środa, 31 grudnia 2025

Strasznie, czyli Wyzwania Filmowego dzień (prawdopodobnie) ostatni

Rok zbliża się nieubłaganie do końca, a ja - nie mniej nieubłaganie - zbliżam się do końca Wyzwania Filmowego, w którym - jakże bohatersko przedzierając się przez moje logoree, słowotoki i strumienie świadomości - towarzyszyłeś mi, o, Luby Czytelniku, od lipca. Ukój jednakowoż swe sterane nerwy, to już (prawdopodobnie) ostatni wpis w serii, choć nie ostatni dzień wyzwania, a dlaczego wpis jest ostatni, a dzień nie wyjaśniam poniżej.

Po pierwsze oraz przede wszystkim temat z dwudziestego ósmego dnia Wyzwania, czyli "Najgorszy film, jaki kiedykolwiek widziałaś"  został już na tym blogu omówiony parę ładnych lat temu, i nic w tej kwestii nie uległo zmianie, a - wierzcie mi - opinia ta ma swoją wagę, skoro wygłoszona została przez osobę, która - podstępnie namówiona przez Potomka Starszego - w sam drugi dzień świąt obejrzała "Rekiny w Wenecji".

Po drugie - tematy "Twój ulubiony film klasyczny" oraz "Ulubiony film reżyserowany przez aktora" były w trakcie Wyzwania, jak by to ująć... napoczynane - tu się na ten temat napomknęło, ówdzie wspomniało półgębkiem albo poczyniło aluzję... Na pełnowartościowy, zdobny w barokowe porównania i ukochane przeze mnie zdania piętrowo złożone materiału jest w nich przymało, ale jeśli któryś z Ulubionych Czytelników i/lub Ulubionych Czytelniczek złoży zapotrzebowanie to się w sobie zbiorę i coś może skrobnę w tym, nieprawdaż, nadchodzącym nowym roku.

Natomiast absolutnie nie mogę tego obiecać  w kwestii trzech ostatnich tematów.

Otóż od samego początku Wyzwania wiedziałam, że są w nim pytania, na które udzielić odpowiedzi nie jestem w stanie. To znaczy było ich, tych pytań, więcej, ale czasem jakiś pomysł mi się w końcu urodził, a to sobie coś przypomniałam, a to doznałam objawienia, a to udało mi się wyodrębnić z jakże typowego dla mnie śmietnika myślowego tę jedną, wiodącą myśl i trzymać się jej kurczowo... Łudziłam się, że i w tych trzech ostatnich coś błyśnie w nieodgadnionych a chaotycznych labiryntach mego umysłu, lecz, niestety.

Nie błysnęło.

W związku z czym muszę uznać się za pokonaną w kwestii odpowiedzi na pytania:

- twój ulubiony bohater filmowy,
- najbardziej przeceniany film

oraz

- film, który jest twoją "guilty pleasure" (ja wiem, że to znaczy "grzeszna" albo "wstydliwa przyjemność", ale "guilty pleasure' lepiej mi brzmi, cóż zrobić, mam mózg wyprany przez angielszczyznę).

I o ile troszkę mam kandydata na ten najbardziej przeceniany film (ale nie jestem go w stu procentach pewna, żeby się upewnić powinnam go jeszcze raz obejrzeć, a tyle samozaparcia nie jestem w stanie z siebie jednak wykrzesać), to na milion procent nie mam, nie miałam, i zapewne nigdy mieć nie będę ulubionego filmowego bohatera, jak również filmowego "guilty pleasure". W tej ostatniej kwestii mogłabym uznać, że mam seriale, które są ewidentnym "guilty pleasure" w stanie niemal czystym, ale filmy - nie.

I tak oto, odsiawszy to, co odsiane być musiało, porzuciwszy to, co aż się prosiło o porzucenie, i zignorowawszy to i owo odkryłam, że został mi do omówienia jeden tylko temat.

