sobota, 4 lutego 2017

Pompon Starszy filozofuje, pyta oraz dorasta

Pompon Starszy (obejrzawszy reklamę, w której pani wspomina czasy, gdy była małym dzieckiem) - Ta pani... była duża, a teraz jest małym chłopcem...
Królowa Matka (sprostowuje) - Małą dziewczynką. (melancholijnie) Tak to już jest, że duże panie całkiem często sobie przypominają, jak były małymi dziewczynkami...
Pompon Starszy (tonem konwersacyjnym) - Na przykład ja. Ja sobie bardzo często przypominam, jak byłem mały.
Królowa Matka - O. Czy rzeczywiście, mój synu.
Pompon Starszy - No, mama, pewnie, że tak. Wszystko pamiętam, od jak byłem w twoim brzuchu!
Królowa Matka (niezdrowo zainteresowana) - A jak wykopnąłeś swojego braciszka mamusi pod samo gardło, tak, że się poprzecznie ułożył i zamiast was rodzić musiałam czekać, aż się znów ułożycie jak trzeba też pamiętasz?
Pompon Starszy (po chwili dojrzałego namysłu) - A, tego to akurat nie.

No jakże by inaczej.

***
Pompon Starszy - Mamo, jak długo pszczółki robią miód?
Królowa Matka - Długo. To ciężka praca. Całe lato pracują, by napełnić ul.
Pompon Starszy - O. A zimą?
Królowa Matka - Zimą nie, zimą śpią.
Pompon Starszy (dociekliwie) - Dlaczego?
Królowa Matka (łagodnie) - Bo zimą nie miałyby z czego go robić?...
Pompon Starszy (reflektuje się) - A, no, tak. A po drugie, czy byk to ssak?

Królowa Matka ma dziwne wrażenie, że zgubiła jakieś "po pierwsze"...

***
Pompon Starszy - Mamo, czy ja w dzieciństwie ładnie rysowałem?

I to rzewne wspominanie dzieciństwa nie jest wcale od rzeczy, gdyż luty Pompon Starszy powitał BEZ ZĘBA. Cała rodzina zaś powitała ów miesiąc o świcie, zmuszona do utulania Pompona Starszego, którego wrażliwość objawia się w nieoczekiwanych i dziwnych okolicznościach, a który utratę zęba powitał spazmami i zawodzeniem: "Ja się wstydzę, ja sięęę wstyyydzęęę!!!", co skłoniło mamusię i tatusia do tulenia swojego malutkiego synusia, a starszych braciszków do guglania pogodnych obrazków przedstawiających Wróżkę Zębuszkę oraz robione na szydełku uśmięchnięte ząbki we wszystkich kolorach tęczy. To zaś sprowokowało Pompona Starszego do jeszcze intensywniejszych spazmów, gdyż - jak wyznał on wśród łez - boi się Wróżki Zębuszki i nie życzy sobie jej wizyty. Co z kolei zaowocowało wyniesieniem utraconego ząbka do sypialni rodziców i ukrycia go w szufladce mini-komódki, w której Wróżka Zębuszka (niewątpliwie nieco zbita z tropu) jednak go znalazła i uiściła opłatę nie powodując dyskomfortu Pompona Starszego.

Powiada Królowa Matka Państwu Szanownemu, macierzyństwo to jest bieg z przeszkodami po trasie szybkiego ruchu w godzinach szczytu. Oraz pod prąd.

Póki jednak można w Domu w Dziczy nad ranem znaleźć podobne strzałki


i wskazówki


oraz wieje w nim poezją


jakoś to będzie.

niedziela, 29 stycznia 2017

Pompon Młodszy podejmuje postanowienia na przyszłość

Pompon Młodszy (przerywając przeglądanie wszystkich tomów Pana Kuleczki; z zadumą) - a więc, po pierwsze trzeba pamiętać o tym, żeby nie zakochiwać się w warzywach... (?!?!!! - dop. Królowa Matka). A po drugie, byś tatą to baaaardzo trudna praca... (zawiesza się na chwilę, po czym radośnie)... więc nie zamierzam być tatą. Zamierzam być taki, jaki jestem teraz!

O, ludu miast i wsi, jest się czego bać, tak wam Królowa Matka powiada jak na spowiedzi!

***
 A ponadto

gdyby ktoś nie zauważył, czego Królowa Matka nie wyklucza, to od pierwszego stycznia można zaglądać do Domu w Dziczy na Instagramie.

Królowa Matka w Instagram nie umie i założyła tam sobie konto trochę dla zabawy, a już jak zobaczyła te wypasione fotki robione profesjonalnie, te wykreowane i wycacane wnętrza, te zawsze idealnie doświetlone obrazki, ten instagramowy przemysł, którego się nie spodziewała, jest bowiem stara i naiwna to po pierwsze ostatecznie się przekonała, że nie umie, a po drugie, też ostatecznie sobie wyjaśniła, dlaczego nigdy w życiu nie zostanie wpływową blogerką, o byciu wpływową insta... cośtam nie wspominając (gwoli wyjaśnienia - nie zostanie właśnie przez tę naiwność, by nie rzec - głupotę, która każe jej zakładać, że bloga się pisze, by go czytano, konto na Facebooku ma dla interakcji z ludźmi, a zdjęcia na Instagram wrzuca się, by podzielić się uchwyconą chwilą z obserwatorami).

Ale po trzecie - ku jej zdziwieniu bardzo jej się to spodobało. Instagram okazał się fotograficznym pamiętnikiem, który sobie zawsze chciała założyć, ale zapominała, albo nie miała energii, albo pomysłu, albo narzędzi, albo wszystkiego naraz. Takim zapisem tych wszystkich rzeczy, które umykają nawet w świecie komórek robiących zdjęcia wszystkim, wszystkiemu i na okrągło, tych udanych obiadków i herbaty, kupionej przez syna w prezencie, nowo kupionej włóczki, książek, ciasteczek przyniesionych przez męża do łóżka z filiżanką kakao, śnieżycy, szadzi, tych kotów i psów które akurat zrobiły śmieszną minę. Jak Królowa Matka spojrzała na swój pierwszy instagramowy miesiąc, styczeń 2017 wyświetlił jej się przed oczami dzięki okruchom, które się zazwyczaj zapomina.

Więc jeśli ktoś chce pouczestniczyć w świecie Królowej Matki i pobuszować wśród zebranych przez nią okruszków niech się czuje zaproszony :).

niedziela, 8 stycznia 2017

Post z trudnym słowem

Pan Małżonek (czytając coś na ekranie komputera obiera orzeszki ziemne z łupinek, po czym pakuje je - orzeszki, nie łupinki - garściami do paszczy).

Pompon Młodszy (po dłuższej - jak na jego standardy, rzecz jasna - chwili wodzenia wzrokiem po linii orzeszek-paszcza tatusia, orzeszek-paszcza tatusia) - Tato, a ja mogę tjochę?

Pan Małżonek (nieuważnie) - Aleeeż oczywiiiiście, że tak!

Pompon Młodszy (po chwili przetrawiania informacji; ostrożnie) - Czy to był sajkajzm?

Słowem, witamy w Nowym Roku, Kochani Czytelnicy, sami widzicie, że u nas wszystko jak zwykle i pozostaje nam wszystkim życzyć, - sobie samym, i sobie nawzajem -  by jak zwykle pozostało :).



wtorek, 20 grudnia 2016

Orędzie przedświąteczne

Pan z długopisem, zwany przez ludzi doskonale wychowanych albo zmuszonych okolicznościami (np. zawodowymi) prezydentem Polski, przemówił. Oznajmił, że kwestia legalności głosowania ustawy budżetowej jest "dyskusyjna", a ponadto pochylił się ze zrozumieniem oraz wyraził ubolewanie. Następnie wieczorową, a właściwie nocną porą podpisał trzy dokumenty i umilkł.

