wtorek, 3 września 2019

Ten dzień

Dziewięć lat.

Po dziewięciu latach walk, potu, krwi (prawie) i łez...

Nagrywania słowotoków i spisywaniu ich na bloga, po pierwsze na wieczną rzeczy pamiątkę, po drugie dlatego, że Królowa Matka jest Fatalną Matką oraz po trzecie - dlatego, że bez dowodów na piśmie nikt by nie uwierzył...

Po dziewięciu latach zwlekania siłą z łóżka, po dziewięciu latach wysłuchiwania słów powszechnie uważanych za obelżywe, rzucanych w szeroko pojętą przestrzeń...

Po Dziewięciu latach obelg, rzucanych na głowy wynalazców druku, papieru, koła, bo kto bogatemu zabroni, członków założycieli Komisji Edukacji Narodowej, Izby Edukacji Publicznej, jak również autorów idei o szkolnictwie powszechnym - od Andrzeja Frycza Modrzewskiego począwszy, a na tych zwyrodnialcach, autorach dekretu o obowiązku szkolnym skończywszy - , a poza tym także  na głowy nauczycieli, wychowawców i rodziców, bo bez obelg rzucanych na rodziców to się nie liczy...

Po dziewięciu latach codziennych bez mała prób łamania kręgosłupa, rodzicielskich pogawędek w atmosferze przyjemnej i tej odrobinę od przyjemnej odbiegających, daremnych a podejmowanych z imponującym uporem prób przemówienia do rozsądku i tego śladowego poczucia obowiązku, które przecież musi GDZIEŚ TAM BYĆ, że o tych kilku karczemnych awanturach Królowa Matka z szacunku dla Kochanych Czytelników nie wspomni...

Po dziewięciu latach odbijania się od ściany wściekłości, tępego uporu i "co-mnie-to-obchodzenia", wybuchów furii godnych Najbardziej Zbuntowanego Nastolatka w Całej Historii Nastolatkowości Ever, po dziewięciu latach dramatycznych i z biegiem czasu coraz bardziej beznadziejnych prób, by uczynić w tym murze wyłom, ale jaki wyłom, wyłomik, jedną cegiełkę wyjąć, ukruszyć chociaż, otworek poczynić, przez który przeniknąć mogłoby światło przekonań i opinii innych niż własne, starannie pielęgnowane...

Otóż po tych dziewięciu latach nastał dzień, gdy Potomek Starszy wrócił ze szkoły radosny, jaśniejący i promieniejący Entuzjazmem i Pozytywną Energią, jakby wchłonął wszystkie poradniki Beaty Pawlikowskiej naraz. Albo i bardziej.




I tak, Królowa Matka wie, że to pierwszy dzień, przed nami dzień drugi, trzeci, siódmy, i ciekawe, co wtedy powie jej krnąbrne Dzieciątko (a już o setnym czy dwusetnym nawet wspominać nie ma co), ale po prostu musiała - po tych dziewięciu latach, przy których tyranie dziewiętnastowiecznych górników na przodku jawi jej się romantyczną przechadzką przy wtórze świergotu ptasząt i woni łubinu wśród pól, i które spędziła, licząc kolejne siwe pasma w swej koafiurze oraz snując liczne, z biegiem czasu coraz bardziej wyrafinowane, a z czasem niebezpiecznie ocierające się o "tęskne"  fantazje na temat dzieciobójstwa - o tym napisać.

piątek, 30 sierpnia 2019

Ku pamięci

Pompon Młodszy (który właśnie skończył jakąś Tajemniczą Misję rojącą się od Niebezpiecznyc Przygód w grze na konsoli i został przystopowany w kwestii rozpoczęcia kolejnej przez Bezwzględnych Rodzicieli; rozpromieniając się nieoczekiwanie) - A wiesz, mamo, że ja wiem, co jest najwspanialszą przygodą!

Królowa Matka (okazując Macierzyńskie Zainteresowanie) - Tak?

Pompon Młodszy (triumfalnie) - Tak! A wiesz, co? Życie! Gdybym nie żył, nie mógłbym mieć żadnej przygody. A skoro żyję, to mam przygodę każdego dnia. I każdego dnia inną!

Tak Królowa Matka sobie pomyślała, że o tym wspomni. Bo u schyłku lata, przy końcu wakacji, u progu jesieni, przy coraz krótszych dniach i coraz dłuższych nocach, z perspektywą chlapy, szarugi i pluchy w niedalekiej przyszłości może to komuś wylecieć z głowy.

czwartek, 29 sierpnia 2019

O twardzielach dla twardzieli

Pompon Starszy - Tatuś, wyczyściłbyś mi uszko? Przyniosę ci twój scyzoryk, będziesz mógł to zrobić pilnikiem...

Tak trzeba żyć, a nie, że brońcie bogi nawet nie patyczek z bawełnianą watką, tylko psikadełko, spray i inne Acustone!

wtorek, 16 lipca 2019

Trójka e-pik, podsumowanie, CZERWIEC

Podsumowanie czerwca ukazać się miało pod koniec wspomnianego miesiąca, ale jak się jest rodzicem ósmoklasisty w Tym Wyjątkowym Roku, rodzicem, nieprawdaż, ofiary deformy edukacji, to się w ogóle nic nie robi w terminie, rzeczowo i elegancko. W takim bowiem wypadku człowiekowi sporo rzeczy leci z rąk, wylatuje z głowy, a także dla wielu rzeczy wspomniany człowiek traci zainteresowanie (dlatego przepraszam osoby, które jeszcze nie dostały odpowiedzi na swoje komentarze, przepraszam też, że nie dostaną ich teraz, piszę bowiem ten wpis na chybcika, po czym udaję się w Jeszcze Dzikszą Dzicz niż Dom w Dziczy, w Dzicz, gdzie nie będzie komputera, a na komóreczce to, nieprawdaż, na Poważne Komentarze i Eleganckie Wpisy odpowiadać nie umiem. Przepraszam. Na wszystko odpowiem w sierpniu, gdy wrócę, słowo).

A na razie - podsumowanie czerwca. Nie będzie - chyba :D - zbyt długie, zwłaszcza, że recenzje dwóch książek da się zamknąć właściwie w jednym wpisie.

Kategorie czerwca to:

 coś pysznego
 młodzieżowa przygoda
 książka z więcej niż trzema wyrazami w tytule
1) coś pysznego - "Zupa z granatów" Marsha Mehran

Siostry Aminpur - Mardżan , Bahar i Lejla - uciekając przed rewolucją i wojną z Iranu. Jest rok 1979. Po kilku latach tułania się po obozach dla uchodźców i mieszkania w Londynie przybywają do Ballinacroagh , małego miasteczka we wschodniej Irlandii i otwierają tam malutką restaurację, w której serwują tradycyjne, perskie potrawy. Miasteczko, jak wszystkie - no, większość - takich miasteczek ma swój specyficzny klimat, ma etatową plotkarkę, która spędza życie na posterunku, w oknie swego mieszkania, od rana do wieczora obserwując główną ulicę miejscowości, ma księdza, byłego aktora, który teraz pisze sztuki teatralne, ma też swego pana i władcę, który trzęsie lokalną społecznością i trzyma wszystkich liczących się obywateli albo w kieszeni, albo pod pantoflem.

Siostry Aminpur nie są w Ballinacroagh zbyt mile widziane z różnych powodów, zaczynając od tego, że wynajęły starą piekarnię, na którą ostrzył sobie zęby wspomniany małomiasteczkowy "baron", Tom McGuire, a kończąc na tym, że są obce, inne, "nieswoje", różnią się od wszystkich innych mieszkańców, są egzotyczne. Większość ludzi nie lubi kiedy pojawia się w ich otoczeniu ktoś nowy, nieznany, ktoś, po kim nie wiadomo, czego się można spodziewać...

No więc - nie zaczynamy zdania od "więc" - urocza jest ta książka. Piękna. Smaczna. Aromatyczna. Moje wydanie ma prześliczną, pobudzającą wyobraźnię (i kubki smakowe) okładkę.

Ale.

Autorka ma niezwykły talent do przekładania języka smaków i kuchennych woni na język pisany, i jest to komplement, co zaznaczam na wypadek, gdyby komuś "kuchenne wonie" skojarzyły się z zapachem szkolnej stołówki łamanej przez bar mleczny w dobie PeErElu. To są zupełnie inne kuchenne wonie, pachnie kardamon, szafran, imbir, woń świeżo zaparzonej herbaty unosi się w powietrzu, do tego nuta bergamotki, woń wody różanej, zapach wody z kwiatów pomarańczy, cynamon i prażone migdały, kmin i kurkuma, ślinianki pracują na pełnych obrotach.

Do tego subtelne nuty realizmu magicznego i kolory, te kolory Bliskiego Wschodu, czerwienie, ochra i brązy, błękitne kafelki, maleńkie ceramiczne elementy w kolorze indygo, wszystko to widzimy jak na dłoni. W chwilach, gdy autorka opisuje gotowanie.

Niestety, relacje interpersonalne nie są już tak ciekawe. Rzekłabym raczej, że są powierzchowne i dość przewidywalne w swoim podziale na dobrych i złych, chwilami rażą naiwnością, a wspomnieniom z Iranu nie dostaje autentyzmu. Nie wątpię, że autorka chciała ukazać okropności irańskiej rewolucji, traumy, jakie niesie ze sobą każda z trzech sióstr, los tułaczek, trudności w znalezieniu swojego miejsca w obcym i innym od znanego świecie - i czasem jej się udaje... trochę. Troszeczkę. Bo głównie to odnoszę jednak wrażenie, że ślizga się po powierzchni tematu. Tematu, który w moim odbiorze ma potencjał i po prostu przerasta tę książeczkę o miłych w gruncie rzeczy ludziach, których oswaja się za pomocą magii zawartej w przygotowywanym z miłością jedzeniu.


