czwartek, 21 maja 2015

Z życia niewolnika

Pompon Młodszy (włażąc Królowej Matce na kolana i moszcząc się na nich za pomocą wiercenia pupką; rozkazująco) - Teraz mas mnie psytulić!

Królowa Matka przytula.

Pompon Młodszy (nadstawiając buzię, w tym samym tonie) - I całuj!

Królowa Matka całuje.

Pompon Młodszy (zdegustowany) - ...ale co ty, tak jeden jaz, cały cas mas całować!!!

Królowa Matka zasypuje pocałunkami.

Pompon Młodszy (rozciągając na kolanach Królowej Matki swoje ciało na całą dumną długość metra pięć; z zadowoleniem) - ... i mozes mnie jesce drapać po pleckach!

Powiada Państwu Królowa Matka, ludzki pan!

niedziela, 17 maja 2015

Szpiedzy tacy, jak my

Pompon Młodszy (wbijając sobie na nos wygrzebane skądś tam, ogromne, nadłamane okulary przeciwsłoneczne Teściowej Królowej Matki) - Mamo, pats! Jak wkładam takie agenckie okulary to psestaję być sobą i staję się spiegiem! Teraz nie jestem juz zaden Antek. Jestem Agent Antek!


Po przyjeździe do Domu w Dziczy,

Pompon Młodszy (nadal w Agenckich Okularach) - Jestem agent 007!
Potomek Młodszy (poprawiając Pompona Młodszego po bratersku) - Ty możesz co najwyżej być agentem 004. (odliczając na palcach) Pompon Starszy jest agentem 003, ja - agentem 002 (milknie, zacukany)...
Potomek Starszy (gorączkowo) - Nienienienie, Pompon Młodszy jest Agentem 005, Pompon Starszy - Agentem 004, ty (zwracając się do Potomka Młodszego) - Agentem 003, ja - Agentem 002, tatuś Agentem 001, a mamusia... a mamusia... (skonfundowany, urywa).
Królowa Matka (stoicko) - ... cóż, mamusia, nie ma co już tego dłużej ukrywać, jest M...

I teraz już wszystkim wiadomo, od czego NAPRAWDĘ skrótem jest bondowskie "M"!

niedziela, 3 maja 2015

Królowa Matka na tropie Spisku, część druga

UWAGA!

Będzie DŁUGIE JAK CHOLERA, zawierające spoilery oraz wulgaryzmy, co prawda nie królewskomatczyne, tylko pochodzące z cytatów, ale zawsze. Osoby wrażliwe, nudzące się przy wpisach liczących więcej niż pięćset słów oraz takie, które pragną poznać dzieuo tu omawiane z pierwszej ręki proszone są o oddalenie się od internetów celem skorzystania z uroków ostatnich chwil długiego weekendu, najlepiej na łonie natury. 

Gdyby Królowa Matka chciała czytać "Nie oddam dzieci" metodą: "Przy każdym facepalmie wychylamy kieliszeczek" już w połowie Prologu leżałaby na podłodze Domu w Dziczy, ułożona przez troskliwego Pana Małżonka w pozycji uniwersalnej bocznej bezpiecznej, a karetka z najbliższego szpitala pędziłaby, aby bezzwłocznie zawieźć ją na oddział detoksykacji alkoholowej.

W Prologu oto mamy przedstawione trzy główne dramatis personæ, a więc Michała Sokołowskiego, wybitnego chirurga, oczywiście oszałamiająco przystojnego, oczywiście uroczego, oczywiście romantycznego (w każdym razie w rozumieniu ałtorkasiowym, w rozumieniu królewskomatczynym bowiem mężczyzna, który wchodzi "krokiem zdobywcy do sali wykładowej", siada "obok mnie, nawet
nie pytając, czy wolne"
i mówi "tak po prostu: „Od dziś to miejsce obok ciebie, moja śliczna, należy do mnie” uzyskuje zamiast dozgonnej miłości uprzejmą, acz chłodną odpowiedź: "Ależ zatrzymaj je sobie choćby na zawsze, a ja się przeniosę gdzieś dalej, by się cieszyć brakiem twojej obecności", choćby nie wiadomo jak bardzo "roześmiany, czarnowłosy i niebieskooki" by był), kochanego (czy tego chce, czy nie chce, gdyż poza żoną kochały się w nim " wszystkie stażystki w całym szpitalu") i kochającego męża i ojca trójki, a wkrótce już czwórki dzieci, dla którego ostatnio niestety praca robi się odrobinę zbyt ważna, spychając rodzinę na dalszy plan, ale ojtam, ojtam, Michał Sokołowski jest idealny i basta, przerwa na motylki i jednorożce na tęczy.

Po czym zaserwowany nam zostaje opis drugiego bohatera, Tadka Marszaka - oto mamy faceta, który zawodowo trudni się wożeniem żywych koni na rzeź do Włoch, dbając o zapas koki, którą wciąga w trasie (kieliszeczek) , ma wyższe aspiracje, ale nie chce mu się pracować, zresztą jak już popracuje, to i tak wszystko wydaje na dragi i dziwki (kieliszeczek), frustruje go, że nie ma żony, którą mógłby bijać (kieliszeczek), więc w zamian bije starą schorowana matkę (kieliszeczek), której przy każdej okazji kradnie rentę, niech żre trociny, skoro jest durna i trzyma kasę w puszce po herbacie (kieliszeczek), a jak mimo to czuje się zirytowany to się relaksuje rażąc prądem - 6 tys woltów - przewożone konie (kieliszeczek albo i dwa), a także rusza w miasto, by wyrwać lalę do obmacania, uprzednio przyodziewając się w sweterek w serek (kieliszeczek), białą koszule oraz skórzaną kurtkę i przeczesując rzadkie włosy (kieliszeczek)..., 


Kolejny bohater, Alfred Niro, "syn polityka znanego z tego, że jest politykiem, i celebrytki znanej z tego, że jest znana" , który po rozwodzie rodziców mieszka z matką, której nienawidzi, gdyż "po latach balang, hektolitrach alkoholu i metrach kokainowych ścieżek, wygląda na podstarzałą kurwę", utrzymywany przez ojca, którego nienawidzi, gdyż "po pierwsze gardzi polityką, po drugie gardzi ludźmi, którzy zmieniają poglądy jak chorągiewka", nienawidzi, ale korzysta z jego forsy i pozwala się wyciągać z pierdla po tym, jak dla żartu podpalił bezdomnego na przykład. Nie przepracował w życiu ani dnia, i nie musiał, albowiem rodzice zamykali mu usta pieniędzmi, "bo bękart mógłby sporo pikantnych plotek o ich pożyciu sprzedać tabloidom". Żyją więc sobie - rodzice i Alfred - w układzie "my ci forsę, ty nas nie szargasz, a jeśli już, to nie pod własnym nazwiskiem", w związku z czym Alfred, idąc szargać, zaopatruje się w fałszywy, kupiony za ciężkie pieniądze dowód osobisty, żeby go, uwaga, dziennikarze nie namierzyli, po której to konstatacji Królowa Matka uznała, że kieliszeczek to za mało


oraz odkryła, że śmieje się histerycznie czekając tylko na retrospekcje z dzieciństwa Alfredka kopiącego nóżkami obutymi w obuwie ze skóry ginących gatunków małe kociątka oraz mściwie depczącym kwiatki, ze szczególnym uwzględnieniem tych pod bezwzględną ochroną, czy naprawdę nikt autorce nigdy nie powiedział, że mniej czasem znaczy lepiej? 

