środa, 15 czerwca 2022

"Zamaskowana królowa" Jorge Molist

Zastanawiam się, czy złożyć sobie uroczystą obietnicę, że jeśli znajdę na okładce książki, względnie na skrzydełkach okładki informację, że powieść została nagrodzona Nagrodą imienia Karola Wielkiego (Czy Tam Innego Wybitnego Władcy), jest (lub była) Najlepiej Sprzedającą Się Powieścią Historyczną Roku Dowolnego oraz Sprzedano 25 Milionów Egzemplarzy w Hiszpanii, to ostrożnie odstawię Dzieło na biblioteczną półkę i oddalę się spacerowym krokiem w dowolnym, INNYM kierunku, czy, przeciwnie, zacząć specjalnie czytać tak szumnie zapowiadane utwory do czasu, aż wreszcie trafię na taki, który podobnych honorów będzie godny (albo przynajmniej mi się spodoba)?

Od razu jednak zaznaczę, że choć "Zamaskowana królowa" 
 
 

zdecydowanie nie wyczerpuje znamion Lektury Wybitnej I Słusznie Nagradzanej, jest ciut lepsza niż dwie poprzednie opisywane tu powieści, co pozwala żywić nadzieję, że być może (ale tylko "być może") gdyby ta tendencja czytelnicza się u mnie utrzymała, to za jakieś piętnaście- dwadzieścia lat będę mogła otrąbić sukces w kwestii zaspokojenia mych oczekiwań.
 
No to, lu, przystępujemy do streszczania/recenzowania/znęcania się/whatever/ choose one/or more.
 
W 1208 r. Peyre (Piotr) de Castelnou, legat papieski, otrzymuje zadanie przewiezienia potajemnie do Rzymu dokumentów stanowiących zagrożenie dla władzy Kościoła. W drodze Peyre zostaje zamordowany, a niebezpieczny ładunek skradziony. O morderstwo i kradzież zostaje oskarżony hrabia Tuluzy, Raimon VI,. Papież rzuca na Raimona klątwę i ogłasza przeciw niemu krucjatę, która pustoszy Okcytanię.

Tymczasem Bruna, córka możnowładcy z Beziers, zakochuje się w Hugonie, młodym trubadurze, który odwiedza ich dwór. Hugo jest synem katalońskiego barona i tajnym agentem hrabiego Tuluzy, Raimona VI, a dzięki swej sztuce może swobodnie podróżować po kraju. Kiedy zaczyna się krucjata, Bruna przebiera się za młodego rycerza, żeby ochronić siebie i przyłączyć się do obrony miasta. Przebranie ratuje jej życie, ale zostaje uwięziona przez młodego i ambitnego rycerza, Guillerma, który z polecenia legata miał Brunę zabić. 

Czyli zapowiadanych szumnie na okładce damę (jedną) oraz rywali (dwóch) poznajemy już w dwóch pierwszych rozdziałach, a tajemnic (trzech) będziemy musieli się mozolnie doliczać bez szczególnej gwarancji, że nam się uda, tym bardziej, że im dalej w las, tym tomiszcze robi się coraz nudniejsze, pod koniec trzeba przez nie brnąć z poświęceniem, a "brnięcie" nie ułatwia skupiania się na treści, by wyłowić z niej obiecaną trzecią tajemnicę.

Powieść zaczyna się od rzezi w Beziers, nie wykluczam, że nie wszyscy o niej słyszeli, ja na przykład i owszem, w związku z czym już na etapie lektury zapowiedzi na okładce domyślałam się, że tym razem moje zastrzeżenie "żadnej wojny" nie znajdzie zastosowania, ale powiedziałam sobie "Ach, poświęcę się, może to będzie TO, a poza tym lubię albigensów!", no i po co mi to było, nieprawdaż. Ci zaś, którzy o Beziers nie słyszeli kojarzą prawdopodobnie słynną odpowiedź opata Arnauda Amaury na pytanie, jak odróżnić dobrego katolika od heretyka: "Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich", i nieszczególnie mnie obchodzi, że rzeczony opat prawdopodobnie nie wyrzekł był tych słów, należało się mu wejście do historii w charakterze ostatniego skur... kowańca, takie jest moje skromne zdanie.

