poniedziałek, 27 czerwca 2016

Popkulturalnie, na początek wakacji

Nie jest tajemnicą państwową, że Królowa Matka jest wielbicielką seriali brytyjskich, ze szczególnym uwzględnieniem tych wyprodukowanych przez BBC.

Czasem jednak chęć na zrobienie czegoś szalonego i życia przez chwilę na krawędzi / nuda / ciekawość, która wiadomo, czym jest, ale czasem się o tym zapomina / uwielbienie dla kina przedwojennego / po troszeczce tego wszystkiego sprawia, że Królowa Matka zasiada przed telewizorem i ogląda jakąś rodzimą produkcję.

Na przykład serial „Bodo”.

Zwłaszcza, że jest to serial reklamowany jako produkcja zrobiona z nadzwyczajnym po prostu rozmachem, w realizacji której zatrudniono 240 aktorów, 300 epizodystów i 4000 statystów, a zdjęcia kręcono w aż 293 różnych lokalizacjach, m.in. w Łodzi, Wrocławiu, Żyrardowie, Zgierzu oraz w Warszawie. No to już mus zobaczyć, nie ma przebacz!

Powodowana tą myślą Królowa Matka dzielnie – z odcinka na odcinek, co trzeba podkreślić, bardziej dzielnie – zasiadała przed telewizorem głównie po to (jak się raczej szybciej niż później okazało) by oswajać się z myślą, że jeśli chce sobie popatrzeć na porywającą scenografię, dwadzieścia rodzajów sztućców, wszystkie autentyczne, kostiumy, które natychmiast po zejściu z planu mogą trafić do muzeum i nikt ich nie odróżni od oryginalnych strojów, jeśli chce posłuchać dialogów, różnych w zależności od tego, czy mówi służba, pani hrabina, mały ulicznik, aktorka rewiowa czy stangret pana barona, powinna jednak skupiać się na kontemplowaniu „Upstairs, downstairs” albo „Downton Abbey”.

Niby to zawsze wiedziała, a tu wot, kakij serprajz.

Pierwsze sześć odcinków Królowa Matka poświęciła głównie na zadawaniu sobie pytania, czy reżyserzy dzieła założyli, że ona polubi głównego bohatera, bo to Bodo (nie żeby rozumiała założenie, że widz w ogóle WIE, kto to Bodo, ale umówmy się, że wie), gwiazda przedwojennego kina, świetny aktor, bożyszcze tłumów? Innego powodu polubienia osoby prezentowanej na ekranie Królowa Matka nie widziała – a chcąc stworzyć serial, który przyciągnie widzów wypadałoby jednak wykreować głównego bohatera jeśli już nie nadającego się do lubienia, to chociaż interesującego, nie każdy ma tyle samozaparcia, by oglądać trzynaście odcinków czegokolwiek wyłącznie w celach naukowych!

Podobno – jeśli wierzyć przedwojennej prasie, na którą Królowej Matce zdarzyło się tu i ówdzie rzucić okiem - Bodo był człowiekiem skromnym, sympatycznym i z dużym poczuciem humoru, chociaż także trochę zarozumiałym. Nade wszystko jednak – dyskretnym. Nie afiszował się z romansami, chociaż krążyły o nich legendy, zawsze elegancko wypowiadał się o kobietach, z którymi łączono jego nazwisko. Jego życie prywatne nie obfitowało w skandale obyczajowe i towarzyskie. Mieszkał z matką, której towarzystwo i przyjaźń bardzo cenił. Cenił sobie też spokój i domową atmosferę, lubił robótki ręczne – wyszywał makatki, które później ofiarowywał znajomym. Pełen uroku mężczyzna z klasą, inteligentny, przy tym oczywiście bardzo pracowity, perfekcjonista, niezwykle muzykalny. Krótko mówiąc - powszechnie lubiany, fajny facet.

Bodo w serialu to nadęty, dążący po trupach do celu bufon i karierowicz, zupełnie nie wzbudzający sympatii, prekursor ustawek z paparazzi, z którymi się umawia na strzelenie fotki zza węgła. Cham i prostak, nielojalny, zawistny, bez mrugnięcia okiem sprzedający prywatność swoją i kobiety, z którą był w związku dla zdjęcia w gazecie i numeru solowego, uprawiający seks za recenzję. Dość odrażający typ, którego tragiczny koniec (o którym to końcu, że Królowa Matka przypomni, widz ma prawo NIE WIEDZIEĆ) nie stanowi wystarczającego usprawiedliwienia dla poświęcenia mu całego serialu.

Tak w ogóle to nie bardzo Królowa Matka wie, na podstawie czego został napisany scenariusz serialu, bo Bodo nie zostawił po sobie dziennika czy pamiętnika... i w ogóle pewnie nie powinna się wypowiadać, jako osoba, która się nie zna i jest najbardziej laickim laikiem, jakiego można obie wyobrazić... ale czy w związku z brakiem wystarczającej ilości dotyczących życia osobistego aktora materiałów źródłowych nie byłoby lepiej NIE skupiać się na życiu uczuciowo-towarzyskim Bodo, o którym niewiele wiadomo, za to skupić się na jego życiu zawodowym, o którym wiadomo całkiem sporo?

Tymczasem im dalej w serial, tym robiło się weselej, bo coraz częściej mieliśmy do czynienia z fantazjami na temat życia głównego bohatera, a nie z faktami. Być może była to świadoma polityka autorów serialu, którzy do niewątpliwych emocji szalejących wśród widowni podczas oglądania każdego odcinka dodawali jeszcze ten dreszcz niepewności – czy zgadnę, którą postać reżyser dokleił? Co dopisał, co wymyślił, co dosztukował, czym ubarwił to, co wydawało mu się zbyt nudne? Należało tylko jeszcze wprowadzić system glosowania przez audiotele: „W dzisiejszym odcinku „Bodo” wymyślonych zostało postaci a) 5 b) 3 c) 11? Dopisaliśmy głównemu bohaterowi a) alkoholizm b) kokainizm c) oba d) żadne z powyższych, Bodo zarówno pił jak i zażywał kokainę?” aby skanalizować wstrząsające widzami napięcie i podreperować budżet telewizji publicznej.


Królowa Matka by miała w tym audiotele szanse ustrzelić wszystkie główne nagrody.

Przyjaciel Bodo, Żyd Moryc (BTW chyba jedyna w miarę ciekawa postać), gdyby Królowa Matka nie wiedziała, że jest fikcją zgadłaby to natychmiast po dopisaniu mu happy endu w postaci rejsu Batorym do Stanów Zjednoczonych w sierpniu 1939 roku. I super, że popłynął do tych Stanów, Królowa Matka go lubiła i dobrze mu życzyła, ale jednak takie to było... do przewidzenia.

Kolega Hans z dzieciństwa, Niemiec – nie dość, że fikcja, to jeszcze klisza na kliszy kliszą poganiająca, OCZYWIŚCIE zły, OCZYWIŚCIE nazista, OCZYWIŚCIE esesman, OCZYWIŚCIE Sturmbannführer albo nawet Obersturmbannführer, wstrętny, wstrętny człowiek, który leży jak kłoda na drodze do prawdziwej miłości naszego bohatera i nie pozwala mu uwieść własnej żony, no co za bydlę.

Ale prym wiedzie wspomniana miłość naszego artysty, czyli Ada, miłość pierwsza i w zasadzie jedyna... Łojzicku, jak mawiają NacMacFeeglowie. Królowa Matka może nawet troszeczkę (naprawdę odrobinkę) zamiary twórców rozumie - chcieli jakoś ubarwić pewne wątki, sprawić, by nie była to biografia w typie encyklopedycznym, by główny bohater miał jakieś  życie emocjonalne, ale jednak... no, nie całkiem wyszło.

W dodatku postać Ady nie dość, że fikcyjna, nie dość, że irytująca do bólu zębów, nie dość że zagrana na jedno kopyto bez względu na to, czy oglądamy na ekranie wiośnianą panienkę z pensji, czy dojrzałą kobietę, matkę dzieciom, poprowadzona jest silnie zagadkowo. Najpierw Ada jest, później znika, za chwilę Bodo sobie o niej przypomina i myśli, że ciągle ją kocha i chciałby z nią być, potem przez dwa odcinki o Adzie ani słychu, następnie Bodo odbiera od niej telefon i się jej namiętnie oświadcza, potem prawie żeni się z kimś zupełnie innym, by za chwilę jechać do Berlina i oznajmiać, że kocha tylko ją... Przez długi czas wcale nie widać, że główny bohater w ogóle o niej pamięta, pisze do niej, tęskni za nią, po czym nagle Ada znowu się pojawia i uczucia rozkwitają jak ten róży kwiat...

A szczytem osiągnięć reżysersko-scenariuszowych jest odcinek bodaj przedostatni, w który Ada pojawia się ni z gruszki, ni z pietruszki w Warszawie, padają z Bodo w objęcia, jakby pozostawali dotąd w namiętnym związku, lądują w łóżku i podejmują rozmowę o rozwodzie. Chociaż z kilku poprzednich odcinków w ogóle nie wynika, że wymieniali ze sobą choćby grzecznościowe kartki na święta.

Oczywiście wszyscy widzowie rozumieją, że w związku z rozbudowywaniem (choćby nie wiem jak chaotycznym) roli nieistniejącej Ady coś musiało zostać złożone w ofierze, aby twórcy, nie dysponujący wszak budżetem "Wspaniałego stulecia", zmieścili się w trzynastu odcinkach.

