wtorek, 31 marca 2020

Origami z bibułki. "Ukochane równanie profesora" Yoko Ogawa

Żeby nie było, że samym wirusem żyje człowiek (chociaż żyje, chcąc nie chcąc, a bardziej nie chcąc, lecz mus jest mus i co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz) to donoszę, że w Domu w Dziczy wciąż się czyta, chociaż nie tyle, ile by się chciało, bo hołmskuling zajmuje masę czasu, pozostałą zaś część dnia zajmuje praca, denerwowanie się i spanie, w niekoniecznie równych porcjach.

Na czytanie wyrywa się chwile między tymi wszystkimi różnościami, i na udział w wyzwaniach czytelniczych ( w tym wypadku w Wielkobukowym Bingo) też.

Okienko w kategorii "Powieść Dalekiego Wschodu" pozwoliło mi zakreślić


"Ukochane równanie profesora" Yoko Ogawy.

Książka, która została wyróżniona pierwszą w historii nagrodą Hon’ya Taishō, przyznawaną przez japoński kolektyw księgarzy, do dziś pozostaje bestsellerem i uznawana jest za jedną z najukochańszych powieści współczesnej Japonii.

Muszę jednak wyznać, że mnie do przeczytania jej skłoniła opinia, na którą gdzieś natrafiłam. Opinię tę, w dużym skrócie, można zamknąć w pełnym zdumienia: "Nienawidziłam matematyki w szkole, nigdy jej nie umiałam, moje jedyne tróje na świadectwie miałam z jej powodu, a ZROZUMIAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ!!!". No musiałam rzecz zbadać!

Bohater tytułowy powieści, Profesor, jak przystało na każdego wybitnego naukowca, ma swoje dziwactwa. Dziwactwa Profesora nie są jednak tylko i wyłącznie pochodną jego wybitnego, oderwanego od realiów przeciętnego życia umysłu. Profesor w roku 1975 uległ wypadkowi samochodowemu i na skutek urazu głowy pamięta tylko to, co zdarzyło się przed tą datą. Jego pamięć krótkotrwała obejmuje zaś jedynie osiemdziesiąt minut.

Z powodu tej ułomności Profesor nie jest w stanie zająć się sam sobą, z drugiej strony zaś nie jest też osobą, którą łatwo się opiekować. Każdego dnia wita przychodzącą opiekunkę jak obcą osobę. Każdego dnia zadaje jej pytania, zazwyczaj związane z liczbami (o datę urodzenia, numer buta, wzrost). Każdego dnia trzeba nawiązać z nim nowy kontakt z pełną świadomością, że nazajutrz będzie trzeba nawiązywać go ponownie. Nie jest to łatwe i nic dziwnego, że z pracy u Profesora rezygnują kolejne wynajmowane przez rodzinę opiekunki, a na jego "karcie" w agencji wynajmującej panie do prowadzenia domu przybywa oznaczeń "trudny w obsłudze".

Aż pewnego dnia w progu jego domu pojawia się nowa gosposia z synem, od tej pory nazywanym pieszczotliwie Pierwiastkiem. Powoli, krok po kroku i przełamując trudności udaje jej się nawiązać z Profesorem więź, a językiem, który pozwoli im zbudować namiastkę rodziny, stają się matematyka i baseball. Ale  relację tę będą musieli odbudowywać co osiemdziesiąt minut…

"Ukochane równanie profesora" jest książką tak bardzo nie pasującą do tego, co w ostatnich latach nazywamy "bestsellerami", że trudno to sobie wyobrazić. Przede wszystkim jest krótka - zaledwie 240 stron -, pozbawiona zwrotów akcji, spokojna w tonie, płynna w sposobie opowiadania. Przy tym jest niezwykle japońska - prosta w formie, napięcie między bohaterami rośnie "podskórnie" i ukazywane jest w sposób niezwykle powściągliwy, a przecież czytelnik ani przez chwilę w nie nie wątpi. Cała ta historia - bardzo trudna formalnie do napisania, bo czyż łatwe może być opisanie rosnącej, głębokiej, pełnej szacunku zażyłości młodej kobiety, która zaczęła pracować jako gosposia osób starszych zaraz po maturze i genialnego matematyka, który każdego dnia spotyka ją na nowo? - jest w trudny do wyjaśnienia sposób piękna. Krucha, dyskretna, ELEGANCKA, to chyba najwłaściwsze słowo. Piękna subtelną urodą, jak ptaki origami, zrobione z bibułki albo ogrody zen, niby surowe, niby bardzo proste, a niezwykłej urody.


