niedziela, 3 września 2017

Przy końcu wakacji nostalgicznie o wakacjach

Podejrzewa Królowa Matka, że uczucie to zna i podziela większość rodziców.

Ten początek wakacji to wcale nie jest taki wyczekiwany.

Z jednej strony tak, oczywiście, ach, już by się odpoczęło na tych plażach, wśród tych lasów, albo nawet, w razie niepogody, na tej werandzie pod kocykiem z dobrą książką w ręku i herbatą pod ręką, ale z drugiej rok szkolny jest taki ułożony. Oswojony tak, że z zamkniętymi oczami, mechanicznie można wykonywać przypisane mu czynności. Poniedziałek, ten do szkoły o tej godzinie, ten o tej, Pompony odprowadzić, dziś przyprowadza babcia, Starszy wraca ze szkoły o tej, robi lekcje, Młodszy o tej, nie robi, bo przyjeżdża z pracy Pan Małżonek i jedziemy w Dzicz, Młodszy lekcje, Starszy ma czas wolny, Pompony ćwiczą logopedycznie. I tak codziennie, odprowadzić, przyprowadzić, na obiad, zakupy, wywiadówka, dentysta, kółko szachowe, występy w przedszkolu, weekend, ufff.

Potem nadchodzą wakacje i cały plan się rypie, ma człowiek kochane dzieciątka na głowie 24 godziny na dobę, zakupy trzeba robić z wyprzedzeniem, pakować przed wyjazdem na Mazury, rozpakowywać, opanowywać zarzewia konfliktu, zmagać się z codziennością i setką atakujących z czterech stron świata "maaaaamo-aaa-on"-ów oraz nieobecnością Pana Małżonka (którego urlop wynosi 14 dni, i ani chwili więcej) do godziny osiemnastej każdego dnia. Rany koguta, myśli człowiek rasy Królowa Matka, jak ja sobie poradzę, w końcu jednak uduszę któreś albo porzucę wszystkie i ciekawe, czy mają jakieś moje aktualne zdjęcie, żeby je moc pokazać w TV w programie "Ktokolwiek widział..." albo w TVN24.

A gdy tylko wszystko ułoży się i uklepie, wszyscy wejdą w wakacyjny rytm, Pan Małżonek przyzwyczai się do tego, że może trochę dłużej pospać rano i nie musi wracać galopem po pracy do domu, Królowa Matka oswoi leniwe, przyjemne poranki ze śniadaniem, które raz robi ona, raz któryś ze starszych Potomków (najczęściej, bądźmy boleśnie szczerzy, ten Młodszy), spacery po lesie, wyprawy nad jezioro, podlewanie ogródka, wieczorne długie Polaków rozmowy na werandzie podczas gdy Potomki roznoszą ogródek i okolice w proch i pył, i te zakupy z tygodniowym planowaniem, i spontaniczne wieczorne wyprawy do miasta, gdy się to wszystko oswoi i polubi, nagle bum! Nadchodzi początek roku szkolnego i staje się twarzą w twarz z pełną popłochu myślą: "Rany boskie, cztery plany lekcji, zajęcia dodatkowe, przywieźć-odwieźć, dom ogarnąć, wszystko według grafiku, jak ja sobie poradzę?! A TAK BYŁO DOBRZE!!!".

Zwłaszcza, że rzeczywiście było. I po raz pierwszy (!!!) w życiu w głowie zimnolubnej, kochającej jesień, swetry, szale, długie wieczory, babie lato i październik Królowej Matki pojawiła się myśl, że jest jej szkoda tego mijającego lata, i szkoda jej, że ono nigdy już nie wróci.

