niedziela, 20 kwietnia 2014

Wesołych Świąt wszystkim

Nie, żeby w Domu w Dziczy nie było w tym roku świąt.

Były (a nawet nadal są).

I to nawet tradycyjne, z babą wielkanocną (pięknie wyrośniętą, pachnącą i nawet jadalną w dodatku),


pisankami, produkowanymi przez Potomków, jak to:

pierwszą w życiu pisanką Pompona Starszego,



pierwszą w życiu pisanką Pompona Młodszego,


pisanką Potomka Młodszego, nie pierwszą w zasadzie (chociaż pierwszą malowaną palcami),


oraz pisankami stworzonymi przez Matkę Rodu, może nieco mało klasycznymi, ale za to bardzo trafiającymi w gust Potomków,


które to pisanki w charakterze Ochroniarzy pełniły wartę obok jedynego pięknego i prawdziwie rękodzielniczego dzieła sztuki, jakie w tym roku gościło pod dachem Królowej Matki (i nie, nie Królowa Matka je robiła, podejrzewa, że by nie zrobiła, nawet gdyby umiała, a nie umie),


oraz z Mistrzowskim Mazurkiem Królowej Matki, Który Wszyscy Podżerają Po Kryjomu Już Przed Świętami (A Niektórzy Objadają Się Nim Tak, Że Się Pochorowują).



Plany były jednakże o wiele ambitniejsze...

Królowa Matka ma nadzieję, że plany jej Czytelników były takie, jak trzeba, i że ich realizacja dała tyle, ile trzeba satysfakcji.

Wesołych Świąt wszystkim!


Królowa Matka życzy czasu, sił i możliwości dla realizacji planów.

Zawsze.

piątek, 18 kwietnia 2014

O bezpośrednim związku między rocznicą wstapienia Polski do Unii Europejskiej a ciastem pomarańczowym

Oraz z zeschniętymi biszkoptami, ale to już byłoby zdecydowanie za dużo na tytuł.

Zeschnięte biszkopty występują w Domu w Dziczy w znacznych ilościach za przyczyną Matki Pana Małżonka, ktora przynosi je Potomkom ( w wersji jeszcze nie zeschniętej, oczywiście :)) przy okazji każdej swej wizyty. Potomki je zjadają, jeśli mają taki nastrój, albo nie zjadają, jeśli nastroju nie mają, ostatnio zjadać przestały lekceważąc stały przypływ pożywienia i oto pewnego dnia Królowa Matka ujrzała się w posiadaniu licznych opakowań biszkoptów, z którymi nie wiadomo bylo, co zrobić.

Jak nie wiadomo, co zrobić, to zrobić ciasto. Królowej Matce majaczyła się widywana w internecie wielka ilość przepisów zawierających pokruszone biszkopty, sprawdziła, rzeczywiście znalazła wielką ich ilość, tyle tylko, że wszystkie (albo ta większość, na którą się Królowa Matka natykała) to były ciasta bez pieczenia, a za takimi Królowa Matka nie przepada, robiąc wyjątek wyłącznie dla ciasta Rafaello.

No, dobrze, nie ma przepisów, to nie, Królowej Matce poszukiwania wyleciały z głowy, ponieważ Potomek Młodszy powrócił ze szkoły z zadaniem domowym. Zadanie domowe polegało na przyniesieniu na lekcję wyciętych z czasopism zdjęć europejskich stolic przedstawiających charakterystyczne dla tych stolic budowle, czyli na ten przykład Pałace Kultury i Nauki, Wieże Eiffla i inne Big Beny, celem sporządzenia ilustracji na okoliczność okrągłej rocznicy przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Szczęśliwie nie poinformował o tym Królowej Matki, jak to się nader często zdarza, wieczorem w przeddzień planowanego poczyniania ilustracji, chociaż właściwie nie miałoby to większego znaczenia poza tym, że skróciłoby okres nerwowego przerzucania posiadanych przez Królową Matkę czasopism do i tak zbędnego minimum.

Pech bowiem polega na tym, że jedynym czasopismem dostępnym w domu Królowej Matki w dowolnych ilościach i wielu rocznikach jest "Polityka", a - zadziwiajace! - nie uwierzylbyś, Mily Czytelniku, jak niewiele zdjęć Big Bena można w niej znaleźć ("Polityko"! Popraw się!), i to nawet w artykułach reklamowych, zachęcających do wojaży po świecie. Królowa Matka, zrozpaczona daremnym przerzuceniem ton papieru udała się do domu swojej Matki, gdzie znalazła kilka kolejnych roczników "Polityki" i parę zabytkowych okolicznościowych czasopism kulinarnych, które w desperacji również przejrzała.

W efekcie jej katorżniczej pracy (oraz błędnych decyzji programowych wiodącego na polskim rynku tygodnika opinii) Potomek Młodszy udał się do szkoły zaopatrzony w kilka zdjęć Palacu Kultury, jedną reklamę perfum z Wieżą Eiffla w tle oraz tymi pocztówkami z kolekcji Królowej Matki, z którymi najmniej żal było jej się rozstać.

