piątek, 31 marca 2017

Oto jest Kasia, czyli Pinokio w spódniczce

Drodzy Państwo, Świat nie chciał, by ta notka powstała.

Bardzo nie chciał.

Trzy razy robiła Królowa Matka podejście. Czytała książkę, robiła notatki, kładła je w logicznym, uporządkowanym i łatwym do zapamiętania miejscu, po czym je gubiła. Znów czytała, znów notowała, znów gubiła. Rezygnowała z pisania, zapominała o nim, przypadkiem znajdowała swoje zapiski. Ucieszona, odkładała je w miejsce, o którym na pewno będzie pamiętać, po czym nie miała pojęcia, gdzie one są, na pewno w jakiejś książce (tjaaaa, w Domu w Dziczy to jest wskazówka na wagę złota), w jakiejś, którą miała w ręku w ciągu ostatnich miesięcy... zaczynała szukać, a dalej było i tak dalej, i tym podobnie.

Wreszcie dziś znalazła swoje (pierwsze) notatki czystym przypadkiem, postanowiła przeciwstawić się niechętnemu Światu i oto jest.

Oto ona.


Oto jest Kasia.

Kasię Królowa Matka poznała w wieku wyżej wymienionej, czyli mając jakieś osiem lat i od pierwszego przeczytania uznała ją za okropne dziewuszysko, albowiem Kasia miała to wszystko, o czym Królowa Matka w wielu lat ośmiu marzyła, a mianowicie starszego brata, siostrzyczkę-dzidziusia i dziadka. W jakość dziadka Królowa Matka wtedy nie wnikała, chciała jakiegoś mieć i już, na starszego brata liczyć raczej nie mogła, dostarczenia maleńkiej siostrzyczki rodzice Królowej Matki odmawiali z niezrozumiałą gwałtownością, tak więc Królowa Matka - do głębi rozgoryczona - czytała Kasię średnio raz w miesiącu, zazdroszcząc jej coraz bardziej, po czym stopniowo przerzuciła się na inne lektury, a o Kasi zapomniała na czas raczej długi. Pozostało jej tylko mgliste wspomnienie opowieści o niemiłej dziewczynce, która jest wstrętna dla rodziców i niedobra dla małej siostry.

Lata mijała, Królowa Matka rosła sobie i nawet czasami dorastała, została szacowną małżonką i mamusią, jej dzieciątka też rosły, mniej lub bardziej chlubnie kończyły przedszkola i pierwsze klasy szkoły stopnia podstawowego, i nadeszła chwila, gdy każde ze Starszych miało odbyć własne spotkanie z Kasią. W związku z czym Królowa Matka sięgnęła po książkę i przeczytała ją, z oczętami ogromniejącymi z każdym zdaniem. Gdy skończyła pomyślała z uczuciem o obu Wychowawczyniach, które darowały jej Potomkom omawianie całości i skupiły się na krótkim fragmencie (tym, w którym Kasia bawi się z koleżankami w tonący okręt), a jakimi słowami rzucała w szeroko rozumianą przestrzeń podczas lektury to Szanowne Czytelnictwo by nie uwierzyło, albowiem nie są to słowa, które przystoją Królowym, a już zwłaszcza Matkom.

A zatem, oto jest Kasia.

Kasia jest niedobrą dziewczynką, co poznajemy już na pierwszej stronie po tym, że nie chce się uśmiechnąć na powitanie. No bo jakże to, dziewczynki uśmiechają się na zawołanie, każdy to wie przecież. A Kasia się nie uśmiecha, patrzy naburmuszona i się nie odzywa.

Pomijając jednakże kwestię uśmiechania się na życzenie rzec należy, że Kasia jest rzeczywiście rozbisurmaniona, zupełnie jako to Królowa Matka z dzieciństwa zapamiętała, tyle, że teraz jakby jej się optyka odmieniła i już się ani Kasi nie dziwi, ani nie gorszy, ani jej nie potępia.

O fakcie, że dzieci są ludźmi zdarza się zapominać całkiem sporej części społeczeństwa. Część ta wyraża zgorszenie, że dzieci krzyczą, płaczą i wyrażają emocje w sposób często społecznie nieakceptowalny, że się nie umieją skupić, że przeszkadzają, że się nudzą, że włażą, gdzie nie trzeba oraz że nie są bezdźwięczne, bezwonne i poukrywane w piwnicach do osiągnięcia pełnoletności. Ta sama część społeczeństwa pozostaje jednocześnie zadziwiająco ślepa na fakt, że żadne dziecko na świecie nie rodzi się gotowe i wyposażone w wiedzę pozwalającą na bezkonfliktowe poruszanie się w aktualnie będących w obiegu społecznych normach (o tym, że dziecko nie równa się mały dorosły, zarówno emocjonalnie jak i psychicznie to już w ogóle nie ma co mówić), i że trzeba je tego właściwego rozpoznawania i stosowania się do norm nauczyć. I nie dziecka winą jest, jeśli tych norm nie zna.

Kasia nauczona jest być pępkiem świata. Jest tak bardzo pępkiem świata, że Królowa Matka odkryła podczas swojej ponownej "dorosłej" lektury, że kompletnie zapomniała o istnieniu tego starszego brata, którego niegdyś tak Kasi zazdrościła. I w sumie nic dziwnego, że zapomniała, bo Jurek traktowany jest jak dorosły  do tego stopnia, że dopiero po jakimś czasie Królowa Matka uświadomiła sobie, że Jurek to piątoklasista, czyli chłopiec młodszy niż jej najstarsze dziecko.

Kasia ma w domu pozycję małej władczyni i zapewnia Królowa Matka z pozycji swojego wieloletniego macierzyńskiego doświadczenia, że sama jej nie zajęła. Ktoś jej na to pozwolił, i patrząc, jak dziewczynka manipuluje tatusiem podczas kolacji, której zjeść nie chce, jak ustawia tatusia w opozycji wobec mamusi, jak tatuś GODZI SIĘ na coś, czego mamusia zabroniła w jego obecności minutę wcześniej ma Królowa Matka pewną koncepcję, kto. Kasia jest królewną tatusia, jest wzorową uczennicą i ma piątki na świadectwie od góry do dołu, bez oporów produkuje się przed zachwyconą rodziną deklamując wierszyki i śpiewając piosneczki, więc zaspakaja tatusiową próżność. Jest córeczką, którą można się chwalić, więc poza tym może robić, co jej się podoba. Może, na przykład, szarpać za rękaw gościa rozmawiającego z jej rodzicami, albo kopnąć w drzwi, za którymi trwa jakaś rozmowa domowników (po przeczytaniu powyższego Królowa Matka zamknęła na chwile książkę i spróbowała sobie wyobrazić, co by się stało w Domu w Dziczy, gdyby którykolwiek z Potomków podczas rozmowy rodziców za zamkniętymi drzwiami kopał w te drzwi i walił w nie pięściami, po czym uznawszy, że nic, albowiem ŻADNEMU z jej dzieci, nigdy, w żadnej sytuacji nie przyszłoby do głowy podobnie się zachować, spokojnie wróciła do lektury), może też - i przy tym opadnięta szczęka Królowej Matki przebiła jądro Ziemi - wydeklamować wierszyk, przedrzeźniając przy tym "tę głupią, sepleniącą Wisię" i uzyskać aplauz ukochanej rodziny.

Noż k.... cholera jasna.

Minutę po jej występie rozkochany tatuś zaczyna wychwalać Kasię, że wzorowa, że piątki, że pilna, że ją w szkole chwalą, a litanię tę przerywa mamusia, "pedagogicznie" napominając małżonka, aby "nie przechwalił dziecka".

Noż cholerajasna psiakrew.

Gdy Potomek Starszy był w wieku Kasi użył na określenie nielubianego szkolnego kolegi słowa "down". Królowej Matce w oczach pociemniało, po chwili odetchnęła, pomyślała, że może tak od razu nie zabije tego durnego gówniarza, dowodu jej pedagogicznej klęski, po czym wzięła się w garść i spytała syneczka, co to znaczy. A, nic. Koledzy tak mówią, jak ktoś głupi jest. Aha. Królowa Matka tak spokojnie, jak tylko mogła, wyjaśniła swojemu dziecku, co to jest zespół Downa. Zdjęcia były w robocie, owszem, i wykład o chromosomach. A nade wszystko informacja, że osoby z zespołem Downa nie są głupie. Nie są też gorsze od niego. Nie jest ani jego zasługą, ani ich winą, że on chory nie jest, a oni tak. Że on uczył się wiązać sznurowadła, pisać i czytać szybko, łatwo i przyjemnie, a oni nie. Że dla nich to ciężka praca, za którą i im, i ich rodzicom należy się wielki szacunek. Że używając słowa "down" jako obelgi okazuje brak tego szacunku i obraża tych ludzi, a także rani ich rodziców. I że osobom, którym jest trudniej należy się pomoc, a nie wyśmiewanie.

Ani Potomek Starszy, ani Młodszy nigdy więcej tak nie powiedzieli. Potomek Starszy do dziś wspomina: "Pamiętam, jak mi o tym mówiłaś".

Potomek Starszy, mówiąc tak pierwszy raz, nie był zły. Nie wiedział.

Kasia, wyśmiewając słabszych od siebie, nie był zła. Nie wiedziała. I się nie dowiedziała. Bowiem fakt, że pięć minut wcześniej jej dziecko przedrzeźniało jąkającą się koleżankę, nazywało ją głupią, zaśmiewając się głośno i ku radości bijącej brawo rodziny - nie zaniepokoił jej mamusi tak bardzo jak fakt, że tatuś pochwalił Kasię za jej piątki.

Noż k...., k..... oraz k..... mać.