W dodatku najwyraźniej spędzała to lato w jakiejś zupełnie innej Polsce niż jej znajomi z Facebooka, którym bez przerwy było za zimno, albo za gorąco, albo lał się na nich deszcz. Poza jednym dniem na Mazurach, gdy to pogoda zmieniała się - dosłownie - co kwadrans, i po czwartej próbie pójścia na spacer rodzina Królowej Matki zrezygnowała z wysiłków, złapana po raz kolejny przez dziką ulewę, która zmieniała się w promienne słońce w chwili, gdy wszyscy, przemoczeni do nitki i z wodą chlupoczącą w kaloszach dopadali domu (bo ten dzień, gdy krajobraz do południa składał się ze ściany deszczu się nie liczy, wszak w południe się rozpogodziło i można było iść na jagody, skąd się wróciło szczęśliwym i uświnionym jak nieboskie stworzenie). I jeszcze poza tym drugim, a w zasadzie poza nocą, gdy nad Polską przechodziła ta potworna wichura, prąd w Domu w Dziczy zrobił "pyk!" i zgasł w kwadrans po tym, gdy Dzieciomtka posnęły kamiennym snem, co zaoszczędziło troski chociaż o nie Królowej Matce i Panu Małżonkowi, wycierającym w drżącym świetle świec oraz nieustającym (dosłownie, pierwszy raz w życiu coś takiego Królowa Matka widziała, blask na niebie, bez chwili przerwy) świetle błyskawic wodę wlewającą się przez komin, wywietrzniki i strumieniem cieknącą po ścianach, podczas gdy na posesjach sąsiadów, akurat nieobecnych, latały w powietrzu elementy zabudowy ogrodu, jak to części altany, trampolina, krzesła oraz metalowa huśtawka na dwie osoby, szczęśliwym trafem nie trafiając w Dom w Dziczy.

Poza tymi dniami pogoda tego lata była idealna, co może oczywiście mieć pewien związek z faktem, że Królowa Matka, Pan Małżonek i nawet Potomki nie są zwierzętami plażującymi, wręcz przeciwnie, plaża służy im do tego, żeby na nią pójść, zostawić klapki i ręczniki, wykąpać się, wytrzeć, opuścić ją i oddać się ciekawszym zajęciom, co też czynili nawet w - nie tak rzadkich - dniach dyszących upałem.

Ale chyba głównie ma związek z osobistym nastawieniem, do którego to wniosku doszła Królowa Matka, gdy w czasie jednego ze wspomnianych dwóch tygodni urlopu Pana Małżonka, spędzanego w Górach Świętokrzyskich, wracała na kwaterę po dniu pełnym łażenia po okolicy bliższej i dalszej, a w radiu Pani Reporterka Od Pogody żaliła się, że jest zimno i okropnie, i lata praktycznie nie ma, a po Krakowie trzeba chodzić w kurtce i szalu. Problem polegał na tym, że Banda Czworga tego właśnie dnia mogła się była zderzyć z dygoczącą pod szalami Panią Reporterką, gdy gnała przez Kraków jak wiatr, (zatrzymując sie, by uwiecznić swe podobizny na tle sklepu "Toruńskie pierniki", bo jesli cos fotografować w Krakowie to rzecz naprawdę interesującą przecież), odziana w t-shirty i krótkie spodenki, i z  lodami w dłoni.

I tak dalej, oblewając się potem i topiąc jak masło na rozgrzanej patelni w Chęcinach, wspinając się w palącym słońcu na chęciński zamek, przelatując w pochmurny, lecz ciepły dzień Łysogóry, gdzie Potomek Starszy fotografował na szkolne potrzeby ryty w ścianie podpis Żeromskiego z czasów, gdy nie był on - Żeromski, nie Potomek - Narodowym Wieszczem, tylko Nieletnim Wandalem, spędzając wieczory na huśtawce w ogrodzie Dworku Pod Lipą, w którym się zatrzymaliśmy, furt czytała Królowa Matka narzekania na pogodę w tej innej Polsce, w której jej nie było.