No i matematyka. Nauka, którą kojarzymy raczej jako chłodną, abstrakcyjną i bezlitośnie logiczną, tutaj staje się wspólnym językiem, drogą do porozumienia za sprawą wzorów, liczb, prawideł, mostem budowanym między genialnym starcem, jego gosposią i jej dziesięcioletnim synem. I rozumiemy ją! Poza wszystkim zaletami powieść ma i te, że pokazuje, jak skomplikowane twierdzenia można wyłożyć w zrozumiały dla każdego sposób, a najważniejszy w uczeniu się jest nie wynik, ale nasza ciekawość i próby, które podejmujemy, by rozwiązać problem.

Doskonała książka.

Jak liczba 28 :).

niedziela, 22 marca 2020

Z notatnika poszukiwacza skarbów


Wiejski sklepik. Na nim kartka: "W sklepie może przebywać jednocześnie tylko dwoje klientów". 
 
Grzecznie czekamy, aż przebywający w środku pan skończy robić zakupy.

Wchodzimy. Panie ekspedientki odgrodzone od klientów prowizoryczną przeszkloną ramką, której tydzień temu jeszcze tu nie było, pieniądze przyjmują w rękawiczkach jednorazowych.

Wszystko jest, pakujemy do torby jajka, jogurt, margarynę, włoszczyznę, ogórki kiszone. Wreszcie, bez nadziei na sukces, przeczołgani daremnymi próbami podejmowanymi przez cały poprzedni tydzień, ośmieleni tym wylewającym się z półek dobrobytem, nieśmiało zadajemy TO pytanie.

Pani ekspedientka nabiera głęboko powietrza i mówi: "Powiem państwu tak - tylko w dużych opakowaniach".

Nie zastanawiamy się ani sekundy.

I wreszcie mamy to!

MAMY. TO.

Najcenniejszą rzecz w Domu w Dziczy <3.
 
 
 
 
I jeszcze jedno zdjęcie muszę wrzucić. Na pamiątkę.
 
Ładnych rzeczy nigdy dość.

Zwłaszcza teraz.
 

sobota, 14 marca 2020

Epidemiologicznie

Z serii "Koronawirus szaleje", część pierwsza:

Królowa Matka (czyta leniwie wypowiedzi ministra zdrowia, płynące na paskach w telewizorni) - "Mamy w kraju jedenaście wysoce wyspecjalizowanych labradorów, gotowych do badania dostarczonych przez szpitale próbek"... - zeelektryzowana siada gwałtownie. - Cococococo??? - czeka z napięciem, wpatrzona w ekran, aż wlokące się, mniej ciekawe paski przeminą, powróci ten najbardziej interesujący iiii...

"Mamy w kraju jedenaście wysoce wyspecjalizowanych LABORATORIÓW..."

Och.

Do wersji z labradorami miała Królowa Matka więcej przekonania. I serca, przede wszystkim, i serca.



Z serii: "Koronawirus szaleje", część druga:

Potomek Młodszy (wraca ze szkoły).

Królowa Matka (rzuca Tradycyjne Rodzicielskie Pytanie) - Cześć, słonko, jak tam w szkółce?

Potomek Młodszy - Super było. Byliśmy na świetnej wycieczce.

Królowa Matka (której fakt wyjazdu któregokolwiek z jej dzieci najwyraźniej był umknął; ciut zdezorientowana) - Na wycieczce? Gdzie?

Potomek Młodszy (tonem wyjaśnienia) - W łazience. Pani nas uczyła, jak prawidłowo myć rączki, jak również pokazywała nam to na obrazkach, które teraz są w szkole dosłownie wszędzie (popadając w tkliwe zamyślenie, ze wzruszeniem) I mydło też jest. Bo do tej pory to nigdy nie było.

Czego więcej trzeba, by się upewnić, że JESTEŚMY GOTOWI.

EDIT. Uczyli się też "kichać w łokieć", co skutkuje rykami z głębi trzewi: "W ŁOKIEĆ! W ŁOKIEĆ!!!"za każdym razem, gdy ktoś w Domu w Dziczy zamierza kichnąć, czyli często.
Koronawirus jest z nami bez szans!



