poniedziałek, 30 stycznia 2023

Filmowo i... no, głównie filmowo

Królowa Matka i Pan Małżonek (oglądają Bogaty Akcją Oraz Wybuchami Film Sensacyjny Z Lat Dziewięćdziesiątych).

Podstępny Przedstawiciel Arabskiej Mniejszości Na Ekranie (perfidnie wkręciwszy się do grona Elity Finansowej knuje Szczwany Plan, co jakiś czas wydając z głębi trzewi Złowrogi Śmiech, jak również łypiąc czarnym okiem spod loczka na czole).

Królowa Matka (lekceważąco) - Ja go znam, to jest Art Malik! Nie jest wcale Arabem, tylko Pakistańczykiem, i po prostu ma taki egzotyczny typ urody, a w ogóle to jest przemiły i na pewno nie terroryzowałby finansistów!...

Chwila przerwy, nabrzmiałej treścią.

Królowa Matka - ...to jest, przepraszam bardzo, chciałam powiedzieć, nie finansowałby terrorystów...


Kurtyna, dużo, dużo kurtyn.

środa, 25 stycznia 2023

"Garść pierników, szczypta miłości" Natalia Sońska

Po swoim zeszłorocznym (praktycznie równo rok temu miałam tę... okazję) spotkaniu z powieścią Natalii Sońskiej "Uwierz w miłość, Calineczko" obiecałam sobie, że przeczytam jeszcze coś, co wyszło spod jej pióra, ponieważ zafrapowała mnie ilość wypijanego przez bohaterów alkoholu (dosłownie miałam czasem wrażenie, że czytam o bohaterach "Pod Mocnym Aniołem", co nie jest, jak mniemam, doznaniem typowym dla czytelników/-czek uroczych powieści świątecznych) i zapragnęłam sprawdzić, czy jest to standardowe zjawisko w dziełach autorki, czy tylko w ten sposób chciała, no nie wiem, oddać koloryt Podhala, czy może przez przypadek jej tak wyszło.
 
Cały, calusieńki rok pamiętałam o swojej obietnicy, ale a to nie miałam nastroju na opowieści z dużą zawartością cukru w cukrze, albo i owszem, miałam, ale na jakieś inne, albo w bibliotece rozminęłam się o włos z inną czytelniczką, która miała chęć na cukier w cukrze i szybszy refleks/więcej szczęścia niż ja, i tak to się odwlekało, odwlekało, aż wreszcie pod sam koniec roku udało mi się dopaść bibliotecznego stolika w samą porę, by zagarnąć w stęsknione ramiona
 

 
które mi do żadnego wyzwania czytelniczego nie pasowało, a i tak je przeczytałam, proszę docenić moją determinację!

I przyznać muszę, że alkoholu w "Garści pierników" jest mniej (chociaż, owszem, sceny, w których któreś z bohaterów wchodzi do domu i natychmiast kieruje się do barku, bo miał taki ciężki dzień i musi się wyluzować, lub też spędza wieczór samotnie w domu, w towarzystwie li tylko paczki chusteczek i butli wina, którą osusza indywidualnie, nazajutrz zaś wstaje z barłogu, w którym zaległ był i siada za kółko, by jechać do pracy, są obecne, i to więcej niż jedna), poza tym jednak wszystkie zarzuty, które stawiałam "Calineczce" tutaj znalazły swoje potwierdzenie.

No to przejdźmy do, że tak to ujmę, ad remu.

Hania, młoda i ambitna redaktorka w modowym piśmie „Pearl” skupia się na rozwoju kariery. Nie dba o miłość, wstrętna jest jej idea małżeństwa, a nawet posiadanie partnera, wchodzi wyłącznie w związki bardzo krótkotrwałe, bywa, że jednonocne, żeby nie ryzykować utknięcia w sytuacji, gdy coś stanie jej na drodze do wymarzonej kariery. Zwłaszcza, że ostatni związek przypłaciła morzem wylanych łez.

Ale, OCZYWIŚCIE, wszystko do czasu. Pomysł, by zamienić się obowiązkami z koleżanką z redakcji, doprowadza do niespodziewanego spotkania. Hania poznaje Wiktora, przystojnego i pewnego siebie szefa dużej firmy marketingowej. Ich relacja bardzo szybko staje się więcej niż służbowa. A w dodatku w życiu Hani zaczyna mieszać Marek, jej były chłopak, i jego żona, obecnie szefowa Hani, naczelna redaktorka "Pearl".

Cóż.

Przypomnę/zaznaczę może, że nadal nie lubię powieści świątecznych (a po tej to już nie lubię ich tak na maksymalnego maksa normalnie), nie lubię ich dlatego, że - pozwolę sobie zacytować samą siebie - "są do bólu przewidywalne, jak zresztą większość (o ile nie wszystkie) romanse, a w dodatku podlane nieznośną ilością świątecznego lukru, i to ten lukier właśnie mnie dobija".

I powiem jedno, jeśli rok temu dobijał mnie lukier, to w tym nie mam słów, by opisać swoje doznania. Czytając o Wigilii w rodzinnym domu Hani czułam się, jakby mi robiono krzywą cukrową, podwójną. Kto miał, rozumie moje doznania, kto nie miał, niech przyjmie wyrazy szczerej zazdrości. W dodatku to był opis, no, wiecie, Wigilii. Znakomita większość, o ile nie wszyscy Polacy wiedzą, jak taka tradycyjna Wigilia wygląda, nawet biorąc poprawkę na różnice regionalne. A tu mieliśmy opis tak szczegółowy, jakby sporządzał go Bronisław Malinowski, z uwagą pochylający się nad jakimś egzotycznym dla nas ludem, i precyzyjnie notujący zwyczaje, żeby nic nie umknęło analizującym jego opisy etnografom. Tu mamy choineczkę, choineczka jest po to. A tu pusty talerz, pusty talerz dlatego, że. Dwanaście potraw, a to oznacza. Kolędy śpiewamy, gdyż albowiem. Pasterka, nie ma opcji, żeby nie iść na pasterkę, no bo przecież. I wszystko utopione w polewie cukrowej, czekoladowej, lukrze i posypane brokatem, różowiusim jak pupcia jednorożca.

