sobota, 6 października 2018

Zapiski z hodowli nastolatka, epizod pierwszy

Królowa Matka (zasadniczo w kierunku swoich Pacholątek, a tak naprawdę w szeroko pojętą przestrzeń, dość beznadziejnie) - ... I czy ja bym mogła żywic nadzieję, że w końcu któryś z was przestanie wkładać do lodówki puste opakowania po serku? Albo butelki po mleku? I jeszcze - to oczywiście wspaniale, że składacie ubrania w estetyczną kosteczkę, ale dlaczego ta estetyczna kosteczka spoczywa w miejscu, w którym się rozbieraliście, na przykład na środku dywanu, albo obok zlewu w kuchni, albo...

Potomek Starszy (pochylając się ku Mamusi, kładąc jej palec na ustach i zniżając głos do czegoś, co za parę lat będzie namiętnym barytonem) - Ciiiii... nie mów już nic więcej, chiquita...!

Hm.

Oto do czego podręczniki tresury i chowu dzieci nie przygotowują.

środa, 26 września 2018

Niepodważalny dowód na przyjście jesieni

Osoby Dramatu - Królowa Matka oraz Dziecko Trzecie, powszechnie znane jako Pompon Starszy.

Królowa Matka (spowita w szal z alpaki, który nie dość, że przepiękny, to jeszcze jest ciepły, obserwuje swoje dziecko, nie bez fascynacji).

Pompon Starszy (siedzi bosy przy małym stoliczku przyodziany w spodenki od piżamy - krótkie, - podkoszulek bez rękawów oraz wełnianą czapkę i lepi z plasteliny).

Królowa Matka (tonem "muszę to wiedzieć") - Dziecko moje, dlaczego siedzisz w pomieszczeniu w czapce na głowie?

Pompon Starszy (wyjaśniająco) - Bo mi zimno.

No tak. Nie ma, że to tamto, w obliczu powyższego już nie sposób wątpić, że jesień naprawdę nadeszła.

piątek, 21 września 2018

Królowa Matka (prawie) przechodzi na "ty"

To jest droga.

Zupełnie zwyczajna droga na pierwszy (a nawet drugi) rzut oka, droga, jakich mnóstwo mamy w kujawsko-pomorskim, i gdzie indziej na pewno też, ale ta konkretna jest kujawsko-pomorska właśnie. Dodać można, że w tej zatoczce, którą widać po prawej stronie znajduje się malutki sklepik spożywczy, a nieco dalej - zespół szkół. Poza tym drzewa, krzewy, sady, domki, małe i większe oraz zabytkowy kościółek, całkiem nieduży. Droga, jak każda inna.

Dokładnie w tym miejscu siedem lat i jeden miesiąc temu urodził się ten blog.

Stałym (i Starym Stażem) Czytelnikom historia ta jest znana, więc mogą przeskoczyć akapit czy dwa (lub też, znając moje skłonności do logorei, trzy lub cztery), w których opowiadać ją będę Czytelnikom Nowszym i Całkiem Nowym.

Siedem lat, jeden miesiąc i dwa tygodnie temu wyszłam ze szpitala bez żadnych rokowań. To znaczy, na pewno jakieś były, ale lekarze, uparcie pytani, równie uparcie migali się od odpowiedzi. Osobie przeciętnie inteligentnej (oraz zaopatrzonej w wielokrotnie przeczytany i przepuszczony przez gugla wypis ze szpitala) takie miganie się mówi całkiem sporo, a jeśli dodatkowo osoba jest słaba jak pisklę, trzy tygodnie temu uczyła się chodzić, a tydzień temu, tuż przed wypisem, przeszła 450 metrów w sześć minut, oraz przed wyjazdem musiała zapakować lekarstwa i zastrzyki, które bezwzględnie musiała brać trzy razy dziennie, do osobnej kosmetyczki, bo w zwykłej się nie mieściły, to już w ogóle.

A zatem jechaliśmy w świat, Pan Małżonek, moje dzieci, najmłodsze liczące sobie siedem miesięcy, ja, przeświadczona, że być może to ostatni wyjazd w moim życiu (zaledwie tydzień wcześniej rozpłakałam się w nieopanowany sposób, wjeżdżając do swojego miasta, bo kilka dni wcześniej byłam pewna, że nigdy w życiu go już nie zobaczę) oraz moja depresja. Potworny, gigantyczny, niezmierzalny dół, który kazał mi robić plany najwyżej na godzinę naprzód, żegnać się z moimi dziećmi przy każdej zadyszce oraz mroczkach przed oczyma (czyli często) i nie mieć żadnego pomysłu na ewentualne życie, gdyż po co, w końcu mogę umrzeć w każdej chwili.

Pan Małżonek, bohaterski, cierpliwy, nie poddający się Pan Małżonek robił co mógł, by mnie w jakieś plany zaopatrzyć. By skłonić mnie do robienia czegoś, co zajmie mi ręce i głowę, i może sprawi, że przestanę myśleć, skupiać się na każdym oddechu i analizować każdy ucisk w klatce piersiowej. A zatem, co lubisz robić, droga żono. Czytać, bardzo dobrze. Czytanie jest super, ale w obecnym stanie ducha rozproszyć mnie mogło wszystko, ze wspomnianym piknięciem w klatce piersiowej na czele. Robić na szydełku lubisz, na drutach, wyszywać. Rzeczywiście, ale jaką ma się w czasie dziergania wolną głowę i jak hulają twoje myśli, to tylko ja wiem, a w którą stronę pożeglują zgaduję bez najmniejszych trudności. Odpada. W ogródku lubisz się babrać. W rzeczy samej, ale po pierwsze - patrz powyższa uwaga o hulających myślach, a po drugie, kucnięcie i wyrwanie kilku chwastów w moim stanie skutkować mogło natychmiastowym omdleniem (a nawet jeśli nie, to wstać o własnych siłach bym nie wstała), jedyna dostępna mi aktywność  ogródkowa ograniczała się wówczas do siedzenia i patrzenia, jak liście winobluszczu zmieniają kolor. Odpada.

No to jeszcze lubisz pisać. Pamiętasz? Pani psycholog w szpitalu spytała cię, czy piszesz. Bo, jak twierdziła, tak fajnie opowiadasz, więc czytałoby się to, co napisałaś na pewno też  dobrze. Napisz książkę.

Wysiadłam z samochodu w tej małej, ledwie widocznej na zdjęciu zatoczce, kupiłam w sklepiku wodę i ciasteczka owsiane, wsiadłam z powrotem i powiedziałam:

- Nie umiem pisać książek. O czym miałabym pisać? I kto niby chciałby to czytać?
- To bloga - powiedział Pan Małżonek, wyjeżdżając z zatoczki. - Sprawdzisz, czy pisanie jeszcze sprawia ci frajdę, czy taka odskocznia będzie ci odpowiadać. Zacznij pisać bloga.

Siedem lat i jeden miesiąc temu nie wiedziałam, że blogi istnieją.

