Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka czyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka czyta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2026

"Tańcząc na prochach zmarłych" Ludwik Lunar

Chłodny, deszczowy Gdańsk. Wiosna spóźnia się w tym roku. Jest dżdżyście, trochę mroźno, pochmurno i ogólnie niesympatycznie.


W Nowym Porcie zostają wyłowione zwłoki młodej kobiety, którą morderca związał i obciążył tak, by uczynić z jej ciała coś w rodzaju makabrycznej boi. Sprawę do rozwiązania dostaje starszy aspirant Edward Sokulski, który podejrzewa, że zwłoki mogą należeć do zaginionej przed niespełna tygodniem osiemnastolatki, która zniknęła bez śladu podczas nocnej imprezy na plaży w Brzeźnie. Edwardowi została co prawda przydzielona tylko sprawa zaginięcia, ale nie potrafi opanować ciekawości, którą wzbudza w nim "Rusałka" i zaczyna wtykać nos tam, gdzie nie powinien.

W dodatku szybko okazuje się, że trudno ustalić tożsamość denatki, a śledczy natrafia na labirynt niedomówień i zaskakujących powiązań... Śledztwo zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wciągając Sokulskiego w historię, która stawia przed nim i jego partnerką Darią Tyszką coraz więcej pytań bez odpowiedzi.

Czy mają do czynienia z seryjnym mordercą?

"Tańcząc na prochach zmarłych” to pierwszy tom cyklu o Edwardzie Sokulskim i Darii Tyszce, a zatem łatwo jest zgadnąć, że bohaterami powieści są starszy aspirant Edward Sokulski, doświadczony policjant, który - po popełnieniu sporego błędu - ostatnimi czasy nie może narzekać na nadmiar powodzenia, a wręcz odwrotnie. Jest na cenzurowanym u przełożonego, który przydziela mu mało znaczące i niespecjalnie efektowne sprawy, a jeszcze gorzej wiedzie mu się w życiu prywatnym - kobieta, z która był związany nie wytrzymuje policyjnego trybu życia (oraz, gdyby ktoś mnie pytał, niebanalnego charakteru Edwarda) i wystawia mu walizki za próg, Sokulski jest bowiem upartym draniem, mającym spore problemy z panowaniem nad nerwami i nie widzącym problemu w łamaniu zasad dla dobra sprawy, które to dobro ocenia według własnych, subiektywnych zasad. Jego partnerką w śledztwie jest Daria Tyszka, która od komendanta dostała pozornie proste zadanie - ma pilnować, by Edward znowu nie zrobił czegoś głupiego. Daria jest młodą, obiecującą i przestrzegającą zasad policjantką, która bardzo szybko awansowała, choć - jak głoszą plotki - nie zawdzięczała tego talentowi i pracowitości, tylko wujkowi, który jest szychą w Komendzie Wojewódzkiej...

Historia przestępstwa sama w sobie jest dość  intrygująca. Mamy zwłoki młodej kobiety, której czasu zgonu nie da się ustalić, ponieważ wszystko wskazuje na to, że morderca je zamroził, i nie w zamrażarce, ale w fachowych warunkach, przy użyciu ciekłego azotu i innych gazów, stosowanych w kriogenice. Mamy zaginioną nastolatkę i pytanie, czy te dwie sprawy coś łączy? Mamy niesubordynowanego śledczego z fatalną opinią i wysoce wyspecjalizowanym policyjnym nosem. Mamy, słowem, spory potencjał w tej opowieści.

Która, niestety, jest też o o kilkadziesiąt (a wręcz kilkaset) stron za długa. Bez mrugnięcia okiem i bez straty dla wątku przestępstwa i prowadzonego śledztwa urwałabym z niej ze dwieście stron. Zbyt wiele jest w niej wątków prowadzących donikąd. Zbyt wielu pobocznych bohaterów, których imiona i nazwiska giną w natłoku informacji, i którzy są, Bogiem a prawdą, zupełnie niepotrzebni. Zdecydowanie zbyt wiele opisów wewnętrznych rozkmin bohatera, które  spokojnie można by wyrzucić praktycznie w całości jako nie tylko nic nie wnoszących do treści, ale tylko jeszcze bardziej spowalniających akcję.

Wszystko to, co powyżej sprawia, że na pewnym etapie lektury słowo  "interesująca" przestaje pasować do tej historii. Jest ok, ale nic poza tym. Nic specjalnego. Nie przy takiej objętości, gdzie większość tekstu to lanie wody do tego stopnia, że po pewnym czasie w moim dość, co będziemy ściemniać, znużonym mózgu pojawiła się myśl, że jedyną zaletą zapoznania się z utworem jest to, że będę mogła zakreślić okienko "Powieść powyżej 600 stron" w Wielkobukowym bingo, a powiedzmy sobie, nie jest to główny, ani nawet poboczny powód, by w ogóle brać się za lekturę.

Akcja powieści została umiejscowiona w Gdańsku, co pozwoliło mi zakreślić kolejne okienko na kolejnej planszy bingo ("Książka, której akcja rozgrywa się w miejscu, które dobrze znasz"). Autor oprowadza czytelnika po mieście tropem bohaterów, i zaprawdę, nie szczędzi przy tym szczegółów. Jest skrupulatny i dokładny, podaje nazwy kolejnych ulic, wymienia charakterystyczne miejsca... Fragmentów typu: "Tory tramwajowe skręciły na rozwidleniu i ciągnęły się dalej Nowotną, a Stryjewskiego przechodziła w wąską dwupasmówkę. Po kilkuset metrach Stryjewskiego przeszła płynnie w ulicę Sówki, a słońce momentalnie jakby zgasło" jest w książce naprawdę sporo, choć- pomijając już fakt, że nie są istotne dla akcji - u niezorientowanego czytelnika mogą wywołać wyłącznie znużenie.

Plus na domiar złego znowu go mamy.

Mamy kolejnego policjanta, który "był popapranym skurwysynem, który nie potrafił żyć", i który "na leżąco dokończył butelkę wódki i rzucił ją na podłogę (...) chciał się upodlić, upić do nieprzytomności i zapomnienia, ale nie chciało mu się sięgać po nową butelkę",  w związku z czym wypija tylko - ekhm - jedną. Rzecz ma miejsce o pierwszej w nocy, po czym dzielny stróż prawa już o dziesiątej rano siada za kółko i rusza w Gdańsk, chociaż - jak łatwo policzyć sobie na ogólnie dostępnej stronce w internecie - ma we krwi taką ilość promili, że powinien siedzieć na tyłku jeszcze pół doby, względnie stracić prawo jazdy przy pierwszej kontroli. Ale nie martw się, o, Czytelniku, nasz orzeł (znaczy, Sokół) nie jest po prostu tępym pijusem, stanowiącym zagrożenie na drodze (opisów jego wyczynów za kierownicą. i to niekoniecznie pod wpływem, jest w powieści kilka), nienienie, to dlatego, że "starał się zapomnieć o codzienności, o tym, czemu ludzie są tak potwornie źli" jak również "sam sobie tłumaczył, że to przez pracę, przez to całe zło, którego chcąc nie chcąc doświadczał każdego dnia. Nie wiedział, czy sam siebie okłamuje, ale tak było mu znacznie łatwiej". Cóż to będzie za ulga dla rodzin osób, które nasz Sokół pozabija, jak pewnego dnia na pełnym wkurwie i pod wpływem wjedzie w jakiś przystanek czy staranuje grupkę przechodniów na przejściu dla pieszych! Zapewne myśl, że uczynił to wrażliwy policjant, nie mogący pogodzić się ze złem tego świata będzie dla nich pociechą.

Dodać wypada, że nasz heros mieszka w domku działkowym po babci po tym, jak ukochana wystawiła go za drzwi, albowiem nie była w stanie znieść jego trybu życia, puszczania się na prawo i lewo (tak, wiem, że w wypadku mężczyzn określa się to inaczej, tym niemniej jest tym właśnie), masywnego zdradzania jej, korzystania z usług prostytutek oraz problemów z kontrolą gniewu, potrafi on  jednakowoż siedzieć w samochodzie pod domem ukochanej i spuścić łomot odwiedzającemu ją mężczyźnie ('Sokół poczuł, jak zaciskają się jego szczęki, a złość powolutku zaczynała wzbierać w jego mięśniach"), o głowę niższemu, drobnemu i w, o bogowie, w KOLOROWYCH UBRANIACH, więc "JAK IGA MOGŁA ZAMIENIĆ GO NA COŚ TAKIEGO!!!".

No, fakt, jak. Niestabilny, nie panujący nad agresją, zarozumiały, lekceważący wszystko, co mu nie pasuje, nie umiejący utrzymać sprzętu w spodniach, zapijaczony typ. Skarb, którego pragnie każda kobieta, co za idiotka z tej Igi.

No po prostu bingo tak bardzo, a to nawet nie jedna czwarta powieści.






Klasyki ciąg dalszy:

- pani obyczajów lżejszych niż ogólnie przyjęte jest dojrzała, by nie rzec - starzejąca się, dosłownie chwieje się nad trumną, wiecie, zmarszczki, obwisy i ostatnie chwile w biznesie rozrywkowym,
- pan policjant, pozostający z panią w kontaktach niekoniecznie służbowych określany jest jako "ten młody policjant", wszak ona "była od niego starsza o dobre pięć lat"
- państwo są w tych kontaktach od "dobrych piętnastu lat", co pozwala nam obliczyć, że młody pan policjant ma minimum czterdziestkę
- a starsza pani - czterdzieści pięć.