No, nic, na kopane kotki przyjdzie jeszcze czas, na razie Tadek Marszak podąża na spotkanie z Alfredem, albowiem "Imponował mu ten gość. Miesiąc temu poznali się w jednym w podlubieńskich klubów, wyrwali dwie laski, chyba jeszcze niepełnoletnie, przynajmniej na takie wyglądały, ale za to bardzo pijane i bardzo chętne, i zabrali je na przejażdżkę po okolicach, przy czym najpierw Alfred przeleciał jedną na tylnym siedzeniu swojego bmw, potem Tadek. Prawdziwa zabawa zaczęła
się w pustym domku letniskowym, do którego Alfred miał klucze. Tam rżnęli półprzytomne od wódki i prochów dziewczyny na zmianę, we wszystkie otwory ciała – dopóki sił starczyło.
Na koniec pieprzonka Alfred, któremu już nie stawał, wyciągnął skądś kabel i zaczął w jakimś dzikim obłędzie obie dziewczyny tym kablem napieprzać, aż Marszak przestraszył się, że chce gówniary zatłuc i siłą go odciągnął.
– To nauczka – wyjaśnił Niro. – Żeby z obcymi się nie puszczały.
Zarechotał i szarpnął tę szczuplejszą, blondynkę, ku sobie. Zakwiliła, kuląc się w rogu łóżka, ale wyciągnął ją brutalnie i nagą wypchnął na dwór. Skinął na Tadka, by z drugą zrobił to samo. Po chwili zaciągnęli je do samochodu, wywieźli daleko od domku i porzucili na poboczu, ciskając w nie kłębem ciuchów.
Ale to był odlot. Tadek, do tej pory grzecznie rżnący tylko te, które na to pozwalały, albo dziwki, na które było go stać, po raz pierwszy w taki sposób zabawił się z lachonami: brutalnie i bezwzględnie. I miał z tego kurewską frajdę. Nie mniejszą niż prowodyr".


Dwaj przyjaciele z boiska jadą zatem, naćpani, narąbani i w towarzystwie wyrwanej dopiero co blondynki, zaś naprzeciwko jedzie Marta Sokołowska, która zmuszona była udać się do przedszkola po najmłodsze dziecko, które wzorowy i kochający mąż i ojciec zapomniał odebrać, jako, że właśnie operuje oraz ma dyżur na SOR. Buahahaha, no, ale nie po raz pierwszy Katarzyna Michalak nie sprawdza tego, o czym pisze, więc się nie dziwimy i lecimy dalej. 

Mama jedzie zatem, odrywając się od przygotowań do urodzinowej imprezy dla synka, który właśnie kończy trzy lata, i skłaniając Królową Matkę do zastanawiania się, w jakich godzinach otwarte są przedszkola oraz robi się kinderbale dla trzylatków w michalakversum, bo z tekstu wynika, że jest środek nocy ("Strasznie nie lubiła wracać drugim samochodem: małym fiatem pandą, po nocy,", "Marta, nim ruszyła w powrotną drogę, bez Michała, długo patrzyła niewidzącym spojrzeniem w ciemność". "Szosa tonęła w ciemnościach, z którymi światła fiata nie bardzo sobie radziły", i tak dalej, i tak dalej, ok, jest październik, ciemno robi się około 18-19-tej, ale w tekście jest otwartym tekstem o "tej nocy, o której pamiętają" bliscy), Marta Sokołowska jedzie rozważnie i ostrożnie, Źli i Napruci jadą jak wariaci, w dodatku wyprzedzają tira na dwunastego i przy tym wymijaniu uderzają w samochód Marty, miażdżąc go o drzewo.

Mały Antoś ginie na miejscu, Marta umiera wkrótce, przybyli na miejsce lekarze robią cesarkę i wyjmują z brzucha martwej matki żywego noworodka, Królowa Matka powinna rozpakowywać już drugą paczkę chusteczek, ale jakoś nie rozpakowuje, Źli i Napruci, a teraz dodatkowo Nieco Połamani trafiają do szpitala i kto, ach, kto ratuje im życie? Tak! Nasz Wzorowy Mąż i Ojciec (i Chirurg), wykonujący w skupieniu kilkugodzinna operację ("Gdyby cały ten zespół wiedział, że człowiekiem, którego z takim oddaniem ratują, jest Tadek Marszak..."- to co by się wtedy stało? tak się niewinnie zainteresuje Królowa Matka, jest jakiś prawny zakaz operowania ludzi o nazwisku Tadeusz Marszak?), podczas gdy czas się zatrzymuje, jak w kreskówce normalnie, co poznamy po tym, że gdy Michał Sokołowski wróci wreszcie do domu z tragiczną wiadomością zastanie w nim całą rodzinę z tortem i balonikami, nic a nic nie przejętą faktem, że mama pojechała po małego jubilata kilka godzin temu, nie wróciła, a już gdy wyjeżdżała, przypomina Królowa Matka, panowały ciemności i był w najlepszym wypadku wieczór.

No, nic, Michał Sokołowski kończy operację, ordynator przekazuje mu tragiczną wiadomość, następuje 25 stron opisów reakcji samego Michała, reakcji policjanta, który nie zatrzymał lecących 200 na godzinę Złych i Naprutych, reakcji personelu szpitala, który tak lubił Martę, reakcji przyjaciela Michała, który zastawił jego SUVa, wskutek czego Marta musiała wracać do domu małym fiatem pandą, oraz reakcji Alfreda, który leży na oddziale szpitalnym i się boi. Wszystko to opisane w charakterystycznym dla pani Michalak, przetragizowanym łamane przez słodko-pierdzącym stylu, stężonym w stopniu niewyobrażalnym, zwłaszcza w scenach które naprawdę mogły (i powinny) być emocjonalne, dramatyczne i chwytające za serce.

Następnie Michał wraca do domu i...

...i wkraczamy do samego centrum michalakversum, w którym Dobrzy są Dobrzy, bo Pani Ałtorka tak napisała, Źli są Źli, bo Pani Ałtorka tak napisała, a czasem Dobrzy staja się Źli, bo Pani Ałtorka zmieniła zdanie, i co nam pan zrobi. 

Czegóż my tu nie mamy - mamy na przykład teściową, która nie rozumie, że Michał chce zostać sam z dziećmi ("Bez histeryzującej teściowej i teścia, który próbuje ją uspokoić, bez ojca i matki, którzy nie wiedzą, kogo pocieszać" - ileż, zapytasz, o Czytelniku, ileż czasu upłynęło od chwili, gdy "histeryzująca teściowa" dowiedziała się, że straciła córkę i dwoje wnucząt - bo o tym, że najmłodsze dziecko żyje Michał zapomniał wspomnieć? Królowa Matka spieszy, by ukoić Twą ciekawość i odpowiedzieć - jakieś pół godziny. Szanowna Pani Michalak, rozhisteryzowana to może być nastolatka, której przed studniówką wyskoczył pryszcz na środku czoła, a nie matka, która się dowiedziała o śmierci dziecka, no, ale żeby to wiedzieć trzeba mieć minimum empatii oraz panować nad słowem pisanym). Cały jeden dzień później Michał dziwuje się: "Co wstąpiło w tę zwykle miłą i wynoszącą go pod niebiosa kobietę? Zawsze truła Marcie, by szanowała takiego męża jak Michał. Niepijącego, pracowitego, kochającego żonę i dzieci... Tak, Dorota straciła córkę i wnuczka. Ale on stracił żonę i dziecko!" (no bo wszak, Pani Ałtorko, Dorota nie straciła dziecka, nienienie, ona straciła żonę Michała przecież!), zaś dwa dni później - "wodził za policjantem otępiałym spojrzeniem, wreszcie przypomniał sobie, po co wyjechał z domu, zostawiając dzieci na pastwę dwóch histeryczek" (czyli matki i siostry jego zmarłej żony, no, a siostra to przecież w ogóle nawet córki nie straciła, zaledwie siostrę, więc już choćby z tego wiadomo, że jest zła nie pochylając się nad cierpieniem Michała i mając czelność wymagać od niego czegokolwiek, na przykład tego, by nie pił i zajął się dziećmi).

Chwilowo jednak Michał nie radzi sobie w ogóle, i Królowa Matka nie ma mu tego za złe, bo stoi na stanowisku, że każdy radzić sobie z żałobą powinien po swojemu, to raz, a dwa, na razie doktor Sokołowski jest w stanie szoku i niezupełnie nad sobą panuje. Więc powinien mieć przy sobie bliskich, którzy, pozwalając mu na osobiste przeżycie żałoby, będą dyskretnie pilnowali, by nie zrobił sobie krzywdy, służyli wsparciem i pomocą.