No, dobra, trochę upraszczam. Wiedziałam, że istnieją. Nie czytałam żadnych. Nigdy, nawet tych, które pisali moi bardzo dobrzy znajomi i przyjaciele. Nie wiem nawet, czemu. Idea blogosfery była mi całkowicie obca. Podejrzewam, że postrzegałam blogi jak pamiętniki, czyli teksty bardzo osobiste, takie, które się pisze, a potem zamyka w szufladzie na popiątny kluczyk. Bo jeśli pisać coś innego, to po co? A jeśli rzeczywiście to, to jak można rzecz upubliczniać?

Dlatego właśnie odpowiedziałam z powątpiewaniem:

- Bloga? Ja? Ja przecież (zdumienie stulecia! ogólny wstrząs! wszyscy zbierają szczęki z podłogi i potrząsają w zadziwieniu głowami!) nie umiem pisać bloga. Ja to się w ogóle robi? I (zdumienie stulecia i ta cała reszta, tylko razy milion) kto by mnie w ogóle chciał czytać?

A mimo to jeszcze nim wyjechaliśmy z miejscowości z zespołem szkół, małym sklepikiem i prawie tak samym małym zabytkowym kościółkiem - wymyśliłam tytuł. I wiedziałam, ze jeżeli ten blog, którego nie umiem pisać, kiedykolwiek powstanie, będzie się nazywał właśnie tak.

Królowa Matka i Banda Czworga.

Pięć dni później wróciliśmy z Mazur i zaczęłam Wielkie Przygotowania. Polegały one na rozmowach z moimi bardziej ogarniętymi blogowo (czyli, ekhm, z wszystkimi) i komputerowo (czyli z większością) Znajomymi i Przyjaciółmi, którzy mi doradzali, odradzali, wybierali platformę i podrzucali linki z informacjami. Skutkiem tych rozmów było, że - nieświadoma, co zaczyna, nie orientująca się w modach i stylach (oraz w fakcie, że takowe istnieją) - zadebiutowałam jako blogerka równo siedem lat temu.

Dla trzydziestu osób, bo mój blog był wówczas zamknięty dla publiczności.

Otworzyłam go miesiąc później skutkiem namów wyżej wspomnianych Znajomych i Przyjaciół, którzy mnie wiernie czytali, wspierali, i nigdy nie czepiali się, że piszę w trzeciej osobie (jeśli ktoś Królowej Matki nienawidzi wie już, komu podziękować ;)).


O tym, że - jeśli w ogóle - pisać będę w trzeciej osobie wiedziałam niemal w tej samej chwili, w której wymyśliłam tytuł. Podejrzewam, że na tę decyzję miało wpływ moje przekonanie, o którym wspominałam wyżej - że blog to taki pamiętnik. Bardzo osobisty. A ja nie chciałam, żeby był to pamiętnik. Potrzebowałam dystansu między mną - żywą, całą osobą, z jej imieniem, nazwiskiem, adresem, telefonem i zdjęciem w dowodzie oraz własną historią, a bytem, który w mniejszym lub większym stopniu wykreuję, pisząc bloga. I choć miliony razy przeróżne osoby (niekoniecznie pytane o zdanie) wyjaśniały mi, że bloga należy pisać w pierwszej osobie, gdyż jak nie to jest się egzaltowaną idiotką z pretensjami do aligancji oraz zaciera wrażenie ewentualnej inteligencji i lekkości pióra, a w ogóle tak się pisało na początku wieku, a teraz to jest kompletnie nie komilfo oraz przestarzale, chyba nie umiałabym przez te wszystkie lata pisać go inaczej.

Tym niemniej w tym roku, gdy poprosiłam Pana Małżonka, by zatrzymał się przy małym sklepiku usadowionym przy drodze w kujawsko-pomorskiem, żebym mogła zrobić zdjęcie, pomyślałam, że nadszedł chyba czas na zmiany.

Gdy zaczynałam pisać, moje najstarsze dziecko było młodsze, niż Pompony teraz. Potomek Młodszy miał trzy i pół roku, Pompony nie umiały mówić i miały po cztery zęby na osobę.

Potomek Starszy dziś ma prawie czternaście lat i lada moment nadejdzie chwila, gdy nie będzie chciał być bohaterem bloga. Już teraz czytają mnie dwie jego nauczycielki, kwestią czasu jest, gdy na ten pomysł wpadnie któryś z jego kolegów co, jak wiemy, różnie może wpłynąć na jego pozycję towarzyską w tym straszliwym wieku burzy i naporu. 

Potomek Młodszy za miesiąc kończy jedenaście lat i powyższe uwagi też go w jakimś stopniu dotyczą. Na razie obaj lubią tego bloga i nie przeszkadza im występowanie w nim od czasu do czasu (chociaż, co na pewno zauważy każdy zaglądający tu w miarę systematycznie Czytelnik, coraz rzadziej). Na gwiazdy wyrastają Pompony, liczące lat siedem i pół, ale za chwilę, za moment - to jest niezwykłe, w jak krótkim mgnieniu potrafi minąć pięć lat! - i one dorosną. 

I pewnie przyjdzie taki dzień, gdy na pytanie, czy mogę o czymś napisać (bo zawsze o to pytam, wszystkie anegdotki z Potomkami w rolach głównych mają ich błogosławieństwo) usłyszę odpowiedź "Nie".

Co wtedy? Czym stanie się Królowa Matka i Banda Czworga bez bandy czworga?

Więc, pomyślałam, może uprzedzić fakty. Może zamknąć bloga, zacząć pisać nowego, może zmienić mu tytuł, może dać sobie nową ksywkę. 

Może przestać pisać, bo za często to ja tego nie robię ostatnio. Pożegnać się, podziękować, pozostać na Facebooku i Instagramie, ale nie blogować, bo blogowanie podobno obumiera.

A może, pomyślałam potem, może po prostu przejść na "ty". Przynajmniej w niektórych postach, na przykład okołokulturalnych i książkowych, bo prawdę mówiąc czasem nawet w moich uszach dziwnie brzmią te wygibasy językowe, do których muszę się uciekać pisząc recenzje, a jestem wszak przyzwyczajona. I nie macie pojęcia, jak idiotycznie się czuję, przedstawiając się osobom, które widzą mnie pierwszy raz w życiu "Dzień dobry, jestem Królowa Matka" :D.

A zatem może Królowa Matka zostanie tam, gdzie jest Banda Czworga. A tam, gdzie Bandy Czworga nie ma - będę po prostu ja. Do czasu, gdy Królowa Matka w naturalny sposób odejdzie i wszystko się zmieni w sposób całkowicie zwyczajny.

Tak więc, dobry wieczór, to po prostu ja.

Kilka lat temu - dwa? trzy? - jedna z blogerek, które regularnie czytuję zaproponowała, by każdy bloger napisał post o tym, co zawdzięcza blogowaniu. Znajdowałam się wówczas w czarnej... sempiternie, a lektura postów tych blogerów, którzy odpowiedzieli na wyzwanie tylko ten stan pogłębiła. Opisywali oni spotkania na szczytach (różnych), wygrane w konkursach (też różnych) oraz osiągnięcia zawodowe pozyskane za sprawą blogowania, a ja akurat wróciłam do pracy w prowincjonalnej szkole, miałam czworo absorbujących dzieci i malutki, a ciągle wymagający wykończenia domek w lesie, zaś o godzinie 19 nie pamiętałam, jak się nazywam. Zasięgi mi leciały na łeb na szyję i powoli popadałam w zapomnienie. Nigdy w życiu nie załapałam się na pierwszą dziesiątkę żadnego konkursu, i w ogóle byłam malutka, smutna i do wyrzucenia.

