piątek, 31 marca 2017

Oto jest Kasia, czyli Pinokio w spódniczce

Drodzy Państwo, Świat nie chciał, by ta notka powstała.

Bardzo nie chciał.

Trzy razy robiła Królowa Matka podejście. Czytała książkę, robiła notatki, kładła je w logicznym, uporządkowanym i łatwym do zapamiętania miejscu, po czym je gubiła. Znów czytała, znów notowała, znów gubiła. Rezygnowała z pisania, zapominała o nim, przypadkiem znajdowała swoje zapiski. Ucieszona, odkładała je w miejsce, o którym na pewno będzie pamiętać, po czym nie miała pojęcia, gdzie one są, na pewno w jakiejś książce (tjaaaa, w Domu w Dziczy to jest wskazówka na wagę złota), w jakiejś, którą miała w ręku w ciągu ostatnich miesięcy... zaczynała szukać, a dalej było i tak dalej, i tym podobnie.

Wreszcie dziś znalazła swoje (pierwsze) notatki czystym przypadkiem, postanowiła przeciwstawić się niechętnemu Światu i oto jest.

Oto ona.


Oto jest Kasia.

Kasię Królowa Matka poznała w wieku wyżej wymienionej, czyli mając jakieś osiem lat i od pierwszego przeczytania uznała ją za okropne dziewuszysko, albowiem Kasia miała to wszystko, o czym Królowa Matka w wielu lat ośmiu marzyła, a mianowicie starszego brata, siostrzyczkę-dzidziusia i dziadka. W jakość dziadka Królowa Matka wtedy nie wnikała, chciała jakiegoś mieć i już, na starszego brata liczyć raczej nie mogła, dostarczenia maleńkiej siostrzyczki rodzice Królowej Matki odmawiali z niezrozumiałą gwałtownością, tak więc Królowa Matka - do głębi rozgoryczona - czytała Kasię średnio raz w miesiącu, zazdroszcząc jej coraz bardziej, po czym stopniowo przerzuciła się na inne lektury, a o Kasi zapomniała na czas raczej długi. Pozostało jej tylko mgliste wspomnienie opowieści o niemiłej dziewczynce, która jest wstrętna dla rodziców i niedobra dla małej siostry.

Lata mijała, Królowa Matka rosła sobie i nawet czasami dorastała, została szacowną małżonką i mamusią, jej dzieciątka też rosły, mniej lub bardziej chlubnie kończyły przedszkola i pierwsze klasy szkoły stopnia podstawowego, i nadeszła chwila, gdy każde ze Starszych miało odbyć własne spotkanie z Kasią. W związku z czym Królowa Matka sięgnęła po książkę i przeczytała ją, z oczętami ogromniejącymi z każdym zdaniem. Gdy skończyła pomyślała z uczuciem o obu Wychowawczyniach, które darowały jej Potomkom omawianie całości i skupiły się na krótkim fragmencie (tym, w którym Kasia bawi się z koleżankami w tonący okręt), a jakimi słowami rzucała w szeroko rozumianą przestrzeń podczas lektury to Szanowne Czytelnictwo by nie uwierzyło, albowiem nie są to słowa, które przystoją Królowym, a już zwłaszcza Matkom.

A zatem, oto jest Kasia.

Kasia jest niedobrą dziewczynką, co poznajemy już na pierwszej stronie po tym, że nie chce się uśmiechnąć na powitanie. No bo jakże to, dziewczynki uśmiechają się na zawołanie, każdy to wie przecież. A Kasia się nie uśmiecha, patrzy naburmuszona i się nie odzywa.

Pomijając jednakże kwestię uśmiechania się na życzenie rzec należy, że Kasia jest rzeczywiście rozbisurmaniona, zupełnie jako to Królowa Matka z dzieciństwa zapamiętała, tyle, że teraz jakby jej się optyka odmieniła i już się ani Kasi nie dziwi, ani nie gorszy, ani jej nie potępia.

O fakcie, że dzieci są ludźmi zdarza się zapominać całkiem sporej części społeczeństwa. Część ta wyraża zgorszenie, że dzieci krzyczą, płaczą i wyrażają emocje w sposób często społecznie nieakceptowalny, że się nie umieją skupić, że przeszkadzają, że się nudzą, że włażą, gdzie nie trzeba oraz że nie są bezdźwięczne, bezwonne i poukrywane w piwnicach do osiągnięcia pełnoletności. Ta sama część społeczeństwa pozostaje jednocześnie zadziwiająco ślepa na fakt, że żadne dziecko na świecie nie rodzi się gotowe i wyposażone w wiedzę pozwalającą na bezkonfliktowe poruszanie się w aktualnie będących w obiegu społecznych normach (o tym, że dziecko nie równa się mały dorosły, zarówno emocjonalnie jak i psychicznie to już w ogóle nie ma co mówić), i że trzeba je tego właściwego rozpoznawania i stosowania się do norm nauczyć. I nie dziecka winą jest, jeśli tych norm nie zna.

Kasia nauczona jest być pępkiem świata. Jest tak bardzo pępkiem świata, że Królowa Matka odkryła podczas swojej ponownej "dorosłej" lektury, że kompletnie zapomniała o istnieniu tego starszego brata, którego niegdyś tak Kasi zazdrościła. I w sumie nic dziwnego, że zapomniała, bo Jurek traktowany jest jak dorosły  do tego stopnia, że dopiero po jakimś czasie Królowa Matka uświadomiła sobie, że Jurek to piątoklasista, czyli chłopiec młodszy niż jej najstarsze dziecko.

Kasia ma w domu pozycję małej władczyni i zapewnia Królowa Matka z pozycji swojego wieloletniego macierzyńskiego doświadczenia, że sama jej nie zajęła. Ktoś jej na to pozwolił, i patrząc, jak dziewczynka manipuluje tatusiem podczas kolacji, której zjeść nie chce, jak ustawia tatusia w opozycji wobec mamusi, jak tatuś GODZI SIĘ na coś, czego mamusia zabroniła w jego obecności minutę wcześniej ma Królowa Matka pewną koncepcję, kto. Kasia jest królewną tatusia, jest wzorową uczennicą i ma piątki na świadectwie od góry do dołu, bez oporów produkuje się przed zachwyconą rodziną deklamując wierszyki i śpiewając piosneczki, więc zaspakaja tatusiową próżność. Jest córeczką, którą można się chwalić, więc poza tym może robić, co jej się podoba. Może, na przykład, szarpać za rękaw gościa rozmawiającego z jej rodzicami, albo kopnąć w drzwi, za którymi trwa jakaś rozmowa domowników (po przeczytaniu powyższego Królowa Matka zamknęła na chwile książkę i spróbowała sobie wyobrazić, co by się stało w Domu w Dziczy, gdyby którykolwiek z Potomków podczas rozmowy rodziców za zamkniętymi drzwiami kopał w te drzwi i walił w nie pięściami, po czym uznawszy, że nic, albowiem ŻADNEMU z jej dzieci, nigdy, w żadnej sytuacji nie przyszłoby do głowy podobnie się zachować, spokojnie wróciła do lektury), może też - i przy tym opadnięta szczęka Królowej Matki przebiła jądro Ziemi - wydeklamować wierszyk, przedrzeźniając przy tym "tę głupią, sepleniącą Wisię" i uzyskać aplauz ukochanej rodziny.

Noż k.... cholera jasna.

Minutę po jej występie rozkochany tatuś zaczyna wychwalać Kasię, że wzorowa, że piątki, że pilna, że ją w szkole chwalą, a litanię tę przerywa mamusia, "pedagogicznie" napominając małżonka, aby "nie przechwalił dziecka".

Noż cholerajasna psiakrew.

Gdy Potomek Starszy był w wieku Kasi użył na określenie nielubianego szkolnego kolegi słowa "down". Królowej Matce w oczach pociemniało, po chwili odetchnęła, pomyślała, że może tak od razu nie zabije tego durnego gówniarza, dowodu jej pedagogicznej klęski, po czym wzięła się w garść i spytała syneczka, co to znaczy. A, nic. Koledzy tak mówią, jak ktoś głupi jest. Aha. Królowa Matka tak spokojnie, jak tylko mogła, wyjaśniła swojemu dziecku, co to jest zespół Downa. Zdjęcia były w robocie, owszem, i wykład o chromosomach. A nade wszystko informacja, że osoby z zespołem Downa nie są głupie. Nie są też gorsze od niego. Nie jest ani jego zasługą, ani ich winą, że on chory nie jest, a oni tak. Że on uczył się wiązać sznurowadła, pisać i czytać szybko, łatwo i przyjemnie, a oni nie. Że dla nich to ciężka praca, za którą i im, i ich rodzicom należy się wielki szacunek. Że używając słowa "down" jako obelgi okazuje brak tego szacunku i obraża tych ludzi, a także rani ich rodziców. I że osobom, którym jest trudniej należy się pomoc, a nie wyśmiewanie.

Ani Potomek Starszy, ani Młodszy nigdy więcej tak nie powiedzieli. Potomek Starszy do dziś wspomina: "Pamiętam, jak mi o tym mówiłaś".

Potomek Starszy, mówiąc tak pierwszy raz, nie był zły. Nie wiedział.

Kasia, wyśmiewając słabszych od siebie, nie był zła. Nie wiedziała. I się nie dowiedziała. Bowiem fakt, że pięć minut wcześniej jej dziecko przedrzeźniało jąkającą się koleżankę, nazywało ją głupią, zaśmiewając się głośno i ku radości bijącej brawo rodziny - nie zaniepokoił jej mamusi tak bardzo jak fakt, że tatuś pochwalił Kasię za jej piątki.

Noż k...., k..... oraz k..... mać.

Poza wszystkim Kasia ma chyba dość władczy, mocny charakter i zadatki na bycie naturalnym przywódcą, bo w klasie (w której nie ma wspierających ją we wszystkim rozkochanego tatusia z dziaduniem) też ma wszystkich ustawionych, jak chce, nagina panujące w klasie zasady bez konsekwencji i dzieci jej słuchają niemal bardziej niż nauczycielki. Co oczywiście w autorskim komentarzu pokazane jest jako złe i fe, i położymy temu zaraz kres, mwahahaha, no bo kto to widział. Zaraz damy wam pokaz łamania kręgosłupa, patrzcie i podziwiajcie.

