Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam żebyście wy nie musieli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam żebyście wy nie musieli. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 czerwca 2024

"W cieniu Babiej Góry" Irena Małysa

Im jestem starsza i im dłużej prowadzę bloga (a blogosfera umiera, o czym przypominam z naciskiem) śmieciowego o więdnących zasięgach, tym więcej znajduję w tym zalet. Zaczynam podejrzewać, że jestem stuprocentową optymistką, co za zaskoczenie.

Główną zaletą prowadzenia tegoż jest, że mogę sobie w dowolnym czasie sięgnąć po dowolnego, proszę ja kogo, bestsellera, jaki mi wpadnie w oko, przeczytać go i opisać dowolnymi słowy, takimi, jakie przyjdą do głowy i na jakie mi pozwoli fantazja (i/albo dobre wychowanie) zupełnie, ale to zupełnie nie przejmując się ani tym, co sobie pomyśli wydawca, ani tym, jakie oceny ma bestseller na Lubimyczytać. Świadoma faktu, że - jak niedawno gdzieś przeczytałam - cykl życiowy nowości książkowej wynosi podobno około trzech miesięcy wiem, że moja recenzja zwisa i powiewa zarówno wydawnictwu, jak i autorowi/-rce, natomiast osobom o podobnym mojemu refleksie czytelniczym może pomóc w decyzji o zakupie albo wrzuceniu czegoś na półkę na Legimi.

Lub też, nieprawdaż, rezygnacji z zakupu. I wyrzuceniu z półki na Legimi.

I tak bywa.
 
Ostatnim niegdysiejszym bestsellerem, po który sięgnęłam, gdyż góry i tajemnica, i wyszła część czwarta, a nie wypada od niej zaczynać spotkania z bohaterami, więc zaczniemy prawilnie z nadzieją na literacka przygodę było
 

 
"W cieniu Babiej Góry" Ireny Małysy.
 
Baśka Zajda, młoda policjantka właśnie powraca (czy też trafniej byłoby powiedzieć - po nieudanej akcji, w której zastrzelony zostaje jej partner zostaje odesłana) z Krakowa w swoje rodzinne strony i obejmuje pracę w zawojskiej komendzie. Praca w małej miejscowości jest raczej spokojna i nie obfituje w gwałtowne wydarzenia, a sama Basia jeszcze nie pozbierała się po tragedii, trudno zatem nazwać ją duszą towarzystwa. Mimo to wraz z kilkoma koleżankami z nastoletnich lat świętuje wieczór panieński swojej najlepszej przyjaciółki Izy, córki lokalnego posła. Dziewczyny postanawiają wspiąć się na szczyt Babiej Góry i spędzić niezapomnianą noc z przebierankami za czarownice i pląsami przy ognisku.
 
Niestety, nad ranem Baśka znajduje nieopodal polany, na której się bawiły, ciało Izy. Związek ze śmiercią dziewczyny wydaje się mieć jej dawny partner i zarazem były chłopak Basi - Artur. I dość szybko okaże się, że sprawa może mieć coś wspólnego również z lotniczą katastrofą pasażerskiego samolotu LOT-u, który rozbił się na stoku Babiej Góry. Zginęły w nim 53 osoby, wszyscy pasażerowie i członkowie załogi.

Wydarzenia w powieści przedstawiane są dwutorowo: w roku 2019 i w 1969, kiedy wydarzyła się katastrofa lotnicza na zboczu Policy pod Babią Górą. Czy śmierć Izabeli i wypadek lotniczy sprzed 50 lat coś ze sobą łączy? Czy Babia Góra to, jak twierdzą lokalni mieszkańcy, przeklęte miejsce? Czy w okolicy grasuje seryjny morderca?

Autorka, trzeba przyznać, miała bardzo ciekawy pomysł. Górski klimat, do dziś nierozwiązana tragedia sprzed lat, o której mało kto słyszał i mało kto pamięta, tajemnice sięgające korzeniami wielu lat wstecz - i to wszystko w małej społeczności w Beskidach.
 
A jednak, cóż, nie pykło.
 
Reklamy i zapowiedzi obiecywały ciekawą intrygę splecioną z zagadką kryminalną, która na końcu zostanie rozwiązana, plus, rzecz jasna, nową, interesującą bohaterkę.
 
Otrzymaliśmy bohaterkę nieskoordynowaną emocjonalnie i raczej nie budzącą sympatii, jest ona też w nieskoordynowany sposób opisana, więc jej niestabilność nie powinna nas dziwić, skoro autorka najwyraźniej nie panuje nad własną kreacją (mamy wprowadzenie "posterunek w Zawoi to teraz jej miejsce pracy. Wolałaby już chyba robotę w Biedronce (...) od powrotu z Krakowa, od wszystkiego, co sie tam wydarzyło, czuła, jakby stopniowo gasła. stała się aspołeczna", aby już po chwili "Było jej tu dobrze. Gdy wyjechała do Krakowa czuła, jakby straciła opiekę góry. Wszystko zaczęło się psuć, przestała być sobą - jak uchodźca, z rozmytą tożsamością"). Nasza Basia jest histeryczką, która ma problem z łączeniem faktów, a w swojej pracy kieruje się przeczuciem ("stary kazał go zamknąć na 24 godziny... nie wierzyła, że jest winny"), impulsywną, rozkojarzoną, w trudnych sytuacjach popełniającą podstawowe błędy, na dodatek upartą i niezbyt bystrą. Tylko w książce taka osoba nie zostałaby w mgnieniu oka zwolniona ze służby za niesubordynację.

Przy tym jest wyjątkowo nieudolna - a to zapomni auto zatankować przed akcją, a to telefon naładować, a to skonfrontowana z bandziorem w czasie precyzyjnie zaplanowanej i od pół roku przygotowywanej akcji roni łzy, zamiast strzelać, a to prowadząc wóz odwraca wzrok od jezdni i grzebie w plecaku, by wydobyć z niego telefon...
 
Bzdur i nie-da-siów fabularnych jest tu masę, na czele z tym, że nieprawdopodobne, a wręcz niemożliwe jest przydzielenie policjantce prowadzenia dochodzenia w sprawie morderstwa w którym ta występuje jako świadek, a w sumie może i podejrzana.

Tymczasem Baśka dostaje sprawę, bo pani prokurator, widząc ją drugi raz w życiu  uznaje, że "Nie przejmujesz się lokalnymi układami. Masz instynkt", i tu jedno wielkie buahahahaha, zwłaszcza, gdy oglądamy Baśkę Zawoję z instynktem, jak - w trakcie halnego, który łamie gałęzie i wyrywa drzewa -  zamiast zachowywać się jak policjantka z wydziału kryminalnego, po obowiązkowym szkoleniu strzelniczym i obowiązkowym kursie udzielania pierwszej pomocy, ta niczym totalna niunia szlocha koledze z młodości w kamizelkę z "ja nie wiem, co mam o tym myśleć" na ustach, a w przerwach między szlochami wrzeszczy ile sił w płucach przesłuchując świadka, zamiast normalnie zgarnąć go (i innych - licznych! - gapiów) do schroniska i nie próbować przekrzyczeć wiatru.

A propos halny, no więc wieje halny, i to taki mocarny halny, 180 km/na godzinę halny, ale strażacy usuwający zwalone drzewa, blokujące dojście do schroniska pozwalają narzeczonemu ofiary wejść na górę i "idą za nim w milczeniu" (btw, narzeczonego o śmierci przyszłej żony informuje nie policja, tylko przygodnie spotkany strażak, i nic to, że kumpel).

Ojca ofiary natomiast chyba nikt nie informuje, i nic nie szkodzi, bo ten i tak zjawia się na szczycie Babiej z detektywem, uważacie Państwo, Krzysztofem Rumowskim (Taaaa. Wiem), który najprawdopodobniej się do Zawoi teleportował, albowiem od chwili zabójstwa minęły góra dwie godziny, a od odkrycia ciała - jedna.
 
Jak również nasza Basia " Dodała gazu. Czuła, że powinna uważać na drodze".... znaczy... eeee, że co?

Albo też pani policjantka obrywa nożem.
 
Następnie akcja, gadanie, akcja, dużo gadania.
 
A następnie: "Noga zaczynała jej krwawić. Nóż z pewnością uszkodził tętnicę, bo jasna krew wypływała miarowo z uda".
 
Aha. To musiała być mało ważna tętnica, jak wiadomo uda są ich pełne.
 
Poza czasem irytującą, a czasem nudną główną bohaterką oraz licznymi fabularnymi niedasiami mamy też, co oczywiste, Pozostałe Postaci. Gdyby tylko autorka potrafiła je opisać tak, aby różniły się od siebie i wzbudzały sympatię/antypatię/cokolwiek!...
 
Tymczasem te opisy, próby stworzenia jakiegoś tła i uczynienia z bohaterów drugoplanowych żywych ludzi są nie dość, że nieudolne, to jeszcze nader często po prostu ocierają się o śmieszność.

Lokalna fisza, Andrzej Stanach, zwraca się do pięciu bysiorów, mafiozów, którzy wbili mu na zakład mijając jego ochroniarzy jak chcąc: "Jakim prawem tu przychodzicie bez zapowiedzi?!..." , zaś jego syn, odesłany przez rodzica do domu "był zaniepokojony i zły, że ojciec go zbywa, choć niedługo ma po nim przejąć rodzinny interes". Serio, to właśnie najbardziej niepokoi Stelmacha juniora na widok pięciu typów zachowujących się więcej niż swobodnie w gabinecie tatusia?
 
Adam Pajor. Nadkomisarz. Pierwsze, co robi, to "zamrugał. Nie czuł się komfortowo z tym, że musi meldować kobiecie" (pani prokurator, przyp. moje) oraz wykrzykuje "nie będę pracował z tą pechową babą!". Przebóg, ja rozumiem, że akcja powieści rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych, ale autorka chyba zapomniała, że Adam Pajor należy do roku 2019, a nie 1969.
 
