środa, 20 sierpnia 2014

Odrobina kisielku dla ducha

Królowa Matka wychowała się na cmentarzu.

Cmentarz leżał naprzeciwko małego bloku, w którym mieszkała jako dziecko. W odległości nie większej niż dziesięć metrów w linii prostej jak strzelił znajdowała się malutka, ozdobnie kuta, choć mocno już przerdzewiała furteczka, nieznana tym, którzy odwiedzali groby swoich bliskich, stale za to użytkowana przez Królową Matkę, jej Siostrę i liczne koleżanki i kolegów, którzy biegali na cmentarz pospacerować, a także, i owszem, pobawić się w chowanego, pogonić po alejkach, ale nade wszystko - nazbierać kasztanów.

W czasie owocowania kasztanowców pięcioletnia Królowa Matka chodziła na cmentarz z Tatą, który robił za Zrzucacza Kasztanowego. Tata potrząsał gałęziami drzew albo rzucał w nie kawałkami odłamanych konarów czy innym kamuszkiem, kasztany spadały, stukając o płyty nagrobne i wcale - w co Królowa Matka do dziś niezłomnie wierzy - nie zakłócając wiecznego snu zmarłym, a Królowa Matka buszowała między nagrobkami i napychała sobie kieszenie skarbami w lśniących, gładkich skórkach i kolczastych płaszczykach.

Jedynie Królowa Matka i jej Tata chodzili między tymi grobami. Nikt inny ich nie odwiedzał, nie kładł kwiatów, nie zapalał świeczek.

I wcale Królowa Matka nie musiała umieć czytać by wiedzieć, że te groby różnią się od pozostałych.

"Johann" - czytał jej Tata na głos napisy, rzeźbione dziwnymi literami z łukami i kątami w miejscach, gdzie żadnych kątów być nie powinno. "Henriette, geboren 11 April 1904". "Katharine, unsere liebe Mutter". ""Wenn alles vergeht, die Liebe besteht." Królowa Matka nie dziwiła się tym literom, tym imionom, temu językowi. Dzieci nigdy się nie dziwią zastanemu światu.

O tym, że Babcia Królowej Matki była dwujęzyczna prawie od urodzenia Królowa Matka wiedziała chyba też prawie od urodzenia. Od czasu do czasu odwiedzały Babcię Koleżanki, starsze, dystyngowane panie, odziane z dyskretną elegancją. Dziwnie mówiły. "Jak nazywasz się ty? Oh, Anne-Marie, sehr, sehr schön!". Babcia Królowej Matki rozmawiała z nimi w obcym, twardo brzmiącym języku, w tym samym, w którym rozmawiała ze swoimi jak najbardziej mówiącymi po polsku Przyjaciółkami, gdy nie chciały, żeby Królowa Matka rozumiała.

W tym samym, w którym - o czym Królowa Matka dowiedziała się przypadkiem, gdy była już dorosła - jej własna Matka mówiła do czwartego roku życia, chociaż teraz nie pamięta z tego już ani jednego słowa.

W ojczystym języku jej Dziadka i jego Rodziców, choć Matki niekoniecznie, ponieważ była ona Rosjanką. A może nie była, może była po prostu obywatelką rosyjską, zamieszkałą na terenie zaboru rosyjskiego, którego granica była przecież za miedzą. Królowa Matka nie wie i nigdy się już nie dowie, bo nie ma już nikogo, kogo by można o to spytać.

Dziadek Królowej Matki, liczni Przyjaciele i Znajomi jej Babci pewnego dnia po prostu zniknęli. Zostały po nich mieszkania, meble, ubrania, książki, czasem zdjęcia. Nigdy się o nich nie mówiło. Zupełnie jakby te mieszkania, meble, książki ubrania i zdjęcia wzięły się znikąd, były zawsze, zawieszone w czasie i przestrzeni, czekając, aż ktoś je sobie weźmie.

Niektórzy, nieliczni z Przyjaciół i Znajomych zostali. O tym, dlaczego zostali i jaką zapłacili cenę za swoją decyzję także nigdy się nie mówiło.

Królowa Matka rosła, uczyła się i dojrzewała, pisała pracę magisterską o wydawcach polskich książek pod zaborem pruskim, dużo czytała i starała się mieć otwarty umysł, i ani się obejrzała, jak przestała mieć problem z narodowością takiego, na przykład, Kopernika, który na pomniku napisane ma: "Nicolaus Copernicus Thorunensis". Thorunensis. Toruńczyk. Jak jej Dziadek i jego Rodzice, jak jej Babcia i Mama, i Tata, jak ona sama i jej Dzieci.

I dlatego Królowa Matka podjęła decyzję, że uczyni rzecz bezsensowną, czyli zrecenzuje książkę już zrecenzowaną, przeczytaną i przeanalizowaną na wszystkie, zdałoby się, strony przez cały internet i okolice, a mianowicie

"Nomen Omen' Marty Kisiel

w chwili, gdy przeczytała:

"- Jestem z Gdańska, pani Jadwigo - rzekł takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.
- Ach! Więc rozumiesz...
- Rozumiem",

ponieważ jest z Torunia, i też rozumie.

Spotkanie z "Nomen Omen' okazało się, tak na marginesie, dla Królowej Matki przeżyciem silnie surrealistycznym.

O książce czytała (ma wrażenie, że wszędzie, na blogu, na wallu, na stronie) u Zacofanego w Lekturze - który ją reklamował (gdzie reklamował, jakie reklamował! lobbował na jej rzecz!) tak umiejętnie, że powinien przejść na zawodowstwo - oraz u Bazyla tak często, że problemu wybrania lektury na wakacje nie miała żadnego, chyba pierwszy raz w życiu. Nabyła powieść w drodze na Mazury, po dojechaniu, odbyciu koniecznych a niezbędnych czynności w rodzaju powitania Potomków Starszych, rozpakowania się, spożyciu jakiegoś posiłku zapadła na leżaczku z książką w ręce i jakimś orzeźwiającym napojem pod ręką, zaś niedługą chwilę później ciszę mazurskich kniei i łąk rozdarł jej entuzjastyczny wrzask:

- Kiciputek!!!,

który to wrzask sprawił, że cała rodzina wzdrygnęła się nerwowo i spojrzała na nią w solidarnym poczuciu troski o jej zdrowie psychiczne, a którym po prostu oznajmiała światu, że do tej pory jakoś udało jej się przeoczyć nazwisko ilustratorki dzieła, ale właśnie nadrobiła niedopatrzenie.

 Reasumując:

Królowa Matka siedziała w mazurskiej głuszy czytając powieść, do nabycia której metodą subtelnej perswazji skłonili ją dwaj Panowie, których blogi Królowa Matka chętnie czytuje, i którzy robią jej tę uprzejmość, że zaglądają w rewanżu do niej, a którą to powieść ilustrowała Artystka zapewne nie czytająca bloga Królowej Matki regularnie, ale na pewno czytująca go od czasu do czasu, a nawet linkująca u siebie to i owo, i napędzająca jej w ten sposób czytelnictwo; a wszystko to razem sprawiło, że Królowa Matka poczuła się jak członkini wielkiej, szczęśliwej, choć nieco dziwacznej (ale która, w ostatecznym rozrachunku, dziwaczna nie jest?) rodziny, i z tego miejsca chce bardzo przeprosić obie Panie i obu Panów za spoufalanie się, ale tak właśnie było.

Co uczyniwszy może przejść do omawiania treści dzieła.

Salomea Klementyna Przygoda, obdarzona przez nieopanowany w swej hojności Los wybujałymi kształtami, wybujałym wzrostem i wybujałą rodziną w postaci tantrycznie zafiksowanej, otwartej na erotykę mamusi, żyjącego wciąż w dziewiętnastym wieku tatusia i młodszego braciszka zwanego Niedasiem, osobnika o kolosalnym wdzięku i głębokim wewnętrznym przekonaniu o tym, że jest genialny i doskonały, a jeśli nie to i tak jakoś to będzie, dochodzi do wniosku, że ma tego wszystkiego dość i przenosi się do Wrocławia z zamiarem rozpoczęcia życia na własny rachunek z dala od szajbniętej rodzinki. Znajduje - nie bez trudu, bo wszyscy proszeni o wskazanie drogi pod podany adres wrocławianie, od przechodniów po taksówkarzy, doznają nagle ataku amnezji i wykręcają się jak mogą, w wypadku taksówkarzy rezygnując wręcz z zarobku - stancję w starym, rozpadającym się domu. Dom skrzypi i gada, jak najbardziej dosłownie, tajemnicze glosy szemrzą w radiu, szepczą w telefonie i trzeba je uciszać gromkim: "Cicho tam!!!" zanim się zacznie rozmowę, właścicielka domu cierpi na rozdwojenie jaźni, raz objawiając się jako kostyczna i zdecydowana starsza pani, typ - generał w spódnicy, a kiedy indziej - jako pląsający po kuchni skowroneczek obleczony w powiewne peniuary i barwne turbany, a po apartamentach spaceruje życzliwie nastawiona do świata papuga o imieniu Roy Keane i namiętności do wafelków, ale wszystko to wydaje się Salomei znacznie lepsze (i niewykluczone, że bardziej normalne) niż jej rodzinny dom.

