niedziela, 22 listopada 2020

Podróż na Wschód. "Stambuł do zjedzenia" Bartek Kieżun

 Jestem spod Byka.

Nie jest to rzecz, która jakoś nadmiernie organizuje mi życie, bo nie wierzę w horoskopy, chociaż je, rzecz jasna, czytuję. I pewnie dlatego w nie nie wierzę, bo ileż można czytać o kobietach spod Byka, tych, nieprawdaż, pulchnych trzpiotkach z wybujałym biustem i dołeczkami tu i ówdzie, kochających domową krzątaninę, domową atmosferę oraz robione od linijki grządki w ogródku, zwłaszcza, gdy ma się lustro, jak również, ekhm, ogródek do obejrzenia starannie z okien tego, ekhm, tchnącego rodzinną atmosferą domu, i nijak nie można się w tym ogródku dopatrzyć choćby pół grządki. O takiej od linijki nawet nie wspominając. I jeszcze są, nieprawdaż, te Byki osobami ze szczęśliwą ręką do pieniędzy, głową do interesów, nader ceniące dobra materialne i gromadzące je z upodobaniem. Ekhm. Ekhm. Ekhm, ekhm, ekhm.

Lat trzeba było, żebym odkryła, że o dziwo dysponuję jedną cechą, która czyni ze mnie Byka pełną gębą, Byka stuprocentowego i rasowego, Byka z byczej krwi i byczych kości.

Otóż jem jak Byk.

Pisałam już o tym niejednokrotnie, na przykład tutaj, ale jeżeli ktoś nie ma ochoty ani siły przedzierać się przez moją logoreę (za co nie mogę nikogo winić), zacytuję sama siebie:

"Kocham jeść. Nie wyglądam, bo szybko się najadam, więc spożywam nieduże porcje, które chronią mnie przed otrzymaniem przydomka "obżartucha", ale kocham. Jestem jedzeniową sybarytką nie w kwestii subtelnego podawania pożywienia w postaci wyrafinowanego w formie kleksika spoczywającego na wykwintnym talerzyku, przybranego kandyzowaną wisienką spełniającą pod względem rozmiaru i koloru wszelkie, nawet najostrzejsze, normy światowe, oraz artystycznymi mazami z czekolady.

Jestem sybarytką w bardzo bliskowschodnim  stylu, ma być kolorowo i barwnie, ma pachnieć i te zapachy mają się mieszać, łaskotać w nos, pobudzać ślinianki i skłaniać do eksperymentów. Ma być dużo na dużej ilości talerzyków, żeby można wszystkiego spróbować i wszystko mieszać, a najlepiej, jeżeli to wszystko można jeść palcami albo "sztućcami" z chleba, tortilli czy pity. I NIE MA być szybko, ma być długo i z dużą ilością ludzi, posiłek ma być okazją do spotkania i rozmów, a jedzenie ma sprawiać przyjemność kolorystyczną, zapachową i towarzyską. Pod tym jednym, jedynym względem jestem rasową osobą spod Byka ;D!".

Napisałam to rok temu i upewniam, że nic się tym względem nie zmieniło.

Niestety, nie zmieniło się także to, że co prawda zodiakalne Byki podobno lubują się w gromadzeniu majątku i mają do tego wrodzony talent, ale ja, najwyraźniej ignorowane przez Dobre Gwiazdy bycze dziecię byłam, jestem i zapewne do śmierci pozostanę Prowincjonalno, Ubogo Nauczycielko Obarczono Licznem Potomstwem i Bez Grosza Przy Duszy, która wyjeżdża co najwyżej na Mazury, bo jej teściowa ma tam domek i odpada problem opłacania dachu nad głową. Moje bliskowschodnie uczty, moje podróże przez pachnące przyprawami targowiska, moje upajanie się woniami Arabii, kolorami Turcji i smakami Maghrebu odbywam tylko we własnej głowie i czasem we własnej kuchni, gdy przygotowuję coś, co Potomki nazywają "rodzinnym obiadem", czyli posiłek składający się z np. sześciu różnych potraw, stawianych na środku stołu, których każdy je tyle, ile chce, i po którym zazwyczaj, najedzona do wypęku, odsuwam się od stołu z (prostacko uogólniającym i spłaszczającym perspektywę): "Ach, muzułmanie to naprawdę POTRAFIĄ JEŚĆ!" na ustach.