Z serii "Koronawirus szaleje", część trzecia:

Miejsce akcji - mieszkanie Matki Królowej Matki
Czas akcji - środa, 11 marba br. , godzina 13, minut kilka.

Potomek Młodszy (wpadając do domu i jaśniejąc jak Koh-i-noor, na który padły promienie słońca stojącego w zenicie) - Cześć, mamo!!! Szkoła zamknięta od jutra!

Królowa Matka (trochę ogłuszona, trochę zdumiona) - Zamk... ale... zaraz, chwila... moment, skąd ty o tym w ogóle wiesz?!

Potomek Młodszy (z politowaniem) - Oj, mamo, mamo... gdyby koronawirus rozprzestrzeniał się w tym tempie, jak ta wiadomość, to byśmy od miesiąca tu wszyscy zimnym trupem leżeli, jak kraj długi i szeroki!
...
(...ale żeby dowiedzieć się od kumpla, co jest zadane z niemca to się tak nie umie, że zauważy Królowa Matka z goryczą...)



Z serii: "Koronawirus szaleje", część czwarta:

Albo na przykład, gdy siedzisz w sypialni na górze, a z dołu dobiegają głosy - charczące, łamiące się, obce, - a ty wpadasz w panikę, że nawet jeśli to nie koronawirus (O-Mój-Boże-Zaczęło-Się!!!), to zapalenie gardła, i gdzie ty teraz pójdziesz z dzieciomtkami, lekarze przeciążeni albo w Szwecji, w każdej przychodni kordony sanitarne tudzież kolejki...

...po czym przypominasz sobie, że masz na składzie dwóch (no, półtora) nastolatków z mutacją.


Cd z dużym prawdopodobieństwem (niestety) nastąpi.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

"Dom tęsknot" Piotr Adamczyk

 W ubiegłym roku rzetelnie i dokładnie wypełniałam wszystkie zalecenia wyzwania książkowego Trójka e-pik

Było to super doświadczenie (podejrzewam, że trochę dlatego, że jestem nowicjuszką w kwestii wyzwań, czytelniczych i wszystkich innych, i cieszę się nimi jak dziecko nową zabawką), w znaczący sposób wpłynęło na zmniejszenie moich "stosików wstydu" i w tym roku zamierzam je kontynuować, ale bez napinki, na przykład w styczniowym wyzwaniu mam zrealizowane 2/3 i tyle pewnie pozostanie.

Natomiast na całego bawić się zamierzam w roku 2020  Wielkobukowym Bingo (#wbbingo), a moje pierwsze skreślone okienko należy do książki, którą zaczęłam w ubiegłym roku, ale skończyłam dopiero teraz - do "Domu tęsknot" Piotra Adamczyka.





I nie dlatego teraz ją skończyłam, że męczyłam się z czytaniem jak Piekarski na mękach, tylko dlatego, że sobie ją dawkowałam, jak kiedyś, dawno, za PeErElu dawkowało się misie Haribo albo banana, jeśli się miało szczęście i podobne smakołyki dostało w paczce.

To jest niesamowite, wzruszające wręcz doznanie, dawkować sobie książkę w przypadku bycia literackim wyjadaczem, który z niejednego pieca chleb jadł, wiele już zna, wiele przeczytał i coraz trudniej mu trafić na jakieś olśnienie. Ba, nawet na zwykłe "podoba mi się", bywa, trudno trafić.

