niedziela, 19 października 2014

Horoskop prawdę ci powie

Królowa Matka (czyta horoskop Potomka Starszego, natrząsając się nad przeróżnymi autorytatywnymi stwierdzeniami typu "w ten sposób może znaleźć ujście jego nadzwyczajna pracowitość, wręcz pracoholizm") - "... Skorpion do szczęścia potrzebuje przede wszystkim wroga..."

Potomek Młodszy (radośnie) - O, tak, gdyby mnie nie miał byłby cały czas kompletnie nieszczęśliwy!!!

I tak uczynny Potomek Młodszy uszczęśliwia Braciszka już od siedmiu lat :), w związku z którą to rocznicą Królowa Matka przebywa w tkliwym nastroju "a pamiętasz, zaledwie chwilę temu tak mnie kopnął, że przez brzuch było widać jego nogę, od kolana do stopy..." (Królowa Matka wie, że Pan Małżonek nie pamięta, nie było go przy tym, pamiętać to może Matka Królowej Matki, która ją wachlowała i podawała drżącą dłonią wodę do popicia, jak Królowa Matkę zatchnęło, a taki kopniak zatyka człowieka na amen i boli, choćby nie wiem jak tkliwie wspominało się go siedem lat później), "a pamiętasz, jaki był śliczny?" (tu wszyscy słuchacze, bo wszak nie rozmówcy, robią uprzejme miny i zaczynają błądzić wzrokiem po okolicy, starannie omijając rozanieloną twarz Królowej Matki, bowiem oni pamiętają policzki a la buldog z wystającym spośród nich nosem, i fałdy godne utytułowanego triumfatora wszelkich psich wystaw psa rasy shar-pei, podczas gdy Królowa Matka pamięta te najpiękniejsze na świecie usta, cudowne usta, żadne z jej dzieci takich nie miało, i skórę gładką jak aksamit o odcieniu muśniętej słońcem brzoskwini, i te idealne stópki, na których - pomyślała w popłochu Królowa Matka - on chyba nigdy nie stanie, takie były maleńkie, i - zwłaszcza - to triumfalne cztery i pół kilo, to odczarowanie kilograma, z którym przyszedł na świat Potomek Starszy; wszystko to zresztą Potomek Młodszy nadal ma, i tę brzoskwiniową skórę, i kształtne stopy modela reklamującego sandały, i usta, a kilogramów ma nawet więcej niż tylko cztery i pół, plus firany rzęs, których w dniu narodzin nie posiadał praktycznie wcale), "a pamiętasz, jak jechałeś w środku nocy do szpitala drogą, która akurat była remontowana i zamknięta dla ruchu z różnymi niecenzuralnymi słowy na ustach?" (tak, to Pan Małżonek pamiętał),

i tak nurzając się w tkliwych, a nawet ckliwych czasami wspomnieniach (tak, Królowa Matka też tak czasem miewa) produkowała ona zamówione przez Jubilata ciasto z pająkami,




produkcja których staje się powoli nową, świecka tradycją, oraz ciasteczka, które zamiast tradycyjnych cukierków zaniesie jutro do szkoły Potomek Młodszy



i myślała sobie, że wroga to niekoniecznie, ale Potomka Młodszego do szczęścia to i ona potrzebuje.

Li i jedynie :).

niedziela, 12 października 2014

Wpis historyczny (kolejnego podobnego nie będzie do końca istnienia tego bloga, i dłużej)

Królowa Matka - Wygraliśmy z Niemcami?
Pan Małżonek - Tak.
Królowa Matka - Wygraliśmy z Niemcami?
Pan Małżonek (cierpliwie) - Tak. Dwa : zero.
Królowa Matka - Ale... jak to? Wygraliśmy z Niemcami?
Pan Małżonek (ciągle cierpliwie) - No tak, Błaszczykowski był...
Królowa Matka (bezradnie) - Ale ja nie bardzo rozumiem, co ty do mnie mówisz. Wygraliśmy? Z Niemcami?
Pan Małżonek (z deczka jednak tracąc cierpliwość) - No tak, dziś nie 1 kwietnia, więc chyba tak.
Królowa Matka (próbując osadzić w utartych koleinach świat, który zna, i w którym czuje się bezpiecznie) - Ale my? Wygraliśmy? Z Niemcami?
Pan Małżonek - Tak, my. Dwa : zero wygraliśmy.
Królowa Matka (bardziej bezradnie) - Czekaj, chwila, ale że my? Z Niemcami?
Pan Małżonek (zrezygnowany) - No, my.
Królowa Matka (z nadzieją) - Ale oni wystawili tylko rezerwowych?
Pan Małżonek - Nie.
Królowa Matka - I wygraliśmy?
Pan Małżonek - Tak.
Królowa Matka - Ale... że z Niemcami?
Pan Małżonek (milczy).


Słuchajcie...

Wygraliśmy z Niemcami?

A może (z rosnącą nadzieją) Niemcy mieli po prostu gorsze kolana...

Źródło

 ... a sędziowały kobiety w szale lubieżności?

No bo, że my...?

Z Niemcami?

sobota, 11 października 2014

O lekturach szkolnych odczytanych na nowo (część pierwsza i nie ostatnia)

Jako mamusia dzieciątek w wieku szkolnym Królowa Matka bywa zmuszana do ponownego zgłębienia treści lektur z kanonu, który zdaniem Ministerstwa Edukacji znać powinien każdy szanujący się absolwent podstawówki. Niektórych po dwa razy, bowiem Potomek Starszy właśnie przerabia to, co wstępnie miał przerabiać dwa lata temu.