No to patrzymy. I podziwiamy.

Oto pewnego dnia Kasia się budzi w domu, gdzie wszystko jest nie tak.

Mamy nie ma, tata i Jurek, wyraźnie czymś zdenerwowani, szepczą po kątach, Kasia jeszcze nie wie, że oto jej świat się skończył, a Królowa Matka zaczyna podziwiać rewelacyjnie (i najwyraźniej niechcący) napisaną postać dziecka zmagającego się z silnym, przewracającym wszystko do góry nogami wstrząsem.

Po kilku dniach szeptania po kątach w nerwowej atmosferze następuje wyraźne rozluźnienie, Kasi, której nadal nikt do sekretu nie dopuszcza, mówi się, że mama wróci, trzeba się na to przygotować (o tych przygotowaniach to specjalny akapit będzie, gdyż warte są tego), a co najważniejsze, przywiezie Kasi niespodziankę.

Kasia (przez wszystkie dni nieobecności mamy snująca rozważania, jak bardzo woli mamę, ale jej tego nie da do zrozumienia, żeby ją ukarać, no bo kto to widział, tak wyjeżdżać bez słowa, obiadu nie zostawić, śniadania, tatuś jest zły, bo krzyczy na Kasię, ale to wina mamy, bo nie krzyczałby, gdyby nie wyjeżdżała, no ale nic to, jednak jej wybaczy, tylko mama będzie musiała przysiąc, że już nigdy, nigdy Kasi nie zostawi) nadyma się radością jak balonik i nie myśli o niczym innym, tylko o mamie, co wróci, i o tej niespodziance. Na pewno jakiejś pięknej, może to będzie książka, może sukienka, może garnki dla lalek malowane w kwiatki, Kasia zaprosi koleżanki, zrobi przyjęcie, ach, jak będzie pięknie...

"Zygmunt, niech Kasia umyje ręce zanim tu przyjdzie!" - to są pierwsze słowa, które słyszy z ust mamy po dziesięciu dniach jej nieobecności i od razu wie, że coś bardzo nie gra, chociaż jeszcze nie ma pojęcia, jak bardzo.

Niespodzianka jest piszczącym tobołkiem z niemowlęciem w środku, kompletnie z punktu widzenia Kasi nieużytecznym. "Co się robi z taka siostrzyczką?" pyta zasadnie i oczywiście nie uzyskuje odpowiedzi. Siostrzyczka leży, oczu otworzyć nie chce, nie jest taka ładna jak lalki, włosów nie ma, Kasia ma być dla niej dobra, bo jest starszą siostrą, chociaż całe swoje życie była młodsza, na propozycję, by mama oddała małą tam, skąd ją wzięła, bo po co jej ona mama - która do tej pory Kasi nawet nie dotknęła - przytula siostrzyczkę do siebie, wszystko to w ciągu pięciu minut po dziesięciodniowej nieobecności mamy w domu -  i naprawdę trudno się dziewczynce dziwić, że wolałaby garnuszki dla lalek. W takiej sytuacji Królowa Matka nie wyklucza, że też by wolała.

W tym miejscu musi Królowa Matka poczynić uwagę, że coś bardzo pani autorce nie wyszło, bo jakim cudem dziecko wyjątkowo podobno bystre i dysponujące dowodem na tę bystrość w postaci zestawu piątek na świadectwach nie domyśliło się charakteru tej szumnie zapowiadanej niespodzianki nie umie Królowa Matka zgadnąć. Królowa Matka sprawdziła w Wikipedii, że ludzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku rozmnażali się tak samo jak dziś, a z ich rozmnażaniem wiążą się trudne do przeoczenia szczegóły, jak rosnący brzuch przyszłej matki, jej większa ociężałość, trudności w poruszaniu się oraz rzesze cioć i sąsiadek dopytujących się o termin rozwiązania oraz o to, czy starsza córeczka wolałaby siostrzyczkę czy braciszka. I nawet jeśli Królowa Matka jest w stanie uwierzyć, że Kasia nie zauważyła albo nie skojarzyła z niczym ani brzucha, ani zmiany w zachowaniu i wyglądzie mamy to w brak sąsiadek, cioć i towarzysko usposobionych starszych pań na ulicy i w środkach komunikacji miejskiej nie uwierzy nigdy w życiu.

Uderza wszakże, jak bardzo, jak kompletnie rodzice nie przygotowują Kasi do zmian, które mają nastąpić. Łubudu, bum, mamy dzidziusia, a ty masz się cieszyć, bo tak. Podobna informacja podana nawet pięć miesięcy wcześniej miałaby prawo wstrząsnąć Kasią i wcale jej nie ucieszyć, walnięcie jej jak obuchem między oczy i postawienie przed faktami bardzo dokonanymi w najmniejszym stopniu nie spełnia definicji bycia uroczą niespodzianką. A to dopiero początek pedagogicznych popisów rodziców Kasi, murowanych kandydatów do tytułu Rodziców Roku Albo I Stulecia.

Rodzice Stulecia zaczynają - co z punktu widzenia osób dorosłych i doświadczonych macierzyńsko jest zrozumiałe, ale Kasia ani dorosła, ani doświadczona, macierzyńsko i nie, nie jest -  nie mieć czasu, kończą się wyjścia do kina, mama już nie szyje Kasi nowych sukienek, bo przecież trzeba Agnieszce uszyć nowe kaftaniki, Kasia ma odrabiać lekcje i być cicho, bo Agnieszka akurat śpi, a przecież potrzebuje dużo snu. Tatuś wychodzi do miasta po mleko dla małej, obiecuje kupić Kasi książkę, wraca z mlekiem, za którym ganiał od apteki do apteki przez pół dzielni, za to bez książki, bo nie zdążył zajść do księgarni, i nawet jeśli Królowa Matka racjonalnie rozumie, że mleko dla noworodka jest ważniejsze niż książka dla ośmiolatki, to rozegrane to było haniebnie, należało Kasię nazajutrz, choćby się waliło i paliło, zabrać do księgarni i kupić obiecaną książkę i jeszcze jedną na przeprosiny, które się jej należały jak psu micha. Goście, ci sami goście, którzy chichotali nad Kasinymi wierszykami i cmokali nad zeszytami, przychodzą tylko do małej. Ukochany dziadzio mówiąc: "Powinszować córy!" nie ma już na myśli Kasi i jej piątek, tylko Agnieszkę, a do Kasi zapomina nawet zajrzeć.

Kasia reaguje na tę otchłań, która otworzyła jej się pod stopami, po prostu podręcznikowo. Najpierw stawia bierny opór. Nie ubiera się, twierdzi, ze nie potrafi, odmawia pomocy, a nawet nie odmawia, tylko "nie umie" i "nie wie gdzie coś jest", jakby podświadomie chciała być tak bezradna, jak ten piszczący tobołek, nad którym wszyscy pochylają się z taką uwagą. Robi na złość i na początku przeraża ją złośliwa przyjemność, którą wtedy czuje, rany, jakie to prawdziwe (komentarzu odautorski, idź się czochrać). Zaczyna kłamać w szkole, że tatuś kupi jej książki, a mama szyje sukienki, bo przecież nie sposób przyznać się, że rodzice mają cię w głębokiej obojętności, gdyż siostrzyczka. Zaczyna łapać dwóje, na początku umyślnie, z precyzyjną myślą w tyle głowy, że może chociaż to rodzice zauważą.

Rodzice zauważają, a jakże. Biernego oporu nie zauważyli, cichej rozpaczy nie zauważyli, końca świata nie zauważyli, ale dwóje by przeoczyli, też coś. Zauważywszy, porzucają wyrażane dotąd  na głos w Kasinej obecności opinie, że "chociaż z nauką dobrze, bo reszta, to...", a zaczynają się użalać, że "już i tak robi się nieznośna, a teraz jeszcze dwója", ale na szczęście "chociaż z Agnieszki jest pociecha" (!!!) i pozostają głusi na wygłoszone otwartym tekstem "Agnieszka jest dobra, Agnieszka jest dobra, a ja właśnie nie".

Zadziwiające, jak bardzo w tej książce dorośli ślepi są na wspomniany przez Królową Matkę na początku tej logorei fakt, że dzieci nie są miniaturowymi dorosłymi, że - cierpiąc i walcząc o coś - używają sposobów i środków stosownych dla ośmiolatki, nie werbalizują dojrzale swych potrzeb i wewnętrznego wzburzenia, nie analizują, nie wgłębiają się, nie racjonalizują (i nie mają żadnego obowiązku cieszyć się z tego, z czego zdaniem dorosłych cieszyć się powinny), tylko reagują jak miniaturowy berserk, rzucaniem się w gniewie do walki i kaleczeniem siebie i innych, nie do końca świadome, co je właściwie boli. Nie, w tej książce dorośli są pewni swojej nieskazitelności, żadnego nie zastanawia - o braniu za to jakiejkolwiek odpowiedzialności nie wspominając - to, że wzorowa uczennica i popularna koleżanka zaczyna się gwałtownie opuszczać w nauce, przychodzi nieprzygotowana do lekcji, zostaje odrzucona przez klasę. To jest jej wina, jej, Kasi, tej niegrzecznej dziewczynki, którą trzeba przykładnie ukarać, żeby zrozumiała, jak bardzo jest niegrzeczna, i Królowa Matka czekała jeszcze tylko na tekst "i jak bardzo martwi swoja biedną matkę".

