sobota, 19 listopada 2016

Opowieść o miłości, czyli sile niższej wbrew

Uwaga. Spoilery będą. Chyba. A jak nie spoilery, to słowotok - rozwlekły! i niekoniecznie na temat! - , w trakcie którego to i owo może się wymknąć, i potem tacy i inni niektórzy będą tu przybiegać i krzyczeć na Królową Matkę (nie będę po nazwisku wywoływać, ale ZwL, wstań, jak do ciebie mówię!), więc, aby tego uniknąć Królowa Matka uprzedza.

Czytelniku, wchodzisz dalej na własną odpowiedzialność.

Czy Królowa Matka uwielbiała Lichotkę i jej licznych, niezupełnie standardowych mieszkańców?

Tak. Uwielbiała ich.

Czy za nimi tęskniła, gdy przyszło im się rozstać?

Tak. Tęskniła.

Czy nie mogła się doczekać ponownego z nimi spotkania? Czy śledziła profil Ałtorki na Facebooku, czy czaiła się jak sęp na wszelkie okruchy wzmianek o tym, że "się pisze", czy planowała nabyć powieść natychmiast, gdy się tylko ukaże (ale nie zdążyła, bo dostała egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Uroboros, za co bardzo dziękuje)?

Tak. Nie mogła, śledziła, czaiła się i planowała.

Czy gdy wreszcie weszła w posiadanie własnego egzemplarza "Siły niższej" wzięła lewe zwolnienie L4, wyrzuciła z domu wszystkich Potomków oraz Pana Małżonka, zamknęła się w sypialni z herbatką, ciastkami i paczką chusteczek i pochłonęła rzecz w jeden dzień, a potem delektowała się ociupinkę wolniej po raz drugi?

No pewnie, że nie.

Po otrzymaniu własnego egzemplarza powieści Królowa Matka natychmiast wyłączyła sobie internet (no, dobra, nie całkiem, tylko troszkę), odcięła się od recenzji, opinii, dyskusji na temat oraz fragmentów dzieła, publikowanych tu i ówdzie. Do Krakowa jechała z książką, w której przeczytane miała ze dwadzieścia stron, rozmów na jej temat unikała jak ognia, odbyła spotkanie z Ałtorką, wydębiła autograf i dopiero wracając do Torunia zapadła się w fotel w Polskim Busie i, mając w perspektywie siedem godzin podróży, oddała się lekturze.


Od wydarzeń opisanych w "Dożywociu" minęło jakieś pół roku.

Konrad Romańczuk wraz z ocalałymi dożywotnikami - Lichem, jednym utopcem, Rudolfem Valentino i jej różowymi, puchatymi dzieciątkami, kotką Zmorą oraz tajemniczym, owiniętym w płótno, nieruchomym ciałem, spoczywającym w piwnicy, mieszka, przygarnięty wraz z całą menażerią przez Turu Brząszczyka, duchowego wikinga, w domu, który nie ma imienia, ale za to ma dziesiątki maleńkich pokoików, pomieszczonek i kanciapek, i usiłuje zapuścić nie żeby zaraz korzenie, ale chociaż korzonki.

A właściwie nawet i to nie.

Konrad, w którym tłuką się zaledwie niedobitki jego diabolicznego i wywołującego zachwycone westchnienia pań w wieku od dziewięciu do dziewięćdziesięciu lat "ja", niczego nie zapuszcza. Konrad sobie egzystuje, z dnia na dzień, zderzając się i obijając o męczącą, szarą i beznadziejną rzeczywistość.

Rzeczywistość, która, co trzeba dodać, zaskakuje Konrada aspektami, o których mieszkając w Lichotce zdążył kompletnie zapomnieć. Jak na przykład rachunki za prąd, którego poza Lichotką Licho nie generuje z... no, znikąd, tylko elektrownia dostarcza i każe sobie za tę usługę płacić. Albo koniecznością jedzenia, najlepiej trzy razy dziennie i związaną z powyższym koniecznością przygotowywania posiłków, które pod nieobecność Krakersa,  pradawnego stwora z głębin odwiecznego zła, musi przyrządzać on, Konrad. I to pomimo faktu, że nie umie gotować. Albo z kontem, które - nadszarpywane za sprawą płaconych rachunków i nabywanej drogą kupna żywności - pustoszeje i, by je zapełnić, trzeba łapać każdą fuchę, która się nawinie.

Konrad Romańczuk staje się powoli cieniem samego siebie, a razem z nim cieniem staje się Licho, rozpaczliwie miotające się w daremnym wysiłku, by swojego człowieka pocieszyć i ułatwić mu życie, utopiec, wredniejszy z chwili na chwilę, no, Rudolf Valentino i jej dzieci nie, ale to marna pociecha, i Turu Brząszczyk też nie, trochę dlatego, że niedługo zna Konrada i nie jest od niego w żaden sposób zależny, a trochę dlatego, że - poza byciem wikingiem oraz rzeźbiarzem w drewnie z powołania - jest też nieuleczalnym optymistą z ogromną tolerancją na świat, nabytą skutkiem wieloletniego opiekowania się leciwym i mocno oderwanym od rzeczywistości, by nie powiedzieć nieelegancko "pomylonym", dziaduniem.

Nic dziwnego, że chwycony w bezlitosną garść codzienności Konrad odnajduje namiastkę spokoju wyłącznie podczas wizyt w całodobowym Tesco. Tam, pośród równych, wypełnionych wszelkim dobrem pod podłogi aż po sufit półek, w długich alejkach "na prawo makarony, na lewo - kasze" nie musi mówić, nie musi słuchać, nie musi odpowiadać na różne, często sprzeczne zapotrzebowania współmieszkańców, może całym sercem oddać się analizowaniu etykietek na żywności i wybieraniu keczupu idealnego - nieświadom, że właśnie skutkiem wizyt w Tesco wkrótce w jego szarym jak listopadowy dzień, beznadziejnym i trudnym życiu za chwileczkę zrobi się jeszcze trudniej i bardziej beznadziejnie.

Bowiem już za chwilę, w efekcie licznych zbiegów okoliczności, własnych starań - podjętych niewątpliwie w chwili całkowitego zaćmienia umysłu - oraz działania przeróżnych sił (Królowa Matka podejrzewa interwencję raczej Siły Wyższej, niż tytułowej Niższej) wejdzie w posiadanie (nic to, że tymczasowe) kolejnego Anioła Stróża.

A nie będzie to Anioł w typie Licha, słodkiego, zasmarkanego, z wydepilowanymi skrzydełkami i alergią na pierze, rozkosznego Licha, które można uszczęśliwić podarowaniem mu nowego środka do polerowania drewna oraz płynu do naczyń o zapachu malinowym.

Nie.

Tsadkiel jest Aniołem postawnym i pięknym. Takim, jakie widuje się na obrazach dawnych mistrzów. Złotowłosym, posągowym, o skrzydłach, które, rozłożone, zasłaniają niebiosa. Takim, którego naturalnym wyposażeniem wydaje się trąba wzywająca na Sąd Ostateczny, a ognisty miecz w dłoni nikogo nie dziwi. Jest oficjalnie Aniołem Skromności i Sprawiedliwości. Potężnym i mocarnym.

I upierdliwym.

Tsadkiel nie sprząta domu, jak Licho. Tsadkiel dba, by jego człowiek, pijąc herbatę, nie pozostał nieświadom faktu, że napar herbaciany zawiera 100–594 mg kofeiny w 1 litrze płynu uzyskanego z czarnej herbaty, a w przypadku zielonej herbaty wartość ta wynosi 160–450 mg/litr. I że - dla porównania - kawa parzona zawiera 386–652 mg na 1 litr, co oznacza, że picie pięciu szklanek herbaty może nie być obojętne dla zdrowia. Zwłaszcza, że - co podkreśli z naciskiem - kofeina (teina) zawarta w herbacie może wywoływać u niektórych osób negatywne skutki , hamuje ona bowiem neurogenezę w hipokampie, uczula receptory dopaminy, blokuje receptory adenozynowe, osłabia pamięć, zwiększa uczucie niepokoju i lęku oraz powoduje uzależnienie fizyczne.

Nie powinno się herbaty także słodzić, chociaż bowiem sacharoza (C12H22O11) nie jest substancją klasyfikowaną jako niebezpieczna według kryteriów GHS, ale on już wie swoje (próchnica! otyłość! zahamowany rozrost mięśni!) i ma na to dowody.

Tsadkiel wkroczy do sypialni swojego człowieka o godzinie 20.59 i wyłączy mu światło z informacją, że zgodnie z badaniami amerykańskich naukowców z roku 1978 opublikowanymi w numerze 7 czasopisma "Lancet" mózg ludzki optymalnie odpoczywa podczas snu w godzinach 21-6.

I tak o wszystkim.

Bez przerwy.

Taki właśnie Anioł wprowadza się do domu Konrada i to dosłownie chwilę po tym, gdy Konrad odkrywa, że oprócz Licha, utopca i różowych królików ma na strychu widma trzech żołnierzy Wehrmachtu, z upodobaniem oddających się grze w karty oraz gry planszowe, ale skłonnych do opuszczenia swej samotni w celu bratania się z lokalsami za pomocą pieczenia pierniczków i tegesu, wypijanego w sporych ilościach.

I na chwilę przed tym, jak w progu wspomnianego Domu Bez Imienia staje Carmilla, literacka agentka Konrada, bezdomna i w dwupaku, który to dwupak jest wynikiem szału dwóch ciał. Jedno ciało należało do Carmilli, a drugie do panicza Szczęsnego, najwyraźniej akurat znajdującego się w ostrej fazie uziemienia, obecnie zaś znajdującego się w zaświatach, czego Carmilla w żaden sposób nie chce przyjąć do wiadomości (podobnie jak pętania się po domu dwóch aniołów, małego i dużego, widmowych Niemców oraz utopca).

A wszystko to nie ułatwia niczego. Przynajmniej nie tak od razu.

Na okładce "Nomen Omen" zamieszczono fragment  recenzji głoszący: "Marta Kisiel jest niczym Terry Pratchett, a nawet lepsza, bo on odkrył fabułę dopiero przy swojej czwartej książce, a jej udało się już przy drugiej".

Przy trzeciej też. O ile "Dożywocie", o czym Królowa Matka w swojej tradycyjnie przegadanej recenzji wspominała, można było czytać metodą "Jeszcze ten rozdział do końca i idę spać", napisane bowiem było metodą odcinkową, tak tutaj w ten sposób się nie da (to znaczy, da się, jeśli się jest wielodzietną mamusią oraz kobietą pracującą, a nawet przepracowaną, ale się wcale, a wcale tego nie chce).

I nie jest to jedyne nawiązanie do Pratchetta, jakie by Królowa Matka poczyniła.

Otóż nie ma ona wątpliwości, że będą osoby - i to możliwe, że będzie ich, tych osób, więcej niż kilka - które poczują się "Siłą niższą" rozczarowane.

Podobnie jak byli czytelnicy rozczarowani do głębi ukochanym i czczonym przez Królową Matkę na kolanach tomem Świata Dysku "Straż nocna".

I tacy, którzy recenzując "Nomen Omen" wyrażali opinię, że sama książka super, ale po co te wstawki o wojnie? Po co to płonące miasto, te ruiny, ta śmierć? Po co to wszystko, co Królowej Matce wydawało się w "Nomen Omen" najcenniejsze?

