niedziela, 6 stycznia 2019

Opowiedzieć nieopowiadalne. "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz

Dawno temu, w czasach głęboko przedinternetowych... no, dobra, nie tak bardzo przedinternetowych, ale na pewno przedblogowych, otóż w czasach, gdy obce były mi coroczne podsumowania i wyzwania czytelnicze, które zawsze na początku roku zalewają blogosferę niczym tsunami, zrobiłam sobie takie wyzwanie własnoręcznie. Oczywiście nie miałam pojęcia, że to wyzwanie i w ogóle nie wiem, skąd mi rzecz do głowy przyszła, ot, pewnego pięknego, mroźnego, styczniowego poranka obudziłam się z myślą, że w tym roku (nie pamiętam, w którym, ale chyba to jeszcze dwudziesty wiek był, odlaboga) będę czytać wyłącznie książki napisane przez kobiety. Li i jedynie. 365 dni w towarzystwie literatury kobiecej. Same baby i ja!

Jak pomyślałam, tak też uczyniłam. Przez cały rok nie przeczytałam niczego, co napisał mężczyzna, sorry, panowie. Doskonale świadoma faktu, że znane nam wszystkim wyrażenie „literatura kobieca” zawiera w sobie – w dużym stopniu dzięki męskiej części krytyki, ale przecież nie tylko – ton lekceważenia pozwoliłam sobie z kolei ten ton lekceważenia zlekceważyć totalnie. Tak, czytałam także rzeczy, które tak zwany "przeciętny obywatel" rozumie pod słowami "literatura kobieca". Lecz nie tylko. Grocholę, ale i Alice Munro. Wirginię Woolf, Idę Fink, Zadie Smith, Amy Tan, Majgul Axelsson. Achmatową, Cwietajewą, Hannę Krall, Romę Ligocką, Stefanię Grodzieńską, Arundhati Roy i Joannę Chmielewską zarówno. I mnóstwo innych pań, różnych narodowości, wyznań i koloru skóry, urodzonych w różnych wiekach i pochodzących z różnych warstw społecznych. Reportaże, wspomnienia, poezje, powieści, humoreski, baśnie i legendy. Wszystko napisane, zebrane, opracowane (w wypadku baśni i legend) przez kobiety.

Z początku nie działo się nic niezwykłego. Ot, czytałam sobie różne książki, te akurat w miejscu autora miały autorkę, nic wielkiego, niektóre były dobre, niektóre takie sobie, niektóre mnie do głębi poruszały, niektóre bawiły, a niektóre ptakiem wylatywały z pamięci i tydzień po ich skończeniu nie potrafiłam powiedzieć, o czym opowiadały.

A potem, powoli, powolutku, coś dziać się zaczęło. Coś, czego nie przewidziałam, co mnie zaskoczyło, co do dziś uważam za jedno z najważniejszych, najbardziej wzbogacających i najbardziej wzruszających doświadczeń swego życia, nie tylko czytelniczego.

Usłyszałam swój język.

Nie jest to rzecz, którą łatwo wytłumaczyć, więc posłużę się wspomnieniem, które - nieudolnie, ale jednak - odrobinę przypomina mi powyższe doznanie.

Jakiś czas temu gościłam z wizytą u przyjaciela w Lyonie. Przyjaciel jest Amerykaninem, wykładał wówczas na tamtejszym uniwersytecie literaturę, jego przyjaciele też byli Amerykanami, wokół mnie panował francuski na ulicach, co oczywiste, i angielski w życiu towarzyskim, nie przeszkadzało mi to wcale i tak się sobie nurzałam w życiu towarzysko-turystycznym w pełni zadowolona i nie odczuwając żadnych braków, o dyskomforcie nie wspominając.