A mianowicie 

Film, który sprawił, że się czegoś przestraszyłaś

I, uznawszy, że nie chodzi o jakieś klasyki typu "boję się spaceru po cmentarzu w deszczową, wietrzną noc" albo "w życiu nie pojadę do opuszczonej chatki w sercu lasu z grupą nieskoordynowanych umysłowo znajomych" od razu wiedziałam, jakim filmem zamknę Wyzwanie.

I że będzie to

"The Ring" (tyt. org. リング Ringu)
Reż. Hideo Nakata




Rok produkcji - 1998 (PL - 2002)
Glówne role - Nanako Matsushima
                       Hiroyuki Sanada
                       Rie Inou
Kraj produkcji - Japonia
Czas trwania - 96 min.

"The Ring: Krąg" to japoński (najbardziej dochodowy w historii japońskiej kinematografii) horror na podstawie powieści Kōji’ego Suzuki. 

Gdzieś w Japonii dochodzi do tajemniczych śmierci nastolatków. Sprawę próbuje rozwiązać dziennikarka Reiko Asakawa, której siostrzenica niedawno zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Kobieta przesłuchuje miejscowe nastolatki i dowiaduje się o kasecie, na której ciąży klątwa. O kasecie, po obejrzeniu której dzwoni telefon, a tajemniczy głos informuje rozmówcę, że pozostało mu siedem dni życia. Kasetę tę podobno nagrał przypadkiem jakiś chłopak, który źle ustawił magnetowid chcąc nagrać mecz, a oglądało ją sporo osób, i wszystkie zmarły siedem dni po jej obejrzeniu. Reiko wraz ze swoim byłym mężem Ryuji starają się rozwiązać sprawę tajemniczego nagrania zwłaszcza, że nie tylko oni sami obejrzeli feralną kasetę, ale przypadkiem wpadła ona w ręce ich syna. Docierają do historii o Shizuko Yamamurze, kobiecie o wyjątkowych zdolnościach parapsychicznych oraz jej córce, Sadako, która znacznie przewyższała talentami matkę i budziła tym grozę tak wielką, że własny ojciec zdecydował się jej pozbyć...

"Ring" obejrzałam w tych lubych czasach, gdy oddawałam się jednej ze swych ulubionych rozrywek, czyli chodzeniu do kina - a ja szczerze UWIELBIAM chodzić do kina - dość regularnie i w różnorakim towarzystwie. W tym wypadku za towarzystwo robił Pan-Wtedy-Jeszcze-Nie-Małżonek, dla którego nabyłam drogą kupna bilet nie uprzedzając go wcześniej, co będzie oglądał.

- Na co idziemy? - chciał wiedzieć Pan-(WJN)-Małżonek, gdy już spotkaliśmy się tradycyjnie pod pomnikiem Kopernika na Starym Rynku i spacerowym krokiem udaliśmy w stronę kina.
- Na horror - odparłam radośnie.
- Och - roześmiał się perliście Pan (Jeszcze-Wtedy, i tak dalej, co ja się będę powtarzać)  Małżonek, który charakteryzował się nietypowym poczuciem humoru. - Super, pośmiejemy się!
- Japoński - dodałam tonem koniecznego uzupełnienia.
- Och - powiedział Pan Małżonek, zwalniając nieznacznie kroku.
- O dzieciach - skonkretyzowałam wypowiedź.
- OCH - powiedział Pan Małżonek i zatrzymał się, no bo, wiecie Państwo.

Horrory o dzieciach są zawsze straszniejsze niż te, w których dzieci nie ma, ale japońskie horrory o dzieciach...! No, to jest osobna kategoria!

Bez względu na osobność kategorii Panu Małżonkowi jednakowoż nie wypadało odwrócić się na pięcie i uciec, poszliśmy, gęsta atmosfera na ekranie była, skrzywdzone dzieci były, posępne zdjęcia były, proste środki umiejętnie budujące nastrój były, ponura historia była, podskórne lęki były, nieoczywiste zakończenie było, wyszliśmy  zadowoleni, na szczęście było jasno, po czym każde z nas wróciło do swego domu, gdzie, po wykonaniu różnych typowych czynności, jak to - odbyciu pogawędki z mamusią, każde ze swoją, poczytaniu/pograniu na komputerku, spożyciu posiłku wieczornego, dokonaniu ablucji, poszliśmy spać.