I ja powiem jedno.

Autor się sam prosi o tę reckę.

Nieszczęsny.

Naprawdę, naprawdę ciekawa jestem, czy doczekam czasów, w których nasi młodzi (czasem tylko duchem) pisarze kryminałów podźwigną się ze swego zapatrzenia w starych ramoli/młodych czterdziestolatków/apetycznych pięćdziesięciolatków, na których leci, kto żyw, a już na pewno młode i piękne dziewczyny, tak do dwudziestego piątego roku życia max, bo potem to, wiadomo, smuga cienia i zgrzebny całun oraz "to trzydziestka jest, a ja ze starymi babami sypiać nie będę", który to pogląd na życie charakterystyczny jest dla wielu mężczyzn w realu (koszulki dla pań z napisem: "Noś się z pewnością siebie przeciętnego białego czterdziestolatka" z powietrza się nie wzięły) oraz większości polskich autorów kryminałów (chociaż muszę zwrócić honor - nie natknęłam się na zjawisko w żadnej czytanej przeze mnie książce Michała Śmielaka, Marka Stelara i Roberta Małeckiego. No i Piotra Górskiego, ale on to, wiadomo, inna liga), i ja panom nie żałuję, niech się doskonale czują w swoich ciałach, niech promieniują pewnością siebie, niech uprawiają radosny seks, ale NA LITOŚĆ BOSKĄ, może by tak żyć i dać żyć innym? Tym odmiennej płci? I przestać tworzyć takie kocopoły, jak dojrzały mężczyzna podejrzewający, że jego partnerka-policjantka nosi luźne bluzy, żeby, uwaga, ukryć biust. Najwyraźniej na komendach policji w Gdańsku pracują nastolatki w ostrej fazie wieku pokwitania, na miejscu gdańszczan czułabym się zaniepokojona.

No a poza absolutnie nie nadającym się do lubienia głównym bohaterem i główną bohaterką, której też mam to i owo do zarzucenia (to znaczy, nie jej, tylko pomysłowi autora na nią) mamy jeszcze atmosferę ogólnej nieżyczliwości, unoszącą się nad całością jak gęsty dym.

Wiecie, Kochani Czytelnicy, ja zasadniczo od wielu lat jestem świadoma, że żyję w alternatywnej Polsce, w sumie prawie od urodzenia. W moim świecie mam kontakt wyłącznie z wysoce fachową, serdeczną i przemiłą służbą zdrowia, najlepszymi lekarzami, idealnymi pielęgniarkami, a salowe to po prostu miód na serce. Przerażające zjawisko, jakim jest w ogólnym odbiorze lekarka-orzeczniczka ZUS spędziła ze mną dziesięć minut na pobieżnym badaniu i uroczej pogawędce, po której otrzymałam wszystko, czego chciałam. Spotykam na swej drodze wyłącznie pomocnych, uprzejmych i kompetentnych urzędników, po ostatniej wizycie w Urzędzie Skarbowym znalazłam skalę, na której musiałam ocenić pracę zatrudnionych tam osób zdecydowanie niewystarczającą, bo co to jest jakieś "w skali od 1 do 5", skoro oni zasługiwali na dziesiątki, co najmniej. Kurierzy - absolutnie każdej firmy, z Pocztą Polską włącznie - bez proszenia wnoszą mi paczki pod same drzwi, a jeśli nie zastają mnie w domu mówią: "Za dwie godzinki będę tędy wracał, to jeszcze raz zadzwonię". Ba, ja nawet na blogu nie miewam chamskich komentarzy i nie dochowałam się przez 15 lat ani pół hejtera. Znane (podobno) z agresywnego podejścia do nieprzychylnych ukochanej artystce blogerów fanki Ałtorkasi pisały do mnie na priva grzeczne listy, w których próbowały mnie przekonać, że mylę się w ocenie ich idolki i zachęcając do zapoznania się z kolejnymi dziełami jej pióra.

Z tym większym zdziwieniem odbierałam tę... bezinteresownie nieżyczliwą atmosferę i niechętną podejrzliwość, którą promieniowali bohaterowie omawianej tu powieści wobec świata. Tę wrogość, agresję, to zakładanie z góry najgorszej woli u wszystkich, czy byłaby to psycholożka szkolna, czy chory nastolatek, i nie, wykonywany zawód ich nie usprawiedliwia, czytało się liczne kryminały, i promieniowanie na wszystkich lekceważącą pogardą podszytą niechęcią nie jest w nich obowiązkowe, że już nie wspomnę, że w mojej alternatywnej Polsce miałam kontakt z policją jako świadek, i raz, że panowie grzecznie nie przestąpili progu mojego domu, nim się nie wylegitymowali i nie powiedzieli, co ich sprowadza, dwa, że późniejsza rozmowa przebiegała w atmosferze wielkiej kultury i uprzejmości, a na komisariacie, na który zostałam wezwana to już w ogóle cud, że się towarzyskimi pogaduszkami przy herbatce i ciasteczkach nie skończyło. I dlatego tylko kiwałam głową, gdy nasze orły-sokoły po tym, jak zrobiły wejście z buta do domu ciężko doświadczonych i kompletnie niewinnych rodziców chorej na raka dziewczyny, uprzednio zabijając im psa na podwórku, wielce zdegustowani faktem, że rodzice nie palą się do zeznań wyjechali z tekstem: "Możemy wezwać was na komendę, ale tam nie będzie już tak przyjemnie... to będzie czynna napaść na funkcjonariusza", oł, rili, panie Lunar, na tego funkcjonariusza, który się nie przedstawił, nie wylegitymował, nie powiedział, z czym przychodzi oraz nie był umundurowany, za to wbił nieproszony na podwórko i zastrzelił stróżującego psa? No przypuszczam, że wątpię.

Ale wiecie, że nie byłoby mnie tu, gdyby autor po prostu popełnił był powieść z irytującym głównym bohaterem, zbyt szczegółowym spisem gdańskich ulic i nieco rozwlekłą? Wiecie, prawda? Wiecie, że gdyby to było tylko to, to pewnie coś bym tam napisała, oględnie i krótko, uznając, że to są moje prywatne anse, ja mam tak, kto inny ma inaczej, i nie to ładne, co jest ładne, tylko co się komu podoba? Wiecie, że skoro tu jestem i produkuję kolejny w mym życiu wpis na pięć tysięcy znaków to znaczy, że autor naraził mi się w kwestii, na którą jestem szczególnie wrażliwa? I że tą kwestią jest

JĘZYK?

Zarzuciła mu dłonie na jego ramiona i wczepiła się w niego wargami, jakby chciała je odgryźć.
Zdjęcie, które pokazał jej Sokół, wciąż kołatało się w jej umyśle.
Zimny wiatr wstrząsał jego ciałem.
Lekko zmrużył brwi.
Klakson rozdarł powietrze.
Uniósł brwi w pytającym geście.
Pod drzwiami sąsiadów pojawił się jakiś szelest.
Jego oczy rozbiegły się po okolicy, jakby szukały ratunku.
Dostrzegał tu sprzeczne tropy, które prowadziły do zaułków myśli.
Edward rozglądał się kątem oka.
Szeptali do siebie we wschodnim języku
(?!)
Spryskała się ultravioletem - co za szczęście, że jestem perfumomaniaczką, to wydatnie pomogło w zrozumieniu tego zdania.

Mam tego trzy strony w notatniku.

I to nie wszystko, co można znaleźć w powieści, po prostu nie chciało mi się więcej wynotowywać.

I wiecie co, ja się zaczynam czuć jak jakiś dinozaur, który cudem przeżył spotkanie z wiadomą asteroidą i jest najstarszym, czepialskim staruszeczkiem, bo w moich recenzjach maniacko czepiam się (braku) melodii języka i jest to dla mnie istotny element książki, a na to chyba już nikt inny nie zwraca uwagi.

Ale nie wiem, po prostu nie mam pojęcia, jak można zachwycać się książką W CAŁOŚCI (prawie osiem na dziesięć gwiazdek na Lubimyczytac!!!), skoro są w niej - liczne! - zdania typu "zauważył, że pod jej oczami pojawiły się ciemne worki, a skóra na policzkach zwisa wraz z zakrzywionymi w podkówkę ustami" czy "wciąż nie podniósł wzroku z podłogi". Mnie to zakłóca odbiór lektury, czasem nie mogę przez to skupić się na treści. Tym niemniej nie zamierzam przestać się czepiać, sorry. Jeśli ma zostać jedna tylko zgryźliwa blogerka w całym internecie, to będę ja! Jest taki wiersz Wiktora Hugo, którego ostatnia zwrotka brzmi:

Jeśli tysiąc ich będzie, stanę na wezwanie.
Jeśli stu, mój zapał do walki nie zgaśnie!
Będę dziesiątym, jeśli dziesięciu zostanie,
a jeśli jeden tylko - to ja będę właśnie,

i jest to po prostu wiersz o mnie, wiecznej buntowniczce i rewolucjonistce, która nie zamierza sobie odpuścić, w tym konkretnym przypadku - nie zamierza odpuścić w temacie polszczyzny popularnych powieści.