A jak sobie pomyślę, jak pomyślę, że trzy lata temu na Targach w Krakowie widziałam autora, - którego książkę, i owszem, już miałam, i miałam też plany przeczytania jej, ale na razie nie spoczywała ona nawet na "stosiku wstydu", tylko normalnie stała na półce, - autor zaś skończył już był podpisywanie i siedział sobie w towarzystwie dwóch innych panów, pogrążony w przyjacielskiej rozmowie, a ja mogłam do niego podejść i powiedzieć, że napisał coś wspaniałego, coś, co otwiera głowę czytelnika i wietrzy ją jak chłodny, świeży podmuch wietrzy zatęchły pokój, książkę, która sprawia, że zaczynasz patrzeć na świat oczami osoby, nad której oglądem świata nigdy dotąd się nie zastanawiałaś, w tym wypadku Niemki, a Niemcy to, rzecz jasna, naziści i hola, hola, źli ludzie, tylko i wyłącznie, kto by się tam nad nimi zastanawiał, słusznie stąd odeszli i lepiej, żeby nie wracali, nawet ten ich język, to, wiadomo, okropny, jak szczekanie wściekłych psów i świst bata, i nagle widzisz ten świat oczami jednej z ich przedstawicielek, i ze zdumieniem spostrzegasz, że ją rozumiesz, szanujesz, a i zgadzasz się z nią więcej niż często; i myślisz o domach, domach, które pewnego dnia opuścili ludzie, którzy je budowali, tworzyli, którzy w nich kochali, śmiali się i płakali, rodzili się i umierali,
i tak bardzo wszystko jedno, jakiej narodowości byli ci ludzie, zmuszeni z dnia na dzień je zostawić, a razem z domami wszystko inne, naczynia, książki, meble, zdjęcia na ścianach, pocztówki od przyjaciół w szufladach, już na zawsze milczące, na zawsze ukrywające swoje tajemnice, bo każdy z tych domów to tajemnica, może nie taka spektakularna tajemnica, jak ta powieściowa, a może i bardziej spektakularna? kto to wie, nikt, i nikt się już nie dowie; i jeszcze, że ta powieść to kolejna cegiełka budowli, która powoli powstaje, budowli złożonej z opowieści o tożsamościach rodzących się inaczej niż w ogniu powstań i morzu przelewanej krwi, słowem - w jedyny obecny w powszechnej narracji sposób, o tożsamości składanej z mozołem niby układanka z puzzli pochodzących z różnych kompletów, dzień po dniu żmudnie dopasowywanych tak, by udało się ją ułożyć i ujrzeć wreszcie jakiś nowy obraz, jakąś nową jakość;  i że odnajdowałaś własne wspomnienia w tej historii w zadziwiających momentach, bo a to wychowanie na cmentarzu i zabawy wśród poniemieckich grobów, (jeden z cmentarzy leżał dosłownie tuż obok placu zabaw, nawet murka nie miał, tylko pochylone, na pół skruszone kolumienki, i dziesiątki razy zdarzało się, że człowiek płynnie przechodził od zabawy w piaskownicy do układania kamyczków i gałązek na na pół zapadniętej w ziemię płycie nagrobnej, nawet nie zauważając, jak to się stało), a to dziadek z Wehrmachtu... to znaczy, niemiecki dziadek, mój akurat z Wehrmachtu nie był, co jest zresztą kwestią czystego przypadku, a to tapczan pełen cukru, Boże, nie sądziłam, że ktokolwiek poza mną na tym świecie miał tapczan pełen cukru!

Więc gdy pomyślę, że wszystko to mogłam powiedzieć, a potem sobie przypominam, że nie mogłam, bo przecież jeszcze o tym nie wiedziałam, to sobie myślę nie z żalem, a z ulgą, że całe szczęście, że nie wiedziałam, bo przecież autor musiałby uznać mnie za osobę niespełna rozumu, skoro nawet tu nie umiem w skoordynowany sposób wyrazić wszystkich miotających mną emocji, to co dopiero na żywo, no, bez wzywania ochrony by się nie obyło!

Aż wreszcie sobie uświadamiam z ulgą gargantuicznych wręcz rozmiarów, że nawet gdybym umiała je wyrazić, te emocje, językiem pięknym zarówno pod względem składni, jak i treści, to i tak bym nie ośmieliła się odezwać do nieznajomego człowieka sama z siebie, gdyż jestem, Państwo wybaczą mój frencz, dupą wołową, i natychmiast przestaje mi być przykro z powodu utracenia takiej okazji, i dochodzę do wniosku, że w sumie mi wystarczy, że dałam wyraz licznym zachwytom, które mnie ogarnęły, tutaj.

Bo, mam nadzieję, wszyscy zrozumieli, że dałam?

I że polecam?

niedziela, 29 grudnia 2019

Jak zyskać dzień. Przepis

Królowa Matka (od bladego świtu, czyt.: od godziny dziesiątej oddaje się przetrzebianiu własnego księgozbioru pod hasłem "Uciesz swoją bibliotekę").

