Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka udziela się w kuchni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka udziela się w kuchni. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2020

Podróż na Wschód. "Stambuł do zjedzenia" Bartek Kieżun

 Jestem spod Byka.

Nie jest to rzecz, która jakoś nadmiernie organizuje mi życie, bo nie wierzę w horoskopy, chociaż je, rzecz jasna, czytuję. I pewnie dlatego w nie nie wierzę, bo ileż można czytać o kobietach spod Byka, tych, nieprawdaż, pulchnych trzpiotkach z wybujałym biustem i dołeczkami tu i ówdzie, kochających domową krzątaninę, domową atmosferę oraz robione od linijki grządki w ogródku, zwłaszcza, gdy ma się lustro, jak również, ekhm, ogródek do obejrzenia starannie z okien tego, ekhm, tchnącego rodzinną atmosferą domu, i nijak nie można się w tym ogródku dopatrzyć choćby pół grządki. O takiej od linijki nawet nie wspominając. I jeszcze są, nieprawdaż, te Byki osobami ze szczęśliwą ręką do pieniędzy, głową do interesów, nader ceniące dobra materialne i gromadzące je z upodobaniem. Ekhm. Ekhm. Ekhm, ekhm, ekhm.

Lat trzeba było, żebym odkryła, że o dziwo dysponuję jedną cechą, która czyni ze mnie Byka pełną gębą, Byka stuprocentowego i rasowego, Byka z byczej krwi i byczych kości.

Otóż jem jak Byk.

Pisałam już o tym niejednokrotnie, na przykład tutaj, ale jeżeli ktoś nie ma ochoty ani siły przedzierać się przez moją logoreę (za co nie mogę nikogo winić), zacytuję sama siebie:

"Kocham jeść. Nie wyglądam, bo szybko się najadam, więc spożywam nieduże porcje, które chronią mnie przed otrzymaniem przydomka "obżartucha", ale kocham. Jestem jedzeniową sybarytką nie w kwestii subtelnego podawania pożywienia w postaci wyrafinowanego w formie kleksika spoczywającego na wykwintnym talerzyku, przybranego kandyzowaną wisienką spełniającą pod względem rozmiaru i koloru wszelkie, nawet najostrzejsze, normy światowe, oraz artystycznymi mazami z czekolady.

Jestem sybarytką w bardzo bliskowschodnim  stylu, ma być kolorowo i barwnie, ma pachnieć i te zapachy mają się mieszać, łaskotać w nos, pobudzać ślinianki i skłaniać do eksperymentów. Ma być dużo na dużej ilości talerzyków, żeby można wszystkiego spróbować i wszystko mieszać, a najlepiej, jeżeli to wszystko można jeść palcami albo "sztućcami" z chleba, tortilli czy pity. I NIE MA być szybko, ma być długo i z dużą ilością ludzi, posiłek ma być okazją do spotkania i rozmów, a jedzenie ma sprawiać przyjemność kolorystyczną, zapachową i towarzyską. Pod tym jednym, jedynym względem jestem rasową osobą spod Byka ;D!".

Napisałam to rok temu i upewniam, że nic się tym względem nie zmieniło.

Niestety, nie zmieniło się także to, że co prawda zodiakalne Byki podobno lubują się w gromadzeniu majątku i mają do tego wrodzony talent, ale ja, najwyraźniej ignorowane przez Dobre Gwiazdy bycze dziecię byłam, jestem i zapewne do śmierci pozostanę Prowincjonalno, Ubogo Nauczycielko Obarczono Licznem Potomstwem i Bez Grosza Przy Duszy, która wyjeżdża co najwyżej na Mazury, bo jej teściowa ma tam domek i odpada problem opłacania dachu nad głową. Moje bliskowschodnie uczty, moje podróże przez pachnące przyprawami targowiska, moje upajanie się woniami Arabii, kolorami Turcji i smakami Maghrebu odbywam tylko we własnej głowie i czasem we własnej kuchni, gdy przygotowuję coś, co Potomki nazywają "rodzinnym obiadem", czyli posiłek składający się z np. sześciu różnych potraw, stawianych na środku stołu, których każdy je tyle, ile chce, i po którym zazwyczaj, najedzona do wypęku, odsuwam się od stołu z (prostacko uogólniającym i spłaszczającym perspektywę): "Ach, muzułmanie to naprawdę POTRAFIĄ JEŚĆ!" na ustach.

Dla osób takich, jak ja

"Stambuł do zjedzenia" Bartka Kieżuna

jest po prostu darem od losu (i od Wydawnictwa Buchmann, któremu dziękuję za egzemplarz recenzencki i polecam się na przyszłość!!!).

"Jak zamierzasz zrecenzować książkę kucharską?" spytała moja mamusia, gdy, z błyskiem w oku i ślinotokiem, przeglądałam książkę.

No, nie wiem.

Kucharskiej bym pewnie nie umiała.

Ale "Stambuł do zjedzenia" nie jest książką kucharską.

W każdym razie NIE TYLKO książką kucharską.

Każdy przepis otwiera strona, na której autor ze swadą, wdziękiem i poczuciem humoru opisuje Stambuł, jego zaułki, jego malutkie, nieznane Przeciętnemu Turyście restauracyjki i kafejki, związane z nim anegdoty i opowieści historyczne, Stambuł wielu imion i wielu tradycji splecionych w jedyny w swoim rodzaju kobierzec, który możemy dziś podziwiać, a może nawet pokochać.

A potem opowiadana historia płynnie przechodzi w przepis, opisany przejrzyście - za te wszystkie "bulion warzywny można zastąpić także wodą" albo "powinniśmy użyć sera (tutaj bardzo dziwna nazwa, której nie umiem nawet napisać, o wymawianiu nie wspominając), ale mozzarella jest dobrym zamiennikiem" proszę przyjąć wyrazy dozgonnej wdzięczności i uwielbienia, Panie Bartku! (tu następuje dłuuugie spojrzenie oraz robienie wiatera rzęsyma) - i też z poczuciem humoru ("ciepłą masę po przestudzeniu formujemy w kulki wielkości orzechów włoskich i zjadamy, choć dobrze byłoby coś odłożyć również na talerz").

W dodatku spora część tych przepisów jest wege, albo da się "uwegetarianić", co w Domu w Dziczy jest rzeczą kluczową, i co wytrąca broń z ręki tym wszystkim szydercom, którzy nie raz i nie dwa rzucali w przestrzeń pozornie niezobowiązującą uwagę na temat daremnego uwielbienia dla kuchni Bliskiego Wschodu (i okolic), skoro ta kuchnia to głównie ryż z baraniną i rachatłukum, które jednakże trudno spożyć w charakterze głównego posiłku.

Z książki wypróbowane i przygarnięte do serca zostały już:

- bulgur pilavi, które sam autor nazywa nietypowym, bo pilaw to jednak z ryżu głównie bywa, ale bulgur jest ukochaną kaszą absolutnie każdego mieszkańca Domu w Dziczy, więc nietypowości nie odnotowano (nie, żebym nie radziła ociupinkę ograniczyć użycie papryki pul biber, nabyłam tę opisywaną jako średnio ostra - tu chwila na pośmianie się z głębi serca - i jeśli ona jest średnio ostra to ostrej wolałabym nie widzieć na oczy, po minucie konsumpcji ścierpło mi podniebienie i przestałam czuć smak, co przyjęłam z dużym rozżaleniem, bo był to smak wyśmienity),

- bazlama, turecki chleb z patelni, spełnienie marzeń tych z nas, którzy lubią używać pieczywa w charakterze sztućców,

- pide, nazwane przez moje dzieci, nie wykluczam, że w sposób absolutnie pozbawiony szacunku, Okiem Proroka, rzecz, którą w moim domu zjedli bez cienia protestu  ABSOLUTNIE WSZYSCY, a co to znaczy rozumieją chyba tylko ci z nas, którzy przygotowują posiłki dla licznych rodzin (jak sobie przypomnę, że kiedyś, czytając wspomnienia Małgorzaty Musierowicz, nie rozumiałam, czemu ona przygotowuje pierogi z czterema różnymi nadzieniami... no cóż, już rozumiem, chociaż może moje rozumienie robienia akurat pierogów nie obejmuje) i już zaczynamy kombinować z innymi nadzieniami,

jak również imam bayildi, lahmacun (acz bez farszu z wołowiną, więc nie wiem, czy się liczy), ciasteczka kokosowe, kuru fasulye...