Czytelnicy, którzy czytając Martę Kisiel (i Terry'ego Pratchetta) po prostu chcieli się pośmiać.

I można się przy "Sile niższej" pośmiać, jasne, można prychać pod nosem, uśmiechać się, można nieprzystojnie rżeć nie bacząc na to, że się człowiek znajduje w miejscu publicznym.

Ale ten śmiech nie jest przede wszystkim, a książka nie jest tylko po to. Pod warstwą rozbawienia, pod barokowymi, złożonymi zdaniami, pod zaskakującymi porównaniami i nieoczekiwanymi skojarzeniami słownymi jest powieść o życiu, zwykłym, nużącym życiu, zmęczeniu, smutku i walce, by było w nim coś więcej niż smutek i zmęczenie.

Taką właśnie opowieść widziała Królowa Matka, gdy razem z Konradem wybierała ten keczup. Królowa Matka zresztą jest Konradem, minus choleryczny charakter oraz wywołująca westchnienia zachwytu posępna uroda (chociaż, przyznać musi, z biegiem lat choleryczność w niej rośnie, w zupełnym przeciwieństwie do urody), przyznawała się do powinowactwa duchowego już w recenzji "Dożywocia". Miała identyczny moment w życiu, w jej wypadku rolę spalonej  Lichotki spełnił powrót do pracy, i nie do Tesco chodziła, a do supermarketu niedaleko domu swej Matki, co jest akurat bez znaczenia. Błądziła w tym supermarkecie między półkami, bez dzieci, bez męża, bez "a mamooo!", bez "ja chcę!", bez "a kupisz mi?", bez jednej myśli, cicha na zewnątrz , a wewnątrz płakała tak strasznie, że gdyby było to widać to w robocie byłaby przynajmniej karetka pogotowia, a kto wie, czy nie policja i straż pożarna do kompletu.

Taką opowieść widziała, gdy razem z Carmillą zmęczona, tak nieludzko zmęczona usiłowała odkopać siebie-Człowieka spod Matki, walcząc ze Społecznymi Oczekiwaniami i Poczuciem Obowiązku. I gdy płakała z Lichem "z tęsknoty - za kojącym szumem lasu za oknem, za plumkaniem deszczu o taflę stawu, za rechotem żab i utopców, za stołem w kwiatki, za wszędobylskimi mackami Krakersa, za paniczem i jego atakami poezji, za depilowaniem skrzydeł na werandzie, za swoją przytulną gotycką wieżyczką". I gdy czekała z Tsadkielem, którego nikt nie lubił, na mrozie na swojego człowieka, który nie nadchodził.

Siła Niższa, tytułowa siła niższa, wszechobecna, nie biorąca jeńców, jakże dobrze ją Królowa Matka zna. Niby niepozorna, niby niżej postawiona i nie tak efektowna jak jej starsza i ładniejsza siostra, Siła Wyższa, niby zajmująca się drobiazgami, a potrafi przysłonić to, co najważniejsze. Opanowuje te wszystkie pozbawione uroku, wypełnione nerwami dni, gdy wydaje się, że świat się sprzysiągł przeciw tobie - kot wymiotujący na starannie rozłożone na kanapie galowe ubranie dziecka, oczko w ostatniej parze rajstop, akumulator, który się wyładował akurat dziś, tylne światła odjeżdżającego autobusu i świadomość, że na następny będzie trzeba czekać w zacinającym deszczu przez 40 minut i w dodatku przyjedzie się do pracy mocno spóźnionym, twoje dziecko, budzące się z 39 stopniami gorączki w dniu, gdy dopinasz ważny projekt, nad którym pracowałaś dwa ostatnie miesiące, dopiero co nabyta zapiekanka, przelatująca pięknym łukiem nad stołem by, zahaczając o jasną bluzkę, plasnąć efektownie na podłogę (wszystkie przykłady z życia wzięte, żeby nie było), próbki jej działalności, przysłaniające całą, kolorową resztę świata.

Siła Niższa, która wcale nie jest bohaterką "Siły niższej" Marty Kisiel.

Co sobie Królowa Matka uświadomiła, zamykając książkę po przeczytaniu ostatniego zdania, już tęskniąc za mieszkańcami Domu Bez Imienia i zazdroszcząc im straszliwie. Tego cichego, spokojnego bycia ze sobą, tej akceptacji, którą osiągnęli, tej radości z faktu, że znaleźli swoją drogę.

A potem sobie zdała sprawę, że nie musi im zazdrościć. Miała takie dni. Każdy je ma. A potem o nich zapomina, przytłoczony codziennością, z całą jej szarością, powtarzalnością, banalnością i nie obfitowaniem w fajerwerki, i pozwala się przekonać chichoczącej w kułak Sile Niższej, że tak właśnie wygląda życie.

I tak sobie Królowa Matka pomyślała, że nowa powieść Marty Kisiel w nieoczywisty sposób opowiada o tym, co jest w tym życiu faktycznie istotne.

O tym, że to miłość jest tym, co się liczy, chociaż to takie wielkie słowo i człowiek się trochę wstydzi go używać, żeby się nie strywializowało. I że jeśli się kocha, lubi, akceptuje i szanuje to nie szkodzi, że nadejdą chwile, gdy Siła Niższa znowu da nam popalić (a potem znów, i znów), i  gdy kolejny raz pokaże, na co ją stać. Stawi się jej czoła, bo ma się czego uchwycić - tego, co jest najważniejsze.

Wbrew całej Sile Niższej świata.

O tym jest, zdaniem Królowej Matki, ta książka. (i jest to jej ściśle subiektywne odczucie, nie-recenzenckie, za to bardzo osobiste, i  można się z nim nie zgadzać, ale w niej siedzi ono nie do wyrwania, niczym Krakers przytwierdzony wszystkimi mackami).

Więc nie dawajmy się Sile Niższej, Kochani Czytelnicy.

Natomiast "Sile niższej" trzeba, a nawet należy :).

poniedziałek, 31 października 2016

Królowej Matki wyprawa do Wielkiego Świata

- Przyjedź! - zachęcał (potencjalny) Gospodarz, a w blogowym życiu - 1/2 ekipy podróżującej Tramwajem numer 4 , podsyłając a to zachęcające maile, a to zdjęcia wejściówek w ramach kuszenia.

- Jedź! - powtarzał uparcie Pan Małżonek.

Potomki niczego nie powtarzały, ale protestować też nie protestowały.

Na domowy adres Królowej Matki zaczęły przychodzić Tajemnicze Telegramy i Wezwania.


Dopiero jednak, gdy "Jedź" zaczęła powtarzać rodzona Matka Królowej Matki, rzecz nie mająca precedensu, Królowa Matka zaczęła się łamać.

Łatwo nie było. Jechać oznaczyło opuścić swoją bezpieczną norkę. Wyjść między ludzi, być zmuszoną do nich mówić i odpowiadać ich jakimś tam oczekiwaniom, które - mówił w głowie Królowej Matki ten głosik, co jest zawsze na posterunku - na pewno są wyższe niż to, co jest Królowa Matka swą skromną, chudą i przygarbioną sylwetką zapewnić. No i w ogóle. Narzucać się. A oni na pewno się już od lat wszyscy znają. I będą Królową Matkę znosić jako doskonale wychowani ludzie, ale bez niej na pewno by się swobodniej czuli. I w ogóle oni są tacy  bystrzy, światowi i oblatani, a Królowa Matka to prowincjonalna pani w średnim wieku, więcej niewymowna. I inne takie.

Ale skoro się człowiek nadłamał, powiedział cichutko to małe, bardzo malutkie "a" to należało powiedzieć "B", wziąć za łeb swoje fobie, zdecydować się na wizytę na Targach Książki i zaklepać bilety do Krakowa.

Co uczyniwszy, Królowa Matka natychmiast dostała zapaści, duszności, hertzklekotu oraz mgły przed oczami, rozkoszne scenariusze w rodzaju: "Spóźnię się/ zgubię/ nikt mnie nie odbierze z dworca/ będziemy siedzieć w kamiennym milczeniu przez cały czas z pominięciem grzecznościowych powitań rano/ a w ogóle to Żona Gospodarza na pewno w ogóle nie chciała mieć na głowie jakiejś obcej baby i będzie bezustannie znacząco rzucać okiem na zegarek!!!", gdyż zaprawdę, Czytelniku, spuszczona ze smyczy niepewność siebie Królowej Matki wyrasta imponująco, niby to ciasto drożdżowe czule opatulone lnianą ściereczką na ciepłym piecu.

Pomimo powyższego Królowa Matka, która jest tchórzem, ale za to obowiązkowym, i która skoro już poskładała przeróżne obietnice to zamierzała ich dotrzymać, upiekła górę ciasteczek kawowych, nabyła pierniki, no bo co można Gospodarzom z Torunia przywieźć, zapakowała Licho  (które, mówiąc między nami, było robione z myślą, że kiedyś trafi w ręce Samej Ałtorki, choć w głębi serca Królowa Matka nie wierzyła, że kiedykolwiek jej się uda Ałtorkę choćby z daleka ujrzeć na własne oczęta), spakowała się i w ulewnym deszczu oraz w stanie histerii łamane przez podekscytowanie wsiadła w autobus do Krakowa.

Oczywiście autobus przyjechał spóźniony już do Torunia.

Oczywiście sukcesywnie powiększał spóźnienie we Włocławku, Łodzi i Częstochowie, by pod Krakowem osiągnąć imponującą jedną godzinę i dwadzieścia minut (podczas gdy Królowa Matka osiągała stan przedzawałowy, zaś jej rozszalała wyobraźnia - poziom "master" prezentując obrazy Gospodarza opuszczającego dworzec z trzaśnięciem drzwi po uprzednim wykasowaniu numeru Królowej Matki z pamięci telefonu).

Po czym Królowa Matka wysiadła w Krakowie, Gospodarz był, Małżonka Gospodarza była, odezwała się do Królowej Matki  i to wystarczyło, by Królowa Matka się natychmiast uspokoiła.

(W związku z czym pozwala sobie tu na sugestię, by Małżonka Gospodarza rozważyła karierę jako pogromczyni dzikich zwierząt albo behawiorystka, bo skoro potrafiła jednym zdaniem uspokoić rozhisteryzowaną Królową Matkę to taki tygrys w panice albo zestresowany wąż boa czy inny spazmujący nosorożec powinien stanowić kaszkę z mleczkiem).

A nazajutrz, nazajutrz czekał Królową Matkę dzień bogaty w zaskoczenia.

Na Targi wchodziła bramką dla vipów


(uznając, że może sobie wybrać przecież bramką dla kogo wchodzi, a bramka dla osób posiadających bilet czterodniowy nie zadawalała jej w najmniejszym stopniu).

Ałtorkę widziała na własne oczy, uzyskała autograf, i nawet do niej mówiła, a także dokonała wzruszenia Jej za pomocą Licha


oraz, co więcej, ŚCISKAŁA, i to w dodatku DWA RAZY!!!


Poznała drugiego motorniczego z Tramwaju nr 4, spotkała parę osób, które poznała dwa lata temu (jak ten czas leci! że sobie tak odkrywczo przy tej okazji zakrzyknie), no, może "poznała" to nie jest właściwe słowo, zobaczyła, o, zobaczyła na oczy, co jednakże sprawiło, że jakaś część jej mózgu uznała, że już je zna, w związku z czym nie musi się ich bać.

