Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka zdrowieje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka zdrowieje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2024

"Cztery żywioły magii" Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Milena Wójtowicz (z torturami w pakiecie)

UWAGA

Osoby zainteresowane wyłącznie recenzją, nie zaś Dramatycznym A Przydługim Wstępem, Jakże Charakterystycznym Dla Autorki Tego Bloga powinny spokojnie i beznamiętnie przescrollować tekst, bez żalu porzucając ideę nurzania się w mojej logorei, Recenzja Właściwa znajduje się pod drugim zdjęciem.


Było już kiedyś na tym blogu o torturach?

Nie?

No to dziś będzie. 

Zawsze wszak być musi ten pierwszy raz!

A więc (nie zaczynamy zdania od "więc" i MAM TO GDZIEŚ, JA TU O TORTURACH PISZĘ!!!) szła majówka, w Domu w Dziczy poczyniono plany na tę majówkę, obejmujące między innymi wyjazd na Mazury, zwłaszcza, że aura zaokienna miała się poprawić na tę bardziej dostosowana do panującej pory roku. Jest wyjazd, jest przedsprzedaż "Czterech żywiołów magii", słowem, są - poza wszystkimi innymi - także plany czytelnicze! Książkę zamówiłam, wydawnictwo obiecało, że dotrze w przedmajówkowy wtorek, dotarła, wygarnęłam ją z paczkomatu już w drodze ku Krainie Tysiąca Jezior, rozpakowałam, używając kłów i..., znaczy, rozpakowałam, strzeliłam stylową foteczkę na Instagrama...


... i precyzyjnie w chwili, gdy opuszczaliśmy granice Rodzinnego Grodu doświadczyłam nader niesympatycznego doznania.

Mianowicie poczułam, jakby ktoś wraził w moją lewą gałkę oczną, i to ze sporym rozmachem, widelec.

Wydałam z siebie okrzyk, samochód został zatrzymany, oko obejrzane, przemyte i zakroplone, co nie przyniosło ulgi w najmniejszym stopniu. Caluśkie cztery godziny podróży poświęciłam na intensywne mruganie ze łzawieniem i zastanawianie się, co się, do cholery, stać mogło, zaś rodzina podrzucała pomysły, coraz to bardziej twórcze. Może meszka mi wleciała? W zamkniętym samochodzie to może nie... ale może inny pyłek? Może klimatyzacja wysuszyła mi rogówkę na wiór i saharyjską glebę? Może użyłam jakichś wykwintnych środków upiększających? Figa, użyłam tego, czego używam od pół roku. Może alergia? Nigdy nie miałam alergii, no i w jednym oku???... ale cholera ją wie, może i alergia, tabletki przeciwalergiczne posiadałam, łyknęłam, gdyż co nas nie zabije, to nas wzmocni... 

Na Mazury dojechałam w charakterze półprzytomnej i chlipiącej kupki nieszczęścia, ślepej na jedno oko, za to śpiącej, bo w ten - i tylko w ten - sposób zadziałały na mnie leki przeciwalergiczne. Skutkiem czego o godzinie dwudziestej, zamiast w wir życia towarzyskiego, rzuciłam się w objęcia Morfeusza w nadziei, że jutro, gdy wstanę, wszystko wróci do normy.

Nadziei, jak sie okazało, całkowicie płonnej.

Nazajutrz do rozkosznego uczucia wbitego w sam środek gałki ocznej widelca doszła imponująca opuchlizna. Prognozy pogody okazały sie trafne, natura dawała czadu po całości, czego nijak podziwiać nie mogłam, bo aura na zewnątrz okazała się dla mojego oka zdecydowanie zbyt ekspansywna. Kolor zaś wspomnianego oka dostosował się do panującego święta mas pracujących miast i wsi.

A przypomnę, że miałam przecież KSIĄŻKĘ DO PRZECZYTANIA.

Nie będzie mi, zakrzyknęłam buntowniczo, jakieś oko bruździło w czytaniu!

Jakby co, to drugie mam! Drugie mi działa!

Pokrzepiona tą myślą siadłam na łóżku w najciemniejszym (a i tak zbyt jasnym jak na moje potrzeby) pokoju, otworzyłam książkę i zaczęłam:

"Majka Brzozowska biegła"...

Oko eksplodowało, wykonując coś silnie zbieżnego ze zrzutem wody na tamie we Włocławku. 

Nie będzie mi oko, powtórzyłam przez zaciśnięte zęby. Docisnęłam chusteczkę, otworzyłam to drugie oko i przeczytałam:

 "Majka Brzozowska biegła"...

Drugie oko mi się zamknęło, gdyż leki przeciwalergicznie działały niezawodnie usypiająco. O, nie, nie ma tak, drugie oko też mi nie będzie pluć w twarz ni dzieci mi oczyć!!! Otworzyłam więc oba, możliwe, że trochę na siłę, i ponownie przeczytałam:

"Majka Brzozowska biegła"...

A jednak może raczej "próbowałam przeczytać".  Próbowałam, lecz nie mogłam, albowiem okazało się, że przed chorym okiem mam mgłę i nie widzę nic na odległość... no, na żadną odległość, może trzymając książkę centymetr przed twarzą bym widziała, ale po co mi jeszcze zez do tego czegoś, co to nie wiem, czym jest?

A wokół jezior szum, ptaków śpiew, grilla woń, oraz "niestety, pani doktor nie ma, w końcu jest długi weekend, najbliższy dyżur okulistyczny jest w szpitalu, to tylko sto kilometrów stąd, pani powie, że jest przyjezdna, może panią przyjmą", powrót do Rodzinnego Grodu, wizyta na SOR (pozdrawiamy załogi SOR w toruńskich szpitalach, były mega i super, i życzymy wyłącznie spokojnych dyżurów do końca życia!), antybiotyk, którego nie dało się wykupić wcześniej niż w sobotę, gdyż "no nie mogła sobie pani gorzej wybrać, jest przecież długi weekend" i pogodna informacja "dno oka czyste, tęczówka prawidłowa, źrenica reaktywna, domniemywam zakażenie wirusowe, gdyby te kropelki nie pomogły, pani Anno, to piszę skierowanie na oddział na poniedziałek, ale raczej pani nie skorzysta, bo szybko pani ogarnęła sprawę i do nas trafiła", która to informacja pozostawiła mnie w stanie pewnej zawiechy, albowiem nie bardzo umiem sobie wyobrazić po dwóch dniach życia z widelcem w na pół oślepłym oku, łzawiącym tak, że chusteczka wieczorami nadawała się do wyżymania, że najwyraźniej są osoby nie ogarniające sprawy w tak imponującym tempie, jak ja.

Kropelki, w każdym razie, zdziałały cuda, wrażenie widelca w oku zniknęło już nazajutrz, mgła trwała w najlepsze, ale tylko, gdy patrzyłam na rzeczy odległe, czytana książka nie jest rzeczą odległą, więc została pochłonięta w półtora dnia, za to zaktualizowała mi się wizja piekła.

Do tej pory sądziłam, że piekło wygląda jak gigantyczne centrum handlowe w okresie gwiazdkowym, przez które to centrum przepychasz się z obłędem w oczach oraz wózkiem wypakowanym po sufit paczkami i paczuszkami, próbując jednocześnie ogarnąć parkę żwawych bliźniąt, lat trzy, a wokół napiernicza brokatem i optymistycznymi utworami świątecznymi, ubogaconymi hojnie obowiązkowymi dzwoneczkami i równie obowiązkową radosną atmosferą.

Teraz już wiem, że piekło to jest przepiękny, majowy dzień w domu z widokiem na pobłyskujące w słońcu (i wywołujące gwałtowne łzawienie) jezioro i książką, liczącą 343 strony (i naprawdę dużo zdań), a z której zdołałaś po dwóch dniach licznych a usilnych prób podjęcia lektury dowiedzieć się jedynie, że Majka Brzozowska biegła.