Tenże nadkomisarz doskakuje do nachalnego reportera (!!! Kto widzi taką akcję w wykonaniu policjanta oczyma duszy równie wyraźnie, jak ja?) , wykręca mu rękę, wyrywa kamerę i wyciąga z niej kartę pamięci, a operator "krępy mężczyzna, miotał się i ciskał przekleństwami", i czy tylko ja nijak nie umiem doliczyć się rąk komisarza Pajora?
 
Albo pan nadkomisarz i Baśka udają się do Krakowa na super-hiper-tayną akcyję, przebrani za  bywalców dyskotek, aż tu nagle:

"Z drzwi wybiegła żona Adama, Grażyna, która wyminęła męża i podeszła do okna samochodu. Zajda uchyliła szybę i przywitała się.
-Pani Basiu. Pani wybaczy, że będę szczera, ale ja muszę zadać to pytanie. Czy wy macie z Adamem romans?".
 
(no bo logiczne, że mienie romansu polega na podjeżdżaniu pod dom kochanka w świetle dnia, żeby go wziąć na potańcówkę), po czym, po wyjaśnieniach "ale my jesteśmy w pracy i jedziemy na  na super-hiper-tayną i w dodatku niebezpieczną akcyję!"

"Mina Grażyny była bezcenna. Nagle spojrzała na męża zupełnie innym okiem" 

(i zaczęła wznosić okrzyki "Adasiu, kocham cię, kwaśnicy ci ugotuję, wróć do mnie", nie, nie wymyśliłam tego).

Żona policjanta.

Żona policjanta od wielu lat, że dodam, doświadczona w byciu żoną policjanta.

No jej Bohu normalnie.
 
Na tejże akcji nadkomisarz rusza w tan i  "trzepał się (?) niczym Shakira i Michael Jackson w jednym. Starała się nawiązać z nim kontakt wzrokowy, ale w jego oczach widziała już tylko obłęd", więc Baśka musiała sama wszystko załatwić, niestety, nie udało się, mimo, że "przybrała najbardziej rozchełstaną pozycję, na jaką ją było stać", więc od pół roku organizowana operacja poszła się czochrać, ale to nic nie szkodzi, bo "dużo się nagrało", więc nasza Basia rzuca się Pajorowi na szyję z wyznaniem, że źle go osądzała, bo jest z niego super partner (tak, na pewno, zwłaszcza super był, gdy pląsał na parkiecie wpatrzony w odziane skąpo tancerki, a ją ukraińska mafia prawie usunęła z tego łez padołu), ale wracaj do Zawoi i się nie martw, tu jest mój teren, tu umiem się poruszać, po czym odchodzi w mrok nie opowiadając się nikomu, i cholera wie po co, bo nic z tego jej odejścia ku zachodzącemu słońcu nie wynika.

RANY JULEK.

Jak to, szło, Kochana Reklamo? Interesująca intryga? Spleciona z zagadką kryminalną?

No więc w tej książce z interesującą intrygą mamy wątki zagranicznej gangsterki, nieuczciwych interesów, zbrodni i kary, swatania córki przez matkę, biedy, straty dziecka, katastrofy, porachunków z przeszłości, zdrady, kartelu narkotykowego,  lokalnych grubych ryb, ukraińskiej mafii - tych grzybów w barszczu jest tak dużo, że barszcz dawno stał się grzybową, a tego nie zamawialiśmy. Za dużo tego. A za mało tego, co powinno być z dobrym kryminale.

Na przykład zagadki, której rozwiązywaniem cieszą się czytelnicy, układając w trakcie lektury klocuszek do klocuszka, by odkryć, kto zabił. Tu mamy niewybaczalne z punktu widzenia dobrze poprowadzonej intrygi kryminalnej rozwiązanie typu "deux ex machina", mordercę poznajemy dosłownie na ostatnich dwudziestu stronach, ot, nagle ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się osoba, o której nikt wcześniej nie miał pojęcia. Pobudki mordercy są całkiem irracjonalne, a okoliczności niektórych zabójstw mało prawdopodobne zważywszy, kim ten morderca jest.
 
A całkiem interesująco opisana katastrofa lotnicza okazuje się nie mieć z morderstwami nic wspólnego.
 
Ale ok. To wszystko, co powyżej, to jest mój subiektywny odbiór tej powieści, a nie od dziś wiadomo, że nie to ładne, co jest ładne, tylko co się komu podoba, a o gustach się nie dyskutuje. Mam czytelniczkę, jedną z tych ulubionych, która mi wyznała, że poległa na opisywanych przeze mnie z entuzjazmem "Kłamstwach Locke'a Lamory". Mam internetową znajomą, jedną z najmilszych internetowych ludzi, która kocha serię, przy lekturze której ja głównie przewracałam oczami. Mam znajomego, o literackim wyrobieniu którego mam niezwykle wysokie mniemanie, który gorąco polecał mi powieść, podczas lektury której zadawałam sobie zdumione pytanie "Aaaaleee... co to jest?".

I dobrze. Świat byłby śmiertelnie nudny, gdyby wszyscy lubili to samo. Bez trudu przechodzę do porządku dziennego nad faktem, że komuś te w moich oczach groteskowo opisywane postaci i rozedrgana emocjonalnie, nie nazbyt miła bohaterka nie przeszkadzają. Że wciągnęła go historia, zainteresowała sprawa katastrofy, podobała się całość.

Ale jest coś, nad czym nie umiem przejść do porządku dziennego i absolutnie nie jestem w stanie kupić faktu, że literacko obyte, robiące w książkach osoby (nie zalinkuję do blogów Prawdziwych Blogerów z Prawdziwymi Zasięgami, ale kto chce, znajdzie) do tego stopnia zachwyciły się historią i dały pochłonąć lekturze, że nie zauważyły...

Języka.

Tego okropnego, prostego, najeżonego błędami języka.

Już pal licho te infantylne dialogi odpowiadające poziomowi szkoły podstawowej, darujmy je sobie. Tyle, że autorka przez całą książkę balansuje niebezpiecznie na granicy poprawności językowej i stylistycznej.
 
"Poczuł ucisk w sercu, które skurczyło się wraz z całym jego ciałem".
 
"Słuchawka wypadła mu z ręki i dyndała niepokojąco".
 
"Koszula ministra zwilżyła się w jednej chwili".
 
A wszystko to na jednej stronie.
 
NO JAK BOGA KOCHAM, ileż można, nie mogłam ogarnąć treści przez ten język.
 
A pani Małysa nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa!

"Nagabywał je jakiś młodzian z biżuterią na szyi grubości łańcucha rowerowego".
 
"Artur podbiegł do Baśki, skąd dostrzegł ciało Izy".
 
"Drugi <był> krępym Latynosem z twarzą ozdobioną rzędem wielkich białych zębów".
 
"O dziwo na jej martwych policzkach spotkał uśmiech, spokojny, wręcz błogi".
 
 "Skromna sala konferencyjna w Suchej Beskidzkiej wstrzymała oddech".
 
"Wojtek nadal siedział w rozsypce na asfalcie" (nikt z redakcji nie zauważył nie zamierzonego efektu komicznego?).

 
Plus słowa użyte niezgodnie z ich właściwym znaczeniem:
 
 
"Baśka wpatrywała się w białą twarz kobiety. Jej policzki były przekrwione od płaczu".

"Wyszła na dwór wytrzepać dywaniki i zjeżyła się ze strachu".
 
"Bezgłośnie wskazała go policjantom palcem" (a to da się głośno wskazać kogoś palcem?)

"Widziała w jego oczach strach, mieszający się z paniką". Ojej.  I może jeszcze ze zgrozą i przerażeniem?

"Jej największą bolączką było wydanie córki za mąż" - wg Wielkiego Słownika Języka Polskiego PWN "bolączka" to niekorzystny stan, sytuacja  lub sprawa odczuwane jako przyczyny zmartwień, dyskomfort lub przeszkoda w życiu, co oznacza albo, że wydała córkę za mąż i tego żałuje, albo, że jej największą bolączką było NIE wydanie córki za mąż.


Plus, och, jak pani nie umie w podmioty!!!


"Teraz miał tylko nadzieję, że żadne służby nie zatrzymają ich po drodze i nie pokażą nikomu faktury za drewno".
 
"Już za dwie godziny na lądowisku medycznym przed placówką wyląduje rządowy helikopter z premierem na pokładzie, który osobiście złoży kondolencje".
 
"Mieli rację ci, co mówili, że potrafią zbić człowieka tak, żeby nie było widać"
 
"Nie poznał syna. Nie widział go zaledwie kilka miesięcy, ale zmienił sie nie do poznania"

"Czekała na widzenie z siostrą . Od kiedy dostała leki czuła się lepiej" (podpowiem, że siostra).
 
Da się czytać kawałki pisane gwarą, z literacką polszczyzną autorka radzi sobie znacznie gorzej.

I nawet jeśli Irena Małysa należy do tej licznej (jak mniemam, wnioskując z poziomu co niektóry dzieł) grupy autorów, którzy odrzucają wszystkie poprawki redaktorskie, bo im to zaburza wizję artystyczną (jakkolwiek wątpię w taką wolność decyzji w przypadku debiutu) nic, absolutnie nic, nie usprawiedliwia tego, że:

- mamy tu literówkę (jak przypuszczam) zmieniającą sens zdania: "Spojrzał spod rudej czupryny wzrokiem zarazem przebiegłym i niezawistnym".  Domyślam się, miało być raczej "nienawistnym". 
 
- mamy sobotę, która przypada 21 i 22 września 2019 roku.
 
- mamy milicjantów z 1969 roku, którzy nagle stają się policjantami, by ponownie zostać milicjantami trzy linijki dalej.
 
- mamy wspomnienia upalnego dnia sprzed dwóch miesięcy ("Pamiętał  ten upalny dzień. To było dwa miesiące temu") z powyżej podaną datą dzienną - 9 kwietnia 1969, z czego wynika, że upalny dzień przypadał w lutym.


Chyba nawet autorzy przywiązani do swojej wizji jak Odyseusz do masztu statku przepływającego obok Wyspy Syren pozwoliliby na poprawki w powyższych przypadkach?
 