2) książka z więcej niż trzema wyrazami w tytule - "Woda różana i chleb na sodzie" Marsha Mehran

Te same zarzuty? uwagi? - tylko "bardziej" dotyczą też kolejnej pozycji Marshy Mehran. "Woda różana i chleb na sodzie" to kontynuacja losów sióstr Aminpur i od razu powiem, że wreszcie mamy drugą część, która podoba mi się mniej niż pierwsza.  

Siostry Aminpur czują się w małym irlandzkim miasteczku coraz lepiej, mają już przyjaciół, osoby życzliwe i stałych klientów, wrastają w okoliczną społeczność, na przykład biorąc udział we wszystkich lokalnych świętach, imprezach i kiermaszach, zaczynają też budować własne życie jako jednostki, bo jednak od czasu ucieczki z Iranu działały trochę jak jeden organizm ze świadomością, że muszą zawsze trzymać się razem, mają tylko siebie i stanowią dla siebie wsparcie w starciu z obcym światem. Teraz każda odważa się szukać swojej drogi na własną rękę, czasem musząc stanąć okoniem wobec rodzinnych zwyczajów i oczekiwań. Miłe to wszystko, logiczne i sympatycznie napisane, tylko... po co, w sumie? Jest to pytanie tego samego rodzaju, jakie zadajemy sobie, po co są telenowele, których każdy kolejny odcinek w połowie składa się ze streszczenia odcinka poprzedniego, a w drugiej połowie akcja toczy się wolno, wolniutko, żeby na pewno każdy zrozumiał i się nie pogubił nawet, jeśli wychodził w trakcie do kuchni zaparzyć sobie herbatę. Tutaj jest to samo tempo i ten sam rodzaj braku zaskoczeń, a w dodatku drugą część tłumaczyła inna osoba, i to się czuje. Nie chcę przez to powiedzieć, że to tłumaczenie jest w widoczny sposób gorsze czy naszpikowane błędami, bo nie jest, ale jednak zmieniłą się melodia opowieści i ja to czułam. W moich uszach brzmiało to jak załamanie tonu w muzyce i przyznam, że mi przeszkadzało.

Obie książki są, jak wspomniałam, sympatyczne i miłe, pełne życzliwości do ludzi (mimo plotkar i czarnych charakterów :)), można je przeczytać w charakterze odprężającej rozrywki, bo są raczej niewymagające, i w sumie można by przeczytać i zapomnieć, ALE.

To "ALE" wymaga wyznania osobistego, które oto zaraz nastąpi:


otóż ja kocham jeść. Nie wyglądam, bo szybko się najadam, więc spożywam nieduże porcje, które chronią mnie przed otrzymaniem przydomka "obżartucha", ale kocham. Jestem jedzeniową sybarytką nie w kwestii subtelnego podawania pożywienia w postaci wyrafinowanego w formie kleksika spoczywającego na wykwintnym talerzyku, przybranego kandyzowaną wisienką spełniającą pod względem rozmiaru i koloru wszelkie, nawet najostrzejsze, normy światowe, oraz artystycznymi mazami z czekolady.

Jestem sybarytką w bardzo bliskowschodnim  stylu, ma być kolorowo i barwnie, ma pachnieć i te zapachy mają się mieszać, łaskotać w nos, pobudzać ślinianki i skłaniać do eksperymentów. Ma być dużo na dużej ilości talerzyków, żeby można wszystkiego spróbować i wszystko mieszać, a najlepiej, jeżeli to wszystko można jeść palcami albo "sztućcami" z chleba, tortilli czy pity. I NIE MA być szybko, ma być długo i z dużą ilością ludzi, posiłek ma być okazją do spotkania i rozmów, a jedzenie ma sprawiać przyjemność kolorystyczną, zapachową i towarzyską. Pod tym jednym, jedynym względem jestem rasową osobą spod Byka ;D!

Dokładnie tak je się w tej książce. W dodatku, jak już wspomniałam, jedzenie, przygotowywanie jedzenia i cała magia około-kuchenno-restauracyjna jest opisana po mistrzowsku. I jeszcze bardziej w dodatku - każdy rozdział książek rozpoczyna się przepisem.

I są to przepisy jak najbardziej jadalne, co osobiście wielokrotnie sprawdziłam.


Dodatkowym profitem jest przepis na lekarstwo na migrenę, pochodzący z plemienia Baluczi. Działa. Sprawdziłam.

I ze względu na kuchenną stronę tych powieści - POLECAM. Nawet, jeśli historia nas nie porwie, zawsze zyskamy bonus w postaci chlebków lawasz, zupy z czerwonej soczewicy, torszi albo słoniowych uszu, które na stałe zagoszczą na naszych rodzinnych stołach :).


3) młodzieżowa przygoda - "Długi deszczowy tydzień" Jerzy Broszkiewicz

Panie, Panowie, oto przed Wami książka autora, którego łączny nakład dzieł wynosił milion egzemplarzy!


I ja się temu wcale nie dziwię.

Tak, jestem nieopanowaną, histeryczną wręcz wielbicielką "Długiego deszczowego tygodnia" (i paru innych pozycji też, ale dziś nie o nich będzie mowa).

Pięcioro dzieci wraz z dyżurnymi rodzicami przyjeżdża na wakacje do Czarnego Potoku. Dzieci są ze sobą zaprzyjaźnione, rodzice są ze sobą zaprzyjaźnieni, od lat zwyczajem jest, że dzieci spędzają w Czarnym Potoku całe wakacje, a rodzice - konkretnie trzy pary rodziców - wymieniają się co trzy tygodnie (stąd "dyżurni rodzice), czysty zysk, miejsce piękne, las za miedzą, pełen grzybów i jagód, góry naokoło, rzeka o rzut beretem, cisza, spokój i daleko od zgiełku miasta, wymarzone warunki wakacyjno-urlopowe.

Gdyby tylko nie padało.

Niestety, jest pierwszy lipca, nad Polskę nadciąga zatoka niżowa niosąca wilgotne powietrze i wygląda, że ma zamiar przez pewien czas się nad nią zatrzymać.

Z dwojga rodziców jedno ma do skończenia pracę, a drugie - wakacje. Ponieważ zgodnie w wprowadzoną od samego początku wspólnych wyjazdów zasadą wakacje dorosłych to TEŻ są wakacje, dzieci dostają - łagodne acz zdecydowane - polecenie, że mają się sobą zająć. W miarę możliwości cicho, by nie przeszkadzać biedzącemu się nad pisaniem dyżurnemu ojcu.

Zainspirowane lakoniczną notatką na temat złodziei dzieł sztuki umieszczoną w lokalnej prasie dzieci postanawiają zwabić złoczyńców do Czarnego Potoku, zastawić na nich pułapkę, ująć i w ten sposób wypełnić sobie długie, deszczowe dni oraz zrobić coś pożytecznego.

Kochani Czytelnicy, oto książka, która napisana została dla młodego czytelnika z pełnym dla tego czytelnika szacunkiem. Młodzi bohaterowie traktowani są jak stuprocentowe, myślące osoby o określonej indywidualności. Są bystrzy i inteligentni, ale każdy jest inny, każdy ma inne mocne i słabe strony, oraz liczne umiejętności. Zachwycił mnie i przepoił uznaniem dla autora przedstawiony w książce podział obowiązków, jakże odległy od stereotypowego "dziewczęta gotują obiad, chłopcy rąbią drwa". I owszem, dziewczętom zdarza się rąbać drwa, chłopcy gotują, a w ogóle to najczęściej robią to razem.

Ale nade wszystko młodzi przeżywają PRZYGODĘ, i jest to przygoda przez wielkie "P", rasowa i z charakterem, taka, jaką każdy chciał przeżyć, mając te dwanaście-czternaście lat. Wszystko opisane dowcipnym, lekkim językiem, a przecież jest to język stanowiący jeden z dowodów szacunku dla  czytelnika, bogaty, elegancki, prezentujący pełnię środków językowych.

Co ciekawe, mam wrażenie, że można by tę powieść przenieść całkiem bezpiecznie w dzisiejsze realia, dokonując bardzo niewielkich korekt :). Bez trudu umiem sobie wyobrazić górski domek w dolinie pozbawionej zasięgu (jutro bladym świtem będę w miejscu niemal pozbawionym zasięgu, więc :)), odcięty tym samym od fejsbuków, instagramów, i w dodatku nękany awariami prądu uniemożliwiającymi naładowanie telefonów. Bo tak naprawdę tylko te fejsbuki i instagramy różnią współczesne nastolatki od Iki, Groszka, Włodka, Pacułki i Katarzyny. Dwóch rówieśników bohaterów "Długiego deszczowego tygodnia" mam w domu, więc wiem :D.

Polecam, zachęcam, nie dam się przekonać, że się mylę w entuzjastycznej ocenie tej powieści, która - niewiarygodne! - napisana została w 1966 roku i moim zdaniem doskonale zniosła próbę czasu.


A teraz, Kochani Czytelnicy, spełniwszy Blogowy Obowiązek, oddalam się w Dziką Dzicz Bez Zasięgu.

Trzymajcie kciuki, może znajdę jakieś skarby ;)?


niedziela, 30 czerwca 2019

Trójka e-pik, podsumowanie, MAJ

Maj niby już był, ale na tym blogu dopiero za chwilę będzie, z czego wszyscy trzej Czytelnicy, którzy przetrwali posuchę i tu pozostali, niewątpliwie bardzo się cieszą.