Dla osób takich, jak ja

"Stambuł do zjedzenia" Bartka Kieżuna

jest po prostu darem od losu (i od Wydawnictwa Buchmann, któremu dziękuję za egzemplarz recenzencki i polecam się na przyszłość!!!).

"Jak zamierzasz zrecenzować książkę kucharską?" spytała moja mamusia, gdy, z błyskiem w oku i ślinotokiem, przeglądałam książkę.

No, nie wiem.

Kucharskiej bym pewnie nie umiała.

Ale "Stambuł do zjedzenia" nie jest książką kucharską.

W każdym razie NIE TYLKO książką kucharską.

Każdy przepis otwiera strona, na której autor ze swadą, wdziękiem i poczuciem humoru opisuje Stambuł, jego zaułki, jego malutkie, nieznane Przeciętnemu Turyście restauracyjki i kafejki, związane z nim anegdoty i opowieści historyczne, Stambuł wielu imion i wielu tradycji splecionych w jedyny w swoim rodzaju kobierzec, który możemy dziś podziwiać, a może nawet pokochać.

A potem opowiadana historia płynnie przechodzi w przepis, opisany przejrzyście - za te wszystkie "bulion warzywny można zastąpić także wodą" albo "powinniśmy użyć sera (tutaj bardzo dziwna nazwa, której nie umiem nawet napisać, o wymawianiu nie wspominając), ale mozzarella jest dobrym zamiennikiem" proszę przyjąć wyrazy dozgonnej wdzięczności i uwielbienia, Panie Bartku! (tu następuje dłuuugie spojrzenie oraz robienie wiatera rzęsyma) - i też z poczuciem humoru ("ciepłą masę po przestudzeniu formujemy w kulki wielkości orzechów włoskich i zjadamy, choć dobrze byłoby coś odłożyć również na talerz").

W dodatku spora część tych przepisów jest wege, albo da się "uwegetarianić", co w Domu w Dziczy jest rzeczą kluczową, i co wytrąca broń z ręki tym wszystkim szydercom, którzy nie raz i nie dwa rzucali w przestrzeń pozornie niezobowiązującą uwagę na temat daremnego uwielbienia dla kuchni Bliskiego Wschodu (i okolic), skoro ta kuchnia to głównie ryż z baraniną i rachatłukum, które jednakże trudno spożyć w charakterze głównego posiłku.

Z książki wypróbowane i przygarnięte do serca zostały już:

- bulgur pilavi, które sam autor nazywa nietypowym, bo pilaw to jednak z ryżu głównie bywa, ale bulgur jest ukochaną kaszą absolutnie każdego mieszkańca Domu w Dziczy, więc nietypowości nie odnotowano (nie, żebym nie radziła ociupinkę ograniczyć użycie papryki pul biber, nabyłam tę opisywaną jako średnio ostra - tu chwila na pośmianie się z głębi serca - i jeśli ona jest średnio ostra to ostrej wolałabym nie widzieć na oczy, po minucie konsumpcji ścierpło mi podniebienie i przestałam czuć smak, co przyjęłam z dużym rozżaleniem, bo był to smak wyśmienity),

- bazlama, turecki chleb z patelni, spełnienie marzeń tych z nas, którzy lubią używać pieczywa w charakterze sztućców,

- pide, nazwane przez moje dzieci, nie wykluczam, że w sposób absolutnie pozbawiony szacunku, Okiem Proroka, rzecz, którą w moim domu zjedli bez cienia protestu  ABSOLUTNIE WSZYSCY, a co to znaczy rozumieją chyba tylko ci z nas, którzy przygotowują posiłki dla licznych rodzin (jak sobie przypomnę, że kiedyś, czytając wspomnienia Małgorzaty Musierowicz, nie rozumiałam, czemu ona przygotowuje pierogi z czterema różnymi nadzieniami... no cóż, już rozumiem, chociaż może moje rozumienie robienia akurat pierogów nie obejmuje) i już zaczynamy kombinować z innymi nadzieniami,

jak również imam bayildi, lahmacun (acz bez farszu z wołowiną, więc nie wiem, czy się liczy), ciasteczka kokosowe, kuru fasulye...

