w szampanie, butelkę dobrego likieru – kobiety lubią karmelowe alkohole – oczywiście bukiet purpurowych róż, mimo że Kamila ma ogród za oknem, to przecież lubi kwiaty nie tylko hodować, ale i dostawać", , kilka nowości wydawniczych, bo Kamilka kocha książki, idzie do fryzjera, wstępuje "do markowego sklepu po nową koszulę i marynarkę w stylu niedbałej elegancji,który tak bardzo sobie upodobał.", ("jak mała Kasia wyobraża sobie romantyczny wieczór" normalnie), ona sprząta, wymienia pościel, pucuje gniazdko miłości na błysk, umaja je bukietami róż - po czym on nie przychodzi. Ona czeka, różne myśli przebiegają jej przez głowę - on miał wypadek! umarł! zrezygnował, bo była "łatwa" (wszak według statystyk to jest najczęstszy powód rezygnowania z upojnej nocy z piękną kobietą)! spotkał kogoś piękniejszego i łatwiejszego! aż wreszcie około północy przychodzi SMS z informacją, ze matka Bohatera jest w szpitalu, bo miała zawał. I cóż myśli w tym momencie Herołina, mająca zdaniem autorki lat nie czternaście, ale dwadzieścia cztery? Oto "gdy przeczytała dwa krótkie, suche zdania: „Mama miała atak serca. Nie mogłem przyjechać”, po prostu wybuchła płaczem i płakała dotąd, aż rozczarowaną i zranioną do żywego, zmorzył ją sen. Gdyby te dwa zdania były nieco cieplejsze... Gdyby dopisał chociaż „Wybacz”, już nie mówiąc o „Kocham Cię”, może Kamila posłałaby cieplejszą myśl Julicie i umierającemu pewnie z niepokoju o matkę Łukaszowi, ale to było: „Nie mogłem przyjechać”. Tylko tyle."  (podkreślenia, oczywiście, Królowej Matki) , i w tym momencie Królowa Matka zrobiła przerwę w lekturze, aby zamówić nowy stół, bo ten, na którym pisała wcześniej rozpadł się był od headdesków.

F) rysunek postaci in toto, przemyślany co do najdrobniejszego szczegółu, czyli stworzony metodą "napiszę, co mi akurat pasuje, czytelnicy na pewno nie pamiętają, co napisałam dwie strony wcześniej!". I tak dla przykładu wspomniany wyżej Łukasz jest młodym mężczyzną z zasadami, który "miał szczęście urodzić się w rodzinie hołdującej tradycyjnemu podziałowi ról", a ponadto "wyniósł z rodzinnego domu wiarę w rodzinę, uczciwość i odpowiedzialność, miał silny charakter, wiedział, czego chce, znał swoją wartość, ale na szczęście nie wyrósł na nadętego, zarozumiałego dupka", a jedyne, czego Łukaszowi brakowało, to "śmiałości do dziewczyn, bo wychowany w domu pełnym mężczyzn, z matką, którą uwielbiał, jakoś nie potrafił zdobyć się na tani podryw, a czasu na poszukiwanie kogoś wartościowego po prostu nie miał. Romans biurowy w ogóle nie wchodził w grę. Obściskiwanie się w toalecie nie było w stylu Łukasza Hardego".  Tymczasem zaś zupełnie najwyraźniej nieświadom powyższych cech charakteru i backgroundu rodzinnego jego najlepszy przyjaciel nie ma mu nic do zarzucenia poza tym, "że lubisz skakać z kwiatka na kwiatek, a ja nie życzę sobie, by Kamila cierpiała ponownie przez kogoś podobnego tobie"; Łukasz jest też, co nie jest bez znaczenia dla rozwoju akcji, rozważnym kierowcą, którego poznajemy w następujących okolicznościach przyrody: "Samochód nadjechał z taką prędkością, że nie zauważyła, gdy pojawił się tuż za nią, niemal wjeżdżając jej w bagażnik. Zerknęła w lusterko. No tak, sportowa honda, a za kierownicą facet z komórką przy uchu, jakżeby inaczej. Wlókł się przez chwilę niemal przyklejony do tylnego spoilera astry, po czym, nie zważając na podwójną ciągłą, wyprzedził ją, przyspieszając gwałtownie". Kamila w ramach jednego rozdziału odkrywa, że wciąż kocha Jakuba, wrażego ukochanego, który porzucił ją był osiem lat wcześniej oraz zwraca się do wspomnianego wyżej Jakuba: "Dlaczego uwikłałeś mnie w tę intrygę? I jaką rolę odgrywał w niej Łukasz! Ja go kocham, rozumiesz?! Nie mogę stracić go przez ciebie!"; i tak dalej, i tym podobnie, i tak przez całą książkę, i o każdym z bohaterów.

Ponadto mamy Nowy Wynalazek W Dzieuach AutorKasi w liczbie - jeden (zadziwiającą, irytującą manierę wtrącania zdań typu: "Nie wiedziała, że jutro jej życie dramatycznie się zmieni", "Niestety, dziewczyna nie była świadoma, że to jej ostatnia na długie, długie tygodnie spokojnie przespana noc", "Gdyby wiedziała, jak przyjdzie jej żałować tych słów!", "Nie wiedziała, bo skąd mogła wiedzieć, ze zaledwie siedem kilometrów stąd..." - przy każdym takim zakończeniu rozdziału Królowa Matka zgrzytała zębami) i, uwaga! - jedną zaletę, a mianowicie - ŻADEN Z BOHATERÓW NIE PISZE ANI NIE CZYTA POWIEŚCI KATARZYNY MICHALAK, I ŻADEN NIE SPOTYKA SIĘ Z NIĄ ANI W RZECZYWISTOŚCI, ANI WE ŚNIE! 

Historyjka jest sztampowa do bólu, oczywiście jak na michalakowe universum, bo w tzw. realu 24-letnich księgowych bez żadnego doświadczenia zawodowego, które dostają ofertę pracy z pensją 10 tys złotych netto i samochodem służbowym jeszcze pachnącym nowością oraz dostępem do konta służbowego, na którym spoczywa sto tysięcy złotych, i w dodatku za którymi pracodawca ugania się po całej Polsce, nie spotyka się nazbyt często, chyba, że coś Królowej Matce umyka. Streścić ja Królowa Matka streści, ale raczej krótko, co samo w sobie musi świadczyć o jej sztampowości. I wiejącej z całej tej opowiastki nudzie.

A zatem mamy Kamilkę, którą po śmierci matki wychowuje ciotka. Normalnej dwudziestoczterolatki wychowywać już się w zasadzie nie da, a nawet nie powinno, ale Kamila normalna nie jest, bo chowano ją pod kloszem - mamusia czytywała jej wyłącznie niewinne książeczki, niewinne do tego stopnia, że "Tajemniczy ogród" był dla niej wstrząsem, odkryła bowiem, że są na świecie niechciane dzieci. Po śmierci matki rolę otuliny przejęła ciocia, zwłaszcza, że Kamila leczyła u niej rany nie tylko po nagłej śmierci mamy, ale też po porzuceniu przez ukochanego, niejakiego Jakuba, do którego to ukochanego przez osiem lat pisuje dramatyczne maile, na które ten nie odpowiada.

Nie odpowiada, ale je czytuje, a że jest superbogaty (i superprzystojny, ale to akurat rozumie się samo przez się) i ma mroczną tajemnicę związaną z Kamilą, knuje on szczwany plan: planuje spełnić marzenie dziewczyny o posiadaniu różanego ogrodu. W tym celu kupuje walący się dom w Milanówku i przez podstawionych ludzi werbuje Kamilę do pracy, która - jak przekazuje jej grający rolę szefa Łukasz, prywatnie przyjaciel i współpracownik Jakuba - polegać ma na wyremontowaniu i umeblowaniu domiszcza (wraz z ogrodem) tak, by można je wystawić na sprzedaż, a potem, gdy dom będzie już wypasiony na maksa, urządzony pod jej gust i odremontowany od komina po piwnice ofiarować jej akt darowizny.

