niedziela, 21 września 2014

Wesoły nam dzień dziś nastał

Jakiż, zapytasz, o Czytelniku, jakiż to dzień?

Chociaż oczywiście nie powinieneś pytać, tylko sam wiedzieć.

Jest to bowiem dzień, w którym trzy lata temu Królowa Matka zadebiutowała jako blogerka, nieśmiało i pełna wątpliwości (zupełnie jak nie ona, nieprawdaż, tu chwila przerwy na porozumiewawczy a sarkastyczny chichocik) postem o swojej Rodzinie, udostępnionym dla całych trzydziestu znajomych osób, bo kto inny chciałby to czytać.

Słowem, jest to dzień (no, rocznica dnia, żeby być precyzyjną jak wzorzec metra w Sevres), który w historii polskiej blogosfery powinien być zapisany złotymi literami, a może nawet wyryty w marmurze, też złotymi literami, i jeszcze wysadzanymi diamencikami, a co se będziemy żałować, i ozdobiony bukietami roślinności ozdobnej, niemalże jak ten dzień, gdy w polskiej blogosferze narodził się Kominek ;P.

Dzień przed urodzinami (trzecimi! Tym samym blog Królowej Matki osiągnął wiek przedszkolny :)), niewątpliwie w charakterze prezentu Zakurzona (czyli Ela) zaprosiła Królową Matkę na spotkanie blogerów, ekhm, ekhm, książkowych i nie dała się od tego pomysłu odwieść ani protestami, że jaka tam Królowa Matka książkowa, ani ponurymi proroctwami, że całe spotkanie przesiedzi ona w kąciku, patrząc na zebrane Wyśmienite Towarzystwo wielkimi oczami wiejskiej, excusez ewrybody, kretynki i uśmiechając się mało inteligentnie, co też istotnie nastąpiło.

Królowa Matka, która, godząc się na spotkanie była w rzadko ją napadającym, a mało rozsądnym nastroju "a co mi tam", wczoraj, zjawiając się w Stolicy w charakterze niewyspanej (pobudka o piątej rano, Kochani Czytelnicy!), wymiętej i bladej zmory z worami pod oczami była już w nastroju "oranyboskie, co ja zrobiłam!!!", kwitnącym w niej bujnym kwieciem mimo niesprzyjającej pory roku, spotkanie spędziła jak przylutowana do zajętego natychmiast po wejściu do sali krzesełka i odważyła się odezwać tylko do Oisaja, Zacofanego w Lekturze i Pauliny, ale to dlatego, że ona odezwała się pierwsza :).

Nawet na zdjęciu jest tam, gdzie jej nie widać (i tylko dlatego je tu zamieszcza ;)).

z aparatu Ann RK
No ale, wiecie, Kochani Czytelnicy, jeszcze do Mariusza Szczygła się odezwała, czy też trafniej byłoby napisać - zebrała się na odwagę, by się odezwać (odpowiedniej ilości odwagi na wcześniejszym spotkaniu z Ignacym Karpowiczem zebrać jej się nie udało), i chyba nawet nie bełkotała zanadto ani pensjonarsko nie chichotała (nie jest tego pewna, a jeśli to się gdzieś nagrało pokornie uprasza Odnośne Władze o zniszczenie dowodów). W każdym razie Mariusz Szczygieł też się do niej odezwał, i nawet podpisał się na książce, o:


a na wspólne zdjęcie się Królowa Matka nie załapała, bo Polski Bus był bezwzględny i nijak nie chciał poczekać.

I, choć może nie wynika to z powyższego opisu, było baaaardzo miło, i całkiem niewykluczone, że gdyby kiedyś trafiła się jakaś powtórka, a Ela, nie nauczona smutnym doświadczeniem chciałaby na tę powtórkę Królową Matkę zaprosić, istnieje szansa, że odezwie się ona do sześciu osób.

I tak, po jakichś dziesięciu spotkaniach, porozmawia z wszystkimi :).

A teraz Królowa Matka siada wygodnie i przygotowuje się do przyjmowania Życzeń, Bukietów Kwiecia, którymi - jak się spodziewa - zostanie za chwilę obrzucona przez Kochających Admiratorów jej bloga, i Wyrazów Uwielbienia, na otrzymanie których oczywiście nie nalega i nie wywiera w tej sprawie żadnych nacisków, a także do wysłuchania zbiorowego odśpiewania "Sto Lat". Na co również nie nalega.

No skąd :).

czwartek, 18 września 2014

Ogłoszenie parafialne

Z wielką przykrością musi Królowa Matka zawiadomić, że zmuszona była wyłączyć na blogu opcję komentowania przez anonimowych czytelników. Pisze "z przykrością", ponieważ ma wielu Czytelników, którzy anonimowi nie są, choć się nie logują, aby komentować, zawsze się jednak podpisują, i wie, że teraz ryzykuje, że ci Czytelnicy przestaną się odzywać, ale - naprawdę, naprawdę - już powoli nie wytrzymywała. Tylko w ciągu ostatniej godziny, gdy Królowa Matka szperała sobie po zaprzyjaźnionych stronach na FB, od czasu do czasu rzucając okiem na statystyki bloga, pojawiło się około trzydziestu anonimowych komentarzy. Wszystkie w zachwyconym tonie, wszystkie łamaną angielszczyzną, wszystkie zatroskane, że blog Królowej Matki tak im się wolno ładuje albo zapytujących, czy Królowa Matka ma problem z hakerami, wszystkie wygenerowane przez automat i wszystkie zakończone propozycją nie do odrzucenia, by Królowa Matka odwiedziła ich stronę i zainteresowała się, na ten przykład, kupnem viagry w promocyjnej cenie, powiększeniem sobie tej części ciała, której dziwnym trafem Królowa Matka nie posiada, ale ojtam, ojtam, wycieczką połączoną z pielgrzymką po Indiach, albo jakąś nową, rewelacyjna dietą polegającą na jedzeniu korzonków i szarańczy w miodzie, i nawet nie miała Królowa Matka komu napisać, że nie taka ona nowa, ta dieta.

Królowa Matka może i powinna się cieszyć, bo jak była bardzo początkującą w tym biznesie to takich anonimowych entuzjastów jej bloga, zachwyconych szatą graficzną i kolorystyką, trafiało jej się dwóch-trzech tygodniowo, z czego można wywnioskować, że teraz tak bardzo początkująca już nie jest - ale jakoś się nie cieszy. Za to za każdym razem, gdy usuwa tuziny wiadomości gula jej skacze oraz serce wpada w palpitację, a także szlag trafia, a jak wszyscy wiedzą jest słabego zdrowia i podobne emocje są dla niej niewskazane.

Oczywiście urażeni Anonimowi Czytelnicy mogliby słusznie zauważyć, że czego się głupia baba czepia, niech się cieszy, że ktoś w ogóle pisze, może być łamaną angielszczyzną, a w ogóle nawet na komentarze po polsku nie odpowiada (ale odpowie! słowo harcerza! w październiku, jak znów ożyje!), więc po co się wysilać i logować, a potem wywnętrzać, pisać, liczyć na odpowiedź i zyskiwać w zamian głuchą ciszę; i mieliby rację, no ale jednak... nie.

Królowa Matka ma dość.

Pozostaje jej tylko liczyć na to, że Waku, Bromba, Uboga Staruszka, Ciociasamozło, Naomi, Edytek38, Alva oraz ci wszyscy Anonimowi Czytelnicy (i te wszystkie Czytelniczki :)), których nie wymienia tu Królowa Matka z podpisu nie przestana jej czytać, a i może skomentują kiedyś, zalogowawszy się wprzódy.