Aż pewnego dnia - a było to na gigantycznym targu owocowo-warzywnym, na który zabrał mnie David, bym mogła ponurkować w bogactwie smaków i kolorów - poczułam niespodziewanie, że coś mnie swędzi w mózg. Gdzieś, coś, na samej granicy słyszalności, było inaczej niż zwykle. Rozejrzałam się, ludzie kupowali, sprzedawali, śmiali się, rozmawiali, targowali się, panował sympatyczny gwar, wszystko było jak pięć minut temu, a mnie swędził mózg i nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. I nagle, tuż obok mnie, ktoś powiedział głośno: "skład owoców południowych".

Poczułam się, jakby mnie poraził prąd, było to wrażenie do tego stopnia silne, że do dziś pamiętam wypowiedziane słowa. Zrozumiałam, że to coś, co na samej granicy słyszalności swędziało mnie w mózg i nie dawało spokoju, to był język polski. Który coś we mnie usłyszało. Coś we mnie wyczuło. Coś we mnie zareagowało na niesłyszalną w tłumie zmianę tonu, na inne drgnienia fal, na coś, co znałam tak dobrze, że było po prostu mną.

Dokładnie coś takiego poczułam po kilku miesiącach czytania wyłącznie literatury kobiecej. Ten ton, który - czytając literaturę wszelaką, a więc w większości jednak pisaną przez mężczyzn - nie jest łatwo wyodrębnić. Nie jest łatwo usłyszeć. To swędzenie w mózg. To coś na granicy słyszalności. Mój język. Język mego serca, jakkolwiek kiczowato i melodramatycznie to brzmi. Język, w którym śnię i marzę, w którym opisuję świat.

"Mężczyźni widzą przedmioty, kobiety - powiązania między nimi" napisał kiedyś John Fowles, a ja dopiero tamtego roku zrozumiałam, co miał na myśli, tamtego roku, gdy - z zachwytem i wzruszeniem - zanurzałam się w świat spleciony z ulotnych spostrzeżeń, z połączeń między przedmiotami i ludźmi, opisany inaczej, niż zwykle. Nie umiałam i nie umiem wyjaśnić, na czym polegała ta inność, ale była tam i czułam ją całą sobą, i wiedziałam, że tak, tak rzeczywiście jest, istnieje "literatura kobieca", tylko, że znaczy zupełnie co innego, niż mają na myśli literaccy krytycy, wypowiadający te słowa z pobłażliwym uśmieszkiem, istnieje tak, jak podziemna rzeka pod morskimi głębinami, jak czerwona żyłka biegnąca w bloku białego marmuru, też marmur, ale inny, czerwony jak moja własna krew.

Przechowuję to wspomnienie i nie pozwalam mu zblaknąć, a czasem zdarza się coś, co sprawia, że wybrzmiewa ono w mojej głowie z siłą wybuchu wulkanu, i przechodzi jak fala, zostawiając mnie obmytą i czystą na nowo.

Na przykład zdarza się


"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz.

Jak ja dokładnie usłyszałam podczas lektury szum tej rzeki, płynącej pod dnem morza! Z jakim rykiem przewaliły się przeze mnie jej fale.

Kobiety mówią bez przerwy, prawda? Ile razy, dziewczyny, słyszałyśmy w życiu podobną opinię? Setki? Tysiące? Gadają i gadają, te szczebiotki, buzie im się nie zamykają, plotkareczki, gaduły, nawet na minutę nie umieją się zamknąć, no jak przekupy na targu normalnie!

Co za bzdura.

Kobiety milczą.

Milczą, bo nauczono je, że to, co mają do powiedzenia nie jest istotne. Bo się wstydzą. Bo nikt ich nie słucha. Bo, gdy mówią,  zbywa je uwagami  o babskich histeriach i babskiej emocjonalności. Bo to, co miałyby do powiedzenia jest takie inne. Nieważne, mało  bohaterskie, mało wzniosłe, nie pasujące do obrazka.

Wiem o tym dobrze. 

Miałam dwie milczące babcie. 

