Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka wspomina czyli Rozwlekła Historia Wszystkiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka wspomina czyli Rozwlekła Historia Wszystkiego. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 grudnia 2025

Urodzinowo, Jeżycjadowo, z wyrazami wdzięczności

 "Dziesiątego grudnia 1975 roku, jak zwykle, w różnych punktach globu zegary wskazywały różny czas. W Poznaniu była piąta rano. Ulicą Słowackiego, dokładnie tak samo jak wszystkimi ulicami wszystkich polskich miast, pierwsi drżący przechodnie przemykali pod ścianami domów, to oblewając się nieziemską poświatą, wydzielaną przez lampy jarzeniowe, to znów ginąc w mroku poranka"...

...czyli, jak przypomniały mi wczoraj wieczorem Kochane Znajome Osoby, dokładnie pięćdziesiąt lat (i jeden dzień :)) temu wystartowała akcja "Szóstej klepki", rozpoczynając tym samym Jeżycjadę.


Wiele lat temu, i nie pamiętam, kiedy, nie pamiętam, gdzie i nie pamiętam, kto, gdzieś w odmętach komentarzy na tym blogu któraś z moich Ukochanych Czytelniczek spytała mnie, jaka seria - poza Światem Dysku - była tą serią, która najbardziej wpłynęła na moje życie, a ja odpowiedziałam, że Jeżycjada. Ale - dodałam natychmiast - ona nie zmieniła mojego życia w stylu: "Ach, przeczytałam Jeżycjadę i od teraz jestem lepszym człowiekiem, jak również czytuję Plutarcha niemalże w oryginale, albowiem przystąpiłam niezwłocznie do nauki łaciny!". Nie, ona wpłynęła na nie w sposób absolutnie nietypowy, kompletnie nieoczekiwany, w taki, którego nawet w najśmielszych snach nie byłabym w stanie przewidzieć, i chyba... (tu zawahałam się w obawie przed popełnieniem świętokradztwa, ale wrodzona prawdomówność nie pozwalała mi milczeć) chyba zmieniła je bardziej, niż Świat Dysku.

Jak? - chciała wiedzieć Czytelniczka, a ja obiecałam, że kiedyś o tym opowiem.

Po czym minęło wiele lat, blog się zestarzał, blogosfera zaczęła konać, a ja nie opowiedziałam, gdyż się nie składało. 

No to dziś się złoży, bo czyż można sobie wyobrazić lepszą ku temu okazję niż pięćdziesiąte urodziny (plus jeden dzień)?

Aczkolwiek moja przygoda z Jeżycjadą nie zaczęła się od "Szóstej klepki".

Zaczęła się od "Kwiatu kalafiora", które to dzieło przyniosła moja koleżanka z klasy (pozdrawiam Aurelię machaniem, wiele jej zawdzięczam!) na godzinę wychowawczą, na którą każdy miał przybyć z ulubioną książką i, za pomocą zaprezentowanego fragmentu oraz błyskotliwej przemowy, zachęcić koleżanki i kolegów do lektury.

Z przykrością odnotować muszę, że Aurelia nie popisała się szczególną błyskotliwością, ponieważ, co tu kryć, przez cały czas, gdy czytała mający nas zachęcić fragment chichotała tak, że nie sposób było niczego zrozumieć, a ramach zachęty potrafiła powiedzieć tylko, ze to super książka jest, super, urocza i bardzo zabawna. Skuteczności natomiast odmówić jej nie sposób, ponieważ natychmiast po zakończonej lekcji udałam się do biblioteki szkolnej, gdzie, rzecz jasna, nie odniosłam sukcesu, albowiem cała Jeżycjada była od dawna (i bez przerwy)  wypożyczona/-ana.

Czasy były inne niż teraz, książki nie leżały apetycznymi stosami w licznych księgarniach tylko czekając, aż ktoś zechce je nabyć drogą kupna, tylko - rzucone w zawsze niewystarczających ilościach - znikały jak ciepłe bułeczki, więc musiałam pogodzić się z myślą, że nie tak od razu dowiem się, nad czym Aurelia tak chichotała, że jej w ogóle nie rozumiałam oraz kim są ci Borejkowie.

Ziarno zostało jednak zasiane.

Stosowny czas później natknęłam się w antykwariacie na straszliwie sfatygowany egzemplarz "Kłamczuchy".

- Chcesz ją? - spytała moja mama, z którą w tym antykwariacie byłam, a ja odpowiedziałam, że tak, chcę, bo to jest książka tej autorki, którą Relka tak lubi, może i mnie się spodoba?

Byłam w piątej klasie szkoły podstawowej, piętnastoletnia Aniela Kowalik była dla mnie całkiem dorosła, a Gabriela Borejko, którą poznałam chwilę później, to już w ogóle, i wcale mnie nie dziwiło, że jedna pracowała, a druga prowadziła dom, były przecież duże.

No więc przeczytałam "Kłamczuchę" i poooooszło!

Zakupy, antykwaryczne i księgarskie, prezenty, pożyczki. Poznałam wszystkie ówcześnie dostępne tomy (było ich wówczas, zdaje się, sześć, licząc z "Małomównym i rodziną"), rosłam, tomów Jeżycjady przybywało, ja je kupowałam i czytałam, i przechodziłam klasyczną, rzekłabym, drogę wielbicielki, z obowiązkowym zachwytem nad Borejkami i pragnieniem, by być częścią tej rodziny, ja mam bardzo plastyczną wyobraźnię i Jeżycjada idealnie w nią trafiła, po prostu widziałam te pokoje, te zwały książek, czułam atmosferę oraz zapachy, unoszące się nad całością, ani się obejrzałam, a Roosevelta 5 stało się miejscem, do którego uciekałam, gdy moje własne nastolęctwo mi dopiekło, Gabrysia dawno nie była już dorosła, minęła tylko, zdałoby się, chwilka, a była młodsza ode mnie, to znaczy, ta Gabrysia z "Kwiatu kalafiora", bo ta inna jednocześnie wychodziła drugi raz za mąż i miała trójkę dzieci, wciąż rosłam, momentami dojrzewałam, a momentami nie, i troszkę zaczynałam się starzeć, a potem nastąpiła Ta Chwila.

Ta, która zmieniła Wszystko.

Byłam Matką Dzieciom, nie Królową od Bandy Czworga co prawda, tylko... Bandy Półtora, bo na świecie był już od trzech lat Potomek Starszy, a Potomek Młodszy dopiero był w drodze. Tkwiłam w Domu w Dziczy, który wówczas był o wiele bardziej w Dziczy niż obecnie, na przykład nie mieliśmy żadnych sąsiadów, spędzałam całe dnie sama z dwójką maluchów i bywały w moim życiu całe tygodnie, gdy jedyną osobą pełnoletnią, z którą rozmawiałam, a i to nie nazbyt często i nie nazbyt wnikliwie, był Pan Małżonek, gdy już wrócił z pracy i z treningu kendo. Zaczynałam dziczeć, lada moment, a stałabym się artefaktem pasującym do Dzikiego Domu w Dziczy, gdyby nie.

Gdyby nie komputer.

Oraz internet. 

Który, o dziwo, mieliśmy w Domu w Dziczy wcześniej, niż drzwi (jak również klamki) do każdego pokoju. 

Nienawidziłam komputerów, nie rozumiałam ich i traktowałam je z dużą nieufnością. Uważałam, że one wyczuwają te moją nienawiść i będą mi wybuchać pod palcami, gdy tylko odważę się ich dotknąć. Namówiona przez Pana Małżonka pokonałam dziki, wewnętrzny opór i założyłam sobie konto mailowe, żebym mogła pisywać do Najlepszej Przyjaciółki, którą Los wywiał za Ocean, a mój nick - Anutek115 - wziął się stąd, że Anutkiem nazywały mnie Najlepsze Przyjaciółki w mojej Ukochanej i Najlepszej Klasie. A "115" miał w swoim nicku Pan Małżonek, więc dodał mi taki sam numer. Bo byłam pewna, że każdy inny zapomnę, przecież ja tego nicka i tak nigdy nie będę używać.

Przez długie miesiące traktowałam komputer jak maszynę do pisania, służącą wyłącznie do wysyłania wspomnianych maili.

Nie mam pojęcia, jakimi drogami Los poprowadził mnie - niechętną i nieufną - na stronę Gazety Wyborczej, do jej forów, i jakim sposobem trafiłam na forum "ESD", które wówczas nazywała się "Forum wielbicieli Małgorzaty Musierowicz".

Wiem, że jak tam weszłam, tak wsiąkłam.

Czytałam, czytałam, czytałam. Całymi dniami (oczywiście biorąc poprawkę na posiadanie przeze mnie bombelków). Każdą wolną chwilę spędzałam, czytając, i, och, jak mi się robiło dobrze, jak bardzo dobrze na duszy!

Albowiem oto znalazłam miejsce skupiające ludzi takich, jak ja.

Krytycznych wielbicieli.

Bo nie ma co kryć, po latach stałam się tym właśnie. Krytyczną wielbicielką. Osobą, która Jeżycjadę znała praktycznie na pamięć. Miała ją przemyślaną w najmniejszych detalach. I której to i owo zaczęło się rozjeżdżać z tzw. odautorskim komentarzem. To nie pasować. To uwierać. I nie znaczyło to, że przestałam być wielbicielką.

Po prostu przestałam być bezkrytyczna.

Zupełnie jak ONI.

Całe tygodnie, może miesiące trwało to czytanie. Myśl o odezwaniu się w głowie mi nie postała. To forum było pełne takich wysoce inteligentnych jednostek. Te rozmowy były tak kulturalne, a przy tym błyskotliwe. Wszelkie zarzuty doskonale umotywowane. To byli prawdziwi znawcy, dociekliwi, bystrzy, a przy tym dowcipni, i władali taka piękną polszczyzną! Gdzie mnie tam do nich, prostej kobiecinie z Dziczy, mamusi dzieciomtkom, z zawodu prowincjonalnej nauczycielce z prowincjonalnej szkółki!

Jakim cudem odważyłam się wreszcie odezwać nie umiem powiedzieć, pewnie trafiło na mój moment "a, co mi tam!" (kocham te momenty u siebie, zawdzięczam im wiele dobrego). Pamiętam, ze miało to miejsce w wątku "Rozczarowania w Jeżycjadzie". 

Pamiętam, kto pierwszy mi odpowiedział.

Pamiętam, że zostałam więcej niż ciepło przyjęta.

I to była Ona.

Ta Chwila.

Ta chwila, która zmieniła moje życie.

Dzięki której zadziały się Rzeczy.

Niewiarygodne, jak bardzo drobne mogą być chwile, które sprawiają, że dzieją się Rzeczy. Czasem to tylko jedno kliknięcie. Jeden post. Jedna odpowiedź.

Niesamowite, jak bardzo się nie wie, że to właśnie TE Chwile :).