Na co Królowa Matka żywi niezłomną nadzieję.

niedziela, 14 września 2014

Potomki jakie są, i dlaczego

Spacerek po Starym Mieście, Rodzina, kłębiąc się na wąziutkim chodniczku mija sklep obuwniczy "Joanna", Potomek Starszy wznosi miłośnie oczęta na Królową Matkę. 

Potomek Starszy (czule) - Widzisz, mamusiu, jaka jesteś sławna, nawet sklep się nazywa tak, jak ty!
Królowa Matka (ponuro) - Aha. To bardzo miłe, co mówisz, synku, tylko, widzisz, ja nie mam na imię Joanna.
Potomek Starszy (niefrasobliwie) - A, fakt. Zapomniałem.


Raport z placu boju żywieniowo-wydalniczego Pompona Młodszego - otóż Pompon Młodszy zaczął jeść. Co tam jeść, Pompon Młodszy zaczął, ikskjuz mi i uczciwszy uszy, żreć. Nigdy Królowa Matka nie podejrzewała, że będzie kiedykolwiek rozważać bankructwo z powodu niemożności wykarmienia akurat tego ze swych licznych synów, a tu, wot, kakij serprajz.

W związku z powyższym Królowa Matka, patrząc z mieszaniną fascynacji i zgrozy na swoje najmłodsze dziecko, pożywiające się "bułecką psekrojoną z kiełbaską w środku, i zodkiewką, i ogórem, ale das mi jesce ogórka do ręki, taki duży kawał, mama? o, i ten kawałek kiełbaski tez możem, mama? możem?" wznosi okrzyki: "Elfy mi dziecko podmieniły, elfy! Podmieńca chowam, o, dlaboga, dlaboga!!!", skutkiem czego Pompon Młodszy popada w typową dla siebie cholerę i wrzeszczy, purpurowiejąc na twarzy i gdyby nie to, że jest chudziutki jak trzcinka groziłoby mu natychmiastowe padnięcie na apopleksję: "Nie jestem elfem!!! Nie jestem zadnym elfem!!! Elfy nie psechodzą do nasego świata, a ty, mama, po prostu GUPOTY MÓWIS!!!", a w jego komplementach pojawiła się nowa nuta:

Pompon Młodszy (z uczuciem) - Ty bardzo kochana jesteś, mama. bardzo. Jesteś kochana, i miła, i całkiem fajna. (patrząc na Królową Matkę z uwielbieniem) I wcale nie jesteś elfem.

Cholera, a taką Królowa Matka miała nadzieję chociaż na nikłe podobieństwo (minus snucie się*:)).


Po upojnej nocy pełnej "duzi deść buzia pfff!!!" (kopyrajty za tak malownicze i eleganckie określenie womitowania należą się niespełna dwuletniemu Pomponowi Młodszemu, który w ten właśnie sposób ze szczerym zachwytem opisał swój własny wyczyn, dokonany, nawiasem mówiąc, pod stołem miedzy nogami krzeseł, bo womitowanie w warunkach łatwych do sprzątnięcia nie jest dla twardzieli), przebierania, przytulania, podawania środków przeciwgorączkowych, trzymania za rączkę, "mamusiu, a zrobisz mi herbatki?", "mamusiu, ja wcale nie spałem, może z godzinkę", "mamusiu, znowu mi niedobrze!!!", "mamusiu, przepraszam, że cię znów obudziłem, posprzątasz?", oraz sprzątania, rano:

Potomek Młodszy (z zachwytem) - Mamusiu, ty naprawdę jesteś teraz naszą służącą!

Nosz fak.

Dobrze, że dopiero teraz ;D.



A ponadto Potomek Młodszy pisze przeróżne słowa ręcznie, na ten przykład: 

PYÓDEŁKO

oraz na klawiaturze:

"krululofa mama"

po którym to haśle, wklepanym na smartfonie Braciszka
z wywalonym jęzorem i zmarszczonym czołem, wszedł był na królewskomatczynego bloga.

To chyba początek końca...


oraz  wkład Potomka Młodszego w ortografię kreatywną, którego to wkładu, nieprawda, nigdy dość.


No i jeszcze.

Poranek w Domu w Dziczy. Pan Małżonek kroi chleb na kanapeczki, Królowa Matka bełta jajka na jajecznicę.

Pan Małżonek (nagle, bez związku kompletnie z niczym, za to entuzjastycznie, głosem i tonem, które w innych okolicznościach przyrody powodują natychmiastowe zmaterializowanie się w okolicy podobnie zachowujących się osobników radiowozu policyjnego oraz grzeczną prośbę stróżów prawa o podmuchanie w balonik) - Sznuuuur kormoranów w locie splata się....!

Królowa Matka (dołącza tym samym tonem i na podobnym poziomie decybeli) - ... pożegnać pragnie dzień!!!! (razem, pijackim chórkiem, a nawet, co będziemy tu ściemniać, całym chórem) OSTATNI DZIEŃ W MAZURSKICH STRONACH...!!!

Potomki (igrają na dywanie małpkami, co spadają, zamiast wpatrywać się w Rodzicieli z jakimś szczególnym osłupieniem, są bowiem do nich przyzwyczajone).

Pan Małżonek (kładąc na chleb pomidora z sałatą, radośnie) - A teraz bym się napił!

Królowa Matka (przysmażając kiełbaskę sojową, nie mniej radośnie) - Tak!!! Jakoś trzeba ten śpiew uzasadnić!!!

I jak Potomki wychowane w podobnych warunkach mają być normalne.




* Królowa Matka nie wie, czy zwróciłeś uwagę, Miły Czytelniku, ale kanoniczne elfy, te wyprodukowane przez Petera Jacksona, się snują. Przeważnie. Głównie. No, cóż, bez przerwy. W zasadzie bez przerwy. Jak się tylko pojawiają na ekranie wszystko wpada w slow motion, muzyka w tle nabiera uroczystych, nieco posępnych, rzekłaby Królowa Matka, mistycznych tonów, a na jej tle elfy się snują ze wzrokiem wbitym w odległy punkt w przestrzeni i nie zmieniając wyrazu twarzy oraz powodując wydłużenie filmu o jakieś półtorej godziny, średnio pół godziny na każdą część. Ciekawa jest Królowa Matka, kiedy produkują te wszystkie piękne rzeczy, które ich otaczają w Lorien, kiedy tkają te migoczące materiały i przekuwają miecze, bo przekuwać miecz w slow motion to można sobie krzywdę zrobić chyba.

Tak czy inaczej, Królowa Matka chciałaby być tym elfem (chociaż teraz już na sto procent wie, że nigdy nie będzie), który się NIE snuje. Takie chyba też istnieją?

sobota, 6 września 2014

Dlaczego Królowa Matka nie ma warunków do trwania w depresji

Przesyłki przyszły we wtorek.

Jednej się Królowa Matka spodziewała.

Ta, której się nie spodziewała była mniejsza, miękka, i Królowa Matka nie miała pojęcia, co mogła zawierać. Przez kilka godziny nie wiedziała też, kto jest nadawcą, bo o przybyciu przesyłki poinformowała ją telefonicznie Mama, która nie mogła doczytać się nazwiska na odwrocie koperty.