Opis Wielkiego Finału zagryzałam ogórkiem kiszonym, co polecam wszystkim planującym lekturę. Inaczej można się zasłodzić na amen, a tego byśmy nie chcieli.

Poza tym w mocy pozostają wszystkie zarzuty, które stawiałam "Calineczce".

Przewidywalność akcji na poziomie eksperckim, a wręcz najeksperckim, w dodatku wyczuwam wcale nie tak subtelną inspirację Grey'em, nie chce mi się sprawdzać dat powstania obu utworów, ale jeśli to przypadkowa zbieżność to najwyraźniej obie panie użyły jakiegoś dostępnego autorkom romansów szablonu. No bo mamy tu i początkującą redaktorkę z ambicją zostania dziennikarką, która zamienia się z koleżanką i przez przypadek udaje się przeprowadzić wywiad z niejakim Wiktorem, i rzeczonego Wiktora, bogatego, energicznego, przystojnego właściciela firmy mieszczącej się w drapaczu chmur pełnym szkła, metaloplastyki i kompetentnych, uśmiechniętych sekretarek, który to Wiktor jest oczywiście kawałem chamiszcza i bucem, i denerwuje naszą Hanię jak oddycha w jej obecności, ale my już wiemy, jak to się skończy i nie damy się nabrać.

Postacie napisane tak sztampowo, że zęby bolą. Hania ma być temperamentna i łatwo wybuchająca gniewem, o czym autorka sobie przypomina co jakiś czas i nasza Hania, która sobie przez parę stron spokojnie mówiła, chodziła i wychylała kielicha nagle zaczyna wrzeszczeć i rzucać obelgami, cholera (pardon) wie czemu. Z Wiktorem przeprowadza normalną rozmowę, po czym wychodzi w pokoju i rozmyśla, jaki to z niego cham i prostak, i cham jeszcze, o! I prostak! I jak on tak mógł, i jak ona go nie znosi, no tak nie znosi, że wręcz nienawidzi!!!, gdyż autorce się przypomniało, że zanim bohaterowie padną sobie w objęcia muszą się przecież nie cierpieć. Konkurent do serca, Marek, opisywany (przez Hanię) jako mężczyzna wspaniały i nieskazitelny moralnie, dosłownie kilka stron dalej okazuje się oszalałym stalkerem i psycholem, zadręczającym naszą bohaterkę i lekce sobie ważącym więzy małżeńskie. I tylko czytelnik pozostaje z takim " Aaaaleee... zali wżdy?" na ustach.

Książka jeszcze bardziej przypomina wypracowanie szkolne, niż "Calineczka", podobno to debiut autorki, może dlatego. Nie sprawdzałam, ile lat miała Natalia Sońska w chwili debiutu, ale tylko bardzo młodym (wręcz gimnazjalnym) wiekiem tłumaczyć można ten wyraźny wysiłek, by utworzyć "literackie", a nie jakieś tam zwyczajne zdania ("Jednym tchem wyszeptała przyjaciółce wszystko, co wiedziała, bo była pewna, że dziewczyna będzie tym bardzo podekscytowana" - BTW klejnot i wzór z naszej Hani, klejnot, powiadam, powierzyć jej tajemnicę to jak w studnię normalnie, no, chyba, że spotka się kwadrans później z przyjaciółeczką na plotach, to wtedy nie), niekiedy wywołujące niezamierzony efekt komiczny ( "Każde z nich zatrzymało wzrok w jakimś martwym punkcie, który na tę chwilę stanowił ich spokojną przystań").

Młodym (bardzo) wiekiem (i brakiem dobrej redakcji) można też tłumaczyć błędy językowe i składniowe ("Komórka Hani zniknęła ze stolika, gdzie była pozostawiona. Wstała i zaspana weszła o kuchni, z której dobiegał głos dziewczyny". "Hania zostawiła więc ojca na czatach, który korzystając z wolnego czasu wdał się w dyskusję z owym handlarzem". "Gdy drzwi windy wreszcie się rozsunęły, oparty o jedną ze ścian stał Marek"), kompletnie nie pasujące do stylu całości słownictwo ("z powalającą gracją stanął po drugiej stronie masywnego biurka", przy czym określenie "powalający" występuje w powieści jeszcze raz) oraz nieumiejętne opisy ("Dziękuję, ale niepotrzebnie się fatygowałeś - Hania chciała jak najserdeczniej podziękować mu za troskę", cóż, Haniu - oraz autorko - jeśli tak chciałaś za cokolwiek najserdeczniej podziękować, to wiedz, że nie wyszło).