Została złożona cała reszta.

W efekcie czego w serialu o Bodo, czyli tak naprawdę również w serialu o polskim przedwojennym kinie, skupiono się na fikcyjnej "wielkiej miłości" Eugeniusza Bodo do fikcyjnej Ady, a wielkich i wspaniałych aktorów tamtych lat pokazuje się marginalnie. Albo wcale.

Aleksandra Żabczyńskiego Królowa Matka przeoczyła, ponieważ za pierwszym jego pojawieniem się na ekranie kichnęła (trochę przesadza, ale tylko odrobinkę), a za drugim nie rozpoznała po całych dwóch wypowiedzianych przez niego zdaniach z kim ma do czynienia. I nic nie szkodzi, gdyż – jak doniósł Królowej Matce Pan Małżonek – Aleksander Żabczyński, niezwykle przystojny mężczyzna, amant kina, człowiek dzielny i o barwnej osobowości został w tej jednej migniętej scence sprowadzony do poziomu Jasia Fasoli.

Migającą gdzieś w tle Jadwigę Smosarską Królowa Matka poznała tylko dlatego, że ją przedstawiono z nazwiska.

Ludwika Sempolińskiego, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Hanki Ordonówny, Henryka Warsa – niet.

O... eee... niezręcznościach obsadowych Królowa Matka pisać nie będzie, w końcu znaleźć dużą ilość aktorów podobnych do innych aktorów łatwo nie jest, ale jednak za każdym razem, gdy widziała wysokiego i smukłego Bartłomieja Kotschedoffa w roli Dymszy odczuwała dyskomfort estetyczny. Zwłaszcza gdy stał on obok serialowego Bodo i byli równi wzrostem (albo i Dymsza przewyższał Bodo, co sobie będziemy żałować, proszę Państwa). Podczas gdy w rzeczywistości... 

Źródło

(Drogie Dzieci oraz Odpowiedzialni Za Obsadę w Serialu, Bodo to ten z lewej).

Od odcinka mniej więcej siódmego Królowa Matka zaczęła się w serialu, który zaczął przypominać szereg nie związanych ze sobą scenek, nieco gubić. Dog, który był taki ważny dla Bodo, najwyraźniej spadł z nieba. Nie pokazano dlaczego nagle Gienio Junod stał się Eugeniuszem Bodo. Wielką gwiazdą. Której jednakże jeszcze w poprzednim odcinku rolę załatwiała garderobiana. Bodo przeżywa ślub Nory Ney jakby to była jego osobista narzeczona, która mu uciekła od ołtarza, a według serialowych realiów po prostu raz poszedł z nią na spacer (chyba, że Królowa Matka coś przeoczyła, czego nie wyklucza). Życie bohaterów drugiego planu – tych migających wielkich gwiazd przedwojennego kina, ale także fikcyjnej Ady - nie układa się w żadną całość. Pojawiają się znikąd, wygłaszają kwestie, jeśli są kobietami to idą do łóżka z bohaterem tytułowym (bardzo jest Królowa Matka swoją drogą ciekawa, kto wpadł na pomysł, by życie przedwojennej gwiazdy ekranu zilustrować opowiastkami o jego romansach? W tym częściowo fikcyjnych? Czy to wynika z opinii o polskich widzach? Że tylko goła d... ich utrzyma przed ekranem? Że pokazanie pracy i rozwoju twórczego aktora to za mało? Czy z lenistwa, bo łatwiej jest napisać scenę łóżkową i upchnąć po jednej w każdym odcinku niż poświęcić trochę czasu na research i poprawienie kulawego scenariusza?) i znikają, co w niczym nie przeszkadza, bo i tak robią tylko za elementy scenografii służące do ozdabiania głównego bohatera. Nic się w tym drugim planie nie wiąże ze sobą i nic nie wynika jedno z drugiego. Nikogo nie można polubić, nikim się zainteresować, a znacznej części można w ogóle nie zauważyć.

Pobuszowawszy nieco na przeróżnych stronach i serialowych forach oraz natknąwszy się na wypowiedzi w stylu „Mam nadzieję, że Bodo i Ada zejdą się i będą szczęśliwi” (a nie mówiła Królowa Matka, że nie wszyscy widzowie wiedzą, kto to Bodo? Mówiła, gdzieś tam wyżej) Królowa Matka zaczęła zadawać sobie pytanie, kto jest adresatem serialu? Bo na pewno nie fani dwudziestolecia, artystów, kultury międzywojnia, o przedwojennych filmach nie wspominając.

I coraz wyraźniejsze było, że serial jest adresowany po prostu do „grupy oglądaczy seriali familijnych”, a ponieważ formuła sielsko-rodzinna zaczęła się powoli wyczerpywać, czy też, mniej elegancko rzecz ujmując, ten wąż zaczynał już zjadać własny ogon postanowiono widza ubogacić czymś z kompletnie innej beczki. Taką samą historią jak w „Domu nad Rozlewiskiem”, ale w innych dekoracjach, innych strojach, innych wnętrzach. Te inne wnętrza, inne stroje i inna epoka ma poudawać, że to serial ambitniejszy i o czymś, a celem jego jest nie tylko bawić, lecz i uczyć. I po to są te wszystkie Pole Negri i kabarety „Qui Pro Quo”, które jednakże nikomu nic nie mówią, bo i postacie, i kultowe instytucje należało by najpierw solidnie osadzić w epoce, a widzom, ze szczególnym uwzględnieniem młodego pokolenia – dać jakąś informację o nich i ich osiągnięciach w kontekście społeczno-kulturowym dwudziestolecia miedzywojennego. Podczas gdy w serialu skupiono się na jakichś bzdurach sypialniano-knajpiano-romansowych oraz Wielkich Miuościach Rzycia Bochatera.

Tylko po kie licho robić ten serial pod tytułem „Bodo”? Przecież spokojnie mógłby się on nazywać dowolnym nazwiskiem przedwojennego aktora - ach, co Królowa Matka mówi, jakim znowu "nazwiskiem aktora"! Po co tu komu prawdziwe nazwiska?  I tak niczego byśmy się o życiu zawodowym tegoż aktora nie dowiedzieli, a nikt by się nie czepiał, że dzieło mówi o tym, co się twórcom uroiło, a nie o tym, co działo się naprawdę. 

I nie, Królowa Matka nie kupuje tej, przeoczanej przez nią po każdym odcinku wzmianki o tym, że „serial jest oparty o..., ale nie jest biografią”. Nie jest biografią? Bo co, bo biografia była za bardzo krwista, życie aktora było tysiąc razy ciekawsze od serialu, a sam bohater tysiąc razy sympatyczniejszy od serialowej postaci? I twórcy tego nie unieśli? No to sorry, w takim razie można było zrobić osadzony w realiach międzywojennych film o niespełnionej miłości Ady i kogoś tam, zamiast używać w tytule znane nazwisko, niewątpliwie w celu przywabienia widzów, którym to nazwisko coś powie!

(przerwa na oddychanie do woreczka)


Ma Królowa Matka tylko nadzieję, że porwani sukcesem wśród nastoletniej („ach, jakie to smutne, że Ada czekała na Bodo w Warszawie i nigdy się nie dowiedziała, że zginął!”) oraz patriotycznie nastawionej („wspaniały serial o polskim wybitnym artyście, gdyby tylko nie ten seks, domy publiczne i kokaina, to byłby piękny film rodzinny o wartościach”, no tak, bo seksu za sanacji nie było, a co do kokainy to cud, że Królowa Matka nie zaczęła zażywać, do towarzystwa pseudo-Bodo oraz dla poprawienia sobie odbioru utworu) widowni twórcy nie dojdą do wniosku, że mamy jeszcze wielu artystów, których życiorysy to gotowe materiały na seriale (i nie, Królowa Matka nie powie, kogo ma na myśli, bo jeszcze ktoś to przeczyta, zasugeruje się, a Królowa Matka będzie do końca życia dźwigać brzemię winy nie do zmycia).


Ale, ok, serial trwa, Królowa Matka zaczyna dostawać szału coraz rzadziej, a coraz częściej popada w apatię, gdyż organizm przeładowany bodźcami przestaje na nie reagować, Bodo zaczyna się robić bardziej „lubialny”, porządnieje z wiekiem, lepiej odnosi się do przyjaciół i konkurentów, zaczyna być nawet widać, że się rozwija zawodowo, numery muzyczno-taneczne – bdb, Królowa Matka chętnie ogląda nawet powtórki, cholerna Ada pęta mu się po życiorysie, ale trudno, Królowa Matka skupia się na robótce za każdym razem, gdy Ada pojawia się na ekranie, mamy odcinek dwunasty, Bodo i Ada w czułem uścisku patrzą pogodnie w obiecującą przyszłość, wredny Obersturmfuhrer obiecuje żonie zgodę na rozwód, groza zbliżającej się wojny narasta, Bodo zdaje się jej zupełnie nieświadomy, co tę grozę, paradoksalnie, powiększa, w finale odcinka pany reżysery zapodają nam utwór Hemara „Może kiedyś innym razem” i jest to utwór, który naprawdę podkreśliłby nastrój zbliżającego się koszmaru, gdyby nie.