Albo i cztery, co nastąpi w przyszłości, gdy do przerabiania lektur dorosną po kolei pozostali Potomkowie.

Nie jest to wielkie poświęcenie, bo czytanie znajduje się bardzo wysoko na liście tych czynności, które Królowa Matka poważa, i któremu oddaje się bez sprzeciwów dla wytchnienia, sprawienia sobie przyjemności i cieszenia się chwilą tylko dla siebie, a czytanie lektur własnego dzieciństwa niesie ze sobą dodatkową przyjemność podróży w czasie, do dawnych wzruszeń i dawnych zachwyceń.

Chociaż niesie ze sobą także ryzyko, że kraina dawnych zachwyceń okaże się mniejsza, brzydsza i zupełnie inna niż ta, którą się przechowywało w pamięci.

Właśnie do zupełnie innej niż ta zapamiętana z dzieciństwa krainy trafiła Królowa Matka wspomniane dwa lata temu, odświeżając sobie „Pinokia” Carlo Collodi, rzecz znaną, jak się jej wydawało, po prostu na wylot.

Powstał wówczas tekst dla Grupy Desantowej, w którym Królowa Matka sobie ulała i wyrzuciła "Pinokia" z pamięci, wzdrygając się niechętnie na samo wspomnienie.

Po czym minęły kolejne dwa lata, Potomek Starszy rozpoczął edukację w klasie czwartej i okazało się, że "Pinokio" figuruje (ponownie, tym razem w wersji pełnej, nie we fragmentach) na liście lektur.

"A takiego! - pomyślała Królowa Matka mściwie. - Nie będę tego czytać, a już na pewno NIE BĘDĘ KOMENTOWAĆ!" (bowiem Królowa Matka jest świadoma faktu, że żywi liczne i niekoniecznie wygodne poglądy na różne niewygodne sprawy, a wolałaby nie infekować nimi Potomków. Niech sobie same dochodzą do własnych wniosków). A poza tym żywiła nadzieję (możemy to zrzucić na karb jej nieopanowanie optymistycznej natury), że może po tych prawie 140 latach, które upłynęły od napisania dzieła, omawia się je w szkole jakoś inaczej.

I, oczywiście, okazało się, że figa z makiem. Przeglądając zeszyty Potomka Starszego Królowa Matka czytała charakterystykę Pinokia, tego niewdzięcznego, nieposłusznego, niegrzecznego, niedobrego, nie-co-tam-sobie-chcesz, Kochany Czytelniku, pajaca, i wrogi bulgot rósł jej w gardle, a na własnym języku musiała wręcz siadać, tak bardzo usiłowały jej się wyrwać z ust przeróżne, niekoniecznie wyrażane piękną, literacką polszczyzną opinie o twórcy dzieła i jego literackiej kreacji.

Na szczęście ma bloga. Blogunia. Blogaska. Tu może sobie bulgotać bez przeszkód! 

I zamierza skorzystać z tego prawa.

Każdy zna historię Pinokia, prawda? Historię pajacyka, wystruganego z kawałka śmiejącego się drewna, który potem – zbaczając z drogi do szkoły – wplątuje się w liczne kłopoty, spotyka na swojej drodze złego Lisa i Kota oraz dobra Wróżkę o Błękitnych Włosach, zostaje połknięty przez wieloryba, potem zamieniony w osła, aby wreszcie, po odebraniu wszelkich nauk, jakich może udzielić życie, po zrozumieniu, co jest dobre, a co złe, w nagrodę stać się prawdziwym chłopcem.

I otóż w trakcie zagłębiania się w tę historię po raz któryś tam okazało się, że mamusie mają na przygody Pinokia oraz na niego samego zupełnie inny pogląd, niż miały go małe dziewczynki.

Małe dziewczynki widziały pajacyka, który był niegrzeczny. Wszystko robił źle. Oszukiwał, nie dzielił się jedzeniem z tatusiem. Lenił się. Nie chciał pracować. Nie chciał chodzić do szkoły. Kłamał. Przywłaszczał sobie pieniądze. Włóczył się w nieodpowiednim towarzystwie. Słowem, był bardzo, bardzo, BARDZO niegrzeczny i wszystkie złe rzeczy, które go w związku z tym spotkały, były słuszną karą. A gdy już kara zadziałała, Pinokio się poprawił i został dobrym pajacykiem słusznie został nagrodzony.

Mamusie zaś (no, ta konkretna mamusia) ujrzały dziecko, które zostało rzucone w świat bez najmniejszych wcześniejszych prób objaśnienia mu tego świata, ale za to z bagażem oczekiwań, nie spełnienie których skutkuje okrutną nieraz karą.

Królowa Matka nigdy nie lubiła słowa „niegrzeczny”, bo brzmiało w jej uszach raczej jak „nie dość dobrze wytresowany”, i Pinokio dobitnie jej uświadomił, że owszem, nader często właśnie to oznacza.

Pinokio nie jest niegrzeczny. Nie jest niegrzeczny, gdy zjada wszystko, co było w domu, na kolację i nie zastanawia się, że nic nie zostawia swojemu ojcu. Nie jest niegrzeczny, gdy zamiast do szkoły trafia na przedstawienie teatru marionetek, kupując bilet za sprzedany wcześniej elementarz. Nie jest niegrzeczny, gdy godzi się towarzyszyć Lisowi i Kotu, i daje im się okraść z pieniędzy, które miał zanieść ojcu. Nie jest niegrzeczny, gdy okłamuje Wróżkę O Błękitnych Włosach, ani wtedy, gdy zamiast do szkoły jedzie z kolegą do Krainy Zabawek.