Zwłaszcza, że... dziwaczne i niekoniecznie poprawne zdania to nie wszystko, co tu mamy.


Bo mamy i ulubiony przeze mnie problem ze składnią oraz podmiotami:

W trakcie zmywania naczyń zadzwonił jego telefon.
Miała jeszcze trochę czasu, nim przyjedzie Sokulski, który postanowiła przznaczyć na przepytywanie seksworkerek.


Mamy błędne użycie słów:

Wczoraj widział w niej znacznie więcej poddaństwa czy zachowawczej ostrożności, dziś natomiast w jej spojrzeniu kryło się coś znacznie innego.
Ich twarze wyrażały zimny profesjonalizm, a spojrzenie nakazywało poddaństwo
(czy jest coś nie tak ze słowem "posłuszeństwo"? Wyszło z użycia? Stało się niemodne? Zakazuje go konstytucja albo kodeks karny?)

Prawowici zasługiwali na pomoc, a zbrodniarze na karę. Prawowici? PRAWOWICI??? Serio?

Ślad medialnych donosów. Doprawdy, ktoś powinien uświadomić autorowi różnicę między "donosem" a "doniesieniem".

Patrol zrobił cośtam cośtam - wyjawił policjant (i informuję, że to wyjawienie to był meldunek przełożonemu, a nie szeptanie sobie sekretów na uszko).

Zreferowała Walczakowi arkana swojej współpracy z Sokulskim.
Arkana, drogi autorze, to są szczegóły jakiejś wiedzy dostępne nielicznym, Tyszka referowała SZCZEGÓŁY swojej pracy z Sokulskim, ponieważ dla Walczaka, doświadczonego policjanta, arkana pracy w policji to nie są żadne arkana.

Spojrzał na Edwarda z politowaniem w oczach (musicie uwierzyć mi na słowo, że powinno być "z litością", względnie "ze współczuciem").

Ja pierdolę, warknął niepocieszony Edward, i nie w sensie, że szlochał zrozpaczony i nie dawał się pocieszyć, tylko był po prostu wściekły.


Mamy takie dziwne coś, co sprawiało, że  momentami miałam wrażenie, że książkę pisał cudzoziemiec, który co trudniejsze zdania wrzucał w tłumacza gugle, czyli anglicyzmy/germanizmy w formie czystej:

Kiedy jego spojrzenie wróciło na Sokulskiego, na jego twarzy nie było już drwiącego uśmiechu.
Cytowane już: 'Sokół poczuł, jak zaciskają się jego szczęki, a złość powolutku zaczynała wzbierać w jego mięśniach
Sokulski zmroził ją swoim spojrzeniem.
Czuł, jak z każdą chwilą jego dłonie zaciskają się na kierownicy coraz mocniej, a na jego czole występuje pot.


Mamy, związaną zapewne z jakąś silnie występującą u autora potrzebą uczynienia języka powieści bardziej literackim (Niebieska łuna syren (!!!) przebijała się przez ciemny dym i czerwone języki ognia, sprawiając, że ich cel - gigantyczny, płonący hangar, przyp, moje - niemal nachalnie rzucał się w oczy) i ubarwienia każdej wypowiedzi sporą ilością przymiotników kompletną nieumiejętność opisania stanu psychicznego bohaterów.

Tyszka spojrzała na niego spode łba i na krótką chwilę ją zamurowało. Uśmiechnęła się krzywo i rzuciła mu łobuzerskie spojrzenie (gdzie to, że kogoś zamurowało oznacza, że go zatkało, i to dość znienacka, "spojrzenie spode łba" i "krzywy uśmiech" mają raczej negatywne znaczenie, a "łobuzerskie spojrzenie" - figlarne, i tylko ono pasuje do opisywanej sytuacji).

Podsumowując, mamy zbyt rozwleczony, przegadany, wikłający się w niepotrzebne detale kryminał z nielubialnym, niesympatycznym i niesubordynowanym bohaterem (jedyną osobą, która wzbudziła moją sympatię w tym dziele był przełożony naszego Sokoła, uparcie opisywany jako prostak z nażelowana fryzurą i nadużywający słowa "kur...", a ja sobie myślałam, że gdybym miała takiego podwładnego, samowolnego, niezdyscyplinowanego i opornego, za którego musiałabym nieustannie świecić oczami i bez przerwy wyciągać go z bagna, w które sam wlazł, to "kur..." byłoby najłagodniejszym słowem, które skalałoby ust moich korale), odnoszącym się do innych z wyższością, którego finałowa przemiana niemal w ciało astralne mnie totalnie nie przekonała, z zagadką, która mogłaby być ciekawa, ale utknęła we wspomnianych detalach...

I z polszczyzną, która mnie bolała w mózg.

Aczkolwiek jeśli kogoś tego typu polszczyzna w mózg nie boli, może spróbować sam przeczytać tę powieść, bo - o czym zawsze z naciskiem przypominam - moje zdanie nie jest w najmniejszym stopniu obowiązujące, a cała historia jakiś tam potencjał ma.

Ale ja za kolejną część pary gdańskich detektywów podziękuję.

piątek, 14 listopada 2025

"Długo cię nie było. Wszyscy mamy źle w głowach, tom 5" Martyna Pawłowska-Dymek

Zacznę tę recenzję nietypowo, bo od zacytowania samej siebie.

Recenzując tom trzeci serii "Wszyscy mamy źle w głowach" napisałam:

"Pisanie opinii/recenzji tomu trzeciego historii, która konsekwentnie prowadzona jest od tomu pierwszego i stanowi logiczny ciąg dalszy wcześniej opisanych wydarzeń jest dość trudna. Po pierwsze dlatego, że nie ma sensu zachęcać nikogo do przeczytania tego tomu - tę serię BEZWZGLĘDNIE należy czytać w kolejności. Tak więc ci, którzy jej nie znają powinni zacząć od tomu pierwszego (do czego zachęcam, nawet jeśli komuś się wydaje, że nie jest tzw. targetem, można się miło zdziwić), ci, którzy czytali i polubili i tak sięgną po tom kolejny, (i po kolejny), a ci, co czytali i nie polubili do tomu trzeciego nawet nie dotrą".

Podtrzymuję to, co napisałam.

Tom piąty (podzielony na dwie części, ale, jak sądzę, podział ten wynikał wyłącznie z powodów technicznych)  „Długo cię nie było” stanowi zakończenie serii „Wszyscy mamy źle w głowach” i jest nie tylko kulminacją dotychczasowych wątków, ale też (niezwykle) emocjonalnym podsumowaniem losów bohaterów, których czytelnicy zdążyli poznać i polubić (a jeśli nie polubić, to chociaż  zrozumieć) w trakcie lektury tomów poprzednich, zaś Martyna Pawłowska-Dymek po raz kolejny udowodniła, że potrafi stworzyć głęboką i psychologicznie bardzo wiarygodną opowieść o młodzieży, niosącą uniwersalne przesłania dotyczące przyjaźni, miłości, międzyludzkich relacji i poszukiwania w tym chaosie zwanym okresem dojrzewania samego siebie.

W centrum wydarzeń w tomie ostatnim pozostają Kaśka i Jakub, ich  związek dojrzewa, i wydaje się, że tych dwoje wreszcie będzie miało szansę... odpocząć, że tak to ujmę, od burz i naporów, we własnym świecie, w którym miłość może być bezpieczna i stabilna. Ale oczywiście tak się do końca stać nie może, zwłaszcza, że Kasia i Jakub nie przebywają na bezludnej wyspie. I tak muszą stawić czoła bardzo... brzydkim intrygom Adama, który obwinia ich za swoje niepowodzenia i planuje zemstę. Ponadto Jakub martwi się też sytuacją w Szatni, wiele bowiem wskazuje na to, że pozostali członkowie kapeli uknuli coś w tajemnicy przed nim. Zuza odkrywa, że Elsa od dawna ją okłamywała, postanawia więc uwolnić się spod jej wpływu, zdać do następnej klasy i wreszcie poważnie zająć się pisaniem. We wszystkim tym wspiera ją, jak zawsze, nasz chodzący wulkan energii i dobrej woli, czyli Kaśka, czy jednak nie jest za późno na poprawienie ocen? A profesor Roszkowa nie przeszła od zeszłego tomu cudownej wewnętrznej przemiany i niczego nie ułatwia...

Zaś w finale tomu ostatniego uczniów klasy 2B czeka najtrudniejsze w ich życiu wyzwanie, o wiele bardziej dramatyczne niż wszystko, co spotkało ich do tej pory (a, jak pamiętamy, życie niektórych nie oszczędzało)...

Nadal za największą siłę tej serii uznaję jej bohaterów, a teraz w dodatku z czystym sumieniem powiedzieć mogę, że są to bohaterowie bardzo konsekwentnie prowadzeni od tomu pierwszego do ostatniego, dojrzewający, rozwijający się, niektórzy mądrzejący, a niektórzy nie ;), ale zawsze – wielowymiarowi, wiarygodni, realistyczni, pełni sprzeczności. Nie będę pisać, który moim zdaniem najbardziej wyróżnia się na tle innych, bo, podejrzewam, każdy ma swojego ulubieńca i/lub ulubienicę, kogoś, z kim się najbardziej identyfikuje i czyje pobudki najlepiej rozumie. Napiszę tylko, że jest z kogo wybierać, ponieważ - powtórzę się, ale szczerych pochwał nigdy dość - to bardzo sprawnie i wiarygodnie wykreowane postacie, w każdą bez wyjątku się wierzy.