Pan Małżonek (fachowym okiem mierząc rosnącą pod ścianą górę) - Dobra, to ja zaraz przejrzę swoje rzeczy na dole, zapakujemy wszystko w te torby z IKEI, wyjedziemy dziś trochę wcześniej...

Krolowa Matka (nieuważnie, dzieląc uwagę między Pana Małżonka a dwa tomy Marininy do ewentualnego oddania) - A dokąd ty chcesz dziś wyjeżdżać?

Pan Małżonek - No, do lekarza. Przecież mam dziś wizytę. (z urazą) Co, nie pamiętasz?

Królowa Matka (dorzucając Marininę do góry woluminów, łagodnie) - Jutro masz.

Pan Małżonek (z niezachwianą pewnością) - Dziś.

Królowa Matka (sięgając dla odmiany po Makuszyńskiego) - Jutro. Dziś jest niedziela.

Pan Małżonek - Wczoraj była niedziela!

Królowa Matka (patrząc na swoją Lepszą Połowę podejrzliwie) - I właśnie dlatego wczoraj byliśmy na zakupach?

Pan Małżonek (uparcie i z żelaznym przekonaniem) - Przedwczoraj byliśmy!

Królowa Matka (wciąż jeszcze łagodnie) - Wczoraj.

Pan Małżonek (ociupinkę zirytowany) - Przedwczoraj! W sobotę! Wczoraj była niedziela!

Królowa Matka (też uparcie, acz ta niezłomna pewność, którą czuła, zaczyna się lekko nadłamywać na brzegach) - Wczoraj była sobota. Wczoraj byliśmy na zakupach i u mojej mamy. Dziś jest niedziela.

Pan Małżonek (protestując z głębi serca) - Dziś jest poniedziałek!

Królowa Matka (porzuciwszy w kątku pieczołowicie dotąd tulony w objęciu książkowy nabój, odpaliwszy komóreczkę, a na komóreczce - kalendarz, powiększa na maksa wybarwiony na czerwono numer "29" na ekraniku i podtyka ekranik Panu Małżonkowi pod nos; z naciskiem) - NIE-DZIE-LA.

Pan Małżonek (z dziecięcą, zaprawdę, radością) - O. Dziś niedziela.

I w ten oto właśnie sposób można zyskać cały jeden, nowiutki, nie używany dzień.

Nie ma za co.

sobota, 21 grudnia 2019

O nastroju (jakże by inaczej) świątecznym

Rankiem, by nie rzec bladym świtem Pompon Starszy - który pasjami kocha guziczki i przyciski, dla którego guziczki są tym, czym pudełka dla kotów, i który - gdyby na nieszczęście Ludzkości był prezydentem USA - na milion procent wysadziłby wzmiankowaną Ludzkość w kosmos  już w pierwszym dniu od uzyskania dostępu do guzika uruchamiajacego broń atomową - z braku dostępu do najwyższych urzędów zadowolił się zawieszeniem telewizora, usiłując uruchomić Youtube'a Netfliksa i Cartoon Network jednocześnie. Zbity z tropu odbiornik zamigotał ekranem i odmówił współpracy, nie dając się odwiesić ni prośbą, ni groźbą, ni stosowaniem zaleceń zaczerpniętych z netu jak również instrukcji obsługi, w związku z czym Pan Małżonek wziął urządzenie pod pachę i - bez wiekszych nadziei na osiągniecie sukcesu- udał się w ten świat, pełen lepienia uszek, pucowania okien, zawiniętych w precel kolejek do stoisk rybnych oraz z hukiem trzepanych dywanów.

W Zakładzie Naprawczym, zgodnie z obawami, zderzył się z dramatyczną pustką i drzwiami, na których powiewała przylepiona taśmą kartka: "Zakład zamknięty z powodu wyjazdu w teren, przepraszamy".

Pan Małżonek, nie dając się zniechęcić jakiemuś tam słowu pisanemu, pieczołowicie wyklepał na komóreczce numer telefonu znajdujący się na tabliczce z nazwiskiem Właściciela i, gdy ten odebrał, zaczął przepraszać, że zawraca głowę, kłopot robi, ale telewizor... a tu ten wyjazd...

- Telewizor, mówi pan - przerwał Właściciel. - Chwila. Ma go pan ze sobą?