Babcię, która urodziła swoje pierwsze dziecko idąc w tłumie uchodźców uciekających z miasta przed bombardowaniami w czasie wojny. Miała dopiero co skończone 18 lat. W dowodzie osobistym tego dziecka wpisano lata temu fikcyjne miejsce urodzenia, bo nie wiadomo było, jak nazywała się miejscowość, w której babcia kucnęła za wozem, w przydrożnym rowie i urodziła, podczas gdy długim sznurem mijali ją uchodźcy z tobołkami, zawierającymi ich cały ocalony majątek.

I babcię, która we wrześniu '39 znalazła się pod Kownem. Była bardzo młoda, żona wdowca z trojgiem dzieci, dużych już, najstarszy miał 14 lat. Sama uciekała z tymi dziećmi, spod Kowna wysłała do przyjaciółki kartkę, pisaną po rosyjsku. Nie mieliśmy pojęcia, że zna rosyjski, a znała, nie sposób jest płynnie pisać cyrylicą, jeśli się ją tylko odwzorowuje. Nie wiem, jak i czemu znalazła się pod Kownem i jak stamtąd wróciła, tracąc w drodze z oczu jedno z dzieci, nie wiem, co działo się potem.

I już nigdy się nie dowiem. Znam fakty. I żadnych powiązań między nimi. Babcie milczały kamiennie całe dorosłe życie. 

A zresztą i tak ich nikt nie pytał.

Swietłana Aleksijewicz spytała. I - niezłomnie nie poddając się tym wszystkim licznym "A mało to jest mężczyzn? Po co słuchać tych babskich historii? Tych fantazji?", "Mów, jak cię uczyłem, bez lamentów i tych wszystkich kobiecych głupstw" - pozwoliła im mówić.

A nam dała ten przywilej, by słuchać. 

By czytać "babskie historie", jakże dalekie od relacji o ruchach oddziałów, potyczkach, broni i szorstkiej, męskiej przyjaźni, heroicznych czynach i chłopięcych przygodach z czasów, gdyśmy, pamiętasz, Wania, Giermańcew gonili. Bez wielkiej historii, wielkiego Zwycięstwa i bohaterskiego Narodu.

Historie nie do zapomnienia.

Zazwyczaj czytam - mówię, oczywiście, o sytuacji idealnej i przeze mnie ulubionej - pod kocykiem, z ciepłą herbatą i przegryzkami (mniej lub bardziej zdrowymi) pod ręką.

Żadnej nie przełknęłam, czytając tę książkę. Herbata stygła, żaden kocyk nie był wystarczająco ciepły, zdarzyło mi się czytać z termoforem przytulonym do pleców, a i tak szczękałam zębami. Co chwila robiłam sobie przerwę, patrzyłam w okno, patrzyłam na swoje dzieci, na psa i kota, słuchałam sikorek, świergoczących w karmniku. Wracałam.

Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytałam jakąkolwiek książkę, która prawdziwiej opisywała to, czym jest wojna, a zapewniam, że swego czasu książki o tematyce okołowojennej pochłaniałam nałogowo.

Nie umiem napisać, o czym ta książka jest.

Dziesiątki, setki obrazów, wspomnień, mgnień, zatrzymanych w pamięci jak fotografie. Każdy pewnie zwróci uwagę na inną opowieść, inną kwestię, inny wątek. Co innego nim wstrząśnie, co innego zaboli. Inne rzeczy będą kłębić się w głowie, inne będą przepędzać sen wieczorem i spokój w trakcie dnia.


***

Matka, która utopiła niemowlę, bo płakało i mogło zdekonspirować cały oddział. Albo ta, która udusiła córkę, bo nie miała czym jej nakarmić, a potem zwariowała i powiesiła się na czarnej, spalonej jabłoni w spalonym ogrodzie swojej spalonej wsi. Ranny, niesiony przez osiem godzin, potem, gdy brakło sił, ciągnięty, przywiązany pasem do ręki. Kocioł kaszy, której nie miał kto jeść, bo ze stu żołnierzy wysłanych na akcję wróciło siedmiu. Zastrzelony za dezercję chłopiec, który płakał i mówił o mamie, a z nosa zsuwały mu się okulary. Albo źrebak, którego śmierć pamięta się po czterdziestu latach.