Niestety, niestety. Raczej prędzej niż później Salomea, wracając wieczorem z pracy, zastaje w swoim pokoju Niedasia, który, nieco bełkocząc w alkoholowym upojeniu, oznajmia jej, że się wprowadza, jeśli nie do jej pokoju, to na pewno do tego domu.

I zaczyna się dziać. Właścicielka posesji zaczyna już nie dwoić się, ale troić, tajemnicze głosy nie tylko szepczą w telefonie, ale także objawiają się pełnym rozpaczy wołaniem "z głębokości do Ciebie, Panie!" na ekranie komputera, Niedaś z niezrozumiałych przyczyn wydaje się być opętany pragnieniem zamordowania kilku kobiet, w tym własnej siostry, oraz w dwóch postaciach włóczy się po mieście (względnie w jednej się włóczy, a w drugiej siedzi w areszcie), w sprawę wplątuje się jeszcze jeden filolog, jedna blondyneczka z temperamentem i w glanach, oraz jeden pradziadek, tajemnica, straszna i niezwykła unosi się w powietrzu i łączy czerwoną nitką stare Breslau ze współczesnym Wrocławiem, a nieszczęsna Salomea musi pogodzić się z faktem, że wymarzonego spokoju raczej nie zazna.

Królowa Matka, która będąc osobą patologicznie obowiązkową (co podobno można leczyć, a nawet się powinno czasami, noale) zanim zaczęła pisać własną recenzję poczytała sobie sporo cudzych w internecie i odkryła, że "Nomen Omen" określany jest jako "horror komediowy" czy też groteska z elementami fantasy wyznać musi, że dla niej nie jest to żaden horror i żadne fantasy, tylko powieść obyczajowa. No dobra, powieść obyczajowa z elementami fantastycznymi, w idealnych proporcjach - zdaniem Królowej Matki, której poczucie rzeczywistości, jak wynika z powyższego, bywa poważnie zachwiane - aby te fantastyczne elementy nie przytłaczały.

Hermetyczności języka, na którą tu i owdzie narzekano, i elitarności aluzji literackich, które nie każdy zrozumie też Królowa Matka nie dostrzegła, może dlatego, że na ten przykład Psalm 130 z jego pełnym rozpaczy "De profundis clamavi ad te, Domine!" przemawia do niej od zawsze i w związku z tym rozpoznała ona cytat od pierwszego kopa, zaś nad nic jej nie mówiącymi wtrętami z World of Warcraft prześlizgiwała się obojętnie z właściwym sobie wdziękiem, a przecież książkę zrozumiała. Jak do kogoś przemawia World of Warcraft może się z wdziękiem prześlizgiwać nad Psalmem 130 (zwłaszcza, że autorka służy tłumaczeniem), Królowa Matka jest pewna, że tak też można.

Zgadzając się z dużą ilością recenzentów, że siłą tej powieści jest język, poczucie humoru z orzeźwiającą nutą inteligentnej złośliwości i barwna galeria pysznie opisanych bohaterów nie widzi Królowa Matka żadnego podobieństwa z Joanną Chmielewską, a już zupełnie żadnego - z Małgorzatą Musierowicz, chyba, że komuś do znajdowania podobieństw wystarczy kolor włosów bohaterki oraz akcja powieści mocno osadzona w konkretnym mieście, no ale w takim wypadku śmiało można także dopatrywać się podobieństwa Salomei Przygody do Ani z Zielonego Wzgórza.

Nie ujmując niczego Joannie Chmielewskiej, której książki Królowa Matka kocha i nad którymi prześmiała wiele przyjemnych godzin, powieści jej są to po prostu pozycje stricte humorystyczne, których głównym, a wręcz jedynym celem jest zapewnienie czytelnikowi porcji nieskrępowanej niczym rozrywki. Podczas gdy "Nomen Omen" nie jest - choć może nie wynika to  z powyższego, nieudolnego streszczenia - książką o niczym, służącą rozśmieszaniu czytelnika, li i jedynie. To powieść o chęci wpływania na przeszłość i przyszłość, o braniu cudzego losu w swoje ręce, o podejmowaniu decyzji, których podejmować człowiekowi nie wolno. Opowieść o pokusie brania na siebie roli Nemezis, o tym, jakie to niesie niebezpieczeństwo, i o tym, jak daleko sięgają konsekwencje naszych wyborów. 

I epitafium dla umarłego miasta.

Zdumiewa Królową Matkę, jak niewiele osób zwróciło na to uwagę. Jak często w opisach "Nomen Omen" pojawiają się określenia "zabawnie, śmiesznie, antydepresyjnie, rozrywkowo", a jak (stosunkowo) rzadko - "refleksyjnie" czy "posępnie". W jak wielu recenzjach temat dawnego Breslau pominięto całkowicie. Jak wiele mówiących o tej książce osób przemyka się nad tym tematem, aby pochylić się (lub skrytykować) rysunek postaci, bogactwo charakterów, język, dla niektórych barwny i przezabawny, dla innych - rodem z gimnazjum.

A tymczasem Królowa Matka wie, że może, kiedyś, za jakiś czas zagubi w masie przeczytanych książek i nowo poznanych bohaterów Salkę Przygodę i jej rodziców. Że wylecą jej z pamięci teksty, nad którymi głośno się śmiała, budząc Pana Małżonka w środku nocy. Może nawet - choć wydaje się to zgoła nieprawdopodobne - że w zatrze się w jej pamięci postać Niedasia oraz jego barwna jak łuk tęczy na niebie osobowość.

Ale wie, że obraz umierającego pod bombami Breslau się nie zatrze.

Obraz Breslau odzieranego z tożsamości, ociosywanego według jedynej właściwej wizji. Ten obraz, który - zdarzało się - bywał określany jako niepotrzebny w tej powieści, podczas gdy Królowej Matce wydaje sie najważniejszy.

Może dlatego, że jest z Torunia i rozumie.

A może dlatego, że bardzo lubi, jeśli książki dostarczają poza czystą rozrywką także materiału do myślenia (co prawda Królowa Matka natychmiast umniejszy swoją pozycję jako Czytelnika Świadomego i Myślącego pisząc, że do myślenia to jej prawie wszystko daje, tylko wyciągane wnioski bywają nie z gatunku pożądanych przez niektórych autorów, patrz: połowa Wyzwania Czytelniczego z czerwca ;)).

Wszelkie - drobne - niedociągnięcia oraz - gigantyczne - rzeczy godne potępienia (jak to: wydawanie nowych książek raz na cztery lata oraz fakt, że "Dożywocia" nie sposób zdobyć i teraz Królowa Matka nie wie, nad jakim to zasmarkanym aniołkiem chichocze na swoich blogach rozkochany fandom) jest ona w stanie wybaczyć Autorce przez wzgląd na wplecenie do rozrywkowej książki materiału do myślenia i wzruszeń.

Ale z następną pozycją ma jednak nadzieję zapoznać się wcześniej niż w roku 2018 :).

niedziela, 17 sierpnia 2014

To ostatnia niedziela...

Potomek Starszy znalazł był zdjęcie mamuni sprzed dziesięciu lat, obejrzał i rzekł: "Taaak, młodość jest piękna!".

Kochani Czytelnicy, jeśli dziś włączycie tefałen lub inny polsat, a na nim natraficie na dramatyczną informację: "Kolejna wstrząsająca tragedia rodzinna! Matka udusiła dziewięciolatka gołymi rękami w ataku szału!", wiedzcie, że ta wyprowadzana z domu przez postawnych, umundurowanych panów... eeee... kobiecina, tak, to jest właściwe słowo - kobiecina z czarnym paskiem na oczach to bedzie właśnie Królowa Matka.


