środa, 17 grudnia 2014

Bez jakiegokolwiek komentarza

Pompon Starszy - Mamusiu, czy mogę zjeść na obiadek banana?
Pompon Młodszy - A ja jabłuszko?
Potomek Młodszy (pouczająco) - Obiadek to wy już jedliście. Teraz będzie kolacja.
Pompon Starszy (z uporem, Dziecko-Które-Zawsze-Wie-Lepiej mode-on) - Obiadek!!!
Potomek Młodszy (wzdychając ciężko) - Jak oni jeszcze nic o życiu nie wiedzą...

Jak w tytule...

środa, 10 grudnia 2014

Pan Małżonek dźwiga swój krzyż

Ktoś (prawdopodobnie któryś z Kochanych Potomków, w tej chwili nie pomni Królowa Matka, który, a poza tym nie ma to większego znaczenia) robi jakąś rzecz nieakceptowaną w kulturalnym towarzystwie rzecz, na przykład beka.

Któryś z Potomków (zawstydzony) - Przepraszam...
Pan Małżonek (radośnie) - Ach, nic nie szkodzi! Exegi monumentum, czy jak to się tam mówi!

Królowa Matka wyjaśni może ogłuszonym Czytelnikom, że mówi się "Naturalia non sunt turpia" (co ma się nijak do faktu, że od tamtej chwili w Domu w Dziczy mówi się już zawsze przy takich okazjach "Exegi monumentum" :)).

***

Pan Małżonek (wielce podekscytowany opowiada o jakimś mrożącym krew w żyłach wydarzeniu w pracy) - ... i szef mu to po prostu powiedział i wyszedł, normalnie, bez żadnego wyjaśnienia, bez słowa, bez chwili na wytłumaczenie się, po prostu wyszedł i zostawił go z dłonią na sercu!
Królowa Matka (z wielkimi oczkami, w których wyświetlają się gigantyczne znaki zapytania) - ???
Pan Małżonek (rozpędzony) -... to znaczy, eee, no, z sercem na dłoni!
Królowa Matka (niepewnie) - Z duszą na ramieniu?...
Pan Małżonek - Tak! Właśnie z tym, no mówię przecież!

No, mówił...

***

Pan Małżonek (śpiewa do wtóru Leszkowi Herdegenowi w TV) - W steeepie szerokim...!
Królowa Matka (obdarzona przez Matkę Naturę Prawie Doskonałym Słuchem i całkiem niezłym głosem; boleśnie szczerze) - Fałszujesz.
Pan Małżonek (nie dając się zniechęcić) - ... którego okiem nawet sokolim nie zmieeeeerzyyyysz!
Królowa Matka (nadal boleśnie szczerze, ale bardziej przez zęby) - Fałszujesz...
Pan Małżonek (niezłomnie) - Stań! Unieś głowę! Wsłuuuchaj się w słowa!
Królowa Matka (bardzo, ale to bardzo przez zęby) - Powiadam ci, ale naprawdę, fałszujesz!
Pan Małżonek (z entuzjazmem) - A, co tam! Naleję tej nalewki, którą dostaliśmy, wypijemy po dwa kieliszeczki i zaraz się okaże, że rzecz jest zaśpiewana jak należy!
Królowa Matka (zdecydowanie) - No, jeśli o mnie chodzi, do tego to dwa zdecydowanie nie wystarczą.


I to właśnie, Czytelniku, spójrz i doznaj współczucia, musi codziennie znosić Pan Małżonek.

Kobietę, która nie zrozumie, nie zachwyci się, nie doceni, przyczepi się do wszystkiego, a jakby tego wszystkiego było mało - wyhaczy, wydestyluje z gwaru codziennych rozmów, wypreparuje, zapamięta, i opisze.

wtorek, 2 grudnia 2014

Tam, gdzie Licho nie śpi

Jakby co, to Królowa Matka uprzedza, ze to nie jest recenzja, tylko same spoilery. 
Jak zwykle.

Schemat jest powszechnie znany nawet początkującemu czytelnikowi:

jest Ona, lat między trzydzieści a czterdzieści. Ona znajduje się na zakręcie życiowym, który to zakręt najczęściej związany jest z jakimś Onym. On odszedł był, wymienił na młodszy model, w radykalnych przypadkach zszedł był z tego świata albo wcale go nie było i nie chciał się nijak objawić, więc Ona odczuwa imperatyw, aby wszystko zacząć od nowa przy pomocy nabycia /odziedziczenia / wynajęcia/ dostania w prezencie rozsypującej się chałupy na, excusez, zadupiu, którą to chałupę pracą własnych rąk oraz ujawnionym nagle w pięknych okolicznościach przyrody pomyślunkiem zamienia w prężnie działające gospodarstwo agroturystyczne/ manufakturę ręcznie wyrabianych kosmetyków, które okazują się hitem na rynku/ pracownię rękodzielniczą, której wytwory: patrz wyżej, względnie zostaje autorką bestsellerowych powieści. Na szczęście ma na to czas i możliwości, bowiem szczęśliwym zbiegiem okoliczności zawsze pracuje zdalnie, przez internet i inne komputery, i nic jej nie zmusza do siedzenia w biurze dzień w dzień od ósmej do szesnastej. Lokalna ludność, początkowo niechętna dziwacznej miastowej zostaje w końcu za sprawą jej ujmującej osobowości ugłaskana i oswojona, i pędzi z pomocą "tej "naszej" pani z miasta" przy każdej okazji i bez okazji, a właściwy On też się znajduje, chociaż, cóż za przypadek, nigdy nie jest prostym autochtonem parającym się uprawą w pocie czoła trzech hektarów nieużytków po oćcach, tylko też pisarzem bestsellerów, właścicielem lokalnych latyfundiów lub tajemniczym milionerem odpoczywającym w okolicy po jakimś traumatycznym doświadczeniu życiowym. W każdym razie pod koniec książki wszyscy są szczęśliwi, waląca się rudera okazuje się właściwym miejscem na ziemi (w międzyczasie przechodzi zresztą drogę od walącej się rudery do gustownego siedliska wśród łąk, pól i innego łona natury), miłość kwitnie, a niekiedy także owocuje, ptaszęta śpiewają, sarenki podchodzą ufnie, by jeść Jej i Jemu z ręki, jednorożce mienią się tęczą, zachód słońca zachęca, by odjechać w jego stronę, normalnie cud miód i orzeszki.

Tylko, że wcale nie, a już wcale, wcale, w ogóle i absolutnie nie w przypadku


"Dożywocia" Marty Kisiel.

Przede wszystkim Ona jest Nim i nazywa się Konrad Romańczuk. Ruderę otrzymuje w spadku po zmarłym w kawalerskim stanie i bezpotomnie przodku, i bynajmniej nie jest to ten rodzaj spadku, który napełnia Konrada euforią i jawi mu się spełnieniem marzeń vel nową szansą. No, szansą tak, w pewnym sensie, Konrad bowiem został był rzucony (albo dyskretnie postraszony rzuceniem, w każdym razie rzecz się zaczyna sypać i trzeszczeć w szwach) przez niejaką Majkę, której zegar biologiczny i towarzyski zaczyna coraz głośniej tykać, i która zaczyna wywierać na Konrada coraz mniej dyskretne naciski w temacie zdeklarowania się, związania jakimś społecznie akceptowanymi więzami oraz puszczenia w obieg niepowtarzalnego konglomeratu ich wspólnych genów. Konrad nie chce się wiązać więzami ani społecznie wymaganymi, ani akceptowanymi, wobec idei puszczania w obieg genów czuje instynktowny opór, w związku z czym Majka robi w tył zwrot i odchodzi.

W tej sytuacji otrzymanie domu za miastem zaczyna się jednak jawić Konradowi jako dar od losu. Ach, myśli sobie mściwie, tocząc się wypakowanym po dach tico po podwrocławskich leśnych drogach, on jej jeszcze pokaże! zaprosi ją kiedyś od niechcenia od odziedziczonej daczy, leżącej ani chybi w jakichś szczególnie prześlicznych okolicznościach przyrody, oprowadzi po tych wysmakowanych wnętrzach, pełnych minimalizmu i oszczędnej elegancji, aż jej oko zbieleje i będzie po prostu zmuszona uznać, że wiązanie się i rozmnażanie jest przereklamowane i nie dla nich, dla nich, nieprawdaż, elity kulturalnej i trendsetterów, jakże dalekich od tych mieszczańskich potrzeb i oczekiwań jakiegoś tam społeczeństwa! I innych zegarów biologicznych!

Po czym podjeżdża pod odziedziczoną Lichotkę (Lichotkę!!! Już sama nazwa powinna była dać mu do myślenia!!!) i od pierwszego rzutu oka wie, że jego plany raczej się rypną, jako że wysmakowana podmiejska willa okazuje się być pseudogotyckim domiszczem pełnym wieżyczek, łuków i innych cholernych witrażyków. A gdy, stąpając ze chrzęstem po ruinie swych planów i nadziei, wchodzi do domiszcza okazuje się, że cholerne witrażyki są jego najmniejszym problemem.

Po pierwsze, w całym domostwie nie uświadczysz minimalizmu. Pluszowe kotary uświadczysz. Meble gięte i rzeźbione,  kobierce, dywany, portrety przodków na ścianach uświadczysz, całe góry haftowanych poduch, niewykluczone, że zabytkowych, ale w najmniejszym stopniu nie minimalistycznych, i owszem, łoża z baldachimem oraz fotele po pradziadku, zegary w stylu późnego rokokoko oraz figurki z porcelany przedstawiające pastereczki i gąseczki, to wszystko tak. Ale minimalizmu i oszczędnej elegancji w postaci szkła i metaloplastyki oraz monochromatycznej maziai w charakterze pojedynczego dzieła sztuki - niestety, nie, ani odrobiny.

Po drugie, i to jest jeszcze gorsze, dom ma lokatorów. I to nie byle jakich, bo, jak by to delikatnie ująć... cóż, delikatnie się nie da, więc waląc prosto z mostu - dożywotnich. Z tym, że mówiąc "dożywotnich" mamy tu na myśli Konrada, bo lokatorzy przeżyli już kilku dożywotnich lokatorów i nic nie wskazuje na to, by powiedzieli w tej kwestii swe ostatnie słowo.

Mamy więc Licho, Anioła Stróża, metr pięćdziesiąt ucieleśnionej dobrej woli, który, przyodziany w T-shirty zdobne w wizerunki bohaterów kreskówek i bambosze z pomponami, maniakalnie sprząta, kichając od czasu do czasu (ma bowiem alergię na pierze, a czasem nie starcza mu czasu i umiejętności, by wydepilować skrzydełka, a jak łatwo zgadnąć nie jest łatwo sięgnąć do własnych piór na środku własnych pleców, bez wątpienia potrafią to sobie Państwo wyobrazić) i upiększając wszechświat zgodnie z własnym, subiektywnym poczuciem piękna, na przykład czyniąc z białych króliczków różowe.


