sobota, 14 października 2017

Post zaangażowany społecznie

Królowa Matka wolałaby nie mieć z lekarzami do czynienia nigdy w życiu, wiadomo. Tak się nie da, też wiadomo. No to wolałaby mieć z nimi do czynienia jak najmniej – i do pewnego momentu w życiu miała.

Ale jeśli miała, i jeśli to wspomina, to (pomijając liczne zapalenia krtani, świnkę i jakiś skręcony w dzieciństwie palec, których w zasadzie nie wspomina, bo to były sprawy jej rodziców) widzi dzień śmierci swojego ojca, po trzech dobach spędzonych w szpitalu. Całą rodziną. I tę całą rodzinę lekarze i pielęgniarki przenocowywali w swoich pokoikach, poili swoją herbatką i przykrywali swoimi kocykami. I przynieśli swój fotel do łóżka taty Królowej Matki, bo szpitalne krzesełka były niskie, twarde i niewygodne.

A potem zaczął się ten etap, kiedy przestała cierpieć na brak kontaków z przedstawicielami profesji medycznych. I zaczęła w szpitalach, przychodniach i ośrodkach zdrowia prawie mieszkać.

Najpierw urodziła wcześniaka, nagle i niespodziewanie, w 30 tygodniu wzorowo (do tamtej chwili) przebiegającej ciąży. Spędziła z nim w szpitalu sześć tygodni, nastrój miała do...e... niczego, był tu zresztą opisany, chociaż w formie złagodzonej, bo czas ściera wszelkie kanty. Opiekę -odwrotną do nastroju.

Osobny pokój (szczęście w nieszczęściu, że poród przypadł na samo dno dołu demograficznego). Na końcu korytarza. Żeby nie leżała nie tylko w jednej sali ze szczęśliwymi mamami, ale w miarę możliwości ich nie słyszała. Nielimitowane odwiedziny o dowolnym czasie, bo psychicznie była w proszku i tylko mąż dawał radę mi jakoś pomóc. Ksiądz. Katolicki na miejscu. Nie chcę katolickiego? Mam powiedzieć, jakiego, szpital współpracuje z kapłanami kilku wyznań, sprowadzą mi, jakiego chcę. Nie mają, niestety, psychologa. Ale podesłali Królowej Matce lekarkę, która przeżyła coś podobnego, opowiedziała jej o swoich doświadczeniach.

Do tego opieka nad noworodkiem według najlepszych, światowych standardów. Kangurowanie. Dotykanie (nie głaskanie, wcześniaki głaskanie boli). Dostęp do dziecka przez cała dobę, o dowolnej godzinie. Chcę tam siedzieć bez przerwy? Proszę bardzo, położne przyniosą swoje krzesło, i koc. I wyrzucą spać, jak zauważą, że ledwo otwieram oczy. I na przepustkę, gdy lekarz uzna, że zaczynam wariować.

Wszystko za darmo. Ani złotówki łapówki. Kawa (kwiatów nie wolno na oddziale) jako podziękowanie, gdy po dziesięciu dniach wychodziliśmy z OIOM-u. Gdy po kolejnych pięciu tygodniach opuszczaliśmy szpital, lekarka przyszła się pożegnać. Wychodzicie, och, jak dobrze! I wreszcie może tę kawę otworzyć. Przedtem się bała, i koleżankom nie pozwalała, żeby nie zapeszyć. Usiadła obok łóżeczka Potomka Starszego, dwa kilo i sto gram wagi, ponad kilogram więcej niż na początku. Proszę, niech pani mi wszystko opowie. Wszystko, co pani myślała, co pani czuła. Chcę zrozumieć rodziców. Chcę się uczyć.