Poza wszystkim Kasia ma chyba dość władczy, mocny charakter i zadatki na bycie naturalnym przywódcą, bo w klasie (w której nie ma wspierających ją we wszystkim rozkochanego tatusia z dziaduniem) też ma wszystkich ustawionych, jak chce, nagina panujące w klasie zasady bez konsekwencji i dzieci jej słuchają niemal bardziej niż nauczycielki. Co oczywiście w autorskim komentarzu pokazane jest jako złe i fe, i położymy temu zaraz kres, mwahahaha, no bo kto to widział. Zaraz damy wam pokaz łamania kręgosłupa, patrzcie i podziwiajcie.

No to patrzymy. I podziwiamy.

Oto pewnego dnia Kasia się budzi w domu, gdzie wszystko jest nie tak.

Mamy nie ma, tata i Jurek, wyraźnie czymś zdenerwowani, szepczą po kątach, Kasia jeszcze nie wie, że oto jej świat się skończył, a Królowa Matka zaczyna podziwiać rewelacyjnie (i najwyraźniej niechcący) napisaną postać dziecka zmagającego się z silnym, przewracającym wszystko do góry nogami wstrząsem.

Po kilku dniach szeptania po kątach w nerwowej atmosferze następuje wyraźne rozluźnienie, Kasi, której nadal nikt do sekretu nie dopuszcza, mówi się, że mama wróci, trzeba się na to przygotować (o tych przygotowaniach to specjalny akapit będzie, gdyż warte są tego), a co najważniejsze, przywiezie Kasi niespodziankę.

Kasia (przez wszystkie dni nieobecności mamy snująca rozważania, jak bardzo woli mamę, ale jej tego nie da do zrozumienia, żeby ją ukarać, no bo kto to widział, tak wyjeżdżać bez słowa, obiadu nie zostawić, śniadania, tatuś jest zły, bo krzyczy na Kasię, ale to wina mamy, bo nie krzyczałby, gdyby nie wyjeżdżała, no ale nic to, jednak jej wybaczy, tylko mama będzie musiała przysiąc, że już nigdy, nigdy Kasi nie zostawi) nadyma się radością jak balonik i nie myśli o niczym innym, tylko o mamie, co wróci, i o tej niespodziance. Na pewno jakiejś pięknej, może to będzie książka, może sukienka, może garnki dla lalek malowane w kwiatki, Kasia zaprosi koleżanki, zrobi przyjęcie, ach, jak będzie pięknie...

"Zygmunt, niech Kasia umyje ręce zanim tu przyjdzie!" - to są pierwsze słowa, które słyszy z ust mamy po dziesięciu dniach jej nieobecności i od razu wie, że coś bardzo nie gra, chociaż jeszcze nie ma pojęcia, jak bardzo.

Niespodzianka jest piszczącym tobołkiem z niemowlęciem w środku, kompletnie z punktu widzenia Kasi nieużytecznym. "Co się robi z taka siostrzyczką?" pyta zasadnie i oczywiście nie uzyskuje odpowiedzi. Siostrzyczka leży, oczu otworzyć nie chce, nie jest taka ładna jak lalki, włosów nie ma, Kasia ma być dla niej dobra, bo jest starszą siostrą, chociaż całe swoje życie była młodsza, na propozycję, by mama oddała małą tam, skąd ją wzięła, bo po co jej ona mama - która do tej pory Kasi nawet nie dotknęła - przytula siostrzyczkę do siebie, wszystko to w ciągu pięciu minut po dziesięciodniowej nieobecności mamy w domu -  i naprawdę trudno się dziewczynce dziwić, że wolałaby garnuszki dla lalek. W takiej sytuacji Królowa Matka nie wyklucza, że też by wolała.

W tym miejscu musi Królowa Matka poczynić uwagę, że coś bardzo pani autorce nie wyszło, bo jakim cudem dziecko wyjątkowo podobno bystre i dysponujące dowodem na tę bystrość w postaci zestawu piątek na świadectwach nie domyśliło się charakteru tej szumnie zapowiadanej niespodzianki nie umie Królowa Matka zgadnąć. Królowa Matka sprawdziła w Wikipedii, że ludzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku rozmnażali się tak samo jak dziś, a z ich rozmnażaniem wiążą się trudne do przeoczenia szczegóły, jak rosnący brzuch przyszłej matki, jej większa ociężałość, trudności w poruszaniu się oraz rzesze cioć i sąsiadek dopytujących się o termin rozwiązania oraz o to, czy starsza córeczka wolałaby siostrzyczkę czy braciszka. I nawet jeśli Królowa Matka jest w stanie uwierzyć, że Kasia nie zauważyła albo nie skojarzyła z niczym ani brzucha, ani zmiany w zachowaniu i wyglądzie mamy to w brak sąsiadek, cioć i towarzysko usposobionych starszych pań na ulicy i w środkach komunikacji miejskiej nie uwierzy nigdy w życiu.

Uderza wszakże, jak bardzo, jak kompletnie rodzice nie przygotowują Kasi do zmian, które mają nastąpić. Łubudu, bum, mamy dzidziusia, a ty masz się cieszyć, bo tak. Podobna informacja podana nawet pięć miesięcy wcześniej miałaby prawo wstrząsnąć Kasią i wcale jej nie ucieszyć, walnięcie jej jak obuchem między oczy i postawienie przed faktami bardzo dokonanymi w najmniejszym stopniu nie spełnia definicji bycia uroczą niespodzianką. A to dopiero początek pedagogicznych popisów rodziców Kasi, murowanych kandydatów do tytułu Rodziców Roku Albo I Stulecia.

Rodzice Stulecia zaczynają - co z punktu widzenia osób dorosłych i doświadczonych macierzyńsko jest zrozumiałe, ale Kasia ani dorosła, ani doświadczona, macierzyńsko i nie, nie jest -  nie mieć czasu, kończą się wyjścia do kina, mama już nie szyje Kasi nowych sukienek, bo przecież trzeba Agnieszce uszyć nowe kaftaniki, Kasia ma odrabiać lekcje i być cicho, bo Agnieszka akurat śpi, a przecież potrzebuje dużo snu. Tatuś wychodzi do miasta po mleko dla małej, obiecuje kupić Kasi książkę, wraca z mlekiem, za którym ganiał od apteki do apteki przez pół dzielni, za to bez książki, bo nie zdążył zajść do księgarni, i nawet jeśli Królowa Matka racjonalnie rozumie, że mleko dla noworodka jest ważniejsze niż książka dla ośmiolatki, to rozegrane to było haniebnie, należało Kasię nazajutrz, choćby się waliło i paliło, zabrać do księgarni i kupić obiecaną książkę i jeszcze jedną na przeprosiny, które się jej należały jak psu micha. Goście, ci sami goście, którzy chichotali nad Kasinymi wierszykami i cmokali nad zeszytami, przychodzą tylko do małej. Ukochany dziadzio mówiąc: "Powinszować córy!" nie ma już na myśli Kasi i jej piątek, tylko Agnieszkę, a do Kasi zapomina nawet zajrzeć.

Kasia reaguje na tę otchłań, która otworzyła jej się pod stopami, po prostu podręcznikowo. Najpierw stawia bierny opór. Nie ubiera się, twierdzi, ze nie potrafi, odmawia pomocy, a nawet nie odmawia, tylko "nie umie" i "nie wie gdzie coś jest", jakby podświadomie chciała być tak bezradna, jak ten piszczący tobołek, nad którym wszyscy pochylają się z taką uwagą. Robi na złość i na początku przeraża ją złośliwa przyjemność, którą wtedy czuje, rany, jakie to prawdziwe (komentarzu odautorski, idź się czochrać). Zaczyna kłamać w szkole, że tatuś kupi jej książki, a mama szyje sukienki, bo przecież nie sposób przyznać się, że rodzice mają cię w głębokiej obojętności, gdyż siostrzyczka. Zaczyna łapać dwóje, na początku umyślnie, z precyzyjną myślą w tyle głowy, że może chociaż to rodzice zauważą.

Rodzice zauważają, a jakże. Biernego oporu nie zauważyli, cichej rozpaczy nie zauważyli, końca świata nie zauważyli, ale dwóje by przeoczyli, też coś. Zauważywszy, porzucają wyrażane dotąd  na głos w Kasinej obecności opinie, że "chociaż z nauką dobrze, bo reszta, to...", a zaczynają się użalać, że "już i tak robi się nieznośna, a teraz jeszcze dwója", ale na szczęście "chociaż z Agnieszki jest pociecha" (!!!) i pozostają głusi na wygłoszone otwartym tekstem "Agnieszka jest dobra, Agnieszka jest dobra, a ja właśnie nie".

Zadziwiające, jak bardzo w tej książce dorośli ślepi są na wspomniany przez Królową Matkę na początku tej logorei fakt, że dzieci nie są miniaturowymi dorosłymi, że - cierpiąc i walcząc o coś - używają sposobów i środków stosownych dla ośmiolatki, nie werbalizują dojrzale swych potrzeb i wewnętrznego wzburzenia, nie analizują, nie wgłębiają się, nie racjonalizują (i nie mają żadnego obowiązku cieszyć się z tego, z czego zdaniem dorosłych cieszyć się powinny), tylko reagują jak miniaturowy berserk, rzucaniem się w gniewie do walki i kaleczeniem siebie i innych, nie do końca świadome, co je właściwie boli. Nie, w tej książce dorośli są pewni swojej nieskazitelności, żadnego nie zastanawia - o braniu za to jakiejkolwiek odpowiedzialności nie wspominając - to, że wzorowa uczennica i popularna koleżanka zaczyna się gwałtownie opuszczać w nauce, przychodzi nieprzygotowana do lekcji, zostaje odrzucona przez klasę. To jest jej wina, jej, Kasi, tej niegrzecznej dziewczynki, którą trzeba przykładnie ukarać, żeby zrozumiała, jak bardzo jest niegrzeczna, i Królowa Matka czekała jeszcze tylko na tekst "i jak bardzo martwi swoja biedną matkę".