I TO NIE JEST NASZE OSTATNIE SŁOWO.

W tym dziwnym czasie, gdy podróżować możemy jedynie w naszej wyobraźni, za sprawą książek, filmów, a także kuchennych doświadczeń, bardzo polecam każdemu.

Tym, którzy kiedyś, oby niedługo, będą mogli pojechać do Stambułu i sprawdzić, jak smakuje prawdziwe pide na prawdziwej, tureckiej ulicy.

I - może nawet bardziej - tym, którzy podobne podróże zawsze już odbywać będą tylko we własnej kuchni.

poniedziałek, 26 października 2020

***********

No wiec było tak.

Byłam, Państwo rozumieją, wychowywana na ekstremalnie grzeczną dziewczynkę. Rączki na kolanach, oczka spuszczone, nie  odzywamy się, gdy dorośli rozmawiają, proszę, przepraszam, ależ nic nie szkodzi, te rzeczy. Gdy pewnego razu, będąc panienką w wieku maturalnym, rzekłam byłam od serca: "Cholera jasna!", mój świętej pamięci Tatuś najpierw się był zatchnął, a potem rzekł z oczętami jak spodki: "Aniu! Kulturalna dziewczyna tak nie mówi!!!". Popularnego polskiego przecinka, wiecie, tego, co się zaczyna na "k", a kończy na "a" użyłam pierwszy raz w życiu jako osoba mocno pełnoletnia, po studiach byłam, i aż mi się głos z wrażenia nad własną zuchwałością załamał. Mawiam z posępną rezygnacją, że kląć się nauczyłam dopiero, gdy zostałam mamusią, bo może Państwu tego nikt dotąd nie powiedział, ale przeciętna matka nader często staje przed wyborem - albo se zaklnie, ale tak z głębi duszy, albo dokona morderstwa, niewykluczone, że ze szczególnym okrucieństwem. Tym niemniej, nawet jako wielodzietna patologia nie nadużywałam.
 
Tak było. Nie zmyślam.

Ale już nie jest.
 
I spieszę wyjaśnić, dlaczego nie jest.
 
Otóż miedzy innymi dlatego nie jest.
 


Otóż, gdy już "Trybunał Konstytucyjny" podpisał wyrok na tysiące polskich kobiet, gdy rząd zrobił z nas inkubatory, przedmiot, który ma służyć tylko do rozrodu, i który poza tym nie jest wiele (a wręcz nic nie jest) wart, po tym, jak część moich koleżanek, przyjaciółek i znajomych właśnie  świadomie zrezygnowała z macierzyństwa, po tym, jak zaczęłam się - znowu, ZNOWU - bać, bo już to przerabiałam, już wiem, że lekarze potrafią unikać twojego wzroku i bąkać coś pod nosem, a ty wiesz, że jest źle, albo może być źle, i nikt ci nie pomoże, nikt o tobie nie myśli, inkubatorku, w końcu nie będziesz ty, to będzie inny, wchodzi Krzyś Bosak, cały na biało, i mówi TO.
 
I wówczas dociera do mnie jeden, prosty fakt.
 
Że grzeczna to ja już, kurwa, byłam.

Jak widzę tę ludzkie... no, nie, nie przesadzajmy w komplementach - te spierdoliny, te żałosne chujki,  te śmieci, które są w stanie powiedzieć matkom skazanych na śmierć dzieci, że luz i spoko, bo medycyna rozwinęła się już tak bardzo, że ich dzieci umrą co prawda, ale bez bólu, to upewniam Państwa, że nie jestem zirytowana. Zdenerwowana nie jestem, nie jestem zaniepokojona i nie przeżywam intensywnego wzburzenia.
 
Nie.

Jestem wkurwiona.
 
Nareszcie, po wielu, wielu latach bycia grzeczną dziewczynką,  znoszenia z uśmiechem pouczania mentorskim tonem, protekcjonalnego mansplainingu, lekceważenia moich uczuć, infantylizowania  przeżyć, nazywania walki o nasze życie i zdrowie "tematem zastępczym" jestem potężnie, do płachty przed oczami, do piany na ustach, wkurwiona.