Albo inaczej. 

Fiołki, zebrane po drodze i przywiązane do bagnetu. Szum pszenicy, potem strzały z erkaemu, a potem przerwa i znowu szum pszenicy nad głową. Zamiana z kolegą na wartę nocną, aż do świtu, bo wtedy można usłyszeć ptaki.

Cukierki, na które talony oddała cała kolejka, stojąca po jedzenie w oblężonym Leningradzie, żeby móc je dać młodziutkiej żołnierce.

Taka mała byłam, jak poszłam, że urosłam na tej wojnie, mama mnie zmierzyła, dziesięć centymetrów urosłam. 

Weszłam do pokoju w sukience i z warkoczem, a wyszłam drugimi drzwiami, już w spodniach i z warkoczem uciętym, i nie zdążyłam nic mamie dać, ani sukienki, ani warkocza, a tak bardzo prosiła "Tylko mi coś zostaw".

 "Wojna" powiedział tata, był świt i rosa jeszcze nie wyschła, i ja sobie tę rosę, taką czystą, na froncie przypominałam...

Dziewiętnaście lat miałam, mam teraz wnuczkę w tym wieku, patrzę na nią i nie wierzę. To przecież dziecko.

Dopiero co dorosłam i byłam siwa, siwiuteńka.

Wróciłam z medalami, pomieszkałam trzy dni, czwartego rano mama mnie obudziła: "Idź, córko, spakowałam ci tobołek. Masz dwie siostry, dorastają, kto je za żony weźmie, każdy wie, że ty całą wojnę byłaś tam, z mężczyznami".

Przychodziły do nas dzieci, opowiadały o blokadowym menu, zupa ze skórzanych pasów, galareta z kleju stolarskiego, placki z musztardy... potem przestały przychodzić. Umarły pewnie, tak myślę.

Dwanaście godzin przy obrabiarce stałyśmy. I chciałyśmy na front iść, bo tam jedzenie było jakie takie. Suchary i herbata była, z cukrem...

Weszliśmy do wioski, pierwsze co zobaczyłyśmy to wielki dół. Niemcy rozstrzelali wszystkich swoich rannych...

Nie strzelałam. Jedzenie dźwigałam, kotły, bańki... ciężkie... dowódca się gniewał, krzyczał na mnie: "Podziurawiłbym ci te bańki, jakże ty będziesz rodzić po wojnie?!".

Przychodzą do mnie we śnie. Zabici... Zabici przeze mnie... chociaż ich nie widziałam, ale przychodzą i patrzą na mnie. Szukam i szukam wzrokiem, może któryś jest ranny, nawet ciężko, ale żeby można go jeszcze uratować... Ale wszyscy są martwi.

W domu wszyscy żyją. Mama uratowała wszystkich: dziadka i babcię, siostrzyczkę i brata. Tata wrócił z wysokimi odznaczeniami, ja przywiozłam order. Tata nigdy nie przypinał swoich medali, uważał, że to wstyd popisywać się przed mamą, ona nie miała medali. A wszystkich ocaliła, ocaliła rodzinę. Jej wojna była najstraszniejsza.

O sobie nie myślałam. Czołgałam się, biegłam... tylko ten zapach krwi. Do zapachu krwi nie mogłam się przyzwyczaić.

Uszyłam sobie bluzkę z czerwonego kretonu. Nazajutrz na rękach wyszły jakieś bąble. Plamy. Pokrzywka. Ani czerwonego kretonu, ani kwiatów - róż czy goździków - mój organizm nie przyjmował. Dziś też nie mam w domu nic czerwonego. Niczego czerwonego u mnie nie znajdziesz...*

 ***

I tak dalej.

I bardziej.

Jutro pewnie inne fragmenty wypłynęłyby na wierzch z zamętu w mojej pamięci.

Pojutrze inne.

A może nie. Może te same. Może więcej. Może mniej, gdy już nie dawałabym rady o tym myśleć. I czytać.