No więc karzemy Kasię w ten sposób, że każemy jej zostać pewnego chłodnego, jesiennego wieczora z Agnieszką w domu. Kasia postanawia ignorować siostrę, jakby jej w ogóle nie było, siostra ignorować się nie daje, bo płacze rozpaczliwie, gdy w końcu Kasia wpada rozjuszona do pokoju małej okazuje się, że dziecko jest wyziębione, bo wiatr otworzył na oścież okno, i podduszone, bo ułożone na brzuszku wcisnęło buzie w poduszkę i nie umiało się samo odwrócić. Kasia wpada w panikę, odwraca małą, otula ją kocykiem, zamyka okno i do powrotu mamy bawi siostrę, i jest to taka ładna okazja, by dać Kasi szansę na prawdziwe polubienie Agnieszki, żeby mogła zauważyć, że mała siostra jest zabawna i całkiem miła, a potem, że można się w nią w szkole pochwalić i to nawet bardziej niż garnuszkami dla lalek. Szans zmarnowana, bo Kasi trzeba przecież dowalić, i to tak na poważnie, więc Agnieszka musi ciężko zachorować, a Kasia musi się tak bać, tak strasznie bać, i nie może polubić Agnieszki, bo dojrzała, zrozumiała i się zmieniła, nie może starać się być lepszą koleżanką, bo dorosła, nie może poprawiać słabych ocen, bo uczciwie pracowała, przemyślała swoje postępowanie i doszła samodzielnie do jakichś wniosków, nie, ona musi wiedzieć, że to jej wina, jej, bo była niedobra, niegrzeczna, ale teraz już nie jest, teraz już została wytresowana i ślicznie się naprawiła, dobra dziewczynka, cacy, już wie, co robić i jak się zachowywać, żeby ją mamusia i tatuś kochali. I dowiaduje się - a z nią wszystkie czytające tę lekturę dzieci - że dla rodziców liczy się tylko najmłodsze dziecko, a jeśli masz tego pecha, że najmłodsze nie jesteś to pamiętaj, że musisz mieć dobre oceny, bo bez dobrych ocen nie jesteś dla swoich rodziców (a nawet w ogóle dla wszystkich, dla kolegów, koleżanek, nauczycieli i dziadunia) niczym więcej tylko utrapieniem, które muszą bohatersko znosić.

Noż fak.

Co za szczęście, że synowie Królowej Matki nie przerabiali w szkole utworu, który dobitnie wykłada, że dziecko nie jest człowiekiem, tylko rodzajem zwierzątka do wytresowania, i że ma prawo do swoich własnych uczuć, emocji i sposobów na ich okazywanie wyłącznie w takim zakresie, w jakim to odpowiada otaczającym je dorosłym.

Nie jest to jednakże jedyna rzecz, która Królową Matką wstrząsnęła - tej drugiej, takie przynajmniej Królowa Matka żywi podskórne przekonanie, jej synowie po prostu by nie zrozumieli.

Otóż powróćmy do początku naszej opowieści.

Kasia się budzi. Dzień jest jakiś inny. Kasia nie wie, czemu jest inny, ale po jakimś czasie orientuje się, że to dlatego, że nie ma w domu mamy. Nieobecność mamy jest rzeczą dotkliwą, gdyż "kto nam zrobi teraz śniadanie, przecież nie Kasia". Królowa Matka, której dwóch starszych Potomków robiło sobie kolacje samodzielnie od siódmego roku życia zdławiła pytanie, czemu właściwie nie Kasia, ale no dobra, niech będzie, że nie, tylko czemu ona się przejmuje, w domu jest przecież druga dorosła osoba.

Druga dorosła osoba, czyli tatuś jednakże najwyraźniej po raz pierwszy w życiu widzi własną kuchnię. "Jurek - mówi bezradnie - nie wiesz, w którym garnku mama gotuje mleko?". Jurek nie wie, tatuś nie wie, nikt nic nie wie, tatuś jakimś cudem znajduje garnek i natychmiast trafia na kolejny problem porównywalny z przeprowadzeniem zimnej fuzji. "Jurek - wyciąga swojego jedenastoletniego syna z łazienki - a nie wiesz, gdzie mama trzyma jajka? MÓWIŁA MI, ALE ZAPOMNIAŁEM".

Gdzie mama trzyma, k...wa, jajka, wybaczą Państwo Królowej jej frencz.

Kobieta jedzie nocą na porodówkę i musi instruować biednego misiaczka, gdzie w jego własnym domu, w którym bynajmniej nie przebywa on wyłącznie w charakterze gościa na święta Bożego Narodzenia, są jajka (a potem majeńki dziubdziulek to i tak zapomina)!

No, nie tam, gdzie my wiemy, a pan byś chciał mieć, panie ładny, tam tych jajek nie ma na pewno, ani jednego.

W czasie, gdy pan (buahahaha) domu zmaga się z problemem braku jajek i braku patelni do ich usmażenia ("Ale to chyba można usmażyć w garnku?") mleko się bierze i kipi, wskutek czego głowa rodziny doznaje spektakularnego załamania psychicznego ("wziąłem pewnie za płytki garnek!"), i musi go pocieszać nieletni syn, który ponadto bierze na siebie przyrządzenie śniadanie w postaci krzywo pokrojonego chleba z masłem.

Nawet jeśli Królowa Matka miała nieśmiałą nadzieję, że ten śniadaniowy bajzel wywołany został całkiem przecież zrozumiałym stresem, nadzieja ta rozwiała się na kolejnych stronach, obfitujących w opisy obiadu w postaci gara kaszy ugotowanego "na zapas" i "trochę tylko przypalonego na dnie" oraz grubej warstwy kurzu, w którym Kasia wypisuje hasła "Mama wraca", a zupełnie ją pokonał fragment: "Nagle tatuś złapał się za głowę patrząc w kąt kuchni, gdzie na podłodze stały rzędem brudne garnki, patelnia, kilka szklanek i kubki".

RANY KOGUTA.

Królowa Matka czytała ten kawałek kilka razy, za każdym razem próbując jakoś go objąć rozumem. Nawet późniejszy opis pastowania podłogi metodą: "Obłóżmy podłogę pastą i zobaczymy, co będzie dalej" oraz rozważań "nie wiedziałem nigdy, że to tak ciężko" nie pokonał Królowej Matki tak, jak wizja pana domu, jego jedenastoletniego syna i ośmioletniej córki, wszystkich pełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, ze zdrowymi rękami, którzy we własnym domu USTAWIAJĄ NA PODŁODZE RZĄDKIEM BRUDNE, UŻYTE NACZYNIA I WYCIĄGAJĄ NOWE. Nie, bez względu na to, jak często czytać będzie Królowa Matka powyższy fragment i tak część jej umysłu odmawia zrozumienia.

Próbowała sobie również wyobrazić swoje dzieci, synów ojca gotującego obiady, sprzątającego dom i robiącego pranie, swoje dzieci, przygotowujące sobie posiłki i zmywające po sobie naczynia, jak czytają ten kawałek i wyszło jej, że by go nie zauważyły, bo ich mózg nie jest gotowy na przyjmowanie podobnych treści.

Przez większość książki Królowa Matka łudziła się nadzieją, że może mama Kasi nie pracuje zawodowo, jest gospodynią domową, a tatuś zaiwania na pięciu etatach, co by wyjaśniało - nie całkiem, ale troszeczkę - jego nieogarnięcie w temacie obowiązków domowych, ale nie, w końcu zażywna pani, która przychodzi wyciągnąć mamę Kasi na zebranie, wskutek czego Kasia zostaje z Agnieszką sama w ów brzemienny w skutki wieczór, nie wyciąga mamy przecież na spotkanie klubu książki. Wygląda więc na to, że mama Kasi po powrocie do domu z pracy pastowała podłogi, oporządzała dom, piekła, szyła, gotowała, odkurzała, sprzątała i prała, a tatuś Kasi po powrocie z pracy do domu odpoczywał po dniu pracy, nie kalając swej stopy wejściem do kuchni choćby tylko po to, by wynieść po sobie talerzyk.

Budzi w Królowej Matce prawdziwą grozę świadomość, że w XXI wieku w szkole podstawowej dzieci stykać się mogą - że tyle, dosłownie tyle (tu Królowa Matka pokazuje, jak bardzo tyle) brakowało, by z podobną wizją świata spotkać się mogły jej własne Potomki -  z opisaną jako wzorową (pomijając przejściowe, tak ślicznie i ku wszechobecnemu zachwytowi rozwiązane problemy ze średnim dzieckiem) rodziną, w której pan domu nie wie, gdzie stoi garnek do mleka, a dziecko na widok nie umytych naczyń mówi beztrosko: "Mama wróci, to pomyje".

A właściwie wszystko, wszystko w tej powieści budzi grozę w Królowej Matce i jedyne, co napawa ją otuchą to wiara, że jest coraz więcej nauczycieli, którzy zaznajamianie dzieci z "Oto jest Kasia" ograniczą do omówienia sceny zabawy w tonący statek.

środa, 1 marca 2017

Naturalia non sunt... albo jednak nie

Potomek Starszy (który jest już BARDZO Starszy i za chwilę w ogóle nie będzie o nic Królowej Matki pytał, bo wszystko będzie wiedział sam z siebie, i to w dodatku lepiej; po chwili obserwowania Własnych Rodziców obdarzających się czułemi pocałunkami - a co ważniejsze, i co należy podkreślić, nie robiąc przy tym "Błeee" i nie wywracając oczami) - Mamo, czy to jest przyjemna rzecz, całowanie się?

Królowa Matka - A, mój synu, bywa, że tak, bywa, że wręcz przeciwnie.

Potomek Starszy (ze zrozumiałym w jego wrażliwym wieku zainteresowaniem) - Jak to, wręcz przeciwnie?

Królowa Matka - No, jak to "jak to"? Wyobraź sobie kogoś, kogo nie znosisz, albo po prostu tylko nie lubisz. Albo kogoś, kto cię w ogóle nie pociąga, jest ci całkowicie obojętny. I wyobraź sobie, że  taki ktoś pcha się do ciebie z dziobem, jeszcze może siłą w dodatku, byłoby ci miło?

Potomek Starszy - Nie, pewnie, że nie...

Królowa Matka (wyczuwając wytrenowanym macierzyńskim nosem okazję, by rzucić nieco pedagogicznego ziarna na krnąbrny i oporny na wiedzę inną niż zdobywanie kolejnych poziomów w Minecrafcie potomkowy umysł) - Że nie wspomnę, że niektórzy ludzie są po prostu nieestetyczni. Nie myją się, są brudni, mają tłuste włosy...

Pan Małżonek (wyczuwając intencję Małżonki; pomocnie) - ... mają nieświeży oddech...