A teraz, gdy wszyscy Kochani Czytelnicy przebrnęli już przez ten długi (acz - z naciskiem to podkreślam, znacząco patrząc moim jednym zdrowym, i jednym zaledwie odrobinkę podpuchniętym okiem - niezbędny!) wstęp sprawdźmy może, czemu i dokąd biegła Majka Brzozowska :).


Majka Brzozowska jest wietrznicą. Włada wiatrem, jest panią powietrza. Jest też żoną człowieka i matką stuprocentowo ludzkiego dziecka, więc ukrywa swoją nieludzką naturę ile sił. Dlatego właśnie biega. Bieganie jest częścią rutyny. Jest ludzkie. Jak robienie zakupów, odbieranie synka ze żłobka, wyjazdy z rodziną na wycieczki. I sesje u psychologa Piotra Strzeleckiego. Specjalisty od problemów nienormatywnych mieszkańców Brzegu. Tymczasem przez miasto przeszła wichura, a Majka nie tylko ma wrażenie, że ma z nią coś wspólnego (chociaż to niemożliwe, nieprawdopodobne, przecież jej tu wtedy nie było!), ale i jest przekonana, że ktoś ją śledzi. Czy popada w paranoję?

...

Kiedy lokalny ryneczek zostaje poddany rewitalizacji w jedynym i niepowtarzalnym, jakże polskim stylu pt. "wycinamy do korzeni, okładamy kosteczką, na środku całości dajemy Niezrozumiany Przez Nikogo A Intensywnie Betonowy Wyraz Artystycznej Jaźni Autora, w spokojnej dzielnicy pojawiają się groźne, pradawne siły. Znane czytelnikom z "Czterech pór magii" Filomena, Kira i Tomira zwierają szyki, żeby przywrócić ład i uchronić mieszkańców miasta przed niebezpieczeństwem. A mają poza własnymi, niewątpliwymi i starożytnymi mocami wsparcie ciut nieoczywiste w postaci rozgogolonego żigolaka, który jest zupełnie nie tym, kim wydaje się być.

...

W Krakowie dochodzi do serii podpaleń. Helena, ogniowa czarownica pracująca w straży pożarnej, zazwyczaj radzi sobie z ogniem naprawdę dobrze. Płomienie ją kochają, ona kocha płomienie. Ale ten Ogień zdaje się dziwnie obcy, oporny, nienawistny. Nasycony potężną, pełną wściekłości magią. Helena szybko wiąże podpalenia z przypadkami sprzed lat. Ale jaki sposób się łączą? I co mają wspólnego z samą Hel?

...

Wyspa na Bałtyku, tajemnica, morskie legendy, magia, nieoczekiwanie odnaleziona, a całe dotychczasowe życie nieznana ciocia… Dla Mary, wychowywanej po śmierci ojca w małej podczęstochowskiej miejscowości, a zawsze tęskniącej za morzem, mogłyby to być wymarzone wakacje, gdyby nie jeden szczegół – musi odnaleźć szczątki swojego ojca, i musi to zrobić szybko, inaczej ten nigdy nie zazna życia wiecznego.


Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz i Milena Wójtowicz powracają z kolejnym tomem czterech opowiadań.

Bazą pod opowiadania pierwszego tomu były cztery pory roku.

Tym razem są to cztery żywioły.

A ja pozostając, - o czym pisałam w swojej recenzji "Czterech pór magii" - czytelniczką nie lubiącą opowiadań wiedziałam, że dla tych czterech autorek zrobię wyjątek.

I aż trudno nawet mi, psychofance, w to uwierzyć, ale ten tom podobał mi się bardziej, niż poprzedni. Znów (oczywiście) mamy cztery autorki i cztery opowiadania. Za to uniwersa mamy... eee... dwa? I pół?... jeśli uznać za trzymanie się w granicach uniwersum doskonałego ognistego opowiadania Magdaleny Kubasiewicz (to na pewno jest Polania, i pojawiają się w nim polańscy czarodzieje, więc...), a za połówkę ziemskie opowiadanie Marty Kisiel, którego bohaterki jak dotąd pojawiły się tylko w obu zbiorach (i bardzo temu przyklaskuję, bardzo! Jak już Autorki popełnia jeszcze kilka takich zbiorów, a mamy przecież tyle czwórek do wyboru, w naturze i nie tylko, Czterech Jeźdźców Apokalipsy, Czterech Ewangelistów, cztery święte miasta islamu, cztery domy Hogwartu, cztery cnoty kardynalne - totalnie widzę Filomenę et consortes jako bohaterki opowiadania o roztropności, albo Sabinkę o umiarkowaniu, no totalnie :D - to Ałtorka będzie je mogla zebrać w jakiś poręczny tomik, taką mam koncepcję!)...

Ten tom również, zupełnie jak poprzedni, jest jak wizyta u dobrych znajomych, ludzi i nieludzi, których zdążyło się nieźle poznać i polubić. Albo i u osób, których się nie zna, ale chce poznać. Choćby tylko w zbyt krótkiej formie opowiadania, której z powodu tej właśnie krótkości nie lubię. Nadal można się w czasie lektury dobrze bawić, ale przecież nie tylko. Wszystkie opowiadania, nawet te najlżej i najdowcipniej napisane, mają w sobie ukryty - mniej lub bardziej - rys dramatyczny. Niektóre po prostu SĄ dramatem (i nieistotne, zawierają czy nie zawierają duże ilości Sabinki). Nie umiem wybrać najlepszego. Wcześniej, przed czytaniem, zakładałam, że to będzie Woda, bo po prostu kocham morze. Potem, że Ziemia - no bo to ja, osoba spod Byka, kochająca babrać się w ogródku bez rękawiczek, bo muszę czuć glebę pod gołą ręką, osoba, która pytana przez Dziatwę, jakim żywiołem chciałabym władać zawsze bez cienia wahania i bez sekundy namysłu odpowiada "ziemią". Ognia nie obstawiałam w ogóle, a tymczasem opowiadanie mnie zachwyciło, dramatyczne, z pazurem, z nieoczywistym zakończeniem, trochę gorzkim, trochę budzącym dreszcz. No i Powietrze, kolejny pełnoobjawowy dramat, kolejna rzecz bez oczywistego happy endu, kolejna, która zostawia człowieka z pytaniami i posmakiem goryczy na języku. A NIE WYGLĄDA na pierwszy rzut oka - no i to czyni je jeszcze lepszym.

I - ponownie - okładka!!! Fantastyczna, przepiękna, rzecz dla srok okładkowych, ale i dla czytelników ze skłonnościami do pogłębionej analizy, bo tam każdy detal ma znaczenie. Grafiki Agaty Wawryniuk  są absolutnie niesamowite, każdy szczegół to nawiązania do tekstów i można się dodatkowo bawić, znajdując je.

Jest rzeczą... no, cóż, głupią pisać, że "ja chcę jeszcze!!!" w recenzji książki, której jeszcze nie ma w księgarniach :D, więc tego nie napiszę.

Napiszę tylko, że LICZĘ (Za rok. Dwa. W przyszłości. Kiedyś tam) na jeszcze. Czy to będą jeźdźcy Apokalipsy, czy czwórka żółwi Ninja, biorę w ciemno.

Mowa w końcu o autorkach, które nauczyły mnie czytać opowiadania.

A to naprawdę sztuka jest!

piątek, 7 listopada 2014

To, co niemożliwe

"To jest niemożliwe" - oto zdanie, które wczoraj Królowa Matka słyszała najczęściej.

"To jest niemożliwe" mówili lekarze, jeżdżąc głowicą maszyny, która robi "ping" po Królowej Matce, a twarzą po ekranie, na którym pyszniło się jej serce.