Która tym samym żegna się z Wami, bo nie wiadomo, czy we więźniu pozwolą jej blogować (a nawet jeśli to trzeba będzie jakiegoś nowego bloga założyć, pod zupełnie innym tytułem - powiedzmy: "Królowa Matka i jej życie w kratkę" - bo ten stary stanie się wszak nieadekwatny do sytuacji), i idzie dusić.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Potomek Starszy znowu nadaje

Potomek Starszy - Ja jestem coraz lepszym starszym bratem, mamo, prawda? Już prawie nie wrzeszczę na Pompony, i nie mówię do nich niemiło, i nie warczę, i pozwalam im się bawić czasem w naszym pokoju, układam z nimi puzzle, oglądam bajeczki, nawet im poczytam... nie jestem agresywny ani brutalny, i ładnie się z nimi bawię, i jestem już prawie taki grzeczny, jak wtedy, gdy byłem malutki*!
Królowa Matka (w osłupieniu wysłuchawszy tej laudacji na własny temat, nieco ogłuszona) - Taaak...
Potomek Starszy (po chwili przyglądania jej się podejrzliwie) - Ach. Więc było to "tak" przesycone ironią!

Bardzo się Królowa Matka namęczyła, ale w końcu dał się przekonać, że nie było :).




* Malutki Potomek Starszy jest przedmiotem legend w Domu w Dziczy i Okolicach, zwłaszcza w zestawieniu z Młodszymi Braciszkami. Malutki Potomek Starszy nigdy w życiu nie zjadł niczego ani z psiej, ani z kociej miski, a miski te były ogólnie dostępne, bowiem w tamtych czasach Dom w Dziczy składał się ze ścian, tylko i wyłącznie. Malutki Potomek Starszy do trzeciego roku życia nie wszedł nawet na jeden schodek, bo mu mamusia i tatuś raz powiedzieli, że nie wolno. Nie wyrwał żadnego gniazdka, nie przegryzł sznura od radia, nie wykręcił wszystkich pokręteł w wyż.wym. radiu, nie rozebrał żadnego pilota na części pierwsze. Nie właził do śmietnika i nie wyrzucał jego zawartości na podłogę, nie grzebał w pudłach z mąką i cukrem, nie wysypywał nigdzie artykułów spożywczych, i to jest godne jak najwyższego podziwu oraz uwieczniania w Legendzie, a nawet Micie, bowiem w Domu w Dziczy podówczas nie było też większości mebli, które znaczna część cywilizowanych ludzi uznaje za minimum, jak to: szafki kuchennej, apteczki i szafki w łazience (która to łazienka - taka dygresja w dygresji będzie - składała się z gigantycznego pomieszczenia z sedesem, umywalką i wielką czerwoną miska, pełniącą rolę apteczki, szafki lub wanny w zależności od potrzeby, i chyba Królowa Matka napisze jednak tę książkę, do której napisania zachęca ją Pan Małżonek, zanim jej umysł ostatecznie wyprze wszystkie te koszmarne wspomnienia, koniec dygresji), tak więc dostęp do wszelkich makaronów, mąki, cukru i środków higieny oraz czystości miał na wyciągnięcie ręki, dosłownie, i Królowa Matka robi przerwę na pooddychanie do woreczka na samą myśl o tym, co w tej sytuacji zrobiłyby Kochane Pomponiki. W składającym się wyłącznie ze ścian Domu w Dziczy oprócz normalnych, dużych drzwi dla normalnych, dużych ludzi nie było też bramki zabezpieczającej dla dzieci, i nie była potrzebna, bo Potomek Starszy, uświadomiony przez mamusię i tatusia, że mu nie wolno wypełzać (a potem wychodzić) do przedsionka, nie wypełzał (i nie wychodził). Biżuteria rodowa Królowej Matki przez cały okres wczesnego dzieciństwa Potomka Starszego stała sobie w koszyczkach na bocznych półeczkach komody, najniższa półeczka na wysokości dziesięciu, a najwyższa - sześćdziesięciu centymetrów nad ziemią, i nawet jeden kolczyk nie zginął i nie został połknięty, jakie połknięty! - nawet nie wyjęty z koszyczków, bowiem mamusia i tatuś raz powiedzieli dziecku, że... patrz wyżej.

Potomek Starszy był absolutnie najgrzeczniejszym, najposłuszniejszym, wręcz nienormalnie ostrożnym dziecięciem świata, i aż trudno uwierzyć, że nie wyrósł na najgrzeczniejszego dziewięciolatka ;).

Musi w czasookresie między wczesnym dzieciństwem Potomka Starszego a chwilą obecną Królowa Matka i Pan Małżonek popełnili szereg niewybaczalnych (i bardzo prawdopodobne, że nieodwracalnych) błędów wychowawczych!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Wakacyjne prawo Murphy'ego

Wszyscy znają prawo Murphy'ego, prawda? Ale Królowa Matka jeszcze przypomni.

Prawo to brzmi mniej więcej tak: „Jeżeli coś może się nie udać, na pewno się nie uda”.

A jak się ma małe (i te trochę większe też) dzieci, i jeszcze czasem wyjeżdża się z nimi na wakacje, wtedy oho, ho, ho!

Wtedy Prawo Murphy'ego staje się czymś, co zdeterminuje życie człowieka na ten tydzień / dwa tygodnie/ miesiąc, czy tam ile czasu trwa wyczekiwany przez cały rok urlop.

I tak na przykład, jeśli dziecko trzeba będzie natychmiast przewinąć/ umyć/ przewinąć i umyć, na pewno nastąpi to w chwili, gdy wszyscy, spakowani i dygocący wskutek reisefieber, będą już tkwić w samochodzie. Względnie na autostradzie, dokładnie między tymi zatoczkami, w których wolno się zatrzymywać.

Ilość haftek, guziczków, zapięć, zatrzasków i tasiemek, które w celu przewinięcia i/lub umycia należy odpiąć i rozwiązać jest odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki można na to poświęcić (i poziomu reisefieber u osób, które cierpią na tę, nie tak znowu rzadką, przypadłość).

Prawdopodobieństwo, że przewiniętemu, umytemu i obwiązanemu tasiemkami/ pozapinanemu na zatrzaski i guziczki dziecku natychmiast się uleje – najczęściej także na odzież osoby przewijającej – wynosi jakieś 99% (i jeśli ktoś należy do tego 1%, powinien mieć świadomość, że ma wyjątkowe szczęście, a nie, że to zupełnie normalne. Lub też, że Karma się zaczaiła podstępnie, a jak się już człowiek ucieszy, odetchnie i wyluzuje, jak nie gruchnie!!!).

Częstotliwość karmień/postojów na siusiu jest wprost proporcjonalna do długości trasy, jaką musicie pokonać i do waszego zmęczenia.

Jeśli jedno z waszych dzieci cierpi na chorobę lokomocyjną, a wy, jako dobrzy rodzice, nie zapomnieliście napoić go napojem imbirowym i nakarmić Aviomarinem, na pewno pochoruje się to drugie, to, które nie budziło nawet przez chwilę waszego niepokoju, to, które do tej pory podróżowało z Sopotu w Bieszczady bez mrugnięcia okiem.

Małe dzieci podobno potrafią spać w nocy i trzy godziny pod rząd, a młode niemowlęta to i szesnaście godzin na dobę, dziwnym trafem jednakże zarówno te trzy, jak i szesnaście godzin przypada na inną porę doby niż tę, gdy padacie na łóżko po dojechaniu do celu i pobieżnym rozpakowaniu się, wykończeni podróżą.

Wasze najdroższe skarby, które w ciągu roku przedszkolnego/ szkolnego trzeba było w dni powszednie ściągać z łóżka stosując siłę, przemoc i groźby karalne, względnie uciekając się do matczynych łez jako środka szantażu, w pierwszy dzień waszego urlopu budzą się świeżutkie jak szczypiorek i płonące chęcią zabawy jak step latem o jakiejś nieludzkiej porze, o której wy nie wiecie zbyt dokładnie, jak macie na imię.

Jeśli wasze najdroższe bąbelki MIMO waszego urlopu nie obudziły was, nie płakały, nie chciały jeść/ natychmiast iść na plażę/ natychmiast iść w góry/ natychmiast iść sprawdzić, czy koledzy poznani rok temu też już przyjechali/ natychmiast popływać łódką/ i tak dalej - można ze stuprocentową pewnością założyć, że zajęły się jakąś nielegalną i absolutnie zabronioną czynnością (rozbieraniem waszych komórek na części pierwsze po wykonaniu na nich uprzednio szeregu telefonów do Hiszpanii oraz na numery zaczynające się na 007, wyżeraniem z lodówki zakazanych specyjałów, zabawą w wypróbowywanie wszystkich twoich kosmetyków, spożyciem całego balsamu do opalania, rozmontowaniem dekodera telewizji satelitarnej będącego na wyposażeniu wynajętego domku - true story, pozdrawiamy machaniem Pompona Młodszego; i tak dalej, i tym podobnie).