A tymczasem Chęciny były takie same, a nawet lepsze niż w czasach, gdy Królowa Matka zwiedzała je (i pokochała) panienką będąc, co prawda w małej cukierence nie było już Najlepszych Na Świecie lodów cytrynowych, było za to ciasto jogurtowe z makiem, które królewskomatczyna rodzina wykupowała na pniu i pożerała w ilościach hurtowych, w rynku znajdowała się przeurocza kawiarenka dla rodziców z dziećmi, oferująca, poza kawą, herbatą i wyborem ciast i deserów także opiekę nad dziećmi w czasie, gdy Rodzice się wspomnianymi deserami opychają, oraz fontanna, w której Pompon Młodszy skąpał się był wraz z odzieniem i obuwiem w jeden z tych upalnych dni, w czasie których na terenie reszty Polski panował luty mróz. A na Zamku można była strzelić z arkebuza, obejrzeć tańce średniowieczne oraz zamknąć w żelaznej klatce, w której kiedyś trzymano więźniów, własnego Potomka, niestety, nie na długo.

Łysogóry Potomki i Pompony przebiegły w hożych podskokach, następnie zdrzemnęły się kwadransik w trakcie jazdy samochodem do Dworku Pod Lipą, by - w czasie, gdy Królowa Matka, po dojechaniu na miejsce powooooli formułowała w głowie myśl, że za jakieś pół godzinki uda jej się (chyba?) wystawić z samochodu obie nogi, powolutku, malutkimi kroczkami, dowlec się do pokoju, w końcu pierwsze piętro to nie jest jakiś Matterhorn, i zalec na resztę popołudnia na łóżku w charakterze zwłok - wyskoczyć rześko z samochodu i w radosnym pląsie udać się w kierunku placu zabaw, w biegu formułując życzenie, by mamusia przyszła za nimi pobujać je na huśtaweczce oraz pograć w ping ponga, gdyż się właśnie nauczyły i uwielbiają.

Wspomniany Dworek Pod Lipami miał prze-cu-do-wne schody, stworzone do tego, by schodzić z nich w slow motion oraz wyniośle, dystyngowanie szeleszcząc elegancką suknią i wydając polecenia w rodzaju: "Franciszku, dziś pan nie zejdzie na herbatę, proszę mu ją zanieść do gabinetu", i spowodowały u Królowej Matki kolosalny foch na Historię oraz Własnych Przodków...

(OT, ostatnio Królowej Matce w nawyk wchodzi.

No więc na Historię to Królowa Matka nie poradzi, ale jeśli chodzi o Przodków, a konkretnie o Pradziadka Królowej Matki, a jeszcze konkretniej o Tatusia Tatusia Tatusia Królowej Matki, który to Pradziadek obdarzony był malowniczą osobowością oraz duszą włóczykija, to ma Królowa Matka jednak kilka ansów. Dusza włóczykija objawiała się tym, że Pradziadek wędrował po całym kraju, albo i świecie, wpadając co i rusz na jakieś genialne pomysły. Podczas jego peregrynacji rodzinny dwór, majątek, stadninę oraz służbę żelazną dłonią dzierżyła Prababcia Katarzyna, której w dzierżeniu nic a nic nie przeszkadzały kolejne ciąże, porody i połogi. Pradziadek wracał co jakiś czas, głaskał czule głowiny Dziatwy, ustawionej prze Panem Oćcem w karnym rządku, dobrotliwie dziwił się na widok Nowego Dzieciątka w ramionach Prababci: "Ach, Kasieńko, raz... dwa... trzy... ojej, ilu was jest, wszystko moje? O, i nowe?", całował nowe w główkę, a już trzy miesiące później zaczynał odczuwać swędzenie w żywocie i udawał się na kolejną wyprawę, zostawiając majątek, Prababcię i kolejnego Potomka w drodze, i tak jedenaście razy. Być może zdarzyłby się i dwunasty raz, gdyby nie to, że po jedenastym Pradziadek wrócił z - kolejnym - genialnym pomysłem, który nie wie Królowa Matka, na czym polegał, który jednakże wymagał sprzedania majątku.