"To jest niemożliwe" - powtarzali, przerzucając wyniki Królowej Matki, od pierwszego do najnowszego.

"Czy pani sobie zdaje, sprawę, że to jest niemożliwe?" pytali i cieszyli się jak dzieci, aż Królowej Matce robiło się ciepło na tym sercu, które podziwiali.

"Tu, tu, o tutaj - mówili, pokazując Królowej Matce lewą komorę na zdjęciu - widzi pani? Tutaj jest takie maleńkie, minimalne pogrubienie", i przyznawali, że gdyby nie świadomość, jak wygląda historia choroby Królowej Matki to by tego minimalnego zgrubienia nie zauważyli. Zwrócili na nie uwagę wyłącznie dlatego, że bardzo, bardzo szukali. Czegokolwiek, co by sprawiło to, co widzą nieco mniej niemożliwym.

Bo to, co tak naprawdę widzieli na ekranie to było całkowicie zdrowe serce całkowicie zdrowej osoby.

"To niemożliwe" mówił lekarz Królowej Matki, gdy dostał jej najnowsze wyniki. "Przecież przyjechała pani do nas z frakcją wyrzutową 15%, teraz ma pani 60%, czy pani ma pojęcie, jak rzadko się to zdarza?"

I rzucał liczbami, jest takie coś, o czym Królowa Matka cztery lata temu (a jej Czytelnicy do dziś) nie miała pojęcia, NT-proBNP się nazywa (N jest końcowym propeptydem natriuretycznym typu B) uwalnianym przez komory serca w odpowiedzi na przeciążenie objętościowe lub ciśnieniowe komór serca. Istnieje - jak twierdzi brat Gugiel, a nie mamy przecież powodów, by mu nie wierzyć -  istotna korelacja między stężeniem NT-proBNP a zaawansowaniem niewydolności serca wyrażonej klasami NYHA, i dla osób w wieku Królowej Matki wartość referencyjna NT-proBNP wynosi mniej niż 172 pg/ml.

Gdy wypisywano ją ze szpitala na pierwszą przepustkę miała ona tego, uwaga, 7194 pg/ml, a wielkość ta w dniu wypisu skoczyła do 8631 i wszyscy się wahali, czy w tych warunkach nie potrzymać jej na oddziale kilka dni dłużej, tak na wszelki wypadek.

Wczoraj miała 46 pg/ml.

"To jest niemożliwe - mówił jej lekarz, - to jest tak, jakby pani nigdy nie chorowała".

Po czym uspokoił Królową Matkę informacją, że wcale nie zamierzają jej tak od razu wyrzucać z Poradni Kardiologicznej,  a Królowa Matka, która czuje się tam jak w domu, i której nerwy koi fakt, że co jakiś czas przebadają ją ludzie, którym wierzy po prostu ślepo, odetchnęła z ulgą (i to jest ten fakt, którego nie pojmuje Pan Małżonek, tego oddychania z ulgą, a nie ślepej wiary, oczywiście :)).

Zaś przez cały czas badań i rozmów myślała Królowa Matka o tych wszystkich ludziach, co się modlili, każdy do tego Boga, w którego wierzy, i chodzili z pielgrzymkami, palili świeczki w intencji i trzymali kciuki, składali ślubowania, że jeżeli... to..., i tych co ją uparcie, nieraz metodą prób i błędów, leczyli, i podnosili na duchu, i tacy byli dla niej dobrzy, usiłowała ich sobie wszystkich przypomnieć i nie mogła, bo tak ich wielu było, a niektórych nie zna z twarzy, i nie wie nawet, jak się nazywają. A przecież tak im była wdzięczna, że mało jej nie pękło przepełnione wdzięcznością to prawie zdrowe serce.

I czuła, że ma dług wobec... wobec... no, nie wie, wobec kogo i wobec czego, i nie wie, jak się płaci długi tego typu, ale wie, że będzie się starać go spłacać, każdego dnia.


A dziś dziesiąte urodziny Potomka Starszego, dziesiąta rocznica chwili, która mogła stać się najgorszą w życiu Królewskiej Rodziny.


I tak oto w tym roku splotły się dni, w których dwa razy spotkało Królową Matkę to, co niemożliwe.

piątek, 14 czerwca 2013

Jutro


Nie męcz mnie już, porozmawiamy o tym jutro.
Powinnam dziś zadzwonić do mamy, ale tak bardzo mi się nie chce!!! Jutro zadzwonię.

Mail od przyjaciółki czeka od tygodnia, film do obejrzenia z mężem, od dwóch tygodni myślę o tym, żeby wyrwać się na babskie pogaduchy z koleżankami, ale jak przychodzi co do czego przestaje mi się chcieć. Może niedługo mi się odmieni. Może jutro.

Mamusiu, przeczytasz mi książeczkę? Nie, nie dziś, dziś padam na nos, jutro ci poczytam.

Już miesiąc sobie obiecuję, że zacznę rzetelnie ćwiczyć, codziennie, chociaż po pół godziny, ale praca... dom... dzieciaki wiecznie czegoś chcą... To już chyba czas, by wziąć się w garść. Od jutra zaczynam ćwiczyć, na pewno!

Idziemy do ZOO, mamo, pójdziesz z nami, obiecałaś? Jutro. Jutro. Może jutro, dziś mam takiego lenia!

Daj mi już spokój z tym ciągłym gadaniem, czy ja nie mogę mieć chwili spokoju?! Do jutra to nie może poczekać?!

Nie. Dziś tego nie zrobię. Zrobię to jutro. Pomyślę o tym jutro. Jutro się z nimi spotkam. Jutro to załatwię. Jutro obejrzę film z mężem, napijemy się wina, wyrwiemy dwie godziny tylko dla siebie. Jutro pójdę na spacer z dziećmi, pouczę się z nimi, jutro im pomogę w lekcjach, poczytam im, jutro będę grała w "Małpki spadają" od rana do wieczora. Dziś nie, dziś jestem zmęczona, wściekła, znudzona, dziś mam lenia, nie chce mi się, przecież żadna z tych spraw nie ucieknie, prawda?

Przecież jutro na pewno nadejdzie.

Zawsze nadchodzi.

Nie nadchodzi tylko w filmach i książkach, nie nadchodzi dla innych ludzi, ale dla ciebie zawsze - normalnie, idziesz spać wieczorem i budzisz się rano, i jest jutro, tak to działa i tak będzie działać zawsze, no, może nie zawsze, ale przez wiele, wiele lat, jesteś młoda, ciągle tak bardzo młoda i czas rozpościera się przed tobą jak szeroki, bezpieczny, pewny trakt.

A potem - jutro nie nadchodzi.

Czasem to jedna chwila, uderzenie samochodu, żyłka w głowie, która wybrała sobie ten moment, gdy kichasz, aby pęknąć, nieszczęśliwy upadek ze schodów, zadławienie się tabletką, skok do wody ze skarpy w dobrze, wydawałoby się, znanym miejscu w gorący, letni dzień.

Czasem jutro wyłączane jest kroczek po kroczku, jakby ktoś codziennie naciskał jeden guziczek w twojej głowie. Nie możesz spać w nocy, prawie tracisz przytomność w ciągu dnia. Robisz się coraz bardziej zmęczona. Boisz się wziąć na ręce swoje dzieci w obawie, że nie dasz rady ich utrzymać. Pstryk. Pstryk, pstryk. Przestajesz jeść. Zaczynasz zwracać wszystko, co w siebie wtłoczyłaś z samego rozsądku. Nie pamiętasz tego. Pstryk. Nie pamiętasz, że twoje dzieci przychodzą cię odwiedzić w pokoju, w którym półleżysz, dusząc się kaszlem. Nie pamiętasz, czy z nimi rozmawiasz. Pstryk, pstryk, pstryk. A wreszcie nie pamiętasz już nic i cały twój świat, cały świat wokół ciebie niknie.