Cztery lata później Potomek Starszy przechodził zabieg, nic poważnego, mieliśmy wejść do szpitala o 16, wyjść godzinę później. Trafiliśmy tam dzień po strajku - pielęgniarek? anestezjologów? - i wyszliśmy nie po jednej, ale po sześciu godzinach. Tłum chorych, lekarze uwijający się jak w ukropie, przez te sześć godzin Królowa Matka nie zauważyła, żeby usiedli, zabieg gonił zabieg. Mimo to znaleźli czas na rozmowę. Anestezjolog wyjaśnił wszystkie szczegóły zabiegu, poinformował o sposobach znieczulenia, pytał nas o zdanie. Na salę operacyjną Królowa Matka wniosła Potomka Starszego na rękach. Lekarze pozwolili mu dotknąć tej wielkiej lampy nad stołem operacyjnym, wcisnąć jakieś guziczki, coś włączyć, wyłączyć. Uśpili go na królewskomatczynych kolanach. Zero stresu dla dziecka.

Sześć lat temu Królowa Matka przeleżała cztery tygodnie na patologii ciąży, ona akurat profilaktycznie, zdrowa jak rydz, ale z dwoma bliźniętami powyżej 3 i pół kilo każde w brzuchu. Dziewczyny po przejściach. Wieczorami opowiadałyśmy sobie historie. O tym lekarzu, co trzymał za rękę, gdy któraś rodziła martwe dziecko, o położnej, na oko surowej i pozbawionej sentymentów, co siedziała całą noc przy łóżku innej po poronieniu, chociaż wcale nie musiała. Królowa Matka poznała calutki personel medyczny, przez cztery tygodnie nie da się inaczej, wszystkie położne, wszystkich lekarzy, wymyśliłam sobie, których najbardziej chce mieć przy porodzie. Miała innych. Byli wspaniali. W szpitalu, który od lat, niezmiennie, ma bardzo, ale to bardzo średnie oceny w akcji Rodzić Po Ludzku.

Ma Królowa Matka w oczach zimowy wieczór, gdy zachorował Potomek Młodszy. Miał rok, Królowa Matka położyła go spać o 15 zdrowego jak szczypiorek, a o 16 nie mogła obudzić, lejącego się przez ręce, buchającego gorącem jak piec. Dom w Dziczy niezmiennie leżał tam, gdzie leży, dwadzieścia kilometrów od Cywilizacji, walił śnieg płatami wielkości pięciozłotówek, Pan Małżonek jechał z rozpalonym Potomkiem Młodszym owiniętym w koc w tempie piętnaście kilometrów na godzinę, przebijając się przez zaspy na jezdni, a Królowa Matka płakała w słuchawkę lekarzowi, który właśnie skończył dyżur i wybierał się do domu. "Niech pani się nie niepokoi - powiedział lekarz. - Poczekam. Nikt nie zamknie przychodni, póki mąż nie przyjedzie, wszyscy tu jesteśmy, proszę się nie bać". I gdy Pan Małżonek wreszcie dojechał Królowa Matka odebrała z przychodni telefon, że już dobrze, spokojnie, mąż właśnie podjechał, dziecko jest pod opieką, jak skończymy badać zadzwonimy do pani.

A wreszcie nastąpiło creme de la creme szpitalno-lekarskich doświadczeń Królowej Matki, jej podróż do Krainy Wiecznych Łowów, z której zawrócił ją sztab lekarzy, dzięki którym może tu dziś pisać.

Zgłoszenie zostało przez pogotowie przyjęte natychmiast i bez mrugnięcia okiem. Karetka, zupełnie inaczej niż w materiałach telewizyjnych podnoszących oglądalność, przyjechała po siedmiu minutach. Pół godziny później Królowa Matka była w szpitalu, nadzorowana telefonicznie przez panią doktor, która ją do tego szpitala wysłała, z prywatnego telefonu do prywatnego znajomego, który akurat miał dyżur. Nieprzytomna, bez działających nerek, wątroby, ze znacznie powiększonym sercem tłoczącym mniej niż 10 procent krwi potrzebnej, by organizm działał (o czym, naturalnie, nikt wtedy nie wiedział). I razem z mężem, któremu pozwolono siedzieć przy niej całą dobę, nawet towarzyszyć przy niektórych zabiegach.