Mamy utopce w liczbie cztery sztuki, zajmujące najpierw łazienkę, a później, brutalnie wyrugowane z apartamentów, okoliczny staw, niestety, doskonale widoczny z okien domostwa.

Jest Krakers,  pradawny stwór z głębin odwiecznego zła, którego w 1836 przywołał bratanek pana Wincentego, niejaki panicz Zygmunt, pewnej nocy spalony pod drzewem przez prostą okoliczną ludność. Prosta okoliczna ludność uwinęła się z ludową sprawiedliwością tak szybko, że panicz Zygmunt nawet nie zdążył wymyślić i rzucić porządnej klątwy, o odesłaniu pradawnego stwora w głębiny odwiecznego zła nie wspominając, w związku z tym pradawny stwór zamieszkał sobie w spiżarce i zajął gotowaniem, ku któremu przejawiał wielkie zamiłowanie i talent, i które wpływało kojąco na jego mroczną, ekhm, duszę.

No i jest panicz Szczęsny, czy tez, by być precyzyjnym jak chirurgiczne cięcie skalpela, widmo panicza Szczęsnego, który palnął był sobie w łeb na grządkach kapusty za domem. Z miłości. Wywołany z grobu za sprawą dziewczęcia, które mu na grobie przysiadło, pomieszkuje w Lichotce już to się uduchowiając (robi się wtedy przezroczysty), już uziemiając, już to zajmując się poezją, już to prozą, w chwilach braku weny poetyckiej produkując bamboszki i szaliczki na drutach oraz rękawicę na macki dla Krakersa, a także haftując poduszki haftem krzyżykowym, już to eksperymentując z przyodziewkiem, fryzurą i makijażem. Doprowadzaniem Konrada do białej gorączki się nie zajmuje, to mu wychodzi naturalnie i od niechcenia, zupełnie bez wysiłku.

Poza światem nadprzyrodzonym Lichotkę nawiedza, a w niektórych wypadkach zamieszkuje, świat jak najbardziej realny pod postaciami kotki Zmory i różowego królika Rudolfa Valentino, drapieżnej i obdarzonej budząca podziw umiejętnością nie dostrzegania tego, co jej zaburza ocenę rzeczywistości agentki literackiej Konrada Kamilli, zwanej Carmillą oraz jej yorka, lokalnej ludności pod postacią dziewczyny do sprzątania oraz Szymona Kusego, stoickiego i obdarzonego nieludzką cierpliwością sąsiada, złotej rączki od wszystkiego, który powoli i starając się nie narażać Konrada na zbytnie wstrząsy wprowadza go w życie i działanie Lichotki, lokalnych autorytetów moralnych oraz ekologów.

Konrad nienawidzi tego wszystkiego.

Nie znosi tego domu, irytuje go Anioł, obawia się Krakersa, Szczęsnego udusiłby gołymi rękami gdyby nie fakt, że byłby to próżny trud. Poczucie obowiązku, o które sam siebie nie podejrzewał, każe mu ten dom remontować i doprowadzać do porządku, i troszczyć się o jego mieszkańców, ale co noc kładzie się spać wyczerpany, nieszczęśliwy i tęskniący za swoim dawnym życiem, dawnym mieszkaniem i tym wszystkim, co kiedyś, gdy był młody i głupi (czyli jakieś kilka miesięcy temu)  uważał za męczące i irytujące.

Bardzo, bardzo ładnie i wiarygodnie pokazane jest, jak zaczyna się do swego nowego życia, nowego domu i nowych towarzyszy życia przekonywać, a już zmiana stosunku Konrada do Licha sprawiła, że Królowa Matka - która, co może tobą wstrząśnie, Kochany Czytelniku, ale oto nadszedł czas prawdy - nie jest mamusią z powołania, wychodziła za mąż z przeświadczeniem, że nie będzie miała dzieci, bo po co jej to, brrr, nigdy nie ciamkała nad wózeczkami i nie cmokała nad maleńkimi skarpetkami, a zegar biologiczny nie tylko nigdy jej nie tykał, ale wręcz milczał jak grób, która za to potrafi tak z głębi serca zatęsknić za latami, gdy była bezdzietną i beztroską singielką, a gdy szykuje jej się dzień bez dzieci to się cieszy i ani jej w głowie nie postanie wykonywanie telefonów raz na dziesięć minut, aby ukoić dusze dźwiękiem głosu Ukochanych Pacholąt...

Otóż ta właśnie Królowa Matka, czytając o drodze, jaka przeszedł Konrad od najeżonego "co-to-w-ogóle-jest-jakiś-anioł-i-po-co-to-komu!!!" spadkobiercy niechcianego domu do czułego i troskliwego opiekuna, bujającego Licho na kolanach pomyślała zuchwale, że może Marta Kisiel przeszła podobną do jej własnej drogę do macierzyństwa.

A może nie. Może jest po prostu dobrą pisarką, Królowa Matka wcale tego nie wyklucza ;).

Na okładce "Nomen Omen" zacytowano recenzję głoszącą: "Marta Kisiel jest niczym Terry Pratchett, a nawet lepsza, bo on odkrył fabułę dopiero przy swojej czwartej książce, a jej udało się już przy drugiej".

I rzeczywiście, najczęstszym zarzutem w stosunku do "Dożywocia", z którym się Królowa Matka stykała było to, że nie stanowi ono fabularnego ciągu tylko coś w rodzaju zbioru opowiadań, połączonych osobami bohaterów i miejscem akcji. Przyznać trzeba, że o ile przez "Nomen Omen" Królowa Matka przeleciała lotem błyskawicy, z rykiem: "Paszli wszyscy won, MAMUSIA CZYTA!!!" na ustach, o tyle "Dożywocie" mogła sobie dawkować, rozdział po rozdziale, chwaliła to sobie jednak, bo pozwalało jej to poczynić konieczne przerwy na sen (czytała w łóżku wieczorami).

Przyczyną, dla której Królowa Matka również stawia "Nomen Omen" nad "Dożywociem" jest tematyka tego pierwszego, poruszająca tematy nie dość, że ważkie, to jeszcze rzadko (choć szczęśliwie coraz częściej) obecne w publicznym dyskursie. Podczas gdy "Dożywocie" jest książką stricte rozrywkowa (chyba, że coś Królowej Matce umyka, czego wykluczać nie można, a nawet nie należy).

Ale jaką książką rozrywkową!

Książką, w której znajduje się ogłoszenie matrymonialne następującej treści: "Lubię posiedzieć u kosmetyczki jak każda prawdziwa kobieta, poznawać nowe znajomości, chodzić z ziomami do kina i fajowskich klubów. Jestem totalnie odjechana na punkcie wizażingu. Nie szukam przygód, bo jestem wartościowa i znam swoje znaczenie. Szukam mężczyzny, który docenia prawdziwe kobiety, jakimi ja siebie reprezentuję". Ciesz się, Narodzie, że nie widziałeś Królowej Matki czytającej powyższe po raz pierwszy, wyjącej nad tym, chlipiącej, wydającej serię zduszonych (wieczór! dzieci śpią! Pan Małżonek gra!) jęków, a potem czytającą raz jeszcze, zachwycających się frazą, doskonałą, zastanawiającej się, czy bardziej doskonałe by jej się rzecz wydawała, gdyby została wymyślona przez Autorkę od pierwszej do ostatniej litery, czy gdyby została zaczerpnięta z reala jako emanacja czyjejś osobowości.

Książką, w której jest panna Aurelia Bercikówna, osoba obdarzona przez Królową Matkę instynktownym zrozumieniem i współczuciem. Pomimo chichotania nad opisem jej wyglądu i przemyśleń. Jakże się z nią Królowa Matka identyfikowała, jak bardzo dobrze to pamiętała, cóż, że była nieco młodsza, to miotanie przez namiętności (niekoniecznie związane z damsko-męskimi uniesieniami, chociaż te też) przytłumione rozpaczliwym przekonaniem, że wszelkie namiętności są zupełnie nie dla niej, plus ta kompletna nieumiejętność okazania się kuszącą, żywcem Królowa Matka, powiada Królowa Matka jak na spowiedzi.

No i książką, w której jest Licho. I tu Królowa Matka zamilknie, bo Licha opisać się nie da. Jest absolutnie słodkie i urocze, i Królowa Matka chce takie, ti, ti, ti. Jak ktoś czytał, to wie, o czym tu Królowa Matka bełkocze, jak nie czytał to i tak nie zrozumie i jedyne, co może uczynić, by zrozumieć, to przeczytać książkę.

Do czego Królowa Matka zachęca, jednocześnie wznosząc okrzyk (i łypiąc znacząco w kierunku Autorki) - Więcej Licha!




Oisajowi za udostępnienie Bezcennego i Obdarzonego Spersonalizowaną, Osobistą Dedykacją Egzemplarza pozostaje Królowa Matka nieustannie wdzięczna.


niedziela, 30 listopada 2014

...

Pompon Młodszy (smutno) - Ja go tak kocham, a on nie chce robić tego, co mu każę...

Cóż, nikt nie obiecywał, że droga do zostania rządcą dusz i/lub dyktatorem dzierżącym władzę żelazną dłonią nie będzie najeżona licznymi przeszkodami, tylko łatwa, lekka i przyjemna...

czwartek, 27 listopada 2014

Gdzie nie spojrzysz, tam dżęder

Królowa Matka i Pan Małżonek (przyuważywszy przez okno samochodu gospodarza domu Matki Królowej Matki, chórem, z uczuciem i w stylu najlepszego obowiązującego wzorca, zaleca się oglądanie od dwudziestej piątej sekundy): Nad wszystkim czuwa gospodarz domu, nie da on krzywdy zrobić nikomu, wszystkim pomoże o każdej porze, oooooo, mój Boże!!!

Potomek Młodszy (nic a nic nie zdziwiony ani tym, że Rodzice ni z gruszki ni z pietruszki wznieśli pienia, ani arią, ani wykonaniem, przebóg, kolejne zepsute na amen dziecko, i kto za to zapłaci)- Kto to jest gospodarz domu, mamusiu?

Królowa Matka - To jest ktoś, kto troszczy się o czystość i urodę otoczenia czyjegoś domu albo bloku, w przypadku domu twojej babci to jest, o, ten pan...

Potomek Starszy (przypochlebnie) - W naszym przypadku gospodarzem domu jest mamusia!... (chwila zastanowienia). Noooo... gospodarką.

W ten właśnie sposób Królowa Matka dowiedziała się, że jej dżęderowo wychowany Potomek Starszy nie ma problemów z żeńskimi formami zawodów i stanowisk.