W moim wypadku poszłam spać do pokoju swojej siostry, która od ponad dwóch lat mieszkała już we Włoszech i pozwoliła mi używać swego apartamentu jako sypialni. Ukokosiłam się pod kołderką, zwrócona pleckami do drzwi, zupełnie jak zwykle, zwinęłam w kokonik, co zawsze czynię, obłożyłam jasieczkami, nie inaczej niż jak co wieczór, i już, już zaczęłam odpływać w sen, gdy wtem.

Wtem uświadomiłam sobie, że za moimi - opatulonymi kołderką - pleckami są uchylone drzwi.

Za nimi wąski przedpokój.

A za nim - kolejne uchylone drzwi, prowadzące do dużego pokoju.

W którym stał sobie telewizor, wypisz wymaluj taki, z jakiego - wyślizgując się przez ekran - wychodził na nasz świat demon Sadako, by przerazić na śmierć nieostrożnych oglądaczy kasety...

A - nie żebym się znała, ale coś tam się w życiu czytało - japońskie demony nijak mają się do dobrze nam znanych, swojskich demonów słowiańskich, że o tych amerykańskich nie wspomnę, bo na nie to już w ogóle wystarczy chlapnąć wodą święconą i pokrzyczeć głośno w fatalnej łacinie, żeby mieć je z głowy. Japońskie demony są nieobliczalne. Nie do opanowania. Nie do pokonania. Nie do kontroli. Należą do innego świata, działają zgodnie z tego innego świata regułami, dla nas kompletnie niejasnymi, a ponadto zazwyczaj są silnie zirytowane, by nie użyć słowa na "wkur", i  nie "wkurzone" mam na myśli. Łudzisz się, że je pokonałeś? Przekonałeś? Odesłałeś w niebyt, czy gdzie się tam odsyła poirytowaną siłę nieczystą? O, my sweet summer child, jak ty mało wiesz o życiu i nieżyciu, chodź, twój demon pokaże ci, jak bardzo mało!

Nigdy bym nie uwierzyła, że osoba w formie kokonalnej, oplątana kołdrą jak jedwabnik oprzędem, i dodatkowo skręcona w precel potrafi obrócić się wokół własnej osi jednym ruchem, gdybym sama tego nie dokonała.

Leżałam wpatrzona szeroko otwartymi oczami w ciemność kompletnie bez ruchu, i myślałam sobie, że jeśli telewizor w sąsiednim pokoju rozjaśni się teraz sino-niebieską poświatą, to najnormalniej w świecie umrę, i to bez pomocy demona, jak również, że wstałabym i zamknęła te cholerne drzwi, ale nie wstanę, bo gdybym wyszła z łóżka i ten telewizor by się rozjaśnił, to umarłabym, tylko bardziej, a ja wcale nie chcę bardziej umierać, więc jakoś przeżyję tę noc, ale od jutra drzwi do sypialni będą zamknięte na głucho, plus podparte krzesłem, oraz wiem doskonale, że na siły nadprzyrodzone to nie pomoże, jak również CO MNIE TO OBCHODZI!!!

Z dziesięć dni to trwało.

O ile nie więcej.

Co najmniej przez dziesięć dni patrzyłam podejrzliwie na telewizor, starałam się nie przebywać z nim sama w pokoju, przestałam sypiać zwrócona plecami do drzwi, zawsze - co oczywiste - zamkniętych na głucho.

Chociaż krzesłem ich nie podpierałam :D.

Jeśli będę miała odpowiedni nastrój sprawdzę sobie, czy po latach telewizor też stałby się Najbardziej Przerażającym Sprzętem w moim domu!

Ale to już raczej w nowym roku :). 

 

czwartek, 11 grudnia 2025

Urodzinowo, Jeżycjadowo, z wyrazami wdzięczności

 "Dziesiątego grudnia 1975 roku, jak zwykle, w różnych punktach globu zegary wskazywały różny czas. W Poznaniu była piąta rano. Ulicą Słowackiego, dokładnie tak samo jak wszystkimi ulicami wszystkich polskich miast, pierwsi drżący przechodnie przemykali pod ścianami domów, to oblewając się nieziemską poświatą, wydzielaną przez lampy jarzeniowe, to znów ginąc w mroku poranka"...