Za to Królowa Matka znalazła swój przepis na ciasto z pokruszonych biszkoptow.

Przyrządziła je tego samego wieczora, po spławieniu Pomponów do łóżeczek, korzystając z nieobecności Pana Małżonka, tradycyjnie jak co piątek trenującego kendo, oraz Potomka Młodszego, którego od kolegi odebrać miał Pan Małżonek późnym wieczorem, wracając z treningu.

Produkcję zaczęła od utarcia w gigantycznym moździerzu (ma taką pamiątkę po likwidowanym laboratorium, w którym kiedyś, dawno pracował Pan Małżonek) 10 dkg biszkoptów na proszek. Oddzieliła sześć żółtek od sześciu białek, utarła żółtka z 10 dkg cukru oraz torebką cukru waniliowego, dodała do masy żółtkowej startą skórkę i sok z dwóch dużych pomarańczy, po czym odkryła, że w przepisie oprócz mąki i startych biszkoptów występują też zmielone orzechy włoskie.

Orzechów włoskich Królowa Matka ma skolko ugodno, czemu nie, wiszą sobie w płóciennym woreczku pod schodami. W skorupkach. Wizja łuskania i mielenia na chwilę przyćmiła jej wzrok, po której to chwili Królowa Matka zgrzytnęła zębami, szarpnęła szufladą zawierającą bakalie i różnorakie posypki do ciast, tak jest, orzechy laskowe były obecne, lekce sobie zatem ważąc przepis zmieliła 280 orzechów laskowych zamiast wymaganych włoskich i donosi, że ciasto w wersji laskowej jak najbardziej daje radę.

Jak już Królowa Matka miała pomielone orzechy, ubiła białka z 10 dkg cukru i połączyła je z masą żółtkową, po czym do całości dosypała sproszkowane 10 dkg biszkoptów, 28 dkg zmielonych orzechó i 3 dkg mąki, delikatnie wszystko wymieszała, wlała do foremki, natluszczonej i wysypanej tartą bułką, po czym piekła 45 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.


Gotowe ciasto pozostało ukryte w piekarniku do rana, gdy to Królowa Matka oblała je lukrem i udekorowała połówkami orzechów i skórką pomarańczową,



a Pan Małżonek zasugerował dorzucenie do dekoracji reszteczki rodzynek w czekoladzie, które sie jakimś cudem uchowały, co okazało się bardzo dobrym pomysłem.


Po czym jedyne, co pozostało, to ciasto pokroić.


I pochłonąć.

Królowa Matka przyznaje, że - pomijając jajka - wszystko, co jest potrzebne do upieczenia tego ciasta miała w domu w charakterze resztek, nawet pomarańcze, które wturlały się za miskę stojącą na oknie i wszyscy o nich zapomnieli, w normalnym domu do zrobienia go potrzeba pewnych przygotowań, ale zapewnia, że warto. Ciasto okazało się bardzo wilgotne, puszyste i pyszne, utrzymało tę wilgotnośc (no - pozostałe resztki utrzymały ;)) także nazajutrz, i choć Królowej Matce, gdy czytała przepis wydawało się bardzo gwiazdkowe, po upieczeniu okazało się dziwnie wielkanocne, pasujące do budzącej się wiosny i do świątecznego stołu.



Niech to będzie królewskomatczyny wkład w Kulinarne Obchody Wielkanocy, i -

Wesołych Świąt, Drodzy Czytelnicy! Na wypadek, gdybyśmy się przed świętami mieli już nie zobaczyć :).

wtorek, 15 kwietnia 2014

Potomki. Przegląd

Poranek. A własciwie blady świt. Półprzytomna Królowa Matka wysadza na nocnik półprzytomnego Pompona Starszego. Półprzytomny Pan Małżonek, zalegając w łożu, przeprowadza poranną rozmowę z Pomponem Młodszym.

Pompon Młodszy (prosząco) - Tata, daś mi twojom komójkiem?
Pan Małżonek (jak na tę porę dnia calkiem zdecydowanie) - Nie, synek, nie dam ci mojej komórki.
Pompon Młodszy (robiąc Bambi eyes i wiater rzęsami, błagalnie) - Pjjjoooosiem!
Pan Małżonek (z właściwą sobie w tym temacie bezwzględnością) - Nie.
Pompon Młodszy (zrezygnowanym tonem) - No i znów nie bende cie kochać...

I jak teraz nauczyć się z tym żyć ;)?

Potomek Młodszy (relacjonując z wielkim przejęciem proces odrabiania lekcji pod okiem Matki Pana Małżonka) - ... i jak zrobiłem jeden błąd, tatusiu, jeden jedyny malutki, maluteńki błądzik, to babcia natychmiast zaczęła do mnie mówić TAKIM TONEM JAK DO CIEBIE!!!

Oto cała prawda o relacjach Pana Małżonka z Królewską Teściową ;D!