A zgniłą wisienką na tym przereklamowanym torcie jest OKRUCIEŃSTWO WOBEC ZWIERZĄT w żaden sposób nie usprawiedliwione przebiegiem akcji. Teoretycznie pisząc to nieco spoileruję, ale uważam, że to nie jest spoiler, tylko trigger warning, który powinien być gigantycznymi literami wytłuszczony na okładce. Rzecz się zaczyna od opisu dzikiej kuny, zabijającej kunę domową. OK, niepotrzebne i z zerowym związkiem z całością dzieła, odebrałam to jako silenie się na "skandynawskość", dość nieudolne, ale niech tam. Po czym się zaczęło. Za zbędny pod każdym względem wątek z krzywdzeniem psa autorka zasługuje na bana -  a tu miało to miejsce dwukrotnie, w tym raz opisane w detalach. Opis śmierci konia mną wstrząsnął. Kot "omal nie został stratowany przez czarny bus" (można dodatkowo podziwiać twórcze użycie czasownika "stratować"), bałam się o to nieszczęsne zwierzę za każdym razem, gdy się pojawiało, czyli często. Palcem bym tej książki nie ruszyła, gdybym wiedziała. Jestem w stanie, chociaż z trudem, opisy brutalnego traktowania i śmierci zwierząt jakoś przełknąć, jeśli są bezwzględnie niezbędne dla akcji, ale to nie jest ten przypadek. 
 
I dlatego - także dlatego - ja pani Małysie już podziękuję.
 
Jest na tym świecie tyle innych, dobrych kryminałów.
 

piątek, 30 czerwca 2023

"Droga dusz" Katarzyna Kaczmarczyk

Bogowie odeszli.

Od tego czasu granic mitycznej krainy Nawii (która wcale nie jest krainą zmarłych, tylko po prostu tym skrawkiem świata, w którym Stara Wiara przetrwała) strzegą Strażnicy – garstka wybrańców obdarzona niezwykłymi mocami. Ich dusze trafiają po śmierci do Wyraju, by wraz z opadającymi liśćmi przyniosły je do naszego świata powracające stamtąd kruki.

Mira i Aleks są Strażnikami. Gdy w świecie ludzi pojawia się zbuntowany Kruk – Gniewko, muszą połączyć siły i schwytać go, by liczne tajemnice Nawii nie zostały odkryte. Na domiar złego na magiczną stronę przechodzi - trochę przypoadkiem -  młoda dziewczyna, Kalina, która wydaje się być bardziej związana z ich światem, niż ze światem ludzi. Pojawiają się niewidziane od stuleci czarownice, pałające żądzą zemsty za wygnanie z mitycznej krainy. Odwieczna wojna między Strażnikami i czarownicami wybucha na nowo, a stawką jest przyszłość Nawii...
 

 

No i tak.

Zauważyłam pewną prawidłowość - im prędzej w trakcie lektury chwytam za mój nieodłączny Notatniczek, w którym pieczołowicie notuję co bardziej nurtujące mnie pytania, co bardziej... bardziejsze cytaty, liczne wykrzykniki i znaki zapytania, im częściej odpalam brata Gugla, żeby coś sprawdzić, tym lepiej dla przyszłej recenzji co prawda, ale zdecydowanie gorzej dla całościowej oceny pochłanianego przeze mnie dzieła.

Tu sięgnęłam po Notatniczek bardzo, ale to bardzo szybko.

Tak na upartego to okazało się, że powinnam była po niego sięgnąć na pierwszej stronie, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam :D.

Wyjaśnię od razu - na pierwszej stronie pojawia się bohaterka naszej powieści, Mira, która wezwana zostaje przez swojego współpracownika, Aleksa, w nie cierpiącej wagi sprawie. Pojawia się więc na rynku miasteczka, w obuwiu sportowym i z plecakiem, który tak miło ciąży jej na plecach, co opisane jest w detalach, czytamy, jak Mira idzie, czując pod butami kamyki i odczuwając ramiączka plecaka wrzynające się w ramiona... No i założyłam, że dziewczyna na to wezwanie skądś przyjechała i właśnie wysiadła z autobusu.

Po czym okazuje się, że ona mieszka w Zaciszu, kawałek od wioski, pod lasem.

WIĘC PO CHOLERĘ IDZIE NA TO SPOTKANIE OBJUCZONA PLECAKIEM?!

A to była zaledwie pierwsza nielogiczność świata przedstawionego, który się sypie co i rusz i chwieje w posadach, a niedopracowany jest jak zadania domowe Potomka Starszego w trakcie nauki zdalnej.

Jak na przykład:

- mamy oto dwoje Strażników, strzegących tajemnic Nawii, zaangażowanych w ochronę Starej Wiary, którzy umawiają się na Tayną i Niebezpieczną Akcję nazajutrz, po czym jeden mówi: "A, nie, jednak pojutrze. Zapomniałem, że jutro Dzień Kupały". No jak ja to widzę, jak ja to widzę normalnie! Niemal tak samo to widzę, jak widziałabym rozmowę dwóch średniowiecznych mnichów: "Bracie Cyrylu, mieliśmy jutro karczować ten kawałek pod lasem pod nowy ogród, ale zrobimy to pojutrze, zapomniałem, że jutro Dzień Zmartwychwstania Pańskiego",

- dzień po Dniu Kupały Mira, która, o czym kilkukrotnie z naciskiem przypomina autorka, żywi się tym, co sama wyhodowała, idzie do ogródka, skąd przynosi do domu kilka apetycznych, dojrzałych pomidorów i ogórków (tu patrzę z pretensją w kierunku własnych grządek z pomidorami, już cztery dni po Dniu Kupały, a one nadal zaledwie kwitną!),

- dzień po Dniu Kupały słońce zachodzi o 20, a nasza bohaterka odczekuje do pełnego zmroku, żeby przemknąć niezauważona na miejsce akcji, i nie, nie oznacza to, że się na tym miejscu melduje po 23, tylko dobre półtorej godziny wcześniej (piszę te słowa na własnej werandzie dnia 25 czerwca o 21, i jest całkiem jasno),

- Mira czuje się w Nawii nieswojo, unikają jej dziewczęta, mężczyźni popatrują spode łba, rozmowy się urywają, gdy się zbliża, a wszystko to ponieważ "Strażnikami przeważnie są mężczyźni". Po czym nagle w połowie książki pada informacja, że jest ona jedyną Strażniczką w historii, nie ma innej oprócz niej i nigdy nie było,

I tak dalej, i tym podobnie.

O takich "drobiazgach" jak to, że bardzo niejasno i mętnie wyjaśniona jest różnica między Strażnikami i Krukami nawet nie wspomnę. Owszem, autorka zamieściła długi, dłuuugi opis obu... eee... gatunków (?), ale nie zrozumiałam z niego nic mimo kilkukrotnego czytania, wydedukowałam rzecz sobie dopiero w trakcie lektury (acz nie wykluczam, że jestem po prostu mało bystra).

Przez cały czas lektury towarzyszyło mi przeświadczenie, że świat swojej powieści autorka kreuje tak, jakby kreowała grę lub film, a nie książkę. Starcia przeciwników opisywane były na przykład "Wyprowadził cios, ale udało się go zablokować, więc wyprowadził trzy kolejne, ale przeciwnik ich unikał" albo "Z dłoni zaczęło jej się sączyć światło, które zamknęło ich w kopule, czarownica rzuciła zaklęcie, które odbiło się od tarczy, która eksplodowała światłem". Żywcem gra albo film, tu mamy rzucane czary, tu pojawia się jakiś przeciwnik, tu ktoś znika, ówdzie się pojawia, tam mamy kamień, który koniecznie musimy zdobyć, by ocalić świat, a gdzie indziej Tayemne Artefakty, które nam mają w dziele ratowania świata pomóc...

Czego NIE MAMY w grze (a i w filmie niekoniecznie) to konieczności pogłębionego rysu psychologicznego bohaterów i opisu świata, w którym żyją. W grze bohater zdobywa fanty, kompletuje drużynę i ginie lub zwycięża, w filmie można rozegrać rzecz za pomocą spojrzeń, mimiki, umiejętnie zestawionych ujęć...

W książce się tak nie da. Książka wymaga opisów.

I z tymi opisami Katarzyna Kaczmarczyk nie radzi sobie zbyt dobrze. Otoczenie opisane jest dość blado, a i na bohaterów nie zawsze jest pomysł, zaś gdy tego pomysłu nie staje, autorka kładzie swoich bohaterów spać albo ich karmi (pierwsza akcja Strażników zaczyna się około południa, w restauracji, gdzie Aleks zamawia Mirze obiad, bo przecież "na pewno jesteś głodna", Mira po obiedzie udaje się wykonać zadanie, po czym już o 16 jest w domu, gdzie Aleks gotuje dla niej, bo "na pewno zgłodniałaś po całym dniu bieganiny". Doprawdy, oboje tak się dla Nawii poświęcają, że dziw bierze, że w ogóle po tych wiekach ostało się coś, dla czego się warto poświęcać. Albo niejaki Radomir, mędrzec, starzec i kapłan, który prowadzi do nader tajemnego i upakowanego magią po nieboskłon ogrodu dziewczę, które dopiero zaczyna szkolenie, i mówi doń: "To ja się prześpię, a ty sobie obejrzyj cały ogród", NO NA LITOŚĆ BOGÓW, CZY RZECZYWIŚCIE).