...czyli, jak przypomniały mi wczoraj wieczorem Kochane Znajome Osoby, dokładnie pięćdziesiąt lat (i jeden dzień :)) temu wystartowała akcja "Szóstej klepki", rozpoczynając tym samym Jeżycjadę.


Wiele lat temu, i nie pamiętam, kiedy, nie pamiętam, gdzie i nie pamiętam, kto, gdzieś w odmętach komentarzy na tym blogu któraś z moich Ukochanych Czytelniczek spytała mnie, jaka seria - poza Światem Dysku - była tą serią, która najbardziej wpłynęła na moje życie, a ja odpowiedziałam, że Jeżycjada. Ale - dodałam natychmiast - ona nie zmieniła mojego życia w stylu: "Ach, przeczytałam Jeżycjadę i od teraz jestem lepszym człowiekiem, jak również czytuję Plutarcha niemalże w oryginale, albowiem przystąpiłam niezwłocznie do nauki łaciny!". Nie, ona wpłynęła na nie w sposób absolutnie nietypowy, kompletnie nieoczekiwany, w taki, którego nawet w najśmielszych snach nie byłabym w stanie przewidzieć, i chyba... (tu zawahałam się w obawie przed popełnieniem świętokradztwa, ale wrodzona prawdomówność nie pozwalała mi milczeć) chyba zmieniła je bardziej, niż Świat Dysku.

Jak? - chciała wiedzieć Czytelniczka, a ja obiecałam, że kiedyś o tym opowiem.

Po czym minęło wiele lat, blog się zestarzał, blogosfera zaczęła konać, a ja nie opowiedziałam, gdyż się nie składało. 

No to dziś się złoży, bo czyż można sobie wyobrazić lepszą ku temu okazję niż pięćdziesiąte urodziny (plus jeden dzień)?

Aczkolwiek moja przygoda z Jeżycjadą nie zaczęła się od "Szóstej klepki".

Zaczęła się od "Kwiatu kalafiora", które to dzieło przyniosła moja koleżanka z klasy (pozdrawiam Aurelię machaniem, wiele jej zawdzięczam!) na godzinę wychowawczą, na którą każdy miał przybyć z ulubioną książką i, za pomocą zaprezentowanego fragmentu oraz błyskotliwej przemowy, zachęcić koleżanki i kolegów do lektury.

Z przykrością odnotować muszę, że Aurelia nie popisała się szczególną błyskotliwością, ponieważ, co tu kryć, przez cały czas, gdy czytała mający nas zachęcić fragment chichotała tak, że nie sposób było niczego zrozumieć, a ramach zachęty potrafiła powiedzieć tylko, ze to super książka jest, super, urocza i bardzo zabawna. Skuteczności natomiast odmówić jej nie sposób, ponieważ natychmiast po zakończonej lekcji udałam się do biblioteki szkolnej, gdzie, rzecz jasna, nie odniosłam sukcesu, albowiem cała Jeżycjada była od dawna (i bez przerwy)  wypożyczona/-ana.

Czasy były inne niż teraz, książki nie leżały apetycznymi stosami w licznych księgarniach tylko czekając, aż ktoś zechce je nabyć drogą kupna, tylko - rzucone w zawsze niewystarczających ilościach - znikały jak ciepłe bułeczki, więc musiałam pogodzić się z myślą, że nie tak od razu dowiem się, nad czym Aurelia tak chichotała, że jej w ogóle nie rozumiałam oraz kim są ci Borejkowie.

Ziarno zostało jednak zasiane.

Stosowny czas później natknęłam się w antykwariacie na straszliwie sfatygowany egzemplarz "Kłamczuchy".

- Chcesz ją? - spytała moja mama, z którą w tym antykwariacie byłam, a ja odpowiedziałam, że tak, chcę, bo to jest książka tej autorki, którą Relka tak lubi, może i mnie się spodoba?