Potomek Starszy zadanie domowe miał. Dostal oto wers "kurczaczek wyskoczył z kurnika" z zadaniem obudowania wersu poezją własnej produkcji oraz dodaniem do poezji obrazu. Obudowany poezją wers wyglądał tak:

"Puszysty kurczaczek wyskoczył z kurnika.
Zobaczył swoją mamusię i radośnie bryka",

zaś stosowny obraz - tak:


Zwróć uwagę, o Czytelniku, jak bardzo wyskakuje ten kurczaczek, jakie emocje malują się zarówno na jego, jak i jego mamy... eee... obliczu, i jaki ten obraz dopasowany do zbliżających się świąt i ciesz się nim, bo całkiem możliwe, że podziwiasz oto jedyny świąteczny akcent, jaki w tym roku pojawi się na blogu (Królowa Matka nie straszy, lecz po przyjacielsku i smutno ostrzega).

I tylko Pompon Starszy niespecjalnie się udziela w rodzinnych dialogach, nie rysuje, nie rymuje, nie odrabia lekcji, tylko sobie rośnie, rumiany, płowowłosy, z oczętami jak niezabudki i cieniem dołeczków w policzkach, gdy się uśmiecha, brojąc od niechcenia i obserwując świat w (znaczącym, bez wątpienia) milczeniu.

Przebóg, cóż to będzie, gdy wreszcie przemówi!

wtorek, 8 kwietnia 2014

O tym, że Pompony mają trudne dzieciństwo

Wieczór w Domu w Dziczy, Królowa Matka pomaga przebrać się do snu Pomponowi Starszemu, Pan Małżonek pomaga przebrać się do snu Pomponowi Młodszemu i odpytuje go przy okazji z całego długiego dnia. Pompona Młodszego do mówienia zachęcać nie trzeba, nawija Dzieciątko jak w gorączce, nawija, opowiada co jadł, jak spał, w co grał na swojej (zabawkowej) komórce, jakie budowle ustawiał z klocków, jakie puzzle układał, co narysował i jak kocha babcię, aż w pewnej chwili...

Pompon Młodszy (smutno) - ... a mama biła dja naś dziś niemija...

Królowa Matka (podskakując jak rażona prądem, bo ostatnio myśl o dzieciobójstwie odbiega ją raczej rzadko, zwłaszcza w odniesieniu do kochanych Pomponików, które rozwijają się nader prawidłowo, a ich energii niczego zarzucić nie sposób, ale nie, wstrzymała się, nie zabiła, nie udusiła, nie nakrzyczała, nie uszkodziła, nie zakopała w ogródku, nie wyprowadziła do lasu jak tatuś Jasia i Małgosi, nie utopiła wykorzystując obecność licznych zbiorników wodnych w okolicy, wielu rzeczy nie zrobiła, a ten jej tu kalumnie takie!!! niemiła!!! widział to kto!!!) - Jak to - niemiła? Kiedy to ja byłam dla was niemiła, doprecyzuj może, mój synu?

Pompon Młodszy (żałobliwie) - Wtedy, jak skakałiśmi na śchodach...


A, wtedy.

No fakt, wtedy rzeczywiście mogła Królowa Matka być trochę niemiła...

środa, 26 marca 2014

Obrazki z wyboistej drogi kariery naukowej Potomka Starszego

Odsłona któraś tam z kolei, i na pewno nie ostatnia.

Królowa Matka (odwalając, że tak kolokwialnie rzecz ujmie, tę część roboty, która przynależy każdemu w rodzicowi) - A test z przyrody jak ci poszedł, synu?
Potomek Starszy (BARDZO dobitnie i z dużym naciskiem) - Oczywiście, że dobrze, przecież to oczywiste, że dobrze, w końcu jak piszę to się chyba nie staram napisać na dwójkę, prawda? Nie, ja zawsze piszę najlepiej, więc to chyba jest jasne, że napisałem (wzmagając nacisk) MOIM ZDANIEM na pięć! (po chwili nabrzmiałego treścią milczenia)... przynajmniej do czasu, gdy dostanę ocenę.

Królowa Matka (poświęcając swój bezcenny czas analizowaniu pracy klasowej Potomka Starszego) - Synek, a jak się pisze "pojazd"?
Potomek Starszy - Pe-o-jot-a-zet-de.
Królowa Matka - Aha. Doskonale. To dlaczego w twojej klasówce stoi jak byk "pojast"?
Potomek Starszy (radośnie i beztrosko) - Oj, mamo, bo to się chwilę zastanowić trzeba, a mnie się w szkole nie chce myśleć!

Tjaaaa. Jakże wiele not otrzymanych przez Potomka Starszego to wyjaśnia!


PS. Królowa Matka, odcięta od internetu, który złośliwie i bez zapowiedzi padł był w całej Dziczy na czasokres ostatnich trzech dni, dziś internet odzyskała i pierwsze, co ujrzały jej (wzruszone) oczy to było drugie miejsce etui królewskomatczynej produkcji w kocim wyzwaniu.


Ponieważ po ujrzeniu zarówno ilości, jak i jakości konkurencji duch był w Królowej Matce upadł i w zasadzie nie liczyła nawet na mini wyróżnionko właściwie nadal nie wierzy ona własnym oczom.

Ale nie wierzyć to jedno, a nie podziękować - to zupełnie insza inszość.