Postacie są tak płaskie, jakby wycięto je ze sklejki i dość nieudolnie pomalowano, związki między nimi wywołują głównie chęć wznoszenia oczu ku niebu (dziewczyna błąkająca się po lesie trafia ze świata ludzi do Nawii, dowiaduje się, że Nawia w ogóle istnieje, a ona sama jest czarownicą, i luzik, pełen zen, troszku się spłoszyła na początku, ale potem już nie, w realnym świecie przez pięć dni szukają jej znajomi, od których odłączyła się w czasie wędrówki po lesie, ale nikt nie zawiadamia policji, a cała sytuacja zostaje rozwiązana o, tak; "Powiedziałam im, że zgubiłam telefon, chyba nie całkiem mi uwierzyli, ale nie szkodzi, już się i tak nie będziemy kumplować". Mira i Aleks idą tą wyżej wspomnianą ciemną, ciemną nocą śledzić podejrzanego, ale przerywa im akcję poszukiwany przez nich Kruk, więc do śledzenia już nie wracają, Kruk i Aleks zapoczątkowują znajomość intensywnym mordobiciem, po czym trzy dni później - dosłownie - ufają sobie jak bracia i wspierają jak hoplici w bitwie, w środku potężnej rozpierduchy główny złol rzuca tekstem " Spokojnie, nie zaszkodzi, jeśli jeszcze trochę podyskutujemy", po czym wszyscy się zatrzymują i gadają, no bo przecież trzeba czytelnikowi streścić całą akcję i jej niuanse...).

Ale wytrzymałabym to wszystko, nie jest to pierwsza nie najlepsza konstrukcyjnie książka, z jaką zetknęłam się w życiu, zniosłabym i tych hoplitów, którzy się znają dwa dni, i tę chaotyczną treść, i te milion grzybów w barszczu, które sprawiają, że z barszcz stał się grzybową (bo to i Nawia, i słowiańscy bogowie, i czarownice, i artefakty, i kamienie mocy, i kto co chce), wytrzymałabym, przeczytała, po prostu bym wyrzuciła rzecz z pamięci gdyby nie...

JĘZYK.

Nie od dziś wiadomo, że jestem na język opowieści więcej niż wrażliwa, można uznać, że czepialska, nie zaprzeczę, czepialska chorobliwie, tak czy inaczej wszyscy Wierni Czytelnicy tego blogaska wiedzą, że jeśli język zgrzyta mi w uszach i robi ała w mózg to robię się ciut nerwowa. Jak również więcej niż ciut bezwzględna.
 
W przypadku "Drogi dusz" bezwzględność odpaliłam w trybie błyskawicznym.

Zacznę może od tego, że autorka ma kilka dziwnych manieryzmów językowych, które powinna jej wyłapać i zgładzić redakcja, ale nie wyłapała i nie zgładziła (albo wyłapała, ale autorka nie dała sobie zmienić nawet przecinka, nie byłby to pierwszy taki przypadek w historii literatury ojczystej).

Na przykład wszystko u niej leży. Na podłodze leżą szafki na narzędzia. Na oknie leżą doniczki z ziołami. Mira nalewa mleka do miseczki, a miseczkę kładzie przed kotem. Albo robi herbatę i kładzie kubki na stole. Nie wiem jak kto, ale jak ja czytam o herbacie położonej na stole to widzę wypakowane z siatki z zakupami pudełko herbaty, a nie szklankę z napojem.

Ponadto autorka z zadziwiającym (mnie) upodobaniem i całkowicie bezsensownie używa słowa "wykrzyczał/-a". Nie "krzyknął", "zawołał" czy choćby "wykrzyknął", tylko "wykrzyczał". Ja wiem, że takie słowo istnieje i można go na przykład użyć w zdaniu typu "wykrzyczał mu to w gniewie". Ale tu używane jest następująco; "- Popatrzcie, co znalazłam - wykrzyczała Mira". I jest tego masa. Po siódmym razie przestałam liczyć.

Zastanawiam się też, czy początkujące pisarki mają jakiś obowiązek, by wyrobić normę w używaniu wyrażenia "uśmiechnął się pod nosem". Pani Kaczmarczyk daleko do Natalii Sońskiej, ale wyrażenie to jest w "Drodze dusz" silnie nadreprezentowane. Choć, przyznać muszę, używane jest znacznie sensowniej.

A propos Natalii Sońskiej. Katarzynę Kaczmarczyk poza "uśmiechaniem się pod nosem" i płaskim rysunkiem bohaterów łączy z panią Sońską język, intensywnie kojarzący mi się z wypracowaniem dobrej uczennicy. Mamy więc tworzone z wysiłkiem "uliteracczone", a nie jakieś tam banalnie zwykłe zdania ("Światła na górze zgasły. Te na piętrze dalej dawały do zrozumienia, że nie wszyscy w domu śpią", "Błękitne oczy dziewczyny kontrastowały z płomieniami, które zajmowały już całe piętro"), mamy nader liczne błędy składniowe i gramatyczne (" W porę dostrzegł ją Gniewko i znalazł się przy niej. Wykręcając jej dłoń w nadgarstku, próbowała podrapać go drugą ręką, ale złapał ją i skoczył", "Zrobiło jej się przykro myśląc, że to jej wina", "Sprowadził ich tu Weles, by chronili tej krainy", "Gdy dotarli na miejsce biała kartka, która wisiała na drzwiach, zniknęła"), mamy zdania z efektem "wow" ( "Stary płaszcz, przyprószony siwizną podobnie jak jego włosy, przerzucił sobie na ramię". "Radomir cicho westchnął, wypuszczając z ust ostatnią nadzieję". "Blond włosy i błękitne oczy, które okalały długie rzęsy" - czy jeszcze ktoś widzi rzęsy otoczone oczami, czy tylko ja mam tak zwyrodniałą wyobraźnię?, "Była to uczciwa, chociaż nielegalna wymiana" - to w końcu uczciwa była, czy nielegalna?), mamy ciągi myślowe z przecinkami zamiast kropek ("Miała tak wiele pytań, jednak bogini była szybsza, klasnęła w dłonie i woda, do tej pory spokojna, wylała się ze swego koryta, atakując Mirę"), mamy totalną nieporadność językową w opisywaniu emocji ("Kapłan stanął pod świętym drzewem. Wspomniał chwilę, gdy przyszedł tu po radę w sprawie Kaliny.i Dalii. Dziś nie zamierzał dać się spławić (!!!) po raz kolejny. Chciał wyciągnąć jak najwięcej informacji.
- Pokaż się - wykrzyczał.
Odpowiedziała mu cisza.
- No dalej! Wyjdź! - wrzeszczał jak opętany i wymachiwał rękami" - tu wyjaśnię, że kapłan ten, bogaty latami i doświadczeniem, w ten unikalny sposób zwracał się do bogini, no nie pojmuję, czemu zwlekała z odpowiedzią), mamy ortografa ("Poczuł, jak z nosa spływa mu ciepła stróżka krwi" - stróżka, droga autorko, to jest osoba rodzaju żeńskiego zajmująca się stróżowaniem, z nosa mogła Aleksowi spłynąć co najwyżej strużka), no sporo rzeczy tu mamy.

Czego nie mamy to słowiańskości, na którą liczyłam, to znaczy miga ona tu i ówdzie (bo jest i Weles, i Marzanna, i dzień Kupały, i sama Nawia), ale nie jest ani specjalnie interesująco, ani odkrywczo przedstawiona (jeśli pominąć fakt, że Nawia nie jest krainą zmarłych), a przede wszystkim nie wnosi nic nowego do tzw. wiedzy ogólnej. Ktokolwiek przeczytał cokolwiek o Słowianach, czy byłaby to baśń o żmijowym królu albo kwiecie paproci, czy powieść, że o pozycjach naukowych nawet nie wspominę wszystko, co pojawiło się w "Drodze dusz" już znał.

Powieść kończy się dyskretną sugestią, że być może, ale tylko być może będzie część druga.

Której nie przeczytam, bo o ile byłabym w stanie przełknąć filmową konwencję książki, i nawet wierzę, że dobra redakcja pomogłaby się pozbyć wszystkich językowych niezręczności (o błędach ortograficznych nie mówiąc), to autorka nie była w stanie ani wystarczająco zainteresować mnie samą historią, ani nie sprawiła, bym polubiła bohaterów (któregokolwiek z bohaterów) na tyle, bym miała chęć to uczynić.

niedziela, 25 czerwca 2023

"Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna" Therese Oneill

Panie i Panowie, SKOŃCZYŁAM. Mordowałam tę książkę od... chyba wręcz lat? No, minimum rok to trwało na pewno, i sama nie wiem, czemu tak się na skończenie jej uparłam. Ale się udało. 
 
Ufff.
 

 

Sam pomysł był naprawdę dobry.
 
Autorka proponuje swojej czytelniczce, w domyśle - dziewczęciu lub młodej kobiecie rozkochanej w książkach i filmach na podstawie powieści Jane Austen i innych sióstr Bronte, wiecie, w tych wszystkich romansach rozgrywanych na tle szarpanych wichrami krajobrazów Yorkshire, albo, przeciwnie, w wykwintnych wnętrzach Pemberley, wśród subtelnych rozmów prowadzonych z eleganckimi, przystojnymi mężczyznami, dziewczęciu marzącemu o balach w olbrzymich salach oświetlonych setkami świec, w przepięknych sukniach i zachwycającej biżuterii - podróż do XIX wieku, by pokazać jej, jak ten wyidealizowany w wyobraźni na skutek licznych (nieodpowiednich dla wrażliwych umysłów młodych panien ciśnie się na usta normalnie) lektur oraz filmów świat naprawdę wyglądał. Porusza tematy, nad którymi - zapatrzeni w migoczące kandelabry i przystojnych poruczników, w rytmie walca unoszących w męskich, mocarnych objęciach wiotkie dziewczęta w krynolinach - raczej się nie pochylamy, począwszy od tego jak sobie te dziewczęta radziły z miesiączką, jak dbały (a często NIE dbały) o higienę, czym zabijały naturalny zapach ciała, jak wyglądała ich troska o urodę w czasach, gdy obowiązkiem dam było dbanie o utrzymanie bladej twarzy, co czyniły przy pomocy kosmetyków z zawartością arszeniku, a ostatnim krzykiem mody był sztywny gorset, uniemożliwiający oddychanie i miażdżący żebra; o tym jak naprawdę wyglądała opieka medyczna w świecie, w którym posiadanie macicy winne było większości chorób psychicznych, w tym również takich, które nie istnieją (słynna histeria), zaś aby utrzymać prawidłową wagę zażywano leki z zawartością strychniny...

