czwartek, 12 marca 2015

Leaving Early To Avoid The Rush


Pan Małżonek stanął w drzwiach.

Terry Pratchett nie żyje, powiedział.

To nie jest tak, że Królowa Matka nie wiedziała.

Wiedziała.

Choroba Alzheimera. Będzie tylko gorzej. Nigdy lepiej. Wiedziała. Będzie coraz trudniej, coraz puściej. Aż zrobi się niewyobrażalnie trudno i niewyobrażalnie pusto. Nikomu by tego nie życzyła. Nikomu. Choćby go chciała jak najdłużej mieć tutaj.

Więc się żegnała, powolutku. Oswajała myśl, że to nastąpi, porządkowała ją w głowie, przygotowywała się, żeby, gdy nadejdzie Nieuniknione, przyjąć to... z godnością. Zaakceptować.

Żeby nie cierpieć.

Dziś się okazało, że nie można było się na to przygotować.

Po raz pierwszy w życiu Królowej Matce to się zdarza.

Cierpieć z powodu odejścia kogoś, kogo nie znała osobiście.

Niczego nie oswoiła.

Niczego nie zrozumiała.

Jak to - umarł?

Jak to - odszedł? I zabrał ze sobą ich wszystkich - Babcię Weatherwax, Nianię Ogg, Magrat, Vetinariego, Wolnych Ciutludzi, Tiffany? Detrytusa? Nobby'ego? Vimesa? Nigdy się już z nimi nie spotkamy? Nie dowiemy się, co u nich? Więc... gdzie oni są? Gdzie są oni wszyscy?

Gdy Królowa Matka zaczęła pisać bloga podjęła decyzję pisania go w trzeciej osobie "na czuja". Nigdy przedtem nie czytała żadnych blogów, blogosfera była miejscem jej obcym, pojęcia nie miała, że istnieją w niej mody i maniery, i że pisanie w trzeciej osobie jest właśnie manierą, irytującą wiele osób. Nikogo nie chciała irytować, po prostu instynktownie wiedziała, że "Królowa Matka" to będzie ta część niej, którą zechce udostępnić. Nie cała ona, tylko ten jeden, jedyny kawałeczek, na który, gdy będzie trzeba, będzie umiała popatrzeć z boku, obiektywnie i krytycznie.



Dziś, po raz pierwszy, piszę te słowa całą sobą. Jako ja. Jako Królowa Matka i ta cała reszta, której na blogu nigdy dotąd nie było.

Dziś, gdy Dysk odlatuje, Wielki A'Tuin odpływa majestatycznie w rejony wszechświata mi niedostępne, Śmierć galopuje na Pimpusiu w ciemność, w oddali nikną głosy kłócących się Wiedźm, Vimes odchodzi, wyczuwając cienką jak papier podeszwą kamienie w nieznanych mi mrokach.

Dziś piszę - dziękuję.

Dziękuję za wszystko. Za wszystko, Sir Terry. Za wzruszenia, za śmiech, prawdziwy śmiech z głębi serca, a nie głupiutki chichot, za humor, za tę mądrość, która łamała we mnie schematy. Za to wszystko, czego mnie nauczyłeś.

Za to, że mówiłam: "Nie znasz Pratchetta? Jakże ci zazdroszczę". I zazdrościłam. A jednocześnie chciałam, by tych, co Cię poznają było więcej i więcej - niczym neofita, szerzący swoją religię.

Do pewnego momentu uzupełnialiśmy z Panem Małżonkiem braki. A potem - od lat, od tak wielu lat - czekaliśmy na nowe książki. Co roku pojawiała się jedna. Zawsze w okolicach urodzin Pana Małżonka. Kupowałam mu ją na prezent. Nigdy się nie pchałam pierwsza do czytania. Czekałam. Nabierałam apetytu. Nie pytałam "Z czego się śmiejesz?", gdy Pan Małżonek zaśmiewał się, czytając. Przygotowywałam się do przeżycia Następnego Spotkania.

I za każdym razem czułam tę uskrzydlającą radość, że umiem czytać. W kimś, kto czyta tak dużo jak ja niezwykle trudno jest tę radość obudzić. A tutaj za każdym razem, przy każdym tomie na nowo uświadamiałam sobie, że oto staję u progu nowej przygody i zalewała mnie radość, jak morze.

Nie da się w żaden sposób odwdzięczyć za tę radość. Nie da się za nią wystarczająco podziękować.

Nie przyjmowałam do wiadomości żadnych spadków formy, pozostawałam głucha na uwagi o "gorszym tomie", nie czytywałam cudzych recenzji. Cóż to, czyż Mistrzom nie wolno mieć słabszych chwil? Czy Bogowie Literatury nie mogą obniżyć poziomu, jeśli mają taki kaprys? Czy od tego przestają być bogami?

No i - cóż by to była za miłość, gdyby zajmowała się ocenianiem?

A ja Cię kochałam, Sir Terry.

I dlatego, choć od tygodni mam w głowie pustkę, słowa mnie nie słuchają, a palce na klawiaturze są sztywne jak suche gałązki, dzisiaj zmusiłam się, by przebrnąć tę pustkę, uchwycić bezładnie rozpierzchające się słowa i siłą zgiąć palce, by to napisać.

Bo jakże mogłabym się nie odezwać w ten dzień, gdy serce pękło mi na miliony kawałeczków, na garść okruchów nie większych niż ziarnko piasku, kiedy uświadomiłam sobie, że zeszły rok to był ostatni rok, gdy kupiłam Panu Małżonkowi Twoją nową książkę w urodzinowym prezencie.

Nie jestem Tobą. Nie umiem więc wyrazić, jak wielkim przywilejem było żyć w tym malutkim fragmencie wszechczasu, w którym i Ty żyłeś.

Jak jestem wdzięczna misternemu zbiegowi licznych okoliczności, który mnie do Ciebie doprowadził i pozwolił mi Cię czytać.

""Nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości – dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie, dopóki wino przez nią nastawione nie dokończy fermentacji, dopóki plon, jaki zasiał, nie zostanie zebrany."

Żal po tobie idzie jak fala tsunami wśród tych, co Cię kochali jak Człowieka, nie Autora. I płaczą po Tobie jak po Człowieku, a nie Autorze. Wśród tych, co wiedzą, że nie odszedłeś całkiem. Że zostały Twoje słowa, zamknięte między okładkami. 

Dziś nie jest to żadną pociechą.

Ale nadejdzie dzień, gdy będzie.

Gdy myśl o tym, że można po nie sięgnąć, i znów się nad nimi śmiać, znów płakać, znów zadumać i znów zadziwić przyniesie ulgę.