Idź, skurwielu jeden z drugim, do Szpitala Bielańskiego, popatrz w oczy kobietom, którym odwołano planowane zabiegi i powiedz im, że płód, który noszą, a któremu nie rozwinęła się głowa, że dziecko, które nie ma płuc, więc nie zaczerpnie pierwszego oddechu, tylko po odcięciu pępowiny po prostu się udusi, albo takie, które nie ma nerek, powiedz, że one się muszą urodzić. Powiedz tej, której dziecku można byłoby co prawda zoperować w łonie serce, ale niestety, nie ma już w tym kraju oddziału, który się tym zajmował, więc, sorry, no peszek taki, na szczęście - i niech jej to będzie pociechą - żadna inna nie będzie już tego przeżywać, bo badań prenatalnych nie będzie, już teraz lekarze boją się na nie kierować, a będzie tylko gorzej.

Albo, wiesz, może lepiej nie będę cię zachęcać. Bo gotów jesteś to zrobić. Przecież gdybym wdepnęła w psie gówno, na które ktoś zwymiotował, i gdybym tak ufajdane obuwie postawiła w jakimś wilgotnym, ciepłym miejscu to to, co by się na tym gównie rozwinęło miałoby skomplikowany system etyczny i empatię na poziomie olimpijskim w porównaniu z tobą. Ty bezlitosny, pozbawiony współczucia, tępy jak kilo produkowanych w PRL z odrzutów gwoździ gnoju.
 
Dodam ponadto, że jak jeszcze raz przeczytam zdanie "popieram protesty, ale po co te wulgaryzmy!", to chyba się pochoruję. A wręcz sobie rzygnę. "Jak tak można, żeby kobiety!!!". No, rzeczywiście, jak tak można. Jak "typ agresywnej, wulgarnej kurewki" to męski, prosty język, jak dorodna i wygolona na łyso tkanka narodu ryczy na całe miasto "jebać pedała!" i nazywa oponentki "lewackimi kurwami", to kochani rządzący ani pisną, wrażliwi na piękno językowi esteci siedzą jak myszki, a i, zdarza się, ten i ów biskup pobłogosławi. Ale jak my na pełnym, eksplodującym po latach wkurwie zakrzykniemy: "wypierdalać" to wzmożenie moralne level expert, "no przecież dyskutować trzeba kulturalnie" oraz  "jak tak można!". Jak ktoś mówi  merytorycznie o fazach rozwoju płodu, to "morderca dzieci" i "nie życzę sobie, by o człowieku mówić płód, jak o jakimś psie", a teraz nagle "jak można tak wulgarnie, zamiast konstruktywnej rozmowy". No więc, tu zaskoczenie stulecia, można. Nie, żebym jakoś specjalnie czuła się w obowiązku wyjaśniać rzecz oburzonym purystom troszczącym się o piękno polszczyzny i subtelność kobiet,  bo mam tych purystów w dupie tak głęboko, że najstaranniej wykonana kolonoskopia nie natrafiłaby na ich ślad, ale, no wiecie. Trzeba było nas nie wkurwiać (wersja specjalnie dla purystów - nie doprowadzać do desperacji).

I jeszcze, rzecz jasna: "Ale pisanie po murach kościołów to już przesada".

No, ba. Twojej matce, żonie, przyjaciółce ktoś wpycha łapska do macicy, twoje znajome i koleżanki ktoś traktuje jak osoby ubezwłasnowolnione, do których nie można mieć cienia zaufania, że podejmą samodzielnie decyzję, więc trzeba podjąć ją za nie,  ktoś decyduje o życiu i zdrowiu twojej siostry, kuzynki, sąsiadki, i bardzo to jest oburzające, oczywiście, ale te NAPISY NA MURACH, fi donc!

No i zapomniałabym o: "Ale jak matka może usprawiedliwiać!!!". 

Właśnie dlatego, że matka, pozbawiony wyobraźni ćwoku. Właśnie dlatego, że wie, jak to jest, siedzieć godzinami przy inkubatorze, iść przez długi, długi korytarz codziennie na uginających się nogach z myślą "Żyje? Nie żyje? Czy przyszliby obudzić mnie, gdyby umarł w nocy? Czy zastanę po prostu pusty inkubator?", a potem rehabilitować, rehabilitować i robić setki badań, a przy każdym dusza na ramieniu, co wykażą. Czy rozwiną się nerki? Czy płuca nadgonią? A oczy? A mózg?