Cóż jednak począć, skoro Michał ma wokół siebie wyłącznie histeryzującą matkę i siostrę żony (te dwie wiedźmy), Ludmiłę, sąsiadkę, która już w dniu śmierci Marty planuje, jak zająć jej miejsce i rozsiewającą Wraże Plotki po wsi już po tym, jak pan doktor wywali ją z domu na zbita twarz ("Uniósł głowę i wstał, widząc Ludmiłę. Zupełnie wyleciało mu z głowy, że zostawił dzieci pod opieką tej... harpii. Harpii, która obciągała właśnie obcisłą bluzeczkę, a z dekoltu wylewał się bujny biust, pod samym niemal nosem doktora Sokołowskiego.
– Dzieci zachowywały się bez zarzutu – zagruchała. – Jutro również mogę się nimi zająć. Jesteśmy przecież sąsiadami. Trzeba sobie pomagać.
A ja chętnie ci pomogę, kochanie, w czymkolwiek zechcesz – dodała w myślach. Na widok Michała
Sokołowskiego, który był naprawdę grzechu wart, robiłojej się ciepło między nogami"
, noszfak i ja chromolę),


oraz Serdecznego Przyjaciela, w którym rośnie niesmak na widok tego, jak bardzo Michał sobie nie radzi, zaś "współczucie, jakie dotąd miał dla przyjaciela, powoli zaczęło zamieniać się w litość. A litość tym różni się od współczucia, że jest podszyta pogardą", całe - tak, o Czytelniku! całe dwa dni po wypadku mu się to współczucie odmienia, Królowa Matka zadała sobie trud i policzyła!


W sumie trudno się Michałowi dziwić, że w takich okolicznościach przestaje nad sobą panować, zaczyna pić na całego, nie wpuszcza do domu nikogo, nawet rodziców, o teściowej i jej siostrze nie wspominając, starsze dzieci widywane są w okolicy dwa razy dziennie - jak wychodzą do szkoły i z niej wracają, poza tym głucha cisza, bo Michał rozbił telefon i domofon, żeby go bliscy oraz dziennikarze (koczujący pod jego domem jakby był co najmniej Gwiazdą Tańczącą Na Lodzie) nie dręczyli, nie odzywa się do nikogo, nie odbiera poczty, wyrzuca z domu jedyną życzliwą mu osobę, położną środowiskową ("Matylda jednak pamiętała, jak on właśnie, bardzo dawno temu, ledwie się tu do Złotowa z rodziną sprowadził, przyjechał do jej matki, starej, schorowanej kobieciny, co całe życie ciężko pracowała i teraz na starość też nie miała lekko: zżerał ją od środka rak płuc, którego nabawiła się w przędzalniach Łodzi" - widzi Królowa Matka, że AłtorKasię zżera ambicja napisania drugiej "Ziemi Obiecanej" i nie daje się ona powstrzymać myśli, że XIX wiek mamy już za sobą!),



w jego domu cuchnie moczem i kałem, ciągle słychać krzyk nie przewijanego noworodka, starszy synek się uwstecznia, ssie kciuk, moczy się ze strachu, najstarsza dziewczynka usiłuje jakoś trzymać rodzinę w kupie, nieporadnie, ma przecież dopiero trzynaście lat ("To Maja zrozumiała, że jeśli nie będą sprawiali wrażenia normalnej rodziny, opieka społeczna rzeczywiście ich zabierze, a wtedy tatuś zostanie sam i... Nie, Maja nie chciała nawet myśleć, co się z nim stanie. Musiała dbać o to, by Zbyszek jadł, by oboje chodzili do szkoły w czystych, uprasowanych ubraniach, by ona dostawała dobre stopnie, a brat nie sprawiał wrażenia półgłówka, ssącego bez przerwy kciuk. Przywiązywała mu więc prawą rękę za plecami, gdy tylko zamykały się za nimi drzwi domu. Chłopiec nie próbował walczyć z siostrą. Po prostu... zapadł się w siebie jeszcze bardziej. Nie mógł ssać kciuka, co przynosiło mu jakieś ukojenie, więc wchodził pod stół i siedział tam, skulony, do nocy. Wtedy Maja rozwiązywała biednego więźnia, kładła go do łóżka i mógł się przyssać do krwawiącego palca".

"Maja ze Zbyszkiem zaczęli przysypiać na zajęciach. Dziewczynka przyprowadzała brata z samego rana, jeszcze nim zaczynały się lekcje, oboje przemykali się do schowka pod schodami, do którego nikt od dawna nie zaglądał, tam zwijali się w kłębek i spali dotąd, aż nie obudziła ich nastawiona na ósmą komórka Mai. Po lekcjach, niczym dwoje lunatyków, zdążali do tego samego miejsca, pilnując, by nikt z dorosłych ich nie widział.
– To ważne – powtarzała bratu Maja. – Jeśli przyłapią nas na spaniu tutaj, zawiozą od razu do sierocińca, rozumiesz?
Malec kiwał poważnie głową, oczy wychodziły mu z orbit z przerażenia, a kciuk sam wędrował do buzi"
)...

...

Ale, rozumiesz, Kochany Czytelniku, to dziennikarze, którzy to wszystko opisują, są źli. Dziennikarze, sąsiedzi i przerażona, dobijająca się bez skutku do domu Sokołowskich rodzina jest zła, chcąc odebrać dzieci (jakie, do cholery, odebrać? jaki, do cholery, sierociniec? w Polsce? przy tak przeładowanych placówkach opiekuńczych? przy żyjącej i będącej w dobrym zdrowiu rodzinie, dziadkach z obu stron i ciotce? sierocinieć, oł rili?) Ojcu, Który Tak Cierpi.

Kurna chata, bez przerwy rozemocjonowane media donoszą o przypadkach pobicia lub zamordowania dzieci przez niestabilnych emocjonalnie rodziców, a tutaj mamy opisanego Pana Doktora ("W Michale coś pękło. Chciał chwycić dziecko za ramiona i potrząsać nim, aż by umilkło. Choćby miała odpaść mu główka! Choćby miał je zabić!"), nad którym mamy pochylać się ze zrozumieniem, bo tak nam Pani Ałtorka każe???

(Nieskuteczne) odbieranie dzieci odbywa się za sprawą jednej rozprawy, na którą dowozi Michała Dobrze Mu Życzący Policjant (z którym co prawda początkowo Michał nie chciał nawet rozmawiać i "ani myślał wpuszczać do środka (...). Doświadczenie z Ludmiłą napaloną czegoś go nauczyło" - słusznie, kto wie co takiemu policjantu chodzi pogłowie?), oraz przy pomocy Dobrze Mu Życzącego Przyjaciela i Dobrze Mu Życzącej Pani Mecenas (która co prawda w innej książce AłtorKasi była Zimną Suką, ale została przykładnie ukarana zgwałceniem i się poprawiła),


a także Sędziny, która jest Bezstronna jak sama Temida ("Sędzina, słuchając jednym uchem kalumnii Doroty Jeżewskiej, rzucanych na pochyloną głowę Michała, uważnie, w zamyśleniu, przyglądała się właśnie jemu. – Czy świadek skończył? – przerwała Dorocie w pół zdania.") oraz Wrażliwa Na Krzywdę Ludzką ("Sędzina milczy długo. Bardzo długo. Wierzy w każde słowo tego człowieka, a milczy, bo głos odmówił jej posłuszeństwa"). Nie bez znaczenia jest także to, że Histeryczna, Zła, Zaborcza oraz Będąca Biczą I Starą Panną siostra Marty (tego nieomal ciała astralnego, jak te rodzeństwa potrafią się między sobą różnić!) lubuje się - co wyszło w trakcie rozprawy - w odchowywaniu małych kociąt na duże kotki, po czym usypianiu ich pod byle pretekstem lub też wywożeniu za miasto, żeby popatrzeć, jak bezradnie gonią za samochodem (wszyscy wiedzą, że koty tak właśnie robią), zaistniało więc podejrzenie, że jeszcze uśpi siostrzeńców, jak jej się znudzą, albo każe im biegać za samochodami, i co wtedy wszyscy zrobimy.


I to, rozumiecie Państwo, było pisane na serio.