I zmarszczki, które wzbudziłeś na powierzchni rzeczywistości ponownie się rozejdą.

Dlatego nie "żegnaj", ale "do zobaczenia", Sir Terry!


Pewnego dnia się spotkamy, na pewno.

Ty po prostu odszedłeś trochę wcześniej, by uciąć sobie pogawędkę ze Śmiercią.


Naprawdę Mu zazdroszczę.

niedziela, 8 lutego 2015

Spojrzenie w otchłań

Potomek Młodszy - Mamusiu, a ile Potomek Starszy ma lat do dorosłości?
Królowa Matka (jak zwykle popadając w typową dla siebie szczegółowość) - Ale do takiej oficjalnej dorosłości? Bo kiedy tak naprawdę będzie dorosły to, prawdę powiedziawszy, bogowie jedyni wiedzą, może za dziesięć lat, a może za dwadzieścia, a są i tacy, co nigdy nie dorosną albo będą musieli stać się dorośli w dwunastej wiośnie życia... ale tak oficjalnie, z dowodem osobistym i prawami wyborczymi to będzie za osiem lat.
Potomek Młodszy (z oczami jak spodki) - Za osiem?! A ja kiedy?
Królowa Matka - No, za jedenaście...
Potomek Młodszy (zapowietrzając się) - Za jedenaście?! Ja myślałem, że mi dwadzieścia lat do dorosłości brakuje! Albo nawet dwadzieścia siedem!!! (przetrawia przez chwilę świeżo nabytą wiedzę, po czym, ze zgrozą) ...faktycznie życie jest krótsze, niż się spodziewałem!

***

W tym miejscu miał się znaleźć bannerek z unikalnym numerem Pólherbacianych w konkursie na Bloga Roku 2014, już ostatnim, a także z Bambi Eyes, też ostatnimi, i stosowną ilością próśb o głosy.

Zamiast tego Królowa Matka przekleja wpis, który poczyniła na swoim fanpejdżyku na Facebooku, na który, jak wie, wielu jej Czytelników nie zagląda.

Voila:

Fragmencik maila, który Królowa Matka otrzymała dziś rano:

"Koszt 1 smsa w pełnym pakiecie z uwagi na dużo zabawy, przekładania kart i nakład pracy to 1,50zł.
Możliwości techniczne dla pozostałych 2 dni konkursu ( niedz, pon), to wysłanie 25 smsów dziennie po 17nastej.
Oczywiście przekazuję raport po wykonaniu usługi, daty i czasu wysyłki oraz gwarantuję pełną dyskrecję Twojego udziału.".

Czyli po prostu propozycja nie do odrzucenia związana z faktem, ze w nocy Polaherbaciane wyleciały poza pierwszą dziesiątkę.

Królowa Matka chciała dziś zamieścić kolejny wpis o Potomkach okraszony ostatnią, smutną prośbą o głosy, kompletnie beznadziejną, ponieważ z obserwacji wie, że ci, co się za pierwszą dziesiątkę wysunęli już do niej nie wracają - zazwyczaj.

Ale teraz już o głosy nie poprosi.

Uczciwość nie pozwala jej narażać swoich Czytelników na koszty głosowania w konkursie, w którym uczciwie wygrać jest na pewno możliwe, ale - jak właśnie widzi - niekoniecznie, zwłaszcza, jeśli nie jest się hegemonem blogowym tylko takim średnio popularnym blogiem jak jej własny. Bo jakoś nie ma Królowa Matka złudzeń ani co do tego, że jest jedyną osobą, która podobnego maila otrzymała, ani co do tego, że nie będzie w konkursie takich, co zechcą z hojnej oferty skorzystać.

Królowa Matka bardzo Wam dziękuje za dotychczasowy udział, byliście kochani i walczyliście walecznie, i nieustannie uważa za zaszczyt posiadanie takich Czytelników.

Dziękuję.


Królowa Matka nie chciała wygrać konkursu na Bloga Roku. Poważnie, czy ktokolwiek, kto ją choć trochę zna z bloga, o realu nie wspominając, może ją sobie wyobrazić na Gali, wśród celebrytów i błysków fleszy? No helloł, mówimy o osobie, która spotkanie blogerów książkowych we wrześniu przesiedziała w kąciku, z oczkami jak spłoszony króliczek i odzywając się najmniej jak tylko można, a osób na spotkaniu było z pięćdziesiąt.

Więc wygrać - nie. Ale miała Królowa Matka nieśmiałe marzenie, bardzo nieśmiałe, by się znaleźć w pierwszej dziesiątce. Takie, rozumiecie, Kochani Czytelnicy, dziecinne marzenie, by zakończyć swój udział w konkursach na blog roku z przytupem.

Jest jej niewyobrażalnie przykro, że się nie dowie, czy to możliwe. 

I że kończy z przytupem, ale jest to przytup tego rodzaju.

Ale najbardziej, że zmarnotrawiła wysiłki i zasoby swoich Czytelników. I tego, że ich dobra energia rozbiła się o takie obrzydliwe coś.

Nie prosi o dalsze głosy, bo już nie wierzy, że to cokolwiek da.

Nieustannie dziękuje za te, które już otrzymała.



PS. Tytuł miał być zabawnym odniesieniem do dramatycznych odkryć Potomka Młodszego i został wymyślony już wczoraj. Szkoda, że pasuje i do reszty.

sobota, 7 lutego 2015

Bezgranicznie patologicznie

Leniwe popołudnie w Domu w Dziczy.

Królowa Matka stuka na klawiaturze laptopa jeden ze swoich wiekopomnych tekstów, na które czekają z utęsknieniem rzesze, nieprawdaż, jej wielbicieli, gada z kimś na Facebooku względnie udziela się na forum, a przed nią na stole leży baton "Pawełek", zakupiony dla Królowej Matki przez kochającego Pana Małżonka.

Królowa Matka wyjaśni, że baton "Pawełek" nabywany jest w Domu w Dziczy w sytuacjach, gdy Wredni Rodziciele chcą się pożywić czymś słodkim bez towarzystwa czterech szeroko rozdziawionych jam chłonąco-trawiących w najbliższej okolicy, które to jamy są spławiane za pomocą informacji, że w składzie batona znajduje sie spirytus, substancja Dzieciątkom surowo wzbroniona.

No więc Królowa Matka pisze, baton "Pawełek" leży, a przy łokciu Królowej Matki materializuje się Pompon Młodszy i zawisa wzrokiem na Potencjalnej Wyżerce.