I TO NIE JEST NASZE OSTATNIE SŁOWO.

W tym dziwnym czasie, gdy podróżować możemy jedynie w naszej wyobraźni, za sprawą książek, filmów, a także kuchennych doświadczeń, bardzo polecam każdemu.

Tym, którzy kiedyś, oby niedługo, będą mogli pojechać do Stambułu i sprawdzić, jak smakuje prawdziwe pide na prawdziwej, tureckiej ulicy.

I - może nawet bardziej - tym, którzy podobne podróże zawsze już odbywać będą tylko we własnej kuchni.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Miód i bakalie, czyli odwilż nam niestraszna

Ciasto wyhaczyła Królowa Matka na jednym ze szkolnych kiermaszów. Nabyła kawałek drogą kupna, aby wesprzeć finansowo dzieci organizujące kiermasz, spróbowała, po czym tak długo chodziła za wychowawczynią klasy i żebrała, aż nieszczęsna kobieta przeprowadziła wśród swych uczniów stosowne śledztwo, ustaliła, która mamusia jest autorką ciasta, wydębiła od niej przepis i przesłała go Królowej Matce SMS-em.

Królowa Matka z przepisem się zapoznała, doznała ekstazy, był to bowiem przepis nie dość, że na szklanki, to jeszcze do wykonania metodą "bierzemy, wsypujemy, wlewamy, mieszamy, pieczemy, jemy", czyli tą ukochaną przez Królową Matkę, osobę nie aż tak pracowitą, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

I już mogła piec.

Na wstępie roztopiła w kąpieli wodnej miód, odlała z niego szklankę i odstawiła ją do ostygnięcia (info z SMS-a mówiło, że miód może być też sztuczny, ale sztucznego miodu nie było w Domu w Dziczy jak długo on istnieje, więc Królowa Matka topiła prawdziwy. Gdyby ktoś jednak wolał topić sztuczny, niech się czuje upoważniony).

W czasie, gdy miód stygł, Królowa Matka utarła w misce jedną miękka margarynę, 3/4 szklanki cukru (Królowa Matka ograniczyła ilość, w przepisie stało - jedna szklanka) oraz żółtka z pięciu jajek.

W czasie ucierania miód wystygł i już Królowa Matka mogła dodać do niego szklankę kwaśnej śmietany, wybełtać, po czym całość wlać do margarynowo-jajecznej masy, pracowicie mieszając wszystko łyżką. Gdy zaś składniki się ślicznie połączyły Królowa Matka stopniowo dosypała cztery szklanki mąki przesiane z łyżeczką sody. Wciąż mieszając, ze wzrastającym trudem, lecz niezłomnie.

Na (prawie) koniec Królowa Matka dołożyła, delikatnie mieszając łyżką, ubite białka z tych jajek, co to ich żółtka już stanowiły część pachnącej miodem masy.

A na sam, samiuśki koniec - dodała szklankę (z czubeczkiem... no dobra, ze sporym czubkiem) szklankę włoskich orzechów, nie posiekanych, tylko od niechcenia połamanych.


Po czym całość przelała na sporą blachę prostokątną, natłuszczoną i wysypaną mąką, i upiekła rzecz w 180 stopniach (oficjalnie piekła ją 45 minut, a w praktyce - trochę krócej, do czasu, gdy patyczek, którym dziabała ciasto, był całkiem suchy).



Według wspomnianego wyżej SMS-owego info ta czubata szklaneczka nie musiała być wypełniona orzechami, ale dowolnymi bakaliami - rodzynkami, żurawiną, siekanymi daktylami, suszonymi morelami, czym kto lubi. Ale zdaniem Królowej Matki włoskie orzechy, dzięki delikatnej goryczce, najlepiej pasują do ciasta, cudownie pachnącego miodem i słodkiego (którą to słodycz czuć najlepiej PO przełknięciu kęsa, wtedy też czuć, że ta słodycz to raczej miód niż cukier, rozkoszne wrażenie).


Robienie lukru jest zbyteczne, ale Potomki (dla których nie dość słodkie byłoby chyba nawet rachatłukum - na zrobienie którego, nawiasem mówiąc, bardzo Królową Matkę namawiają, i nie wyklucza ona, że namowom ulegnie, wtedy sprawdzi i da znać Kochanym Czytelnikom) nalegały, więc Królowa Matka trochę pomazała ciasto tu i tam, i posypała dyskretnie cynamonem, gdyż cynamonu, nieprawdaż, nigdy dość.


No i lukier jednak ładnie wychodzi na zdjęciach ;).

sobota, 31 maja 2014

Truskawkowo

Ale że jest sezon na truskawki wszyscy już zauważyli, tak?

W gospodarstwie domowym Królowej Matki sezon na truskawki objawia się tym, że, uchetana jak perszeron za pługiem Królowa Matka, powłócząca nogami podczas powrotu z pracy, zauważa kątem oka stoisko owocowo-warzywne, a w tej konkretnej chwili - wyłącznie owocowe, zasypane truskawkami po brzegi, i jakaś jedna jeszcze działająca komórka jej mózgu emituje myśl: "Mam sporo dzieci, sezon na truskawki jest taki krótki, a ceny zachęcająco spadają, kupię łubiankę, albo i dwie...".

W tym samym czasie w innym miejscu Rodzinnego Grodu Teściowa Królowej Matki poddaje się myśli: "Mam sporo wnuków, sezon na truskawki jest taki krótki, a ceny zachęcająco spadają, kupię łubiankę, albo i dwie".

A Królowa Matka, która tymczasem dotarła do mieszkania własnej Matki odkrywa, że wczoraj po południu, podczas szybkich zakupów Matka Królowej Matki uświadomiła sobie, że ma sporo wnucząt, sezon na truskawki jest taki krótki, ceny zachęcająco spadaja, i nabyła łubianeczkę owocu, albo i dwie.

Wskutek wszystkich powyższych okoliczności Królowa Matka powitała weekend jako szczęśliwa posiadaczka około siedmiu kilogramów truskawek, które należało jakoś twórczo zutylizować.

Część została entuzjastycznie zutylizowana przez wszystkie cztery Pacholątka (ze szczególnym uwzględnieniem owocożernego Cholernego Eloja, czyli Pompona Młodszego) oraz ich Rodziców w sposób klasyczny i mniej klasyczny, z cukrem, bitą śmietaną oraz sauté, część przerobiona spracowanymi dłońmi Królowej Matki na soczki i dżemiki,


a z częścią postanowiła Królowa Matka poeksperymentować i sprawdzić, czy muffinki, które zwykle robi z malinami udadzą jej się także w wersji truskawkowej.

Te muffinki mają szereg zalet, to znaczy POZA tymi zaletami, które muffinki mają, że tak to Królowa Matka ujmie, zawodowo (czyt.: może je zrobić nawet dwulatek, produkcja trwa jakieś pół godziny, potrzebne składniki zawsze są w przeciętnym domu, a jak nie ma to znaczną ich część można czymś zastąpić i też będzie świetnie) - są wyjątkowo miękkie i lekkie, wychodzi ich więcej niż 12 (rzecz nie bez znaczenia przy tej hordzie muffinożerców, która żyje pod dachem Domu w Dziczy) oraz składniki mierzy się na szklanki i łyżki.

Nie, żeby Królowa Matka nie miała miarki, ma, nawet bardzo śliczną i nowiutką, bo tą poprzednią Pompon Starszy w radosnych igrcach rzucił przez cały pokój i nieco ją nadpękł, ale tym razem nie musiała jej wyjmować. Wyjęła szklankę, po czym odmierzyła dwie szklanki mąki, pół szklanki cukru oraz po płaskiej łyżeczce proszku do pieczenia i sody oczyszczonej, i wszystko wymieszała w jednej misce.

W drugiej połączyła dwa rozbełtane jajka, pół szklanki oleju i 300 g jogurtu naturalnego.