Królowa Matka pominęła wątek nie-ukarania Prawdziwego Sprawcy Wypadku, Wrażego Alfreda (nie-ukarania przez prawo, Tatuś-Polityk był się bardziej postarał:

("Nikodem wychodzi z pokoju. Wraca z grubym, skórzanym pasem. Okłada nim syna – omijając ręce i twarz – dotąd, aż ze zmęczenia ręka odmawia mu posłuszeństwa.
– Spierdalaj mi z oczu – rzuca.
Alfred znika w jednej z sypialni na piętrze. Boli go całe ciało, nos i policzek, ale mimo to twarz wykrzywia w uśmiechu. Zapala papierosa, zaciąga się, rozwalony na łóżku, i w zamyśleniu patrzy przed siebie. Opłacało się. Naprawdę się opłacało zebrać manto od ojca, który przejmie sprawę w swoje ręce. Cóż to jest oberwać dwa razy po mordzie i parę razy po nerkach... W pierdlu gwałciliby go kijem od szczotki noc w noc, taki piękniś jak Alfred miał to jak w banku. To lanie kurewsko
się opłacało. Naprawdę!"
),

zamordowania w więzieniu Tadeusza Marszaka oraz ingerencję Wyższej Sprawiedliwości, która dopada Alfreda, gdy ten w rocznicę śmierci Marty i Antosia jedzie obok miejsca wypadku, jak zawsze, żeby popatrzeć na dwa krzyże i, uwaga, się pośmiać,


pominęła wykładany jak kawa na ławę cały obmierzły światopogląd pani Michalak (bita kobieta jest sobie winna i nie ma dla niej ratunku, nie opłaca jej się pomagać, ludność wiejska wzywa policję do faceta goniącego żonę z siekierą po podwórzu, bo ten, uwaga, ROBI HAŁAS, ponadto wieś jest wścibska, żądna plotek i nie wybacza, itepe, itede, kto czytał "Bezdomną" albo choćby tylko "Poczekajkę" ten wie, o co chodzi).

O tym, jak zmarnotrawiony został naprawdę dobry temat - żałoby, rozpadu i ponownego konstruowania się rodziny po traumatycznym przeżyciu, przyspieszonego dojrzewania trzynastoletniej dziewczynki, w końcu problem traktowania pijanych i odurzonych kierowców przez prawo - nie ma nawet co pisać, w końcu mówimy o AłtorKasi.

Za to gdy Królowa Matka wreszcie doszła do końca dzieua ("Samochody obojętnie mijają ciało leżące w rowie. Niro wie, że umiera.Jak tamta. Marta Sokołowska. Tylko że przy niej byli ludzie, ktoś próbował ją ratować, ktoś trzymał do końca za rękę, on zaś zdycha sam. Będzie konał długo i w cierpieniach, bo do każdej minuty umierania Marty Bóg doliczy Alfredowi pięć minut topienia się we własnej krwi. Za Antosia dorzuci jeszcze pięć. Za bezdomnego włóczęgę kolejne. Za blondynkę
i nawet Marszaka też po kilka... Widzisz gdzieś tu słowo „sprawiedliwość”? Tutaj nie, ale Tam na pewno"
) doszła także do paru wniosków i żadna siła jej już nie przekona, że się myli.

Otóż Katarzyna Michalak nie istnieje.

Królowa Matka nie uwierzy w jej istnienie nawet, gdyby dostarczono jej AłtorKasię na próg Domu w Dziczy, zaopatrzoną w drzewo genealogiczne i dowód osobisty oraz paszport.  "Katarzyna Michalak" to jest po prostu długofalowy projekt podjęty przez grupę psychologów, którzy przyjęli ten pseudonim, by zbadać, jaką ilość urągającej wszelkiej inteligencji zbieraniny wszelkich możliwych stereotypów, nonsensów i szkodliwych bzdur podniesionych do potęgi osiemnastej uda się sprzedać przy pomocy zaawansowanych technik marketingu, reklamy i innych takich prostemu ludowi, zanim ten się zbuntuje i odmówi dalszej konsumpcji. Królowa Matka rozważała jeszcze happening artystyczny, ale artyści nie mają takich pieniędzy, a byłby to happening dość kosztowny (książki, fałszywa tożsamość, reklama, bannery, telewizja, ktoś do prowadzenia bloga, to wszystko kosztuje. Chociaż, może, kto wie, jakiś zrealizowany przy pomocy funduszy unijnych...?) 

Istnienie "Katarzyny Michalak" jako projektu naukowego naprawdę wszystko wyjaśnia, i te opisane przez Królową Matkę wczoraj wolty charakterologiczne jej Herołinów i Herołin (jak książki pisze komputer wraz z wynajętym pracownikiem naukowym to nie można oczekiwać od nich płynności języka i logiki, wymaganych od zawodowych pisarzy, prawda?). I udział w tym przedsięwzięciu takich niegdyś szanowanych instytucji jak Znak i Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Literackie, które na własnej stronie pisze: 

"WYDAWNICTWO LITERACKIE, założone w 1953 roku, od ponad pół wieku swego istnienia kreuje i promuje najciekawsze zjawiska literackie oraz najwybitniejszych twórców polskich i światowych: pisarzy, poetów, eseistów, historyków, badaczy kultury. Zajmujemy pozycję jednego z największych i najbardziej  wpływowych na polskim rynku domów wydawniczych – przede wszystkim wydawców literatury, szczególnie pięknej polskiej i obcej, literatury faktu oraz literatury dla młodzieży.
Obecnie w stałej ofercie  Oficyny pozostaje ponad pół tysiąca tytułów!
Wśród autorów związanych z oficyną są polscy nobliści Wisława Szymborska i Czesław Miłosz oraz tak znakomite postaci kultury, jak: Janusz Anderman, Stanisław Barańczak, Władysław Bartoszewski, Zygmunt Bauman, Andrzej Bobkowski, Andrzej Chwalba, Karl Dedecius, Michał Głowiński, Witold Gombrowicz, Julia Hartwig, Gustaw Herling-Grudziński, Maria Janion, Jerzy Jarniewicz, Jerzy Jarzębski, Aleksander Jurewicz, Jan Kott, Stanisław Lem, Ewa Lipska, Henryk Markiewicz, Sławomir Mrożek, Tadeusz Nyczek, Kazimierz Orłoś, Jerzy Pilch, Tadeusz Różewicz, Jerzy Sosnowski, Marian Stala, Jadwiga Staniszkis, Jan Józef Szczepański, Jan Sztaudynger, Dorota Terakowska, Agata Tuszyńska, Jan Twardowski, Karol Wojtyła, Marta Wyka, Adam Zagajewski",

a potem wydaje niedopracowaną zbieraninę bzdur napisaną żałosnym językiem i jeszcze to reklamuje jako powieść, która: "Roztrzaskuje serce na kawałki, wzbudza skrajne emocje, wzrusza do łez"

I te peany redaktora wyż. wzmiankowanego wydawnictwa, który jednocześnie pozwolił, by w oblanym przezeń łzami dziele znalazły się następujące kwiatki:

"Dokładnie jak wtedy, gdy po podpaleniu bezdomnego podjechała pod dom Nirów policja" (kto oprócz Królowej Matki ma wizję policji podpalającej bezdomnego?),

 "Jeden go przeklina, drugi życzy mu wszystko co najgorsze",

"przeniósł załzawione spojrzenie z czarnego bmw na policjanta, który stał tuż obok i przyglądał się doktorowi z mieszaniną uczuć na twarzy",

"Alfred skinął pokornie głową, przywdziewając na pokaleczoną twarz zbolałą minę",

by wymienić tylko kilka.

Prawdziwy, zawodowy redaktor na pewno cierpiał, puszczając to do druku, ale rozumiał wyższą konieczność, skoro to projekt naukowy...

No i gdy wyjdzie na jaw, że to unijny projekt i badanie naukowe Wydawnictwo Literackie, Znak i pracownicy obu oficyn już nie będą musieli się wstydzić.

Tak, jak - w co Królowa Matka stara się nie wątpić - wstydzą się teraz.

sobota, 2 maja 2015

Królowa Matka na tropie Spisku, część pierwsza


Problemem Królowej Matki z Katarzyną Michalak jest to, że kiedyś tam przeczytała i zrecenzowała jej jedną książkę.

Bez złej myśli i szczególnej irytacji to zrobiła, książka nie powalała niczym, szczególnie mądra nie była, szczególnie głupia... no dobra, trochę szczególnie głupia i owszem, skoro opisywała pobieranie szpiku do przeszczepu od kobiety w siódmym miesiącu ciąży, a także ociupinkę irytująca za sprawą pojawiania się w niej licznych bohaterów poprzednich utworów Katarzyny Michalak oraz jej samej w charakterze Dobrego Mzimu, ale niechta. Nie takie rzeczy się czytało (powiedziała osoba, która zapoznała się z pięcioma kilogramami Harlequinów oraz "Teleny'm"), Królowa Matka przeczytała i spokojnie by sobie o Katarzynie Michalak i jej multiplikowanej obecności w powieściach zapomniała, gdyby nie ciekawość, która jest wiadomo czym oraz dokąd prowadzi.