A gdy już odzyskała przytomność, ale sił miała akurat tyle, by siedzieć (bo na leżąco się dusiła) i obserwować zobaczyła tyle, ze od tamtej chwili ogląda „Grey's Anatomy” wręcz ze znudzeniem. Phi, szpital z wyposażeniem. Phi, taki personel. Phi, to podejście do pacjenta. Phi. Miała to samo, a nawet więcej.

Miała wizyty niereglamentowane, o każdej porze dnia i nocy. Miała – jedyna na OIOM-ie – zgodę na posiadanie komórki, bo (też jedyna) była z innego miasta i tylko w ten sposób mogła być w kontakcie z rodziną. Miała wizytę dietetyczki i specjalnie opracowany jadłospis, bo jest wegetarianką. Konsultację psychologiczną z psychologiem – specjalistą od chorych na niewydolność serca. I oczywiście miała leczenie na poziomie światowym. Z wypróbowaniem na niej nowości. Metod eksperymentalnych. Sprzętu, w który lekarze patrzyli z niemym szacunkiem. Wszystko za jej zgodą. Wszystko wyjaśnione jej potocznym językiem, żeby na pewno zrozumiała.

Przez półtora miesiąca przebywania Królowej Matki w szpitalu w stanie uniemożliwiającym samodzielne przebranie się i umycie, wstawanie, a na początku nawet siadanie, jedzenie, przez półtora miesiąca badania jej na wszystkie sposoby, ani razu nie została potraktowana przedmiotowo, upokorzona czy zawstydzona. Ma tylko jedno przykre wspomnienie – i nie lekarze (ani pielęgniarki) jej je zapewnili.

I, tak, Królowa Matka jest świadoma, że na ten OIOM, też wysłał ją lekarz, palant, który usłyszawszy, że cztery miesiące wcześniej urodziła bliźnięta nawet jej nie badał, tylko zdiagnozował depresję poporodową, powiedział: „Na to się nie umiera” i odesłał do psychiatry nie zlecając żadnych badań. Trzy tygodnie później Królowa Matka umierała na to, na co się nie umiera, na wspomnianym OIOM-ie.

Ale gdyby tego właśnie matoła uznała ona za reprezentatywnego przedstawiciela swego zawodu byłaby niemądra, już nie wspominając o tym, ze wykazałaby się skrajną niewdzięcznością.

Wie, ze można uznać, ze wszyscy (poza jednym) spotkani przez nią lekarze robili tylko to, za co im się płaci. Obowiązek swój wykonywali. Królowa Matka o tym wie – i się z tym nie zgadza. Za leczenie im się płaci. Za traktowanie z szacunkiem. Ale niekoniecznie za wchodzenie na palcach do sali, żeby ją przykryć dodatkowym kocem, bo noc się zrobiła chłodna. Za dbanie, by miała wokół siebie zasunięte firanki i mogła udawać, ze jest w swoim pokoju. Za wpadanie na pogawędki o książkach. Za „ach, jak dobrze! Uśmiechnęła się pani!!!”. Za karmienie własnym serkiem, bo nikt nie wiedział na początku, ze jest wegetarianką i dostała na pierwszą kolację kiełbasę.

I wie Królowa Matka, ze jeśli ma się skrajnie inne doświadczenia, czasem tragiczne, to się tych innych, tych normalnych, tych „za to im się płaci” nie dostrzega. Że to, co boli najbardziej wrzyna się w pamięć. Że wobec tego, co boli, niknie cała reszta.

Że trudno jest pamiętać o tym dobrym, co nas spotkało w obliczu wiadomości telewizyjnych, w których królują te o lekarzach, którzy odmówili przyjęcia chorego, wysłania karetki, którzy się pomylili, zlekceważyli, a za ich pomyłki i lekceważenie zapłacił chory zdrowiem, sprawnością, życiem.