To było dawno, dawno temu, to forum (nadal istniejące) było zupełnie innym forum, było dość kameralne, wąska specjalizacja w końcu, i bardzo rzeczowe, i tak sobie myślę, że gdybym była pisarką chciałabym mieć takich fanów, uważnych, konkretnych, kompetentnych, a przy tym kulturalnych, tak, to by pewnie bolało (wątek "Nieścisłości w Jeżycjadzie" w chwili, gdy się do do niego dopisywałam miał ponad tysiąc postów, nie jest to przyjemna świadomość dla żadnego ego, jak mniemam), znawców bez cienia wątpliwości, krytycznych, ale nie krytykanckich, i zdecydowanie wielbicieli.

Ale czas płynął, forum się zmieniało, to ktoś o nim napisał w prasie papierowej, to pojawił się artykuł w sieci, każda wzmianka powodowała napływ nowych osób, niektóre zostawały i przyjmowały się jak wdzięczne kwiecie na żyznej glebie, niektóre odchodziły zniesmaczone, bo spodziewały się lukru i spijania z dzióbków, a zastawały wątki "Rozczarowania w Jeżycjadzie", też na tysiąc postów, w dodatku w większości dobrze uargumentowanych, a niektóre były pospolitymi trollami, agresywnymi i prostackimi.

I skutkiem pojawienia się takiego właśnie trolla, wybitnie chamskiego i bardzo aktywnego, było przeniesienie się grupy bardzo zżytych już ze sobą forumowiczek na Facebooka.

Facebook też był wtedy zupełnie innym miejscem. Pozbawionym reklam, stron "sugerowanych dla ciebie" nachalnie podsuwanych przez pijane algorytmy, bez zalewu "treści sponsorowanych". By się na niego dostać, trzeba było otrzymać zaproszenie od aktywnego członka.

W tygodniu, w którym dziewczyny postanowiły założyć facebookową grupkę dla "uchodźczyń z forum" dostałam tych zaproszeń ze dwanaście.

Któreś przyjęłam, założyłam konto na FB i ujrzałam osoby, z którymi spędziłam ostatnie miesiące na ognistych dyskusjach, przekomarzaniu się, pisaniu limeryków i moskalików, długich nocnych Polaków rozmowach oraz imprezując w Sylwestra online (jeden z najlepszych Sylwestrów w moim życiu!) pod własnymi nazwiskami (wtedy była to facebookowa norma) oraz z  danymi osobowymi.

I ja powiem jedno.

RANY BOSKIE.

Poziom rozmów na forum stał się dla mnie natychmiast całkowicie zrozumiały. Pod forumowymi nickami kryły się profesorki, tłumaczki, dziennikarki, redaktorki, pisarki, osoby, które na co dzień pracują ze słowem (a jak wtedy nie pracowały, to teraz pracują), naukowczynie, artystki, działaczki społeczne, poetki, po UJotach, Sorbonach, Oxfordach i Harvardach, co jedna to bardziej błyskotliwa, utytułowana i mądra.

A wśród nich ja (tu sobie można przeczytać ten kawałek o prowincjonalnej matce bombelków, co ja się będę powtarzać).

Nie ukrywam, że znajduję fakt, iż spotkałyśmy się na forum dotyczącym serii książek dla nastolatek czymś niezwykle, przewrotnie zabawnym.

Ale to, że nie uciekłam z tego całego Facebooka natychmiast po uświadomieniu sobie, kim są ONE, i kim na ich tle jestem malutka ja - to jest dopiero cud! Cud nad cudy.

Ale nie uciekłam.

I wiecie co?

Ciągle je znam :). Mam je w Znajomych. Poznałam przez nie inne, niezwykłe osoby. Część spotkałam osobiście, nie raz. Pisujemy do siebie. Gadamy. Wysyłamy sobie zdjęcia dzieci. Tych dzieci, których nie było, gdy się poznałyśmy, i na które zbiorowo czekałyśmy, gdy były w drodze. Zrobiły mi taką niespodziankę po narodzinach Pomponów, że nawet teraz oczy mi się szklą i zaczynam pociągać nosem, a Pompony za miesiąc kończą, nieprawdaż, piętnaście lat. To one, lat temu czternaście, były w stałym kontakcie z Panem Małżonkiem, gdy ja trafiłam do szpitala i nikt nie wiedział, czy z niego wyjdę. Do dziś pamiętam, jak jedna z nich (i pamiętam, która :)) napisała w statucie: "Mam Anutka w aktywnych Znajomych!!!", gdy pierwszy raz po wyjściu ze szpitala zalogowałam się w sieci. One, lat temu trzynaście i troszeczkę, wyszukiwały mi najbardziej przyjazne użytkownikom szablony bloga, namawiały mnie do pisania, one były moimi czytelniczkami, gdy blog był zamknięty dla publiczności. I one skłoniły mnie, bym go otworzyła. Także dzięki nim, bardzo, BARDZO dzięki nim jestem dziś tu, gdzie jestem.

Kocham Was, Dziewczyny. Mam nadzieję, że o tym wiecie.

A gdybyście dotąd nie wiedziały, to macie to teraz na piśmie.

To niewiarygodne, do jakiego miejsca w życiu może doprowadzić cię chwila, gdy twoja jedenastoletnia koleżanka chichocze nad książką tak, że nie jesteś w stanie zrozumieć ani słowa z tego, co czyta :).

Więc tak, to Jeżycjada była tą serią literacką, która najbardziej wpłynęła na moje życie. 

I bez względu na to, co stało się i z serią, i z samą jej autorką z biegiem lat, z biegiem dni nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo.

Bardzo.

Bardzo, bardzo, BARDZO.

Dziękuję.

piątek, 21 września 2018

Królowa Matka (prawie) przechodzi na "ty"

To jest droga.

Zupełnie zwyczajna droga na pierwszy (a nawet drugi) rzut oka, droga, jakich mnóstwo mamy w kujawsko-pomorskim, i gdzie indziej na pewno też, ale ta konkretna jest kujawsko-pomorska właśnie. Dodać można, że w tej zatoczce, którą widać po prawej stronie znajduje się malutki sklepik spożywczy, a nieco dalej - zespół szkół. Poza tym drzewa, krzewy, sady, domki, małe i większe oraz zabytkowy kościółek, całkiem nieduży. Droga, jak każda inna.

Dokładnie w tym miejscu siedem lat i jeden miesiąc temu urodził się ten blog.

Stałym (i Starym Stażem) Czytelnikom historia ta jest znana, więc mogą przeskoczyć akapit czy dwa (lub też, znając moje skłonności do logorei, trzy lub cztery), w których opowiadać ją będę Czytelnikom Nowszym i Całkiem Nowym.

Siedem lat, jeden miesiąc i dwa tygodnie temu wyszłam ze szpitala bez żadnych rokowań. To znaczy, na pewno jakieś były, ale lekarze, uparcie pytani, równie uparcie migali się od odpowiedzi. Osobie przeciętnie inteligentnej (oraz zaopatrzonej w wielokrotnie przeczytany i przepuszczony przez gugla wypis ze szpitala) takie miganie się mówi całkiem sporo, a jeśli dodatkowo osoba jest słaba jak pisklę, trzy tygodnie temu uczyła się chodzić, a tydzień temu, tuż przed wypisem, przeszła 450 metrów w sześć minut, oraz przed wyjazdem musiała zapakować lekarstwa i zastrzyki, które bezwzględnie musiała brać trzy razy dziennie, do osobnej kosmetyczki, bo w zwykłej się nie mieściły, to już w ogóle.

A zatem jechaliśmy w świat, Pan Małżonek, moje dzieci, najmłodsze liczące sobie siedem miesięcy, ja, przeświadczona, że być może to ostatni wyjazd w moim życiu (zaledwie tydzień wcześniej rozpłakałam się w nieopanowany sposób, wjeżdżając do swojego miasta, bo kilka dni wcześniej byłam pewna, że nigdy w życiu go już nie zobaczę) oraz moja depresja. Potworny, gigantyczny, niezmierzalny dół, który kazał mi robić plany najwyżej na godzinę naprzód, żegnać się z moimi dziećmi przy każdej zadyszce oraz mroczkach przed oczyma (czyli często) i nie mieć żadnego pomysłu na ewentualne życie, gdyż po co, w końcu mogę umrzeć w każdej chwili.

Pan Małżonek cierpliwie robił co mógł, by mnie w jakieś plany zaopatrzyć. By skłonić mnie do robienia czegoś, co zajmie mi ręce i głowę, i może sprawi, że przestanę myśleć, skupiać się na każdym oddechu i analizować każdy ucisk w klatce piersiowej. A zatem, co lubisz robić, droga żono. Czytać, bardzo dobrze. Czytanie jest super, ale w obecnym stanie ducha rozproszyć mnie mogło wszystko, ze wspomnianym piknięciem w klatce piersiowej na czele. Robić na szydełku lubisz, na drutach, wyszywać. Rzeczywiście, ale jaką ma się w czasie dziergania wolną głowę i jak hulają twoje myśli, to tylko ja wiem, a w którą stronę pożeglują zgaduję bez najmniejszych trudności. Odpada. W ogródku lubisz się babrać. W rzeczy samej, ale po pierwsze - patrz powyższa uwaga o hulających myślach, a po drugie, kucnięcie i wyrwanie kilku chwastów w moim stanie skutkować mogło natychmiastowym omdleniem (a nawet jeśli nie, to wstać o własnych siłach bym nie wstała), jedyna dostępna mi aktywność  ogródkowa ograniczała się wówczas do siedzenia i patrzenia, jak liście winobluszczu zmieniają kolor. Odpada.

No to jeszcze lubisz pisać. Pamiętasz? Pani psycholog w szpitalu spytała cię, czy piszesz. Bo, jak twierdziła, tak fajnie opowiadasz, więc czytałoby się to, co napisałaś na pewno też  dobrze. Napisz książkę.

Wysiadłam z samochodu w tej małej, ledwie widocznej na zdjęciu zatoczce, kupiłam w sklepiku wodę i ciasteczka owsiane, wsiadłam z powrotem i powiedziałam:

- Nie umiem pisać książek. O czym miałabym pisać? I kto niby chciałby to czytać?
- To bloga - powiedział Pan Małżonek, wyjeżdżając z zatoczki. - Sprawdzisz, czy pisanie jeszcze sprawia ci frajdę, czy taka odskocznia będzie ci odpowiadać. Zacznij pisać bloga.

Siedem lat i jeden miesiąc temu nie wiedziałam, że blogi istnieją.

No, dobra, trochę upraszczam. Wiedziałam, że istnieją. Nie czytałam żadnych. Nigdy, nawet tych, które pisali moi bardzo dobrzy znajomi i przyjaciele. Nie wiem nawet, czemu. Idea blogosfery była mi całkowicie obca. Podejrzewam, że postrzegałam blogi jak pamiętniki, czyli teksty bardzo osobiste, takie, które się pisze, a potem zamyka w szufladzie na popiątny kluczyk. Bo jeśli pisać coś innego, to po co? A jeśli rzeczywiście to, to jak można rzecz upubliczniać?

Dlatego właśnie odpowiedziałam z powątpiewaniem:

- Bloga? Ja? Ja przecież (zdumienie stulecia! ogólny wstrząs! wszyscy zbierają szczęki z podłogi i potrząsają w zadziwieniu głowami!) nie umiem pisać bloga. Ja to się w ogóle robi? I (zdumienie stulecia i ta cała reszta, tylko razy milion) kto by mnie w ogóle chciał czytać?