Pchana ciekawością Królowa Matka uparła się sprawdzić, czy cytat znajdujący się w tej jedynej przeczytanej przez nią książce pani Michalak, a który uznała za autoironiczną wstawkę (bowiem nie znała wtedy jeszcze AłtorKasi i nie wiedziała, do jakiego stopnia niezdolną do autoironii jest ona osobą) istotnie znajduje się w "Poczekajce". Dopadłszy "Poczekajki" przeżyła kilka bolesnych wstrząsów, które szczegółowo opisała, więc nie ma potrzeby o nich ponownie opowiadać. Udziałem Królowej Matki stało się ponadto jeszcze kilka związanych z tą lekturą rzeczy, między innymi po raz pierwszy zakiełkowało w niej niedowierzanie, o którym w swojej nierecanalizie pisała, wewnętrzne przeświadczenie, którego się Królowa Matka nie pozbyła nawet wtedy, gdy "Poczekajkę" z jej okładką, opisem na skrzydełkach okładki, zdjęciem autorki, wymienionym zespołem redakcyjnym oraz ISBN-em zdobyła, wzięła w ręce, pomacała i niemalże obwąchała, podskórne przekonanie, że to jest niemożliwe, że ta książka nie istnieje, że jest czymś w rodzaju żartu, opka, albo...

Albo eksperymentu.

Myśl przyszła do głowy Królowej Matce, porozpychała się i odleciała aż do Następnego Razu, który przydarzył się przy okazji zbierania przez Królową Matkę lajków na FB. Do tego czasu Królowa Matka podjęła kilka razy próbę poczytania innych dzieł Katarzyny Michalak, dostarczanych jej hojnie przez Przyjaciół, Znajomych, Wielbicieli i Kochanych Czytelników, nie udało jej się skończyć żadnego, wreszcie, gdy prawie zasnęła z nudów nad "Czarnym Księciem" (czytelnik zasypiający nad thrillerem erotycznym, czyż może być coś bardziej dołującego dla autora?) Królowa Matka zapowiedziała, że nie ma mowy, nigdy więcej i twardo trzymała się tego postanowienia aż do chwili, gdy kupiła kilka lajków za obietnicę zrecenzowania wybranej książki AłtorKasi. Wybór Czytelników padł na "Ogród Kamili", Królowa Matka dzielnie czytała i na przemian nudziła się oraz zgrzytała zębami, skończyła i natychmiast dostała od Rozkochanych Czytelników część drugą. Żeby sobie sprawdziła ciąg dalszy. Nad częścią drugą Królowa Matka na przemian wymiotowała z obrzydzenia, wykonywała facepalmy oraz rzucała w przestrzeń słowami powszechnie uważanymi za obelżywe, dzieua nie dokończyła, zamknęła je z trzaskiem dotarłszy do strony bodaj dwudziestej siódmej, popełniła liczący dwa tysiące słów wpis i zapowiedziała, że tym razem to już koniec absolutnie, na amen, na pewno i nie ma mowy, żeby nie.

Ale mając za sobą lekturę trzech całych i z dziesięciu ponapoczynanych powieści, plus kilka streszczonych przez Usłużnych Czytelników Królowa Matka doszła do wniosku, że Katarzyna Michalak ma szablon (może program komputerowy?), w którym zmienia się tylko imiona bohaterów, zawód bohaterów, kolor oczu i włosów ("wielkie, bursztynowe" na 'olbrzymie, błękitne", "blond fale" na "frywolne, rozkoszne loczki", itepe, itede), wybiera ze trzy katastrofy życiowe z listy trzydziestu (stosowanych wymiennie, na ten przykład "białaczka i śmierć narzeczonego na misji w Afganistanie" na "raka trzustki i śmierć męża na misji humanitarnej w Iraku"), dorzuca obowiązkowo jeden gwałt i jedną próbę gwałtu i voila! Mamy książkę. 

Jakże wiele to wyjaśnia, wszystko właściwie, na przykład wolty charakterologiczne bohaterów. I tak na przykład Herołin będący w pierwszej części kawałem gnoja zajmującym się zawodowo uwodzeniem kobiet w drugiej okazuje się czułym i subtelnym jak woń łubinu wśród pól romantykiem marzącym o domków wśród łanów zbóż pod bezkresnym niebem i śmiechu dziatek w ogródku, Herołina zaś, zakochana w narzeczonym dziewica o sercu jak kryształ, którą trzeba traktować pigułką gwałtu, bo bez tego nie da się nawet ująć za rękę - zimną suką, która zaliczyła pół Europy, a narzeczonego wyhaczyła, gdyż jest chciwą na hajs biczą. Po prostu w pierwszej części komputer wylosował jeden zestaw, w drugiej części - zupełnie inny, prawdopodobnie ktoś, kto ten program pisał nie przewidział tworzenia "ciągów dalszych", stąd te drobne niekonsekwencje i wrażenie, że autorka niezupełnie pamięta, o czym pisała w zeszłej książce, czyli - biorąc pod uwagę jej tempo produkcji arcydzieł - tydzień wcześniej. Tempo produkcji też wyjaśnia całkiem nieźle, nawiasem mówiąc.

Od czasu "Ogrodu Kamili" upłynęło szczęśliwe pół roku, wypełnione dla Królowej Matki pięknymi, interesującymi, wzruszającymi i dobrze napisanymi (a także świetnie przetłumaczonymi) książkami, oraz zapaścią twórczo-duchową, w którą to zapaść ostatnio zaczęły się wdzierać niepokojące szmery. A to ktoś Królowej Matce podesłał reklamę pewnej serii wydawniczej. A to ktoś inny zrobił to samo. A potem jeszcze jeden, i jeszcze. A to zaczęli się na blogu Królowej Matki tłoczyć nowi Czytelnicy, zaczynający swoje po nim wędrówki od tekstów o AłtorKasi. A to pojawiały się na FB Królowej Matki cytaty ze strony AłtorKasi i zapowiedzi jej nowej książki "Nie oddam dzieci"...

Książki, jak twierdziła autorka, "straszliwie trudnej, pełna rozpaczy i bezradności". "Wyczerpującej pod każdym względem, zwłaszcza emocjonalnym". Do lektury której należało usiąść z paczką chusteczek. 

Książki, o której "pierwsze, krótkie opinie redaktorów, którzy pracowali nad tą powieścią" brzmiały następująco:

"Pani Kasiu, Jestem po lekturze całości: to niepodważalny dowód Pani wielkiego talentu, budowania ekstremalnych sytuacji, niezwyklej empatii. Natężenie emocji jest tak duże, że trudno czytać książkę, bo wzruszenie, współczucie i współodczuwanie dosłownie miejscami paraliżują, a konkretnie chodzi o wywoływanie płaczu. Uprzedzano mnie, że bez paczek chusteczek nie dam rady, ale to mało powiedziane. Chyba żadna książka nie była tak esencjonalnie mocna. Koniecznie musi Pani rozładować emocje i niesamowity wysiłek przy koncentracji samego pisania - bardzo Panią proszę - przecież Pani w tych wydarzeniach uczestniczyła emocjonalnie! Gratuluję, podziwiam i pozdrawiam najserdeczniej."

Królowa Matka po przeczytaniu powyższego najpierw podniosła szczękę z podłogi, starannie otrzepała ją z kocich kłaczków i umieściła na właściwym miejscu. Następnie zastanowiła się przelotnie, ile i w jakiej walucie płaci Wydawnictwo Literackie swoim redaktorom za pisanie podobnych dyrdymałów. Następnie uznała, że wcale im nie płaci, no, nie więcej niż normalnie się płaci za taką pracę, po prostu redaktorzy zrobili se, kolokwialnie mówiąc, jaja i założyli się o duże lody z posypką, kto napisze bardziej lizodupną recenzję, która pani Ałtorka łyknie jak gęś kluski. Następnie stwierdziła, że chłopaki (i dziewczynki) musieli być przy tym narąbani jak cała eskadra messeschmittów skoro nie zgadli, że pani Ałtorka natychmiast tę opinię opublikuje, rujnując im opinię zawodową.