I że snu z powiek nie spędzi mu kwestia, czy żeńską formą słowa "marynarz" jest "marynarka" :).

niedziela, 23 listopada 2014

In the Middle of Nowhere, czyli Królowa Matka dotrzymuje słowa, część druga

Czyli krótko (ekhm...) mówiąc - oto odpowiedź na drugie zamówienie ("Proszę o post wnętrzarski, może być z rysunkami zamiast zdjęć. Bardzo mnie ciekawi, jak wygląda w Domu w Dziczy!") złożone u Królowej Matki podczas akcji zbierania przez nią lajków na Facebooku :).

Dom w Dziczy nabrał Królową Matkę i Pana Małżonka w pewien piękny, październikowy dzień ponad dziesięć lat temu.

Prawie-Zdecydowani-Na-Kupno-Czegokolwiek, a wówczas jeszcze nie zmotoryzowani, Królowa (Jeszcze-Wtedy-Nie) Matka i Pan (Jeszcze-Wtedy-Nie) Małżonek wysiedli pewnego, jako się wyżej rzekło, pięknego, slonecznego dnia z autobusu na przystanku PKS-u w środku wioski, gdzie czekał na nich umówiony telefonicznie Kuzyn Właściciela domu w stanie surowym wystawionego właśnie na sprzedaż. Kuzyn Właściciela zapakował Królową (Jeszcze-Wtedy-Nie-i-tak-dalej, nie będziemy o tym bez przerwy przypominać) Matkę oraz Pana Małżonka do samochodu i uwiózł drogą przez las, wyglądający mniej więcej tak:


tylko lepiej, co na pewno było częścią Spisku Wszechświata, ale Królowa Matka była wtedy młoda i naiwna. Po przewiezieniu ich jakimiś tajemniczymi zakolami i innymi zakrętami (dziś Królowa Matka wie, że jechał skrótem, na którym wcale nie ma tak wielu zakrętów, ale wtedy czuła się jak na karuzeli) zatrzymał się z fasonem przy niedużej działce, na której, na lekkim wzniesieniu, stał sobie mały, zgrabny, biały domek (wówczas składający się właściwie wyłącznie ze ścian, dachu i drzwi oraz dwóch betonowych słupów mających kiedyś tam podtrzymywać nieistniejacy taras) i zachęcająco pobłyskiwał oknami w słońcu.


Za domkiem (oraz parcelą sąsiadów) rozpościerał się las, taki mniej więcej jak ten na zdjęciu powyżej, tylko z domieszką sosen, a gdy Królowa Matka i Pan Małżonek wdrapali się po drabinie na piętro, wówczas stanowiące wielką, pusta przestrzeń, oczom ich objawiła się leżąca w zachęcającej, niezalewowej odległości Wisła, również migocząca w słońcu i mieniąca się kolorami odbijających się w jej spokojnych wodach kolorowych drzew.


Gdy zaś po obejrzeniu wszystkich ścian, okiem i drzwi tego, co miało stać się Domem w Dziczy zostali wypchnięci przez sąsiadów na spacer nad jezioro, leżące w odległości dziesięciominutowej przechadzki w następujących okolicznościach przyrody:


ich Los został w zasadzie przypieczętowany.

Jednym słowem, Kochany Czytelniku - nigdy nie wybieraj się oglądać domów, które ewentualnie pragnąłbyś nabyć w piękne, październikowe dni ;)!

Królowa Matka wie, że bywają na jej blogu osoby, które mniej lub bardziej kurtuazyjnie zapewniają ją, że powinna napisać książkę, i że jak już napisze, to one tę książkę kupią, a nawet przeczytają. Ich zdanie w temacie książkopisania podziela Pan Małżonek, a nie podziela go Królowa Matka, której przeświadczenie, że do pisania książek się nie nadaje, nie umie tego robić i kto by to czytał łamie się w jednym tylko wypadku - gdy myśli o tym, co mogłaby - co powinna! - napisać na temat przerabiania niewinnie wyglądającego zestawu ścian i okien pokrytych dachem z papą na Dom w Dziczy.

Ponieważ (chwilowo) Królowa Matka nie pisze książki tylko pościk na blogu, zaoszczędzi Ci ona, o Czytelniku, opisów swego pierwszego wieczoru w nowym domu, który spędziła skulona na łóżku turystycznym w domu pozbawionym kanalizacji, wody i bez prądu, to znaczy z jednym czynnym gniazdkiem, tym, do którego podłączona była lodówka. Opisu posiłków spożywanych na płycie pilśniowej leżącej na podłodze, za to na porcelanie i srebrnymi sztućcami, bo Królewska Rodzina nie miała wtedy ani stołu, ani krzeseł, a jedyne naczynia, do których udało jej się dotrzeć i wydobyć ze składowanych jedno na drugim pudłach (nie rozpakowywanych, bo oprócz stołu i krzeseł nie było też żadnych mebli w kuchni) to były talerzyki do herbaty z serwisu Babci Królowej Matki oraz srebrna łyżka, widelec i nóż (wszystkie w ilości sztuk: jeden), które dostała ona od swego chrzestnego. Oszczędzi wzmianek o kąpielach w misce, wodę do których grzał Pan Małżonek na ognisku rozpalanym w ogrodzie, o wchodzeniu na piętro po chybotliwej, zbitej z przypadkowych desek drabinie, o gotowaniu na pożyczonej od wujka Pana Małżonka kuchence turystycznej ustawionej w przybudówce, o myciu naczyń w łazience, bo tylko tam doprowadzono wreszcie wodę, o toalecie, na drzwiach której Królowa Matka powiesiła w akcie rozpaczy zasłonę pożyczoną od Matki Królowej Matki, bo już nie mogla wytrzymać tego braku drzwi i o tym, że gdy do toalety udawał się jakiś nader rzadki w Domu w Dziczy gość, Królowa Matka nastawiała płytę z Chórem Aleksandrowa, śpiewającym z uczuciem o "swiaszcziennej wajnie", podgłośnioną na cały regulator, aby zagłuszyć wszelkie dobiegające z ubikacji odgłosy.

I opisów wielu, wielu innych przeżyć, które wywołują u niej i u Pana Małżonka siność oblicza i okrzyki "o, rany, o, rany, przestań, nie mów o tym, przestań!", gdyż najwyraźniej żadne nie doszło na razie do etapu "jeszcze kiedyś będziemy się z tego śmiać" też Kochanym Czytelnikom oszczędzi, dość rzec, że po dziesięciu latach pracy, wyrzeczeń, potu i łez Dom w Dziczy przyjął następujące oblicze:


plus cztery bujne brzozy przed domem, zasadzone dziesięć lat temu w charakterze smutnych badylków, obecnie wyższe niż dom, których Królowa Matka nie narysowala, bo by jej dom zasłoniły :).

W środku Dom też się nieco zmienił, zwłaszcza łazienka, która ma już drzwi, wannę i kafelki, i już nawet Potomek Starszy, jedyny, który pamiętał betonową podłogę przykryta niedopasowanym kawałkiem linoleum, który Królowa Matka dostała od kogoś w ("może-wam-się-przyda") prezencie i wielka czerwoną miskę w charakterze wanny przestał tęsknie pytać "A taką ładną, szarą podłogę to jeszcze kiedyś, mamusiu, będziemy mieli?" ;).

Niestety, post wnętrzarski to o Domu w Dziczy nie powstanie NIGDY, ponieważ Królowa Matka wnętrz nie posiada, nad czym nawet czasem ubolewa. Królowa Matka nie wie, jak to robią inne matki, że te wnętrza mają, Królowa Matka sama widuje takie na blogach i składa im niniejszym szczere wyrazy podziwu, ale dla niej jest to rzecz nieosiągalna. Królowa Matka ma bowiem zamiast wnętrz poobijane ściany, pomalowane tu i ówdzie kredką (copyrights by Pompon Młodszy), poupychane pod stolikami, za kominkiem i w ogóle gdzie się da pudła z zabawkami, tę żałosną próbę opanowania szalejącego w Domu w Dziczy chaosu zwanego w skrócie Potomkami, powodowane brakiem finansów niedostatki meblowe (czyli dizajn daleki od wysublimowanych najnowszych trendów a la surowa estetyka skandynawska albo inne kuchnie w stylu prowansalskim) oraz dzieci niewłaściwej płci, co ją znacznie ogranicza w temacie umieszczanego tu i ówdzie ku ozdobie i niewinnej radości rękodzieła.

W zwiazku z czym zdjęć nie będzie, bo co tu pokazywać światu, tutaj czasem wnętrzarki zagladają, Królowa Matka nie chciałaby się przed nimi ostatecznie skompromitować, tylko rysunki, i to wyłącznie górnej części Domu w Dziczy, bowiem dół - stanowiący otwartą i pozbawioną drzwi (poza drzwiami do łazienki ;)) przestrzeń kuchenno-pokojowo-przedpokojową, umeblowaną w eklektycznym stylu, "zupełnie po wiejsku!", jak orzekł kiedyś przyjaciel Pana Małżonka, którego wizyta zbiegła się z przybyciem do Domu w Dziczy sosnowego kredensu - jest po prostu trudny do narysowania.

Na górze z dużej i pustej przestrzeni, która ukazała się oczom Królowej Matki i Pana Małżonka w czasie ich pierwszej wizyty w przyszłym Domu w Dziczy zostały wyodrębnione trzy pokoje, z których najdłuższy (może być nazywany "niebieskim" z powodu koloru ścian :)) zajmują od lipca Potomki Starsze.


Królowa Matka wyjaśnia, że Igor jest kameleonem frotte, a Motylek - pieskiem, o takim:


zaś "et consortes' to liczny i wciąż rosnący zbiór maskotek, misiów, kotków oraz smoków potrzebnych jej synom do szczęścia. Bałagan zaś został na potrzeby rysunku usunięty zupełnie tak samo, jak zostałby usunięty na potrzeby zdjęcia ;).

Najmniejszy pokój ("żółty") na górze zajmują - też od lipca - najmłodsi mieszkańcy Domu w Dziczy, czyli Pompony, i chwilowo robią w nim znacznie mniejszy bałagan niż ich Starsi Braciszkowie w swoim, może dlatego, że mają tam tylko dwa pudełka z zabawkami, w tym żadnego z klockami Lego.


Królowa Matka i Pan Małżonek wrócili po latach tułaczki do pokoju, który zajęli natychmiast po wprowadzeniu się do Domu w Dziczy ("pokój zielony", i tu - post niesponsorowany!!! - Królowa Matka musi wyrazić swoje najwyższe uznanie dla producenta farb Dekoral, którego farbą o odcieniu "zielony groszek" pokryte zostały dziewięć lat temu ściany królewskomatczynej sypialni, i ktory to kolor nie zmienił się nawet o włos przez wszystkie lata użytkowania, a pokój jest położony od południowego wschodu i narażony na intensywną ekspozycję słoneczną jak dzień długi).