Kamila robi wszystko by tej pracy nie dostać (na przykład w ogóle nie pojawia się na rozmowie kwalifikacyjnej), pracownicy Jakuba muszą się napocić, żeby ją skłonić do przyjęcia oferty, której warunki przedstawiła Królowa Matka powyżej, i jeszcze żeby wiarygodnie wyszło, że to taki splot przypadków, udaje się, Kamila podejmuje pracę (w typowy dla bohaterek pani Michalak, czyli robiąc ekskluzywne zakupy w galerii stylowych mebli, które to meble - wykwintne komódki, szafeczki, biureczko i inne rokokoko zostają zwiezione do walącej się chałupy, w której trzeba zacząć remont od podstaw, ale ojtam, ojtam), i zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że mogłaby zakochać się w Łukaszu nieświadoma majaczącej w tle postaci Jakuba, który pociąga za sznurki, mwahahaha.

W trakcie tego zakochiwania się i remontowania poznaje swoje dwie sąsiadki, obie piękne (bowiem nagle zaczynają Kamilę otaczać wyłącznie piękni ludzie, aż dziw, że nie budzi to żadnych podejrzeń naszej Herołiny, że, na ten przykład, znalazła się w jakiejś rzeczywistości alternatywnej), jedna bez nogi, którą straciła w trakcie zamachów bombowych w londyńskim metrze (bowiem utrata nogi w katastrofie Pekaesu na drodze do Młyńca nie byłaby wszak wystarczająco dramatyczna), a druga jest prostytutką. Niepełnosprawna Małgosia cierpi na liczne fobie - nie wychodzi do miasta, zakupy robią jej sąsiadki i doznaje załamania podczas burz, a uspokaja się wyłącznie, gdy ktoś mówi do niej kojącym głosem „Hold on, don’t give up”. Kamila poznaje powoli jej historię, zakochuje się w Łukaszu, niestety, zanim sytuacja między nimi rozkwitnie jak ten róży kwiat, Łukasz ma wypadek samochodowy, w którym doznaje licznych obrażeń oraz amnezji.

Królowa Matka na tym etapie lektury zaczęła odczuwać pewną obawę, że straszliwie byle jakie omówienie jej wyjdzie, jeśli ta koszmarnie nudna historyjka dalej będzie równie nudna, gdy wtem! Nastąpiło radosne "tadam!", a nawet dwa tadamy.

Oto Łukasz wylizuje się powoli, odkrywa, że jest zakochany w Kamili, i że ma do pomówienia poważnie z Jakubem, nic a nic mu ta amnezja nie przeszkadza w prowadzanie rozmów na tematy zasadnicze, zaś obrażenia i powtarzające się zawroty  głowy - w dokonaniu spektakularnego mordobicia w celu obrony czci bogdanki, niestety, w osobistej konsumpcji przeszkadza mu niewydolność serca, której się był (nagle i raczej bezobjawowo) nabawił.

Jakub tymczasem decyduje się ujawnić i uświadomić Kamilę, że (i dlaczego) została właścicielką willi z ogrodem, czyni to w czasie burzy (żeby było bardziej dramatycznie niewątpliwie), w związku z tym przeszkadza mu w wyznaniach Małgosia, wpadająca w stanie najwyższej histerii do domu Kamili. I wówczas - o, cudzie, o niezwykły przypadku!!! - okazuje się, że to Jakub był osobą, która Małgosi w zasypanym tunelu metra powtarzała "don't give up", w związku z którym to odkryciem państwo patrzą się na siebie, a książka kończy.

To teraz będzie o "tadamach".

Pierwszy dotyczył wypadku Łukasza i opisu reanimacji. Opis wyglądał tak:

"Reanimację rozpoczęto natychmiast. Ratownicy zdążyli przełożyć nieprzytomnego mężczyznę na
nosze, wsunąć je do karetki, która ruszyła na sygnale, rozganiając gapiów na boki, gdy pulsoksymetr
zapiszczał przenikliwie, a na ekranie monitora ukazała się nieregularnie falująca linia.
Lekarz, siedzący obok rannego, jednocześnie zaklął i chwycił zestaw do reanimacji, ratownik,
siedzący po drugiej stronie, rozerwał koszulę na piersiach rannego i w ostatniej chwili cofnął ręce.
Ciałem rzucił potężny wstrząs.
– Podaj adrenalinę – warknął doktor. – I to szybko! Jeszcze raz sto pięćdziesiąt dżuli. Gotów?
Kolejne uderzenie energii. Ciało wyprężyło się i opadło bezwładnie. Zielona linia zamigotała
niezdecydowanie i znów zawył alarm.
– Dwieście!
– Walcz, człowieku, młody jesteś!
– Adrenalinę dosercowo!
– Gotów?
– Nic z tego...
– Trzysta, doktorze?
– Poczekaj, muszę się wbić, no żeż...
– Jest puls!
– Nic z tego...
– Tracimy go!!!
– Jedź na SOR, i to gazem!!!
– Daj jeszcze jedną ampułkę adrenaliny!
– Trzysta sześćdziesiąt dżuli!
– Poczekaj...
– Nic z tego!
– Co mam robić?!
– Jeszcze raz dosercowo, niech to szlag!
Łukasz nie był świadom ich wysiłków. Umierał...
"

a Królowa Matka doznała skojarzenia i zajrzała na bloga Dr Jot, który analizował był "Ferrin" i jest autorem Absolutnie Ukochanego Podsumowania Ferrinu i Okolic w jednym zdaniu, jakie Królowa Matka zna, a mianowicie:

 "W pamięci zamajaczyła scena (...) gdy wysłano ją, jeszcze nieopierzoną studentkę medycyny do katastrofy kolejowej..." . (...) Katastrofa kolejowa, studentka na ratunek. Nieopierzona pamiętajmy. Gdzie byli rodzice? Gdzie był koordynator akcji ratunkowej? Gdzie był premier, prezydent, Bóg. Gdzie są sens i logika? Dlaczego wyobrażam to sobie w ten sposób, że to był tylko niewielki wypadek, parę osób rannych, ale do akcji wkroczyła nasza boChaterka. Zginęli wszyscy pasażerowie i pracownicy pociągu, mieszkańcy okolicznych wiosek, polowa populacji najbliższego miasta, ryby w lokalnych rzekach i zwierzyna pobliskich łąk i lasów, a krowom, które przeżyły skwaśniało mleko w wymionach, bo Karolina Anaela się wzięła za leczenie!".

zaś kwestię reanimacji opisał szczegółowo oraz nadużywając słów uznawanych powszechnie za obelżywe, co Królowej Matki nic a nic nie dziwiło, bo gdyby była fachowcem w temacie i czytała to, co AutorKasia jest zdolna sama z siebie w tym temacie wyartykułować to jej wpis by wyglądał tak:

"i wtedy ta piiip, piiip, piiip Herołina bierze piiip, piiip i piiip do piiip, a wtedy on jej piiiip, bo przecież w tych piiip warunkach tylko to piiiip piiiip mógł zrobić, do piiiip, piiiip, PIIIIP!",

albo i gorzej.

Jako nie-fachowiec Królowa Matka nie zapamiętała wszystkich szczegółów pełnego furii miażdżenia autorkasinej wizji reanimacji dokonanej przesz Szan,pan.Doktora, utkwiło jej tylko, że dosercowo adrenaliny podaje się jedynkę, jeśli już, i że defibrylacji nie powinno się dokonywać na płaską linię ( a ta "nieregularnie falująca linia" to raczej płaska jest), że nie jest fachowcem to, przemógłszy wrodzoną nieśmiałość, napisała do wyżej wzmiankowanego Fachowca, chociaż była (i jest) pewna, że dręczenie niewinnych ludzi AutorKasią może podpadać pod stalking i tortury, ale czego się nie robi, by zadowolić Kochanych Czytelników.