- Mam - bąknął Pan Małżonek.

- Pan mi da dziesięć minut - zarządził Właściciel i się rozłączył.

Dziesięć minut później zjawił się pod swym zakładem pracy i uciął z miejsca przeprosiny Pana Małżonka, który zaczął znowu się sumitować, że przeprasza, że zmusza do zmieniania planów, bo to i przyjechać musiał specjalnie, i ten wyjazd w teren...

- Panie, daj pan spokój - prychnął Właściciel. - Jaki wyjazd, jaki teren! Ja porządki świąteczne miałem! Jak ja czekałem na ten telefon! - rozpromieniając się i jaśniejąc Wdzięcznością -  Pan mnie uratowałeś! Dawaj tu pan ten telewizor. Na poniedziałek będzie gotowy!

KURTYNA.

I wesołych świąt się z Państwem :D.

piątek, 6 grudnia 2019

Potomka Starszego droga po Wybojach Edukacji, vol. 1 (na 2K, and counting)

Wieczór. Cisza. Potomek Młodszy plumka na gitarze. Pompony przykręcają i odkręcają rozliczne śrubeczki w maszynerii zbudowanej z Elektronicznego Zestawu Laboratoryjnego (maszyneria co jakiś czas wydaje z siebie wycie albo pisk, ku uciesze konstruktorów i wręcz przeciwnym uczuciom obserwatorów), a Potomek Starszy powtarza z mamunią historię, gdyż ma sprawdzian oraz wychowawcę-historyka.

Królowa Matka (nie, żeby z entuzjazmem) - Dobra, to mów, co wiesz o pierwszym triumwiracie, słucham.

Potomek Starszy (zmobilizowany, że hej) - Było to nieformalne porozumienie, zawiązane w Rzymie w 60 roku przed naszą erą. Główną przyczyną jego zawiązania był powolny upadek Republiki Rzymskiej, konflikty wewnętrzne oraz zewnętrzne nękające imperium. Trzej uczestnicy podzielili się władzą w kraju, zachowując jednak całą fasadę republikańskiego ustroju...

Królowa Matka (starając się napoić swój głos uznaniem oraz zachętą) - Tak...?

Potomek Starszy (siłą rozpędu) - ... a hasłem przewodnim było: "odtąd nie stanie się w Republice nic, co nie podobałoby się któremukolwiek z trzech".

Królowa Matka - Super. Skład poproszę.

Potomek Starszy (tonem "a co to dla mnie") - Gnejusz Pompejusz.

Królowa Matka (z aprobatą) - Dobrze.

Potomek Starszy - Marek Krassus.

Królowa Matka (jak wyżej) - Doskonale. I...?

Potomek Starszy (tracąc impet) - ...i ...i... ten trzeci...

Królowa Matka (ciut ogłuszona) - Co?

Potomek Starszy - Ten trzeci... no... (powstrzymując już otwierającą usta Królową Matkę władczym ruchem ręki) Nie! Nie podpowiadaj mi! Na końcu języka to mam! Ten... no...

Królowa Matka (usiłując dojść do siebie) - Ale... ale... ty serio mówisz?

Potomek Starszy (tonem wyjaśnienia) - Zawsze tego trzeciego zapominam. Jak mu było...

Królowa Matka (upewnia się) - Poważnie, zapamiętałeś Marka Krassusa i Gnejusza...

Potomek Starszy (pomocnie) - Pompejusza.

Królowa Matka (nieco histerycznie) - ...Pompejusza, a zapomniałeś... Synu, oszalałeś?! Rubikon? "Kości zostały rzucone"? "I ty, Brutusie"?

Potomek Starszy (bynajmniej nie błyskotliwie) - Yyyyy...

Królowa Matka (bardziej histerycznie) - "Strzeż się Idów Marcowych"?!

Potomek Starszy (rozpaczliwie) - No wiem, wiem, powinienem go pamiętać, jak mu było...

Królowa Matka (histerycznie na maksa) - ASTERIX? OBELIX?! Galowie? Druidzi? Idefix?

Potomek Starszy (wyłamując sobie paluszki) - Został namiestnikiem Galii na pięć lat... i konsulem w 59 roku p.n.e... jak mu było... jak mu było, chwila... Cezar... Cezar...