Więc bardzo, BARDZO dziękuje tym wszystkim, którym chciało się wykonać to jedno kliknięcie i ją w ten sposób ucieszyć, a wręcz uszczęśliwić.

Królowa Matka ma nadzieję, że jeśli kiedykolwiek po raz trzeci - i ostatni - zapragnie wystartować w konkursie na Bloga Roku także będzie mogła na Was, Kochani Czytelnicy, liczyć (<= tzw. podpucha, oraz proszę energicznie przytakiwać ;P).

piątek, 21 marca 2014

Post zupełnie po nic

Może tylko po to, by ilość postów stworzonych w marcu przez Królową Matkę nie zamknęła się w imponującej liczbie sztuk jeden.

I jeszcze po to, by zapewnić Czytelnikow, że Królowa Matka o blogu nie zapomniała, tęskni za nim i bardzo chciałaby go pisać, nawet znalazła (i zapaliła się, a jakże, po czym natychmiast zgasła skutkiem dokonania realistycznego oglądu sytuacji) takie blogowe wyzwanie:


Tak se zamieszcza, może ktoś skorzysta, bo ona to raczej nie w tym życiu.

Po miesiącach nieudolnych prób połączenia ról Matki, Żony, Pracownicy oraz Blogerki okazało się (nie, żeby Królowa Matka była zadziwiona tym odkryciem, no, może ociupinkę), że Królowa Matka nie należy do kobiet, które to potrafią. Niestety. Mimo, że po wspomnianych miesiącach Królowa Matka uznała, ze jedyną dobrą stroną jej pracy zawodowej jest to, że udało jej się załapać na wyprawę do kina na "Kamienie na szaniec" w charakterze opiekunki młodzieży (i tak, pomyślała, że napisze tu o wrażeniach, po czym jak pomyślała, tak i nie zrobiła, zgadnij, Bystry Czytelniku, czemu), Pracowniczką pozostaje taką wiecej wzorową. Matką też nie może przestać być, nawet nie wiadomo jak zmęczona i otępiała, więc jakoś się spina w sobie i jeszcze nie popełniła dzieciobojstwa, nie, żeby nie musiała się przed nim resztką sił powstrzymywać czasem, jak na przykład teraz.

Żoną za to jest fatalną, a blogerką... Blogerką już właściwie nie jest wcale.

Tutaj wpadła ot, tak tylko, na momencik, wklei co nieco


i pójdzie dalej próbować nie zabić swoich dzieci przy okazji kładzenia ich do łóżeczek (a dla tych, którzy jeszcze wierzą w idylliczne wizje z reklam, te z uśpionymi w czyściutkiej pościeli i w sprzątniętych pokoikach pełnych ekologicznych zabawek nie-made-in-China pacholętami oraz matkami, z bezwiednym, czułym uśmiechem spoglądającymi na nie przez uchylone drzwi krótkie przypomnienie - reklama kłamie!).

Do zobaczenia nie wiadomo czy i kiedy.

Wasz Król Ojciec.


PS. Luby Czytelniku, pamiętasz konkurs na Bloga Roku? Ten, w którym Królowa Matka nie startowała? I w związku z tym nie żebrała o głosy i inne SMS-y? No, więc Blog Roku został Ci darowany, ale teraz Królowa Matka pożebrze oraz będzie grać na emocjach.

Na blogu Addicted To Crafts znajduje się wyzwanie Kot Art, w którym Królowa Matka (a konkretnie kot przez nią wykonany) bierze udział. Jak zjedziesz na koniec linkowanego postu oczom Twoim, Drogi Czytelniku, ukaże się 131 kotów, każdy opatrzony numerkiem, a ten z numerem 2 to właśnie kot Królowej Matki. Głosowanie jest dziecinnie proste, wystarczy kliknąć na serduszko w lewym górnym roku, i już Królowa Matka będzie o krok bliżej do tej prenumeraty, którą bardzo pragnie wygrać, a konkurencja jest imponująca i doprawdy, no cóż, zachwycająca. Niestety, wrodzona uczciwość każe jej powiedzieć, że o głos prosi Cię, Czytelniku, tylko, jeśli rzeczywiście Ci się kot spodoba, bo miło byłoby jej wiedzieć, że klikały tylko osoby pełne uznania dla zwierzątka :).

Głosowanie trwa do 25 marca. Pogłaszcz, o Czytelniku, Królową Matkę po znękanej główce i zagłosuj!

wtorek, 4 marca 2014

Z poczucia macierzyńskiego obowiązku ;)

Królowa Matka, zdając sobie sprawę z tego, że - aczkolwiek jej blog przyjmuje formułę bloga śmieciowego, o tym, i o owym, i jeszcze o tym czymś innym - na swój skromny sposób rozpoznawalna stała się jako przede wszystkim Mamusia, w dodatku Wielodzietna i to z tych, co swoich dzieci nie bije jak dzionek długi (jest się czemu czasem dziwić, Luby Czytelniku!). W związku z tym ma ona obowiązki wobec Ludzkości, która w stosunku do Blogów Mamusiowych przejawia określone oczekiwania.