W kopercie było kwieciste, mięciutkie, ozdobione staroświecką koronką do wiązania...


wykonane własnymi, spracowanymi rękami Nadawczyni etui...


dzięki któremu bezdomne do tamtej chwili szydełka Królowej Matki, przechowywane niedbale w kubeczku na stoliku w formie bezładnego pęczka przestały być bezdomne.


Jarecko kochana,  dziękuję Ci najbardziej na świecie, wzruszyłam się dogłębnie, a przy okazji zaoszczędziłaś Królowej Matce pracy przy robieniu własnego etui, które miała w planach od hohohoho, jak dawna, z tym, że jej miało być na szydełku i miało powstać już, zaraz, jak tylko upora się z tym, co teraz robi, czyli innymi słowy szydełkom Królowej Matki groziło pozostanie bezdomnymi na wieki wieków. I przeprasza Królowa Matka, że dziękuje dopiero teraz, ale sama wiesz, jak jest, jak się jest mamunią wielodzietną i pracownicą placówki oświatowej zarazem, w dodatku we wrześniu.


W przesyłce, której się Królowa Matka spodziewała było bezcenne, zawierzone w zaufaniu, zaopatrzone w autograf Autorki oraz dedykację "Dożywocie",


które sobie Królowa Matka teraz czyta niespiesznie (mając nadzieję, że Szanowny Właściciel nie ma nic przeciw tej powolności, naprawdę trudno lecieć z lekturą w szalonym pośpiechu gdy się jest: patrz wyżej, ale jakby jednak miała się Królowa Matka spieszyć uprasza się Szan. Właściciela o popędzanie bez litości i względów dla królewskomatczynych siwych włosów i słabego zdrowia), używając bileciku od Jareckiej jako zakładki



a w dodatku pod koniec dnia takie coś jej się na blogu zrobiło:


i Królowa Matka zaczyna nieśmiało podejrzewać, że do końca roku może uda jej się osiągnąć pół miliona, a wiecie Państwo, dla prowincjonalnej Wielodzietnej Patologii z Blogiem Śmieciowym I O Dzieciątkach jest to osiągnięcie niewyobrażalne,

więc, naprawdę, wobec powyższych okoliczności nie ma głowy do tego, by popadać w depresję.

Za co serdecznie dziękuje :).


poniedziałek, 1 września 2014

Szkolnie, przedszkolnie, depresyjnie

Posiłkując się Jedynym Ukochanym Komiksem Jedynego I Ukochanego Billa Wattersona Królowa Matka dokona Wpisu Obrazkowego, bowiem nie od dziś wiadomo, że obraz starczy za tysiąc słów, a w dodatku Aż Takich Słów to Królowa Matka nie zna.

Oto stosunek Potomka Starszego do idei powrotu do szkoły:


Oto stosunek Potomka Młodszego do powrotu do szkoły:


a werbalnie wygląda to mniej więcej tak:


(plus radosne pogwizdywanie).

Oto stosunek Pompona Starszego do pójścia do przedszkola:


(co nie stoi w nijakiej sprzeczności z faktem, że to właśnie Pompona Starszego odebrała Królowa Matka i Pan Małżonek po kilku godzinach zapuchniętego od płaczu i przepełnionego niechęcią do świata).

Oto stosunek Pompona Młodszego do pójścia do przedszkola:


tylko bardziej.

A Królowa Matka w tym wszystkim, cóż, Królowa Matka wygląda i czuje się tak:




też tylko bardziej. Bardzo, bardzo, BARDZO tylko bardziej.

Królowa Matka pamięta, jak rok temu przy okazji rozpoczęcia roku szkolnego i własnego powrotu do pracy żegnała się z blogiem i Czytelnikami, i jednak się nie pożegnała. Jednak pisała, i to nawet bez szczególnych przerw, jednak przeżyła tamten rok, jednak się udało.

Ale tylko ona wie, jak bardzo wiele ją to kosztowało. Ile wysiłku musiała w to włożyć. Tylko ona, bo tak naprawdę nikomu o tym nie mówiła, chociaż Pan Małżonek, a i Czytelnicy tego bloga mogą mieć wrażenie, że było inaczej. A jednak. tak naprawdę nikt poza nią nie wie, jak wiele przez cały poprzedni rok straciła, jak bardzo nic nie zyskała, jak bardzo nie było warto i jak bardzo przeraża ją to, że nigdy nie będzie inaczej, jak wiele jest już nie do odzyskania i jak nic nie wartą rekompensatą za to obezwładniające zmęczenie, nieustający stres i utratę kontaktu z własnymi dziećmi były te dwa miesiące wakacji, które wszyscy uważają za nadprogramowy przywilej opływających w inne przywileje obiboków zwanych nauczycielami.

A ten rok będzie gorszy i trudniejszy, bo wejście Pomponów w przedszkolne życie nie odbywa się jak po maśle, a Potomek Starszy rozpoczynający klasę czwartą jest głównie przerażony, ale nic a nic bardziej poukładany, mniej beztroski i chociaż ociupinkę porządniejszy niż dwa miesiące temu, gdy żegnał swoją oswojoną szkolną codzienność i Panią, która miała do niego - z zagadkowych przyczyn - słabość i dużo wyrozumiałości dla jego ekscentrycznej duszy.

I tylko Potomek Młodszy wchodzi w ten rok ulgowo w swojej miłej klasie z miłymi Wychowawczyniami i miłą, malutką salką, i aż się Królowa Matka przestraszyła, jak to napisała, bo wiadomo, że Licho nie śpi i zaraz okaże się, że ten Potomek, o którego najmniej się martwiono będzie wymagał najwięcej uwagi, z dowolnych przyczyn.

Więc już nic więcej Królowa Matka nie napisze, tylko sobie pójdzie.

Dalej sobie nie radzić.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Kończąc wakacje z przytupem

Rodzina Królowej Matki postanowiła rozjaśnić sobie koniec wakacji biorąc udział w Skyway Festival, czyli, mówiąc po ludzku, Festiwalu Świateł.

Pan Małżonek, który był świadkiem budowy tej imponującej instalacji

Źródło

zataił ten fakt przed Potomkami Starszymi, dzięki czemu mogły one doznać histerycznego entuzjazmu odkrywając nie tylko, że ulica Szeroka w ich rodzinnym mieście została efektownie przebudowana, ale że w dodatku przebudowa ta migocze, błyska, mieni się i jest po prostu porywająca,





a także, i owszem, ogłusza, bowiem podkład muzyczny do tego migotania powalał niby fala uderzeniowa bomby wodorowej. Doprawdy, tak się Królowa Matka zastanawiała usiłując uporządkować wszystkie rozedrgane komórki mózgowe, które wskutek wpadnięcia w rezonans znajdowały się nie w tych miejscach, w których powinny, czy to tak wolno? Wokół pełno zabytków klasy "0", powpisywanych na przeróżne listy z listą "Unesco" na czele, o mieszkańcach tych zabytków nie wspominając, a tu cegła zgrzyta o cegłę, meble w kamienicach się samoczynnie przesuwają, rodowa porcelana drży w licznych etażerkach, a rodowe sztućce z Ikei - w licznych szufladach, psy dostają herzklekotu, tynk się kruszy i tylko patrzeć jak zacznie spadać na głowy patrzących w górę na te wszystkie migotania (i te spadające migoczące sopelki, bardzo śliczne, rzekła z zadowoleniem sroka w Królowej Matce) zachwyconych torunian jeśli tylko komuś przyjdzie do głowy taka fantazja, by jeszcze ociupinkę podgłośnić ten cały Queen z Pavarottim na przemian.