A następnie pomyślała, że najprawdopodobniej pani Kasia nieco tę opinię redaktora podkolorowała , zwłaszcza, że pomiędzy wyż. wym. a tekstem pani Ałtorki z jej własnego bloga ("Dzisiaj popłakałam się w bibliotece, gdzie piszę i wcale nie były to oczyszczające łzy... Ale tę książkę trzeba było napisać. A ja od tego jestem: by pisać. Nie tylko uroczo i pogodnie (chociaż czy którakolwiek z moich książek była w 100% urocza i pogodna?, bo ja sobie nie przypominam...), ale i trudno, bardzo trudno. I bardzo prawdziwie. Ja Wam mówię, dziewczyny, kupujcie na zapas chusteczki..." nie ma żadnych podobieństw, no ale kompletnie żadnych, ni w stylu, ni w treści. 

Oraz, że nie tknie "najmłodszej córeczki" pani Kasi nawet kijem.

Po czym w zasadzie natychmiast dostała ją od Kochającej Czytelniczki i Koleżanki Po Piórze...
no i jak dostała to się oczywiście nie mogła oprzeć, cholera, cholerajasnapsiakrew, a mówili mądrzy ludzie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła!!!...

Nie mogła się oprzeć i przeczytała rzecz, nie bez wspomagaczy,


i doszła do kolejnych, twórczych wniosków.

O których jutro.

No, chyba, że Potomki nie pozwolą. 

Wtedy nie jutro. Wtedy pojutrze.

Albo i za tydzień.


wtorek, 28 kwietnia 2015

O pracy benedyktyńskiej słów kilka

Królowa Matka i Potomek Starszy brną przez Drogę Przez Mękę (czytaj: powtarzają historię do klasówki, a uściślając - Potomek Starszy powtarza, Królowa Matka odpytuje).

Królowa Matka - Wymień mi teraz, synu, zakony powstałe w Średniowieczu.

Potomek Starszy (prezentując tzw. mową ciała sprzeciw i bunt wobec Władzy Rodzicielskiej oraz Średniowiecza) - Benedyktyni, cystersi, franciszkanie, dominikanie.

Królowa Matka (zachęcająco) - Bardzo dobrze. Benedyktyni zostali sprowadzeni do Polski...?

Potomek Starszy (posępnie) - W 1006 roku.

Królowa Matka (krzepiąco) - Tak jest. Co możesz o nich powiedzieć?

Potomek Starszy (monotonnie i z wyraźnym znudzeniem) - Znani byli z przepisywania i zdobienia ksiąg i manuskryptów. Kultywowali ubóstwo, chcąc jak najbardziej upodobnić się do Chrystusa. Poza tym zakładali też ogrody, w których uprawiali liczne rośliny i zioła...

Królowa Matka (promieniując aprobatą i zachętą do dalszej pracy jak rzadki klejnot) - ... żeby? ...

Potomek Starszy (ożywiając się nagle, z błyskiem w oku) - ... ROBIĆ NALEWKI!!!

...

No krew z krwi i kość z kości, nie wyprze się Królowa Matka!

niedziela, 26 kwietnia 2015

Ciche dni

Potomek Starszy, opętany ostatnio manią kręcenia filmików z sobą w roli głównej oraz przez się reżyserowanych, do kręcenia których potrzebuje Braterskiej Dłoni, by nacisnęła stosowny guziczek względnie potrzymała komórkę, został zahamowany w swych twórczych zapałach za sprawą cichych dni, którymi uraczył go obrażony z jakiegoś powodu Potomek Młodszy.

Pchany Potrzebą Twórczą Potomek Starszy zadał gwałt swej dumnej naturze i zostawił młodszemu braciszkowi notę przebłagalną przyozdobioną Bardzo Smutną Buźką Z Oczkami:


na rewersie której to prośby nieubłagany Potomek Młodszy napisał Bezlitosna Dłonią


będąc, być może, główną przyczyną podcięcia skrzydeł Potomkowi Starszemu, a w konsekwencji nie odrodzenia się polskiej szkoły filmowej...

czwartek, 12 marca 2015

Leaving Early To Avoid The Rush


Pan Małżonek stanął w drzwiach.

Terry Pratchett nie żyje, powiedział.

To nie jest tak, że Królowa Matka nie wiedziała.

Wiedziała.

Choroba Alzheimera. Będzie tylko gorzej. Nigdy lepiej. Wiedziała. Będzie coraz trudniej, coraz puściej. Aż zrobi się niewyobrażalnie trudno i niewyobrażalnie pusto. Nikomu by tego nie życzyła. Nikomu. Choćby go chciała jak najdłużej mieć tutaj.

Więc się żegnała, powolutku. Oswajała myśl, że to nastąpi, porządkowała ją w głowie, przygotowywała się, żeby, gdy nadejdzie Nieuniknione, przyjąć to... z godnością. Zaakceptować.

Żeby nie cierpieć.

Dziś się okazało, że nie można było się na to przygotować.

Po raz pierwszy w życiu Królowej Matce to się zdarza.

Cierpieć z powodu odejścia kogoś, kogo nie znała osobiście.

Niczego nie oswoiła.

Niczego nie zrozumiała.

Jak to - umarł?

Jak to - odszedł? I zabrał ze sobą ich wszystkich - Babcię Weatherwax, Nianię Ogg, Magrat, Vetinariego, Wolnych Ciutludzi, Tiffany? Detrytusa? Nobby'ego? Vimesa? Nigdy się już z nimi nie spotkamy? Nie dowiemy się, co u nich? Więc... gdzie oni są? Gdzie są oni wszyscy?

Gdy Królowa Matka zaczęła pisać bloga podjęła decyzję pisania go w trzeciej osobie "na czuja". Nigdy przedtem nie czytała żadnych blogów, blogosfera była miejscem jej obcym, pojęcia nie miała, że istnieją w niej mody i maniery, i że pisanie w trzeciej osobie jest właśnie manierą, irytującą wiele osób. Nikogo nie chciała irytować, po prostu instynktownie wiedziała, że "Królowa Matka" to będzie ta część niej, którą zechce udostępnić. Nie cała ona, tylko ten jeden, jedyny kawałeczek, na który, gdy będzie trzeba, będzie umiała popatrzeć z boku, obiektywnie i krytycznie.



Dziś, po raz pierwszy, piszę te słowa całą sobą. Jako ja. Jako Królowa Matka i ta cała reszta, której na blogu nigdy dotąd nie było.

Dziś, gdy Dysk odlatuje, Wielki A'Tuin odpływa majestatycznie w rejony wszechświata mi niedostępne, Śmierć galopuje na Pimpusiu w ciemność, w oddali nikną głosy kłócących się Wiedźm, Vimes odchodzi, wyczuwając cienką jak papier podeszwą kamienie w nieznanych mi mrokach.

Dziś piszę - dziękuję.

Dziękuję za wszystko. Za wszystko, Sir Terry. Za wzruszenia, za śmiech, prawdziwy śmiech z głębi serca, a nie głupiutki chichot, za humor, za tę mądrość, która łamała we mnie schematy. Za to wszystko, czego mnie nauczyłeś.

Za to, że mówiłam: "Nie znasz Pratchetta? Jakże ci zazdroszczę". I zazdrościłam. A jednocześnie chciałam, by tych, co Cię poznają było więcej i więcej - niczym neofita, szerzący swoją religię.

Do pewnego momentu uzupełnialiśmy z Panem Małżonkiem braki. A potem - od lat, od tak wielu lat - czekaliśmy na nowe książki. Co roku pojawiała się jedna. Zawsze w okolicach urodzin Pana Małżonka. Kupowałam mu ją na prezent. Nigdy się nie pchałam pierwsza do czytania. Czekałam. Nabierałam apetytu. Nie pytałam "Z czego się śmiejesz?", gdy Pan Małżonek zaśmiewał się, czytając. Przygotowywałam się do przeżycia Następnego Spotkania.

I za każdym razem czułam tę uskrzydlającą radość, że umiem czytać. W kimś, kto czyta tak dużo jak ja niezwykle trudno jest tę radość obudzić. A tutaj za każdym razem, przy każdym tomie na nowo uświadamiałam sobie, że oto staję u progu nowej przygody i zalewała mnie radość, jak morze.

Nie da się w żaden sposób odwdzięczyć za tę radość. Nie da się za nią wystarczająco podziękować.