Blogi Mamusiowe powinny być otóż wypełnione wpisami o karmieniu niemowląt, centylach, licznymi a czułymi zdrobnieniami oraz uważnym pochylaniem się nad włoskami, kupkami, nocnymi pobudkami, ząbkowaniem i innymi takimi, wszystko oczywiście opisane jedynym w swoim rodzaju językiem zawierającym nie występujące w normalnej polszczyźnie słowa typu "brzusielek", "bejbuś", "skarbunio" względnie "niunieś".

Świadoma zaniedbań, jakich się dopuściła w tym względzie, Królowa Matka zamieściła już co prawda jakiś czas temu wpis o włoskach, ale jedne włoski, nieprawdaż, wiosny nie czynią, więc dziś będzie jeszcze bardziej, dziś wreszcie, po dwóch (i trochę) latach pisania bloga, będzie o kupkach!

Tytułem wstępu:

Pompon Młodszy jest, jak mawia jego Wyrodna Matka, "cholernym Elojem". Jakby ktoś nie wiedział albo zapomniał, co to Eloj, Królowa Matka przypomni, że jest to jedna z ras występujących w "Wehikule czasu" Wellsa, istot nader delikatnych, dziecinnie ufnych oraz wyjątkowej urody, a także subtelnych jak woń łubinu wśród pól i żywiących się wyłącznie owocami, miodem i innymi takimi. Pal licho urodę i subtelność, ale śniadać, obiadować i wieczerzać by Pompon Młodszy mógł z Elojami od rana do wieczora, dzieciątko poza owocami i mlekiem nie jada NIC (przygotowanie obiadu, który by spożyło stanowi wyzwanie, przy którym zdobycie Mount Everestu to popołudniowy spacerek dla zdrowotności). Mleko, tak, owoce, i owszem (poza bananami i kiwi) w ilościach hurtowych, miód? Ależ bardzo chętnie na łyżeczce, brońcie nas bogi jak przed zarazą - na chlebie, pieczywo jest fuj, zupy "nie są piśne", warzywa tylko na surowo, ale tak naprawdę cholerny Eloj Królowej Matki mógłby żyć jabłkami popijanymi kubkiem mleka trzy razy na dobę. Skutkiem czego Pacholątko jest chude jak patyczek, wszelkie siatki centylowe (odnotowałeś obowiązkową wzmiankę o centylach, Drogi Czytelniku?) można sobie... wyrzucić, bo gdyby im wierzyć bez zastrzeżeń Pompon Młodszy powinien leżeć, blady i skrajnie niedożywiony, na jakimś szpitalnym oddziale pod kroplówką.

Za to wypróżnia się nasz Eloj, że ho, ho!

Królowa Matka nie napisze "Żałuj, Czytelniku, że tego nie widzisz", bo nawet maksymalnie zaślepiona macierzyńskim uczuciem musi ona uznać, że nie jest to widok, którego łaknie normalny człowiek, w każdym razie Dzieciątko żywiące się tu i ówdzie uszczkniętym jabłuszkiem z mandarynką i mlekiem potrafi sporządzić cztery kupy z trudem mieszczące się w nocniku każda. Królowa Matka podejrzewa, że przewód pokarmowy Pompona Młodszego stanowi coś w rodzaju obudowanej Pomponem rury, w którą wrzuca się jabłuszko górą, a ono natychmiast wypada, przemielone, dołem, i jedyne, co sprawia, że Królowa Matka powątpiewa w tego typu rozwiązanie jest fakt, że odżywiany tym sposobem Pompon Młodszy powinien już nie żyć, a tymczasem nie dość, że żyje, to jeszcze jego energia wystarczyłaby dla zapewnienia prądu średniej wielkości miastu, gdyby go tak w poręczny kołowrotek wsadzić i kazać biegać.

Ale ubierając dziecko po załatwieniu przezeń potrzeby fizjologicznej Królowa Matka dziwi się za każdym razem.

Królowa Matka (robiąc porządek z nocnikiem po czwartym wypróżnieniu Pompona Młodszego w trakcie jednego popołudnia, dość beznadziejnie) - Synek, na litość, czym ty właściwie robisz te wszystkie kupki?!
Pompon Młodszy (lekko zniecierpliwionym tonem osoby, ktora po raz kolejny tłumaczy oczywistą rzecz jakiejś mało rozgarniętej jednostce) - Mama, no. Psecies dupećką!

No tak...


W nieokreślonej przyszłości spodziewaj się jeszcze, Miły Czytelniku, postu o rozszerzaniu diety, i w ten sposób Kanon zostanie zachowany :).

piątek, 21 lutego 2014

Ku równowadze

Gdyby ktoś zastanawiał się, jaka gałąź filmu czy też teatru pozwoli Potomkowi Starszemu rozwinąć wszelkie jego możliwości niby pawi ogon...