Pompon Młodszy (podchodzi Rodzicielkę strategicznie) - Mamo, cy jak skońcys to, co robis i otworzys tego batonika to mnie pocęstujes?
Królowa Matka (udzielając tej samej odpowiedzi, co pozostałej trójce przy podobnych okazjach, frajerka) - Nie, synku, ten baton nie jest dla dzieci, bo zawiera alkohol...
Pompon Młodszy (z namysłem) - Hmmm... (po dłuższej chwili przetrawiania tej informacji, wznosząc na Królową Matkę wielkie, niewinne oczy elfa)... ale ty wies, ze ja bardzo lubię alkohol?

Eeeee...

No, właściwie tylko to przychodzi Królowej Matce do głowy ;).

czwartek, 5 lutego 2015

Wstęp do ciągu dalszego, który nastąpi

Komoda kąpielowa wyposażona w wanienkę oraz liczne półeczki i schowki.

Lub też zwykła komoda, z półeczkami i szufladkami.

Przewijak – osobny, lub występujący w wersji nakładki na łóżeczko.

Pojemnik na pieluchy, zwany elegancko i nowocześnie pieluchomatem.

Podgrzewacz na butelki, który można podłączyć do gniazdka w samochodzie.

Wiaderko kąpielowe (plus stojak), zapewniający możliwość wygodnej kąpieli dziecka przez całe sześć miesięcy.

Pompka do wysysania jadu owadów.

Dekoder płaczu identyfikujący rodzaj dźwięku i porównujący go do pięciu uniwersalnych wzorów płaczu.

Kuleczki do toalety w kształcie uśmiechniętych słoneczek, dla chłopców, służące do nauki celowania.

Woreczek na pierwszy ząbek (w zachęcającej cenie 55 złotych polskich).

Silikonowe nakładki na skarpetki, ułatwiające raczkowanie, plus ochraniacze na kolana.

Elektroniczna niania, monitor oddechu, wibrujący odbiornik zakładany na rękę, działający tak, jak elektroniczna niania, ale sygnalizujący płacz dziecka wibracjami, zestaw stałego podglądu pokoju dziecka , czyli wideomonitor, może być w wersji de luxe – połączony z czterema kamerami i noktowizorem.


Oto zaledwie częściowa i baaaardzo niekompletna lista rzeczy, bez których udało się Królowej Matce wychować, wykarmić, wielokrotnie przewinąć, postawić na nogi i (częściowo) wypuścić w świat czworo dzieci, wszystkie w jednym kawałku, wszystkie – o ile może o tym wyrokować – bez cech traumy, wszystkie nie zubożone wewnętrznie świadomością, że wyciągała ich pieluchy z worka stojącego za kanapą, a nie z pieluchomatu.

Jest to coś, co – zdaniem jakże licznych artykułów w gazetkach dla młodych mam – absolutnie nie powinno jej się udać.

Rzecz zaczyna się najczęściej tak:

Rodzi człowiek dziecko.

Zazwyczaj najpierw jedno, zazwyczaj nie ma doświadczenia, a zaufanie do babć/ cioć/ teściowej bardzo ograniczone, zazwyczaj nie wie masy rzeczy, gubi się w tych rzeczach, które wie (albo wydaje mu się, że wie) i stara się tę wiedzę uporządkować.

A zresztą, nawet z wiedzą uporządkowaną na maksa może mieć stuprocentowa pewność, że coś go zaskoczy.

I wtedy pojawiają się ONE. Gazetki dla młodych rodziców. Pełne dobrych rad, fachowych przecież, prawda? Sami specjaliści tam piszą i jak piszą, że powinno się nabyć przewijak, to się go nabywa, bo przecież dla dziecka wszystko.

Oto mamy kolejny powód, dla którego Królowa Matka nienawidzi gazetek dla kobiet w ciąży ani też gazetek dla młodych mam (bo - choć mniej zaawansowanym Czytelnikom bloga mogło to umknąć - Królowa Matka nienawidzi ich szczerze). Kolejny, po zinfantylizowanym języku stanowiącym gwałt na polszczyźnie oraz po sprowadzaniu niejednokrotnie dramatycznych problemów do kilku nic nie znaczących, okrąglutkich - i zdrobnionych - frazesów (ach, artykule o wcześniakach, zdrobniony tak twórczo, jakże ciepło cię wspomina Królowa Matka do dziś, a wszak minęło od chwili twej publikacji lat dziesięć!).

A jak już autorki artykułów zdrobnią wszystko, co da się zdrobnić (i część tego, co się nie da też) i spłaszczą, co się da spłaszczyć, zaczynają zachęcać do nabywania absolutnie niezbędnych gadżetów, które mają ułatwiać życie.


Tylko wiecie co? Nie ułatwiają. Pięknie wyglądają na zdjęciach, w stylizacjach wnętrz liczących, tak na oko, ze dwadzieścia metrów kwadratowych, w tych pokojach dziecięcych o rozmiarach dużych pokoi w bloku, w łazienkach, które nigdy nie są klitką, o nie. Mieści się tam i komoda kąpielowa z szufladkami, półeczkami i schowkami, i wiaderko ze stelażem (w którym można kąpać dziecko tylko do szóstego miesiąca życia, ale ojtam ojtam dziecku będziemy żałować? Przecież napisali, że to dla niego najlepsze!), i jeżeli kogoś stać na taką łazienkę, nie jest dla niego problemem wymiana wiaderka na komodę, a jednego modelu wózka na drugi, zaś zamontowanie elektronicznych niań po całym domu to pikuś, to super, cieszymy się wszyscy, te gazetki są dla niego.

Tyle tylko, że większości rodziców nie stać. A gazetki tworzą fałszywy obraz dziecka, które do szczęścia niezbędnie potrzebuje tego wiaderka. Potem komody kąpielowej. Potem nocnika z pozytywką, potem naklejek w sedesie. A potem zacznie chodzić i już można grać na kolejnej strunie wrażliwej rodzicielskiej duszy – Królowa Matka zadała sobie trud i policzyła, ile kosztuje najtańsza (co podkreśla) wersja zabezpieczenia domu, by uchronić dziecko przed wypadkiem. Dwa i pół tysiąca złotych kosztuje. A tylko o zabezpieczeniu mówimy. A to przecież nie wszystko, bo i meble należy wymienić, i zabawki , i maskotki z bijącym sercem na edukacyjną tablicę uczącą języków. Bez tego się nie da. Bez tego coś pójdzie nie tak.

I rodzic czyta, i kupuje, a jak nie może kupić, bo ma łazienkę w bloku i po zakupieniu komody, przewijaka, wiaderka i wanienki nie jest w stanie użytkować jej zgodnie z przeznaczeniem, bo się w niej nie mieści, to rosną w nim wyrzuty sumienia. I czarne wizje, podsycane statystykami wypadków, które przytrafiają się w domu (a on przecież nie kupił żabek do pościeli – BTW, co to są żabki do pościeli i przed czym chronią? - i teraz jego dziecku stanie się jakieś straszne coś).