Majowe kategorie to:
List do Ciebie
poczet królowych polskich/europejskich
książka z liczbą w tytule 

1) list do ciebie - znowu żem dwie przeczytała, niejako siłą rozpędu, "Tajemniczy opiekun", "Kochany Wrogu" Jean Webster

Jak list do ciebie, pomyślałam, to co się będziemy rozdrabniać i wysilać, żeby znaleźć książkę, w której listy będą stanowiły znaczącą część akcji, skoro Bogowie Literatury podarowali światu coś takiego, jak powieści epistolarne. Powieści epistolarne zawsze bardzo lubiłam i nadal lubię, żadne nowo wydane do głowy mi nie przyszły, więc poszłam w klasykę. Powieści młodzieżowej w dodatku, a wręcz powieści dla panienek, nieprawdaż.

Aga Abbott jest sierotą, wychowanką Domu Dla Sierot imienia Johna Griera. Dom ten, wykwit dziewiętnastowiecznej dobroczynności, utrzymywany jest z datków sponsorów, członków szacownych i bogatych amerykańskich rodzin, którzy to sponsorzy raz w miesiącu zjawiają się w placówce, którą finansują, bo zobaczyć, jak mają się sprawy, jak radzi sobie zarządzająca, no i by obejrzeć swoje sierotki, zmuszane na okoliczność wizyty możnych państwa do odszorowania się, ustawienia w karnym rządku, wyglądania skromnie, bogobojnie, cicho i jednakowo, oraz do napisania do Opiekunów dziękczynnych listów.

Na skutek napisania takiego listu los Agi niespodziewanie się odmienia. Oto jeden z Opiekunów, który przeczytał jej list roniąc nad nim łzy szczerego śmiechu, podejmuje decyzję o wysłaniu bystrej dziewczynki do college'u. Podejmując się opłacania czesnego, zapewniania ubrań, książek, całej wyprawki oraz kieszonkowego wymaga tylko jednego - listu raz w miesiącu. Pragnie pozostać anonimowy, a listy mają przychodzić na ręce jego sekretarza. To jedyne zastrzeżenie.

Taki jest wstęp "Tajemniczego opiekuna", cała reszta to listy Agi do osoby, którą nazywa "Tatusiem Pajączkiem" albo "Długonóżkiem", ponieważ jedyne, co wie o swym dobroczyńcy to to, że jest on szczupły i bardzo wysoki.  Aga pisze do niego częściej niż wymagane raz w miesiącu, trochę dlatego, że płonie chęcią opisywania całkowicie dla niej nowego świata, a bardzo dlatego, że nie ma nikogo innego, komu może się wygadać, wyżalić, i kto wie o trudnej sytuacji życiowej, w której się - w przeciwieństwie do swych licznych koleżanek, pochodzących z dobrych rodzin i posiadających bezpieczne zaplecze towarzysko-finansowe - znajduje.

Poznajemy zatem świat pensji dla panien, rodzących się przyjaźni, życia towarzyskiego, nowych, pozaszkolnych znajomości oraz wakacji spędzanych na farmie, wszystko to widziane oczyma Agi, a przy okazji, niejako podskórnie, odkrywamy, jak bardzo życie osoby wychowanej w ośrodku opiekuńczym różni się i od zwykłego życia zwykłej osoby, wychowanej w zwykłej rodzinie, i od naszego o tym wyobrażenia. I ile taka osoba musi nauczyć się rzeczy, które nam, szczęściarzom, wydają się oczywiste, zwykłe, banalne, i których my - jak nam się wydaje - nigdy uczyć się nie musieliśmy.

Ten drugi motyw wybrzmiewa jeszcze dobitniej w drugiej części "Tajemniczego opiekuna". W "Kochanym Wrogu" Aga, po zawarciu bardzo korzystnego - także finansowo -  małżeństwa
kupuje? przejmuje? zyskuje 100 procent udziałów? Dom Johna Griera i planuje zrobić z niego najlepiej zarządzaną, wzorową i wzorcową placówkę w kraju. Czasy są inne niż teraz (są to te czasy, w których można wejść do sierocińca i wybrać sobie sierotę, by ją wziąć do domu, zupełnie jak to miało miejsce w przypadku niejakiej Ani Shirley, i odesłać ją w przypadku pomyłki też; niektóre schroniska dla zwierząt mają dziś bardziej restrykcyjne regulaminy dla chętnych do adopcji, i słusznie) i w tych innych czasach można uczynić kierowniczką takiego domu koleżankę z pensji, która nie ma tak naprawdę stosownego wykształcenia, a i chęci na początku też nie. Panna Sally McBride zostaje jednak zręcznie wmanewrowana w bycie zarządzającą, a "Kochany Wrogu" (kolejna druga część, którą lubię bardziej niż pierwszą, jakaś skaza na literaturze, czy cuś) złożony jest z jej listów do Agi, do narzeczonego oraz do współpracującego z nią na miejscu lekarza, dr Robina MacRae.

Bardzo zręcznie są te obie części napisane, szybkie w czytaniu i sympatyczne, i - choć można im to i owo zarzucić pod względem rysunku postaci oraz pochylania się nad teoriami naukowymi, obecnie przebrzmiałymi (za co jednakże trudno jest winić autorkę, piszącą ponad sto lat temu w świecie, który miał to szczęście, że nie wiedział, do czego doprowadzić może na przykład traktowanie eugeniki jako poważnej metody naukowej), ale korzyści w moim odbiorze przewyższają wady i obie książki polecam szczerze, gorąco i z czystym sumieniem.

2) poczet królowych polskich/europejskich - "Tysiąc drzewek pomarańczowych" Kathryn Harrison

Dwie dziewczyny, urodzone tego samego dnia, tego samego roku. To je łączy. Wszystko inne - dzieli.

Jedna z nich jest królową Hiszpanii, francuską księżniczką, bratanicą Króla Słońce, druga - wieśniaczką, córką zbankrutowanego hodowcy jedwabników. Dwa bieguny. Dwa światy. Dwa losy biegnące obok siebie, nie zazębiające się, tak różne. Podobne tylko (albo aż) w chęci, by wyrwać się z klatki, którą stanowią zwyczaje, oczekiwania i wymagania otaczających je ludzi.

Powolna, niespiesznie opowiedziana historia, którą pochłonęłam dość łapczywie. Z jednej strony dworskie życie, koszmarne zwyczaje, okropne stroje, przypominające raczej klatki, i chłód uczuć, z drugiej  historia powstawania jedwabiu, bankructwo, nieuniknione popadanie w ubóstwo i gorąca, zakazana namiętność. Do tego Inkwizycja, płonące stosy, donosicielstwo na niewyobrażalną skalę, zacofanie zarówno na dworze jak i pośród prostych ludzi, czary, przesądy i uroki.

Opowiedziane wydarzenia niewiele mają wspólnego z faktami historycznymi. Postać Marii Luizy (znanej u nas jako Maria Ludwika), bratanicy francuskiego „Króla Słońce” Ludwika XIV jest postacią historyczną. Okoliczności jej małżeństwa z królem Hiszpanii Karolem II też są prawdziwe. Prawdziwie opisane są jej obawy, odraza i rozpacz, któremu zresztą dziwić się nie należy, a oto, dlaczego:

Matka Karola II (czyli szczęśliwego małżonka), Marianna, była córką Ferdynanda III i Marii Anny Hiszpańskiej, ciotecznej siostry Ferdynanda (mamusie rodziców królowej Marianny były siostrami). Została ona wydana za mąż za Filipa IV, swojego wuja (Filip IV i matka Marianny byli rodzeństwem). Ze związku siostrzenicy z wujem urodziło się kilkoro dzieci, ale przeżyło tylko dwoje - Małgorzata Teresa i Karol II. Po czym odpowiedni czas później Małgorzata Teresa wydana została za syna Ferdynanda III, czyli za brata własnej matki, będącego jednocześnie wujem i kuzynem dziewczyny, a sama królowa Marianna stała się teściową swojego młodszego brata.

Nie trzeba być naukowcem, by zrozumieć, czemu na królu Karolu II Habsburgu Hiszpańskim skończyła się hiszpańska linia Habsburgów, czemu nie mógł mieć dzieci i czemu cierpiał na liczne schorzenia, zarówno psychiczne jak i fizyczne. 

Sam przebieg wypadków na dworze królestwa Hiszpanii oparty został już jednak na niezbadanych pogłoskach. Autorka w posłowiu sama przyznaje, że zdarzało jej się naginać fakty, niektórym bohaterom pożyć dłużej, niektórym umrzeć inaczej, niż w rzeczywistości, zaś w sprawie śmierci samej nieszczęśliwej francuskiej księżniczki zdaje się skłaniać do wersji o jej otruciu, chociaż ja sama znalazłam w internecie, nie napracowawszy się nadto, cztery różne hipotezy dotyczące śmierci Marii Ludwiki w wieku zaledwie 28 lat, od zapalenia wyrostka począwszy na przedawkowaniu licznych kuracji, mających wyleczyć królową (a jakże) z bezpłodności skończywszy.

Mam nadzieję, że sposób hodowania jedwabników i proces powstawania jedwabiu też został oddany wiernie, bo był jednym z ciekawszych motywów książki :).