Pradziadek sprzedał więc dwór, sady, ziemię i konie, po czym - nie na drugi dzień, bo to byłoby już nazbyt melodramatyczne, ale raczej kilka tygodni niż miesięcy później - nadeszła reforma Grabskiego i Pradziadek - który pojechał wymieniać pieniądze ze starych na nowe wioząc je w skrzyniach na wozie, a wrócił mając cały swój majątek w portfelu w kieszonce na piersi - przesiedział kilka kolejnych dni w kamiennym milczeniu, po czym wziął się i zmarł na zawał. Zostawiając Prababcię z jedenaściorgiem dzieci, a Królową Matkę pozbawiając szans na bycie Panienką ze Dworu.

To znaczy, Królowa Matka wie, II wojna światowa i ustrój demokracji ludowej oraz sprawiedliwości społecznej, te rzeczy. Ale jakoś do rodzonego Przodka łatwiej mieć pretensje, koniec OT).


... no więc poza schodami wspomniany Dworek miał olbrzymi teren w otoczeniu sielskich pól i lasów, ze stawami, placem zabaw oraz obsługą i szefostwem tak dyskretnym, że trzeba było w dniu wyjazdu biegać po terenie i go szukać celem uiszczenia. "Państwo koniecznie jeszcze do nas przyjadą! - zakrzyknęło szefostwo, namierzone po dłuższej chwili poszukiwania przez Pana Małżonka. - Mają państwo takie grzeczne dzieci!". Pan Małżonek wzdrygnął się nerwowo i obejrzał w poszukiwaniu osoby, do której mówiła Szefowa posiadłości, podczas gdy ta kontynuowała, najwyraźniej w świecie zwracając się jednak do niego: "Jak państwo to zrobili? Jak się to państwu udało?!". "Ależ - rzekł Pan Małżonek z wrodzoną całej królewskomatczynej rodzinie uczciwością - to dlatego, że nas całymi dniami nie było...". "Jakie nie było - zaprotestowała Szefowa. - Rano państwo byli, wieczorem, na placu zabaw widziałam dzieci, na spacery chodziły po terenie, do stawów, po ogrodzie. Na samym końcu korytarza mieli państwo pokój, do kuchni dzieci chodziły, nikt po korytarzu nie latał, nie wył, nie ślizgał się na dywanie, czyściutko, cichutko, niesamowite po prostu... Koniecznie państwo muszą tu wrócić!". Całą tę rozmowę powtarzał Królowej Matce Pan Małżonek w przytomności czterech par nadstawionych uszu i ocząt przebiegających od Mamusi do Tatusia, jak w meczu tenisa, po czym odezwał się Potomek Starszy ze szczerą troską w głosie: "Ale... ta pani jest głucha?", i to by było na tyle, jeśli chodzi o grzeczność i dobre wychowanie.

Ale do Nowych Kotlic planujemy wrócić, Królowa Matka zaopatrzona w suknię, w której zejdzie z godnością po schodach, a Pan Małżonek strzeli jej fotkę, Pradziadkowi i Historii na przekór.

Mazury to już w ogóle zawsze Królowej Matce dobrze robią, nastrajają ją filozoficznie i prowokują do powzinania różnych Pomysłów na Życie. Które później, w szarym świetle codzienności, rozmywają się i bledną, by wrócić przy okazji kolejnej wizyty na Mazurach (w te wakacje - dwa razy, i nie jest to nasze ostatnie słowo w tym roku) i, kto wie, może kiedyś zaowocować.

A poza tym spacery ze świeczkami w ciepłe wieczory lipcowe, włączany w gorące dni ogrodowy wąż, z którego robiło się fontannę dla dzieci, festiwal światła, lody, kawa w przytulnych kawiarenkach, zamówiony trylion książek, nadrobione zaległości czytelnicze i całe stado wydzierganych indyjskich słoni, czereśnie i bób, maliny i jagody, zebrane własnoręcznie w Puszczy Piskiej, wszystkie te wspomnienia trzeba poskładać starannie i schować ze świadomością, że te dni się nigdy nie powtórzą.