Jeśli dzieci – które, jak wiadomo wszystkim rodzicom – najchętniej chorują w weekendy postanowią skręcić nogę, dostać uczulenia na nie-wiadomo-co, różyczki, świnki albo gorączki niezidentyfikowanego pochodzenia na pewno dostaną tego wszystkiego nie tylko w weekend, ale w dodatku nocą, i najchętniej w takiej miejscowości wakacyjnej, w której jest tylko punkt medyczny czynny od poniedziałku do czwartku w godzinach 8-13, a jeśli  przypadkiem trafią akurat na tę chwilę gdy samochód nawali/ benzyny starczy akurat na tyle, by dotoczyć się z trudem do najbliższej stacji benzynowej i ani obrotu kołem dalej, to już w ogóle bajer!

Jeżeli unikniecie większości (bo wszystkich to się nie da) powyższych pułapek, dojdziecie do siebie po podróży i ucieszycie się myślą, że oto dzieci śpią, wy nie jesteście padnięci na twarze z kretesem i w dodatku właśnie jesteście sami – któreś z waszych dzieci się obudzi.

Jeśli nie obudzi się wtedy, obudzi się pół godziny później. W najmniej odpowiednim momencie.

Jeśli, świadomi, że dziecko się za chwilę obudzi, zrezygnujecie ze słodkiego tete-a-tete na rzecz rozwiązywanie krzyżówek/ czytania książek/ oglądania jakiegoś śmiertelnie nudnego teleturnieju na jednym z tych pięciu kanałów dostępnych w większości wakacyjnych apartamentów, dziecko będzie spało kamiennym snem do ósmej rano.

Bo jeśli zamiast śmiertelnie nudnego teleturnieju w TV zdecydujecie się na pasjonujący film na DVD, dziecko obudzi się precyzyjnie w połowie filmu (albo w dokładnie wybranym, najbardziej dramatycznym momencie).

Jeśli okaże się, że obudziło się, bo należy je w pilnym trybie przewinąć, a wy się łudziliście, że wytrwa w tej pieluszce do rana, bo odkryliście, że zapas wam się akurat wyczerpał, na pewno nastąpi to w chwili, gdy wszystkie okoliczne sklepy są właśnie zamykane, a od nieokolicznego, czynnego do 24, dzieli was 40 km.

Jeśli sądzicie, że dzieci są niezbędne, aby prawo Murphy'ego rozpostarło przed waszymi zachwyconymi oczyma barwny wachlarz swych możliwości, a bez dzieci nic wam nie grozi, Królowa Matka dorzuci świeżynkę, dosłownie gorącą bułeczkę normalnie, sprzed dwóch dni:

Jeśli, będąc w kompletnej dziczy, ale takiej kom-plet-nej, takiej, przy której Dom w Dziczy leży pośrodku ruchliwej metropolii będziecie mieli taką fanaberię, żeby utopić w jeziorze Nidzkim (co jest niekonieczne, Jezioro Śniardwy też może być, albo Jeziorak, albo i Zełwążek, jak się kto uprze, co będziemy jeziorom żałować!) telefon, to nie będzie to komóreczka Królowej Matki, prymitywny przyrząd służący wyłącznie do odbierania telefonów i pisania SMS-ów, w dodatku z guziczkami, bo Królowa Matka ma wstręt do smartfonów, nie komóreczka Potomka Starszego, cokolwiek obtłuczona i z klejącym się od lubych łapek ekranem, ale mega-hiper-wypasiony sprzęt z LTE i innymi GPS-ami, wskutek czego Rodzinie grozi, że podróż do domu, zajmująca normalnie około 4,5 godziny trwać będzie od ośmiu do dziesięciu skutkiem utykania w chaszczach, bocznych polnych dróżkach, które wyglądają wypisz-wymaluj tak, jak te dróżki, w które się skręcało zgodnie z GPS-em oraz w zupełnie obcych miasteczkach, których wcale nie powinno być tam, gdzie najwyraźniej jednak są (a mapy samochodowej się nie ma, bo po co, nieprawdaż).

Jeśli sądzicie, że powyższa lista stanowi szczegółowe opisanie problemu, przygotujcie się na niespodzianki.

Ale poza ty, o, poza tym będzie na pewno super!

W końcu to wakacje :)!


sobota, 2 sierpnia 2014

Nie

"Kończyliśmy trzecią klasę LO. Aby świętować początek wakacji zrobiliśmy sobie całą klasą imprezę świętojańską w domu koleżanki, która mieszkała w domku na przedmieściach. Późną nocą, gdy już skończyliśmy jeść, pić, palić ognisko, puszczać wianki i bawić się w podchody zalegliśmy w pokoju koleżanki wokół misek z chrupkami i dmuchanym ryżem i zaczęły się długie nocne Polaków rozmowy.

Nie pamiętam, jakimi meandrami te rozmowy podążyły, nim doszły do następującego wyznania:

- Mam nadzieję, że nie pomyślisz, że jestem głupi albo co – powiedział mój wówczas siedemnastoletni kolega – ale ja czasem tak żałuję, że nie urodziłem się podczas wojny. Wtedy mógłbym coś naprawdę zrobić dla ojczyzny! - a ja, siedemnastoletnia, pokiwałam głową z pełnym zrozumieniem, bo czułam tak samo, jak ja im zazdrościłam, że mieli ten przywilej i zginęli za Polskę, że pokazali, jak ją bardzo kochają i do czego są dla niej zdolni, i jeszcze, że się w Warszawie urodzili, a nie na jakiejś prowincji, w Warszawie, w samym centrum, tam, gdzie się naprawdę ginęło i walczyło. Oni, Powstańcy.

Cztery lata później czytałam Rougon-Macquartów. Dziewiętnasty tom. „Klęska”. Nie-polskiego pisarza, nie dwudziestowiecznego, nie o Powstaniu. A mimo to doznałam skojarzenia i pomyślałam sobie, że każdy, komu marzy się wojna z jej chwałą i glorią powinien obejrzeć prawdziwy polowy szpital, brudny, pełen krwi i wycia rannych, którym nie można pomóc, bo nie ma się bandaży ani leków, ani środków przeciwbólowych - może przestałby roić o wielkich zwycięstwach i bohaterskich czynach.

Kolejne parę lat później, po dziesiątkach książek, dziesiątkach programów, dziesiątkach wywiadów – program wspominkowy, przejmujące wypowiedzi, przerażające wspomnienia. Danuta Szaflarska (wydaje mi się, że to była ona) mówi: „ Nie mieliśmy wody, nie mieliśmy co jeść, siedzieliśmy w piwnicy, nad nami ostrzał. Była z nami matka z dzieckiem, miał może pół roku, błagała, żeby mu coś dać, umierał z głodu, a my nic nie mieliśmy. I umarł, ten Andrzejek. Pamiętam, jak ona strasznie płakała”. Nie miałam wtedy dzieci, ale moja wyobraźnia nie umiała przestać pracować, i nie umiałam wyrzucić z niej wizji sześciomiesięcznego dziecka umierającego z głodu. Pośród brudu, gorąca, nieustannego huku, przy matce, która nie była w stanie mu pomóc.

Jego twarz, chociaż jej nie znam, jest dla mnie od tamtej chwili twarzą Powstania Warszawskiego.

I dlatego całą sobą, do głębi, tak bardzo,że nie potrafię tego wypowiedzieć, odczuwam zdecydowany sprzeciw wobec popowej wersji świętowania, która staje się powoli obowiązująca, przeciw temu kolorowaniu i umajaniu rzeczywistości, pudrowaniu jej i wygładzaniu, temu, że wojna jest w nim śliczna, kolorowa i wszyscy się uśmiechają, tym przebierankom, tym rekonstrukcjom, tym grom planszowym czy wręcz komputerowym, komiksom, temu Pokojowi Małego Powstańca w Muzeum Powstania, gdzie można strzelić sobie fotkę w hełmie wpadającym na oczy, wykleić białego orła z kawałków papieru i pobawić się w szpital polowy z rannymi misiami („Kto lepiej opatrzy misia”), na koniec przejść suchym i ciepłym, czyściutkim kanałem, a po opuszczeniu Muzeum rozejrzeć się za jakąś poręczną barykadą i kilkoma Szkopami do rozwalenia, bowiem odczuło się gwałtowny przypływ patriotycznych uczuć i chęci, by dać im wyraz.