Otóż gdyby nie to, że tę piosenkę do filmu „Dwanaście krzeseł” napisał Marian Hemar w roku 1933. Śpiewał ją Adam Wysocki i Mieczysław Fogg. Bodo chyba nie, ale niech będzie, że to możliwe.


I kolejne, bardzo „gdyby” - gdyby nie to, że tej samej piosenki, w tym samym kontekście, w filmie o tym samym okresie - "Jutro idziemy do kina" - ten sam reżyser użył jako muzycznego motywu przewodniego. No pewnie, bo raz zadziałało, nikt nie skojarzy i się nie zorientuje, Gugiel gryzie, a korzystania z Wikipedii zakazano pod karą więzienia.

Tylko, że nie, panie reżyserze, i w związku z tym to, co w „Jutro idziemy do kina” było przejmujące, tutaj zgrzyta i trąci taniością, i, naprawdę, jeśli w tak młodym wieku trzeba cytować samego siebie, by uzyskać emocjonalny efekt to należy pomyśleć o dłuższych wakacjach.


(Ewentualnie nie o wakacje chodzi tylko o cyniczne podejście „raz zagrało, drugi raz się sprawdzi, wszak widzowie to idioci i łykną każde byleco”, w takim razie najmocniej Królowa Matka przeprasza za sugestie o twórczym wyczerpaniu).


Ale i to niechta, piosenka jest super, zaśpiewana dobrze, zagrana dobrze, wpada w ucho, Potomki ją przez tydzień śpiewały, zresztą, zbliżamy się do końca, jeszcze tylko jeden odcinek...


I nadszedł. Ten jeden odcinek. Ten, który sprawił, że Królową Matkę na dłuższą chwilę oszołomiło. Ten, który sprawił, że wyłapała i obejrzała powtórkę, z notatniczkiem w ręku. Ten, który spowodował, że powstaje ta notatka (i wygląda na to, że to, co powyżej to był WSTĘP, nigdy Królowa Matka nie twierdziła, że jest mistrzynią kompozycji literackich).

Tuż przed premierą odcinka ostatniego Królowa Matka dowiedziała się, że przedstawiciele TVP udali się byli z serialem na festiwal w Cannes, a tam zamierzają zachęcać do jego kupna przeróżne stacje, jak natenpszykłat BBC. Wiadomość była z serii tych zatykających i wszyscy się cieszymy, że Królowa Matka wchodząc w jej posiadanie niczego akurat nie jadła, bo gdyby jadła, nie czytalibyście, Drodzy Czytelnicy, tych słów.

BBC. To jest, Państwo pamiętają? To jest ta firma, która jak robi współczesną wersję „Sherlocka” to ci, co nie czytali Conan Doyle'a mają rozrywkę na najwyższym poziomie, a ci, co czytali Conan Doyle'a mają rozrywkę na najwyższym poziomie. Która robiąc „Wszystko dla Pań”, które nawet nie stało obok książki Zoli, robi je tak, że mimo wszelkich niedociągnięć ogląda się serial z zachwytu nad scenografią, kostiumami i z sympatii dla bohaterów. Która robiąc setną ekranizację „Emmy” wciąż potrafi wykrzesać z niej wdzięk. Która robiąc ekranizację „Wielkich nadziei” tak dobiera aktorów, że wyglądają jakby wyszli z książki, a robiąc film o królowej Wiktorii – tak, jakby zeszli z portretów.

Ta właśnie firma ma nabyć chaotyczny serial o nie wiadomo kim, o jakimś mało znanym aktorze, chociaż nie do końca, z mało znanego kraju, ale niezupełnie, ubarwiony wpadkami muzyczno-scenograficznymi i obfitujący w scenki rodzajowe typu „zrobiliśmy staranny risercz społeczno-obyczajowy, ale dżentelmen stoi z rękami w kieszeniach rozmawiając z damą”.

Następnie firma ma pokazać dzieło widzom którzy nie tylko nie wiedzą, kim był Bodo, ale nie wiedzą też, dlaczego wojna w Polsce toczyła się z dwoma wrogami, co to jest NKWD i z czego jest najbardziej znane, a także czym są łagry.

Sprawdźmy więc, czego się taki widz dowie z ostatniego odcinka serialu „Bodo”.
 
W dużym uproszczeniu... nie, zaraz, większego, niż autorzy scenariusza to Królowa Matka zrobić nie może, więc tylko – w oparciu o serial na temat życia w ogarniętej wojną Warszawie taki widz nie dowie się niczego. Na temat życia we Lwowie dowie się, że Bodo występował dla bolszewickiego prostactwa, które zakładało na siebie nocne koszule w przekonaniu, że to wieczorowe kreacje, zaś w trakcie przedstawienia kradło kostiumy z garderoby artystów, i że całe życie lekko się prowadził w kwestii kobiet i to go ostatecznie zgubiło. 
 
Bodo wyjeżdża do Lwowa z trupą Henryka Warsa (którego w serialu nie ma, chyba, że jest, ale bez nazwiska, ani jedno, ani drugie po dwunastu odcinkach już nas nie dziwi), z piastowanym jak największy skarb kontraktem do Hollywood oraz dwiema rolkami taśmy z nagranym filmem „Uwaga szpieg” w metalowych pudełkach. Kontrakt zaszywa w rękawie płaszcza po tym, jak nasilają się kradzieże kostiumów w garderobie aktorów, taśmy nigdzie nie zaszywa ale, trzebaż trafu, dwa wielkie, wepchnięte na szafę pudła nie budzą zainteresowania ani złodziei, ani smutnego pana z NKWD, ani w ogóle nikogo.

Oczywiście do czasu.

Bodo jak to Bodo, kobiety doń lgną jak pszczoły do miodu, niby czemu Rosjanki miałyby być inne, też lgną, a już najbardziej lgnie żona niejakiego pułkownika Rywkina, który jest złym człowiekiem, co poznajemy po tym, że przemawia z kamienną twarzą: „A wy tu szto, dumajet'ie szto wam wsio zdies' diełat' można? Zdies' gawarim seriozna!”, po czym wybucha śmiechem, mówi „Szuczu, ja szuczu”, wszyscy się odprężają, a potem apiat' od nowa. Ponadto wystawia na wabia własną żonę, która ma się dowiedzieć, czy Bodo jest prawomyślnym obywatelem, czy też wręcz przeciwnie, Bodo nie chce, bo Ada, no, ale ostatecznie poświęca się dla dobra sprawy, żona popada w uczucie, niestety, odkrywa zdjęcie Ady i powodowana zazdrością donosi mężowi o planach Bodo udania się do Stanów Zjednoczonych. Tak oto Bodo staje się ofiarą nie zbrodniczego systemu, tylko zazdrosnej baby, chłopcy, weźcie to do serca jako przestrogę!

Bodo zostaje aresztowany w lipcu 1941 roku, na wstępie dostaje w gębę tak, że aż dzwoni, ale mimo to śladu nie zostawia żadnego, smutni panowie z NKWD zabierają filmy, ale płaszcza Bodo broni jak niepodległości, z tym, że skuteczniej, a zatem płaszcz wraz z zaszytym w rękawie magicznym papierkiem, przepustką do holiłudu, spędza wraz z Bodo w więzieniu półtora roku.

W łagrze jak w łagrze, smutno jest bardzo i do dziś Królowa Matka nie ustaje w zadziwieniu, jak można tak dramatyczne chwile przedstawić w filmie w tak nie wywołujący żadnych emocji sposób, ale że co, że nasi filmowcy nie potrafią? Potrafią, jeszcze jak! 
 
Amnestia dla polskich obywateli przysługująca polskim więźniom politycznym na mocy układu Sikorski–Majski Bodo nie obejmuje, bo ma on wciąż paszport szwajcarski (po ojcu), starania ambasady polskiej nie przynoszą efektów, bo „a niby czemu polską ambasadę ma interesować jakiś Szwajcar”, smutny Bodo siedzi sam jak palec w celi, spowity w płaszcz, od czasu do czasu chadza na nużące przesłuchania - „Wy szpion”. „Ja aktior”. „Niet, wy szpion”. „Niet, ja aktior”, i tak przez parę miesięcy.

Aż wreszcie wspomniane półtora roku od aresztowania oficer NKWD, dusza człowiek w typie „a tak w ogóle to ja widziałem wszystkie pana filmy” przyznaje, że nic na Bodo nie mają (!), że sam się dziwi, że się ten Rywkin uparl jak osioł (!!), ale on bardzo, panie Bodo, przeprasza za zaistniałe niedogodności (!!! oraz headdesk razy dużo), w ramach przeprosin ściska mu prawicę i cóż się dzieje?
 
I otóż namacywuje ten zaszyty w rękawie kontrakt (Królowa Matka wali głową w stół i produkuje liczne facepalmy).
 
No, teraz to się zacznie, myśli sobie Królowa Matka po dojściu do siebie po serii facepalmów. I rzeczywiście, zaczyna się tak bardzo, że do dziś na wspomnienie scen ze złowrogim NKWD Królowa Matka popada w otępienie, a minął już miesiąc.

Przesłuchania prowadził inny zły pan z NKWD, ten nie tylko pytał „Wy szpion?”, ale jeszcze nakrzyczał na Bodo, że co on sobie wyobraża, że jest od kogoś lepszy? A bo wcale, że nie jest! ŻEBY WIEDZIAŁ!!! Nieszczęsny Bodo, tak mu to zmiażdżyło morale, że dziw prawdziwy, że nie umarł na sali przesłuchań, jak stał normalnie.