A mimo to jeszcze nim wyjechaliśmy z miejscowości z zespołem szkół, małym sklepikiem i prawie tak samo małym zabytkowym kościółkiem - wymyśliłam tytuł. I wiedziałam, ze jeżeli ten blog, którego nie umiem pisać, kiedykolwiek powstanie, będzie się nazywał właśnie tak.

Królowa Matka i Banda Czworga.

Pięć dni później wróciliśmy z Mazur i zaczęłam Wielkie Przygotowania. Polegały one na rozmowach z moimi bardziej ogarniętymi blogowo (czyli, ekhm, z wszystkimi) i komputerowo (czyli z większością) Znajomymi i Przyjaciółmi, którzy mi doradzali, odradzali, wybierali platformę i podrzucali linki z informacjami. Skutkiem tych rozmów było, że - nieświadoma, co zaczyna, nie orientująca się w modach i stylach (oraz w fakcie, że takowe istnieją) - zadebiutowałam jako blogerka równo siedem lat temu.

Dla trzydziestu osób, bo mój blog był wówczas zamknięty dla publiczności.

Otworzyłam go miesiąc później skutkiem namów wyżej wspomnianych Znajomych i Przyjaciół, którzy mnie wiernie czytali, wspierali, i nigdy nie czepiali się, że piszę w trzeciej osobie (jeśli ktoś Królowej Matki nienawidzi wie już, komu podziękować ;)).


O tym, że - jeśli w ogóle - pisać będę w trzeciej osobie wiedziałam niemal w tej samej chwili, w której wymyśliłam tytuł. Podejrzewam, że na tę decyzję miało wpływ moje przekonanie, o którym wspominałam wyżej - że blog to taki pamiętnik. Bardzo osobisty. A ja nie chciałam, żeby był to pamiętnik. Potrzebowałam dystansu między mną - żywą, całą osobą, z jej imieniem, nazwiskiem, adresem, telefonem i zdjęciem w dowodzie oraz własną historią, a bytem, który w mniejszym lub większym stopniu wykreuję, pisząc bloga. I choć miliony razy przeróżne osoby (niekoniecznie pytane o zdanie) wyjaśniały mi, że bloga należy pisać w pierwszej osobie, gdyż jak nie to jest się egzaltowaną idiotką z pretensjami do aligancji oraz zaciera wrażenie ewentualnej inteligencji i lekkości pióra, a w ogóle tak się pisało na początku wieku, a teraz to jest kompletnie nie komilfo oraz przestarzale, chyba nie umiałabym przez te wszystkie lata pisać go inaczej.

Tym niemniej w tym roku, gdy poprosiłam Pana Małżonka, by zatrzymał się przy małym sklepiku usadowionym przy drodze w kujawsko-pomorskiem, żebym mogła zrobić zdjęcie, pomyślałam, że nadszedł chyba czas na zmiany.

Gdy zaczynałam pisać, moje najstarsze dziecko było młodsze, niż Pompony teraz. Potomek Młodszy miał trzy i pół roku, Pompony nie umiały mówić i miały po cztery zęby na osobę.

Potomek Starszy dziś ma prawie czternaście lat i lada moment nadejdzie chwila, gdy nie będzie chciał być bohaterem bloga. Już teraz czytają mnie dwie jego nauczycielki, kwestią czasu jest, gdy na ten pomysł wpadnie któryś z jego kolegów co, jak wiemy, różnie może wpłynąć na jego pozycję towarzyską w tym straszliwym wieku burzy i naporu. 

Potomek Młodszy za miesiąc kończy jedenaście lat i powyższe uwagi też go w jakimś stopniu dotyczą. Na razie obaj lubią tego bloga i nie przeszkadza im występowanie w nim od czasu do czasu (chociaż, co na pewno zauważy każdy zaglądający tu w miarę systematycznie Czytelnik, coraz rzadziej). Na gwiazdy wyrastają Pompony, liczące lat siedem i pół, ale za chwilę, za moment - to jest niezwykłe, w jak krótkim mgnieniu potrafi minąć pięć lat! - i one dorosną. 

I pewnie przyjdzie taki dzień, gdy na pytanie, czy mogę o czymś napisać (bo zawsze o to pytam, wszystkie anegdotki z Potomkami w rolach głównych mają ich błogosławieństwo) usłyszę odpowiedź "Nie".

Co wtedy? Czym stanie się Królowa Matka i Banda Czworga bez bandy czworga?

Więc, pomyślałam, może uprzedzić fakty. Może zamknąć bloga, zacząć pisać nowego, może zmienić mu tytuł, może dać sobie nową ksywkę. 

Może przestać pisać, bo za często to ja tego nie robię ostatnio. Pożegnać się, podziękować, pozostać na Facebooku i Instagramie, ale nie blogować, bo blogowanie podobno obumiera.

A może, pomyślałam potem, może po prostu przejść na "ty". Przynajmniej w niektórych postach, na przykład okołokulturalnych i książkowych, bo prawdę mówiąc czasem nawet w moich uszach dziwnie brzmią te wygibasy językowe, do których muszę się uciekać pisząc recenzje, a jestem wszak przyzwyczajona. I nie macie pojęcia, jak idiotycznie się czuję, przedstawiając się osobom, które widzą mnie pierwszy raz w życiu "Dzień dobry, jestem Królowa Matka" :D.

A zatem może Królowa Matka zostanie tam, gdzie jest Banda Czworga. A tam, gdzie Bandy Czworga nie ma - będę po prostu ja. Do czasu, gdy Królowa Matka w naturalny sposób odejdzie i wszystko się zmieni w sposób całkowicie zwyczajny.

Tak więc, dobry wieczór, to po prostu ja.

Kilka lat temu - dwa? trzy? - jedna z blogerek, które regularnie czytuję zaproponowała, by każdy bloger napisał post o tym, co zawdzięcza blogowaniu. Znajdowałam się wówczas w czarnej... sempiternie, a lektura postów tych blogerów, którzy odpowiedzieli na wyzwanie tylko ten stan pogłębiła. Opisywali oni spotkania na szczytach (różnych), wygrane w konkursach (też różnych) oraz osiągnięcia zawodowe pozyskane za sprawą blogowania, a ja akurat wróciłam do pracy w prowincjonalnej szkole, miałam czworo absorbujących dzieci i malutki, a ciągle wymagający wykończenia domek w lesie, zaś o godzinie 19 nie pamiętałam, jak się nazywam. Zasięgi mi leciały na łeb na szyję i powoli popadałam w zapomnienie. Nigdy w życiu nie załapałam się na pierwszą dziesiątkę żadnego konkursu, i w ogóle byłam malutka, smutna i do wyrzucenia.

Po czym (po jakimś czasie rzecz oczywista, na nagły błysk rozsądku w moim przypadku liczyć nie należy) naturalnie zaczęłam dochodzić do siebie, pukać się w czółko w temacie poglądu na własne blogowanie i odkrywać, że może i dobrze, że nie napisałam wtedy żadnego posta, bo będę go mogła popełnić w lepszym momencie.

Na przykład teraz.

Ponownie - dobry wieczór, to ja, ta, która podjęła jedną z najlepszych decyzji w życiu, logując się na Bloggera siedem lat temu (bez jednej godziny ;)).

Nigdy nie wygrałam żadnego konkursu, co mówię, nigdy nie otarłam się nawet o podium. Ani o pierwszą dziesiątkę. Nie mam na FB dwudziestu tysięcy obserwatorów, tylko niecałe półtora tysiąca, a na blogu - niecałych trzystu. Na Instagramie nie jestem w stanie osiągnąć pięciuset obserwatorów od tak dawna, że zaczynam obserwować własny profil z niezdrową fascynacja  (mam 499 obserwujących  iiì! ups, jednak nie, nazajutrz mam 495, nazajutrz - yes! yes! yes! - 500, a w kolejny dzień  znowu 492. I tak w kółko od miesięcy). Zasięgi mam takie, że żadnemu reklamodawcy nie opłacałoby się zamawiać u mnie reklamy (nie, żeby jakiś chciał). Jestem nieżyciowa w kwestii mediów społecznościowych, nie znam się i nawet nie próbuję odnaleźć się w świecie, w którym trzeba mieć profesjonalnie prowadzonego Instagrama, Twittera, vloga, a jeśli już ma się staroświeckiego (fe!) bloga, to z nowoczesnym layoutem. Uparcie tkwię na Bloggerze i  nie mam nawet  dynamicznego szablonu, tylko ordynarnie prosty. Raz pomyślałam o wykupieniu domeny, po czym uznałam, ze się nie znam i zapomniałam o pomyśle. Obok influencera to ja nigdy nawet nie stałam (to znaczy stałam raz, jak się ze Znaną Osobą na targach książki minęłam) i nigdy nie stanę (chyba, że kiedyś znów pojadę na targi książki albo jakiś konwent). Jestem bardzo średnio znaną autorką bardzo średnio popularnego bloga, który nigdy nie figurował na żadnej liście Najbardziej Wpływowych Blogów z Dziedziny X (i nie dlatego, że nie można go dopasować do żadnej, a kategorii "Blogi śmieciowe" jeszcze nie ma).

Jestem dokładnie tu, gdzie chcę być.

Bo jakich ja świetnych ludzi poznałam przez to blogowanie! (tu macham do Was wszystkich, Świetni Ludzie, i uwierzcie, ja się naprawdę zawsze bardzo cieszę, poznając Was, tylko muszę przełamać własną dupowatość, excusez, oraz onieśmielenie, będące u mnie naturalnym elementem wyposażenia wnętrza).

I jakich świetnych mam Czytelników.

Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że bez względu na to, o czym piszę - a zdarza mi się pisać o rzeczach kontrowersyjnych, chociaż tylko wtedy, gdy we mnie wzbierze, bo poza tym to patrz: uwaga o dupowatości, a także mam cienką skórę i zaczynam odchorowywać każdy trudny wpis w oczekiwaniu na falę niepochlebnych komentarzy, która wszak na pewno nadejdzie (nikogo tak nie podziwiam jak blogerów społeczno-politycznych, serio) - nigdy, nigdy nie miałam na swoim facebookowym profilu ani tu, na blogu żadnej awantury. Nie musiałam nikogo zablokować. Usunęłam przez te siedem lat ze trzy komentarze, w tym jeden na życzenie jego autorki. Dostałam dziesiątki zatroskanych maili, gdy było mi źle. Dostałam dziesiątki maili, których autorzy dzielili się ze mną bardzo osobistymi opowieściami. I takie, w których mi dziękowano. I takie, w których Czytelnicy przysyłali mi zabawne memy albo reklamy nowych powieści AłtorKasi, te także :). 

Za każdym razem te maile mnie cieszą i za każdym razem zaskakują. I za każdym poruszają do głębi, bo sama myśl, że komuś chciało się wykonać ten wysiłek i napisać do obcej baby z interneta naprawdę chwyta mnie za serce i ściska, ale to takie przyjemne ściskanie (a już w chwilę, gdy poznawałam człowieka, a on robił wielkie oczy i mówił "O, to ty jesteś Królowa Matka!" - BTW, widzicie, jak to NAPRAWDĘ IDIOTYCZNIE BRZMI? - to ja praktycznie nie wierzę, co nie przeszkadza mi przechowywać każdego takiego momentu we wdzięcznej pamięci, nikt nie powiedział, że muszę porażać logiką. I za każdym takim razem mam ochotę zapiszczeć, więc jakby co, czujcie się uprzedzeni, bo kiedyś mogę nie wytrzymać).