No i, że miała szczęście.

Ale nie wierzy, że przez te dziesięć (w sumie) tygodni, jakie spędziła na porodówce/ neonatologii/ patologii ciąży, przez dwa miesiące przebywania na dwóch oddziałach kardiologii w dwóch różnych miastach miała po prostu tylko i wyłącznie szczęście. Akurat ona.

I złe wspomnienia też ma, to oczywiste. Wspomnienia tych lekarzy, którzy olali, zlekceważyli, którzy jej nie słuchali albo byli niemili.

Ale bez względu na to, jak wiele ma tych wspomnień, złych i dobrych, jedno wie na pewno -

ta praca, praca lekarzy, to jest katorżnicza praca (jak Królowa Matka leżała w szpitalu na tym etapie "mogę tylko siedzieć i obserwować" to myślała wręcz, ze napisze o tej pracy książkę, i będzie to jeden wielki pean na cześć pracowników profesji medycznych).

Można wzniośle mówić o powołaniu, o służbie, o misji, jasne, powołanie, służba i misja są faktem, bo gdyby nie była to nikt by tej pracy nie wykonywał.

Natomiast mówienie, że to misja i służba, więc wspominanie o zarobkach jej uwłacza, i jest fe, i tak bardzo nie komilfo, i jak tak można, brukać głodówką w sprawie (ach! och! fe!) pieniędzy dumne tradycje niepodległościowe naszej bogatej tradycją protestowania ojczyzny, to po prostu głupota. Że o świństwie Królowa Matka nie wspomni.

Kochana Czytelniczko, Kochany Czytelniku, Królowa Matka życzy Wam stu lat w zdrowiu i nieustającym szczęściu, życzy Wam motylków, tęczy, wiecznego lata, wiosny, jesieni czy co tam które z Was lubi, masy książek, spacerów w świetle księżyca przy tonach muzyki skrzypcowej i ogólnie takiego hygge, że wszyscy Duńczycy mogliby popaść w kompleks niższości.

Ale na wypadek, gdyby to hygge się kiedyś skończyło - a, nie chciałaby Królowa Matka tu krakać, ale ono się skończy kiedyś, oby jak najpóźniej, ale się skończy - dobrze byłoby jednak wiedzieć, że stanie przy Was i udzielać Wam pomocy będzie dobrze wykształcony, życzliwy i przyzwoity lekarz.

I jeszcze wypoczęty.

I dobrze opłacany, owszem.

Taki, który nie musiał latać ze szpitala do szpitala i brać dyżurów ponad siły, żeby go w ogóle było stać na przeżycie.

Bo to od tego lekarza będzie zależało Wasze życie. Od tego, czy drgnie czy nie drgnie mu ręka, czy poprawnie wykona wkłucie, czy poda odpowiedni lek, czy zauważy wszystkie symptomy, czy nie przegapi żadnego z tego miliona drobiazgów, od których może zależeć Twoje, Czytelniku, wszystko. 

No i dobrze byłoby wiedzieć, że ten lekarz udzielający pomocy w ogóle tu będzie.
 
Więc gdyby to od Królowej Matki zależało, to 1700 zarabiałaby posłanka "niech jadą" Hrynkiewicz, a jej pensję - każdy lekarz zatrudniony w szpitalu. 


Bo to nie jest sprawa posłanki. Smutne, ale nie. Ani posłanki, ani jej kolegów, ani dziennikarek, które przy sojowym latte i kanapce ciemnego pieczywa bez GMO, glutenu i z ekologiczną sałatą, 60 zł za porcję, pochylają się nad tradycją głodówek w Polsce. Oni będą mieli swoją opiekę prywatną, i swoje wygodne szpitale, i poziom high-life, lekarza na wezwanie, wizyty umówione na godzinę i zabiegi umówione na następny tydzień, a nie rok 2037.