Ale migotało prześlicznie (spadające sopelki, że się tak Królowa Matka powtórzy, cacuszko!), a malowidła światłem na kamienicach były wspaniałe, jak również Keanu Reeves zachęcający do zwiedzania województwa kujawsko-pomorskiego, chociaż tu Królowa Matka zgaduje, bo chociaż bardzo chciała usłyszeć, jak też on to "kujawsko-pomorskie" wymawia, nie usłyszała, bo co się Keanu pojawiał na ekranie ją zagarniał i niósł gdzieś tłum i musiała w tym tłumie łapać swoje dzieci, też zgarniane i niesione w jakąś migocząca światłami dal.

Nazajutrz zaś Pompon Młodszy postanowił spektakularnie uczcić koniec wakacji, spadając z fasonem z (czterech, ale intencje się liczą, no i czyniony przy okazji hałas!) schodów, a podkreślić należy, że schody w Domu w Dziczy są młynarskie, czyli takie bardziej strome, dopiero na samym dole tworzące podest, na którym Dziecię wyhamowało nim rąbnęło plecami o ścianę.

Pompon Młodszy już wcześniej umilił mamuni i tatusiowi (ale mamusi bardziej, bo to ona spędzała z nim 24 godziny na dobę) ostatnie dziesięć dni wakacji chorując na nie-wiadomo-co. Nie-wiadomo-co objawiało się tym, że Dzieciątko, nie tracąc apetytu ni doskonałego nastroju w dzień, w nocy przestało spać, a przez całą dobę - wypróżniać się. A ponieważ, jak Uważnemu Czytelnikowi wiadomo, mówimy o dziecku, które sprowokowało Królową Matkę do napisania jedynego w jej karierze postu o kupkach brak tychże był zjawiskiem alarmującym. Królowa Matka, która popełniła ten błąd, że udała się po diagnozę do internetu, chudła ze stresu, dopatrując się u Pompona przeróżnych straszliwych objawów przeróżnych straszliwych jednostek chorobowych oraz spała średnio dwie-trzy godziny na dobę w piętnastominutowych odcinkach, a Pompon Młodszy chudł jej do towarzystwa, zaś jedyne, co różniło go od mamuni to wilczy apetyt i różowiutki humorek. Zaordynowane przez specjalistę lekarstwo do picia przepływało przez niego nie czyniąc mu nijakiej szkody ani, i owszem, nie przynosząc korzyści, zaordynowany przez wyż. wym. specjalistę czopek jak najbardziej skutek przyniósł, ale tylko raz, do kolejnego zapodania bowiem potrzeba by było ze trzech silnych (i głuchych jak pnie) facetów, a w takich okolice Domu w Dziczy nie obfitują, zaordynowane przez Zrozpaczoną Matkę suszone śliwki okazały się, trzebaż trafu, jedynymi suszonymi owocami, których Pompon Młodszy nie lubi, jaki to, nieprawda, pech normalnie, za to Dziecię wyczuło pismo nosem i zaczęło stosować metodę "na gnącą się leliję" w celu zdobycia przeróżnych dóbr materialnych, jak to słodycze i te suszone owoce, które nie są śliwkami, oraz niematerialnych, jak na przykład masaż pleców i brzucha oraz spanie z rodzicami w ich łóżku.

Która to metoda przestała działać pewnego pięknego dnia, gdy Pan Małżonek, wróciwszy z pracy i ujrzawszy skulone na fotelu Wielkie Oczy Na Patyku, które kiedyś były Pomponem Młodszym porwany Ojcowskim Uczuciem chwycił w ramiona tę, nieprawdaż, delikatną i słodką Kruszynę z zamiarem przytulenia jej do wezbranego Emocją łona, na co Kruszyna warknęła głosem jak świst pejcza: "NOSIĆ MASZ, NIE TAK STAĆ!!!".

Zdekonspirowawszy się w ten sposób Pompon Młodszy przestał wymuszać na Rodzicach dodatkowe dobra i usługi, a nawet zaczął spać i w ogóle dochodzić do siebie, ale tycie jednak chwilę zajmuje i Pacholę, spadając ze schodów z łomotem, nadal było chude jak szkielecik obciągnięty skórą.

I gdy tak Królowa Matka siedziała na ziemi, z ryczącymi na trzy głosy: spadniętym Pomponem Młodszym, przerażonym Pomponem Starszym i przejętym Potomkiem Młodszym w objęciach to, przysięga, gdzieś jakąś częścią mózgu myślała, że jak pojedzie z Pomponem do szpitala i powie, że dziecko spadło ze schodów to nikt jej w to nie uwierzy, to jest klasyczna wymówka patologii, wielodzietnych i nie-wielodzietnych, tych, co przywożą na ostry dyżur dzieci pobite i zagłodzone, i wyglądające wypisz-wymaluj tak, jak Pompon Młodszy, z siniakami na plecach w miejscu, w którym kręgosłupem przejechał po schodku i z rozciętą powieką, z której się leje krew, i takie wychudzone, że strach patrzeć.

Do szpitala jednak nie pojechali, bo Pompon Młodszy na samo słowo "lekarz" dostał takiej histerii, że mu się rana na powiece otworzyła i zaczęła krwawić, Pompon rozmazywał sobie krew po twarzy przybierając wygląd Jokera z Batmana, nie dawał się obejrzeć ani dotknąć i Królowa Matka ma pytanie, bo może jest na sali lekarz, co się robi w szpitalach z dziećmi w stanie histerii? Bo ona miała takie przeczucie, że bardzo na nie krzyczy albo przytrzymuje za pomocą dwóch silnych pielęgniarzy, a wtedy, obawia się, sama zaczęłaby się zachowywać tak, że może nie wystarczyliby pielęgniarze, może by i policje trzeba było wezwać (to znaczy, o ile nie zostałaby już wcześniej wezwana na skutek podejrzenia o znęcanie się) i Królową Matkę wyrzucono by z sali, a zostawienia Pompona Młodszego samego to ona sobie nie wyobrażała. Więc obiecała Pomponowi, że nigdzie nie pojadą, na co Dziecię uspokoiło się natychmiast i spytało, pochlipując z rzadka: "A das mi tutejka? On pomaga!".

Podleczony "tutejkiem" Pompon Młodszy dał się obejrzeć, oględziny ujawniły rozcięcie na powiece i dwa siniaki na dwóch kręgach, poza tym chłopczyna zginał i prostował wszystkie kończyny bez protestów, dotykał nosa i mostka brodą, a kwadrans po upadku zrobił awanturę z wyzwiskami, bo zła Królowa Matka nie chciała go popychać na rowerku po drodze przed furtką, a wyłącznie w ogródku, więc Rodziciele uznali, że tym razem złego diabli nie wzięli, co nie zmieniło faktu, że spędzili upojną noc na bieganiu do łóżeczka Pompona przy każdym jego sapnięciu przez sen, i trzymaniu samochodu w pogotowiu na wypadek, gdyby do tego szpitala jednak trzeba było jechać.

Dziś rano Pompon wstał z łoża hoży jak młodopolskie dziewczę i z przepięknym limem niczym bohater kreskówek, i już się Królowa Matka nie może doczekać chwili, gdy go tak przyozdobionego ujrzy Kochająca Babcia.

Jutro.

Gdy wakacje się oficjalnie skończą.

Ufff.


środa, 20 sierpnia 2014

Odrobina kisielku dla ducha

Królowa Matka wychowała się na cmentarzu.