Wyrafinowane tortury przyjęły postać okrzyków: „Nie bić, nie bić!”, co jest, jak wie każda osoba, która ukończyła polską szkołę, zachowaniem typowym dla oficerów NKWD, oraz prześwietleniem filmu, specjalnie na tę okazję trzymanego w enkawudowskich kazamatach. Bodo powtarzał słabym głosem: „Niet, niet”, a Królowa Matka, zamiast przeżywać do głębi, czuła się rozdarta między chęć wybuchnięcia nietaktownym a nieopanowanym śmiechem, popadnięciem w stupor, urżnięciem się w trupa, gdyż jedno co warto to upić się warto, oraz pohamowywaniem impulsu, by siąść w kątku i pokiwać się, ssąc kciuk.

13 stycznia 1943 roku Bodo zostaje skazany na pięć lat obozu pracy jako element skrajnie nie rokujący i nie współpracujący z przesłuchującymi (i to mimo, że tak na niego krzyczeli!).

Ostatniej sceny Królowa Matka stara się nie pamiętać, acz nie wyklucza, że z jej duchowością cepa po prostu jej nie zrozumiała.

Opisze ją jednak dla osób bardziej wrażliwych i/lub bardziej oblatanych filmowo:

Dwóch enkawudzistów ciągnie omdlałego Bodo trzymając go pod ręce, a świat robi się coraz jaśniejszy i jaśniejszy.

Robi się biała, biała przestrzeń.

Bodo wchodzi w światło, odpalony w najlepszy garnitur (a nawet smoking, zdaje się, Państwo wybaczą, że Królowa Matka nie sprawdzi), wyglądając jak milion dolarów.
 
Mija samego siebie w wieku młodzieńczym, wymieniają uśmiechy.

(Królowa Matka robi przerwę na przetarcie oczu, namacanie szczęki na podłodze i umieszczenie jej na mniej więcej właściwym miejscu).

Wchodzi na dłuuuugie, białe schody, na szczycie których tuziny girls (wiecej girls niż statystów w całym serialu) wykonują radośnie (NAPRAWDĘ radośnie, żeby nie było) i rewiowo, że proszę siadać, "Ach śpij, kochanie". 

 
Bodo mija girlsy z wachlarzami i w pończochach, i podąża w górę schodów, jak Królowa Matka mniema, ku nieśmiertelności. 

Źródła zdjęć

  Odwraca się i posyła uśmiech nam wszystkim, obserwującym całość bez tchu normalnie. 
 
(Emocjonalny cep w Królowej Matce na przemian histerycznie się śmieje i przykłada lód na miejsca spuchnięte od facepalmów). 
 
W pierwszej chwili Królowa Matka chciała napisać, że pożąda tego zioła, które bez najmniejszej wątpliwości zażywał autor sceny finałowej serialu, ale po namyśle - jednak nie, bo to musi mieć nieodwracalne skutki uboczne.

Ponadto jako laik miała opory, żeby wyśmiać ten finał po całości, wszak może na przykład te girlsy z wachlarzami znaczą coś, o czym nie wie, i palnie potworne fopa natrząsając się z nich niemiłosiernie. Pobiegła więc konsultować się z internetem i poczytać wypowiedzi twórców, producentów, rozkochanych widzów, jak również komentarze na forach.

Dowiedziała się z nich, że ten finał to jak Fellini oraz David Lynch ze swoim „Miasteczkiem Twin Peaks”.

Jaki film, taki Fellini, tyle ma Królowa Matka do powiedzenia w tej kwestii.

I taką prawdę o naszej historii i tragicznym losie człowieka wplątanego w jej tryby poznają Brytyjczycy, jeśli ktoś w BBC zaszaleje i kupi ten serial.

...

...

...

Co to Królowa Matka chciała...

A, tak.  BBC.

Trzymajcie się BBC, kochani Czytelnicy.

Przyjacielska rada od Królowej Matki na...





KONIEC


sobota, 25 czerwca 2016

Głos w sprawie sztachet w płocie

Nadeszło lato.

Czas krótkich spodenek, powiewnych sukienek, spódniczek mini, i tych maksi z maksymalnymi rozcięciami też, bluzeczek z dekoltami, koszulek na ramiączkach. Czas bikini i kostiumów jednoczęściowych, czasem, bywa, więcej odkrywających i bardziej ekstrawaganckich niż nawet najbardziej skąpe bikini.

Czas odchudzania się

Nad odchudzaniem się pochyla się o tej porze roku ze zrozumieniem cały świat, od koleżanek w pracy począwszy, poprzez przyjaciół i rodzinę, po wielkie koncerny produkujące tzw. zdrową żywność, specyfiki ułatwiające spalanie tłuszczu lub też sprzęt do ćwiczeń. W gazetach, czasopismach i na portalach internetowych festiwal diet, a im dziwniejsza nazwa, tym lepiej. Dieta Dukana, dieta raw, dieta 5:2. Dieta lemon detox, dieta koktajlowa, dieta owsiankowa. Dieta Igpro. Dieta kopenhaska, winogronowa, owocowa, dieta dla osób z problemami naczynkowymi, ze skłonnością do cellulitu, ze skłonnością do rozstępów.

Ciekawostki – pomocne i te mniej pomocne. Chcesz schudnąć, jedz jajka. Ananasy. Grapefruity. Suplementy wspomagające odchudzanie. Albo, przeciwnie, nie ruszaj suplementów nawet kijem, to tylko sprytny sposób naciągania klientek na kasę. Lepiej spożywaj ser kozi, ser feta. Orzeszki pinii popijaj zieloną herbatą.

I oczywiście programy ćwiczeń. Treningi na siłowni, bieganie, joga. Medytacje pomagające w schudnięciu. Trening aerobowy (przebóg, co to w ogóle jest?!). Seks, uprawianie dużej ilości seksu. Pływanie. Jogging.

A najlepiej wszystko naraz.

Na te, które nie są częścią oszalałego z chęci wbicia się w odzież o rozmiarze 36 tłumu nikt nie zwraca uwagi.

Na te, które są chude. Szczęśliwe zołzy. Napychające się smakołykami po gardło, biegające co najwyżej do podjeżdżającego autobusu, owsianka budzi w nich żywiołową niechęć i, cholera jasna, nie muszą jej połykać przez ściśnięte z obrzydzenia gardło. Nigdy w życiu, nawet przez kwadrans, nie musiały odchudzać. Nigdy nie musiały ćwiczyć. A wszyscy wokół im wyłącznie zazdroszczą.

No bo też, rzeczywiście, jaki one mogą mieć ze sobą problem?

Jakie problemy może mieć w ogóle osoba chuda? Jakie kompleksy? Na pewno nie te, dotyczące jej figury. Na pewno zbliżające się lato nie budzi w jej sercu skurczów przerażenia, bo wszak w bikini nie tylko nie będzie musiała się wbijać, ale normalnie w nie wejdzie.

I dlatego może być od początku życia przez wszystkich - obcych, znajomych, przyjaciół i rodzinę, dalekich wujków, bliskich kuzynów, koleżanki i kolegów ze szkoły i studiów, kompletnie obcych pasażerów komunikacji miejskiej, towarzyszy podróży przez pięć przystanków, oraz znanych od dzieciństwa sąsiadów mamusi, przez osoby zarówno proste w obejściu, jak i wysoce kulturalne i doskonale wychowane – oglądana, oceniana i dowcipnie podsumowywana.

Można do niej żartobliwie powiedzieć „Co taki szkieletor może mieć za problem”, „A co o diecie wie taki patyczak”, „och, jak ktoś jest jak sztacheta w płocie...” (czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie kulturalną osobę mówiącą do prawie nieznajomej osoby pulchnej „taki wielorybek”, „taka piłeczka plażowa” „taki tłuścioszek”?).

Można ją bezpośrednio i bez skrępowania spytać, czy ma bulimię lub anoreksję (czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie kulturalną osobę mówiącą: „Taka gruba osoba jak pani zapewne cierpi na zespół Cushinga? a może zespół policystyczny jajników?”).

Można ją pomacać, wydając przy tym radosne rechoty i okrzyki: "Ale żebra!". Można złapać za rękę bez pytania i bez chwili zastanowienia, czy ona sobie tego życzy, żeby pokazać, że jej nadgarstek mieści się między kciukiem i palcem wskazującym. Można ucapić i posadzić sobie na kolanach w autobusie z komentarzem, że nie ma miejsc siedzących, ale nie szkodzi, takie chuchro może na kolanie usiąść, nic, panie, nie poczujesz.

Można uznawać jej problemy za wydumane – co to za zmartwienie, być zbyt chudym? Kto normalny uzna, ze kompleksy powodujące, że nosi się wyłącznie spodnie, aby nie pokazywać zbyt chudych nóg to PRAWDZIWE? A nie takie tam coś, kompletnie wydumane głupstwo, drobiazg?

Bo przecież tekst "kto by chciał się przytulać do worka kości" nie boli, wcale, ale to wcale nie.