Przemówi zapewne za cztery dni, gdy wygłaszać będzie świąteczne życzenia do narodu, pełne okrągłych słów i ckliwych tekstów o pomaganiu sobie i naszym wspólnym domu.

O uchodźcach i ofiarach wojny  nie powie. O korytarzu humanitarnym Polska-Syria, którego nie będzie oraz uchodźcach i ofiarach wojny wypowiedział się za to jeden z ministrów, który, uzurpując sobie prawo do mówienia w imieniu także Królowej Matki oznajmił, że "Polacy ich sobie nie życzą".

Co nikogo nie powinno dziwić.

Wszyscy wszak musimy zdawać sobie sprawę, że rządzenie to nie jest jakieś tam hop siup. Rząd jest bardzo, ale to bardzo zajęty na przykład wprowadzaniem "reformy" edukacji, wskutek której za dwa lata w szkołach średnich zabraknie miejsca dla 300 tysięcy dzieci (między innymi dla Potomka Starszego, którego niechęć do szkolnictwa jako takiego każe już dziś Królowej Matce oswajać go z myślą, że pójdzie do pierwszej szkoły, gdzie go zechcą, najpewniej jakiejś zawodowej), podporządkowywaniem prokuratury i sądownictwa Ministrowi Sprawiedliwości, łamaniem regulaminu Sejmu, przepychaniem... stój, przegłosowywaniem ustaw zezwalających na strzelanie do wszystkiego, co się rusza i wycinaniem wszystkiego, co zielone, ograniczaniem możliwości działania organizacjom pozarządowym, odbieraniem im pieniędzy, by je przekazać kościołowi katolickiemu, i nawet Królowa Matka nie doszła do połowy tego, czym rząd zajęty jest tak bardzo, że po prostu nie może  zająć się wojną w Syrii i pomocą uchodźcom, a w dodatku jeszcze teraz strzały w Berlinie, w Szwajcarii i w Turcji, i można powiedzieć z satysfakcją "a nie mówiliśmy" i dalej się nimi nie zajmować w kojącym sumienie przeświadczeniu, że robi się to, co należy.

I to wszystko sprawiło, że Królowej Matce eskalowało.

Za cztery dni święta.

Za cztery dni, drodzy rządzący,  siądziecie przy rodzinnych stołach, będziecie się łamać opłatkiem i śpiewać kolędy. I zamykać oczy, zamykać oczy, zamykać oczy na niewygodną prawdę.


Uczyniliście Tego, który mówił "Królestwo moje nie jest z tego świata" królem Polski, a przecież gdyby Jego Rodzice dziś szukali dla siebie miejsca nie tylko nie wpuścilibyście ich do domów, ale nawet do waszych garaży, szop na narzędzia czy innych strychów, zbyt wypasionych dla tych, co, jak mawia jeden z waszych posłów, "roznoszą choroby".


Stawiacie obłudnie puste nakrycie dla wędrowca na wigilijnym stole, a gdyby to dziś Święta Rodzina uciekała nocą z domu przed niebezpieczeństwem, zawrócilibyście ich z granicy, bez mrugnięcia okiem zawrócilibyście ich prosto w łapy siepaczy Heroda.


I wiecie co?

Wy ich zawracacie.


Codziennie.

Zawracacie z drogi Tego, który powiedział: "Cokolwiek uczyniliście temu najmniejszemu spośród was, mnieście uczynili", a za najważniejsze przykazanie uznał przykazanie o miłowaniu bliźniego, i nie miał na myśli "no, chyba, że jest innego wyznania, z innego kraju i ma inny kolor skóry, to wtedy nie". Każdego dnia odsyłacie Go z powrotem, pod kule, na tortury, na śmierć w ruinach i z głodu.

O.Gentileschi "Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu"

W każdym uchodźcy, którego nie wpuściliście, narażając go na dalszą poniewierkę, biedę i strach odrzuciliście swojego Boga.

Tak dziś wygląda Jego twarz, której nie rozpoznajecie.



To On. Spójrzcie na Niego. To On. Przerażony, bezdomny, ubogi i głodny. Cierpiący i błagający o pomoc. To On i Jego Matka, i Ojciec.




I jesteśmy jeszcze my.

Nieważne, czy świętujący za cztery dni pamiątkę Narodzenia Boga, Gody, Jul czy po prostu cieszący się z dodatkowych wolnych dni. Nieważne, czy pilnującym tradycji, czy podchodzący do niej więcej niż luźno.

My.

My, którzy nie możemy nic. Nie zakończymy tej wojny. Nie utworzymy korytarzy humanitarnych z Syrii. Nie mamy władzy,  by legalnie osiedlić poza terenem wojny choćby jednego człowieka. Ci, którzy mogą o tym zdecydować nas nie słyszą. A jeśli nawet słyszą, to nie słuchają.  W ich oczach jesteśmy niegodnym uwagi pyłem,  którego głos nic nie znaczy, tak jak drobinkami,  których życie nic nie znaczy są mieszkańcy Syrii. Drobinkami, które złożą się na okrągłe liczby, które się przemnoży, podzieli, wyciągnie średnią i opublikuje w raportach, przerobione na procenty. Niczym więcej.

Drobinami, które mają tylko nas.

Czujemy się bezradni, wszystkie nasze działania jawią się niby kamyczki, którymi próbujemy zasypać bezmierny, nie do ogarnięcia ludzkim okiem ocean cierpienia. Każdy kamyczek ginie w oceanie, pochłonięty, nie pozostawiając nawet śladu na jego powierzchni.

Ale może, może kiedyś z tych kamyczków urośnie wyspa. Mierzeja. Grobla. Musimy w to wierzyć, żebyśmy się nie przestali przejmować.

Za cztery dni święta.

Kupmy jeden prezent mniej.

Wolna Syria

Unicef

White Helmets

PAH

Czerwony Krzyż

Pamiętajmy.

Nie wolno nam przestać się przejmować.


Nie przestawajmy się przejmować.

środa, 14 grudnia 2016

Remember

Święta idą.

Jakoś tak ostatnio zauważyła u siebie Królowa Matka przesyt. Nie, nie świętami. Całą tą otoczką. Tymi reklamami, atakującymi zza każdego węgła, tym wmawianiem, że musi jeszcze to, czy tamto, to kupić, tego pragnąć, to zrobić, bez tego czuć się nieszczęśliwą, tym dopełnić święta, bo inaczej będą nieudane i czegoś im będzie brakować. "Przecież - pomyślała pewnego dnia nie bez zdziwienia Królowa Matka - przecież ja niczego takiego nie potrzebuję". Mimochodem zaczęła w swoich skierowanych do rodziny wypowiedziach przemycać pogląd, że może by tak tym razem bez szału ciał i uprzęży, skromnie, jeden prezent na głowę i choinka ubrana w pierniczki, rękodzieło i kupowanie od rzemieślników zamiast chodzenia po wielkich sklepach i nakręcania się na "a właściwie to na choince wyglądałoby super!" oraz "nie muszę, ale chcę". Jej własne Potomki wpasowały się łagodnie w tę tendencję, odpowiadając na pytanie, co chciałyby dostać na święta: "Nic. My wszystko mamy, mamusiu" i Królowa Matka kątem zmęczonego mózgu pomyślała nawet, że przypadkiem udało jej się chyba wychować całkiem szczęśliwych ludzi.

Dziś w nocy, leżąc bezsennie (ból gardła, katar oraz nerwy), wsłuchując się w ciszę otaczającą Dom w Dziczy, z rzadka zakłócaną pokasływaniem Potomka Młodszego pomyślała też, że ona także właściwie ma wszystko. Ma ten cichy dom, i ciepłe łóżko, Pana Małżonka, śpiącego obok jak dziecię, i Potomki, kota wyciągniętego na fotelu, psa sapiącego przez sen, ma pracę, znajomych i przyjaciół, jakieś hobby ma, i ma największą pewność, jaką może mieć człowiek - że najprawdopodobniej jutro też będzie to wszystko miała.