Byłam w piątej klasie szkoły podstawowej, piętnastoletnia Aniela Kowalik była dla mnie całkiem dorosła, a Gabriela Borejko, którą poznałam chwilę później, to już w ogóle, i wcale mnie nie dziwiło, że jedna pracowała, a druga prowadziła dom, były przecież duże.

No więc przeczytałam "Kłamczuchę" i poooooszło!

Zakupy, antykwaryczne i księgarskie, prezenty, pożyczki. Poznałam wszystkie ówcześnie dostępne tomy (było ich wówczas, zdaje się, sześć, licząc z "Małomównym i rodziną"), rosłam, tomów Jeżycjady przybywało, ja je kupowałam i czytałam, i przechodziłam klasyczną, rzekłabym, drogę wielbicielki, z obowiązkowym zachwytem nad Borejkami i pragnieniem, by być częścią tej rodziny, ja mam bardzo plastyczną wyobraźnię i Jeżycjada idealnie w nią trafiła, po prostu widziałam te pokoje, te zwały książek, czułam atmosferę oraz zapachy, unoszące się nad całością, ani się obejrzałam, a Roosevelta 5 stało się miejscem, do którego uciekałam, gdy moje własne nastolęctwo mi dopiekło, Gabrysia dawno nie była już dorosła, minęła tylko, zdałoby się, chwilka, a była młodsza ode mnie, to znaczy, ta Gabrysia z "Kwiatu kalafiora", bo ta inna jednocześnie wychodziła drugi raz za mąż i miała trójkę dzieci, wciąż rosłam, momentami dojrzewałam, a momentami nie, i troszkę zaczynałam się starzeć, a potem nastąpiła Ta Chwila.

Ta, która zmieniła Wszystko.

Byłam Matką Dzieciom, nie Królową od Bandy Czworga co prawda, tylko... Bandy Półtora, bo na świecie był już od trzech lat Potomek Starszy, a Potomek Młodszy dopiero był w drodze. Tkwiłam w Domu w Dziczy, który wówczas był o wiele bardziej w Dziczy niż obecnie, na przykład nie mieliśmy żadnych sąsiadów, spędzałam całe dnie sama z dwójką maluchów i bywały w moim życiu całe tygodnie, gdy jedyną osobą pełnoletnią, z którą rozmawiałam, a i to nie nazbyt często i nie nazbyt wnikliwie, był Pan Małżonek, gdy już wrócił z pracy i z treningu kendo. Zaczynałam dziczeć, lada moment, a stałabym się artefaktem pasującym do Dzikiego Domu w Dziczy, gdyby nie.

Gdyby nie komputer.

Oraz internet. 

Który, o dziwo, mieliśmy w Domu w Dziczy wcześniej, niż drzwi (jak również klamki) do każdego pokoju. 

Nienawidziłam komputerów, nie rozumiałam ich i traktowałam je z dużą nieufnością. Uważałam, że one wyczuwają te moją nienawiść i będą mi wybuchać pod palcami, gdy tylko odważę się ich dotknąć. Namówiona przez Pana Małżonka pokonałam dziki, wewnętrzny opór i założyłam sobie konto mailowe, żebym mogła pisywać do Najlepszej Przyjaciółki, którą Los wywiał za Ocean, a mój nick - Anutek115 - wziął się stąd, że Anutkiem nazywały mnie Najlepsze Przyjaciółki w mojej Ukochanej i Najlepszej Klasie. A "115" miał w swoim nicku Pan Małżonek, więc dodał mi taki sam numer. Bo byłam pewna, że każdy inny zapomnę, przecież ja tego nicka i tak nigdy nie będę używać.

Przez długie miesiące traktowałam komputer jak maszynę do pisania, służącą wyłącznie do wysyłania wspomnianych maili.

Nie mam pojęcia, jakimi drogami Los poprowadził mnie - niechętną i nieufną - na stronę Gazety Wyborczej, do jej forów, i jakim sposobem trafiłam na forum "ESD", które wówczas nazywała się "Forum wielbicieli Małgorzaty Musierowicz".