To nasza sprawa. Tych, którzy muszą korzystać z usług lokalnych przychodni, do których przyjedzie na wezwanie lekarz z pogotowia, którym pierwszej pomocy udzielać będzie lekarz na SOR-ze. I dobrze byłoby mieć pewność, że ten lekarz nie pełni właśnie trzeciego całodobowego dyżuru pod rząd.

Tak więc niech sobie jedzie. Posłanka.

Bez niej Królowa Matka nie umrze.


#popieramprotestmedykow

28 komentarzy:

  1. Popłakałam się. Wszystkim nam takich lekarzy i jak najwięcej zdrowia. a.

    OdpowiedzUsuń
  2. Będąc bardzo "na świeżo" po bardzo smutnych szpitalnych dniach własnej córki, która została totalnie zlekceważona przez cały personel medyczny, nie mogę ciepło pomyśleć o lekarzach jako całości. Za to mam wielki szacunek dla pań sprzątających, które były jedynymi osobami, jakie poza obchodem wchodziły do pokoju. Personel medyczny bał się patrzeć na łzy pewnie. W związku z tym obecnie jestem przeciw podwyżkom dla lekarzy. Oby mi się mogło odmienić.
    Pozdrawiam i przytulam Aniu nieustannie życząc zdrowia Tobie i Twoim mężczyznom;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Boże, coś się stało? Mam nadzieję, ze już dobrze? Uściski i pozdrowienia dla córki! I ciebie też, trzymaj się!

      Usuń
  3. Królowo, kocham, gdy piszesz posty społecznie zaangażowane. Podpisuję się wszystkimi łapkami: swoimi, czterech potomków, w tym dwóch wcześniaków, reszty rodziny... Dziękuję. I również #popieramprotestmedyków

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. Zwłaszcza, że jestem tchórzem i boję się odwrotnych reakcji :))).

      Usuń
  4. Mój ojciec przez 10 lat chorował na raka. Przeszliśmy przez wiele oddziałów wielu szpitali. Poznaliśmy wielu lekarzy. Nie pozwoliłabym powiedzieć na nich złego słowa. I wyjaśniam - nigdy nie daliśmy złotówki łapówki. Próbowaliśmy raz - z gabinetu wyleciał ojciec, książeczka zdrowia i łapówka. Kolejności, w jakiej wypadli, nie pamiętam dokładnie, ale była to próba pierwsza i zarazem ostatnia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Łzy mi same lecialy przy czytaniu.
    Przez ostatni rok miałam do czynienia z ogromną liczbą lekarzy i pielęgniarek. Było różnie. Była i pielęgniarka, ktora na moje "dziękuję za pomoc" powiedziała, że nic jej po moich podziękowaniach. Była też ekipa pielęgniarka w klinice w Poznaniu, ktora martwiła się, czy mam gdzie w tym Poznaniu, do ktorego mój chłop trafił po wypadku, spać. Była lekarka, która zignorowała nasze prośby o leki przeciwbólowe dla ojca, była też taka, ktora przepraszala mnie, że morfina to jedyne, co mogła dla mojego umierajacego ojca zrobić. Była lekarka, ktora w czasie wolnym jechała po pijawki, bo walczyli o to, by odcięty w wypadku palec partnera przyjął się z powrotem po tym, jak go 5 godzin pod mikroskopem przyszywali. Był lekarz, ktory z troską pytał, jak się ten mój chłop psychicznie czuje. Była także pielęgniarka, ktora opieprzyla mnie, że wparowalam do kliniki w Poznaniu o 4 rano, po 4 godzinach jazdy z Olsztyna. Byla też taka, ktora zrobila mi herbatę, bo może zmarzłam po drodze. Była lekarka, ktora przepraszała, że niewiele da się dla mojej matki zrobić. I lekarz, który obiecał, że zrobią wszystko, by odchodząc się nie męczyla.