I jakoś tak jej myśli podryfowały w kierunku tych, co nie mają nic. A najbardziej nie mają pewności, że jutro nadejdzie.

Aleppo zawsze było w oczach Królowej Matki miastem jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Miasto Awicenny, miasto nigdy nie podbite przez krzyżowców, miasto, w którym zmarł generał Bem, miasto odwiedzane przez Lawrence'a z Arabii, miasto wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto, które już zawsze pozostanie niespełnionym snem i baśniową nazwą, ponieważ umiera.





Razem z wszystkimi swymi mieszkańcami.

Są tacy, którzy mówią, że nic się nie da zrobić, że są całkiem bezsilni. Że nie będą patrzeć na umierające miasto, bo wiedzą, jak bardzo nic zrobić nie mogą. I mają swoją rację.

Są tacy, którzy racjonalizują, że przecież zawsze gdzieś na świecie umiera jakieś miasto, i zawsze umierało, tylko teraz możemy to oglądać live i w kolorze na ekranach telewizorów i komputerów, i że oszalelibyśmy, gdybyśmy się mieli każdym takim miastem przejmować. I oni też mają swoją rację.

Są i tacy, którzy decydują się na pomaganie tylko tym, którzy są najbliżej. Bo - jak mówią - i u nas, za ścianą, za miedzą, za miastem pełno jest biedy i głodu, i zaniedbania, a skoro i tak nie można pomóc wszystkim, to chociaż tym najbliższym. Tym najbliższym można nawet bardziej, bo ta pomoc generuje mniej kosztów dodatkowych, twierdzą. I im też nie sposób jakiejś racji odmówić.

Są tacy, którzy twierdzą, że wpłacając pieniądze, demonstrując przed ambasadami, podpisując petycje i szerując linki na Facebooku oszukujemy się, że możemy coś zrobić, aby uspokoić sumienie i po kliknięciu potwierdzenia przekazu pieniężnego oraz smutnej buźki na FB wrócić do naszego życia z fałszywym przeświadczeniem, że coś tam zrobiliśmy. I to też jest jakaś prawda.

I są tacy, którzy uczenie powiadają, że wpłacamy te pieniądze, podpisujemy petycje i chadzamy na demonstracje dla własnego samopoczucia. Aby poczuć się wielkodusznym i szlachetnym. Aby poczuć się dobrze. I to prawdą nie jest.

Przynajmniej nie w wypadku Królowej Matki, która wpłaca i podpisuje, i z każdym podpisem i każdą wpłaconą złotówką czuje się coraz bardziej rozpaczliwie bezradna. Coraz bardziej się wstydzi i coraz ciężej jej na duszy. Pokusa, by zamknąć oczy i nie widzieć jest coraz większa. W zeszłym tygodniu jej Matka trafiła nagle do szpitala, a pierwsze informacje były tragicznie złe i mówiły o bezpośrednim zagrożeniu życia. Dwuletnia córeczka jej dobrej Koleżanki z pracy zginęła w wypadku. Coraz głośniej domaga się uwagi ta myśl, żeby poświęcić swoją energię tylko temu. Bo co prawda to złe, co jest blisko boli bardziej, ale jednocześnie nie pozostawia nas aż tak bezradnymi. Królowa Matka może pomagać swojej Matce ile sił w jej drodze do zdrowia, może się nią opiekować, może trzymać za rękę Koleżankę, milcząc i towarzysząc w jej rozpaczy.

Ale co TAK NAPRAWDĘ może zrobić dla mężczyzny o smutnych oczach, który w pożegnalnym nagraniu mówi "Remember us"?

Odwrócić oczy i zająć się swoimi sprawami byłoby o tyle łatwiej.

I nie wie Królowa Matka, czemu się nie odwraca i nie zajmuje. Nie wie, co ją powstrzymuje. Może myśl o własnych dzieciach, które stara się wychować na dobrych ludzi, a którym na pytanie: "Co zrobiłaś?" musiałaby powiedzieć: "Nic. Miałam swoje sprawy". Może poczucie, że nie robienie niczego byłoby tysiąc razy gorsze niż robienie niewiele. Może wstyd. Może wyrzuty sumienia. Może rozpacz. Może wściekłość. Może bunt. Może niezgoda na bycie milczącą większością. Nie wie. Nie wie, dlaczego wciąż podpisuje petycje i przesyła pieniądze, mimo poczucia beznadziei i z pełną świadomością, że nie powstrzyma wojny w Syrii.

A przecież odwrócenie wzroku zaoszczędziłoby jej tak wiele wstydu, który czuje.

Odwrócenie wzroku byłoby takie komfortowe.


Odwrócenie wzroku byłoby zdradą.

Zdrada jest zbyt wysoką ceną za komfort.




Wy, którzy to czytacie, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że macie wszystko. Macie wasze domy, partnerów i partnerki, mężów i żony, dzieci, koty, psy, macie wasze książki, hobby, waszych przyjaciół, znajomych, krewnych. Ciepłe łóżko, światło, wodę pitną, jedzenie. Wszystko.

Idą święta.

Macie wszystko. Nie potrzebujecie więcej.

http://www.wolnasyria.org/

https://www.unicef.pl/nmaction/form/746f0e7d97ea78b3dc5a9a553b9ec2b6?gclid=Cj0KEQiA1b7CBRDjmIPL4u-Zy6gBEiQAsJhTMK_UdW7L0-bK22zNsg_6wtQYyueDyuqp25NjpcpupmoaAuBL8P8HAQ

https://act.thesyriacampaign.org/sign/peoples-million?source=fb&referring_akid=.538727.ieFpLr

http://www.pah.org.pl/

*****




Remember them.

piątek, 9 grudnia 2016

Post w temacie żmij na łonie, odsłona tysiącpińćsetktóraśtam (i cały czas nie ostatnia)

Królowa Matka (nie mogąc powstrzymać zachwytów nad zdjęciem wielkiej księżnej Elżbiety Fiodorowny Romanowej rzuca perły przed... no, co najmniej całkiem spore świnki) - Boże, jakie to zdjęcie jest cudne! Jak wspaniale uchwycone, ten wdzięk, ten urok... piękne, po stokroć piękne!


Potomek Młodszy (grzecznie tkwi u boku Macierzy i podziwia, a przynajmniej usiłuje).

Królowa Matka (nadal strzępi język, gdyż dłuuuugie lata macierzyństwa niczego jej najwyraźniej nie nauczyły) - A ten haft na rękawach widzisz? Ręcznie robiony!!!Jak ja bym chciała raz dotknąć... co ja mówię, dotknąć, zobaczyć, raz zobaczyć taką suknię chociaż przez szybkę! Dotknąć to już za dużo, jeszcze by mi zaszkodziło... I to obszycie przy spódnicy i na gorsecie, a sam gorset... Jak one oddychały, swoją drogą? Ale co tam, nawet bym chwilę nie poodychała, żeby tylko takie zdjęcie mieć, no, dobra, zbliżone, bo do takiego to mi rasowego profilu tu i ówdzie brakuje... Artysta je robił, artysta*! Ten układ głowy, to światło, mogłabym patrzeć i patrzeć, i patrzeć...

Potomek Młodszy - Aha... (z zainteresowaniem) A ty wtedy żyłaś?

Nosz @$#$@**&^%&%$*(()*%$ i okolice.

Jasne, synuś, żyła wtedy mamunia, z wielką księżną na herbatkę się nie umawiała wyłącznie dlatego, że jej do Moskwy było nie po drodze, i może jeszcze dlatego, że jej w tiurniurach było siadać niewygodnie!!!!!!! A nie ma z tamtego okresu żadnych wspomnień z tego tylko powodu, że - podobnie jak wielu wiekowych ludzi - cierpi na sklerozę!!!!