Po czym (po jakimś czasie rzecz oczywista, na nagły błysk rozsądku w moim przypadku liczyć nie należy) naturalnie zaczęłam dochodzić do siebie, pukać się w czółko w temacie poglądu na własne blogowanie i odkrywać, że może i dobrze, że nie napisałam wtedy żadnego posta, bo będę go mogła popełnić w lepszym momencie.

Na przykład teraz.

Ponownie - dobry wieczór, to ja, ta, która podjęła jedną z najlepszych decyzji w życiu, logując się na Bloggera siedem lat temu (bez jednej godziny ;)).

Nigdy nie wygrałam żadnego konkursu, co mówię, nigdy nie otarłam się nawet o podium. Ani o pierwszą dziesiątkę. Nie mam na FB dwudziestu tysięcy obserwatorów, tylko niecałe półtora tysiąca, a na blogu - niecałych trzystu. Na Instagramie nie jestem w stanie osiągnąć pięciuset obserwatorów od tak dawna, że zaczynam obserwować własny profil z niezdrową fascynacja  (mam 499 obserwujących  iiì! ups, jednak nie, nazajutrz mam 495, nazajutrz - yes! yes! yes! - 500, a w kolejny dzień  znowu 492. I tak w kółko od miesięcy). Zasięgi mam takie, że żadnemu reklamodawcy nie opłacałoby się zamawiać u mnie reklamy (nie, żeby jakiś chciał). Jestem nieżyciowa w kwestii mediów społecznościowych, nie znam się i nawet nie próbuję odnaleźć się w świecie, w którym trzeba mieć profesjonalnie prowadzonego Instagrama, Twittera, vloga, a jeśli już ma się staroświeckiego (fe!) bloga, to z nowoczesnym layoutem. Uparcie tkwię na Bloggerze i  nie mam nawet  dynamicznego szablonu, tylko ordynarnie prosty. Raz pomyślałam o wykupieniu domeny, po czym uznałam, ze się nie znam i zapomniałam o pomyśle. Obok influencera to ja nigdy nawet nie stałam (to znaczy stałam raz, jak się ze Znaną Osobą na targach książki minęłam) i nigdy nie stanę (chyba, że kiedyś znów pojadę na targi książki albo jakiś konwent). Jestem bardzo średnio znaną autorką bardzo średnio popularnego bloga, który nigdy nie figurował na żadnej liście Najbardziej Wpływowych Blogów z Dziedziny X (i nie dlatego, że nie można go dopasować do żadnej, a kategorii "Blogi śmieciowe" jeszcze nie ma).

Jestem dokładnie tu, gdzie chcę być.

Bo jakich ja świetnych ludzi poznałam przez to blogowanie! (tu macham do Was wszystkich, Świetni Ludzie, i uwierzcie, ja się naprawdę zawsze bardzo cieszę, poznając Was, tylko muszę przełamać własną dupowatość, excusez, oraz onieśmielenie, będące u mnie naturalnym elementem wyposażenia wnętrza).

I jakich świetnych mam Czytelników.

Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że bez względu na to, o czym piszę - a zdarza mi się pisać o rzeczach kontrowersyjnych, chociaż tylko wtedy, gdy we mnie wzbierze, bo poza tym to patrz: uwaga o dupowatości, a także mam cienką skórę i zaczynam odchorowywać każdy trudny wpis w oczekiwaniu na falę niepochlebnych komentarzy, która wszak na pewno nadejdzie (nikogo tak nie podziwiam jak blogerów społeczno-politycznych, serio) - nigdy, nigdy nie miałam na swoim facebookowym profilu ani tu, na blogu żadnej awantury. Nie musiałam nikogo zablokować. Usunęłam przez te siedem lat ze trzy komentarze, w tym jeden na życzenie jego autorki. Dostałam dziesiątki zatroskanych maili, gdy było mi źle. Dostałam dziesiątki maili, których autorzy dzielili się ze mną bardzo osobistymi opowieściami. I takie, w których mi dziękowano. I takie, w których Czytelnicy przysyłali mi zabawne memy albo reklamy nowych powieści AłtorKasi, te także :). 

Za każdym razem te maile mnie cieszą i za każdym razem zaskakują. I za każdym poruszają do głębi, bo sama myśl, że komuś chciało się wykonać ten wysiłek i napisać do obcej baby z interneta naprawdę chwyta mnie za serce i ściska, ale to takie przyjemne ściskanie (a już w chwilę, gdy poznawałam człowieka, a on robił wielkie oczy i mówił "O, to ty jesteś Królowa Matka!" - BTW, widzicie, jak to NAPRAWDĘ IDIOTYCZNIE BRZMI? - to ja praktycznie nie wierzę, co nie przeszkadza mi przechowywać każdego takiego momentu we wdzięcznej pamięci, nikt nie powiedział, że muszę porażać logiką. I za każdym takim razem mam ochotę zapiszczeć, więc jakby co, czujcie się uprzedzeni, bo kiedyś mogę nie wytrzymać).

A przy tym ci Czytelnicy to nie jest Koło Wzajemnej Adoracji. Różnią się, nie zgadzają ze sobą, nieraz ogniście dyskutują. Na pewno nie zawsze podzielają moje poglądy i nie zawsze się ze mną zgadzają. Zawsze robią to w sposób kulturalny i argumentują (ewentualnie odlubiają bloga, acz czynią to z elegancką dyskrecją), i są dla mnie dowodem, że tak też można. Jak mogę wątpić w to, że świat zmierza w lepszą stronę, skoro mam codzienny kontakt z takimi ludźmi.

Wszystkim Wam dziękuję za te siedem lat.

Mam nadzieję na więcej :).


Ja.

niedziela, 16 września 2018

Pogodne scenki z udziałem Pompona Młodszego u progu nowego roku szkolnego (co jest akurat Kwestią Przypadku)

Rodzina w drodze do Rodzinnego Grodu.

Pan Małżonek (podekscytowany niby nastoletnie dziewczę na widok Ukochanego Idola) - Ojej, zobaczcie, zobaczcie! Sarenki! Trzy! Nie! Cztery! Cztery sarenki!!!

Pompon Młodszy (piszcząc entuzjastycznie) - Ojejciu, jakie to śliczne! Jakie słodkie, mamusiu! Jakie śliczniutkie! Jakie rozkoszne! Ojej, titit, takie milusie!!! Jak tylko widzę coś takiego uroczego, to natychmiast chce mi się wymiotować!

Królowa Matka (zastyga z otwartymi usty, niezdolna do dobycia głosu).

Pompon Młodszy (tonem koniecznego uściślenia) - Tęczą!

A, no chyba że tęczą...

***

Pompon Młodszy - Mamusiu, masz te cukierki jeszcze? Wiesz, te dobre? Te ciuciczki?

Królowa Matka (oszołomiona) - Co?

Pompon Młodszy (cierpliwie) - No, cukierki. Te ciuciczki.

Królowa Matka (z właściwym dla siebie ostatnio uwiądem inteligencji) - Eeeee...