No więc karzemy Kasię w ten sposób, że każemy jej zostać pewnego chłodnego, jesiennego wieczora z Agnieszką w domu. Kasia postanawia ignorować siostrę, jakby jej w ogóle nie było, siostra ignorować się nie daje, bo płacze rozpaczliwie, gdy w końcu Kasia wpada rozjuszona do pokoju małej okazuje się, że dziecko jest wyziębione, bo wiatr otworzył na oścież okno, i podduszone, bo ułożone na brzuszku wcisnęło buzie w poduszkę i nie umiało się samo odwrócić. Kasia wpada w panikę, odwraca małą, otula ją kocykiem, zamyka okno i do powrotu mamy bawi siostrę, i jest to taka ładna okazja, by dać Kasi szansę na prawdziwe polubienie Agnieszki, żeby mogła zauważyć, że mała siostra jest zabawna i całkiem miła, a potem, że można się w nią w szkole pochwalić i to nawet bardziej niż garnuszkami dla lalek. Szans zmarnowana, bo Kasi trzeba przecież dowalić, i to tak na poważnie, więc Agnieszka musi ciężko zachorować, a Kasia musi się tak bać, tak strasznie bać, i nie może polubić Agnieszki, bo dojrzała, zrozumiała i się zmieniła, nie może starać się być lepszą koleżanką, bo dorosła, nie może poprawiać słabych ocen, bo uczciwie pracowała, przemyślała swoje postępowanie i doszła samodzielnie do jakichś wniosków, nie, ona musi wiedzieć, że to jej wina, jej, bo była niedobra, niegrzeczna, ale teraz już nie jest, teraz już została wytresowana i ślicznie się naprawiła, dobra dziewczynka, cacy, już wie, co robić i jak się zachowywać, żeby ją mamusia i tatuś kochali. I dowiaduje się - a z nią wszystkie czytające tę lekturę dzieci - że dla rodziców liczy się tylko najmłodsze dziecko, a jeśli masz tego pecha, że najmłodsze nie jesteś to pamiętaj, że musisz mieć dobre oceny, bo bez dobrych ocen nie jesteś dla swoich rodziców (a nawet w ogóle dla wszystkich, dla kolegów, koleżanek, nauczycieli i dziadunia) niczym więcej tylko utrapieniem, które muszą bohatersko znosić.

Noż fak.

Co za szczęście, że synowie Królowej Matki nie przerabiali w szkole utworu, który dobitnie wykłada, że dziecko nie jest człowiekiem, tylko rodzajem zwierzątka do wytresowania, i że ma prawo do swoich własnych uczuć, emocji i sposobów na ich okazywanie wyłącznie w takim zakresie, w jakim to odpowiada otaczającym je dorosłym.

Nie jest to jednakże jedyna rzecz, która Królową Matką wstrząsnęła - tej drugiej, takie przynajmniej Królowa Matka żywi podskórne przekonanie, jej synowie po prostu by nie zrozumieli.

Otóż powróćmy do początku naszej opowieści.

Kasia się budzi. Dzień jest jakiś inny. Kasia nie wie, czemu jest inny, ale po jakimś czasie orientuje się, że to dlatego, że nie ma w domu mamy. Nieobecność mamy jest rzeczą dotkliwą, gdyż "kto nam zrobi teraz śniadanie, przecież nie Kasia". Królowa Matka, której dwóch starszych Potomków robiło sobie kolacje samodzielnie od siódmego roku życia zdławiła pytanie, czemu właściwie nie Kasia, ale no dobra, niech będzie, że nie, tylko czemu ona się przejmuje, w domu jest przecież druga dorosła osoba.

Druga dorosła osoba, czyli tatuś jednakże najwyraźniej po raz pierwszy w życiu widzi własną kuchnię. "Jurek - mówi bezradnie - nie wiesz, w którym garnku mama gotuje mleko?". Jurek nie wie, tatuś nie wie, nikt nic nie wie, tatuś jakimś cudem znajduje garnek i natychmiast trafia na kolejny problem porównywalny z przeprowadzeniem zimnej fuzji. "Jurek - wyciąga swojego jedenastoletniego syna z łazienki - a nie wiesz, gdzie mama trzyma jajka? MÓWIŁA MI, ALE ZAPOMNIAŁEM".

Gdzie mama trzyma, k...wa, jajka, wybaczą Państwo Królowej jej frencz.

Kobieta jedzie nocą na porodówkę i musi instruować biednego misiaczka, gdzie w jego własnym domu, w którym bynajmniej nie przebywa on wyłącznie w charakterze gościa na święta Bożego Narodzenia, są jajka (a potem majeńki dziubdziulek to i tak zapomina)!

No, nie tam, gdzie my wiemy, a pan byś chciał mieć, panie ładny, tam tych jajek nie ma na pewno, ani jednego.

W czasie, gdy pan (buahahaha) domu zmaga się z problemem braku jajek i braku patelni do ich usmażenia ("Ale to chyba można usmażyć w garnku?") mleko się bierze i kipi, wskutek czego głowa rodziny doznaje spektakularnego załamania psychicznego ("wziąłem pewnie za płytki garnek!"), i musi go pocieszać nieletni syn, który ponadto bierze na siebie przyrządzenie śniadanie w postaci krzywo pokrojonego chleba z masłem.

Nawet jeśli Królowa Matka miała nieśmiałą nadzieję, że ten śniadaniowy bajzel wywołany został całkiem przecież zrozumiałym stresem, nadzieja ta rozwiała się na kolejnych stronach, obfitujących w opisy obiadu w postaci gara kaszy ugotowanego "na zapas" i "trochę tylko przypalonego na dnie" oraz grubej warstwy kurzu, w którym Kasia wypisuje hasła "Mama wraca", a zupełnie ją pokonał fragment: "Nagle tatuś złapał się za głowę patrząc w kąt kuchni, gdzie na podłodze stały rzędem brudne garnki, patelnia, kilka szklanek i kubki".

RANY KOGUTA.

Królowa Matka czytała ten kawałek kilka razy, za każdym razem próbując jakoś go objąć rozumem. Nawet późniejszy opis pastowania podłogi metodą: "Obłóżmy podłogę pastą i zobaczymy, co będzie dalej" oraz rozważań "nie wiedziałem nigdy, że to tak ciężko" nie pokonał Królowej Matki tak, jak wizja pana domu, jego jedenastoletniego syna i ośmioletniej córki, wszystkich pełnosprawnych intelektualnie i fizycznie, ze zdrowymi rękami, którzy we własnym domu USTAWIAJĄ NA PODŁODZE RZĄDKIEM BRUDNE, UŻYTE NACZYNIA I WYCIĄGAJĄ NOWE. Nie, bez względu na to, jak często czytać będzie Królowa Matka powyższy fragment i tak część jej umysłu odmawia zrozumienia.

Próbowała sobie również wyobrazić swoje dzieci, synów ojca gotującego obiady, sprzątającego dom i robiącego pranie, swoje dzieci, przygotowujące sobie posiłki i zmywające po sobie naczynia, jak czytają ten kawałek i wyszło jej, że by go nie zauważyły, bo ich mózg nie jest gotowy na przyjmowanie podobnych treści.

Przez większość książki Królowa Matka łudziła się nadzieją, że może mama Kasi nie pracuje zawodowo, jest gospodynią domową, a tatuś zaiwania na pięciu etatach, co by wyjaśniało - nie całkiem, ale troszeczkę - jego nieogarnięcie w temacie obowiązków domowych, ale nie, w końcu zażywna pani, która przychodzi wyciągnąć mamę Kasi na zebranie, wskutek czego Kasia zostaje z Agnieszką sama w ów brzemienny w skutki wieczór, nie wyciąga mamy przecież na spotkanie klubu książki. Wygląda więc na to, że mama Kasi po powrocie do domu z pracy pastowała podłogi, oporządzała dom, piekła, szyła, gotowała, odkurzała, sprzątała i prała, a tatuś Kasi po powrocie z pracy do domu odpoczywał po dniu pracy, nie kalając swej stopy wejściem do kuchni choćby tylko po to, by wynieść po sobie talerzyk.

Budzi w Królowej Matce prawdziwą grozę świadomość, że w XXI wieku w szkole podstawowej dzieci stykać się mogą - że tyle, dosłownie tyle (tu Królowa Matka pokazuje, jak bardzo tyle) brakowało, by z podobną wizją świata spotkać się mogły jej własne Potomki -  z opisaną jako wzorową (pomijając przejściowe, tak ślicznie i ku wszechobecnemu zachwytowi rozwiązane problemy ze średnim dzieckiem) rodziną, w której pan domu nie wie, gdzie stoi garnek do mleka, a dziecko na widok nie umytych naczyń mówi beztrosko: "Mama wróci, to pomyje".

A właściwie wszystko, wszystko w tej powieści budzi grozę w Królowej Matce i jedyne, co napawa ją otuchą to wiara, że jest coraz więcej nauczycieli, którzy zaznajamianie dzieci z "Oto jest Kasia" ograniczą do omówienia sceny zabawy w tonący statek.

63 komentarze:

  1. Zawsze uważałam tę książkę za paskudną...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod pewnymi względami jest niezła - dobrze napisana, sugestywna (ZA sugestywna), portret dziecka świetny, tyl, że - jak pisałam - niechcący. Ale KOMPLETNIE oderwana od realiów współczesnych i pedagogicznie bardzo szkodliwa.

      Usuń
  2. Dziękuję, że ktoś to napisał i to w takich pięknych, zgrabnych słowach. Jako dziecko płakałam nad Kasią, bo mi było jej tak strasznie żal. Teraz patrzę ze zgrozą na postacie dorosłych i chyba już nie chcę więcej tej książki oglądać na oczy. Może moi synowie jakoś się od niej wywiną...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja gdy to czytałam miałam ogromne poczucie niesprawiedliwości. Dość mocno się z Kasią utożsamiałam i oburzało mnie to, że jej próba manifestacji swoich uczuć traktowano jako bycie niegrzeczną. Głównie przez to, że miałam tak samo.