Dlatego, że przechodziła przez badania prenatalne, a lekarze, długo unikając jej wzroku, badali, mierzyli, i znów badali. I ani przez chwilę nie rozważała aborcji, ale chciała wiedzieć. WIEDZIEĆ, rozumiesz to, żałosny palancie? Umierała ze strachu, ale chciała wiedzieć - i wtedy jeszcze wiedzieć miała prawo.

I jeszcze dlatego, że jak sobie próbuje wyobrazić, że rodzi dziecko z zespołem kociego krzyku to jej się wyobraźnia kończy, i nie jest to przenośnia. Naprawdę włącza jej się w mózgu taka lampka, zatrzaskuje bramka, z napisem :NIE WCHODŹ!!!", i nie wchodzi, bo się boi, że mogłaby tego nie znieść. Nie masz takiej wyobraźni? Trochę ci zazdroszczę. Ale bardziej współczuję.

Ale to właśnie dlatego.

Także dlatego.

I z powodu posiadania nadzwyczaj wrażliwej wyobraźni nie napiszę "***** PiS", bo nie mogę wyobrazić sobie nikogo ani niczego, kto mógłby oddawać się tej odrażającej czynności choćby i dla dobra ogółu (że już nie wspomnę, że nie ma na tym świecie  nikogo i niczego, komu - i czemu - życzyłabym tak źle).

Za to za Danutą Kuroń powiem -  Wypierdalać! to nie wulgaryzm tylko program polityczny.

Który całym sercem popieram. 

Dokładnie taki.

 I dokładnie tymi słowy wyrażony.

wtorek, 20 października 2020

Wsiegda żyw

Mamusia Królowej Matki (wpatrzona w okno, z głęboką zadumą w głosie) - Lenin...

Królowa Matka (jeszcze niczym nie zaniepokojona) - Co - Lenin?

Mamusia Królowej Matki (tym samym tonem) - Leży sobie...

Królowa Matka - Co?...

Mamusia Królowej Matki (tonem wręcz medytacyjnym) - Leży sobie w mauzoleum...

Królowa Matka (ciut podejrzliwie) - No i co z tego, ze sobie leży, to nie jest tajemnica stanu, że sobie leży, dotarło to do ciebie w tej konkretnej chwili po tych wszystkich latach?

Mamusia Królowej Matki (ni ociupinkę nie wybita z kontemplacyjnego nastroju) - ...tu ma nosek... czółko.. o, a tu bródkę, i szyję też! I klateczkę piersiową!

Królowa Matka (czując wyraźnie, że strach zaczyna unosić jej włosy na głowie, iście jak Stasiowi Tarkowskiemu, wszyscy bogowie mali i duzi, matka jej oszalała, może majaczy? Może to jakiś nieznany objaw koronawirusa? Może jej mamusia popada w obłąkanie, w końcu nie należałoby się temu dziwić po tylu latach przebywania z jej rodziną?) - Matkoboskoczęstochwskowtrójcyjedynoiwszyscyświęci, o czym ty mówisz?! Jaki Lenin?! Jaka bródka?! Dobrze się czujesz? Podać ci coś, nie wiem, wody? Albo coś?

Mamusia Królowej Matki (ocykając się gwałtownie) - Co?... A, nie, tylko, popatrz, chmura płynie i wygląda jak Lenin. Nos, czoło... no, żywcem Lenin. O, a teraz wąsy mu się zrobiły! Teraz to Stalin!


Cóż może Królowa Matka rzec.

Może jedynie, że Salin to niekoniecznie.

Ale Lenin to był, jak ży... jak prawdziwy, znaczy. Całkiem jak prawdziwy!

poniedziałek, 12 października 2020

Wynagrodzone trudy macierzyństwa

Potomek Starszy (w napadzie Synowskich Uczuć, które ogarniają go od czasu do czasu) - Ja ci, mamo, naprawdę jestem wdzięczny za to, co dla mnie robisz. Nie myśl, że tego nie widzę. Za to, że poświęcasz mi swój czas, rozmawiasz ze mną, troszczysz się...