Więc osobiście Królowa Matka poleca raczej fora internetowe jako to miejsce, gdzie można się dopytać, co jest potrzebne, a co jest tylko gadżetem, którego użyje się raz lub wcale. Szanse, że ktoś zdrobni wszystkie wyrazy znacznie mniejsze. 

A że ktoś trzeźwo powie „daj sobie spokój, skoro musisz to mieć, pożycz od kogoś, kto już nie potrzebuje!” - znacznie większe.

Podobnie jak na to, że nie trafi się na kogoś, kto bierze pieniądze za przekonywanie rodziców, ze potrzebują przedmiotów, których tak naprawdę nie potrzebują – ani oni, ani ich dzieci.



Co jakiś czas temu napisawszy Królowa Matka - której dzieci szczęśliwie weszły w wiek, w którym ułatwiające życie pomoce do kąpieli i przewijania staja się zbędne - uznała, że sprawa już jej nie dotyczy.

Po czym niedawno życie zweryfikowało jej pogląd i nagle okazało się, że Wszechswiat najwyraźniej dba o to, by tematu do postów nigdy Królowej Matce nie zabrakło.

O czym wkrótce :).

wtorek, 3 lutego 2015

Prośba

Pierwszy raz do konkursu na Bloga Roku Królowa Matka przystąpiła w roku 2012 i w nastroju "a co mi tam, spróbuję", o czym kto ciekaw może sobie poczytać, a kto nie ciekaw - przejść do dalszej części tekstu.

Po odpadnięciu z konkursu na miejscu 51, które uznała za zawrotny sukces swego bloga, wówczas prowadzonego od trzech miesięcy pomyślała sobie "Do trzech razy sztuka!" i rok później ponownie się zgłosiła, chociaż do nastroju "A co mi tam!" oraz do entuzjazmu było jej daleko.

Ale jak się już zgłosiła to, przyznaje, pomimo początkowego braku entuzjazmu bawiła się naprawdę nieźle. Sporządziła staranny i przemyślany pod względem marketingowym ;) wpis żebrzący, a na Facebooku plątał się zaopatrzony w stosowny tekst Banner z Oczkami tych domowników Domu w Dziczy, których urok miał szanse zmiękczyć te serca, których Królowa Matka nie dała rady zmiękczyć słowami i podobno odniósł nawet skutek, jak doniosły Królowej Matce osoby, które udało się jej rozbawić.

Mimo tak imponująco zakrojonej akcji promocyjnej blog Królowej Matki zakończył udział w konkursie na miejscu 21, choć przez jedną, powodującą zawrót głowy chwile znajdował się w pierwszej dziesiątce. Królowa Matka pośledziła konkurs do końca, pomyślała, doszła do przeróżnych wniosków, z których część opisała, a części nie, i rok później darowała sobie udział w imprezie, nie darowała sobie jednak naukowych obserwacji zjawiska.

Ich skutek był taki, że Królowa Matka doszła do kolejnych licznych, bardzo licznych wniosków, z których na czoło wybił się jeden:

formuła konkursu polegająca na zbieraniu SMSów od Czytelników jest dla bloga Królowej Matki barierą nie do przejścia.

Nawet przy na maksa rozdmuchanej akcji promocyjnej Królowa Matka jest w stanie uzbierać nie więcej niż sto parę głosów. Ostatni z finałowej dziesiątki blog w roku 2012 miał ich 354, a ten z 2013 - 664.

Mimo tej przygnębiającej świadomości Królowa Matka postanowiła zgłosić swojego bloga do konkursu na Blog Roku 2014.

Bo do trzech razy sztuka przecież.

Bo to jubileuszowy konkurs, dziesiąty, czy nie jest milej kończyć swego z nim spotkania w roku jubileuszowym, a nie byle jakim?

Bo całkiem sporo jej blog Blogowi Roku zawdzięcza, jak napływ nowych czytelników na przykład.

Bo Jurorzy przyjemni. I w dodatku umieją czytać.

No i trochę "a co mi tam".

Ale tym razem Królowa Matka nie będzie siać bannerkami na FB i przypominajkami na blogu. Nie będzie skłaniać do głosowania znajomych, nieznajomych, własnej rodziny i cudzych rodzin groźbami i szantażem emocjonalnym.

Najwyżej troszeczkę Bambi eyes może zrobić, o, prawie takie:


Ale żebrać nie będzie.


Królowa Matka poprosi.

I jeszcze powtórzy swoje własne słowa sprzed dwóch lat, które och, jak bardzo nie straciły nic a nic na aktualności:

... ale, Czytelniku, zagłosuj tylko, jeśli uważasz, że blog Królowej Matki się nadaje na dostanie się do, powiedzmy, pierwszej setki. 

Nie, jeśli czuła Twa dusza brutalnie urażona została wizją Wielodzietnej Matki, której blog odpadnie z konkursu za jedyną pociechę mając SMS od obowiązkowego Małżonka. Nie, jeśli uległeś (zdałoby się) ujmującej i pełnej dowcipu osobowości Królowej Matki. Nie, jeśli przypadkiem znajdujesz się w opisywanym powyżej stanie "a co mi tam!". Nie, jeśli założyłeś się z kumplami, że zagłosujesz na pierwszego bloga, na którego trafisz w spisie konkursowym.

Ale wtedy, gdy blog Ci się NAPRAWDĘ podoba.

Kiedy nadejdzie dzień, gdy blog Królowej Matki odpadnie ostatecznie i nieodwołalnie, i po raz ostatni z konkursu na Blog Roku chciałaby ona wiedzieć, że wszystkie głosy, jakie otrzymała, otrzymała tylko od tych osób, które jej bloga lubią. 

Bogowie, dostać sto takich głosów z pewnością nie wystarczy, aby się dostać choćby do pierwszej trzydziestki, ale jak bardzo uskrzydli! To dopiero będzie nagroda, niech się schowają wszystkie, które można wygrać w konkursie razem wzięte.

Tak więc.


Proszę.

Bardzo proszę.



 ( SMS treści C11597 na numer 7122. Proszę pamiętać aby nie wstawiać w SMS spacji, nie trzeba też nic więcej pisać. 

