Ostatnie tygodnie spędziła Królowa Matka w stanie umysłowej hibernacji (z
jednym krótkim przebudzeniem) i na emigracji wewnętrznej, odmawiając przyjęcia do wiadomości tego, co za oknem oraz w telewizyjnych prognozach pogody, które buntowniczo ignorowała. Siedziała w jednym miejscu (tyle, ile się da w jej, nie sprzyjającej emigracjom wewnętrznym, sytuacji), jadła głównie ciastka cynamonowe, od których się uzależniła (co za szczęście, że nie tyje!) i szydełkowała posępnie przeróżne rzeczy, jak na przykład spódnicę z bambusa
(z bambusa!!! z chłodzącego materiału, Czytelniku!!!), chociaż głos w głębi duszy szeptał jej, ze lata nigdy już nie będzie, a to czyni produkcję czegoś z materiałów chłodzących splatanych misternie w dziury czynnością głęboko irracjonalną,
kwiatki,
które miały zawisnąć w miejscu, gdzie zimą wiszą gwiazdki, a jesienią - dynie, wiosna zaś i lato nie miały do tej pory swojego wieszadełka, niedopuszczalna rzecz, nieprawdaż,
mandalki, w tym także takie, w które wrabiała otrzymane w darze frywolitki
tworząc w ten sposób nowy gatunek, zwany mandalitką (albo frywdalką, jak kto woli),
ptaszęta przynoszące szczęście
na specjalne życzenie Pana Małżonka,
oraz ptaszęta zwane pieszczotliwie Rainbow Birds
do zawieszenia na oknie, i, tak, Czytelniku, one już wiszą, wszystko to wisi, Królowa Matka z wzrokiem szaleńca i zmierzwionym włosem nad rozpalonym czołem już, już zabierała się do taśmowej produkcji Potworków, którymi planowała obwiesić z kolei pokój Potomków, Dom w Dziczy zaczął przypominać jakąś podupadającą galerię sztuki rękodzielniczej, obwieszoną zdecydowanie nazbyt gęsto eksponatami, których nikt nie chce kupować, a Pan Małżonek zaczął zadawać pełne troski, acz nieco niespokojne pytania, czy z Królową Matką wszystko jest w porządku, gdy na szczęście i ku uldze wszystkich wczoraj w godzinach wczesnopopołudniowych wyszła ona do ogródka.
Wróciła do domu błyskawicznie, po aparat, bowiem w piasku, pod gałązkami sosny ujrzała to:
Oto, Miły Czytelniku, jest przyszly tulipan
oraz przyszłe nie-wiadomo-co, bowiem Królowa Matka, tak się złożyło, skutkiem nieco nazbyt przedłużającej się zimy zapomniała, gdzie co posadziła.
I gdy tak stała nad przyszłym nie-wiadomo-czym i roztkliwiała się myślą, że otóż jednak, otóż chyba wreszcie, tak jakby na pewno... chyba... - nagle usłyszała gdzieś wysoko okrzyk, podniosła głowę, a potem, jednym szarpnięciem także aparat i, nie celując właściwie, nic nie ustawiając, nie pochylając się z troską nad doświetlaniem i ustawianiem koloru po prostu nacisnęła to, co się tam w aparacie naciska, by zrobić zdjęcie...
i prawie się popłakała ze wzruszenia.
Jest. Jest. Można się odhibernować. Można wrócić z emigracji wewnętrznej. Poczytać. Popisać recenzje. Zdjąć jedną warstwę odzieży i teraz ubierać się tylko na potrójną cebulkę. Pooglądać rosnące tulipany i nie-wiadomo-co.
Bo wczoraj, o mniej więcej godzinie 14, Wiosna Królowej Matki oficjalnie nadeszła.
PS. Ale Potworki Królowa Matka zrobi i tak :D!