    I mimo tego, że była też masa lekarzy i pielegniarek, ktorzy zamiast pracować w szpitalac, powinni rowy kopać, bo nie nadają się do pracy z ludźmi, uważam, że ze względu na tych, ktorym jeszcze zależy, lekarze rezydenci powinni więcej zarabiać. Dzięki temu się wyśpią, a gdy się wyśpią, będą lepszymi lekarzami. W naszym interesie leży to, żeby się wyspali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie tak. Dziękuję za Twój komentarz.

      Usuń
  6. Dziekuje, Pan Aniu. Mialam do czynienia i z ludzmi dobrymi, i zlymi, jak zawsze w zyciu. Byl i taki lekarz, ktory twietdzil, ze wmawiam w dziecko chorobe. Ale gdy ekipa pogotowia przyjechala, wezwana przez przerazone dzieci, po tym co zobaczyla na miejscu nakaxala im wzywac pogotowie natychmiast jak zacznie mnie sypac. Bo potem zaraz puchne. I przyjezdzali. Bez gadania, bez zbednych pytan. Tyle ile trzeba bylo.Nikt z nimi nie dyskutowal. Corka mojej kolezanki wyjechala po zaraz po specjakizacji, teraz sciaga siostre, tez lekarza. Moja kuzynka w ten sam sposob za granice wyslala corke i ziecia, oboje w trakcie specjalizacji.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem jak najbardziej za podwyzkami dla lekarzy. Sama zarabiam 1700 zł i wiem że nie jest lekko. Chociaż spotkałam różnych lekarzy na swojej drodze, tak jak każdy z nas, np. pobyt na pogotowiu z duszącym się dzieckiem, gdzie nikt przez pół godziny nie zwracał na nas uwagi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak.

      A wspieranie protestu nie oznacza, że mnie pobyt na pogotowiu, gdzie nikt nie zwraca na człowieka uwagi, nie oburza.

      Usuń
  8. Dorzucę jeszcze swoje, z trochę innej perspektywy. Moja mama długo chorowała, zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, kiedy to w samą wielkanocną niedzielę karetka zabrała ją na gwizdkach o drugiej w nocy, nieprzytomną, niemówiącą po niemiecku, ja byłam akurat sama z malutkimi dziećmi i w żaden sposób nie mogłam -- no ale ja nie o tym. Więc szpitale tu i tam. Berlińskie szpitale w porównaniu z krakowskimi to oczywiście zupełnie inny kosmos, kafelki, duperelki, łóżko na pilota i trzy rodzaje menu na obiad do wyboru. Niemniej, tak naprawdę po ludzku czułam się traktowana w Krakowie. Kiedy to w izbie przyjęć dużego szpitala, która wyglądała jak szpital frontowy, pielęgniarki zamknęły nas w swojej służbówce i wertowały spis telefonów, żeby sprawdzić, do kogo i na który oddział mamy pójść. Kiedy lekarka przy windzie ściskała mnie za rękę i mówiła "powodzenia, niech pani dzwoni do mnie, jak się już nie będzie dało". I tak dalej. W Niemczech syci i wyspani lekarze bardzo sprawnie stawiają człowieka na nogi - ale kontaktu nie ma. Z jednym jedynym wyjątkiem - kiedy mamę prowadziła młodziutka muzułmańska lekarka w chuście. Z nią miałam kontakt bardzo dobry. Ale to tylko na marginesie.
    Dorzuciłabym jeszcze opowieść, jak urzędniczki z ZUSu trzy razy -za każdym razem inna - ratowały mnie z ciężkich opałów, ale to inny temat.