Królowa Matka (z właściwym sobie rozsądkiem) - No, wiesz, nie robię tego tak całkiem bezinteresownie... Ostatecznie powinnam mieć kogoś, kto mi poda tę szklankę na starość!

Potomek Starszy (wyhamowując w rozpędzie, mocno zbity z tropu) - Ja... Jaką szklankę?

Królowa Matka (w ramach niezbędnego doprecyzowania) - Szklankę wody.

Potomek Starszy (tonem Wyjątkowo Hojnego Sponsora, a wręcz Mecenasa) - Wina!

Warto było, powiadam Państwu, tkwić całymi godzinami przy inkubatorze, podcierać kuper, dwa lata uczyć siadać na nocniczku i robić te wszystkie inne etcetery!

środa, 30 września 2020

Potomek Starszy wciąż na fali

 Potomek Starszy (nadal na etapie zgłębiania burzliwych zajść, jakże charakterystycznych dla dziejów ludzkości w ogóle, a dla wieku szesnastego w szczególności; z radosnym a beztroskim chichotem zarzucając zwiniętą w rulon koszulkę na szyję Pompona Starszego) - Patrz, mamo! Jestem jak Sulejman!

Królowa Matka (zajęta wykonywaniem Szalenie Skomplikowanych I Przerastających Ją Czynności Na Komputerze Tak, By Nie Wybuchnąć Internetu, dość nieuważnie) - Mhm... tylko on to robił przy pomocy białego jedwabnego sznura, niestety, nie dysponujemy... no i nie własnemi rączkami, ludzi miał od tego...

Potomek Starszy (rozglądając się po pokoju) - Ludzi... Antek! Chodź tu!

 Z kronikarskiego obowiązku donosi Królowa Matka, że Pompon Starszy przeżył (ale strach pomyśleć, co może się stać, gdy Potomek Starszy dotrze do tematu o Iwanie Groźnym).

 ***

Potomek Starszy (porzucając temat o wojnie trzydziestoletniej - przebóg, jaka ta Ludzkość jest krwiożercza, to aż niesmaczne, doprawdy! - na rzecz Głębokich Rozważań Na Tematy... Nieoczekiwane) - Mamo, ja już wiem, czemu się płacze, jak się kroi cebulę. Bo skoro cebula ma warstwy, i ogry mają warstwy, to gdy kroisz cebulę, to jakbyś Shreka kroiła, i wtedy ci ze współczucia łzy same z oczu płyną...

Hasztag 

bogowieonmaszesnascielatzzadwalatabedziepelnoletniizyskaprawawyborczemiejciewopiecenaszabiednaojczyzne 

pozostaje w mocy.

Jak również woli sobie Królowa Matka nie wyobrażać, jak będzie wyglądało jej życie, wpisy na blogu, stan umysłowo-uczelniany Potomka Starszego, jak również jej własny stan, gdy dzieciomtko zacznie przerabiać w szkole uroczy, barwny, bogaty wojnami, zajazdami, warcholstwem szlachty, potopem oraz powstaniami, że o rozwoju kolonializmu przez grzeczność nie wspomnimy, wiek siedemnasty.

wtorek, 29 września 2020

Żywotna kwestia

 Potomek Starszy (odrywając się od zgłębiania Edyktu Nantejskiego i jego niezaprzeczalnie pasjonujących ustaleń; z niewątpliwą i nieukrywaną pretensją w głosie) - Mamo, przecież to zupełnie nielogiczne, że jednorożce nie żyją, a żyją takie na przykład żyrafy!

 

Co to ja pisałam ostat...

A!

SZESNAŚCIE LAT (prawie).

środa, 23 września 2020

(miejsce, w którym znowu powinny być trzy kropki)

Potomek Starszy, dopadłszy własnej zabawki z lat promiennej i beztroskiej młodości (w tym wypadku łaciatej plastikowej krówki, której główką można kręcić), zdecydowanym, prawdziwie męskim gestem obracając łebek krówki o 180 stopni i wybuchając perlistym śmiechem - Popatrz, mamo! Jestem jak Ursus!

(Prawie) SZESNAŚCIE LAT.