Pompon Starszy (pouczająco) - Nie ma takiego słowa, ciuciczki.

Pompon Młodszy (stoicko) - A powinno być.

Szach, mat, polszczyzno!

***

Królowa Matka - Synek, czy ty już skończyłeś robić swoje zadania domowe?

Pompon Młodszy (bardzo zajęty wytaczaniem miniaturowych kuleczek z różnych kolorów plasteliny) - Tak.

Królowa Matka - To może zanieś swój piórnik do tornistra i spakuj go na jutro.

Pompon Młodszy (nie pozwalając sobie przerwać) - Nie muszę.

Królowa Matka (niewinnie zainteresowana) - O?

Pompon Młodszy (wyjaśniająco, acz nadal nie odrywając wzroku i rączyn od plasteliny) - ... bo skoro Ziemia się obraca wokół własnej osi, to wystarczy, że poczekam tu, gdzie siedzę i piórnik sam się przesunie do plecaka.

...

I teraz wszyscy już wiedzą, co ponosi winę za porażki pedagogiczne dzisiejszych rodziców. 

Otóż nadmierne wykształcenie młodzieży ponosi!

piątek, 31 sierpnia 2018

Pogodne scenki obyczajowe z gór polskich, odcinek wakacyjny.

Scenka z Górskiej Trasy, odcinek pierwszy 

Pan Małżonek (entuzjastycznie) - O, tam, jakie piękne chmury, spójrz, tam!

Królowa Matka (radośnie) - Chmurki wróżą pogodę, lekkie i świecące, tam jako trzody owiec na murawie śpiące, ówdzie nieco drobniejsze, jak stada cyranek!

Pan Małżonek (po chwili nabrzmiałego treścią milczenia, z pretensją) - NO NIE MOŻNA Z TOBĄ NORMALNIE POGADAĆ!


Scenka z Górskiej Trasy, odcinek drugi

Pompon Młodszy (przeskakując z jednego gołoborza na drugie) - Mamo... (skok)... czy kiedyś były takie kopalnie... (skok).... w których wykopywano złoto?

Królowa Matka (podążając za Potomkiem z godnością i zaledwie lekkim zasapaniem) - Były. Nadal są.

Pompon Młodszy - Aha... (skok) A po co właściwie?...

No, krasnoludem to on nie jest, zawsze to Królowa Matka powtarzała.
 
Scenka O Bardzo Wczesnym Brzasku na kwaterze, tonącej w przedświtowym półmroku

Pompon Młodszy (szeptem) - Kacper...

Potomek Młodszy (nie, żeby zaraz wyraźnie) - Mmmm chrrrr pffff... 

Pompon Młodszy (szepcząc gorączkowo) - Bo ja nie rozumiem... Jest taki pół-krokodyl i pół-orł, i on nie ma przewodów, i taki kwadracik jak lego, on lewituje i ma przewody, i lisica, ona jest geniuszem, chociaż lisem, i ona ma częściowo przewody, a częściowo organy...

Królowa Matka (gdy już zdążyła się otrząsnąć z wrażenia, że nadal śni, i to dość dziwny sen) - DZIECKO, NA LITOŚĆ BOSKĄ, O CZYM TY MÓWISZ?!

Pompon Młodszy (zdumionym tonem osoby wyjaśniającej najoczywistszą oczywistość) - Przecież o "Kici Rożek"!



Scenka O Trochę Mniej Wczesnym Brzasku na kwaterze

Potomek Młodszy (leżąc na wznak na łóżku, z zadumą) - Taki samotny jestem... tak sobie tu leżę... samiutki... co rano... budzę się i mówię "Cześć, mamo, cześć, tato. Cześć, Mikołaj, cześć, Antek, cześć, Borys"...

Istny święty Jan na pustyni, sami Państwo muszą przyznać!

Scenka podczas spaceru dobrze znanymi (acz niezmiennie ulubionymi) chęcińskimi uliczkami

Pompon Młodszy (z zachwytem) - Takie mam wrażenie, że ja to już kiedyś wszystko widziałem...

Pompon Starszy (pouczająco) - Wudeżet się na to mówi! (chwila dojrzałego namysłu)... to znaczy deżawi...

Scenka z Górskiej Trasy, acz mogłaby być z Zewsząd

Pompon Starszy - Mamo, czy babcia mogłaby urodzić syna?

Królowa Matka (ociupinkę ogłuszona pytaniem, mimo jej wieloletniego macierzyńskiego doświadczenia, które powinno ją na to i owo uodpornić) - Wasza?!

Pompon Starszy - Nie. Jakaś babcia.

Królowa Matka (z ulgą) - A! Tak, może, historia notuje takie wypadki.

Pompon Starszy - Aha (drążąc fascynujący najwyraźniej temat podeszłego wieku)... a czy istnieje mikstura starości?

Królowa Matka - Z tego co wiem, nie. I nie wyobrażam sobie, po co miałaby istnieć...

Pompon Starszy (twardo ciągnie temat) - A młodości?

Królowa Matka (z goryczą) - Też nie. Ale tę to przynajmniej ludzie chcieliby stosować...

Pompon Młodszy (pomocnie) - Na przykład mama by chciała...

Pompon Starszy (krzepiąco) - Dobra! To jak tylko zostanę szalonym naukowcem to ci zrobię!


No więc chyba oczywiste jest, że musieliśmy z tych gór jak najszybciej wrócić do Domu w Dziczy. Koniec wakacji, początek roku szkolnego, z każdym dniem bliżej do zostania przez Pompona szalonym naukowcem i do uratowania Królowej Matki przed ostatecznym rozpadem!

piątek, 17 sierpnia 2018

O świecie, który idzie ku lepszemu

Potomek Starszy, który skończył z Wieszczem, przerzucił się był na "Tajemnicę zielonej pieczęci", gdyż Mamunia kocha, a on kocha Mamunię i chce sprawdzić, co Mamunia kocha.

Więc siedzą tak sobie wieczorami na werandce, Mamunia i Synuś, i czytają, przy czym Królowa Matka po rosyjsku.

I zaprawdę niewiele czasu upłynęło od chwili, gdy Potomek Starszy zagłębił się w lekturę, gdy padło to pytanie.

- Mamo - rzekł Potomek Starszy, przerywając Królowej Matce składanie słów z cyrylicy - czy kiedyś wszystkie dzieci były bite?

- O - rzekła Królowa Matka z zainteresowaniem - zauważyłeś to...

- No tak. A to nie było, ja nie wiem, nielegalne, czy coś? Karalne?

- Nie - odrzekła powoli Królowa Matka. - A nawet jeśli gdzieś istniał jakiś zapis, jakiś paragraf, to i tak nikt sobie z tego nic nie robił. Oczywiście nie mówimy o katowaniu dzieci do nieprzytomności, , za to można było ponieść karę, ale istniało mnóstwo osób - tak zwanych zwykłych ludzi, porządnych, uczciwych, żadna tam patologia czy element społeczny, - które uznawały bicie za normalną metodę wychowawczą...

- Bo, wiesz - zwierzył się Potomek Starszy - mnie się też zdarza, jak tym chłopcom, powiedzieć: "ja do domu nie wracam, na oczy się ojcu nie pokażę", jak coś wymaluję albo zawalę (znowu) fizykę, ale ja tak tylko mówię. Bo to niemiłe jest, wysłuchiwanie tych wszystkich przemów, rozumiesz. Ale ja przecież nigdy w życiu lania nie dostałem!