On po prostu nie wie, że jedzeniem należy się dzielić – skąd ma to wiedzieć? Ma przecież dzień! Jak można wymagać wiedzy na temat właściwego postępowania od kogoś w rodzaju noworodka? Nie wie, że nie należy chodzić z nieznajomymi osobami, nikt mu tego nie powiedział. A z Kotem i Lisem idzie w (dziecinnej, ale przecież podjętej z kochającego serca) nadziei, ze pomnoży pieniądze i będzie mógł uczynić swojego tatę bogatym. Tego, że są na świecie osoby, które dla realizacji swoich zamiarów skłonne są kłamać i oszukiwać też mu nikt nie powiedział. I że kłamać nie wolno także nie. 

Królowa Matka założy się o wszystko, że gdyby ktoś powiedział Pomponowi Młodszemu (lub Starszemu), że zna miejsce, w którym zakopany pieniążek wyrośnie w obsypany pieniędzmi krzew, Pompon Młodszy (i Starszy) by uwierzył. Pompony mają trzy i pół roku. Emocjonalnie, oceniając tak na oko, Pinokio ma tyle samo. Dzieci wierzą. Dzieci, które nigdy nie miały okazji, by się rozczarować i doznać zawodu, wierzą tym bardziej. Nie mają żadnego powodu, by nie wierzyć komuś, kto jest dla nich miły.

A jeśli chodzi o przedłożenie wyjazdu do Krainy Zabawek ponad siedzenie w szkolnej ławce i pilną naukę to, cóż, wyznać Królowa Matka musi, że też niespecjalnie ją ono dziwi. Gdyby miało stanowić pierwszy krok do stania się osłem jej najstarszemu dziecku powinny już zacząć kiełkować ośle uszka.

Ale mimo tego, że Pinokio niegrzeczny nie jest, wszyscy mu to powtarzają. Wszyscy mówią mu, co powinien robić jako „grzeczny pajac”, ale nikt nie zadaje sobie trudu – nikomu chyba nawet nie przychodzi to do głowy, - aby wytłumaczyć mu, czemu. Czemu ma się zachować tak, a nie inaczej. Które z jego zachowań jest niebezpieczne, które sprawia komuś ból, które może się źle dla niego skończyć. I dlaczego.

Królowa Matka podjęła próbę, by sobie to wyobrazić  – siebie samą, rzuconą w jakiś dziwny świat, w którym obowiązują liczne reguły, których co prawda nie zna, nie rozumie i nie wie, jak działają, ale których nieprzestrzeganie skończyć się dla niej może na przykład powieszeniem, albo połknięciem przez gigantyczna rybę, albo zamianą w zwierzę i sprzedaniem na targu.

I informacją, że stało się tak, bo była niegrzeczna. I że to wszystko jest jej wina, bo gdyby była grzeczna to by się nie zdarzyło, prawda?

I kuszeniem nagrodą, która należy się tylko tym supergrzecznym (ale która jednocześnie nie jest zagwarantowana raz na zawsze – chyba już nigdy nie pozbyła by się poczucia, ze jeśli przestanie być grzeczna pewnego dnia obudzi się jako pajacyk. Albo jako osiołek, którego można sprzedać, a potem zagłodzić na śmierć).

Z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej żal jej było pajaca, któremu nikt nie okazał ani razu bezwarunkowej miłości. Którego wyrzeźbił sobie samotny staruszek, aby mieć podporę swej starości (po czym od razu niemal poczęstował tekstem „gdybym był wiedział wcześniej, jaki będziesz, nigdy bym tego nie zrobił”), i którego każdy niemal napotkany na drodze człowiek uświadamiał, jak bardzo jest niedobry, niewdzięczny, nie zasługujący na miłość. Jak godny współczucia jest jego ojciec, który musi go znosić. I że, oczywiście, „kocham cię, ale...”.

Nigdy samego „kocham cię”. Bez „ale”. Bez warunków. Bez „daj mi w zamian”. Bez „bo jak nie, to przestanę cie kochać” w podtekście.

„Pinokio” to wcale nie jest historia o pajacyku, który nauczył się być dobrym synem i dobrym człowiekiem.

To historia o pajacyku, którego skutecznie wytresowano. Zaś on dał się wytresować, bo bardzo chciał, by ktoś go kochał – a w końcu zrozumiał, że jeśli się wytresować nie da to nigdy nie nastąpi.

Najsmutniejsza szkolna lektura.

Jak dotąd.

Nieco tylko koi królewskomatczyną duszę fakt, że Potomek Starszy trochę wniosków wyciągnął jednak sam, chociaż mamunia siedziała na własnym języku, ile sił.

"Mamo! - mówił z oczami jak spodki. - jakie to jest okropne. Oni go POWIESILI! W książce dla dzieci! Powiesili go!!! Żeby go okraść!".

A gdy jako zadanie domowe dostał opisanie tej z przygód Pinokia, która wywarła na nim największe wrażenie, wybrał spotkanie z Kotem i Lisem. 

- Dlaczego akurat tę? - chciała wiedzieć Królowa Matka.
- Bo było mi go żal - wyznał Potomek Starszy. - Przecież niczego złego nie chciał zrobić, tylko zdobyć więcej pieniędzy dla swojego taty, żeby tata nigdy już nie był biedny. I poszedł z Lisem i Kotem, bo byli dla niego dobrzy, a nie wiedział, że niektórzy nie są dobrzy. I nauczył się, że nikomu nie można wierzyć, a to nie jest cała prawda, bo niektórym tylko nie można, a większości tak. (Królowa Matka potakuje, starając się powstrzymać od entuzjastycznych pomruków). A poza tym - kontynuowało Dziecię - to bardzo smutne, że ta historia z krzaczkiem na Polu Cudów nie była prawdziwa, bo - tu Potomek Starszy rozpromienił się jak supernowa- ja bardzo lubię, jak kasa rośnie!!!