    Jeśli chodzi o obecny strajk - ja bym paniom Wielowieyskim i innym Niechjadą zaproponowała, żeby wzięły te 1700 i spróbowały za to przeżyć miesiąc. Ale uczciwie, bez pomocy. A potem niech się wypowiadają. Mało co mnie tak wkurwia - tak, wkurwia - jak ludzie, którzy w życiu nie mieli kłopotów finansowych, ale mają gębę pełną frazesów, co to kto czego nie powinien. Spróbuj sam, bucu i buco. A potem otwieraj gębę.

    OdpowiedzUsuń
  9. A czy Królowa Matka wie, że ją kocham? A po tym wpisie jeszcze bardziej(i żeby nie było, że to jakas miłość warunkowa- nie jestem młodym strajkującym lekarzem)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz juz wie :DDDD. I bardzo dziękuję :).

      Usuń
  10. Ten wpis Królowej - tak jak wszystkie jej posty w tematach społecznych - głęboko osobisty i ludzki;ale też wynikający z jej osobistej odwagi do zabierania głosu w sprawach najważniejszych. Chciałabym tak umieć.
    Nadnarwianka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, nie, wcale nie. Ja jestem potwornym tchórzem, piszę, bo mi się przelewa, potem publikuję i natychmiast zaczynam gryźć paznokcie, że po co mi to było, że ojezusie, przecież ja tak kocham święty spokój :). A skórę mam cieniutką jak pergamin i odchorowuję negatywne komentarze. Podziwiam blogerów społecznych jak nie wiem co, naprawdę.

      Ale bardzo mi było miło przeczytać Twój komentarz, dziękuję :).

      Usuń
  11. Uwielbiam Cię. Trafiasz w samo sedno. Choć najpierw chciałam napisać, jak bardzo źle rozpoznany i jak potwornie źle leczony był nowotwór mojego szwagra. Ale właśnie - potem przeszło mi przez głowę, że to jest sytuacja jednostkowa (choć dla nas potwornie ważna). Generalnie właśnie ci ludzie niosą pomoc, a te złe rozpoznania może z przepracowania się biorą? Piszę ten komentarz na gorąco, nie umiem do końca ułożyć sobie w głowie wszystkiego, ale jeśli ktoś rzuca, że to jst służba, a nie praca, a drugi ktoś rzuca "niech jadą", to to jest po prostu skandal

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz pojęcia, z jakim szacunkiem ja myślę o osobach takich jak Ty, które - mając złe wspomnienia - potrafią mimo to poprzeć słuszną (jak wierzę) sprawę.

      Sama spotkałam się z FATALNYM posunięciem lekarza, którego znałam wcześniej jako bardzo dokładnego i spokojnego. Nie mogę mu darować tego posunięcia, miało fatalne skutki. Ale myślę, że może był przemęczony. Może to była jego trzydziesta godzina pracy.

      Nie można doprowadzać ludzi do czegoś takiego. DLA NASZEGO DOBRA.

      Usuń
  12. Hmm, może ja się przeprowadzę do Twego miasta? Bo jak dotąd moje wizyty w szpitalach - za sprawą personelu niestety - były z piekła rodem. Wszystko dobrze, odpukać, się skończyło, ale jakbym prywatnie na ulicy spotkała położną jedną z drugą, to doszłoby do rękoczynów. Natomiast przeraża mnie, że za kilka lat nie będzie nawet takich położnych, że o lekarzach nie wspomnę. Boję się, że poziom będzie spadał i wolałabym, by im płacono przyzwoicie i więcej niż przyzwoicie - by fachowcy zostali, a nie musieli szukać dosłownie chleba za granicą. Bo inaczej, to my będziemy jeździć za lekarzami za granicę. A co do posłów i posłanek - może wystarczy zlikwidować im ich szpitale? Niech pojadą do zwykłego szpitala? Zwykłej przychodni? Może wtedy się ogarną? Pozdrawiam Dahutt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pisałam o swoich doświadczeniach z pięciu szpitali w trzech różnych miastach :). I paru przychodni już w moim. I, wiesz, ja mam także przykre wspomnienia. Wcale niemało. Ale jak tylko opublikowałam posta to sobie zaczęłam przypominać "O, o tym nie napisałam, i o tym, i o tym", więc wygląda, że dobrych mam jednak więcej.