Potomek Młodszy (do tej chwili przysłuchujący się tej wymianie zdań w milczeniu, rzeczowo) - No, jeśli chodzi o mycie zębów, to, mamusiu, większość moich kolegów z klasy nigdy nie będzie mieć dziewczyny.

Słowem, jak mówił (albo powinien był rzec) Poeta:

"Myjcie się, chłopczyny,
bo nie znacie dnia ani godziny"!

sobota, 4 lutego 2017

Pompon Starszy filozofuje, pyta oraz dorasta

Pompon Starszy (obejrzawszy reklamę, w której pani wspomina czasy, gdy była małym dzieckiem) - Ta pani... była duża, a teraz jest małym chłopcem...
Królowa Matka (sprostowuje) - Małą dziewczynką. (melancholijnie) Tak to już jest, że duże panie całkiem często sobie przypominają, jak były małymi dziewczynkami...
Pompon Starszy (tonem konwersacyjnym) - Na przykład ja. Ja sobie bardzo często przypominam, jak byłem mały.
Królowa Matka - O. Czy rzeczywiście, mój synu.
Pompon Starszy - No, mama, pewnie, że tak. Wszystko pamiętam, od jak byłem w twoim brzuchu!
Królowa Matka (niezdrowo zainteresowana) - A jak wykopnąłeś swojego braciszka mamusi pod samo gardło, tak, że się poprzecznie ułożył i zamiast was rodzić musiałam czekać, aż się znów ułożycie jak trzeba też pamiętasz?
Pompon Starszy (po chwili dojrzałego namysłu) - A, tego to akurat nie.

No jakże by inaczej.

***
Pompon Starszy - Mamo, jak długo pszczółki robią miód?
Królowa Matka - Długo. To ciężka praca. Całe lato pracują, by napełnić ul.
Pompon Starszy - O. A zimą?
Królowa Matka - Zimą nie, zimą śpią.
Pompon Starszy (dociekliwie) - Dlaczego?
Królowa Matka (łagodnie) - Bo zimą nie miałyby z czego go robić?...
Pompon Starszy (reflektuje się) - A, no, tak. A po drugie, czy byk to ssak?

Królowa Matka ma dziwne wrażenie, że zgubiła jakieś "po pierwsze"...

***
Pompon Starszy - Mamo, czy ja w dzieciństwie ładnie rysowałem?

I to rzewne wspominanie dzieciństwa nie jest wcale od rzeczy, gdyż luty Pompon Starszy powitał BEZ ZĘBA. Cała rodzina zaś powitała ów miesiąc o świcie, zmuszona do utulania Pompona Starszego, którego wrażliwość objawia się w nieoczekiwanych i dziwnych okolicznościach, a który utratę zęba powitał spazmami i zawodzeniem: "Ja się wstydzę, ja sięęę wstyyydzęęę!!!", co skłoniło mamusię i tatusia do tulenia swojego malutkiego synusia, a starszych braciszków do guglania pogodnych obrazków przedstawiających Wróżkę Zębuszkę oraz robione na szydełku uśmięchnięte ząbki we wszystkich kolorach tęczy. To zaś sprowokowało Pompona Starszego do jeszcze intensywniejszych spazmów, gdyż - jak wyznał on wśród łez - boi się Wróżki Zębuszki i nie życzy sobie jej wizyty. Co z kolei zaowocowało wyniesieniem utraconego ząbka do sypialni rodziców i ukrycia go w szufladce mini-komódki, w której Wróżka Zębuszka (niewątpliwie nieco zbita z tropu) jednak go znalazła i uiściła opłatę nie powodując dyskomfortu Pompona Starszego.

Powiada Królowa Matka Państwu Szanownemu, macierzyństwo to jest bieg z przeszkodami po trasie szybkiego ruchu w godzinach szczytu. Oraz pod prąd.

Póki jednak można w Domu w Dziczy nad ranem znaleźć podobne strzałki


i wskazówki


oraz wieje w nim poezją


jakoś to będzie.

niedziela, 29 stycznia 2017

Pompon Młodszy podejmuje postanowienia na przyszłość

Pompon Młodszy (przerywając przeglądanie wszystkich tomów Pana Kuleczki; z zadumą) - a więc, po pierwsze trzeba pamiętać o tym, żeby nie zakochiwać się w warzywach... (?!?!!! - dop. Królowa Matka). A po drugie, byś tatą to baaaardzo trudna praca... (zawiesza się na chwilę, po czym radośnie)... więc nie zamierzam być tatą. Zamierzam być taki, jaki jestem teraz!

O, ludu miast i wsi, jest się czego bać, tak wam Królowa Matka powiada jak na spowiedzi!

***
 A ponadto

gdyby ktoś nie zauważył, czego Królowa Matka nie wyklucza, to od pierwszego stycznia można zaglądać do Domu w Dziczy na Instagramie.

Królowa Matka w Instagram nie umie i założyła tam sobie konto trochę dla zabawy, a już jak zobaczyła te wypasione fotki robione profesjonalnie, te wykreowane i wycacane wnętrza, te zawsze idealnie doświetlone obrazki, ten instagramowy przemysł, którego się nie spodziewała, jest bowiem stara i naiwna to po pierwsze ostatecznie się przekonała, że nie umie, a po drugie, też ostatecznie sobie wyjaśniła, dlaczego nigdy w życiu nie zostanie wpływową blogerką, o byciu wpływową insta... cośtam nie wspominając (gwoli wyjaśnienia - nie zostanie właśnie przez tę naiwność, by nie rzec - głupotę, która każe jej zakładać, że bloga się pisze, by go czytano, konto na Facebooku ma dla interakcji z ludźmi, a zdjęcia na Instagram wrzuca się, by podzielić się uchwyconą chwilą z obserwatorami).

Ale po trzecie - ku jej zdziwieniu bardzo jej się to spodobało. Instagram okazał się fotograficznym pamiętnikiem, który sobie zawsze chciała założyć, ale zapominała, albo nie miała energii, albo pomysłu, albo narzędzi, albo wszystkiego naraz. Takim zapisem tych wszystkich rzeczy, które umykają nawet w świecie komórek robiących zdjęcia wszystkim, wszystkiemu i na okrągło, tych udanych obiadków i herbaty, kupionej przez syna w prezencie, nowo kupionej włóczki, książek, ciasteczek przyniesionych przez męża do łóżka z filiżanką kakao, śnieżycy, szadzi, tych kotów i psów które akurat zrobiły śmieszną minę. Jak Królowa Matka spojrzała na swój pierwszy instagramowy miesiąc, styczeń 2017 wyświetlił jej się przed oczami dzięki okruchom, które się zazwyczaj zapomina.

Więc jeśli ktoś chce pouczestniczyć w świecie Królowej Matki i pobuszować wśród zebranych przez nią okruszków niech się czuje zaproszony :).

niedziela, 8 stycznia 2017

Post z trudnym słowem

Pan Małżonek (czytając coś na ekranie komputera obiera orzeszki ziemne z łupinek, po czym pakuje je - orzeszki, nie łupinki - garściami do paszczy).

Pompon Młodszy (po dłuższej - jak na jego standardy, rzecz jasna - chwili wodzenia wzrokiem po linii orzeszek-paszcza tatusia, orzeszek-paszcza tatusia) - Tato, a ja mogę tjochę?

Pan Małżonek (nieuważnie) - Aleeeż oczywiiiiście, że tak!

Pompon Młodszy (po chwili przetrawiania informacji; ostrożnie) - Czy to był sajkajzm?

Słowem, witamy w Nowym Roku, Kochani Czytelnicy, sami widzicie, że u nas wszystko jak zwykle i pozostaje nam wszystkim życzyć, - sobie samym, i sobie nawzajem -  by jak zwykle pozostało :).



wtorek, 20 grudnia 2016

Orędzie przedświąteczne

Pan z długopisem, zwany przez ludzi doskonale wychowanych albo zmuszonych okolicznościami (np. zawodowymi) prezydentem Polski, przemówił. Oznajmił, że kwestia legalności głosowania ustawy budżetowej jest "dyskusyjna", a ponadto pochylił się ze zrozumieniem oraz wyraził ubolewanie. Następnie wieczorową, a właściwie nocną porą podpisał trzy dokumenty i umilkł.

Przemówi zapewne za cztery dni, gdy wygłaszać będzie świąteczne życzenia do narodu, pełne okrągłych słów i ckliwych tekstów o pomaganiu sobie i naszym wspólnym domu.

O uchodźcach i ofiarach wojny  nie powie. O korytarzu humanitarnym Polska-Syria, którego nie będzie oraz uchodźcach i ofiarach wojny wypowiedział się za to jeden z ministrów, który, uzurpując sobie prawo do mówienia w imieniu także Królowej Matki oznajmił, że "Polacy ich sobie nie życzą".

Co nikogo nie powinno dziwić.

Wszyscy wszak musimy zdawać sobie sprawę, że rządzenie to nie jest jakieś tam hop siup. Rząd jest bardzo, ale to bardzo zajęty na przykład wprowadzaniem "reformy" edukacji, wskutek której za dwa lata w szkołach średnich zabraknie miejsca dla 300 tysięcy dzieci (między innymi dla Potomka Starszego, którego niechęć do szkolnictwa jako takiego każe już dziś Królowej Matce oswajać go z myślą, że pójdzie do pierwszej szkoły, gdzie go zechcą, najpewniej jakiejś zawodowej), podporządkowywaniem prokuratury i sądownictwa Ministrowi Sprawiedliwości, łamaniem regulaminu Sejmu, przepychaniem... stój, przegłosowywaniem ustaw zezwalających na strzelanie do wszystkiego, co się rusza i wycinaniem wszystkiego, co zielone, ograniczaniem możliwości działania organizacjom pozarządowym, odbieraniem im pieniędzy, by je przekazać kościołowi katolickiemu, i nawet Królowa Matka nie doszła do połowy tego, czym rząd zajęty jest tak bardzo, że po prostu nie może  zająć się wojną w Syrii i pomocą uchodźcom, a w dodatku jeszcze teraz strzały w Berlinie, w Szwajcarii i w Turcji, i można powiedzieć z satysfakcją "a nie mówiliśmy" i dalej się nimi nie zajmować w kojącym sumienie przeświadczeniu, że robi się to, co należy.