A przy tym ci Czytelnicy to nie jest Koło Wzajemnej Adoracji. Różnią się, nie zgadzają ze sobą, nieraz ogniście dyskutują. Na pewno nie zawsze podzielają moje poglądy i nie zawsze się ze mną zgadzają. Zawsze robią to w sposób kulturalny i argumentują (ewentualnie odlubiają bloga, acz czynią to z elegancką dyskrecją), i są dla mnie dowodem, że tak też można. Jak mogę wątpić w to, że świat zmierza w lepszą stronę, skoro mam codzienny kontakt z takimi ludźmi.

Wszystkim Wam dziękuję za te siedem lat.

Mam nadzieję na więcej :).


Ja.

niedziela, 3 września 2017

Przy końcu wakacji nostalgicznie o wakacjach

Podejrzewa Królowa Matka, że uczucie to zna i podziela większość rodziców.

Ten początek wakacji to wcale nie jest taki wyczekiwany.

Z jednej strony tak, oczywiście, ach, już by się odpoczęło na tych plażach, wśród tych lasów, albo nawet, w razie niepogody, na tej werandzie pod kocykiem z dobrą książką w ręku i herbatą pod ręką, ale z drugiej rok szkolny jest taki ułożony. Oswojony tak, że z zamkniętymi oczami, mechanicznie można wykonywać przypisane mu czynności. Poniedziałek, ten do szkoły o tej godzinie, ten o tej, Pompony odprowadzić, dziś przyprowadza babcia, Starszy wraca ze szkoły o tej, robi lekcje, Młodszy o tej, nie robi, bo przyjeżdża z pracy Pan Małżonek i jedziemy w Dzicz, Młodszy lekcje, Starszy ma czas wolny, Pompony ćwiczą logopedycznie. I tak codziennie, odprowadzić, przyprowadzić, na obiad, zakupy, wywiadówka, dentysta, kółko szachowe, występy w przedszkolu, weekend, ufff.

Potem nadchodzą wakacje i cały plan się rypie, ma człowiek kochane dzieciątka na głowie 24 godziny na dobę, zakupy trzeba robić z wyprzedzeniem, pakować przed wyjazdem na Mazury, rozpakowywać, opanowywać zarzewia konfliktu, zmagać się z codziennością i setką atakujących z czterech stron świata "maaaaamo-aaa-on"-ów oraz nieobecnością Pana Małżonka (którego urlop wynosi 14 dni, i ani chwili więcej) do godziny osiemnastej każdego dnia. Rany koguta, myśli człowiek rasy Królowa Matka, jak ja sobie poradzę, w końcu jednak uduszę któreś albo porzucę wszystkie i ciekawe, czy mają jakieś moje aktualne zdjęcie, żeby je moc pokazać w TV w programie "Ktokolwiek widział..." albo w TVN24.

A gdy tylko wszystko ułoży się i uklepie, wszyscy wejdą w wakacyjny rytm, Pan Małżonek przyzwyczai się do tego, że może trochę dłużej pospać rano i nie musi wracać galopem po pracy do domu, Królowa Matka oswoi leniwe, przyjemne poranki ze śniadaniem, które raz robi ona, raz któryś ze starszych Potomków (najczęściej, bądźmy boleśnie szczerzy, ten Młodszy), spacery po lesie, wyprawy nad jezioro, podlewanie ogródka, wieczorne długie Polaków rozmowy na werandzie podczas gdy Potomki roznoszą ogródek i okolice w proch i pył, i te zakupy z tygodniowym planowaniem, i spontaniczne wieczorne wyprawy do miasta, gdy się to wszystko oswoi i polubi, nagle bum! Nadchodzi początek roku szkolnego i staje się twarzą w twarz z pełną popłochu myślą: "Rany boskie, cztery plany lekcji, zajęcia dodatkowe, przywieźć-odwieźć, dom ogarnąć, wszystko według grafiku, jak ja sobie poradzę?! A TAK BYŁO DOBRZE!!!".

Zwłaszcza, że rzeczywiście było. I po raz pierwszy (!!!) w życiu w głowie zimnolubnej, kochającej jesień, swetry, szale, długie wieczory, babie lato i październik Królowej Matki pojawiła się myśl, że jest jej szkoda tego mijającego lata, i szkoda jej, że ono nigdy już nie wróci.

W dodatku najwyraźniej spędzała to lato w jakiejś zupełnie innej Polsce niż jej znajomi z Facebooka, którym bez przerwy było za zimno, albo za gorąco, albo lał się na nich deszcz. Poza jednym dniem na Mazurach, gdy to pogoda zmieniała się - dosłownie - co kwadrans, i po czwartej próbie pójścia na spacer rodzina Królowej Matki zrezygnowała z wysiłków, złapana po raz kolejny przez dziką ulewę, która zmieniała się w promienne słońce w chwili, gdy wszyscy, przemoczeni do nitki i z wodą chlupoczącą w kaloszach dopadali domu (bo ten dzień, gdy krajobraz do południa składał się ze ściany deszczu się nie liczy, wszak w południe się rozpogodziło i można było iść na jagody, skąd się wróciło szczęśliwym i uświnionym jak nieboskie stworzenie). I jeszcze poza tym drugim, a w zasadzie poza nocą, gdy nad Polską przechodziła ta potworna wichura, prąd w Domu w Dziczy zrobił "pyk!" i zgasł w kwadrans po tym, gdy Dzieciomtka posnęły kamiennym snem, co zaoszczędziło troski chociaż o nie Królowej Matce i Panu Małżonkowi, wycierającym w drżącym świetle świec oraz nieustającym (dosłownie, pierwszy raz w życiu coś takiego Królowa Matka widziała, blask na niebie, bez chwili przerwy) świetle błyskawic wodę wlewającą się przez komin, wywietrzniki i strumieniem cieknącą po ścianach, podczas gdy na posesjach sąsiadów, akurat nieobecnych, latały w powietrzu elementy zabudowy ogrodu, jak to części altany, trampolina, krzesła oraz metalowa huśtawka na dwie osoby, szczęśliwym trafem nie trafiając w Dom w Dziczy.

Poza tymi dniami pogoda tego lata była idealna, co może oczywiście mieć pewien związek z faktem, że Królowa Matka, Pan Małżonek i nawet Potomki nie są zwierzętami plażującymi, wręcz przeciwnie, plaża służy im do tego, żeby na nią pójść, zostawić klapki i ręczniki, wykąpać się, wytrzeć, opuścić ją i oddać się ciekawszym zajęciom, co też czynili nawet w - nie tak rzadkich - dniach dyszących upałem.

Ale chyba głównie ma związek z osobistym nastawieniem, do którego to wniosku doszła Królowa Matka, gdy w czasie jednego ze wspomnianych dwóch tygodni urlopu Pana Małżonka, spędzanego w Górach Świętokrzyskich, wracała na kwaterę po dniu pełnym łażenia po okolicy bliższej i dalszej, a w radiu Pani Reporterka Od Pogody żaliła się, że jest zimno i okropnie, i lata praktycznie nie ma, a po Krakowie trzeba chodzić w kurtce i szalu. Problem polegał na tym, że Banda Czworga tego właśnie dnia mogła się była zderzyć z dygoczącą pod szalami Panią Reporterką, gdy gnała przez Kraków jak wiatr, (zatrzymując sie, by uwiecznić swe podobizny na tle sklepu "Toruńskie pierniki", bo jesli cos fotografować w Krakowie to rzecz naprawdę interesującą przecież), odziana w t-shirty i krótkie spodenki, i z  lodami w dłoni.

I tak dalej, oblewając się potem i topiąc jak masło na rozgrzanej patelni w Chęcinach, wspinając się w palącym słońcu na chęciński zamek, przelatując w pochmurny, lecz ciepły dzień Łysogóry, gdzie Potomek Starszy fotografował na szkolne potrzeby ryty w ścianie podpis Żeromskiego z czasów, gdy nie był on - Żeromski, nie Potomek - Narodowym Wieszczem, tylko Nieletnim Wandalem, spędzając wieczory na huśtawce w ogrodzie Dworku Pod Lipą, w którym się zatrzymaliśmy, furt czytała Królowa Matka narzekania na pogodę w tej innej Polsce, w której jej nie było.

A tymczasem Chęciny były takie same, a nawet lepsze niż w czasach, gdy Królowa Matka zwiedzała je (i pokochała) panienką będąc, co prawda w małej cukierence nie było już Najlepszych Na Świecie lodów cytrynowych, było za to ciasto jogurtowe z makiem, które królewskomatczyna rodzina wykupowała na pniu i pożerała w ilościach hurtowych, w rynku znajdowała się przeurocza kawiarenka dla rodziców z dziećmi, oferująca, poza kawą, herbatą i wyborem ciast i deserów także opiekę nad dziećmi w czasie, gdy Rodzice się wspomnianymi deserami opychają, oraz fontanna, w której Pompon Młodszy skąpał się był wraz z odzieniem i obuwiem w jeden z tych upalnych dni, w czasie których na terenie reszty Polski panował luty mróz. A na Zamku można była strzelić z arkebuza, obejrzeć tańce średniowieczne oraz zamknąć w żelaznej klatce, w której kiedyś trzymano więźniów, własnego Potomka, niestety, nie na długo.

Łysogóry Potomki i Pompony przebiegły w hożych podskokach, następnie zdrzemnęły się kwadransik w trakcie jazdy samochodem do Dworku Pod Lipą, by - w czasie, gdy Królowa Matka, po dojechaniu na miejsce powooooli formułowała w głowie myśl, że za jakieś pół godzinki uda jej się (chyba?) wystawić z samochodu obie nogi, powolutku, malutkimi kroczkami, dowlec się do pokoju, w końcu pierwsze piętro to nie jest jakiś Matterhorn, i zalec na resztę popołudnia na łóżku w charakterze zwłok - wyskoczyć rześko z samochodu i w radosnym pląsie udać się w kierunku placu zabaw, w biegu formułując życzenie, by mamusia przyszła za nimi pobujać je na huśtaweczce oraz pograć w ping ponga, gdyż się właśnie nauczyły i uwielbiają.

Wspomniany Dworek Pod Lipami miał prze-cu-do-wne schody, stworzone do tego, by schodzić z nich w slow motion oraz wyniośle, dystyngowanie szeleszcząc elegancką suknią i wydając polecenia w rodzaju: "Franciszku, dziś pan nie zejdzie na herbatę, proszę mu ją zanieść do gabinetu", i spowodowały u Królowej Matki kolosalny foch na Historię oraz Własnych Przodków...

(OT, ostatnio Królowej Matce w nawyk wchodzi.