Cmentarz leżał naprzeciwko małego bloku, w którym mieszkała jako dziecko. W odległości nie większej niż dziesięć metrów w linii prostej jak strzelił znajdowała się malutka, ozdobnie kuta, choć mocno już przerdzewiała furteczka, nieznana tym, którzy odwiedzali groby swoich bliskich, stale za to użytkowana przez Królową Matkę, jej Siostrę i liczne koleżanki i kolegów, którzy biegali na cmentarz pospacerować, a także, i owszem, pobawić się w chowanego, pogonić po alejkach, ale nade wszystko - nazbierać kasztanów.

W czasie owocowania kasztanowców pięcioletnia Królowa Matka chodziła na cmentarz z Tatą, który robił za Zrzucacza Kasztanowego. Tata potrząsał gałęziami drzew albo rzucał w nie kawałkami odłamanych konarów czy innym kamuszkiem, kasztany spadały, stukając o płyty nagrobne i wcale - w co Królowa Matka do dziś niezłomnie wierzy - nie zakłócając wiecznego snu zmarłym, a Królowa Matka buszowała między nagrobkami i napychała sobie kieszenie skarbami w lśniących, gładkich skórkach i kolczastych płaszczykach.

Jedynie Królowa Matka i jej Tata chodzili między tymi grobami. Nikt inny ich nie odwiedzał, nie kładł kwiatów, nie zapalał świeczek.

I wcale Królowa Matka nie musiała umieć czytać by wiedzieć, że te groby różnią się od pozostałych.

"Johann" - czytał jej Tata na głos napisy, rzeźbione dziwnymi literami z łukami i kątami w miejscach, gdzie żadnych kątów być nie powinno. "Henriette, geboren 11 April 1904". "Katharine, unsere liebe Mutter". ""Wenn alles vergeht, die Liebe besteht." Królowa Matka nie dziwiła się tym literom, tym imionom, temu językowi. Dzieci nigdy się nie dziwią zastanemu światu.

O tym, że Babcia Królowej Matki była dwujęzyczna prawie od urodzenia Królowa Matka wiedziała chyba też prawie od urodzenia. Od czasu do czasu odwiedzały Babcię Koleżanki, starsze, dystyngowane panie, odziane z dyskretną elegancją. Dziwnie mówiły. "Jak nazywasz się ty? Oh, Anne-Marie, sehr, sehr schön!". Babcia Królowej Matki rozmawiała z nimi w obcym, twardo brzmiącym języku, w tym samym, w którym rozmawiała ze swoimi jak najbardziej mówiącymi po polsku Przyjaciółkami, gdy nie chciały, żeby Królowa Matka rozumiała.

W tym samym, w którym - o czym Królowa Matka dowiedziała się przypadkiem, gdy była już dorosła - jej własna Matka mówiła do czwartego roku życia, chociaż teraz nie pamięta z tego już ani jednego słowa.

W ojczystym języku jej Dziadka i jego Rodziców, choć Matki niekoniecznie, ponieważ była ona Rosjanką. A może nie była, może była po prostu obywatelką rosyjską, zamieszkałą na terenie zaboru rosyjskiego, którego granica była przecież za miedzą. Królowa Matka nie wie i nigdy się już nie dowie, bo nie ma już nikogo, kogo by można o to spytać.

Dziadek Królowej Matki, liczni Przyjaciele i Znajomi jej Babci pewnego dnia po prostu zniknęli. Zostały po nich mieszkania, meble, ubrania, książki, czasem zdjęcia. Nigdy się o nich nie mówiło. Zupełnie jakby te mieszkania, meble, książki ubrania i zdjęcia wzięły się znikąd, były zawsze, zawieszone w czasie i przestrzeni, czekając, aż ktoś je sobie weźmie.

Niektórzy, nieliczni z Przyjaciół i Znajomych zostali. O tym, dlaczego zostali i jaką zapłacili cenę za swoją decyzję także nigdy się nie mówiło.

Królowa Matka rosła, uczyła się i dojrzewała, pisała pracę magisterską o wydawcach polskich książek pod zaborem pruskim, dużo czytała i starała się mieć otwarty umysł, i ani się obejrzała, jak przestała mieć problem z narodowością takiego, na przykład, Kopernika, który na pomniku napisane ma: "Nicolaus Copernicus Thorunensis". Thorunensis. Toruńczyk. Jak jej Dziadek i jego Rodzice, jak jej Babcia i Mama, i Tata, jak ona sama i jej Dzieci.

I dlatego Królowa Matka podjęła decyzję, że uczyni rzecz bezsensowną, czyli zrecenzuje książkę już zrecenzowaną, przeczytaną i przeanalizowaną na wszystkie, zdałoby się, strony przez cały internet i okolice, a mianowicie

"Nomen Omen' Marty Kisiel

w chwili, gdy przeczytała:

"- Jestem z Gdańska, pani Jadwigo - rzekł takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.
- Ach! Więc rozumiesz...
- Rozumiem",

ponieważ jest z Torunia, i też rozumie.

Spotkanie z "Nomen Omen' okazało się, tak na marginesie, dla Królowej Matki przeżyciem silnie surrealistycznym.

O książce czytała (ma wrażenie, że wszędzie, na blogu, na wallu, na stronie) u Zacofanego w Lekturze - który ją reklamował (gdzie reklamował, jakie reklamował! lobbował na jej rzecz!) tak umiejętnie, że powinien przejść na zawodowstwo - oraz u Bazyla tak często, że problemu wybrania lektury na wakacje nie miała żadnego, chyba pierwszy raz w życiu. Nabyła powieść w drodze na Mazury, po dojechaniu, odbyciu koniecznych a niezbędnych czynności w rodzaju powitania Potomków Starszych, rozpakowania się, spożyciu jakiegoś posiłku zapadła na leżaczku z książką w ręce i jakimś orzeźwiającym napojem pod ręką, zaś niedługą chwilę później ciszę mazurskich kniei i łąk rozdarł jej entuzjastyczny wrzask:

- Kiciputek!!!,

który to wrzask sprawił, że cała rodzina wzdrygnęła się nerwowo i spojrzała na nią w solidarnym poczuciu troski o jej zdrowie psychiczne, a którym po prostu oznajmiała światu, że do tej pory jakoś udało jej się przeoczyć nazwisko ilustratorki dzieła, ale właśnie nadrobiła niedopatrzenie.

 Reasumując:

Królowa Matka siedziała w mazurskiej głuszy czytając powieść, do nabycia której metodą subtelnej perswazji skłonili ją dwaj Panowie, których blogi Królowa Matka chętnie czytuje, i którzy robią jej tę uprzejmość, że zaglądają w rewanżu do niej, a którą to powieść ilustrowała Artystka zapewne nie czytająca bloga Królowej Matki regularnie, ale na pewno czytująca go od czasu do czasu, a nawet linkująca u siebie to i owo, i napędzająca jej w ten sposób czytelnictwo; a wszystko to razem sprawiło, że Królowa Matka poczuła się jak członkini wielkiej, szczęśliwej, choć nieco dziwacznej (ale która, w ostatecznym rozrachunku, dziwaczna nie jest?) rodziny, i z tego miejsca chce bardzo przeprosić obie Panie i obu Panów za spoufalanie się, ale tak właśnie było.

Co uczyniwszy może przejść do omawiania treści dzieła.