O stylu autorki już się wypowiadałam, zdania nie zmieniłam, bo też i nie było powodu, by je zmieniać, co z wielką przyjemnością zauważam. Martyna Pawłowska-Dymek potrafi pisać o sprawach trudnych - o presji, rówieśniczej i nie tylko, lęku, zawiedzionym zaufaniu, zdradzie i samotności - w sposób przystępny, a jednocześnie niebanalny, nigdy nie przekraczając cieniutkiej granicy między... jak by to ująć... autentycznym młodzieżowym językiem, bardzo naturalnie wypadającym w dialogach, a literacką kreacją. 

O finale pisać jest bardzo trudno nie unikając przy tym spoilerów, więc napiszę tylko, że był niebywale emocjonalny, trudny i bolesny, i baaaaaardzo odległy nie tylko od cukierkowego, ale w sumie od... no, cóż, każdego happy endu. Łatwy to on nie jest, o nie, autorka nie rozwiązuje wszystkich spraw jednoznacznie, pozostawiając malutką furteczkę na domysły, cóż też się dalej stanie, bo że się stanie to wiadomo, a samo zakończenie otwarte jest na interpretacje.

Wiele razy w poprzednich moich recenzjach podkreślałam, że nie jestem targetem i oceniam tę serię jako osoba, która z niejednego literackiego pieca chleb jadła, niejedno widziała, niejedno przeczytała, nad niejednym śmiała się i płakała, i popadała w zamyślenie..

Wyobrażam sobie, że target może odbierać rzecz zupełnie inaczej.

Ale trochę mu zazdroszczę, temu targetowi, że ma tego typu serię młodzieżową pod ręką, nic, tylko sięgać i czytać.

Nie wiem, czy jest to seria, której ja akurat bardzo potrzebowałam, będąc nastolatką... nieprawda, wiem, są elementy, których bardzo potrzebowałam, są też takie, których bym wtedy nie doceniła nawet literacko, tak bardzo były mi obce... ale na pewno są osoby, które jej potrzebowały. W całości.

A teraz target ją ma.

No zazdroszczę mu, naprawdę :).


sobota, 26 kwietnia 2025

"Nasza część nocy" Mariana Enriquez

Argentyna. Na ulicach uzbrojeni po zęby żołnierze, wszelkie drogi w kraju strzeżone, mysz się nie prześlizgnie, a w powietrzu unosi się nieustannie wyczuwalna groza, ogarniająca cały świat ponurym, mrocznym oparem. Jest końcówka lat 70-tych, w kraju rządzi krwawa junta, jesteśmy w środku "brudnej wojny" -  brutalnego przewrotu wojskowego, który na kilka lat rozpętał w Argentynie piekło i spowodował śmierć tysięcy ludzi. Juan, młody ojciec, ucieka. Ma ze sobą synka, sześcioletniego Gaspara, którego matka zginęła w tajemniczych okolicznościach. Juan z synem zamierzają przedostać się z Buenos Aires do północnej granicy kraju z Brazylią, a my czytamy o tym ze ściśniętym sercem, bo jak można uciec przed juntą w kraju, w którym ta sprawuje władzę absolutną?

Tymczasem dosyć szybko okazuje się, że to nie przed juntą ucieka Juan, i nie przed nią chce ukryć swojego synka.

Kojarzycie te (co będziemy ściemniać, raczej schematyczne) liczne horrory, w których Przedstawiciela Tajemnego Kultu, Najlepiej Szatana spotykają się w Mrocznych Kazamatach, aby, spowici w Powłóczyste Szaty (lub też Nadzy, zwłaszcza, jeśli są Młodzi i Powabni, a już zupełnie zwłaszcza, jeśli są Młodymi Kobietami) wznosić Posępne Modły, by ostatecznie popaść w Orgiastyczny Szał, a wszystko to pod przywództwem Arcykapłana, składającego Krwawe Ofiary i zawodzącego Hymny do Sił Ciemności?

A wszystko to na pełnym luzie i bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu, można by rzec lekko, łatwo i przyjemnie, nie płacąc za to, nie ponosząc kary i bez żadnych znamion emocjonalnego czy też duchowego wyczerpania?

Oto w "Naszej Części Nocy" mamy szansę poznać temat od drugiej strony, od strony właśnie tego kapłana (i jego rodziny).

I odkryć (nie, żeby ze szczególnym zdumieniem, jak mniemam), że nic tu nie będzie łatwe, lekkie i przyjemne.

Przedstawicielami Tajemnego Kultu, spowitymi w Powłóczyste Peleryny (a czasem Zupełnie Pozbawieni Odzieży) są tu członkowie zamożnych argentyńskich rodów plantatorów yerba mate, przy czym słowo "zamożne" jest tu skandalicznym niedomówieniem. Oni są bogaci, obrzydliwie, niewyobrażalnie bogaci, mają wszystko, co da się kupić za pieniądze, i apetyt na więcej. No bo skoro są tacy bogaci, skoro mają wszystko, to czemuż mieliby się tym wszystkim cieszyć jakieś śmieszne, powiedzmy osiemdziesiąt lat? "Osiemset" brzmi o wiele lepiej! A "wiecznie" jest w ogóle mega. No bo czemu nie? Są prawymi obywatelami, posiadaczami ziemskimi, powszechnie szanowanymi, i cóż, że w  przerwach od rodzinnych spotkań i bratania się z panującą w kraju dyktaturą będącymi członkami tajnego stowarzyszenia, które przy pomocy zakazanych i niebezpiecznych rytuałów kontaktuje się z Ciemnością? Co kogo może obchodzić, że co jakiś czas z całą rodziną (i przyjaciółmi) biorą udział w mrocznych ceremoniach, podczas których wybrane medium łączy się z Zaświatami, przyjmuje w siebie demoniczną obecność i obdarza zebranych różnymi “darami", z których  wieczne życie jest tym najbardziej pożądanym? A by zyskać nieśmiertelność, członkowie Zakonu, rządzonego przez krewnych matki Gaspara, nie cofną się przed niczym. Ich starania sięgają setki lat wstecz, odkąd wieść o Ciemności przewędrowała z Afryki, przez Anglię, do Argentyny.

Oczywiście kontakt z zaświatami jest jednak przywilejem tylko dla bardzo nielicznych, szczególnie uprzywilejowanych jednostek, i, niestety, niestety, wymaga "wspomagaczy". Stowarzyszenie od dziesięcioleci pracuje nad znalezieniem najlepszego wspomagacza, prowadząc eksperymenty na ludziach, porywając dzieci, by czerpać z nich energię (a że wiele z nich - o ile nie wszystkie - umrą w straszliwy sposób? Jest to poświęcenie, na które członkowie Tajnego Zgormadzenia są gotowi), aż wreszcie - wykorzystując niezwykle rzadko rodzące się osoby, będące naturalnym medium. Chcąc prowadzić swoje magiczne eksperymenty Zgromadzenie musi za wszelką cenę dopilnować, by medium było wciąż do dyspozycji. Oczywiście - żeby to było jasne - mimo chwilowej władzy nad zebranymi, mimo demonicznych, magicznych mocy tak naprawdę medium jest tylko narzędziem, które nie ma prawa protestować czy wypowiadać się w swoim imieniu, o odmowie świadczenia usług nie wspominając, i to narzędziem eksploatowanym do granic możliwości i ludzkich sił, bowiem każdy seans skrajnie je wyczerpuje i zagraża jego życiu.

Juan jest takim medium. Jednym z potężniejszych - o ile nie najpotężniejszym - jakie się naszej uroczej rodzinie plantatorów udało znaleźć (a poszukiwania uskuteczniali na naprawdę potężną skalę).

Każde medium jednakowoż w końcu umiera. W wypadku Juana każdy kolejny seans to jak chodzenie na nici pajęczej - jest on bowiem nieuleczalnie, bardzo ciężko chory na serce.

No, ale w sumie nie szkodzi, wiadomo, zużyte narzędzie trzeba wymienić na nowe, a Juan, o, Juan przecież ma syna!

Czyż nie jest prawdopodobne, że przekazał swe moce Gasparowi, i gdy podczas którejś z ceremonii jego chore serce wreszcie odmówi pracy Zgromadzenie będzie miało pod ręką następcę, który będzie mógł przejąć służbę po ojcu?

Dlatego Juan ucieka.

Bo on, jego żona i Gaspar chcieli być po prostu zwykłą argentyńską rodziną. Chcieli wieść jak najnormalniejsze życie, jak najdalej od mrocznego kultu, którego są częścią, jak najdalej od bezwzględnej rodziny.

A teraz chce uchronić syna przed swoim własnym losem i podejmuje wszelkie starania - w tym też takie, które wydają się złe, brutalne, które są - zwłaszcza dla Gaspara, dziecka, potem nastolatka - kompletnie niezrozumiałe -, by chłopiec “zniknął” z radarów kultu, żeby uznany został za zwykłego, pozbawionego metafizycznych umiejętności człowieka, żeby go "uniewidzialnić", obudować murem, otulić mgłą, uczynić nieznajdywalnym dla zdolnych do wszystkiego, bezwzględnych i dysponujących nieograniczonymi środkami członkami Zgromadzenia.