      Marzę o tym, aby posłom zrobić to, o czym piszesz <3. Ale tak bardzo wiem, ze to się nie uda, że jedyne, co pozostaje, to wspierać ten protest i liczyć, że przyniesie skutek.

      Usuń
  13. Niestety,w każdym zawodzie są ludzie z powołaniem;ludzie,którzy przychodzą "odpracować " swoje 8 godz i nic ponad to,
    i ludzie,którzy nie powinni pracować w danym zawodzie.
    A do tego w pewnych momentach w medycynie wkracza się w strefę bardzo silnych emocji; strachu,nadziei oraz niestety bezradności, bo już nie można nic więcej zrobić.
    Przez ostatni rok z powodu choroby teściowej miałam do czynienia z medycyną chyba więcej niż przez całe wcześniejsze życie i mogłabym przytoczyć zarówno historie o złych lekarzach ,obojętnych jak i wspaniałych.
    Łatwo wszystko sprowadzić i zawiesić dyskusje wokół zarobków lekarzy.Łatwiej niż przyznać,że kwestia zarobków jest "najmniejszym" problemem.
    Każdy kto kiedykolwiek -leczył się przy pomocy aptekarza,bo do lekarza pierwszego kontaktu nie miał szans się dostać tego samego dnia,chyba,żeby lekarz zgodził się przyjąć ponad limit -każdy,kto siedział po 2-3 godz w przychodni,bo godz. przyjęć to lekka fikcja -każdy kto choć raz zapłacił za wizytę u lekarza lub rehabilitacje ,żeby było szybciej a nie za 3 m-c lub rok - każdy kto po znajomości załatwiał sobie dojście do lekarza - każdy kto spędził z bliską chorą osobą np.10 godz na SOR - każdy którego bliski nie doczekał się pomocy hospicjum,mimo czekania w kolejce przez 4 mc.- itd,itd ...POWINIEN popierać strajk lekarzy ,bo to system jest chory,przeciążony czego wynikiem są właśnie min.warunki pracy rezydentów.
    Uboga Staruszka

    OdpowiedzUsuń
  14. Jaki łądny, mądry wpis.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  15. Długo nie zaglądałam, a jak zajrzałam, to beczę i beczę. Ładnie piszesz i mądrze. Zresztą już Ci to mówiłam.
    Doświadczenia ze służbą zdrowia mam różne, jak każdy. Ale wiem choćby z naszego nauczycielskiego podwórka, że kiedy człowiek czuje się lekceważony i niedoceniany, kiedy zarabia skandalicznie mało, to mu się zwyczajnie odechciewa dobrze pracować. A z lekarzami jest tak, że dla nas wszystkich będzie lepiej, jeśli im się nie odechce.

    OdpowiedzUsuń
  16. My mamy fatalne doświadczanie ze służbą zdrowia :( niestety nauczyłam się, że jeśli nie zapłacę (nie pójdę prywatnie), to nie dostanę pomocy..

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja myślę, że każdy ma jakieś lepsze czy gorsze doświadczenia odnośnie szpitali czy innych placówek medycznych. Ja mam i takie i takie i nawet takie, o których nie chcę wspominać. Ja myślę,że gdyby lekarze mieli normalne umowy i pracowali w jednym szpitalu czy przychodni te 6 czy 8 godzin to byłoby inaczej. A posłankę i jeszcze kilku innych z podobnymi pomysłami to wysłałabym do pracy na 3 zmiany, na umowy zlecenia co są podpisywane co 2 tygodnie za minimalną krajową,ciekawe jak długo by wytrzymali,i co wtedy by powiedzieli.

    OdpowiedzUsuń