Wiem, że jak tam weszłam, tak wsiąkłam.

Czytałam, czytałam, czytałam. Całymi dniami (oczywiście biorąc poprawkę na posiadanie przeze mnie bombelków). Każdą wolną chwilę spędzałam, czytając, i, och, jak mi się robiło dobrze, jak bardzo dobrze na duszy!

Albowiem oto znalazłam miejsce skupiające ludzi takich, jak ja.

Krytycznych wielbicieli.

Bo nie ma co kryć, po latach stałam się tym właśnie. Krytyczną wielbicielką. Osobą, która Jeżycjadę znała praktycznie na pamięć. Miała ją przemyślaną w najmniejszych detalach. I której to i owo zaczęło się rozjeżdżać z tzw. odautorskim komentarzem. To nie pasować. To uwierać. I nie znaczyło to, że przestałam być wielbicielką.

Po prostu przestałam być bezkrytyczna.

Zupełnie jak ONI.

Całe tygodnie, może miesiące trwało to czytanie. Myśl o odezwaniu się w głowie mi nie postała. To forum było pełne takich wysoce inteligentnych jednostek. Te rozmowy były tak kulturalne, a przy tym błyskotliwe. Wszelkie zarzuty doskonale umotywowane. To byli prawdziwi znawcy, dociekliwi, bystrzy, a przy tym dowcipni, i władali taka piękną polszczyzną! Gdzie mnie tam do nich, prostej kobiecinie z Dziczy, mamusi dzieciomtkom, z zawodu prowincjonalnej nauczycielce z prowincjonalnej szkółki!

Jakim cudem odważyłam się wreszcie odezwać nie umiem powiedzieć, pewnie trafiło na mój moment "a, co mi tam!" (kocham te momenty u siebie, zawdzięczam im wiele dobrego). Pamiętam, ze miało to miejsce w wątku "Rozczarowania w Jeżycjadzie". 

Pamiętam, kto pierwszy mi odpowiedział.

Pamiętam, że zostałam więcej niż ciepło przyjęta.

I to była Ona.

Ta Chwila.

Ta chwila, która zmieniła moje życie.

Dzięki której zadziały się Rzeczy.

Niewiarygodne, jak bardzo drobne mogą być chwile, które sprawiają, że dzieją się Rzeczy. Czasem to tylko jedno kliknięcie. Jeden post. Jedna odpowiedź.

Niesamowite, jak bardzo się nie wie, że to właśnie TE Chwile :).

To było dawno, dawno temu, to forum (nadal istniejące) było zupełnie innym forum, było dość kameralne, wąska specjalizacja w końcu, i bardzo rzeczowe, i tak sobie myślę, że gdybym była pisarką chciałabym mieć takich fanów, uważnych, konkretnych, kompetentnych, a przy tym kulturalnych, tak, to by pewnie bolało (wątek "Nieścisłości w Jeżycjadzie" w chwili, gdy się do do niego dopisywałam miał ponad tysiąc postów, nie jest to przyjemna świadomość dla żadnego ego, jak mniemam), znawców bez cienia wątpliwości, krytycznych, ale nie krytykanckich, i zdecydowanie wielbicieli.

Ale czas płynął, forum się zmieniało, to ktoś o nim napisał w prasie papierowej, to pojawił się artykuł w sieci, każda wzmianka powodowała napływ nowych osób, niektóre zostawały i przyjmowały się jak wdzięczne kwiecie na żyznej glebie, niektóre odchodziły zniesmaczone, bo spodziewały się lukru i spijania z dzióbków, a zastawały wątki "Rozczarowania w Jeżycjadzie", też na tysiąc postów, w dodatku w większości dobrze uargumentowanych, a niektóre były pospolitymi trollami, agresywnymi i prostackimi.

I skutkiem pojawienia się takiego właśnie trolla, wybitnie chamskiego i bardzo aktywnego, było przeniesienie się grupy bardzo zżytych już ze sobą forumowiczek na Facebooka.