      Usuń
  3. Cóż, niestety to nie tylko fikcja literacka. Mam prawie 18 lat. Z pieczeniem sobie radzę, z gotowaniem trochę, smażyć nie lubię. Zmywać umiem, używać pralki nauczyłam się przed może rokiem, mycie łazienki to dla mnie czarna magia. Moja mama wiecznie narzeka "ja w twoim wieku umiałam już robić/robiłam to, to, i to", a zarazem powtarza, że nie chce przeładowywać mnie pracami domowymi, bo moim głównym obowiązkiem jest edukacja. Gdy czegoś potrzebuję, po prostu to dostaję. Mam prawie 18 lat i niewiele większą wiedzę o życiu od Izabeli Łęckiej. Chcę po maturze, zamiast od razu iść na studia, zrobić sobie rok przerwy. Popracować, poznać życie i wartość pieniądza. Pouczyć się odpowiedzialności. A potem może studiować poza Poznaniem, by wyrwać się spod klosza i usamodzielnić. Tylko mama jest przeciwna, tata uważa to za ważny pomysł. Cóż, mam 18 lat i jestem zupełnie nieprzygotowana do dorosłego życia.
    Mam także młodszą siostrę. Od 15 lat żyję w przekonaniu że jestem gorsza, bo cośtam. I niegrzeczna, bo gdy moja siostra znalazła się nagle na świeczniku robiłam wszystko by odzyskać pozycję. Dlatego gdy swego czasu czytałam tę książkę, sympatyzowałam z Kasią, bo widziałam - i nadal widzę - w niej siebie. Tak jak ona byłam i jestem nierozumiana, nieprzystosowana do prawdziwego życia, faworyzowana, rozpuszczona jak dziadowski bicz, trochę też dziecko na pokaz. Bo taka zdolna. Dobrze się uczy, pisze wiersze, rysuje, śpiewa. Tylko reszta...
    Cóż, mam 18 lat i nieco skrzywione życie. Ale tylko nieco. W granicach normy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to niezupełnie o to chodzi. Nie chodzi o to, czy ktoś potrafi, czy nie potrafi gotowoc i sprzątać, bo np. ja mając osiemnaście lat byłam dokładnie taka jak ty :), a moje dzieci są przyuczone do robienia różności (także dlatego, że jest ich sporo i zwariowałabym, gdybym ich wszystkich musiała obsługiwać). Ja w ich wieku nie musiałam palcem ruszyć, tylko się uczyć. ALE nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zostaję sama z tatą i siostrą, i jemy przez dziesięć dni kaszę na obiad i jajka na kolację, a brudne naczynia ustawiamy w rządku w kuchni (a mój tata był domowo niezaradny). Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy dziecko nie może polegać na dorosłej osobie, bo ta dorosła osoba nie potrafi poruszać się we własnej kuchni.

      Wielu rzeczy sobie nie wyobrażam...

      Usuń
    2. Ale to trochę także o TO chodzi. O traktowanie dziecka jako ulubionej - aktualnie - maskotki. O brak świadomości że to dziecko jest człowiekiem oraz - chcemy czy nie - partnerem. Nie chcę Ci kadzić Królowo, ale trafiłaś w punkt! "Oto jest Kasia", którą czytałam w dzieciństwie i miałam bardzo irytujące wrażenie, że coś tu jest okropnie nie tak, powinno się nazywać "Oto są rodzice Kasi" albo: "Spójrz, to także człowiek". Najbardziej zdumiewająca jest mama. Nieprawdopodobnie wpisana w schemat. Nie myśli? Nie ma siły rozumieć?
      Nie rozumiem...

      Usuń
  4. Z tego co widzę Kasia po raz pierwszy została wydana w roku Pańskim 1959. Mam wrażenie, że takie były realia wtedy jeśli chodzi o prowadzenie domu i generalnie podział obowiązków. Kobiety pracowały - i nie wiązało się to koniecznie z samorealizacją i innymi takimi szczytnymi hasłami tylko było po prostu koniecznością ekonomiczną - ale równocześnie wymagano aby dom był ogarnięty. I miał być przez kobietę ogarnięty rzecz jasna bo to jej obowiązek przecież. Mężczyzna w domu "pomaga" jeśli kobieta ma szczęście. Pamiętam takie jedno zdanie z Autobiografii Chmielewskiej. To były mniej więcej te czasy. W życiu Chmielewskiej wrzało, ślub, ciąża, studia wszystko naraz. A równocześnie - siedząc nad tym rajzbretem często do rana - pamiętała że "w domu był przecież ojciec i pies i jakiś obiad NALEŻAŁO im dać". Nie chodzi nawet o to, że ojciec Chmielewskiej był w typie borejkowskim, kochany ale kompletnie nieporadny i bezpieczniej było go do kuchni nie wpuszczać. Chodzi o to NALEŻAŁO. Takie myślenie po prostu. I to owocowało faktem, że dzieci często nie były włączane. Mają się uczyć i w ogóle albo "ja to zrobię szybciej". No pewnie, ale nie o to chodzi...

    No i oczywiście się zgadzam z każdym słowem, ta książka po prostu okropna jest. Ten cały materiał bardzo wiarygodny psychologicznie mam wrażenie powstał niejako mimochodem, te MORAŁY! Żeby dzieci broń Boże nie przeoczyły, że ich emocje się nie liczą, mają być grzeczne BO TAK, a inaczej to są ZUE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się całkowicie, nawet chciałam o tym wspomnieć, ale zapomniałam :). I może dobrze, że zapomniałam, bo recenzja by mi się rozrosła do rozmiarów książki :D. Realia książkowe w temacie prac domowych są na pewno zgodne z realiami epoki, ale ta epoka minęła jednak parę lat temu i nie pojmuję, dlaczego dzieci teraz mają czytać "Kasię" inaczej niż książkę historyczną, rozumiesz. Potomek Młodszy czyta teraz "Tomka Sawyera", który wydaje mi się o wiele bardziej współczesny i na przykład własnie potrafi sobie poradzić i z gotowaniem i pieczeniem na przykład. A tu taka konserwa.

      Usuń
    2. Tak mi się skojarzyło a propos realiów epoki... czytałam jako dziecko, w podstawówce, ale nie pamiętam, w której klasie, książkę pt. "Robinsonka" - o dziewczynie, która po śmierci matki na rok rzuca szkołę, bo przecież ktoś musi prowadzić ojcu dom. I przez ten rok zajmuje się wyłącznie gotowaniem, sprzątaniem itd. (pamiętam, że byłam zdeczka przerażona opisami, jak to "wreszcie nauczyła się odróżniać schab od łopatki i już jej rzeźnik nie oszukiwał", a ja nie wiedziałam, jak wygląda schab, a jak łopatka i byłam pewna, że nie dam sobie rady w życiu). Książka powstała w latach 40. i wydawałoby się, że takie podejście jest dawno i słusznie minione... ale pamiętacie? W Kwiecie kalafiora, którego akcja toczy się w roku 1978, też pojawia się pomysł, żeby na czas pobytu matki w szpitalu Gabrysia zwolniła się ze szkoły, no bo przecież tatuś domu nie ogarnie...

      Usuń
    3. Szczęśliwie Chmielewska swoich synów wychowała już inaczej (przypomina mi się tu pierwsza przepierka Roberta :D)

      Usuń
    4. To chyba w miastach tak było, że matka rodziny robiła sama wszystko i nie włączała w to dzieci. Moja mama wychowała się na wsi, była najstarszą córką w bardzo licznej rodzinie i wręcz przeciwnie, nie miała czasu na naukę, bo trzeba było pracować w gospodarstwie, zajmować się młodszym rodzeństwem i w ogóle ze wszystkim sobie radzić, bo rodzice nie mieli dość czasu ani uwagi dla każdego dziecka.
      I chociaż sama ma już tylko dwoje dzieci, to wychowała je w podobny sposób, powiedziałabym, że byłam niemal zmuszana do prac domowych wbrew moim chęciom i żadne takie "nie musisz zmywać i gotować, skup się na nauce" nie wchodziło w grę. Kiedy później poznawałam ludzi wychowanych właśnie takim systemem, którzy mając lat 20 nie umieli porządnie umyć garnka, nastawić prania, ugotować makaronu czy zrobić zakupów, to miałam takie oczy.
      Może to nie była kwestia czasów, tylko może bardziej warstwy społecznej. Że dzieci inteligencji wychowywano nieco inaczej, niż dzieci chłopów i robotników - natomiast o dziecięcej psychice wszyscy jednakowo nie mieli pojęcia i wszyscy jednakowo oczekiwali, że dziecko będzie bez protestów spełniać oczekiwania, tylko w różnych sytuacjach były one inne.
      Mama mówi, że w jej domu obowiązek prowadzenia gospodarstwa spadał automatycznie na córki. Córki były trzy, synów siedmiu. I nawet nie w tym rzecz, że ojciec sam by nie ogarnął - on pracował, dużo czasu był poza domem, oczywiste że nie dałby rady, ale że ogólnie podejście do wychowania było takie, że gospodarstwo domowe to zajęcie kobiet i mężczyźni, czyli tutaj synowie, nie muszą się kalać myciem garów, gotowaniem itp. Trochę mam nadzieję, że irl aż tak strasznie jednak nie było i że chłopcy mieli jakieś obowiązki, w polu czy obejściu...