PSTRYK.

Jeśli masz szczęście, jeśli masz dużo, dużo szczęścia, jeśli nie jesteś sama, gdy tracisz przytomność i ten ktoś, kto jest z tobą natychmiast wezwie pogotowie, jeśli karetka przyjedzie na czas, a ty masz wystarczająco silny organizm, by zareagował na podane leki, możesz się obudzić.

Słabiutka. Nie mówisz, bo nie masz siły. Bełkoczesz, jeśli jednak zmuszasz się do mówienia. Jesteś za słaba, by utrzymać w rękach książkę, telefon, by naciskać klawisze na klawiaturze. Karmiona, przebierana, myta przez innych.

Możesz tylko patrzeć, godzinami. Za oknem wielki parking, nieco dalej – osiedle, bloki, wieżowce. Patrzysz na ludzi. Rano parking zapełnia się samochodami. Zaaferowani ludzie biegną do pracy. Czy oni wiedzą, jaki to jest cud – biegać? Jak to niezwykła, porywająca rzecz – móc chodzić? Pewnie nie wiedzą. Ty też nie wiedziałaś, gdy biegłaś do tego tysiąca niecierpiących zwłoki spraw, które cię wkurzały, irytowały, nudziły.

Słyszysz, jak w pokoju pielęgniarek obok twojej sali dziewczyny ustalają plan urlopów. Zastanawiają się, co jutro zrobić na obiad. Dzwonią do swoich dzieci. Kupiły truskawki. Planują zrobienie koktajlu. Któraś wychodzi na maraton filmowy. Inna uczy się do sesji. Jeszcze inna za dwa dni wyjeżdża pod namiot z mężem i dzieciakami. Zazdrościsz im wszystkim.

Nocą, gdy nie możesz spać, liczysz zapalone okna w wieżowcu naprzeciwko. Nigdy wszystkie nie gasną. Kto pali światło do czwartej rano, gdy zaczyna świtać? Może ktoś, kto się uczy. Może wrócił z pracy na nocną zmianę i parzy sobie herbatę. Może ktoś siedzi przy łóżeczku dziecka, które gorączkuje? A może nie. Może z przyjaciółmi uprawia długie nocne Polaków rozmowy. Fajne ma życie. Ale nie takie fajne, jak ty miałaś.

Patrzysz na zegar wiszący naprzeciwko twojego łóżka, wielkie cyfry, wielkie wskazówki. Siódma. Czas na dobranockę. Dzieci są na Mazurach. Czy babcia woła je na dobranockę? E, pewnie nie, pewnie jeszcze daje im pobiegać. Chyba mieli dziś ładną pogodę. Żeby tylko pamiętała umyć im ząbki, nim pójdą spać. Ty zawsze o tym pamiętałaś. Jakim cudem kiedyś cię to irytowało? Jakim cudem bywałaś na to zbyt zmęczona?

Psycholog ci radzi zadzwonić do nich i porozmawiać. Młodszy opowiada ci, jak nawlekał z babcią poziomki na łodygę trawy. „Przyjedź, mamusiu, pokażę ci, gdzie rosną poziomki! Nie możesz? Chora jesteś? To weź tabletkę i przyjedź!”. Czy zobaczysz je jeszcze kiedykolwiek?

Gdy wjeżdżasz do swojego miasta, wypuszczona na przepustkę, wybuchasz płaczem. Tak bardzo się bałaś, że jego też już nigdy nie zobaczysz.

Przysięgasz sobie, że zapamiętasz to na zawsze. To, jak cudownym uczuciem jest chodzenie, i tę tęsknotę za truskawkami, i to, jak obiecywałaś sobie nigdy już się nie irytować, gdy dzieci będą chciały z tobą zagrać w "Piotrusia" po raz tysięczny. To, że miałaś najfajniejsze życie, jakie sobie tylko można wyobrazić. To, jak wspaniale się oddycha. Jakie to uczucie, poczuć, świadomie, całą sobą, wiatr na twarzy. To, jak rutyna, która cię męczyła, nużyła i frustrowała stawała się wytęsknioną wizją, o powrocie do której marzyłaś.

To, że pierwszy dzień reszty twojego życia to nie jest jutro.

To dziś.





PS.


Napisano w drugą rocznicę dnia, po którym mogło już nigdy nie być żadnego jutra. Wszystkim, którzy tu zatrzymali Królowa Matkę i pozwolili przeżyć jej ofiarowane jej jutra w radosny, zabawny, melancholijny, barwny, wyjątkowy sposób, a więc także wszystkim Czytelnikom tego bloga, Królowa Matka pozostaje wdzięczna i dziękuje bardzo, nieustannie, codziennie i niezmiennie.


czwartek, 7 lutego 2013

I knew I could

Wiesz, co to jest frakcja wyrzutowa, drogi Czytelniku?

Nie wiesz? I nic dziwnego, w szczęśliwych czasach, jakieś dwa lata temu, Królowa Matka tez tego nie wiedziała.

Teraz już wie, że frakcja wyrzutowa (ang. EF, ejection fraction) jest to procent objętości krwi wypompowanej z serca podczas jednego skurczu. Jeśli wartość frakcji wyrzutowej jest niska, oznacza to, że serce nie jest w stanie dostarczać odpowiednio dużo bogatej w tlen krwi. Dzieje się tak, kiedy mięsień sercowy jest słaby lub niewydolny.

(Pokrótce można poczytać o tym tutaj, Królowa Matka doda tylko, że określanie IV stopnia niewydolności serca w skali NYHA słowami "wszystko jest za bardzo męczące" to jest eufemizm, niemożność wykonania jakiejkolwiek czynności jest niewyobrażalna dla normalnego człowieka, a nawet dla takiego, który IV stopień niewydolności zaliczył i po prostu zaczął go zapominać, to jest stan, w którym nie ma się siły umyć zębów, bo szczoteczka wysuwa się z rąk, a karmi cię mąż/ rodzina/ personel szpitala, bo nie dajesz rady usiąść, a jakbyś jednak usiadła, to i tak ugryzienie kawałka chleba i powolne żucie powoduje, że zaczynasz oblewać się potem i dusić z wyczerpania. Spróbuj sobie, Czytelniku, wyobrazić ulubiony przykład Królowej Matki, gdzieś tu już przytaczany, spróbuj sobie wyobrazić, ze leży przed tobą telefon, a ty nie możesz wysłać SMS-a, bo za słabo naciskasz klawisze telefonu. A jak masz smartfona to też nie możesz wysłać tego SMS-a, bo nie panujesz nad palcami na tyle, by musnąć odpowiedni klawisz klawiatury, zjeżdżają po niej po prostu. To właśnie jest IV stopień niewydolności serca w skali NYHA, nie jakieś tam zagotowanie wody, Boże, zagotowanie wody! Przecież trzeba wstać, nalać wody do czajnika, podnieść ten czajnik... niewyobrażalnej siły do tego trzeba, naprawdę, w osobistym odczuciu Królowej Matki bywa to trudne nawet dla osoby z III grupą niewydolności serca w skali NYHA).

Z całego szyfru, którym posługiwali się lekarze omawiając przypadek Królowej Matki (i nawet usiłowali jej ten szyfr tłumaczyć, ale próżny był to trud!) nauczyła się ona rozumieć i wychwytywać w omówieniach wyłącznie dane dotyczące frakcji wyrzutowej.

Gdy oglądała swój wypis ze szpitala półtora roku temu i czytała (beznadziejnie próbując coś z tego pojąć): "RVDd - 4,2, IVSd - 0,78, LVDd - 7,0, LVDs - 7,1,... (itd.)... EF<10%" rozumiała tylko, że to wszystko znaczyło coś bardzo złego.