Dowiadujemy się również dlaczego - po tym, gdy nareszcie wiotkie dziewczę ściśnięte gorsetem i szarmancki porucznik kirasjerów stanęli na ślubnym kobiercu - ich noc poślubna tak bardzo różniła się od tych, które przeżywały eteryczne damy z romansów, a wreszcie - jak wyglądać powinien obraz XIX-wiecznej "perfekcyjnej pani domu".

Nic, tylko czytać, zdałoby się.

Tymczasem książka pełna ciekawych informacji i interesujących cytatów, na zebranie których autorka bez najmniejszych wątpliwości poświęciła sporo czasu, została bezprzykładnie skopana za sprawą absolutnie niestrawnej formy literackiej i trudnego do zniesienia protekcjonalnego tonu, jakiego autorka używa, zwracając się do towarzyszki swej podróży przez wieki. To, co (chyba) miało być zabawne, jest przeważnie irytujące, a momentami wręcz obraźliwe dla czytelnika,  o pogardzie do całej epoki i jej przedstawicieli jaka wyziera z tego tekstu nawet nie wspominając. Z niewiadomych (dla mnie) powodów autorce wydaje się, że jest dowcipna. Cóż. Nie jest. Nieśmieszne żarty, nietrafione porównania, język, to wszystko dałoby się znieść w przypadku krótkiej nowelki albo stand-upu, jeśli ktoś lubi, w przypadku ponad trzystustronicowej pozycji ten natłok żarcików i bonmotów robi się po prostu nie do zniesienia, zwłaszcza, że w pewnym momencie w treści pojawia się więcej żenujących żarcików autorki, która głęboko wierzy, że jest zabawna, niż treści jako takiej (plus podpisy pod zdjęciami. NIE CZYTAJCIE podpisów pod zdjęciami, nie ma żenometru, który by to zniósł), a ich nawał skutecznie tłumi nieliczne przebłyski rzeczywistego poczucia humoru ("Nauczyłaś się ubierać w tyle maskujących warstw stali i wełny, że kevlar wygląda przy tym jak siatkowy top odsłaniający brzuch"). Doprawdy, nie ustaję w zadziwieniu, że dotrwałam do końca. Być może Amerykanie lubią taki... ekhm ...humorystyczny- sposób pisania. A może nie tylko Amerykanie. Może po prostu to do mnie nie trafia ten styl, nijak tego wykluczyć nie mogę.

Przy okazji złapałam autorkę - która lubi protekcjonalnie uświadamiać czytelnika, o ile pod każdym względem lepszy jest wiek XXI, a już prawa człowieka, czy prawa pracownicze, to już w ogóle klękajcie narody - na myśleniu klasowym (á la wiek XXI, więc tym lepszym, oczywiście ;D), na które pani Oneill pozostaje wręcz wzruszająco ślepa, zupełnie, jak ślepi byli ci pogardliwie opisywani przez nią dziewiętnastowieczni bogacze, zwracający się do służby per "niech ona", albo nie zwracający się wcale, tak jak my nie zwracamy się po imieniu do mebla ("W XXI wieku wciąż korzystamy z pomocy domowych. Nie jest niczym niesłychanym, nawet w klasie średniej, zatrudnianie Manuela, który "świetnie sobie radzi z różami, gdyby nie ten facet mieszkałabym w martwej kolczastej kotlinie" czy Katii, która "przychodzi co dwa tygodnie i pomaga sprzątać dom, umarlibyśmy bez niej". Ale dziś jest znacznie mniej prawdopodobne, że będziemy zważać na różnice klasowe". Ale na inne to czemu nie, pani autorko, prawda? Bo przecież chyba nie bez powodu pani sprzątająca ma na imię Katia, a nie na przykład Jane, a ogrodnik - Manuel. Przy okazji, dziś rozpatrywanie różnic klasowych mogłoby okazać się niewygodne, bo może Manuel okazałby się doktorem fizyki w swoim poprzednim życiu, i co byśmy wtedy wszyscy zrobili z naszym cennym, dwudziestopierwszowiecznym egalitaryzmem i nie myśleniem klasowym).

Dodatkowo autorka często celowo wyolbrzymia lub dobiera źródła pod tezę, miejscami widać jej niedobory wiedzy w konkretnych dziedzinach, a słowo "kontekst" jest jej organicznie obce. Mimo to z książki można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, o ile przesieje się je przez gęste sito niedowiarstwa i z zaciętymi zębami przetrzyma gejzery poczucia humoru autorki (i raz jeszcze powtarzam z naciskiem - nie czytajcie podpisów pod zdjęciami!!!)
 
Tak więc jeśli ktoś:
 
a) podchodzi z dystansem do moich okołoliterackich wynurzeń,
 
b) potrafi podejść do zawartych w książce informacji z rezerwą i nie przyjmować ich bezkrytycznie jako bezdyskusyjnych faktów, 
 
c) lubi stand-upy
 
może sprawdzić własnoocznie, czy i do jakiego stopnia mylę się w swej ocenie.

Pozostałym raczej odradzam. 
 
O wiele rozsądniej, przyjemniej, a i zabawniej jest poczytać "W domu" Billa Brysona, albo rodzime "W salonie i w kuchni" Elżbiety Koweckiej.


EDIT.

Na specjalne życzenie Kochanych Czytelników kilka przykładów podpisów pod zdjęciami.

Poszukiwanie ich każe mi poczynić kilka zastrzeżeń.

- po pierwsze, część zdjęć ma neutralne podpisy typu "obuwie domowe z początku XIX wieku" i bardzo ubolewam, że autorka przy tym nie pozostała,

- po drugie, część podpisów ukazuje całe swe... ubóstwo erudycyjne w zestawieniu z tekstem, a same w sobie wyglądają dość niewinnie,

- po trzecie, de gustibus non est disputandum, ja się krzywię, ktoś inny - tarza ze śmiechu, i to jest piękne.

A teraz przykłady:
 
Zdjęcie komentujące ówczesne rady dotyczące podmywania się:


Zdjęcie reklamy dotyczącej doczepek z włosów i peruk wraz z komentarzem autorskim:



 Zdjęcie z rozdziału o porozumiewaniu się przy użyciu kwiatów, wachlarza i chusteczki:


Zdjęcie z rozdziału o dbaniu o siebie podczas menstruacji:


Zdjęcie z rozdziału o dopasowywaniu się panien na wydaniu i kawalerów (tu mamy dodatkowo przykład tego dwojakiego postrzegania świata, który da się dostrzec u autorki, która na pewno uznałaby za mało zabawne w najlepszym wypadku podśmiewanie się z osoby otyłej w XXI wieku, natomiast w XIX to jest TAKIE ŚMIESZNE):


Zdjęcie z fragmentem tekstu dotyczącym leczenia chorób psychicznych u kobiet:


Zdjęcie z bardzo smutnego i dość przerażającego w rozdziału, dotyczącego braku uświadomienia młodych dziewcząt przed ich nocą poślubną:



Zdjęcie z rozdziału o wewnętrznych chorobach układu rozrodczego kobiet:



środa, 25 stycznia 2023

"Garść pierników, szczypta miłości" Natalia Sońska

Po swoim zeszłorocznym (praktycznie równo rok temu miałam tę... okazję) spotkaniu z powieścią Natalii Sońskiej "Uwierz w miłość, Calineczko" obiecałam sobie, że przeczytam jeszcze coś, co wyszło spod jej pióra, ponieważ zafrapowała mnie ilość wypijanego przez bohaterów alkoholu (dosłownie miałam czasem wrażenie, że czytam o bohaterach "Pod Mocnym Aniołem", co nie jest, jak mniemam, doznaniem typowym dla czytelników/-czek uroczych powieści świątecznych) i zapragnęłam sprawdzić, czy jest to standardowe zjawisko w dziełach autorki, czy tylko w ten sposób chciała, no nie wiem, oddać koloryt Podhala, czy może przez przypadek jej tak wyszło.
 
Cały, calusieńki rok pamiętałam o swojej obietnicy, ale a to nie miałam nastroju na opowieści z dużą zawartością cukru w cukrze, albo i owszem, miałam, ale na jakieś inne, albo w bibliotece rozminęłam się o włos z inną czytelniczką, która miała chęć na cukier w cukrze i szybszy refleks/więcej szczęścia niż ja, i tak to się odwlekało, odwlekało, aż wreszcie pod sam koniec roku udało mi się dopaść bibliotecznego stolika w samą porę, by zagarnąć w stęsknione ramiona
 

 
które mi do żadnego wyzwania czytelniczego nie pasowało, a i tak je przeczytałam, proszę docenić moją determinację!

I przyznać muszę, że alkoholu w "Garści pierników" jest mniej (chociaż, owszem, sceny, w których któreś z bohaterów wchodzi do domu i natychmiast kieruje się do barku, bo miał taki ciężki dzień i musi się wyluzować, lub też spędza wieczór samotnie w domu, w towarzystwie li tylko paczki chusteczek i butli wina, którą osusza indywidualnie, nazajutrz zaś wstaje z barłogu, w którym zaległ był i siada za kółko, by jechać do pracy, są obecne, i to więcej niż jedna), poza tym jednak wszystkie zarzuty, które stawiałam "Calineczce" tutaj znalazły swoje potwierdzenie.

No to przejdźmy do, że tak to ujmę, ad remu.

Hania, młoda i ambitna redaktorka w modowym piśmie „Pearl” skupia się na rozwoju kariery. Nie dba o miłość, wstrętna jest jej idea małżeństwa, a nawet posiadanie partnera, wchodzi wyłącznie w związki bardzo krótkotrwałe, bywa, że jednonocne, żeby nie ryzykować utknięcia w sytuacji, gdy coś stanie jej na drodze do wymarzonej kariery. Zwłaszcza, że ostatni związek przypłaciła morzem wylanych łez.

Ale, OCZYWIŚCIE, wszystko do czasu. Pomysł, by zamienić się obowiązkami z koleżanką z redakcji, doprowadza do niespodziewanego spotkania. Hania poznaje Wiktora, przystojnego i pewnego siebie szefa dużej firmy marketingowej. Ich relacja bardzo szybko staje się więcej niż służbowa. A w dodatku w życiu Hani zaczyna mieszać Marek, jej były chłopak, i jego żona, obecnie szefowa Hani, naczelna redaktorka "Pearl".