      Usuń
    5. Generalnie wyobrażam sobie, że jeśli ta książka jest omawiana w całości to właśnie pod hasłem "ile rzeczy się zmieniło," że dzieci się uczy zrozumienia różnych perspektyw, właśnie tego że czasem człowiek, zwłaszcza mały choć nie tylko nie potrafi rozpoznać przyczyn własnych emocji i nie umie sobie z nimi radzić, generalnie właśnie można się skupić na tym co wyszło mimochodem jak pisałam. Nie wyobrażam sobie nauczyciela, który taką książkę omawia zgodnie z Autorskim, panie dzieju, Przesłaniem, jak wiktoriańską powiastkę z morałem DUŻYMI LITERAMI. No ale może naiwna jestem.

      Usuń
    6. @ kura z biura - no ale w Kwiecie kalafiora Gabrysia sugeruje to ironicznie (i jest trochę podłamana kiedy ojciec ironii nie łapie) a ciotka Fela potrafi takie rzeczy ukrócić jednym zdaniem "Koniec półrocza się zbliża a ty chcesz z dziecka zrobić służącą!" i więcej nie ma o tym mowy. Akurat ta Jeżycjada z lat siedemdziesiątych jest dość postępowa, mam wrażenie że teraz trochę staroświecczeje, jeśli można to tak ująć. Paradoks taki.

      Usuń
    7. @Kerri - absolutnie nieprawda, że tylko w miastach tak było. Moja rodzina na wsi chowana i w każdym przypadku, każda kobieta wspomina, że najstraszniejsze było uczenie się wszystkiego dopiero po ślubie. Gotowania, prania, zarządzania domem. U większości z nich jedyna umiejętność, jaką wyniosły z domu rodzinnego, to szorowanie podłogi. Aczkolwiek chłopcy nie umieli nawet i tego.

      Nie piszę tego, żeby zarzucać tutaj kłamstwo, ale żeby zapobiec tworzeniu narracji, która nie jest prawdziwa (kontrast miasto-wieś, inteligencja-chłopi). Wydaje się, że obciążenie obowiązkami to wypadkowa tego, czy matka pracowała zawodowo bądź oporządzała gospodarstwo rolne, ile było dzieci i ile było finalnie tej roboty do zrobienia. Myślę, że instynkt chronienia dzieci przed nieprzyjemnościami (a tak często postrzegamy obowiązki domowe) jest silny niezależnie od czasów i okoliczności - tam, gdzie były na to warunki, dzieci były chowane pod kloszem, tam, gdzie nie było czasu na takie głupoty, dzieci partycypowały w podstawowych zadaniach.

      Hanako

      Usuń
  5. O rety! Jako dziecko bardzo lubiłam tą książkę, ale pamiętam, że zawsze traktowałam to trochę, jak jakąś dziwaczną fantastykę. Rodzina Kasi wydawała mi się tak komicznie dziwna, głupia i (zwłaszcza męska część) nieporadna, że kibicowałam Kasi, aby sprawiała im kłopoty. Teraz, jak mi przypominasz szczegóły to włosy dęba stają!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłaś mądrą dziewczynką, gratuluję :)!

      Usuń
  6. Rany, pamiętam jak oboje, pomni tego nieszczęsnego literackiego gniota, po narodzinach drugiej córki zmuszaliśmy wszystkich, by przed zachwyceniem się Młodszą najpierw zachwycili się Starszą. I oprócz grzechotki przynieśli też drobiazg dla pięciolatki. Oraz oswajanie Starszej z myślą, że pojawi się siostrzyczka...
    Szczęśliwie lektura została pominięta przez szkołę. Natomiast niezmienne zastanawia mnie fenomen utrzymywania się tego bestsellera na liście zalecanej przez MEN. Rozumiem, że po prostu nikt co 10 lat nie czyta na nowo tych wszystkich klasyków i nie ocenia, czy aby jedna się ciutkę nie przeterminowały, ech.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy to w "Kasi" jest fragment jak miala pojsc do kina na film o kaczuszce i zmysla fabule, zeby kolezanki sie nie dowiedzialy ze jej rodzice nie zabrali?

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak słusznie zauważyłaś, dzieciaki nie są bezrefleksyjne i nie łykają jak pelikany, co im każą dorośli, więc... jako dziecko z rocznika 93 pragnę zgłosić, że odbiór się zmienił. Czytałam jako dziesięciolatka i już wtedy uważałam, że rodzice Kasi to para nieudolnych wychowawczo idiotów (po co były te ciążowe tajemnice i czemu oni się spodziewali, że rozpieszczona Kaśka się ucieszy?). ;)

    A ponieważ w podstawówce człowiek jeszcze nie ma wbudowanych hamulców, z rozkoszą czytałam kawałki o tym, jak Agnieszce dzieje się krzywda. Coś na zasadzie "Ahaha, należało ci się". :P

    Czyli spoko czaszka, przestarzałe przesłanie to najmniejszy problem.

    Pozdrawiam cieplutko
    Haszyszymora

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja w sumie byłam chyba bardziej za Kasią. Wcale się jej nie dziwiłam, że kłamie, żeby zaimponować kolegom. I byłam też w trochę podobnej sytuacji. Jak był ten fragment z książką (To chyba było coś z Pyzą), to nie winiłam Kasi, że jest niezadowolona. W końcu ktoś jej powiedział, że książka będzie, obiecał, obietnice złamał, co jest naganne i tak się nie robi, a potem nie było chyba żadnych przeprosin, żadnego tłumaczenia się. A powinno być, bo jak się zawini, to należy jakoś to naprawić. A tutaj tatuś pozostał krystalicznie czysty. To takie uczenie dzieci, że jak ktoś jest słabszy, to można mu dowolnie zrobić krzywdę i nie ponosić konsekwencji. Nawet jako dorosły człowiek, rozumiejąc, że są inne priorytety, nie przyjęłabym takiego zachowania zbyt dobrze.
    Magiczne było tez dla mnie, że Kasia nie dostała właściwie żadnej szansy na polubienie siostry. Nic. Mam młodszego pięć lat brata i dwoje starszego rodzeństwa. Nie rozumiałam,jakim cudem Kasia właściwie nie ma kontaktu z bratem i siostrą. Jakim cudem jest tak od nich odcięta. I Nikt mi tego nie zwali na różnice wieku, ani tym bardziej na różnicę płci.
    Nie rozumiałam też zupełnie, czemu Kasia dowiedziała się o dziecku tak późno. Po co było to ukrywać?
    Na nieporadność rodziców kompletnie nie zwróciłam uwagi, może wyparłam, bo u mnie w domu niby tradycyjny podział obowiązków, ale generalnie bardziej pamiętam moich wujków stojących przy kuchni i przy zlewie, niż swoją mamę.
    W sumie do zarzutów docuciłabym wniosek, że skoro Kasia żadnej zmiany nie zaobserwowała, to znaczy, że mama przez całą ciążę pracowała, sprzątała, gotowała i ogólnie zaiwaniała jak dziki wół z wielkim ciężkim brzuchem, mdłościami i poczuciem ogólnego zmęczenia, a mąż nie wpadł nawet na pomysł, że czasem mógłby zamiast niej kolacje zrobić, bo wtedy orientowałby się w położeniu garnków.
    Jak przeczytałam Królowej recenzję, to nabrałam ochoty na zrobienie jakiejś petycji o usunięcie książki z listy lektur. Ewentualnie wrzucić na zajęcia ze studiów pedagogicznych, jako prosty elementarz, czego nie należy robić dzieciom.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jurek - wyciąga swojego jedenastoletniego syna z łazienki - a nie wiesz, gdzie mama trzyma jajka? Mówiła mi, ale zapomniałem.
    Zaprawdę, nic mnie od tego bardziej nie rozwala - zgrabniejszego słowa znaleźć nie poradzę na to, co ten fragment ze mną robi.
    Bo gdyby się to jeszcze rozchodziło o mąkę, cukier czy inną tam herbatę, którą można trzymać w szafce dolnej, górnej, środkowej, szufladzie, kredensie, spiżarce, w pińcuset różnych pojemnikach z różnych tworzyw, nawet i w apteczce w puszce po kakao z napisem "sól" - słowem, gdyby tata-sierotka szukał tej nieszczęsnej herbaty, można by go w minimalnym stopniu usprawiedliwić. Ale konia zrzędę temu, kto mi wskaże, gdzie poza lodówką normalni ludzie przechowują w domu jajka i jak którykolwiek domownik dosięgający do klamki może do tej lodówki nigdy nie zaglądać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest z lat 50., możliwe, że lodówka nie była jeszcze wówczas powszechnym sprzętem w domach, szczególnie w Polsce. U mojej koleżanki w domu, w bloku z lat 60., była tak zwana "zimna szafka" pod oknem, z otworami wentylacyjnymi, w której właśnie można było z braku lodówki trzymać łatwo psujące się produkty. A w "Kuchni polskiej" z roku 1971, którą dostałam po babci, jest cały rozdział o urządzeniu spiżarni, choć oczywiście lodówka już wówczas jest wymieniana wśród wyposażenia kuchni.

      Usuń
    2. Teściowa - w zimnej piwnicy. A moja mama trzyma w spiżarce, ale przynosi je świeżo z kurnika...

      Usuń
    3. Racja, kajam się, nie wzięłam poprawki na lata - internety mówio, że pierwszą lodówkę w Polsce wyprodukowano w 56-57 roku. Niby teoretycznie rodzice Kasi mogliby takową mieć - z tego, co pamiętam z książki, to do najbiedniejszych nie należeli, a jako miastowcy z kurnika też tych jajek raczej nie przynosili na bieżąco. Ale nawet przyjmując, że nie, to nawet w czasach "zimnych szafek" chyba domownicy byli raczej zaznajomieni z tym, gdzie się trzyma psujące się szybko produkty? Bo naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić domu, w którym nikt poza żoną-matką nie przekracza progu kuchni, choćby po to, żeby złowić coś na ząb między posiłkami.