Pochodziła (poprzepychała się raczej i była to spora próba wytrzymałości dla jej introwertyzmu, ale nie będzie narzekać, bo to były pierwsze, możliwe, że ostatnie Targi w jej życiu i zamierza się tym doświadczeniem wyłącznie zachwycać) między stoiskami, nabyła drogą kupna nieco książek, wydębiła kilka autografów, dostała drogą podarunku trochę zakładek, wypełniła ankietę...

Ale nade wszystko SPOTKAŁA SWOICH CZYTELNIKÓW!

Za każdym razem, gdy Królowa Matka mówi, że nie wierzy, że jej Czytelnicy nie istnieją wywołuje falę śmieszków i uwag na temat kokieterii, ale, co robić, ona w to naprawdę nie wierzy. Jakoś tam, kawałeczkiem umysłu wie, że ktoś na tego jej bloga wchodzi, ktoś go komentuje, ktoś go ma w Obserwowanych. Ale większa część umysłu nie współpracuje z tym kawałeczkiem i uznaje twardo, że nieistotne, że ktoś czyta i komentuje, na tyle, żeby ją kojarzyć po zakończeniu lektury to już nikt i nic, i to jest oczywiście normalne, bo niby kim Królowa Matka jest, autorką średnio popularnego bloga śmieciowego o niczym, od jakich w necie się po prostu roi.

Na osoby podchodzące w czasie Targów do kącika, w którym Królowa Matka wraz z Towarzystwem przeczekiwała największy rzut Wielbicieli na Martę Kisiel z pytaniem: "Przepraszam, która z pań jest Królową Matką?", na umawianie się z Czytelnikami przez telefon, na poszukiwanie jej w tłumie, oraz na piski "Królowa Matka? Iiiiii!" Królowa Matka gotowa mentalnie nie była.

I nie jest :).

Zupełnie nie wie, jak pisarze i inne sławne osoby sobie z tym radzą, idzie się do tego przyzwyczaić? Królowej Matce się wydaje, że gdyby to ją częściej spotykało wyrzut endorfin by ją zabił. Endorfiny chyba tez można przedawkować (w każdym razie Królowej Matce by się udało, nie wyklucza, że jako pierwszej osobie na świecie :)).

A teraz, odespawszy i odprasowawszy sobie odgniotki nabyte w trakcie siedmiogodzinnej podróży powrotnej siedzi sobie Królowa Matka w Domu w Dziczy, miłośnie wpatrując się w łupy i dary, które zwiozła z Grodu Kraka do Grodu z Piernika


i myśli z wdzięcznością o swoim niezrównanym Gospodarzu, jego Małżonce (i Synu, który został wyrugowany z własnego pokoju na czas pobytu Królowej Matki w Krakowie, co zniósł z podniesionym czołem i godnością osobistą), wszystkich znajomych blogerach, blogerach, którzy byli nieznajomi, ale już nie są, o Ałtorce, bez której nie byłoby dla kogo robić Krakowskiego Rabanu, i kochanych, kochanych Czytelniczkach...

... i tak jej się wydaje, nie, żeby pierwszy raz w życiu, ale tym razem wyjątkowo dobitnie, że, naprawdę, warto było zakładać tego bloga pięć lat (i jeden miesiąc) temu!

Dzięki, wielkie dzięki dla Was wszystkich!!!*


* dla Najdroższego Pana Małżonka i Potomków też, wszak gdyby ten pierwszy nie nalegał, a te ostatnie nie przyjęły wyjazdu Mamuni ze spokojem, histeryzując zaledwie przez pięć minut w piątek rano, także te Targi Krakowskie odbyć by się musiały bez Królowej Matki przemykającej gdzieś w ich tle :).

wtorek, 25 października 2016

Przyczyny ciszy

Królowa Matka (oglądając zdjęcia osób parających się pracą twórczą, tych wszystkich rzeźbiarzy w glinie,  tkaczy chodników z gałganków, zajmujących się ceramiką, szyciem lalek walffdorskich, malowaniem na jedwabiu, robiących naturalne kosmetyki i wyplatajacych cuda z wikliny, tęsknie) - Ach, jak ja im wszystkim zazdroszczę! Jak ja bym chciała zarabiać na życie robiąc takie piękne rzeczy własnymi rękami...

Potomek Młodszy  (współczująco) - Tak, rozumiem, dlaczego to takie trudne i nie może ci się udać.  Po pierwsze, niczego nie potrafisz...

Tjaaaa.

W obliczu powyższego w zasadzie nieistotne jest jakiekolwiek "po drugie".

Za to ciszę na blogu (a nawet na obu) wyjaśnia dość dokładnie. 

sobota, 24 września 2016

#czarnyprotest

Będąc młodą pacjentką na jej ukochanym oddziale kardiologii przychodził do Królowej Matki Pan Profesor. Królowa Matka ucinała sobie z nim pogawędki, a w ogóle ma taką koncepcję, że Pan Profesor lubił do Królowej Matki wpadać na rozmowy o "Mężczyznach którzy nienawidzą kobiet", Arturo Perez-Reverte, szeroko pojętej literaturze rozrywkowej oraz krzyżówkach, ponieważ nie miała ona pojęcia, że dysponuje on ilością tytułów naukowych, które nie pomieściłyby się na tkaninie z Bayeux, w związku z czym nie emanowała czołobitnością, rozmawiała z nim jak ze zwykłym człowiekiem, beztrosko zwracała się do niego "panie doktorze" i nie brała do siebie przerażonych spojrzeń personelu, rzucanych jej zza profesorskiego ramienia. Tak więc Pan Profesor wpadał, badał i gawędził, i podczas jednej z takich pogawędek wyrwało mu się:

- Czterech synów, hm? Przydałaby się teraz córeczka... - po czym zorientował się, co powiedział, zreflektował się natychmiast i robiąc wielkie oczy zakrzyknął - Ale nienienie! Żadnych dzieci! One nie miałyby najmniejszych szans na przeżycie. Pani nie miałaby najmniejszych szans.

Królowa Matka, która po pierwsze nie była już młodym i hożym dziewczęciem (i doprawdy trudno powiedzieć, czy bardziej nie była hoża, czy młoda), po drugie posiadała czworo dzieci, w tym półroczne bliźnięta (a nic tak nie oddala wszelkich myśli o kolejnych dzieciach jak półroczne bliźnięta), a po trzecie zaledwie dwa tygodnie temu spokojniutko sobie umierała, co jakoś tak silnie zniechęcało do rozmyślań nad kontynuacją prokreacji, ukoiła nerwy Pana Profesora informacją, że spoko, ona nie zamierza produkować córeczki, zwłaszcza, że pewnie wyszedłby jej kolejny synek, a to już byłoby naprawdę nieco za dużo jak na jej zszargane nerwy.

Tym niemniej wtedy usłyszała to po raz pierwszy.

Nie ostatni.

Na każdej wizycie kontrolnej u dowolnego lekarza słyszała to samo.

Żadnych więcej dzieci.

Ciąża jest bezwzględnie zakazana.

Jest wyrokiem śmierci. Dla matki.

O szansach dziecka nie ma nawet co wspominać, skoro matka ma zerowe szanse dożyć połowy ciąży.

Niewydolność serca plus dopiero co przeżyty zator płucny szerokiego pola manewru na polu antykoncepcyjnym nie zostawiają, ale nic to. Antykoncepcja musi być stosowana.

Bezwzględnie.

...

Antykoncepcja czasem zawodzi.

...

I nadszedł w życiu Królowej Matki dzień, gdy wydawało jej się, że zawiodła.

Pamięta jak dziś. Siedziała na dywanie, na kolanach trzymała jednego Pompona, wtedy liczącego trzy i pół roku. Drugi bawił się nieopodal z Potomkiem Młodszym, siedmiolatkiem. Potomek Starszy dwa miesiące wcześniej zaczął czwartą klasę.

Za pół roku wszystkie jej dzieci mogły zostać sierotami. Pan Małżonek zaś miał szanse zostać wdowcem zanim stuknie mu 35 wiosen.

Królowa Matka nabrała tchu i mu powiedziała.

Pan Małżonek milczał chwilę. A potem powiedział:

- Wiesz, że musimy się pospieszyć?

I niczego więcej nie musiał mówić.

Królowa Matka wiedziała.

Musimy się pospieszyć. Zrobić test, najlepiej kilka. Upewnić się. Znaleźć kontakt. Zebrać pieniądze. Znaleźć kogoś do opieki nad dziećmi. Wyjechać na Słowację. Albo do Czech, ojciec Pana Małżonka tam mieszka. Jak najszybciej. Omijać polskich lekarzy szerokim łukiem. Bo nie ma żadnych gwarancji, że nie trafi się na takiego, który będzie przeciągał sprawę poza te ustawowe 12 tygodni, a jeśli przeciągnie to najdalej pięć tygodni później Królowa Matka nie będzie już żyła.

Więc Królowa Matka kupiła te testy i je zrobiła. Wyszły negatywnie. Nie była w ciąży. Jakiś tydzień później ostatecznie się o tym upewniła i z jej serca spadł kamień porównywalny z meteorem, który załatwił odmownie dinozaury. Już nie musiała wyjeżdżać na Słowację. Już mogła zapomnieć o zwierzęcym strachu, w którym żyła przez ostatnie dwa tygodnie. Mogła przestać układać pożegnalne listy do dzieci i zastanawiać się, czy dwoje najmłodszych będzie ją w ogóle pamiętać.


A teraz będzie gorzkie, bardzo gorzkie clou całej tej historii.

Królowa Matka miała trzech lekarzy prowadzących. Jeden z nich podczas wizyty kontrolnej powiedział jej, że gdyby zdecydowała się na powiększenie rodziny mogłaby mieć szansę. Była leczona prawie trzy lata, leczenie przynosiło efekty, serce wyglądało coraz lepiej, można by podjąć ryzyko.

I gdyby Królowa Matka żyła w normalnym kraju, w kraju, który jej prawo do aborcji zapewnia, to jej hipotetyczne piąte dziecko miałoby szanse przeżyć.

Bo pierwszą myślą Królowej Matki nie był wcale wyjazd na Słowację.

Jej pierwszą myślą było, że może się uda.

I w normalnym kraju jak najszybciej poszłaby do lekarza. W normalnym kraju jej ginekolog i kardiolog spotkaliby się, przeprowadzili szereg badań, sprawdzili stan Królowej Matki, sprawdzili, czy leki, które bierze i będzie brała do końca życia nie mają negatywnego wpływu na płód i uczciwie powiedzieli Królowej Matce, jakie ma szanse. Zajęliby się nią zgodnie z najlepszą wiedzą lekarską i troską o nią i jej zdrowie. A gdyby nie było szans to też by jej to uczciwie powiedzieli i pomogli przeprowadzić ją przez rozwiązanie, które wcale nie jest łatwe i którego wcale nie chciałaby, ale które mogłoby okazać się konieczne.

Ale w jej kraju, i Królowa Matka zdała sobie z tego sprawę aż tak dobitnie po raz pierwszy chyba właśnie siedząc na tym dywanie z Pomponem na kolanach, w jej kraju, gdzie "życie poczęte" chroni się tak, że ojejciu, jej hipotetyczne piąte dziecko szans nie miałoby żadnych.

Bo w jej kraju kobiety w takiej sytuacji, jak Królowa Matka, zaczynają od razu planować wyjazd na Słowację*.