Sypialnia Królowej Matki i Pana Małżonka różni się od tej sprzed dziesięciu lat głównie tym, że ma drzwi ;). Ma też resztę umeblowania (poza łóżkiem, biblioteczką i komodą, które stanowiły zaczątek mebli w Domu w Dziczy), kwiatki, rolety, książki zsypujące się ze stosów ułożonych za małżęńskim łożem, kilim w charakterze dywanu i niepotrzebniki w rodzaju pudeł na włóczki i filc Królowej Matki,


a za ścianą ma biegnące do pokoju braci zaraz po przebudzeniu Pompony i Potomki Starsze, skaczące z łóżek, co jest surowo zabronione, bo - jak prorokuje posępnie Królowa Matka - mogą się pewnego dnia przebić piętami do kuchni przez sufit, oraz miauczącego kota domagającego się jedzenia i pieszczot, zaś za oknem - pnącza dławisza i winobluszczu, splecione razem, i ptaki skaczące po gałązkach i pożywiające się jagodami, zas wiosną wiercące się i hałasujące za cienką ścianką, bo jak co roku dokonają włamu pod dach i uwiją gniazdo, a Królowa Matka - też jak co roku - będzie sobie przysięgać, że jak tylko wyprowadzą młode ona osobiście zamuruje tę cholerną dziurę.

Słowem, to wszystko, co sprawia, że Dom w Dziczy jest naprawdę Domem.


piątek, 14 listopada 2014

Potomek Młodszy zna swoją wartość

Późny powrót do domu po odebraniu wszystkich Dzieciąteczek z ich szkół i przedszkoli, powrotach Rodziców z ich zakładów pracy i poczynieniu zakupów na weekend.

Potomek Starszy (niekoniecznie w związku z czymkolwiek, z zadowoleniem) - Jaki ja jestem boski.
Pan Małżonek - Wcale nie jesteś, w tym samochodzie jest miejsce na tylko jedna boską istotę, i to jestem ja. Boski jestem ja i stópki Pompona Starszego...
Królowa Matka (wiedziona właściwym dla niej obiektywizmem i poczuciem sprawiedliwości) - ... i Młodszego.
Pompon Młodszy (jednocześnie) - I moje.
Potomek Młodszy (entuzjastycznie) - I mój zadeczek!!!

Potomek Młodszy (zwierza się na ucho Królowej Matce, a oczęta ma jak spodki) - Mamo!!! Czy ty wiesz, co Julka mi dała? CZACHĘ!
Królowa Matka (wyświetla oczami) - ???
Potomek Młodszy - Naklejkę taką! Czachę! Czachę migoczącą, z serduszkami... (po chwili analizowania faktów) Myślę, że się we mnie kocha.

No, ba. Grzech byłoby nie kochać posiadacza boskiego zadeczka przecież :).


niedziela, 9 listopada 2014

Tak, ale...

... czyli Królowa Matka staje w obliczu niebezpieczeństwa popełnienia najdłuższej recenzji w historii tego bloga.

Królowa Matka jest świadoma, że stali bywalcy jej bloga to wiedzą, ale ponieważ istnieje ryzyko, że zajrzą tu także ci mniej stali, a wręcz zupełnie nieznajomi, czuje się w obowiązku podkreślić, że jej recenzje to nie są recenzje, tylko najeżone spoilerami rozważania i pół-analizy. Jeśli więc ktoś nie czytał książki, a chciałby spojrzeć na nią świeżym okiem, proszony jest uprzejmie o oddalenie się spacerowym krokiem w inne rejony internetu.


Problem z napisaniem zwięzłej i zgodnej z regułami gatunku recenzji dowolnej książki Jeżycjady jest w wypadku Królowej Matki taki, że Jeżycjadę zna ona na wyrywki, w te i nazad, od początku do końca i od końca do początku, a także od środka w dowolna stronę, momentami lepiej niż autorka, której zdarza się pomylić wiek bohaterów, klasę, do której chodzą czy kolor ich oczu.

Jeśli tak dobrze zna się jakąkolwiek książkę (lub serię książek) istnieje ryzyko brnięcia w przeróżne aluzje i czepiania się niuansów, i wcale Królowa Matka nie przyrzeka, że się spróbuje powstrzymać, bo i tak wie, że jej się nie uda.

A zatem, Jeżycjada.

Królowa Matka przypuszcza, że założenie, że wszyscy (a „wszystkie” to już na pewno :)) znają Jeżycjadę nie byłoby nadużyciem. Nawet jeśli ktoś żadnej książki z tej serii nie czytał (co staje się coraz trudniejsze, odkąd „Kłamczucha” i "Opium w rosole" trafiły na listę lektur, choć z drugiej strony przypuszczenie, że wszyscy ją w związku z tym przeczytali byłoby zdecydowanie dowodem wręcz naiwnej wiary w obowiązkowość młodego pokolenia), to o niej słyszał, widział ekranizacje lub choćby widywał kolejne tytuły serii okupujące medalowe miejsca na listach przebojów EMPiKu i innych Matrasów.

Początkowo każdy tom Jeżycjady był tomem „samym w sobie”, każdy opowiadał historię innej nastolatki i był luźno związany z tomami wcześniejszymi, ale dość szybko ukonstytuował się „twardy trzon serii” - stanowiła go mieszkająca w kamienicy na Roosevelta w Poznaniu rodzina Borejków: tata – roztargniony, niezaradny życiowo filolog klasyczny, mama – zajmująca się wychowaniem córek gospodyni domowa, i cztery dziewczyny – najstarsza (w pierwszym tomie, w którym się pojawia szesnastoletnia) Gabriela, Ida, Natalia i Patrycja, która w chwili, gdy seria się rozpoczyna ma zaledwie pięć lat.

Czas mijał, dziewczęta rosły, zakochiwały się, odkochiwały, zaręczały, zrywały zaręczyny, wychodziły za mąż, rozwodziły się, rodziły dzieci, te dzieci też dorastały – a wokół nich zmieniał się świat, upadały imperia, powstawały nowe państwa, zmieniały się ustroje, i nie miało to żadnego znaczenia, bo na Roosevelta wciąż było tak samo ciepło i milo, pachniało ciastem drożdżowym i herbatką, radio słało w świat subtelne dźwięki muzyki, a ludzie odnosili się do siebie życzliwie i serdecznie.

A raczej – tak miało być w autorskim zamierzeniu. To jednak, co deklarowała autorka zaczęło powoli, powoli, a potem już coraz szybciej, coraz wyraźniej, rozmijać się z tym, co samodzielnie i bez autorskich podpowiedzi mógł zobaczyć czytelnik.

Apogeum rozmijania się nastąpiło w "McDusi", którą Królowa Matka uważa od chwili przeczytania za jedną z najgorszych książek, z jakimi miała do czynienia, i po lekturze której przysięgła sobie już nigdy w życiu nie kupić niczego, co wyszło spod klawiatury pani MM.

I dotrzymała słowa. Nie kupiła "Wnuczki do orzechów" dla siebie, tylko dla koleżanki i przeczytała ją korzystając z okazji, a w czasie lektury doszła do wniosku, że pisarstwo pani Musierowicz ma charakter sinusoidalny.



Doświadczyła już tego uczucia, gdy po ze wszech miar fatalnej "Czarnej polewce" (jedyny - w tej chwili jeden z dwóch - tom Jeżycjady", którego Królowa Matka nie ma na własność, i nie zamierza, co więcej, mieć, bo książki z tej serii do najtańszych nie należą, a Królowa Matka woli sobie kupić Eduardo Mendozę albo Martę Kisiel za te same pieniądze) czytała "Sprężynę", a w głowie jej się robiło "ach!" i miała wrażenie powrotu starej, dobrej Jeżycjady (to znaczy, dopóki nie zaczęła myśleć, no, ale pierwsze wrażenie było silnie entuzjastyczne). Po "Sprężynie" nastąpiła katastrofalna "McDusia", od której napisać coś gorszego byłoby wyczynem nie lada, więc się Królowa Matka nieśmiało spodziewała zwyżki formy. I gdy uznała, że ta zwyżka rzeczywiście nastąpiła ucieszyła się nadzwyczaj, czytała cała uchachana, śmiała się - śmiała się! rzecz po "McDusi" trudna do wyobrażenia, znów sie śmiać przy Jeżycjadzie - i zachwycała, i skrzywiła zaledwie trzy czy cztery razy, skończyła uskrzydlona, zamknęla książkę...

I pomyślała: "Tak, ale..."

W zasadzie jest nieźle, a momentami nawet bardzo dobrze.

Rzecz się zaczyna licznymi opisami przyrody silnie kojarzącymi się z "Nad Niemnem", ale to Królowej Matce nie przeszkadza, bo jak ogólnie wiadomo, "Nad Niemnem" to  ona bardzo lubi. Mamy hoże dziewczę, pełne wdzięku, niegłupie i sympatyczne, zdaniem Królowej Matki nastoletnie czytelniczki Jeżycjady (czyli target, na którym,  jak z naciskiem podkreśla autorka, zależy jej tylko i wyłącznie) otrzymały bohaterkę, którą mogą polubić (poprzednie tomy pisane były bowiem a to z perspektywy dziewięciolatka o mentalności zgorzkniałego osobnika lat co najmniej pięćdziesięciu, a to - jak wspominana ze zgrzytem zębów "McDusia" - nie wiadomo kogo, a to niby miały nastoletnią bohaterkę, ale i tak większość tomu zapełniał zachwyt nad tym, jak wspaniałą, dzielną i miłą kobietą jest niezbędna wszystkim do życia bardziej niż powietrze Gabriela). Wdzięczne dziewczę, wracając w niedzielę z kościoła bryczką znajduje w lesie bukowym letniczkę, która spadłszy z mostka skręciła nogę. Doholowuje ją do domu, letniczką okazuje się być Ida Pałys, de domo Borejko, która opuściwszy dom w stanie silnego wzburzenia nie patrzyła, gdzie leci, nóżka jej się omskła, ciało poleciało z mostka i uległo omdleniu. Nóżka okazuje się silnie stłuczona, a w Idzie - z której oburz na męża i syna jeszcze nie wywietrzał - kiełkuje plan, by nieco ich podręczyć. Nie informując ich więc o miejscu pobytu, wynajmuje w domu miłego dziewczęcia (o imieniu Dorota) pokój i planuje spędzić sobie na łonie natury i z dala od rodziny oraz cywilizacji pierwszy długi urlop od lat.