No więc na Historię to Królowa Matka nie poradzi, ale jeśli chodzi o Przodków, a konkretnie o Pradziadka Królowej Matki, a jeszcze konkretniej o Tatusia Tatusia Tatusia Królowej Matki, który to Pradziadek obdarzony był malowniczą osobowością oraz duszą włóczykija, to ma Królowa Matka jednak kilka ansów. Dusza włóczykija objawiała się tym, że Pradziadek wędrował po całym kraju, albo i świecie, wpadając co i rusz na jakieś genialne pomysły. Podczas jego peregrynacji rodzinny dwór, majątek, stadninę oraz służbę żelazną dłonią dzierżyła Prababcia Katarzyna, której w dzierżeniu nic a nic nie przeszkadzały kolejne ciąże, porody i połogi. Pradziadek wracał co jakiś czas, głaskał czule głowiny Dziatwy, ustawionej prze Panem Oćcem w karnym rządku, dobrotliwie dziwił się na widok Nowego Dzieciątka w ramionach Prababci: "Ach, Kasieńko, raz... dwa... trzy... ojej, ilu was jest, wszystko moje? O, i nowe?", całował nowe w główkę, a już trzy miesiące później zaczynał odczuwać swędzenie w żywocie i udawał się na kolejną wyprawę, zostawiając majątek, Prababcię i kolejnego Potomka w drodze, i tak jedenaście razy. Być może zdarzyłby się i dwunasty raz, gdyby nie to, że po jedenastym Pradziadek wrócił z - kolejnym - genialnym pomysłem, który nie wie Królowa Matka, na czym polegał, który jednakże wymagał sprzedania majątku.

Pradziadek sprzedał więc dwór, sady, ziemię i konie, po czym - nie na drugi dzień, bo to byłoby już nazbyt melodramatyczne, ale raczej kilka tygodni niż miesięcy później - nadeszła reforma Grabskiego i Pradziadek - który pojechał wymieniać pieniądze ze starych na nowe wioząc je w skrzyniach na wozie, a wrócił mając cały swój majątek w portfelu w kieszonce na piersi - przesiedział kilka kolejnych dni w kamiennym milczeniu, po czym wziął się i zmarł na zawał. Zostawiając Prababcię z jedenaściorgiem dzieci, a Królową Matkę pozbawiając szans na bycie Panienką ze Dworu.

To znaczy, Królowa Matka wie, II wojna światowa i ustrój demokracji ludowej oraz sprawiedliwości społecznej, te rzeczy. Ale jakoś do rodzonego Przodka łatwiej mieć pretensje, koniec OT).


... no więc poza schodami wspomniany Dworek miał olbrzymi teren w otoczeniu sielskich pól i lasów, ze stawami, placem zabaw oraz obsługą i szefostwem tak dyskretnym, że trzeba było w dniu wyjazdu biegać po terenie i go szukać celem uiszczenia. "Państwo koniecznie jeszcze do nas przyjadą! - zakrzyknęło szefostwo, namierzone po dłuższej chwili poszukiwania przez Pana Małżonka. - Mają państwo takie grzeczne dzieci!". Pan Małżonek wzdrygnął się nerwowo i obejrzał w poszukiwaniu osoby, do której mówiła Szefowa posiadłości, podczas gdy ta kontynuowała, najwyraźniej w świecie zwracając się jednak do niego: "Jak państwo to zrobili? Jak się to państwu udało?!". "Ależ - rzekł Pan Małżonek z wrodzoną całej królewskomatczynej rodzinie uczciwością - to dlatego, że nas całymi dniami nie było...". "Jakie nie było - zaprotestowała Szefowa. - Rano państwo byli, wieczorem, na placu zabaw widziałam dzieci, na spacery chodziły po terenie, do stawów, po ogrodzie. Na samym końcu korytarza mieli państwo pokój, do kuchni dzieci chodziły, nikt po korytarzu nie latał, nie wył, nie ślizgał się na dywanie, czyściutko, cichutko, niesamowite po prostu... Koniecznie państwo muszą tu wrócić!". Całą tę rozmowę powtarzał Królowej Matce Pan Małżonek w przytomności czterech par nadstawionych uszu i ocząt przebiegających od Mamusi do Tatusia, jak w meczu tenisa, po czym odezwał się Potomek Starszy ze szczerą troską w głosie: "Ale... ta pani jest głucha?", i to by było na tyle, jeśli chodzi o grzeczność i dobre wychowanie.

Ale do Nowych Kotlic planujemy wrócić, Królowa Matka zaopatrzona w suknię, w której zejdzie z godnością po schodach, a Pan Małżonek strzeli jej fotkę, Pradziadkowi i Historii na przekór.

Mazury to już w ogóle zawsze Królowej Matce dobrze robią, nastrajają ją filozoficznie i prowokują do powzinania różnych Pomysłów na Życie. Które później, w szarym świetle codzienności, rozmywają się i bledną, by wrócić przy okazji kolejnej wizyty na Mazurach (w te wakacje - dwa razy, i nie jest to nasze ostatnie słowo w tym roku) i, kto wie, może kiedyś zaowocować.

A poza tym spacery ze świeczkami w ciepłe wieczory lipcowe, włączany w gorące dni ogrodowy wąż, z którego robiło się fontannę dla dzieci, festiwal światła, lody, kawa w przytulnych kawiarenkach, zamówiony trylion książek, nadrobione zaległości czytelnicze i całe stado wydzierganych indyjskich słoni, czereśnie i bób, maliny i jagody, zebrane własnoręcznie w Puszczy Piskiej, wszystkie te wspomnienia trzeba poskładać starannie i schować ze świadomością, że te dni się nigdy nie powtórzą.

Zamiast nich nadejdą długie wieczory i krótkie dnie, deszcze, słota, złota jesień, życie według grafika, do którego się też przywyknie, by za rok znów pomyśleć z paniką, że, o Boże, znowu lato i jak ja sobie poradzę, 24 godziny na dobę z moimi dziećmi w małym domku poza cywilizacją.

Żegnaj, Lato.

Dobrze, że byłoś.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Pompon Starszy at his normal

Pompon Starszy jest dzieckiem innym niż jego bracia. Kompletnie innym.

Poza, oczywiście, drobiazgami takimi jak zachwycająca otoczenie umiejętność wpadania w cholerę a la byczek Fernando, połączona z zianiem ogniem z paszczy i puszczaniem kłębów pary nosem oraz bycie (no, dobra, bywanie) Walerkiem...

(OT - Walerek, świeć Panie nad jego duszą, był to młodszy braciszek prababci Pompona Starszego, a babci Królowej Matki. Braciszek ten zasadniczo uważał, że świat, a kto wie, może także wszechświat powstał, aby ścielić się mu, Walerkowi, pod stopy, a już na pewno po to istnieją otaczający go ludzie, których zdania nie brał był pod uwagę w realizacji własnych przyjemności życiowych ani pod żadnym innym. I tak na ten przykład rodzina Walerka szła spać, gdy on szedł spać. Wstawała, gdy Walerek wstawał. Jadała posiłki, gdy Walerek zgłodniał, zaś gdy pod strzechy polskich miast i wsi zawitała technologia, rodzina Walerka oglądała telewizję oraz słuchała radia w ramach przez Walerka wyznaczanych, ponieważ - zmęczony lub znudzony, lub uznawszy, że ma dość na dziś - Walerek wstawał z fotela i wyłączał odbiornik radiowy/telewizyjny w połowie programu/filmu/słuchowiska i udawał się na spoczynek, a rodzina Walerka, wyłącznie dlatego, że jeszcze wtedy nie było w niej Królowej Matki, potulnie udawała się za nim.

Tę ostatnią cechę najwyraźniej odziedziczył po wujku Walerku Pompon Starszy, który potrafi ni stąd ni zowąd przełączyć TV, albowiem pragnie obejrzeć bajeczki Maszy względnie znudził go maraton Gumballa, a to, że nie odnosi sukcesu złożyć należy na karb tego, że rodzina Pompona Starszego różni się od rodziny wujka Walerka dość radykalnie.

Gwoli kronikarskiej ścisłości dodać jednak należy, że Walerek był mimo wszelkich wad człowiekiem obdarzonym nadnaturalnym wdziękiem, który to i owo wyjaśnia, nieopanowaną ciekawością świata i wstrząsającymi talentami pozwalającymi mu, na ten przykład, wykonać własnemi ręcami komplecik składający się z kredensu, stołu i pięciu krzeseł na podstawie jednego krzesła, wygrzebanego przezeń na targu staroci, które ujęło go przepięknym oparciem rzeźbionym misternie w liście winorośli. Plus grona. Winne. Krzesło oryginalne było od mebli wykonanych wujkawalerkową ręką nie do odróżnienia, co Królowa Matka zaświadcza, dopiero bowiem gdy była dorosła uświadomiono ją, że te meble to nie jest spadek po przodkach, tylko rękodzieło.

Miejmy zatem nadzieję, że jeśli Pompon Starszy ma już być Walerkiem, to po całości, koniec OT).

... a zatem poza tym Pompon Starszy pozostaje najporządniejszym dzieckiem Królowej Matki*, takim, które układa po sobie pieczołowicie pościel po rannym wstaniu, zadaje pytania w rodzaju: "Mamusiu, czy te spodnie pasują do tej koszulki?", mimo ukończenia lat sześciu nadal nie wyrósł z fascynacji pomaganiem mamusi w pieczeniu ciast oraz myciu wanny, jego najukochańszym hobby jest zamiatanie werandy po piętnaście razy na dobę, a najsurowszą karą jest zakazanie mu odkurzania. Ponadto Pompon Starszy dokładnie i precyzyjnie koloruje obrazki, rysuje własne ilustracje do książek, kopiuje dzieła Elżbiety Wasiuczyńskiej, lepi z plasteliny misterne stworki, którym dolepia miniaturowe stoliczki, krzesełka, łóżeczka i lodóweczki zapełnione jeszcze bardziej miniaturowymi buteleczkami mleka, owocami, warzywami i minisereczkiem w plastereczkach. Zadaje tez masę bardzo szczegółowych pytań dotyczących otaczającego go świata i twierdzi, że będzie miał same szóstki, nie to co jego bracia, koniec cytatu. Pytania te zadaje używając "dorosłego" języka, co czasem daje komiczny efekt, ale jest dość trudne do oddania w cytatach, niestety.

Poza tym sepleni najbardziej z całej czwórki.

W efekcie kumulacji wyżej wspomnianych cech zdarza mu się wygłaszać rzeczy jak poniższa:

Pompon Starszy (woła braciszków na film) - Chłopcy! Chodźcie, jest "Magaskaj", trzecia część!
Królowa Matka - Madagaskar.
Pompon Starszy - Madaskaj.
Królowa Matka - Ma-da-ga-skar.
Pompon Starszy - Ma-ga-da-skaj.
Królowa Matka - MADAGASKAR.
Pompon Starszy - Chłopcy! Chodźcie, jest "Cośtam-cośtam-skaj", część trzecia!

Oraz - regularnie - porządkować wszechświat.

Pompon Młodszy (entuzjastycznie) - Bojis, idziemy do kina! Tata powiedział, że idziemy w sobotę do kina! Już pojutro!!!
Pompon Starszy (z precyzją skalpela) - Mówi się "przedjutro"!!!