I to wszystko sprawiło, że Królowej Matce eskalowało.

Za cztery dni święta.

Za cztery dni, drodzy rządzący,  siądziecie przy rodzinnych stołach, będziecie się łamać opłatkiem i śpiewać kolędy. I zamykać oczy, zamykać oczy, zamykać oczy na niewygodną prawdę.


Uczyniliście Tego, który mówił "Królestwo moje nie jest z tego świata" królem Polski, a przecież gdyby Jego Rodzice dziś szukali dla siebie miejsca nie tylko nie wpuścilibyście ich do domów, ale nawet do waszych garaży, szop na narzędzia czy innych strychów, zbyt wypasionych dla tych, co, jak mawia jeden z waszych posłów, "roznoszą choroby".


Stawiacie obłudnie puste nakrycie dla wędrowca na wigilijnym stole, a gdyby to dziś Święta Rodzina uciekała nocą z domu przed niebezpieczeństwem, zawrócilibyście ich z granicy, bez mrugnięcia okiem zawrócilibyście ich prosto w łapy siepaczy Heroda.


I wiecie co?

Wy ich zawracacie.


Codziennie.

Zawracacie z drogi Tego, który powiedział: "Cokolwiek uczyniliście temu najmniejszemu spośród was, mnieście uczynili", a za najważniejsze przykazanie uznał przykazanie o miłowaniu bliźniego, i nie miał na myśli "no, chyba, że jest innego wyznania, z innego kraju i ma inny kolor skóry, to wtedy nie". Każdego dnia odsyłacie Go z powrotem, pod kule, na tortury, na śmierć w ruinach i z głodu.

O.Gentileschi "Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu"

W każdym uchodźcy, którego nie wpuściliście, narażając go na dalszą poniewierkę, biedę i strach odrzuciliście swojego Boga.

Tak dziś wygląda Jego twarz, której nie rozpoznajecie.



To On. Spójrzcie na Niego. To On. Przerażony, bezdomny, ubogi i głodny. Cierpiący i błagający o pomoc. To On i Jego Matka, i Ojciec.




I jesteśmy jeszcze my.

Nieważne, czy świętujący za cztery dni pamiątkę Narodzenia Boga, Gody, Jul czy po prostu cieszący się z dodatkowych wolnych dni. Nieważne, czy pilnującym tradycji, czy podchodzący do niej więcej niż luźno.

My.

My, którzy nie możemy nic. Nie zakończymy tej wojny. Nie utworzymy korytarzy humanitarnych z Syrii. Nie mamy władzy,  by legalnie osiedlić poza terenem wojny choćby jednego człowieka. Ci, którzy mogą o tym zdecydować nas nie słyszą. A jeśli nawet słyszą, to nie słuchają.  W ich oczach jesteśmy niegodnym uwagi pyłem,  którego głos nic nie znaczy, tak jak drobinkami,  których życie nic nie znaczy są mieszkańcy Syrii. Drobinkami, które złożą się na okrągłe liczby, które się przemnoży, podzieli, wyciągnie średnią i opublikuje w raportach, przerobione na procenty. Niczym więcej.

Drobinami, które mają tylko nas.

Czujemy się bezradni, wszystkie nasze działania jawią się niby kamyczki, którymi próbujemy zasypać bezmierny, nie do ogarnięcia ludzkim okiem ocean cierpienia. Każdy kamyczek ginie w oceanie, pochłonięty, nie pozostawiając nawet śladu na jego powierzchni.

Ale może, może kiedyś z tych kamyczków urośnie wyspa. Mierzeja. Grobla. Musimy w to wierzyć, żebyśmy się nie przestali przejmować.

Za cztery dni święta.

Kupmy jeden prezent mniej.

Wolna Syria

Unicef

White Helmets

PAH

Czerwony Krzyż

Pamiętajmy.

Nie wolno nam przestać się przejmować.


Nie przestawajmy się przejmować.

środa, 14 grudnia 2016

Remember

Święta idą.

Jakoś tak ostatnio zauważyła u siebie Królowa Matka przesyt. Nie, nie świętami. Całą tą otoczką. Tymi reklamami, atakującymi zza każdego węgła, tym wmawianiem, że musi jeszcze to, czy tamto, to kupić, tego pragnąć, to zrobić, bez tego czuć się nieszczęśliwą, tym dopełnić święta, bo inaczej będą nieudane i czegoś im będzie brakować. "Przecież - pomyślała pewnego dnia nie bez zdziwienia Królowa Matka - przecież ja niczego takiego nie potrzebuję". Mimochodem zaczęła w swoich skierowanych do rodziny wypowiedziach przemycać pogląd, że może by tak tym razem bez szału ciał i uprzęży, skromnie, jeden prezent na głowę i choinka ubrana w pierniczki, rękodzieło i kupowanie od rzemieślników zamiast chodzenia po wielkich sklepach i nakręcania się na "a właściwie to na choince wyglądałoby super!" oraz "nie muszę, ale chcę". Jej własne Potomki wpasowały się łagodnie w tę tendencję, odpowiadając na pytanie, co chciałyby dostać na święta: "Nic. My wszystko mamy, mamusiu" i Królowa Matka kątem zmęczonego mózgu pomyślała nawet, że przypadkiem udało jej się chyba wychować całkiem szczęśliwych ludzi.

Dziś w nocy, leżąc bezsennie (ból gardła, katar oraz nerwy), wsłuchując się w ciszę otaczającą Dom w Dziczy, z rzadka zakłócaną pokasływaniem Potomka Młodszego pomyślała też, że ona także właściwie ma wszystko. Ma ten cichy dom, i ciepłe łóżko, Pana Małżonka, śpiącego obok jak dziecię, i Potomki, kota wyciągniętego na fotelu, psa sapiącego przez sen, ma pracę, znajomych i przyjaciół, jakieś hobby ma, i ma największą pewność, jaką może mieć człowiek - że najprawdopodobniej jutro też będzie to wszystko miała.

I jakoś tak jej myśli podryfowały w kierunku tych, co nie mają nic. A najbardziej nie mają pewności, że jutro nadejdzie.

Aleppo zawsze było w oczach Królowej Matki miastem jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Miasto Awicenny, miasto nigdy nie podbite przez krzyżowców, miasto, w którym zmarł generał Bem, miasto odwiedzane przez Lawrence'a z Arabii, miasto wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Miasto, które już zawsze pozostanie niespełnionym snem i baśniową nazwą, ponieważ umiera.





Razem z wszystkimi swymi mieszkańcami.

Są tacy, którzy mówią, że nic się nie da zrobić, że są całkiem bezsilni. Że nie będą patrzeć na umierające miasto, bo wiedzą, jak bardzo nic zrobić nie mogą. I mają swoją rację.

Są tacy, którzy racjonalizują, że przecież zawsze gdzieś na świecie umiera jakieś miasto, i zawsze umierało, tylko teraz możemy to oglądać live i w kolorze na ekranach telewizorów i komputerów, i że oszalelibyśmy, gdybyśmy się mieli każdym takim miastem przejmować. I oni też mają swoją rację.

Są i tacy, którzy decydują się na pomaganie tylko tym, którzy są najbliżej. Bo - jak mówią - i u nas, za ścianą, za miedzą, za miastem pełno jest biedy i głodu, i zaniedbania, a skoro i tak nie można pomóc wszystkim, to chociaż tym najbliższym. Tym najbliższym można nawet bardziej, bo ta pomoc generuje mniej kosztów dodatkowych, twierdzą. I im też nie sposób jakiejś racji odmówić.

Są tacy, którzy twierdzą, że wpłacając pieniądze, demonstrując przed ambasadami, podpisując petycje i szerując linki na Facebooku oszukujemy się, że możemy coś zrobić, aby uspokoić sumienie i po kliknięciu potwierdzenia przekazu pieniężnego oraz smutnej buźki na FB wrócić do naszego życia z fałszywym przeświadczeniem, że coś tam zrobiliśmy. I to też jest jakaś prawda.

I są tacy, którzy uczenie powiadają, że wpłacamy te pieniądze, podpisujemy petycje i chadzamy na demonstracje dla własnego samopoczucia. Aby poczuć się wielkodusznym i szlachetnym. Aby poczuć się dobrze. I to prawdą nie jest.

Przynajmniej nie w wypadku Królowej Matki, która wpłaca i podpisuje, i z każdym podpisem i każdą wpłaconą złotówką czuje się coraz bardziej rozpaczliwie bezradna. Coraz bardziej się wstydzi i coraz ciężej jej na duszy. Pokusa, by zamknąć oczy i nie widzieć jest coraz większa. W zeszłym tygodniu jej Matka trafiła nagle do szpitala, a pierwsze informacje były tragicznie złe i mówiły o bezpośrednim zagrożeniu życia. Dwuletnia córeczka jej dobrej Koleżanki z pracy zginęła w wypadku. Coraz głośniej domaga się uwagi ta myśl, żeby poświęcić swoją energię tylko temu. Bo co prawda to złe, co jest blisko boli bardziej, ale jednocześnie nie pozostawia nas aż tak bezradnymi. Królowa Matka może pomagać swojej Matce ile sił w jej drodze do zdrowia, może się nią opiekować, może trzymać za rękę Koleżankę, milcząc i towarzysząc w jej rozpaczy.

Ale co TAK NAPRAWDĘ może zrobić dla mężczyzny o smutnych oczach, który w pożegnalnym nagraniu mówi "Remember us"?

Odwrócić oczy i zająć się swoimi sprawami byłoby o tyle łatwiej.

I nie wie Królowa Matka, czemu się nie odwraca i nie zajmuje. Nie wie, co ją powstrzymuje. Może myśl o własnych dzieciach, które stara się wychować na dobrych ludzi, a którym na pytanie: "Co zrobiłaś?" musiałaby powiedzieć: "Nic. Miałam swoje sprawy". Może poczucie, że nie robienie niczego byłoby tysiąc razy gorsze niż robienie niewiele. Może wstyd. Może wyrzuty sumienia. Może rozpacz. Może wściekłość. Może bunt. Może niezgoda na bycie milczącą większością. Nie wie. Nie wie, dlaczego wciąż podpisuje petycje i przesyła pieniądze, mimo poczucia beznadziei i z pełną świadomością, że nie powstrzyma wojny w Syrii.