Planuje też wyswatać Dorotę, która bardzo jej się podoba, ze swym siostrzeńcem Ignacym, pogrążonym w żałobie i leczącym złamane serce po tym, jak wraża Magdusia (pseudo-bohaterka poprzedniego tomu) zwiała do Paryża, uprzednio z nim zerwawszy. Mailem. Zawiadamia więc o miejscu swojego pobytu Gabrielę, prosząc o podesłanie jej nieco odzieży i rzeczy osobistych i nalegając ze znaczącym naciskiem, by zrobił to Ignaś.

Ignaś przyjeżdża, plan Idusi rypie się od samego początku, bowiem powzina on ku Dorotce nie ciepłe uczucia, lecz niechęć, jako, że zbyt jest dla niego hoża, zadzierżysta, rzeczowa (co oznacza, że Ignaś zwiałby gdzie pieprz rośnie od ubóstwianej matuli, gdyby był ją poznał w latach jej nastolęctwa, jakież to freudowskie) i zbyt mało brzydzi się robaków oraz szeroko pojętego łona natury. Zawiązuje się między nimi za to ładnie opisana przyjaźń, taka właśnie pozbawiona jakichkolwiek elementów pociągu fizyczno-emocjonalnego, jakkolwiek trudno jest Królowej Matce wyobrazić sobie dwudziestoletniego młodzieńca, choćby i ogłuszonego złamaniem serca i porzuceniem drogą mailową ("Jak psa!") opowiadającego nowo poznanej siedemnastolatce o tym, że boli go to miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę (a potem opisującego to samo w mailu do bogdanki).

Mimo faktu, że Idzie nie udało się z sukcesem rozpocząć kariery swatki miłość oczywiście będzie, bo co to za Jeżycjada bez miłości, i rzeczywiście, we wsi pojawia się tajemniczy młodzian, który aż promieniuje subtel... wróć, męską, tajemniczą siłą, pojawia się w dodatku w odpowiednich momentach, by Dorotce otworzyć drzwi do wiejskiego sklepiku, do którego odwozi ona jajka ze swojego gospodarstwa, wnieść coś ciężkiego, podać pomocną dłoń, i obronić przed awansami niejakiego Igora Bogatki, lokalnego prostego w obejściu chłopczyny, który kipi testosteronem pijąc piwo pod wspomnianym wyżej sklepikiem oraz intensywnie leci (excusez prymitywizm określenia) na naszą bohaterkę. A także podarować jej własnoręcznie wykonane i pomalowane korale w miejsce szklanych, po mamusi (która to mamusia nie zmarła, chociaż takie odnosi się wrażenie przy każdej - częstej - wzmiance typu "to po mamie", "to na pamiątkę", tylko zarabia w Oslo pieniądze na czesne dla córki uczącej się w prywatnym liceum ekologicznym), które przypadkiem zniszczył.

Poza tym mamy dwie babcie (rodzoną i siostrę babci) mieszkające z Dorotą, sąsiada, uroczego pijaczynę, ohydne miasto ziejące spalinami i huczące od remontu Kaponiery, sielską wieś, która jest uczciwa z kościami i niczym nie huczy, liczne rany kłute, szarpane i łamane, jak zwykle w ostatnich książkach Musierowicz (tu, w kolejności chronologicznej - silnie stłuczoną nogę, użądlone dwa pośladki, w tym jeden przez szerszenia, a jeden przez pszczołę, złamaną nogę i złamany nos, a w finale pokiereszowanego herosa z kapiącą z podbródka krwią) oraz przewijający się w tle cały klan Borejków z przezornie pousuwanymi na dalszy plan tymi osobami, które były w poprzednich tomach najbardziej wkurzające (Grammar-nazi Łusia wysłana do Londynu, Laura i Aaaaddddaaaammm - do Lozanny, w podróż śladami Mickiewicza, dziadkowie ograniczeni do minimum, dzieci - poza młodymi Rojkami - zesłane na plan drugi albo i dalszy), a wszystko to opisane przyjemnym językiem  chociaż, umówmy się, nie jest to wielką sztuką po "McDusi" stanowiącej dno, od którego można się już wyłącznie odbić -  i z polatującym tu i ówdzie nad całością duchem dawnej Jeżycjady.

Królowa Matka zaśmiała się po raz pierwszy już na stronie 12, potem jeszcze parę razy, nad tekstem "pomalowany na kolor fizjologicznego brązu" kwiczała ze szczęścia, potem go ukradła i będzie używać jak własnego, maile Idy do Gaby i z powrotem bardzo się Królowej Matce podobały, maile Doroty mniej, bo za dużo w nich wykrzykników, których nadmiar Królową Matkę drażni (nie tylko u MM, ogólnie). Nareszcie pojawiają się zwierzęta, które mają osobowość i opisane są z sympatią, opis Ignasia czytającego Magdusi wiersze ""Miała wypieki przy Leśmianie! Bo tak jej się podobało? No, miała gorączkę...", opisane ironicznie i tak, że cala sympatia czytelnika jest po stronie dręczonej gorączką i poezją Magdusi, Ida - szurnięta w przemiły sposób bardzo kojarzący się z szurnięta Idą Sierpniową, ani słowa o Pyziaku Januszu, któremu Gabriela tak dzielnie przebaczyła, chociaż ją zostawił z dwiema małymi córeczkami... ale ona jest dzielna, ona nigdy nie płacze, chociaż wziął jej serce i wytarł w nie nogi... ona się trzyma, tak się trzyma, i dla wszystkich wokół jest jak opoka, chociaż los ją tak ciężko doświadczył... (i tak przez całe kilka ostatnich książek). W ogóle siostry Borejko znów są normalnymi kobietami, a mężowie sióstr Borejko - normalnymi mężami, no, może poza Robertem Rojkiem, który jest głównie wąsaty. Rozedrgana upałem wieś opisana jest pięknie, i pisze to osoba, która upału nienawidzi do tego stopnia, że nie potrafi o nim nawet czytać, a drzewa na ilustracjach narysowane nadzwyczaj subtelnie. I prawie wszystko jest, jak być powinno, a Królowa Matka już powinna pędzić do najbliższej księgarni, aby nabyć egzemplarz dla siebie.

Ale.

No jest tych "ale" trochę, i nic a nic nie dają się z głowy wyrzucić.

A zatem na tej samej (plus jeden) stronie, na której się Królowa Matka roześmiała pierwszy raz znajduje się kuriozalny opis udzielania pierwszej pomocy przez główną bohaterkę, uczennicę - co Królowa Matka z naciskiem przypomina - prywatnego liceum ekologicznego, przyszłą lekarkę, napędzaną pragnieniem, by być pożyteczną, córkę pielęgniarki. Udzielenie pierwszej pomocy polega na wlaniu osobie nieprzytomnej alkoholu do ust, i, naprawdę, więcej Królowa Matka nie napisze, bo jej mózg obumiera, jak o tym myśli, może tylko wyrazi nadzieję, że nigdy nie spotka na swej drodze osoby, która będzie ją cucić w ten sposób.

Turbo-romans. Nie, nie, nie i nie. Norma dla miłości po grób, która rozpoczyna się od błyskawicy przelatującej z ócz do ócz oraz zamieraniem całego świata, oraz wrażenia, że się tę drugą osobę zna, po prostu na wylot, oraz że to jest naprawdę, na zawsze i na poważnie została wyczerpana w "Sprężynie". Królowa Matka zdaje sobie sprawę, że taka miłość stanowi przedmiot marzeń i snów tak z 75 procent tego pieszczonego przez panią MM targetu, więc się hamuje w swej irytacji, ale jednak, no cóż, nawet mając lat czternaście i marząc o wspólnym unoszeniu się na różowej chmurce dwa metry nad ziemią w stronę zachodzącego słońca, porozumiewaniu się bez słów i innych takich chciałaby jednak wiedzieć, jak ta druga połowa, z która się z nią na obłoczku unosi, ma na imię.

Ida jest super, to prawdziwa "Ida sierpniowa ...dzieści lat później", i co z tego, skoro Królowej Matce nie skleja się w żaden sposób z chamką (Królowa Matka używa tego słowa świadomie) z "McDusi". Oczywiście te szczęśliwe osoby, które nie znają "McDusi" (nie poznawajcie jej! Królowa Matka apeluje! nie róbcie sobie tego, jeśli dobre bogi was dotąd ustrzegli, nie psujcie sobie odbioru jeżycjadowego uniwersum, w innych częściach Jeżycjady i tak jest dość materiału, by go popsuć!!!) oraz te, które wyparły z pamięci prostacko rechoczącą, zwracającą się do szesnastoletniego gościa, córki ukochanej przyjaciółki per "McDonaldusia" i wyliczającą jej, ile jedzenia może nałożyć na talerz histeryczkę, która chce gościowi "spuścić manto", są prawdopodobnie zachwycone. Gdyby Królowa Matka nie znała "McDusi" też by była. A nie jest, bo jej chamska pani laryngolog z jej "Witaj, frytkożerna" na ustach za nic nie chce wyjść z pamięci.

To samo dotyczy syna Idy, Józefa. Między parskającym w kiełbasę czosnkową jedzoną za pomocą scyzoryka tępym prostaczkiem, pakującym prezent dla dziewczyny (oblepiony gumą do żucia staroświecki pendrive) w przypadkowy woreczek, a chłopakiem cyzelującym drewniane koraliki i malujący na nich białe plamki, żeby wyglądały jak mieniące się jest przepaść jak stąd do Księżyca, a między osiłkiem, dyscyplinującym o głowę niższą dziewczynę za pomocą przyciągania jej za kark, potrząsania nią i cedzeniem w twarz gróźb i młodzianem, który gnąc się w ukłonach otwiera i przytrzymuje dziewczynie drzwi - jak stąd do Słońca i z powrotem, ale w Królowej Matce, skażonej "McDusią", coś nie może zapomnieć, że jest to ta sama osoba.

I nie może pozbyć się obawy, że jeśli Dorota kiedyś tam, za jakiś czas postąpi niezgodnie z wyśrubowanymi oczekiwaniami Józefa Pałysa względem towarzyszki życia, jak na przykład, no, tak Królowa Matka pierwszy z brzegu przykład rzuci, dziewczyna użyje błyszczyka do ust, ten ją przywoła do porządku chwytając za kark i "potrząsając jak szczurem". To właśnie zrobiła Królowej Matce Małgorzata Musierowicz "McDusią". To, i jeszcze parę innych rzeczy.