Dochód z SMS'ów zostanie przekazany na fundację Dzieci Niczyje. )


 

czwartek, 22 stycznia 2015

Królowa Matka i reklamy, po dłuuuugiej przerwie

O reklamach nie było tak dawno, że Stali Czytelnicy zdążyli już zapomnieć, że Królowa Matka je kocha, a Nowi Czytelnicy w ogóle tego nie wiedzą. A więc specjalnie dla Nowych Czytelników informacja - Królowa Matka kocha reklamy z przyczyn nie do końca jasnych, może uwielbia ten dreszcz, gdy na widok jakiejś reklamy szlag ją trafia i ciśnienie rośnie (a ma zbyt niskie, bo jej leki nasercowe obniżają, więc odrobina środka pobudzającego jest nie do pogardzenia), a może z innych powodów, kompletnie irracjonalnych, w końcu miłość bywa irracjonalna z zasady, nieprawdaż.

Nie umie Królowa Matka powiedzieć, czemu o reklamach dawno nie było, na pewno nie z powodu braku podwyższających ciśnienie dzieł w naszej kochanej TV, ale jakoś się ta irytacja, w którą Królowa Matka popadała rozmywała w tak zwanym międzyczasie jaki upływał od popadnięcia w cholerę do okazji, by ją wypisać z siebie na blogu, aż wreszcie nadeszła przerwa świąteczna, więcej czasu wolnego, więcej bajeczek w TV, chłoniętych przez Potomki Królowej Matki (oraz powtórek "Chirurgów"), a co za tym idzie - więcej przerw reklamowych, których nagromadzenie sprawiło, że Królowej Matce się wreszcie ulało.

Ponieważ tak się składa, że poza sezonem świąteczno-feriowym mamy też sezon przeziębieniowo-grypowy jasnym jest, że reklamami, które atakują niewinnego człowieka rzucając się na niego bez opamiętania w przerwach miedzy kolejnymi odcinkami "Świnki Peppy" są reklamy leków.

Między innymi środka na gardło, który podaje się mamusi, bo kiedy ją boli gardło tatuś ma w domu prawdziwe urwanie głowy. Rozwala wyposażenie wnętrza podczas zabawy z dziećmi, podpala deskę do prasowania (i prasowaną na niej koszulę), dzieci mu łażą po meblach, zrzucają z półek garnki, kłócą się bez przerwy, wyświniają kosmetykami mamusi malując się nimi po całej twarzy i nie dają się położyć spać, a tatuś, biedny miś, nie potrafi sobie z nimi poradzić. Na szczęście jest Tantum Verde, podajemy go niewolnicy i natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jest ona gotowa do oporządzenia chlewa, który zrobiła z mieszkania dwójka pacholątek i zajmujący się... o, pardon, "zajmujący się" nimi tatuś, który teraz może już wrócić do tego, co umie najlepiej, czyli, no nie wie Królowa Matka, do stania w kąciku w charakterze elementu ozdobnego, stojaka na kapelusze albo wieszaka na płaszcze, bo innego zastosowania tego konkretnego tatusia Królowa Matka nie widzi.

Gdy Królowa Matka sądziła, że nic jej już bardziej nie ogłuszy pojawiła się reklama, w której kobieta - ewidentnie chora, zakatarzona, z wypiekami od gorączki i podkrążonymi oczami - wchodzi do pokoju i mówi: "Alicjo, przepraszam cię bardzo, ale naprawdę nie dam rady, muszę wziąć jeden dzień zwolnienia, poradzisz sobie jakoś, prawda?", po czym kamera najeżdża na rzeczoną Alicję i okazuje się, że nie jest to szefowa nieszczęsnej ofiary grypy, tylko czteroletnia na oko dziewczynka, wpatrująca się w mamusię z otwarta buzią, podczas gdy my otrzymujemy radosny komentarz z offu: "Mamy nie biorą zwolnienia".

Och, nie. mamy nie biorą zwolnienia, mamy są w ogóle nieważne, potrzeby mam się nie liczą nic a nic, mamy chorują chyłkiem, jakby co to sobie chlapną "Vicks" albo inną musującą oranżadkę z paracetamolem i już mogą z uśmiechem igrać z pacholątkiem w parku, szczęśliwe jak prosięta w deszcz.

A potem mamy lądują w szpitalu z obustronnym zapaleniem płuc, jak jedna koleżanka Królowej Matki, która też się leczyła oranżadkami, no bo przecież trzeba dziecko odprowadzić do przedszkola i odebrać, drugie nakarmić kaszką, uśpić, przewinąć, poczytać wieczorem, z trzecim odrobić lekcje i nikomu Boże broń nie zawracać głowy swoim samopoczuciem, no ale ojtam, ojtam, w końcu ile statystycznie mam z zapaleniem płuc trafia do tego szpitala, jakiś nieznaczący procent zapewne, czyli oranżadki działają, i pranie mózgu robione mamom przez całe społeczeństwo też.

Nazwy następnego specyfiku Królowa Matka nie pamięta, zapewne dlatego, że jej się ciemno robiło przed oczami i szum krwi w uszach zagłuszał dźwięk z ekranu. Na ekranie uśmiechnięta pani sieka coś czy miesza, lub zawija w papierki, mniejsza, przestępując z nogi na nogę. "Problemy z nogami, Basiu? Może powinnaś coś z tym zrobić?" - troszczy się Tajemniczy Męski Głos (bo one zawsze są męskie, te Głosy), na co pani odpowiada z lekceważącym prychnięciem: "Ale ja nie mam czasu, żeby iść po receptę!" i natychmiast dowiaduje się, że nie szkodzi, no co ona, po receptę, wcale nie musi, może nabyć zupełnie bez recepty środek... ale jaki, Królowa Matka nie wie, bo już jej w uszach szumi na całego, zaś jej okrzyki zagłuszają treść reklamy.

Jesteśmy podobno jedynym krajem w Europie (w Unii?), w którym dozwolone są reklamy leków w TV i niby Królowa Matka przywykła już do tego, że bywają bloki reklamowe składające się wyłącznie z reklam specyfików farmaceutycznych. No i do tego, że Polacy leczą wszystko, od grypy poprzez marskość wątroby po zimne nogi, cellulit wodny i zakwaszenie organizmu za pomocą łyknięcia magicznej tabletki, ale tym razem po raz pierwszy objawiła się na ekranie osoba, która głośno i radośnie oznajmia, że nie chce jej się iść po receptę. Nie-Chce-Jej-Się-Iść-Po-Receptę. Czyli prawdopodobnie leczy się na coś, ale nie szkodzi, bo jej się nie chce. Po receptę ci się nie chce iść, głupia babo, tak? A dostać zakrzepowego zapalenia żył ci się chce? Albo zakrzepicy żył głębokich? A chce ci się zejść na zator płucny, którego się dorobisz, bo zamiast środka przypisanego przez lekarza łykniesz sobie tableteczkę bez recepty?