Powieść roi się od rozkosznie opkowych elementów, typowych dla bardzo młodych osób, które bardziej "wyobrażają sobie", niż "wiedzą" (Hania chce na szybko przygotować coś prostego na kolację z tego, co ma w lodówce, a podobno nie ma wiele, po czym decyduje się na "tartę z łososiem, suszonymi pomidorami, twarożkiem i rukolą". Hania umawia się z Wiktorem na mieście "bo w jego domu panował taki chaos, że nie sposób było porozmawiać", przy czym rozdział wcześniej mieliśmy opis tego "chaosu" w postaci śpiącego na piętrze sześciomiesięcznego niemowlęcia i pięcioletniego chłopczyka, grającego w wyścigi na komputerze, którego to chłopczyka Hania przez dłuższą chwilę w ogóle nie zauważyła w wykwintnym, elegancko umeblowanym, obszernym i luksusowym, choć gustownym wnętrzu).

Już nie będę się znęcać dodatkowo nad wiarygodnością fabuły oraz opisanych przez autorkę związków międzyludzkich (zdeklarowana singielka, która w ciągu trzech tygodni przechodzi płynnie - no, chyba, że autorce akurat się przypomni, że Hania ma temperamencik i każe bohaterce wrzasnąć raz czy dwa - od "żadnych facetów, kariera is the best, mam plan, by stać się Prawdziwo Dziennikarko" do "pobierzmy się, adoptuję twoje dzieci", bez wahania, bez cienia refleksji, plus wszyscy wszystkich kochają, rodzice Hani Wiktora, rodzice Wiktora Hanię, Hania dzieci, dzieci Hanię, zero "czy jesteś pewna, córeczko?", "czy na pewno wiesz, co robisz, synu, pomyślałeś o dzieciach?", zero zgrzytów, zero dystansu, zero wątpliwości), dodam tylko, że w porównaniu z "Calineczką" mamy mniej lejącego się alkoholu, mniej "uśmiechania się pod nosem" (byłam wredną żmiją i liczyłam, ile razy pojawi się w utworze ta ukochana przez autorkę fraza - pojawiła się trzynaście razy, gdyby ktoś był ciekaw), za to więcej "roześmiań się perliście", pohamowuję dalszą chęć rozpisywania się wyłącznie dlatego, że to debiut, ale nie polecam nikomu, nawet wielbicielom/-kom gatunku, bo może to i da się szybko przeczytać, ale napisane jest niezręcznie, pomimo natłoku wydarzeń - częściowo zupełnie zbędnych - nudno, i nade wszystko SŁODKO z taką ilością słodyczy, której zdrowy organizm przyswoić bez uszczerbku nie jest w stanie.

W ramach konwencji można bez wątpienia i bez szczególnych starań, jak sądzę, znaleźć o wiele lepsze pozycje.

wtorek, 24 stycznia 2023

"Blask" Marek Stelar

Co za udany początek roku czytelniczo-recenzenckiego, mniam!
 

"Blask" jest pierwszą powieścią Marka Stelara, jaką przeczytałam, recenzji też nie czytałam zbyt wielu, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu (i nie muszę Wiernym Czytelnikom przypominać, od kiedy) entuzjastyczne recenzje budzą moje podejrzenia, a jeśli jest ich zbyt wiele i jeśli są "za dobre" z miejsca robię się nastawiona mocno sceptycznie*.

Cóż to jest jednak za frajda, gdy okazuje się, że był to sceptycyzm niezasłużony!

Tym chętniej dorzucę swój kamyczek do góry Recenzji Entuzjastycznych.
 

Trzy plany czasowe, trzy wydarzenia, które łączą się, splatają i zaczynają wyjaśniać mniej więcej od połowy książki.

1946 rok. Wiktor Krugły po dramatycznych przejściach wojennych przyjeżdża do siostry, która osiedliła się w Szczecinie, i niemal natychmiast (a w zasadzie - natychmiast) po przybyciu do miasta zostaje wplątany w sprawę zabójstwa żydowskiego chłopca. Chłopiec zostaje znaleziony w parku, a w zaciśniętej dłoni trzyma  sporych rozmiarów brylant. Wkrótce ginie kolejny chłopiec, a Krugły, próbujący sam rozwiązać zagadkę ich śmierci, ma przeciw sobie niemal wszystkich, od przedstawicieli niezupełnie jeszcze okrzepłych w swych prawach i obowiązkach przedstawicieli władzy wykonawczej, "wyzwolicieli", po zmartwionych aktywnością Wiktora na czymś, co można śmiało nazwać polem minowym znajomych z pracy i rodziny.

1978 rok. W Szczecinie zamordowana zostaje młoda prostytutka. Dziwne ślady na jej szyi pozwalają podejrzewać, że narzędziem zbrodni był bardzo nietypowy sznur. Zatrzymany w związku z podejrzeniem popełnienia zbrodni obywatel RFN zostaje bardzo szybko zwolniony, a do akcji wkracza funkcjonariusz SB, który rozpoczyna z Niemcem własną potajemną rozgrywkę.

2018 rok. Agata Prażmowska, szczecińska prawniczka, rozpoznaje w nieletniej ofierze zabójstwa swoją niedawną klientkę. Dziewczyna została uduszona sznurem o nietypowym splocie. Wkrótce później umiera ojciec Agaty, z którym ta nigdy nie miała dobrych stosunków, a po jego śmierci Agata zaczyna w starych dokumentach natrafiać na ślady tajemnicy, którą jej ojciec krył przez całe życie. Kobieta z pomocą swego świeżo odnalezionego kuzyna Roberta, emerytowanego oficera policji, zaczyna prowadzić śledztwo, które prowadzi w przeszłość...