A przecież odwrócenie wzroku zaoszczędziłoby jej tak wiele wstydu, który czuje.

Odwrócenie wzroku byłoby takie komfortowe.


Odwrócenie wzroku byłoby zdradą.

Zdrada jest zbyt wysoką ceną za komfort.




Wy, którzy to czytacie, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę założyć, że macie wszystko. Macie wasze domy, partnerów i partnerki, mężów i żony, dzieci, koty, psy, macie wasze książki, hobby, waszych przyjaciół, znajomych, krewnych. Ciepłe łóżko, światło, wodę pitną, jedzenie. Wszystko.

Idą święta.

Macie wszystko. Nie potrzebujecie więcej.

http://www.wolnasyria.org/

https://www.unicef.pl/nmaction/form/746f0e7d97ea78b3dc5a9a553b9ec2b6?gclid=Cj0KEQiA1b7CBRDjmIPL4u-Zy6gBEiQAsJhTMK_UdW7L0-bK22zNsg_6wtQYyueDyuqp25NjpcpupmoaAuBL8P8HAQ

https://act.thesyriacampaign.org/sign/peoples-million?source=fb&referring_akid=.538727.ieFpLr

http://www.pah.org.pl/

*****




Remember them.

piątek, 9 grudnia 2016

Post w temacie żmij na łonie, odsłona tysiącpińćsetktóraśtam (i cały czas nie ostatnia)

Królowa Matka (nie mogąc powstrzymać zachwytów nad zdjęciem wielkiej księżnej Elżbiety Fiodorowny Romanowej rzuca perły przed... no, co najmniej całkiem spore świnki) - Boże, jakie to zdjęcie jest cudne! Jak wspaniale uchwycone, ten wdzięk, ten urok... piękne, po stokroć piękne!


Potomek Młodszy (grzecznie tkwi u boku Macierzy i podziwia, a przynajmniej usiłuje).

Królowa Matka (nadal strzępi język, gdyż dłuuuugie lata macierzyństwa niczego jej najwyraźniej nie nauczyły) - A ten haft na rękawach widzisz? Ręcznie robiony!!!Jak ja bym chciała raz dotknąć... co ja mówię, dotknąć, zobaczyć, raz zobaczyć taką suknię chociaż przez szybkę! Dotknąć to już za dużo, jeszcze by mi zaszkodziło... I to obszycie przy spódnicy i na gorsecie, a sam gorset... Jak one oddychały, swoją drogą? Ale co tam, nawet bym chwilę nie poodychała, żeby tylko takie zdjęcie mieć, no, dobra, zbliżone, bo do takiego to mi rasowego profilu tu i ówdzie brakuje... Artysta je robił, artysta*! Ten układ głowy, to światło, mogłabym patrzeć i patrzeć, i patrzeć...

Potomek Młodszy - Aha... (z zainteresowaniem) A ty wtedy żyłaś?

Nosz @$#$@**&^%&%$*(()*%$ i okolice.

Jasne, synuś, żyła wtedy mamunia, z wielką księżną na herbatkę się nie umawiała wyłącznie dlatego, że jej do Moskwy było nie po drodze, i może jeszcze dlatego, że jej w tiurniurach było siadać niewygodnie!!!!!!! A nie ma z tamtego okresu żadnych wspomnień z tego tylko powodu, że - podobnie jak wielu wiekowych ludzi - cierpi na sklerozę!!!!

Co rzekłszy, Królowa Matka oddala się z godnością do swych apartamętów, gdzie odda się zapominaniu ostatniej impertynencji swego syna.



*A artysta Hayman Selig Mendelssohn nazywał się, i nie, Królowa Matka nie znała go osobiście.

sobota, 19 listopada 2016

Opowieść o miłości, czyli sile niższej wbrew

Uwaga. Spoilery będą. Chyba. A jak nie spoilery, to słowotok - rozwlekły! i niekoniecznie na temat! - , w trakcie którego to i owo może się wymknąć, i potem tacy i inni niektórzy będą tu przybiegać i krzyczeć na Królową Matkę (nie będę po nazwisku wywoływać, ale ZwL, wstań, jak do ciebie mówię!), więc, aby tego uniknąć Królowa Matka uprzedza.

Czytelniku, wchodzisz dalej na własną odpowiedzialność.

Czy Królowa Matka uwielbiała Lichotkę i jej licznych, niezupełnie standardowych mieszkańców?

Tak. Uwielbiała ich.

Czy za nimi tęskniła, gdy przyszło im się rozstać?

Tak. Tęskniła.

Czy nie mogła się doczekać ponownego z nimi spotkania? Czy śledziła profil Ałtorki na Facebooku, czy czaiła się jak sęp na wszelkie okruchy wzmianek o tym, że "się pisze", czy planowała nabyć powieść natychmiast, gdy się tylko ukaże (ale nie zdążyła, bo dostała egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Uroboros, za co bardzo dziękuje)?

Tak. Nie mogła, śledziła, czaiła się i planowała.

Czy gdy wreszcie weszła w posiadanie własnego egzemplarza "Siły niższej" wzięła lewe zwolnienie L4, wyrzuciła z domu wszystkich Potomków oraz Pana Małżonka, zamknęła się w sypialni z herbatką, ciastkami i paczką chusteczek i pochłonęła rzecz w jeden dzień, a potem delektowała się ociupinkę wolniej po raz drugi?

No pewnie, że nie.

Po otrzymaniu własnego egzemplarza powieści Królowa Matka natychmiast wyłączyła sobie internet (no, dobra, nie całkiem, tylko troszkę), odcięła się od recenzji, opinii, dyskusji na temat oraz fragmentów dzieła, publikowanych tu i ówdzie. Do Krakowa jechała z książką, w której przeczytane miała ze dwadzieścia stron, rozmów na jej temat unikała jak ognia, odbyła spotkanie z Ałtorką, wydębiła autograf i dopiero wracając do Torunia zapadła się w fotel w Polskim Busie i, mając w perspektywie siedem godzin podróży, oddała się lekturze.


Od wydarzeń opisanych w "Dożywociu" minęło jakieś pół roku.

Konrad Romańczuk wraz z ocalałymi dożywotnikami - Lichem, jednym utopcem, Rudolfem Valentino i jej różowymi, puchatymi dzieciątkami, kotką Zmorą oraz tajemniczym, owiniętym w płótno, nieruchomym ciałem, spoczywającym w piwnicy, mieszka, przygarnięty wraz z całą menażerią przez Turu Brząszczyka, duchowego wikinga, w domu, który nie ma imienia, ale za to ma dziesiątki maleńkich pokoików, pomieszczonek i kanciapek, i usiłuje zapuścić nie żeby zaraz korzenie, ale chociaż korzonki.

A właściwie nawet i to nie.

Konrad, w którym tłuką się zaledwie niedobitki jego diabolicznego i wywołującego zachwycone westchnienia pań w wieku od dziewięciu do dziewięćdziesięciu lat "ja", niczego nie zapuszcza. Konrad sobie egzystuje, z dnia na dzień, zderzając się i obijając o męczącą, szarą i beznadziejną rzeczywistość.

Rzeczywistość, która, co trzeba dodać, zaskakuje Konrada aspektami, o których mieszkając w Lichotce zdążył kompletnie zapomnieć. Jak na przykład rachunki za prąd, którego poza Lichotką Licho nie generuje z... no, znikąd, tylko elektrownia dostarcza i każe sobie za tę usługę płacić. Albo koniecznością jedzenia, najlepiej trzy razy dziennie i związaną z powyższym koniecznością przygotowywania posiłków, które pod nieobecność Krakersa,  pradawnego stwora z głębin odwiecznego zła, musi przyrządzać on, Konrad. I to pomimo faktu, że nie umie gotować. Albo z kontem, które - nadszarpywane za sprawą płaconych rachunków i nabywanej drogą kupna żywności - pustoszeje i, by je zapełnić, trzeba łapać każdą fuchę, która się nawinie.

Konrad Romańczuk staje się powoli cieniem samego siebie, a razem z nim cieniem staje się Licho, rozpaczliwie miotające się w daremnym wysiłku, by swojego człowieka pocieszyć i ułatwić mu życie, utopiec, wredniejszy z chwili na chwilę, no, Rudolf Valentino i jej dzieci nie, ale to marna pociecha, i Turu Brząszczyk też nie, trochę dlatego, że niedługo zna Konrada i nie jest od niego w żaden sposób zależny, a trochę dlatego, że - poza byciem wikingiem oraz rzeźbiarzem w drewnie z powołania - jest też nieuleczalnym optymistą z ogromną tolerancją na świat, nabytą skutkiem wieloletniego opiekowania się leciwym i mocno oderwanym od rzeczywistości, by nie powiedzieć nieelegancko "pomylonym", dziaduniem.

Nic dziwnego, że chwycony w bezlitosną garść codzienności Konrad odnajduje namiastkę spokoju wyłącznie podczas wizyt w całodobowym Tesco. Tam, pośród równych, wypełnionych wszelkim dobrem pod podłogi aż po sufit półek, w długich alejkach "na prawo makarony, na lewo - kasze" nie musi mówić, nie musi słuchać, nie musi odpowiadać na różne, często sprzeczne zapotrzebowania współmieszkańców, może całym sercem oddać się analizowaniu etykietek na żywności i wybieraniu keczupu idealnego - nieświadom, że właśnie skutkiem wizyt w Tesco wkrótce w jego szarym jak listopadowy dzień, beznadziejnym i trudnym życiu za chwileczkę zrobi się jeszcze trudniej i bardziej beznadziejnie.

Bowiem już za chwilę, w efekcie licznych zbiegów okoliczności, własnych starań - podjętych niewątpliwie w chwili całkowitego zaćmienia umysłu - oraz działania przeróżnych sił (Królowa Matka podejrzewa interwencję raczej Siły Wyższej, niż tytułowej Niższej) wejdzie w posiadanie (nic to, że tymczasowe) kolejnego Anioła Stróża.