Przed Mrokiem nie da się jednak uciekać bez końca, i Gaspar zostaje w końcu odnaleziony i sprowadzony na rodzinną plantację.

Czy zastąpi ojca i zostanie Przewodnikiem podczas kolejnego misterium? Czy okaże się medium równie potężnym jak Juan, i pomoże bardzo już starym - z zatem mocno zdeterminowanym - członkom Zgromadzenia odnaleźć tajemnicę wiecznego życia? Czy krzywdy wyrządzone jego rodzinie i przyjaciołom zostaną pomszczone?

 
 

"Nasza część nocy"to książka, o której naprawdę trudno powiedzieć... coś rzeczowego. Mówiąc szczerze jest tak jakby kilkoma książkami w jednej - a każda z nich dobra. Już po ukończeniu lektury odkryłam ze zdumieniem, że klasyfikuje się ją jako horror, tymczasem dla mnie była to powieść (no, dobra, niech będzie że dramat) obyczajowa z elementami realizmu magicznego (z tym, że na sterydach).

Autorka w sposób absolutnie doskonały panuje nad opowiadaną historią - czytając, odnosi się wrażenie, że powieść tak naprawdę składa się z wielu różnych historii, które z początku wcale nie wydają się powiązane, więcej, niektóre wyglądają na dodane bez sensu, niektóre wzięte nie wiadomo skąd, niektóre zbędne, część przegadana. Wchodzimy w opowiadaną historię i w życie postaci nagle, bez żadnego wprowadzenia, poznajemy je na wyrywki, oglądamy z różnych perspektyw, skaczemy bez ładu i składu po różnych latach i miejscach, i w sumie, trochę (a czasem bardzo) pogubieni nie wiemy, dokąd nas ta podróż prowadzi.

By pod koniec odkryć, że nic w opowiadanej historii nie było przypadkowe, nic nie było "po nic", że każda cząstka opowieści, każda postać, nawet najbardziej, zdawałoby się, marginalna, każdy wątek był po coś, miał swoją przyczynę, swój sens i swój powód, by zaistnieć, że coś uzupełnia, dopowiada, że każdy jest jak puzzel, niezbędny, by ujrzeć cały obraz.

To jest powieść dość mroczna, jest w niej smutek, utrata, jest brutalność  i okrucieństwo, niesprawiedliwość i bezsilność. A gdyby skupić się na głównym wątku, to jest to chyba przede wszystkim historia niezwykle trudnej relacji Juana i jego syna, człowieka złamanego nagłą, tragiczną śmiercią żony i żyjącego ze świadomością, że jest przekleństwem dla własnego dziecka, które już w chwili narodzin skazał na podążanie tą samą ścieżką co on. Wszystko zaś w cieniu okrutnych czasów, w których przyszło żyć naszym bohaterom, i historii, która niby walec przetaczała się po losach argentyńskich rodzin.

Więc, tak, „Nasza część nocy” to jest powieść mroczna i trudna. Ale pozostawia po sobie uczucie literackiego spełnienia - a to nie tak częste, jak można by oczekiwać, za to po prostu bezcenne doznanie. To historia, która wymyka się sztywnym ramom gatunku, w ogóle przypisanie tej powieści do tylko jednego gatunku to jak odebranie jej części tożsamości, bo jej po prostu wpasować się nigdzie nie da. To nie jest tylko horror - uważam wręcz, że zaklasyfikowanie jej jako horroru to w pewnym sensie degradacja - , ale też trochę horrorem jest. To nie jest tylko powieść obyczajowa. To nie jest tylko dramat. To nie jest tylko realizm magiczny (na sterydach). To opowieść magnetyczna, różnorodna i pewnie (NA PEWNO) nie dla każdego. Wspaniale napisana i równie świetnie przetłumaczona przez Katarzynę Okrasko i Martę Jordan, momentami wręcz poetycka, choć jednocześnie przecież i mroczna, i brudna, i bardzo brutalna.

Plus - zakończenie!!! Jakże często wadą horrorów albo thrillerów (lub też książek, które są za horrory uważane) jest byle jakie, rozmywające napięcie, niedopracowane, wydumane lub kompletnie niewiarygodne, rozczarowujące zakończenie. Jest rzeczą niebywale satysfakcjonującą przeczytać horror (vel opowieść obyczajową z elementami realizmu magicznego), którego zakończenie jest spójne, wiarygodne i logicznie umocowane w treści.

Zupełnie nie rozumiem, czemu piszę o "Naszej części nocy" dopiero teraz.

Chyba dlatego, że lepiej późno niż wcale.

piątek, 21 lutego 2025

Serialu odcinek kolejny, czyli "Ciotka Zgryzotka" Małgorzata Musierowicz

Od pewnego czasu zastanawiam się, do kogo kierowane są ostatnie książki Małgorzaty Musierowicz i wychodzi mi, że co prawda autorka twierdzi, że jej "targetem" są nastolatki, ale tak naprawdę są to czytelniczki 30, 40 oraz 50+, te, które zaczynały swoją przygodę z Jeżycjadą lata temu i teraz traktują Borejków jak starych znajomych, do których się wpada w odwiedziny, by pogadać o starych, dobrych czasach. Ci znajomi się zmienili, a czasem bardzo brzydko zestarzeli, ale albo się tego nie widzi (bo to przecież ulubieni znajomi), albo im wybacza (bo to przecież ulubieni znajomi), albo się cierpi, lecz czyta (bo to ta nasza młodość).

W nowych, zwłaszcza młodych czytelników trudno mi uwierzyć z dwóch powodów - po pierwsze mniej więcej do tomu siódmego ("Noelka") Jeżycjadę można było czytać nie po kolei - wiem, bo sama tak ją czytałam. Każdy tom miał jedną, konkretną bohaterkę, dobrze opisaną i osadzoną w równie dobrze opisanych realiach, kogoś, z kim można było się identyfikować (lub nie), której pobudki się (chociaż w minimalnym stopniu) rozumiało, i opowieść o której zamykała się w jednym tomie. Owszem, pojawiali się tu i ówdzie bohaterowie tomów poprzednich, ale w niczym nie utrudniało to zorientowania się w historii konkretnej części sagi. Tomy 8-12 od biedy również można było tak czytać, chociaż obecność Borejków stawała się coraz bardziej dominująca. Od tomu 13 (z pominięciem "Kalamburki") saga zmieniła się w telenowelę (są tomy, które kończą się określonego dnia, powiedzmy 30 czerwca, a akcja tomu następnego zaczyna się 1 lipca). Młoda czytelniczka, która zainteresowana tytułem sięgnie po "Zgryzotkę"




nie zrozumie z niej nic, zwłaszcza, że autorka potrafi robić nawiązania do poprzednich części w rodzaju: "XY, podrapany po przedzieraniu się przez pamiętne jeżyny" (które to pamiętne jeżyny dla nawet dla czytelnika znającego Jeżycjadę czasem bynajmniej pamiętne nie są, osobie, która poprzedniego tomu nie czytała nie mówią nic zgoła).

Telenowela to, wiadomo, telenowela, trzeba czytelnikowi opowiedzieć, co się działo wcześniej, bo może przeoczył, więc ostatnie tomy ("Zgryzotka" nie jest tu wyjątkiem) puchną od maili i opowieści, streszczających wcześniejszą akcję. Tytuły mają coraz mniej wspólnego z książkami, których dotyczą (ach, gdzie są czasy błyskotliwych, inteligentnych tytułów w rodzaju "Opium w rosole" czy "Kwiat kalafiora"!!!), a nastoletnie bohaterki stają się coraz mniej istotne, bowiem ich pojawienie się jest jedynie pretekstem do odwiedzin u Borejków.

I to drugi powód, dla którego nie bardzo wierzę w nastoletnią czytelniczkę*, która przeczyta ten tom Jeżycjady, zachwyci się i runie, by poznać resztę, jak ja swego czasu, pacholęciem będąc, runęłam po zapoznaniu się z "Kwiatem kalafiora" (tak, nie zaczynałam prawilnie od pierwszego tomu). Oto w "Zgryzotce" mamy Norę, dziewczyna przedstawiona jest jako córka Patrycji i Floriana Górskich (kto to w ogóle jest?), przebywającej pod koniec wakacji u ciotki w "osławionej Ruince" (dlaczego osławionej?!), która to ciotka cierpi na zaawansowaną logoreę i wyrzuca z siebie w tempie karabinu maszynowego teksty typu: "Dorota piecze pilnie co drugi dzień, obawiam się, że Józinek zacznie tyć zaraz po ślubie i zgrabny junak, którego tak zdrowo żywiłam i tak starannie hodowałam, zamieni się w jednego z tych zapyziałych mężusiów o zatartych rysach twarzy i oczkach jak dwie porzeczki. Plus oponka. (...) Mojemu Markowi jak zwykle nie udało się wyrwać z kliniki. Niewdzięczna ludzkość uparcie zapada na zdrowiu jak zwykle wtedy, gdy pan ordynator ma jechać na zasłużony urlop".

I oto ja wiem, kto to jest Patrycja i Florian, Dorota i Józinek, Ida i "jej Marek", wątpię atoli, by połapała się w (zbyt) licznych i - z jej punktu widzenia - przypadkowo wymienianych imionach nie zaprawiona w bojach jeżycjadowych młoda czytelniczka. A jesteśmy dopiero na dwudziestej stronie.