Salomea Klementyna Przygoda, obdarzona przez nieopanowany w swej hojności Los wybujałymi kształtami, wybujałym wzrostem i wybujałą rodziną w postaci tantrycznie zafiksowanej, otwartej na erotykę mamusi, żyjącego wciąż w dziewiętnastym wieku tatusia i młodszego braciszka zwanego Niedasiem, osobnika o kolosalnym wdzięku i głębokim wewnętrznym przekonaniu o tym, że jest genialny i doskonały, a jeśli nie to i tak jakoś to będzie, dochodzi do wniosku, że ma tego wszystkiego dość i przenosi się do Wrocławia z zamiarem rozpoczęcia życia na własny rachunek z dala od szajbniętej rodzinki. Znajduje - nie bez trudu, bo wszyscy proszeni o wskazanie drogi pod podany adres wrocławianie, od przechodniów po taksówkarzy, doznają nagle ataku amnezji i wykręcają się jak mogą, w wypadku taksówkarzy rezygnując wręcz z zarobku - stancję w starym, rozpadającym się domu. Dom skrzypi i gada, jak najbardziej dosłownie, tajemnicze glosy szemrzą w radiu, szepczą w telefonie i trzeba je uciszać gromkim: "Cicho tam!!!" zanim się zacznie rozmowę, właścicielka domu cierpi na rozdwojenie jaźni, raz objawiając się jako kostyczna i zdecydowana starsza pani, typ - generał w spódnicy, a kiedy indziej - jako pląsający po kuchni skowroneczek obleczony w powiewne peniuary i barwne turbany, a po apartamentach spaceruje życzliwie nastawiona do świata papuga o imieniu Roy Keane i namiętności do wafelków, ale wszystko to wydaje się Salomei znacznie lepsze (i niewykluczone, że bardziej normalne) niż jej rodzinny dom.

Niestety, niestety. Raczej prędzej niż później Salomea, wracając wieczorem z pracy, zastaje w swoim pokoju Niedasia, który, nieco bełkocząc w alkoholowym upojeniu, oznajmia jej, że się wprowadza, jeśli nie do jej pokoju, to na pewno do tego domu.

I zaczyna się dziać. Właścicielka posesji zaczyna już nie dwoić się, ale troić, tajemnicze głosy nie tylko szepczą w telefonie, ale także objawiają się pełnym rozpaczy wołaniem "z głębokości do Ciebie, Panie!" na ekranie komputera, Niedaś z niezrozumiałych przyczyn wydaje się być opętany pragnieniem zamordowania kilku kobiet, w tym własnej siostry, oraz w dwóch postaciach włóczy się po mieście (względnie w jednej się włóczy, a w drugiej siedzi w areszcie), w sprawę wplątuje się jeszcze jeden filolog, jedna blondyneczka z temperamentem i w glanach, oraz jeden pradziadek, tajemnica, straszna i niezwykła unosi się w powietrzu i łączy czerwoną nitką stare Breslau ze współczesnym Wrocławiem, a nieszczęsna Salomea musi pogodzić się z faktem, że wymarzonego spokoju raczej nie zazna.

Królowa Matka, która będąc osobą patologicznie obowiązkową (co podobno można leczyć, a nawet się powinno czasami, noale) zanim zaczęła pisać własną recenzję poczytała sobie sporo cudzych w internecie i odkryła, że "Nomen Omen" określany jest jako "horror komediowy" czy też groteska z elementami fantasy wyznać musi, że dla niej nie jest to żaden horror i żadne fantasy, tylko powieść obyczajowa. No dobra, powieść obyczajowa z elementami fantastycznymi, w idealnych proporcjach - zdaniem Królowej Matki, której poczucie rzeczywistości, jak wynika z powyższego, bywa poważnie zachwiane - aby te fantastyczne elementy nie przytłaczały.

Hermetyczności języka, na którą tu i owdzie narzekano, i elitarności aluzji literackich, które nie każdy zrozumie też Królowa Matka nie dostrzegła, może dlatego, że na ten przykład Psalm 130 z jego pełnym rozpaczy "De profundis clamavi ad te, Domine!" przemawia do niej od zawsze i w związku z tym rozpoznała ona cytat od pierwszego kopa, zaś nad nic jej nie mówiącymi wtrętami z World of Warcraft prześlizgiwała się obojętnie z właściwym sobie wdziękiem, a przecież książkę zrozumiała. Jak do kogoś przemawia World of Warcraft może się z wdziękiem prześlizgiwać nad Psalmem 130 (zwłaszcza, że autorka służy tłumaczeniem), Królowa Matka jest pewna, że tak też można.

Zgadzając się z dużą ilością recenzentów, że siłą tej powieści jest język, poczucie humoru z orzeźwiającą nutą inteligentnej złośliwości i barwna galeria pysznie opisanych bohaterów nie widzi Królowa Matka żadnego podobieństwa z Joanną Chmielewską, a już zupełnie żadnego - z Małgorzatą Musierowicz, chyba, że komuś do znajdowania podobieństw wystarczy kolor włosów bohaterki oraz akcja powieści mocno osadzona w konkretnym mieście, no ale w takim wypadku śmiało można także dopatrywać się podobieństwa Salomei Przygody do Ani z Zielonego Wzgórza.

Nie ujmując niczego Joannie Chmielewskiej, której książki Królowa Matka kocha i nad którymi prześmiała wiele przyjemnych godzin, powieści jej są to po prostu pozycje stricte humorystyczne, których głównym, a wręcz jedynym celem jest zapewnienie czytelnikowi porcji nieskrępowanej niczym rozrywki. Podczas gdy "Nomen Omen" nie jest - choć może nie wynika to  z powyższego, nieudolnego streszczenia - książką o niczym, służącą rozśmieszaniu czytelnika, li i jedynie. To powieść o chęci wpływania na przeszłość i przyszłość, o braniu cudzego losu w swoje ręce, o podejmowaniu decyzji, których podejmować człowiekowi nie wolno. Opowieść o pokusie brania na siebie roli Nemezis, o tym, jakie to niesie niebezpieczeństwo, i o tym, jak daleko sięgają konsekwencje naszych wyborów. 

I epitafium dla umarłego miasta.

Zdumiewa Królową Matkę, jak niewiele osób zwróciło na to uwagę. Jak często w opisach "Nomen Omen" pojawiają się określenia "zabawnie, śmiesznie, antydepresyjnie, rozrywkowo", a jak (stosunkowo) rzadko - "refleksyjnie" czy "posępnie". W jak wielu recenzjach temat dawnego Breslau pominięto całkowicie. Jak wiele mówiących o tej książce osób przemyka się nad tym tematem, aby pochylić się (lub skrytykować) rysunek postaci, bogactwo charakterów, język, dla niektórych barwny i przezabawny, dla innych - rodem z gimnazjum.

A tymczasem Królowa Matka wie, że może, kiedyś, za jakiś czas zagubi w masie przeczytanych książek i nowo poznanych bohaterów Salkę Przygodę i jej rodziców. Że wylecą jej z pamięci teksty, nad którymi głośno się śmiała, budząc Pana Małżonka w środku nocy. Może nawet - choć wydaje się to zgoła nieprawdopodobne - że w zatrze się w jej pamięci postać Niedasia oraz jego barwna jak łuk tęczy na niebie osobowość.

Ale wie, że obraz umierającego pod bombami Breslau się nie zatrze.

Obraz Breslau odzieranego z tożsamości, ociosywanego według jedynej właściwej wizji. Ten obraz, który - zdarzało się - bywał określany jako niepotrzebny w tej powieści, podczas gdy Królowej Matce wydaje sie najważniejszy.

Może dlatego, że jest z Torunia i rozumie.