Fachowiec potwierdził wrażenia Królowej Matki, dodając, że "reanimacja skopiowana wręcz z tego szitu, który recenzowałem. Dosercowo bzdura wierutna i za to się idzie do piekła, poza tym znowu defibrylacja na asystolię, tak zakładam, że skoro "Zielona linia zamigotała niezdecydowanie" to musi byś asystolia, migotanie komór elegancko widać (ha! Tak coś Królowa Matka czuła!!!). Kolejne fazy defibrylacji też z dupy zupełnie (pardon my french) zaczyna się od dwustu dżuli, potem zaraz przechodzi się od razu do 360. To trzysta to tylko dżuli może się tyczyć, bo chyba Ałtorka chce zobrazować "walkę" o pacjenta a 50 J na początek daje się w kardiowersji, a to zupełnie inna baja. Akcję ratowniczą można więc wyśmiać i rozłożyć na łopatki pacjent przeżywa?! Serio?! mutant, albo inne złe musi być" oraz zauważył, że w autorkasiowym universum jeżdżą jakieś inne karetki, bo w tych, które on zna z reala w żaden sposób lekarze nie są w stanie usiąść po OBU stronach pacjenta, i wie Królowa Matka, że Katarzyna Michalak nie pisze książki medycznej, ale od napisania "Ferrinu" do napisania "Ogrodu Kamili" upłynęło parę lat i był czas, by się dokształcić, zamiast powtarzać opisy reanimacji z tymi samymi błędami, a co do karetek, to wystarczy pierwszy z brzegu odcinek "Chirurgow" obejrzeć, żeby zauważyć, że "ratownik, który siedział po drugiej stronie rannego" musiałby siedzieć NA rannym.

I wie Królowa Matka, że może są to po prostu niezręczne sformułowania, ale jeśli tak, to dlaczego znajdują się one w powieści pani zarabiającej na życie słowem? Takie retoryczne pytanie Królowej Matce przyszło do głowy, nie ma potrzeby udzielać na nie odpowiedzi, którą Królowa Matka zna.

Królowa Matka chciała się jeszcze poznęcać nad niewydolnością serca, na która zapada nasz Łukasz dość nagle, po dniu wypełnionym (w kolejności chronologicznej): obściskiwaniem się z Kamilą, dokonaniem mordobicia, efektownego i brutalnego, w celu obrony czci ukochanej przed napalonym gwałcicielem (któremu to gwałcicielu coś się musiało stać w główkę, nawiasem mówiąc, bowiem jest to pracownik Jakuba, w podzięce za sprowadzenie Kamili do Milanówka nagrodzony posadą kierowniczą w filii firmy macierzystej w Nowym Jorku i świadom, jak cenna jest Kamila dla jego szefa - i taki właśnie ktoś przyjeżdża na urlop do kraju i wpada do Milanówka by Kamilę zgwałcić, byłoby to do bólu nielogiczne, a nawet beznadziejnie głupie, gdyby nie świadomość, że wg pani Michalak mężczyźni dzielą się na czcigodnych ojców gromadki dzieci i gwałcicieli, tertium non datur), zasadniczą pyskówką z Jakubem oraz rozmową z lekarzem rodzinnym, a przez cały ten dzień jedynym objawem ewentualnej niedyspozycji są zawroty głowy, po czym łups! - i mamy niewydolność serca, IV NYHA, wnioskując po objawach (i królewskomatczynych wspomnieniach). 

Ale daruje sobie znęcanie się, niech będzie, że to jest możliwe (chociaż Fachowiec napisał Królowej Matce, że nagły przeskok do IV NYHA skończyłby się zgonem zainteresowanego, a Królowa Matka woli wierzyć jemu niż AutorKasi), bo jej wpis już jest nadnaturalnie długi, a jeszcze nie doszliśmy do finałowego TADAM!

Pozwolicie, Kochani Czytelnicy, że Królowa Matka dokona podsumowania w punktach.

Koniec książki się zbliża, a my mamy:

- Głównego Bohatera, Łukasza, w szpitalu, w stanie agonalnym, z niewydolnością serca kwitnącą bujnym kwieciem,
- drugiego Głównego Bohatera, Jakuba, w domu Kamili, z Księgą Wieczystą oraz aktem darowizny w dłoni i z wyjaśnieniem na ustach, wpatrzonego w
- Małgosię, która rozpoznaje w Jakubie swojego wybawcę z Londynu, w związku z czym przestaje majaczyć i tylko się w niego wpatruje wielkimi oczami,

oraz 

- Kamilę, która nie wie o Łukaszu, nie wie, co zawiera akt darowizny, nie zna wyjaśnień Jakuba i nic z tego wszystkiego nie rozumie.

I już.

I to jest koniec.

Pozostałe strony zawierają zajawkę kolejnej powieści, którą należy przeczytać, aby otrzymać odpowiedź na powyższe.

Dawno Królowej Matki taki szlag nie trafił.

Nie, nie dlatego, że ją ciekawość żarła. Wbrew własnemu mniemaniu Katarzyna Michalak ma wyobraźnię tak żałośnie ubogą, że Królowa Matka domyśliła się, jaka tajemnicę ukrywa Jakub tak mniej więcej w połowie dzieła. Jest do tego stopnia pewna, że dobrze się domyśliła, że nawet nie zamierza tego sprawdzać. Co więcej - tak się wynudziła podczas lektury, że wcale nie ma ochoty sprawdzać, co ją obchodzą kompletnie oderwane od wszystkiego problemy kompletnie wydumanych osób?

Ale dlatego, że wyobraziła sobie Królowa Matka tę niewinną, nieuświadomioną osobę, tego frajera, co go w tytule posta umieściła, tego biedaka, który ufnie nabywa książkę, jeszcze nie daj bogi na prezent, skuszony streszczeniem i wdzięczną okładką. I dowiaduje się ku własnemu zaskoczeniu, że będzie musiał kupić kolejną, jeśli chce wiedzieć, jak się rzecz skończyła.

Żeby nie było, idea trylogii (a nawet tetralogii) jest Królowej Matce znana. Z tym, że obejrzała uważnie wszystkie posiadane w domu trylogie (oraz tetralogie i jeden pięcioksiąg, a także kilka serii takich jak np. Jeżycjada) i wszystkie informowały czytelnika, że są trylogią. Tetralogią. Serią. Numerki miały. Napisy "Część pierwsza, druga, dwunasta". Napis "ciąg dalszy w tomie pod tytułem". Spis tomów na pierwszej lub ostatniej stronie. Cokolwiek. W przypadku powieści nie stanowiących całości samej w sobie to już w ogóle, obowiązkowo.

A tu - nic. ani słówka, ani literki, do ostatniej strony, gdy już jest za późno. Myśl "To po co, do cholery, to czytać?!" powinna być drukowana na zakładkach dodawanych do tego dzieła - może podziałałaby jako ostrzeżenie. 

I jeszcze - to "Znak" zrobił. To "Znak" wydał i promuje tę nudną, nudną, bogowie, jak potwornie, niewyobrażalnie NUDNĄ grafomanię. "Znak", który był dla Królowej Matki (nomen omen) znakiem jakości i utracił całe jej zaufanie. Ten "Znak", który wydawał Myśliwskiego, Coetzee, Tischnera, Llosę, Zadie Smith, Zagajewskiego i Brodskiego, a teraz wydaje ponad trzystustronicowe bredzenie o niczym, i jeszcze w dodatku trzeba się cieszyć, że to jest bredzenie o niczym, nie to, co wcześniej wydana "Bezdomna", debiut pani Kasi w tym niegdyś szanowanym wydawnictwie (i Królowa Matka się pani Kasi wcale a wcale nie dziwi, serio pisze, bo sama też by wolała być wydawana przez "Znak" niż przez, na przykład, wydawnictwo "Bookowisko" w Wyżyny Dolnej pod Pszczyną). Nie dziwiąc się Katarzynie Michalak nie może jednak Królowa Matka nie dziwić się "Znakowi". I, błaga, nie wyjaśniajcie jej, czemu się tak dzieje, Królowa Matka to wie, ale nie może jednak wyjść ze zdumienia, że niektórym pecunia do tego stopnia non olet.

Nigdy Królowa Matka tego "Znakowi" nie wybaczy. Nigdy.

Nigdy.




 
PS. Na stronie "Znaku" przy książce "Zacisze Gosi" jest informacja, że „Zacisze Gosi” to kolejna - po bestsellerowym „Ogrodzie Kamili” - powieść z kwiatowej trylogii” Katarzyny Michalak, autorki, którą pokochały polskie czytelniczki. Ciąg dalszy tej niezwykłej, wzruszającej historii o przyjaźni i miłości, poznacie w książce „Przystań Julii”, następnej powieści w serii", Królowa Matka uczepi się jednak i stwierdzi, ze to za późno, bowiem uprzedzić czytelników, że będą musieli nabyć cały pakiecik książek, by poznać rozwiązanie zagadek namnożonych przez Autorkę z chorobliwą szczodrością należało przy okazji publikacji części pierwszej. I to na okładce. Dużymi literami.