Nie bardzo wiedziała, jak bardzo złego, chociaż zauważyła, że jeśli bierze w rękę jej papiery dowolny lekarz (od jej lekarza pierwszego kontaktu po lekarza-orzecznika ZUS, z wachlarzem licznych kardiologów pośrodku) popada on (lub ona) w osłupiałe zamyślenie i zaczyna obrzucać Królową Matkę zagadkowymi spojrzeniami w rodzaju: "Patrzcie państwo, a ona i chodzi, i mówi...".

I że EF<10% to mniejsza niż dziesięć procent frakcja wyrzutowa.

Oraz, że przy takiej frakcji wyrzutowej w zasadzie się nie żyje. Albo bardzo ledwo, ledwo żyje.

Od tamtej chwili zaliczyła masę badań, kilka zabiegów oraz liczne echa serca, podczas których wciąż nie rozumiała podawanego pielęgniarce przez lekarza szyfru poza tą jedną, jedyną informacją.

EF 15%.

EF 19%.

EF 24%.

EF 25%.

EF 37%.

Aż do wczoraj.

- Ostatnie echo serca miała pani robione pół roku temu? - spytał lekarz i było to ostatnie zrozumiałe zdanie, jakie Królowa Matka usłyszała.

Potem słyszała tylko "RVD[cm] - 2,5, LVPWd - 0,9, IVSd - 0,9" i tak dalej, i tak dalej.

TĘ LICZBĘ też usłyszała, ale jej nie wzięła do siebie.

Być może jednak jest trudno uwierzyć w prawie-sukces, gdy się dobiega do prawie-mety.


I gdy Królowa Matka wyszła wreszcie z gabinetu z wynikiem badania w ręku przysiadła na kanapie stojącej pod drzwiami, niegrzecznie ignorując pytania towarzyszącej jej Przyjaciółki. Popatrzyła na wynik. Wzięła telefon. Wystukała numer Pana Małżonka.

- Zgadnij, jaką mam frakcję wyrzutową - powiedziała.

EF 51%.

Frakcja wyrzutowa - 51%.

Pięćdziesiątjedenprocent.

Pięćdziesiąt. Jeden. Procent.

Norma. Dolna granica, ale normy.

Znalezione tutaj

Te tajemnicze inne parametry też się pozmieniały, ale nie wie Królowa Matka, jak bardzo, wie tylko, że nadal odbiegają od normy.

No ale.

I na nie przyjdzie kiedyś kryska :).

Nieistotne, że z tego się nie zdrowieje. Nieistotne, że ewentualne wyzdrowienia są tak rzadkie, że nie prowadzi się statystyk w temacie. Nieważne, co ma na ten temat do powiedzenia Oficjalna Medycyna.

Ta kryska nadejdzie.

Królowa Matka to wie.

Nadejdzie na pewno :).

czwartek, 30 sierpnia 2012

Jeszcze nie teraz

Królowa Matka chwilowo nie wraca do pracy.

Poddawszy się tydzień temu badaniu holterowskiemu (polegającemu, gdyby ktoś nie wiedział, na spowiciu badanej osoby w zwoje drutów, poprzypinanych do maszynki przypominającej telefon komórkowy, oraz przytwierdzonych do ciała plastrami, - na które w ramach ironii losu Królowa Matka ma uczulenie, co na szczęście nie jest obowiązkowym elementem badania - aby zapobiec przesunięciu się przytwierdzonych do skóry czujników, dzięki czemu zyskuje się przyjemny wygląd terrorysty-samobójcy, co jest efektem ubocznym badania, oraz można obserwować pracę serca przez całą dobę, co jest tegoż badania celem podstawowym),
 
http://zdrowie.gazeta.pl/Zdrowie/1,101459,949872.html

zbrojna w świeżutkie wyniki stawiła się w Sąsiednim Miescie, gdzie okazało się, że jej Lekarz Prowadzący akurat przebywa na urlopie, w związku z czym przyjmie ją Ulubiony Lekarz Nr 2, który to Ulubiony Lekarz Nr 2 Królowej Matki nie poznał (i nie był ten fakt niczym zadziwiającym, zważywszy, że a) poprzednim razem widział ją rok temu, a od tego czasu miał pewnie z parę setek pacjentów, w tym być może bardziej interesujących niż Królowa Matka, oraz b) rok temu Królowa Matka silnie przypominała wystraszonego nieboszczyka, o ile istnieje coś takiego. W dodatku nieboszczyka skrajnie wychudzonego, nie to co teraz, jak wszyscy Szanowni Czytelnicy wiedzą).

Ulubiony Lekarz Nr 2 przebadał Królową Matkę, odbył z nią zwyczajową konwersację ("Czy zdarzają się pani omdlenia? zawroty głowy? kołatanie serca? na które piętro wejdzie pani bez zadyszki?, i tak dalej, i tym podobnie), po czym nastąpiła rozmowa na tematy zasadnicze, czyli "Czy Królowa Matka może już wrócić do pracy?".

Królowa Matka przeprowadziła na ten temat rozmowę z Lekarzem Prowadzącym podczas poprzedniej wizyty. Lekarz Prowadzący zapytał: "A pracuje pani jako...?", po czym posłyszawszy odpowiedź: "Nauczycielka", rzekł z mocą: "O, nie, jeszcze nie teraz!" nie dlatego (względnie - nie tylko dlatego ;)) bynajmniej, że uważa pracę nauczyciela za orkę porównywalną z ryciem górnika na przodku, ale dlatego, że nauczyciel obraca się wśród jakże często pozaziębianych, kaszlących, kichających, zagrypionych, pod-gorączkujących dzieci, więcej niż pewne zarażenie się od których, jak to ujął, "rozłożyłoby panią krążeniowo". Renty też nie doradzał (i dobrze, bo możliwości pójścia na rentę Królowa Matka nie zamierzała nawet brać pod uwagę), doradzał przeciągnięcie "procesu zdrowienia" o kolejny rok i orzekł, że wrócimy do tematu w sierpniu podczas kolejnej wizyty.

Po czym zachciało mu się pójść na urlop. Złośliwie, ani chybi.

Ulubiony Lekarz Nr 2, nagabnięty w temacie przez Królowa Matkę i uświadomiony w kwestii zawodu wykonywanego odparł błyskotliwie a dowcipnie: "A zatem pracuje pani także fizycznie!", wystawił zwolnienie na miesiąc, nie byłby sobą jednakże, gdyby się nie zaprezentował  od dobrze znanej i wczesniej już przez Królową Matkę opisywanej strony (w Królowej Matce już nie kiełkuje, ale obficie kwitnie przeświadczenie, że jest on specjalnie szkolony w jakimś tajemniczym celu) i nie rzekł pod koniec wizyty:

- Żeby tylko ZUS pani nie wyhaczył, nie uznał, że pani za bardzo zdrowieje i nie kazał pieniędzy zwracać...