Potomek Starszy (tradycyjnie, jak co dzień, i - też tradycyjnie - bez związku kompletnie z niczym) - Mamo, powiedz mi, że mnie kochasz!
Królowa Matka (zajęta czymś, co wymaga jakiegoś tam skupienia, w rodzaju obierania jabłka i krojenia go w ósemki, przygotowywania sobie dziennego przydziału leków albo smarowania wszystkich kropek Pompona Starszego Pudrodermem; nieuważnie) - Kocham cię, synu.
Potomek Starszy (krzepiąco) - Bardzo dobrze! A teraz to samo z uczuciem!

... Królowa Matka podpowiada, że to na sto procent reżyseria :)!

Tego samego dnia wieczorem:

Królowa Matka (znów zajęta, przebóg, co z nią, wciąż tylko zajęta i zajęta!; stoi przy zlewie i zmywa, wyciera, albo cośtam).
Pompon Młodszy (ciągnąc ją za nogawkę) - Mama...
Królowa Matka (znów nieuważnie, o, rany, co by tak na nią ci wszyscy spece od pisania podręczników o wychowaniu dzieci powiedzieli!) - Hmmm?...
Pompon Młodszy (z naciskiem) - Mama.
Królowa Matka (nie odrywając wzroku od tego, co robi) - No, co?
Pompon Młodszy (z większym naciskiem) - Mama!
Królowa Matka - No, co? Czego chcesz, synek?
Pompon Młodszy (czule) - Jesteś śłodka!

Gdyby ktoś chciał wiedzieć, czy to pomaga chociaż trochę nawet na samopoczucie takie jak to nie tylko czułym mamusiom, jakże trafnie i wdzięcznie portretowanych w reklamach i na zdjęciach w gazetkach o małych dzieciach, ale także wrednym, wyrodnym i oschłym emocjonalnie Wielodzietnym Patologiom w rodzaju Królowej Matki, donosi ona uprzejmie, że i owszem, pomaga.

O, i to jeszcze:



To też pomaga :).

Wszystkim Drogim Czytelnikom, dzięki którym blog Królowej Matki zaliczył tę niewyobrażalną dla niej liczbę wejść Królowa Matka bardzo dziękuje i poleca się na przyszłość (o ile jakaś będzie, że tak optymistycznie i bardzo w nastroju, w którym ostatnio się nurza, napomknie).



PS.

To nie powinien być PS, tylko początek tego wpisu, ale jakoś się temat Królowej Matce nie komponował z reżyserskimi zapędami Potomka Starszego...

I Królowa Matka wie, że to nie jest wiele.

Że można - a jak nie można, to i tak się powinno próbować - zrobić o wiele więcej.

Ale oprócz tego "o wiele więcej" można zrobić także to:

Друзі України! Ми з вами! Будьте Непереможний!

wtorek, 18 lutego 2014

Na krawędzi

Pierwsza krosta Pana Małżonka pojawiła się tu:


i nie robiła szczególnie niebezpiecznego wrażenia, ot, taki wyprysk, ktory może wcale nie jest tym, czym mógłby być.

Nazajutrz okazało się, że i owszem, jest tym właśnie, i to tym występującym w znacznej ilości podobnych krost, Pan Małżonek po zasięgnięciu porady lekarskiej i wysmarowaniu się na obliczu Pudrodermem, a na tułowiu - gencjaną zaczął przypominać wojownika plemienia Mursi w barwach plemiennych skrzyżowanego z Piktem

Źródło
Źródło
(z tym, że miał - i ciągle ma - na korpusie nie tak ładne wzorki), a Królowa Matka poczuła, że jeszcze moment, jeszcze chwilka, jeszcze jeden drobiazg, a coś w niej pęknie, i że właśnie znajduje się na tym etapie, gdy jednostki mniej stabilne emocjonalnie popełniają samobójstwo rozszerzone, albo chociaż zwykłe samobójstwo, zdarzyło jej się patrzeć na belki w suficie i zastanawiać się, czy wytrzymałyby ludzki ciężar, i jakby tu sznur przytwierdzić, żeby się nie urwał, i to wcale nie było śmieszne.

Potem się złapała na tym, że fantazjuje na temat pobytu w szpitalu, że tęsknie myśli, jak to było cudownie, tak sobie leżeć i robić tylko to, co człowiekowi każą (zaś od godziny 15 to już właściwie nic nie robić poza spożyciem posiłków), i że znów by tak chciała; i to też nie było śmieszne.

A jeszcze potem przypadkiem Królowa Matka trafiła na bloga, którego nie czytuje (ale chyba zacznie) i na notatkę zawierającą ten fragment (podkreślenia KM):

"Papież? Proszę Cię! On nie miał dzieci! Doda? Ona nie nosi majtek, więc ma mniej prania. RODZICE to są kurwa super bohaterowie, matki to nadludzie! Ojcom się należy order, że wracają po pracy do domu, zamiast wstąpić po bułki do małej piekarni w Bangladeszu! Absolutnie poważnie – rodzice kochani, rodzice większej ilości niż 1 bąbel, rodzice samotni, rodzice bliźniaków, rodzice dzieciaków, które są chore – JESTEŚCIE BOGAMI DLA MNIE I MÓJ MAŁY MÓŻDŻEK NIE POJMUJE OGROMU WASZEJ POTĘGI PSYCHOFIZYCZNEJ! Budda przy Was to było wielkie nic, bo jaką trzeba mieć siłę, żeby tego wszystkiego nie podpalić i nie uciec do piekła ciesząc się jak z wyprawy do solarium?!"


zaś na blogu, który czytuje przeczytała:

"najbardziej szokująca (...) jest konstatacja, że ten pierwszy rok łączenia bycia matką i pracy to w ogóle jakoś zleci. Na hormonach, z rozpędu, na rezerwie snu/siły sprzed dziecka.