A może dlatego, że bardzo lubi, jeśli książki dostarczają poza czystą rozrywką także materiału do myślenia (co prawda Królowa Matka natychmiast umniejszy swoją pozycję jako Czytelnika Świadomego i Myślącego pisząc, że do myślenia to jej prawie wszystko daje, tylko wyciągane wnioski bywają nie z gatunku pożądanych przez niektórych autorów, patrz: połowa Wyzwania Czytelniczego z czerwca ;)).

Wszelkie - drobne - niedociągnięcia oraz - gigantyczne - rzeczy godne potępienia (jak to: wydawanie nowych książek raz na cztery lata oraz fakt, że "Dożywocia" nie sposób zdobyć i teraz Królowa Matka nie wie, nad jakim to zasmarkanym aniołkiem chichocze na swoich blogach rozkochany fandom) jest ona w stanie wybaczyć Autorce przez wzgląd na wplecenie do rozrywkowej książki materiału do myślenia i wzruszeń.

Ale z następną pozycją ma jednak nadzieję zapoznać się wcześniej niż w roku 2018 :).

niedziela, 17 sierpnia 2014

To ostatnia niedziela...

Potomek Starszy znalazł był zdjęcie mamuni sprzed dziesięciu lat, obejrzał i rzekł: "Taaak, młodość jest piękna!".

Kochani Czytelnicy, jeśli dziś włączycie tefałen lub inny polsat, a na nim natraficie na dramatyczną informację: "Kolejna wstrząsająca tragedia rodzinna! Matka udusiła dziewięciolatka gołymi rękami w ataku szału!", wiedzcie, że ta wyprowadzana z domu przez postawnych, umundurowanych panów... eeee... kobiecina, tak, to jest właściwe słowo - kobiecina z czarnym paskiem na oczach to bedzie właśnie Królowa Matka.


Która tym samym żegna się z Wami, bo nie wiadomo, czy we więźniu pozwolą jej blogować (a nawet jeśli to trzeba będzie jakiegoś nowego bloga założyć, pod zupełnie innym tytułem - powiedzmy: "Królowa Matka i jej życie w kratkę" - bo ten stary stanie się wszak nieadekwatny do sytuacji), i idzie dusić.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Potomek Starszy znowu nadaje

Potomek Starszy - Ja jestem coraz lepszym starszym bratem, mamo, prawda? Już prawie nie wrzeszczę na Pompony, i nie mówię do nich niemiło, i nie warczę, i pozwalam im się bawić czasem w naszym pokoju, układam z nimi puzzle, oglądam bajeczki, nawet im poczytam... nie jestem agresywny ani brutalny, i ładnie się z nimi bawię, i jestem już prawie taki grzeczny, jak wtedy, gdy byłem malutki*!
Królowa Matka (w osłupieniu wysłuchawszy tej laudacji na własny temat, nieco ogłuszona) - Taaak...
Potomek Starszy (po chwili przyglądania jej się podejrzliwie) - Ach. Więc było to "tak" przesycone ironią!

Bardzo się Królowa Matka namęczyła, ale w końcu dał się przekonać, że nie było :).




* Malutki Potomek Starszy jest przedmiotem legend w Domu w Dziczy i Okolicach, zwłaszcza w zestawieniu z Młodszymi Braciszkami. Malutki Potomek Starszy nigdy w życiu nie zjadł niczego ani z psiej, ani z kociej miski, a miski te były ogólnie dostępne, bowiem w tamtych czasach Dom w Dziczy składał się ze ścian, tylko i wyłącznie. Malutki Potomek Starszy do trzeciego roku życia nie wszedł nawet na jeden schodek, bo mu mamusia i tatuś raz powiedzieli, że nie wolno. Nie wyrwał żadnego gniazdka, nie przegryzł sznura od radia, nie wykręcił wszystkich pokręteł w wyż.wym. radiu, nie rozebrał żadnego pilota na części pierwsze. Nie właził do śmietnika i nie wyrzucał jego zawartości na podłogę, nie grzebał w pudłach z mąką i cukrem, nie wysypywał nigdzie artykułów spożywczych, i to jest godne jak najwyższego podziwu oraz uwieczniania w Legendzie, a nawet Micie, bowiem w Domu w Dziczy podówczas nie było też większości mebli, które znaczna część cywilizowanych ludzi uznaje za minimum, jak to: szafki kuchennej, apteczki i szafki w łazience (która to łazienka - taka dygresja w dygresji będzie - składała się z gigantycznego pomieszczenia z sedesem, umywalką i wielką czerwoną miska, pełniącą rolę apteczki, szafki lub wanny w zależności od potrzeby, i chyba Królowa Matka napisze jednak tę książkę, do której napisania zachęca ją Pan Małżonek, zanim jej umysł ostatecznie wyprze wszystkie te koszmarne wspomnienia, koniec dygresji), tak więc dostęp do wszelkich makaronów, mąki, cukru i środków higieny oraz czystości miał na wyciągnięcie ręki, dosłownie, i Królowa Matka robi przerwę na pooddychanie do woreczka na samą myśl o tym, co w tej sytuacji zrobiłyby Kochane Pomponiki. W składającym się wyłącznie ze ścian Domu w Dziczy oprócz normalnych, dużych drzwi dla normalnych, dużych ludzi nie było też bramki zabezpieczającej dla dzieci, i nie była potrzebna, bo Potomek Starszy, uświadomiony przez mamusię i tatusia, że mu nie wolno wypełzać (a potem wychodzić) do przedsionka, nie wypełzał (i nie wychodził). Biżuteria rodowa Królowej Matki przez cały okres wczesnego dzieciństwa Potomka Starszego stała sobie w koszyczkach na bocznych półeczkach komody, najniższa półeczka na wysokości dziesięciu, a najwyższa - sześćdziesięciu centymetrów nad ziemią, i nawet jeden kolczyk nie zginął i nie został połknięty, jakie połknięty! - nawet nie wyjęty z koszyczków, bowiem mamusia i tatuś raz powiedzieli dziecku, że... patrz wyżej.

Potomek Starszy był absolutnie najgrzeczniejszym, najposłuszniejszym, wręcz nienormalnie ostrożnym dziecięciem świata, i aż trudno uwierzyć, że nie wyrósł na najgrzeczniejszego dziewięciolatka ;).

Musi w czasookresie między wczesnym dzieciństwem Potomka Starszego a chwilą obecną Królowa Matka i Pan Małżonek popełnili szereg niewybaczalnych (i bardzo prawdopodobne, że nieodwracalnych) błędów wychowawczych!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Wakacyjne prawo Murphy'ego

Wszyscy znają prawo Murphy'ego, prawda? Ale Królowa Matka jeszcze przypomni.

Prawo to brzmi mniej więcej tak: „Jeżeli coś może się nie udać, na pewno się nie uda”.

A jak się ma małe (i te trochę większe też) dzieci, i jeszcze czasem wyjeżdża się z nimi na wakacje, wtedy oho, ho, ho!

Wtedy Prawo Murphy'ego staje się czymś, co zdeterminuje życie człowieka na ten tydzień / dwa tygodnie/ miesiąc, czy tam ile czasu trwa wyczekiwany przez cały rok urlop.

I tak na przykład, jeśli dziecko trzeba będzie natychmiast przewinąć/ umyć/ przewinąć i umyć, na pewno nastąpi to w chwili, gdy wszyscy, spakowani i dygocący wskutek reisefieber, będą już tkwić w samochodzie. Względnie na autostradzie, dokładnie między tymi zatoczkami, w których wolno się zatrzymywać.