Potem jest niewiele lepiej. Ida rozwija swoją logoreę także na piśmie, bo jakoś trzeba streścić poprzednie tomy i to, co się między nimi działo, bohaterów robi się coraz więcej, coraz więcej, bo to i rodzice Nory, i ciotunie, dziadkowie, kuzyni, żony i narzeczone kuzynów, a wszyscy...

...a wszyscy STARSI od rówieśniczek podobno docelowego targetu o od ośmiu (kuzyn Ignacy) do sześćdziesięciu siedmiu (dziadzio) lat, i wszyscy otrzymują znacznie więcej miejsca dla siebie niż nastoletnia bohaterka. Ba! Ona nawet tytułu własnego nie dostaje, bo ciotką Zgryzotką nazywają wszyscy (bezsensownie, bo jakież ona ma zgryzoty?) Idę de domo, oczywiście, Borejko. Jeżeli jesteście w stanie wyobrazić sobie nastolatkę, entuzjastycznie odnoszącą się do powieści, w której co najmniej równie dużo, a prawdopodobnie więcej niż o nastoletniej bohaterce dowiadujemy się o jej mamusi i tatusiu, o dziadziu nie wspominając, to gratuluję wyobraźni. Szczerze. Ja nie potrafię.

A w "Ciotce Zgryzotce" mamy i zaręczyny kuzyna, i narodziny dziecka drugiego kuzyna, i przygotowywanie wesela, i samo wesele, i zagubienie dziadzia w lesie, i rozmowy dziadzia, babci i mamusi Nory o literaturze (Nora w nich nie uczestniczy, ba, w ogóle jej wtedy nie ma w domu), i wewnętrzne rozważania mamusi Nory, i maile, dużo maili cioć Nory, i gdzieś tam, na uboczu, samą Norę wraz z jej nieszczególnie przekonującą i pozbawioną już nie ognia, ale ogieńka, historię jeszcze-nie-romantyczną. Jak na powieść dla nastolatek IMHO przymało.

O, zdaje się, że sama sobie odpowiedziałam na własne pytanie. Książki Małgorzaty Musierowicz są dla wiernych wielbicielek, którym nie przeszkadza przeistoczenie się ich ulubionego cyklu w brazylijską telenowelę. Dla tych, które po prostu wpadają do Borejków z wizytą. Niektóre wyjdą z tej wizyty zachwycone i ogrzane borejkowskim "ciepełkiem" i wspomnieniami, niektóre się wynudzą, niektóre zadumają się, jak bardzo Borejkowie się zmienili, niektóre boleśnie rozczarują, niektóre przeczytają, bo czemu nie, ale ucieszą się, że rzecz wypożyczyły i nie wydały na nią pieniędzy, bo już nie chcą (z wielu powodów) mieć kolejnych tomów na półce.

Nikomu innemu nie polecam "Ciotki Zgryzotki" nie dlatego, że jest to pozycja nieszczególnie porywająca/ zła/ nudna/ literacko beznadziejna (niepotrzebne skreślić), tylko dlatego, że nie ma sensu, by czytał ją ktokolwiek inny.

No, chyba, że miałby sporo czasu, żadnych innych książek pod ręką i byłby ciekaw, czy nie przesadziłam i czy coś zrozumie z telenoweli, zapoznając się z jej ostatnim (chwilowo) odcinkiem.




*mam na myśli czytelniczkę, dla której "Zgryzotka byłaby pierwszym spotkaniem z Jeżycjadą, w taką, która zna to uniwersum i je lubi owszem, z niejakim trudem, ale wierzę.


piątek, 31 stycznia 2025

"Fresk" Magda Szabó

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze brałam udział w internetowych dyskusjach natrafiłam na zażartą wymianę zdań na temat jakiegoś konkursu literackiego. Prezentowane w konkursie pozycje miały spełniać liczne wymagania, których nie pamiętam, poza tym jednym jedynym - książka miała być jednotomowa, zaś tom miał się zamknąć w 250-270 stronach, ale na pewno nie mógł przekraczać stron  trzystu (to znaczy, wymagania podawały ilość arkuszy druku, ale w przeliczeniu wychodziło właśnie trochę mniej niż 300 stron).

Mujeju, co się w tej dyskusji działo!!! Ale jak to tak, jeden tom. Ale że czemu maksymalnie trzysta stron. No tak przecież niedasie, absolutnie niedasie, trzysta stron na zarys fabuły, wprowadzenie, prezentowanie bohaterów i jakąś akcję jeszcze?! Ęposibl! Pięćset to absolutne minimum! No, czterysta, jak się wyrzuci opisy przyrody oraz wnętrz. Ale poniżej - no, sorry, nie, co za durny konkurs, przecież na tych 270 stronach nijak nie da się zbudować napięcia!!! No i podajcie CHOCIAŻ JEDEN PRZYKŁAD pełnokrwistej, trzymającej za gardło powieści, która ma 250 stron, przecież takich nie ma!

Zawsze, gdy natrafiam gdzieś na odpryski podobnych opinii myślę sobie o Magdzie Szabó i stojących na moich półkach cieniutkich książeczkach jej autorstwa (a tylko dwie z siedmiu nie miałyby szansy zakwalifikować się na powyższy konkurs ze względu na przekroczenie wymaganej objętości). O książeczkach napakowanych, kipiących, przelewających się chwytającymi za gardło emocjami.

Chociaż są cieniutkie.

I nie mają obrazków.

A bywa, że i dialogów.

Jak chociażby



Konstrukcja " Fresku " osnuta jest wokół pogrzebu. Po wielu latach spędzonych w zakładzie dla osób chorych psychicznie umiera Edit, żona kalwińskiego pastora, od dawna chorująca na schizofrenię. Na pogrzeb zjeżdża cała rodzina, także ta, której nie chciałoby się widzieć na oczy, ale tego absolutnie powiedzieć na głos nie można, bo jakże to, pastor, wzór dla wiernych, moralny drogowskaz, co by ludzie powiedzieli, to mała miejscowość, wszyscy się tu znają, dniem i nocą śledzą człowieka dziesiątki oczu, więc trudno, zaciśnie się zęby i jakoś zniesie przez te dwa dni matkę zmarłej, i może nawet Annuskę...

A, nie. 

Annuski nie.

Annuska jest zakała rodziny. Czarną owcą. Nie mówimy o niej. Nie wymawiamy nawet jej imienia, niech będzie przeklęta. Sprzeniewierzyła się. Okazała nieposłuszeństwo. Przeciwstawiła się własnemu ojcu, a więc i Bogu ("Jak dobrze, że jedno z nich zostanie potępione, drugie zaś zbawione; nawet zbawienia nie można by znieść razem z Annuską”). Zeszła na złą drogę. Nigdy nie poprosiła o wybaczenie („Ani kąska dla Annuski przy jego stole, dopóki się nie upokorzy przed Bogiem i przed nim”)! Ale przecież Annuska dziewięć lat wcześniej uciekła z domu, nie pisała, owszem, wie o śmierci matki, wypadało ją powiadomić (no bo co ludzie powiedzą!), ale  jej ponowne pojawienie się zdaje się być nieprawdopodobne, przecież chyba by się nie odważyła?

Annuska się odważa. A jej przyjazd doprowadza do wyciągnięcia z rodzinnych szaf wszystkich, nader licznych i nie tak bardzo rozsypujących się w proszek szkieletów .

„Fresk” jest prozatorskim debiutem Magdy Szabó, nosi też wyraźne ślady typowego dla niej, literackiego stylu, tego autorskiego DNA, dla którego charakterystyczne pozostają subtelnie, między wierszami, delikatnymi muśnięciami słowa przedstawiona beznadziejna szarość komunizmu, odległy od małego, dusznego miasteczka Budapeszt i dopełniające się opowieści osób dźwigających rodzinne tajemnice. Czytelnik zostaje wrzucony w sam środek akcji bez uprzedzenia, tak, jakby sam był członkiem rodziny przyjeżdżającym na pogrzeb i sam z siebie, bez żadnego tłumaczenia wiedział, kto to jest Arpad, a kto Rosie, i o jaką łyżeczkę może się upominać Annuska, o ile ośmieli się przyjechać. Fascynujące jest, że pod koniec powieści czytelnik rzeczywiście to wszystko wie. Na pozór bez żadnych autorskich zabiegów, bez żadnego wyjaśniania, bez jednej osoby, która drugiej osobie opowiada o trzeciej osobie, który to zabieg znajduję nader powszechnym w jakże licznych współczesnych bestsellerach.

Oraz czy użyłam słowa "akcja"? Cofam je, akcji tu właściwie nie ma, gdyby się troszkę uprzeć można by uznać, że Magda Szabó we "Fresku" przestrzegała z żelazną konsekwencją zasady trzech jedności, całość powieści rozgrywa się w ciągu dwóch dni, w tym samym miejscu, w zamkniętym gronie kilku osób, a przecież ma się wrażenie, że przed oczami czytelnika została z rozmachem namalowana panorama losów całej rodziny, całego miasteczka, a wszystko to na tle losów całego kraju, Śmierć matki Annuski to tylko pretekst do opowiedzenia wielowymiarowej historii o destrukcji rodziny, która we „Fresku” chyli się ku upadkowi. W tej powieści nic nie dzieje się bez przyczyny, nie ma nawet jednej zbędnej osoby, każda jest po coś, każda jest soczewką, przez którą - pod różnymi kątami, z różnych perspektyw i w różnym świetle - możemy obserwować powolny rozpad rodziny, w której głęboko konserwatywny ojciec (żadnych prezentów, ani na Gwiazdkę - cieszymy się, że Pan się narodził, czy to mało?, - ani na urodziny. Żadnych obrazów na ścianach. Żadnych ładnych przedmiotów, przedmioty mają być użyteczne. Żadnych zbytków, dlaczego nakryłaś na porcelanie do obiadu przed pogrzebem matki, czyżby stało się coś szczególnego? Żadnej choinki, to takie katolickie) potrafi zdominować cudze życie, aż wreszcie doprowadzić ją do rozsypki.