Nieodmiennie mam w takich wypadkach ochotę kazać takiej wzruszonej własnym patriotyzmem osobie pobrodzić w moim szambie. Po kolana. A gdy już pobrodzi w ściekach, wyjdzie, weźmie wielogodzinny prysznic, spali ubłocone ubranie i strzeli sobie kielicha, by łatwiej wyrzucić z głowy poczucie obrzydzenia, powiedzieć jej, że to, czego doznała to był malutki pikuś oraz lajcik. Albowiem weszła do szamba o wybranej przez siebie godzinie, wypoczęta i świeża jak stokrotka, a wyszła, kiedy miała dość. Bo weszła nakarmiona, nawodniona, a gdy wyszła, mogła się wykąpać. Bo weszła zdrowa i silna, i nie musiała ciągnąć za sobą rannego przyjaciela. Bo wiedziała, że jak wyjdzie to nie ujrzy wycelowanej w swoją twarz lufy pistoletu. I nade wszystko – że ani przez sekundę nie towarzyszyło jej poczucie zagrożenia. ŻE SIĘ NIE BAŁA. Ani tego, że zabłądzi, ani tego, że nie uda jej się znaleźć wyjścia, ani tego, że umrze tam, pod ziemią. Bo to dla niej nie było żadne „być albo nie być”, tylko zabawa. I tym bardziej tylko zabawą jest przejście przez kanał w Muzeum, a te łzy w oczach i pochylanie się nad swoim patriotyzmem i tym, jak, och, wspaniale odczuliśmy jedność z Powstańcami - to tylko łaskotanie się po „ego”.

Bo wojna to nie jest gra, no, kur... czę, nie. To nie jest rzut kostką, wypadło trzy, cudownie, otrzymujesz dodatkową butelkę benzyny, rozwalasz Tygrysa i przedzierasz się do Śródmieścia, wypadło pięć, doświadczasz zbiorowego gwałtu w ruinach zakończonego strzałem w brzuch i wracasz na początek planszy, cholera, znów mnie zabili, będę musiał zacząć grać od nowa, ale się zdenerwowałem, muszę sobie herbaty zaparzyć. To nie jest namalowana na twarzy rana i ramię na temblaku umazanym czerwona farbą, i twarz pobrudzona, aby uzyskać stosowny efekt artystyczny. To nie jest zabawa dla małych i trochę większych chłopców i dziewczynek, w której wszyscy są bezpieczni i się uśmiechają, przebierają w panterki i hełmy, pozują do zdjęć i zostają bohaterami. I, oczywiście, przeżywają.

Wojna NIE jest śliczna, NIE jest kolorowa, jest straszna i smutna, boli, cuchnie krwią i palącymi się ciałami, niegojącymi się ranami i rozkładającymi zwłokami, i jest niewyobrażalnie brutalna. Jest brudna, niesie ze sobą cierpienie, głód, okrucieństwo. Niszczy i zabija. Nie ma w niej nic pięknego i nic wzniosłego. Nic ładnego, nic dobrego, nic wartego przeżycia. Ma bohaterów, ale nade wszystko ma ofiary – zagwałcone na śmierć dziewczyny, umierające z głodu dzieci, przypadkowo zastrzelonych, spalonych żywcem, torturowanych za nic, umierających w niewyobrażalnym cierpieniu z rozerwanymi wnętrznościami, którym nikt nie był w stanie udzielić pomocy – ofiary, które nie doczekają się zdjęć w podręcznikach historii, a tylko suchych wzmianek z podaną liczbą, która na nikim nie robi wrażenia. Niesie ze sobą pożogę, zniszczenie i śmierć, gruzy miast i gruzy indywidualnych losów, traumy i rany, których się nie da wyleczyć.

Jestem osobą, która uważa, że Powstanie Warszawskie nie tyle miało sens, co – że odniosło skutek. Podzielam zdanie Adama Krzemińskiego, że największym zwycięstwem Powstania było nauczenie nas, że NIE ZAWSZE WARTO. Że zawsze płaci się za patriotyczne zrywy, ale czasem PŁACI SIĘ ZA DUŻO. To jest, moim zdaniem, ta lekcja, którą Powstaniu Warszawskiemu zawdzięczamy wszyscy.

Pudrowanie go, posypywanie confetti, upupianie i kolorowanie, czyszczenie, ubieranie w odprasowane mundury i robienie z niego rodzinnej zabawy „narysuj na mapce, jaką drogą najlepiej dostarczyć pocztę polową” to jest robienie hurrapatriotycznej szopki z lekcji, że są rzeczy, do których nie wolno dopuszczać, aby nikt już nigdy nie pozwolił się przekonać, że prawdziwy patriotyzm to dać się zabić dla swojego kraju, a nie dla niego żyć.

Dlatego nigdy nie pozwolę ubrać żadnego z moich synów w hełm i panterkę, i żadnemu nie kupię komiksu o małych powstańcach ani gdy planszowej. Wiem, że prawdopodobnie i tak nie ominie ich okres myślenia „och, jakże chciałbym umrzeć za Polskę”, tak, jak i mnie nie ominął, ale nade wszystko chciałabym, żeby wiedzieli, choćby teoretycznie, że za Polskę nie tylko się umiera. Żeby mieli się czego uchwycić w chwili, gdy zaczną z umierania za Polskę wyrastać, a dorastać – do życia i pracowania dla niej.

I, tak, będę im mówić, pokazywać i uczyć, co znaczy naprawdę wojna, i czym się okupuje umieranie za Polskę.

Co roku 1 sierpnia o 17, gdy wyją syreny, zatrzymuję się na minutę w milczeniu.

Co roku w tej chwili myślę o małym Andrzeju, umarłym z głodu w ruinach.

Pewnie nikt inny go już nie wspomina. Nie wiem, czy żyje jego matka, nie wiem, czy miał braci i siostry, a jeśli miał – czy przeżyli. Wspominam go za nich wszystkich. Widzę jego twarz w twarzach moich dzieci, które miały szczęście urodzić się w szczęśliwych, bezpiecznych czasach.

Jego pamięci poświęcam ten tekst.

Jego – i pamięci tego, kim mógłby się stać, gdyby miał szansę dorosnąć.

Obrazą tej pamięci (i pamięci 200 tys. cywilnych mieszkańców Warszawy, którzy być może wcale nie sądzili, że słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę, ale nikt ich nie spytał o zdanie nim obrócił w perzynę ich los, los ich rodzin, ich domy i ich miasto) byłoby dla mnie przerobienie jego śmierci na komiks albo rekonstrukcję historyczną".


To jest tekst, który rok temu Królowa Matka napisała dla Grupy Desantowej  (robiąc przykrość akurat tym osobom, których tekst w ogóle nie dotyczy, i o których Królowa Matka, pisząc, myślała jako o przykładach na tezę przeciwną do tej o "głaskaniu się po ego", ale takie chyba jest zawsze ryzyko podobnych tekstów, niestety). Nie linkowała go na blogu, chyba nawet nie linkowała go na Facebooku, znają go zatem tylko ci Czytelnicy jej bloga, którzy czytywali również Desantową.

Odkąd zaś Desantowa zniknęła z internetów tekst kurzył się w wirtualnej szufladzie i Królowa Matka była pewna, że nigdy go z niej nie wyciągnie.

Oto, dlaczego zmieniła zdanie:


(zdjęcie wrzucone na FB przez osobę, która takiej, ekhm, dekoracji kawy nie zamawiała, dostała ją w niespodziewanym i jakoś nic a nic jej nie zachwycającym pakiecie wczoraj w kawiarni na Nowym Świecie),


("do każdej koszulki opaska", jak głosi reklama),


(czy każdy zauważył uśmiechniętego hitlerowca w gratisie?)

a nade wszystko i przede wszystkim

to, umajone hasłem "Czy wiesz, co robiły dzieci w czasie Powstania Warszawskiego?":



Drodzy Organizatorzy, genialne Głowy z Muzeum Powstania Warszawskiego, zwraca się do Was Królowa Matka w krótkich, żołnierskich słowach, pytając grzecznie (a nawet, zważywszy okoliczności, bardzo grzecznie):

CZY WAS JUŻ TOTALNIE PORĄBĄŁO?

Tak, Królowa Matka wie, co robiły dzieci w czasie Powstania.

Dzieci w czasie Powstania ginęły, masowo. Głodowały. Traciły rodziców i rodzeństwo, niejednokrotnie będąc świadkami ich śmierci. Chorowały i zostawały ranne, i nikt nie mógł im przynieść pomocy. Bały się.

 (UWAGA! Osoby o wrażliwości innej niż kierownictwo Muzeum nie powinny klikać w ten link. Nie powinny czytać tego artykułu, zwłaszcza przed snem. Niech im wystarczą poniższe cytaty. I zapewnienie, że wcale nie są najgorsze i najstraszliwsze).

"Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły.   Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500.