Bo nie wierzą lekarzom. Wiecie, jakie to jest uczucie, nie wierzyć lekarzom? Wiecie, jak to jest, iść do lekarza, od którego zależy twoje życie i cały czas podejrzewać, że on cię może oszukiwać? Że cię nie leczy, że się o ciebie nie troszczy, że cię okłamuje w imię swoich osobistych poglądów albo ze strachu? Wiesz, jak to jest, Czytelniku?

Wiesz, jak to jest, nie podejmować nawet próby kontaktu z lekarzem w obawie przed spotkaniem na swojej drodze Chazana, którego Królowa Matka nie nazwie doktorem nawet przed plutonem egzekucyjnym, albo tego chazanowego pobratymca, który ukrywał przed matką aż do rozwiązania, że dziecko nie ma rozwiniętych kończyn, albo jakiegoś innego, który ze strachu albo w imię religii, której Królowa Matka nie wyznaje, skaże jej czworo dzieci na sieroctwo, a ją samą na śmierć bez mrugnięcia okiem? W imię życia poczętego, które i tak nie będzie miało szans by się urodzić i przeżyć?

I zdała sobie Królowa Matka sprawę, bo do tamtej chwili - nazwijcie ją frajerką - miała wrażenie, że jest obywatelką kraju, której przysługują te same prawa, co jego obywatelom, że nie ma żadnych praw. Że wszystkie te piękne słowa o równości wobec prawa, trosce i zapewnianej przez konstytucję opiece zdrowotnej, bezpieczeństwie i wolności sumienia to są tylko słowa. Że pełnię praw w tym kraju mają mężczyźni, najlepiej biali i heteroseksualni. A ona, która się w tym kraju urodziła i wychowała, w którym założyła rodzinę i urodziła czworo dzieci, w którym pracuje i odprowadza podatki do odprowadzania podatków nadaje się, i owszem. Pod względem ochrony jej zdrowia i życia jej państwo o nią nie dba. Nie liczy się dla jej kraju jej zdrowie i życie. Nie ma znaczenia jej paraliżujący strach ani jej cierpienie. Zlekceważy je bez wahania, ze słowami o moralności na ustach. Jest nikim dla swojego kraju.

Czuje się jak w wiktoriańskiej Anglii, w której pierwsze sufrażystki walczyły o prawa wyborcze, a w parlamencie mężczyźni pobłażliwie mówili, że równie dobrze można dać je zwierzętom.

O tym wszystkim Królowa Matka myślała, siedząc na dywanie z Pomponem na kolanach, i czuła się zdradzona. I czuła rozpacz.

A wszystko to działo się zanim w sejmie pojawił się barbarzyński projekt ustawy Ordo Iuris.

W czasach, gdy TEORETYCZNIE miała jakiś wybór.

Teraz grozi jej, że już go mieć nie będzie. Ani ona, ani inne kobiety w podobnej sytuacji. Teraz będzie mogła tylko umrzeć.


Królowa Matka jest osobą mało bojową. Nie ma w sobie ducha walki, nie cierpi konfrontacji, nie bierze udziału w internetowych flejmach, nie wdaje się w światopoglądowe dyskusje, unika komentowania drażliwych zagadnień. Nie ma temperamentu działaczki, ma bardzo cienką skórę i odchorowuje nieżyczliwe (o obraźliwych nie wspominając) komentarze. To dlatego bardzo rzadko porusza kontrowersyjne tematy, ukrywa swoje poglądy - a, owszem, ma swoje poglądy na wszystko, zupełnie tak, jak każdy - są tematy, o których nigdy i nic na napisze. Najchętniej pisałaby tylko recenzje złych i dobrych książek i anegdotki o swoich dzieciach, i miała blog pogodny, radosny w kolorystyce i tematyce oraz bawiący czytelników.

Ale czasem rozpacz, poczucie krzywdy, gniew, wszystko naraz lub każde z osobna rośnie w niej tak, że się wylewa.

No i czasem trzeba się opowiedzieć po czyjejś stronie. Nawet ryzykując odchorowywanie komentarzy, hejt i falę odlajkowywania bloga oraz fanpejdżyka.

Są ważniejsze rzeczy niż odlajkowany fanpejdżyk.

Tak więc, Kochane Czytelniczki, Kochani Czytelnicy. Jeśli któreś z Was będzie jutro, przyodziany na czarno, na demonstracji, proszę, niech wzniesie okrzyk i machnie transparentem także w moim imieniu.




* tak, Królowa Matka wie, że nie wszystkie. Szanuje wybór tych, które nie planują. Tym niemniej jest to ICH wybór.

sobota, 10 września 2016

Post w temacie żmij na łonie, odsłona tysiącpińćsetosiemnasta (i nie ostatnia)

Pompon Młodszy (którego wreszcie udało się nakłonić do opuszczenia Domostwa i udania się na Łono Natury w celu zażycia ostatnich powiewów lata; wraca galopem z przedsionka) - Mamo! Mamo! A moje sandały gdzie są?

Królowa Matka - A, sandały... w szafce są, co chcesz, pochowałam całe letnie obuwie, i to raczej głęboko, nie sądziłam, że pojawią się nagle tropikalne upały... (z westchnieniem wyplątując się ze zwojów alpaki)... czekaj, już idę, pomogę ci szukać...

Po chwili.

Królowa Matka (zanurzona po pas w szafie, przerzucając góry obuwia letniego, zimowego oraz kaloszków we wszelkich rozmiarach, kolorach i fasonach) - To te?... Są! A, nie, te są za małe... O, te! A, nie, to jest ten jeden sandał, do którego pary nie udało mi się znaleźć całe lato... te są moje... to nie są sandały... już, już, synek, zaraz je znajdę, jeszcze momencik, dosłownie jedna chwileczka...

Pompon Młodszy (pod nosem) - Tsy lata później...

Żmija, łono, na własnej piersi, sami Państwo wią, co sobie będzie Królowa Matka język strzępić.

środa, 31 sierpnia 2016

Zmierzając w stronę nowego roku szkolnego...

Pompon Młodszy (leży w pozie niedbałej na sofie i liczy) - Jeden, dwa, tsy... pięc, seść, siedem... dziewięć... dwanaście, tsynaście... osiemnaście, dziewiętnaście? (zawiesza głos pytająco)

Królowa Matka (życzliwie) - Dwadzieścia.

Pompon Młodszy (podejmuje niestrudzenie) - Dwadzieścia. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, dwadzieścia tsy (i tak dalej, i tym podobnie aż do) ... dwadzieścia dziewięć?

Królowa Matka (nieco nieuważnie, przerzucając oczka prawe i lewe w robótce) - Trzydzieści...

Pompon Młodszy (monotonnie) - ... tsydzieści. Tsydzieści jeden. Tsydzieści dwa. Tsydzieści tsy... cterdzieści... cterdzieści siedem, cterdzieści osiem... pięćdziesiąt (unosząc się nagle słusznym oburzeniem) Licę i licę, do tylu juz policylem, kiedy wrescie będzie milion?!

***

Ostatnie dni wakacji w Domu w Dziczy, Królowa Matka przerzuciła się z dziergania spódnicy z lnu (którą udało jej się z sukcesem ukończyć) na szal z alpaki (który też jej się uda ukończyć, i tego przekonania będziemy się trzymać!), który sobie robi na drutach podczas, gdy w telewizorze migają jakieś krwawe kryminały. Na ekranie właśnie sekcja jakichś zwłok, i to, nie ukrywajmy, zwłok, których właściciel przeniósł był się na łono Abrahama już jakiś czas temu, a kto wie, może zdążył się z sukcesem reinkarnować. I z tych właśnie zwłok patolodzy wyciągają długie, białe coś.

Potomek Starszy (któremu właśnie zdarzyło się rzucić okiem na ekran, z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia) - Co oni mu wyciągają z tej nogi?

Królowa Matka (która ogląda w skupieniu wyłącznie kryminały z panną Marple i Herculesem Poirot jako, że odczuwa ostatnio wzmożoną chęć na stylowe morderstwa popełniane wśród koronek, kwiatków od Laury Ashley oraz dyskretnego pobrzękiwania porcelany, inne traktując obojętnie, by nie rzec z lekceważeniem; nieuważnie) - A, nie wiem. Ale jak chwilę popatrzysz z uwagą to się pewnie dowiesz.

Po chwili patrzenia z uwagą.

Królowa Matka (nie bez niezdrowej i kompletnie niestosownej w przytomności Pacholęcia uciechy) - A, już wiem, co to. I nie z nogi mu to wyciągali...

Potomek Starszy (ożywiając się znacznie, wyczuł bowiem niezdrową uciechę Mamuni jak chart świeży trop w leśnej głuszy) - A skąd, a skąd?

Królowa Matka (rzeczowo) - Z penisa.

Potomek Starszy (raczej tępo) - Z penisa.

Królowa Matka (konsekwentnie trzymając się podjętego lata temu postanowienia, że będzie odpowiadać na każde, nawet najbardziej niestosowne w oczach Innych, Lepszych Rodziców, Dziadków, Opiekunów i Autorytetów Pedagogicznych pytanie i wyjaśniać wszystkie, nawet najdziwaczniejsze sprawy) - Tak, to był implant penisa.

Potomek Starszy (nadal tępo, acz z rosnącą zgrozą) - Co to jest implant penisa?

Królowa Matka - Takie coś, co ludzie sobie dają wszczepiać, zazwyczaj dla urody. Panie stosują implanty piersi, żeby mieć piękniejszy i bardziej ponętny dekolt, a panowie... 

Potomek Starszy (na którego obliczu zgroza, fascynacja i obrzydzenie utworzyły mieszankę nie do opisania dla nikogo, kto nie byłby Homerem) - Nie kończ, nie kończ! Już rozumiem!!!

Królowa Matka (spokojnie wracając do oczek prawych i lewych w jej ledwo kiełkującym szalu z alpaki) - Czegóż chcesz, pan był stritizerem i musiał wyglądać efektownie w każdej sytuacji, także, a może nawet zwłaszcza, zawodowej. W każdym razie już wiesz...

Potomek Starszy - Wiem... (po chwili) Ale jest to wiedza, bez której mogłem żyć.


Powiada Państwu Królowa Matka, ten rok szkolny to już naprawdę czas zacząć. Jeden ma za mało wiedzy, drugi za dużo, najwyższa pora wszystko to usystematyzować!

czwartek, 11 sierpnia 2016

Nie bądź bezpieczny

Dziś, na balkonie mieszkania Matki Królowej Matki.

Wywieszony przez balustradkę* Pompon Młodszy macha żywiołowo do przechodzącego pod balkonem kolegi z przedszkola.

Pompon Młodszy (entuzjastycznie i z projekcją głosową na pół osiedla) - Filip! Flip! Ceść, Filip, jestem dziś u babci!!!

Filip (odmachuje i odkrzykuje z nie mniejszym entuzjazmem, dopytując się przy okazji o Pompona Starszego).

Matka Królowej Matki (do Pompona Starszego, zachęcająco) - Filip o ciebie pyta, może byś mu pomachał?

Pompon Starszy (płowowłosy, z subtelnym rumieńcem na gładkiej twarzyczce, nie podnosząc wzroku znad kolorowanki, spokojnie) - Nie. To jest mój wróg.

Matka Królowej Matki (w osłupieniu) - Twój wróg.