Cóż.

Przypomnę/zaznaczę może, że nadal nie lubię powieści świątecznych (a po tej to już nie lubię ich tak na maksymalnego maksa normalnie), nie lubię ich dlatego, że - pozwolę sobie zacytować samą siebie - "są do bólu przewidywalne, jak zresztą większość (o ile nie wszystkie) romanse, a w dodatku podlane nieznośną ilością świątecznego lukru, i to ten lukier właśnie mnie dobija".

I powiem jedno, jeśli rok temu dobijał mnie lukier, to w tym nie mam słów, by opisać swoje doznania. Czytając o Wigilii w rodzinnym domu Hani czułam się, jakby mi robiono krzywą cukrową, podwójną. Kto miał, rozumie moje doznania, kto nie miał, niech przyjmie wyrazy szczerej zazdrości. W dodatku to był opis, no, wiecie, Wigilii. Znakomita większość, o ile nie wszyscy Polacy wiedzą, jak taka tradycyjna Wigilia wygląda, nawet biorąc poprawkę na różnice regionalne. A tu mieliśmy opis tak szczegółowy, jakby sporządzał go Bronisław Malinowski, z uwagą pochylający się nad jakimś egzotycznym dla nas ludem, i precyzyjnie notujący zwyczaje, żeby nic nie umknęło analizującym jego opisy etnografom. Tu mamy choineczkę, choineczka jest po to. A tu pusty talerz, pusty talerz dlatego, że. Dwanaście potraw, a to oznacza. Kolędy śpiewamy, gdyż albowiem. Pasterka, nie ma opcji, żeby nie iść na pasterkę, no bo przecież. I wszystko utopione w polewie cukrowej, czekoladowej, lukrze i posypane brokatem, różowiusim jak pupcia jednorożca.

Opis Wielkiego Finału zagryzałam ogórkiem kiszonym, co polecam wszystkim planującym lekturę. Inaczej można się zasłodzić na amen, a tego byśmy nie chcieli.

Poza tym w mocy pozostają wszystkie zarzuty, które stawiałam "Calineczce".

Przewidywalność akcji na poziomie eksperckim, a wręcz najeksperckim, w dodatku wyczuwam wcale nie tak subtelną inspirację Grey'em, nie chce mi się sprawdzać dat powstania obu utworów, ale jeśli to przypadkowa zbieżność to najwyraźniej obie panie użyły jakiegoś dostępnego autorkom romansów szablonu. No bo mamy tu i początkującą redaktorkę z ambicją zostania dziennikarką, która zamienia się z koleżanką i przez przypadek udaje się przeprowadzić wywiad z niejakim Wiktorem, i rzeczonego Wiktora, bogatego, energicznego, przystojnego właściciela firmy mieszczącej się w drapaczu chmur pełnym szkła, metaloplastyki i kompetentnych, uśmiechniętych sekretarek, który to Wiktor jest oczywiście kawałem chamiszcza i bucem, i denerwuje naszą Hanię jak oddycha w jej obecności, ale my już wiemy, jak to się skończy i nie damy się nabrać.

Postacie napisane tak sztampowo, że zęby bolą. Hania ma być temperamentna i łatwo wybuchająca gniewem, o czym autorka sobie przypomina co jakiś czas i nasza Hania, która sobie przez parę stron spokojnie mówiła, chodziła i wychylała kielicha nagle zaczyna wrzeszczeć i rzucać obelgami, cholera (pardon) wie czemu. Z Wiktorem przeprowadza normalną rozmowę, po czym wychodzi w pokoju i rozmyśla, jaki to z niego cham i prostak, i cham jeszcze, o! I prostak! I jak on tak mógł, i jak ona go nie znosi, no tak nie znosi, że wręcz nienawidzi!!!, gdyż autorce się przypomniało, że zanim bohaterowie padną sobie w objęcia muszą się przecież nie cierpieć. Konkurent do serca, Marek, opisywany (przez Hanię) jako mężczyzna wspaniały i nieskazitelny moralnie, dosłownie kilka stron dalej okazuje się oszalałym stalkerem i psycholem, zadręczającym naszą bohaterkę i lekce sobie ważącym więzy małżeńskie. I tylko czytelnik pozostaje z takim " Aaaaleee... zali wżdy?" na ustach.

Książka jeszcze bardziej przypomina wypracowanie szkolne, niż "Calineczka", podobno to debiut autorki, może dlatego. Nie sprawdzałam, ile lat miała Natalia Sońska w chwili debiutu, ale tylko bardzo młodym (wręcz gimnazjalnym) wiekiem tłumaczyć można ten wyraźny wysiłek, by utworzyć "literackie", a nie jakieś tam zwyczajne zdania ("Jednym tchem wyszeptała przyjaciółce wszystko, co wiedziała, bo była pewna, że dziewczyna będzie tym bardzo podekscytowana" - BTW klejnot i wzór z naszej Hani, klejnot, powiadam, powierzyć jej tajemnicę to jak w studnię normalnie, no, chyba, że spotka się kwadrans później z przyjaciółeczką na plotach, to wtedy nie), niekiedy wywołujące niezamierzony efekt komiczny ( "Każde z nich zatrzymało wzrok w jakimś martwym punkcie, który na tę chwilę stanowił ich spokojną przystań").

Młodym (bardzo) wiekiem (i brakiem dobrej redakcji) można też tłumaczyć błędy językowe i składniowe ("Komórka Hani zniknęła ze stolika, gdzie była pozostawiona. Wstała i zaspana weszła o kuchni, z której dobiegał głos dziewczyny". "Hania zostawiła więc ojca na czatach, który korzystając z wolnego czasu wdał się w dyskusję z owym handlarzem". "Gdy drzwi windy wreszcie się rozsunęły, oparty o jedną ze ścian stał Marek"), kompletnie nie pasujące do stylu całości słownictwo ("z powalającą gracją stanął po drugiej stronie masywnego biurka", przy czym określenie "powalający" występuje w powieści jeszcze raz) oraz nieumiejętne opisy ("Dziękuję, ale niepotrzebnie się fatygowałeś - Hania chciała jak najserdeczniej podziękować mu za troskę", cóż, Haniu - oraz autorko - jeśli tak chciałaś za cokolwiek najserdeczniej podziękować, to wiedz, że nie wyszło).

Powieść roi się od rozkosznie opkowych elementów, typowych dla bardzo młodych osób, które bardziej "wyobrażają sobie", niż "wiedzą" (Hania chce na szybko przygotować coś prostego na kolację z tego, co ma w lodówce, a podobno nie ma wiele, po czym decyduje się na "tartę z łososiem, suszonymi pomidorami, twarożkiem i rukolą". Hania umawia się z Wiktorem na mieście "bo w jego domu panował taki chaos, że nie sposób było porozmawiać", przy czym rozdział wcześniej mieliśmy opis tego "chaosu" w postaci śpiącego na piętrze sześciomiesięcznego niemowlęcia i pięcioletniego chłopczyka, grającego w wyścigi na komputerze, którego to chłopczyka Hania przez dłuższą chwilę w ogóle nie zauważyła w wykwintnym, elegancko umeblowanym, obszernym i luksusowym, choć gustownym wnętrzu).

Już nie będę się znęcać dodatkowo nad wiarygodnością fabuły oraz opisanych przez autorkę związków międzyludzkich (zdeklarowana singielka, która w ciągu trzech tygodni przechodzi płynnie - no, chyba, że autorce akurat się przypomni, że Hania ma temperamencik i każe bohaterce wrzasnąć raz czy dwa - od "żadnych facetów, kariera is the best, mam plan, by stać się Prawdziwo Dziennikarko" do "pobierzmy się, adoptuję twoje dzieci", bez wahania, bez cienia refleksji, plus wszyscy wszystkich kochają, rodzice Hani Wiktora, rodzice Wiktora Hanię, Hania dzieci, dzieci Hanię, zero "czy jesteś pewna, córeczko?", "czy na pewno wiesz, co robisz, synu, pomyślałeś o dzieciach?", zero zgrzytów, zero dystansu, zero wątpliwości), dodam tylko, że w porównaniu z "Calineczką" mamy mniej lejącego się alkoholu, mniej "uśmiechania się pod nosem" (byłam wredną żmiją i liczyłam, ile razy pojawi się w utworze ta ukochana przez autorkę fraza - pojawiła się trzynaście razy, gdyby ktoś był ciekaw), za to więcej "roześmiań się perliście", pohamowuję dalszą chęć rozpisywania się wyłącznie dlatego, że to debiut, ale nie polecam nikomu, nawet wielbicielom/-kom gatunku, bo może to i da się szybko przeczytać, ale napisane jest niezręcznie, pomimo natłoku wydarzeń - częściowo zupełnie zbędnych - nudno, i nade wszystko SŁODKO z taką ilością słodyczy, której zdrowy organizm przyswoić bez uszczerbku nie jest w stanie.

W ramach konwencji można bez wątpienia i bez szczególnych starań, jak sądzę, znaleźć o wiele lepsze pozycje.

środa, 31 sierpnia 2022

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz

 

 Mój pierwszy (i jedyny) Mróz. 

Pierwszy, bo postanowiłam sprawdzić, o co tyle hałasu, a akurat "Ekspozycja" była w bibliotece (nie wykluczam więc, że źle trafiłam po prostu).