Magda Szabó jest wybitną portrecistką. Wszystko jest istotne w malowanych przez nią portretach -  najdrobniejsze gesty, spojrzenia, najmniej pozornie znaczące słowo, a nawet milczenie. Doskonały jest chwyt autorki, aby narrację po kolei prowadził ze swego punktu widzenia każdy z członków rodziny (oraz kilku osób pobocznych, a w życiu rodziny nieustannie obecnych). I tak okazuje się, że każdy ma naprawdę złe, a zazwyczaj także całkiem mylne zdanie o pozostałych. Inaczej widzi dokładnie te same wydarzenia, inaczej działa jego pamięć, jak na dłoni widać, jak się okłamuje, jak usprawiedliwia, jak się rozgrzesza, obwiniając innych o wszystko złe, co go spotkało.

Uwielbiam to w powieściach Szabo. Niby nic się w nich nie dzieje - a jednak dzieje się mnóstwo. Niby powinien się człowiek nudzić - a nie nudzi się wcale. Niby powinien się gubić w natłoku  obco brzmiących imion (ach, ten węgierski zwyczaj podawania najpierw nazwiska, potem imienia, jakże go wielbię i jak wiele literackich chwil zawieszenia mu zawdzięczam :D!) - a się nie gubi. Idzie za autorką tam, gdzie ta zechce go poprowadzić, poprzez ten duszny świat, w którym pod pozorami pobożnego, skromnego życia buzuje nienawiść, w którym bicie dzieci i wszelka przemoc psychiczna są na porządku dziennym, a nie kochający się ludzie ukrywają swój brak miłości pod przeróżnymi maskami... by odkryć, że to, co brał za pewnik pewnikiem bynajmniej nie jest, a na koniec zostać z pytaniami, na które nie dostaje jasnej odpowiedzi i odpowiedziami, które musi sam sobie ułożyć w głowie (jak na przykład - czy i do jakiego stopnia za stan zmarłej pastorowej, którą "dziewiętnastoletnią (...) jeszcze w dniu ślubu trzeba było wybić, żeby poszła do urzędu stanu cywilnego” odpowiadało życie, do którego ją zmuszono, z fanatycznym, niezdolnym do kompromisu mężem, w domu pozbawionym miłości? Czy naprawdę była tak chora, czy dopiero stała się chora?).

Doskonała powieść, prawdziwa literatura, która broni się z każdej możliwej strony, i której siły oddziaływania nic nie jest w stanie osłabić.

sobota, 28 grudnia 2024

"Boska proporcja" Piotr Borlik

niedziela, 24 listopada 2024

"Zabij mnie, tato" Stefan Darda

A kto tu przyszedł? Pani maruda, niszczycielka dobrej zabawy, pogromczyni uśmiechów dzieci...!

...czyli znowu przeczytałam książkę z oszałamiającą ilością gwiazdek (na Lubimyczytać - 7,2 na 10, Nakanapie - aż 8 na 10), poczułam wewnętrzną potrzebę, by się z tą wywindowaną (moim zdaniem) oceną pokłócić, i do was z tym przychodzę.

A już zwłaszcza dlatego przychodzę, że przeczytałam tę książkę TAKŻE z powodu gwiazdek (cóż chcecie, jestem stara, ale wciąż pełna naiwnej ufności niczym to bezbronne dziecię) i doznałam (kolejnego) rozczarowania - nie wykluczam, że po jeszcze kilku podobnych doświadczeniach moja pacholęca ufność w końcu ulegnie ostatecznemu uwiądowi.


 
"Zabij mnie, tato" - zapowiada szumnie wydawca - to powieść trzymająca czytelnika w niepewności od pierwszej do ostatniej strony. Stefan Darda umiejętnie buduje napięcie i kreśli psychologiczne portrety bohaterów, sprawiając, że nie można oderwać się od lektury".

No czy rzeczywiście, Drogi Wydawco, odpowiadam ja, zgrzytając zębami.

Tytułem wprowadzenia:

Emerytowany policjant, Zdzisław Mokryna, w poszukiwaniu wytchnienia i spokoju osiada w Rykowie, przytulnym, małym miasteczku, gdzie życie toczy się powolutku i wszystkie leniwie następujące po sobie dni nie bardzo różnią sie od siebie. Początkowo ma zamiar żyć trochę w izolacji, nie nawiązując z nikim bliższych kontaktów, ale niemalże w dniu przybycia do Rykowa poznaje Kamila Szykowiaka, właściciela małej rodzinnej pizzerii, szczęśliwego męża i oddanego ojca. Między mężczyznami od razu nawiązuje się nić sympatii, która wkrótce przeradza się w prawdziwą przyjaźń. Obejmuje ona także rodzinę Kamila - żonę Izę i trzy jego córki, dla których Mokryna staje się ulubionym wujkiem.

Pewnego dnia jednak spokojne życie rodziny Szychowiaków rozsypuje się jak domek z kart. Najstarsza córka Szychowiaków, trzynastoletnia Wiktoria wraz z dwiema młodszymi siostrami wraca ze szkoły. Gdy - już w pobliżu domu - dziewczyna spotyka znajomych. zostawia siostry nakazując im, by dalej poszły same. Te jednak nigdy nie docierają do celu…

Mokryna, zniecierpliwiony opieszałością służb, podejmuje prywatne śledztwo. Dzięki dawnym znajomościom dowiaduje się, że zwolniony niedawno z więzienia psychopatyczny zabójca zniknął bez śladu. Ani „ustawa o bestiach”, ani dyskretna obserwacja policji nie okazały się wystarczające, by kontrolować kolejne kroki zwyrodnialca. Niestety coraz więcej zatrważających faktów wskazuje na to, że to on może mieć związek ze zniknięciem Oli i Julki...

Jak więc widać ze streszczonka, opowieść jest buzi dać, mamy sympatycznych bohaterów, mamy zwyrodnialca, mamy porwanie dzieci, mamy wyścig z czasem, mamy prawdziwy thriller...

Tylko, że nie.

I naprawdę cieszę się, że ani razu przed podjęciem lektury ani w jej trakcie nie natknęłam się na informację, że "Zabij mnie, tato" to thriller, a żyłam w przeświadczeniu, że czytam po prostu rozwlekły i nudny kryminał. To nie jest fajna rzecz, czytać rozwlekły i nudny kryminał. Ale za rozwlekły i nudny thriller miałabym jednak ochotę spostponować jedną czy dwie osoby.

Początek książki nawet mnie zainteresował, nie żeby jakoś szaleńczo (bo wszelkie grzechy i... eeee... niedoskonałości pisarstwa autora było widać niemal od pierwszej strony), ale wystarczająco, żeby liczyć na to, że rzecz się rozkręci. Miałam nadzieję, że ten spokojny wstęp to taka cisza przed burzą, a potem to, wiadomo, jazda bez trzymanki, szał ciał i uprzęży oraz psychologiczne zawirowania. I tak czytałam wytrwale, czekając na rozwój wypadków . I czytałam, czekając. I czytałam...

Od połowy niby coś drgnęło, zaczął rozkręcać się wątek kryminalny, więc jako doświadczona czytelniczka zatarłam ręce i zaczęłam jeszcze bardziej czekać. Ale nie. Zapomnij, Naiwna Wielbicielko Kryminałów! Zamiast popaść w szaleńcze przyspieszenie akcja zaczęła się strasznie wlec, a ja podejrzewać, że - niestety, niestety - nic mnie w tej historii nie zaskoczy, więc pozostaje mi tylko "domęczyć" rzecz do szczęśliwie nieodległego końca.

Opowiadana w "Zabij mnie, tato" historia, która w założeniu miała być mroczna, pasjonująca i zapewne odnosząca się do boleśnie aktualnych problemów okazała się wyjątkowo miałka i o niczym. Czy też może raczej - za sprawą sposobu opowiadania wydała się wyjątkowo miałka i o niczym, z kiepsko skonstruowaną intrygą, w dodatku nie wywołująca jakiegokolwiek napięcia. Autor nie zaskakuje KOMPLETNIE niczym, tym bardziej, że wątek fabularny poprowadzony jest tak, że już w połowie książki wiemy, kim jest zbrodniarz (dlatego, że jest to zabieg celowy, a nie dlatego, że jestem taką genialną czytelniczką, która błyskotliwie odgadła tożsamość zbrodzienia). Pomysł ma duży potencjał, ale do napisania dobrego kryminału (o thrillerze nawet nie wspominając) dotyczącego wydarzeń tak dramatycznych trzeba mieć naprawdę dobrą rękę do psychologii postaci. Tymczasem Stefan Darda "umiejętnie (...) kreśli psychologiczne portrety bohaterów" wyłącznie w reklamie wydawnictwa. W rzeczywistości świat powieściowy zaludniają wycięte z kartonu lalki, którym autor przykleja jednowyrazowe etykietki ("dobry", "zły", "szalony", "zwyrodniały", przy czym ten dobry jest tak dobry, że aż mdli, a zły jest najzłejszy na świecie, bez żadnych odcieni i żadnych półtonów), przez co nie sposób ani trzymać za nich kciuków, ani im jakoś dogłębnie współczuć, ani cieszyć się z ich klęsk.