Rzeź Beziers, że przypomnę tym, którym coś się obiło o uszy, lub tez nie obiło się nic zgoła, doprowadziła do wybicia niemal do nogi wszystkich mieszkańców miasta, od niemowląt po starców, z czego na przykład 7 tysięcy osób, łącznie z księżmi odprawiającymi nabożeństwo, w katedrze, ci zaś, którzy nie zostali zarżnięci zginęli w pożarze, który strawił miasto. Tę właśnie rzeź córka seneszala, Bruna, przeżywa przebrawszy się za chłopca, i jako chłopiec zostaje przygarnięta przez Guillerma z Monfort, czyli młodzieńca, który jakiś czas wcześniej  dostał polecenie znalezienia jej i zabicia od samego opata Amaury'ego. Guillermo pierwsze, co robi, to każe Brunie identyfikować zwłoki, walające się dosłownie wszędzie, tarasujące drogę i zrzucane na stosy przez szukającą łupów tłuszczę. I nie uwierzycie, jak ona to gładko przechodzi! Niby popłacze tu i ówdzie, gdzieś się zwinie w kąciku, by possać kciuk, ale zasadniczo skupiona jest na tym, by zdecydować, którego z kawalerów, z którymi splótł ją los, woli. Naprawdę, bardziej wstrząsnął mną sam tylko opis rzezi w "Heretykach" Aubrey Burla, niż naszą Bruną brodzenie we krwi na ulicach i wygrzebywanie ze stosów zwłok ciał kuzynki, niani i przyjaciół (jeśli bazować na opisie autorskim, rzecz jasna).
 
I nie jest to opis w swym... chłodzie odosobniony!  Guillermo, pochodzący z rodu Monfort, bogaty, obiecujący, przeznaczony przez opiekunów do bycia biskupem, owszem, bardzo rozrywkowy, bardzo kobieciarz i bardzo skaczący z kwiatka na kwiatek motylek (uzbrojony w miecz i pewność siebie wynikającą z pochodzenia), ale jednak dobry katolik, głęboko wierzący przełożonym i ślepo wykonujący ich rozkazy, przechodzi zmiany światopoglądowe z dnia na dzień (i na jednej stronie), ponieważ po co pisać o wewnętrznych rozterkach bohatera i jakichś tam wątpliwościach, skoro można zesłać na niego niemalże mistyczne objawienie.
 
Zaś drugi kawaler, Hugo z Mataplany... kojarzycie ( filmów, a starsi to i z autopsji) te dzieciomtka, które na akademiach szkolnych Ku Czci deklamowały drewnianym głosem z takąż intonacją na przykład: " JużzAurorywystrzał (wdech) padłodegrzmiałpokolenniomnacałą (wdech) Rosjęcałyświat zwycięstwo (wdech) wolność (bardzo głośno, bo Pani Kazała) LENIN"? No więc nasz Hugo ma w sobie mniej więcej tyle samo ognia. Kamiennym głosem: "Tak, moja pani, miłuję was srodze". Bruna ma wątpliwości. Hugo, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali, mechanicznie: "Nie miejcie wątpliwości, życie bym za was położył". Guillermo wpatruje się łakomie w Brunę, Hugo, raczej obojętnie: "Ach, nienawidzę was, panie, muszę wam dać w mordę!", po czym daje, po czym idą sobie we dwójkę z lokalnego młyna poobłapiać dziewki i ulżyć lędźwiom, no bo ileż można tak kochać bezproduktywnie!

I taka właśnie trójka sobie jedzie przez całą Okcytanię, Brunie co jakiś czas przypomni się, że jej ubili tatusia i trzeba uronić łzę, Hugonowi - że trzeba dać Guillermowi w gębę, a Guillermowi - że miał być wiernym sługą biskupa, icoteras. Za nimi podąża tajemniczy Don Ped..., znaczy, przywódca tłuszczy, która złupiła Beziers, który teraz musi zabić Brunę, bo obiecano mu za to winnicę i domek z ogródkiem. Po drodzę spotkają a to świętego Dominika, a to Etiennette Wilczycę de Pennautier, zaś na końcu czyha biskup Berenguer, który chce wykorzystać jedną z tych trzech tajemnic, o których Wam nie napiszę, bo przecież byłby to SPOILER (ale jak ktoś czytał Dana Browna to zgadnie) w celu zdobycia władzy nad światem, ale szczegółów tego zdobywania Wam oszczędzę, dość, że podczas czytania wznosiłam oczy do nieba tak często, że bałam się, że mi tak już na stałe zostanie, nie chciałabym narażać na podobne przeżycia Ukochanych Czytelników

Natomiast to, przy czym, o dziwo, cierpiałam najbardziej...
 
Wszystkim uważnym Czytelniczkom i Czytelnikom tego bloga zapewne od lat wiadomo jest, że nie należę do Policji Interpunkcyjnej. Idea postawienia przecinków we właściwych miejscach często mnie przerasta, gubię je lub, przeciwnie, nadużywam, acz staram się stawiać je mniej więcej tam, gdzie powinny stać. Będąc świadomą, że postawienie (lub nie) przecinka w konkretnym miejscu może zmienić znaczenie wypowiedzi, traktowałam interpunkcję bardziej jako, no cóż, sugestię.