Podział na „naszych” i „onych”, na tych, co to wyłącznie kultura, Plutarch i minimalizm, i na tych innych, przebrzydłych materialistów nie znających żadnego języka starożytnego, prostaków mieszkających w blokach i feministki obecny jak zwykle, choć w znacznie, znacznie mniejszym stężeniu. Tutaj przyjmuje postać linii między "prostą, szczerą, uczciwą z kościami ludność wiejską" oraz "durnych miastowych, którzy nawet biegać nie potrafią tak, żeby się przy tym prawie nie zabić, a jak cudze nieszczęście widzą to się śmieją, fotografują i wrzucają na fejsa". I, też jak zwykle, tego typu wyrażone arbitralnie poglądy nie kłócą się autorce ze wzmiankami o sąsiedzie Chrobocie, któremu zgubionych pieniędzy Doroty nie wolno do ręki dawać, bo nie odniesie, tylko przepije (i z na lewo ciągniętym internetem, no, ale to się nigdy autorce się z kradzieżą nie kojarzyło. Chociaż nią jest), ani ze wspomnianym Igorem Bogatką, lokalsem, który fotografuje pożar na polu sąsiada z rykiem: "Zaraz to na Facebooka wrzucę!". Naprawdę, umieścić niemal w jednym zdaniu uwagi o tym, że tylko warszawiacy się dziwią, że drzwi chałupy nie są zamknięte na klucz, a przecież po co, skoro tu, w Wielkopolsce nikt nie kradnie, oraz wzmiankę o ukrytych przed sąsiadem na krokwi w stodole pieniądzach to trzeba mieć, no cóż, sklerozę. Rozdwojenie jaźni. Albo lichą redakcję.

I jakim cudem nikt się z tym non stop narąbanym jak messerschmitt Chrobotem nie boi do samochodu wsiadać?! To znaczy, Królowa Matka też by się nie bała, gdyby kto inny prowadził, ale Chrobot za kierowcę robi i nikomu w związku z tym nic do głowy nie przychodzi!!!

Jeremiada seniora Borejki nad światem, który zmierza do upadku, bo nikt już nie płacze nad Plutarchem spowodowała u Królowej Matki wzniesienie ocząt do góry i chęć przerzucenia kilku stron bez czytania. Kochani Czytelnicy, oto pisze do Was osoba, która nie płakała nad Plutarchem, czujcie się ostrzeżeni. Mimo to - pochlebia sobie - nie ma problemów z własną tożsamością, wiele rzeczy przemyślała i do wielu wniosków doszła. W kompletnym oderwaniu od starożytnych. Naprawdę, od czasów Plutarcha minęło parę lat i napisano parę książek, nad którymi ludzkość płakała i o których myślała, i w oparciu o które budowała swoją tożsamość, a tym, co uważają, że co to za tożsamość jest! tylko starożytni, panie dziejku! Królowa Matka grzecznie przypomni, że Arystoteles, ten, nieprawda, ojciec kultury wszelakiej kupował ludzi na targu i uważał to za normalne i oczywiste, więc tego.

Brak zakończenia. To chyba, smutno podejrzewa Królowa Matka, jakaś wspólna część czytanych ostatnio książek się robi, aż strach zacząć coś nowego, a już kryminału to się po prostu Królowa Matka wewnętrznie wzdryga. Tutaj nasi zakochani (!) i zaręczeni (!!) odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca i? Ona nadal nie wie, jak mu na imię, my nie wiemy, czemu on objawia się na planie poobdzierany i kapiący krwią, przez chaszcze się przedzierał? pobił z Igorem? przewrócił z rowerkiem? eny oder ajdijas?, ona nie wie, że to syn Idy, a on nie wie, że Ida się zatrzymała na wakacje u Doroty, słowem nikt nic nie wie, a Królowa Matka ma wrażenie, jakby jej ktoś wyrwał z książki ostatni rozdział.

Są też "ale", na które inni czytelnicy mogą nie zwrócić uwagi, bo są to "ale" subiektywne do bólu i tylko i wyłącznie jej własne, można je spokojnie zignorować, tym niemniej, Królowa Matka o nich napomknie.

Babcie głównej bohaterki, acz obiektywnie Królowa Matka uznaje, że bardzo dobrze opisane, denerwowały ja od pierwszej do ostatniej chwili. Te ich teksty, że biednieją z chwili na chwilę, bo letnicy nie przyjeżdżają, a letnicy nie przyjeżdżają, bo też zbiednieli od "złodziejskiego VAT-u", ale ogłoszenia w internecie nie zamieścimy, bo i po co, skoro wisi na słupie w gminie. A jak się już letnik trafi, to się mu podaje podwójną cenę, zapłacił, znaczy biedny nie jest, i to wcale nie jest kradzież ani oszustwo, no skąd, to uczciwa wręcz na wskroś wieś wielkopolska.

I nie wie Królowa Matka jak kto inny, ale ona nigdy więcej nie przyjechałaby do tego akurat domu na gościnnej wielkopolskiej wsi, choćby nie wiem, jak pięknego, jak malowniczo położonego, i choćby stosowne ogłoszenia wisiały na każdym słupie w każdej gminie i w całym internecie na dodatek, gdyby - po zażądaniu bez mrugnięcia okiem podwójnej ceny za pokój - gościnne gospodynie zasugerowały jej, że powinna myć się w jeziorze, aby nie napełniać szamba.

Tego, co myśli o  "robieniu sobie wakacji od wegetarianizmu" Królowa Matka, - która gdy dowieziono ją w charakterze potencjalnych zwłok do kliniki w Sąsiednim Grodzie, zwłok ledwo mówiących i nie będących w stanie usiąść bez pomocy, znalazła siłę, by odmówić spożycia mięsnego posiłku, gdyż wegetarianizm nie jest w jej odczuciu czymś, od czego robi się wakacje - nie napisze. Bo to jest jej bardzo, bardzo osobiste zdanie, w dodatku nie przepada za mówieniem o tym. Ale za to bywa w związku z tym zirytowana.

Powinna jeszcze wspomnieć o dzieciach w Jeżycjadzie, tu na przykład mamy Jędrusia Rojka, którego strasznie było żal Królowej Matce jako tego najmłodszego, lekceważonego w czasie rozmów, nie mającego odwagi przytulić seniora rodu, którego przemów nie rozumie (tu się akurat Królowa Matka nie dziwi) do chwili, gdy dotarło do niej, że mały Jędruś ma lat jedenaście... czyli jest o rok starszy niż Potomek Starszy.

No więc, krótko - nie, szanowna pani MM, dzieci jedenastoletnie to nie są istotki zachwycające się naiwnie "Och, dziadziuś znał ciocię, gdy ta była malutka!" oraz "babcia czyta książkę z napisem Ionesco", bo zazwyczaj - zwłaszcza te wychowane w domu pełnym książek - od wielu lat wiedzą, że "napis Ionesco" to nazwisko autora. Przed stworzeniem następnej dziecięcej postaci należałoby obejrzeć jakiś pierwowzór. A także posłuchać co i jak mówi.

To są jednak prywatne "ale" Królowej Matki, które można sobie spokojnie odpuścić.

Reszta poza "ale'ami" jest... przyjemna, a czasem... nie jest przyjemna, Królowa Matka jest zadowolona, że "Wnuczkę" przeczytała, ale ciągle nie jest pewna, czy ją sobie kupi, za każdym razem, gdy coś ją zachwyca pojawia się dla równowagi coś, co ją wkurza, gdy pojawia się coś, co ją wkurza pojawia się coś, co jej się podoba, a w dodatku tempo akcji w połowie dzieła klęśnie i robi się momentami nudnawo.

No ale.

Ale można "Wnuczkę" przeczytać. Dziury w mózgu nie zrobi, szlag człowieka na miejscu nie trafi, popsuci w poprzednich tomach bohaterowie zostaną trochę ponaprawiani. Parę razy się człowiek zaśmieje, parę razy zaduma, coś mu się spodoba, coś nie. Może zapadnie w pamięć, może z niej ptakiem wyleci natychmiast po zakończeniu lektury.

A potem taki człowiek sam zdecyduje, czy chce ją sobie kupić, czy przeczytanie raz wystarczy.

W końcu kupić się zawsze zdąży :).



piątek, 7 listopada 2014

To, co niemożliwe

"To jest niemożliwe" - oto zdanie, które wczoraj Królowa Matka słyszała najczęściej.

"To jest niemożliwe" mówili lekarze, jeżdżąc głowicą maszyny, która robi "ping" po Królowej Matce, a twarzą po ekranie, na którym pyszniło się jej serce.

"To jest niemożliwe" - powtarzali, przerzucając wyniki Królowej Matki, od pierwszego do najnowszego.

"Czy pani sobie zdaje, sprawę, że to jest niemożliwe?" pytali i cieszyli się jak dzieci, aż Królowej Matce robiło się ciepło na tym sercu, które podziwiali.

"Tu, tu, o tutaj - mówili, pokazując Królowej Matce lewą komorę na zdjęciu - widzi pani? Tutaj jest takie maleńkie, minimalne pogrubienie", i przyznawali, że gdyby nie świadomość, jak wygląda historia choroby Królowej Matki to by tego minimalnego zgrubienia nie zauważyli. Zwrócili na nie uwagę wyłącznie dlatego, że bardzo, bardzo szukali. Czegokolwiek, co by sprawiło to, co widzą nieco mniej niemożliwym.

Bo to, co tak naprawdę widzieli na ekranie to było całkowicie zdrowe serce całkowicie zdrowej osoby.

"To niemożliwe" mówił lekarz Królowej Matki, gdy dostał jej najnowsze wyniki. "Przecież przyjechała pani do nas z frakcją wyrzutową 15%, teraz ma pani 60%, czy pani ma pojęcie, jak rzadko się to zdarza?"

I rzucał liczbami, jest takie coś, o czym Królowa Matka cztery lata temu (a jej Czytelnicy do dziś) nie miała pojęcia, NT-proBNP się nazywa (N jest końcowym propeptydem natriuretycznym typu B) uwalnianym przez komory serca w odpowiedzi na przeciążenie objętościowe lub ciśnieniowe komór serca. Istnieje - jak twierdzi brat Gugiel, a nie mamy przecież powodów, by mu nie wierzyć -  istotna korelacja między stężeniem NT-proBNP a zaawansowaniem niewydolności serca wyrażonej klasami NYHA, i dla osób w wieku Królowej Matki wartość referencyjna NT-proBNP wynosi mniej niż 172 pg/ml.

Gdy wypisywano ją ze szpitala na pierwszą przepustkę miała ona tego, uwaga, 7194 pg/ml, a wielkość ta w dniu wypisu skoczyła do 8631 i wszyscy się wahali, czy w tych warunkach nie potrzymać jej na oddziale kilka dni dłużej, tak na wszelki wypadek.

Wczoraj miała 46 pg/ml.

"To jest niemożliwe - mówił jej lekarz, - to jest tak, jakby pani nigdy nie chorowała".