Potem wymieszała to, co mokre z tym, co suche, nałożyła do muffinkowych foremek ciasto do 2/3 wysokości, a na każdą położyła przeciętą na ćwiartki truskawkę, i włożyła foremki do pieca nagrzanego do 200 stopni na około 20 minut.


Bardzo wyszły dobre (prawie tak, jak te z malinami, które Królowa Matka piecze zazwyczaj według tego przepisu, znalezionego kiedyś tam w jakiejś gazecie), ale nie wyczerpały w najmniejszym stopniu truskawkowego problemu w Domu w Dziczy.

W związku z czym Królowa Matka postanowiła dokonać kolejnego eksperymentu i wypróbować przepis na ciasto drożdżowe z owocami. W oryginalnej wersji te owoce to były jagody, ale co z tego, truskawki też są jadalne, a jak nie, to jakoś się trzeba o tym przekonać, prawda?

Entuzjastycznie przystąpiła więc do produkowania ciasta drożdżowego, krusząc 30 g drożdży i rozcierając je z dwiema łyżkami mąki, szklanką ciepłego mleka i łyżeczką cukru. Odstawiła odczyn - miało to trwać do chwili, gdy ten się spieni, ale tempo pienienia zaskoczyło Królową Matkę i w efekcie odstawiła odczyn do momentu, gdy znaczna jego część wyszła na spacer pozwiedzać kuchenkę i okolice, i trzeba go było zbierać łyżeczką.

Spieniony i zebrany łyżeczką rozczyn Królowa Matka dodała do pół kilo mąki, 75 g cukru, jednego jajka, 10 dkg miękkiego masła i szczypty soli, całość starannie i pracowicie zagniotła w elastyczną kulę i odstawiła do ponownego wyrośnięcia na czas potrzebny, by podwoiło ono swoją objętość.

Wyrośnięte ciasto rozwałkowała i przełożyła na wyłożoną papierem do pieczenia blachę, a na nie wylała polewę poczynioną z dwóch ubitych na pianę razem z 10 dkg cukru i dwiema łyżkami ciepłej wody jajkami. Łyżką porobiła w cieście wgłębienia, a w każde włożyła płatki zimnego masła. Na wszystko wyłożyła pocięte w ćwiartki truskawki, posypała płatkami migdałowymi i, pełna watpliwości, bo ciasto wydało jej sie bardzo dziwne, włożyła je na 45 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.


Ku jej szczeremu zdumieniu ciasto pięknie wyrosło (nie tak, jak na zdjęciu w gazetce, ale to dlatego, że przepis był na blachę 30 na 40 cm, a Królowa Matka miała większą) i okazało się jadalne, a nawet smaczne na tyle, że w swoim czasie z jagodami także zostanie wypróbowane.

No i. I już. Już pozostało tylko wyłożenie całego tego truskawkowego dobra na talerze...


i pochłonięcie z błyskiem w oku i żądaniem: "Jeszcze!".

 

Czego wszystkim Drogim Czytelnikom Królowa Matka życzy :).


piątek, 18 kwietnia 2014

O bezpośrednim związku między rocznicą wstapienia Polski do Unii Europejskiej a ciastem pomarańczowym

Oraz z zeschniętymi biszkoptami, ale to już byłoby zdecydowanie za dużo na tytuł.

Zeschnięte biszkopty występują w Domu w Dziczy w znacznych ilościach za przyczyną Matki Pana Małżonka, ktora przynosi je Potomkom ( w wersji jeszcze nie zeschniętej, oczywiście :)) przy okazji każdej swej wizyty. Potomki je zjadają, jeśli mają taki nastrój, albo nie zjadają, jeśli nastroju nie mają, ostatnio zjadać przestały lekceważąc stały przypływ pożywienia i oto pewnego dnia Królowa Matka ujrzała się w posiadaniu licznych opakowań biszkoptów, z którymi nie wiadomo bylo, co zrobić.

Jak nie wiadomo, co zrobić, to zrobić ciasto. Królowej Matce majaczyła się widywana w internecie wielka ilość przepisów zawierających pokruszone biszkopty, sprawdziła, rzeczywiście znalazła wielką ich ilość, tyle tylko, że wszystkie (albo ta większość, na którą się Królowa Matka natykała) to były ciasta bez pieczenia, a za takimi Królowa Matka nie przepada, robiąc wyjątek wyłącznie dla ciasta Rafaello.

No, dobrze, nie ma przepisów, to nie, Królowej Matce poszukiwania wyleciały z głowy, ponieważ Potomek Młodszy powrócił ze szkoły z zadaniem domowym. Zadanie domowe polegało na przyniesieniu na lekcję wyciętych z czasopism zdjęć europejskich stolic przedstawiających charakterystyczne dla tych stolic budowle, czyli na ten przykład Pałace Kultury i Nauki, Wieże Eiffla i inne Big Beny, celem sporządzenia ilustracji na okoliczność okrągłej rocznicy przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Szczęśliwie nie poinformował o tym Królowej Matki, jak to się nader często zdarza, wieczorem w przeddzień planowanego poczyniania ilustracji, chociaż właściwie nie miałoby to większego znaczenia poza tym, że skróciłoby okres nerwowego przerzucania posiadanych przez Królową Matkę czasopism do i tak zbędnego minimum.

Pech bowiem polega na tym, że jedynym czasopismem dostępnym w domu Królowej Matki w dowolnych ilościach i wielu rocznikach jest "Polityka", a - zadziwiajace! - nie uwierzylbyś, Mily Czytelniku, jak niewiele zdjęć Big Bena można w niej znaleźć ("Polityko"! Popraw się!), i to nawet w artykułach reklamowych, zachęcających do wojaży po świecie. Królowa Matka, zrozpaczona daremnym przerzuceniem ton papieru udała się do domu swojej Matki, gdzie znalazła kilka kolejnych roczników "Polityki" i parę zabytkowych okolicznościowych czasopism kulinarnych, które w desperacji również przejrzała.

W efekcie jej katorżniczej pracy (oraz błędnych decyzji programowych wiodącego na polskim rynku tygodnika opinii) Potomek Młodszy udał się do szkoły zaopatrzony w kilka zdjęć Palacu Kultury, jedną reklamę perfum z Wieżą Eiffla w tle oraz tymi pocztówkami z kolekcji Królowej Matki, z którymi najmniej żal było jej się rozstać.

Za to Królowa Matka znalazła swój przepis na ciasto z pokruszonych biszkoptow.

Przyrządziła je tego samego wieczora, po spławieniu Pomponów do łóżeczek, korzystając z nieobecności Pana Małżonka, tradycyjnie jak co piątek trenującego kendo, oraz Potomka Młodszego, którego od kolegi odebrać miał Pan Małżonek późnym wieczorem, wracając z treningu.

Produkcję zaczęła od utarcia w gigantycznym moździerzu (ma taką pamiątkę po likwidowanym laboratorium, w którym kiedyś, dawno pracował Pan Małżonek) 10 dkg biszkoptów na proszek. Oddzieliła sześć żółtek od sześciu białek, utarła żółtka z 10 dkg cukru oraz torebką cukru waniliowego, dodała do masy żółtkowej startą skórkę i sok z dwóch dużych pomarańczy, po czym odkryła, że w przepisie oprócz mąki i startych biszkoptów występują też zmielone orzechy włoskie.

Orzechów włoskich Królowa Matka ma skolko ugodno, czemu nie, wiszą sobie w płóciennym woreczku pod schodami. W skorupkach. Wizja łuskania i mielenia na chwilę przyćmiła jej wzrok, po której to chwili Królowa Matka zgrzytnęła zębami, szarpnęła szufladą zawierającą bakalie i różnorakie posypki do ciast, tak jest, orzechy laskowe były obecne, lekce sobie zatem ważąc przepis zmieliła 280 orzechów laskowych zamiast wymaganych włoskich i donosi, że ciasto w wersji laskowej jak najbardziej daje radę.

Jak już Królowa Matka miała pomielone orzechy, ubiła białka z 10 dkg cukru i połączyła je z masą żółtkową, po czym do całości dosypała sproszkowane 10 dkg biszkoptów, 28 dkg zmielonych orzechó i 3 dkg mąki, delikatnie wszystko wymieszała, wlała do foremki, natluszczonej i wysypanej tartą bułką, po czym piekła 45 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni.