Pompon Starszy (kolorując metodycznie, bez jednego drgnienia rzęs, rzucających cienie na brzoskwiniowe policzki) - Tak (zmiana kredki z niebieskiej na seledynową). Ugryzł mnie.

Matka Królowej Matki - Dziecko, ale kiedy to było! W "Biedronkach" wtedy byliście, to było (liczy nerwowo na palcach)... rok... nie... dwa lata temu! Dopiero się poznaliście, przepraszał cię za to tysiąc razy! Już byś o tym zapomniał...

Pompon Starszy (wznosząc na Matkę Królowej Matki oczy jak kawałki błękitu, zdecydowanie) - Ja NICZEGO nie zapominam. Tu (wskazując palcem na środek czoła i pochylając się w kierunku babci, dobitnie), o, tu mam wszystko zapisane.

 Matka Królowej Matki (milczy z nieco opadniętą szczęką, pogrążona w stuporze oraz oszołomieniu).

Pompon Starszy - (wracając do swoich kredek i wyglądania jak przepisowy cherubin z rysunków Jessie Wilcox Smith z początku XX wieku) - Wszystko.

 
Tym samy w kategorii "nie bądź bezpieczny, poeta pamięta!" Potomkowi Młodszemu rośnie godna konkurencja, której oddech powinien już zacząć czuć na plecach...


*figura retoryczna. W przytomności Matki Królowej Matki "wywieszenie przez balustradkę" Pompona Młodszego przyjmuje formę stania w połowie drogi między ścianą budynku a rzeczoną balustradką i wyciągnięcie nad nią co najwyżej dłoni, a i to nie bez zaniepokojonych okrzyków w tle.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Post bez tytułu, kolejny

Pan Zapowiadający Program W Telewizorze (posępnym głosem) - Kobiety-morderczynie. Kobiety, które dokonały najbardziej odrażających czynów, nim udało się je doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości. Serial dokumentalny odkrywa przerażającą prawdę o ich szokujących zbrodniach. Na pierwszy rzut oka nie sposób się domyślić.  Nie sposób odgadnąć. To właśnie sprawia, że są tak groźne. Ludzie zastanawiają się, jaką one mają tajemnicę, co próbują ukryć...

Królowa Matka (zajęta polerowaniem blatów w kuchni albo jakąś inną porywająca czynnością, niepomna obecności Potomków; w przestrzeń) - A g... prawda.

Potomek Starszy (aktywizując się wyraźnie, niewątpliwie na skutek nadużycia przez Macierz Zakazanego Słownictwa) - Cococococo? Dlaczego?

Królowa Matka (przerzucając się z polerowania blatów na siekanie warzywek; pogardliwie) - "Ludzie się zastanawiają, co one próbują ukryć", akurat! G... prawda, mój synu, tyle ci powiem. Ludzie się nad niczym nie zastanawiają, nad niczym, kompletnie. Nigdy niczego nie zauważają. Ludzie są zawsze zaskoczeni. Bo to taka normalna kobieta była, mówią. Taka zwykła. Miła sąsiadka. Zawsze pomogła, z moją małą posiedziała, jak musiałam niespodziewanie do pracy skoczyć, zakupy przyniosła, jak nogę złamałam... (stopniowo zwalniając ruch noża przy siekaniu). Nigdy człowieka nie minęła, żeby go nie zagadnąć, "dzień dobry" nie powiedzieć. No kto by, pani, pomyślał. I z mężem się dogadywała, żadnych kłótni, żadnych awantur, jak u tych spod siódemki, pani... porządna rodzina, taka normalna. I dzieci takie dobrze ułożone, czyste, sympatyczne, porządnie ubrane (nóż zamiera w bezruchu w rękach Królowej Matki)... co niedzielę na lody, do parku, a grzeczne (słowa padają wolno, wolniej, coraz wolniej...), miłe, wesołe, na oko takie fajne dzieciaki, taka fajna rodzina...

Potomek Starszy (po stosownie długiej chwili milczenia, ostrożnie) - ... ale ty, mamo, nie jesteś seryjną morderczynią?

Cóż.

JESZCZE nie.

...
...
...
...
...

Prawdopodobnie.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Popkulturalnie, na początek wakacji

Nie jest tajemnicą państwową, że Królowa Matka jest wielbicielką seriali brytyjskich, ze szczególnym uwzględnieniem tych wyprodukowanych przez BBC.

Czasem jednak chęć na zrobienie czegoś szalonego i życia przez chwilę na krawędzi / nuda / ciekawość, która wiadomo, czym jest, ale czasem się o tym zapomina / uwielbienie dla kina przedwojennego / po troszeczce tego wszystkiego sprawia, że Królowa Matka zasiada przed telewizorem i ogląda jakąś rodzimą produkcję.

Na przykład serial „Bodo”.

Zwłaszcza, że jest to serial reklamowany jako produkcja zrobiona z nadzwyczajnym po prostu rozmachem, w realizacji której zatrudniono 240 aktorów, 300 epizodystów i 4000 statystów, a zdjęcia kręcono w aż 293 różnych lokalizacjach, m.in. w Łodzi, Wrocławiu, Żyrardowie, Zgierzu oraz w Warszawie. No to już mus zobaczyć, nie ma przebacz!

Powodowana tą myślą Królowa Matka dzielnie – z odcinka na odcinek, co trzeba podkreślić, bardziej dzielnie – zasiadała przed telewizorem głównie po to (jak się raczej szybciej niż później okazało) by oswajać się z myślą, że jeśli chce sobie popatrzeć na porywającą scenografię, dwadzieścia rodzajów sztućców, wszystkie autentyczne, kostiumy, które natychmiast po zejściu z planu mogą trafić do muzeum i nikt ich nie odróżni od oryginalnych strojów, jeśli chce posłuchać dialogów, różnych w zależności od tego, czy mówi służba, pani hrabina, mały ulicznik, aktorka rewiowa czy stangret pana barona, powinna jednak skupiać się na kontemplowaniu „Upstairs, downstairs” albo „Downton Abbey”.

Niby to zawsze wiedziała, a tu wot, kakij serprajz.

Pierwsze sześć odcinków Królowa Matka poświęciła głównie na zadawaniu sobie pytania, czy reżyserzy dzieła założyli, że ona polubi głównego bohatera, bo to Bodo (nie żeby rozumiała założenie, że widz w ogóle WIE, kto to Bodo, ale umówmy się, że wie), gwiazda przedwojennego kina, świetny aktor, bożyszcze tłumów? Innego powodu polubienia osoby prezentowanej na ekranie Królowa Matka nie widziała – a chcąc stworzyć serial, który przyciągnie widzów wypadałoby jednak wykreować głównego bohatera jeśli już nie nadającego się do lubienia, to chociaż interesującego, nie każdy ma tyle samozaparcia, by oglądać trzynaście odcinków czegokolwiek wyłącznie w celach naukowych!

Podobno – jeśli wierzyć przedwojennej prasie, na którą Królowej Matce zdarzyło się tu i ówdzie rzucić okiem - Bodo był człowiekiem skromnym, sympatycznym i z dużym poczuciem humoru, chociaż także trochę zarozumiałym. Nade wszystko jednak – dyskretnym. Nie afiszował się z romansami, chociaż krążyły o nich legendy, zawsze elegancko wypowiadał się o kobietach, z którymi łączono jego nazwisko. Jego życie prywatne nie obfitowało w skandale obyczajowe i towarzyskie. Mieszkał z matką, której towarzystwo i przyjaźń bardzo cenił. Cenił sobie też spokój i domową atmosferę, lubił robótki ręczne – wyszywał makatki, które później ofiarowywał znajomym. Pełen uroku mężczyzna z klasą, inteligentny, przy tym oczywiście bardzo pracowity, perfekcjonista, niezwykle muzykalny. Krótko mówiąc - powszechnie lubiany, fajny facet.

Bodo w serialu to nadęty, dążący po trupach do celu bufon i karierowicz, zupełnie nie wzbudzający sympatii, prekursor ustawek z paparazzi, z którymi się umawia na strzelenie fotki zza węgła. Cham i prostak, nielojalny, zawistny, bez mrugnięcia okiem sprzedający prywatność swoją i kobiety, z którą był w związku dla zdjęcia w gazecie i numeru solowego, uprawiający seks za recenzję. Dość odrażający typ, którego tragiczny koniec (o którym to końcu, że Królowa Matka przypomni, widz ma prawo NIE WIEDZIEĆ) nie stanowi wystarczającego usprawiedliwienia dla poświęcenia mu całego serialu.

Tak w ogóle to nie bardzo Królowa Matka wie, na podstawie czego został napisany scenariusz serialu, bo Bodo nie zostawił po sobie dziennika czy pamiętnika... i w ogóle pewnie nie powinna się wypowiadać, jako osoba, która się nie zna i jest najbardziej laickim laikiem, jakiego można obie wyobrazić... ale czy w związku z brakiem wystarczającej ilości dotyczących życia osobistego aktora materiałów źródłowych nie byłoby lepiej NIE skupiać się na życiu uczuciowo-towarzyskim Bodo, o którym niewiele wiadomo, za to skupić się na jego życiu zawodowym, o którym wiadomo całkiem sporo?

Tymczasem im dalej w serial, tym robiło się weselej, bo coraz częściej mieliśmy do czynienia z fantazjami na temat życia głównego bohatera, a nie z faktami. Być może była to świadoma polityka autorów serialu, którzy do niewątpliwych emocji szalejących wśród widowni podczas oglądania każdego odcinka dodawali jeszcze ten dreszcz niepewności – czy zgadnę, którą postać reżyser dokleił? Co dopisał, co wymyślił, co dosztukował, czym ubarwił to, co wydawało mu się zbyt nudne? Należało tylko jeszcze wprowadzić system glosowania przez audiotele: „W dzisiejszym odcinku „Bodo” wymyślonych zostało postaci a) 5 b) 3 c) 11? Dopisaliśmy głównemu bohaterowi a) alkoholizm b) kokainizm c) oba d) żadne z powyższych, Bodo zarówno pił jak i zażywał kokainę?” aby skanalizować wstrząsające widzami napięcie i podreperować budżet telewizji publicznej.


Królowa Matka by miała w tym audiotele szanse ustrzelić wszystkie główne nagrody.

Przyjaciel Bodo, Żyd Moryc (BTW chyba jedyna w miarę ciekawa postać), gdyby Królowa Matka nie wiedziała, że jest fikcją zgadłaby to natychmiast po dopisaniu mu happy endu w postaci rejsu Batorym do Stanów Zjednoczonych w sierpniu 1939 roku. I super, że popłynął do tych Stanów, Królowa Matka go lubiła i dobrze mu życzyła, ale jednak takie to było... do przewidzenia.

Kolega Hans z dzieciństwa, Niemiec – nie dość, że fikcja, to jeszcze klisza na kliszy kliszą poganiająca, OCZYWIŚCIE zły, OCZYWIŚCIE nazista, OCZYWIŚCIE esesman, OCZYWIŚCIE Sturmbannführer albo nawet Obersturmbannführer, wstrętny, wstrętny człowiek, który leży jak kłoda na drodze do prawdziwej miłości naszego bohatera i nie pozwala mu uwieść własnej żony, no co za bydlę.