Przecież powodem hodowanej latami traumy, urazów i ciężkich kompleksów może być wyłącznie wysłuchiwanie uwag o pucołowatej twarzy i krągłościach, zaś słuchanie przez całe życie tekstów w stylu „nie można cię dotknąć, żeby się nie poobijać”, „jak chodzisz słychać klekot” nie rani wcale, bo każdy (każdy, prawda? Oczywiście, że tak!) wie, że to jest zaowalowana forma komplementu i wyraz zazdrości,. I taka szczęśliwa chudzina też powinna to wiedzieć i cieszyć się z każdego podobnego określenia jak dziecko. I na pewno wie, gdzieś w głębi serca wie i topnieje z zachwytu, i duma ją rozpiera, a jeśli twierdzi, że nie to jest to zapewne udawanie, takie kokieteryjne machanie rzęsami i dopraszanie się o jeszcze więcej.

A już najbardziej wydumanym, nie istniejącym, wymyślonym nie wiadomo po co, chyba po to, żeby zwrócić na siebie uwagę albo nie czuć się wykluczonym z rozmowy w towarzystwie rozprawiającym o dietach jest problem „jak utyć”.

NO BO KTO NORMALNY NIE UMIE UTYĆ?!

I taka Królowa Matka, wychodząca ze szpitala „sztacheta w płocie”, ważąca przy 175 cm wzrostu 52 kg, niezdolna do utycia zyskuje, zamiast zrozumienia, zachwyt i wyrazy zazdrości. Przyjaciele wyrażają go z zażenowaniem i przepraszając. Znajomi i mniej znajomi – bez skrepowania. Boże, jak masz cudownie. Tyle schudłaś. Możesz jeść wszystko i nie tyjesz. Szczęściaro. Jakże ci zazdroszczę.

Ci zupełnie nieznajomi pozwalają sobie na teksty o anoreksji całkiem otwarcie. Bo 52-kilogramowa Królowa Matka nie nosiła na czole naklejki "Mam NYHA IV, jeśli nie wiesz, co to, przechodniu, to sobie wyguglaj, jeszcze trzy tygodnie temu moja wątroba nie pracowała, a serce może stanąć w każdej chwili tak, że nie jestem pewna, czy dożyję końca dzisiejszego dnia". I można w związku z tym skomentować głośno wszystko, od wyglądu do stanu psychicznego. Otaksować wzrokiem od stóp do głów, wskazać palcem. Te głupie baby. Zobacz, co z siebie zrobiła. Idiotka, wygląda jak ofiara obozu koncentracyjnego, czego te kretynki nie zrobią z powodu mody! Czy nie wiedzą, że kobieta musi mieć czym odetchnąć i na czym usiąść?

Chudnąc patologicznie na skutek silnego stresu zyskuje się to samo. Szczęściara. Ta szczęściara. Ona to ma dobrze. Też bym tak chciała, a ta narzeka!

Ale nawet zdrowa i szczęśliwa jak prosię w deszcz osoba (która chciałaby być wytwornie szczupła, jak Ania z Zielonego Wzgórza, a wie, że jest nieromantycznie chuda) patrzy czasem w lustro z niechęcią, skreśla z listy wymarzonych zakupów jakąś rzecz, która za dużo odsłania, źle się czuje w swojej skórze. Bo jest chuda. I tak samo wstydzi się wyjść na plaże w bikini jak tysiące tych kobiet, które z myślą o lipcowym urlopie katują się dietą i ćwiczeniami od marca.

Różnica polega na tym, że je świat rozumie, a jeśli nawet nie rozumie, to udaje, że rozumie, oferując szereg środków i sposobów, by wesprzeć je w walce z tym, co im wadzi.

Problemów związanych ze zbyt niską masą ciała ludzi chudych nie rozumie i nie oferuje im nic, a kompleksy zbywa machnięciem ręki, jako wymyślone i nieprawdziwe.

Nadeszło lato. Czas odwinięcia się z kilku warstw odzieży. Wystawienia na ludzkie spojrzenia wystających kości obojczyka, łopatek, cieniutkich nadgarstków, kostek. Kombinowania, jak się ubrać, żeby zakryć dekolt. Albo sterczące kolana. Albo uda wyglądające jak kość udowa, tylko i wyłącznie.

Czas rozmów o dietach, z których jest się wyłączonym, i nasilonych uwag o szkieletorach, które nie mają problemów i nic nie rozumieją.

Nawet fakt, że można bezkarnie zjeść pół blachy sernika z galaretką nie stanowi za to czasem wystarczającej rekompensaty.

sobota, 4 czerwca 2016

Memento

Potomek Starszy  (który swoim zdaniem zjadł był całą zupkę pomidorową, no, bez jakiejś nędznej reszteczki chlupoczącej na dnie miski) - Mamo, czy mogę tyle zostawić?
Królowa Matka (której zdaniem zaledwie wyżarł był z zupy cały makaron, zostawiając caluśką resztę; bezwzględnie) - No, śnisz chyba, jedz to, ale już!
Potomek Starszy (buntowniczo) - Ale to sama woda jest, będę to jadł łyżką cały rok chyba!!!
Królowa Matka (nadal bezwzględnie) - To załatw sprawę na sposób azjatycki, odłóż łyżkę, łapaj za miskę i wypij...
Potomek Starszy (po wykonaniu jednego łyczka) - Już?
Królowa Matka (niezmiennie bezwzględnie) - Jeszcze.
Potomek Starszy (po upiciu kolejnego łyczka) - Już?
Królowa Matka (wciąż bezwzględnie oraz bezlitośnie) - Jeszcze...
Potomek Starszy(łyczek) - Już?
Królowa Matka - Ty nie gadaj, tylko pij.
Potomek Młodszy (kolejny łyczek, kolejne spojrzenie skopanego szczeniątka rasy cocker-spaniel) - Już?


Królowa Matka (twardo) - Pij, pij.
Potomek Starszy (jak wyżej) - Już?
Królowa Matka (też jak wyżej) - Pij, synku!
Potomek Starszy (mściwie) - Przypomnę ci to za dziesięć lat!
Królowa Matka (zdezorientowana) - Ale... co?
Potomek Starszy (z satysfakcją) - "Pij, synku!".

KURTYNA.

niedziela, 15 maja 2016

O radościach z rodzicielstwa

Pompon Starszy miał komórkę.

To znaczy, przede wszystkim, nie komórkę, tylko plastikową zabaweczkę udającą komórkę, to po pierwsze.

Po drugie, komórkę miał także Pompon Młodszy. Na szczęście jednakże swoją dość szybko gdzieś posiał, dzięki czemu jego Rodzice jeszcze nie do końca zwariowali - a stałoby się to niechybnie, gdyby narażeni byli na kontakt z Pomponem Młodszym i jego komórką, jego wielogodzinnymi przez tę komórkę rozmowami, jego grami, które musieliby obserwować i komentować, pozowaniem do zdjęć, które by nią robił oraz wybieraniem dzwonków i tapet, a wszystko to byłoby nie do uniknięcia, gdyż Pompon Młodszy jest dzieckiem o żywej wyobraźni, niepohamowanej wymowności i uporze uniemożliwiającym pójście na idiotyczne kompromisy typu: "Kochanie, rozmawiamy przez twój telefon już godzinę, pozwól, że mamusia sprawdzi te górę testów, a potem popatrzę, jak pięknie grasz w kurczaczki".

Pompon Starszy swojej nie zgubił, ale przynajmniej przez nią nie rozmawiał. Za to grał. Grał na niej namiętnie, relacjonował te gry pełnym głosem, życie Królowej Matki i Pana Małżonka wypełniał dźwięk klikania w plastikowe guziczki, zawsze obecne gdzieś w okolicy. Ponadto chodził z nią do przedszkola, jeździł do babci, spał i wstawał, kazał ją naprawiać, gdy nieco nadpękła za sprawa intensywnego nadużywania, sklejać klejem typu super glue oraz taśmą klejącą, dokręcać śrubeczki i zamalowywać odpryśnięte kolorki i inne takie.

Aż wreszcie, gdy udał się wyprowadzić psa wraz z Panem Małżonkiem oraz nieodłączną komórką w kieszeni bluzy, ta się wzięła i mu wypadła. Pompon Starszy zauważył zgubę po powrocie do domu, lecz, niestety, niestety, mimo, iż pospieszył pospołu z Tatusiem przejść ponownie całą trasę spaceru okazało się, że jakiś Wraży A Wyposażony W Pojazd Dwuśladowy Sąsiad (a niewykluczone, że nawet Kilku Sąsiadów) pospieszył bardziej i przejechał się był po sprzęcie, obracając go w drzazgi. O czym Pompon Starszy doniósł Królowej Matce w sposób na tyle Wzburzony Emocją, że niewiele ona zrozumiała poza faktem, że komórka przeniosła się do Krainy Wiecznych Łowów.

Kilka dni później na spacer z psem udali się Królowa Matka i Pan Małżonek, sami jedni.

- Chodź, pokażę ci coś - rzekł Pan Małżonek tajemniczo i powiódł Królową Matkę ścieżką przez las, którą znała ona dobrze, szła więc za Panem Małżonkiem raczej zdziwiona jego tonem i nie spodziewając się znaleźć na niej niczego niezwykłego.

A jednak.

Po chwili stanęli nad szczątkami Ukochanej Komórki Pompona Starszego, przemielonej przez koła licznych pojazdów i wbitej w podłoże.

- Miejsce tragedii - rzekł żałobnie Pan Małżonek, po czym oboje z Królową Matką zastygli nad smutnymi resztkami w pełnym uszanowania milczeniu.


Po chwili.