W dodatku wątek kryminalny zostaje rozmyty za sprawą przydługich opisów życia rodzinnego i towarzyskiego, bardzo, ekhm, głębokich opowieści sprzed lat, wyidealizowanych przyjaźni...

No to teraz będzie a propos opisywania życia osobistego bohaterów i wyidealizowanych przyjaźni, czyli autorskiej narracji.

Narracja książki jest pierwszoosobowa, to nie jest łatwy zabieg i nie wszyscy czytelnicy go lubią, mnie nie przeszkadza, zwłaszcza dobrze zrealizowany, acz wyznam od razu, że tu mnie nie zachwycił. Nie przysłużył się ani tempu, ani stylowi opowieści, a już zwłaszcza dotyczy to rzewnych a licznych traumatycznych opowieści z przeszłości. W jednej z recenzji natknęłam się na określenie "boomerskie dialogi" i, jakkolwiek początkowo zawiesiłam się nie bardzo umiejąc sobie wyobrazić, co to właściwie znaczy, tak po zakończeniu lektury przyklaskuję określeniu z całej duszy. Nie jest łatwo to wytłumaczyć, ale dialogi i opisy w "Zabij mnie, tato" są właśnie boomerskie. Kojarzą się z gawędami wąsatych i brzuchatych panów - naprawdę, aż trudno uwierzyć, że główny bohater "Zabij mnie , tato" jest tuż po czterdziestce, a jego przyjaciel - po trzydziestce - nad trzecim kuflem piwa (i nie jest to skojarzenie tak całkiem od czapy, bohaterowie zadzierzgują bowiem przyjaźń właśnie obalając piwko, a wręcz kilka piwek), troszkę już podchmielonych, ale język jeszcze się nie plącze, więc można snuć rzewną opowieść, jak również zapewniać czule, że "Zdzisiek, ale z ciebie jest równy chłop, dawaj, napijmy się jeszcze!" i rzucać żartami tak czerstwymi, że można sobie na nich połamać zęby. Te żarty i dialogi są tak... wysilone, że czytając początkowe rozdziały i nie znając maniery pisarskiej pana Dardy, jak również wierząc w zapowiedzi o "pogłębionych psychologicznych portretach", spodziewałam się, że to Kamil Szykowiak okaże się złolem. Te zachwyty, ta opisywana komunia dusz, te zwierzenia do wczesnych godzin rannych nad kolejnym kuflem piwa, ta "przyjaźń od pierwszego wejrzenia", ta sikająca nawet z uszu dobroć i szlachetność, ta idealna rodzina, praktycznie adoptująca przybysza znikąd... no tylko czekałam, aż całość gruchnie z impetem, na światło dzienne wyjdą tajemnice, brudne sekrety albo inne cosie, i wreszcie zacznie się dziać! Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że te opisy to tak na serio. Że autor postanowił opisać miłych ludzi, których spotyka niezasłużone zło, a jak ktoś ma być u niego miły to po całości!

Jeśli zaś chodzi o styl narracji to jest on... nie wiem, jak to określić, raportowy? Przypomina baaaardzo długi raport policyjny - po pierwsze z powodu wikłania się w całkowicie zbędne detale ("Na obiad zjadłem ziemniaki z koperkiem, włożyłem naczynia do zmywarki, a potem wstawiłem wodę na herbatę. Czekając, aż się zagotuje patrzyłem przez okno i zastanawiałem się, czy mój serdeczny przyjaciel Kamil przespał chociaż dwie godziny wczorajszej nocy. Zalałem przygotowaną uprzednio torebkę herbaty wrzątkiem i pomyślałem, że pogoda sprzyja jeszcze tak lubianym przeze mnie wycieczkom rowerowym"... i tak ad mortem defecatem) oraz niewyobrażalną, monstrualną, zwalającą z nóg DATOZĘ.

Nigdy w życiu chyba nie spotkałam się z czymś podobnym w powieści kryminalnej (ani, bądźmy szczerzy, w żadnej innej) - a jeśli, to na pewno nie do tego stopnia.

W bodajże drugim rozdziale mamy (i, uprzedzam, będzie długo):

"Był trzydziesty września dwa tysiące jedenastego roku".

"Po maturze wyjechałem do Włoch. To było w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku. Miałem tam zostać dwa, najwyżej trzy miesiące, a wróciłem dopiero po czterech latach. Dokładnie rzecz ujmując wróciliśmy, bo w dziewięćdziesiątym siódmym dołączyła do mnie Iza".

"Mówił pan, że wróciliście po czterech latach od pana wyjazdu, czyli w roku dwutysięcznym..."

"Wyjechaliśmy dwa razy, najpierw w roku dwutysięcznym, a później wczesną wiosną dwa tysiące pierwszego. Miesiąc w Hiszpanii, potem miesiąc we Francji".

"W czerwcu dwa tysiące pierwszego wzięliśmy ślub. No a potem, dziewiątego marca dwa tysiące drugiego roku urodziła nam się pierwsza córa".

"Kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym (parę dni po moich trzydziestych urodzinach), wszystko się zmieniło".

"...wtedy, kiedy odeszła, od Wigilii Bożego Narodzenia dwa tysiące trzeciego roku, dawałem sobie nieźle radę".

"...(chociaż wtedy, pierwszego października, jeszcze tego nie wiedziałem, bo mieliśmy się poznać dopiero w listopadzie)..."

"Najstarsza córka urodziła się w dwa tysiące drugim i ma na imię Wiktoria, o ile dobrze kojarzę".

"Wszystko zaczęło się w osiemdziesiątym siódmym, byłem wtedy niewiele starszy od mojej Wiktorii".

"Wczesną wiosną osiemdziesiątego ósmego roku zaproponował odsprzedanie ojcu Adriana lokalu po okazyjnej cenie".

"Kolejny przełom nastąpił w czwartek, piątego maja".

"Siódmego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku mi się to opłaciło".

"W rocznicę śmierci Adriana, szóstego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, poszedłem na cmentarz".

"...przed szóstym maja osiemdziesiątego dziewiątego roku nie spotkałem się z takim porównaniem".

"Gdy niecałe trzy i pół roku później, w czwartek dwunastego marca dwa tysiące piętnastego roku..."


Uffff.

To są daty Z JEDNEGO ROZDZIAŁU, a w innych nie jest lepiej, zapewniam. Fragmenty dialogów, opowieści, wspomnień, w tym wspomnień z wczesnej podstawówki (ręka w górę, kto, wspominając kolegę z trzeciej klasy, mówi: "Dołączył do naszej klasy osiemnastego października dwa tysiące pierwszego roku, ale zbliżyliśmy się do siebie dopiero czwartego grudnia"?), tam, gdzie normalny człowiek mówi: "Pobraliśmy się dwa lata później", "W pierwszą rocznicę śmierci rodziców poszedłem na cmentarz", bohaterowie pana Dardy podają dokładną datę, dzień, miesiąc i rok, po prostu czekałam, aż zaczną podawać także godzinę. Na tempo opowieści wpływ to ma wybitnie hamujący, ale nie umiem po prostu wyrazić, jak fatalnie wpływa na jej przejrzystość, wszak mamy tu dni, miesiące, lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte, dwutysięczne, a wszystko wymieszane ze sobą, losowo wspominane, plus rozdziały, których tytuł stanowiła właśnie data (a w nich - jeszcze więcej dat) - no czasowy chaos, nadmiar i przydługi, nużący raport, rozwlekle opisany. I mimo, że Stefan Darda porusza w powieści bardzo poważne sprawy, takie jak na przykład bezradność społeczeństwa w obliczu zagrożenia i częstą bezsilność organów ścigania związanych absurdalnymi przepisami, powieść jest napisana tak drętwym językiem, z takimi dłużyznami, a postaci są tak schematyczne, że powaga tematu nie jest w stanie bronić całości.

No a wisienką, a wręcz wiśnią na torcie jest zakończenie, a w zasadzie dwa zakończenia - wątku obyczajowego i wątku kryminalnego, oba wołające o pomstę do nieba. Pierwsze jest po prostu kuriozalne i tak telenowelowate, że wszystkie latynoskie telenowele razem wzięte mogłyby mu co najwyżej sandały wiązać, drugie - głęboko niemoralne i bardzo, bardzo niewiarygodne, jeśli weźmiemy pod uwagę płaski bo płaski, ale konsekwentny rysunek postaci, które autor nam wciskał na siłę w czasie caluśkiej lektury.

Wiem, że Stefan Darda jest autorem znanym nie z pisania kryminałów, tylko horrorów, i zamierzam nawet jakiś przeczytać, żeby sprawdzić, jak wypada w typowym dla siebie gatunku.

Ale przyznam, że po doświadczeniu z kryminałem jego autorstwa nie mam zbyt wysokich oczekiwań.