      Usuń
  11. Nigdy nie doczytałam tej książki. Już jako gówniara, wiedziałam, że coś jest nie tak z tą rodziną :D
    Moje dzieciaki nie miały jej na liście lektur, więc nie wiem jak działa właściwie taka lista? Hm, dziwne

    OdpowiedzUsuń
  12. >No, nie tam, gdzie my wiemy, a pan byś chciał mieć, panie ładny, tam tych jajek nie ma na pewno, ani jednego.
    Lowju soł macz! <3

    Zwłaszcza, że zauważcie - Agnieszka była trzecim dzieckiem, co oznacza, że szanowny tatuś przeżył dwa porody swojej żony, dwie jej nieobecności i do cholery jasnej, powinien już dokładnie wiedzieć, czego się spodziewać! Co za głąb jakiś niewyuczalny...
    Poza tym, ja ze swej dziecięcej lektury zapamiętałam głównie to, że Kasia była niegrzeczna, a potem się poprawiła. I że generalnie "miała za swoje", za tę swoją niegrzeczność. Ale też nigdy nie czytałam tej książki jako dorosła.
    A te ciążowe tajemnice, to już w ogóle jakiś XIX wiek, jakaś wiktoriańska pruderia zabraniająca mówić o ciąży. Kojarzy mi się to z "Księciem Kaspianem", gdzie też w pałacu zapanowało napięcie i popłoch, mówiło się, że królowa jest chora, a potem jebs! i pojawił się następca tronu.
    O, i ja też zapamiętałam fragment, jak Kasia zmyśla treść filmu o kaczuszce ("idzie sobie i śpiewa"), a zupełnie nie zapamiętałam tonącego statku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ja pamiętam w którejś właśnie powieści bodaj Montgomery rozśmieszyło mnie niemal do łez. To były czasy kiedy kobieta ukrywała ciążę generalnie w tym sensie, że jak już było cokolwiek widać to praktycznie przestawała wychodzić z domu chyba, żeby publiki nie gorszyć. (Był taki dialog Ani z Dianą pod hasłem "czy przyjedziesz w odwiedziny zanim... no cóż, zanim przez jakiś czas nie będę mogła przyjmować gości". Na litość boską dwie kobiety obie już długo mężate i dzieciate!!) Dzieci też widywały rodziców generalnie rzadziej i miały praktycznie zerową wiedzę na ten temat. No i w którymś tomie doszły do wniosku - bardzo logicznego biorąc pod uwagę ilość danych jakimi dysponowały - że doktor Carter musi chyba przynosić dzieci w swojej lekarskiej torbie...
      Już jak byłam dzieckiem to się zdumiewałam, jak Kasia mogła nie zauważyć. I jak ci rodzice mogli być tak głupi żeby jej słowa jednego nie powiedzieć tylko @#$#@%#^$ niespodziankę zrobić...

      Usuń
  13. Mi najbardziej utkwiło w pamięci - a czytałam Kasię tylko za młodu - że zastanawiałam się jak to było ze starszym bratem Kasi, czy on też był taki rozpieszczany jak ona a po jej urodzeniu nagle przestano się nim interesować? Przecież ludzie, miał wtedy tylko trzy latka! Jak ojciec taki ekhm... zaradny inaczej to kto się dzieckiem wtedy zajmował? Ciekawe czy trzylatkowi też powiedziano, że mama przywiezie mu niespodziankę...
    Wydaje mi się, że nawet była w książce taka scena, w której Jurek zaczyna rozumieć, że teraz Kasia musi pożegnać się z pozycją nr 1 w rodzinie i przejść razem z nim do szarej strefy. Właśnie tak mi się jakoś kojarzyło, że to rodzeństwo niby razem a tak strasznie osobno żyło. Urodził się Jureczek, o jak super! Cudowne dziecko ale zaraz... O! Kasia się urodziła, jaka cudowna - Jureczek, proszę do garderoby, tak mi się "Dobra Pani" przypomniała :/
    I jako dziecko odebrałam ten fragment gdy mamy nie ma jako taki żart, głupią sytuację jak z kabaretu, bo mój tato może kucharzem nie jest ale zająć się mną i nawet umyć te naczynia też potrafi. Miałam tyle chyba lat co Kasia, gdy mama była w szpitalu i no rzesz, nie obrośliśmy kurzem, zjeść było co, nikt nie czekał aż mama wróci i magicznie posprząta.
    Jedyne co mogę się zgodzić, że w czasach gdy powstała ta książka nie wszyscy mieli lodówki. Więc te nieszczęsne jajka mogły być faktycznie "gdzieś". Co nie zmienia faktu, że tatuś jest ich pozbawion.

    A propos, Kochana Królowo Matko, a pamiętasz "Słoneczko"? Boziu, jaka ta główna bohaterka była świątobliwa! I ta matka dzieciom, co to leżała i "umierała", chyba na dupowatość, pardon my french! To dopiero patologiczny dom!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Królowo, właśnie, może zrecenzujesz "Słoneczko" Buyno-Arctowej? (nie przekręciłam nazwiska? z głowy piszę).

      Usuń
    2. Eeee, chyba nie, co się denerwować będę ;). A serio, to nie lektura, malo kto to teraz czyta, szkód w społeczeństwie nie przysparza ;)...

      Usuń
    3. witam, jestem tu po raz pierwszy... czapki z głów za analizę "Kasi", ale usłyszałam tu o "Słoneczku"... boże, co ta książka ma zrobiła z mózgiem... czytała mi ją mama(!) a ja płakałam i płakałam z żalu nad niegodziwością świata... czasem myślę, że takie ksiązki mogą zrobić autentyczną krzywdę, między innymi przez promowanie postaw męczenńskich... pozdrawiam, będę tu zaglądać częsciej! Aga

      Usuń
  14. Czy ja dobrze widzę, że mój komentarz zjadła czarna mamba? Niech to diabli. Pada tam w każdym razie pytanie o nauczycieli, czy im było wszystko jedno, że taka Kasia nagle przestaje się uczyć i klasa ją odrzuca?

    A w ogóle to tak mi się teraz skojarzyło - to już wprawdzie parę lat, jak chodziłam do podstawówki, ale czy Wy uczyliście się w podstawówce, żeby dać sobie radę? W sęsie, trochę trudno mi sobie wyobrazić, żeby najlepszy uczeń w klasie w ciągi kilku przecież miesięcy (!) stał się beznadziejnym przypadkiem, jadącym na samych dwójach? Jak?? Amnezja? Może to przez te papierosy, co tatuś w kuchni palił...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku Kasia umyślnie te dwóje łapie. Umie, ale nie powie, bo nie. Dopiero po jakimś czasie ma już spore zaleglości (da się zrobic w takiej drugiej klasie, IMHO, gdy sporo rzeczy jest całkiem nowych, a człowiek za młody żeby się z innych źródeł poduczyć), no i wtedy jest odlaboga i ojejusiu, i ach, jakże się martwimy.

      Nauczycielka jako siła opiekuncza pojawia się raz i jest bardziej matczyna niż matka Kasi, ale rzeczywiście nie widzi tak wielu rzeczy, że az mnie dziw bierze...

      Usuń
  15. A jeszcze jedno - nie podaruję sobie, małpa ze mnie - a propos obowiązków domowych, czytywałam do niedawna takiego bloga, czytywałam go do tego jednego konkretnego wpisu właśnie, potem przestałam - gdzie gospodyni szanowna opisuje, jak to wstaje rano, robi śniadania dla męża i trójki dzieci, z których jedno zostaje w domu, więc potrzebuje też obiadu - po czym zastyga i zdaje sobie sprawę, że przecież mąż też jest chory i zostaje w domu..! -- Tutaj mój mózg podsunął mi ciąg dalszy w postaci "czyli nie muszę się martwić obiadem, bo mąż ogarnie" - ale nie, dama rzuca się do lodówki, rozkminiając w panice, co by tu wymyślić, bo on tego nie jada i tamtego nie jada, a ona już do pracy musi lecieć. Była to rzecz napisana w zeszłym roku, dodajmy.

    OdpowiedzUsuń
  16. W ogóle nie pamiętam tej książki. Ale ja byłam trzecim (?) rocznikiem, który poszedł do gimnazjum i najwidoczniej zostało mi odpuszczone, bo przecież zapamiętałabym książkę o mojej imienniczce... zastanawia mnie jedynie, kto zajmował się gotowaniem jak mama szła urodzić Kasię?
    Ps. Mój 20 miesięczny syn wyciąga z szafki patelnię, na której zawsze smażę mu jajecznicę i krzyczy "Ajo! Ajo!" także nie jestem w stanie ogarnąć ogromu bezradności rodziny Kasi.

    OdpowiedzUsuń
  17. Och, dzięki za ten tekst! Ja "Kasię..." przeczytałam jako straszny smarkacz, bowiem bardzo wcześnie nauczyłam się czytać i przypuszczam, że miałam jakieś 6 lat, jak zapoznałam się z tym wybornym utworem. I z dzieciństwa pamiętam, że czytałam go kilka razy, nie mogąc go zrozumieć. Bo ja byłam taką porządną Kasią, najlepszą w przedszkolu, wysłaną rok wcześniej do szkoły, nad którą pół rodziny piało. I równocześnie przygotowano mnie do tego, że urodzi mi się "ktoś" (miałam wtedy 5 lat!), widziałam, że matka jest duża i słaba, a ona siadywała na fotelu i opowiadała mi, że nosi dzidziusia pod sercem i że ten dzidziuś się pojawi. Ta książka jest potworna, pokazuje przedziwacznych dorosłych i dziecko, które się miota i zastanawia mnie, że jeszcze się ją omawia. Królowo... a przepraszam za wtręt osobisty, w której klasie Potomkowie mieli się z tymże czymś zapoznać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obaj w trzeciej, ale obaj tylko ten jeden ostatni neutralny rozdzial czytali.