Gotowe ciasto pozostało ukryte w piekarniku do rana, gdy to Królowa Matka oblała je lukrem i udekorowała połówkami orzechów i skórką pomarańczową,



a Pan Małżonek zasugerował dorzucenie do dekoracji reszteczki rodzynek w czekoladzie, które sie jakimś cudem uchowały, co okazało się bardzo dobrym pomysłem.


Po czym jedyne, co pozostało, to ciasto pokroić.


I pochłonąć.

Królowa Matka przyznaje, że - pomijając jajka - wszystko, co jest potrzebne do upieczenia tego ciasta miała w domu w charakterze resztek, nawet pomarańcze, które wturlały się za miskę stojącą na oknie i wszyscy o nich zapomnieli, w normalnym domu do zrobienia go potrzeba pewnych przygotowań, ale zapewnia, że warto. Ciasto okazało się bardzo wilgotne, puszyste i pyszne, utrzymało tę wilgotnośc (no - pozostałe resztki utrzymały ;)) także nazajutrz, i choć Królowej Matce, gdy czytała przepis wydawało się bardzo gwiazdkowe, po upieczeniu okazało się dziwnie wielkanocne, pasujące do budzącej się wiosny i do świątecznego stołu.



Niech to będzie królewskomatczyny wkład w Kulinarne Obchody Wielkanocy, i -

Wesołych Świąt, Drodzy Czytelnicy! Na wypadek, gdybyśmy się przed świętami mieli już nie zobaczyć :).

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ciasto Oficjalnej Królowej :)

Jakby tak Królowa Matka nie miała dzieci (i/lub pracy zawodowej, a zamiast tego, na przykład, kupę forsy), to by pierwszego wpisu na blogu nie czyniła szóstego stycznia, tylko wcześniej. A i grudniowych wpisów byłoby więcej przynajmniej o dwa kulinarne, zawitałyby na blog i drożdżowe różyczki z powidłami i cynamonem,


i strucla orzechowa, którą Królowa Matka robi tradycyjnie, raz w roku, na Wigilię, i którą od dwóch lat planuje tu, na blogu, przedstawić, w związku z którymi to planami w te święta udało się ją nawet sfotografować, (i co z tego)...


ale ponieważ ma dzieci (i pracę zawodową) nie ma ani czasu, ani siły, by pisać, i należy się cieszyć, że przynajmniej udało jej się zdjęcia zrobić. Jeśli chodzi o struclę, to dokładnie to jedno (bo zaraz musiała komuś na pomoc lecieć, kogoś karmić, robić za rozjemcę, pocieszycielkę albo inne takie).

No, ale gdyby nie miała dzieci to na pewno w Święto Trzech Króli nie piekłaby żadnego szczególnego ciasta. Bo nie miałaby pod ręką żadnego solenizanta. Oraz najprawdopodobniej w ogóle nie miałaby bloga, a to byłoby przecież nie do wyobrażenia, czyż nie?... Więc ciesząc się jednak z tych dzieci (co nie zawsze jest łatwe, a czasem wręcz bardzo trudne, jak na przykład teraz, gdy Potomki Starsze na pięterku skaczą z oparcia łóżka i tylko patrzeć, jak przez sufit wpadną do kuchni) Królowa Matka przejdzie do czynienia Pierwszego Wpisu W Roku 2014.

Rok temu z okazji imienin Potomka Młodszego Królowa Matka piekła drożdżową Koronę Trzech Króli i natychmiast niemal po jej upieczeniu trafiła na przepis na ciasto Trzech Króli z ciasta francuskiego (wersję łatwiejszą, bo znalazła też kilka tak skomplikowanych, że je zamykała czym prędzej z okrzykami przerażenia na ustach), który umieściła w zakładkach, pamiętając przez rok, że ma zamiar je wypróbować.

Powodowana wątpliwościami co do swoich talentów kulinarnych już wczoraj upiekła Potomkowi Młodszemu kokosowe ciasto na czekoladowym spodzie, żeby biedaczek nie został tak zupełnie bez niczego, gdyby tak mamusi wszystko popękało w czasie pieczenia i, na ten przykład, nadzienie wypłynęło albo też spaliło się na węgiel, i pokonawszy napotkane na swej drodze przeszkody w postaci zapomnienia zakupienia gotowego ciasta francuskiego w sklepie (tak, Królowa Matka mogłaby sama zrobić, umie i w ogóle do tej pory zawsze robiła, ale jej się lenistwo z wiekiem pięknie rozwinęło i zamierza je pielęgnować z uczuciem) przy pomocy Koleżanki Pana Małżonka, która je kupiła i dostarczyła do Domu w Dziczy (ukój swój niepokój, Czytelniku, nie tłukła się, biedaczka, przez bezdroża i podmokłe łąki tylko w tym celu :)), wstała rano i pierwsze, co uczyniła, to oparzyła, obrała (z niewielką pomocą Solenizanta) i zmieliła 10 dkg migdałów.

Następnie utarła 100 g miękkiego masła i 100 g cukru, dodała jajko i utarła wszystko (mikserem!!! tak, to może też być objaw tego postępującego zleniwienia) na krem, do którego dodała starte migdały i dwie łyżki rumu, po czym dokładnie rzecz wymieszała.

Na płaskiej blaszce wyłożonej papierem do pieczenia Królowa Matka ułożyła krąg ciasta francuskiego, na którym rozsmarowała nadzienie, zostawiając wolne dwa centymetry do brzegów okręgu. Wolny brzeg Królowa Matka posmarowała rozbełtanym jajkiem, przykryła całość drugim krążkiem ciasta i skleiła, po czym (prawie)ozdobnie ponacinała, a tak była nacinaniem przejęta i tak się starała, żeby niczego nie uszkodzić, że ręka jej się trzęsła, w związku z czym oczywiście nacięła za głęboko centralnie, sam środek, ciasto nadpękło podczas pieczenia, ale że nadzienie nie wypłynęło Królowa Matka uznała, że jest gites.


(Prawie)ozdobnie (i za głęboko) ponacinane oraz przed umieszczeniem w piecu starannie posmarowane rozbełtanym jajkiem ciasto Królowa Matka piekła w piekarniku nagrzanym do 200 stopni w czasie 25 minut, po czym, po pobieżnym przestudzeniu, spożyła (połowę) w towarzystwie Pana Małżonka i Bandy Czworga.


W tej pożartej połowie jednak znajdował się jeden migdał, umieszczony w nadzieniu z braku porcelanowej figurki wkładanej weń zgodnie z tradycją, który to migdał znalazła w swojej porcji Królowa Matka, co daje jej w tym świątecznym dniu tytuł Królowej.

Oficjalnie :D!

czwartek, 31 października 2013

Pretekst do obchodzenia Halloween

Nie, żeby Królowa Matka potrzebowała pretekstów.

Do Halloween ma stosunek osobisty, trochę jak do swojej własności, a to dlatego, że (razem ze swoją klasą, profil - rozszerzony angielski) uczyła się o Halloween w czasach, gdy o samym święcie w pięknym kraju nad Wisłą i Odrą wiedziało niewielu, a nie obchodził nikt, zaś dynia kojarzona była z dziwacznym, mało popularnym warzywem, z którego nie wiadomo, co zrobić i tylko jego pestki do czegoś się nadają.

W związku z tym jednakże o Halloween, pozbawionym komercyjnej otoczki, Królowa Matka dowiedziała się różnych rzeczy, które się obecnie przez komercyjną otoczkę nie mają siły przedrzeć, i odnalazłszy w tym święcie mnóstwo wspólnego z tymi, które sama obchodziła od dzieciństwa uznała Halloween za jeszcze jeden dzień - oprócz Dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek - w którym wystawia się w oknach świece dla umarłych dusz ku ogrzaniu i wskazaniu drogi do domu.

Natomiast jedzenie, dla którego Halloween jest tylko pretekstem, przyrządza się w Domu w Dziczy z okazji imienin Pompona Młodszego.