Nie przyjmowałam do wiadomości żadnych spadków formy, pozostawałam głucha na uwagi o "gorszym tomie", nie czytywałam cudzych recenzji. Cóż to, czyż Mistrzom nie wolno mieć słabszych chwil? Czy Bogowie Literatury nie mogą obniżyć poziomu, jeśli mają taki kaprys? Czy od tego przestają być bogami?

No i - cóż by to była za miłość, gdyby zajmowała się ocenianiem?

A ja Cię kochałam, Sir Terry.

I dlatego, choć od tygodni mam w głowie pustkę, słowa mnie nie słuchają, a palce na klawiaturze są sztywne jak suche gałązki, dzisiaj zmusiłam się, by przebrnąć tę pustkę, uchwycić bezładnie rozpierzchające się słowa i siłą zgiąć palce, by to napisać.

Bo jakże mogłabym się nie odezwać w ten dzień, gdy serce pękło mi na miliony kawałeczków, na garść okruchów nie większych niż ziarnko piasku, kiedy uświadomiłam sobie, że zeszły rok to był ostatni rok, gdy kupiłam Panu Małżonkowi Twoją nową książkę w urodzinowym prezencie.

Nie jestem Tobą. Nie umiem więc wyrazić, jak wielkim przywilejem było żyć w tym malutkim fragmencie wszechczasu, w którym i Ty żyłeś.

Jak jestem wdzięczna misternemu zbiegowi licznych okoliczności, który mnie do Ciebie doprowadził i pozwolił mi Cię czytać.

""Nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości – dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie, dopóki wino przez nią nastawione nie dokończy fermentacji, dopóki plon, jaki zasiał, nie zostanie zebrany."

Żal po tobie idzie jak fala tsunami wśród tych, co Cię kochali jak Człowieka, nie Autora. I płaczą po Tobie jak po Człowieku, a nie Autorze. Wśród tych, co wiedzą, że nie odszedłeś całkiem. Że zostały Twoje słowa, zamknięte między okładkami. 

Dziś nie jest to żadną pociechą.

Ale nadejdzie dzień, gdy będzie.

Gdy myśl o tym, że można po nie sięgnąć, i znów się nad nimi śmiać, znów płakać, znów zadumać i znów zadziwić przyniesie ulgę.

I zmarszczki, które wzbudziłeś na powierzchni rzeczywistości ponownie się rozejdą.

Dlatego nie "żegnaj", ale "do zobaczenia", Sir Terry!


Pewnego dnia się spotkamy, na pewno.

Ty po prostu odszedłeś trochę wcześniej, by uciąć sobie pogawędkę ze Śmiercią.


Naprawdę Mu zazdroszczę.

niedziela, 8 lutego 2015

Spojrzenie w otchłań

Potomek Młodszy - Mamusiu, a ile Potomek Starszy ma lat do dorosłości?
Królowa Matka (jak zwykle popadając w typową dla siebie szczegółowość) - Ale do takiej oficjalnej dorosłości? Bo kiedy tak naprawdę będzie dorosły to, prawdę powiedziawszy, bogowie jedyni wiedzą, może za dziesięć lat, a może za dwadzieścia, a są i tacy, co nigdy nie dorosną albo będą musieli stać się dorośli w dwunastej wiośnie życia... ale tak oficjalnie, z dowodem osobistym i prawami wyborczymi to będzie za osiem lat.
Potomek Młodszy (z oczami jak spodki) - Za osiem?! A ja kiedy?
Królowa Matka - No, za jedenaście...
Potomek Młodszy (zapowietrzając się) - Za jedenaście?! Ja myślałem, że mi dwadzieścia lat do dorosłości brakuje! Albo nawet dwadzieścia siedem!!! (przetrawia przez chwilę świeżo nabytą wiedzę, po czym, ze zgrozą) ...faktycznie życie jest krótsze, niż się spodziewałem!

***

W tym miejscu miał się znaleźć bannerek z unikalnym numerem Pólherbacianych w konkursie na Bloga Roku 2014, już ostatnim, a także z Bambi Eyes, też ostatnimi, i stosowną ilością próśb o głosy.

Zamiast tego Królowa Matka przekleja wpis, który poczyniła na swoim fanpejdżyku na Facebooku, na który, jak wie, wielu jej Czytelników nie zagląda.

Voila:

Fragmencik maila, który Królowa Matka otrzymała dziś rano:

"Koszt 1 smsa w pełnym pakiecie z uwagi na dużo zabawy, przekładania kart i nakład pracy to 1,50zł.
Możliwości techniczne dla pozostałych 2 dni konkursu ( niedz, pon), to wysłanie 25 smsów dziennie po 17nastej.
Oczywiście przekazuję raport po wykonaniu usługi, daty i czasu wysyłki oraz gwarantuję pełną dyskrecję Twojego udziału.".

Czyli po prostu propozycja nie do odrzucenia związana z faktem, ze w nocy Polaherbaciane wyleciały poza pierwszą dziesiątkę.

Królowa Matka chciała dziś zamieścić kolejny wpis o Potomkach okraszony ostatnią, smutną prośbą o głosy, kompletnie beznadziejną, ponieważ z obserwacji wie, że ci, co się za pierwszą dziesiątkę wysunęli już do niej nie wracają - zazwyczaj.

Ale teraz już o głosy nie poprosi.

Uczciwość nie pozwala jej narażać swoich Czytelników na koszty głosowania w konkursie, w którym uczciwie wygrać jest na pewno możliwe, ale - jak właśnie widzi - niekoniecznie, zwłaszcza, jeśli nie jest się hegemonem blogowym tylko takim średnio popularnym blogiem jak jej własny. Bo jakoś nie ma Królowa Matka złudzeń ani co do tego, że jest jedyną osobą, która podobnego maila otrzymała, ani co do tego, że nie będzie w konkursie takich, co zechcą z hojnej oferty skorzystać.

Królowa Matka bardzo Wam dziękuje za dotychczasowy udział, byliście kochani i walczyliście walecznie, i nieustannie uważa za zaszczyt posiadanie takich Czytelników.

Dziękuję.


Królowa Matka nie chciała wygrać konkursu na Bloga Roku. Poważnie, czy ktokolwiek, kto ją choć trochę zna z bloga, o realu nie wspominając, może ją sobie wyobrazić na Gali, wśród celebrytów i błysków fleszy? No helloł, mówimy o osobie, która spotkanie blogerów książkowych we wrześniu przesiedziała w kąciku, z oczkami jak spłoszony króliczek i odzywając się najmniej jak tylko można, a osób na spotkaniu było z pięćdziesiąt.

Więc wygrać - nie. Ale miała Królowa Matka nieśmiałe marzenie, bardzo nieśmiałe, by się znaleźć w pierwszej dziesiątce. Takie, rozumiecie, Kochani Czytelnicy, dziecinne marzenie, by zakończyć swój udział w konkursach na blog roku z przytupem.

Jest jej niewyobrażalnie przykro, że się nie dowie, czy to możliwe. 

I że kończy z przytupem, ale jest to przytup tego rodzaju.

Ale najbardziej, że zmarnotrawiła wysiłki i zasoby swoich Czytelników. I tego, że ich dobra energia rozbiła się o takie obrzydliwe coś.

Nie prosi o dalsze głosy, bo już nie wierzy, że to cokolwiek da.

Nieustannie dziękuje za te, które już otrzymała.



PS. Tytuł miał być zabawnym odniesieniem do dramatycznych odkryć Potomka Młodszego i został wymyślony już wczoraj. Szkoda, że pasuje i do reszty.

sobota, 7 lutego 2015

Bezgranicznie patologicznie

Leniwe popołudnie w Domu w Dziczy.

Królowa Matka stuka na klawiaturze laptopa jeden ze swoich wiekopomnych tekstów, na które czekają z utęsknieniem rzesze, nieprawdaż, jej wielbicieli, gada z kimś na Facebooku względnie udziela się na forum, a przed nią na stole leży baton "Pawełek", zakupiony dla Królowej Matki przez kochającego Pana Małżonka.

Królowa Matka wyjaśni, że baton "Pawełek" nabywany jest w Domu w Dziczy w sytuacjach, gdy Wredni Rodziciele chcą się pożywić czymś słodkim bez towarzystwa czterech szeroko rozdziawionych jam chłonąco-trawiących w najbliższej okolicy, które to jamy są spławiane za pomocą informacji, że w składzie batona znajduje sie spirytus, substancja Dzieciątkom surowo wzbroniona.