Co rzekłszy, Królowa Matka oddala się z godnością do swych apartamętów, gdzie odda się zapominaniu ostatniej impertynencji swego syna.



*A artysta Hayman Selig Mendelssohn nazywał się, i nie, Królowa Matka nie znała go osobiście.

sobota, 19 listopada 2016

Opowieść o miłości, czyli sile niższej wbrew

Uwaga. Spoilery będą. Chyba. A jak nie spoilery, to słowotok - rozwlekły! i niekoniecznie na temat! - , w trakcie którego to i owo może się wymknąć, i potem tacy i inni niektórzy będą tu przybiegać i krzyczeć na Królową Matkę (nie będę po nazwisku wywoływać, ale ZwL, wstań, jak do ciebie mówię!), więc, aby tego uniknąć Królowa Matka uprzedza.

Czytelniku, wchodzisz dalej na własną odpowiedzialność.

Czy Królowa Matka uwielbiała Lichotkę i jej licznych, niezupełnie standardowych mieszkańców?

Tak. Uwielbiała ich.

Czy za nimi tęskniła, gdy przyszło im się rozstać?

Tak. Tęskniła.

Czy nie mogła się doczekać ponownego z nimi spotkania? Czy śledziła profil Ałtorki na Facebooku, czy czaiła się jak sęp na wszelkie okruchy wzmianek o tym, że "się pisze", czy planowała nabyć powieść natychmiast, gdy się tylko ukaże (ale nie zdążyła, bo dostała egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Uroboros, za co bardzo dziękuje)?

Tak. Nie mogła, śledziła, czaiła się i planowała.

Czy gdy wreszcie weszła w posiadanie własnego egzemplarza "Siły niższej" wzięła lewe zwolnienie L4, wyrzuciła z domu wszystkich Potomków oraz Pana Małżonka, zamknęła się w sypialni z herbatką, ciastkami i paczką chusteczek i pochłonęła rzecz w jeden dzień, a potem delektowała się ociupinkę wolniej po raz drugi?

No pewnie, że nie.

Po otrzymaniu własnego egzemplarza powieści Królowa Matka natychmiast wyłączyła sobie internet (no, dobra, nie całkiem, tylko troszkę), odcięła się od recenzji, opinii, dyskusji na temat oraz fragmentów dzieła, publikowanych tu i ówdzie. Do Krakowa jechała z książką, w której przeczytane miała ze dwadzieścia stron, rozmów na jej temat unikała jak ognia, odbyła spotkanie z Ałtorką, wydębiła autograf i dopiero wracając do Torunia zapadła się w fotel w Polskim Busie i, mając w perspektywie siedem godzin podróży, oddała się lekturze.


Od wydarzeń opisanych w "Dożywociu" minęło jakieś pół roku.

Konrad Romańczuk wraz z ocalałymi dożywotnikami - Lichem, jednym utopcem, Rudolfem Valentino i jej różowymi, puchatymi dzieciątkami, kotką Zmorą oraz tajemniczym, owiniętym w płótno, nieruchomym ciałem, spoczywającym w piwnicy, mieszka, przygarnięty wraz z całą menażerią przez Turu Brząszczyka, duchowego wikinga, w domu, który nie ma imienia, ale za to ma dziesiątki maleńkich pokoików, pomieszczonek i kanciapek, i usiłuje zapuścić nie żeby zaraz korzenie, ale chociaż korzonki.

A właściwie nawet i to nie.

Konrad, w którym tłuką się zaledwie niedobitki jego diabolicznego i wywołującego zachwycone westchnienia pań w wieku od dziewięciu do dziewięćdziesięciu lat "ja", niczego nie zapuszcza. Konrad sobie egzystuje, z dnia na dzień, zderzając się i obijając o męczącą, szarą i beznadziejną rzeczywistość.

Rzeczywistość, która, co trzeba dodać, zaskakuje Konrada aspektami, o których mieszkając w Lichotce zdążył kompletnie zapomnieć. Jak na przykład rachunki za prąd, którego poza Lichotką Licho nie generuje z... no, znikąd, tylko elektrownia dostarcza i każe sobie za tę usługę płacić. Albo koniecznością jedzenia, najlepiej trzy razy dziennie i związaną z powyższym koniecznością przygotowywania posiłków, które pod nieobecność Krakersa,  pradawnego stwora z głębin odwiecznego zła, musi przyrządzać on, Konrad. I to pomimo faktu, że nie umie gotować. Albo z kontem, które - nadszarpywane za sprawą płaconych rachunków i nabywanej drogą kupna żywności - pustoszeje i, by je zapełnić, trzeba łapać każdą fuchę, która się nawinie.

Konrad Romańczuk staje się powoli cieniem samego siebie, a razem z nim cieniem staje się Licho, rozpaczliwie miotające się w daremnym wysiłku, by swojego człowieka pocieszyć i ułatwić mu życie, utopiec, wredniejszy z chwili na chwilę, no, Rudolf Valentino i jej dzieci nie, ale to marna pociecha, i Turu Brząszczyk też nie, trochę dlatego, że niedługo zna Konrada i nie jest od niego w żaden sposób zależny, a trochę dlatego, że - poza byciem wikingiem oraz rzeźbiarzem w drewnie z powołania - jest też nieuleczalnym optymistą z ogromną tolerancją na świat, nabytą skutkiem wieloletniego opiekowania się leciwym i mocno oderwanym od rzeczywistości, by nie powiedzieć nieelegancko "pomylonym", dziaduniem.

Nic dziwnego, że chwycony w bezlitosną garść codzienności Konrad odnajduje namiastkę spokoju wyłącznie podczas wizyt w całodobowym Tesco. Tam, pośród równych, wypełnionych wszelkim dobrem pod podłogi aż po sufit półek, w długich alejkach "na prawo makarony, na lewo - kasze" nie musi mówić, nie musi słuchać, nie musi odpowiadać na różne, często sprzeczne zapotrzebowania współmieszkańców, może całym sercem oddać się analizowaniu etykietek na żywności i wybieraniu keczupu idealnego - nieświadom, że właśnie skutkiem wizyt w Tesco wkrótce w jego szarym jak listopadowy dzień, beznadziejnym i trudnym życiu za chwileczkę zrobi się jeszcze trudniej i bardziej beznadziejnie.

Bowiem już za chwilę, w efekcie licznych zbiegów okoliczności, własnych starań - podjętych niewątpliwie w chwili całkowitego zaćmienia umysłu - oraz działania przeróżnych sił (Królowa Matka podejrzewa interwencję raczej Siły Wyższej, niż tytułowej Niższej) wejdzie w posiadanie (nic to, że tymczasowe) kolejnego Anioła Stróża.

A nie będzie to Anioł w typie Licha, słodkiego, zasmarkanego, z wydepilowanymi skrzydełkami i alergią na pierze, rozkosznego Licha, które można uszczęśliwić podarowaniem mu nowego środka do polerowania drewna oraz płynu do naczyń o zapachu malinowym.

Nie.

Tsadkiel jest Aniołem postawnym i pięknym. Takim, jakie widuje się na obrazach dawnych mistrzów. Złotowłosym, posągowym, o skrzydłach, które, rozłożone, zasłaniają niebiosa. Takim, którego naturalnym wyposażeniem wydaje się trąba wzywająca na Sąd Ostateczny, a ognisty miecz w dłoni nikogo nie dziwi. Jest oficjalnie Aniołem Skromności i Sprawiedliwości. Potężnym i mocarnym.

I upierdliwym.