      Usuń
  18. 25 lat temu na wywiadówce wygłosiłam płomienna mowę o szkodliwości podobnych lektur. Ewentualnie winni to byli czytać dorośli, żeby wiedzieć jak nie postępować (jednak zbyt infantylne) . Mam jeszcze jedną lekturę która doprowadza mnie do szału- Chłopcy z Placu Broni. Nie przekonywała mnie nigdy śmierć Nemeczka w obronie Placu, zwłaszcza, że u nas dzieci ginely z ważniejszych powodów w czasie wojny. Ale o tym należy opowiadać z największą rozwagą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jak w innych szkołach, ale kiedy ja omawiałam "Chłopców...", polonistka przedstawiała nam to właśnie jako metaforę wojny, nie jako śmierć w obronie jakiegoś tam placu.

      Usuń
    2. No właśnie chciałam stanąć w obronie "Chłopców z Placu Broni". Mój starszy syn czytał, przerabiał, popłakał się nad nią, jak i cała jego klasa - a potem na lekcji kwitla dyskusja, czy zawsze warto ponieść ofiarę za to, co się kocha, czy niekiedy cena jest za wysoka, kiedy, za co warto ponieść najwyższą ofiarę, a kiedy dowodem dojrzalości jest się wycofać. Fascynujące to było. I chyba nie ma polonisty, który omawia "Chłopców" jako historyjki o bandzie dzieciaków naparzajacych się o jakimś tam plac.

      No i jest to jakże często JEDYNA pozycja z literatury węgierskiej, z jaką w życiu zetknie się młody czlowiek, a to tez nalezy cenić :).

      Usuń
  19. A ja nie znam tej książki. Ale och, jak wiele złych wspomnień obudził Twój wpis, Królowo. U nas było bardzo podobnie. Tylko ten piedestał i brak pomocy Kasi w domu się nie zgadza. I mówię o późnych latach osiemdziesiątych. Ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba dobrze. Że minęła cię lektura tej książki w czasie, gdy jest się mlodym i chłonnym, mam na myśli. Nie wiem, czy warto ją znać.

      Usuń
  20. Bawi mnie niepomiernie, jak szokująca jest dla niektórych nieporadność i memłowatość ojca, niepodzielne rządy matki, absurdalna niemożność poradzenia sobie rodziny bez jej obecności... Bawi, bo przecież pochodzę z takiej rodziny, w której kiedy matka lądowała w szpitalu (a lądowała bardzo często na bardzo długo, nie były to przypadki sporadyczne) czesała mnie sąsiadka. To znaczy tato ubierał mnie i prowadzał do sąsiadki co rano, ona myła mi włosy, suszyła i plotła w warkocz. I to dopóki nie skończyłam 12 roku życia. Serio-serio.
    A, i jedliśmy zamrożone zapasy bigosu i grochówki, a kiedy się skończyły, jeździliśmy na obiady do babci.
    I dom zarastał kurzem, a pranie czekało na mamy powrót, i tylko zmywać ojciec mój umiał.

    A gdyby nie to, że jestem jedynaczką, to z całą pewnością byłabym taką Kasią.

    I nie urodziłam się w '57, tylko w latach 90. Łyso wam?

    Ale o tym archetypie matki-siłaczki, która za wszelką cenę robi z reszty rodziny inwalidów, o jego sile u mnie, na Śląsku i bolesnych konsekwencjach mogłabym długo. Co najmniej cały rozdział w książce bym mogła.
    Dość powiedzieć, że w wieku lat 18, pochylałam się z moim emerytowanym już ojcem nad pralką, miętosząc w ręku instrukcję obsługi i rozważając, na jaki program nastawić białe koszule. Do konsensusu nie doszliśmy. Zadzwoniliśmy po pomoc do babci.

    Nie róbcie tak swoim mężom ani swoim dzieciom nigdy, naprawdę.

    Hanako

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fascynujący ton wypowiedzi. Nie bardzo rozumiem, dlaczego komukolwiek ma być łyso, skoro nadal istnieją różne modele rodzinne. A że część modeli rodzinnych zaczyna zgrzytać bez jednego elementu, to... Cóż, jest to problem pozostałych elementów [ewentualnie elementów, które dadzą się wrobić w pomoc]. Może warto nauczyć się pewnych bazowych czynności - w jakimkolwiek wieku, nawet późno. Tak na wypadek, gdyby jednak przez całe życie nie podtykano wszystkiego pod nos.

      Usuń
  21. Gratuluję analitycznego wpisu i szczerze podziwiam wiele spostrzeżeń, które dopiero teraz uzmysłowiły mi inną płaszczyznę interpretacji.
    Dla mnie Kasia pozostanie mimo wszystko bohaterką negatywną, nie tragiczną. Czytałam tę książkę jako dziecko wiele razy, nigdy nie było mi Kasi żal.
    Winą za ukształtowanie jej podłego charakteru nie można obarczać wyłącznie rodziców. W końcu Jurek wychował się w tej samej rodzinie, a jest życzliwym chłopcem. O ile dobrze pamiętam, nie przepada za siostrą, ale pomaga jej w lekcjach.
    Poza tym dziecko podlega socjalizacji w kontakcie z rówieśnikami. Gdy Antolka pojawia się w klasie, inne dzieci chcą się z nią zaprzyjaźnić. Kasia ma skąd czerpać dobre wzorce. Z domu na pewno nie wyniosła skłonności do konfabulowania ani do przemocy fizycznej (scena, w której popycha Ewkę na przerwie).
    Zwalanie winy za jej zachowanie na rodziców uważam za niesprawiedliwe. Jako dziecko Kasia ma również swój rozum, określony poziom empatii i wolną wolę. Nie można mówić, że reprodukuje pewne wzorce zachowań, ona je wybiera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Litości, mówimy o dziewięciolatce...

      Usuń
    2. Pozwolę sobie zauważyć, że odbierając Kasię jako bohaterke negatywną po prostu - przepraszam za wyrażenie - łykamy to, co nam chciała powiedzieć autorka. Jako dziecko TAKŻE odbieralam ją jako rozwydrzone, wstrętne dziewuszysko. Jako osoba dorosła juz tak łatwo nie przełknę podanej mi autorskiej papki.

      Jurek jest życzliwy? Możliwe, ale Jurek jest przede wszystkim WYTRESOWANY. Chłopczyna przeszedł już to, co Kasia, i zna swoje miejsce. On nie pomaga Kasi w lekcjach, bo jest dobrym chłopcem. On został zaszantażowany emocjonalnie, że buzi dać - mówi rodzicom, że nie chce tego robić, że nie ma ochoty, czasu, wymienia powody, dla których nie chce, potem wymówki, a potem mamusia strzela focha i mówi: "Skoro taki jesteś, ja się nią zajmę" i rodzice PRZESTAJA SIĘ DO NIEGO ODZYWAĆ. Zagaduje, zaczepia, oni nic - i dopiero wtedy Jurek pomaga Kasi. Dobry chłopczyk, taki wyszkolony, jak piesek.

      Gdy Kasia na niego skarży Jurek też wie, z nie ma sensu tłumaczyć i wyjaśniać - bierze winę na siebie. Jestem dziwnie spokojna, że za parę lat można będzie napisać książkę "Oto jest Agnieszka", w ktorym poznamy rozwydrzoną Agnieszkę i jej spokojną i doskonale się uczącą, życzliwa siostrę Kasię (brat Jurek, jako Całkiem Dorosly, czyli na przyklad piętnastoletni, zniknie z książki w ogole).

      Skłonności do konfabulowania? Czy mowa o tym, jak Kasia zmyśla historię o kupionej książce, o uszytych sukienkach, o filmie, na którym rzekono byla? Najsmutniejsze fragmenty pokazujące (wbrew woli autorki zapewne) rozpaczliwą samotność i poczucie odepchnięcia dziecka jako dowód na zły charakter, gdyz konfabulacja, serio?

      I wolną wolę oraz określony poziom empatii? U ośmiolatki? Która w dodatku do tej pory przy poklasku całej rodziny robiła za pępek świata? I to jej wina, gdyż wybiera złe wzorce? Ale serio serio?

      Usuń
    3. Tak, wyniosła określone wzorce empatii z domu, w którym uczono ją że złośliwe małpowanie sepleniącej koleżanki to jest artyzm i zasługuje na poklask. I w którym pozwalano jej kopać drzwi. Kasia jest właśnie przyzwyczajona, że może wyładowywać frustrację w sposób w zasadzie dowolny, także fizycznie. Potem naskarży, że brat ją BIŁ i krzyczał na nią - i wszyscy jej uwierzą na słowo, nikt tego brata nie będzie pytał bo przecież po co. Jurek ma przerąbane na wszystkich frontach, nawet narrator ma mu za złe. "Mijały dni. Jurek - trzeba mu to przyznać - codziennie pomagał siostrze" - przyznaje z niechęcią narrator, jakby był zaskoczony czymkolwiek dobrym ze strony starszych dzieci w tej rodzinie. Co to za książka jest, rany Julek.

      Usuń
  22. Jeśli się jest rodzicem, to zorientowawszy się, że dziecko nie ma łatwego charakteru tym bardziej powinniśmy się nim wychowawczo zająć w sposób przemyślany i taktowny. Życzliwi chłopcy są wprawdzie wygodni dla rodzicow, ale powinni mieć świadomość, że mają prawo czasem też zaprotestować . Uważam, że wina rodziców Kasi jest bezdyskusyjna. Jesli założyć, ze Kasia miała trudny charakter, (choc niewiele o tym tak naprawdę wiemy,bo przedstawiono jej zachowania już w sytuacji wyjątkowej) to mam wrażenie, że nie znali wlasnego dziecka, bo wówczas tym staranniej należało ją przygotować do zmian, dać prawo do wyrażenia obaw. Nie sądzę, żeby dziecko pod wpływem tak silnych emocji potrafiło naprawdę wybierać wzorce zachowań, w dodatku nie do końca przyswojone. W emocjach dorośli też nie myślą logicznie i nie zachowują się dobrze. Całkowicie popieram panią autorkę bloga. Nadziwić się nie mogę, że to nadal tkwi na liście lektur.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Życzliwi chłopcy są wprawdzie wygodni dla rodzicow, ale powinni mieć świadomość, że mają prawo czasem też zaprotestować" - o, to, to! W dodatku nie mamy podstaw, by przypuszczać, że Jurek jest naprawdę życzliwy - bo i jego zachowanie pokazane jest w sytuacjach, w ktorych ta zyczliwość jest więcej niż dyskusyjna.