No więc Królowa Matka pisze, baton "Pawełek" leży, a przy łokciu Królowej Matki materializuje się Pompon Młodszy i zawisa wzrokiem na Potencjalnej Wyżerce.

Pompon Młodszy (podchodzi Rodzicielkę strategicznie) - Mamo, cy jak skońcys to, co robis i otworzys tego batonika to mnie pocęstujes?
Królowa Matka (udzielając tej samej odpowiedzi, co pozostałej trójce przy podobnych okazjach, frajerka) - Nie, synku, ten baton nie jest dla dzieci, bo zawiera alkohol...
Pompon Młodszy (z namysłem) - Hmmm... (po dłuższej chwili przetrawiania tej informacji, wznosząc na Królową Matkę wielkie, niewinne oczy elfa)... ale ty wies, ze ja bardzo lubię alkohol?

Eeeee...

No, właściwie tylko to przychodzi Królowej Matce do głowy ;).

czwartek, 5 lutego 2015

Wstęp do ciągu dalszego, który nastąpi

Komoda kąpielowa wyposażona w wanienkę oraz liczne półeczki i schowki.

Lub też zwykła komoda, z półeczkami i szufladkami.

Przewijak – osobny, lub występujący w wersji nakładki na łóżeczko.

Pojemnik na pieluchy, zwany elegancko i nowocześnie pieluchomatem.

Podgrzewacz na butelki, który można podłączyć do gniazdka w samochodzie.

Wiaderko kąpielowe (plus stojak), zapewniający możliwość wygodnej kąpieli dziecka przez całe sześć miesięcy.

Pompka do wysysania jadu owadów.

Dekoder płaczu identyfikujący rodzaj dźwięku i porównujący go do pięciu uniwersalnych wzorów płaczu.

Kuleczki do toalety w kształcie uśmiechniętych słoneczek, dla chłopców, służące do nauki celowania.

Woreczek na pierwszy ząbek (w zachęcającej cenie 55 złotych polskich).

Silikonowe nakładki na skarpetki, ułatwiające raczkowanie, plus ochraniacze na kolana.

Elektroniczna niania, monitor oddechu, wibrujący odbiornik zakładany na rękę, działający tak, jak elektroniczna niania, ale sygnalizujący płacz dziecka wibracjami, zestaw stałego podglądu pokoju dziecka , czyli wideomonitor, może być w wersji de luxe – połączony z czterema kamerami i noktowizorem.


Oto zaledwie częściowa i baaaardzo niekompletna lista rzeczy, bez których udało się Królowej Matce wychować, wykarmić, wielokrotnie przewinąć, postawić na nogi i (częściowo) wypuścić w świat czworo dzieci, wszystkie w jednym kawałku, wszystkie – o ile może o tym wyrokować – bez cech traumy, wszystkie nie zubożone wewnętrznie świadomością, że wyciągała ich pieluchy z worka stojącego za kanapą, a nie z pieluchomatu.

Jest to coś, co – zdaniem jakże licznych artykułów w gazetkach dla młodych mam – absolutnie nie powinno jej się udać.

Rzecz zaczyna się najczęściej tak:

Rodzi człowiek dziecko.

Zazwyczaj najpierw jedno, zazwyczaj nie ma doświadczenia, a zaufanie do babć/ cioć/ teściowej bardzo ograniczone, zazwyczaj nie wie masy rzeczy, gubi się w tych rzeczach, które wie (albo wydaje mu się, że wie) i stara się tę wiedzę uporządkować.

A zresztą, nawet z wiedzą uporządkowaną na maksa może mieć stuprocentowa pewność, że coś go zaskoczy.

I wtedy pojawiają się ONE. Gazetki dla młodych rodziców. Pełne dobrych rad, fachowych przecież, prawda? Sami specjaliści tam piszą i jak piszą, że powinno się nabyć przewijak, to się go nabywa, bo przecież dla dziecka wszystko.

Oto mamy kolejny powód, dla którego Królowa Matka nienawidzi gazetek dla kobiet w ciąży ani też gazetek dla młodych mam (bo - choć mniej zaawansowanym Czytelnikom bloga mogło to umknąć - Królowa Matka nienawidzi ich szczerze). Kolejny, po zinfantylizowanym języku stanowiącym gwałt na polszczyźnie oraz po sprowadzaniu niejednokrotnie dramatycznych problemów do kilku nic nie znaczących, okrąglutkich - i zdrobnionych - frazesów (ach, artykule o wcześniakach, zdrobniony tak twórczo, jakże ciepło cię wspomina Królowa Matka do dziś, a wszak minęło od chwili twej publikacji lat dziesięć!).

A jak już autorki artykułów zdrobnią wszystko, co da się zdrobnić (i część tego, co się nie da też) i spłaszczą, co się da spłaszczyć, zaczynają zachęcać do nabywania absolutnie niezbędnych gadżetów, które mają ułatwiać życie.


Tylko wiecie co? Nie ułatwiają. Pięknie wyglądają na zdjęciach, w stylizacjach wnętrz liczących, tak na oko, ze dwadzieścia metrów kwadratowych, w tych pokojach dziecięcych o rozmiarach dużych pokoi w bloku, w łazienkach, które nigdy nie są klitką, o nie. Mieści się tam i komoda kąpielowa z szufladkami, półeczkami i schowkami, i wiaderko ze stelażem (w którym można kąpać dziecko tylko do szóstego miesiąca życia, ale ojtam ojtam dziecku będziemy żałować? Przecież napisali, że to dla niego najlepsze!), i jeżeli kogoś stać na taką łazienkę, nie jest dla niego problemem wymiana wiaderka na komodę, a jednego modelu wózka na drugi, zaś zamontowanie elektronicznych niań po całym domu to pikuś, to super, cieszymy się wszyscy, te gazetki są dla niego.

Tyle tylko, że większości rodziców nie stać. A gazetki tworzą fałszywy obraz dziecka, które do szczęścia niezbędnie potrzebuje tego wiaderka. Potem komody kąpielowej. Potem nocnika z pozytywką, potem naklejek w sedesie. A potem zacznie chodzić i już można grać na kolejnej strunie wrażliwej rodzicielskiej duszy – Królowa Matka zadała sobie trud i policzyła, ile kosztuje najtańsza (co podkreśla) wersja zabezpieczenia domu, by uchronić dziecko przed wypadkiem. Dwa i pół tysiąca złotych kosztuje. A tylko o zabezpieczeniu mówimy. A to przecież nie wszystko, bo i meble należy wymienić, i zabawki , i maskotki z bijącym sercem na edukacyjną tablicę uczącą języków. Bez tego się nie da. Bez tego coś pójdzie nie tak.

I rodzic czyta, i kupuje, a jak nie może kupić, bo ma łazienkę w bloku i po zakupieniu komody, przewijaka, wiaderka i wanienki nie jest w stanie użytkować jej zgodnie z przeznaczeniem, bo się w niej nie mieści, to rosną w nim wyrzuty sumienia. I czarne wizje, podsycane statystykami wypadków, które przytrafiają się w domu (a on przecież nie kupił żabek do pościeli – BTW, co to są żabki do pościeli i przed czym chronią? - i teraz jego dziecku stanie się jakieś straszne coś).


Więc osobiście Królowa Matka poleca raczej fora internetowe jako to miejsce, gdzie można się dopytać, co jest potrzebne, a co jest tylko gadżetem, którego użyje się raz lub wcale. Szanse, że ktoś zdrobni wszystkie wyrazy znacznie mniejsze. 

A że ktoś trzeźwo powie „daj sobie spokój, skoro musisz to mieć, pożycz od kogoś, kto już nie potrzebuje!” - znacznie większe.

Podobnie jak na to, że nie trafi się na kogoś, kto bierze pieniądze za przekonywanie rodziców, ze potrzebują przedmiotów, których tak naprawdę nie potrzebują – ani oni, ani ich dzieci.



Co jakiś czas temu napisawszy Królowa Matka - której dzieci szczęśliwie weszły w wiek, w którym ułatwiające życie pomoce do kąpieli i przewijania staja się zbędne - uznała, że sprawa już jej nie dotyczy.

Po czym niedawno życie zweryfikowało jej pogląd i nagle okazało się, że Wszechswiat najwyraźniej dba o to, by tematu do postów nigdy Królowej Matce nie zabrakło.

O czym wkrótce :).