Tsadkiel nie sprząta domu, jak Licho. Tsadkiel dba, by jego człowiek, pijąc herbatę, nie pozostał nieświadom faktu, że napar herbaciany zawiera 100–594 mg kofeiny w 1 litrze płynu uzyskanego z czarnej herbaty, a w przypadku zielonej herbaty wartość ta wynosi 160–450 mg/litr. I że - dla porównania - kawa parzona zawiera 386–652 mg na 1 litr, co oznacza, że picie pięciu szklanek herbaty może nie być obojętne dla zdrowia. Zwłaszcza, że - co podkreśli z naciskiem - kofeina (teina) zawarta w herbacie może wywoływać u niektórych osób negatywne skutki , hamuje ona bowiem neurogenezę w hipokampie, uczula receptory dopaminy, blokuje receptory adenozynowe, osłabia pamięć, zwiększa uczucie niepokoju i lęku oraz powoduje uzależnienie fizyczne.

Nie powinno się herbaty także słodzić, chociaż bowiem sacharoza (C12H22O11) nie jest substancją klasyfikowaną jako niebezpieczna według kryteriów GHS, ale on już wie swoje (próchnica! otyłość! zahamowany rozrost mięśni!) i ma na to dowody.

Tsadkiel wkroczy do sypialni swojego człowieka o godzinie 20.59 i wyłączy mu światło z informacją, że zgodnie z badaniami amerykańskich naukowców z roku 1978 opublikowanymi w numerze 7 czasopisma "Lancet" mózg ludzki optymalnie odpoczywa podczas snu w godzinach 21-6.

I tak o wszystkim.

Bez przerwy.

Taki właśnie Anioł wprowadza się do domu Konrada i to dosłownie chwilę po tym, gdy Konrad odkrywa, że oprócz Licha, utopca i różowych królików ma na strychu widma trzech żołnierzy Wehrmachtu, z upodobaniem oddających się grze w karty oraz gry planszowe, ale skłonnych do opuszczenia swej samotni w celu bratania się z lokalsami za pomocą pieczenia pierniczków i tegesu, wypijanego w sporych ilościach.

I na chwilę przed tym, jak w progu wspomnianego Domu Bez Imienia staje Carmilla, literacka agentka Konrada, bezdomna i w dwupaku, który to dwupak jest wynikiem szału dwóch ciał. Jedno ciało należało do Carmilli, a drugie do panicza Szczęsnego, najwyraźniej akurat znajdującego się w ostrej fazie uziemienia, obecnie zaś znajdującego się w zaświatach, czego Carmilla w żaden sposób nie chce przyjąć do wiadomości (podobnie jak pętania się po domu dwóch aniołów, małego i dużego, widmowych Niemców oraz utopca).

A wszystko to nie ułatwia niczego. Przynajmniej nie tak od razu.

Na okładce "Nomen Omen" zamieszczono fragment  recenzji głoszący: "Marta Kisiel jest niczym Terry Pratchett, a nawet lepsza, bo on odkrył fabułę dopiero przy swojej czwartej książce, a jej udało się już przy drugiej".

Przy trzeciej też. O ile "Dożywocie", o czym Królowa Matka w swojej tradycyjnie przegadanej recenzji wspominała, można było czytać metodą "Jeszcze ten rozdział do końca i idę spać", napisane bowiem było metodą odcinkową, tak tutaj w ten sposób się nie da (to znaczy, da się, jeśli się jest wielodzietną mamusią oraz kobietą pracującą, a nawet przepracowaną, ale się wcale, a wcale tego nie chce).

I nie jest to jedyne nawiązanie do Pratchetta, jakie by Królowa Matka poczyniła.

Otóż nie ma ona wątpliwości, że będą osoby - i to możliwe, że będzie ich, tych osób, więcej niż kilka - które poczują się "Siłą niższą" rozczarowane.

Podobnie jak byli czytelnicy rozczarowani do głębi ukochanym i czczonym przez Królową Matkę na kolanach tomem Świata Dysku "Straż nocna".

I tacy, którzy recenzując "Nomen Omen" wyrażali opinię, że sama książka super, ale po co te wstawki o wojnie? Po co to płonące miasto, te ruiny, ta śmierć? Po co to wszystko, co Królowej Matce wydawało się w "Nomen Omen" najcenniejsze?

Czytelnicy, którzy czytając Martę Kisiel (i Terry'ego Pratchetta) po prostu chcieli się pośmiać.

I można się przy "Sile niższej" pośmiać, jasne, można prychać pod nosem, uśmiechać się, można nieprzystojnie rżeć nie bacząc na to, że się człowiek znajduje w miejscu publicznym.

Ale ten śmiech nie jest przede wszystkim, a książka nie jest tylko po to. Pod warstwą rozbawienia, pod barokowymi, złożonymi zdaniami, pod zaskakującymi porównaniami i nieoczekiwanymi skojarzeniami słownymi jest powieść o życiu, zwykłym, nużącym życiu, zmęczeniu, smutku i walce, by było w nim coś więcej niż smutek i zmęczenie.

Taką właśnie opowieść widziała Królowa Matka, gdy razem z Konradem wybierała ten keczup. Królowa Matka zresztą jest Konradem, minus choleryczny charakter oraz wywołująca westchnienia zachwytu posępna uroda (chociaż, przyznać musi, z biegiem lat choleryczność w niej rośnie, w zupełnym przeciwieństwie do urody), przyznawała się do powinowactwa duchowego już w recenzji "Dożywocia". Miała identyczny moment w życiu, w jej wypadku rolę spalonej  Lichotki spełnił powrót do pracy, i nie do Tesco chodziła, a do supermarketu niedaleko domu swej Matki, co jest akurat bez znaczenia. Błądziła w tym supermarkecie między półkami, bez dzieci, bez męża, bez "a mamooo!", bez "ja chcę!", bez "a kupisz mi?", bez jednej myśli, cicha na zewnątrz , a wewnątrz płakała tak strasznie, że gdyby było to widać to w robocie byłaby przynajmniej karetka pogotowia, a kto wie, czy nie policja i straż pożarna do kompletu.

Taką opowieść widziała, gdy razem z Carmillą zmęczona, tak nieludzko zmęczona usiłowała odkopać siebie-Człowieka spod Matki, walcząc ze Społecznymi Oczekiwaniami i Poczuciem Obowiązku. I gdy płakała z Lichem "z tęsknoty - za kojącym szumem lasu za oknem, za plumkaniem deszczu o taflę stawu, za rechotem żab i utopców, za stołem w kwiatki, za wszędobylskimi mackami Krakersa, za paniczem i jego atakami poezji, za depilowaniem skrzydeł na werandzie, za swoją przytulną gotycką wieżyczką". I gdy czekała z Tsadkielem, którego nikt nie lubił, na mrozie na swojego człowieka, który nie nadchodził.

Siła Niższa, tytułowa siła niższa, wszechobecna, nie biorąca jeńców, jakże dobrze ją Królowa Matka zna. Niby niepozorna, niby niżej postawiona i nie tak efektowna jak jej starsza i ładniejsza siostra, Siła Wyższa, niby zajmująca się drobiazgami, a potrafi przysłonić to, co najważniejsze. Opanowuje te wszystkie pozbawione uroku, wypełnione nerwami dni, gdy wydaje się, że świat się sprzysiągł przeciw tobie - kot wymiotujący na starannie rozłożone na kanapie galowe ubranie dziecka, oczko w ostatniej parze rajstop, akumulator, który się wyładował akurat dziś, tylne światła odjeżdżającego autobusu i świadomość, że na następny będzie trzeba czekać w zacinającym deszczu przez 40 minut i w dodatku przyjedzie się do pracy mocno spóźnionym, twoje dziecko, budzące się z 39 stopniami gorączki w dniu, gdy dopinasz ważny projekt, nad którym pracowałaś dwa ostatnie miesiące, dopiero co nabyta zapiekanka, przelatująca pięknym łukiem nad stołem by, zahaczając o jasną bluzkę, plasnąć efektownie na podłogę (wszystkie przykłady z życia wzięte, żeby nie było), próbki jej działalności, przysłaniające całą, kolorową resztę świata.