Ilość haftek, guziczków, zapięć, zatrzasków i tasiemek, które w celu przewinięcia i/lub umycia należy odpiąć i rozwiązać jest odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki można na to poświęcić (i poziomu reisefieber u osób, które cierpią na tę, nie tak znowu rzadką, przypadłość).

Prawdopodobieństwo, że przewiniętemu, umytemu i obwiązanemu tasiemkami/ pozapinanemu na zatrzaski i guziczki dziecku natychmiast się uleje – najczęściej także na odzież osoby przewijającej – wynosi jakieś 99% (i jeśli ktoś należy do tego 1%, powinien mieć świadomość, że ma wyjątkowe szczęście, a nie, że to zupełnie normalne. Lub też, że Karma się zaczaiła podstępnie, a jak się już człowiek ucieszy, odetchnie i wyluzuje, jak nie gruchnie!!!).

Częstotliwość karmień/postojów na siusiu jest wprost proporcjonalna do długości trasy, jaką musicie pokonać i do waszego zmęczenia.

Jeśli jedno z waszych dzieci cierpi na chorobę lokomocyjną, a wy, jako dobrzy rodzice, nie zapomnieliście napoić go napojem imbirowym i nakarmić Aviomarinem, na pewno pochoruje się to drugie, to, które nie budziło nawet przez chwilę waszego niepokoju, to, które do tej pory podróżowało z Sopotu w Bieszczady bez mrugnięcia okiem.

Małe dzieci podobno potrafią spać w nocy i trzy godziny pod rząd, a młode niemowlęta to i szesnaście godzin na dobę, dziwnym trafem jednakże zarówno te trzy, jak i szesnaście godzin przypada na inną porę doby niż tę, gdy padacie na łóżko po dojechaniu do celu i pobieżnym rozpakowaniu się, wykończeni podróżą.

Wasze najdroższe skarby, które w ciągu roku przedszkolnego/ szkolnego trzeba było w dni powszednie ściągać z łóżka stosując siłę, przemoc i groźby karalne, względnie uciekając się do matczynych łez jako środka szantażu, w pierwszy dzień waszego urlopu budzą się świeżutkie jak szczypiorek i płonące chęcią zabawy jak step latem o jakiejś nieludzkiej porze, o której wy nie wiecie zbyt dokładnie, jak macie na imię.

Jeśli wasze najdroższe bąbelki MIMO waszego urlopu nie obudziły was, nie płakały, nie chciały jeść/ natychmiast iść na plażę/ natychmiast iść w góry/ natychmiast iść sprawdzić, czy koledzy poznani rok temu też już przyjechali/ natychmiast popływać łódką/ i tak dalej - można ze stuprocentową pewnością założyć, że zajęły się jakąś nielegalną i absolutnie zabronioną czynnością (rozbieraniem waszych komórek na części pierwsze po wykonaniu na nich uprzednio szeregu telefonów do Hiszpanii oraz na numery zaczynające się na 007, wyżeraniem z lodówki zakazanych specyjałów, zabawą w wypróbowywanie wszystkich twoich kosmetyków, spożyciem całego balsamu do opalania, rozmontowaniem dekodera telewizji satelitarnej będącego na wyposażeniu wynajętego domku - true story, pozdrawiamy machaniem Pompona Młodszego; i tak dalej, i tym podobnie).

Jeśli dzieci – które, jak wiadomo wszystkim rodzicom – najchętniej chorują w weekendy postanowią skręcić nogę, dostać uczulenia na nie-wiadomo-co, różyczki, świnki albo gorączki niezidentyfikowanego pochodzenia na pewno dostaną tego wszystkiego nie tylko w weekend, ale w dodatku nocą, i najchętniej w takiej miejscowości wakacyjnej, w której jest tylko punkt medyczny czynny od poniedziałku do czwartku w godzinach 8-13, a jeśli  przypadkiem trafią akurat na tę chwilę gdy samochód nawali/ benzyny starczy akurat na tyle, by dotoczyć się z trudem do najbliższej stacji benzynowej i ani obrotu kołem dalej, to już w ogóle bajer!

Jeżeli unikniecie większości (bo wszystkich to się nie da) powyższych pułapek, dojdziecie do siebie po podróży i ucieszycie się myślą, że oto dzieci śpią, wy nie jesteście padnięci na twarze z kretesem i w dodatku właśnie jesteście sami – któreś z waszych dzieci się obudzi.

Jeśli nie obudzi się wtedy, obudzi się pół godziny później. W najmniej odpowiednim momencie.

Jeśli, świadomi, że dziecko się za chwilę obudzi, zrezygnujecie ze słodkiego tete-a-tete na rzecz rozwiązywanie krzyżówek/ czytania książek/ oglądania jakiegoś śmiertelnie nudnego teleturnieju na jednym z tych pięciu kanałów dostępnych w większości wakacyjnych apartamentów, dziecko będzie spało kamiennym snem do ósmej rano.

Bo jeśli zamiast śmiertelnie nudnego teleturnieju w TV zdecydujecie się na pasjonujący film na DVD, dziecko obudzi się precyzyjnie w połowie filmu (albo w dokładnie wybranym, najbardziej dramatycznym momencie).

Jeśli okaże się, że obudziło się, bo należy je w pilnym trybie przewinąć, a wy się łudziliście, że wytrwa w tej pieluszce do rana, bo odkryliście, że zapas wam się akurat wyczerpał, na pewno nastąpi to w chwili, gdy wszystkie okoliczne sklepy są właśnie zamykane, a od nieokolicznego, czynnego do 24, dzieli was 40 km.

Jeśli sądzicie, że dzieci są niezbędne, aby prawo Murphy'ego rozpostarło przed waszymi zachwyconymi oczyma barwny wachlarz swych możliwości, a bez dzieci nic wam nie grozi, Królowa Matka dorzuci świeżynkę, dosłownie gorącą bułeczkę normalnie, sprzed dwóch dni:

Jeśli, będąc w kompletnej dziczy, ale takiej kom-plet-nej, takiej, przy której Dom w Dziczy leży pośrodku ruchliwej metropolii będziecie mieli taką fanaberię, żeby utopić w jeziorze Nidzkim (co jest niekonieczne, Jezioro Śniardwy też może być, albo Jeziorak, albo i Zełwążek, jak się kto uprze, co będziemy jeziorom żałować!) telefon, to nie będzie to komóreczka Królowej Matki, prymitywny przyrząd służący wyłącznie do odbierania telefonów i pisania SMS-ów, w dodatku z guziczkami, bo Królowa Matka ma wstręt do smartfonów, nie komóreczka Potomka Starszego, cokolwiek obtłuczona i z klejącym się od lubych łapek ekranem, ale mega-hiper-wypasiony sprzęt z LTE i innymi GPS-ami, wskutek czego Rodzinie grozi, że podróż do domu, zajmująca normalnie około 4,5 godziny trwać będzie od ośmiu do dziesięciu skutkiem utykania w chaszczach, bocznych polnych dróżkach, które wyglądają wypisz-wymaluj tak, jak te dróżki, w które się skręcało zgodnie z GPS-em oraz w zupełnie obcych miasteczkach, których wcale nie powinno być tam, gdzie najwyraźniej jednak są (a mapy samochodowej się nie ma, bo po co, nieprawdaż).

Jeśli sądzicie, że powyższa lista stanowi szczegółowe opisanie problemu, przygotujcie się na niespodzianki.

Ale poza ty, o, poza tym będzie na pewno super!

W końcu to wakacje :)!