A zatem, Kochany Czytelniku, gdybyś znał przypadkiem jakąś fiszę z ZUS-u, Królowa Matka ładnie prosi, powstrzymaj ją od dokonywania wiwisekcji na schorowanym jestestwie Królowej Matki. Słowo, ona nie udaje, jest naprawdę chora. Zamierza wziąć cztery-pięć miesięcy zwolnienia, a potem doczołgać się do następnego roku szkolnego o żebranym chlebie (i na pewno w gorszym niż obecnie stanie, bo już się zaczyna zastanawiać, jak i za co będzie wraz z całą Banda żyć za te sześć miesięcy) nie dlatego, że pragnie nabić w butelkę i do cna wycyckać nasze borykające się z kryzysem państwo, ale ponieważ, na ten przykład, rano ma ciśnienie oscylujące w ramach 80/50 i ledwo chodzi. A kiedyś osiągnęła swój rekord życiowy i miała dokładnie połowę wymaganego ciśnienia idealnego, które wynosi 120/80, sam podziel to sobie na pół, Luby Czytelniku. Przy takim ciśnieniu nie widzi nic poza czarną płachtą przed oczami, i boi się mówić, bo jej język nie słucha i jej Dzieci mogłyby się wystraszyć słysząc bełkoczącą mamę. Siada wtedy, pije bardzo słodką herbatę i po kwadransie jakoś dochodzi do siebie (czyli do ciśnienia 86/54, które umożliwia utrzymanie się w pionie). Tylko, że jakoś trudno jej sobie wyobrazić, że mogłaby usiąść i nie mówić przez kwadrans do klasy pełnej ośmiolatków...

Cóż, jeśli ZUS Królowej Matki nie dopadnie, jeszcze przez rok będzie ona zbierać siły, zdrowieć i stabilizować się krążeniowo. O ile nie wpadnie w zagrażającą siłom, zdrowiu i stabilizacji krążeniowej histerię, depresję i napady paniki pt. "ZUS czuwa" albo/i "Za co będziemy żyć, jak już wydamy pensję jedynego żywiciela rodziny na spłaty kredytów i opłacenie przedszkola dla Potomka Młodszego?"

Wtedy pójdzie za rok do pracy w charakterze strzępka nerwów.

Co jest, niestety, bardziej niż prawdopodobne.

czwartek, 14 czerwca 2012

Rok

Rok temu Królowa Matka trafiła do szpitala w stanie ciężkim, z zaburzeniami świadomości, duszącym kaszlem i krwiopluciem, tachykardią, cechami ostrego uszkodzenia wątroby i spuchnięta, bo z niepracującymi nerkami. Frakcja wyrzutowa (kto nie wie, co to jest, niech sobie wygugla, Królowa Matka napisze tylko, że u zdrowej osoby wynosi ona między 55 a 75%) oscylowała, jak napisano w wypisie "około 10 %", co oznacza, że była prawdopodobnie niższa, gdyż (jak powiedział Panu Małżonkowi jeden z lekarzy) frakcję powyżej 10 % widać w badaniu echokardiograficznym. Jeśli jest niższa, wiadomo tylko, że jest niższa - i równie dobrze może to być 5 jak i 9%. Nawet przeszczep serca nie był rozważany - bo osoba w takim stanie nie przeżyłaby przeszczepu.

Gdy nerki po zastosowaniu końskiej dawki leków podjęły pracę i opuchlizna zaczęła schodzić okazało się, że pod nią znajdował się wyłącznie szkielet obciągnięty skórą. Królowa Matka nie mogła jeść, wymiotowała wszystkim, wskutek czego przy wzroście 175 cm ważyła 52 kilo. Była tak słaba, że nie miała siły wysłać SMSa, przerażona myślała, że dzieje się coś złego z jej głową, że przestała umieć pisać, bo wychodzą jej jakieś bzdury, a okazało się, że nie miała siły nacisnąć właściwego klawisza, palce ześlizgiwały jej się z klawiatury i naciskały to, na co akurat trafiły.

Od tamtej chwili każdy dzień, który przeżyła Królowa Matka to prezent, którego mogłoby nie być.

Z prezentów złożył się cały rok.

Rok, w którym Potomek Starszy nauczył się pisać, czytać i mówić (w podstawowym zakresie :)) po angielsku.

Rok, w którym Potomek Młodszy został Gwiazdą Przedszkola, Ulubieńcem i lokalnym Mister Wdzięku.

Rok, w którym Pompony usiadły, podniosły się na kolana, i wreszcie stanęły na niepewnych nogach, by ufnie i odważnie zrobić pierwszy krok w swoją własną, pełną obietnic przyszłość.

Jedna Gwiazdka, jedna Wielkanoc, jedno Halloween, jedne Zaduszki. Walentynki. Dzień Dziecka, Dzień Matki, Dzień Babci.

Urodziny i imieniny jej Dzieci, jej własne, Pana Małżonka, jedna rocznica ślubu.

Liczne  jasełka, festyny, przedstawienia Potomków z okazji Pierwszego Dnia Wiosny, Dnia Babci, Dnia Matki, szkolne wycieczki, przedstawienia teatralne, pikniki rodzinne.

Spotkania z Przyjaciółmi, maile, listy, kartki, SMSy.

Niezliczona ilość robótek, wyszytych z filcu, zrobionych na szydełku, wyhaftowanych. Rysunki. Filmy. Książki. Seriale.

Mnóstwo upieczonych według nowych przepisów ciast, muffinek, soki, syropy, kolorowe kuchenne dekoracje, eksperymenty, zabawy, choinkowe pierniczki, domek z piernika.

Rok Euro :).

Pisanie bloga - eksperyment zapoczątkowany na skutek upartych namów Pana Małżonka, i jakże liczne miłe związane z tym doznania i doświadczenia.

I, tak, wywiadówki, odrabianie lekcji, wściekanie się, że Potomki nie chcą rano wstawać. Ciągłe sprzątanie zabawek, czytanie "Trzech świnek" po raz dwa tysiące pięćset jedenasty, odpowiadanie na dwadzieścia pytań zadawanych niemal jednocześnie, walka z chęcią, by zakneblować czymś Najdroższe Skarby Mamusi, gdy się usłyszało po raz dwusetny: "Maaammmmooo, a ooon...!".

Za to wszystko, i za więcej, którego Królowa Matka nie pamięta, tyle tego było, Królowa Matka chciałaby podziękować. Bardzo. Bardzo. Nie ma wystarczających słów, by powiedzieć, jak bardzo.




- Lekarzom Oddziału Kardiologii i Intensywnej Terapii Kardiologicznej Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im L. Rydygiera w Toruniu, którzy Królową Matkę podkurowali na tyle, że była w stanie siedzieć, samodzielnie jeść, wysłać ten SMS, a gdy dotarli do ściany przyszli i uczciwie powiedzieli, że nic więcej zrobić nie umieją. Ale że znaleźli kogoś, kto (prawdopodobnie) umie.

- Lekarzom Kliniki Kardiologii Szpitala Uniwersyteckiego im J. Biziela w Bydgoszczy, po poznaniu których wszelkie wypasione amerykańskie seriale typu "Chirurdzy" przestały robić na Królowej Matce jakiekolwiek wrażenie. Jeśli osoba w takim stanie, jak Królowa Matka trafia do szpitala i prawie WSZYSTKO w tym w szpitalu dobrze wspomina, to świadczy to o szpitalu w określony sposób. I o lekarzach, których WSZYSTKICH się lubi.

- Całemu pozostałemu Personelowi wyżej wspomnianej Kliniki - od przełożonej pielęgniarek, poprzez Panią Psycholog (trzecią spotkaną w życiu, pierwszą godną tego miana), Panią Dietetyk, po salowe - pomocnemu, przyjaznemu, życzliwemu i - w niektórych wypadkach - obdarzonemu nadnaturalną empatią, dosłownie jakby czytał w myślach.

- Panu Małżonkowi, który był personifikacją Przysięgi Małżeńskiej, zwłaszcza tej jej części, która, jak jesteśmy przekonani wszyscy, nas dotyczyć nie będzie - "w chorobie... na złe...", najcierpliwszą, niezłomnie wierzącą i prawdziwie bohaterską.

- Rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem obu Mam, Mamy Królowej Matki i Mamy Pana Małżonka, które bez cienia protestu, bez myśli o proteście i bez skarg zajęły się jej dziećmi i organizacją życia tak, by Królowa Matka mogla się przestać martwić choćby tylko o to (a nie jest to wcale postawa typu "przecież-każdy-by-to-zrobił", Królowa Matka osobiście zna osobę, która by nie zrobiła).  Swojej Siostrze. Kuzynkom. Wujom i Ciociom. Niewzruszenie wspierającym.