Królowa Matka nie jest pewna, czy można to uznać za światełko w tunelu i dowód na skuteczność jej metod pedagogicznych ;).


PS. Piątkę dostał za powyższe i pochwałę, że najlepiej w klasie uzasadniał swoje zdanie. Ale o rosnącej kasie nie powiedział, Królowa Matka specjalnie spytała. Więc może to dlatego ;D.

piątek, 10 października 2014

Bo idzie jesień

... a ortografii kreatywnej nigdy dość.

Potomek Młodszy rozwiązuje krzyżówkę w podręczniku. Wszystko wpisał prawidłowo (jak optymistycznie twierdzi), a hasło nie wychodzi i nie wychodzi.

No, dobra, Królowa Matka poświęciła chwilę swego bezcennego czasu, by się nad problemem pochylić.

Pytanie: "Jadany na zimno, także jesienią".

Prawidłowa odpowiedź Potomka Młodszego: "Gżb".

No bo jak coś się nie mieści w krateczkach (a jest NA PEWNO odpowiedzią prawidłową) to należy rzecz dostosować, a nie naginać się do jakiejś chorej wizji prawidłowości lansowanej z uporem przez autorów podręczników i twórców zasad ortograficznych, to się rozumie wszak samo przez się.

czwartek, 2 października 2014

Chirurgowo

Raz na jakiś czas operator telewizji satelitarnej robi Królowej Matce taki myk, że przestawia jej programy. Coś się pojawia, coś ginie, a coś zmienia położenie, wszystko zaś hojnie obdarzone jest zachwyconymi w tonie informacjami o "przygotowanych specjalnie dla Państwa szczególnych ofertach, które pozwolą Państwu znaleźć jeszcze większą przyjemność w naszej współpracy". Oczywiście w Królowej Matce budzi to emocje przeciwpołożne do oczekiwanych przez uchachanego operatora, podobne do tych, które ją ogarniają za każdym pojawieniem się kolejnych ułatwień na Facebooku, wskutek zastosowania których przez kilka tygodni nie sposób niczego znaleźć, nie jest się pewnym, czy twoich tajnych grup nie widzi właśnie połowa Europy ze szczególnym uwzględnieniem tych osób, które masz zablokowane, oraz nie można dodać postów na własnej stronie, której jest się administratorem, gdyż wszelkie, coraz bardziej desperackie próby odbijają się bezwładnie od komunikatu: "Nie masz uprawnień do zarządzania tą stroną". Emocje te są dalekie od łagodności i gdyby szczere życzenia rzeczywiście się spełniały wiele osób, ze szczególnym uwzględnieniem administratorów i właścicieli Facebooka, cierpiałoby na rzadkie a niezwykle bolesne przypadłości, wzbudzało podszytą wstrętem fascynację skutkiem posiadania ohydnych, nie spotykanych w przyrodzie deformacji cielesnych oraz co najmniej kilka razy dziennie konało w boleściach.

Nieświadom wzbudzanych emocji operator królewskomatczynej telewizji satelitarnej zrobił niedawno jeden ze swoich myków i pewnej wcale nie pięknej soboty Królowa Matka odkryła, że wskutek usunięcia z listy kanałów jednego programu nie będzie mogła oglądać kolejnej powtórki "Chirurgów".

Tak, Królowa Matka wie, że "Chirurgów" już oglądała, niektóre sezony więcej niż trzy razy. I że nie potrzebuje telewizora do ich oglądania, skoro ma komputer z dostępem do internetu i wielu stron z zachęcająca ofertą. Ale po pierwsze, co z tego, a po drugie, Królowa Matka jest starsza panią, z wykształcenia bibliotekoznawczynią, staroświecką i z nawyczkami, które to nawyczki mówią jej wyraźnie, że jak coś oglądać to po bożemu, z pilotem pod ręką i z reklamami, inaczej się nie liczy! Oraz o określonej godzinie, która pozwala jej z zimną krwią i bez wyrzutów sumienia spławić Najdroższe Potomki, jej Dumę, Radość oraz Największe Osiągnięcie W Życiu słowami: "Zjazd w podskokach, dzieciątka, teraz jest bajeczka mamusi!".

No, nic, Królowa Matka pocierpiała, głośno i widowiskowo, po czym pocieszywszy się nieznacznie przypomnieniem, że "Chirurgów" w związku z powrotem do kochanej pracy i tak by oglądać nie mogła, zaczęła z najwyższym trudem dochodzić do siebie po wstrząsie. Aż tu pewnego dnia pyknęła pilotem i zaczęła wznosić okrzyki o entuzjastycznym wydźwięku: "O, co moje stare oczy widzą! Och, życie moje znów nabrało sensu! Znów widzę świat w kolorach! Znowu wiem, po co rano wstawać, znów mam powody, by zasypiać z uśmiechem! O, radości! O, szczęsna chwilo!!!".

Na co Potomek Starszy, tonem na pół stoickim, na pół zrezygnowanym: "A. Fox Life włączyli".

Kochane dziecko, jak ono zna mamusię :).

W zeszłą sobotę zatem:

Królowa Matka (siedzi, oglądając Ukochany Serial jednym okiem i machając drutami, bo idzie zima, a kamizela z kapturem z czystej żywej wełny sama się nie zrobi).