 Jak Ursus, kurza jego, haftowana złotem na jedwabiu haftem krzyżykowym, melodia!

poniedziałek, 7 września 2020

... (czyli Coraz Częstszy Tytuł)

 Pompon Młodszy (z głęboką zadumą podszytą równie głęboką fascynacją w głosie) - Naprawdę chciałbym wiedzieć, jak wyglądał Toruń w średniowieczu!

Pompon Starszy (tonem informacyjnym, nie odrywając się od starannego wklejania informacji o krajobrazach Polski do zeszytu) - Zawsze możesz zapytać babcię...

Tak więc serdecznie witam się z Państwem w tym nowym roku szkolnym ufna, że przyniesie on wiele naukowych odkryć!

sobota, 29 sierpnia 2020

Definicja ciszy

 Pan Małżonek i Pompon Młodszy udają się spacerowym krokiem nad jezioro, całkiem sami oraz we dwójkę, bo Starszych Braciszków nie ma akurat pod ręką, Mamunia jest leniwa, a Pompon Starszy naraził się Ogółowi Rodzinnemu, spożywając posiłek dwie i pół godziny i przekonując wszystkich z wielkim ogniem w oczach, że on bardzo lubi fasolkę, ale bez ziarenek.

Pompon Młodszy (rozkoszując się spacerem, jak również Pięknymi Okolicznościami Przyrody) - Ach, jak miło iść tak, tylko we dwójkę, i cieszyć się ciszą, gdy tylko ja gadam!

Jest to ten rodzaj ciszy, który nader często zapada w Domu w Dziczy, mogą Państwo Królowej Matce wierzyć!

środa, 1 lipca 2020

Potomki chłoną kulturę

Początek wakacji w Domu w Dziczy świętowany został wspólnym (z Potomkami Starszymi, że Królowa Matka uściśli, Pomponiki kochane zostawały brutalnie  wysyłane spać) oglądaniem Serialu O Wampirach (I Innych Stworach) na Netflixie.

Oglądanie Serialu O Wampirach (I Innych Stworach) na Netflixie zaowocował uzbrojeniem się Królowej Matki w notesik, w którym to notesiku spisywała co błyskotliwsze (acz daleko nie wszystkie) odzywki Starszego Potomstwa. Które tu teraz uwieczni dla dyszącej chęcią poznania ich Potomności.


Na ekranie trwa Mrożąca Krew W Żyłach Akcja.

Jeden z Potomków (komentuje, aż echo idzie).
Drugi z Potomków - Nie mów do mnie teraz, bo stracę wątek!...
Potomek Rozgadany - Ale jaki wątek, gdzie wątek, co ty chcesz tu stracić, tu nic nie można stracić!
Drugi z Potomków - Owszem. IQ...



Na ekranie - Bohater, któren, jak się zupełnie nieoczekiwanie okazało, jest Obdarzony Mocami i Mnogimi Talentami, zostaje dopuszczony do Tajemnego Kręgu (Ale Tak tajemnego, Że Nie Macie Pojęcia). Krąg ma siedzibę w zapuszczonej kamienicy, co to sobie stoi w środku miasta, otoczona płotem z siatki i zaopatrzona w napis "Nie wchodzić" i nikt, ale to kompletnie nikt o niej nie wie, to znaczy nikt poza paroma dziesiątkami Wtajemniczonych, którzy walą do niej, zbiorowo i pojedynczo, dzień w dzień, dosłownie całymi procesjami, ale i tak Nikt O Niej Nie Wie, rozumiecie. I do tej właśnie Tajemniczej Kamienicy wchodzi Bohater, nader błyskotliwie śledząc Innych Wtajemniczonych (a potem znajduje Tajne Przejście w sposób, który wywołał zbiorowy ryk śmiechu z rodzaju tych, które budzą niewinnie śpiące na piętrze Pacholęta), którzy to Wtajemniczeni też tego nie zauważają, bo są totalnie spokojni, tajni, i nikt o nich nie wie, to czego się mają bać, c'nie.

Potomek (filozoficznie) - Łazienkę w niektórych domach wiktoriańskich jest trudniej znaleźć...