Zamiast nich nadejdą długie wieczory i krótkie dnie, deszcze, słota, złota jesień, życie według grafika, do którego się też przywyknie, by za rok znów pomyśleć z paniką, że, o Boże, znowu lato i jak ja sobie poradzę, 24 godziny na dobę z moimi dziećmi w małym domku poza cywilizacją.

Żegnaj, Lato.

Dobrze, że byłoś.


22 komentarze:

  1. Przecież wszyscy rodzice wiedzą, że wakacje to czas snucia się małolatów w piżamach po chacie. :D
    Ale ogarnąć czwóreczkę? Wielki nieskończony szacun, Wasza Wysokość! Widzę tu mistrzostwo świata nie tylko w roku szkolnym, ale też w wakacje, właśnie! Że tak zaciekawić małolatów, że do zwiedzania przymusić, że w przyrodę puścić, w plener, że nie tylko te piżamy po chacie... Gratuluję, podziwiam i odchodzę w ukłonach.
    /tatamara.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie muszę zmuszać moich dzieci do zwiedzania, same chca :D. Nie wiem, czemu, ale to lubią, może dlatego, że rodzice szczerze lubia i jakos je tak przyzwyczaiły do tego, ze wakacje z rodzicami nie polegają na siedzeniu, bo jak dwa dni pod rząd się siedzi, to mamusia sie robi nerwowa i wtedy jest niemilo :D.

      Inna rzecz, że gdyby nie... ekhm... dyskretny nacisk, to częśc wakacji, co najmniej, bardzo chętnie przesiedzialyby w domu, w piżamach, wpatrzone w ekraniki. Wzdech.

      Usuń
  2. Królowo Matko, jak zwykle cudowny post! Aż zapachniało latem tętniącym życiem. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :).

      To dlatego, że jest mi tęskno za latem. Już :).

      Usuń
  3. A mi zapachnialo nostalgicznie jesienią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie za jesienią tez mi tęskno :D...

      Usuń
  4. Ech wzbudziłaś we mnie nostalgię Królowo. Mnie co prawda geny nad morze ciągną, ale brak prawdziwego urlopu w tym roku powoduje tęsknotę nawet za bąblami od urlopowych komarów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tez ciągną, nie wiem, czy geny, ale dusza na pewno! Uwielbiam morze, wolę je od wszelkiego rodzaju gór, nawet tak łagodnych, jak świętokrzyskie :))). Ale uznaliśmy, że młodzież nigdy w żadnych górach jak dotąd nie była, a już może być, gdysz nóżki urośli :D.

      No i Pan Małżonek jest bardziej górski niż morski, a jemu w końcu tez się coś od życia należy :))).

      Usuń
  5. O jakże mi miło,że tak pięknie piszesz o moim rodzinnym świętokrzyskim! Jest co podziwiać zaiste. Do Chęcin mam rzut beretką i nawet w sierpniu byłam i gdybym wiedziała,że w miasteczku jest taka zacna cukiernia to bym zaszła. A tak to tylko nawiedziłam zamek. Pozdrawiam i życzę udanego roku szkolnego( mnie też, bom ciało pedagogiczne). Iwona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam świętokrzyskie :). Kocham Chęciny :))). Cukiernia jest na ulicy Łokietka i jest słynna z jagodzianek, ale ja polecam ciasto jogurtowe. Z makiem. O, mamuniu, jakie ono jest dobre!

      A poza tym Tokarnię kocham, i Łysogóry, i świętokrzyskie psy :D. Najłagodniejsze w Polsce, IMHO :D. Co, oczywiście, świadczy o ludziach.

      Dziękuję za życzenia i "odżyczam". Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Mieszkam w kraju w ktorym inna pogoda co kwadrans jest standardem, wiec dla mnie przyjazdy do Polski to czas na wygrzanie sie w nieuniknionym sloncu. Jak dotad nie doznalam zawodu w tym roku takoz wiec mijalysmy sie z Krolowa w tym samym lecie.