Pan Małżonek (tonem niezmierzonej tkliwości) - Ach, gdyby ona grała! Jeszcze bardziej bym się cieszył...
...
...
...

Oto, co Rodzicielstwo robi z człowieka!


piątek, 13 maja 2016

Trzynastego


Potomek Starszy (beznamiętnie przyglądając się kotu, beznamiętnie przekraczającemu spacerowym krokiem jezdnię przed naszym samochodem) - Cóż. Dziś piątek trzynastego, a ja pisałem test z historii, i w dodatku dostałem z niego piątkę. Zachwiałem w ten sposób równowagą wszechświata.

Rzeczywiście, cóż.

Jakby co, wszyscy teraz już wiedzą, przez kogo wszechświat nie bywa taki... jaki powinien być.

Na wszelki wypadek jednakże Królowa Matka poddaje pod rozwagę...


... i oddala się w najeżony niewiadomego pochodzenia niebezpieczeństwami outernet.

niedziela, 17 kwietnia 2016

O posłusznym wykonywaniu rodzicielskich poleceń

Dowolny Dzień Tygodnia, siódma rano, poranek kurczy się jak czysta żywa wełna wyprana w 90 stopniach, nerwowa atmosfera unosi się w powietrzu jak przenikająca świat mgła.

Mamusia - Synku, włóż buty.
Synek (zero reakcji).
Mamusia - Synku, proszę, włóż buty, spieszymy się.
Synek (flegmatycznie kończy jogurcik/przegląda SMSy na ekraniku komórki/rzuca czymś ciężkim w Braciszka/wszystko naraz/ewentualnie coś innego).
Mamusia (nieco bardziej nerwowo) - Synu, ja cię proszę, rusz się wreszcie i włóż buty!
Synek (wstaje, symulując chęć gorliwego spełnienia polecenia Mamusi) - Już, już...
Mamusia (dobitniej) - Synu, natychmiast włóż te... buty!!!
Synek (nieobecnym tonem) - Mhm, mhm...
Mamusia (wyszedłszy z siebie ostatecznie i nieodwołalnie) - SYNU, PSIAKREW, ILE DO CIEBIE MOŻNA MÓWIĆ?! RUSZ WRESZCIE SWOJE CHUDE CZTERY LITERY I WKŁADAJ TE CHOLERNE BUTY!!!
Synek (tonem osoby boleśnie i dogłębnie urażonej) - Ale czy ty musisz od razu na mnie krzyczeć?!

Brzmi znajomo?

Ha!

Lecz nie w Domu w Dziczy, gdzie Doskonale Ułożone Pacholątka znają mores oraz swoje miejsce!

Pora obiadowa. Pan Małżonek odcedza makaron, Królowa Matka nalewa rosołek do misek.

Królowa Matka (do Potomka Młodszego) - Skarbie, idź na górę i powiedz swojemu bratu, że obiad już gotowy i wjeżdża na stół...
Potomek Młodszy (nie przerywając sobie wygodnego rozciągnięcia na kanapie; nabiera tchu w płucka i wydaje z siebie ryk, przy którym mury Jerycha rozpadłyby się bez konieczności okrążania miasta z trąbami i kapłanami) - MIKOŁAJ!!! SCHODŹ NA DÓŁ, OOOOOBIAAAAD!!! (rzuca krzepiący uśmiech Tatusiowi z opadniętą szczęką i wpatrzonej weń  Mamusi, zastygłej z uniesioną w powietrzu chochlą, i powraca do leżenia z wdziękiem).

Tjjaaaa.


 Dziękujemy ci, kochanie, o to właśnie Rodzicom chodziło.



piątek, 15 kwietnia 2016

O braterskich konfliktach (nieśmiala zajawka, ciąg dalszy niewatpliwie nastąpi)

Obiad rodzinny, Bezwzględna Mamusia (zwana na potrzeby tego bloga Królową Matką) wymogła na Potomkach kulturalne zasiądnięcie przy stole, usiłowała też wymóc kulturalne zachowanie, z czym jednakże było już trudniej.


Potomek Młodszy (do Potomka Starszego, plując ryżem z wypchanej do granic możliwości paszczęki zaledwie troszeczkę) - Zobacz, o! Zobacz! Już właściwie kończę, chociaż mama dopiero co mi nałożyła dokładkę!

Potomek Starszy (beznamiętnie, nakładając flegmatycznie trzy ziarenka ryżu na widelec) - Mistrzu.

Potomek Młodszy (który przypominał unoszący na nieskazitelnej tafli jeziora kwiat lotosu głaskany subtelnym powiewem wiosennego zefirka wyłącznie we wczesnym dzieciństwie, a obecnie popadanie w cholerę staje się jego starannie pielęgnowanym hobby, jakże malowniczym i często prezentowanym bliższemu i dalszemu otoczeniu - popada we wspomniana cholerę, purpurowieje i zapodaje Starszemu Braciszkowi imponującą sójkę w bok).

Potomek Starszy (podskakując) - AŁA!!! No co ty!!! "Mistrzu" powiedziałem!!!

Potomek Młodszy (powracając do stanu buddyjskiego spokoju równie nagle jak popadł w białą gorączkę; stoicko) - Słyszałem tam wyraźnie nutę sarkazmu.


Królowa Matka rozważa zmianę tytułu bloga na "Powiedz mi, co zrobiłam źle"...

sobota, 26 marca 2016

Wszystkim, najlepszego. Alleluja

Okna umyte - bardzo pobieżnie, ale zawsze. Burdel, pieszczotliwie zwany bałaganem, a na potrzeby pijarowe - zwykłym, domowym nieładem ogarnięty. Też pobieżnie, bo przy Potomkach inaczej się nie da i albo sobie człowiek wyrobi w temacie, ekhm, domowego nieładu postawę "zen", albo będzie dogłębnie i bez przerwy nieszczęśliwy. Królowa Matka wybrała "zen", nawet trochę, jak by to ująć, wyniosłe zen, bo niby czemu nie. Życie Pompona Młodszego, które skutkiem żałobliwego jędzenia ("Ale gdzie jest ten witlazyk do pomalowania, mamusiu? Mamo, ale ja chcę juz malować! Ale mówiłaś, że będę malować, ja chcę juz! Gdzie on jest, ten witlaz? Malować chceeeeem! Ale mówiłaś mi, ze będę malować, dlacego mi nie das tego witlazyka, mamoooo! daj mi witlazyk!!! Daj mi falby!!!! Mamo, bo ja chcę malować, mamoooo!!! mamo, gdzie pędzelki? Ale cemu ty mi nie das pędzelków? Ale mamoooo, daj mi witlażyyyk! Aleeee maaaamoooo", i tak przez godzinę bez przerwy i bez marginesu dla negocjacji) wczoraj wisiało na włosku - zostało (cudem, Królowa Matka to Państwu mówi!) ocalone. Żonkile kupione i sieją urodą, jak to żonkile mają w zwyczaju, hiacynty kwitną, ceramiczne zające, przywiezione lata temu z Włoch przez Siostrę Królowej Matki - wyciągnięte z szafki i postawione na parapecie, jak co roku.

Legendarne Mazurki Królowej Matki, te Mazurki, przez które jakiś czas temu Teściowa Królowej Matki przechorowała Lany Poniedziałek, ponieważ w niedzielę siadła i wrąbała caluśką blachę mazurka, sama jedna, te, których lat temu kilka prawie zabrakło na Wielkanoc, gdyż rodzona Matka Królowej Matki, co weszła do pokoju, gdzie ciasta "odpoczywały" częstowała się kawalątkiem, no, naprawdę, malusieńkim, jednym gryzkiem normalnie, no, jak to, że nie ma, przecież to niemożliwe, tak, te, o których wspomniana Teściowa, chora na cukrzycę, mawia z łakomym błyskiem w oku: "A, co mi tam, najwyżej sobie strzelę podwójną insulinkę!", otóż te właśnie mazurki zostały już upieczone


i udekorowane (a dekoruje Królowa Matka zawsze późnym wieczorem łamanym przez wczesną noc i poranna galopada na dół, aby obejrzeć, jakie psychopatyczne wizje wyprodukowała jej otępiała od przemęczenia po całym dniu stania przy garach oraz pobieżnego ogarniania domowego nieładu - podziwiajcie mój pijar, Kochani Czytelnicy! - wyobraźnia jest w Domu w Dziczy tradycją porównywalną z poszukiwaniem koszyczka od Zajączka w poranek wielkanocny albo ubieraniem choinki w wigilijne przedpołudnie).


Słowem, oto nastąpiła najulubieńsza chwila Królowej Matki.


Chwila, gdy jest jeszcze przed świętami, ale już nic nie trzeba.

Chwila, gdy Królowa Matka może sobie siedzieć i pachnieć.

Więc siedzi sobie. I pachnie (bardzo ładnie, bo właśnie testuje perfumy, których dostanie w prezencie od Pana Małżonka rozważa). I produkuje jajka w szydełkowych ubrankach, które na tę Wielkanoc już nie zdążą, ale może przydadzą się na następną. A czasem poczyta trochę. Wymyśli misie z polaru, które zrobi, jak już skończy robić jajka.

I napisze życzenia.

Nie jest dobra w składaniu życzeń, więc te będą nieporadne.

Bez względu na to, w co wierzycie, i czy w ogóle wierzycie, czy te święta to dla Was po prostu dodatkowy wolny dzień czy głebokie duchowe przeżycie, wszystkiego najlepszego, Kochani Czytelnicy.