PSS. W pierwszym momencie napadu szału wściekła Królowa Matka chciała obiecać, że celem ulżenia sobie przeczyta cholernego "Czarnego Księcia" i pojeździ na nim jak na łysej kobyle, ale do dziś ochłonęła i niczego nie obiecuje. No, chyba, że się znów kiedyś zdenerwuje. Bądźcie czujni ;).
 

niedziela, 19 października 2014

Horoskop prawdę ci powie

Królowa Matka (czyta horoskop Potomka Starszego, natrząsając się nad przeróżnymi autorytatywnymi stwierdzeniami typu "w ten sposób może znaleźć ujście jego nadzwyczajna pracowitość, wręcz pracoholizm") - "... Skorpion do szczęścia potrzebuje przede wszystkim wroga..."

Potomek Młodszy (radośnie) - O, tak, gdyby mnie nie miał byłby cały czas kompletnie nieszczęśliwy!!!

I tak uczynny Potomek Młodszy uszczęśliwia Braciszka już od siedmiu lat :), w związku z którą to rocznicą Królowa Matka przebywa w tkliwym nastroju "a pamiętasz, zaledwie chwilę temu tak mnie kopnął, że przez brzuch było widać jego nogę, od kolana do stopy..." (Królowa Matka wie, że Pan Małżonek nie pamięta, nie było go przy tym, pamiętać to może Matka Królowej Matki, która ją wachlowała i podawała drżącą dłonią wodę do popicia, jak Królowa Matkę zatchnęło, a taki kopniak zatyka człowieka na amen i boli, choćby nie wiem jak tkliwie wspominało się go siedem lat później), "a pamiętasz, jaki był śliczny?" (tu wszyscy słuchacze, bo wszak nie rozmówcy, robią uprzejme miny i zaczynają błądzić wzrokiem po okolicy, starannie omijając rozanieloną twarz Królowej Matki, bowiem oni pamiętają policzki a la buldog z wystającym spośród nich nosem, i fałdy godne utytułowanego triumfatora wszelkich psich wystaw psa rasy shar-pei, podczas gdy Królowa Matka pamięta te najpiękniejsze na świecie usta, cudowne usta, żadne z jej dzieci takich nie miało, i skórę gładką jak aksamit o odcieniu muśniętej słońcem brzoskwini, i te idealne stópki, na których - pomyślała w popłochu Królowa Matka - on chyba nigdy nie stanie, takie były maleńkie, i - zwłaszcza - to triumfalne cztery i pół kilo, to odczarowanie kilograma, z którym przyszedł na świat Potomek Starszy; wszystko to zresztą Potomek Młodszy nadal ma, i tę brzoskwiniową skórę, i kształtne stopy modela reklamującego sandały, i usta, a kilogramów ma nawet więcej niż tylko cztery i pół, plus firany rzęs, których w dniu narodzin nie posiadał praktycznie wcale), "a pamiętasz, jak jechałeś w środku nocy do szpitala drogą, która akurat była remontowana i zamknięta dla ruchu z różnymi niecenzuralnymi słowy na ustach?" (tak, to Pan Małżonek pamiętał),

i tak nurzając się w tkliwych, a nawet ckliwych czasami wspomnieniach (tak, Królowa Matka też tak czasem miewa) produkowała ona zamówione przez Jubilata ciasto z pająkami,




produkcja których staje się powoli nową, świecka tradycją, oraz ciasteczka, które zamiast tradycyjnych cukierków zaniesie jutro do szkoły Potomek Młodszy



i myślała sobie, że wroga to niekoniecznie, ale Potomka Młodszego do szczęścia to i ona potrzebuje.

Li i jedynie :).

niedziela, 12 października 2014

Wpis historyczny (kolejnego podobnego nie będzie do końca istnienia tego bloga, i dłużej)

Królowa Matka - Wygraliśmy z Niemcami?
Pan Małżonek - Tak.
Królowa Matka - Wygraliśmy z Niemcami?
Pan Małżonek (cierpliwie) - Tak. Dwa : zero.
Królowa Matka - Ale... jak to? Wygraliśmy z Niemcami?
Pan Małżonek (ciągle cierpliwie) - No tak, Błaszczykowski był...
Królowa Matka (bezradnie) - Ale ja nie bardzo rozumiem, co ty do mnie mówisz. Wygraliśmy? Z Niemcami?
Pan Małżonek (z deczka jednak tracąc cierpliwość) - No tak, dziś nie 1 kwietnia, więc chyba tak.
Królowa Matka (próbując osadzić w utartych koleinach świat, który zna, i w którym czuje się bezpiecznie) - Ale my? Wygraliśmy? Z Niemcami?
Pan Małżonek - Tak, my. Dwa : zero wygraliśmy.
Królowa Matka (bardziej bezradnie) - Czekaj, chwila, ale że my? Z Niemcami?
Pan Małżonek (zrezygnowany) - No, my.
Królowa Matka (z nadzieją) - Ale oni wystawili tylko rezerwowych?
Pan Małżonek - Nie.
Królowa Matka - I wygraliśmy?
Pan Małżonek - Tak.
Królowa Matka - Ale... że z Niemcami?
Pan Małżonek (milczy).


Słuchajcie...

Wygraliśmy z Niemcami?

A może (z rosnącą nadzieją) Niemcy mieli po prostu gorsze kolana...

Źródło

 ... a sędziowały kobiety w szale lubieżności?

No bo, że my...?

Z Niemcami?

sobota, 11 października 2014

O lekturach szkolnych odczytanych na nowo (część pierwsza i nie ostatnia)

Jako mamusia dzieciątek w wieku szkolnym Królowa Matka bywa zmuszana do ponownego zgłębienia treści lektur z kanonu, który zdaniem Ministerstwa Edukacji znać powinien każdy szanujący się absolwent podstawówki. Niektórych po dwa razy, bowiem Potomek Starszy właśnie przerabia to, co wstępnie miał przerabiać dwa lata temu.

Albo i cztery, co nastąpi w przyszłości, gdy do przerabiania lektur dorosną po kolei pozostali Potomkowie.

Nie jest to wielkie poświęcenie, bo czytanie znajduje się bardzo wysoko na liście tych czynności, które Królowa Matka poważa, i któremu oddaje się bez sprzeciwów dla wytchnienia, sprawienia sobie przyjemności i cieszenia się chwilą tylko dla siebie, a czytanie lektur własnego dzieciństwa niesie ze sobą dodatkową przyjemność podróży w czasie, do dawnych wzruszeń i dawnych zachwyceń.

Chociaż niesie ze sobą także ryzyko, że kraina dawnych zachwyceń okaże się mniejsza, brzydsza i zupełnie inna niż ta, którą się przechowywało w pamięci.

Właśnie do zupełnie innej niż ta zapamiętana z dzieciństwa krainy trafiła Królowa Matka wspomniane dwa lata temu, odświeżając sobie „Pinokia” Carlo Collodi, rzecz znaną, jak się jej wydawało, po prostu na wylot.

Powstał wówczas tekst dla Grupy Desantowej, w którym Królowa Matka sobie ulała i wyrzuciła "Pinokia" z pamięci, wzdrygając się niechętnie na samo wspomnienie.

Po czym minęły kolejne dwa lata, Potomek Starszy rozpoczął edukację w klasie czwartej i okazało się, że "Pinokio" figuruje (ponownie, tym razem w wersji pełnej, nie we fragmentach) na liście lektur.

"A takiego! - pomyślała Królowa Matka mściwie. - Nie będę tego czytać, a już na pewno NIE BĘDĘ KOMENTOWAĆ!" (bowiem Królowa Matka jest świadoma faktu, że żywi liczne i niekoniecznie wygodne poglądy na różne niewygodne sprawy, a wolałaby nie infekować nimi Potomków. Niech sobie same dochodzą do własnych wniosków). A poza tym żywiła nadzieję (możemy to zrzucić na karb jej nieopanowanie optymistycznej natury), że może po tych prawie 140 latach, które upłynęły od napisania dzieła, omawia się je w szkole jakoś inaczej.