    Wlasnie takie wpisy od Krolowej to jest to co Tygrysy lubia najbardziej.

    I mam nadzieje ze te plany zyciowe obejmuja napisanie powiesci. Zaprawde jest to Krolowej obowiazek wobec spoleczenstwa - powiesc o zasiedlaniu domu w dziczy. Inaczej jest opinia publiczna zwodzona roznymi Poczekajkami. Ja wiem, ta odpowiedzialnosc, ale coz...

    Dobrego roku szkolnego i pieknego pazdziernika Krolowej zycze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plany życiowe obejmujące napisanie powieści zazwyczaj rodzą sie w okolicy nowego roku, aby obumrzeć w Trzech Króli, i tak do następnego roku :D. Ostatecznie zrobie coś dla dobra literatury i uszyję słonia :D. Albo wyszydełkuję zaslonkę, albo sprzątnę dom, albo cokolwiek :DDDD.

      Usuń
    2. Tak na powazniej to ja naprawde czytam bloga Krolowej jak powiesc w odcinkach (na poczatku cofnelam sie do archiwum i przeczytalam sobie chronologicznie a teraz regularnie powracam do ulubionych wpisow, bo mi pomagaja na kryzysy w tym jeden powazny bardzo). Wiec dla mnie to jest wystarczajacy wskaznik ze Krolowa da rade z materia powiesci. A jaka interesujaca formalnie nie tylko tresciowo! Wszystkie formy, esej, powiesc przygodowa poezja i aforystyka aby oddac chaotyczne i pelne kolorow zycie i tak dalej juz widze te recenzje oczyma duszy mojej. A tak na powaznie to cierpimy na brak literatury srodka polskiej (no chyba ze Krolowa ma jakies rekomendacje?) i byloby po prostu milo miec cos porzadnego na polce w tej kwestii.

      Usuń
    3. A no ja właśnie wedle tej samej sprawy - w ramach tego "powzinania różnych Pomysłów na Życie" koniecznie poweźmij pisanie, ja Cię bardzo proszę, i nie po raz pierwszy. W sensie: że książkę.
      Albo chociaż przejrzyj blogaska pod tym kątem i może Ci się z wpisów coś ułoży? Choćby trzy ostatnie - toż to rewelacja!

      Usuń
    4. Kocham Was (powiedziała z uczuciem Królowa Matka, która nie umie w fabułę i w pisanie w ogole, ale mile ją łechce czytanie podobnych wypowiedzi :)).

      Usuń
  7. Na szczęście już nie czekam ani na koniec roku szkolnego ani na wakacje. Chociaż to tylko pozory, bo przecież zawsze pod koniec czerwca dorosłe dziecię mi się na łeb zwala i zajmuje pół garażu swym dobytkiem, tak że KrólowoMatko ja czekam na opróżnienie garażu, a potem to już tylko luz blus :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba zawsze będę czekać. W genach rodziny to jest, po rodzicach/tesciach - nauczycielach :D.

      Usuń
  8. z koronowanymi głowami rozmawiać nie uczą w szkołach - szkoda, byłoby jak znalazł. a może na wagarach byłem w tych góralskich lasach?
    zdrowia i humoru życzę, o resztę niech się już plankton martwi

    OdpowiedzUsuń
  9. Ależ wyborny opis przodków! Warto było czekać. Cudni jesteście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skutek mienia świetnych przodków, jak mniemam ;D.

      I dziękujemy, dziękujemy! Nie zaprzeczając przez grzeczność :).

      Usuń
  10. "(...) spędzanego w Górach Świętokrzyskich"? W Górach Świętokrzyskich???!!! I ja dopiero teraz...?! Foch :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bazylu! Czy Bazyl jest z Gór Świętokrzyskich?!

      Usuń