Zdrowia. Dużo zdrowia.

I spokoju. Dużo, dużo spokoju.

I niech Wam się szczęści we wszystkim.


Dziękuję, że chce Wam się tu zaglądać.

niedziela, 6 marca 2016

Woda, szkło i złodzieje, czyli recenzja bez tytułu (oraz o Królowej Matki problemach z fantastyką)

Zapada wieczór, duszny wieczór po dusznym dniu, ale mimo zmroku nie robi się ani odrobinę chłodniej. Słabe powiewy wiatru zamiast choćby śladowego orzeźwienia przynoszą jedynie stęchły zapach znad rzeki. Niebo rozświetla na zachodzie brudnoróżowa łuna, a w wieczornej ciszy, która powoli ogarnia świat, wyraźnie słychać jedynie brzęczenie łańcucha na posadzce...

Chwila.

Jakiego, do cholery, łańcucha?!

Królowa Matka unosi głowę.

Leży we własnej sypialni, lampka rozprasza mrok, ani stęchły, ani żaden inny zapach znad rzeki nie dociera do Domu w Dziczy choćby dlatego, że okna są szczelnie zamknięte. Jak zawsze, gdy Ukochane Potomki śpią - a właśnie śpią - w Domu w Dziczy zapada błogosławiona, nie zakłócana niczym (a już na pewno nie brzękiem łańcucha) cisza. Jaki zresztą łańcuch mógłby tu brzęczeć, Królowa Matka nie posiada podobnego sprzętu na wyposażeniu, musiało jej się coś przesłyszeć, zapomnijmy o tym i powróćmy lepiej do książki, nim padniemy w nią twarzą za najdalej kwadrans, jak to się dzieje codziennie.

Zmotywowana uświadomieniem sobie znanych jej, zdałoby się, od podszewki faktów Królowa Matka powraca do lektury.

Wilgotne powietrze osiada na twarzy i ma się wrażenie, że oddycha się wodą, w widmowym zmroku zacierają się kontury wszystkiego, na szczęście można poruszać się po omacku, jeśli wie się na wyrywki, co się gdzie znajduje w najbliższej okolicy, a już na pewno nie zbłądzi się idąc za dźwiękiem łańcucha, który...

JAKIEGO, DO CHOLERY, ŁAŃCUCHA?!


...


I tak właśnie, Kochani Czytelnicy, wyglądała każda wizyta Królowej Matki w Camorrze.


W świecie "Kłamstw Locke'a Lamory".


Camorra.

Miasto-Państwo. Wyspy i wysepki połączone siecią mostów i kładek, słony wiatr od morza, dźwięk chlupoczącej, kotłującej się, rozbijającej o ściany kanałów wody, statki, stateczki, łodzie. Dzielnice niewyobrażalnej nędzy, wymarłe po każdej, cyklicznie nawiedzającej miasto zarazie, po której w opustoszałych domach biedoty zostaje jedynie rzesza sierot, łakomy kąsek dla łowców niewolników i handlarzy żywym towarem. Ubogie, byle jak sklecone domy, zmywane przez morze przy każdym sztormie, wąskie uliczki, w które lepiej nie zapuszczać się bez obstawy, karczmy i zajazdy, w których ubija się małe i większe niezupełnie legalne interesy.

Pośrodku miasta – pięć wież, majestatycznych, olbrzymich, pięknych. Zbudowanych ze staroszkła – tajemniczej, niezniszczalnej substancji, tworzonej przez jeszcze bardziej tajemnicze plemię Eldrenów, legendarnych, na pół już baśniowych założycieli i budowniczych Camorry. Centrum miasta, miejsce, gdzie żyją arystokraci, wiszące ogrody, wyrafinowane spotkania, bale i przyjęcia, subtelnie iluminowany alchemicznym światłem przepych równie niewyobrażalny jak nędza leżących u stóp Wież lepianek.

A pod ziemią... no, może nie dosłownie pod ziemią, ale w cieniu, tajemniczo, nielegalnie – inny świat. Świat przestępców, łotrów spod ciemnej gwiazdy i morderców, wykwalifikowanych zabójców i wysoce wykształconych w swoim fachu złodziei związanych tajemnym Paktem, którego złamanie karze się śmiercią, świat dzierżony żelazną pięścią przez Vencarlo Barsaviego, capo di tutti capi, który usunął wszystkich poprzednich (oraz współrządzacych) capi ze swej drogi i obecnie ma monopol na władzę w podziemnym świecie Camorry.

Częścią tego świata są Niecni Dżentelmeni, grupa sierot przygarniętych przez Ojca Łańcucha, który wziął na siebie niewdzięczne zadanie zrobienia z tej żałosnej zbieraniny godnych szacunku złodziei. Bracia Sanza, bliźnięta, radośni, czerpiący z przyjemności życia garściami (nieistotne, czy byłaby to wizyta w zamtuzie, przygotowanie wykwintnego posiłku czy skok na bank), pozostawiający innym wysiłek intelektualny, nastoletni Pędrak, dopiero pobierający - acz z dużym zapałem - lekcje złodziejskiego fachu, Jean Tennant, potomek zamożnej, kupieckiej rodziny, wielki, łagodny, misiowaty, w okularach – to na pierwszy rzut oka, świetnie wyszkolony w szermierce, mistrz walki na pięści, oczytany, inteligentny oraz z maszyną liczącą w mózgu – to na drugi.

No i Locke Lamora.

Drobniutki, chudziutki, wręcz cherlawy, niski chłopiec, który pewnego dnia wyłonił się wraz z dziesiątkami innych sierot z najbiedniejszej camorryjskiej dzielnicy, spustoszonej przez kolejną zarazę. Miał więcej szczęścia niż te dzieci, które trafiły na statki handlarzy niewolników, i niż te, które utworzyły gangi, kradnące dla paru groszy albo czegoś do jedzenia, każdego dnia ryzykując powieszenie, i nawet niż te, które wziął pod swoje skrzydła Złodziejmistrz, opiekun grup dzieci-złodziejaszków, którym zapewnił dach nad głową, posiłek i jakie-takie bezpieczeństwo w zamian za złodziejskie łupy.

Miał też więcej niż te dzieci talentu.

Locke Lamora jest złodziejem. Ale nie jakimś tam złodziejaszkiem, obcinającym sakiewki nie dość ostrożnym mieszczanom czy też okradającym kupieckie kramy, ale Złodziejem przez duże „Zet”, Złodziejem przez „Zet” wielkie, ozdobne i inkrustowane drogimi kamieniami, Złodziejem-Artystą, potrafiącym w razie potrzeby przedzierzgnąć się w kupca, żebraka lub kapłana dowolnej religii, stać się cudzoziemcem mówiącym płynnie w jakiś lokalnym dialekcie lub arystokratą, biegle posługującym się dwudziestoma rodzajami sztućców oraz wprawnie i z wdziękiem tańczącym menuety i inne galiardy z figurami. Jest Złodziejem, który odebrał staranne i wszechstronne wykształcenie w kierunku bycia najlepszym złodziejem, jakiego nosiła Matka Ziemia, a w dodatku posiada szczególne po temu predyspozycje, wybitny talent oraz wysokiej klasy inteligencję. Mały czy nie, drobny i niewysoki czy nie, staje się głową grupy Niecnych Dżentelmenów, okradając tylko najbogatszych, tylko najbogatsi bowiem dysponują majątkiem zdolnym apetyty wspomnianych Dżentelmenów zaspokoić.

Poznajemy ich (Dżentelmenów, nie majętnych arystokratów, że Królowa Matka uściśli) właśnie w chwili gdy Locke wpada na pomysł oskubania do ostatniego miedziaka jednego z najbogatszych mieszkańców Camorry i – choć początkowo realizacja niezwykle zuchwałego pomysłu idzie dobrze – na drodze Locke’a i jego gangu stają niespodziewane przeszkody, nieoczekiwane wydarzenia i niezwykle trudni przeciwnicy...


Nigdy, z całą mocą podkreśla Królowa Matka, NIGDY nie przeczytała ona książki tak plastycznie napisanej, że właściwiej byłoby powiedzieć – namalowanej. Czytała napisane wspaniale, czytała napisane tak, że film z nich wyświetlał jej się w głowie, czytała wzruszające, poruszające, działające na zmysły, opisane starannie, z precyzyjnie wykreowanym albo opisanym światem, różne czytała, ale takiej – nigdy. Z tego właśnie powodu staje ona okoniem wobec 90 procent pozytywnych (istnienia negatywnych nie przyjmuje do wiadomości) recenzji opisujących udręki obcowania z pierwszymi stoma (z 556 :)) stronami powieści. Królowa Matka nie odnotowała żadnych trudności, żadnych udręk, żadnych kłopotów. Od pierwszej chwili, od pierwszej strony, a wręcz od pierwszego zdania wślizgnęła się w świat Camorry dokładnie tak, jak zostało to opisane na początku tego posta.