Bo może ci się, kur... na, chce, Królowej Matce nic do tego, ale niewykluczone, że innym się nie chce i lepiej byłoby nie pokazywać twojej lekceważąco uśmiechniętej gęby w charakterze pozytywnego przesłania głoszącego, że jak ktoś nie ma życzenia kontynuować leczenia to nie szkodzi, bo nasze apteki pełne są takich fajnych, kolorowych pigułek, o których natychmiast trzeba "powiedzieć Hance"!!!

(przerwa na oddychanie do woreczka)

Następna reklama, zrobiona w konwencji rysunkowej i bawi ją do łez, w związku z czym Królowa Matka delikatnie sugeruje Twórcom Telewizyjnym, żeby może zawsze puszczali ją w zestawie, zaraz po Basi i jej zakrzepicy, bo bardzo by to koiło krolewskomatczyne skołatane nerwy.

W reklamie podziwiać możemy Prawdziwego Mężczyznę i jego Idio..., znaczy, Kobietę, która siedzi na pniaku w pięknych okolicznościach przyrody i marznie. Mogłaby się co prawda przyodziać, ale wtedy zasłoniłaby swe niewątpliwe talenty, niewykluczone, że jedyne, jakimi dysponuje, więc dygocze na tym pniaku w miniszortach i koszulce na ramiączkach, podczas gdy jej Pan i Władca usiłuje rozpalić ognisko.

Ale my wiemy, że nie o żadne ognisko tu chodzi, nienienie, ta reklama to jest jeden wielki błysk poetyckiej metafory, Państwo rozumią, prawda, he, he, he? "Prawdziwy mężczyzna (a nie wątpimy przecież ani przez chwilę, że z takim właśnie mamy tu do czynienia) radzi sobie w każdej sytuacji - ogłasza Głos z Offu. - Wie, jakiej (tu Głos robi znaczącą przerwę, doprawdy, aż się czuje to porozumiewawcze mrugnięcie okiem, he, he, he) ROZPAŁKI użyć, kiedy (kolejne mrugnięcie, co to Państwo wią i rozumią, he, he, he) KONAR nie chce zapłonąć...", a potem już normalnym tonem podawane są informacje o tym, co to za cuda robi "Braveran" z, he, he, he, opornymi KONARAMI (o, bogowie, Królowej Matce się udzieliło) łącznie z tą, że specyfik "należy zażyć godzinę przed stosunkiem" oraz hasłem "Efekt po Braveranie masz na zawołanie", bo że "godzinę przed" równa się "na zawołanie" to oczywista oczywistość.

I może nawet by Królowa Matka darowała tej reklamie, gdyby nie jej nachalne powtarzanie, bywały bloki reklamowe, w których puszczano ją i po cztery razy, więc jednak się Królowa Matka weźmie i wypowie - Drogi Copywriterze, osoby, które potrzebują Braveranu (a wątpi Królowa Matka, by byli to odpowiednicy przerysowanego byczka z reklamówki) jakiś czas temu opuściły gimnazjum, w związku z czym prześmieszne nawiązania do płonących konarów nie wydają im się prawdopodobnie aż tak prześmieszne jak Tobie, który zapewne gimnazjum masz świeżo w pamięci. Więc jeśli już musimy wszyscy być katowani Twoją reklamą co minutę, niech obfituje ona w porównania choć odrobinę subtelniejsze, tylko o to Cię Królowa Matka prosi.

I, tradycyjnie, na koniec reklamowe samobójstwo, nad którym Królowa Matka poznęca się ze szczególnym upodobaniem.

Przyznaje ona bez bicia, że nie rozumie metody Banku ING, który reklamuje się za pomocą szeregu spotów z antypatycznymi i złośliwymi bohaterami w rolach głównych, którzy to bohaterowie czerpią szczególną przyjemność z robienia przykrości swoim mniej błyskotliwym znajomym, no, ale może w tym szaleństwie jest metoda, której Królowa Matka, jako osoba prosta umysłowo, nie ogarnia. Ale bardzo chciałaby wiedzieć, co przyświecało autorom spota, ekhm, świątecznego.

Mamy w tym spocie na pierwszym planie tatusia i synka, którzy wypakowują z pudła zabawki choinkowe, a na drugim planie - grupę osób na kanapie, między innymi starszą panią robiącą na drutach i miłego pana w obciachowym swetrze z reniferem, przytrzymującego starszej pani włóczkę.

- Tato - zagaja chłopczyk z pierwszego planu - a dlaczego wujek nosi ten sweter z reniferem, który dostał od babci?
- Bo - wyjaśnia tatuś ze złośliwym uśmieszkiem - babcia wzięła na siebie kurs pilotażu wujcia, więc wujcio wziął na siebie sweterek babci.
- A ty też taki dostałeś - drąży chłopczyk - i nie nosisz.

 Na co tatuś, z dumą, mrugnięciem okiem i tonem przepojonym satysfakcją:

- Bo nie muszę,

po czym pojawia się pan Marek Kondrat, by wyjaśnić nam, oszołomionym prostaczkom, że jak ktoś ma oszczędności to stać go na niezależność, w związku z tym powinniśmy niezwłocznie założyć sobie konto, i uracza nas kuriozalnym w obliczu całej kampanii ING Banku Śląskiego w ogólności, a tym spotem w szczególności, hasłem "Liczą się ludzie".

Ludzie się liczą. Mhm. No to popatrzmy może:

mamy chłopczyka, który od tatusia w dzień świąteczny dostaje komunikat, że jeśli coś się dla kogoś robi to wyłącznie dlatego, że ma się w tym interes. Nie dlatego, że wujek chce dla babci zrobić coś miłego, bo ją kocha, bo są święta, bo owszem, sweterek jest obciachowy, ale babcia włożyła dużo czasu w zrobienie go i dlatego ten jeden dzień w roku wujek się przemoże i będzie go nosić, by jej pokazać, że docenia te starania - ale dlatego, że siedzi u babci w kieszeni. I właśnie dlatego teraz zwija z babcią włóczkę, bo przecież nie dlatego, że lubią ze sobą spędzać czas (a taka opcja, że babcia powiedziała: "Słuchaj, synu, mam oszczędności na pogrzeb, ale z przyjemnością widzę, że są sympatyczniejsze wydatki, nie masz na ten wymarzony kurs pilotażu, więc ci pożyczę, oddasz jak będziesz mógł" oczywiście nie mogła zajść, no skąd, babcia specjalnie wujciowi forsę pożyczyła, żeby go moralnie gnoić i za pomocą presji psychicznej kazać mu zwijać te włóczki - i nic nie szkodzi, że ani wujek nie wygląda na udręczonego, ani babcia na heterę).