Siła Niższa, która wcale nie jest bohaterką "Siły niższej" Marty Kisiel.

Co sobie Królowa Matka uświadomiła, zamykając książkę po przeczytaniu ostatniego zdania, już tęskniąc za mieszkańcami Domu Bez Imienia i zazdroszcząc im straszliwie. Tego cichego, spokojnego bycia ze sobą, tej akceptacji, którą osiągnęli, tej radości z faktu, że znaleźli swoją drogę.

A potem sobie zdała sprawę, że nie musi im zazdrościć. Miała takie dni. Każdy je ma. A potem o nich zapomina, przytłoczony codziennością, z całą jej szarością, powtarzalnością, banalnością i nie obfitowaniem w fajerwerki, i pozwala się przekonać chichoczącej w kułak Sile Niższej, że tak właśnie wygląda życie.

I tak sobie Królowa Matka pomyślała, że nowa powieść Marty Kisiel w nieoczywisty sposób opowiada o tym, co jest w tym życiu faktycznie istotne.

O tym, że to miłość jest tym, co się liczy, chociaż to takie wielkie słowo i człowiek się trochę wstydzi go używać, żeby się nie strywializowało. I że jeśli się kocha, lubi, akceptuje i szanuje to nie szkodzi, że nadejdą chwile, gdy Siła Niższa znowu da nam popalić (a potem znów, i znów), i  gdy kolejny raz pokaże, na co ją stać. Stawi się jej czoła, bo ma się czego uchwycić - tego, co jest najważniejsze.

Wbrew całej Sile Niższej świata.

O tym jest, zdaniem Królowej Matki, ta książka. (i jest to jej ściśle subiektywne odczucie, nie-recenzenckie, za to bardzo osobiste, i  można się z nim nie zgadzać, ale w niej siedzi ono nie do wyrwania, niczym Krakers przytwierdzony wszystkimi mackami).

Więc nie dawajmy się Sile Niższej, Kochani Czytelnicy.

Natomiast "Sile niższej" trzeba, a nawet należy :).

poniedziałek, 31 października 2016

Królowej Matki wyprawa do Wielkiego Świata

- Przyjedź! - zachęcał (potencjalny) Gospodarz, a w blogowym życiu - 1/2 ekipy podróżującej Tramwajem numer 4 , podsyłając a to zachęcające maile, a to zdjęcia wejściówek w ramach kuszenia.

- Jedź! - powtarzał uparcie Pan Małżonek.

Potomki niczego nie powtarzały, ale protestować też nie protestowały.

Na domowy adres Królowej Matki zaczęły przychodzić Tajemnicze Telegramy i Wezwania.


Dopiero jednak, gdy "Jedź" zaczęła powtarzać rodzona Matka Królowej Matki, rzecz nie mająca precedensu, Królowa Matka zaczęła się łamać.

Łatwo nie było. Jechać oznaczyło opuścić swoją bezpieczną norkę. Wyjść między ludzi, być zmuszoną do nich mówić i odpowiadać ich jakimś tam oczekiwaniom, które - mówił w głowie Królowej Matki ten głosik, co jest zawsze na posterunku - na pewno są wyższe niż to, co jest Królowa Matka swą skromną, chudą i przygarbioną sylwetką zapewnić. No i w ogóle. Narzucać się. A oni na pewno się już od lat wszyscy znają. I będą Królową Matkę znosić jako doskonale wychowani ludzie, ale bez niej na pewno by się swobodniej czuli. I w ogóle oni są tacy  bystrzy, światowi i oblatani, a Królowa Matka to prowincjonalna pani w średnim wieku, więcej niewymowna. I inne takie.

Ale skoro się człowiek nadłamał, powiedział cichutko to małe, bardzo malutkie "a" to należało powiedzieć "B", wziąć za łeb swoje fobie, zdecydować się na wizytę na Targach Książki i zaklepać bilety do Krakowa.

Co uczyniwszy, Królowa Matka natychmiast dostała zapaści, duszności, hertzklekotu oraz mgły przed oczami, rozkoszne scenariusze w rodzaju: "Spóźnię się/ zgubię/ nikt mnie nie odbierze z dworca/ będziemy siedzieć w kamiennym milczeniu przez cały czas z pominięciem grzecznościowych powitań rano/ a w ogóle to Żona Gospodarza na pewno w ogóle nie chciała mieć na głowie jakiejś obcej baby i będzie bezustannie znacząco rzucać okiem na zegarek!!!", gdyż zaprawdę, Czytelniku, spuszczona ze smyczy niepewność siebie Królowej Matki wyrasta imponująco, niby to ciasto drożdżowe czule opatulone lnianą ściereczką na ciepłym piecu.

Pomimo powyższego Królowa Matka, która jest tchórzem, ale za to obowiązkowym, i która skoro już poskładała przeróżne obietnice to zamierzała ich dotrzymać, upiekła górę ciasteczek kawowych, nabyła pierniki, no bo co można Gospodarzom z Torunia przywieźć, zapakowała Licho  (które, mówiąc między nami, było robione z myślą, że kiedyś trafi w ręce Samej Ałtorki, choć w głębi serca Królowa Matka nie wierzyła, że kiedykolwiek jej się uda Ałtorkę choćby z daleka ujrzeć na własne oczęta), spakowała się i w ulewnym deszczu oraz w stanie histerii łamane przez podekscytowanie wsiadła w autobus do Krakowa.

Oczywiście autobus przyjechał spóźniony już do Torunia.

Oczywiście sukcesywnie powiększał spóźnienie we Włocławku, Łodzi i Częstochowie, by pod Krakowem osiągnąć imponującą jedną godzinę i dwadzieścia minut (podczas gdy Królowa Matka osiągała stan przedzawałowy, zaś jej rozszalała wyobraźnia - poziom "master" prezentując obrazy Gospodarza opuszczającego dworzec z trzaśnięciem drzwi po uprzednim wykasowaniu numeru Królowej Matki z pamięci telefonu).

Po czym Królowa Matka wysiadła w Krakowie, Gospodarz był, Małżonka Gospodarza była, odezwała się do Królowej Matki  i to wystarczyło, by Królowa Matka się natychmiast uspokoiła.

(W związku z czym pozwala sobie tu na sugestię, by Małżonka Gospodarza rozważyła karierę jako pogromczyni dzikich zwierząt albo behawiorystka, bo skoro potrafiła jednym zdaniem uspokoić rozhisteryzowaną Królową Matkę to taki tygrys w panice albo zestresowany wąż boa czy inny spazmujący nosorożec powinien stanowić kaszkę z mleczkiem).

A nazajutrz, nazajutrz czekał Królową Matkę dzień bogaty w zaskoczenia.

Na Targi wchodziła bramką dla vipów


(uznając, że może sobie wybrać przecież bramką dla kogo wchodzi, a bramka dla osób posiadających bilet czterodniowy nie zadawalała jej w najmniejszym stopniu).

Ałtorkę widziała na własne oczy, uzyskała autograf, i nawet do niej mówiła, a także dokonała wzruszenia Jej za pomocą Licha


oraz, co więcej, ŚCISKAŁA, i to w dodatku DWA RAZY!!!


Poznała drugiego motorniczego z Tramwaju nr 4, spotkała parę osób, które poznała dwa lata temu (jak ten czas leci! że sobie tak odkrywczo przy tej okazji zakrzyknie), no, może "poznała" to nie jest właściwe słowo, zobaczyła, o, zobaczyła na oczy, co jednakże sprawiło, że jakaś część jej mózgu uznała, że już je zna, w związku z czym nie musi się ich bać.

Pochodziła (poprzepychała się raczej i była to spora próba wytrzymałości dla jej introwertyzmu, ale nie będzie narzekać, bo to były pierwsze, możliwe, że ostatnie Targi w jej życiu i zamierza się tym doświadczeniem wyłącznie zachwycać) między stoiskami, nabyła drogą kupna nieco książek, wydębiła kilka autografów, dostała drogą podarunku trochę zakładek, wypełniła ankietę...