Ale prym wiedzie wspomniana miłość naszego artysty, czyli Ada, miłość pierwsza i w zasadzie jedyna... Łojzicku, jak mawiają NacMacFeeglowie. Królowa Matka może nawet troszeczkę (naprawdę odrobinkę) zamiary twórców rozumie - chcieli jakoś ubarwić pewne wątki, sprawić, by nie była to biografia w typie encyklopedycznym, by główny bohater miał jakieś  życie emocjonalne, ale jednak... no, nie całkiem wyszło.

W dodatku postać Ady nie dość, że fikcyjna, nie dość, że irytująca do bólu zębów, nie dość że zagrana na jedno kopyto bez względu na to, czy oglądamy na ekranie wiośnianą panienkę z pensji, czy dojrzałą kobietę, matkę dzieciom, poprowadzona jest silnie zagadkowo. Najpierw Ada jest, później znika, za chwilę Bodo sobie o niej przypomina i myśli, że ciągle ją kocha i chciałby z nią być, potem przez dwa odcinki o Adzie ani słychu, następnie Bodo odbiera od niej telefon i się jej namiętnie oświadcza, potem prawie żeni się z kimś zupełnie innym, by za chwilę jechać do Berlina i oznajmiać, że kocha tylko ją... Przez długi czas wcale nie widać, że główny bohater w ogóle o niej pamięta, pisze do niej, tęskni za nią, po czym nagle Ada znowu się pojawia i uczucia rozkwitają jak ten róży kwiat...

A szczytem osiągnięć reżysersko-scenariuszowych jest odcinek bodaj przedostatni, w który Ada pojawia się ni z gruszki, ni z pietruszki w Warszawie, padają z Bodo w objęcia, jakby pozostawali dotąd w namiętnym związku, lądują w łóżku i podejmują rozmowę o rozwodzie. Chociaż z kilku poprzednich odcinków w ogóle nie wynika, że wymieniali ze sobą choćby grzecznościowe kartki na święta.

Oczywiście wszyscy widzowie rozumieją, że w związku z rozbudowywaniem (choćby nie wiem jak chaotycznym) roli nieistniejącej Ady coś musiało zostać złożone w ofierze, aby twórcy, nie dysponujący wszak budżetem "Wspaniałego stulecia", zmieścili się w trzynastu odcinkach.

Została złożona cała reszta.

W efekcie czego w serialu o Bodo, czyli tak naprawdę również w serialu o polskim przedwojennym kinie, skupiono się na fikcyjnej "wielkiej miłości" Eugeniusza Bodo do fikcyjnej Ady, a wielkich i wspaniałych aktorów tamtych lat pokazuje się marginalnie. Albo wcale.

Aleksandra Żabczyńskiego Królowa Matka przeoczyła, ponieważ za pierwszym jego pojawieniem się na ekranie kichnęła (trochę przesadza, ale tylko odrobinkę), a za drugim nie rozpoznała po całych dwóch wypowiedzianych przez niego zdaniach z kim ma do czynienia. I nic nie szkodzi, gdyż – jak doniósł Królowej Matce Pan Małżonek – Aleksander Żabczyński, niezwykle przystojny mężczyzna, amant kina, człowiek dzielny i o barwnej osobowości został w tej jednej migniętej scence sprowadzony do poziomu Jasia Fasoli.

Migającą gdzieś w tle Jadwigę Smosarską Królowa Matka poznała tylko dlatego, że ją przedstawiono z nazwiska.

Ludwika Sempolińskiego, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Hanki Ordonówny, Henryka Warsa – niet.

O... eee... niezręcznościach obsadowych Królowa Matka pisać nie będzie, w końcu znaleźć dużą ilość aktorów podobnych do innych aktorów łatwo nie jest, ale jednak za każdym razem, gdy widziała wysokiego i smukłego Bartłomieja Kotschedoffa w roli Dymszy odczuwała dyskomfort estetyczny. Zwłaszcza gdy stał on obok serialowego Bodo i byli równi wzrostem (albo i Dymsza przewyższał Bodo, co sobie będziemy żałować, proszę Państwa). Podczas gdy w rzeczywistości... 

Źródło

(Drogie Dzieci oraz Odpowiedzialni Za Obsadę w Serialu, Bodo to ten z lewej).

Od odcinka mniej więcej siódmego Królowa Matka zaczęła się w serialu, który zaczął przypominać szereg nie związanych ze sobą scenek, nieco gubić. Dog, który był taki ważny dla Bodo, najwyraźniej spadł z nieba. Nie pokazano dlaczego nagle Gienio Junod stał się Eugeniuszem Bodo. Wielką gwiazdą. Której jednakże jeszcze w poprzednim odcinku rolę załatwiała garderobiana. Bodo przeżywa ślub Nory Ney jakby to była jego osobista narzeczona, która mu uciekła od ołtarza, a według serialowych realiów po prostu raz poszedł z nią na spacer (chyba, że Królowa Matka coś przeoczyła, czego nie wyklucza). Życie bohaterów drugiego planu – tych migających wielkich gwiazd przedwojennego kina, ale także fikcyjnej Ady - nie układa się w żadną całość. Pojawiają się znikąd, wygłaszają kwestie, jeśli są kobietami to idą do łóżka z bohaterem tytułowym (bardzo jest Królowa Matka swoją drogą ciekawa, kto wpadł na pomysł, by życie przedwojennej gwiazdy ekranu zilustrować opowiastkami o jego romansach? W tym częściowo fikcyjnych? Czy to wynika z opinii o polskich widzach? Że tylko goła d... ich utrzyma przed ekranem? Że pokazanie pracy i rozwoju twórczego aktora to za mało? Czy z lenistwa, bo łatwiej jest napisać scenę łóżkową i upchnąć po jednej w każdym odcinku niż poświęcić trochę czasu na research i poprawienie kulawego scenariusza?) i znikają, co w niczym nie przeszkadza, bo i tak robią tylko za elementy scenografii służące do ozdabiania głównego bohatera. Nic się w tym drugim planie nie wiąże ze sobą i nic nie wynika jedno z drugiego. Nikogo nie można polubić, nikim się zainteresować, a znacznej części można w ogóle nie zauważyć.

Pobuszowawszy nieco na przeróżnych stronach i serialowych forach oraz natknąwszy się na wypowiedzi w stylu „Mam nadzieję, że Bodo i Ada zejdą się i będą szczęśliwi” (a nie mówiła Królowa Matka, że nie wszyscy widzowie wiedzą, kto to Bodo? Mówiła, gdzieś tam wyżej) Królowa Matka zaczęła zadawać sobie pytanie, kto jest adresatem serialu? Bo na pewno nie fani dwudziestolecia, artystów, kultury międzywojnia, o przedwojennych filmach nie wspominając.

I coraz wyraźniejsze było, że serial jest adresowany po prostu do „grupy oglądaczy seriali familijnych”, a ponieważ formuła sielsko-rodzinna zaczęła się powoli wyczerpywać, czy też, mniej elegancko rzecz ujmując, ten wąż zaczynał już zjadać własny ogon postanowiono widza ubogacić czymś z kompletnie innej beczki. Taką samą historią jak w „Domu nad Rozlewiskiem”, ale w innych dekoracjach, innych strojach, innych wnętrzach. Te inne wnętrza, inne stroje i inna epoka ma poudawać, że to serial ambitniejszy i o czymś, a celem jego jest nie tylko bawić, lecz i uczyć. I po to są te wszystkie Pole Negri i kabarety „Qui Pro Quo”, które jednakże nikomu nic nie mówią, bo i postacie, i kultowe instytucje należało by najpierw solidnie osadzić w epoce, a widzom, ze szczególnym uwzględnieniem młodego pokolenia – dać jakąś informację o nich i ich osiągnięciach w kontekście społeczno-kulturowym dwudziestolecia miedzywojennego. Podczas gdy w serialu skupiono się na jakichś bzdurach sypialniano-knajpiano-romansowych oraz Wielkich Miuościach Rzycia Bochatera.

Tylko po kie licho robić ten serial pod tytułem „Bodo”? Przecież spokojnie mógłby się on nazywać dowolnym nazwiskiem przedwojennego aktora - ach, co Królowa Matka mówi, jakim znowu "nazwiskiem aktora"! Po co tu komu prawdziwe nazwiska?  I tak niczego byśmy się o życiu zawodowym tegoż aktora nie dowiedzieli, a nikt by się nie czepiał, że dzieło mówi o tym, co się twórcom uroiło, a nie o tym, co działo się naprawdę. 

I nie, Królowa Matka nie kupuje tej, przeoczanej przez nią po każdym odcinku wzmianki o tym, że „serial jest oparty o..., ale nie jest biografią”. Nie jest biografią? Bo co, bo biografia była za bardzo krwista, życie aktora było tysiąc razy ciekawsze od serialu, a sam bohater tysiąc razy sympatyczniejszy od serialowej postaci? I twórcy tego nie unieśli? No to sorry, w takim razie można było zrobić osadzony w realiach międzywojennych film o niespełnionej miłości Ady i kogoś tam, zamiast używać w tytule znane nazwisko, niewątpliwie w celu przywabienia widzów, którym to nazwisko coś powie!

(przerwa na oddychanie do woreczka)


Ma Królowa Matka tylko nadzieję, że porwani sukcesem wśród nastoletniej („ach, jakie to smutne, że Ada czekała na Bodo w Warszawie i nigdy się nie dowiedziała, że zginął!”) oraz patriotycznie nastawionej („wspaniały serial o polskim wybitnym artyście, gdyby tylko nie ten seks, domy publiczne i kokaina, to byłby piękny film rodzinny o wartościach”, no tak, bo seksu za sanacji nie było, a co do kokainy to cud, że Królowa Matka nie zaczęła zażywać, do towarzystwa pseudo-Bodo oraz dla poprawienia sobie odbioru utworu) widowni twórcy nie dojdą do wniosku, że mamy jeszcze wielu artystów, których życiorysy to gotowe materiały na seriale (i nie, Królowa Matka nie powie, kogo ma na myśli, bo jeszcze ktoś to przeczyta, zasugeruje się, a Królowa Matka będzie do końca życia dźwigać brzemię winy nie do zmycia).


Ale, ok, serial trwa, Królowa Matka zaczyna dostawać szału coraz rzadziej, a coraz częściej popada w apatię, gdyż organizm przeładowany bodźcami przestaje na nie reagować, Bodo zaczyna się robić bardziej „lubialny”, porządnieje z wiekiem, lepiej odnosi się do przyjaciół i konkurentów, zaczyna być nawet widać, że się rozwija zawodowo, numery muzyczno-taneczne – bdb, Królowa Matka chętnie ogląda nawet powtórki, cholerna Ada pęta mu się po życiorysie, ale trudno, Królowa Matka skupia się na robótce za każdym razem, gdy Ada pojawia się na ekranie, mamy odcinek dwunasty, Bodo i Ada w czułem uścisku patrzą pogodnie w obiecującą przyszłość, wredny Obersturmfuhrer obiecuje żonie zgodę na rozwód, groza zbliżającej się wojny narasta, Bodo zdaje się jej zupełnie nieświadomy, co tę grozę, paradoksalnie, powiększa, w finale odcinka pany reżysery zapodają nam utwór Hemara „Może kiedyś innym razem” i jest to utwór, który naprawdę podkreśliłby nastrój zbliżającego się koszmaru, gdyby nie.


Otóż gdyby nie to, że tę piosenkę do filmu „Dwanaście krzeseł” napisał Marian Hemar w roku 1933. Śpiewał ją Adam Wysocki i Mieczysław Fogg. Bodo chyba nie, ale niech będzie, że to możliwe.