Przy każdym powrocie do lektury (a czytała wszędzie i wszędzie tę cegłę ze sobą targała) wpadała w powieściowy świat tak, że dziwiła się, że nie słyszała przy tym chlupnięcia. Siedziała w autobusie, wyciągała książkę, otwierała ją, chlup! Szła ciemnymi, ciasnymi uliczkami, oblewała się potem pod kapłańską szatą, ukrywała twarz pod kapturem, podnosiła wzrok, autobus zakręcał pośród kolorowych bloków wyzłoconych słońcem, między krzewami pokrytymi świeżą zielenią, na kryształowo czystym niebie nie było ani jednej chmury, Królowa Matka opuszczała wzrok, chlup!... ręce jej omdlewały od ciężaru wózka, który ciągnęła za sobą, wózek terkotał i podskakiwał na kocich łbach, rzemienie wrzynały się w ręce, kolejny skręt autobusu, wynurzamy się z ciemnego, dusznego świata, haust świeżego powietrza, słońce aż razi po wyjściu z tej ciemności, no, ale trzeba wysiadać...

I tak przez całe trzy części - i tak, recenzji mówiących o tym, że dwie kolejne części nie trzymają poziomu pierwszej Królowa Matka też nie przyjmuje do wiadomości. Jej tam wszystkie trzymały, nie wyklucza, że przez to wrażenie nurkowania w świat wykreowany, którego Królowa Matka doznawała przy lekturze całej trylogii, bez wyjątku.

Nazwanie tego wrażenia „wyświetlaniem filmu w głowie” byłoby skandalicznym niedomówieniem, to nie był żaden film, to było wręcz fizyczne doznanie smaków, zapachów, dźwięków i obrazów, i przyzna się Królowa Matka, że aż nie chce, żeby „Kłamstwa Locke'a Lamory” sfilmowano, bo wie, że żaden film nie dorówna jej wrażeniom z lektury (nie, żeby dywagacji na temat obsady w Domu w Dziczy nie czyniono, bo owszem, czyniono, dyskutowano, guglowano, a nawe się zażarcie kłócono, i od razu napisze Królowa Matka, narażając się licznym wielbicielkom niż.wym., że obsadzenie duetu Locke/Tennant duetem Hiddleston/Hemsworth uważa Królowa Matka za prostackie pójście na łatwiznę).
Oczywiście namalowanie słowami świata Niecnych Dżentelmenów nie jest jedyną zaletą tych powieści. Poza tym, że jest to świat odmalowany nadzwyczaj plastycznie i nadzwyczaj dokładnie – śmierć jest w nim śmiercią, brud – brudem, okrucieństwo – okrucieństwem, bez ozdóbek i niedomówień – jest on także niezwykle dopracowany, do szczegółu, bohaterowie – wiarygodni i "lubialni", choć przecież mowa o przestępcach, z jakimi nikt z nas nie chciałby się spotkać (chociaż, z drugiej strony, jaki procent czytelników Scotta Lyncha należy do bogatej arystokracji, grupy, która mogłaby się czuć zagrożona przez Niecnych Dżentelmenów jak doba długa? ;)).

No i ten język!!! Te dialogi!!! Królowa Matka dosłownie umierała z rozkoszy co stronę, kocha bowiem ludzi, których język słucha jak pies ukochanego pana, a Scottowi Lynchowi język jest posłuszny jak mało komu. Te żonglerki słowne, to zróżnicowanie bohaterów pod względem języka, te wulgaryzmy tam, gdzie powinno być wulgarnie, elegancja tam, gdzie powinno być elegancko, a dwuznaczność i dyplomacja tam, gdzie powinno się umiejętnie żonglować słowami.


„ - Nikoros zwróci ci koszty z funduszy partyjnych. 
   - Ja... - zaczął Nikoros. 
   - Nikorosie, dziś po południu twoim zadaniem jest kwitować słowem „tak” wszystko, co padnie z moich ust. Im dłużej będziesz to ćwiczył, tym szybciej stanie się to gładkim, mechanicznym odruchem, nie zostawiajacym ci czasu na bolesne rozmyślania. Możesz to dla mnie potrenować? 
   - Tak. 
   - Masz wrodzony talent”. 

Królowa Matka (która akurat była świeżo po lekturze „Nie oddam dzieci” Kasieńki Michalak) usiłowała sobie wyobrazić, jak AłtorKasia opisałaby faceta - bohatera, rzecz jasna, pozytywnego z kościami -  wywierającego nacisk na opornego podwładnego, i wyszło jej mniej więcej coś takiego: „- Słuchaj, s...synu – warknął Michał, przypierając tchórzliwie strzelającego na boki oczami Pawła do ściany swoim muskularnym ramieniem. - Pamiętaj, kto ci, gnoju, płaci. Jak mówię, co robić, to odpowiadasz „tak”i zastanawiasz się, czy robisz to dość szybko. Zrozumiałeś, cholerny bydlaku?”. Podesłałaby jej Królowa Matka próbkę, jak to powinno wyglądać, ale doszła do wniosku, że nie ma sensu rzucać przed niektóre stopy brylantów wielkości strusich jaj...

Chodziła Królowa Matka obok tego Lamory'ego jak pies koło jeża (albo wręcz jeżozwierza), niby chciała (bo ktoś polecał, bo obiło się o uszy, bo w przyjacielskiej rozmowie dwóch osób, których ocenom literackim Królowa Matka ufa pojawiła się trylogia Lyncha, zdobna w gejzery zachwytów), a niby nie (bo, jak się po pewnym czasie okazało, Niecni Dżentelmeni pomylili jej się z filmem „Liga Nadzwyczajnych Dżentelmenów”, do którego to dzieła filmowego Królowa Matka dokonała podejścia dwa razy, i tyleż razy zasnęła w trakcie projekcji, więc co to będzie przy książce, myślała), a w dodatku Królowa Matka ma problem z fantastyką.

Królewskomatczyny problem z fantastyką polega na tym, że – jeśli natrafi na coś naprawdę dobrego – nie potrafi uwolnić się z wyobrażonego świata. Nie ma zazwyczaj problemów z przeżyciem żałoby po ukończonych nawet najlepszych powieściach, których akcja rozgrywa się w świecie rzeczywistym. Może to być wiek XII, VII albo III p.n.e., nie robi, byle świat był realny, a bohaterami byli zwykli, normalni, chodzący po ziemi i nie potrafiący się teleportować (ani w ogóle robić niczego niezwykłego) ludzie. Do pewnego momentu zresztą Królowa Matka odczytywała „Kłamstwa...” jako powieść jak najbardziej realistyczną, do tego stopnia, że zirytowały ją i wytrąciły z rytmu pojawiające się elementy magiczne, jak alchemiczne światło, staroszkło czy Sokolnik wraz z jego mrocznymi umiejętnościami. Do dziś zresztą uważa, że „Kłamstwa...” mylnie szufladkuje się wyłącznie jako powieść fantasy, bo tak naprawdę książka ta może uchodzić zarówno za powieść łotrzykowską, albo z gatunku płaszcza i szpady, thriller, albo i kryminał, zaś elementów "nie-z-tej-ziemi" jest w niej przyjemnie mało.

Ale gdy już coś w głowie Królowej Matki oswoi myśl, że polubiła fantasy – choćby i łotrzykowskie fantasy – Królowa Matka przywiązuje się do stworzonego świata na amen. I koniec. Zaczyna porównywać. I wszystko przeczytane "potem" jest gorsze. Wszystko jest nieprawdziwe. Do wszystkiego innego przekonuje się z najwyższym trudem. Skutek jest taki, że Królowa Matka ma na swojej Liście Ksiąg Przeczytanych zaledwie parę pozycji fantasy (ma też kilka, które uchodzą za fantasy wśród znawców tematu, których to znawców opinii Królowa Matka nie podziela, ale to insza inszość :)).

Za to wszystkie, które ma, kocha.

I jest świadoma, że do następnej pozycji tego gatunku musi dojrzeć, dorosnąć oraz uklepać emocje.

Co potrwa. Może i kilka lat.

Ale nie szkodzi.

Na razie Królowa Matka wraca do Camorry.

Chlup - i zanurza się z głową.




I czeka na czwartą część :).

sobota, 5 marca 2016

O więzach

Królowa Matka (do Pana Małżonka) - Zrobiłeś sobie już kolację i nie wziąłeś tego paprykarza, który kupiłam?
Pan Małżonek - Tak. Nie. Zrobiłem, znaczy się. I nie wziąłem.
Królowa Matka - Dlaczego? Przecież lubisz!
Pan Małżonek (boleśnie szczerze) - Bo ciebie nie było i nie mogłem zapytać, a sam się boję.
Królowa Matka - ???
Pan Małżonek (tonem koniecznego wyjaśnienia) - No, boję się ciebie, zawsze się bałem, nie wiedziałaś?
Królowa Matka (w szoku i wstrząsie) - Nie. Bo to ja się ciebie boję i zawsze się bałam. (popadając w smętną zadumę) Wygląda na to, że jesteśmy dwojgiem ludzi, którzy się siebie boją, doprawdy, jakim cudem przetrwaliśmy tyle lat u swego boku...

Pan Małżonek i Królowa Matka (pogrążają się w bolesnej autorefleksji).

Pan Małżonek (płynąc na fali bolesnej autorefleksji) - Cóż nas ze sobą trzyma, tych lat... no, naprawdę dużo, byłżeby to zwierzęcy strach?
Potomek Starszy (dotąd siedzący niewinnie na kanapie i pozornie nie zwracający żadnej uwagi na niewymuszoną wymianę zdań, krążącą między Rodzicami z lekkością confetti) - Nie, to my. Pojawiliśmy się i połączyliśmy was na zawsze więzami miłości.




Tak, to musiało być to :).