Potomek Młodszy (towarzyszy Królowej Matce, zaopatrzony w pudełko z gumeczkami, szydełko, widelec i haczyki, i plecie).


Reszta Rodziny (jako ta, co się nie zna, przebywa w jakichś innych częściach Domu w Dziczy oraz na obrzeżu świadomości Kochającej Matki i Żony, oddając się jakimiś swoimi, nudnym i byle jakim zajęciom).

Potomek Młodszy (z zachwytem i wzruszeniem w głosie) - Jak on ją  musiał kochać, skoro aż wymiotował na nią krwią!!!...

Królowa Matka (zastyga w połowie przeciągania oczka na lewo, usiłując w popłochu sklecić jakiś w miarę rozsądny komentarz).

Potomek Młodszy (niewzruszenie - gumka żółta, gumka zielona, gumka różowa, gumka zielona; rzeczowo) - ... albo po prostu jest bardzo chory.

Eeeee... chyba jednak Królowa Matka od następnej soboty będzie oglądać swoją ulubioną bajeczkę w samotności.

niedziela, 21 września 2014

Wesoły nam dzień dziś nastał

Jakiż, zapytasz, o Czytelniku, jakiż to dzień?

Chociaż oczywiście nie powinieneś pytać, tylko sam wiedzieć.

Jest to bowiem dzień, w którym trzy lata temu Królowa Matka zadebiutowała jako blogerka, nieśmiało i pełna wątpliwości (zupełnie jak nie ona, nieprawdaż, tu chwila przerwy na porozumiewawczy a sarkastyczny chichocik) postem o swojej Rodzinie, udostępnionym dla całych trzydziestu znajomych osób, bo kto inny chciałby to czytać.

Słowem, jest to dzień (no, rocznica dnia, żeby być precyzyjną jak wzorzec metra w Sevres), który w historii polskiej blogosfery powinien być zapisany złotymi literami, a może nawet wyryty w marmurze, też złotymi literami, i jeszcze wysadzanymi diamencikami, a co se będziemy żałować, i ozdobiony bukietami roślinności ozdobnej, niemalże jak ten dzień, gdy w polskiej blogosferze narodził się Kominek ;P.

Dzień przed urodzinami (trzecimi! Tym samym blog Królowej Matki osiągnął wiek przedszkolny :)), niewątpliwie w charakterze prezentu Zakurzona (czyli Ela) zaprosiła Królową Matkę na spotkanie blogerów, ekhm, ekhm, książkowych i nie dała się od tego pomysłu odwieść ani protestami, że jaka tam Królowa Matka książkowa, ani ponurymi proroctwami, że całe spotkanie przesiedzi ona w kąciku, patrząc na zebrane Wyśmienite Towarzystwo wielkimi oczami wiejskiej, excusez ewrybody, kretynki i uśmiechając się mało inteligentnie, co też istotnie nastąpiło.

Królowa Matka, która, godząc się na spotkanie była w rzadko ją napadającym, a mało rozsądnym nastroju "a co mi tam", wczoraj, zjawiając się w Stolicy w charakterze niewyspanej (pobudka o piątej rano, Kochani Czytelnicy!), wymiętej i bladej zmory z worami pod oczami była już w nastroju "oranyboskie, co ja zrobiłam!!!", kwitnącym w niej bujnym kwieciem mimo niesprzyjającej pory roku, spotkanie spędziła jak przylutowana do zajętego natychmiast po wejściu do sali krzesełka i odważyła się odezwać tylko do Oisaja, Zacofanego w Lekturze i Pauliny, ale to dlatego, że ona odezwała się pierwsza :).

Nawet na zdjęciu jest tam, gdzie jej nie widać (i tylko dlatego je tu zamieszcza ;)).

z aparatu Ann RK
No ale, wiecie, Kochani Czytelnicy, jeszcze do Mariusza Szczygła się odezwała, czy też trafniej byłoby napisać - zebrała się na odwagę, by się odezwać (odpowiedniej ilości odwagi na wcześniejszym spotkaniu z Ignacym Karpowiczem zebrać jej się nie udało), i chyba nawet nie bełkotała zanadto ani pensjonarsko nie chichotała (nie jest tego pewna, a jeśli to się gdzieś nagrało pokornie uprasza Odnośne Władze o zniszczenie dowodów). W każdym razie Mariusz Szczygieł też się do niej odezwał, i nawet podpisał się na książce, o:


a na wspólne zdjęcie się Królowa Matka nie załapała, bo Polski Bus był bezwzględny i nijak nie chciał poczekać.

I, choć może nie wynika to z powyższego opisu, było baaaardzo miło, i całkiem niewykluczone, że gdyby kiedyś trafiła się jakaś powtórka, a Ela, nie nauczona smutnym doświadczeniem chciałaby na tę powtórkę Królową Matkę zaprosić, istnieje szansa, że odezwie się ona do sześciu osób.

I tak, po jakichś dziesięciu spotkaniach, porozmawia z wszystkimi :).

A teraz Królowa Matka siada wygodnie i przygotowuje się do przyjmowania Życzeń, Bukietów Kwiecia, którymi - jak się spodziewa - zostanie za chwilę obrzucona przez Kochających Admiratorów jej bloga, i Wyrazów Uwielbienia, na otrzymanie których oczywiście nie nalega i nie wywiera w tej sprawie żadnych nacisków, a także do wysłuchania zbiorowego odśpiewania "Sto Lat". Na co również nie nalega.

No skąd :).


PS.