- Ja też nie - powiedziała Królowa Matka. - A mimo to, czytając tę książkę pierwszy raz w życiu - a niewiele byłam wtedy młodsza od ciebie, miałam chyba jedenaście lat... - nie zauważyłam...

- Dlaczego ? - zdumiał się szczerze Potomek Starszy.

- Ponieważ - powiedziała Królowa Matka z zadumą - dla mnie rzecz opisywana w tej książce to było coś najzupełniej normalnego. Znałam takich dzieci całe mnóstwo. Nikt się temu nie dziwił, nikt nie gorszył. Miałam koleżanki, które były bite pasem za gorszą ocenę. Uznawały to za rzecz nieprzyjemną, ale całkiem zwyczajną. Mówiły o tym tak, jak ty mówisz o zarekwirowaniu ci komóreczki na tydzień... Nie było to nic szczególnie szokującego w świecie mojego dzieciństwa...


A w świecie dzieciństwa Potomka Starszego - wychowanego na tym samym osiedlu, co jedenastoletnia Królowa Matka, chodzącego do sąsiedniej szkoły, obracającego się w bardzo podobnym, co jego nastoletnia mamusia środowisku - jest. Potomek Starszy, mający kolegów i koleżanki z tej samej grupy społecznej, co jego nastoletnia mamusia, i w ogóle wiodącego życie na każdym poziomie bardzo podobne do tego, które ona wiodła, nie zna ani jednego dziecka, które jest w domu bite. Dla niego jest to tak samo nie do pomyślenia, i tak samo wstrząsające, jak dla Królowej Matki było opisywane przez dziewiętnastowiecznych pisarzy głodzenie, dręczenie i katowanie dzieci oraz trzymanie ich w więzieniu za długi rodziców. Do tego stopnia, że wyłapuje w książce jedno zdanie, które mówi o tym, że bohaterowi zdarza się dostawać lanie.

Jeśli to nie jest dowodem na to, że świat powolutku staje się lepszym miejscem to już nie wie Królowa Matka, co by nim mogło być.


piątek, 3 sierpnia 2018

Pogodne scenki obyczajowe znad jeziora, odcinek wakacyjny

Scenka znad jeziora, odcinek pierwszy.

Tak, Królowej Matce zdarza się włączać (półgłosem) w rozmowy obcych ludzi perorujących głośno na ulicy.

Tak, zdarza się jej pobieżnie zastanowić, kiedy jakiś wyrywny obywatel obdarzony słuchem nietoperza spostponuje ją za to, albo i trzaśnie w ucho.

Tak, rzecz jest, jak się okazuje, dziedziczna.

Okoliczności przyrody - prześliczne: brzeg jeziora, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew, ze złotej plaży pośród drzew schodzi ukontentowana królewskomatczyna rodzina, wykąpana, wypływana i ogólnie zadowolona z życia, i po ścieżce wijącej się między namiotami wypełniającymi ściśle pole namiotowe idzie do wyjścia.

I nagle sprzed jednego z namiotów, znad grillowanej kiełbasy i stolika z baterią napojów wyskokowych dobiega głos hożego, strzaskanego na heban, imponującego mięśniami, pięknie sklepioną czaszką oraz złotą biżuterią młodziana.

Młodzian (donośnie) - Kacper!!! Ty ch... je...ny!!!

Potomek Młodszy (odwracając się jak na sprężynie, mściwie) - I NAWZAJEM!

Tak właśnie rośnie Królowej Matce konkurencja do oberwania w ucho!


Scenka znad jeziora (ale mogłaby być doprawdy zewsząd, upewnia Królowa Matka), odcinek drugi.

Pompon Młodszy (nadbiegając w jakże dla siebie charakterystycznych podskokach oraz na etapie "jestę czarodzieję, bójcie się, bo rzucę klątwę", entuzjastycznie) - Mamo! Spójrz! Mam w majtkach różdżkę!!!

Nie wątp, o Czytelniku, że spojrzeli wszyscy znajdujący się w zasięgu głosu Pacholątka (czyli, co będziemy ściemniać, w promieniu co najmniej kilometra) zażywający wywczasu nad jednym z tysiąca mazurskich jezior obywatele.


Scenka znad jeziora, odcinek trzeci.

Potomki się kąpią. Pan Małżonek się kąpie. Królowa Matka jednym okiem obserwuje kąpiącą się progeniturę, a drugim oraz obojgiem uszu chłonie rozgrywającą się na pobliskim pomoście Dramę, godną zaprawdę Szekspira. Co najmniej.

Głównymi Postaciami Dramy jest Młodzież, reprezentowana przez Piękne Chłopię (serio, naprawdę piękne, takich za czasów Królowej Matki nie robiono, smagłe, ciemnowłose, opalone na oliwkowo, zbudowane jak młody grecki bóg, żadnych tam dwunastopaków i innych bicepsów, sam umiar, dobry gust i hojna ręka Matki Natury), Pogodne Dziewczę, któremu Piękne Chłopię ewidentnie wpadło w oko, oraz grupkę przyjaciół zarówno Chłopięcia, jak i Dziewczęcia, robiąca za Żywo Zainteresowaną Widownię.

Pogodne Dziewczę (tonem osoby zasięgającej podstawowych informacji) - Ej, ty, dziewczynę masz?

Piękne Chłopię (troszkę spłoszone, acz rzucające na Pogodne Dziewczę spojrzenia nie pozbawione zainteresowania) - Nie...

Pogodne Dziewczę (z nietajonym entuzjazmem oraz zachęcająco) - A chciałbyś mieć?

Piękne Chłopię (odsuwając się nieco; troszkę bardziej spłoszone) - Nie, może nie w tej chwili, dziękuję...

Pogodne Dziewczę (nie ustając w wysiłkach, nacierając na młodziana i krok po kroku wypierając go z pomostu) - A to? (tu wskazując kąpielówki Chłopięcia, w intensywnym i pięknie podkreślającym opaleniznę kolorze) Jaki to kolor?

Piękne Chłopię (niepewnie) - Greipfrutowy...

Pogodne Dziewczę (rycząc na cały głos, radośnie) - Jaki? Grejfiutowy?

Piękne Chłopię (spacerowym krokiem kieruje się w stronę rechoczącej bandy kumpli, po czym wmieszywuje się w nią nieznacznie i korzysta z pierwszej okazji, by podać tyły).

Pogodne Dziewczę (zwracając się ze smutkiem do grupki obserwujących rozwój sytuacji koleżanek) - No nigdy go, kurwa, nie poderwę.

Tak więc, jak widać, Romantyzm w narodzie nie ginie, a Uczucia rozkwitają nawet w tym saharyjskim i nie sprzyjającym kwitnieniu klimacie.


A teraz Królowa Matka zwija się i udaje wraz z Rodziną nad jezioro, więc, tego.

Stay tuned.

wtorek, 24 lipca 2018

Wbrew pozorom wpis przez nikogo nie sponsorowany

Rodzinne chwile w samochodzie, z tylnych miejsc dochodzą lube dziecięce głosiki.