Facebook też był wtedy zupełnie innym miejscem. Pozbawionym reklam, stron "sugerowanych dla ciebie" nachalnie podsuwanych przez pijane algorytmy, bez zalewu "treści sponsorowanych". By się na niego dostać, trzeba było otrzymać zaproszenie od aktywnego członka.

W tygodniu, w którym dziewczyny postanowiły założyć facebookową grupkę dla "uchodźczyń z forum" dostałam tych zaproszeń ze dwanaście.

Któreś przyjęłam, założyłam konto na FB i ujrzałam osoby, z którymi spędziłam ostatnie miesiące na ognistych dyskusjach, przekomarzaniu się, pisaniu limeryków i moskalików, długich nocnych Polaków rozmowach oraz imprezując w Sylwestra online (jeden z najlepszych Sylwestrów w moim życiu!) pod własnymi nazwiskami (wtedy była to facebookowa norma) oraz z  danymi osobowymi.

I ja powiem jedno.

RANY BOSKIE.

Poziom rozmów na forum stał się dla mnie natychmiast całkowicie zrozumiały. Pod forumowymi nickami kryły się profesorki, tłumaczki, dziennikarki, redaktorki, pisarki, osoby, które na co dzień pracują ze słowem (a jak wtedy nie pracowały, to teraz pracują), naukowczynie, artystki, działaczki społeczne, poetki, po UJotach, Sorbonach, Oxfordach i Harvardach, co jedna to bardziej błyskotliwa, utytułowana i mądra.

A wśród nich ja (tu sobie można przeczytać ten kawałek o prowincjonalnej matce bombelków, co ja się będę powtarzać).

Nie ukrywam, że znajduję fakt, iż spotkałyśmy się na forum dotyczącym serii książek dla nastolatek czymś niezwykle, przewrotnie zabawnym.

Ale to, że nie uciekłam z tego całego Facebooka natychmiast po uświadomieniu sobie, kim są ONE, i kim na ich tle jestem malutka ja - to jest dopiero cud! Cud nad cudy.

Ale nie uciekłam.

I wiecie co?

Ciągle je znam :). Mam je w Znajomych. Poznałam przez nie inne, niezwykłe osoby. Część spotkałam osobiście, nie raz. Pisujemy do siebie. Gadamy. Wysyłamy sobie zdjęcia dzieci. Tych dzieci, których nie było, gdy się poznałyśmy, i na które zbiorowo czekałyśmy, gdy były w drodze. Zrobiły mi taką niespodziankę po narodzinach Pomponów, że nawet teraz oczy mi się szklą i zaczynam pociągać nosem, a Pompony za miesiąc kończą, nieprawdaż, piętnaście lat. To one, lat temu czternaście, były w stałym kontakcie z Panem Małżonkiem, gdy ja trafiłam do szpitala i nikt nie wiedział, czy z niego wyjdę. Do dziś pamiętam, jak jedna z nich (i pamiętam, która :)) napisała w statucie: "Mam Anutka w aktywnych Znajomych!!!", gdy pierwszy raz po wyjściu ze szpitala zalogowałam się w sieci. One, lat temu trzynaście i troszeczkę, wyszukiwały mi najbardziej przyjazne użytkownikom szablony bloga, namawiały mnie do pisania, one były moimi czytelniczkami, gdy blog był zamknięty dla publiczności. I one skłoniły mnie, bym go otworzyła. Także dzięki nim, bardzo, BARDZO dzięki nim jestem dziś tu, gdzie jestem.

Kocham Was, Dziewczyny. Mam nadzieję, że o tym wiecie.

A gdybyście dotąd nie wiedziały, to macie to teraz na piśmie.

To niewiarygodne, do jakiego miejsca w życiu może doprowadzić cię chwila, gdy twoja jedenastoletnia koleżanka chichocze nad książką tak, że nie jesteś w stanie zrozumieć ani słowa z tego, co czyta :).

Więc tak, to Jeżycjada była tą serią literacką, która najbardziej wpłynęła na moje życie. 

I bez względu na to, co stało się i z serią, i z samą jej autorką z biegiem lat, z biegiem dni nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo.

Bardzo.

Bardzo, bardzo, BARDZO.

Dziękuję.