A nie będzie to Anioł w typie Licha, słodkiego, zasmarkanego, z wydepilowanymi skrzydełkami i alergią na pierze, rozkosznego Licha, które można uszczęśliwić podarowaniem mu nowego środka do polerowania drewna oraz płynu do naczyń o zapachu malinowym.

Nie.

Tsadkiel jest Aniołem postawnym i pięknym. Takim, jakie widuje się na obrazach dawnych mistrzów. Złotowłosym, posągowym, o skrzydłach, które, rozłożone, zasłaniają niebiosa. Takim, którego naturalnym wyposażeniem wydaje się trąba wzywająca na Sąd Ostateczny, a ognisty miecz w dłoni nikogo nie dziwi. Jest oficjalnie Aniołem Skromności i Sprawiedliwości. Potężnym i mocarnym.

I upierdliwym.

Tsadkiel nie sprząta domu, jak Licho. Tsadkiel dba, by jego człowiek, pijąc herbatę, nie pozostał nieświadom faktu, że napar herbaciany zawiera 100–594 mg kofeiny w 1 litrze płynu uzyskanego z czarnej herbaty, a w przypadku zielonej herbaty wartość ta wynosi 160–450 mg/litr. I że - dla porównania - kawa parzona zawiera 386–652 mg na 1 litr, co oznacza, że picie pięciu szklanek herbaty może nie być obojętne dla zdrowia. Zwłaszcza, że - co podkreśli z naciskiem - kofeina (teina) zawarta w herbacie może wywoływać u niektórych osób negatywne skutki , hamuje ona bowiem neurogenezę w hipokampie, uczula receptory dopaminy, blokuje receptory adenozynowe, osłabia pamięć, zwiększa uczucie niepokoju i lęku oraz powoduje uzależnienie fizyczne.

Nie powinno się herbaty także słodzić, chociaż bowiem sacharoza (C12H22O11) nie jest substancją klasyfikowaną jako niebezpieczna według kryteriów GHS, ale on już wie swoje (próchnica! otyłość! zahamowany rozrost mięśni!) i ma na to dowody.

Tsadkiel wkroczy do sypialni swojego człowieka o godzinie 20.59 i wyłączy mu światło z informacją, że zgodnie z badaniami amerykańskich naukowców z roku 1978 opublikowanymi w numerze 7 czasopisma "Lancet" mózg ludzki optymalnie odpoczywa podczas snu w godzinach 21-6.

I tak o wszystkim.

Bez przerwy.

Taki właśnie Anioł wprowadza się do domu Konrada i to dosłownie chwilę po tym, gdy Konrad odkrywa, że oprócz Licha, utopca i różowych królików ma na strychu widma trzech żołnierzy Wehrmachtu, z upodobaniem oddających się grze w karty oraz gry planszowe, ale skłonnych do opuszczenia swej samotni w celu bratania się z lokalsami za pomocą pieczenia pierniczków i tegesu, wypijanego w sporych ilościach.

I na chwilę przed tym, jak w progu wspomnianego Domu Bez Imienia staje Carmilla, literacka agentka Konrada, bezdomna i w dwupaku, który to dwupak jest wynikiem szału dwóch ciał. Jedno ciało należało do Carmilli, a drugie do panicza Szczęsnego, najwyraźniej akurat znajdującego się w ostrej fazie uziemienia, obecnie zaś znajdującego się w zaświatach, czego Carmilla w żaden sposób nie chce przyjąć do wiadomości (podobnie jak pętania się po domu dwóch aniołów, małego i dużego, widmowych Niemców oraz utopca).

A wszystko to nie ułatwia niczego. Przynajmniej nie tak od razu.

Na okładce "Nomen Omen" zamieszczono fragment  recenzji głoszący: "Marta Kisiel jest niczym Terry Pratchett, a nawet lepsza, bo on odkrył fabułę dopiero przy swojej czwartej książce, a jej udało się już przy drugiej".

Przy trzeciej też. O ile "Dożywocie", o czym Królowa Matka w swojej tradycyjnie przegadanej recenzji wspominała, można było czytać metodą "Jeszcze ten rozdział do końca i idę spać", napisane bowiem było metodą odcinkową, tak tutaj w ten sposób się nie da (to znaczy, da się, jeśli się jest wielodzietną mamusią oraz kobietą pracującą, a nawet przepracowaną, ale się wcale, a wcale tego nie chce).

I nie jest to jedyne nawiązanie do Pratchetta, jakie by Królowa Matka poczyniła.

Otóż nie ma ona wątpliwości, że będą osoby - i to możliwe, że będzie ich, tych osób, więcej niż kilka - które poczują się "Siłą niższą" rozczarowane.

Podobnie jak byli czytelnicy rozczarowani do głębi ukochanym i czczonym przez Królową Matkę na kolanach tomem Świata Dysku "Straż nocna".

I tacy, którzy recenzując "Nomen Omen" wyrażali opinię, że sama książka super, ale po co te wstawki o wojnie? Po co to płonące miasto, te ruiny, ta śmierć? Po co to wszystko, co Królowej Matce wydawało się w "Nomen Omen" najcenniejsze?

Czytelnicy, którzy czytając Martę Kisiel (i Terry'ego Pratchetta) po prostu chcieli się pośmiać.

I można się przy "Sile niższej" pośmiać, jasne, można prychać pod nosem, uśmiechać się, można nieprzystojnie rżeć nie bacząc na to, że się człowiek znajduje w miejscu publicznym.

Ale ten śmiech nie jest przede wszystkim, a książka nie jest tylko po to. Pod warstwą rozbawienia, pod barokowymi, złożonymi zdaniami, pod zaskakującymi porównaniami i nieoczekiwanymi skojarzeniami słownymi jest powieść o życiu, zwykłym, nużącym życiu, zmęczeniu, smutku i walce, by było w nim coś więcej niż smutek i zmęczenie.

Taką właśnie opowieść widziała Królowa Matka, gdy razem z Konradem wybierała ten keczup. Królowa Matka zresztą jest Konradem, minus choleryczny charakter oraz wywołująca westchnienia zachwytu posępna uroda (chociaż, przyznać musi, z biegiem lat choleryczność w niej rośnie, w zupełnym przeciwieństwie do urody), przyznawała się do powinowactwa duchowego już w recenzji "Dożywocia". Miała identyczny moment w życiu, w jej wypadku rolę spalonej  Lichotki spełnił powrót do pracy, i nie do Tesco chodziła, a do supermarketu niedaleko domu swej Matki, co jest akurat bez znaczenia. Błądziła w tym supermarkecie między półkami, bez dzieci, bez męża, bez "a mamooo!", bez "ja chcę!", bez "a kupisz mi?", bez jednej myśli, cicha na zewnątrz , a wewnątrz płakała tak strasznie, że gdyby było to widać to w robocie byłaby przynajmniej karetka pogotowia, a kto wie, czy nie policja i straż pożarna do kompletu.

Taką opowieść widziała, gdy razem z Carmillą zmęczona, tak nieludzko zmęczona usiłowała odkopać siebie-Człowieka spod Matki, walcząc ze Społecznymi Oczekiwaniami i Poczuciem Obowiązku. I gdy płakała z Lichem "z tęsknoty - za kojącym szumem lasu za oknem, za plumkaniem deszczu o taflę stawu, za rechotem żab i utopców, za stołem w kwiatki, za wszędobylskimi mackami Krakersa, za paniczem i jego atakami poezji, za depilowaniem skrzydeł na werandzie, za swoją przytulną gotycką wieżyczką". I gdy czekała z Tsadkielem, którego nikt nie lubił, na mrozie na swojego człowieka, który nie nadchodził.

Siła Niższa, tytułowa siła niższa, wszechobecna, nie biorąca jeńców, jakże dobrze ją Królowa Matka zna. Niby niepozorna, niby niżej postawiona i nie tak efektowna jak jej starsza i ładniejsza siostra, Siła Wyższa, niby zajmująca się drobiazgami, a potrafi przysłonić to, co najważniejsze. Opanowuje te wszystkie pozbawione uroku, wypełnione nerwami dni, gdy wydaje się, że świat się sprzysiągł przeciw tobie - kot wymiotujący na starannie rozłożone na kanapie galowe ubranie dziecka, oczko w ostatniej parze rajstop, akumulator, który się wyładował akurat dziś, tylne światła odjeżdżającego autobusu i świadomość, że na następny będzie trzeba czekać w zacinającym deszczu przez 40 minut i w dodatku przyjedzie się do pracy mocno spóźnionym, twoje dziecko, budzące się z 39 stopniami gorączki w dniu, gdy dopinasz ważny projekt, nad którym pracowałaś dwa ostatnie miesiące, dopiero co nabyta zapiekanka, przelatująca pięknym łukiem nad stołem by, zahaczając o jasną bluzkę, plasnąć efektownie na podłogę (wszystkie przykłady z życia wzięte, żeby nie było), próbki jej działalności, przysłaniające całą, kolorową resztę świata.

Siła Niższa, która wcale nie jest bohaterką "Siły niższej" Marty Kisiel.

Co sobie Królowa Matka uświadomiła, zamykając książkę po przeczytaniu ostatniego zdania, już tęskniąc za mieszkańcami Domu Bez Imienia i zazdroszcząc im straszliwie. Tego cichego, spokojnego bycia ze sobą, tej akceptacji, którą osiągnęli, tej radości z faktu, że znaleźli swoją drogę.

A potem sobie zdała sprawę, że nie musi im zazdrościć. Miała takie dni. Każdy je ma. A potem o nich zapomina, przytłoczony codziennością, z całą jej szarością, powtarzalnością, banalnością i nie obfitowaniem w fajerwerki, i pozwala się przekonać chichoczącej w kułak Sile Niższej, że tak właśnie wygląda życie.

I tak sobie Królowa Matka pomyślała, że nowa powieść Marty Kisiel w nieoczywisty sposób opowiada o tym, co jest w tym życiu faktycznie istotne.