Już dwa plany czasowe bywają sporym wyzwaniem dla pisarza, a co dopiero trzy, z tym większym też uznaniem można podziwiać, jak dobrze poradził sobie z nimi Marek Stelar. Akcja (na każdym planie) jest dopracowana, bohaterowie dobrze zarysowani, obdarzeni osobowością i niezwykle konsekwentnie poprowadzeni, tak, że nie jesteśmy zaskakiwani przez jakieś niezwykłe moce czy rzadkie umiejętności, które objawiają się u bohatera w jednej, jedynej chwili (na przykład podczas srogiego mordobicia) po to, by zniknąć bez śladu w chwili, gdy nie są już potrzebne. To samo dotyczy charakterów bohaterów, którzy nie stają się, na przykład, rozszalałymi ekstrawertykami na potrzeby jednej sceny, by natychmiast po niej stać się znowu introwertycznymi i zamkniętymi w sobie nieśmiałkami. Nie, tu wszyscy charaktery mają stabilne i świetnie wpisane w rzeczywistość, w której się poruszają (no dobrze, troszkę, troszeczkę zgrzyta mi w planie czasowym z 1946 roku niejaki Ludwik Karbasz, osiemnastolatek bez formalnego wykształcenia, bo jakież wykształcenie mógł odebrać dzieciak, który skończył dwanaście lat, gdy zaczęła się wojna, taki trochę odpowiednik "warszawskiego cwaniaka", który wypowiada się płynną, eleganckaąpolszczyzną, pełną fraz typu: "Nie jestem pewien, czy mam ci dziękować za uratowanie mi życia, czy być wściekłym, że nim zaryzykowałeś w imię swych zasad", no ale, nie wiem. Może oczytany był, albo miał talent oratorski).

Za opis powojennego Szczecina  duże brawa. Wielce cenię wszystkich autorów, bez względu na to, w jakim gatunku literackim się wypowiadają, którzy przybliżają nam, jak naprawdę wyglądało to, co w podręcznikach szkolnych ujęte jest sucho i w paru okrągłych zdaniach typu: "Ziemie Odzyskane zasiedlone zostały przez repatriantów ze Wschodu. Pozostali na miejscu dawni mieszkańcy oraz ci, którzy powrócili po przejściu frontu, zostali poddani weryfikacji narodowościowej przez administrację polską" (plus kilka wyliczeń, najlepiej podanych w procentach). Szacunek dla autora, który potrafił opisać ten powojenny Dziki Zachód, tę ziemię jeszcze trochę niczyją, tych ludzi pozbawionych wszelkich zasad, którzy w mieście-trochę-niczyim zwęszyli szansę na zrobienie interesu, i tych z zasadami, którzy na ruinach zaczynali budować nowy świat i nowe życie, te nabrzmiałe konflikty narodowościowe, na które trzeba było przymknąć oczy, bo przecież wszyscy sobie byli jakoś tam potrzebni i nieważne było, Niemiec czy Polak, czy Żyd... świetnie, świetnie opisane, z wielkim wyczuciem i niewątpliwa znajomością tematu.

Świetnie napisana jest zresztą całość, dłużyzn brak (albo nie odnotowałam), wątki wyjaśniają się i splatają logicznie i przekonująco, i wszystkie zostają inteligentnie domknięte...

A, nie. Jednak nie wszystkie.

Ale pomysłu z nie domknięciem jednego z wątków szczerze autorowi gratuluję. Dzięki temu jego kryminał nie stał się taką trochę bajeczką dla dużych dzieci. Zyskał za to interesującą perspektywę i pole do rozmyślań, a to to już na pewno nie jest coś, co można powiedzieć o wielu kryminałach.

Szczerze polecam.


*za co z góry przepraszam Szczerych i Entuzjastycznych Bezinteresownych Recenzentów, ale nabawiwszy się urazu na skutek zetknięcia z dziełami recenzowanymi już nie Entuzjastycznie, ale po prostu z Nabożnym Zachwytem, takimi jednakże, po lekturze których miałam ochotę pozwać wydawnictwo i zażądać zwrotu pieniędzy za dostarczenie towaru niezgodnego z opisem stałam się nieufną, zrzędliwą babą.

Tym niemniej mam listę Recenzentów, których nawet Najbardziej Entuzjastycznym recenzjom ufam, a lista ta jest długa i rośnie, więc być może jest jeszcze dla mnie nadzieja :).

 

niedziela, 8 stycznia 2023

Cud

Wczoraj, bladym świtem.

Królowa Matka (otwiera drzwi do pokoju Pomponów i zamiera w bezruchu i z otwartymi usty).

Łóżeczka zaścielone, podusie uklepane. Kocyki temperaturowe, zwykle walające się w charakterze zgruchomionych kłębów w nogach wyż. wym. łóżek, względnie na krześle, stoliku, czy też wręcz na podłodze rozesłane jako kapy. Lego wyzbierane, posegregowane, poukładane starannie w pudłach, pudła ustawione estetycznie w kącie pod oknem. Roletka uniesiona, kwiatki na parapecie podlane, książki ustawione w biblioteczce według rozmiarów. Maskotki pousadzane czule w dwóch grupach, każda na łóżku właściciela.

Królowa Matka (wycofuje się bez słowa z silnym przeświadczeniem, że śni jakiś niezwykły sen, stuka do drzwi Potomków Starszych, po czym dociera do niej, że ten bezruch, w który była popadła dwie minuty temu w progu pokoju Pomponów to było paso doble z figurami w porównaniu z tym, co ogarnęło ją w tej chwili).