Pompon Starszy (podsumowując poranek) - Spałem, mamo, bardzo długo i mogłem się pod moim kocykiem spocić. Na szczęście ja się nigdy nie spacam.

Pompon Starszy (o krok od wpadnięcia we wspomnianą na wstępie cholerę) - Jestem NAPRAWDĘ wkurzony na tę aktualizację! Nie dość, że długo się ściągała, to dostaliśmy tylko jeden zombie-kwiatek... (nabierając tchu w płuca)... i w dodatku zgorszyli nam pandę!!!

Pompon Starszy (do mamusi, z satysfakcją) - Naostrzyłem sobie ołówek. Teraz wreszcie będę mógł rysować. Nie to, co przedtem.
Królowa Matka (z taką dozą zainteresowania, jakiej można spodziewać się po matce wielodzietnej w tym porywającym temacie) - A jak ci się rysowało przedtem?
Pompon Starszy (z uczuciem) - Strasznie! Nie wyobrażasz sobie. Naprawdę byś nie chciała tego doświadczyć!

No bo kto by chciał, nieprawdaż.

Królowa Matka (kiwając głową) - Oj, synu, synu, synu.
Pompon Starszy (identycznym tonem)  - Oj, mamo, mamo, mamo.

I to by było na tyle.


*Bardzo Aktualne Zdjęcia Poglądowe.

Zdjęcie A:


Piżamka Pompona Młodszego o rześkim, sobotnim poranku.

Zdjęcie B:


Piżamka Pompona Starszego o rześkim, sobotnim poranku.

I to by było na tyle tym bardziej.

środa, 20 marca 2013

Tęsknie

Królowej Matce przyśniła się jej klasa.

Siedzieliśmy wszyscy w tej samej, co zwykle, takiej samej, jak zwykle, jak te parę lat temu, jak kiedyś, tak niedawno, dosłownie chwilę temu sali do polskiego, z tą samą odrapaną tablicą, z tym samym napisem "Nasza wiedza Ojczyźnie" nad odrapaną tablicą, wszyscy odziani wykwintnie, damy w bielach i granatach, dżentelmeni pod krawatami, wychowawczyni obleczona w dyskretnie elegancką suknię.

Królowa Matka popatrywała na nich i myślała, że ach, jak oni się wcale nie zmienili, nic a nic. Tyle lat minęło, tyle upłynęło wody w rzekach, tyle się zdarzyło różności na świecie i w naszych życiach, a oni nic a nic się nie zmienili. "Chłopcy nawet nie wyłysieli! - ucieszyła się we śnie Królowa Matka całkowicie bezinteresownie. - A to dziwne... - zadumała się na chwilę, - bo przecież jak ich widziałam na dziesięcioleciu matury parę lat temu, to już niektórzy mieli tu i ówdzie przetarte czupryny...", ale zaraz porzuciła roztrząsanie tego problemu, bo wychowawczyni chrząknęła, dając znać, że przystępuje do... właściwie do czego? Chyba do ceremonii rozdawania świadectw maturalnych, bo plik dokumentów leżał na biurku po jej prawej stronie, sięgnęła po ten leżący na samym wierzchu, a Królowa Matka poczuła bolesne, rozdzierająco bolesne szarpnięcie w głebi piersi na myśl, że zaraz, za chwilę ich wszystkich straci, że za moment będzie już po wszystkim i już nigdy nie będziemy razem - tak bardzo, tak bardzo bolesne, że się z tego bólu obudziła.

Z tym samym przenikającym ją na wylot poczuciem rozpaczy, które przenikało jej duszę do głebi tamtego dnia, gdy rozstawaliśmy się na jawie.

Królowa Matka kochała swoją klasę.

Bardzo.

Bałwochwalczo, ślepo, najbardziej na świecie.

W dni, gdy zaczynała lekcje o 7.45 wstawała o 6.00 - a trzeba dodać, że szkoła leżała od jej domu w odległości trwającego kwadrans leniwego spacerku, a jak się człowiek zawziął to mógł popędzić do domu po zapomniany zeszyt i wrócić w ciągu dziesięciominutowej przerwy (to znaczy, nie mógł,  bo opuszczanie szkoły w czasie lekcji było surowo zabronione, ekhm, ekhm) - i czekała. Czekała na chwilę, gdy będzie mogła wyjść do szkoły.

Wychodziła. A gdy przekraczała szkolne mury czuła się, jakby opadały z niej więzy.

Oto było miejsce, gdzie czuła się lepiej niż w domu.

Oto byli ludzie, przy których nie trzeba było niczego i nikogo udawać.

Gdy zaczynała liceum była do głębi zakompleksionym, niepewnym siebie, patologicznie nieśmiałym stworzeniem niezdolnym do odezwania się głośno w grupie innej niż dobrze jej znana oraz liczącej więcej niż trzy osoby, posiadającym jedną jedyną na świecie bliską przyjaciółkę.

Gdy kończyła liceum była taka sama (pomijając liczbę bliskich jej ludzi), ale już wiedziała, że to nie szkodzi. Że wolno jej taką być.

Dzięki nim to wiedziała. Dzięki tej jedynej w swoim rodzaju grupie ludzi, nawiedzonych artystów, muzyków, literatów, mniej lub bardziej domorosłych, zawołanych dowcipnisiów, geniuszy, wybitnych talentów i oryginałów. Którzy akceptowali bez najmniejszych zastrzeżeń dziwaczność, oryginalność, niedostosowanie i wszystkie cechy charakteru innych. Przy których od samego początku można było być wyłącznie sobą.

Jakaż to była niewyobrażalna, nie do wypowiedzenia ulga, odkryć to.

Tyle lat minęło, tyle się dobrego w jej życiu zdarzyło, tylu wyjątkowych ludzi poznała, że Królowa Matka od dawna już nie twierdzi, że oddałaby wszystko, wszystko, by wrócić do tamtych lat i przeżyć je raz jeszcze.

Ale nadal twierdzi, że ta klasa to była jedna z najlepszych rzeczy, jaka jej się w życiu trafiła. W pewnym sensie wszystko dobre, a co zdarzyło się później zawdzięcza Królowa Matka temu, że ją jej klasa zaakceptowała, że jej pozwoliła na wszystkie dziwactwa, że jej nie osądzała.

I ciągle czasem tak bardzo tęskni.


Gdzie jesteście, wy wszyscy?

Czy czasem też tęsknicie?...

sobota, 9 marca 2013

Uzasadniona konieczność

WSTĘP

Dawno, dawno... no, dobra - jakiś czas temu Siostra Królowej Matki, wówczas studentka pedagogiki specjalnej (specjalizacja - terapia przez sztukę) wyjechała do Włoch, a działo się to przed erą Erasmusów i innych Socratesów, które z wymiany studentów uczyniły rzecz powszechną, lekką, łatwą i przyjemną. W tym wypadku nie była to zresztą wymiana sensu stricto, współpracujący z uniwersytetem w Rzymie promotor Siostrzanej Pracy Magisterskiej organizował po prostu wyjazdy, podczas których jego studenci wyjeżdżali do Włoch i dostawali pracę w zawodzie. Pracowali pół roku lub rok, nabywając cenne umiejętności i szkoląc się zarówno w języku obcym, jak i w pracy, którą mieli kiedyś w życiu wykonywać, po czym wracali na łono uniwersytetu macierzystego, pisali prace, bronili magisterki i wypływali na szerokie wody Samodzielności.

Siostra Królowej Matki do programu się naturalnie zgłosiła, ukończyła kurs włoskiego dla początkujących, wzięła dziekankę, pozamykała wszystkie uczelniane sprawy i wyjechała w szeroki i pełen niewiadomych obietnic świat.

Przed wyjazdem dała Królowej Matce swój Notes.

Siostra Królowej Matki należy bowiem do ludzi, którzy posiadają Notesy, a w Notesach zapisują umówione spotkania, ważne daty, czasem rysują śmieszne rysuneczki, czasem wklejają sentymentalnie kinowe bilety, z którymi łączą wspomnienia, czasem zapisują, co szczególnego danego dnia się wydarzyło, ale głównie Notesy służą im do porządkowania rzeczywistości. Królowa Matka, która obdarzona przez Siostrę nie Notesem, a Notatniczkiem lat temu kilka ma ten Notatniczek do dziś, ledwie napoczęty (to dlatego, że te dwa towarzyskie spotkania w miesiącu jest w stanie zapamiętać bez wspomagaczy) z lekka się zdziwiła.

- Daję ci go - rzekła przez łzy Siostra Królowej Matki - żebyś mi tam od czasu do czasu coś zapisała. Tak, żebym wiedziała, co się tu u was działo, gdy mnie nie było.

Wyjechała 27 II.

A 28 II w Notesie pojawił się pierwszy wpis.

Królowa Matka postanowiła bowiem pisać codziennie aż do powrotu Siostry, który to powrót miał nastąpić (i nastąpił) 23 XII.

I postanowienia tego dotrzymała.

ROZWINIĘCIE

Szczelnie wypełniony (nie tylko zapiskami, ale także rysunkami, bowiem właśnie przy okazji zapisywania Notesu urodziły się rysuneczki Królowej Matki, zwane pieszczotliwie Gryzmołkami) Notes otrzymała Siostra Królowej Matki w prezencie świątecznym. Czytała go wytrwale i - podobno - z upodobaniem, trzymała w swojej szafce z cennymi rzeczami, aż wreszcie, gdy ona przeprowadzała sie do Włoch, tym razem na stałe, a Matka Królowej Matki - do apartamentu, który zajmuje po dziś dzień, zostawiła Notes w swojej Osobistej Szufladzie, w której przeleżał on ładnych parę lat.

Po czym został odnaleziony przez Królową Matkę w piątek.

Wywabiona z kuchni nieopanowanymi wybuchami  śmiechu Matka Królowej Matki została zmuszona do wysłuchania wyimków z niektórych wpisów, wskutek którego wkrótce do wybuchów śmiechu dołączyła. Królowa Matka z upodobaniem oddała się też oglądaniu rysunków, na których występuje narysowana nieco inaczej niż tu, na blogu


... (ten konterfekt obrazuje osamotnienie Królowej Matki po porzuceniu jej przez Przyjaciółkę biorącą aktywny udział w festiwalu Camerimage), aczkolwiek wypada nadmienić, że bujne sploty to niestety jest li tylko licencia poetica, zobrazowanie gorącego pragnienia Królowej Matki, na spełnienie którego jednakże liczyć w tym wcieleniu nie ma co.

Włosy jednakże miała wówczas długie, to fakt.

Królowa Matka pożyczyła sobie Notes na weekend i przeczytała go od deski do deski, bawiąc się podczas lektury wyjątkowo wręcz (zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę jej ostatnie samopoczucie) dobrze...

***

"Czy wiesz, że zakończyła się wojna peloponeska? Dla przypomnienia, trwała ona w latach 413-403 p.n.e., ale jak dotąd nie podpisano traktatu pokojowego. Burmistrze Aten i Sparty pospieszyli (?) zatem naprawić to niedopatrzenie. Co ta Epoka Wodnika robi z ludzi! Obecnie oczekuję niecierpliwie zakończenia wojen punickich".