I, oczywiście, okazało się, że figa z makiem. Przeglądając zeszyty Potomka Starszego Królowa Matka czytała charakterystykę Pinokia, tego niewdzięcznego, nieposłusznego, niegrzecznego, niedobrego, nie-co-tam-sobie-chcesz, Kochany Czytelniku, pajaca, i wrogi bulgot rósł jej w gardle, a na własnym języku musiała wręcz siadać, tak bardzo usiłowały jej się wyrwać z ust przeróżne, niekoniecznie wyrażane piękną, literacką polszczyzną opinie o twórcy dzieła i jego literackiej kreacji.

Na szczęście ma bloga. Blogunia. Blogaska. Tu może sobie bulgotać bez przeszkód! 

I zamierza skorzystać z tego prawa.

Każdy zna historię Pinokia, prawda? Historię pajacyka, wystruganego z kawałka śmiejącego się drewna, który potem – zbaczając z drogi do szkoły – wplątuje się w liczne kłopoty, spotyka na swojej drodze złego Lisa i Kota oraz dobra Wróżkę o Błękitnych Włosach, zostaje połknięty przez wieloryba, potem zamieniony w osła, aby wreszcie, po odebraniu wszelkich nauk, jakich może udzielić życie, po zrozumieniu, co jest dobre, a co złe, w nagrodę stać się prawdziwym chłopcem.

I otóż w trakcie zagłębiania się w tę historię po raz któryś tam okazało się, że mamusie mają na przygody Pinokia oraz na niego samego zupełnie inny pogląd, niż miały go małe dziewczynki.

Małe dziewczynki widziały pajacyka, który był niegrzeczny. Wszystko robił źle. Oszukiwał, nie dzielił się jedzeniem z tatusiem. Lenił się. Nie chciał pracować. Nie chciał chodzić do szkoły. Kłamał. Przywłaszczał sobie pieniądze. Włóczył się w nieodpowiednim towarzystwie. Słowem, był bardzo, bardzo, BARDZO niegrzeczny i wszystkie złe rzeczy, które go w związku z tym spotkały, były słuszną karą. A gdy już kara zadziałała, Pinokio się poprawił i został dobrym pajacykiem słusznie został nagrodzony.

Mamusie zaś (no, ta konkretna mamusia) ujrzały dziecko, które zostało rzucone w świat bez najmniejszych wcześniejszych prób objaśnienia mu tego świata, ale za to z bagażem oczekiwań, nie spełnienie których skutkuje okrutną nieraz karą.

Królowa Matka nigdy nie lubiła słowa „niegrzeczny”, bo brzmiało w jej uszach raczej jak „nie dość dobrze wytresowany”, i Pinokio dobitnie jej uświadomił, że owszem, nader często właśnie to oznacza.

Pinokio nie jest niegrzeczny. Nie jest niegrzeczny, gdy zjada wszystko, co było w domu, na kolację i nie zastanawia się, że nic nie zostawia swojemu ojcu. Nie jest niegrzeczny, gdy zamiast do szkoły trafia na przedstawienie teatru marionetek, kupując bilet za sprzedany wcześniej elementarz. Nie jest niegrzeczny, gdy godzi się towarzyszyć Lisowi i Kotu, i daje im się okraść z pieniędzy, które miał zanieść ojcu. Nie jest niegrzeczny, gdy okłamuje Wróżkę O Błękitnych Włosach, ani wtedy, gdy zamiast do szkoły jedzie z kolegą do Krainy Zabawek.

On po prostu nie wie, że jedzeniem należy się dzielić – skąd ma to wiedzieć? Ma przecież dzień! Jak można wymagać wiedzy na temat właściwego postępowania od kogoś w rodzaju noworodka? Nie wie, że nie należy chodzić z nieznajomymi osobami, nikt mu tego nie powiedział. A z Kotem i Lisem idzie w (dziecinnej, ale przecież podjętej z kochającego serca) nadziei, ze pomnoży pieniądze i będzie mógł uczynić swojego tatę bogatym. Tego, że są na świecie osoby, które dla realizacji swoich zamiarów skłonne są kłamać i oszukiwać też mu nikt nie powiedział. I że kłamać nie wolno także nie. 

Królowa Matka założy się o wszystko, że gdyby ktoś powiedział Pomponowi Młodszemu (lub Starszemu), że zna miejsce, w którym zakopany pieniążek wyrośnie w obsypany pieniędzmi krzew, Pompon Młodszy (i Starszy) by uwierzył. Pompony mają trzy i pół roku. Emocjonalnie, oceniając tak na oko, Pinokio ma tyle samo. Dzieci wierzą. Dzieci, które nigdy nie miały okazji, by się rozczarować i doznać zawodu, wierzą tym bardziej. Nie mają żadnego powodu, by nie wierzyć komuś, kto jest dla nich miły.

A jeśli chodzi o przedłożenie wyjazdu do Krainy Zabawek ponad siedzenie w szkolnej ławce i pilną naukę to, cóż, wyznać Królowa Matka musi, że też niespecjalnie ją ono dziwi. Gdyby miało stanowić pierwszy krok do stania się osłem jej najstarszemu dziecku powinny już zacząć kiełkować ośle uszka.

Ale mimo tego, że Pinokio niegrzeczny nie jest, wszyscy mu to powtarzają. Wszyscy mówią mu, co powinien robić jako „grzeczny pajac”, ale nikt nie zadaje sobie trudu – nikomu chyba nawet nie przychodzi to do głowy, - aby wytłumaczyć mu, czemu. Czemu ma się zachować tak, a nie inaczej. Które z jego zachowań jest niebezpieczne, które sprawia komuś ból, które może się źle dla niego skończyć. I dlaczego.

Królowa Matka podjęła próbę, by sobie to wyobrazić  – siebie samą, rzuconą w jakiś dziwny świat, w którym obowiązują liczne reguły, których co prawda nie zna, nie rozumie i nie wie, jak działają, ale których nieprzestrzeganie skończyć się dla niej może na przykład powieszeniem, albo połknięciem przez gigantyczna rybę, albo zamianą w zwierzę i sprzedaniem na targu.

I informacją, że stało się tak, bo była niegrzeczna. I że to wszystko jest jej wina, bo gdyby była grzeczna to by się nie zdarzyło, prawda?

I kuszeniem nagrodą, która należy się tylko tym supergrzecznym (ale która jednocześnie nie jest zagwarantowana raz na zawsze – chyba już nigdy nie pozbyła by się poczucia, ze jeśli przestanie być grzeczna pewnego dnia obudzi się jako pajacyk. Albo jako osiołek, którego można sprzedać, a potem zagłodzić na śmierć).

Z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej żal jej było pajaca, któremu nikt nie okazał ani razu bezwarunkowej miłości. Którego wyrzeźbił sobie samotny staruszek, aby mieć podporę swej starości (po czym od razu niemal poczęstował tekstem „gdybym był wiedział wcześniej, jaki będziesz, nigdy bym tego nie zrobił”), i którego każdy niemal napotkany na drodze człowiek uświadamiał, jak bardzo jest niedobry, niewdzięczny, nie zasługujący na miłość. Jak godny współczucia jest jego ojciec, który musi go znosić. I że, oczywiście, „kocham cię, ale...”.

Nigdy samego „kocham cię”. Bez „ale”. Bez warunków. Bez „daj mi w zamian”. Bez „bo jak nie, to przestanę cie kochać” w podtekście.

„Pinokio” to wcale nie jest historia o pajacyku, który nauczył się być dobrym synem i dobrym człowiekiem.

To historia o pajacyku, którego skutecznie wytresowano. Zaś on dał się wytresować, bo bardzo chciał, by ktoś go kochał – a w końcu zrozumiał, że jeśli się wytresować nie da to nigdy nie nastąpi.

Najsmutniejsza szkolna lektura.

Jak dotąd.

Nieco tylko koi królewskomatczyną duszę fakt, że Potomek Starszy trochę wniosków wyciągnął jednak sam, chociaż mamunia siedziała na własnym języku, ile sił.

"Mamo! - mówił z oczami jak spodki. - jakie to jest okropne. Oni go POWIESILI! W książce dla dzieci! Powiesili go!!! Żeby go okraść!".

A gdy jako zadanie domowe dostał opisanie tej z przygód Pinokia, która wywarła na nim największe wrażenie, wybrał spotkanie z Kotem i Lisem. 