I tak w tym roku Królowa Matka przygotowała jedyne dynie, co do których była pewna, że jej dzieci zjedzą dowolną ich ilość,









a część z nich podtopiła efektownie a galaretce, czuwając jak harpia nad odpowiednim momentem, takim, by jej dynie zawisły magicznie w pół drogi zamiast pójść jak kamienie na dno,  upiekła trzy blachy (w co doprawdy trudno uwierzyć, gdy się pomyśli, jak szybko zniknęły) Palców Wiedźmy,
          

a także ciasto cynamonowe, dziecinnie proste (jak większość wypieków produkowanych przez Królową Matkę, ciekawe, o, jakże ciekawe, dlaczego!) i niezwykle smaczne (jak niekoniecznie wszystkie, ale łudzić się zawsze można), i nawet w przepisie Królowa Matka nie pozmieniała wszystkiego, prawdziwa rzadkość.


Robi się toto w kwadrans i metodą muffinkową, czyli najpierw w jednej misce miesza się 520 g mąki, 170 g cukru, 2 łyżeczki sody i pół łyżeczki soli, w drugiej - dwa jajka, 120 ml oleju, szklankę jogurtu naturalnego i szklankę śmietany 12 lub 18-procentowej (i tu mamy - tadam! - jedyną zmianę w przepisie, otóż Królowa Matka miała w lodówce tylko śmietanę 30-procentową, taką do zabielania zup, po chwili wewnętrznej walki dała ją właśnie - i też się udało), a w trzeciej - trzy łyżeczki cynamonu (raczej czubate, w wypadku Królowej Matki, której cynamonouzależnienie nie jest na tym blogu tajemnicą) oraz 80 g cukru.

Następnie zawartość miski drugiej łączy się z zawartością miski pierwszej (dodając 100 g rodzynek), miesza nie wkładając w to całego serca, po czym do natłuszczonej keksówki (30x12 cm) nakłada 1/3 ciasta, posypuje cynamonem z cukrem, 1/3 ciasta, posypuje... a potem jeszcze raz, po czym wraża w ciasto nóż i przecina je wzdłuż foremki przez środek, co ma sprawić, że składniki się lepiej połączą. Keksówkę wkłada się do piekarnika nagrzanego do 150 stopni i piecze ciasto około godziny z termoobiegiem.

A w zasadzie trochę dłużej - Królowa Matka piekła rzecz straszliwie długo i co wkładała w ciasto patyczek, to wyciągała go oblepiony ciastem i w głębi duszy była pewna, że pierwszy raz od trzynastego roku życia udało jej się popełnić pełnoobjawowego zakalca. Ale nie, cynamonek upiekł się był w końcu ślicznie i też już został prawie anihilowany przez łakomą i pazerną na słodycze rodzinę.

Ozdabianie zgodne z duchem dnia dzisiejszego oraz obecność czarnego kota w tle nie jest obowiązkowe



i nie dodaje wypiekowi smaku.

Królowa Matka czuje się w obowiązku zapewnić przy okazji, zwłaszcza halloweenowych sceptyków, że nie ujmuje go również :).

sobota, 19 października 2013

Urodziny z pająkami na karmelowo

Mając w domu prawie-sześciolatka prędzej czy później człowiek zaczyna myśleć o torciku, jaki mu się przygotuje (a jeśli człowiek nie zacząłby myśleć sam z siebie, to by mu to zostało mniej lub bardziej dyskretnie zasugerowane przez Najbardziej Zainteresowanego).


W Domu w Dziczy oczywiście powyższa zasada działa tak samo, jak w wiekszości domów w naszym pięknym kraju (a niewykluczone, że jak większości domów na świecie), i Królowa Matka została pewnego pieknego dnia uświadomiona, że Przyszły Solenizant życzy sobie Torciku z Pajączkami.


Decyzję, jaki to ma byc torcik, oraz czy w ogóle torcik, czy zwykle ciasto, Przyszły Soleniznat łaskawie pozostawił Mamuni, która to Mamunia po namyśle postanowiła sięgnąć do swojego zapasu przepisów zgromadzonych w Zakladkach w komputerze i wypróbować Jakieś Nowe Coś.

Oczywiście, Królowa Matka zdecydowała się na wypróbowanie Jakiegoś Nowego Czegoś w ostatniej chwili, gdy zakupy poczynione były pod kątem Zupełnie Innego Czegoś. Zawęziło jej to pole manewru, ale go nie  zamknęło (bowiem jej zbiór przepisów w Zakładkach jest naprawdę kolosalny...) i po stosunkowo krótkich poszukiwaniach zdecydowała się na tort kawowo-karmelowy (z braku karmelowej czekolady - tylko kawowy) według przepisu znalezionego kiedyś na portalu Gazeta.pl.


Aby sporządzić wyborny ten wypiek, Królowa Matka pokroiła na małe kawałeczki tabliczkę czekolady gorzkiej (z braku czekolady z nadzieniem karmelowym). Następnie w garnku ubiła dwa jajka z 175 g cukru (białego, nie brązowego, jak w Przepisie-Matce, albowiem brązowy wyszedł jej był dzień wcześniej, gdy zużyła go beztrosko do cynamonowych bułeczek Nessera), 175 g miękkiego masła, dwiema łyżkami miodu, czterema łyżkami mleka i 60 ml espresso, zaparzonego uprzednio z dwóch sporych łyżek kawy. Do miski Królowa Matka przesiała 200 g mąki pszennej z dwiema łyżkami kakao i łyżeczką proszku do pieczenia, które następnie stopniowo dodała do masy kawowej, a gdy wszystko się pięknie połączyło, dosypała posiekaną czekoladę, wymieszała wszystko delikatnie, przełożyła do dobrze natłuszczonej tortownicy (o średnicy 23 cm, a nie - zgodnie z zaleceniami - 20, dlatego jej ciasto nie jest imponująco wysokie, chociaż smaku mu to nie ujmuje) i piekła całość w piekarniku nagrzanym do 180 stopni około godziny.

Po upieczeniu Królowa Matka nie wyjęła ciasta z tortownicy, tylko poczekała, aż całkowicie wystygnie, po czym oblała je polewą sporządzoną z rozpuszczonej w kąpieli wodnej tabliczki czekolady (tym razem mlecznej, z braku... itd.), 5 dkg masła i dwiema łyżkami mleka, w którym uprzednio rozprowadziła łyżkę kawy (uznając, że skoro karmelu w jej wypieku nie będzie ni drobiny, niech będzie choć kawowe jak trzeba), do której po zdjęciu z ognia dodała 70 g cukru pudru (bo 100 wydało jej się zbyt dużo, a szczerze mówiąc 50 też by starczyło).


Wszystkie te czynności wykonała wczoraj wieczorem, a dziś rano pozostało jej tylko wyprodukowanie Pajączków pod czujnym okiem Solenizanta, ale to nie jest niezbędny przy sporządzaniu tego ciasta element :).


Ciasta, nawiasem mówiąc, przepysznego nawet z dokonanymi przez Królową Matkę przeróbkami, ale już teraz wie ona, ze jak tylko dopadnie jakiegoś sklepu, poczyni zakupy niezbędne dla wykonania Ciasta w Wersji Kanonicznej.

Ciasto najbardziej smakować będzie tym zwłaszcza, którzy lubią zjeść coś mocno słodkiego od czasu do czasu.

Ale mniej slodkiego dziś zrobic po prostu nie wypadało.

Dla tak Słodkiego Potomka należy się przecież coś, co mu słodyczą dorównuje :).

niedziela, 18 sierpnia 2013

Herbaciano

Poddając się ostatnio chwili (długiej) bolesnej refleksji Królowa Matka zrozumiała z całą jasnością dlaczego popularność jej bloga jest więcej niż dyskusyjna, czterocyfrową liczbę odwiedzin zalicza wyłącznie przy okazji pisania o pani Michalak (a nie zamierza jej czytywać tylko po to, by nabić licznik odwiedzin, jej poświęcenie ma swoje granice), reklamodawcy nie walą drzwiami i oknami ani w ogóle niczym, a szanse, że na blogu Królowa Matka zarobi kiedykolwiek chociaż pięćdziesiąt groszy jest więcej niż znikoma.