Trzeba przyznać autorce, że udało się jej oddać mroczny klimat epoki, duszną atmosferę zniewolenia i beznadziei, mechanizmy polowania na czarownice (te dosłowne, i te w przenośni) oraz pełne intryg dworskie życie w pałacu królewskim, który- zupełnie jak lochy Inkwizycji - okazał się więzieniem bez wyjścia. Mnie osobiście bardziej zainteresowała część opowiadająca o losach nieszczęsnej Marii Ludwiki, ukazująca na smutnym przykładzie jej zmarnowanego życia rozpaczliwą samotność tych wszystkich biednych, biednych księżniczek, wikłanych w polityczne małżeństwa, sprzedawanych jak mięso na matrymonialnym targu, które, niejednokrotnie będąc jeszcze dziećmi (nasza Jadwiga Andegaweńska miała dziesięć lat, gdy na zawsze opuściła Węgry, rodzinę i wszystko, co znała) opuszczały znane im życie, by na zawsze i ze świadomością, że prawdopodobnie nigdy nie zobaczą już swoich bliskich, żyć w obcym kraju, obcej kulturze, wśród nieznanych, często nieżyczliwych, a w najlepszym wypadku obojętnych, ludzi. Współczuję wszystkim z głębi serca.

Książkę polecam z zastrzeżeniem, że styl autorki (powolny, niemal rozwlekły, często wikłający się w ozdobne metafory i inne parabole) i nieco mistyczna atmosfera, kreowana przez nią troszkę na rzeczywistość magiczną, jak również aż rażąca dosłowność niektórych opisów (zapewniam, zabiegi medyczne w szesnastowiecznej Hiszpanii to nie jest to, czego głębokiej znajomości z detalami łaknie przeciętny człowiek!) może nie wszystkim odpowiadać.

I wreszcie

3) książka z liczbą w tytule - "Drugi wątek" Joanna Chmielewska

Joanna Chmielewska jako pisarka Joanna Chmielewska, oglądając mieszkania w imieniu planującej powrót na ojczyzny łono krewnej z Kanady przypadkowo odkrywa, że jedno z nich jest miejscem zbrodni - znajduje zwłoki dwóch osób, spoczywające na kupie gruzu ze skrytki w ścianie. Jak to często bywa w jej powieściach uczestniczy aktywnie w rozwiązaniu zagadki, czyli odnalezieniu sprawcy/sprawców oraz zaginionego łupu ze ściany, a o tym, że był to łup wart uwagi świadczą jego resztki pozostawione przez nieuważnego (trzeciego?) przestępcęw postaci kilku złotych monet.

To jest pierwszy wątek.

Jednocześnie, obok, mamy wątek drugi, zaskakująco poważny. Wątek długoletniego znęcania się nad dzieckiem, wątek wieloletniej przemocy i ofiary tej przemocy, której nikt nie pomógł (i, Bogiem a prawdą, całkiem dobrze widać w tej książce, jak ciężko jest pomóc osobie w takiej sytuacji, jak łatwo ją przeoczyć, zwłaszcza, że książka napisana została w latach dziewięćdziesiątych, gdy społeczna wrażliwość chyba jednak była mniejsza).  Mamy wątek kilkunastu lat znęcania się przepełnionej nienawiścią ciotki nad powierzoną jej opiece, bezbronną dziewczynką. Nie, żadnej fizycznej przemocy, wyłącznie gnębienie nakazami i zakazami, poniżaniem, noszenia starych łachów, uniemożliwianiem oddawaniu się ulubionym czynnościom (rysowaniu czy czytaniu), niszczeniem wszelkich pamiątek po rodzicach, separowaniem od rówieśników (a, Bogim a prawdą, od wszystkich ludzi), zabranianiem wszystkiego, co mogło dawać dziecku radość.

Wątki się łączą, bo jedne zwłoki poniewierające się na kupie gruzu należą właśnie do  uroczej cioci, w sumie drugi wątek każe nam obdarzać gorącą sympatią (a przynajmniej dopingować i życzyć powodzenia) mordercę, napisane jest to wszystko  w charakterystycznym, chmielewskim stylu i w moim osobistym osądzie książka ta jest pozycją "graniczną" między "starą Chmielewską" a "nową". Jest w niej treść, nie przeholowane dowcipy, starannie poprowadzone (dwa!) wątki i jeszcze nie odnosi się wrażenia odcinania kuponów od popularności lub też syndromu bycia kurą znoszącą złote jaja. Z drugiej strony subtelnym powiewem zaznacza się już to, za co ostatnie pozycje Królowej Polskiego Kryminału znielubiłam, a niektórych nie dałam rady przeczytać do końca - bohaterowie zaczynają głównie siedzieć, jeść i opowiadać sobie, zamiast działać, pojawiają się dalekie od uprzejmości uwagi o osobach homoseksualnych, daje się też zauważyć kiełkująca skłonność do wygłaszania swych opinii ex cathedra.

Mimo to polecam i plusuję za dobry i oryginalnie poprowadzony pomysł, nietypowy dla wcześniejszej twórczości problem, znany, lubiany i wciąż obecny styl i poczucie humoru oraz jako przykład końca etapu ;).


I wiem, że nie uwierzycie, ale... ALE...

Podsumowanie czerwca pojawi się najdalej za dwa-trzy dni!

Stay tuned :D.

sobota, 29 czerwca 2019

Trójka e-pik, podsumowanie, KWIECIEŃ

 Halo, haaaalo, jest to kto?!

Cóż, bez względu na to, czy jest czy nie, JA jestem i realizuję wyzwanie czytelnicze, zawzięta jak rottweiler, który chwycił nogawkę szczególnie niesympatycznego przestępcy, względnie jak foksterier, polujący z poświęceniem na kreta rujnującego trawnik w przydomowym ogródku, lub też, by pozostać w klimatach literackich (i kynologicznych), cierpliwa jak Wtorek czekający na dworcu powrotu Jima Blythe zza Wielkiej Wody.

Owszem, życie mnie ostatnio przeczołgiwało i powstrzymywało od różnorakich działań, wskutek czego w sprawozdawaniu z realizacji Wyzwania (oraz w kilku innych też, ale nie popadajmy w nużące dygresje) zrobiła mi się tak zwana obsuwa, a zatem nie zwlekając przystępuję do sprawozdawania, żeby jej nie powiększać. Tej obsuwy.

Tak więc zasiadamy (wreszcie) do podsumowania kwietnia!


1) ciało w roli głównej, czyli książka z częścią ciała w tytule - "Ucho od śledzia w śmietanie" Alan Bradley

Bishops Lacey jest spokojną, cichą miejscowością leżącą gdzieś na angielskiej prowincji, położoną nieopodal kolei, pośród malowniczych lasów, pagórków i zielonych pól przegrodzonych kamiennymi murkami. Na jej skraju wznosi się ogromna, choć powoli podupadająca posiadłość, siedziba starego i szacownego rodu de Luce. Zamieszkuje ją ekscentryczny, by nie powiedzieć – dziwaczny, zamknięty w swoim świecie i interesujący się tylko swoją kolekcją znaczków ojciec i jego trzy córki: Ofelia, wiecznie dbającą o urodę, zainteresowana głównie chłopcami, i może jeszcze grą na fortepianie, do której przejawia nadzwyczajny talent, Dafne, tkwiąca wiecznie z nosem w książce.

I Flawia.

Flawia de Luce jest dziewczynką całkowicie „odrębną” i samotną nie tylko samotnością osoby wybitnie inteligentnej, która nie jest w stanie znaleźć wspólnego języka z otaczającymi ją ludźmi. Na jej życie kładzie się nieustającym cieniem tragiczna śmierć Harriet, jej matki, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach podczas wyprawy do Tybetu, gdy Flawia miała zaledwie rok. Ojciec dziewcząt, nieobecny duchem, zdystansowany, zaskorupiały w bólu, zdaje się być wciąż pogrążony w żałobie, a Flawii właściwie nie dostrzega – no, chyba, że w zamyśleniu i pod wpływem niezwykłego podobieństwa nazywa ją imieniem zmarłej żony Ze znacznie starszymi siostrami łączy Flawię klasyczny związek typu „hass-liebe” - ulubionym zajęciem Ofelii i Dafne jest dręczenie jej, a ona nie pozostaje dłużna, obmyślając wyrafinowane plany zemsty, po czym niektóre z nich realizuje. I tylko czasami, w momentach zagrożenia lub wielkiego strachu maski opadają i siostry okazują sobie miłość, by chwilę później się tego wstydzić i jeszcze dalej posuwać we wzajemnym dręczeniu się, żeby tylko zatrzeć wrażenie, że uległy słabości.

Dziewczynka nie ma kolegów ani koleżanek, o przyjaciółkach nie wspominając, żyje w świecie, w którym jej rówieśników po prostu nie ma – jedynym, który jest wymieniony z imienia jest mały Robin, nie żyjący od pięciu lat. Jedyną osobą, z którą wydaje się ją łączyć głębsze porozumienie jest Dogger, niegdyś żołnierz służący w pułku jej ojca, a obecnie pełniący w Buckshaw rolę „człowieka od wszystkiego” - ogrodnik, mechanik, a czasem trochę i psycholog, zajmujący się w tym w chwilach, gdy sam nie doznaje napadu lęków na skutek przeżytych na wojnie koszmarów i nabytych urazów.

To, co Flawia ma to bystry umysł i namiętność do chemii, ku której przejawia nadzwyczajny talent, oraz odziedziczone po jednym z (licznych) ekscentrycznych przodków wspaniale wyposażone laboratorium, z którego uczyniła swoje królestwo. Pozbawiona uwagi ojca, lekceważona przez siostry dziewczynka, której poczynaniami nikt się specjalnie nie interesuje, spędza w nim całe dnie, z pasją oddając się eksperymentowaniu z truciznami, do których żywi szczególną namiętność, i tylko od czasu do czasu ugina się przed życzeniami rodzica wymagającego od córek uczestnictwa w mających integrować rodzinę spotkaniach przy muzyce czy głośnym czytaniu. Poza tym jest właściwie panią swojego czasu.

