wtorek, 3 września 2019

Ten dzień

Dziewięć lat.

Po dziewięciu latach walk, potu, krwi (prawie) i łez...

Nagrywania słowotoków i spisywaniu ich na bloga, po pierwsze na wieczną rzeczy pamiątkę, po drugie dlatego, że Królowa Matka jest Fatalną Matką oraz po trzecie - dlatego, że bez dowodów na piśmie nikt by nie uwierzył...

Po dziewięciu latach zwlekania siłą z łóżka, po dziewięciu latach wysłuchiwania słów powszechnie uważanych za obelżywe, rzucanych w szeroko pojętą przestrzeń...

Po Dziewięciu latach obelg, rzucanych na głowy wynalazców druku, papieru, koła, bo kto bogatemu zabroni, członków założycieli Komisji Edukacji Narodowej, Izby Edukacji Publicznej, jak również autorów idei o szkolnictwie powszechnym - od Andrzeja Frycza Modrzewskiego począwszy, a na tych zwyrodnialcach, autorach dekretu o obowiązku szkolnym skończywszy - , a poza tym także  na głowy nauczycieli, wychowawców i rodziców, bo bez obelg rzucanych na rodziców to się nie liczy...

Po dziewięciu latach codziennych bez mała prób łamania kręgosłupa, rodzicielskich pogawędek w atmosferze przyjemnej i tej odrobinę od przyjemnej odbiegających, daremnych a podejmowanych z imponującym uporem prób przemówienia do rozsądku i tego śladowego poczucia obowiązku, które przecież musi GDZIEŚ TAM BYĆ, że o tych kilku karczemnych awanturach Królowa Matka z szacunku dla Kochanych Czytelników nie wspomni...

Po dziewięciu latach odbijania się od ściany wściekłości, tępego uporu i "co-mnie-to-obchodzenia", wybuchów furii godnych Najbardziej Zbuntowanego Nastolatka w Całej Historii Nastolatkowości Ever, po dziewięciu latach dramatycznych i z biegiem czasu coraz bardziej beznadziejnych prób, by uczynić w tym murze wyłom, ale jaki wyłom, wyłomik, jedną cegiełkę wyjąć, ukruszyć chociaż, otworek poczynić, przez który przeniknąć mogłoby światło przekonań i opinii innych niż własne, starannie pielęgnowane...

Otóż po tych dziewięciu latach nastał dzień, gdy Potomek Starszy wrócił ze szkoły radosny, jaśniejący i promieniejący Entuzjazmem i Pozytywną Energią, jakby wchłonął wszystkie poradniki Beaty Pawlikowskiej naraz. Albo i bardziej.




I tak, Królowa Matka wie, że to pierwszy dzień, przed nami dzień drugi, trzeci, siódmy, i ciekawe, co wtedy powie jej krnąbrne Dzieciątko (a już o setnym czy dwusetnym nawet wspominać nie ma co), ale po prostu musiała - po tych dziewięciu latach, przy których tyranie dziewiętnastowiecznych górników na przodku jawi jej się romantyczną przechadzką przy wtórze świergotu ptasząt i woni łubinu wśród pól, i które spędziła, licząc kolejne siwe pasma w swej koafiurze oraz snując liczne, z biegiem czasu coraz bardziej wyrafinowane, a z czasem niebezpiecznie ocierające się o "tęskne"  fantazje na temat dzieciobójstwa - o tym napisać.

5 komentarzy:

  1. Zakochał się! Jak nic, zakochany☺️Taki inteligentny młodzieniec nie może być przecie zadowolony z powodu powrotu do szkoły!

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze mówiąc po przeczytaniu tytułu postu lekko zmartwiałam, zadając sobie pytanie: "Nawet tutaj?" Na szczęście to opisy rodzinno - edukacyjne, a nie złej literatury.

    Nawiązanie do poradników Beaty Pawlikowskiej mnie urzekło :D

    A na koniec chcę tylko powiedzieć, że Królowa Matka powinna rozważyć karierę pisarską w kategorii "kryminały" - powyższy wpis całkiem nieźle trzymał w napięciu i przykuwał wzrok do ekranu. To co dopiero jakby tak o zbrodniach było. Niekoniecznie dzieciobójstwie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chwilo trwaj! Jesteś piękna!

    OdpowiedzUsuń
  4. A już myślałam, że to recenzja książki :-))))

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mam pełnego obrazu sytuacji, więc nie powinnam się wypowiadać, ale może poprzednia szkoła na żyle wodnej stała, była jakaś zła energia w powietrzu, coś tam było, co Potomkowi Starszemu nie odpowiadało i nie koniecznie było to z samą nauką jako taką związane.
    A nowa szkoła ma lepsze wibracje, inną energię i Potomek Starszy po prostu rzucił "starą skórę" i nabiera wiatru w żagle.

    U mojego potomka było tak, że poszedł do małej szkoły, z super kadrą, nauka szła mu bardzo dobrze, w klasie było 21 (a od 1 klasy- 17) uczniów a jednak w zerówce pojawiła się fobia szkolna na tle tego co działo się między dziećmi (min. rywalizacja kto będzie "rządził" w stadzie,itp.). A w takich sytuacjach nieśmiałe i wrażliwe dziecko (integracji z klasą nie ułatwiały też częste nieobecności z powodu chorowania + chodzenie po lekarzach, bo specjaliści rzadko przyjmują po południu) słabo sobie radzi.
    I niestety (jak to z czasem się okazało) mimo podejmowanych działań wychowawca 0-2 nie bardzo umiał sobie z tym poradzić. Dopiero, gdy w 3 klasie poszła na urlop zdrowotny i klasę objął ktoś inny coś zaczęło się zmieniać. A prawdziwa zmiana nastąpiła od 4 klasy, dzięki półrocznej systematycznej (na godz. wychowawczych) pracy z dziećmi podjętej przez wychowawcę + psychologa i pedagoga szkolnego.
    I choć apogeum fobii było w drugim półroczu zerówki i trochę czasu zajęło zanim przewalczyliśmy jej skutki, to jednak dopiero pójście do gimnazjum było tą kropką zamykająca proces leczenia.
    Trzymam kciuki za Potomka Starszego!

    OdpowiedzUsuń