Pompon Starszy - O, mamo, zobacz, OBI!

Pompon Młodszy - Mówi się "IBO".

Pompon Starszy - Mówi się "OBI"!!!

Pompon Młodszy - "IBO"!!!

Pompon Starszy - "OBI"!!! Mamo, powiedz mu, że mówi się "OBI"!

Pompon Młodszy - Mamo, mówi się "IBO", prawda?

Królowa Matka (tonem nieco zrezygnowanym) - Mówi się  "OBI", ale Potomek Młodszy, jak był malutki, zaczął mówić IBO i wszyscy to po nim przejęliśmy... zresztą tak jest ładniej, moim zdaniem.

Pan Małżonek (łagodząco) - A zresztą spróbujcie powiedzieć szybko parę razy "IBO"...

Pompony (unisono) - Iboiboiboiboibooo...obiobiobiobi...

Pan Małżonek - Widzicie? Prędzej czy później i tak wyjdzie "OBI". To teraz spróbujcie kilka razy pod rząd powiedzieć "słoma"!

Pompony (nadal unisono, choć tu i ówdzie plącząc głoski) - Słomasłomasło... masło...masłomasłomasło...

Pan Małżonek (aprobująco) - Bardzo ładnie! I jak tak szybko mówicie, jakie słowo słyszycie?

Pompon Młodszy (entuzjastycznie) - Nutella!


KURTYNA TAK BARDZO.

piątek, 29 czerwca 2018

Chwila, w której skończyły się pomysły na tytuł posta


Potomek Starszy (dzielnie brnie przez "Pana Tadeusza").

Pompon Młodszy i Starszy biegaja po werandzie obok Braciszka, bohatersko ignorujacego ich igrce.

Pompon Mlodszy (zatrzymując się w pędzie i rzucając okiem na okładkę, na  której pyszni się portret Autora; radośnie) - O, pan alkoholik, widzę! (odbieża w radosnych podskokach pozostawiając resztę rodziny na próżno usiłującą znaleźć na to jakiś rzeczowy komentarz).

I to by było na tyle w kwestii Szacunku dla Wieszcza.

niedziela, 24 czerwca 2018

Tonąc (Marta Kisiel, "Toń")

W zasadzie Królowa Matka spodziewała się, że ta chwila kiedyś nadejdzie.

Chwila, gdy nie będzie umiała zrecenzować jakiejś książki, (najpewniej takiej, która jej się spodobała i/albo zrobiła zamęt w głowie, bo że Ta Chwila trafi na gniota lub rzecz całkowicie Królowej Matce nie podchodzącą jakoś się nie obawiała. Ciekawe, jak o wiele łatwiej jest pisać o tych negatywnych emocjach).

Padło na

"Toń" Marty Kisiel.

Jak co dokładniejsi Czytelnicy tego bloga może pamiętają, przygoda Królowej Matki powieściami Marty Kisiel zaczęła się od "Nomen Omen", jako że debiutanckie "Dożywocie" było w księgarniach niedostępne, a na Allegro osiągało kwoty niebotyczne.

I bardzo sobie Królowa Matka chwali tę kolejność, dzięki niej bowiem nie została tknięta tym, co sobie roboczo nazwała "klątwą Licha" (o której jeszcze będzie poniżej). Dzięki temu właśnie nie zrobiły na niej żadnego wrażenia wydawnicze zapowiedzi ("Rodzinne sekrety, podróże w czasie, ukryte skarby i krwawa historia Dolnego Śląska... Czyli Marta Kisiel, tym razem serio"), ponieważ dla niej Marta Kisiel zawsze była "tym razem serio", a że przy jej powieściach można było się uśmiechnąć, albo i głośno śmiać? A kto powiedział, że o poważnych sprawach można pisać wyłącznie poważnie, a wybuch śmiechu podczas lektury dyskwalifikuje książkę jako mającą wartość inną niż rozrywkowa? Bo że nie Królowa Matka to pewne.

W związku z powyższym Królowa Matka przystąpiła do lektury bez obaw, acz z pewnymi oczekiwaniami, co oczywiste, a także z nastawieniem, że przeczyta, przemyśli i chwilę potem napisze recenzję, bo w końcu otrzymanie egzemplarza recenzenckiego zobowiązuje.

Po czym przeczytała...

I utknęła.

Napisać, że utknęła, uwięziona przez myśli, niby bohaterowie w rzece, że zatonęła, że została wciągnięta przez wir myśli i wrażeń byłoby tak tanie i żałosne, że ojejciu, tym niemniej coś podobnego właśnie się stało. Królowa Matka usiłowała coś z siebie wydusić, a słowa cofały się jej do gardła, tłoczyły w głowie, pchały wszystkie naraz w nieskoordynowany sposób i za nic nie chciały się układać w logiczne zdania. Znacie uczucie, gdy człowiek idzie pod wiatr w czasie naprawdę silnej wichury, chce coś powiedzieć, otwiera usta, a wiatr wpycha mu słowa z powrotem do gardła, napełnia powietrzem, nie pozwala wydobyć z siebie dźwięku, choć chciałby się krzyczeć? No. To było dokładnie takie uczucie.

A zatem jeśli ktoś pożąda rzetelnej i zgodnej z zasadami gatunku recenzji, niech lepiej porzuci ten wpis, gdyż tu będzie SUBIEKTYWNIE. I emocjonalnie będzie, i pewnie spoilery się trafią, chociaż będzie się Królowa Matka starała, ile sił, by ich uniknąć.

Treść "Toni" zna już cały internet, który pławi się od ponad miesiąca w recenzjach, przedpremierowych (tak, Królowa Matka też mogła taką popełnić. Nie, nie zdziwi się, jeśli Uroboros nigdy w życiu nie podeśle jej już egzemplarza do recenzji, skoro musi czekać na nią dwa miesiące. Ekhm) i popremierowych, więc Królowa Matka tylko napomknie od niechcenia, gwoli recenzenckiemu obowiązkowi, a jak któryś z Czytelników poczuje niedosyt, może udać się do innych, bardziej obowiązkowych Recenzentów, albo (najlepiej) przeczytać książkę.

Dżusi Stern wraca do rodzinnego Wrocławia.. Wraca pod przymusem, niechętnie i na chwilę, do mieszkania, w którym przeżyła wraz ze starszą siostrą dzieciństwo pod opieką ciotki. Od której to ciotki obie uciekły, każda na swój własny sposób - Dżusi fizycznie, przenosząc się do Opola i starając się ile sił nie poświęcać cioci, siostrze, Wrocławiowi, kamienicy na Lompy i ogólnie prawie dwudziestu latom swego życia więcej uwagi niż jest to niezbędnie konieczne, a Eleonora - psychicznie, obudowując się rytuałami, perfekcjonizmem, milczeniem, z których buduje mur, za który nie ma wstępu nikt.

Wychowująca je po tajemniczym zniknięciu rodziców (a w zasadzie podejmująca heroiczny wysiłek, by je wychować i zapewnić im bezpieczeństwo) ciocia Klara też jest zresztą zamknięta, odgrodzona ścianą despotyzmu, nigdy nie wykrzyczanej złości, gniewu i żalu od bratanic, które co prawda wychowała, ale którym - zamiast ciepła i poczucia bezpieczeństwa - umiała dać jedynie dach nad głową, trzy posiłki dziennie i gorset zasad, w którym je zamknęła na trzy spusty, zatrzasnęła, unieruchomiła.