Łóżeczka zaścielone, podusie uklepane, biureczka wypucowane na błysk, zdobne jedynie w kąputerki i ołóweczki, jak również długopisiki estetycznie uplacowane w kubeczkach zdobnych w przedowcipne napisy. Na środku pokoju worki - na tworzywa sztuczne, na papier, na śmieci zmieszane, na ubrania przeznaczone do uprania. Jeden Potomek pieczołowicie segreguje powyciągane z szaf, szuflad, zgarnięte z biurek i wywleczone nie docieka Królowa Matka skąd przedmioty, drugi Potomek nurkuje pod łóżkiem i wygarnia ze znajdującej się tam szuflady (która, uchylmy rąbka tej wstydliwej tajemnicy, ostatni raz opróżniana była prawdopodobnie cztery lata temu, gdy Potomki były na wakacjach, a Królowa Matka ufnie udała sie na pięterko z baterią świeżo upranej pościeli w objęciach oraz zamiarem umieszczenia jej w przeznaczonym do tego pojemniku, po czym, wysunąwszy rzeczony pojemnik, dostała szału, wywaliła wszystko, co w nim znalazła na środek pokoju, sfotografowała i wysłała fotkę Potomkom wraz ze zwięzłym komunikatem, gdzie będą mogli szukać swoich rzeczy po powrocie, to znaczy, ups, mogliby, gdyby nie fakt, że MPO wywozi śmieci w najbliższy czwartek), no, nie wnikajmy nazbyt dokładnie, co on takiego wygarnia, dość, że natychmiast przyłącza się do segregującego śmieci Braciszka, pogodnie, zgodnie i niemal ze śpiewem na ustach.

I tak od wczoraj w Królowej Matce walczą dwie emocje.

Jedna to chęć, by wrzasnąć z głębi duszy: DZIE SOM MOJE DZIECI, KTO MNIE JE ZABRAŁ I PODMIENIŁ NA TE... NA TE... NA TE NIE MOJE DZIECI, NIECH JE (tu krótka chwila wahania) ODDAJE, ALE JUŻ!!!

A druga to pełna zdumienia wdzięczność, że oto doświadcza cudu (prawosławnej) nocy wigilijnej względnie świątecznego poranka, o których to cudach dotychczas tylko czytała w książkach, jak również oglądała w christmasowych produkcjach na Netfliksie, ale żeby jej się przytrafił nie śmiała nawet marzyć.

piątek, 6 stycznia 2023

Niewolniczo

Potomek Młodszy (który jest w wieku "łatwiej ubrać/wyposażyć/spełnić zachcianki/obdarzyć prezentyma z okazji licznych okazji/whatever, niż nakarmić, i który w charakterze śniadanka spożył śniadanko, oraz wykończył wczorajszy pyszny makaronik, oraz wczorajszą pyszną zupkę dyniową, oraz przedwczorajszą prze- prze-, ale naprawdę PRZEPYSZNĄ kapustkę zasmażaną, tkwiąc przy zlewie i nurzając białe dłonie w pianie; z goryczą) - Już wszystko rozumiem. Karmicie mnie resztkami, żebym wam gary mył.

Rozgryzł nas, skubany.

I TO W DODATKU PRZY ŚWIĘCIE.

Mwahahahahaha 😁.

piątek, 16 grudnia 2022

Królowa Matka i Targi Zła

Posterek reklamowy na oknie tramwaju:

"Mikołajkowe targi terrorystyczne".

...

Momencik. 

Coś chyba jest nie teges (i to wręcz bardzo nie teges, rzekłabym).


Jeszcze raz.

"Mikołajkowe targi terrorystyczne".


Przebóg. 

Byłabymż Minionkiem?

Dobra. To teraz JESZCZE RAZ.

Wdech. Wydech. I:


"Mikołajkowe targi terrarystyczne".


Ufff.

Czyli nie jestem.

Chyba.

piątek, 2 grudnia 2022

Filozoficznie. Chyba

 Pompon Młodszy (pogrążony w głębokiej zadumie) - Odkąd się dowiedziałem, jaki świat jest pełen zagrożeń... że bez przerwy coś na ciebie czyha... ciągle coś ci grozi... nie możesz odetchnąć nawet na chwilę, bo wisi nad tobą niebezpieczeństwo, praktycznie nieustannie...

Królowa Matka (zastyga wpatrzona w najmłodsze swe dziecię z otwartymi usty, bo, w sumie, kogo by wymowność w takiej sytuacji ciut nie odbiegła).

Pompon Młodszy (kontynuuje ze wzrokiem utkwionym w Posępną i pozbawioną nawet Promyka Nadziei Przyszłość) - ...to zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na życie...

Królowa Matka (gdy już udało jej się dobyć głos, w sumie żywo zainteresowana) - Tak? A gdzie, jeśli wolno spytać, się o tym dowiedziałeś, i o jakich to zagrożeniach?

Pompon Młodszy (zwracając na nią wzrok męczennika) - Na biologii. O tasiemcu.

 

Nauka.

Potrafi zrujnować życie.

środa, 30 listopada 2022

Horrorowo

Ach, te wieczory, gdy w Domu w Dziczy Rodzina zasiada przed ekranem, by pochłonąć jakieś Dzieło Kinematografii Światowej, albo i Popkultury, młódź męska wraz z Panem Oćcem - z popcornem, a Królowa Matka - z notatniczkiem i ołóweczkiem. 

Któż ich nie kocha, tych wieczorów (choć notatniczek i ołóweczek co niektórzy być może też :)).

A takie horrory to już w ogóle miodzio.

A na horrory na faktach nie ma po prostu słów!

 

Horror (na faktach) zaczyna się.


Potomek Młodszy (ze starannie modulowanym podziwem w głosie) - Ale efekty specjalne mają bajeczne!

Potomek Starszy - TO CZOŁÓWKA JEST.

***

Potomek Starszy (chrupiąc popcornem) - Pogłośnij!