Jest też film ze spotkania w Agorze, tak Królowa Matka informuje, może kogoś z jej Czytelników ten fakt zainteresuje:

O, proszę bardzo.

Spójrz, o Czytelniku, i doznaj wzruszenia - ręka na samym początku to ręka Królowej Matki, ta sama, a nawet - cóż za klęska urodzaju, doprawdy - całe dwie te same, którymi Królowa Matka klepie na klawiaturze wszystkie teksty, za którymi tak przepadasz :))).

czwartek, 18 września 2014

Ogłoszenie parafialne

Z wielką przykrością musi Królowa Matka zawiadomić, że zmuszona była wyłączyć na blogu opcję komentowania przez anonimowych czytelników. Pisze "z przykrością", ponieważ ma wielu Czytelników, którzy anonimowi nie są, choć się nie logują, aby komentować, zawsze się jednak podpisują, i wie, że teraz ryzykuje, że ci Czytelnicy przestaną się odzywać, ale - naprawdę, naprawdę - już powoli nie wytrzymywała. Tylko w ciągu ostatniej godziny, gdy Królowa Matka szperała sobie po zaprzyjaźnionych stronach na FB, od czasu do czasu rzucając okiem na statystyki bloga, pojawiło się około trzydziestu anonimowych komentarzy. Wszystkie w zachwyconym tonie, wszystkie łamaną angielszczyzną, wszystkie zatroskane, że blog Królowej Matki tak im się wolno ładuje albo zapytujących, czy Królowa Matka ma problem z hakerami, wszystkie wygenerowane przez automat i wszystkie zakończone propozycją nie do odrzucenia, by Królowa Matka odwiedziła ich stronę i zainteresowała się, na ten przykład, kupnem viagry w promocyjnej cenie, powiększeniem sobie tej części ciała, której dziwnym trafem Królowa Matka nie posiada, ale ojtam, ojtam, wycieczką połączoną z pielgrzymką po Indiach, albo jakąś nową, rewelacyjna dietą polegającą na jedzeniu korzonków i szarańczy w miodzie, i nawet nie miała Królowa Matka komu napisać, że nie taka ona nowa, ta dieta.

Królowa Matka może i powinna się cieszyć, bo jak była bardzo początkującą w tym biznesie to takich anonimowych entuzjastów jej bloga, zachwyconych szatą graficzną i kolorystyką, trafiało jej się dwóch-trzech tygodniowo, z czego można wywnioskować, że teraz tak bardzo początkująca już nie jest - ale jakoś się nie cieszy. Za to za każdym razem, gdy usuwa tuziny wiadomości gula jej skacze oraz serce wpada w palpitację, a także szlag trafia, a jak wszyscy wiedzą jest słabego zdrowia i podobne emocje są dla niej niewskazane.

Oczywiście urażeni Anonimowi Czytelnicy mogliby słusznie zauważyć, że czego się głupia baba czepia, niech się cieszy, że ktoś w ogóle pisze, może być łamaną angielszczyzną, a w ogóle nawet na komentarze po polsku nie odpowiada (ale odpowie! słowo harcerza! w październiku, jak znów ożyje!), więc po co się wysilać i logować, a potem wywnętrzać, pisać, liczyć na odpowiedź i zyskiwać w zamian głuchą ciszę; i mieliby rację, no ale jednak... nie.

Królowa Matka ma dość.

Pozostaje jej tylko liczyć na to, że Waku, Bromba, Uboga Staruszka, Ciociasamozło, Naomi, Edytek38, Alva oraz ci wszyscy Anonimowi Czytelnicy (i te wszystkie Czytelniczki :)), których nie wymienia tu Królowa Matka z podpisu nie przestana jej czytać, a i może skomentują kiedyś, zalogowawszy się wprzódy.

Na co Królowa Matka żywi niezłomną nadzieję.

niedziela, 14 września 2014

Potomki jakie są, i dlaczego

Spacerek po Starym Mieście, Rodzina, kłębiąc się na wąziutkim chodniczku mija sklep obuwniczy "Joanna", Potomek Starszy wznosi miłośnie oczęta na Królową Matkę. 

Potomek Starszy (czule) - Widzisz, mamusiu, jaka jesteś sławna, nawet sklep się nazywa tak, jak ty!
Królowa Matka (ponuro) - Aha. To bardzo miłe, co mówisz, synku, tylko, widzisz, ja nie mam na imię Joanna.
Potomek Starszy (niefrasobliwie) - A, fakt. Zapomniałem.


Raport z placu boju żywieniowo-wydalniczego Pompona Młodszego - otóż Pompon Młodszy zaczął jeść. Co tam jeść, Pompon Młodszy zaczął, ikskjuz mi i uczciwszy uszy, żreć. Nigdy Królowa Matka nie podejrzewała, że będzie kiedykolwiek rozważać bankructwo z powodu niemożności wykarmienia akurat tego ze swych licznych synów, a tu, wot, kakij serprajz.

W związku z powyższym Królowa Matka, patrząc z mieszaniną fascynacji i zgrozy na swoje najmłodsze dziecko, pożywiające się "bułecką psekrojoną z kiełbaską w środku, i zodkiewką, i ogórem, ale das mi jesce ogórka do ręki, taki duży kawał, mama? o, i ten kawałek kiełbaski tez możem, mama? możem?" wznosi okrzyki: "Elfy mi dziecko podmieniły, elfy! Podmieńca chowam, o, dlaboga, dlaboga!!!", skutkiem czego Pompon Młodszy popada w typową dla siebie cholerę i wrzeszczy, purpurowiejąc na twarzy i gdyby nie to, że jest chudziutki jak trzcinka groziłoby mu natychmiastowe padnięcie na apopleksję: "Nie jestem elfem!!! Nie jestem zadnym elfem!!! Elfy nie psechodzą do nasego świata, a ty, mama, po prostu GUPOTY MÓWIS!!!", a w jego komplementach pojawiła się nowa nuta:

Pompon Młodszy (z uczuciem) - Ty bardzo kochana jesteś, mama. bardzo. Jesteś kochana, i miła, i całkiem fajna. (patrząc na Królową Matkę z uwielbieniem) I wcale nie jesteś elfem.