I kolejne, bardzo „gdyby” - gdyby nie to, że tej samej piosenki, w tym samym kontekście, w filmie o tym samym okresie - "Jutro idziemy do kina" - ten sam reżyser użył jako muzycznego motywu przewodniego. No pewnie, bo raz zadziałało, nikt nie skojarzy i się nie zorientuje, Gugiel gryzie, a korzystania z Wikipedii zakazano pod karą więzienia.

Tylko, że nie, panie reżyserze, i w związku z tym to, co w „Jutro idziemy do kina” było przejmujące, tutaj zgrzyta i trąci taniością, i, naprawdę, jeśli w tak młodym wieku trzeba cytować samego siebie, by uzyskać emocjonalny efekt to należy pomyśleć o dłuższych wakacjach.


(Ewentualnie nie o wakacje chodzi tylko o cyniczne podejście „raz zagrało, drugi raz się sprawdzi, wszak widzowie to idioci i łykną każde byleco”, w takim razie najmocniej Królowa Matka przeprasza za sugestie o twórczym wyczerpaniu).


Ale i to niechta, piosenka jest super, zaśpiewana dobrze, zagrana dobrze, wpada w ucho, Potomki ją przez tydzień śpiewały, zresztą, zbliżamy się do końca, jeszcze tylko jeden odcinek...


I nadszedł. Ten jeden odcinek. Ten, który sprawił, że Królową Matkę na dłuższą chwilę oszołomiło. Ten, który sprawił, że wyłapała i obejrzała powtórkę, z notatniczkiem w ręku. Ten, który spowodował, że powstaje ta notatka (i wygląda na to, że to, co powyżej to był WSTĘP, nigdy Królowa Matka nie twierdziła, że jest mistrzynią kompozycji literackich).

Tuż przed premierą odcinka ostatniego Królowa Matka dowiedziała się, że przedstawiciele TVP udali się byli z serialem na festiwal w Cannes, a tam zamierzają zachęcać do jego kupna przeróżne stacje, jak natenpszykłat BBC. Wiadomość była z serii tych zatykających i wszyscy się cieszymy, że Królowa Matka wchodząc w jej posiadanie niczego akurat nie jadła, bo gdyby jadła, nie czytalibyście, Drodzy Czytelnicy, tych słów.

BBC. To jest, Państwo pamiętają? To jest ta firma, która jak robi współczesną wersję „Sherlocka” to ci, co nie czytali Conan Doyle'a mają rozrywkę na najwyższym poziomie, a ci, co czytali Conan Doyle'a mają rozrywkę na najwyższym poziomie. Która robiąc „Wszystko dla Pań”, które nawet nie stało obok książki Zoli, robi je tak, że mimo wszelkich niedociągnięć ogląda się serial z zachwytu nad scenografią, kostiumami i z sympatii dla bohaterów. Która robiąc setną ekranizację „Emmy” wciąż potrafi wykrzesać z niej wdzięk. Która robiąc ekranizację „Wielkich nadziei” tak dobiera aktorów, że wyglądają jakby wyszli z książki, a robiąc film o królowej Wiktorii – tak, jakby zeszli z portretów.

Ta właśnie firma ma nabyć chaotyczny serial o nie wiadomo kim, o jakimś mało znanym aktorze, chociaż nie do końca, z mało znanego kraju, ale niezupełnie, ubarwiony wpadkami muzyczno-scenograficznymi i obfitujący w scenki rodzajowe typu „zrobiliśmy staranny risercz społeczno-obyczajowy, ale dżentelmen stoi z rękami w kieszeniach rozmawiając z damą”.

Następnie firma ma pokazać dzieło widzom którzy nie tylko nie wiedzą, kim był Bodo, ale nie wiedzą też, dlaczego wojna w Polsce toczyła się z dwoma wrogami, co to jest NKWD i z czego jest najbardziej znane, a także czym są łagry.

Sprawdźmy więc, czego się taki widz dowie z ostatniego odcinka serialu „Bodo”.
 
W dużym uproszczeniu... nie, zaraz, większego, niż autorzy scenariusza to Królowa Matka zrobić nie może, więc tylko – w oparciu o serial na temat życia w ogarniętej wojną Warszawie taki widz nie dowie się niczego. Na temat życia we Lwowie dowie się, że Bodo występował dla bolszewickiego prostactwa, które zakładało na siebie nocne koszule w przekonaniu, że to wieczorowe kreacje, zaś w trakcie przedstawienia kradło kostiumy z garderoby artystów, i że całe życie lekko się prowadził w kwestii kobiet i to go ostatecznie zgubiło. 
 
Bodo wyjeżdża do Lwowa z trupą Henryka Warsa (którego w serialu nie ma, chyba, że jest, ale bez nazwiska, ani jedno, ani drugie po dwunastu odcinkach już nas nie dziwi), z piastowanym jak największy skarb kontraktem do Hollywood oraz dwiema rolkami taśmy z nagranym filmem „Uwaga szpieg” w metalowych pudełkach. Kontrakt zaszywa w rękawie płaszcza po tym, jak nasilają się kradzieże kostiumów w garderobie aktorów, taśmy nigdzie nie zaszywa ale, trzebaż trafu, dwa wielkie, wepchnięte na szafę pudła nie budzą zainteresowania ani złodziei, ani smutnego pana z NKWD, ani w ogóle nikogo.

Oczywiście do czasu.

Bodo jak to Bodo, kobiety doń lgną jak pszczoły do miodu, niby czemu Rosjanki miałyby być inne, też lgną, a już najbardziej lgnie żona niejakiego pułkownika Rywkina, który jest złym człowiekiem, co poznajemy po tym, że przemawia z kamienną twarzą: „A wy tu szto, dumajet'ie szto wam wsio zdies' diełat' można? Zdies' gawarim seriozna!”, po czym wybucha śmiechem, mówi „Szuczu, ja szuczu”, wszyscy się odprężają, a potem apiat' od nowa. Ponadto wystawia na wabia własną żonę, która ma się dowiedzieć, czy Bodo jest prawomyślnym obywatelem, czy też wręcz przeciwnie, Bodo nie chce, bo Ada, no, ale ostatecznie poświęca się dla dobra sprawy, żona popada w uczucie, niestety, odkrywa zdjęcie Ady i powodowana zazdrością donosi mężowi o planach Bodo udania się do Stanów Zjednoczonych. Tak oto Bodo staje się ofiarą nie zbrodniczego systemu, tylko zazdrosnej baby, chłopcy, weźcie to do serca jako przestrogę!

Bodo zostaje aresztowany w lipcu 1941 roku, na wstępie dostaje w gębę tak, że aż dzwoni, ale mimo to śladu nie zostawia żadnego, smutni panowie z NKWD zabierają filmy, ale płaszcza Bodo broni jak niepodległości, z tym, że skuteczniej, a zatem płaszcz wraz z zaszytym w rękawie magicznym papierkiem, przepustką do holiłudu, spędza wraz z Bodo w więzieniu półtora roku.

W łagrze jak w łagrze, smutno jest bardzo i do dziś Królowa Matka nie ustaje w zadziwieniu, jak można tak dramatyczne chwile przedstawić w filmie w tak nie wywołujący żadnych emocji sposób, ale że co, że nasi filmowcy nie potrafią? Potrafią, jeszcze jak! 
 
Amnestia dla polskich obywateli przysługująca polskim więźniom politycznym na mocy układu Sikorski–Majski Bodo nie obejmuje, bo ma on wciąż paszport szwajcarski (po ojcu), starania ambasady polskiej nie przynoszą efektów, bo „a niby czemu polską ambasadę ma interesować jakiś Szwajcar”, smutny Bodo siedzi sam jak palec w celi, spowity w płaszcz, od czasu do czasu chadza na nużące przesłuchania - „Wy szpion”. „Ja aktior”. „Niet, wy szpion”. „Niet, ja aktior”, i tak przez parę miesięcy.

Aż wreszcie wspomniane półtora roku od aresztowania oficer NKWD, dusza człowiek w typie „a tak w ogóle to ja widziałem wszystkie pana filmy” przyznaje, że nic na Bodo nie mają (!), że sam się dziwi, że się ten Rywkin uparl jak osioł (!!), ale on bardzo, panie Bodo, przeprasza za zaistniałe niedogodności (!!! oraz headdesk razy dużo), w ramach przeprosin ściska mu prawicę i cóż się dzieje?
 
I otóż namacywuje ten zaszyty w rękawie kontrakt (Królowa Matka wali głową w stół i produkuje liczne facepalmy).
 
No, teraz to się zacznie, myśli sobie Królowa Matka po dojściu do siebie po serii facepalmów. I rzeczywiście, zaczyna się tak bardzo, że do dziś na wspomnienie scen ze złowrogim NKWD Królowa Matka popada w otępienie, a minął już miesiąc.

Przesłuchania prowadził inny zły pan z NKWD, ten nie tylko pytał „Wy szpion?”, ale jeszcze nakrzyczał na Bodo, że co on sobie wyobraża, że jest od kogoś lepszy? A bo wcale, że nie jest! ŻEBY WIEDZIAŁ!!! Nieszczęsny Bodo, tak mu to zmiażdżyło morale, że dziw prawdziwy, że nie umarł na sali przesłuchań, jak stał normalnie.

Wyrafinowane tortury przyjęły postać okrzyków: „Nie bić, nie bić!”, co jest, jak wie każda osoba, która ukończyła polską szkołę, zachowaniem typowym dla oficerów NKWD, oraz prześwietleniem filmu, specjalnie na tę okazję trzymanego w enkawudowskich kazamatach. Bodo powtarzał słabym głosem: „Niet, niet”, a Królowa Matka, zamiast przeżywać do głębi, czuła się rozdarta między chęć wybuchnięcia nietaktownym a nieopanowanym śmiechem, popadnięciem w stupor, urżnięciem się w trupa, gdyż jedno co warto to upić się warto, oraz pohamowywaniem impulsu, by siąść w kątku i pokiwać się, ssąc kciuk.

13 stycznia 1943 roku Bodo zostaje skazany na pięć lat obozu pracy jako element skrajnie nie rokujący i nie współpracujący z przesłuchującymi (i to mimo, że tak na niego krzyczeli!).

Ostatniej sceny Królowa Matka stara się nie pamiętać, acz nie wyklucza, że z jej duchowością cepa po prostu jej nie zrozumiała.

Opisze ją jednak dla osób bardziej wrażliwych i/lub bardziej oblatanych filmowo:

Dwóch enkawudzistów ciągnie omdlałego Bodo trzymając go pod ręce, a świat robi się coraz jaśniejszy i jaśniejszy.

Robi się biała, biała przestrzeń.

Bodo wchodzi w światło, odpalony w najlepszy garnitur (a nawet smoking, zdaje się, Państwo wybaczą, że Królowa Matka nie sprawdzi), wyglądając jak milion dolarów.
 
Mija samego siebie w wieku młodzieńczym, wymieniają uśmiechy.

(Królowa Matka robi przerwę na przetarcie oczu, namacanie szczęki na podłodze i umieszczenie jej na mniej więcej właściwym miejscu).

Wchodzi na dłuuuugie, białe schody, na szczycie których tuziny girls (wiecej girls niż statystów w całym serialu) wykonują radośnie (NAPRAWDĘ radośnie, żeby nie było) i rewiowo, że proszę siadać, "Ach śpij, kochanie". 