Potomek Młodszy - Nie, jump scary będą...

Potomek Starszy (unosząc się oburzeniem) - No co ty? W Watykanie?!

***

Na ekranie - zakonnica modli się w tonie silnie histerycznym oraz w pustej celi, zdobnej jedynie w gigantyczny krucyfiks.

Potomek Któryś (posępnie) - ...a teraz krzyż zapłonie...

Krzyż - (płonie)

Rodzina (zgodnie jak nigdy) - Oglądałeś! Spoiler! Spoiler!

Potomek Któryś - A ićcie sobie, tak tylko się zastanawiałem głośno, twórczy proces umysłowy przeprowadzałem, a wy mi tu, że spoiler zaraz!!!

***

Ekipa Walczących z Opętaniami Rozwiązywaczy Zagadek Z Watykanu udaje się do Rumunii, do Nawiedzonego Klasztoru, do którego dźwierzy grzecznie pukają.

Dźwierze uchylają się nieznacznie.

Zakonnica do Ekipy Walczących... itd, w skrócie EKzORZzW (uprzejmie) - Dzień dobry.

Pan Małżonek (radośnie) - O, i od razu wiedziała, że musi do nich po angielsku mówić!

***

EWzORZzW (wkracza nieśmiało w klasztorne mury).

Pan Małżonek (nie mniej radośnie, niż przed chwilą) - O, krypta! Na samym wejściu mają kryptę, jak oryginalnie!

Potomek Starszy - I stale się świece w niej palą, tak mniej więcej dwieście...

***

Ekipa pałęta się po cmentarzu i Brudnej, Znaczonej Komunizmem Okolicy (możliwe, że całe dochody wioski przeznaczone są na świece dla klasztoru).

Potomek Młodszy (z uznaniem) - O, i od razu widać, że to Rumunia jest, bo przecież to być nie może, żeby we wsi jedną porządną stodołę mieć by mogli!

***

EWzORZzW (do matki przełożonej) - Chcielibyśmy zadać kilka pytań...

Matka przełożona (chłodno) - Teraz nie możemy rozmawiać, za chwilę nieszpory, a potem do rana obowiązuje milczenie...

Rodzina Królewskomatczyna (niezbornym, acz entuzjastycznym chórem, z którego najwyraźniej wybija się głos Królowej Matki):

-Pakiet tygodniowy biorę!

- Ja dwa!

- All inclusive!!!

***

Zakonnica (zaprasza gestem Ekipę do ogromnej, puściutkiej celi z gotyckim, acz pozbawionym szyb oknem i wielkim łóżkiem pod ścianą, na której powieszony jest dopasowany do rozmiarów sali - czyli naturalnych rozmiarów, albo i lepiej - krucyfiks, chylący się nad łożem) - To nasza cela gościnna, bezpiecznej nocy...

Potomek Starszy - Z takim Jezusem nad głową to ja bym się raczej nie czuł bezpiecznie. Że o komfortowo nie wspomnę.

***

Zakonnica (zeznaje przed Ekipą) - Wizje nigdy się nie powtarzają... ale gdy się kończą w głowie kołacze mi się tylko jedna myśl...

Potomek Starszy ( z zadumą) - Czy PiS znowu wygra...?

***

Oglądamy jedną z Wizji, w której zakonnica wiesza się, skacząc z krokwi w stodole.

Potomek Młodszy (krytycznie, pamiętny oglądanych nie tak dawno rustykalnych widoczków) - Ta szopa, w której się powiesiła, to powinna się pod nią zapaść...

***

Jeden z Fachowców z EWzORZzW wymyka się z celi i, przyświecając sobie drżącym światełkiem świecy, przemyka w dół po schodach.

Potomek Starszy (ironicznie) - Dobrze, że nie ma ich dwóch, bo by się rozdzielili!

***

Skradający się Fachowiec wpada w gigantycznej i puściutkiej (co jest naczelną myślą scenograficzną w tym dziele) sali na posąg Matki Boskiej, dosyć znienacka.

Rodzina Królowej Matki (podskakuje nerwowo).

Potomek Młodszy (radośnie) - O, Matuchna Przenajświętsza! Pierwsza rzecz w tym filmie, której się przestraszyłem!!!

 ***

Fachowiec (drżącymi rencami przerzuca w krypcie jakieś papiery).

Potomek Starszy (zrezygnowanym tonem) - I tak se siedzi w tej krypcie, sam jak palec, o jednej świecy i plecami do drzwi...

KM - Fatalne feng shui. Fa-tal-ne.

***

Akcja się zagęszcza, zakonnice wyskakują przez okna, by po chwili pojawić się w murach klasztoru całe i zdrowe, coś wyje, coś biega, coś wieje, papiery latają w powietrzu, EWzORZzW stoi wsparta o mur i dyskutuje nieco podniesionym głosem, żeby przekrzyczeć Magiczny Wichr.

Potomek Starszy - Wy nie gadajcie, wy stamtąd wyjeżdżajcie. I to natychmiast!

Potomek Młodszy (tonem "mędrzec objaśnia ci świat') - Nie mogą. Drzwi są zamknięte.

Potomek Starszy (unosząc się nieco) - To niech je, kurna, otworzą, jest taki wynalazek, jak klamka, chyba nawet w Rumunii je mają!!!

***

Bohaterowie biegają, spadają, albo powiewają to tu, to ówdzie, bez ładu i składu, po całym klasztorze.

Potomek Młodszy (odrobinę nawet zainteresowany) - A gdzie jest ten trzeci? Czemu go nie ma?