A tamta dziewuszka, która wyszła nagle z piwnicy, była chuda i niewysoka, jakieś 12 lat. Ubranko podarte, włosy rozczochrane. Z jednej strony my, z drugiej Polacy. Stała pod ścianą, nie wiedziała, gdzie uciec. Podniosła rączki, powiedziała: "Niś partizani". Machnąłem do niej, żeby się nie bała, żeby podeszła. Szła z rączkami do góry. W jednej coś ściskała. Była już blisko, padł strzał, główka jej odskoczyła. Z ręki wypadł kawałek chleba.

Naszą maskotką był kaleki chłopiec, też ze 12 lat. Stracił nogę, ale potrafił bardzo szybko skakać na drugiej. Był z tego bardzo dumny. Zawsze skakał wokół żołnierzy, w tą i z powrotem. Mówiliśmy, że to na szczęście. Trochę pomagał. Któregoś dnia zawołali go esesmani. Skoczył do nich chętnie. Śmiali się, kazali mu skakać w stronę drzew. Widziałem z daleka, jak wsuwają mu dwa granaty do torby. Nie zauważył. Skakał, a oni się śmiali: "Schneller, schneller!" (szybciej, szybciej). Wyleciał w powietrze".

To właśnie robiły dzieci w czasie Powstania.

A teraz, czego Królowa Matka nie wie.

Nie wie, jak ma wyjaśnić swoim dzieciom, co naprawdę robiły dzieci w czasie Powstania, skoro Muzeum Powstania Warszawskiego, powołane wszak do pochylania się nad zbiorową duszą Polaków, organizuje z okazji rocznicy radosną imprezę plenerową, a z reklamującego ją plakatu wyraźnie wynika, że dzieci w czasie Powstania świetnie się bawiły, przyjmując zrzuty, gasząc pożary i strzelając sobie selfie na tle namiotów z balonikami. 

Nie wie, jak ma je uczyć, że wojna jest potworna, straszna i nigdy nie wynika z niej nic dobrego, że nie wolno się bawić w wojnę, bo wojna nie ma w sobie nic z zabawy, skoro instytucja, czująca się bardzo dobrze w roli depozytariusza Jedynego Właściwego Wzorca Patriotyzmu Polaków robi z okazji 70-tej rocznicy Powstania rodzinny piknik.

Skoro w sklepach stoją sobie klocki z uśmiechniętym powstańcem w płonącym domu i z uśmiechniętym niemieckim żołnierzem z podniesionymi rękami.

Królowa Matka spodziewała się wysypu inicjatyw w jej odbiorze obraźliwych przy okazji okrągłej rocznicy Powstania już rok temu. I już rok temu obiecała sobie, że się nie odezwie. I nie wie, czemu się odzywa, naprawdę. Zupełnie co innego chciała napisać, post miał dotyczyć raczej różnych dróg do budowania tożsamości narodowej i, co ciekawe, miał być właśnie na kontrze do  tezy, której MPW wydaje się być zaprzysięgłym propagatorem, że jest tylko jeden obowiązkowy wzór patriotyzmu, tylko jedna droga do tożsamości, tylko jedna, właściwa postawa, ta, którą MPW strzeże i hołubi; podczas gdy ona sama uważa (a wręcz jest na to żywym przykładem), że otóż niekoniecznie.

I o tym miało być, że Królowa Matka naprawdę rozumie warszawiaków, serio, bo to jest ich powstanie i ich ukształtowało, a nie jest to wydarzenie, które mogłoby się NIE odcisnąć i NIE ukształtować, nawet Królowa Matka, torunianka z dziada pradziada i babci prababci, ma w rodzinie ofiarę powstania, choć jej związki z Warszawą są więcej niż luźne, więc co dopiero ci, co całe rodziny w stolicy mieli, jak mieliby się uwolnić od traumy utraty rodzin i domów, i rodzinnego miasta w zaledwie siedemdziesiąt lat.

Ale jest w niej olbrzymi sprzeciw wobec uogólniania tego doświadczenia na resztę narodu, w dodatku (rodowici warszawiacy mogą tego tak nie widzieć, ale tak jest, Królowa Matka to mówi jako doświadczona mieszkanka prowincji) wartościowania z pozycji "lepszości" - ""warszawiacy są lepsi, bo dali sobie w imię miłości ojczyzny wyburzyć stolicę, a ci krakowiacy... ci torunianie... co to za wojna była, to tylko Gubernia (autentyczny argument przeczytany w jednej dyskusji, żeby nie było)... tylko Kresy... tylko Mazury... tylko Śląsk... Mazury i Śląsk to w ogóle nie wiadomo, czy Polacy... i stoją ich miasta? Stoją, znaczy, ich doświadczenie się nie liczy".

I jeszcze o tym, że fakt, że się inne doświadczenia zaczynają przebijać do dyskursu Królowa Matka uważa za wielkie osiągnięcie, naprawdę, najwyższy już czas, chociaż od czasu wspomnianych w powyższym linku do "Polityki" kolonii Adama Krzemińskiego ("jakie to powstanie lokalne") do czasu kolonii Królowej Matki ("jak oni mieli dobrze, ci w Warszawie, mogli zginąć w powstaniu!") wiele uczyniono, by był to dyskurs niezwykle wręcz trudny.


O tym miało być.

Ale nie będzie.

Bo jakoś Królowej Matce witki opadły, i chęć dyskusji sklęsła, a wewnątrz ma niesmak i smutek, i poczucie, że i tak nikt, nikt jej nie zrozumie. 


PS.

Królowa Matka poczuła się w obowiązku dokonania peesu, korespondencja z Czytelnikami bowiem uświadomiła jej, że pewne kwestie w jej wpisie są niejasne.

Post NIE JEST próbą oceny Powstania Warszawskiego. Oceniać Powstańców w życiu by się nie ośmieliła, do oceny dowódców nie ma ani kwalifikacji, ani powołania, ani, owszem, odwagi.

Post jest wyrazem sprzeciwu wobec robienia z Powstania radosnego rodzinnego pikniku, sprzedawania go na koszulkach, i robienia z niego komercyjnych oraz niejednokrotnie rozrywkowych przedsięwzięć przy jednoczesnej skłonności do oceniania osób (oraz ich rodziców, dziadków i pradziadków, do siódmego pokolenia), których idea czczenia Powstania za pomocą wypicia latte z kotwicą, wytatuowania sobie Małego Powstańca i/lub wrzucenia na Facebooka selfie z imprezy "Podwórkowi Powstańcy" nie porywa, gorszy albo oburza, jako "nieprawdziwych Polaków" i nie-patriotów oraz obcy element, który plwa na polskość.

niedziela, 27 lipca 2014

O potędze genów (i nie tylko)

Scenka rodzajowa.

Czas akcji - wczesne popołudnie w Domu w Dziczy.

Dramatis personæ -

  • Pompony (właśnie odbywające swoją drzemkę, co całą resztę rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem Królowej Matki, wprawia w stan bliski ekstazy).
  • Królowa Matka (w stanie bliskim ekstazy szydełkująca sobie chustę z lnu i jednym okiem rzucająca w ekran, na którym właśnie leci kolejna - ale czy dobra może być zbyt wiele? - powtórka "Chirurgów").
  • Potomki Starsze (grające w Minecrafta na komóreczce Potomka Starszego, a zatem nieobecne dla świata).
  • Pani W Telewizorku (starająca się zareklamować ciasteczka z nadzieniem czekoladowym, jak się wkrótce okaże, całkowicie bezskutecznie).
Pani W Telewizorku (z dyskretną elegancją) - Czy już ci mówiłam, co się dzieje, gdy naciskam ciasteczko z nadzieniem czekoladowym FirmyX?
Potomek Młodszy (nie odrywając ani na sekundę wzroku od ekranu komóreczki, z całkowitą obojętnością) - Nic.
Pani W Telewizorku (nie poddając się) - ... gdy naciskam tutaj ptaki śpiewają... gdy naciskam tu - kwiaty tańczą...
Potomek Starszy (stoicko i również nawet na sekundę nie odrywając się od gry) - ... a gdy naciśniesz tutaj uświnisz się cała płynną czekoladą?...

Zaprawdę, są dni, gdy Królowa Matka upewnia się, że jednak nikt jej dzieci nie podmienił w szpitalu :).

poniedziałek, 21 lipca 2014

Love is in the air (oraz o Bólu Istnienia)

Pompony dorosły, Kochani Czytelnicy (chlip, chlip, Królowa Matka ma już dużych synusiów, i nie będzie miała nowych!) i otrzymali własny pokój, odziedziczony po Potomkach Starszych, którzy otrzymali sypialnię odziedziczoną po Rodzicielach, którzy zajęli największy pokój, do tej pory pełniący rolę "pokoju na żelazko", czyli, innymi słowy, graciarni i rupieciarni, w której składowano wszystko, co się jeszcze może przydać, nieposortowane pranie, posortowane prasowanie i inne takie.