Dzięki temu właśnie w chwili, gdy spokój sielskiej mieściny, w której życie płynie leniwie i bez wstrząsów (choć oczywiście okazuje się potem, że mieszkańcy Bishop Lacey mają poukrywanych całkiem sporo trupów w szafach swoich kamiennych, malowniczych domków) zakłócony zostaje przez nagłą śmierć dwóch przyjezdnych, pozornie nikomu nie znanych osób, to właśnie Flawii uda się rozwikłać tajemnice tych śmierci i powiązać je z wydarzeniami sprzed lat. Pierwsza ze zbrodni (opisana w pierwszym tomie cyklu) ma ścisły związek z jej własną rodziną i od odnalezienia odpowiedzi na pytania kim jest tajemniczy nieznajomy, znaleziony martwy na grządce z ogórkami w ogrodzie Buckshaw? Kto go zabił? I co najważniejsze, czy ojciec Flawii ma z tym coś wspólnego? - zależeć będzie jej spokój. Druga (tom drugi) - śmierć podczas przedstawienia znanego aktora teatrzyku lalkowego, którego w Bishops Lacey zatrzymuje niespodziewana awaria samochodu - wydaje się nieszczęśliwym wypadkiem przy pracy i tak jest początkowo traktowana przez wszystkich poza młodą panią detektyw. W tomie trzecim, tu omawianym, Flawia dociec musi, co łączy brutalną napaść na miejscową Cygankę z trupem wiszącym w Buckshaw na posągu Posejdona, dawno zaginionym dzieckiem i tajemniczą sektą kuśtykan.

Z rozwiązaniem obu zagadek Flawia radzi sobie dużo sprawniej od miejscowej policji. Jest niczym młoda wersja panny Marple, spostrzegawcza, bystra, nieustępliwa (chociaż w wypadku dzieci mawia się raczej – oślo uparta :)), choć wnioskując z ilustracji na okładce bardziej przypomina Wednesday Adams :). Jest też, co czuję się w obowiązku zaznaczyć, irytująco przemądrzała, wścibska i dość zarozumiała (inna rzecz, że panna Marple też była, moim skromnym zdaniem, którego jednakże nikt nie musi podzielać :)), co w niektórych czytelnikach, tych bardziej wyrywnych (ekhm, ekhm... niewinnie mruga oczętami) budzi chęć przełożenia smarkuli przez kolano i sprania jej kościstego tyłka, choć brzydzą się przemocą i udało im się wyhodować sporą (statystycznie) ilość (hipotetycznych oczywiście) dzieci nie tknąwszy ich nawet palcem, co łatwe nie było.

A przy tym nie można nie wspomnieć, że portret genialnego dziecka, które pomimo posiadania wybitnego umysłu pozostaje tylko dzieckiem, często krzywdzonym, nieszczęśliwym i kompletnie nie rozumianym, jest pastelowo, niezwykle subtelnie, z wielką delikatnością odmalowany.

Ale nie tylko intrygująca, błyskotliwa (i momentami wkurzająca) jedenastolatka jest bohaterką serii powieści Alana Bradleya.

Drugą jest Anglia lat 50-tych – powoli zbierający się po katastrofie II wojny światowej, liżący wojenne rany cień dawnego Imperium, które jest jednak dobrze pamiętane przez wielu mieszkańców Bishops Lacey. Alanowi Bradleyowi po mistrzowsku udało się oddać jej klimat i realia, i z niezwykłym pietyzmem ukazać wszelkie detale codziennego życia miasteczka, tak malownicze, a tak dziś zapomniane, że – czytając – ma się wrażenie obserwowania obcej kultury albo śledzenia opowieści sprzed wieków.

A pełne smakowitych szczegółów opisy życia angielskiej prowincji, starannie zaplanowana i opisana intryga, świetnie opisane sylwetki bohaterów, nawet tych drugo- albo i trzecioplanowych i – co wcale nie jest bez znaczenia – opis chemicznych eksperymentów i fascynacji Flawii poczyniony w sposób, który czyni je zrozumiałymi nawet dla laika to zaledwie parę elementów, który czyni z opowieści o najmłodszej pannie de Luce ucztę dla wielbicieli angielskiego kryminału i angielskiej literatury (choć w tym wypadku stworzonej przez Kanadyjczyka), że o angielskim poczuciu humoru nie wspomnę.



Kategoria druga:

2) dom, mój dom, czyli książka z "domowym" hasłem w tytule - przeczytała żem CAŁE DWIE!

- "Tajemnica dworu w Stornham" Frances Hodgson Burnett

- "Dom nad Wodą" Daphne du Maurier

Frances Hodgson Burnett wszyscy kojarzą jako autorkę "Tajemniczego ogrodu", może jeszcze "Małej księżniczki" i "Małego lorda". Nie wszyscy kojarzą ją jednak jako autorkę książek dla dorosłych, tymczasem "Tajemnica dworu w Stornham" kierowana jest raczej do starszego niż młodszego czytelnika.

Oto jest ona - Rozalia Vanderpoel, starsza z dwóch córek amerykańskiego milionera (a może wręcz miliardera), słodka, delikatna, od dzieciństwa kochana i dobrze traktowana przez wszystkich. I jest on - sir Nigel Anstruthers, angielski arystokrata ze starożytnego i do wypęku arystokratycznego, lecz zubożałego rodu. Sir Nigel przybywa do Stanów, by skorzystać z mody na podreperowywanie upadających majątków za pomocą amerykańskich pieniędzy nowobogackich małżonek. Małżonki pragną tytułu, małżonkowie pragną pieniędzy, układ win-win, w każdym razie ze strony sir Nigela. Rozalia bowiem, naiwna i niewinna, zakochuje się szaleńczo, by dopiero w Anglii, daleko od kochających rodziców, rodziny i przyjaciół odkryć, że poślubiono ją dla pieniędzy i zamknięto w klatce, bynajmniej nie złotej, a przypominam, że mówimy o czasach, gdy list przez ocean szedł miesiąc. O ile małżonek pozwolił go wysłać, rzecz jasna.

I jest druga ona, siostra Rozalii, Bettina. Bettina w chwili ślubu Rozalii ma osiem lat i już wtedy nie lubi swojego szwagra. Odpowiedni czas później ma tych lat dwadzieścia, uzyskane w najlepszych, europejskich szkołach wykształcenie, styl i szyk, wybitną urodę, trzeźwy rozsądek i umysł jak brzytwa oraz to, co zazwyczaj dają wielkie pieniądze posiadane od zawsze - spokojną pewność siebie, kompletny brak obaw, tę bezcenną świadomość, że nic się nie musi, a wszystko może.

Betty, która podczas lat szkolnych w Szwajcarii i Francji miała dość czasu, by zawrzeć mnóstwo cennych znajomości, poznać liczne plotki i opowieści oraz wysnuć nieco wniosków, z błogosławieństwem ojca udaje się z niezapowiedzianą wizytą do Rozalii, nigdy bowiem nie uwierzyła, że łagodne i słodkie dziewczę, jakim była jej siostra nagle, po zamążpójściu, wychłódło w rodzinnych uczuciach, zaczęło się wstydzić plebejskiego pochodzenia i nie życzyło sobie żadnych kontaktów z amerykańską rodziną, co sugerowały z rzadka przesyłane do Nowego Jorku listy.

Siostry nie rozpoznaje w starej, zaniedbanej, wylęknionej, ubranej w zniszczone łachy kobiecie, którą napotyka w zaniedbanym parku otaczającym zrujnowaną posiadłość. Pana domu nie ma. Ma on zwyczaj, jak się dowiaduje Betty, opuszczać dom i żonę bez zostawiania adresu i wracać, gdy wyczerpią się pieniądze lub zdrowie jego podupada, po miesiącu albo pół roku, albo kiedy chce. W dworze pozostały dwie osoby służby, kucharka i odźwierny, leżące nieopodal w wioskach należących do majątku domy dzierżawców i pracowników we dworze, którym od lat nikt nie płaci (a i pracy nie daje) przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy.

Betty, jako się rzekło, jest pewna siebie, rozsądna, niegłupia i dobrze wykształcona, a ponadto parę lat jednak minęło i te listy do Stanów nadal co prawda idą miesiąc, ale za to istnieje telegraf, pozwalający już w trzy godziny uzyskać pełnomocnictwa papy w kwestii dysponowania funduszami przeznaczonymi na podźwignięcie upadającej posiadłości. Betty przytomnie zasięga porady prawników, zyskuje także ich błogosławieństwo, po czym systematycznie i racjonalnie zabiera się za porządki we dworze, w wioskach majątku, nawiązywanie korzystnych kontaktów towarzyskich z okoliczną szlachtą, dotąd unikającą cieszącego się bardzo złą opinią sir Nigela i "biednej lady Anstruthers", oraz za odchuchiwanie siostry i siostrzeńca.

A gdy okoliczne wsie zaczynają przypominać te znane nam z pocztówek i filmów według powieści Jane Austen landszafciki, gdy okoliczni mieszkańcy dochodzą do siebie po latach zaniedbania i głodu, wreszcie opłacani za swoją pracę, gdy Rozalia zaczyna się uśmiechać, a okoliczne ziemiaństwo ze zdziwieniem odkrywa, że lady Anstruthers jest jeszcze wcale młoda i ładna, gdy dwór zaczyna bardziej przypominać Pemberley, a mniej Wichrowe Wzgórza w szczytowym momencie rządów Heathcliffa - powraca pan domu.