Przepraszam was, o, Przecinki!

Pierwszy raz zdarzyło mi się czytać utwór, w którym nadmiar, brak lub swobodne podejście do tego znaku interpunkcyjnego zmieniło moją lekturę w odpowiednik wieeeeelokilometrowej podróży wozem drabiniastym po kocich łbach. W deszczu. Listopadowym. Zacinającym. I o głodzie. I z zapaleniem okostnej.

Bo czegóż my tu, nieprawdaż, nie mieliśmy!

Mieliśmy przecinki w miejscach dowolnie wybranych:

Pedro urażony, spojrzał legatowi prosto w oczy.

Dla nieznajomego zaczepienie po drodze rycerza jadącego u boku króla, było prawie niemożliwe.

Mieliśmy za dużo przecinków:

Miał bardzo ciemną cerę, gdyż spędzał wiele godzin pod gołym niebem, i z miłości do Boga, nie nakrywał głowy, nawet, gdy słońce mocno przypiekało, ani gdy padał deszcz.

Czyżby moja kolczuga i wygląd chłopca, były lepszą ochroną?

I za mało przecinków:

Almohaidzi, choć też muzułmianie są fanatyczni i nieprzejednani.

Powiedziano mi, że to obozowisko jest bardzo daleko, niemożliwe by dotrzeć tam pieszo.

A najczęściej mieliśmy przecinków za mało, za dużo i niekoniecznie tam, gdzie powinny być:

Dzieło szatana. Coś, co wrogowie papieża, chcą wykorzystać, by pogrążyć nasz Kościół. To testament Złego Ducha dla jego wyznawców samo nasienie zła i szatan liczy na to, że pewnego dnia wyda ono owoce.

Rycerze gotowi do walki na wypadek gdyby wicehrabia szykował szarżę jazdy, zniecierpliwieni oczekiwaniem aż w obwarowaniach osady pojawią się jakieś wyłomy, przez które mogliby dostać się do środka bezskutecznie szturmowali by wspomóc piechotę, i odwrócić uwagę obrońców. Podczas ostatniego takiego ataku, kilka strzał dosięgło wierzchowca jednego z jeźdźców, ugodzony koń padł na ziemię, i zrzucił jeźdźca na dno fosy. Znajdując się tak blisko murów, był zgubiony.

Rozkazałem  wam, byście wygnali tych heretyków z waszych ziem albo, by chociaż wyglądało na to, że ich ścigacie. Radziłem byście żyli w zgodzie z legatami papieskimi. Wicehrabio martwię się z waszego powodu gdyż ci szaleńcy ściągnęli na was takie niebezpieczeństwo i zmartwienia. (...) Nie będziecie mogli  stawić oporu, aż do końca.
 
Ludzie są przestraszeni, ale też pełni nienawiści odkąd dotarły do nich wieści o tym co zrobiono w Beziers i często rzucają w niego kamieniami i grudkami gliny.

Nigdy, nigdy nie sądziłam, że to może tak bardzo przeszkadzać w lekturze.

Być może dlatego, że nigdy i nigdzie nie zetknęłam się z przecinkozą w tak zaawansowanym stopniu (ponad pięćset stron nieustającej, doprawdy, uciechy).

Dlatego przede wszystkim  nie polecam "Zamaskowanej królowej" redaktorom, autorom i ludziom pracującym ze słowem. Wierzcie mi, nawet zapalenie okostnej jest lepszą opcją.

Pozostałym - po uważaniu, Zawsze może się okazać, że ten hiszpański Dan Brown odpowiada im bardziej, niż oryginalny :).

 

PS. Przy okazji, tytuł oryginału brzmi "La reina oculta" , czyli "Ukryta królowa", co znacznie lepiej pasuje do treści. Zupełnie nie rozumiem potrzeby udziwnienia go za pomocą przetłumaczeniem na "Zamaskowaną królową", królowa z naszej Bruny taka średniawa była IMHO, ale na pewno bardziej "ukryta" niż "zamaskowana".

4 komentarze:

  1. Dzięki za ostrzeżenie. Ostatniego zestawu zielonych cytatów nie byłem w stanie przeczytać, pracuję ze słowem i od takiego stężenia błędów dostaję wysypki na gałkach ocznych. Niezmiennie podziwiam Królowej wytrwałość!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez mam pecha do hiszpańskich powieści historycznych... *traumatyczne flashbacki z "Bosonogiej królowej" i "Kucharki z Castamar"*

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam "Dług honorowy"Chmielarza i całkiem to fajne .

    OdpowiedzUsuń