Ale są jeszcze kolejne lata. Dość chyba w sumie sporo kolejnych lat.

I chociaż moje osobiste doświadczenie jest jednak mało miarodajne, bo gdyby Nowy Człowiek był jedynakiem, miałabym już pewnie za sobą moment ulgi i uff!, zmniejszałoby się już moje macierzyńskie zaangażowanie, to jednak uważam, że rozmowa o byciu matką i łączeniu tego z pozadomową pracą nie może się ograniczać do sytuacji matek na rocznym macierzyńskim.

Albowiem po rocznym macierzyńskim (a także wobec jego wcześniejszego ustawowego braku) jest padanie na pysk i czołem o blat, ale o tym ciii, bo naruszam zasadę decorum, pisząc, że jestem skonana.


Żeby było jasne.

Macierzyństwo jest najbardziej satysfakcjonującą pracą jaką znam.

Jestem też – tfu, odpukać w niemalowany control/delete+alt – najszczęśliwszą z wielomatek.

Ale niezmiennie zamierzam trwać przy moim zdaniu, że wiodącą narracją osoby, która od dziesięciu lat dzierga macierzyństwo i pozadomową pracę jest ojapierdolęjużniemogę"

i poczuła wyraźnie, że to jest to, włąśnie to, że jest na etapie "ojapierdolęjużniemogę-jużniemogę-jużniemogę-już-nie-mogę" oraz ma gdzieś fakt, że narusza zasadę decorum, ponieważ O-PIERDOLI-JUŻ-NIE-MOŻE.

W jej przypadku "juz-nie-mogę" objawiło się wpadnięciem w histerię na myśl o tym, jak będzie wyglądał cały nastepny tydzień, tydzień z trójką wciąż chorych dzieci, z jednym zdrowym, który powinien chodzić do szkoły, ale jak go do tej szkoły dostarczyć???, z chorym mężem, który zapadł był na chorobę dziecięcą grożącą dorosłemu licznymi i efektownymi powikłaniami oraz bojącym się, że szef go zwolni, bo po tygodniu urlopu wziął tydzień zwolnienia... W głowie Królowej Matki układały się skomplikowane plany, przed oczyma jej duszy wyświetlały się rozkłady jazdy PKS-ów i plany lekcji, nakładające się na siebie, logistyka poszła w ruch, te wszystkie "wstać-dojechać-kupić-odebrać-lekarz-poczta-rachunki-zakupy" i to, że Potomek Młodszy ma bal w czwartek, a Królowa Matka podjęła się ciasto na ten bal upiec, jak ona dostarczy ciasto (i Potomka) do szkoły, on musi iść na ten bal, to jest najważniejsze na świecie, Królowa Matka przestała jeść, a nocami sypiała po dwie godziny, bo jak się już obudziła, żeby ukoić płaczące z bólu Pompony i posmarować ich krostki lekarstwem już nie zasypiała, tylko leżała i kombinowała, jak ułożyć te wszystkie rodzinne puzzle, których kawałki nijak nie chciały do siebie pasować, a gdy o 6.30 oczy same się na niej zamykały ze zmęczenia dzwonił budzik i trzeba było zacząć nowy dzień.

A załamanie przyszło z idiotycznego (jak zwykle w wypadku tego typu załamań) powodu - wraz z odkryciem, że Potomek Młodszy, który jest przykładnym uczniem chorującym wyłącznie w ferie i dni wolne od zajęć szkolnych, w związku z tym mający stuprocentowa szkolną frekwencję, z czego był bardzo dumny, teraz nie pójdzie dwa dni do szkoły. Pan Małżonek, usiłując nie patrzeć na Królowa Matkę jak na wariatkę, próbował jej tłumaczyć, że nic się takiego nie stanie, jeśli pierwszoklasista opuści kilka dni do szkoły, rozsądek mówił Królowej Matce to samo, ale go nie słyszała, bo ogromna, gigantyczna bańka szaleństwa i "ojapierdolęjużniemogę" rozrosła się w jej głowie do takich rozmiarów, że przydusiła ten cichutko popiskujący rozsądek w jakims niedostępnym kąciku jej jestestwa, a sama rosła, rosła, a jej ścianki były coraz cieńsze, cieniutkie, jak ścianki bańki mydlanej, i takiego jak na bańkę mydlaną potrzeba było nacisku, by pękły.