Moi drodzy, co to jest za świetnie napisane, rasowe, krwiste romansidło! Jak ja to polecam to nawet wy nie :). Niby wykorzystane są wszystkie romansowe chwyty - bo On, co się (oczywiście) pojawi wzbudzi nieco dystansu, nie będzie to miłość od pierwszego wejrzenia, nienienie, i przeszkody będą, i dramat, i wszystko jak trzeba, ale - jak to jest napisane!!! Krwiście, jak już rzekłam, cudownym, barwnym językiem, gdzie bydlę jest bydlęciem, a wielki pan - wielkim panem, choć na pozór posługują się takim samym językiem, tak samo ubierają i potrafią operować taką samą ilością sztućców. Jeden z najlepiej opisanych czarnych charakterów w literaturze, nie tylko, że tak to ujmę, popularnej. Jeden z najpiękniej opisanych początków wielkiej miłości. Niby romans, a Z TREŚCIĄ. Poruszający ważne tematy (serio, dopiero czytając "Tajemnicę..." uświadomiłam sobie, po co istnieli wszyscy ci panowie ziemianie i do czego byli potrzebni okolicznej ludności). Napisany świetnym językiem i świetnie przetłumaczony. Jaka szkoda, że autorka poszła w dziecięcość :D!


Daphne du Maurier z kolei wszyscy kojarzą z "Rebeką" albo "Moją kuzynką Rachelą", albo z "Ptakami", albo w ogóle nie kojarzą. Tymczasem jest to autorka obdarzona nietuzinkową wyobraźnią i wyjatkowo lekkim piórem, już tylko dla piękna języka i zręczności w formułowaniu myśli można ją czytać, a przecież nie są to jedyne zalety jej utworów.

"Dom nad Wodą" nie jest w mojej opinii najlepszą książką Daphne du Maurier, przy czym muszę położyć nacisk na nazwisko, "nie najlepsza książka Daphne du Maurier" nie oznacza bynajmniej książki słabej w ogóle. Prawdę mówiąc uważam, że większość pisarzy powinna marzyć o napisaniu "słabej książki Daphne du Maurier", z tak poprowadzoną akcją, prostotą słowa, a przy tym z elegancją i brakiem prymitywizmu.

Głównym bohaterem "Domu nad Wodą" jest Dick Young, młody pracownik dużego londyńskiego wydawnictwa, który przyjeżdża do Kornwalii, aby pomóc swemu przyjacielowi, Magnusowi Lane'owi, w eksperymencie naukowym. Magnus, naukowiec-wizjoner, wynalazł narkotyk umożliwiający, mówiąc w dużym uproszczeniu, podróże w czasie. Przyjmując lek, którego formuła została opracowana przez Magnusa, Dick staje się obserwatorem wydarzeń, które miały tam miejsce w XIV wieku. Nie może na nie wpływać, nie jest widziany i nie może zostać przez nikogo dotknięty ani sam nikogo dotknąć (dotknięcie kogokolwiek/przez kogokolwiek skutkuje natychmiastowym powrotem do teraźniejszości). Lek jednak, jak każdy narkotyk, ma liczne efekty uboczne, w tym wypadku w dodatku kompletnie nieustalone, każda wyprawa w przeszłość staje się dosłownie wyprawą w nieznane, a w dodatku każda coraz bardziej uzależnia, zaś świat "nierzeczywisty" zaczyna się coraz częściej mieszać z rzeczywistym. I jeszcze bardziej w dodatku każda osoba udająca się w przeszłość udaje się tam duchem, zaś ciało zostaje w teraźniejszości i w teraźniejszości wykonuje wszystkie te rzeczy, które każe mu wykonać znajdujący się w trzynastym czy tam innym piętnastym wieku umysł. Na przykład spacerować sobie w miejscu, w którym w wieku trzynastym znajdowała się podmokła łaka albo izba gościnna szlacheckiego dworu, zaś w dwudziestym... autostrada A1? Zmienione koryto rzeki? Pas szybkiego ruchu? Osiedle domków jednorodzinnych? No właśnie. Raczej wiadomo, że dobrze to się skończyć nie może - ale nigdy, nigdy nie czytałam NICZEGO, co u Daphne du Maurier kończyła się banalną jednoznacznością.

Akcja powieści rozgrywa się w okolicach Kilmarth (gdzie Daphne du Maurier mieszkała od 1967) w pobliżu wsi Tywardreath, której nazwa, tłumacząc z języka kornwalijskiego, oznacza właśnie "dom na wodą".

Polecam, nawet jeśli niekoniecznie tę książkę, to na pewno tę autorkę.

I wreszcie kategoria ostatnia:

3) książka z motywem sztuki - "Dama z jednorożcem" Tracy Chevalier

Tracy Chevalier jest autorką "Dziewczyny z perłą", która mi się, no cóż, z wielu powodów nie podobała. "Dama z jednorożcem" podoba mi się bardziej, chociaż na kolana mnie nie rzuciła, co przyznaję. Można ją jednak przeczytać, krzywdę w mózg z pewnością nie zrobi, a i różnych ciekawostek człowiek się dowie, zwłaszcza tych związanych z produkcją gobelinów (bo motywem sztuki, który wybrałam, było tkanie). I o pozycji kobiet sporo się dowie, to znaczy, zakładam, że to każdy wie, ale jednak o tkaniu przez żonę głównego tkacza nocą, tak, żeby Cech nie dowiedział się, że przy zamówieniu pracuje kobieta, bo mogło skutkować to potężnymi finansowymi karami równającymi się bankructwu pracowni czytałam ze ściśniętym sercem (i pięściami).

"Dama z jednorożcem" jest to cykl sześciu gobelinów, jak najbardziej rzeczywistych i istniejących do dziś, a  ukazujących Damę obłaskawiającą Jednorożca. Każdy gobelin przedstawia  symbolicznie zmysły ludzkie; Wzrok, Smak, Węch, Dotyk, Słuch, a wszystkie wykonane zostały w końcu XV w. w Turyngii i Brukseli. Obecnie można je podziwiać w Museum Cluny w Paryżu.

Powieść opisuje okoliczności powstania tego wspaniałego dzieła sztuki.

Na zlecenie bogatego paryskiego dworzanina królewskiego Jeana de Viste (pragnącego za sprawą królewskiego zaprawdę zamówienia dodać blasku swojej, że tak to ujmę, nie spatynowanej tarczy herbowej), gobeliny te zaprojektowane zostały przez znakomitego młodego miniaturzystę Nicolasa des Innocent (beztroskiego bawidamka, zajętego głównie obłapianiem co chętniejszych dziewcząt, a żywiącego marzenie o otrzymaniu zlecenia na witraże do właśnie powstającej katedry Notre Dame w Paryżu), zaś wykonane przez Georges'a de la Chapelle, najlepszego tkacza brukselskiego.

Na kartach powieści poznajemy rodzinę, dom i warsztat pracy ówczesnych tkaczy, uczestniczymy w skomplikowanym rytuale przenoszenia papierowego projektu na materiał, śledzimy wielomiesięczny, mozolny i niezwykle trudny proces powstawania tkanin, pracy, w której uczestniczy całą rodzina Georges'a : żona, syn, córka i czeladnicy. A przy okazji śledzimy skomplikowane zależności i uczuciowe związki, które zaczynają łączyć Nicolasa, Claude (córkę Jeana de Viste) i Alienor (niewidomą córkę tkacza Georgesa de la Chepalle). Związki te znajdują odbicie na gobelinach, które Nicolas rysuje i przerabia w miarę możliwości, dodając detale, zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych...

Powieść ma kilku narratorów. Oprócz wymienionych powyżej postaci kobiet, Nicolasa de Innocent oraz Georges'a de la Chapelle głos zyskuje młody brukselski malarz Philippe de la Tour, którego nieśmiałość, łagodność i powściągliwość stoją w kontrze do postawy pewnego siebie, zuchwałego Nicolasa. Taka ilość postaci wypowiadających się w pierwszej osobie daje czytelnikom możliwość oglądu rozwoju sytuacji z różnych stron (i jest to rozwiązanie, które osobiście bardzo cenię).

Polecam zwłaszcza ze względu na precyzyjny (i nie nużący) sposób, w jaki autorka zapoznaje czytelnika ze sposobem tkania gobelinów.



Podsumowanie maja - już wkrótce :).



UWAGA

Przez jakiś czas, obstawiam miesiąc, jedynymi osobami, które będą mogły tu komentować, będą osoby mające konto Google. Jestem bowiem w trakcie tego, co napływa czasem falą, i co potrzebuje właśnie czterech do sześciu tygodni, by przycichnąć - rzutu ordynarnych postów i prostackich reklam wrzucanych tonami przez anonimowe boty, którym nie sposób wyjaśnić, że gdybym chciała z ich hojnych ofert skorzystać, dawno miałabym penis długości równika, a to ani wygodne, ani praktyczne. Za chwileczkę, za momencik, gdy boty zajmą się kim innym, opcja komentowania przez wszystkich, także anonimowo, zostanie ponownie włączona.

Za niedogodności przepraszam. 

niedziela, 28 kwietnia 2019

Serialowo. Nadal

Synowie Starsi (zupełnie tak samo jak wczoraj o tej samej porze oglądają z Mamusią - wygląda na to, że jeszcze nie do końca umieją w nastolatka, też tak jak wczoraj o tej samej porze zresztą, ale wszystko przed nami, tak samo jak... no, sami wiecie - minimaratonik "Naszej rodzinki").

Pan Na Ekranie (nr I) - Może założysz stronę internetową, żeby się zareklamować? Jak by ją nazwać... Jak by... o! Jak ty się nazywasz właściwie?

Pan Na Ekranie (nr II) - Kuper.

Pan Nr I - OK, Kuper, Kuper... Kuper kropka com, zobaczymy, czy ten adres będzie zajęty... (chwila klepania w klawisze, po czym obaj Panowie zamierają w bezruchu na dłuższy moment, by po chwili jednakowym ruchem przechylić głowę raz w jedną, raz w drugą stronę).