Potomek Starszy (jak do ćwierćinteligenta) - Bo się rozdzielili, no helloł!

***

Zło się wylęga, czarna dziura otwiera, trup ściele gęsto, Ekipa zwleka z wyjazdem.

Potomek Starszy - No ja bym leciał i krzyczał: "O, k..., o, k..., o k...!!!".

Pan Małżonek (tonem pouczenia) - To są zakonnice, one nie mówią "k...".

Potomek Starszy - "O, na Boga, o, na Boga, o, na Boga!!!".

...


Po czym z Grona Rodziny padła przyjęta przez aklamację propozycja, by w Domu w Dziczy obejrzeć "Obecność", a zatem ciągu dalszego sprawozdania z oglądania nie wyklucza się.

poniedziałek, 28 listopada 2022

Post pomimo wszystko (aktualizowany co jakiś czas) , odsłona trzecia

Tak sobie pomyślałam, że czas na kolejną aktualizację Postu Pomimo Wszystko (post jest tu, a pierwsza aktualizacja - tu), wszak od poprzedniej prawie miesiąc minął, a w tych sprawach nie masz jak obowiązkowość i punktualność!

Poniewczasie zorientowałam się, że poprzednią aktualizację umieściłam na bloguniu w same urodzinki Słońca Narodów, niejakiego Włodzimierza Pe., zaś kolejnego dnia  o niewybaczalnym przeoczeniu uroczystego tego święta zorientowali się także Ukraińcy, po czym pospieszyli, by obdarzyć Jaśniejące Światło Uralu prezentem i życzeniami:

  w związku z czym


 Są tacy, których zaistniała sytuacja ucieszyła, jak na przykład Portugalczycy:

Niektórym hojny prezent dla Gwiazdy Bajkału ułatwił (po namyśle - możliwe, że utrudnił w sumie) życie:

Choć niewykluczone, że jubilat nie odniósł się do niego z entuzjazmem,

zwłaszcza, że odbił się on negatywnie na myśli wojskowej i szkoleniowej Drugiej Armii Świata.

Na szczęście badaniem sprawy zajmują się prawdziwi fachowcy, więc rychło dowiemy się, kto tu przy czym majstrował i dlaczego, a winni zostaną ukarani z cała surowością.

A propos "drugiej armii świata",  bogatej sukcesami...


władze intensywnie pracują nad jej wszechstronnym rozwojem w celu jak najszybszego użycia, rzecz jasna.


Zabrały się do tego z właściwą sobie błyskotliwością:


choć muszą walczyć z nieoczekiwanym oporem społeczeństwa, które do tej pory popierało władze oraz Wielkiego Sternika duchowo i moralnie oraz silnie entuzjastycznie,


a teraz, wygląda na to, zaczęło żywić niechęć do działań Perły Czukotki i mieć stresa.



Ma za to okazję, by się przekonać, że MAGIA DZIAŁA!

Co może się niektórym przydać, gdy naród do boju wystąpi z orężem...



I, doprawdy, aż żal patrzeć, jak się w tej sytuacji przemęcza nasz Pe Włodzimierz, Matuszki Rossji Tęcza, biedny człowiek sam już nie wie, w co ręce włożyć i jak rozwiązać ten węzeł gordyjski XXI wieku...

Musi się trzymać, zdany tylko na siebie, nieszczęsny, sam wbrew światu...


i nie pomogą tu ani przyjaciele...


ani współpracownicy, ostatnio silnie spłoszeni


w związku z koniecznością wycofania się  na z góry upatrzone pozycje.


A na to nawet najtęższe umysły, okazuje się, nie poradzą.


Chociaż... grunt to spojrzeć na sprawę z właściwego punktu widzenia!



Bo, pamiętajcie!


Na szczęście nie chce :).





czwartek, 17 listopada 2022

"Francuski piesek" Marta Obuch

We "Francuskim piesku" poznajemy dalsze losy Misi, Zuzy, Igły, Piotra Marchewki i Ryszardy, bohaterów "Łopatą do serca".


Misia przeprowadza się z mieszkania do domku, który kupiła w charakterze niespodzianki "na nową drogę życia" dla siebie i Igły. Za sąsiadów ma Francuza Luka, właściciela znakomicie prosperującej restauracji, oraz zamożnego i przystojnego Tadeusza Zawadzkiego, który przypadkiem nosi to samo nazwisko, co Misia, która po rozwodzie porzuciła miano małżonka. Małżonek natomiast - mafijny boss - co prawda aktualnie przebywa w więzieniu, ale nadal trzyma rękę na pulsie śląskiego półświatka, a dodatkowo, korzystając z mnóstwa wolnego czasu, mężnieje (czyt.: intensywnie ćwiczy na siłowni). Zuza i Marchewka są na etapie redefinicji swojego związku (czyt. - Marchewka chce się żenić, Zuza nie chce wychodzić za mąż), Misia i Igła też, tylko inaczej, trup się ściele tu i ówdzie i jest niesympatyczny, więc nam go nie żal, słowem, wszystko jak w klasycznej komedii kryminalnej.

I tylko wszystko mnie w tej książce denerwowało. No, może poza Misią.

Nie umiem tego zrozumieć, bo naprawdę lubię panią Obuch, jej książki są w swoim gatunku niezłe, polszczyzna więcej niż poprawna, poczucie humoru bardzo w moim stylu, akcja zazwyczaj nie powoduje wybuchów żenometru, irytacjometru ani żadnego innego -metru (a muszę wyznać, że zawsze reaguję irytacją, jeśli akcja komediowego kryminału staje się nazbyt już niewiarygodna, a bohaterowie zachowują się nieprawdopodobnie i/lub głupio w stopniu, którego nie usprawiedliwia nawet konwencja)...