Cholera, a taką Królowa Matka miała nadzieję chociaż na nikłe podobieństwo (minus snucie się*:)).


Po upojnej nocy pełnej "duzi deść buzia pfff!!!" (kopyrajty za tak malownicze i eleganckie określenie womitowania należą się niespełna dwuletniemu Pomponowi Młodszemu, który w ten właśnie sposób ze szczerym zachwytem opisał swój własny wyczyn, dokonany, nawiasem mówiąc, pod stołem miedzy nogami krzeseł, bo womitowanie w warunkach łatwych do sprzątnięcia nie jest dla twardzieli), przebierania, przytulania, podawania środków przeciwgorączkowych, trzymania za rączkę, "mamusiu, a zrobisz mi herbatki?", "mamusiu, ja wcale nie spałem, może z godzinkę", "mamusiu, znowu mi niedobrze!!!", "mamusiu, przepraszam, że cię znów obudziłem, posprzątasz?", oraz sprzątania, rano:

Potomek Młodszy (z zachwytem) - Mamusiu, ty naprawdę jesteś teraz naszą służącą!

Nosz fak.

Dobrze, że dopiero teraz ;D.



A ponadto Potomek Młodszy pisze przeróżne słowa ręcznie, na ten przykład: 

PYÓDEŁKO

oraz na klawiaturze:

"krululofa mama"

po którym to haśle, wklepanym na smartfonie Braciszka
z wywalonym jęzorem i zmarszczonym czołem, wszedł był na królewskomatczynego bloga.

To chyba początek końca...


oraz  wkład Potomka Młodszego w ortografię kreatywną, którego to wkładu, nieprawda, nigdy dość.


No i jeszcze.

Poranek w Domu w Dziczy. Pan Małżonek kroi chleb na kanapeczki, Królowa Matka bełta jajka na jajecznicę.

Pan Małżonek (nagle, bez związku kompletnie z niczym, za to entuzjastycznie, głosem i tonem, które w innych okolicznościach przyrody powodują natychmiastowe zmaterializowanie się w okolicy podobnie zachowujących się osobników radiowozu policyjnego oraz grzeczną prośbę stróżów prawa o podmuchanie w balonik) - Sznuuuur kormoranów w locie splata się....!

Królowa Matka (dołącza tym samym tonem i na podobnym poziomie decybeli) - ... pożegnać pragnie dzień!!!! (razem, pijackim chórkiem, a nawet, co będziemy tu ściemniać, całym chórem) OSTATNI DZIEŃ W MAZURSKICH STRONACH...!!!

Potomki (igrają na dywanie małpkami, co spadają, zamiast wpatrywać się w Rodzicieli z jakimś szczególnym osłupieniem, są bowiem do nich przyzwyczajone).

Pan Małżonek (kładąc na chleb pomidora z sałatą, radośnie) - A teraz bym się napił!

Królowa Matka (przysmażając kiełbaskę sojową, nie mniej radośnie) - Tak!!! Jakoś trzeba ten śpiew uzasadnić!!!

I jak Potomki wychowane w podobnych warunkach mają być normalne.




* Królowa Matka nie wie, czy zwróciłeś uwagę, Miły Czytelniku, ale kanoniczne elfy, te wyprodukowane przez Petera Jacksona, się snują. Przeważnie. Głównie. No, cóż, bez przerwy. W zasadzie bez przerwy. Jak się tylko pojawiają na ekranie wszystko wpada w slow motion, muzyka w tle nabiera uroczystych, nieco posępnych, rzekłaby Królowa Matka, mistycznych tonów, a na jej tle elfy się snują ze wzrokiem wbitym w odległy punkt w przestrzeni i nie zmieniając wyrazu twarzy oraz powodując wydłużenie filmu o jakieś półtorej godziny, średnio pół godziny na każdą część. Ciekawa jest Królowa Matka, kiedy produkują te wszystkie piękne rzeczy, które ich otaczają w Lorien, kiedy tkają te migoczące materiały i przekuwają miecze, bo przekuwać miecz w slow motion to można sobie krzywdę zrobić chyba.

Tak czy inaczej, Królowa Matka chciałaby być tym elfem (chociaż teraz już na sto procent wie, że nigdy nie będzie), który się NIE snuje. Takie chyba też istnieją?

sobota, 6 września 2014

Dlaczego Królowa Matka nie ma warunków do trwania w depresji

Przesyłki przyszły we wtorek.

Jednej się Królowa Matka spodziewała.

Ta, której się nie spodziewała była mniejsza, miękka, i Królowa Matka nie miała pojęcia, co mogła zawierać. Przez kilka godziny nie wiedziała też, kto jest nadawcą, bo o przybyciu przesyłki poinformowała ją telefonicznie Mama, która nie mogła doczytać się nazwiska na odwrocie koperty.

W kopercie było kwieciste, mięciutkie, ozdobione staroświecką koronką do wiązania...


wykonane własnymi, spracowanymi rękami Nadawczyni etui...


dzięki któremu bezdomne do tamtej chwili szydełka Królowej Matki, przechowywane niedbale w kubeczku na stoliku w formie bezładnego pęczka przestały być bezdomne.