Oraz że tatuś nie musi babci tej przyjemności zrobić. Nie musi. Jeden raz w roku nie założy jakiegoś głupiego swetra, bo on jest pan i ma forsę, i stać go na niezależność. Nie ma interesu, nie musimy zdobywać się na najmniejszy życzliwy gest, elementarne!

Nie chciałaby Królowa Matka tutaj prorokować, ale jednak jej zdaniem tatuś nie powinien się szczególnie zdziwić, gdy za dwadzieścia jego syn w jakieś święta (albo w dzień zupełnie powszedni) nie odwiedzi go w szpitalu albo nie odwiezie do sanatorium, albo po prostu zostawi samego, nie siądzie przy nim i po prostu nie pogada, bo będzie finansowo niezależny, więc nic już nie będzie musiał.

Ludzie się liczą.

Królowa Matka woli w takim razie żyć w świecie, w którym się nie liczą - przynajmniej nie w rozumieniu twórców kampanii ING Banku Śląskiego.

Potomek Młodszy mijając telewizor w drodze do łazienki zatrzymał się kiedyś przed ekranem, na którym puszył się Niezależny Mężczyzna i jego syn, i gdy chłopiec zapytał: "Dlaczego wujek nosi ten sweterek od babci?" odpowiedział: "Bo może chce jej zrobić przyjemność?".

No proszę, ma siedem lat i rozumie.

W tym Nowym Roku z serca Ci, Drogi Copywriterze, Królowa Matka życzy, abyś i Ty zrozumiał.


niedziela, 18 stycznia 2015

Chwila uchwycona

Potomek Młodszy po kąpieli.


Pachnie miętą z nutą pomarańczy. Włosy złote, wilgotne, zwijają się w pierścionki za uszami i na karku, przeczesane na bok przy suszeniu, model na "grzecznego chłopca". Boże, jaki on jest ładny, najładniejszy z wszystkich dzieci Królowej Matki, chociaż to akurat może byc urok chwili, już za moment wyjdzie z kąpieli Pompon Młodszy owinięty w ręcznik z kapturem, jak mały, słodki, wielkooki elfik przebrany za krasnoludka, i wtedy to on będzie najładniejszy. Ale na razie to Potomek Młodszy, oczy w rzadkim kolorze, trochę szare, trochę zielone, w ich głebi złocisty błysk, jak u kota, rzęsy na pół palca, czarne i wywinięte do góry, niby jedwabiste firanki. Skóra też jak muśnięta słońcem, jasna w brzoskwiniowym odcieniu, i pokryta brzoskwiniowym puszkiem, idealna, gładka, bez skazy. Słoneczny Chłopiec, smukły, szczupły, gibki, jaki śliczny, nie może się Królowa Matka dość nadziwić, jakim sposobem udało jej się wyprodukować coś podobnego.

I temu, jak bardzo ten wygląd to ściema też nie :D.


Ziołoleczniczo

Wczoraj, w sklepie zielarskim:

Królowa Matka - Poproszę ziele skrzypu, korzeń łopianu, liść pokrzywy, ziele nawłoci, ziele uczepu trójbarwnego, kwiat jasnoty białej...

Pan Małżonek - ... fiolkę krwi nietoperza, pukiel włosów wisielca ucięty o północy w pełnię, pazur z lewej tylnej łapki szczura...

Hm.

Chyba chłopak zapomniał (lub też nie docenia), co może przyrządzić z ziół kobieta, jak się ją naprawdę zdenerwuje.




Mwahahaha.

czwartek, 15 stycznia 2015

Potomek Starszy, My Hero

Gdy Potomek Starszy był w klasie drugiej Królowa Matka odprowadzała go do szkoły codziennie, i codziennie z niej odbierała. Deszcz, gołoledź, burza z piorunami, śnieżyca, czterdziestostopniowy upał, nieistotne, Potomek Starszy nie odpuszczał, Królowa Matka musiała go odprowadzać i basta. W holiku będącym poczekalnią dla rodziców Potomek Starszy zdejmował tornister i szedł do szatni, a Królowa Matka czekała. Potomek wracał przebrany, odbierał tornister, inkasował całusa i szedł na pierwsze piętro, gdzie mieściła się jego klasa.

I myliłby się każdy, kto by przypuszczał, że to był koniec rytuału.

Nie, następnie Królowa Matka wychodziła ze szkoły, stawała na środku boiska, nierzadko klnąc kawałami oraz zgrzytając uzębieniem, no bo ten grad czy inna gołoledź, i patrzyła w okno holu na pierwszym piętrze, w którym po krótszej lub dłuższej chwili poruszała się firana, zza której wychylał się Potomek Starszy, przesyłał jej całusa, Królowa Matka machała, nierzadko oburącz, i wreszcie była wolna.


I tak dzień po dniu, przez rok.

Rytuał rzucał się w oczy na tyle, że wiedziały o nim nawet sprzątaczki, odźwierne i woźne, o nauczycielach nie wspominając, a już o kolegach z klasy to w ogóle nie ma co mówić.

W związku z czym tak mniej więcej w połowie roku szkolnego zaczepiła Królową Matkę Wychowawczyni Potomka Starszego.

- Pani Aniu - powiedziała zatroskana - może pani z nim porozmawia... może się umówicie, że będziecie się żegnać za rogiem, albo chociaż darować sobie to machanie... bo, wie pani, to już druga klasa i koledzy się z niego śmieją...

Królowa Matka natychmiast ujrzała swoje dziecko, drobniutkie, szczuplutkie i najniższe w klasie, w charakterze klasowego kozła ofiarnego oraz przedmiot ordynarnych żartów jego o głowę wyższych, barczystych, a nierzadko nader prostych w obejściu kolegów (którzy wcale nie byli ani o głowę wyżsi, ani nadmiernie barczyści, ani prości w obejściu, ale wiadomo, do czego jest zdolne wprawione w drżenie Matczyne Serce!) i poruszyła temat przy okazji najbliższej rozmowy ze swym pierworodnym.

- Synu - rzekła ostrożnie - może wolałbyś, żebym już cię nie prowadzała za rączkę do szkoły? Bo słyszałam, że koledzy się z ciebie śmieją...
- Śmieją się? - zdziwił się szczerze Potomek Starszy.
- No tak, podobno podśmiewają się z ciebie, bo całujesz mnie przed szkołą, i machamy sobie przez okno...