Aż tu nagle w przypadku "Francuskiego pieska" chęć zamordowania bohaterów rosła we mnie z każdą przeczytaną stroną w postępie geometrycznym, wszystkie "-metry" mi migały światełkami i wyły, a pytanie "Co tu się dzieje, do licha?!" cisnęło się na ust mych korale.

Począwszy od Piotra Marchewki, któremu coś niewyobrażalnego stało się w osobowość (teksty do Luka: "Ty będziesz wyzywał Polaków od złodziei? Przy mnie?!", do Zuzy co prawda, ale w obecności Luka: "Jak się po ciemku migdalisz z Francuzami, jak Polaka zdradzasz na zapleczu... może pan Pisuar... to z francuskiego? Może Pan Pisuar da ci więcej szczęścia, choć - zawiesił na Luku wzrok. - Bardzo wątpię" są po prostu żałosne i świadczą jak najgorzej o wyrzucającym je z siebie, i na Boga, "Polaka", serio?), poprzez Zuzę, która twardo opisywana jest jako niekonwencjonalna, energiczna, spontaniczna, a jest po prostu chamska i okrutna ("Może ją kocha na śmierć i życie. Są tacy zboczeńcy. Trochę go rozumiem, bo sama bym jej chętnie skręciła kark". "Ciebie? Zgwałcić? Niemożliwe! - Zuza parsknęła urągliwym śmiechem", tu już pominę dość ohydne potraktowanie próby gwałtu - i nieistotne, że czytelnik wie, że nie była to próba gwałtu, żadna z bohaterek tego nie wie - jako dowodu na kobiecą atrakcyjność, "Ryszarda to nie imię, to rozpoznanie", "Ktoś włamał się do domku i odkręcił gaz. Nie wiadomo po co, może Ryszarda też go wkurzała", to i duuuużo więcej w przytomności rzeczonej Ryszardy), akcję zbierania ślimaków i łapania żab w parku, (bo przecież jak robić uroczystą kolację opartą na kuchni francuskiej to łapanie żab jest obowiązkowe), oraz utrwalanie nieboszczyka w cynamonie, żeby się nie zepsuł (tak, to jest jeden z tych elementów, w które nie wierzę, względnie uznaję za dowód piramidalnej głupoty bohaterów, jeden z tych elementów słowem, których istnienia moim bardzo skromnym zdaniem w żadnej książce nie usprawiedliwia nawet obrana konwencja, acz nie wykluczam, że cierpię po prostu na deficyt poczucia humoru), aż po (zwłaszcza) Ryszardę, która w poprzednim tomie była co prawda prostą dziewczyniną, za to poczciwą z kościami, trochę nieporadną i z dobrym sercem, a tu jest po prostu prostackim popychadłem o jarmarcznym guście, nie potrafiącym się stosownie ubrać, umalować i wysłowić (mam uwierzyć, że dziewczyna, która - nim nawiązała z szefem romans - pracowała jako sekretarka, nieistotne, szalenie kompetentna czy zaledwie poprawna, nie wie, jak się ubrać idąc załatwiać sprawy w ZUS-ie i nie potrafi wypełnić najprostszego dokumentu? No raczej nie, sorry bardzo), całość mnie bolała w czytelnicze jestestwo.

I tak, wiem, że Zuza dostanie po nosie, wszystko się pięknie rozwiąże, winni pójdą siedzieć, nikt nie wystawi naszym bohaterkom rachunku za bezczeszczenie zwłok, Ryszarda okaże się wewnętrznie mądra i wiele się nauczy... no, ok, Piotr Marchewka pozostanie tym dziwacznym bucem, którym nie był ani w poprzednim, ani w kolejnym tomie... noale. Jak wspomniałam - dziwnie mnie uwiera ta książka, i dziwnie dużo mi w niej przeszkadza, aż sama jestem zaskoczona (a nie wspomniałam jeszcze o zadziwiającym używaniu wielokropków, które mnie wybijało z lektury podczas czytania, w rodzaju: "Po dwóch latach umizgów domagał się bowiem... ślubu", nie, no serio, ślubu! A myślałam, że wspólnego wyjazdu do Somalii, to by przynajmniej trochę tłumaczyło ten wielokropek. Albo: " kumpla z wydziału, niejakiego Kuby, zwanego... Rozpruwaczem ". "dobra, nie gadamy o kotach, a o Misi i... Zuzie". "Drzwi lokalu zaskrzypiały i na taras weszła pani Utko, mama... Luka", no tak, wielokropek jest niezbędny, bo fakt, że pani Utko jest mama Luka taki zaskakujący jest!; "że niby do czego... pijesz?". "Pani Daniela mieściła w sobie takie pokłady energii, ze jej dom, jej kuchnia, jej... syn, wszystko musiało chodzić jak w zegarku"... I tak dalej, i tym podobnie, i tak co chwilę, a tyle tego było, że zaczęło mnie w końcu irytować nawet, gdy zostało użyte poprawnie).

I to, że nie powinnam się tak unosić, bo piszę wszak o rozrywkowej lekturze na jedno popołudnie, do przeczytania się, pośmiania i odłożenia na półkę też wiem. W dodatku o książce autorki, którą zazwyczaj czytuję z przyjemnością (i być może dlatego wszystko to, co powyżej, uwiera mnie w czytelnicze jestestwo).

Ale gdyby ktoś do tej pory nie czytywał jej wcale, sugerowałabym rozpoczęcie znajomości od jakiejś innej pozycji.