Pan Nr I (słabym głosem) - Ooooo, tak, jest zajęty. Zajęty jak nie wiem co!

Królowa Matka przed ekranem (wydaje z siebie chichocik).

Potomek Starszy (po pacholęcu niewinnie zaciekawiony) - Co oni tam zobaczyli?

Królowa Matka (z kamienną twarzą) - Stronę Kuper.com. Której adres był już zajęty. Synu, jesteś nastolatkiem w pełnym rozkwicie nastolatkowatości, żyjesz w epoce ogólnego rozpasania oraz nieograniczonego dostępu do internetu jak również środków masowego przekazu, nie wmawiaj mi, że nie wiesz, co oni tam zobaczyli...

Potomek Starszy (po krótkiej chwili nabrzmiałego treścią milczenia) - Ach, no oczywiście. Stronę o Mini Cooperach naturalnie.


No przecież, że jakże by inaczej, nieprawdaż.

sobota, 27 kwietnia 2019

Konkurencja

Synowie Starsi (oglądają z Mamusią - tak, jeszcze nie do końca umieją w nastolatka, ale wszystko przed nami - minimaratonik "Naszej rodzinki").

Telewizja (bezczelnie przerywa odcinek celem nadania reklam, które są podobno dźwignią handlu, z tym, że niekoniecznie, co się wkrótce okaże).

Synowie Starsi (w chwili uaktywnienia reklam na ekranie zapadają się w kanapę, każdy zagłębiony w swoich własnych zajęciach).

Pan nr I na ekranie (z chorobliwym entuzjazmem) - Jak miło pana widzieć! Odmłodniał pan!

Pan nr II na ekranie (rzucając spojrzenie Mężczyzny, Który Kulom Ani W Ogóle Niczemu Się Nie Kłania) - Po prostu zmieniłem szampon na DX2...

Potomek Starszy (beznamiętnie, nie odrywając wzroku od komórki) - Skąd, to tylko trochę farby...

Potomek Młodszy (równie beznamiętnie, sporządzając jakieś notatki w swoim zeszyciku) - ... ciemne wnętrze, rozproszone światło...

Potomek Starszy (jak wyżej) - ... i Photoshop...

Potomek Młodszy (też jak wyżej) - ... i to nie najlepszy...

Królowa Matka (wodzi wzrokiem od jednego swojego dziecka do drugiego niczym w meczu ping-ponga i myśli, że oto nadszedł dzień, gdy już nie musi robić wpisów o ukochanych reklamach. Wystarczy, że będzie notować).

niedziela, 31 marca 2019

Trójka e-pik, podsumowanie, MARZEC

No więc (nie zaczyna się zdania od "więc", rzekł duch mojej licealnej polonistki, a ja go zignorowałam, gdyż pewne rzeczy się nie zmieniają), oto minął pierwszy kwartał nowego roku, a mi jak dotąd udało się wykonać ambitnie przed sobą postawione zadanie wypełniania co do joty zadań z wyzwania Trójka e-pik.

Tym samym proszę o gratulację, deszcz konfetii, burzę braw i wyrazy uznania, a sama przystępuję skrupulatnie do opisywania trzech książek z marcowej części Wyzwania.

W marcu stawić czoła miałam trzem tytułom z następujących kategorii: zalegająca cegła (książka powyżej 500 stron), książka z motywem katastroficznym oraz książka z miastem w tytule. 

I stawiłam je, to czoło, a z jakim skutkiem okaże się zaraz, zarutko.



1) książka z motywem katastroficznym - "Daleko od Niflheimu" Majgull Axelsson 

O Majgull Axelsson już na tym blogu pisałam i w zasadzie wystarczyłoby, gdybym przekierowała Czytelników do mojego archiwalnego posta, bo absolutnie wszystko, co do przecinka, nadaje się do powtórzenia teraz, no, pomijając obowiązkowe streszczenie akcji.

Niflheim to staroskandynawska kraina umarłych, kraina, do której odchodzą dusze tych, co zmarli inaczej niż z bronią w ręku. Smutne dusze, oddzielone od świata żywych trzema rzekami, Bramą Trupów i złotym mostem, przejścia przez który pilnują olbrzymy i piekielny pies, spędzają wieczność w krainie wiecznego lodu i mroku, w ciemnościach, w rozpaczy i smutku, zawieszeni w pustce, wiedząc, że nigdy nie dane im będzie powrócić, nie ma bowiem powrotu do świata żywych dla tych, którzy raz przekroczyli Bramę Trupów, nie udało się to nawet bogom.

Cała powieść Majgull Axelsson mówi o tym, że nigdy i nigdzie nie jesteśmy daleko od Niflheimu. Każdego dnia kroczymy po cienkiej linie i jeden nieostrożny krok może sprawić, że znajdziemy się tam, skąd nigdy nie uda nam się wrócić.

Bohaterką "Daleko od Niflheimu" jest czterdziestokilkuletnia Cecylia. Cecylia jest pracownikiem szwedzkiej ambasady na Filipinach,  byłą żoną wysokiego urzędnika działającego w ONZ i mamą nastoletniej córki. Niespodziewana katastrofa - wybuch wulkanu Pinatubo, który uaktywnia się nieoczekiwanie po wielu dziesięcioleciach ciszy - zmienia gwałtownie jej życie i skłania do rozrachunku z przeszłością - latami dzieciństwa i młodości w szwedzkim miasteczku, pierwszą przyjaźnią, nieudanym małżeństwem, pracą charytatywną w Indiach, ciężką chorobą i śmiercią matki - i stawienia czoła swoim uczuciom - strachowi, rozpaczy, namiętności, nienawiści. I wstydowi. I woli przeżycia.

Majgull Axelsson pisze na pozór chaotycznie, niedbale, tworzy krótkie scenki, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Jak malutkie puzzelki, co najmniej dwa tysiące kawałków, tu widać kawałek oka, tam coś zielonego, ówdzie jakiś cień, a jeszcze inny jest po prostu błękitny jak niebo i zupełnie nie wiadomo, czy uda się go dopasować do dwóch tuzinów równie błękitnych puzzelków na oko niczym się od siebie nie różniących. A potem, gdy układany puzzelek po puzzelku obraz zaczyna wyłaniać się z zamętu i wiemy już, że nie chcemy go widzieć, chwyta nas za brodę, unieruchamia nam głowę i mówi: "Patrz! Patrz! Wiem, że nie chcesz, ale będziesz patrzeć, będziesz widzieć, choćby cię to bolało, choćby wpędzało w rozpacz i poczucie winy, będziesz patrzeć, widzieć i pamiętać, BO TAKA JEST PRAWDA i taka będzie prawda, choćby nie wiem jak bardzo zamykać na nią oczy, taka jest prawda i już nie uda ci się jej wymazać z pamięci".

Podobno jakiś krytyk napisał po premierze "Kobiety samotnej" Agnieszki Holland, że do każdego biletu sprzedawanego w kinie powinno dodawać się sznur, i podobne przekonanie towarzyszy mi zawsze, gdy czytam Axelsson. Nie umiem powiedzieć, kto i kiedy powinien ją czytać. Nie osoby smutne, a już bogowie broń nie takie w depresji. Nie zbyt młode, bo jeszcze się w życiu napłaczą i po co im już dokładać. Nie dojrzałe wiekiem, bo już się w życiu napłakały i po co im jeszcze dokładać. Nie jesienią, bo robi się szaro i deszczowo, nie zimą, bo dni są krótkie i depresyjne, nie latem, bo szkoda pięknych, promiennych dni na rozpacz, która zawsze towarzyszy tej lekturze...

I tak dalej. I tak dalej, i tym podobnie.

Nie wiem, kto. Nie wiem. kiedy. Ale wiem, że byłoby grzechem nie polecać tej literatury, bo to jest Literatura, przez wielkie "L", a w dzisiejszych czasach, w czasach, gdy księgarnie są jak supermarkety, a książki reklamuje się jak chrupki Literatura przez wielkie "L" nie jest rzeczą, której powinno pozwolić się wymknąć.


2) książka z miastem w tytule - "Samarkanda" Amin Maalouf

Znacie takie książki, które czyta się powoli, powolutku, nawlekając słowa jak korale na nić, przebiegając zdanie oczami, by zaraz po skończeniu go wrócić do początku i znowu je obejrzeć, słowo po słowie, posmakować, cieszyć się jego brzmieniem? To, bywa, wcale nie są książki, od których nie sposób się oderwać, czasem nie są to książki, w których akcja pędzi na łeb na szyję,  i zdarza się, że nie są to książki typu: "Jeszcze tylko jedna stroniczka i idę spać". A przecież trzeba je czytać, jest w nich coś, co przyciąga człowieka jak magnes, chociaż, tak na oko, wcale nie ubywa stron przy czytaniu i książka, którą powinno się łyknąć w dwa dni, jest czytana dwa tygodnie (albo i dłużej).

Ja tak miałam z "Samarkandą", kolejną pozycją, którą zdobyłam z polecenia Pauliny z Miasta Książek, zdobyłam przerywszy w tę i z powrotem cały internet i okolice, a potem czytałam ją wolno składając słowa, jak ktoś, kto dopiero uczy się tego czarodziejskiego nawlekania literek na nitkę zdań, zanurzona w magii słów do tego stopnia, że nawet perfumy miałam dobrane do lektury tak, żeby pasowały nazwą.

"W głębi Atlantyku spoczywa księga"...