Królowa Matka znała to uczucie, doświadczyła go już wcześniej raz, pewnego wieczoru po długim dniu samotnego macierzyństwa , gdy Potomki Starsze roznosiły w proch i pył piętro domu w ramach fantastycznej zabawy, a Królowa Matka, po prośbach, rozmowach, wyjaśnieniach, próbach przekupstwa, rozdzielenia Braciszków, itepe, itede stała w kuchni i trzymała się stołu, a stół ma solidny, na sześć osób, sosna, pełne drewno. Trzymała się go z całej siły, bo ten zepchnięty w ciemny kącik jej mózgu rozsądek popiskiwał, że jeśli go puści to poleci na górę i będzie bić, na oślep, tym, co jej w ręce wpadnie, i naprawdę nie wiadomo, czym by się to mogło skończyć. Królowa Matka przechowuje to wspomnienie w skarbczyku swych najcenniejszych doświadczeń jako przypomnienie, że zawsze, zawsze jest gdzieś tam pod nadmuchanym do ostatnich granic balonem gniewu, wściekłości i zmęczenia, za ścianą czerwonej mgły przed oczami i krwi szumiącej w uszach ten rozsadek, choćby najbardziej stłamszony, rozsądek, którego należy się trzymać, by nie zrobić czegoś nieodwracalnego.

I teraz się też go chwyciła i zaczęła spuszczać pary z balonu wypełniającego ją szaleństwa, ale wie, że to niewiele da, jeśli nie odpocznie. Bo jeśli nie odpocznie ten balon zacznie bardzo szybko napełniać się jej zmęczeniem, jej smutkiem, jej apatia i poczuciem całkowitej beznadziei. 

A nie odpocznie, bo za tydzień (tydzień wypełniony kombinowaniem, logistyką, homeschoolingiem, smarowaniem krostek i podawaniem lekarstw, oraz całą resztą, ta zwykłą i codzienną) wróci do pracy i znowu zaczną się dni, gdy cały dzienny zapas energii będzie wyczerpywać w godzinach 7-14, a potem wracać do domu i tępo patrzeć w ścianę (naprawdę tak robi, niestety nie jest to błysk poetyckiej metafory), zmuszając się do czynności absolutnie niezbędnych, które będą ja wyczerpywać ponad miarę, nie słuchając swoich dzieci (ile rzeczy przeoczyła przez te parę miesięcy? ile straciła? ilu nie usłyszała?...), nie rozmawiając ze swoim mężem, nie pisząc i nie czytając, robiąc wyłącznie to, czego nie lubi, i nie myśląc, nie mając siły myśleć nawet o tym, że marnuje swoje życie, które odzyskała, a teraz je... nie, nawet nie przepuszcza przez palce, bo to by sugerowało jakąś beztroskę; znosi, o, znosi to jest właściwe słowo, znosi dzień po dniu, nie czerpiąc z niego żadnej radości i zbyt zmęczona, by wpaść w rozpacz na myśl, że tak będzie już zawsze.

Zawsze "już-nie-mogę-ale-muszę".

Jak teraz.


sobota, 15 lutego 2014

Zapiski z Domu Zarazy

Czyli jak przedłużyć sobie ferie.

Na początku dopadło Potomka Młodszego. Dosłownie na początku, w weekend poprzedzający ferie. Wrócił ze szkoły pełen planów na nadchodzące wolne dni, po czym wieczorkiem plany się rypły, Dziecię zamiast u Mamusi Tatusia (która planów miała jeszcze więcej niż oba Potomki razem wzięte) wylądował u lekarza, a potem został uziemiony we własnym domu, w ciepełku, z zaleceniem nie przegrzewania się, nie wychładzania się, i z dużą ilością płynów pod ręką.

Królowa Matka zaś zostala uszczęśliwiona informacją, że na tym jednym to sie nie skończy, o, nie.

Dni mijały, ferie osiągnęły półmetek, Potomek Młodszy czuł się wyraźnie lepiej i gdy Królowa Matka już, już zaczynała się cieszyć, że jednak, wbrew apokaliptycznym wizjom lekarzy oraz wszystkich jej znajomych skończy się na tym jednym, Zaraza dopadla Potomka Starszego.

Ale jak!!!

O ile Potomek Młodszy został łaskawie potraktowany przez Zarazę, Potomek Starszy wyglądał po-twor-nie. Wyglądał tak, że właściwie Królowa Matka, unikająca, jak wiadomo, publikowania zdjęć swoich Potomków na blogu (a przynajmniej takich zdjęć, które umożliwialyby identyfikację) moglaby Potomka Starszego spokojnie okazać światu. Widać go pod objawami Zarazy i tak nie było.

Mając dwie zaatakowane jednostki Królowa Matka zaczęła oglądać uważniej niż zwykle Pompony i, tak! Doczekała się! Wczoraj padły Ostatnie Przyczółki Domu w Dziczy, przy czym Przyczółek zwany na potrzeby tego bloga Pomponem Starszym padł wyjątkowo spektakularnie, Najstarszy Braciszek mógłby mu, że tak Królowa Matka użyje błysku poetyckiej metafory, te zarażone buciki pucować, i zrbiło się ogólnie wesolutko i przyjemnie, a Królowa Matka caluśkie ferie zamiast tego

miała to


i nadal będzie tak miała.

Przynajmniej przez następny tydzień.