Na ekranie - Bohater, który podczas Przejmującej Przemiany w Wilkołaka stracił był odzienie i teraz lata po kampusie (bo rzecz się w kampusie studenckim dzieje, w którym co i rusz giną kolejni Studenci i Wykładowcy zarówno, zazwyczaj pożerani przez innych Studentów, zmieniających się w Wilkołaki, ale to nic, nikt ich nie szuka, nikt się nie martwi, jak również się nie zastanawia, dlaczego profesor etyki czy innej filozofii nagle przestał przychodzić na własne zajęcia, zaś policja ogranicza swe działanie do tego, że przychodzi pokazać odznakę i wyrzec słowa: "Zadzwoń, jak sobie coś przypomnisz") w tym, co udało mi się zdobyć, a jest to, trzebaż trafu, jedwabny szlafroczek (skąd go wziął niekoniecznie wiadomo, bo się zmienił w wilkołaka w leśnej gęstwinie, w zasadzie skąd się leśna gęstwina w studenckim kampusie znalazła też niekoniecznie wiadomo, ale ojtam ojtam). Nie przeszkadza mu to jednakże w regularnym odbieraniu licznych (z naciskiem podkreślić należy - NAPRAWDĘ licznych) SMSów od Tajemniczego Szefa lub też Szkolącej Go W Magii Koleżanki, treści "Przyjdź do świątyni".

Potomek (życzliwie) - I w szlafroczku ten telefon miał, ciekaw jestem wielce, gdzie... (chwila ciszy) Nie. Cofam to. Nie chcę wiedzieć.




Potomek 1 (nie bez zdziwienia) - O, to było dobrze zrobione!
Potomek 2 (gwałtownie) - Co? Gdzie?! (z rozżaleniem) I nie widziałem tego, co było dobrze zrobione! Znowu!!!
Potomek 1 (tonem wyjaśnienia) - Bo mrugnąłeś.




Potomek 1 (wpada do pokoju) - Spóźniłem się! Co straciłem?
Potomek 2 (stoicko) - Kilka SMS-ów "Przyjdź do świątyni".




Pan na Ekranie (z Emocją) - Nigdy! Nigdy nie wolno ci tego robić, rozumiesz?!
Pani na ekranie (pokornie) -Tak...
Potomek (radośnie) - Nareszcie ktoś tu coś rozumie!




Potomek 1 - Oglądamy dziś dwa odcinki?
Potomek 2 - A co, mało ci? Mózg nie dość wyprany? W rozwoju nie dość cofnięty?
Potomek 1 - Może chcę sobie obniżyć... obniżyć... obniżyć poziom tego... no... zapomniałem...
Potomek 2 - Za dużo sylab i sam widzisz.



 Potomek 1 (w osłupieniu) - A byłem pewien, że po "Riverdale" osiągnąłem ten poziom dna, na którym nic mną nie wstrząśnie...



Pan Małżonek (po pierwszym odcinku, bo potem to sam wiedział) - I jak wrażenia?
Potomek (z głęboką zadumą) - Interesujące. Acz wyniszczające światopoglądowo i intelektualnie...




I oto, dlaczego dobrze jest mieć nastoletnie dzieci! Nawet w czasie pandemii, soszjaldistansingu i uwiądu w życiu towarzyskim można sobie zrobić Zbiorowe Oglądanie Ku Niewinnej Rozrywce i naprawdę dobrze się bawić (choć nie w ten sposób, który zaplanowali dla nas twórcy, ale nie bądźmy nadmiernie drobiazgowi).

Ciągu dalszego jednakże nie będzie, bo cztery dni temu obejrzeliśmy dwa odcinki, trzy dni temu - dwa, przedwczoraj - jeden i uznawszy, że nic nie rozumiemy, a co gorsza, zaczynamy nudzić się jak mopsy, przerzuciliśmy się na "Lucyfera".

Gdyby jednak ktoś pragnął sam zapoznać się z dziełem i miał pod ręką doborowe towarzystwo (i jakiś dobrze zaopatrzony sklep monopolowy w pobliżu), to serdecznie zachęcamy, rzecz się nazywa "The Order" i ma dwa sezony, i można w ogóle nie zwracać uwagi na Potomka Starszego, który na wieść o tym wykrzyknął rozpaczliwie: "Ale... Jak??? Jakim cudem? DLACZEGO?!!!", bo on jest nieletni, hormonalnie niestabilny, oraz się nie zna.