XI wiek, Samarkanda. Do miasta przybywa Omar Chajjam, poeta i uczony, młody wiekiem, a już sławny. Zostaje rozpoznany na ulicy i okrzyknięty bluźniercą z powodu wierszy o kobietach i winie, które kiedyś napisał.  Szczęśliwie dla Chajjama sędzia, przed którego oblicze wiedzie poetę wzburzony tłum, zna reputację Omara i podziwia jego wiedzę. Otacza go opieką, gości w swoim domu i obdarza piękną księgą o niezapisanych stronicach, na których, - radzi - zapisywać powinien te słowa, które nigdy nie powinny wybiec z jego ust natychmiast, gdy tylko przyjdą mu do głowy.

I tak na kartach księgi zapisane zostaną słynne rubajaty Chajjama, wiersze ówcześnie lekceważone, uchodzące za wprawki dla mniej ambitnych bądź też początkujących poetów, po wielu wiekach podziwiane i uwielbiane.  Spotkanie z sędzią będzie też początkiem niezwykłych przygód Omara, które śledzimy wraz z jego podróżami od Samarkandy do Isfahanu, od Isfahanu do innych miast średniowiecznej Persji. W tle przewijają się kolejne postaci historyczne, takie jak wezyr Nizam ul-Mulk czy też Hasan Sabbah, pierwszy przywódca i założyciel tajemniczego zakonu Assasynów...

Amin Maalouf, opierając się na wiedzy historycznej, wykorzystując prawdziwe postaci i ich życiorysy wplata je umiejętnie w fikcyjną opowieść o powstawaniu, zaginięciu i poszukiwaniu zaginionego rękopisu "Rubajatów" Omara Chajjama. Przenosi czytelnika najpierw w świat pałaców, namiotów władców, na pachnące przyprawami, rozpalone słońcem uliczki perskich miast, by następnie, w drugiej części powieści, rzucić go do ogarniętej rewolucją Persji z początków XX wieku, w burzliwe czasy walki o wolność Persji, i pozwolić obserwować narodziny i formowanie się młodej perskiej demokracji, a potem, na koniec, obdarzyć tajemniczym, smutnym, nieco gorzkim zakończeniem, które tym bardziej podkreśla wrażenie, że cała ta opowieść to spisany sen.

Bardzo niedzisiejsza. Bardzo magiczna. Bardzo baśniowa. Bardzo polecam.


3) zalegająca cegła - "W komnatach Wolf Hall" Hilary Mantel

Zalegała u mnie ta Mantel, zalegała, i zupełnie nie umiem powiedzieć, czemu, bo jest to doskonała powieść, wstęp do trylogii, która prawdopodobnie będzie równie doskonała, i właśnie zauważyłam, że marzec jest z całego Wyzwania niewątpliwie najlepsza literacko, wyłącznie Prawdziwa Literatura przez wielkie "P" i wielkie "L", chwalona i nagradzana, a jeśli nie nagradzana to taka, która nagradzana być powinna.

"W komnatach Wolf Hall" jest powieścią z czasu Tudorów, a o Tudorach to już doprawdy każdy wie wszystko, nieprawdaż. Henryk VIII i jego nieszczęsne żony od tak dawna stali się częścią popkultury i do tego stopnia zdominowali społeczną wyobraźnię, że sama dopiero stosunkowo niedawno uświadomiłam sobie nie bez zaskoczenia, że ta cała wielka dynastia Tudorów to trzech królów i dwie królowe na krzyż.

No to cóż można napisać o Tudorach w książce (cegle!), która dotyczy dokładnie tego Tudora, którego wszyscy znają, i w dodatku rozgrywa się precyzyjnie w tym momencie jego panowania, o którym wszyscy wszystko wiedzą, czyli w chwili, gdy Henryk VIII zrywa z Kościołem Katolickim, by poślubić Annę Boleyn.

No przecież, że nic, a już na pewno nic nowego.

A tu, proszę, cóż za zaskoczenie!

Przede wszystkim można przyglądać się Tudorom z punktu widzenia... kogoś innego.

Tutaj tym kimś jest Tomasz Cromwell, którego oczyma spoglądamy na dwór Henryka VIII, i którego życie śledzimy od chwili, gdy jest dzieckiem ulicy, synem kowala, jednym z dzieci biedoty, uciekającym z domu i włóczącym się po londyńskich ulicach w obawie przed biciem przez wiecznie pijanego ojca, i nic nie zapowiada, że ten brudny, wychudzony wyrostek będzie kiedyś doradcą króla, odpowiadającym za rozdzielenie kościoła angielskiego od Rzymu i zostanie nawet mianowany przez Henryka "wicekrólem do spraw religijnych". 

I nie jest to - Tomasz Cromwell, zazwyczaj przedstawiany przez historyków jako pozbawiony skrupułów polityk o chłodnym, analitycznym umyśle (wybitnym, co trzeba przyznać), cyniczny oportunista, przebiegły intrygant. Ale - Tomasz Cromwell Hilary Mantel, kochający mąż, dobry ojciec o otwartym umyśle i bardzo nowoczesnym podejściu do wychowania dzieci, człowiek potrafiący pomagać innym w potrzebie...

Piękny język, jakim napisana jest powieść, a także interesujący zabieg autorki, która każe Cromwellowi mówić o sobie w trzeciej osobie czasu teraźniejszego sprawia, że Cromwell zyskuje nowe, ludzkie oblicze. Oblicze człowieka po przejściach, cierpiącego po stracie żony wdowca, osieroconego ojca. Spoglądając na świat jego oczami trochę zapominamy, że gdzieś tam w środku musiał on być i oportunistyczny, i pozbawiony skrupułów, i cyniczny... Wszystkie te cyniczne, kalkulowane na zimno rzeczy, które Cromwell mówi czy robi (a które jak najbardziej są w powieści obecne) po prostu się dzieją, usprawiedliwiamy je, nawet tego nie zauważając, bo przecież JESTEŚMY Cromwellem i wszystko, co dzieje się w jego głowie, dzieje się i w naszej, więc rozumiemy jego pobudki i widzimy pełen ich wachlarz.

Uczynienie z Cromwella narratora i obserwatora życia na dworze Henryka sprawia też, że bohaterów powieści widzimy jakby na scenie, w teatrze. Oglądamy sztukę, patrzymy na nich oczyma Cromwella, jesteśmy świadkami ich rozmów, uczuć, wyborów, a każda rozmowa, scena to obraz, namalowany słowami, bogaty w detale, które wyłaniają się stopniowo, szczegół po szczególe, obejrzane z zewnątrz, przeanalizowane, zgodne z duchem epoki, a tak zrozumiałe.

Jako osobie obdarzonej plastyczną wyobraźnią i wrażliwej na piękne obrazy czytało mi się tę książkę... jak film, nie umiem dokładnie opisać zjawiska, ale czasem ono po prostu zachodzi, czasem, gdy wrażliwość pisarza (i tłumacza) spotyka się z moją książka zaczyna wyświetlać mi się przed oczami jak film albo ciąg pocztówek, pięknie sfotografowanych czy namalowanych, zachwycających szczegółem, uchwyconych jak pszczoła w kropli bursztynu scen. Wiem, że jest nakręcony według tej powieści serial i wydaje mi się, że ze względu na plastyczność opisów na jakimś poziomie nakręcenie go było bardzo łatwe (i bardzo trudne zarazem). Bo przecież on już przedtem był gotowy. Tylko, że napisany.

W 2020 roku, gdy będę już mogła kupować nowe książki, na pewno kupię kolejne części tej trylogii.



A na razie czekam na kwiecień i jego wyzwania!



sobota, 30 marca 2019

Potomek Starszy wciąż jeszcze (na razie) dostarcza

Potomek Starszy (pochylony pilnie nad gazetką - i nie, żeby było, że jakiś odpowiednik "Bravo" czy innej "Filipinki", nad naukową gazetką, poważną gazetką, gazetką z ambicjami!, - robi sobie "Test na Psychopatę").

Potomek Starszy (z namaszczeniem) - Oceń w skali od 1 do 6... Pytanie numer osiem - skłonność do manipulacji i oszustw... (ze szczerym rozżaleniem) Staram się, ale mi nie wychodzi - 1...


Ludzkość może chwilowo odetchnąć z ulgą, ale niech się zanadto nie rozluźnia, bo, wiecie. Może mu kiedyś wyjdzie.

***

Potomek Starszy (zagłębiony w lekturę podręcznika do języka ojczystego, chłonie wiedzę chciałaby Królowa Matka rzec "jak gąbka", ale wrodzona uczciwość jej na to nie pozwala) - Obejrzyj obraz "Ptak w pompie próżniowej"...

Królowa Matka (przypatrując się Potomkowi z namysłem) - W czym?...

Potomek Starszy - ... w pompie próżniowej. Obraz Josepha Wrighta.

Królowa Matka (możliwe, że nieco monotonnie w wyrazie) - Czyj?...

Potomek Starszy (rozsierdzając się znienacka) - Josepha Wrighta podobno, nie mam pojęcia, kto to jest Joseph Wright i co robił z ptakiem w pompie próżniowej!!!... (chwila ciszy nabrzmiałej treścią)... i nie chcesz wiedzieć, jaką ja mam teraz wizję.


Cóż, idzie Królowa Matka o zakład, że, ekhm, podobną.

***

Pan w Telewizorku (namiętnym barytonem zapowiada jakiś krwawy kryminał albo inne mordobicie) - ... i kiedy wydaje ci się, że znasz już odpowiedzi na wszystkie pytania..."

Królowa Matka (wchodząc mu płynnie w słowo) - ...wiedz, że nadszedł czas, gdy potrzebujesz terapii, albowiem człowiek, który jest przekonany, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania powinien się leczyć...

Potomek Starszy (ani na chwilę nie odrywając wzroku od notatek z angielskiego) - ... albo jest nastolatkiem.


... co rzekł wysokiej klasy fachowiec, nietaktem więc byłoby się nie zgodzić.