Ale nade wszystko SPOTKAŁA SWOICH CZYTELNIKÓW!

Za każdym razem, gdy Królowa Matka mówi, że nie wierzy, że jej Czytelnicy nie istnieją wywołuje falę śmieszków i uwag na temat kokieterii, ale, co robić, ona w to naprawdę nie wierzy. Jakoś tam, kawałeczkiem umysłu wie, że ktoś na tego jej bloga wchodzi, ktoś go komentuje, ktoś go ma w Obserwowanych. Ale większa część umysłu nie współpracuje z tym kawałeczkiem i uznaje twardo, że nieistotne, że ktoś czyta i komentuje, na tyle, żeby ją kojarzyć po zakończeniu lektury to już nikt i nic, i to jest oczywiście normalne, bo niby kim Królowa Matka jest, autorką średnio popularnego bloga śmieciowego o niczym, od jakich w necie się po prostu roi.

Na osoby podchodzące w czasie Targów do kącika, w którym Królowa Matka wraz z Towarzystwem przeczekiwała największy rzut Wielbicieli na Martę Kisiel z pytaniem: "Przepraszam, która z pań jest Królową Matką?", na umawianie się z Czytelnikami przez telefon, na poszukiwanie jej w tłumie, oraz na piski "Królowa Matka? Iiiiii!" Królowa Matka gotowa mentalnie nie była.

I nie jest :).

Zupełnie nie wie, jak pisarze i inne sławne osoby sobie z tym radzą, idzie się do tego przyzwyczaić? Królowej Matce się wydaje, że gdyby to ją częściej spotykało wyrzut endorfin by ją zabił. Endorfiny chyba tez można przedawkować (w każdym razie Królowej Matce by się udało, nie wyklucza, że jako pierwszej osobie na świecie :)).

A teraz, odespawszy i odprasowawszy sobie odgniotki nabyte w trakcie siedmiogodzinnej podróży powrotnej siedzi sobie Królowa Matka w Domu w Dziczy, miłośnie wpatrując się w łupy i dary, które zwiozła z Grodu Kraka do Grodu z Piernika


i myśli z wdzięcznością o swoim niezrównanym Gospodarzu, jego Małżonce (i Synu, który został wyrugowany z własnego pokoju na czas pobytu Królowej Matki w Krakowie, co zniósł z podniesionym czołem i godnością osobistą), wszystkich znajomych blogerach, blogerach, którzy byli nieznajomi, ale już nie są, o Ałtorce, bez której nie byłoby dla kogo robić Krakowskiego Rabanu, i kochanych, kochanych Czytelniczkach...

... i tak jej się wydaje, nie, żeby pierwszy raz w życiu, ale tym razem wyjątkowo dobitnie, że, naprawdę, warto było zakładać tego bloga pięć lat (i jeden miesiąc) temu!

Dzięki, wielkie dzięki dla Was wszystkich!!!*


* dla Najdroższego Pana Małżonka i Potomków też, wszak gdyby ten pierwszy nie nalegał, a te ostatnie nie przyjęły wyjazdu Mamuni ze spokojem, histeryzując zaledwie przez pięć minut w piątek rano, także te Targi Krakowskie odbyć by się musiały bez Królowej Matki przemykającej gdzieś w ich tle :).

wtorek, 25 października 2016

Przyczyny ciszy

Królowa Matka (oglądając zdjęcia osób parających się pracą twórczą, tych wszystkich rzeźbiarzy w glinie,  tkaczy chodników z gałganków, zajmujących się ceramiką, szyciem lalek walffdorskich, malowaniem na jedwabiu, robiących naturalne kosmetyki i wyplatajacych cuda z wikliny, tęsknie) - Ach, jak ja im wszystkim zazdroszczę! Jak ja bym chciała zarabiać na życie robiąc takie piękne rzeczy własnymi rękami...

Potomek Młodszy  (współczująco) - Tak, rozumiem, dlaczego to takie trudne i nie może ci się udać.  Po pierwsze, niczego nie potrafisz...

Tjaaaa.

W obliczu powyższego w zasadzie nieistotne jest jakiekolwiek "po drugie".

Za to ciszę na blogu (a nawet na obu) wyjaśnia dość dokładnie. 

sobota, 24 września 2016

#czarnyprotest

Będąc młodą pacjentką na jej ukochanym oddziale kardiologii przychodził do Królowej Matki Pan Profesor. Królowa Matka ucinała sobie z nim pogawędki, a w ogóle ma taką koncepcję, że Pan Profesor lubił do Królowej Matki wpadać na rozmowy o "Mężczyznach którzy nienawidzą kobiet", Arturo Perez-Reverte, szeroko pojętej literaturze rozrywkowej oraz krzyżówkach, ponieważ nie miała ona pojęcia, że dysponuje on ilością tytułów naukowych, które nie pomieściłyby się na tkaninie z Bayeux, w związku z czym nie emanowała czołobitnością, rozmawiała z nim jak ze zwykłym człowiekiem, beztrosko zwracała się do niego "panie doktorze" i nie brała do siebie przerażonych spojrzeń personelu, rzucanych jej zza profesorskiego ramienia. Tak więc Pan Profesor wpadał, badał i gawędził, i podczas jednej z takich pogawędek wyrwało mu się:

- Czterech synów, hm? Przydałaby się teraz córeczka... - po czym zorientował się, co powiedział, zreflektował się natychmiast i robiąc wielkie oczy zakrzyknął - Ale nienienie! Żadnych dzieci! One nie miałyby najmniejszych szans na przeżycie. Pani nie miałaby najmniejszych szans.

Królowa Matka, która po pierwsze nie była już młodym i hożym dziewczęciem (i doprawdy trudno powiedzieć, czy bardziej nie była hoża, czy młoda), po drugie posiadała czworo dzieci, w tym półroczne bliźnięta (a nic tak nie oddala wszelkich myśli o kolejnych dzieciach jak półroczne bliźnięta), a po trzecie zaledwie dwa tygodnie temu spokojniutko sobie umierała, co jakoś tak silnie zniechęcało do rozmyślań nad kontynuacją prokreacji, ukoiła nerwy Pana Profesora informacją, że spoko, ona nie zamierza produkować córeczki, zwłaszcza, że pewnie wyszedłby jej kolejny synek, a to już byłoby naprawdę nieco za dużo jak na jej zszargane nerwy.

Tym niemniej wtedy usłyszała to po raz pierwszy.

Nie ostatni.

Na każdej wizycie kontrolnej u dowolnego lekarza słyszała to samo.

Żadnych więcej dzieci.

Ciąża jest bezwzględnie zakazana.

Jest wyrokiem śmierci. Dla matki.

O szansach dziecka nie ma nawet co wspominać, skoro matka ma zerowe szanse dożyć połowy ciąży.

Niewydolność serca plus dopiero co przeżyty zator płucny szerokiego pola manewru na polu antykoncepcyjnym nie zostawiają, ale nic to. Antykoncepcja musi być stosowana.

Bezwzględnie.

...

Antykoncepcja czasem zawodzi.

...

I nadszedł w życiu Królowej Matki dzień, gdy wydawało jej się, że zawiodła.

Pamięta jak dziś. Siedziała na dywanie, na kolanach trzymała jednego Pompona, wtedy liczącego trzy i pół roku. Drugi bawił się nieopodal z Potomkiem Młodszym, siedmiolatkiem. Potomek Starszy dwa miesiące wcześniej zaczął czwartą klasę.

Za pół roku wszystkie jej dzieci mogły zostać sierotami. Pan Małżonek zaś miał szanse zostać wdowcem zanim stuknie mu 35 wiosen.

Królowa Matka nabrała tchu i mu powiedziała.

Pan Małżonek milczał chwilę. A potem powiedział:

- Wiesz, że musimy się pospieszyć?