Dzieje sie tak nie dlatego, że blog Krolowej Matki jest o wszystkim i o niczym, co tych nie-walacych drzwiami i oknami reklamodawców może konfudować, i nie dlatego, że - wbrew radom Bloggera, rodzimego, bądź co bądź, portalu Królowej Matki (krótko! zwięźle! krotkimi zdaniami! żeby przykuć uwagę czytelnika, ale go nie zmęczyć zmuszając do zbyt długiego skupiania uwagi!) - pisze ona notki za długie, przegadane i pełne długaśnych, wielokrotnie złożonych zdań i dziwacznych słów.

Ale dlatego, że Królowa Matka tych (nielicznych) Czytelników, których jeszcze ma, haniebnie zaniedbuje.

Mamy bowiem oto koniec -koniec!!! - sierpnia, a ileż to notek zamieściła Królowa Matka od początku miesiąca?

JEDNĄ.

No więc, powodowana wyrzutami sumienia, zamieszcza oto drugą.

Kulinarną.



Na dobry początek nowego tygodnia specjalnie z czułym wspomnieniem o Czytelnikach, tkliwie o nich myśląc, Królowa Matka poczyniła muffinki herbaciane, sugerując się różnymi przepisami, tu dodając, tu ujmując, czyli jak zwykle.

Jak wszyscy wiedzą, muffinki to nie jest produkcja szczególnie skomplikowana i polega na wymieszaniu składników suchych (w tym wypadku - pół kilo mąki, 3/4 szklanki brązowego cukru, łyżeczki sody i łyżeczki proszku do pieczenia) w jednej misce, składników mokrych (tu: szklanki mocnego naparu herbaty, w wypadku Królowej Matki był to Earl Grey Twinnings, 100 ml oleju oraz soku z jednej cytryny - skórkę sobie Królowa Matka darowała, bo nie przepada - i dwóch jajek), połączenie wszystkiego mniej więcej i na szybko, po czym nałożenie ciasta w foremki muffinkowe do wysokości 2/3 foremki, posypanie po wierzchu grubym ciemnym cukrem i upieczenie wszystkiego w teperaturze 170 stopni przez około 25 minut.

Muffinek wyszło 14, przy czym do tych w seledynowych sukienkach Królowa Matka dodała też rodzynki (na specjalne życzenie Pana Małżonka). Ślicznie wyrosły, równo, a nie tak, jak się Królowej Matce zazwyczaj zdarzało, tu bardziej, ówdzie mniej, a gdzie indziej wcale :). Z jakiegoś powodu wbrew oglądanym wcześniej zdjęciom Królowej Matce wydawało się, że będą ciemne (to pewnie zasugerowanie się wizją naparu Earl Grey), nie były, ale smaku im to nie ujęło. Wszystkie zostały pożarte w ciągu jednego dnia, w tym część prawie natychmiast po wyjęciu z pieca, a nie jest to rzecz przytrafiająca się nagminnie wypiekom Królowej Matki, która ma wybredną i rozwydrzoną smakowo rodzinę.


Wszystkim Czytelnikom Królowa Matka życzy smacznego.

Póki ich jeszcze ma.

piątek, 19 lipca 2013

Ciasto czereśniowe, odsłona któraśtam

Chyba trzecia, jeśli to ciasto z kwaśnym mlekiem z racji obrzucenia czereśniami (Królowa Matka próbowała wersji z malinami i truskawkami, tę czereśniową poleca najbardziej - z innymi nieco twardszymi owocami też powinno być nieźle, z wiśniami, śliwki też się nadadzą, chociaż Królowa Matka nie lubi, brzoskwinie, jabłka...).

To jest ulubione ciasto Królowej Matki (z tych czereśniowych, rzecz jasna), według przepisu z jakiejś przedpotopowej (a już na pewno - głęboko przedinternetowej) gazetki, na biszkoptowym spodzie, niestety, wymaga użycia kilograma czereśni, co jest uciążliwe nawet w roku urodzaju, gdy czereśnie nie mogą się ścigać pod względem ceny z kawiorem z bielugi, albowiem, drogie czy nie, czereśnie muszą zostać wydrylowane.


Wszedłszy w posiadanie kilograma czereśni, umywszy je i wydrylowawszy, Królowa Matka rozdzieliła pięć jajek, wrzucając białka do jednego garnuszka, a żółtka - do zupełnie innego. Białka, ku nieukrywanemu entuzjazmowi Pomponów dla tego narzędzia, co tak fajnie robi "bzzzz, bzzzz", ubiła na sztywną pianę wraz z 70 g cukru, po czym przystąpiła do ucierania żółtek z dodatkiem sześciu łyżek gorącej wody  i 150 g cukru tak długo, aż cały cukier się rozpuścił.

Następnie przełożyła pianę z białek na masę żółtkową, w misce wymieszała 150 g mąki pszennej, 150 g mąki ziemniaczanej i trzy płaskie łyżeczki proszku do pieczenia (soda też może być, sprawdzone) i stopniowo dosypywała całość do masy, delikatnie i lekko mieszając trzepaczką do ubijania piany.

Gdy ciasto się połączyło, Królowa Matka wylała je na blaszkę prostokatną (35/25 cm), uprzednio natłuszczoną i wysypaną mąką, i obłożyła czereśniami, które sobie w cieście spokojnie zatonęły, a na to rzuciła jeszcze kruszonkę wykonaną metodą - wymieszać 170 g mąki, 100 g cukru, 100 g masła i łyżeczkę cynamonu (można zamiast cynamonu dodać rdzeń połowy laski wanilii, ale każdy, kto choć trochę zna Królową Matkę wie, że jest ona cynamonouzależniona) i rozkruszyć to, co powstało, na całej powierzchni ciasta, po czym piekła całość w piekarniku nagrzanym do 210 stopni przez 30-35 minut.


Czasem przyrządza do tego ciasta lukier albo posypuje je cukrem-pudrem, ale nie tym razem (bo - niespodzianka! - cukru pudru w domu nie miała), i tak też jest dobrze :).

PS.

Pees jest nie na temat ciasta :). Ze specjalną dedykacją dla Griet, która pod postem o Pomponach przyznała się, że ostatnio doznała załamania na skutek lektury mamusiowych blogów (a wszelkie załamania osobie w żadnym stanie, a już w błogosławionym to w ogóle, nie robią dobrze) Królowa Matka wrzuca obrazek (który z kolei pojawił się był już wczoraj na Kłebowisku, ale może Griet tam akurat nie zagląda) idealny dla osoby, która próbuje sobie samą siebie wyobrazić w roli matki :


Griet, wybieraj i przebieraj, oraz przygotowuj się, gdyż prawdopodobnie któregoś z tych zdań nie unikniesz w przyszłości.

Królowa Matka przyznaje sie do tego w prawym dolnym rogu :D.

wtorek, 9 lipca 2013

Ciasto na zsiadłym mleku, Potomek Starszy ocenia Pompony oraz rzut linką

W lodówce Królowej Matki ukisiło się mleko.

Nie jest to pozornie wydarzenie aż tak istotne, by o nim na blogu pisać, lecz jeno pozornie, albowiem Samochód Rodzinny, znany z wielu wpisów i zawsze w tych wpisach obdarzany przeróżnymi słowami, przez kulturalnych ludzi opisywanymi za pomocą szeregu znaczków z górnej części klawiatury, ponownie wykonał numer opisywany już w ubiegłe wakacje (robi się to, zaprawdę, nudne, ta powtarzalność), tyle, że tym razem Królowa Matka i Banda Czworga utkwiła w Dziczy, z dala od Cywilizacji i Sklepów (kto twierdzi, że Królowa Matka mogłaby uczynić spacerek dla zdrowia do najbliższego sklepu ten powinien spróbować przejść się 2 km leśną, piaszczystą drogą w upalny dzień w towarzystwie czworga dzieci, w tym dwóch dwulatków), Pan Małżonek robi w mieście zakupy bardzo dokładnie przemyślane i "na szybko", i wszelkie wyrwy w zapasach żywnościowych rujnują Królowej Matce przemyślnie zaplanowaną rozpiskę Żywienia Rodziny.