- Dlaczego akurat tę? - chciała wiedzieć Królowa Matka.
- Bo było mi go żal - wyznał Potomek Starszy. - Przecież niczego złego nie chciał zrobić, tylko zdobyć więcej pieniędzy dla swojego taty, żeby tata nigdy już nie był biedny. I poszedł z Lisem i Kotem, bo byli dla niego dobrzy, a nie wiedział, że niektórzy nie są dobrzy. I nauczył się, że nikomu nie można wierzyć, a to nie jest cała prawda, bo niektórym tylko nie można, a większości tak. (Królowa Matka potakuje, starając się powstrzymać od entuzjastycznych pomruków). A poza tym - kontynuowało Dziecię - to bardzo smutne, że ta historia z krzaczkiem na Polu Cudów nie była prawdziwa, bo - tu Potomek Starszy rozpromienił się jak supernowa- ja bardzo lubię, jak kasa rośnie!!!

Królowa Matka nie jest pewna, czy można to uznać za światełko w tunelu i dowód na skuteczność jej metod pedagogicznych ;).


PS. Piątkę dostał za powyższe i pochwałę, że najlepiej w klasie uzasadniał swoje zdanie. Ale o rosnącej kasie nie powiedział, Królowa Matka specjalnie spytała. Więc może to dlatego ;D.

piątek, 10 października 2014

Bo idzie jesień

... a ortografii kreatywnej nigdy dość.

Potomek Młodszy rozwiązuje krzyżówkę w podręczniku. Wszystko wpisał prawidłowo (jak optymistycznie twierdzi), a hasło nie wychodzi i nie wychodzi.

No, dobra, Królowa Matka poświęciła chwilę swego bezcennego czasu, by się nad problemem pochylić.

Pytanie: "Jadany na zimno, także jesienią".

Prawidłowa odpowiedź Potomka Młodszego: "Gżb".

No bo jak coś się nie mieści w krateczkach (a jest NA PEWNO odpowiedzią prawidłową) to należy rzecz dostosować, a nie naginać się do jakiejś chorej wizji prawidłowości lansowanej z uporem przez autorów podręczników i twórców zasad ortograficznych, to się rozumie wszak samo przez się.

czwartek, 2 października 2014

Chirurgowo

Raz na jakiś czas operator telewizji satelitarnej robi Królowej Matce taki myk, że przestawia jej programy. Coś się pojawia, coś ginie, a coś zmienia położenie, wszystko zaś hojnie obdarzone jest zachwyconymi w tonie informacjami o "przygotowanych specjalnie dla Państwa szczególnych ofertach, które pozwolą Państwu znaleźć jeszcze większą przyjemność w naszej współpracy". Oczywiście w Królowej Matce budzi to emocje przeciwpołożne do oczekiwanych przez uchachanego operatora, podobne do tych, które ją ogarniają za każdym pojawieniem się kolejnych ułatwień na Facebooku, wskutek zastosowania których przez kilka tygodni nie sposób niczego znaleźć, nie jest się pewnym, czy twoich tajnych grup nie widzi właśnie połowa Europy ze szczególnym uwzględnieniem tych osób, które masz zablokowane, oraz nie można dodać postów na własnej stronie, której jest się administratorem, gdyż wszelkie, coraz bardziej desperackie próby odbijają się bezwładnie od komunikatu: "Nie masz uprawnień do zarządzania tą stroną". Emocje te są dalekie od łagodności i gdyby szczere życzenia rzeczywiście się spełniały wiele osób, ze szczególnym uwzględnieniem administratorów i właścicieli Facebooka, cierpiałoby na rzadkie a niezwykle bolesne przypadłości, wzbudzało podszytą wstrętem fascynację skutkiem posiadania ohydnych, nie spotykanych w przyrodzie deformacji cielesnych oraz co najmniej kilka razy dziennie konało w boleściach.

Nieświadom wzbudzanych emocji operator królewskomatczynej telewizji satelitarnej zrobił niedawno jeden ze swoich myków i pewnej wcale nie pięknej soboty Królowa Matka odkryła, że wskutek usunięcia z listy kanałów jednego programu nie będzie mogła oglądać kolejnej powtórki "Chirurgów".

Tak, Królowa Matka wie, że "Chirurgów" już oglądała, niektóre sezony więcej niż trzy razy. I że nie potrzebuje telewizora do ich oglądania, skoro ma komputer z dostępem do internetu i wielu stron z zachęcająca ofertą. Ale po pierwsze, co z tego, a po drugie, Królowa Matka jest starsza panią, z wykształcenia bibliotekoznawczynią, staroświecką i z nawyczkami, które to nawyczki mówią jej wyraźnie, że jak coś oglądać to po bożemu, z pilotem pod ręką i z reklamami, inaczej się nie liczy! Oraz o określonej godzinie, która pozwala jej z zimną krwią i bez wyrzutów sumienia spławić Najdroższe Potomki, jej Dumę, Radość oraz Największe Osiągnięcie W Życiu słowami: "Zjazd w podskokach, dzieciątka, teraz jest bajeczka mamusi!".

No, nic, Królowa Matka pocierpiała, głośno i widowiskowo, po czym pocieszywszy się nieznacznie przypomnieniem, że "Chirurgów" w związku z powrotem do kochanej pracy i tak by oglądać nie mogła, zaczęła z najwyższym trudem dochodzić do siebie po wstrząsie. Aż tu pewnego dnia pyknęła pilotem i zaczęła wznosić okrzyki o entuzjastycznym wydźwięku: "O, co moje stare oczy widzą! Och, życie moje znów nabrało sensu! Znów widzę świat w kolorach! Znowu wiem, po co rano wstawać, znów mam powody, by zasypiać z uśmiechem! O, radości! O, szczęsna chwilo!!!".

Na co Potomek Starszy, tonem na pół stoickim, na pół zrezygnowanym: "A. Fox Life włączyli".

Kochane dziecko, jak ono zna mamusię :).

W zeszłą sobotę zatem:

Królowa Matka (siedzi, oglądając Ukochany Serial jednym okiem i machając drutami, bo idzie zima, a kamizela z kapturem z czystej żywej wełny sama się nie zrobi).

Potomek Młodszy (towarzyszy Królowej Matce, zaopatrzony w pudełko z gumeczkami, szydełko, widelec i haczyki, i plecie).


Reszta Rodziny (jako ta, co się nie zna, przebywa w jakichś innych częściach Domu w Dziczy oraz na obrzeżu świadomości Kochającej Matki i Żony, oddając się jakimiś swoimi, nudnym i byle jakim zajęciom).

Potomek Młodszy (z zachwytem i wzruszeniem w głosie) - Jak on ją  musiał kochać, skoro aż wymiotował na nią krwią!!!...

Królowa Matka (zastyga w połowie przeciągania oczka na lewo, usiłując w popłochu sklecić jakiś w miarę rozsądny komentarz).

Potomek Młodszy (niewzruszenie - gumka żółta, gumka zielona, gumka różowa, gumka zielona; rzeczowo) - ... albo po prostu jest bardzo chory.

Eeeee... chyba jednak Królowa Matka od następnej soboty będzie oglądać swoją ulubioną bajeczkę w samotności.

niedziela, 21 września 2014

Wesoły nam dzień dziś nastał

Jakiż, zapytasz, o Czytelniku, jakiż to dzień?

Chociaż oczywiście nie powinieneś pytać, tylko sam wiedzieć.

Jest to bowiem dzień, w którym trzy lata temu Królowa Matka zadebiutowała jako blogerka, nieśmiało i pełna wątpliwości (zupełnie jak nie ona, nieprawdaż, tu chwila przerwy na porozumiewawczy a sarkastyczny chichocik) postem o swojej Rodzinie, udostępnionym dla całych trzydziestu znajomych osób, bo kto inny chciałby to czytać.

Słowem, jest to dzień (no, rocznica dnia, żeby być precyzyjną jak wzorzec metra w Sevres), który w historii polskiej blogosfery powinien być zapisany złotymi literami, a może nawet wyryty w marmurze, też złotymi literami, i jeszcze wysadzanymi diamencikami, a co se będziemy żałować, i ozdobiony bukietami roślinności ozdobnej, niemalże jak ten dzień, gdy w polskiej blogosferze narodził się Kominek ;P.