O tym, że to miłość jest tym, co się liczy, chociaż to takie wielkie słowo i człowiek się trochę wstydzi go używać, żeby się nie strywializowało. I że jeśli się kocha, lubi, akceptuje i szanuje to nie szkodzi, że nadejdą chwile, gdy Siła Niższa znowu da nam popalić (a potem znów, i znów), i  gdy kolejny raz pokaże, na co ją stać. Stawi się jej czoła, bo ma się czego uchwycić - tego, co jest najważniejsze.

Wbrew całej Sile Niższej świata.

O tym jest, zdaniem Królowej Matki, ta książka. (i jest to jej ściśle subiektywne odczucie, nie-recenzenckie, za to bardzo osobiste, i  można się z nim nie zgadzać, ale w niej siedzi ono nie do wyrwania, niczym Krakers przytwierdzony wszystkimi mackami).

Więc nie dawajmy się Sile Niższej, Kochani Czytelnicy.

Natomiast "Sile niższej" trzeba, a nawet należy :).

poniedziałek, 31 października 2016

Królowej Matki wyprawa do Wielkiego Świata

- Przyjedź! - zachęcał (potencjalny) Gospodarz, a w blogowym życiu - 1/2 ekipy podróżującej Tramwajem numer 4 , podsyłając a to zachęcające maile, a to zdjęcia wejściówek w ramach kuszenia.

- Jedź! - powtarzał uparcie Pan Małżonek.

Potomki niczego nie powtarzały, ale protestować też nie protestowały.

Na domowy adres Królowej Matki zaczęły przychodzić Tajemnicze Telegramy i Wezwania.


Dopiero jednak, gdy "Jedź" zaczęła powtarzać rodzona Matka Królowej Matki, rzecz nie mająca precedensu, Królowa Matka zaczęła się łamać.

Łatwo nie było. Jechać oznaczyło opuścić swoją bezpieczną norkę. Wyjść między ludzi, być zmuszoną do nich mówić i odpowiadać ich jakimś tam oczekiwaniom, które - mówił w głowie Królowej Matki ten głosik, co jest zawsze na posterunku - na pewno są wyższe niż to, co jest Królowa Matka swą skromną, chudą i przygarbioną sylwetką zapewnić. No i w ogóle. Narzucać się. A oni na pewno się już od lat wszyscy znają. I będą Królową Matkę znosić jako doskonale wychowani ludzie, ale bez niej na pewno by się swobodniej czuli. I w ogóle oni są tacy  bystrzy, światowi i oblatani, a Królowa Matka to prowincjonalna pani w średnim wieku, więcej niewymowna. I inne takie.

Ale skoro się człowiek nadłamał, powiedział cichutko to małe, bardzo malutkie "a" to należało powiedzieć "B", wziąć za łeb swoje fobie, zdecydować się na wizytę na Targach Książki i zaklepać bilety do Krakowa.

Co uczyniwszy, Królowa Matka natychmiast dostała zapaści, duszności, hertzklekotu oraz mgły przed oczami, rozkoszne scenariusze w rodzaju: "Spóźnię się/ zgubię/ nikt mnie nie odbierze z dworca/ będziemy siedzieć w kamiennym milczeniu przez cały czas z pominięciem grzecznościowych powitań rano/ a w ogóle to Żona Gospodarza na pewno w ogóle nie chciała mieć na głowie jakiejś obcej baby i będzie bezustannie znacząco rzucać okiem na zegarek!!!", gdyż zaprawdę, Czytelniku, spuszczona ze smyczy niepewność siebie Królowej Matki wyrasta imponująco, niby to ciasto drożdżowe czule opatulone lnianą ściereczką na ciepłym piecu.

Pomimo powyższego Królowa Matka, która jest tchórzem, ale za to obowiązkowym, i która skoro już poskładała przeróżne obietnice to zamierzała ich dotrzymać, upiekła górę ciasteczek kawowych, nabyła pierniki, no bo co można Gospodarzom z Torunia przywieźć, zapakowała Licho  (które, mówiąc między nami, było robione z myślą, że kiedyś trafi w ręce Samej Ałtorki, choć w głębi serca Królowa Matka nie wierzyła, że kiedykolwiek jej się uda Ałtorkę choćby z daleka ujrzeć na własne oczęta), spakowała się i w ulewnym deszczu oraz w stanie histerii łamane przez podekscytowanie wsiadła w autobus do Krakowa.

Oczywiście autobus przyjechał spóźniony już do Torunia.

Oczywiście sukcesywnie powiększał spóźnienie we Włocławku, Łodzi i Częstochowie, by pod Krakowem osiągnąć imponującą jedną godzinę i dwadzieścia minut (podczas gdy Królowa Matka osiągała stan przedzawałowy, zaś jej rozszalała wyobraźnia - poziom "master" prezentując obrazy Gospodarza opuszczającego dworzec z trzaśnięciem drzwi po uprzednim wykasowaniu numeru Królowej Matki z pamięci telefonu).

Po czym Królowa Matka wysiadła w Krakowie, Gospodarz był, Małżonka Gospodarza była, odezwała się do Królowej Matki  i to wystarczyło, by Królowa Matka się natychmiast uspokoiła.

(W związku z czym pozwala sobie tu na sugestię, by Małżonka Gospodarza rozważyła karierę jako pogromczyni dzikich zwierząt albo behawiorystka, bo skoro potrafiła jednym zdaniem uspokoić rozhisteryzowaną Królową Matkę to taki tygrys w panice albo zestresowany wąż boa czy inny spazmujący nosorożec powinien stanowić kaszkę z mleczkiem).

A nazajutrz, nazajutrz czekał Królową Matkę dzień bogaty w zaskoczenia.

Na Targi wchodziła bramką dla vipów


(uznając, że może sobie wybrać przecież bramką dla kogo wchodzi, a bramka dla osób posiadających bilet czterodniowy nie zadawalała jej w najmniejszym stopniu).

Ałtorkę widziała na własne oczy, uzyskała autograf, i nawet do niej mówiła, a także dokonała wzruszenia Jej za pomocą Licha


oraz, co więcej, ŚCISKAŁA, i to w dodatku DWA RAZY!!!


Poznała drugiego motorniczego z Tramwaju nr 4, spotkała parę osób, które poznała dwa lata temu (jak ten czas leci! że sobie tak odkrywczo przy tej okazji zakrzyknie), no, może "poznała" to nie jest właściwe słowo, zobaczyła, o, zobaczyła na oczy, co jednakże sprawiło, że jakaś część jej mózgu uznała, że już je zna, w związku z czym nie musi się ich bać.

Pochodziła (poprzepychała się raczej i była to spora próba wytrzymałości dla jej introwertyzmu, ale nie będzie narzekać, bo to były pierwsze, możliwe, że ostatnie Targi w jej życiu i zamierza się tym doświadczeniem wyłącznie zachwycać) między stoiskami, nabyła drogą kupna nieco książek, wydębiła kilka autografów, dostała drogą podarunku trochę zakładek, wypełniła ankietę...

Ale nade wszystko SPOTKAŁA SWOICH CZYTELNIKÓW!

Za każdym razem, gdy Królowa Matka mówi, że nie wierzy, że jej Czytelnicy nie istnieją wywołuje falę śmieszków i uwag na temat kokieterii, ale, co robić, ona w to naprawdę nie wierzy. Jakoś tam, kawałeczkiem umysłu wie, że ktoś na tego jej bloga wchodzi, ktoś go komentuje, ktoś go ma w Obserwowanych. Ale większa część umysłu nie współpracuje z tym kawałeczkiem i uznaje twardo, że nieistotne, że ktoś czyta i komentuje, na tyle, żeby ją kojarzyć po zakończeniu lektury to już nikt i nic, i to jest oczywiście normalne, bo niby kim Królowa Matka jest, autorką średnio popularnego bloga śmieciowego o niczym, od jakich w necie się po prostu roi.

Na osoby podchodzące w czasie Targów do kącika, w którym Królowa Matka wraz z Towarzystwem przeczekiwała największy rzut Wielbicieli na Martę Kisiel z pytaniem: "Przepraszam, która z pań jest Królową Matką?", na umawianie się z Czytelnikami przez telefon, na poszukiwanie jej w tłumie, oraz na piski "Królowa Matka? Iiiiii!" Królowa Matka gotowa mentalnie nie była.

I nie jest :).

Zupełnie nie wie, jak pisarze i inne sławne osoby sobie z tym radzą, idzie się do tego przyzwyczaić? Królowej Matce się wydaje, że gdyby to ją częściej spotykało wyrzut endorfin by ją zabił. Endorfiny chyba tez można przedawkować (w każdym razie Królowej Matce by się udało, nie wyklucza, że jako pierwszej osobie na świecie :)).

A teraz, odespawszy i odprasowawszy sobie odgniotki nabyte w trakcie siedmiogodzinnej podróży powrotnej siedzi sobie Królowa Matka w Domu w Dziczy, miłośnie wpatrując się w łupy i dary, które zwiozła z Grodu Kraka do Grodu z Piernika


i myśli z wdzięcznością o swoim niezrównanym Gospodarzu, jego Małżonce (i Synu, który został wyrugowany z własnego pokoju na czas pobytu Królowej Matki w Krakowie, co zniósł z podniesionym czołem i godnością osobistą), wszystkich znajomych blogerach, blogerach, którzy byli nieznajomi, ale już nie są, o Ałtorce, bez której nie byłoby dla kogo robić Krakowskiego Rabanu, i kochanych, kochanych Czytelniczkach...

... i tak jej się wydaje, nie, żeby pierwszy raz w życiu, ale tym razem wyjątkowo dobitnie, że, naprawdę, warto było zakładać tego bloga pięć lat (i jeden miesiąc) temu!

Dzięki, wielkie dzięki dla Was wszystkich!!!*


* dla Najdroższego Pana Małżonka i Potomków też, wszak gdyby ten pierwszy nie nalegał, a te ostatnie nie przyjęły wyjazdu Mamuni ze spokojem, histeryzując zaledwie przez pięć minut w piątek rano, także te Targi Krakowskie odbyć by się musiały bez Królowej Matki przemykającej gdzieś w ich tle :).