Cóż, pomyślała Królowa Matka, w takiej sytuacji pozwolić sobie na marnowanie jakiegokolwiek produktu jest głupotą, więc i dla ukiszonego mleka da się znaleźć zastosowanie inne, niż je po prostu wypić (bo piłaby wyłącznie Królowa Matka, a Dobra Matka zawsze kombinuje tak, by skorzystała i reszta).

Co uznawszy, Królowa Matka poszła po konsultacje do brata Gugla, wygrzebała kilka przepisów na ciasta z kwaśnym mlekiem, z tego i tego (i jeszcze czegoś dodanego od siebie, jak zwykle), utworzyła kompilację, poza wszystkim nadzwyczaj łatwą (ciekawe, czemu jest to cecha, która łączy wszystkie wypieki Królowej Matki, doprawdy...) i...

Udało się :).


Aby dojść do tak zachęcającego wyniku Królowa Matka utarła półtorej szklanki cukru z 3/4 szklanki oleju, po czym dodała - ciągle ucierając - dwa spore jajka i dwie szklanki kwaśnego mleka. Potem zaś - ucierając z coraz wiekszym trudem, ale z godnym podziwu uporem - stopniowo dodawała trzy szklanki mąki przesianej z trzema łyżkami kakao i 1,5 łyżeczki sodu oczyszczonej.

Ciasto przelała do wysmarowanej masłem i wysypanej mąką tortownicy o średnicy 23 cm, a na wierzch położyła wydrylowane czereśnie, po czym, po namyśle, dorzuciła także garść malin, bo co sobie bedzie żałować, raz się żyje. Wierzch ciasta posypała grubym brązowym cukrem, po czym upiekła całość w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (i piekła je ZNACZNIE dłużej, niż podawały wygrzebane w sieci przepisy, około godziny, a i tak sie bała, że to za krótko i cały czas jej się wydawało, że ten testowy patyczek wciąż jest mokry i oblepiony ciastem :)).

A poza tym.

Potomek Starszy (międląc Pompony po główkach, z zachwytem) - Mamo, jakie one mają mięciutkie włoski... auuuu!!! (to właściciel mięciutkich włosków capnął go zębami za palec, w ramach niewinnej rozrywki, oczywiście)... ale jakie okrutne dusze!!!

(po czym pozwolił Królowej Matce zapisać to na blogu, jeśli jej się spodobało, więc Królowa Matka skwapliwie z pozwolenia korzysta:)).

A na drugim królewskim blogu coś do poogladania, jeśli ktoś ma juz absolutnie dosyć czytania tego, co Królowa Matka płodzi wieczorami, gdy jej Dziatwa już śpi, specjalnie po to, by potem wytworami swego umysłu dręczyć niewinnych Czytelników :).


sobota, 29 czerwca 2013

Czereśniowo, czyli witajcie, wakacje

Czereśnie sa wszędzie.

Na straganach w dzien targowy (i każdy inny), w sklepach, w domu Królowej Matki, w pierogach i naleśnikach, w żołądkach jej nienasyconych (wydawałoy się) Potomków i jej wlasnym, oraz w lodóce, gdy okazało się, ze i Potomki, i ją samą możma jednak nasycić.

A skoro tak, to powinny byc jeszcze w ciastach i ciastkach.

Ciastka wymyśliła Królowa Matka eksperymentalnie. To znaczy, nie wymyśliła, przepis wzięła stąd, wymyślila tylko ideę sporządzenia ciastek, bo przypomniał jej sie fragment "Ani z Zielonego Wzgorza", w którym dziewczęta częstują się "wybornymi ciastkami z czereśniami" i uświadomiła sobie, ze nigdy czegoś podobnego nie jadła.


A zatem zakasała rękawy, zagniotła razem szklankę mąki, (dała więcej, niż w przepisie-matce, mimo to ciasteczka się udały), 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej, 80 g bardzo miękkiego masła, pół szklanki drobnego cukru, jajko, szczyptę soli i 1/3 szklanki wiórków kokosowych, chlapnęła (no dobra, kapnęła) kilkoma kroplami aromatu śmietankowego i uturlała z powstałego w ten sposób ciasta dwadzieścia kulek wielkości orzecha włoskiego, wilgotnymi rękami, bo ciasto bardzo się klei. W każdą kulę, lekko spłaszczoną, wetknęła po dużej, wydrylowanej czereśni, posypała ciastka wiórkami kokosowymi i upiekła w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 15 minut.

Całość operacji zajęła jakieś 30 minut :).

I już mogła udawać, że jest Anią z Zielonego Wzgórza :).

To znaczy mogłaby, gdyby jej pracowitość (ekhm) nie gnała, oraz chęć, by resztę czereśni jakoś zużyć, zwłaszcza, że przepisów na ciasta z czereśniami ma całe masy, powycinanych z czasopism i z broszurek dotyczących pieczenia, a jedno jest wybitnie wręcz przepyszne i ekskluzywne, i trudne w produkcji, wymaga bowiem kilograma wydrylowanych czereśni, więc na przykład rok temu, gdy był nieurodzaj i kilo czereśni kosztowało pięć razy tyle, co teraz, Królowa Matka nie zrobiła go ani razu.

Teraz też nie, bo poniewczasie odkryła, że czereśni ma co prawda ile chcieć, ale mąki ziemniaczanej - już nie, postanowiła, że je zrobi, zrobi na pewno, najpóźniej za tydzień, po uzupełnieniu spiżarki o konieczne wiktuały, a teraz zajęła się produkcją drugiego w kolejności pod wzgledem smaczności.


W tym celu umyła i wydrylowała (zdecydowanie najgorsza część pracy, jesli chodzi o produkcję ciast czereśniowych!) pół kilo owoców, zmieszała w misce 15 dkg mąki, 15 dkg cukru, szczyptę soli, dwie łyżeczki mielonego kardamonu (Królowa Matka tarła w moździerzu własnemi, białemi rączkami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by użyć gotowego :)) i 10 dkg drobno mielonych migdałów. Mieszając, Królowa Matka dodawała stopniowo 15 dkg stopionego i przestudzonego masła, trzy jajka, też stopniowo, znaczy się - po kolei, i 100 ml mleka.

Gdy masa była jednolita, wylała ją na natłuszczoną blachę (o średnicy 21 cm), obłożyła czereśniami i upiekła w piekarniku nagrzanym (w jej wypadku - jeszcze nie ostygniętym) do 180 stopni przez około 30 minut.

Najlepsze jest na ciepło, ale zimne, przesypane po wierzchu cukrem pudrem, też daję radę, bardzo :).

Smacznego!

wtorek, 16 kwietnia 2013

Wszystko przez Nessera (Hakan Nesser)

Z Nesserem było tak - Królowa Matka weszła do księgarni sieci Matras, która akurat miała interesujące obniżki i przeceny (bowiem w innych okolicznościach przyrody Królowa Matka stara się omijać księgarnie ze zbolałym sercem) z silnym postanowieniem nabycia drogą kupna kryminału, bowiem była w brutalnym nastroju i wolała wyładować się w inny sposób niż ten, który zapewniłby jej pięć minut sławy we wszystkich głównych wydaniach wiadomości.

Pierwszym kryminałem, ktory ściągnęła z apetycznej kupki książek była: "Całkiem inna historia" Håkana Nessera. Królowa Matka do tamtej chwili o Nesserze nie słyszała, przeczytała streszczenie z okładki, spodobało jej się, zajrzała do środka, druk był normalny, drobny i gęsty, a nie rozstrzelony jak na tych tablicach, których używają okuliści dla zbadania ostrości wzroku pacjenta (oraz tej samej wielkości), marginesy nie stanowiły 2/3 strony, słowem, całość zapowiadała się bardzo zachęcająco.

Tyle tylko, że była to druga część z czterech.

Królowa Matka przeryła górę książek do dna, nie znalazła części pierwszej, wezwała siłę fachową, siła fachowa tprzekopała i znalazła, streszczenie aż tak Królowej Matce nie podeszło, ale że z natury jest obowiązkowa (no i bała się, że zaczynając od części drugiej może się pogubić) kupiła tę pierwszą, i prawie od razu okazało się, że kupiła Kryminał, a dostała Literaturę*.