Nigdy nie wpuszczaj nikogo za próg.
Nigdy nie zostawiaj pustego mieszkania.
Nigdy nie wspominaj, co się stało z rodzicami.

W cieniu tych właśnie zasad upłynęło całe dzieciństwo i lata nastoletnie sióstr Stern, od nich uciekła Dżusi, a teraz wraca na trzy tygodnie - wściekła, kolorowa, hałaśliwa, wypełniona buntem jak balonik helem, niemal unosząca się nad ziemią - ponieważ ciocia wyjechała, Eleonora pracuje, a mieszkania nie wolno zostawić samego. Druga zasada, Nigdy. No przecież.

Wraca i natychmiast łamie zasadę pierwszą, wpuszczając za próg tajemniczego mężczyznę o hipnotycznym głosie, który przedstawia się jako antykwariusz i twierdzi, że ciotka dziewcząt zleciła mu poszukiwania pewnego przedmiotu, a zapłatą za odnalezienie go miał być inny przedmiot, którego, co za nieszczęsny traf, ciocia nie zdążyła mu dostarczyć przed swoim wyjazdem. Więc czy on nie mógłby wejść na chwilę i się rozejrzeć? Niczego nie będzie ruszał. Weźmie, co jego i zniknie, jakby go tu nigdy nie było.

I rzeczywiście, wchodzi, zabiera, znika, i zaczyna się dziać. Rodzinne tajemnice wypływają na powierzchnię, zwykli ludzie okazują się nie być wcale tacy zwyczajni, rozpoczyna się gra z czasem i próba rozwiązania zagadki sprzed szesnastu lat. Dżusi, trafiając przypadkiem na trop hipnotycznego antykwariusza, kradnie zabraną przez niego paczuszkę, wskutek czego w życiu obu sióstr pojawia się tajemniczy zegarmistrz-grawer, każda kolejna zdobycz, każde kolejne znalezisko, każda kolejna pojawiająca się postać zamiast dostarczać odpowiedzi powoduje mnożenie pytań, w tle rodzinne więzi, podróż do przeszłości i tragiczna historia Wrocławia, a całość sprawiała na Królowej Matce wrażenie mistrzowskiego tkania - tu nić, tam druga, przeplatają się niby nieskładnie, niby plączą i nie pasują do siebie, a gdy spojrzeć z daleka tworzą barwną, mieniącą się całość - i wywoływała (bezinteresowną! żeby nie było!) zazdrość, bo Królowa Matka też chciałaby umieć tak pięknie tkać słowami, a nie umie.

Jak wszystkie powieści Marty Kisiel, tak i "Toń" bohaterami stoi, i teraz będzie to coś subiektywne i osobiste, co to Królowa Matka wspominała, że będzie - otóż  Marta Kisiel robi Królowej Matce w główkę to samo, co robiła jej Małgorzata Musierowicz, gdy Królowa Matka była niewinnym dziewczątkiem (i NIE, Królowa Matka NIE UWAŻA, że pisarstwo Marty Kisiel i Małgorzaty Musierowicz wywodzi się z jakiegoś wspólnego pnia czy ma jakieś wspólne cechy, swoją opinię na ten temat wyłożyła w recenzji "Nomen Omen" i od tamtego czasu jej nie zmieniła, a jeśli już to raczej w stronę jeszcze silniejszego zdziwienia, że ktokolwiek może ten wspólny mianownik widzieć). Oto w trakcie lektury książek Małgorzaty Musierowicz na mózg Królowej Matki padał czar. Tajemnicza mgła spowijała świat, wytłumiając wszystko, jak na przykład jeżdżące pod kamienicą na Roosevelta tramwaje, hałas, niedobory PRL-owskich sklepów, biedę, szarość i brzydotę osiedli lat 70-tych. Tajemnicze światło zaś opromieniało bohaterów. Chciało się ich znać. Przyglądać z bliska. Słuchać. Uczestniczyć w ich życiu. Nawet smarowanie chleba pastą twarogową miało nieodparty czar. Nieważne, co się stało i z tymi bohaterami, i z panią Musierowicz później, nieważne, jakie postawy przezierały spod ich słów i postępków. Dwunastoletnia Królowa Matka widziała ich zawsze spowitych czarowną mgłą.

Identycznie to samo ma Królowa Matka ze światami Marty Kisiel. Fizycznie zazdrości bohaterom, że mogą w nich być. Nieważne, jak niebezpieczne to światy i jak niebezpieczni bohaterowie, nieistotne, jak wiele niosą w sobie rozpaczy, gniewu, jak bardzo są obolali, zamknięci, jak bardzo poplątane są ich uczucia, i że wiele czasu trzeba, by je uładzić. Królowa Matka chciałaby ich wszystkich znać osobiście. Dzieje się coś całkiem zwykłego, na przykład Eleonora wchodzi do domu i zdejmuje klapki, a Królowa Matka chciałaby wejść z nią, zasiąść przy stole w kuchni, pogłaskać kota, czasem odczuwa tę chęć aż boleśnie. Magia, Panie i Panowie, czysta magia.

Jest w "Toni" i ten inny, bardziej typowy rodzaj magii, takiej, którą Królowa Matka wysoko ceni, chyba najwyżej - magii codziennej, współdziejącej się obok nas, niemagicznych szaraczków, niejako "nałożonej" na nasz świat, magii, w której nosicielami mogą być najzwyklejsi na pierwszy rzut oka ludzie i nikt nie może być pewien, czy ich sąsiad, spokojny pan w płaszczu w jodełkę, albo kuzynka, hałaśliwa, mocno wymalowana i trwałą ondulacją, nie są tak naprawdę magiem, psychopompem (człowiekiem potrafiącym podróżować w czasie), odwiecznym potworem z głębin czasu czy Mojrą, a nie szarym i nudnym obywatelem lub znoszonym z trudem członkiem rodziny, na którego wygląda.

Jest i magia potężna, prastara, przemożna siła, nie zabawka dla ciekawskich, jest trochę taka, jaką Królowa Matka znalazła w "Demonie Luster" (choć oczywiście zupełnie innego rodzaju). Taka, do której nawet fachowcy muszą podejść z szacunkiem, bojaźnią i pełną świadomością, że coś może pójść źle, a wtedy nie ma zmiłuj. Moment, w którym jednej z bardzo fachowych, bardzo mądrych i bardzo zaprawionych w pracy z Magią, Czasem i Losem osób coś idzie nie tak jest jednym z najbardziej wstrząsających w powieści, Królowa Matka ma ciarki na samo wspomnienie, a jej egzemplarz książki sam się otwiera na stronie z opisem, tak często był on czytany.

Jeśli chodzi o podróże w czasie to jest Królowa Matka przekonana, że jeśli będą kiedykolwiek możliwe, to tak właśnie. Bez żadnych maszyn, żadnych wehikułów, nie w poziomie. Ale w pionie. Krok po kroku coraz niżej, coraz głębiej, w coraz ciemniejszą ciemność, coraz gęstszą gęstość, aż wreszcie nie będzie już można zaczerpnąć tchu i zrobić ruchu. Genialne.