A jedyny, bo gdy doszłam do momentu, w którym Nasz Najlepszy I Niezłomny Oraz W Ogóle Klękajcie Narody Bohater, Forst, po bliskim kontakcie pierwszego stopnia z zakapiorami z białoruskiego więzienia, do którego to więzienia dostał się skutkiem nielegalnego przekroczenia granicy, nie wydostaje się z niego za sprawą głośnej, błyskawicznie podjętej akcji dyplomatycznej, względnie po uruchomieniu (w Polsce) przez jego spanikowanych przyjaciół wszelkich możliwych znajomości, bardzo legalnych, legalnych i tych mniej legalnych, tylko sobie, no cóż, w (nie tak znowu dużym) uproszczeniu po prostu wychodzi spuszczając uprzednio wspomnianym zakapiorom niezły łomot.... i nie wychodzi czołgając się jako strzęp człowieka z poobijanymi wnętrznościami, połamanymi kośćmi i powybijanymi zębami, tylko wymaszerowuje, prężąc dumnie pierś, wstrząsając grzywą blond loków i poprawiając śnieżnobiałą koszulę na piersi (dobra, ciut koloryzuję, ale nie mogę pozbyć się skojarzeń z filmami z lat 50-tych, w których obity po pysku bohater nadal ma nieskazitelnie ułożoną fryzurę, czyściutkie ubranie, a jedynym śladem po przebytej walce jest dyskretnie namalowane rozcięcie na policzku, które magicznie znika w następnej scenie)... otóż w tym momencie ryknęłam śmiechem (i właśnie dlatego mam tę książkę na prywatnej liście "Mnie śmieszy"), uznałam, że nadal nie wiem, o co tyle hałasu, i tak sobie przy braku tej wiedzy pozostanę.

Wszystko zniosłam, wyciągi z Wikipedii w stanie czystym, kompletną durnotę bohatera, który przez połowę książki działa najpierw, potem ewentualnie myśli i nigdy nie dochodzi do żadnych wniosków, dziennikarkę w charakterze biustu, żeby bohater miał się w co gapić i o czym rzucać bonmoty, ale w tym momencie moja naginana boleśnie wyobraźnia pękła z hukiem.

W dodatku niewybaczalne zakończenie, którym się jakoś tam specjalnie nie przejęłam, bo nie zdołałam polubić bohaterów, no ale jednak... w pierwszym tomie cyklu? Serio?

Na razie (gdyż nigdy nie mów nigdy) daruję sobie sprawdzanie, czy źle trafiłam, czy po prostu normalnie*.

 

*donoszę, że szaleńczo zachęcona recenzjami "Czarnej Madonny" wypożyczyłam dzieło i zgłębiam. Nie wykluczam więc, że sytuacja w temacie "czytamy i analizujemy Remigiusza eM" jest rozwojowa, o ile:

a) będzie mi się chciało, 

b) Dzieciomtka pozwolo, 

c) znajdę dość materiału do analizy/recenzji/ jak zwał, tak zwał, 

d) wszystko po troszeczku

wtorek, 30 sierpnia 2022

"Mroczne sekrety" Marcel Moss

Wcale nie chciałam czytać Marcela Mossa. Ba! W ogóle nie wiedziałam o jego istnieniu. Po prostu wylosowałam książkę podczas zabawnej akcji bibliotecznej, w czasie której poza wybranymi przez siebie tomami każdy czytelnik mógł wylosować książkę-niespodziankę, starannie opakowaną w szary papier i obwiązaną wstążeczką z serduszka. Trafiło na Mossa, więc mus było zapoznać się, nieprawdaż.



 "Dorota od lat żyje pod jednym dachem z mężem despotą, stwarzając na zewnątrz pozory normalności - informował opis wydawcy. - Kobieta obmyśla w tajemnicy plan uwolnienia się od agresywnego partnera.

Jakub i Alicja wybierają się na zagraniczne wczasy w celu ratowania małżeństwa. Na miejscu zawierają znajomość z tajemniczą parą. Z czasem wchodzą z nimi w nietypowy układ, który wywraca ich życie do góry nogami.

Osiemnastoletnia Nadia spotyka się z biologiczną matką, która porzuciła ją tuż po porodzie. Nie wie, że dopuszczając kobietę do swojego życia, ściąga niebezpieczeństwo na swoich najbliższych. Trzy historie łączą się ze sobą w najmniej odpowiednim momencie. 
 
Teraz każdy zrobi wszystko, by jego mroczne sekrety nigdy nie wyszły na jaw...".
 
Och. 
 
Bardzo to było średnie i bardzo niekoniecznie. Mamy w sumie sześcioro bohaterów (plus paru pobocznych) - dwa małżeństwa, nastoletnią córkę jednego z bohaterów i jej matkę, która córkę tę porzuciła kilka dni po urodzeniu. Wszyscy mają sekrety, intryga goni intrygę, kłamstwo goni kłamstwo, oraz wszyscy są zdrowo popaprani, by nie rzec szurnięci w ten serialowy sposób, wiecie, tacy ludzie, których obserwujemy z ostrożnej odległości i najlepiej przez szybkę oraz z wyrazem obrzydzenia na obliczach, ale żeby dopuścić ich bliżej niż na odległość rzutu włócznią to nienienienie, dziękujemy bardzo, postoimy, może kiedy indziej.

Ponadto wszyscy mówią identycznie, zachowują się identycznie, zróżnicowanie postaci nie istnieje, nieistotne, czy patrzymy na świat oczętami osiemnastoletniego dziewczęcia, oddanej rodzinie matki, małżonka wspomnianej matki - sadysty i domowego tyrana, młodych przedstawicieli warszawskiej klasy średniej - wszyscy używają tych samych słów, w ten sam sposób opisują świat i tak samo reagują na spotykające ich, liczne katastrofy. Zupełnie jakby były jedną osobą, której autor na potrzebę chwili zmienia imię.

Btw, ilość tych katastrof, sekretów i kłamstw występuje w takim stężeniu, że czytelnik (no, dobra, po recenzjach wnioskuję, że nie każdy) w końcu całkowicie obojętnieje na kolejny atak brudnych tajemnic i raczej przewraca oczami niż gryzie palce z ciekawości, jak się to wszystko skończy.

Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że czytam selfpuba, zwłaszcza, że poza ujednoliconym językiem wszystkich postaci (to jest w końcu kwestia gustu, mnie nie odpowiada, innym odpowiada albo wręcz nie zauważają) książka roi się od kwiatków takich jak na przykład: "_Jesteś taka piękna, gdy śpisz - powiedział łamanym angielskim, po czym użył nazwał mnie sleeping beauty". Albo: "Nadia od rana wydzwania do mnie i pisze SMS-y z prośbą o spotkanie. Nie rozumiem, dlaczego tak się na uparła". Lub też: "Nie mam ochoty wysłuchiwać jej docinek". "Idę do toalety na zapleczu. Przemywam twarz, nakładam podkładem, cień na powieki...". W przypadku selfpuba mogłabym to wyjaśnić brakiem fachowej redakcji i/lub korekty. Z tym, że to nie selfpub. Redakcja wymieniona z nazwiska, korekta obecna. Powyższy bukiecik kwiatków zatem nijak - no, może poza lekceważeniem czytelnika lub też pewnością siebie autora, który nie pozwala redakcji poprawiać w swym dziele nawet przecinka - wytłumaczyć się nie da.

Maluteńki plusik za zakończenie, które miało jakiś tam potencjał, zwłaszcza na tle słabej reszty.

Ale i tak... niekoniecznie.

środa, 15 czerwca 2022

"Zamaskowana królowa" Jorge Molist

Zastanawiam się, czy złożyć sobie uroczystą obietnicę, że jeśli znajdę na okładce książki, względnie na skrzydełkach okładki informację, że powieść została nagrodzona Nagrodą imienia Karola Wielkiego (Czy Tam Innego Wybitnego Władcy), jest (lub była) Najlepiej Sprzedającą Się Powieścią Historyczną Roku Dowolnego oraz Sprzedano 25 Milionów Egzemplarzy w Hiszpanii, to ostrożnie odstawię Dzieło na biblioteczną półkę i oddalę się spacerowym krokiem w dowolnym, INNYM kierunku, czy, przeciwnie, zacząć specjalnie czytać tak szumnie zapowiadane utwory do czasu, aż wreszcie trafię na taki, który podobnych honorów będzie godny (albo przynajmniej mi się spodoba)?

Od razu jednak zaznaczę, że choć "Zamaskowana królowa" 
 
 


zdecydowanie nie wyczerpuje znamion Lektury Wybitnej I Słusznie Nagradzanej, jest ciut lepsza niż dwie poprzednie opisywane tu powieści, co pozwala żywić nadzieję, że być może (ale tylko "być może") gdyby ta tendencja czytelnicza się u mnie utrzymała, to za jakieś piętnaście- dwadzieścia lat będę mogła otrąbić sukces w kwestii zaspokojenia mych oczekiwań.
 
No to, lu, przystępujemy do streszczania/recenzowania/znęcania się/whatever/ choose one/or more.
 
W 1208 r. Peyre (Piotr) de Castelnou, legat papieski, otrzymuje zadanie przewiezienia potajemnie do Rzymu dokumentów stanowiących zagrożenie dla władzy Kościoła. W drodze Peyre zostaje zamordowany, a niebezpieczny ładunek skradziony. O morderstwo i kradzież zostaje oskarżony hrabia Tuluzy, Raimon VI,. Papież rzuca na Raimona klątwę i ogłasza przeciw niemu krucjatę, która pustoszy Okcytanię.

Tymczasem Bruna, córka możnowładcy z Beziers, zakochuje się w Hugonie, młodym trubadurze, który odwiedza ich dwór. Hugo jest synem katalońskiego barona i tajnym agentem hrabiego Tuluzy, Raimona VI, a dzięki swej sztuce może swobodnie podróżować po kraju. Kiedy zaczyna się krucjata, Bruna przebiera się za młodego rycerza, żeby ochronić siebie i przyłączyć się do obrony miasta. Przebranie ratuje jej życie, ale zostaje uwięziona przez młodego i ambitnego rycerza, Guillerma, który z polecenia legata miał Brunę zabić. 

Czyli zapowiadanych szumnie na okładce damę (jedną) oraz rywali (dwóch) poznajemy już w dwóch pierwszych rozdziałach, a tajemnic (trzech) będziemy musieli się mozolnie doliczać bez szczególnej gwarancji, że nam się uda, tym bardziej, że im dalej w las, tym tomiszcze robi się coraz nudniejsze, pod koniec trzeba przez nie brnąć z poświęceniem, a "brnięcie" nie ułatwia skupiania się na treści, by wyłowić z niej obiecaną trzecią tajemnicę.