      O tym, ze nie ma prawa protestować nie wspominając.

      Usuń
  23. W ogóle książki nie pamiętam, może mnie ominęła, a może po prostu zupełnie zapomniałam. I tak bym pewnie nie zrozumiała, bo mi jako nieco ponad trzyletniemu berbeciowi wytłumaczono, że mamusia jest w ciąży, nawet pamiętam bardzo ładne książeczki, które tłumaczyły skąd się biorą dzieci - "Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat" pamiętam dotąd, a i reszta pewnie by się znalazła.
    Z prowadzeniem domu mam problem. Bo w pewnym sensie rozumiem - książka ma już chyba ponad 60 lat, realia były jakie były. No ale po co ta książka jest na liście lektur obecnie, to ja nie rozumiem. Ale ja polskiego systemu edukacji często nie rozumiem, więc to chyba normalne...

    OdpowiedzUsuń
  24. Zapominacie wszystkie, że i historia i postaci to FIKCJA LITERACKA!!! Kto powiedział, że bohaterowie książek mają być idealni? To tak jakby teraz pastwić się nad Sienkiewiczem i jego "W pustyni i w puszczy", że kilkuletnia dziewczynka została wysłana w podróż do Afryki z kilkunastoletnim opiekunem. Takich przykładów można mnożyć setki, inna sprawa, że "Oto jest Kasia" podobnie jak większość innych książek powinna już dawno zaniknąć z listy lektur.
    Pozdrawiam
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy ktokolwiek tu mówi, że bohaterowie powinni być idealni? Poza autorką powieści, oczywiście, która zdaje się sugerować, że Kasia jest BŁE bo nie jest idealna i ośmiela się odczuwać złość, zazdrość i inne takie niezbyt lubiane emocje i nie umie sobie z nimi radzić. A powinna być taka grzeczna i zachwycona niespodzianką przecież. Teraz akcenty się zmieniły i tyle. (Tak nawiasem mówiąc Nel nie została wysłana "do Afryki" z kilkunastoletnim opiekunem. Nawet te sto lat temu obowiązywały jednak pewne standardy. Nel znalazła się pośród pustyni z kilkunastoletnim opiekunem ewidentnie wbrew woli jej ojca).

      Usuń
  25. Pamiętam tę książkę. Była obowiązkowa od A do Z i tak przerabiana. Tłumaczone było, dlaczego Kasia jest zła. A zła była, bo nie kochała Agnieszki. Po lekcjach, z kilkoma koleżankami, a każda z nas miała młodsze rodzeństwo, siedziałyśmy i kminiłyśmy, czemu Kasia nie kochała Agnieszki. I nie wiedziałyśmy. Każda się chwaliła, że "A mój braciszek to już ząbki ma" albo "A moja siostrzyczka ma ładniejsze rzęsy od twojej" - po czym szłyśmy zmienić babcię w kolejce po mięso, czy cokolwiek tam rzucili. I jak nasza kolej akurat przyszła, zanim zmienił nas ojciec - to kupowałyśmy, co było. I za "chiny ludowe" nie wiedziałyśmy, ani my, ani nasi koledzy, co było nie tak z tą książką. Teraz już wiem. I jak Rejtan się będę rzucać, byle tylko córkę uchronić przed lekturą ;) A analiza piękna, choć przedmiot jej podły. Pozdrawiam Dahutt

    OdpowiedzUsuń
  26. Królowo Matko!
    Opowieść ta o biednej Kasi wzburzyła mnie, choćby wszystkie w niej postacie i wydarzenia były nawet w pełni zamierzone. Nie ogarniam niby, jak ten facet/mąż w ogóle przeżył. Widać i matka go tak odchowała, i z domu zaraz poleciał się zaślubić matko-podobnej, więc nie spędził ani jednego dnia kiedy musiałby się sam nakarmić czymś innym niż suchym chlebem.
    Wypuść takiego w miejską dzicz i padnie trupem po dni, tylko dzieci potrafi robić, ale już odchować to ho ho. Dziecko dostaje tylko przydzieloną godzinę na wykazanie się, i niech chowa sie satysfakcjonująco samo.

    Lecz poza tym!
    Przemielilam Twojego bloga całego, wpis po wpisie. Dało mi to pełno radości w nudnych, smutnych, a nawet już i tak wesołych chwilach. Przy ogromnej nerwówce koiło i uspokajało łomotające serce. Twoje myśli zostawiły kamień w moim własnym potoku myśli.

    Najszczersze życzenia zatem. Sił, wyspania, czasu dla siebie, sukcesów pedagogicznych i małżeńskich, niezatracenia siebie samej w kołchozie pełnym chłopców, dużo, dużo zdrowia i pociechy z... siebie samej :)

    Dziękuje, że nadal piszesz dla siebie i dla nas.
    - Ginka

    OdpowiedzUsuń
  27. Poczytawszy artykuł i liczne komentarze, mam w zasadzie jedną - dosyć przerażającą - refleksję. Czemu takie książki są ciągle na liście lektur? Ano może dlatego, że rządzący mają dalej taką wizję świata, w której to kobieta obrabia mężczyznę na wszystkich frontach, a dzieci to doskonale wytresowane pieski. Dodam, podobnie, jak któraś z moich przedmówczyń, że mnie wcale nie dziwią stosunki rodzinne opisane w tej książeczce, bo u mnie w domu wyglądało to z grubsza tak samo. Ojciec nie robił w domu nic, wszystko robiły moja mama i babcia, a potem również ja. I był równie nieporadny jeśli chodzi o podstawowe, wydawałoby się życiowe sprawy, jak bohater "Oto Kasi". A kiedy mojej mamy zabrakło - mój ojciec naturalnie oczekiwał ode mnie (miałam wtedy 18 lat) i od mojej babci (80-letniej), że będziemy mu usługiwać...

    OdpowiedzUsuń
  28. Czytałam tę książkę na jesieni z synem. W szkole omawiali całą. Bez uwzględnienia podziału obowiązków w domu, jak mniemam, bo syn żadnych komentarzy nie czynił na ten temat. Uwielbiam Twoją recenzję :-)

    OdpowiedzUsuń
  29. Pamiętam jak dziś jak strasznienie nienawidziłam tej książki. I choć minęło tyle lat pamiętam ją dokładnie (trauma czy co?). Nauczyłam się dzięki niej jednego: jeśli nie zgadzasz się z opinią kogoś kto ma władzę (nauczyciel, szef) to skalkuluj czy walka Ci się opłaca. Cenna lekcja, ale wątpię że to o nią autorce chodziło.

    OdpowiedzUsuń
  30. Już jako gówniara widziałam w tej książce "momenty". Całościowo mi się podobała, ale niesprawiedliwość jednak strasznie rzucała się w oczy. Do tej pory pamiętam, jak Kasia została otoczona przez grupę agresywnych "kolegów", a kiedy w obronie własnej rzuciła w jednego z nich pomidorem, narracja została poprowadzona tak, żeby czytelnik... współczuł napastnikowi, któremu matka urwie głowę za zniszczenie swetra. Straszne to było.

    OdpowiedzUsuń
  31. W moim domu zawsze mama powtarzała mi i mojej siostrze, że w porównaniu z innymi dziećmi to nic nie pomagamy. Nie wiem skąd brała dane, bo teraz jak sobie przypominam, to pomagałyśmy dużo: sprzątanie w sobotę całego domu, sprzątanie mieszkania dziadków, pomoc w gotowaniu (typu obierz ziemniaki, marchewkę itp.), ja zajmowałam się praniem - bo lubiłam, poza tym robienie codziennych zakupów, mycie okien, czasem prasowanie. W sobotę zawsze budziła nas przed 9.00, bo uważała, że dłuższe spanie to przesada. Jak ja zazdrościłam koleżankom i kolegom, którzy mówili, że mogą spać np. do 11.00.
    W liceum, gdy przychodziłam do domu przed rodzicami, to sama gotowałam coś na obiad.
    I w sumie myślę, że to było bardzo dobre, bo nauczyłam się wszystkiego i na studiach nie miałam problemów typu: na jakim tłuszczu smaży się jajka? czy ile czasu się gotuje ziemniaki?
    Na pierwszym roku studiów poznałam swojego przyszłego męża, który właśnie przerabiał tego typu pytania. Zresztą dużą część czasu spędziliśmy w kuchni razem gotując. Dziś mój mąż nie dość, że potrafi gotować, to jeszcze w domu jest specjalistą od zup. Natomiast sprzątanie będzie dla niego zawsze enigmą (jak to jest, że kiedyś podłoga się zamiatała sama, a od czasu, gdy nie mieszkam z mamą to zbierają się śmieci). Co ciekawe - irytuje się strasznie, gdy nasz syn nie sprząta zabawek, co mnie zawsze bawi.

    OdpowiedzUsuń
  32. Dziękuję za tę recenzję!!! Jestem z rocznika 93, w szkole omawialiśmy tę cudną lekturę i musieliśmy wziąć udział w "sądzie" nad Kasią, dzieci zostały wyznaczone na sędziego, prokuratora, obrońcę itp.; ostatecznie zapadł wyrok "winna" - nie wiadomo właściwie czego, po prostu winna - i zostało to całkiem pozostawione bez komentarza, a mi minimalnie pękło serce, ale do tej pory nie wiedziałam dlaczego.

    OdpowiedzUsuń