Po czym uspokoił Królową Matkę informacją, że wcale nie zamierzają jej tak od razu wyrzucać z Poradni Kardiologicznej,  a Królowa Matka, która czuje się tam jak w domu, i której nerwy koi fakt, że co jakiś czas przebadają ją ludzie, którym wierzy po prostu ślepo, odetchnęła z ulgą (i to jest ten fakt, którego nie pojmuje Pan Małżonek, tego oddychania z ulgą, a nie ślepej wiary, oczywiście :)).

Zaś przez cały czas badań i rozmów myślała Królowa Matka o tych wszystkich ludziach, co się modlili, każdy do tego Boga, w którego wierzy, i chodzili z pielgrzymkami, palili świeczki w intencji i trzymali kciuki, składali ślubowania, że jeżeli... to..., i tych co ją uparcie, nieraz metodą prób i błędów, leczyli, i podnosili na duchu, i tacy byli dla niej dobrzy, usiłowała ich sobie wszystkich przypomnieć i nie mogła, bo tak ich wielu było, a niektórych nie zna z twarzy, i nie wie nawet, jak się nazywają. A przecież tak im była wdzięczna, że mało jej nie pękło przepełnione wdzięcznością to prawie zdrowe serce.

I czuła, że ma dług wobec... wobec... no, nie wie, wobec kogo i wobec czego, i nie wie, jak się płaci długi tego typu, ale wie, że będzie się starać go spłacać, każdego dnia.


A dziś dziesiąte urodziny Potomka Starszego, dziesiąta rocznica chwili, która mogła stać się najgorszą w życiu Królewskiej Rodziny.


I tak oto w tym roku splotły się dni, w których dwa razy spotkało Królową Matkę to, co niemożliwe.

sobota, 1 listopada 2014

Suplement, czyli nie chcem, ale muszem

Czy Królowa Matka pisała w swoim własnym, wczorajszym poście, że książczyna pani Michalak
Ogród Kamili" jest stosunkowo nieszkodliwa i po prostu nudna?

Cofa to wszystko.

To znaczy, owszem, historia jest sztampowa, przewidywalna i nudna, i nawet chciała wczoraj się Królowa Matka przyznać, że nie ma w niej wiele, aby się poznęcać, kudy jej do idiotycznej do potęgi nieskończonej "Poczekajki" albo ordynarnego "Czarnego Księcia", nawet "Rok w Poziomce" się lepiej do znęcania nadawał jako powieść opisująca liczne byty astralne Katarzyny Michalak oraz pobranie szpiku do przeszczepu od ciężarnej w siódmym miesiącu, a tu nic, jeden opis reanimacji dokonany metodą "kopiuj-wklej-zmień imiona", i jedna pensja w wysokości 10 tys. złotych polskich dla księgowej bez doświadczenia - nie jest to wiele. Można się z tego pośmiać, można popukać w czoło, ale ani to tak szkodliwe, jak pisanie pani Michalak być potrafi, ani za bardzo głupie, mieści się w (rozciągliwej) konwencji gatunku "różowiutka powieść dla pań", niech tam.

I tak by pozostało, gdyby nie to zakończenie, to urwane zakończenie, które skłoniło jedną z Kochanych Czytelniczek (bardzo jest Królowa Matka wdzięczna, serio, bo - zdecydowanie - wolała wiedzieć to, co wie teraz) do przesłania już wczoraj "Zacisza Gosi", żeby sobie Królowa Matka sprawdziła, czy dobrze odgadła, co jest mroczną tajemnicą wrażego Jakuba. I które może skłonić wiele niewinnych, nie dość zniechęconych "Ogrodem Kamili" osób do nabycia kontynuacji.

Królowa Matka, jak wiadomo, kontynuacji czytać nie zamierzała, ale skoro ta przyszła do niej sama, czemu nie, zajrzała. Okazało się, że mroczną tajemnicę faktycznie odgadła w połowie dzieła, nie zaskoczyło jej to, i reszta, ta reszta, która skłoniła Królową Matkę do popełnienia suplementu też nie powinna jej zaskoczyć, a jednak.

Tajemnicą Jakuba (SPOILER! tak tylko Królowa Matka uprzedza) jest to, że jest w rzeczywistości tatusiem Kamili.

A resztą, która nie powinna zaskoczyć Królowej Matki jest to, jak powyższy fakt został przez Autorkę przedstawiony.

Osoby, które czytając wczorajszy wpis utknęły na przydługich cytatach Królowa Matka szczerze przeprasza, ale w tym wpisie cytatów będzie o wiele więcej. I musi ich być o wiele więcej, żeby zobrazować, dlaczego Królowej Matce podczas lektury podchodziły do gardła mdłości, a z piersi zrywał się złowrogi warkot, który tu, w tej chwili, ulewa się słowami.

A więc, Kochani Czytelnicy, Jakub, zanim został tatusiem Kamili, był nastolatkiem, którego "Przyjaciółki jego matki brały sobie nastoletniego chłopaczka, ot tak, niczym ciastko na deser, gdy tylko został przez jedną z nich rozdziewiczony. Miał wtedy czternaście lat, był nieomal dzieckiem, ale nadmiernie rozwiniętym i przedwcześnie dojrzałym. Hormony w nim buzowały i wystarczyło, że któregoś dnia jedna z tamtych, lekko podpita, wyciągnęła do chłopaka rękę, a gdy podszedł, bezceremonialnie wpakowała mu ją w spodnie, by stracił panowanie nad własnym ciałem".

Pozbawiony dziewictwa i wszechstronnie edukowany przez mamusine przyjaciółki (a wszystko dzieje się w małym miasteczku, gdzie każdy o każdym wszystko wie, zaś ludzie plotkują na prawo i lewo - ale tego akurat nie wie nikt, cóż za przypadek) chłopiec nie zadaje się wcale z rówieśniczkami, ponieważ "romantyczne trzymanie się z nastolatką za rączki już Jakubowi nie wystarczyło, on chciał dużo więcej i dużo szybciej, choć czasem dość miał łatwych kobiet, które rozkładały przed nim nogi, gdy tylko matki nie było w domu".

To gdzie wtedy, zrywa się warkot z ust Królowej Matki, do cholery, była? Jakim cudem w jej domu było ciągle pełno tych dojrzałych kobiet, "rozkładających nogi" przed czternastolatkiem, a jej - nie było? Czy tylko Królowa Matkę to zastanawia? 

W wieku lat szesnastu Jakub poznaje przyszłą mamusię Kamili, która - uwaga! - jest jego nauczycielką, chwilowo zastępującą nieobecną wychowawczynię. Młodzian popada w uczucie i   "Uwodził swą ofiarę przez wiele, wiele tygodni. Cierpliwie, bez pośpiechu przełamując jej wrodzoną nieśmiałość. Na wycieczkach starał się być jak najbliżej niej. W klasie wodził za nią spojrzeniem błękitnych oczu. Przypadkowe dotknięcie jego dłoni wywoływało rumieniec na jej policzkach, ale nie był to rumieniec gniewu...", ale wiele mu z tego nie przychodzi, albowiem "Aniela miała jednak niewzruszone zasady moralne – uczeń był uczniem. Koniec, kropka".

Niewzruszone. Zasady. Moralne.

Smarkacz się za nią snuje, przełamuje "jej wrodzoną nieśmiałość" (WTF?!), zawsze obok, zawsze patrząc w oczy, dotyka jej niby przypadkiem, a ona się rumieni "bez gniewu" i jej niewzruszone zasady moralne nie każą jej, na przykład, tak sobie podywagujmy, no, nie wie Królowa Matka, kazać dziecku spadać na drzewo? W eleganckich słowach, ale właśnie to? Zająć się nauką i/lub rówieśniczkami? A jeśli nie to - to chociaż zdecydowanie uciąć te wszystkie możliwości, by on jej ręki dotykał i patrzył głęboko w oczy???

Królowa Matka uczyła od 21 roku życia. Miewała uczniów młodszych od siebie o głupie sześć lat, zbudowanych jak młodzi bogowie (klasa pływacka, Kochani Czytelnicy), niektórych pięknych nad wyraz. Jej ulubiony uczeń był w czternastej wiośnie o głowę wyższy od niej. Zapewne wszyscy ci uczniowie wydzielali jakieś feromony i produkowali jakieś hormony. 

Do głowy Królowej Matce nie przyszło, by na nich spojrzeć pod tym kątem. Pojęcia nie ma, czy któryś za nią wodził spojrzeniem i usiłował siedzieć zawsze blisko. Nawet teraz, gdy o tym myśli to jej się blokada włącza, bo uczeń jest dla nauczyciela nietykalny, przezroczysty, bezwonny i nienaruszalny.

Dla wszystkich normalnych ludzi jest to chyba całkowicie oczywiste, jak Królowa Matka sądziła jeszcze do wczorajszego wieczora...

No, nic, Aniela razem z jej niewzruszonymi zasadami  po zakończeniu zastępstwa w klasie Jakuba godzi się udzielać mu korepetycji, chociaż wie, czym to się może skończyć, noale, godzi się, ponieważ jest samotna, a jest samotna, ponieważ "Owszem, tolerowano ją w szkole i do grona nauczycielskiego przyjęto – bądź co bądź odciążała koleżanki i kolegów w użeraniu się z uczniami – ale już poza szkołą ledwie odpowiadano na jej pozdrowienia" czyli w autorkasiowym uniwersum pełnym nieprzyjaznych sobie i pełnych złej woli ludzi bez zmian.

Jakub, jako fachowiec (gdyby komuś umknęło clou imprezy, Królowa Matka przypomina, że nadal  liczący sobie lat 16, słownie - szesnaście) nie rzuca się na panią profesor z łapami od razu, "Za to uniósł dłoń Anieli, wtulił gorące usta w jej wnętrze i rzekł niskim, zmysłowym głosem: – Kocham panią. Chciałem, by pani o tym wiedziała. A potem puścił bezwładną dłoń oniemiałej kobiety, spojrzał w jej złote oczy smutnym, pełnym beznadziei wzrokiem i zaprosił do swego pokoju. Aniela, przyciskając dłoń do mocno bijącego serca, wahała się przez chwilę. Oczywiście nie bała się, że chłopak zrobi jej krzywdę, mogła uciec w każdej chwili, bała się uczucia, które – zrozumiała to przed chwilą – żywiła do tego młodego mężczyzny".

Szanowna AutorKasiu oraz Szanowni Czytelnicy AutorKasi (bo Kochani Czytelnicy bloga Królowej Matki wiedzą to sami z siebie i przypominać im nie trzeba), szesnastoletni chłopiec nie jest "młodym mężczyzną". Szesnastoletni chłopiec jest człekokształtnym opakowaniem na hormony, a zadaniem o dziesięć lat starszej kobiety jest wiedzieć o tym i nie pozwolić sobie na żadne "żywię do niego uczucie" oraz "to tylko raz i nie do końca", ponieważ - uwaga, Szanowna AutorKasiu, skup się teraz i może, nie wie Królowa Matka, zanotuj sobie gdzieś - to ona powinna być w tym wypadku stroną dojrzałą, zwłaszcza, że przecież posiada "niewzruszone zasady moralne".