Królowa Matka (z mocą) - Gajusz Juliusz Cezar, synu!

Potomek Starszy (tonem Archimedesa wyskakującego z wanny) - Tak! Gajusz Juliusz!

...

...

...

W związku z powyższym Syneczek poszedł dziś do szkoły zaopatrzony w ściągę wypisaną długopisem na grzbiecie dłoni.

Ściąga brzmiała: "JG".


niedziela, 1 grudnia 2019

Reklamowo. I wciąż Potomkowo

Pompon Młodszy (z najwyższym wstrętem ogląda reklamę oleju kujawskiego, w której do pięknych pań odzianych w ludowe stroje, z warkoczyma i dekoltyma dodano - dla równowagi zapewne - przepięknych panów, bez warkoczy co prawda, ale za to również bez górnej części garderoby; panowie ci z uczuciem oraz w tonacji tenorowej przekonują nas, że wyciskali ten olej siłą własnych rąk i wybitnie wykształconych bicepsów).

Pompon Młodszy (z odrazą) - Ta reklama mnie odraża! Odraża mnie! Wyjątkowo!

Królowa Matka (nie bez żywego zainteresowania) - O? A czemuż to, zdradź mi?

Pompon Młodszy (ze wstrętem łamane przez oburz) - Bo jak mężczyźni, to od razu, że silni. Nic, tylko siła. Tępa siła!

Królowa Matka (filozoficznie) - Z biologią, synek, nie wygrasz. Statystycznie, podkreślam (podkreśla) STATYSTYCZNIE przeciętny mężczyzna jest silniejszy od przeciętnej kobiety...

Pompon Młodszy (kontynuuje, nie zwracając na Rodzicielkę żadnej uwagi) - ... i jeszcze, że w sześciopakach muszą chodzić! No, nie! (po chwili dalszych masochistycznych obserwacji) ... ja by tej reklamy natychmiast zakazałem!

...

Podpisy pod petycją w wyż.wym. sprawie zbieramy na FB ;).

czwartek, 21 listopada 2019

Językowo. Braciszkowo. Rodzinnie. Albo jakoś tak

Potomek Młodszy (płynąc na fali wspomnień z wakacji) - Tatuś, a pamiętasz, jak na Mazurach wyrzuciłeś Mikołaja w powietrze, a on miał za luźną gumkę w kąpielówkach i zanim wpadł do wody było mu baaaardzo dokładnie widać jego dirlidigidongi?

Pan Małżonek (wpatrując się w Potomka nie bez fascynacji) - Co?

Potomek Młodszy (wyjaśniająco, z perlistym, acz wrednym w tonie chichotem) - No, dirlidigidongi. No, wiesz. Jego schwindelswültze.

Pan Małżonek (w oszołomieniu) - Jego schwindel... co?

Potomek Młodszy (ciut zniecierpliwiony) - Ojej, no schwindelswültze. No dirlidigidongi, no! Ojej, no diamenty rodzinne!

Pan Małżonek (poprawia odruchowo) - Klejnoty...

Potomek Młodszy (ugodowo) - Klejnoty rodzinne. Pamiętasz?



A, dirlidigidongi!

Tak, Pan Małżonek pamiętał.

czwartek, 24 października 2019

Konkurencja

Królowa Matka (siedzi i dzierga).

Telewizorek (ma przerwę w nadawaniu "Endeavoura", w której to przerwie uszczęśliwia wszystkich, rzucając w szeroko pojętą przestrzeń perły intelektu copywriterów reklamowych).

Pani z Telewizorka (radośnie) - Paweł?

Domniemany Paweł (podnosi rękę)- Jest!

Pani z Telewizorka (j.wyż) - Kasia?

Domniemana Kasia (podnosi rękę) - Jest!

Pani z Telewizorka - Weronika?

Domniemana Weronika - Jest!

Pan z Telewizorka (entuzjastycznie na maksa) - Grześki?

Las rąk w górze, każda z zaciśniętym w garści batonikiem, radosny chór głosów - Są!!!

Potomek Starszy (łagodnie) - Snajper?...


I tak się Królowa Matka zastanawia, po co ona ma się jeszcze wysilać na blaski poetyckiej  metafory oraz gejzery krasomówstwa jak również intelektu, jak jej tu konkurencja wyrosła, w dodatku zwięzła w wyrazie.