- Swoim Dzieciom, które były jak cztery kotwice, trzymające Królową Matkę tutaj, na ziemi, z kompletnym brakiem poszanowania lekarskich przewidywań.

- Przyjaciołom, którzy Byli. Pisali SMSy i dzwonili, gdy było trzeba, a przestawali pisać i dzwonić, jak Królowa Matka (typ - Samotny Biały Wilk, zwłaszcza w chorobie) wyraziła takie życzenie, ale nawet nie pisząc martwili się, cieszyli najmniejszym sukcesem, i byli w stałym kontakcie z Panem Małżonkiem, oferując każdą pomoc, jaka mogłaby być potrzebna.

- swojej Pani Dyrektor, fachowo pomocnej i po ludzku serdecznej,

- Czytelnikom/-czkom - Komentatorkom tego bloga - świadomość, że Królowa Matka nie pisze w pustkę sprawiła, że blog spełnił terapeutyczną rolę, ku której został stworzony.

- I trochę też samej sobie - Pani Psycholog, zajmująca się Królową Matką w Klinice powiedziała: "Pani ma niewiarygodną wolę życia!", a Królowa Matka spojrzała na nią ze zdumieniem, no bo jak to, niewiarygodną, żadnej woli nie ma, po prostu lekarstwa bierze, to, co lekarze każą robić robi, bo musi do domu wrócić, chyba wszyscy tak robią? Tymczasem podobno jednak nie wszyscy...

                                                                           DZIĘKUJĘ

Dziś.

W pierwszy dzień kolejnego roku.

wtorek, 15 listopada 2011

Królowej Matki w Sąsiednim Mieście wizyta kolejna.

Królowa Matka nie ma choroby wieńcowej i nie będzie jej miała w jakiejś przewidywalnej przyszłości (a może nawet nigdy, nie jest to jeszcze na szczęście obowiązkowe). Tętnice i żyły ma Królowa Matka bez nawet odrobiny cholesterolu czy też tego czegoś innego, co je czasem zapycha, i krew płynie w nich wartko jak woda na przełomie Dunajca, co stwierdzono poddając Królową Matkę licznym badaniom, z których część, niebolesna dla większości świata, dla Królowej Matki bolesna jest pomimo podanego znieczulenia. Nic to. Królowa Matka urodziła czworo dzieci, to co jej tam jakieś wpychanie rur w żyły, iskra tylko! A trwa krócej.

Tradycyjnie podczepiono Królową Matkę do licznych maszyn o długich i skomplikowanych nazwach i z oszałamiającą ilością błyskających, różnokolorowych światełek, maszyn, które robiły nie tylko  "ping", ale także "bzzz", "wrrrr" i "brzdęk, brzdęk", oraz pochylały się nad Królową Matką usiłując się jej przyjrzeć, wskutek czego Królowa Matka miała ciągle wrażenie, że bada ją Wall-e:




Wypisz wymaluj taki sam, tylko nieco bardziej czysty. I bez ocząt. Dźwiękowo zaś badanie przypominało (jeśli pominiemy pojękiwanie Królowej Matki podczas wbijania jej nadnaturalnej grubości rur w te małe, biedne żyłki) to,

z tym, że maszyna się nie śmiała. Ale technika idzie tak szybko do przodu, że Królowa Matka w najmniejszym stopniu nie wyklucza, iż przy następnym badaniu maszyna będzie chichotać i wdzięcznie machać rzęsami.

To była dobra wiadomość (ta o nieistniejącej w Królowej Matce wieńcówce, oczywiście, a nie o chichoczącej w przyszłości maszynie), zresztą Królowa Matka się jej nieśmiało spodziewała odkąd Ulubiony Lekarz Nr 3 rzekł jej był: "W pani wieku to jest baaardzo mało prawdopodobne, ale sama pani rozumie, że chcemy sprawdzić każdą ewentualność!".

No i to jest ta gorsza wiadomość. Że nadal nie wiadomo, co Królowej Matce jest. To znaczy, to akurat wiadomo dość dokładnie, ale nie wiadomo, skąd się wzięło (szczupła, niepaląca, niepijąca, nie obciążona genetycznie oraz nie pochylona nad grobem wegetarianka po prostu nie miała prawa bez powodu zapaść na to, na co zapadła!), a skoro nie wiadomo, skąd się wzięło, nie wiadomo, czy się nie powtórzy i nie bardzo wiadomo, co robić, by się nie powtórzyło.


A poza tym "serce się zmniejsza, chociaż wydolność pozostaje ta sama".


Akurat. Nikt, kto widziałby Królową Matkę zasuwającą cztery razy dziennie z i do szkół i przedszkoli oraz ganiającą po domu Pompony nie miałby cienia wątpliwości, że wydolność NIE pozostaje ta sama.


Co najważniejsze jednak, serce się zmniejsza. A jak już osiągnie rozmiar serca normalnego czlowieka, Królowa Matka będzie uleczona i wtedy pierwszy raz w życiu upije się do nieprzytomnosci.


Howgh.

poniedziałek, 26 września 2011

Po ostatniej wizycie, ciąg dalszy

CD:

... rzekł:
- Mamy taki program dla przyszłych kandydatów do przeszczepu serca (Królowa Matka poczuła, jak kanapeczka stanęła jej w gardle jak, nie przemierzając, kawał plasteliny), potencjalnych, oczywiście, kiedyś tam, w przyszłości, no i niekoniecznie! - dodał pośpiesznie (bo wszyscy Lekarze Kliniki zdołali już nieco poznać Królową Matkę i wiedzieli, że w niektórych sytuacjach może ona odrobineczkę nerwowo zareagować i nawet uroda Personelu wtedy nie pomaga). - Program trwa rok, potrzebne nam są do niego osoby młode i chore i, gdyby się pani zgodziła, zakwalifikowalibyśmy panią. Z tym, że - zerknął na trzymane w ręku wyniki badań Królowej Matki - pani się bardzo poprawiła klinicznie i nie wiem, czy się pani nada, ale to się okaże po ergospirometrii...

Po czym opuścił Królową Matkę nieco oszołomioną i niepewną, czy ergospirometria powinna wyjść dobrze, czy też źle, by się do programu nadała (bo że wyniki cewnikowania były dobre powiedział Królowej Matce już wcześniej robiący je lekarz, który przez całe badanie dogłębne analizy stanu naszej kadry narodowej w piłce nożnej oraz skrajnej niefachowości, jaką wykazała ona w meczu z Niemcami przeplatał jękami "Boli panią, przepraszam, nikogo tak dziś nie bolało, pani mnie w ogóle lubić nie będzie!!!" i podał wstępne wyniki badania w ramach przeprosin za bolesność tegoż).

Tym razem ergospirometria odbyła się bez przeszkód, może dlatego, że Królowa Matka miała już jaką taką wizję, jak ma ona wyglądać. Przełaziła więc badanie na tej okropnej bieżni, z każdym krokiem coraz bardziej wściekając się na durny sprzęt, do którego musiała się dostosowywać  i upewniając się ostatecznie, że siłownia nie jest miejscem dla niej. Wyniki od razu obejrzał Ulubiony Doktor Nr 1, który, taktownie acz nieumiejętnie kryjąc lekki smuteczek w głosie rzekł:

- Trzeba to jeszcze przeanalizować, ale dla chyba do tego programu jest pani za zdrowa...