*

"Jedynym moim osiągnięciem w dniu dzisiejszym było zmuszenie rodziców do obejrzenia "Awakenings", wskutek czego wszyscy bardzo płakali".


*
"Dziś pierwszy dzień wiosny. Powinnaś słyszeć teraz mój homerycki śmiech. Wiosna! W nocy obudził mnie huk - to pękał lód na Wiśle. I wreszcie mamy przerębel, w który można wrazić Marzannę".

*

"Oglądałam "Józefa", Biblii część trzecią. Stefano Dionisi grał faraona (Stefano Dionisi to Farinelli, że przypomnę). Zawsze mi się raczej podobał, ale teraz uznałam, ze jest wręcz piękny. Jeśli nie zaszkodziła mu moda egipska, nic nie jest w stanie tego uczynić".

*

"Dziś pokazywali w TV Oscary. Początkowo nie wiedziałam, po co je robią, skoro Tom Hanks nie ma nominacji i nie bedzie miał okazji do płaczu. Martwiłam się przedwcześnie, Tom Hanks zawsze ma okazję do płaczu, bo on jest bardzo wrażliwy".

*

"Powinien istnieć zawód "płacz(-ka) filmowa", odniosłabym w nim zawrotny sukces. Skoro umiałam płakać (nie "na' co prawda, ale "po") komedii Kennetha Branagha, w dodatku śmiesznej, to co tu mówić o innych filmach. Sadzano by mnie w pierwszym rzędzie, w stosownym momencie wybuchałabym płaczem zarażając tym sąsiadów, a płacono by mi po projekcji. Od ilości osób, które zadeklarowałyby pójście na ten film drugi raz.

Niestety, marnuję dziś swe talenta, płacząc samotnie na "Cyrano de Bergerac".

*

"Dlaczego słoń ma czerwone oczy? Aby mógł się ukryć w jarzębinie. Zapewniam cię, że dziś bez trudu mogłabym schować się w jarzębinie. Obudziłam się rano, spojrzałam do lustra, i gdy kwadrans później mama wróciła z psem zastała mnie rzewnie płaczącą nad "Lekarskim przewodnikiem domowym", w którym właśnie doszłam do hasła "Jaskra".

*

"Obejrzałam film o panu, któremu Baranek Boży powiedział, że wszystkie kobiety na świecie są jego (pana, nie Baranka). Nie sądzę, by Baranek dodał, że wszystkie oprócz mnie".

*

"W. wróciła. Nie widziałyśmy się miesiąc. Była to sucha zaprawa przed niedalekimi już zaprawdę czasami, gdy ona będzie robić karierę, oddawać się życiu światowemu i bywać na festiwalach filmowych, a ja kisić się w sosie własnym w mojej prowincjonalnej pracy, z piętnastą z kolei współpracowniczką".


*
"Moja dyrekcja nie ustaje w próbach umilenia mi nużącej egzystencji. Teraz wymyśliła, że niezwłocznie trzeba przenieść mnie do Centrali i dać mi stanowisko inspektora terenowego..."

"Jestem najsławniejszą osobą w Centrali, jeszcze chwila, chwilunia, a będę mogła rozdawać autografy. Awszystko dzięki ukochanemu dyrektorowi, który oznajmił już wszystkim - nie muszę chyba dodawać, że oprócz mnie - że od pierwszego listopada (zwróć, proszę, uwagę na dzisiejszą datę [tekst pisany 7 listopada]) przybędzie do Centrali nowa pani inspektor. To znaczy ja, w własnej osobie. Były już telefony z Brodnicy, gdzie byłam zapowiedziana na kontrolę, na której - i tu zdziwienie stulecia - się nie zjawiłam..."

"... zaczyna mi brakować pomysłów na wykańczanie dyrekcji na rysunkach..."




 

*
"Dzwonił do mnie Marek F., wprawiając w ekstazę naszą mamusię, gdyż, jak wiesz, ona go uwielbia. Widział się on był z Marcinem, który dowiedział się od Gosi T., która dowiedziała się od Agaty, która dowiedziała się od Bludzi, która nie pytaj mnie, jakim sposobem i od kogo się dowiedziała, skoro siedzi we Wrocławiu, że planowana jest impreza klasowa, i chciał spytać, czy ja coś o tym wiem. Wiedziałam, co miałam nie wiedzieć, i wiedzą tą podzieliłam się bez oporów.
Podejrzewam, że gdyby bylo 15 kontynentów, a na każdym by żyły 2 osoby z naszej klasy, i tak wszyscy by o wszystkim wszystko wiedzieli".

*

"Nasza matka, wpadłszy w słuszną cholerę na skutek niemożności doproszenia się naszego ojca o remont łazienki uznała, że kobieta potęgą jest i basta, nabyła farbę i pędzel, i sama dokonała wyż. wym. Gdybyś widziała, co się teraz dzieje! Tata się nie odzywa. Ostentacyjnie ignoruje nasze istnienie. Mama chichocze diabolicznie za każdym razem, gdy tata czymś trzaśnie, oczywiście najzupełniej przypadkowo. A ja tak sobie obserwuję tę sielankę. Dziwna rzecz, jak mi się w naszym domu wzmaga przeświadczenie, że staropanieństwo nie jest końcem świata".


*
"To, co trzymam w dłoni to nie jest piwo nalane prosto z czajnika, tylko herbata zaparzona z płynem do naczyń "Dosia". Płynu do naczyń "Dosia" dolała nam do czajnika dowcipna męska młodzież z Ośrodka Kuratorskiego, którą w klubie naprzeciwko resocjalizują twoi koledzy po fachu, jak widać całkowicie bezskutecznie".


*
"Przyszedł dziś do biblioteki przerażający osobnik. Giął się jak lelija, mówił jak stereotypowy gej z prześmiesznych amerykańskich komedii klasy W, w tenże sposób się zachowywał i miał mniej więcej 15 lat. Wdzięcząc się spytał, czy może przejrzeć czasopisma i zalał mnie serią pytań typu: "Co to jest czarna msza? życie na gigancie? agonia?", a także - jak długo otwarta jest biblioteka, czy jest tu telefon i czy jest duży ruch. Analizując dane doszłam do wniosku, że albo jest to wariat (na co by wskazywała seria pytań nr 1), albo członek gangu młodzieżowego robiący rekonesans (seria pytań nr 2)"...

"... Przyszedł i dziś, a jakże. Tym razem zapytał, co to znaczy "wirować przed oczami" (to wszystko wyjątki z artykułów). Uwierz mi, że odjęło mi na chwilę mowę, no bo co to właściwie znaczy?!".

"Uznałam,  że to nieszkodliwy szaleniec, który, niestety, najwyraźniej bardzo mnie polubił. Przeciwnego zdania jest nasza matka, której nieopatrznie opowiedziałam o jego wizytach. Sądzi ona, że jest to członek gangu poszukiwany listem gończym w co najmniej dwunastu krajach Europy i błaga mnie, bym w poniedziałek poprosila W. o towarzystwo".

***

Królowa Matka poczytała. Pośmiała się. A potem popadła w zamyślenie. Bo nagle czarno na białym (no, by być precyzyjnym jak cięcie skalpela - kolorowo na białym) pokazała... sama sobie, że nie pamięta większości opisanych w siostrzanym Notesie rzeczy.

Pal licho słonia w jarzębinie czy film o panu przeprowadzającym osobiste rozmowy z Barankiem Bożym. Ale tego użerania się z dyrekcją, szalonego członka gangu i remontu wykonanego przez mamusię (o zakończeniu wojny peloponeskiej nie wspominając) też nie pamiętała...

Notatki, które przez prawie rok robiła dla swojej Siostry były znacznie bardziej osobiste niż blog, który pisze teraz. Oprócz śmichów-chichów były też notki smutne, pełne żalu i poczucia pustki, i beznadziei, i złych myśli o sobie samej... znacznie, znacznie więcej niż tu. A znacznie, znacznie, ZNACZNIE mniej niż w dzienniku, który Królowa Matka równocześnie pisała tylko dla siebie, i który był, oczywiście, osobisty aż do bólu, bywał istną wiwisekcją własnej duszy.

Tylko, szczególna rzecz. Po latach Królowa Matka prześlizguje się wzrokiem po opisach swoich depresji i dołów psychicznych, nie dlatego, że je lekceważy, ale dlatego, że... no cóż, na ile sposobów da sie opisać beznadziejnie głeboki dół?

A zatrzymuje się na opisach drobnostek, o których już zapomniała, rzeczy, które lata temu ją wzruszyły, albo skłoniły do zadumy, a zwłaszcza - które ją rozbawiły. Choćby było to jedno zdanie.

Jedno, jedyne zdanie umie sprawić, że uśpione i zapomniane zdałoby się dni wyświetlają się pod powiekami jak kolorowy, pełen zapachów i dźwięków, pobudzajacy kolejne wspomnienia, film.

Jak dobrze, że zostało zapisane.

Jak dobrze, że zaistniała szansa na przeczytanie go ponownie.

ZAKOŃCZENIE

I właśnie dlatego, dla "jednych zdań", najnormalniej w świecie i po prostu, tego bloga trzeba pisać.

Tak.


czwartek, 20 grudnia 2012

Wszystkie końce świata

Swój pierwszy koniec świata przeżyła Królowa Matka wieki temu, w zeszłym tysiącleciu, roku nie pomni, ale do liceum wtedy chodziła, i otóż pewnego dnia ktoś w klasie oznajmił, że gdzieś przeczytał (czasy były głęboko przedinternetowe i nie każdy miał dostęp do wszystkich informacji za sprawą wpisania dowolnego hasła w dowolną wyszukiwarkę i jednego kliknięcia), iż koniec świata nastąpi za kilka dosłownie dni. Miał to być czwartek, a na ten własnie czwartek historyczka Królowej Matki zapowiedziała masywną klasówkę. Klasówki historyczka zawsze robiła wyjątkowo wręcz masywne, kucia było do nich co niemiara, a szans, że nauczy się wszystkiego, raczej niewiele, tak więc wiadomość o końcu świata przyjęta została ze stosownym entuzjazmem. W środę po lekcjach Królowa Matka i jej Najbliższe Koleżanki czule i z powagą żegnały się na przystankach autobusowych oraz pod kolejnymi klatkami kolejnych bloków, umawiając się na "dziś wieczór, pod bramą u świętego Piotra", a nazajutrz spotkały się w szkole wielce zdegustowane faktem, że klasówkę z historii jednak trzeba będzie napisać.

Kolejny nadszedł w późnych latach dziewięćdziesiątych, zapowiadał go badacz i znawca pism Nostradamusa, ale ten Królowa Matka zlekceważyła, ponieważ przywiązana była do daty 2000, którą z końcem świata niezłomnie łączyła jej prababcia, karmiąc młody i niewinny umysł Królowej Matki wizjami trzydniowych ciemności, piętnaście razy poświęconych gromnic jako jedynego źródła światła i spadającym z nieba ogniem (co się kłóciło z tymi gromnicami jako jedynym źródłem światła, bo przecież taki ogień też świeci, prawda? Oraz Królowa Matka w dziecięctwie bała się tego roku 2000,  owszem, lecz nieprzesadnie, przekonana, że nie dożyje, bo to przecież za tyyyyle lat, no tyle, że tego w zasadzie nie dożyje nikt).