Ale przede wszystkim "Toń" z całym swym miejsko-fantastycznym wykreowanym światem  jest opowieścią o okaleczonej rodzinie (o kilku rodzinach, tak naprawdę), o skomplikowanych związkach w jej łonie i o tym, jak stare naleciałości, narzucone powinności i nierozwiązane konflikty potrafią wpływać na kolejne pokolenia. O tym jak bardzo trudno jest się z sieci tych powiązań wyplątać i jak łatwo wciągnąć w nie innych. I tu wracamy do "klątwy Licha", o której Królowa Matka wspomniała na początku swego słowotoku.

Otóż pierwszą myślą Królowej Matki po skończeniu książki było: "No, to to się wieeelu nie spodoba!".

Nie wie Królowa Matka, czy tak było, bo odkąd zaczęła trochę więcej recenzować porzuciła zwyczaj czytania cudzych recenzji, nim popełni własną. Zakłada, że ślepo można liczyć na fandom Marty Kisiel, który swoją Ałtorkę kocha i wielbi każde słowo, które wyszło spod jej pióra. Podejrzewa, że jest sporo osób, dla których "Toń" była pierwszym spotkaniem z autorką, i tym osobom "Toń" się spodobała albo nie, w końcu ile ludzi tyle opinii i nie ma obowiązku lubić wszystkiego.

Ale jest przekonana, że istnieje grupa czytelników, dla których Marta Kisiel jest przede wszystkim autorką książek lekkich i do pośmiania się, taką  Chmielewską urban fantasy. Grupa, która oczekuje od Marty Kisiel WYŁĄCZNIE porcji rozrywki. Która oddycha z ulgą, gdy natrafi w powieści na jakiś zabawny językowy wygibas czy z rozmachem napisaną zabawną scenkę, bo nareszcie ma to, czego chciała - Martę Kisiel, humorystkę (gdyby jeszcze tylko było więcej Licha, to już w ogóle). A że pod tą scenką aż kipi od gniewnej rozpaczy, że opisywani bohaterowie są tak naprawdę - wszyscy jak jeden - bohaterami wręcz tragicznymi, że łączy ich tyle skomplikowanych, trudnych, bolesnych więzów, że każdy niesie na plecach ciężar nie do uniesienia* - to wszystko nic nie szkodzi, tego wszystkiego nie widać, bo język powieści jest lekki i szybko się czyta.

Trochę to przypomina Królowej Matce wstrząsające - jej zdaniem - opinie o Terrym Pratchettcie, który "napisał na początku kilka dobrych, śmiesznych książek, a potem odcinał od tego kupony", albo wyrażone gdzieś w czeluściach internetu zdanie, że "Siła niższa" Marty Kisiel jest zbiorem przezabawnych gagów, choć jej zdaniem "Siła niższa" aż drży od wewnętrznego smutku.

Wyzna Królowa Matka, że bardzo szanuje fakt, że Marta Kisiel "klątwie Licha" nie ulega. Chyba (choć tego Królowa Matka nie jest pewna) Ałtorce byłoby łatwiej trzasnąć kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt książeczek ze śmiesznymi bohaterami, którzy robią śmieszne rzeczy, zamiast pulsującej podskórnym bólem opowieści o dogłębnie samotnych ludziach, którzy zostali zranieni przez tych, którym ufali, i ze strony których mieli prawo spodziewać się wsparcia i opieki, i próbują z tym bólem jakoś żyć, bo nie potrafią sami go uleczyć, a nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc.

Dla Królowej Matki napisanie takiej właśnie powieści, i to napisanie jej językiem lekkim, skrzącym się od żartów i, tak, potrafiącym przysłonić tę bolesną treść woalem dowcipu, to jest dopiero sztuka. Milion razy woli Królowa Matka to właśnie. No, ale ona uważała (i napisała to w swojej recenzji, a jak), że "Dożywocie" jest rodzajem zbiorem opowiadań, ponad które zawsze stawiała "Nomen Omen", choć JUŻ w "Dożywociu" potrafiła odkryć poważniejsze nuty.

Dobrze, że Marta Kisiel jest oficjalnie "bardziej serio". Czasem musi być serio. Czasem najlepiej być serio. Czasem tak trzeba, a nawet należy.

Królowa Matka kocha Licho, czyta o nim ze wzruszeniem, wykonała jego portret szydełkowy i rozumie osoby, które chcą o nim czytać. Licho i jego słodycz jest potrzebne w życiu każdego. Czasem.

Ale czasem jest potrzebne swędzenie w mózg.

Na przykład takie, jakie Królowej Matce zapewniła stara Bimbowa. Od pierwszego zdania, od pierwszej strony, od pierwszego momentu, w którym się pojawiła. Niewidzialna, niesłyszalna, dziwaczna staruszka, siedząca w oknie całymi dniami, sąsiadka, która zawsze jest, więc jej nie widać, do której rozpaczliwych okrzyków "Pamiętam! Ja pamiętam! Nie zapomniałam! Ja pamiętam!" się przywykło, więc jej nie słychać. Dziwaczna staruszka, każdy taką zna. Ile takich starych Bimbowych spotkała w życiu, zastanowiła się Królowa Matka.

Ile zignorowała.

Przed iloma nie zatrzymała się, by powiedzieć: "Jestem tu. Słucham. Powiedz mi, co pamiętasz".

A przecież dla nas, pozbawionych magicznych mocy, stare Bimbowe tego świata to jedyna szansa, by utonąć w czasie. Tylko tak potrafimy.

Za tę lekcję również jest Królowa Matka Marcie Kisiel wdzięczna.

I prosi o więcej**.





*Królowa Matka czuje się jednakże w obowiązku napisać, że jej ulubionym bohaterem "Toń" jest jedyna osoba nie obarczona ciężarem, nie niosąca w sobie wewnętrznego żalu i nie tkwiąca w okowach niejawnej, niewidocznej na pierwszy ani nawet drugi rzut oka rozpaczy, czyli narzeczony Dżusi, Karolek, postać, która w dwóch na trzy przeczytanych przez Królowa Matkę recenzji została określona jako "nijaka" i "niezupełnie pasująca". Tak, Karolek jest łagodny, dobry, pochodzi z kochającej się rodziny i nie ma żadnych niezwykłych mocy. Poza umiejętnością czekania, gdy trzeba czekać, wspierania, gdy trzeba wesprzeć, trwania niezłomnie przy boku, mówienia "idź, musisz,tak trzeba, będę tu, gdy wrócisz" oraz trzymania za rękę i powtarzania "dasz radę, jestem przy tobie, nie bój się, dasz radę". Jest tym, kim Sam Gamgee dla Froda i Ron dla Harry Pottera. Kimś, kto nie jest superbohaterem, ale bez którego żaden superbohater nie miałby szans zabłysnąć swoim superbohaterstwem, bo nie przeszedłby pierwszej próby/ załamał się/ upadł i nie wstał/ zwątpił/ przestraszyłby się i cofnął. Jest tym, czego najbardziej potrzeba światu. Świat potrzebuje Karolków. Nieustannie.

**Ale nie naciska. Poczeka tyle, ile będzie trzeba.