Smuteczek nie był typowym zjawiskiem na obliczu i w głosie Ulubionego Doktora Nr 1, który wiadomość o amputacji nogi prawdopodobnie przekazałby jakoś tak: "Musieliśmy pani amputować nogę, ale jaka to oszczędność na obuwiu! A te wózki, co je teraz robią szałowe są, zobaczy pani, jak się na nich fantastycznie jeździ!" (informację o zdiagnozowanej u Królowej Matki zatorowości płucnej przekazał tymi słowy "Tak, jednak ma pani zatorowość... (rozpromieniając się), ale to dobrze! Teraz będziemy wiedzieli, jak panią leczyć! A ten zator, phi, co to jest (lekceważące machnięcie ręką), te dziewięć milimetrów, rozpuszczenie tego to drobiazg! W ogóle jeśli pacjent przeżył, to doskonale rokuje, bo najczęściej zatorowość płucną rozpoznajemy podczas sekcji!!!"). Do myślenia jednakże dał Królowej Matce dopiero Ulubiony Doktor Nr 2, który wpadł do jej pokoju i oznajmił:

- Tak jak myślalem, jest dla nas pani za zdrowa.
-To chyba dobrze? - spytała z wahaniem Królowa Matka niepewna, jak się zachować w obliczu tak niezwykłego w ustach Ulubionego Doktora Nr 2 zdania i jeszcze bardziej niezwykłego u lekarza, który zawracał ją ile sił z drogi na tamten świat, żalu.
- Tak, tak - zmitygował się Ulubiony Doktor Nr 2 usuwając ze swego głosu ostatnie nuty rozżalenia. - To dobrze.

I właśnie wtedy Królowa Matka postanowiła nieodwołalnie, że wyzdrowieje. Spodobała się jej ta konsternacja, która pojawiała się na twarzach większości lekarzy, gdy czytali stare wypisy Królowej Matki i porównywali je z wynikami ostatnich badań. Dobrze jej na samopoczucie robiły okrzyki, wznoszone przez Ulubionego Lekarza Nr 1 za każdym razem, gdy się spotykali: "Pani chodzi! Pani biega! A jeszcze parę miesięcy temu...!".

Królowej Matce często przytrafiało się, że należała do grupy wyjątków "Tylko 3% kobiet... Tylko 1% osób po trzydziestce... Tylko 7% matek..." - niestety, nigdy nie była to grupa w rodzaju "Tylko 2% osób kupujących kupon totolotka wyłącznie wtedy, gdy kumulacja dochodzi do 10 milionów złotych trafia szóstkę".

No więc teraz Królowa Matka postanowiła, że własnie do takiej grupy będzie należeć.

Trafi swoją szóstkę. Choćby nie wiem co. Li i jedynie.

niedziela, 25 września 2011

Po ostatniej wizycie w Sąsiednim Mieście...

Królowa Matka postanowiła wyzdrowieć.

Co prawda Królowa Matka nigdy nie przyjęła określenia "choroba nieuleczalna" w odniesieniu do własnej przypadłości do wiadomości, uparcie używając wyrażenia "choroba przewlekła" (zresztą, jaka ona nieuleczalna, jaka, skoro całe 5% chorych zdrowieje całkowicie? Królowa Matka nie widzi powodów, by się w tej grupie nie znaleźć zwłaszcza, że predysponuje ją do tego stosunkowo młody wiek), ale jednak powoli, powolutku zaczęła do niej docierać myśl, że nic nigdy nie będzie tak, jak przedtem. I to mimo, że wyniki przy każdej kolejnej wizycie w szpitalu okazywały się coraz lepsze. Aż do ostatniej wizyty, gdy...

Królowa Matka zameldowała się na oddziale, gdzie miano jej wykonać cewnikowanie serca (zabieg, którego nazwa, jak się okazało, jest dużo gorsza niż sam zabieg) i od razu wpadła w objęcia jednego ze swych Ulubionych Lekarzy, który jej radośnie oznajmił, że zabieg odbędzie się "późnym wieczorem, ale niech pani nie je obiadu, bo może się jakiś wcześniejszy termin zwolni". Super. A zatem Królowa Matka, będąc od rana na czczo, zaliczyła cały szpitalny maraton badań i pomiarów, te wszystkie testy marszowe, EKG, echa serca, i wyłożyła się dopiero na ergospirometrii, która się nie odbyła. Przyjemna lekarka mająca przeprowadzić badanie najpierw baaaardzo długo wpatrywała się w monitorek, a potem spytała z troską:

- Czy pani się czymś zdenerwowała?

Ha! Ależ skądże! Najpierw owinięto Królową Matkę paroma kilometrami bieżącymi jakichś przewodów, podłączono ją do skomplikowanej (i groźnej! i groźnej!) aparatury, postawiono na bieżni, na którym to sprzęcie Królowa Matka postawiła swą stopę po raz pierwszy w życiu, na twarz wrażono jej maskę z rurą, przez którą kazano normalnie (!!!) oddychać, no, to są warunki do pełnego relaksu!!! Z tym, że gdybysmy mieli czekać, aż się Królowa Matka zrelaksuje najprawdopodobniej  tkwilibyśmy tam wszyscy po dziś dzień, o czym Królowa Matka poinformowała w dyplomatyczny sposób Personel Medyczny, wskutek czego Personel Medyczny przełożył badanie na nazajutrz.

Nazajutrz, gdy Królowa Matka spożywała śniadanie, bardzo szczęśliwa, że już nie musi być na czczo, nawiedził ją jej kolejny Ulubiony Lekarz (gwoli kronikarskiej ścisłości dodać należy, że wszyscy lekarze w tej placówce są Ulubionym Lekarzami Królowej Matki). Królowej Matce zdarzało (i zdarza) się obejrzeć jakiś odcinek "Na dobre i na złe" czy innego "Grey's Anatomy" i zawsze zaprzątało ją zagadnienie, gdzie znajdują się medyczne oddziały, na których pracuje tak niebywale atrakcyjny personel? Płci obojga? Po pobycie na oddziale kardiologii w swym Rodzinnym Mieście oraz w Klinice w Mieście Sąsiednim ten problem Królowa Matka ma już rozwiązany, w związku z czym zaczęła zastanawiać się (a miała na to sporo czasu, gdy na początku swej drogi ku wyleczeniu mogła tylko leżeć i myśleć, unieruchomiona zarówno przez słabość członków, jak i przez wykwintne a skomplikowane urządzenia, do których była przypięta, a w które pany i panie dochtory wpatrywali się w niemym podziwie)...



 ... czy kandydatów na kardiologów dobiera się także pod względem urody? Po dojrzałym namyśle Królowa Matka doszła do wniosku, że jest to świadoma polityka Akademii Medycznych, której celem jest zmniejszenie u pacjentów stresu (jak wiadomo zabójczego dla serca) poprzez kojenie ich nerwów za pomocą podsuwania im przed oczy urodziwych ludzi do kontemplowania.

Ulubiony Doktor Nr 2 stanowił wręcz kliniczny przykład Materiału Ku Kojeniu Nerwów, co było o tyle istotne, że badanie w jego wykonaniu wyglądało zazwyczaj następująco:

- O! - mówił, jeżdżąc po Królowej Matce głowicą od Maszyny, Co Robi "Ping" - Jak się ten płyn ładnie wchłonął! Budowa zastawek prawidłowa... Fala zwrotna się zwiększyła... No, kłuć to już na pewno nie będziemy!

Po czym, zwijając kabelki po skończonym badaniu, mówił ze smutkiem coś w rodzaju:

- To serce to się łatwo nie wyleczy, dłuuugo to potrwa, ono jest bardzo zużyte!,

co sprawiało, że wcześniej odczuwany przez Królową Matkę optymizm brał w łeb i popadała ona w gigantyczny dół.

Teraz zaś Ulubiony Doktor Nr 2 wszedł z promiennym uśmiechem trzepocząc połami fartucha i rzekł...

CDN.