W 2000 roku okazało się, ku zaskoczeniu Królowej Matki, że jednak ludzie żyją tak długo, i nie dość, że żyją, to nie mają jeszcze ni męża, ni dziatek, bowiem uważają, że są na to za młodzi. Dzięki tej, budzącej zgryzotę jej Rodzicow, postawie, nie musiała martwić się o drobne dzieciątka, a wyłącznie o siebie, a w ogóle okazalo się, ze najbardziej musi martwić się nie spadającymi z gniewnych Niebios rozżarzonymi kawałkami meteorytów, ale Pluskwą Milenijną, wskutek ktorej pierwszego stycznia 2000 roku mogla obudzic się nie tyle z Płonącym Meteorytem za oknem, ile bez oszczędności, dostępu do konta, no i bez internetu, który już wtedy, i owszem, był.

Jakiś koniec świata majaczy się jeszcze Królowej Matce w roku 2006 (czy tam 2005), poinformował ją o nim jej wlasny uczeń, który twierdził, że nie powinna nic zadawać na kolejną lekcję, bo i tak się ona w związku z końcem swiata nie odbędzie (ach, to koło życia!). Ponadto twierdził, że założył się z kolegą o milion, że ten konkretny koniec świata się nie odbędzie, co Królowa Matka podsumowała krótko, że nazajutrz okaże się o milion bogatszy, co istotnie powinno było się zdarzyć, ale istnieje obawa, że kolega okazał się niewypłacalny.

Aż nadszedł wreszcie rok 2012.

- No i mamy rok końca świata! - uświadomił Królową Matkę jakiś jej Znajomy, na co Królowa Matka odparła beztrosko i lekkomyślnie, że dla niej jest to Rok Euro, a koniec świata, i owszem, nastąpi, jeśli Polska zdobędzie w tym Euro mistrzostwo Europy, li i jedynie. Czyli możemy być tacy więcej spokojni.

Wyznaczona data końca świata zbliżała się nieubłaganie, i równie nieubłaganie stosunek do niej Królowej Matki robił się silnie zbliżony do tego prezentowanego przez redakcję "Polityki", która napisała: " Czy koniec świata rzeczywiście nastąpił, poinformujemy w następnym numerze", czyli więcej swobodny, i nic a nic nie myślała ona o tym, że - jak radzą specjaliści - należało łagodnie tlumaczyć dzieciom, że nie ma się czego bać, bo kto wie, czego się biedactwa nasluchały od kolegów w szkole. No, skonfronowałaby tych specjalistów Królowa Matka ze swoim Pierworodnym, ciekawe, co by powiedzieli :)!

Królowa Matka do swojej Matki (w tonie hi, hi, hi, cha, cha, cha, oraz nie przejmując się Potomkami, które pozornie oglądają bajeczkę o dinozaurach, ale uszka mają dłuuugie, jak króliczki) - Żeby tylko koniec świata nie nastąpił akurat w momencie, gdy samolot z Siostrą będzie kołował nad lotniskiem, bo okaże się, że nie ma już gdzie wylądować...
Potomek Młodszy (niespokojnie, z oczkami jak spodki) - To taki żart jest, prawda, mamo?
Krolowa Matka (uspokajająco) - Oczywiście, że tak, kotku.
Potomek Starszy - To w piątek ma być ten koniec świata?
Królowa Matka - Tak mówią...
Potomek Starszy (z bolesnym rozczarowaniem) - Szkoda, że nie w czwartek! Minęłyby mi zajęcia na basenie...

Tak więc, jak widzisz, Drogi Czytelniku, gdyby to Potomek Starszy był Demiurgiem świat nie istniałby już dziś, a Ty nie czytałbyś tej notki :))).

A w ogóle.

Żadnego końca świata nie będzie. Królowa Matka dostała od Koleżanki to cudo



 i po prostu musi zobaczyć je na choince :).

piątek, 30 listopada 2012

Sen, czyli na pożegnanie listopada :)

Co niektórzy Czytelnicy pamiętają czwartą grę blogową, w której Królowa Matka nie tak dawno wzięła udział (i to nawet dwa razy :)) - w pierwszej serii pytań, na które odpowiadała było i takie o najpiękniejszy sen, jaki się Królowej Matce wyśnił. Z jakiegoś powodu Królowa Matka nie pamiętała tego, który zaraz opisze, zresztą może i słusznie, bo wymaga on krótkiego choćby wprowadzenia, a i stosowna ilustracja nie byłaby od rzeczy.

Tak więc teraz wszystkie osoby o chłodnych, realistycznych umysłach, takie, do których czucie i wiara mówią zdecydowanie mniej, niż mędrca szkiełko i oko, cenią racjonalny ogląd rzeczywistości i nie wierzą w te wszystkie głupie gusła, a dodatkowo mają opinię o Królowej Matce jako o osobie o zdyscyplinowanym umyśle i twardo stąpającej po ziemi proszone są uprzejmie o oddalenie się krokiem spacerowym od komputera, względnie o przeniesienie się za pomocą jednego drobnego kliknięcia w zupełnie inne rejony internetu, bo tu za chwile będzie mistycznie, tajemniczo i ani trochę racjonalnie.

Kto zostaje, zostaje na własna odpowiedzialność ;).

Sen wymaga krótkiego wprowadzenie w Historię Rodziny Królowej Matki.

Otóż Matka Królowej Matki jest Dzieckiem Miłości. Tajemniczej, wielkiej i jedynej miłości Babci Królowej Matki, która była niezwykle małomówna kobietą (a przyznać też należy, że zmarła, gdy Królowa Matka miała 14 lat, a nie jest to wiek, gdy się z przesadną uwagą pochyla nad rodzinną historią) i o tej miłości - oraz o swoim życiu w ogóle - mówiła niewiele. Ale coś tam Królowa Matka i z Babci, i z własnej Matki wydusiła, poskładała, i wyszło jej, że jej Dziadek był człowiekiem zamożnym (fabrykant, krwiopijca, właściciel dwóch sklepów i dwóch toruńskich kamienic, te rzeczy), doskonale wychowanym, z tzw. dobrego domu, poznali się z Babcią Królowej Matki przed wojną, ale kiedy wybuchło to wielkie uczucie - nie ma pojęcia. Po wojnie to wszyscy wiedzą, jak było - cale narody zasypiały w jednym, a budziły się w zupełnie innym państwie, wielkie grupy ludności przenoszono z jednego miejsca na inne, wcześniej opróżnione z innych grup ludności, rozdzielone rodziny się szukały, te nie rozdzielone - gubiły, rodzina Królowej Matki też znalazła się w tym wirze i kilka lat po wojnie kontakt z jej Dziadkiem urwał się nieodwołalnie. Szukany przez PCK odnalazł się (on, albo ktoś o tym samym nazwisku) w ówczesnym RFN we wczesnych latach pięćdziesiątych, kontaktu nie udało się nawiązać, i w ten sposób, na skutek Wielkich Burz Historii Matka Królowej Matki nie widziała swojego ojca ani razu na oczy. Mówiono o nim, jak Królowa Matka wspominała, niechętnie, trochę taki to temat tabu był, a Królowa Matka ujrzała jego zdjęcie pierwszy raz w życiu mając jakieś szesnaście lat. Stwierdzając ze zdumieniem, że takie zdjęcie w ogóle w jej domu istnieje.

Wiele, wiele lat później Królowa Matka znajdowała się właśnie na tym etapie zdrowienia, którego nikt nie brał za zdrowienie. Owszem, została przeniesiona z sali na OIOM-ie, gdzie obserwowana była bez przerwy, do malutkiego pokoiku, który miał normalne, nie szklane ściany, ale nadal była monitorowana dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie mogła wstawać, o chodzeniu nie wspominając, ważyła 52 kilo i trzy osoby pomagały jej się podnieść z łóżka co rano, by mogła się zważyć. Ale przeniesienie do pokoiku to i tak był kolosalny postęp, w dodatku przez pierwszy tydzień pobytu tam akurat nie było żadnej innej pacjentki i chorobliwie introwertyczna Królowa Matka odpoczywała psychicznie po trzech tygodniach leżenia w nieustannym towarzystwie pod nieustanną obserwacją. Psychiczne odpoczywanie polegało też na tym, że spała sporo, również w ciągu dnia.

Podczas jednej z takich drzemek miała sen.

Śniło jej się, że budzi się właśnie z takiej dziennej drzemki, odbytej na pół siedząco (bo na leżąco się dusiła) na szpitalnym łóżku. Budzi się w tym małym, dwuosobowym pokoiku, z pustym chwilowo sąsiednim łóżkiem, oddzielonym zasłonką, miłym pejzażem przedstawiającym wiejskie zagrody, małym stolikiem i dwoma krzesłami na metalowych nóżkach i całą tą pikającą, migającą światełkami i szumiącą z cicha szpitalną maszynerią za nią, nad nią i obok niej. Naprzeciwko jej łóżka zaś, na jednym z tych drewnianych krzesełek na metalowych nogach, siedzi dama. O, taka:

George Henry

Czy też może raczej taka:

Nikolai Bogdanov-Bielski

ponieważ ma życzliwy i pogodny wyraz twarzy. W każdym razie niewątpliwa dama, odziana według mody

z tego okresu

który Królowa Matka uwielbia, wytwornie i elegancko, a przy tym nieco nobliwie. Siedzi, opierając obie ręce na parasolce, a może ozdobnej rączce laski (z łóżka Królowa Matka nie może tego zauważyć) i widząc, że Królowa Matka się ocknęła mówi z uśmiechem:

- Dzień dobry.
- Dzień dobry - odpowiada grzecznie Królowa Matka, zastanawiając się jednocześnie w lekkim popłochu, kim jej elegancki gość jest?

Coś z tego popłochu widocznie odbija się na jej twarzy, bo dama nie pytana wyjaśnia z lekkim uśmiechem:

- Jestem twoją prababcią.

Prababcią. Prababcią. Królowa Matka (która liczyć nie umie w zasadzie wcale, a już we śnie i w chorobie w dodatku to już w ogóle) dokonuje pospiesznych obliczeń w głowie, wychodzi jej, że prababć powinna mieć, jak większośc ludzi, cztery, prababcia Marianna to nie jest, bo tę prababcię znała, a zatem?...

- Którą? - pyta więc nietaktownie.
- Jestem babcią twojej mamy - wyjaśnia Prababcia, wcale nie zdziwiona pytaniem. - Matką jej ojca.
- Aha - odpowiada mało inteligentnie Królowa Matka, po czym powtarza - Dzień dobry.
- Ktoś musi się tobą zająć - mówi Prababcia tonem wyjaśnienia. - Musisz mieć kogoś, kto się tobą zajmie, więc przyszłam, żeby się tobą zaopiekować.

... i w tym momencie Królowa Matka się obudziła (i natychmiast spojrzała na krzesło naprzeciwko łóżka, ale już tam nikogo nie było).

I to był właśnie jej najpiękniejszy sen.

Najpiękniejszy.

Najbardziej mistyczny.

I prawdziwy :).