Powieść zaczyna się od rzezi w Beziers, nie wykluczam, że nie wszyscy o niej słyszeli, ja na przykład i owszem, w związku z czym już na etapie lektury zapowiedzi na okładce domyślałam się, że tym razem moje zastrzeżenie "żadnej wojny" nie znajdzie zastosowania, ale powiedziałam sobie "Ach, poświęcę się, może to będzie TO, a poza tym lubię albigensów!", no i po co mi to było, nieprawdaż. Ci zaś, którzy o Beziers nie słyszeli kojarzą prawdopodobnie słynną odpowiedź opata Arnauda Amaury na pytanie, jak odróżnić dobrego katolika od heretyka: "Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich", i nieszczególnie mnie obchodzi, że rzeczony opat prawdopodobnie nie wyrzekł był tych słów, należało się mu wejście do historii w charakterze ostatniego skur... kowańca, takie jest moje skromne zdanie.

Rzeź Beziers, że przypomnę tym, którym coś się obiło o uszy, lub tez nie obiło się nic zgoła, doprowadziła do wybicia niemal do nogi wszystkich mieszkańców miasta, od niemowląt po starców, z czego na przykład 7 tysięcy osób, łącznie z księżmi odprawiającymi nabożeństwo, w katedrze, ci zaś, którzy nie zostali zarżnięci zginęli w pożarze, który strawił miasto. Tę właśnie rzeź córka seneszala, Bruna, przeżywa przebrawszy się za chłopca, i jako chłopiec zostaje przygarnięta przez Guillerma z Monfort, czyli młodzieńca, który jakiś czas wcześniej  dostał polecenie znalezienia jej i zabicia od samego opata Amaury'ego. Guillermo pierwsze, co robi, to każe Brunie identyfikować zwłoki, walające się dosłownie wszędzie, tarasujące drogę i zrzucane na stosy przez szukającą łupów tłuszczę. I nie uwierzycie, jak ona to gładko przechodzi! Niby popłacze tu i ówdzie, gdzieś się zwinie w kąciku, by possać kciuk, ale zasadniczo skupiona jest na tym, by zdecydować, którego z kawalerów, z którymi splótł ją los, woli. Naprawdę, bardziej wstrząsnął mną sam tylko opis rzezi w "Heretykach" Aubrey Burla, niż naszą Bruną brodzenie we krwi na ulicach i wygrzebywanie ze stosów zwłok ciał kuzynki, niani i przyjaciół (jeśli bazować na opisie autorskim, rzecz jasna).
 
I nie jest to opis w swym... chłodzie odosobniony!  Guillermo, pochodzący z rodu Monfort, bogaty, obiecujący, przeznaczony przez opiekunów do bycia biskupem, owszem, bardzo rozrywkowy, bardzo kobieciarz i bardzo skaczący z kwiatka na kwiatek motylek (uzbrojony w miecz i pewność siebie wynikającą z pochodzenia), ale jednak dobry katolik, głęboko wierzący przełożonym i ślepo wykonujący ich rozkazy, przechodzi zmiany światopoglądowe z dnia na dzień (i na jednej stronie), ponieważ po co pisać o wewnętrznych rozterkach bohatera i jakichś tam wątpliwościach, skoro można zesłać na niego niemalże mistyczne objawienie.
 
Zaś drugi kawaler, Hugo z Mataplany... kojarzycie ( filmów, a starsi to i z autopsji) te dzieciomtka, które na akademiach szkolnych Ku Czci deklamowały drewnianym głosem z takąż intonacją na przykład: " JużzAurorywystrzał (wdech) padłodegrzmiałpokolenniomnacałą (wdech) Rosjęcałyświat zwycięstwo (wdech) wolność (bardzo głośno, bo Pani Kazała) LENIN"? No więc nasz Hugo ma w sobie mniej więcej tyle samo ognia. Kamiennym głosem: "Tak, moja pani, miłuję was srodze". Bruna ma wątpliwości. Hugo, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali, mechanicznie: "Nie miejcie wątpliwości, życie bym za was położył". Guillermo wpatruje się łakomie w Brunę, Hugo, raczej obojętnie: "Ach, nienawidzę was, panie, muszę wam dać w mordę!", po czym daje, po czym idą sobie we dwójkę z lokalnego młyna poobłapiać dziewki i ulżyć lędźwiom, no bo ileż można tak kochać bezproduktywnie!

I taka właśnie trójka sobie jedzie przez całą Okcytanię, Brunie co jakiś czas przypomni się, że jej ubili tatusia i trzeba uronić łzę, Hugonowi - że trzeba dać Guillermowi w gębę, a Guillermowi - że miał być wiernym sługą biskupa, icoteras. Za nimi podąża tajemniczy Don Ped..., znaczy, przywódca tłuszczy, która złupiła Beziers, który teraz musi zabić Brunę, bo obiecano mu za to winnicę i domek z ogródkiem. Po drodzę spotkają a to świętego Dominika, a to Etiennette Wilczycę de Pennautier, zaś na końcu czyha biskup Berenguer, który chce wykorzystać jedną z tych trzech tajemnic, o których Wam nie napiszę, bo przecież byłby to SPOILER (ale jak ktoś czytał Dana Browna to zgadnie) w celu zdobycia władzy nad światem, ale szczegółów tego zdobywania Wam oszczędzę, dość, że podczas czytania wznosiłam oczy do nieba tak często, że bałam się, że mi tak już na stałe zostanie, nie chciałabym narażać na podobne przeżycia Ukochanych Czytelników

Natomiast to, przy czym, o dziwo, cierpiałam najbardziej...
 
Wszystkim uważnym Czytelniczkom i Czytelnikom tego bloga zapewne od lat wiadomo jest, że nie należę do Policji Interpunkcyjnej. Idea postawienia przecinków we właściwych miejscach często mnie przerasta, gubię je lub, przeciwnie, nadużywam, acz staram się stawiać je mniej więcej tam, gdzie powinny stać. Będąc świadomą, że postawienie (lub nie) przecinka w konkretnym miejscu może zmienić znaczenie wypowiedzi, traktowałam interpunkcję bardziej jako, no cóż, sugestię.

Przepraszam was, o, Przecinki!

Pierwszy raz zdarzyło mi się czytać utwór, w którym nadmiar, brak lub swobodne podejście do tego znaku interpunkcyjnego zmieniło moją lekturę w odpowiednik wieeeeelokilometrowej podróży wozem drabiniastym po kocich łbach. W deszczu. Listopadowym. Zacinającym. I o głodzie. I z zapaleniem okostnej.

Bo czegóż my tu, nieprawdaż, nie mieliśmy!

Mieliśmy przecinki w miejscach dowolnie wybranych:

Pedro urażony, spojrzał legatowi prosto w oczy.

Dla nieznajomego zaczepienie po drodze rycerza jadącego u boku króla, było prawie niemożliwe.

Mieliśmy za dużo przecinków:

Miał bardzo ciemną cerę, gdyż spędzał wiele godzin pod gołym niebem, i z miłości do Boga, nie nakrywał głowy, nawet, gdy słońce mocno przypiekało, ani gdy padał deszcz.

Czyżby moja kolczuga i wygląd chłopca, były lepszą ochroną?

I za mało przecinków:

Almohaidzi, choć też muzułmianie są fanatyczni i nieprzejednani.

Powiedziano mi, że to obozowisko jest bardzo daleko, niemożliwe by dotrzeć tam pieszo.

A najczęściej mieliśmy przecinków za mało, za dużo i niekoniecznie tam, gdzie powinny być:

Dzieło szatana. Coś, co wrogowie papieża, chcą wykorzystać, by pogrążyć nasz Kościół. To testament Złego Ducha dla jego wyznawców samo nasienie zła i szatan liczy na to, że pewnego dnia wyda ono owoce.

Rycerze gotowi do walki na wypadek gdyby wicehrabia szykował szarżę jazdy, zniecierpliwieni oczekiwaniem aż w obwarowaniach osady pojawią się jakieś wyłomy, przez które mogliby dostać się do środka bezskutecznie szturmowali by wspomóc piechotę, i odwrócić uwagę obrońców. Podczas ostatniego takiego ataku, kilka strzał dosięgło wierzchowca jednego z jeźdźców, ugodzony koń padł na ziemię, i zrzucił jeźdźca na dno fosy. Znajdując się tak blisko murów, był zgubiony.

Rozkazałem  wam, byście wygnali tych heretyków z waszych ziem albo, by chociaż wyglądało na to, że ich ścigacie. Radziłem byście żyli w zgodzie z legatami papieskimi. Wicehrabio martwię się z waszego powodu gdyż ci szaleńcy ściągnęli na was takie niebezpieczeństwo i zmartwienia. (...) Nie będziecie mogli  stawić oporu, aż do końca.
 
Ludzie są przestraszeni, ale też pełni nienawiści odkąd dotarły do nich wieści o tym co zrobiono w Beziers i często rzucają w niego kamieniami i grudkami gliny.

Nigdy, nigdy nie sądziłam, że to może tak bardzo przeszkadzać w lekturze.

Być może dlatego, że nigdy i nigdzie nie zetknęłam się z przecinkozą w tak zaawansowanym stopniu (ponad pięćset stron nieustającej, doprawdy, uciechy).

Dlatego przede wszystkim  nie polecam "Zamaskowanej królowej" redaktorom, autorom i ludziom pracującym ze słowem. Wierzcie mi, nawet zapalenie okostnej jest lepszą opcją.

Pozostałym - po uważaniu, Zawsze może się okazać, że ten hiszpański Dan Brown odpowiada im bardziej, niż oryginalny :).

 

PS. Przy okazji, tytuł oryginału brzmi "La reina oculta" , czyli "Ukryta królowa", co znacznie lepiej pasuje do treści. Zupełnie nie rozumiem potrzeby udziwnienia go za pomocą przetłumaczeniem na "Zamaskowaną królową", królowa z naszej Bruny taka średniawa była IMHO, ale na pewno bardziej "ukryta" niż "zamaskowana".