Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka tworzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królowa Matka tworzy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 listopada 2022

Filmowo. Chyba

Pan Małżonek - Kojarzysz "Enolę Holmes"?

Królowa Matka - Nie.

Pan Małżonek - Ten film?

Królowa Matka - Nie.

Pan Małżonek (pomocnie) - No, wiesz, ten o siostrze Sherlocka Holmesa...

Królowa Matka (dość obojętnie) - Nie.
Pan Małżonek - Przecież go razem oglądaliśmy!

Królowa Matka - Nie.

Pan Małżonek - Ale jakie nie, na pewno tak!

Królowa Matka (nieco monotonnie) - Nie.

Pan Małżonek - Heniutek Sherlocka grał!!!

Królowa Matka - ???

Pan Małżonek (rozpaczliwie) - No, Heniutek! Henryczek! No, CAVILL przecież!!!

Królowa Matka - A. To nie.

Pan Małżonek - Ale to przecież niemożliwe jest, na pewno to razem widzieliśmy!

Królowa Matka - Nie.

Pan Małżonek - Pamiętam! Rękę bym sobie dał uciąć! Oglądałaś go ze mną, na sto procent.

Królowa Matka - Nie.

Pan Małżonek (tonem koniecznego wyjaśnienia) - W każdym razie wyszła druga część.

...

Aha.

środa, 26 marca 2014

Obrazki z wyboistej drogi kariery naukowej Potomka Starszego

Odsłona któraś tam z kolei, i na pewno nie ostatnia.

Królowa Matka (odwalając, że tak kolokwialnie rzecz ujmie, tę część roboty, która przynależy każdemu w rodzicowi) - A test z przyrody jak ci poszedł, synu?
Potomek Starszy (BARDZO dobitnie i z dużym naciskiem) - Oczywiście, że dobrze, przecież to oczywiste, że dobrze, w końcu jak piszę to się chyba nie staram napisać na dwójkę, prawda? Nie, ja zawsze piszę najlepiej, więc to chyba jest jasne, że napisałem (wzmagając nacisk) MOIM ZDANIEM na pięć! (po chwili nabrzmiałego treścią milczenia)... przynajmniej do czasu, gdy dostanę ocenę.

Królowa Matka (poświęcając swój bezcenny czas analizowaniu pracy klasowej Potomka Starszego) - Synek, a jak się pisze "pojazd"?
Potomek Starszy - Pe-o-jot-a-zet-de.
Królowa Matka - Aha. Doskonale. To dlaczego w twojej klasówce stoi jak byk "pojast"?
Potomek Starszy (radośnie i beztrosko) - Oj, mamo, bo to się chwilę zastanowić trzeba, a mnie się w szkole nie chce myśleć!

Tjaaaa. Jakże wiele not otrzymanych przez Potomka Starszego to wyjaśnia!


PS. Królowa Matka, odcięta od internetu, który złośliwie i bez zapowiedzi padł był w całej Dziczy na czasokres ostatnich trzech dni, dziś internet odzyskała i pierwsze, co ujrzały jej (wzruszone) oczy to było drugie miejsce etui królewskomatczynej produkcji w kocim wyzwaniu.


Ponieważ po ujrzeniu zarówno ilości, jak i jakości konkurencji duch był w Królowej Matce upadł i w zasadzie nie liczyła nawet na mini wyróżnionko właściwie nadal nie wierzy ona własnym oczom.

Ale nie wierzyć to jedno, a nie podziękować - to zupełnie insza inszość.

Więc bardzo, BARDZO dziękuje tym wszystkim, którym chciało się wykonać to jedno kliknięcie i ją w ten sposób ucieszyć, a wręcz uszczęśliwić.

Królowa Matka ma nadzieję, że jeśli kiedykolwiek po raz trzeci - i ostatni - zapragnie wystartować w konkursie na Bloga Roku także będzie mogła na Was, Kochani Czytelnicy, liczyć (<= tzw. podpucha, oraz proszę energicznie przytakiwać ;P).

wtorek, 31 grudnia 2013

Z Nowym Rokiem

Kochane Czytelniczki, Kochani Czytelnicy, w nadchodzącym Nowym Roku Królowa Matka wraz z Panem Małżonkiem


oraz całą Bandą Czworga


życzy Wam wszystkiego, wszystkiego, co najlepsze dla Was w tym momencie Waszego życia, w którym się teraz znajdujecie.

Spełnienia w Nowym Roku przynajmniej jednego marzenia.

Zrealizowania przynajmniej jednego planu.

Wygrania przynajmniej jednej bitwy.

I wielu, wielu małych radości, które złożą się na Cały Radosny Rok.

Poza tym życzenia wigilijne pozostają w mocy :).