I niczego więcej nie musiał mówić.

Królowa Matka wiedziała.

Musimy się pospieszyć. Zrobić test, najlepiej kilka. Upewnić się. Znaleźć kontakt. Zebrać pieniądze. Znaleźć kogoś do opieki nad dziećmi. Wyjechać na Słowację. Albo do Czech, ojciec Pana Małżonka tam mieszka. Jak najszybciej. Omijać polskich lekarzy szerokim łukiem. Bo nie ma żadnych gwarancji, że nie trafi się na takiego, który będzie przeciągał sprawę poza te ustawowe 12 tygodni, a jeśli przeciągnie to najdalej pięć tygodni później Królowa Matka nie będzie już żyła.

Więc Królowa Matka kupiła te testy i je zrobiła. Wyszły negatywnie. Nie była w ciąży. Jakiś tydzień później ostatecznie się o tym upewniła i z jej serca spadł kamień porównywalny z meteorem, który załatwił odmownie dinozaury. Już nie musiała wyjeżdżać na Słowację. Już mogła zapomnieć o zwierzęcym strachu, w którym żyła przez ostatnie dwa tygodnie. Mogła przestać układać pożegnalne listy do dzieci i zastanawiać się, czy dwoje najmłodszych będzie ją w ogóle pamiętać.


A teraz będzie gorzkie, bardzo gorzkie clou całej tej historii.

Królowa Matka miała trzech lekarzy prowadzących. Jeden z nich podczas wizyty kontrolnej powiedział jej, że gdyby zdecydowała się na powiększenie rodziny mogłaby mieć szansę. Była leczona prawie trzy lata, leczenie przynosiło efekty, serce wyglądało coraz lepiej, można by podjąć ryzyko.

I gdyby Królowa Matka żyła w normalnym kraju, w kraju, który jej prawo do aborcji zapewnia, to jej hipotetyczne piąte dziecko miałoby szanse przeżyć.

Bo pierwszą myślą Królowej Matki nie był wcale wyjazd na Słowację.

Jej pierwszą myślą było, że może się uda.

I w normalnym kraju jak najszybciej poszłaby do lekarza. W normalnym kraju jej ginekolog i kardiolog spotkaliby się, przeprowadzili szereg badań, sprawdzili stan Królowej Matki, sprawdzili, czy leki, które bierze i będzie brała do końca życia nie mają negatywnego wpływu na płód i uczciwie powiedzieli Królowej Matce, jakie ma szanse. Zajęliby się nią zgodnie z najlepszą wiedzą lekarską i troską o nią i jej zdrowie. A gdyby nie było szans to też by jej to uczciwie powiedzieli i pomogli przeprowadzić ją przez rozwiązanie, które wcale nie jest łatwe i którego wcale nie chciałaby, ale które mogłoby okazać się konieczne.

Ale w jej kraju, i Królowa Matka zdała sobie z tego sprawę aż tak dobitnie po raz pierwszy chyba właśnie siedząc na tym dywanie z Pomponem na kolanach, w jej kraju, gdzie "życie poczęte" chroni się tak, że ojejciu, jej hipotetyczne piąte dziecko szans nie miałoby żadnych.

Bo w jej kraju kobiety w takiej sytuacji, jak Królowa Matka, zaczynają od razu planować wyjazd na Słowację*.

Bo nie wierzą lekarzom. Wiecie, jakie to jest uczucie, nie wierzyć lekarzom? Wiecie, jak to jest, iść do lekarza, od którego zależy twoje życie i cały czas podejrzewać, że on cię może oszukiwać? Że cię nie leczy, że się o ciebie nie troszczy, że cię okłamuje w imię swoich osobistych poglądów albo ze strachu? Wiesz, jak to jest, Czytelniku?

Wiesz, jak to jest, nie podejmować nawet próby kontaktu z lekarzem w obawie przed spotkaniem na swojej drodze Chazana, którego Królowa Matka nie nazwie doktorem nawet przed plutonem egzekucyjnym, albo tego chazanowego pobratymca, który ukrywał przed matką aż do rozwiązania, że dziecko nie ma rozwiniętych kończyn, albo jakiegoś innego, który ze strachu albo w imię religii, której Królowa Matka nie wyznaje, skaże jej czworo dzieci na sieroctwo, a ją samą na śmierć bez mrugnięcia okiem? W imię życia poczętego, które i tak nie będzie miało szans by się urodzić i przeżyć?

I zdała sobie Królowa Matka sprawę, bo do tamtej chwili - nazwijcie ją frajerką - miała wrażenie, że jest obywatelką kraju, której przysługują te same prawa, co jego obywatelom, że nie ma żadnych praw. Że wszystkie te piękne słowa o równości wobec prawa, trosce i zapewnianej przez konstytucję opiece zdrowotnej, bezpieczeństwie i wolności sumienia to są tylko słowa. Że pełnię praw w tym kraju mają mężczyźni, najlepiej biali i heteroseksualni. A ona, która się w tym kraju urodziła i wychowała, w którym założyła rodzinę i urodziła czworo dzieci, w którym pracuje i odprowadza podatki do odprowadzania podatków nadaje się, i owszem. Pod względem ochrony jej zdrowia i życia jej państwo o nią nie dba. Nie liczy się dla jej kraju jej zdrowie i życie. Nie ma znaczenia jej paraliżujący strach ani jej cierpienie. Zlekceważy je bez wahania, ze słowami o moralności na ustach. Jest nikim dla swojego kraju.

Czuje się jak w wiktoriańskiej Anglii, w której pierwsze sufrażystki walczyły o prawa wyborcze, a w parlamencie mężczyźni pobłażliwie mówili, że równie dobrze można dać je zwierzętom.

O tym wszystkim Królowa Matka myślała, siedząc na dywanie z Pomponem na kolanach, i czuła się zdradzona. I czuła rozpacz.

A wszystko to działo się zanim w sejmie pojawił się barbarzyński projekt ustawy Ordo Iuris.

W czasach, gdy TEORETYCZNIE miała jakiś wybór.

Teraz grozi jej, że już go mieć nie będzie. Ani ona, ani inne kobiety w podobnej sytuacji. Teraz będzie mogła tylko umrzeć.


Królowa Matka jest osobą mało bojową. Nie ma w sobie ducha walki, nie cierpi konfrontacji, nie bierze udziału w internetowych flejmach, nie wdaje się w światopoglądowe dyskusje, unika komentowania drażliwych zagadnień. Nie ma temperamentu działaczki, ma bardzo cienką skórę i odchorowuje nieżyczliwe (o obraźliwych nie wspominając) komentarze. To dlatego bardzo rzadko porusza kontrowersyjne tematy, ukrywa swoje poglądy - a, owszem, ma swoje poglądy na wszystko, zupełnie tak, jak każdy - są tematy, o których nigdy i nic na napisze. Najchętniej pisałaby tylko recenzje złych i dobrych książek i anegdotki o swoich dzieciach, i miała blog pogodny, radosny w kolorystyce i tematyce oraz bawiący czytelników.

Ale czasem rozpacz, poczucie krzywdy, gniew, wszystko naraz lub każde z osobna rośnie w niej tak, że się wylewa.

No i czasem trzeba się opowiedzieć po czyjejś stronie. Nawet ryzykując odchorowywanie komentarzy, hejt i falę odlajkowywania bloga oraz fanpejdżyka.

Są ważniejsze rzeczy niż odlajkowany fanpejdżyk.

Tak więc, Kochane Czytelniczki, Kochani Czytelnicy. Jeśli któreś z Was będzie jutro, przyodziany na czarno, na demonstracji, proszę, niech wzniesie okrzyk i machnie transparentem także w moim imieniu.




* tak, Królowa Matka wie, że nie wszystkie. Szanuje wybór tych, które nie planują. Tym niemniej jest to ICH wybór.