W związku z tym w Domu w Dziczy od tygodnia panuje przemieszanie z poplątaniem, przenoszenie mebli, malowanie ścian, dokupowanie nowych mebli, pozbywanie się starych, wyrzucanie całej góry na pół zdezelowanych zabawek oraz drugiej góry - ubrań z serii "o, popatrz, mam taką sukienkę, ale chyba jej nie potrzebuję, skoro przez trzy ostatnie lata leżała na dnie szafy, a ja nie odczuwałam wewnętrznej pustki w życiu!" oraz wyjaśnianie Pomponom, gdzie teraz jest czyj pokoik.

Pompon Starszy (niespokojnie) - Tu będziemy tejaz spać? W pokoju chopaków?
Królowa Matka - To już nie jest pokój chłopaków. Twoi bracia teraz dostali pokój obok, a ten pokoik jest wasz.
Pompon Starszy - Nas pokój? Z Tosiem?
Królowa Matka - Tak, to jest wasz wspólny pokój, Tosia i twój.
Pompon Starszy (docieka) - A ty, mama, i tata, tez będziecie tu spać?
Królowa Matka - Nie, my będziemy teraz spać w dużym pokoju, tym z balkonem.
Pompon Starszy - W duzim łuziecku? Jazem? Siami?
Królowa Matka - Tak, razem, sami.
Pompon Starszy (pobłażliwie) - Ach, no tak, bo wy się kochacie...

Piątek, Pan Małżonek powrócił z pracy i cała Rodzina wybiera sie na zakupy, ale przedtem Pan Małżonek i Królowa Matka zaliczają obowiązkowe Czułe Powitanie i padają sobie w objęcia.

Pompon Młodszy (po dłuższej - według własnej miary - chwili sterczenia u kolan Tonących W Objęciach Rodziców, zniecierpliwiony) - No, nie kochajcie sie juz, tseba mi załozić buciki!!!

Z ostatniej chwili, żeby nie było tak różowo, i rozkosznie, i w ogóle:

Pompon Młodszy (z ciężkim westchnieniem) - Ach, mama, bajdzo jestem zmęciony!
Królowa Matka (z nutą niedowierzania) - O tak wczesnym poranku, już zmeczony, i czymże, ach, czym?
Pompon Młodszy (mrocznie) - Jesteniem!

Tak, to jest ból, który Królowa Matka dobrze rozumie :)...

środa, 16 lipca 2014

A tymczasem w Domu w Dziczy kwitnie...

... kreatywna polszczyzna Pomponów.

A bujnie kwitnie, im więcej ma Królowa Matka dzieci, tym bardziej dostrzega przebłysk geniuszu w opinii profesora Miodka, że dorośli mówią po polsku (przeważnie) poprawnie, a dzieci - logicznie.

Bo weźmy taki czasownik "być", odmieniany zaprawdę idiotycznie - ja jestem, ty jesteś, on, ona jest. My jesteśmy, wy jesteście, oni...

No właśnie, nie żadne "są" przecież! "Są" jest kompletnie pozbawione sensu, logiczna i oczywista dla każdego, komu chciałoby się pomyśleć zamiast mechanicznie klepać, czego go nauczono jest wersja Pompona Starszego, a mianowicie -

"Oni jezą".

Wskutek czego Pompon Starszy sieje zdaniami typu: "Gdzie moje braty ("braty" to jest też logiczna odmiana, zauważyłeś, Czytelniku, prawda?), oni jezą na gózie?",

albo - ponieważ odmieniany twórczo czasownik występować może wszak w różnych czasach - "Kama jezła dziś dobra, ale Puma jezła zła i uciekła z domu!!!", lub też, obserwując przez okno Potomki Starsze, oblewane w sąsiednim ogródku strumieniami wody przez Dzieci Sąsiadów, smutno: "A ja nigdy nie izłem u siadów...".

I tylko trzeba widzieć minę osoby nieuświadomionej w kwestii logicznej odmiany czasowników, jak próbuje zrozumieć, co Pompon Starszy mówi - leżą? lezą? polazła? Cóś na bakier z logiką jest naród, Królowa Matka wam to mówi!

Pompon Starszy pozostaje zresztą Mistrzem Polszczyzny Kreatywnej w Domu w Dziczy, jak milczał, to milczał, jak się odezwał, to się nie zamyka (Królowa Matka wiedziała, że tak będzie) i stosuje z upodobaniem polszczyznę wyłacznie logiczną, ku zgnębieniu rozmówców.

Pompon Starszy (wpatruje się w zęby Dziadkowi, który spożywa na obiad jakieś udko jakiegoś biednego kurczątka).
Dziadek - Co, żuku? Miałbyś chęć poobgryzać kosteczkę?
Pompon Starszy (z oburzeniem) - Ja nigdy nie jem kościów!!! Pieski ją kości!!!

Pompon Młodszy też  bywa logiczny... :

Pompon Młodszy (z zachwytem, podczas spaceru) - Mama, pats, jaka ładna djoga! Ile na niej kamieniów!
Królowa Matka (sprostowuje) - To nie są kamienie, to cegły...
Pompon Mlodszy (poprawiając się posłusznie) - Ile cegł!

... oraz kreatywny:

Królowa Matka (starając się nie wrzeszczeć tak od razu na Kochane Pacholątko już-już zamierzające zanurzyć w wiadrze z wodą oprócz ramion także głowę, przez zęby) - Synu, ja cię proszę, wyjdź z tego wiadra...
Pompon Młodszy (wyjaśniająco) - Mama, ja chciałem olać twoje kwiatki!

Poza polszczyzną Pomponów kwitnie też

złoto- i srebrnotwórstwo słowno-skojarzeniowe całej Piekielnej Czwóreczki, niegdyś, w niewinnych czasach, zwanej Bandą Czworga.

Pompon Młodszy (zdecydowanym ruchem kładąc na kolanach Królowej Matki chudą i długą kończynę dolną, krótko) - Co to?
Królowa Matka (ostrożnie, bo w wypadku Pompona Młodszego, dziecka o żywej wyobraźni każda odpowiedź może okazać się niewłaściwa) - No... chyba... noga...?
Pompon Młodszy (akceptując wypowiedź) - No. (rozkazująco) A teraz całuj!

Pan Małżonek (rozciąga się jak długi na dywanie, z jękiem prostując obolaly kręgosłup, co widząc Potomek Starszy natychmiast włazi mu na plecy).
Pan Małżonek (charczy) - Hy... arrrgh.. ech... złaź, ty stary byku, ciężko mi!!!
Potomek Starszy (stoicko, nie ruszając się ni o centymetr) - Mi też wiele razy w życiu było ciężko...

Panienka Od Nawigacji Samochodowej (głosem zawodowo grzecznym) - Za trzysta metrów skręć łagodnie w lewo. Za sto metrów skręć łagodnie w lewo...
Pompon Starszy (z mściwym rechotem) - A właśnie, ze nie skjęcimy w jewo, cha, cha, cha, no i co nam zjobisz!!!

Pan Małżonek (do Królowej Matki, w sposób pozbawiony szacunku, ale no kompletnie) - I pewnie znowu nic na śniadanie nie jadłaś, chudzielcu?
Potomek Młodszy (z oburzeniem) - Nie mów tak! Nie wolno tak mówić do mamy! Mama nie jest żadnych chudzielcem! Mama jest najgrubsza w świecie!!!

No to teraz już wiesz, Kochany Czytelniku :D.

Potomek Młodszy (wpatrując się w lecące właśnie "Jak wytresować smoka", z rozmarzeniem) - Szczerbatek


to jest zupełnie jak Puma, prawda, mamusiu?...


(po dojrzałym namyśle) Tylko, że jest smokiem. (po jeszcze dojrzalszym namyśle) I jest miły...

No faktycznie, żywcem Puma...

Z ostatniej chwili:

Pompon Młodszy - Mamo, moziemy iść do tym oglódku?
Królowa Matka (raczej nieuważnie) - Teraz nie, bo właśnie piszę... Jak napiszę, to wyjdziemy, i od razu zaznaczę, że im więcej rzeczy będziecie ode mnie chcieli, tym później wyjdziemy, więc, sami rozumiecie, nie zaczepiać, nie przeszkadzać, nie zadawać pytań, to zaraz skończę...
Pompon Młodszy (kategorycznie) - Mas tsy minuty!

Sam więc rozumiesz, Czytelniku, że tu Królowa Matka musi przerwać.