Dzień przed urodzinami (trzecimi! Tym samym blog Królowej Matki osiągnął wiek przedszkolny :)), niewątpliwie w charakterze prezentu Zakurzona (czyli Ela) zaprosiła Królową Matkę na spotkanie blogerów, ekhm, ekhm, książkowych i nie dała się od tego pomysłu odwieść ani protestami, że jaka tam Królowa Matka książkowa, ani ponurymi proroctwami, że całe spotkanie przesiedzi ona w kąciku, patrząc na zebrane Wyśmienite Towarzystwo wielkimi oczami wiejskiej, excusez ewrybody, kretynki i uśmiechając się mało inteligentnie, co też istotnie nastąpiło.

Królowa Matka, która, godząc się na spotkanie była w rzadko ją napadającym, a mało rozsądnym nastroju "a co mi tam", wczoraj, zjawiając się w Stolicy w charakterze niewyspanej (pobudka o piątej rano, Kochani Czytelnicy!), wymiętej i bladej zmory z worami pod oczami była już w nastroju "oranyboskie, co ja zrobiłam!!!", kwitnącym w niej bujnym kwieciem mimo niesprzyjającej pory roku, spotkanie spędziła jak przylutowana do zajętego natychmiast po wejściu do sali krzesełka i odważyła się odezwać tylko do Oisaja, Zacofanego w Lekturze i Pauliny, ale to dlatego, że ona odezwała się pierwsza :).

Nawet na zdjęciu jest tam, gdzie jej nie widać (i tylko dlatego je tu zamieszcza ;)).

z aparatu Ann RK
No ale, wiecie, Kochani Czytelnicy, jeszcze do Mariusza Szczygła się odezwała, czy też trafniej byłoby napisać - zebrała się na odwagę, by się odezwać (odpowiedniej ilości odwagi na wcześniejszym spotkaniu z Ignacym Karpowiczem zebrać jej się nie udało), i chyba nawet nie bełkotała zanadto ani pensjonarsko nie chichotała (nie jest tego pewna, a jeśli to się gdzieś nagrało pokornie uprasza Odnośne Władze o zniszczenie dowodów). W każdym razie Mariusz Szczygieł też się do niej odezwał, i nawet podpisał się na książce, o:


a na wspólne zdjęcie się Królowa Matka nie załapała, bo Polski Bus był bezwzględny i nijak nie chciał poczekać.

I, choć może nie wynika to z powyższego opisu, było baaaardzo miło, i całkiem niewykluczone, że gdyby kiedyś trafiła się jakaś powtórka, a Ela, nie nauczona smutnym doświadczeniem chciałaby na tę powtórkę Królową Matkę zaprosić, istnieje szansa, że odezwie się ona do sześciu osób.

I tak, po jakichś dziesięciu spotkaniach, porozmawia z wszystkimi :).

A teraz Królowa Matka siada wygodnie i przygotowuje się do przyjmowania Życzeń, Bukietów Kwiecia, którymi - jak się spodziewa - zostanie za chwilę obrzucona przez Kochających Admiratorów jej bloga, i Wyrazów Uwielbienia, na otrzymanie których oczywiście nie nalega i nie wywiera w tej sprawie żadnych nacisków, a także do wysłuchania zbiorowego odśpiewania "Sto Lat". Na co również nie nalega.

No skąd :).


PS.

Jest też film ze spotkania w Agorze, tak Królowa Matka informuje, może kogoś z jej Czytelników ten fakt zainteresuje:

O, proszę bardzo.

Spójrz, o Czytelniku, i doznaj wzruszenia - ręka na samym początku to ręka Królowej Matki, ta sama, a nawet - cóż za klęska urodzaju, doprawdy - całe dwie te same, którymi Królowa Matka klepie na klawiaturze wszystkie teksty, za którymi tak przepadasz :))).

czwartek, 18 września 2014

Ogłoszenie parafialne

Z wielką przykrością musi Królowa Matka zawiadomić, że zmuszona była wyłączyć na blogu opcję komentowania przez anonimowych czytelników. Pisze "z przykrością", ponieważ ma wielu Czytelników, którzy anonimowi nie są, choć się nie logują, aby komentować, zawsze się jednak podpisują, i wie, że teraz ryzykuje, że ci Czytelnicy przestaną się odzywać, ale - naprawdę, naprawdę - już powoli nie wytrzymywała. Tylko w ciągu ostatniej godziny, gdy Królowa Matka szperała sobie po zaprzyjaźnionych stronach na FB, od czasu do czasu rzucając okiem na statystyki bloga, pojawiło się około trzydziestu anonimowych komentarzy. Wszystkie w zachwyconym tonie, wszystkie łamaną angielszczyzną, wszystkie zatroskane, że blog Królowej Matki tak im się wolno ładuje albo zapytujących, czy Królowa Matka ma problem z hakerami, wszystkie wygenerowane przez automat i wszystkie zakończone propozycją nie do odrzucenia, by Królowa Matka odwiedziła ich stronę i zainteresowała się, na ten przykład, kupnem viagry w promocyjnej cenie, powiększeniem sobie tej części ciała, której dziwnym trafem Królowa Matka nie posiada, ale ojtam, ojtam, wycieczką połączoną z pielgrzymką po Indiach, albo jakąś nową, rewelacyjna dietą polegającą na jedzeniu korzonków i szarańczy w miodzie, i nawet nie miała Królowa Matka komu napisać, że nie taka ona nowa, ta dieta.

Królowa Matka może i powinna się cieszyć, bo jak była bardzo początkującą w tym biznesie to takich anonimowych entuzjastów jej bloga, zachwyconych szatą graficzną i kolorystyką, trafiało jej się dwóch-trzech tygodniowo, z czego można wywnioskować, że teraz tak bardzo początkująca już nie jest - ale jakoś się nie cieszy. Za to za każdym razem, gdy usuwa tuziny wiadomości gula jej skacze oraz serce wpada w palpitację, a także szlag trafia, a jak wszyscy wiedzą jest słabego zdrowia i podobne emocje są dla niej niewskazane.

Oczywiście urażeni Anonimowi Czytelnicy mogliby słusznie zauważyć, że czego się głupia baba czepia, niech się cieszy, że ktoś w ogóle pisze, może być łamaną angielszczyzną, a w ogóle nawet na komentarze po polsku nie odpowiada (ale odpowie! słowo harcerza! w październiku, jak znów ożyje!), więc po co się wysilać i logować, a potem wywnętrzać, pisać, liczyć na odpowiedź i zyskiwać w zamian głuchą ciszę; i mieliby rację, no ale jednak... nie.

Królowa Matka ma dość.

Pozostaje jej tylko liczyć na to, że Waku, Bromba, Uboga Staruszka, Ciociasamozło, Naomi, Edytek38, Alva oraz ci wszyscy Anonimowi Czytelnicy (i te wszystkie Czytelniczki :)), których nie wymienia tu Królowa Matka z podpisu nie przestana jej czytać, a i może skomentują kiedyś, zalogowawszy się wprzódy.

Na co Królowa Matka żywi niezłomną nadzieję.

niedziela, 14 września 2014

Potomki jakie są, i dlaczego

Spacerek po Starym Mieście, Rodzina, kłębiąc się na wąziutkim chodniczku mija sklep obuwniczy "Joanna", Potomek Starszy wznosi miłośnie oczęta na Królową Matkę. 

Potomek Starszy (czule) - Widzisz, mamusiu, jaka jesteś sławna, nawet sklep się nazywa tak, jak ty!
Królowa Matka (ponuro) - Aha. To bardzo miłe, co mówisz, synku, tylko, widzisz, ja nie mam na imię Joanna.
Potomek Starszy (niefrasobliwie) - A, fakt. Zapomniałem.


Raport z placu boju żywieniowo-wydalniczego Pompona Młodszego - otóż Pompon Młodszy zaczął jeść. Co tam jeść, Pompon Młodszy zaczął, ikskjuz mi i uczciwszy uszy, żreć. Nigdy Królowa Matka nie podejrzewała, że będzie kiedykolwiek rozważać bankructwo z powodu niemożności wykarmienia akurat tego ze swych licznych synów, a tu, wot, kakij serprajz.