Potomek Starszy popatrzył na Królową Matkę z tak głębokim zastanowieniem, że wręcz było widać, jak mu się pod tym czystym, gładkim czołem przesuwają koła zębate i inne zapadki w mózgu.

- Ach! - powiedział po chwili odkrywczo. - Może rzeczywiście, jeden czy dwóch... ale - dodał z lekceważeniem tak bezbrzeżnym, że nie sposób w żaden sposób oddać go na piśmie - niech się śmieją. Mnie to, mamo, W OGÓLE nie obchodzi.

No tak. Nie będziemy ukrywać, że niepokój Królowej Matki w kwestii zostania przez Potomka Starszego klasową ofiarą został tak jakby zażegnany, w każdym razie na jakiś czas, ponadto odniosła się ona z aprobatą do faktu, że Potomek Starszy potrafi mieć w głębokiej obojętności opinie kolegów na temat tego, co powinien, a czego nie powinien robić, ma Królowa Matka szczerą nadzieję, że mu to nie minie w wieku, gdy koledzy będą zdania, że powinien zapalić skręta, urżnąć się w zimnego trupa względnie pożyczyć samochód tatusia, chociaż nie ma prawa jazdy. I konsekwentnie odprowadzała swoje dziecko do szkoły uznając, że skoro ono tego potrzebuje, dostanie to bez względu na opinie kolegów i nauczycieli.

Dwa lata później, w dniu wczorajszym, Królowa Matka wróciła do domu objuczona torebką nauczycielską (czyli, że Królowa Matka uświadomi tych, którzy nigdy torebki nauczycielskiej nie widzieli, taką, do której wejdzie wszystko - od dziennika, poprzez własnoręcznie sporządzane pomoce naukowe, po całą dokumentację szkolną, a tej jest coraz więcej) oraz siatami z zakupami i zaraz na progu została nieomal obalona przez rzucającego się na nią z impetem Potomka Młodszego, który uwiesił się jej na szyi, oraz oba Pompony, z których każdy obłapił jedną jej nogę.

Potomek Starszy zaś siedział w pokoju nad książkami, lecz nie sam. Siedział w towarzystwie koleżanki.

Królowa Matka poodczepiała z siebie progeniturę, ucałowała liczne czółka, odstawiła siaty i poszła wyplątać się z płaszcza. Potomek Starszy zmaterializował się obok niej gdy go odwieszała.

- Mamo - powiedział - jeśli chciałabyś mnie objąć czy pocałować to wiedz, że nie mam nic przeciwko temu i się nie wstydzę.

Królowa Matka roześmiała się, potem westchnęła, potem znów się roześmiała i pocałowała swojego dzielnego syna.

Bo wiedziała oczywiście, że chwila, w której do Potomka Starszego dotrze, że inni się wstydzą, więc może jest czego, prędzej czy później (a w zasadzie całkiem prędzej) nadejdzie, ale co innego zdawać sobie z tego teoretycznie sprawę, a co innego zbliżyć się do niej tak bardzo, że wręcz otrzeć się o nią ramieniem.

Ale na razie, nim i Potomek Starszy zacznie się wstydzić, Królowa Matka uznała, że po prostu otrzymała Prawdziwy Dowód Miłości :).

wtorek, 6 stycznia 2015

Przegląd charakterologiczny przy święcie

Chodzący Otymizm oraz Mistrz Szklanki Zawsze w Połowie Pełnej - Mamusiu, a wiesz, co jest najlepsze? Najlepsze jest to, że jak dobrze znasz jakiś odcinek bajki, możesz go sobie w głowie obejrzeć i COŚ ZMIENIĆ!

Ten Sam, Co Powyżej - Mamusiu, a wiesz, kim ja jestem? Ja jestem w połowie człowiekiem, w połowie kotem, a w połowie świnką! Bo chodzę jak człowiek, no i mówię, i w ogóle, oczy mam jak kot i jak tatuś zapala w kominku to ja od razu biegnę i się kładę obok, bo lubię ciepło. No i (radośnie) jem jak świnka!


Nie zaprzeczając powyższemu (zwłaszcza podziałowi na połówki ;)) Królowa Matka przyznaje, że Chodzący Optymizm znany także jako Potomek Młodszy mimo bycia dzisiejszym solenizantem nie bardzo miał szanse jeść jak świnka, bo Królową Matkę opanował leń (oraz nawał pracy zawodowej) i zamiast wykwintnego tortu upiekła dziś ordynarne muffinki.


Żeby nie było tak do końca prosto jak w każdą sobotę, przyozdobiła je nieco,


co w zupełności wystarczyło jej Zawodowo Cieszącemu Się Życiem Potomkowi.

Sama Królowa Matka myśli o opatentowaniem powyższego pomysłu od rana, odkąd po godzinie z jej pieczołowicie zdobionych choinek muffinkowych (oraz nie-zdobionych muffinek tradycyjnych)



zostało mniej więcej tyle,


czyli dokładnie tyle samo, ile zostałoby także z pieczołowicie tworzonego od dnia wczorajszego tortu.


A ponadto.

Pompon Młodszy czyni kolejne kroki do zostania Dyktatorem i Rządcą Dusz.

Pompon Młodszy (czule) - Kocham cię, mamusiu.
Królowa Matka (nauczona doświadczeniem, podejrzliwie) - Tak?
Pompon Młodszy (patrząc jej głeboko w oczy) - Tak. Jestem w tobje kompletnie zakochany!
Królowa Matka (mruczy powątpiewająco) - Hm...
Pompon Młodszy (niestrudzenie) - BAJJJJDZO cię kocham. Bajdzo, bajdzo!
Królowa Matka (ostrożnie, jak człowiek wchodzący na pole minowe) - Ja ciebie też kocham bardzo...
Pompon Młodszy (machając rzęsami) - Ja ciebie kocham bajdziej!
Królowa Matka (a, co tam, raz kozie śmierć!) - Nie, to ja ciebie bardziej!
Pompon Młodszy (radośnie) - No, to skojo mnie tak bajdzo kochaś, to na pewno będę mógł sobie usiąść i pogjać!

Szlag.

Przed chwilą.

Pompon Młodszy (świeżo wykąpany, z wysuszonymi włoskami, pachnący, otulony kocykiem, stwarzający fałszywe wrażenie bycia wielkookim i kruchym Wcieleniem Czaru , mości się wygodnie na fotelu z poduszką pod głową, kładąc obie nogi na podłokietniku) - No, tejaz jestem gotowy, zieby zjeść jogult!

A służba jest gotowa, żeby ci go podetknąć pod nos wraz ze starannie wybraną, ulubioną łyżeczką, drogi synu.

Jak nie jedna służba, to druga.

Szlag, szlag, szlag.