I czasem miałam wrażenie, że już więcej nie dam rady. Tyle lat stała ta książka na mojej półce, co takiego się stanie, jak jeszcze chwilę postoi. 

A potem się brałam za twarz i wracałam. Tyle przynajmniej należało się z mojej strony kobietom, którym po czterdziestu latach pozwolono mówić. Pozwolono pokolorować monochromatyczny (doprawdy, chyba nigdy nie wydał mi się tak bardzo monochromatyczny!) obraz wojny, który wyłania się z podręczników, analiz, opowieści weteranów, że o "Czterech pancernych i psie" nie wspomnę. Dodać temu obrazowi miliona odcieni. Sprawić, by ożył.

Powiedzieć o tej książce, że jest dobra i mocna to nic nie powiedzieć.

Jest... niewygodna. tak bardzo niewygodna. Tak bardzo uwiera.

Tak bardzo boli

Jest tak bardzo nie do zapomnienia.





"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" jest częścią projektu, który od jakiegoś czasu kiełkował we mnie, i którego zajawka pojawiła się na Facebooku w postaci tego zdjęcia:


Na zdjęciu - czego, zdaje się, nikt z komentujących i obserwujących je na FB nie zauważył, a w każdym razie nie wspomniał - znajdują się książki napisane tylko i wyłącznie przez autorki, choć daleko nie wszystkie z mojej dłuuuuugiej listy, którą zamierzam sobie w tym roku wreszcie skrócić.

Nie, nie mam w planie czytać tylko i wyłącznie kobiecej literatury (zwłaszcza, że mam ambitny zamiar NIE KUPOWANIA książek w tym roku, nie, dopóki nie uporam się ze swoimi, jakże, nieprawdaż, licznymi "Stosikami Wstydu", a także wzięcia udziału jeszcze w trójce e-pik, i po prostu nie wiem, czy udałoby mi się osiągnąć oba te cele, gdybym dodatkowo chciała ograniczyć się tylko do książek pisanych przez kobiety), ale w większości - owszem.

Recenzować też. Wyłącznie pisarki.

Może wróci do mnie wyraźniej bezcenne wrażenie, że jestem częścią wielkiej, szepczącej w języku, który rozumiem, rzeki.




* to nie są dokładne cytaty, pisałam z pamięci, więc w książce wszystko to może być ujęte innymi słowami; treść rzecz jasna pozostaje ta sama

wtorek, 1 stycznia 2019

W Domu w Dziczy bez zmian

Potomek Starszy (zaspany schodzi po schodach w polarowej piżamce we wzory norweskie oraz ciepłych bamboszkach, promiennie) - Dzień dobry, mamo! Czy wiesz, co mi się dziś śniło? Otóż śniło mi się, że Adolf Hitler przeszedł przemianę duchową i przyszedł do naszej szkoły uczyć historii!

(zapewne w ramach długofalowej pokuty, nietaktowne przyp. KM)

***

Pompon Młodszy (przeglądając z wypiekami na twarzy jakiś świąteczny prezent książkowy) - Mamo! Popatrz tylko! Zobacz, jaki gigantyczny labirynt! (rozjaśniając się jak choinka, hojnie obwieszona światełkami przez kogoś lekce sobie ważącego zapowiadane podwyżki cen prądu) Natychmiast by tam wlazłem! Na-tych-miast! To moja ulubiona czynność! Moje hobby, wchodzić tam, gdzie mi nie pozwalacie!

***

Atmosfera noworoczna, leniwe celebrowanie radosnych chwil codzienności, zen i hygge, no, wiecie, te rzeczy, oraz przyrządzanie domowego śniadanka o powiedzmy, że poranku.

Potomek Starszy (nadal, już drugą godzinę 2019 roku, w nastroju "a takie mam postanowienie noworoczne, że będę dobrym dzieckiem!") - Mogę jakoś pomóc?

Mamusia Potomka Starszego - Jajka wyjmij.

Tatuś Potomka Starszego (tonem koniecznego uściślenia) - ...z lodówki.

No.

To szczęśliwego wszystkim.