W związku z powyższym Królowa Matka, patrząc z mieszaniną fascynacji i zgrozy na swoje najmłodsze dziecko, pożywiające się "bułecką psekrojoną z kiełbaską w środku, i zodkiewką, i ogórem, ale das mi jesce ogórka do ręki, taki duży kawał, mama? o, i ten kawałek kiełbaski tez możem, mama? możem?" wznosi okrzyki: "Elfy mi dziecko podmieniły, elfy! Podmieńca chowam, o, dlaboga, dlaboga!!!", skutkiem czego Pompon Młodszy popada w typową dla siebie cholerę i wrzeszczy, purpurowiejąc na twarzy i gdyby nie to, że jest chudziutki jak trzcinka groziłoby mu natychmiastowe padnięcie na apopleksję: "Nie jestem elfem!!! Nie jestem zadnym elfem!!! Elfy nie psechodzą do nasego świata, a ty, mama, po prostu GUPOTY MÓWIS!!!", a w jego komplementach pojawiła się nowa nuta:

Pompon Młodszy (z uczuciem) - Ty bardzo kochana jesteś, mama. bardzo. Jesteś kochana, i miła, i całkiem fajna. (patrząc na Królową Matkę z uwielbieniem) I wcale nie jesteś elfem.

Cholera, a taką Królowa Matka miała nadzieję chociaż na nikłe podobieństwo (minus snucie się*:)).


Po upojnej nocy pełnej "duzi deść buzia pfff!!!" (kopyrajty za tak malownicze i eleganckie określenie womitowania należą się niespełna dwuletniemu Pomponowi Młodszemu, który w ten właśnie sposób ze szczerym zachwytem opisał swój własny wyczyn, dokonany, nawiasem mówiąc, pod stołem miedzy nogami krzeseł, bo womitowanie w warunkach łatwych do sprzątnięcia nie jest dla twardzieli), przebierania, przytulania, podawania środków przeciwgorączkowych, trzymania za rączkę, "mamusiu, a zrobisz mi herbatki?", "mamusiu, ja wcale nie spałem, może z godzinkę", "mamusiu, znowu mi niedobrze!!!", "mamusiu, przepraszam, że cię znów obudziłem, posprzątasz?", oraz sprzątania, rano:

Potomek Młodszy (z zachwytem) - Mamusiu, ty naprawdę jesteś teraz naszą służącą!

Nosz fak.

Dobrze, że dopiero teraz ;D.



A ponadto Potomek Młodszy pisze przeróżne słowa ręcznie, na ten przykład: 

PYÓDEŁKO

oraz na klawiaturze:

"krululofa mama"

po którym to haśle, wklepanym na smartfonie Braciszka
z wywalonym jęzorem i zmarszczonym czołem, wszedł był na królewskomatczynego bloga.

To chyba początek końca...


oraz  wkład Potomka Młodszego w ortografię kreatywną, którego to wkładu, nieprawda, nigdy dość.


No i jeszcze.

Poranek w Domu w Dziczy. Pan Małżonek kroi chleb na kanapeczki, Królowa Matka bełta jajka na jajecznicę.

Pan Małżonek (nagle, bez związku kompletnie z niczym, za to entuzjastycznie, głosem i tonem, które w innych okolicznościach przyrody powodują natychmiastowe zmaterializowanie się w okolicy podobnie zachowujących się osobników radiowozu policyjnego oraz grzeczną prośbę stróżów prawa o podmuchanie w balonik) - Sznuuuur kormoranów w locie splata się....!

Królowa Matka (dołącza tym samym tonem i na podobnym poziomie decybeli) - ... pożegnać pragnie dzień!!!! (razem, pijackim chórkiem, a nawet, co będziemy tu ściemniać, całym chórem) OSTATNI DZIEŃ W MAZURSKICH STRONACH...!!!

Potomki (igrają na dywanie małpkami, co spadają, zamiast wpatrywać się w Rodzicieli z jakimś szczególnym osłupieniem, są bowiem do nich przyzwyczajone).

Pan Małżonek (kładąc na chleb pomidora z sałatą, radośnie) - A teraz bym się napił!

Królowa Matka (przysmażając kiełbaskę sojową, nie mniej radośnie) - Tak!!! Jakoś trzeba ten śpiew uzasadnić!!!

I jak Potomki wychowane w podobnych warunkach mają być normalne.




* Królowa Matka nie wie, czy zwróciłeś uwagę, Miły Czytelniku, ale kanoniczne elfy, te wyprodukowane przez Petera Jacksona, się snują. Przeważnie. Głównie. No, cóż, bez przerwy. W zasadzie bez przerwy. Jak się tylko pojawiają na ekranie wszystko wpada w slow motion, muzyka w tle nabiera uroczystych, nieco posępnych, rzekłaby Królowa Matka, mistycznych tonów, a na jej tle elfy się snują ze wzrokiem wbitym w odległy punkt w przestrzeni i nie zmieniając wyrazu twarzy oraz powodując wydłużenie filmu o jakieś półtorej godziny, średnio pół godziny na każdą część. Ciekawa jest Królowa Matka, kiedy produkują te wszystkie piękne rzeczy, które ich otaczają w Lorien, kiedy tkają te migoczące materiały i przekuwają miecze, bo przekuwać miecz w slow motion to można sobie krzywdę zrobić chyba.

Tak czy inaczej, Królowa Matka chciałaby być tym elfem (chociaż teraz już na sto procent wie, że nigdy nie będzie), który się NIE snuje. Takie chyba też istnieją?

sobota, 6 września 2014

Dlaczego Królowa Matka nie ma warunków do trwania w depresji

Przesyłki przyszły we wtorek.

Jednej się Królowa Matka spodziewała.

Ta, której się nie spodziewała była mniejsza, miękka, i Królowa Matka nie miała pojęcia, co mogła zawierać. Przez kilka godziny nie wiedziała też, kto jest nadawcą, bo o przybyciu przesyłki poinformowała ją telefonicznie Mama, która nie mogła doczytać się nazwiska na odwrocie koperty.

W kopercie było kwieciste, mięciutkie, ozdobione staroświecką koronką do wiązania...


wykonane własnymi, spracowanymi rękami Nadawczyni etui...


dzięki któremu bezdomne do tamtej chwili szydełka Królowej Matki, przechowywane niedbale w kubeczku na stoliku w formie bezładnego pęczka przestały być bezdomne.


Jarecko kochana,  dziękuję Ci najbardziej na świecie, wzruszyłam się dogłębnie, a przy okazji zaoszczędziłaś Królowej Matce pracy przy robieniu własnego etui, które miała w planach od hohohoho, jak dawna, z tym, że jej miało być na szydełku i miało powstać już, zaraz, jak tylko upora się z tym, co teraz robi, czyli innymi słowy szydełkom Królowej Matki groziło pozostanie bezdomnymi na wieki wieków. I przeprasza Królowa Matka, że dziękuje dopiero teraz, ale sama wiesz, jak jest, jak się jest mamunią wielodzietną i pracownicą placówki oświatowej zarazem, w dodatku we wrześniu.


W przesyłce, której się Królowa Matka spodziewała było bezcenne, zawierzone w zaufaniu, zaopatrzone w autograf Autorki oraz dedykację "Dożywocie",


które sobie Królowa Matka teraz czyta niespiesznie (mając nadzieję, że Szanowny Właściciel nie ma nic przeciw tej powolności, naprawdę trudno lecieć z lekturą w szalonym pośpiechu gdy się jest: patrz wyżej, ale jakby jednak miała się Królowa Matka spieszyć uprasza się Szan. Właściciela o popędzanie bez litości i względów dla królewskomatczynych siwych włosów i słabego zdrowia), używając bileciku od Jareckiej jako zakładki



a w dodatku pod koniec dnia takie coś jej się na blogu zrobiło:


i Królowa Matka zaczyna nieśmiało podejrzewać, że do końca roku może uda jej się osiągnąć pół miliona, a wiecie Państwo, dla prowincjonalnej Wielodzietnej Patologii z Blogiem Śmieciowym I O Dzieciątkach jest to osiągnięcie niewyobrażalne,

więc, naprawdę, wobec powyższych okoliczności nie ma głowy do tego, by popadać w depresję.

Za co serdecznie dziękuje :).