Pomimo zasad moralnych już "tydzień później, zaraz po tym jak pieścił ustami wnętrze dłoni kobiety, zaczął całować gładką, pachnącą i rozpaloną skórę nadgarstka, czując pod wargami oszalałe pulsowanie jej krwi, a gdy Aniela nie zaprotestowała, bo gorące pragnienie odebrało jej głos, ujął drobną, ładną twarz kobiety w dłonie i pochylając się ku niej, bo była dobre pół głowy od niego niższa, lekko, pytająco pocałował jej usta. Bezwiednie rozchyliła je, złote oczy pociemniały z pożądania. Nie musiała nic mówić. Zaczął całować tak, jakby to był pierwszy i ostatni pocałunek w ich życiu. Tak, aż obojgu zabrakło tchu. Aż ona zaczęła omdlewać pod jego dłońmi, a on z trudem pohamował się, by nie zerwać z niej sukienki i nie kochać Anieli tutaj, w holu, gdzie mógł ich nakryć byle listonosz. Jakub wiedział jednak, że gdy posunie się jeszcze dalej, ofiara zlęknie się i umknie, a jemu jeden jedyny, choćby nie wiem jak namiętny pocałunek nie wystarczył. Musiał zdobyć tę kobietę całą i do końca. Musiał posiąść jej ciało, serce i duszę. Tego właśnie pragnął".

Po pierwszym razie następują liczne kolejne, naprawdę, aż się Królowa Matka zastanawia, gdzie mieszkał ten młodzianek, w wypasionej willi z osobnym wejściem, czy, przeciwnie, w spelunie, w której nikt nie zwraca uwagi na obściskujące się pary, w każdym razie mamusi bohatera nie uświadczysz, Czytelniku, nawet w jednym zdaniu, o stronie nie mówiąc, wszystko jest po prostu cudownie, moralnie i wspaniale, i żadne z naszych gołąbeczków nie chce zmian, niestety "Zmiany zaś nie zamierzały pytać ani jego, ani jej. Po prostu nastały wraz z dwiema kreskami na teście ciążowym, po który Aniela pojechała do Warszawy, bo gdyby kupiła go w jedynej aptece w miasteczku, następnego dnia wiedzieliby wszyscy, że Jadwisińska, tak, ta świątobliwa, niedotykalska Jadwisińska, jest w ciąży. Ciekawe z kim...? I w końcu ktoś przypomniałby sobie, komu pani nauczycielka coraz częściej i z coraz większym oddaniem udziela „korepetycji" (co przecież nie czyni z niej jego nauczycielki, no skąd, i zależność przełożony-podwładny również nie zachodzi).

"Gdy Aniela ujrzała owe magiczne dwie kreski, pociemniało jej w oczach. Zlinczują ją! Koledzy i koleżanki z pracy, dyrekcja, rodzice uczniów, sąsiedzi... po prostu ją zlinczują, gdy padnie choć cień podejrzenia, że zaszła w ciążę z uczniem".

I wiesz co, cholerna AutorKasiu? MIELI BY RACJĘ. To się właśnie należało twojej ofierze miłości. Publiczny wstyd, publiczny ostracyzm, a jakby się dało, to i jakiś paragraf. To się w pale nie mieści, że można pisać takie rzeczy, że można sobie ulepić taką pełną niewzruszonej moralności bohaterkę, wepchnąć całość między te pieprzone, słodziutkie okładeczki pełne motylków, falbanek i kwiatuszków, i sprzedawać całość jako "ciepłą opowieść o uczuciach"!!!

Aniela znika z miasteczka i z życia Jakuba, on "Był młody i dość szybko pocieszył się, rozkochując w sobie następną, kolejną i jeszcze inną – kobiet zainteresowanych pięknym seksownym samczykiem nie brakowało" (ciągle mówimy o tym małym, sennym miasteczku, gdzie wszyscy o wszystkich, i tak dalej), aż wreszcie po latach, po dorobieniu się gigantycznej forsy, po zostaniu właścicielem prężnie działających firm, holdingów i innych manufaktur Jakub poznaje Kamilę, pałają do siebie uczuciem, na szczęście nim dochodzi do konsumpcji związku Jakub spotyka mamusię Kamili i dociera do niego, że poznał był mamusię jakiś czas temu, bardzo, ale to bardzo biblijnie.

Dociera do niego coś jeszcze.

– Ile ona ma lat? – wychrypiał, bo nagle zaschło mu w gardle. Te niespotykanej barwy złote oczy, takie same jak... – Ile Kamila ma lat?! 

na co Aniela zwraca się do niego temi słowy:

– Teraz o to pytasz, zboczeńcu?! Teraz, gdy próbowałeś dobrać się do mojej szesnastoletniej córki?! Naszej córki?!

Buahahahaha. No buahahahaha normalnie. "Zboczeńcu", tak? Facet, który NIE PRZESPAŁ się z szesnastolatką (i który w dodatku, co otwartym tekstem AutorKasia napisała, nie wiedział, że to szesnastolatka, widział bowiem, jak kupowała w barze drinka legitymując się, a do głowy mu nie przyszło sprawdzać, czy aby nie wylegitymowała się lewym dowodem czy kartą biblioteczną) jest zboczeńcem.

To kim jest kobieta, która regularnie sypiała z szesnastolatkiem, doskonale wiedząc, ile on ma lat, wykorzystując nieobecność jego mamusi i w dodatku będąc jego nauczycielką? 

No, kim ona jest, droga pani Michalak? 

Ofiarą samotności, tak?

Ofiara samotności i zuych, zuych ludzi nawija dalej (a Ty, Miły Czytelniku, spójrz na obrazek i znajdź trzy różnice): 

– Zmieniłeś się choć na jotę? Powiedz, Jakub. Ile dziewczyn miałeś od naszego ostatniego spotkania? Ile czasu zajęło ci omotanie szesnastoletniego dziecka? Miałeś w ogóle jakieś opory? Sumienie choć szepnęło, że Kamila jest za młoda na takie zabawy? Powiedz szczerze, sukinsynu...

Ile czasu zajęło twojej niewzruszenie moralnej pani nauczycielce omotanie szesnastoletniego dziecka, droga AutorKasiu?

Miała w ogóle jakieś opory?

Sumienie choć jej szepnęło, że Jakub jest za młody na takie zabawy?

Nie znalazłeś różnic, Drogi Czytelniku? Nopaczciepaństwo, Królowa Matka też nie, tylko jej od czytania  w oczach ciemniało i przysięga, ze gdyby miała autorkę pod ręką, to...

No, może lepiej, że nie miała.

Zwłaszcza, że to nie było creme de la creme tej historii, jakże pięknie pieniącej się, bulgoczącej i emitującej w przestrzeń swe zgniłe wonie na zaledwie dwudziestu kilku pierwszych stronach opowieści.

Bo creme de la creme brzmiało tak:

Jakub Kiliński nie był bezwolną ofiarą wyrachowanej, niewyżytej nauczycielki, której piękno chłopaka i jego młode chętne ciało przewróciły w głowie, to on był prowokatorem, to on wykonał pierwsze kroki i jeżeli już ktoś kogoś uwiódł, to Jakub Anielę, a nie odwrotnie. Oczywiście to nie miało prawa w ogóle się wydarzyć, jeśli jednak już kogoś obwiniać... (zgadnij, czyje podkreślenia, Czytelniku)

Tylko, że wcale nie.

Prawo zwyczajowe, prawo moralne, prawo karne w końcu zakłada że osobą odpowiedzialną zawsze jest osoba dorosła. Choćby szesnastolatek był nie wiadomo jak piękny, nie wiadomo o ile głów wyższy, nie wiadomo, jak cudownie zbudowany, i nie wiadomo jak bardzo rozsiewający feromony, to na osobie dorosłej spoczywa cała odpowiedzialność, ponieważ nastolatek  nie jest tak naprawdę w stanie podjąć decyzji w temacie przyzwolenia na podjęcie z nim określonych czynności seksualnych. Każdy, kto je z nim podejmuje, narusza jego wolność seksualną i to nie dlatego, że narusza jego wolę w tym względzie (bo szesnastoletnie chłopię może na czynności takie zezwalać, a nawet je inspirować, i to z okrzykami entuzjazmu na ustach), lecz dlatego, że nie jest on w stanie należycie przewidzieć wszelkich realiów i implikacji swej decyzji.

Stworzenie podobnej sytuacji i podobnej pary w słodkiej historii o miłości jest obrzydliwe, obrzydliwe tak bardzo, ze Królowa Matka niemal wymiotowała, czytając to, a właściwie - kończąc czytanie, bo poza te dwadzieścia parę stron nie wyszła i już nigdy nie wyjdzie. Wcale nie jest ciekawa, co się przydarzy obleśnym bohaterom AutorKasi, kto i ile razy zostanie prawie zgwałcony (jeśli będzie pozytywną bohaterką), albo zgwałcony (ale dobrze jej tak, bo jest bohaterką negatywną), okradziony, oszukany, ubabrany w tym błocie, które tworzy pani Michalak, by je następnie opakować w pozłotko i róże, i sprzedawać jako kojące nerwy opowieści o wielkich uczuciach.

Królowa Matka spyta tylko - czy ktokolwiek z Was, Drodzy Redaktorzy niegdyś szanowanego wydawnictwa "Znak" czyta ten szit, zanim go przyklepie do druku? Czy wystarczy Wam, że przyniesie Wam kasę, więc nieistotne, jak będzie cuchnąć, jakie szkodliwe treści głosić, jak fatalnie będzie napisany? Czy macie ludzi, którzy sprawdzają treść, zanim na oficjalnej stronie wydawnictwa napiszą o "tej niezwykłej, wzruszającej historii o przyjaźni i miłości", czy tylko oglądacie okładkę, a widząc na niej te wszystkie loczki, falbanki, koronki i kwiateczki myślicie: "To o miłości!" i piszecie, co Wam klawiatura na język przyniesie? Czy zadawalacie się recenzjami rozkochanych fanek na Lubimyczytać, czy czasem ktoś jednak rzuci okiem na to, co te fanki, łykając wszelkie obrzydliwości jak gęś kluski wyłącznie dlatego, że zostały opakowane w różową bibułkę, tak naprawdę czytają?

Czy Wy się w ogóle nie wstydzicie promować podobnego... czegoś własnym znakiem towarowym?

Królowa Matka by się wstydziła.

Wstydzi się i za Was.