Królowej Matce zdarzyło się to do tej pory tylko raz, gdy przy okazji lektury "Z zamkniętymi oczami" Carofiglio zorientowała się nagle, że płacze i nie może się powstrzymać, nigdy dotąd nie płakała przy kryminałach, ale ponieważ rzecz się działa w Klinice Kardiologii dwa tygodnie po rozpoczęciu leczenia (i Królowa Matka była na tym etapie chorowania, gdy poprosiła Pana Małżonka, aby zabrał do domu "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", bo nie miała siły, by ją w ręku utrzymać, i przywiózł jej coś lekkiego - dosłownie) uznała, że może jest rozstrojona hormonalnie i fizycznie rozbita, i wróciła Carofiglio gdy czuła sie już dobrze. I uzyskała to samo - literaturę, dla której wątek kryminalny był w sumie pobocznym, czasem wręcz mało istotnym dodatkiem (oraz adwokata  Guido Guerrieri w bonusie, - jakby było potrzeba jeszcze bonusów! - w którym się natychmiast zakochała).

Teraz oto spotkało ją to ponownie - akcja powieści "Czlowiek bez psa" toczyła sie powolutku, niespiesznie, a przecież wciągala jak bagno (i owszem, skojarzenie z bagnem zamierzone), wątek kryminalny rodził się na uboczu i jakby od niechcenia, było gęsto, ciemno i ciężko na sercu, i tylko wraz z pojawieniem się inspektora pojawiał się ironiczny humor, jak złoty błysk w tym dusznym mroku, trup się nie ścielił gęsto, mało tego, przez prawie pół książki nie ścielił się wcale, czego Królowa Matka zasadniczo nie cierpi, no bo jak już czyta kryminał to jakiś wszak jakiś ścielić się powinien, a tym razem nic a nic jej to nie przeszkadzało, bo znowu, jak się okazało, dostała Literaturę w cenie Kryminału (oraz inspektora Gunnara Barbarottiego w bonusie, - jakby było potrzeba jeszcze bonusów! - w którym się natychmiast zakochała).

Królowa Matka, słowem, popadła w Uczucie, zakupiła (albo wymogła zakupienie jej w ramach prezentów) pozostałe części tetralogii (chociaż ostatnio odkryła, że pojawiła się też część piąta, ekhm, ekhm), i dawkowała je sobie, smakowicie czytając jedną na kwartał.

W pierwszej części jeszcze nic jej nie uwierało.

W drugiej, owszem, zwróciła uwagę.

Trzecią zamknęła z trzaskiem, udała się do Brata Internetu i wyguglała "szwedzkie bułeczki cynamonowe".

Rany koguta, ile oni tego tam jedli!!! Wręcz więcej, niż kawy pili (a to jest naprawdę COŚ, po Mankellowskim cyklu o Wallanderze Królowa Matka miała nieustający herzklekot tylko od czytania o nieustannym piciu kawy). Gdzie nie jechali, czy była to wizyta u świadka, czy u rodziny ofiary, czy u własnej rodziny - wszędzie na stół wyjeżdżały bułeczki cynamonowe, a dodać jeszcze należy wewnętrzne samobiczowanie inspektora B., który zastanawiał się, kiedy ostatnio sam je upiekł dla swoich bliskich... tego było za wiele, Królowa Matka po prostu musiała je upiec i zobaczyć, o co tyle krzyku.

Hasło "szwedzkie bułeczki cynamonowe" dało prawie osiem tysięcy wyników w 0,1 sekundy. Hm, pewną jasność na temat skali problemu Królowa Matka miała, znaczna część tych wynikow zdobna była w zdjęcia i przepisy, Królowa Matka zapoznała się z jakimiś pięćdziesięcioma, po czym zdecydowała się na wypróbowanie tego, bo wydawał jej się niezwykle fachowy (i zdjęcia miał śliczne:)), i oczywiście natychmiast potknęła się o decylitry.

Wyguglala decylitry, z wywalonym jęzorem, oblewając się potem i walcząc z dyskalkulią (oraz chęcią, by nie walczyć z dyskalkulią i dać se spokój) Królowa Matka dokonała żmudnego przeliczenia decylitrów na coś normalnego, po czym odkryła, że na linkowanym blogu na jednej z zakładek znajduje się przelicznik...

(Tak, to teraz jest ten moment, kiedy wszyscy klaszczą w ręce, wiwatują i machają kapeluszem z piórami ku czci bezdennej głupoty K.M, gotowi? No to start!).

Królowa Matka dała samej sobie mentalnie w pysk, zwymyślała się od kretynek, popodziwiała głębię przysłowia "robota kocha głupiego", westchnęła i przystąpiła do produkcji. Według tych swoich przeliczonych miarek (produkt wyszedł jadalny, więc możliwe, że całkiem dobrze przeliczonych :)).

Zaraz na początku zauważywszy, że autorka oryginalnego przepisu najwyraźniej zapomniała podać, ile masła należy użyć do produkcji Królowa Matka, posiłkując się innymi przepisami na te same bułeczki, sugerujące użycie między 5 a 10 dkg, roztopiła (krakowskim targiem) 7 dkg masła i dodała doń szklankę mleka.

W osobnej misce utarła 25 g drożdży z pół szklanki cukru, zalała  to mlekiem z masłem, dodała, pracowicie wyrabiając, trzy szklanki mąki i szczyptę soli, wyrabiała własnoręcznie (bo już chyba wszyscy Czytelnicy bloga wiedzą, że ma wstręt do narzędzi ułatwiających życie w kuchni, nie wiadomo czemu, może to się nadaje na jakąś terapię, kto wie), aż ciasto stało się miękkie, gładkie i elastyczne, przykryła je czystą lnianą ściereczką i poszła się cieszyć życiem rodzinnym, podczas gdy ciasto spokojnie podwajało swą objętość.

Podwoiło ją po jakiejś godzinie,  więc Królowa Matka wyłożyła je na stolnicę i rozwałkowała w kształt prostokąta, prostokąt ten zaś pokryła nadzieniem przyrządzonym z 5 dkg masła utartego z 1/4 cukru i dwiema łyżkami (sporymi, ale niekoniecznie trzeba podzielać cynamonowa obsesję Królowej Matki, mogą one być normalnego rozmiaru, te łyżki) cynamonu. Prostokąt zwinęła w rulon i pokroiła w dwucentymetrowe plastry (co dało jej 23 przyszłe bułeczki), które ułożyła na blasze pokrytej pergaminem i odstawiła do wyrośnięcia na kolejne 30 minut, podczas gdy piec rozgrzewał się do wymaganych 250 stopni.

Po pół godzinie posmarowała bułeczki rozbełtanym jajkiem, posypala je grubym brązowym cukrem (bo perłowego nie miała na składzie) i włożyła do pieca na kwadrans.


Po czym zrozumiała, dlaczego bułeczki te mają w Szwecji swoje święto.

(Zrozumiały to też jej dzieci, które nie ograniczyły się tym razem do obżarcia wypieku ukochanej mamuni z wierzchu i zignorowaniu reszty, i które od tygodnia nieustannie dopytują się, kiedy też ukochana mamunia upiecze bułeczki po raz kolejny).

Håkanie Nesser, Królowa Matka pozostaje Ci nieustannie wdzięczna :)!   


* Królowa Matka wyjaśnia, że nie lekceważy kryminałów, wcale, przeciwnie, bardzo je ceni i kocha, oraz potrzebuje, zwłaszcza odkąd została mamusią licznej dziatwy, ciekawe, dlaczego jej się to jakoś wiąże w logiczną całość. Tym niemniej znacznej większości kryminałów nie czyta się jednak dla przyjemności obcowania z pięknym językiem i głębokimi przemyśleniami, ale ze względu na wartką akcję i zagadkę sensacyjną, i znaczna większość kryminałów, nawet tych napisanych niezwykle dobrze literacko, tego - głównie, albo i wyłącznie - właśnie dostarcza. Jeśli dostarcza jeszcze czegoś, Królowa Matka traktuje to jako cenną promocję typu "dwa w cenie jednego".