Jarecko kochana,  dziękuję Ci najbardziej na świecie, wzruszyłam się dogłębnie, a przy okazji zaoszczędziłaś Królowej Matce pracy przy robieniu własnego etui, które miała w planach od hohohoho, jak dawna, z tym, że jej miało być na szydełku i miało powstać już, zaraz, jak tylko upora się z tym, co teraz robi, czyli innymi słowy szydełkom Królowej Matki groziło pozostanie bezdomnymi na wieki wieków. I przeprasza Królowa Matka, że dziękuje dopiero teraz, ale sama wiesz, jak jest, jak się jest mamunią wielodzietną i pracownicą placówki oświatowej zarazem, w dodatku we wrześniu.


W przesyłce, której się Królowa Matka spodziewała było bezcenne, zawierzone w zaufaniu, zaopatrzone w autograf Autorki oraz dedykację "Dożywocie",


które sobie Królowa Matka teraz czyta niespiesznie (mając nadzieję, że Szanowny Właściciel nie ma nic przeciw tej powolności, naprawdę trudno lecieć z lekturą w szalonym pośpiechu gdy się jest: patrz wyżej, ale jakby jednak miała się Królowa Matka spieszyć uprasza się Szan. Właściciela o popędzanie bez litości i względów dla królewskomatczynych siwych włosów i słabego zdrowia), używając bileciku od Jareckiej jako zakładki



a w dodatku pod koniec dnia takie coś jej się na blogu zrobiło:


i Królowa Matka zaczyna nieśmiało podejrzewać, że do końca roku może uda jej się osiągnąć pół miliona, a wiecie Państwo, dla prowincjonalnej Wielodzietnej Patologii z Blogiem Śmieciowym I O Dzieciątkach jest to osiągnięcie niewyobrażalne,

więc, naprawdę, wobec powyższych okoliczności nie ma głowy do tego, by popadać w depresję.

Za co serdecznie dziękuje :).


poniedziałek, 1 września 2014

Szkolnie, przedszkolnie, depresyjnie

Posiłkując się Jedynym Ukochanym Komiksem Jedynego I Ukochanego Billa Wattersona Królowa Matka dokona Wpisu Obrazkowego, bowiem nie od dziś wiadomo, że obraz starczy za tysiąc słów, a w dodatku Aż Takich Słów to Królowa Matka nie zna.

Oto stosunek Potomka Starszego do idei powrotu do szkoły:


Oto stosunek Potomka Młodszego do powrotu do szkoły:


a werbalnie wygląda to mniej więcej tak:


(plus radosne pogwizdywanie).

Oto stosunek Pompona Starszego do pójścia do przedszkola:


(co nie stoi w nijakiej sprzeczności z faktem, że to właśnie Pompona Starszego odebrała Królowa Matka i Pan Małżonek po kilku godzinach zapuchniętego od płaczu i przepełnionego niechęcią do świata).

Oto stosunek Pompona Młodszego do pójścia do przedszkola:


tylko bardziej.

A Królowa Matka w tym wszystkim, cóż, Królowa Matka wygląda i czuje się tak:




też tylko bardziej. Bardzo, bardzo, BARDZO tylko bardziej.

Królowa Matka pamięta, jak rok temu przy okazji rozpoczęcia roku szkolnego i własnego powrotu do pracy żegnała się z blogiem i Czytelnikami, i jednak się nie pożegnała. Jednak pisała, i to nawet bez szczególnych przerw, jednak przeżyła tamten rok, jednak się udało.

Ale tylko ona wie, jak bardzo wiele ją to kosztowało. Ile wysiłku musiała w to włożyć. Tylko ona, bo tak naprawdę nikomu o tym nie mówiła, chociaż Pan Małżonek, a i Czytelnicy tego bloga mogą mieć wrażenie, że było inaczej. A jednak. tak naprawdę nikt poza nią nie wie, jak wiele przez cały poprzedni rok straciła, jak bardzo nic nie zyskała, jak bardzo nie było warto i jak bardzo przeraża ją to, że nigdy nie będzie inaczej, jak wiele jest już nie do odzyskania i jak nic nie wartą rekompensatą za to obezwładniające zmęczenie, nieustający stres i utratę kontaktu z własnymi dziećmi były te dwa miesiące wakacji, które wszyscy uważają za nadprogramowy przywilej opływających w inne przywileje obiboków zwanych nauczycielami.

A ten rok będzie gorszy i trudniejszy, bo wejście Pomponów w przedszkolne życie nie odbywa się jak po maśle, a Potomek Starszy rozpoczynający klasę czwartą jest głównie przerażony, ale nic a nic bardziej poukładany, mniej beztroski i chociaż ociupinkę porządniejszy niż dwa miesiące temu, gdy żegnał swoją oswojoną szkolną codzienność i Panią, która miała do niego - z zagadkowych przyczyn - słabość i dużo wyrozumiałości dla jego ekscentrycznej duszy.

I tylko Potomek Młodszy wchodzi w ten rok ulgowo w swojej miłej klasie z miłymi Wychowawczyniami i miłą, malutką salką, i aż się Królowa Matka przestraszyła, jak to napisała, bo wiadomo, że Licho nie śpi i zaraz okaże się, że ten Potomek, o którego najmniej się martwiono będzie wymagał najwięcej uwagi, z dowolnych przyczyn.

Więc już nic więcej Królowa Matka nie napisze, tylko sobie pójdzie.

Dalej sobie nie radzić.