Czas się jej skończył :).

sobota, 5 lipca 2014

Wielki Finał

No więc tak, Czytelniku. Dziś uwolnisz się wreszcie od Królowej Matki i jej słowotoku. Oto nadszedł dzień, w którym odpowiedzieć należy na ostatnie pytanie Wyzwania, a mianowicie

Twoja książka wszech czasów

I wcale Królowa Matka nie twierdzi, że jej odpowiedź będzie... jedyną możliwą. O wielu książkach nie wspomniała przez te trzydzieści (i trochę) dni, wiele nie mieściło się w konwencji Wyzwania, wiele nie pasowało do żadnego z zadań, odpowiadając na wiele pytań musiała się Królowa Matka ograniczać, żeby jej się posty nie rozrosły do monstrualnych rozmiarów. Więc i w tym wypadku nie będzie to może książka jedna-jedyna. Tylko ta, żadna inna. 

Ale będzie to na pewno książka, której zabraknąć w tym zestawie po prostu nie mogło.

„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli.”

i już wszystko jasne, Drogi Czytelniku, prawda?

Książka, w której wszystko jest idealne -



napisała Królowa Matka i się zawiesiła.

Każdy, kto "Mistrza i Małgorzatę" czytał wie, dlaczego. Nikt, kto nie czytał - nie zrozumie. Bo jak wyjaśnić komuś, kto jej nie czytał, czystą magię. Jak wyjaśnić doskonałość. Jak choćby tylko opowiedzieć, o czym ta książka jest?

Przecież jest o wszystkim. Jest satyrą i rozprawą filozoficzną. Jest opowieścią o miłości i dramatem psychologicznym. Groteską, powieścią obyczajową, fantastyczną, kryminałem, medytacją religijną. Demaskatorską opowieścią o Rosji Radzieckiej i zastraszonym społeczeństwie. O świecie totalitarnym, pełnym absurdu, tak strasznym, że aż fantastycznym. Perfekcyjną analizą mechanizmów rodzenia się i utrwalania dyktatury. Wszystkim naraz. Wszystkim po trochu. I to "wszystko na raz" przenika się i uzupełnia, splata jak nici wątku i osnowy w bezcennym, ręcznie tkanym kilimie. Każde słowo na swoim miejscu. Każde słowo po coś.

To jest dopiero rzecz, której nie sposób zekranizować, na pewno nie dla takiej fanatyczki jak Królowa Matka! Wszystkie ekranizacje widziała - żadnej nie lubiła, najlepsze zaledwie tolerowała. Żaden Woland nie dorastał do pięt temu, który króluje w jej wyobraźni, oczyma żadnego Asasella nie spoglądał demon bezwodnej pustyni, a już o Behemocie to nawet mówić szkoda, żadna Małgorzata nie stawała się wiedźmą tak, jak powinna, a każdy Mistrz był nazbyt bezbarwny.

I tak jest dobrze. Nie należy psuć tej książki filmowaniem jej. Nie należy też psuć jej wciąganiem na listę lektur i zaoszczędzić biednemu Bułhakowowi wniosków typu "Nie rozumiem kompletnie fenomenu „Mistrza i Małgorzaty”, nie wiem dlaczego wywołuje taki zachwyt i nie mam pojęcia dlaczego nazywana jest arcydziełem literatury", "Nie polecam, chyba, że ktoś cierpli na nadmiar wolnego czasu lub tęskni za uczuciem chaosu i niezrozumienia", "Niektórym powinno się zabronić pisania książek. Zdecydowanie" i ubolewania nad tym, że "Jeszcze więcej niż nazwisk było tam scen"- co do Królowej Matki, to przez całe liceum drżała ona, że jej polonistce wpadnie do głowy wyciągnąć "Mistrza i Małgorzatę" z listy lektur nadobowiązkowych i dokonać na niej mordu, przycinając ją i ograniczając do ciasnych norm "wniosków z lektury", w jej wypadku BARDZO ciasnych i wyłącznie takich, jakie dopuszczały opracowania dla nauczycieli. A tak się z "Mistrzem i Małgorzatą" nie da. To jest książka, którą każdy za co innego kocha, co innego w niej widzi i inny wątek uważa za najważniejszy.

To jest powieść, którą należy czytać, cieszyć się nią i zastanawiać nad nią, nauczyć się dla niej rosyjskiego, a jak się zna - biegać po wszystkich księgarniach językowych w poszukiwaniu wersji oryginalnej (żeby móc sprawdzić, czy magia nie ucieknie, bo że jeszcze wzrośnie nie sposób sobie wyobrazić), tak jak to chyba dziesięć już lat temu czyniła Królowa Matka ( w tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla EMPiKu w Krakowie!).

Perła w literackiej koronie świata.

***

I tym (magicznym) akcentem kończy Królowa Matka Wyzwanie Literackie, Kochany Czytelniku, i da Ci teraz od siebie dłuższą chwilę odpocząć.

Ale przeglądając internety trafiła na coś takiego:


Ktoś jest chętny ;)?



czwartek, 3 lipca 2014

Krótko i nie tylko na temat

Zbliżamy się do końca Wyzwania i ręka do góry, kto sądził, że się Królowej Matce nie uda (tu Królowa Matka podskakuje z palcem wyciągniętym ku górze i osiołkowym "ja! ja! ja! mnie wybierz!" na ustach).

Ktokolwiek to był, miał w sumie racje, bowiem mamy dziś 3 lipca, jutro tekstu nie będzie, woli to Królowa Matka zastrzec od razu, jedzie bowiem z samego rana do Gdańska, wraca wieczorem w stanie zużycia całkowitego, jak mniema, i na pisanie nie będzie miała sily, tak więc ostatecznie skończy Wyzwanie z czterodniową obsuwą.

Więc aby osuwa nie zrobiła się większa Królowa Matka spieszy odpowiedzieć na przedostatnie pytanie Wyzwania, które brzmi:

Książka, której wszyscy nienawidzą, a ty kochasz

i to odpowiedzieć krótko i zdecydowanie - takiej książki nie ma.

Królowa Matka ma na myśli - w ogole nie ma. Taka książka, którą ktoś kocha, a reszta świata nienawidzi, po prostu nie istnieje. Oczywiście Królowa Matka zdaje sobie sprawe, że to "wszyscy" w pytaniu to jest przenośnia, od razu powinni być wzięci w nawias albo zamiast "wszyscy" powinna być "większość"; ale nawet i wtedy by nie umiała odpowiedzieć. Wystarczy spojrzeć na komentarze pod jej postem o "Nad Niemnem" - napisała o lekturze, jednej z tych mniej popularnych, i natychmiast i w sporym wyborze odezwały się osoby (z pewnością nie wszystkie), które bardzo ją lubią. To samo byłoby, gdyby Królowa Matka napisala w tym poście o "Panu Tadeuszu", "Zmierzchu" (który uważała za jedną z najbardziej koszmarnych rzeczy, jakie czytała, i dopiero przez porównanie z "50 twarzami Grey'a" znalazła w nim dobre stony - a przecież nie brak mu zagorzałych wielbicielek. Podobnie jak Grey'owi) albo "Nadziei" Katarzyny Michalak.

Książki, która nie podoba się wszystkim nie ma.

Książki, która podoba się wszystkim nie ma.

Więc i pisać o czym nie ma.

*****

A poza tym, poza tym są wakacje, Potomki Starsze wyjechane na Mazury i Królowa Matka i Pan Małżonek mogą udawać, że mają tylko dwoje dzieci.

Wieczorem siedzą w ogrodzie, tak ja co dzień, Królowa Matka układa kwadraty granny square i przypatruje się im, przechylając głowę.

Królowa Matka - Popatrz, chcę zrobić takie coś... tyle, że nie wiem, czy taki rozmiar wystarczy, czy lepszy byłby większy... jak myślisz? (ponaglająco, bo Pan Małżonek milczy) No? Jak uważasz, takie czy większe?
Pan Małżonek (ostrożnie) - Boję się, że jeśli powiem, ze większe, natychmiast będziesz chciała znowu kupić jakąś włóczkę...



Pompony biegają wokół ogrodu, Pompon Starszy goni Pompona Młodszego, Pompon Młodszy ucieka, tuląc do łona piłke futbolową i wrzeszcząc: "Jatunku, jatunku, to moje dziecko, chca mi odebjać moje dziecko!!!".

Po chwili już w najlepszej zgodzie siedzą w piaskownicy, zapomniana piłka ukrywa się gdzieś pod drzewem, a one przeszczęśliwe, bowiem znalazly sobie doskonałą zabawę - Pompon Młodszy siedzi, a nad nim stoi Pompon Starszy i powoli, z namaszczeniem, bardzo starannie sypie mu na głowę piasek. Wiaderkami.

Słowem, życie toczy się nie bacząc na to, czy i co pisze Królowa Matka na swym blogu :).