 
Bodo mija girlsy z wachlarzami i w pończochach, i podąża w górę schodów, jak Królowa Matka mniema, ku nieśmiertelności. 

Źródła zdjęć

  Odwraca się i posyła uśmiech nam wszystkim, obserwującym całość bez tchu normalnie. 
 
(Emocjonalny cep w Królowej Matce na przemian histerycznie się śmieje i przykłada lód na miejsca spuchnięte od facepalmów). 
 
W pierwszej chwili Królowa Matka chciała napisać, że pożąda tego zioła, które bez najmniejszej wątpliwości zażywał autor sceny finałowej serialu, ale po namyśle - jednak nie, bo to musi mieć nieodwracalne skutki uboczne.

Ponadto jako laik miała opory, żeby wyśmiać ten finał po całości, wszak może na przykład te girlsy z wachlarzami znaczą coś, o czym nie wie, i palnie potworne fopa natrząsając się z nich niemiłosiernie. Pobiegła więc konsultować się z internetem i poczytać wypowiedzi twórców, producentów, rozkochanych widzów, jak również komentarze na forach.

Dowiedziała się z nich, że ten finał to jak Fellini oraz David Lynch ze swoim „Miasteczkiem Twin Peaks”.

Jaki film, taki Fellini, tyle ma Królowa Matka do powiedzenia w tej kwestii.

I taką prawdę o naszej historii i tragicznym losie człowieka wplątanego w jej tryby poznają Brytyjczycy, jeśli ktoś w BBC zaszaleje i kupi ten serial.

...

...

...

Co to Królowa Matka chciała...

A, tak.  BBC.

Trzymajcie się BBC, kochani Czytelnicy.

Przyjacielska rada od Królowej Matki na...





KONIEC


sobota, 25 czerwca 2016

Głos w sprawie sztachet w płocie

Nadeszło lato.

Czas krótkich spodenek, powiewnych sukienek, spódniczek mini, i tych maksi z maksymalnymi rozcięciami też, bluzeczek z dekoltami, koszulek na ramiączkach. Czas bikini i kostiumów jednoczęściowych, czasem, bywa, więcej odkrywających i bardziej ekstrawaganckich niż nawet najbardziej skąpe bikini.

Czas odchudzania się

Nad odchudzaniem się pochyla się o tej porze roku ze zrozumieniem cały świat, od koleżanek w pracy począwszy, poprzez przyjaciół i rodzinę, po wielkie koncerny produkujące tzw. zdrową żywność, specyfiki ułatwiające spalanie tłuszczu lub też sprzęt do ćwiczeń. W gazetach, czasopismach i na portalach internetowych festiwal diet, a im dziwniejsza nazwa, tym lepiej. Dieta Dukana, dieta raw, dieta 5:2. Dieta lemon detox, dieta koktajlowa, dieta owsiankowa. Dieta Igpro. Dieta kopenhaska, winogronowa, owocowa, dieta dla osób z problemami naczynkowymi, ze skłonnością do cellulitu, ze skłonnością do rozstępów.

Ciekawostki – pomocne i te mniej pomocne. Chcesz schudnąć, jedz jajka. Ananasy. Grapefruity. Suplementy wspomagające odchudzanie. Albo, przeciwnie, nie ruszaj suplementów nawet kijem, to tylko sprytny sposób naciągania klientek na kasę. Lepiej spożywaj ser kozi, ser feta. Orzeszki pinii popijaj zieloną herbatą.

I oczywiście programy ćwiczeń. Treningi na siłowni, bieganie, joga. Medytacje pomagające w schudnięciu. Trening aerobowy (przebóg, co to w ogóle jest?!). Seks, uprawianie dużej ilości seksu. Pływanie. Jogging.

A najlepiej wszystko naraz.

Na te, które nie są częścią oszalałego z chęci wbicia się w odzież o rozmiarze 36 tłumu nikt nie zwraca uwagi.

Na te, które są chude. Szczęśliwe zołzy. Napychające się smakołykami po gardło, biegające co najwyżej do podjeżdżającego autobusu, owsianka budzi w nich żywiołową niechęć i, cholera jasna, nie muszą jej połykać przez ściśnięte z obrzydzenia gardło. Nigdy w życiu, nawet przez kwadrans, nie musiały odchudzać. Nigdy nie musiały ćwiczyć. A wszyscy wokół im wyłącznie zazdroszczą.

No bo też, rzeczywiście, jaki one mogą mieć ze sobą problem?

Jakie problemy może mieć w ogóle osoba chuda? Jakie kompleksy? Na pewno nie te, dotyczące jej figury. Na pewno zbliżające się lato nie budzi w jej sercu skurczów przerażenia, bo wszak w bikini nie tylko nie będzie musiała się wbijać, ale normalnie w nie wejdzie.

I dlatego może być od początku życia przez wszystkich - obcych, znajomych, przyjaciół i rodzinę, dalekich wujków, bliskich kuzynów, koleżanki i kolegów ze szkoły i studiów, kompletnie obcych pasażerów komunikacji miejskiej, towarzyszy podróży przez pięć przystanków, oraz znanych od dzieciństwa sąsiadów mamusi, przez osoby zarówno proste w obejściu, jak i wysoce kulturalne i doskonale wychowane – oglądana, oceniana i dowcipnie podsumowywana.

Można do niej żartobliwie powiedzieć „Co taki szkieletor może mieć za problem”, „A co o diecie wie taki patyczak”, „och, jak ktoś jest jak sztacheta w płocie...” (czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie kulturalną osobę mówiącą do prawie nieznajomej osoby pulchnej „taki wielorybek”, „taka piłeczka plażowa” „taki tłuścioszek”?).

Można ją bezpośrednio i bez skrępowania spytać, czy ma bulimię lub anoreksję (czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie kulturalną osobę mówiącą: „Taka gruba osoba jak pani zapewne cierpi na zespół Cushinga? a może zespół policystyczny jajników?”).

Można ją pomacać, wydając przy tym radosne rechoty i okrzyki: "Ale żebra!". Można złapać za rękę bez pytania i bez chwili zastanowienia, czy ona sobie tego życzy, żeby pokazać, że jej nadgarstek mieści się między kciukiem i palcem wskazującym. Można ucapić i posadzić sobie na kolanach w autobusie z komentarzem, że nie ma miejsc siedzących, ale nie szkodzi, takie chuchro może na kolanie usiąść, nic, panie, nie poczujesz.

Można uznawać jej problemy za wydumane – co to za zmartwienie, być zbyt chudym? Kto normalny uzna, ze kompleksy powodujące, że nosi się wyłącznie spodnie, aby nie pokazywać zbyt chudych nóg to PRAWDZIWE? A nie takie tam coś, kompletnie wydumane głupstwo, drobiazg?

Bo przecież tekst "kto by chciał się przytulać do worka kości" nie boli, wcale, ale to wcale nie.

Przecież powodem hodowanej latami traumy, urazów i ciężkich kompleksów może być wyłącznie wysłuchiwanie uwag o pucołowatej twarzy i krągłościach, zaś słuchanie przez całe życie tekstów w stylu „nie można cię dotknąć, żeby się nie poobijać”, „jak chodzisz słychać klekot” nie rani wcale, bo każdy (każdy, prawda? Oczywiście, że tak!) wie, że to jest zaowalowana forma komplementu i wyraz zazdrości,. I taka szczęśliwa chudzina też powinna to wiedzieć i cieszyć się z każdego podobnego określenia jak dziecko. I na pewno wie, gdzieś w głębi serca wie i topnieje z zachwytu, i duma ją rozpiera, a jeśli twierdzi, że nie to jest to zapewne udawanie, takie kokieteryjne machanie rzęsami i dopraszanie się o jeszcze więcej.

A już najbardziej wydumanym, nie istniejącym, wymyślonym nie wiadomo po co, chyba po to, żeby zwrócić na siebie uwagę albo nie czuć się wykluczonym z rozmowy w towarzystwie rozprawiającym o dietach jest problem „jak utyć”.

NO BO KTO NORMALNY NIE UMIE UTYĆ?!

I taka Królowa Matka, wychodząca ze szpitala „sztacheta w płocie”, ważąca przy 175 cm wzrostu 52 kg, niezdolna do utycia zyskuje, zamiast zrozumienia, zachwyt i wyrazy zazdrości. Przyjaciele wyrażają go z zażenowaniem i przepraszając. Znajomi i mniej znajomi – bez skrepowania. Boże, jak masz cudownie. Tyle schudłaś. Możesz jeść wszystko i nie tyjesz. Szczęściaro. Jakże ci zazdroszczę.

Ci zupełnie nieznajomi pozwalają sobie na teksty o anoreksji całkiem otwarcie. Bo 52-kilogramowa Królowa Matka nie nosiła na czole naklejki "Mam NYHA IV, jeśli nie wiesz, co to, przechodniu, to sobie wyguglaj, jeszcze trzy tygodnie temu moja wątroba nie pracowała, a serce może stanąć w każdej chwili tak, że nie jestem pewna, czy dożyję końca dzisiejszego dnia". I można w związku z tym skomentować głośno wszystko, od wyglądu do stanu psychicznego. Otaksować wzrokiem od stóp do głów, wskazać palcem. Te głupie baby. Zobacz, co z siebie zrobiła. Idiotka, wygląda jak ofiara obozu koncentracyjnego, czego te kretynki nie zrobią z powodu mody! Czy nie wiedzą, że kobieta musi mieć czym odetchnąć i na czym usiąść?

Chudnąc patologicznie na skutek silnego stresu zyskuje się to samo. Szczęściara. Ta szczęściara. Ona to ma dobrze. Też bym tak chciała, a ta narzeka!

Ale nawet zdrowa i szczęśliwa jak prosię w deszcz osoba (która chciałaby być wytwornie szczupła, jak Ania z Zielonego Wzgórza, a wie, że jest nieromantycznie chuda) patrzy czasem w lustro z niechęcią, skreśla z listy wymarzonych zakupów jakąś rzecz, która za dużo odsłania, źle się czuje w swojej skórze. Bo jest chuda. I tak samo wstydzi się wyjść na plaże w bikini jak tysiące tych kobiet, które z myślą o lipcowym urlopie katują się dietą i ćwiczeniami od marca.

Różnica polega na tym, że je świat rozumie, a jeśli nawet nie rozumie, to udaje, że rozumie, oferując szereg środków i sposobów, by wesprzeć je w walce z tym, co im wadzi.

Problemów związanych ze zbyt niską masą ciała ludzi chudych nie rozumie i nie oferuje im nic, a kompleksy zbywa machnięciem ręki, jako wymyślone i nieprawdziwe.

Nadeszło lato. Czas odwinięcia się z kilku warstw odzieży. Wystawienia na ludzkie spojrzenia wystających kości obojczyka, łopatek, cieniutkich nadgarstków, kostek. Kombinowania, jak się ubrać, żeby zakryć dekolt. Albo sterczące kolana. Albo uda wyglądające jak kość udowa, tylko i wyłącznie.

Czas rozmów o dietach, z których jest się wyłączonym, i nasilonych uwag o szkieletorach, które nie mają problemów i nic nie rozumieją.

Nawet fakt, że można bezkarnie zjeść pół blachy sernika z galaretką nie stanowi za to czasem wystarczającej rekompensaty.