Królowa Matka, będąc nieustannie wdzięczna wszystkim, którzy tu zaglądają (niektórzy codziennie, mimo, iż ostatnio Świat Królowej Matki zdaje się wymarły, opustoszały oraz nie zdobny w nowe recenzje, komentarze dotyczące reklam i innych aspektów rzeczywistości, ani też w przykłady krasomówstwa Potomków) ma zamiar dziś, o północy, przesłać Wam wdzięczną myśl i wznieść toast.

Prawdziwy, a nie jakimś tam soczkiem, bowiem jest to pierwszy od czterech lat Sylwester, gdy Królowa Matka otrzymała od Władz Lekarskich i Autorytetów Kardiologicznych zgodę na wznoszenie go trunkiem zawierającym alkohol.

I to też jest powód do świętowania :).


Do zobaczenia w Nowym Roku!

piątek, 19 lipca 2013

Ciasto czereśniowe, odsłona któraśtam

Chyba trzecia, jeśli to ciasto z kwaśnym mlekiem z racji obrzucenia czereśniami (Królowa Matka próbowała wersji z malinami i truskawkami, tę czereśniową poleca najbardziej - z innymi nieco twardszymi owocami też powinno być nieźle, z wiśniami, śliwki też się nadadzą, chociaż Królowa Matka nie lubi, brzoskwinie, jabłka...).

To jest ulubione ciasto Królowej Matki (z tych czereśniowych, rzecz jasna), według przepisu z jakiejś przedpotopowej (a już na pewno - głęboko przedinternetowej) gazetki, na biszkoptowym spodzie, niestety, wymaga użycia kilograma czereśni, co jest uciążliwe nawet w roku urodzaju, gdy czereśnie nie mogą się ścigać pod względem ceny z kawiorem z bielugi, albowiem, drogie czy nie, czereśnie muszą zostać wydrylowane.


Wszedłszy w posiadanie kilograma czereśni, umywszy je i wydrylowawszy, Królowa Matka rozdzieliła pięć jajek, wrzucając białka do jednego garnuszka, a żółtka - do zupełnie innego. Białka, ku nieukrywanemu entuzjazmowi Pomponów dla tego narzędzia, co tak fajnie robi "bzzzz, bzzzz", ubiła na sztywną pianę wraz z 70 g cukru, po czym przystąpiła do ucierania żółtek z dodatkiem sześciu łyżek gorącej wody  i 150 g cukru tak długo, aż cały cukier się rozpuścił.

Następnie przełożyła pianę z białek na masę żółtkową, w misce wymieszała 150 g mąki pszennej, 150 g mąki ziemniaczanej i trzy płaskie łyżeczki proszku do pieczenia (soda też może być, sprawdzone) i stopniowo dosypywała całość do masy, delikatnie i lekko mieszając trzepaczką do ubijania piany.

Gdy ciasto się połączyło, Królowa Matka wylała je na blaszkę prostokatną (35/25 cm), uprzednio natłuszczoną i wysypaną mąką, i obłożyła czereśniami, które sobie w cieście spokojnie zatonęły, a na to rzuciła jeszcze kruszonkę wykonaną metodą - wymieszać 170 g mąki, 100 g cukru, 100 g masła i łyżeczkę cynamonu (można zamiast cynamonu dodać rdzeń połowy laski wanilii, ale każdy, kto choć trochę zna Królową Matkę wie, że jest ona cynamonouzależniona) i rozkruszyć to, co powstało, na całej powierzchni ciasta, po czym piekła całość w piekarniku nagrzanym do 210 stopni przez 30-35 minut.


Czasem przyrządza do tego ciasta lukier albo posypuje je cukrem-pudrem, ale nie tym razem (bo - niespodzianka! - cukru pudru w domu nie miała), i tak też jest dobrze :).

PS.

Pees jest nie na temat ciasta :). Ze specjalną dedykacją dla Griet, która pod postem o Pomponach przyznała się, że ostatnio doznała załamania na skutek lektury mamusiowych blogów (a wszelkie załamania osobie w żadnym stanie, a już w błogosławionym to w ogóle, nie robią dobrze) Królowa Matka wrzuca obrazek (który z kolei pojawił się był już wczoraj na Kłebowisku, ale może Griet tam akurat nie zagląda) idealny dla osoby, która próbuje sobie samą siebie wyobrazić w roli matki :


Griet, wybieraj i przebieraj, oraz przygotowuj się, gdyż prawdopodobnie któregoś z tych zdań nie unikniesz w przyszłości.

Królowa Matka przyznaje sie do tego w prawym dolnym rogu :D.

wtorek, 9 lipca 2013

Ciasto na zsiadłym mleku, Potomek Starszy ocenia Pompony oraz rzut linką

W lodówce Królowej Matki ukisiło się mleko.

Nie jest to pozornie wydarzenie aż tak istotne, by o nim na blogu pisać, lecz jeno pozornie, albowiem Samochód Rodzinny, znany z wielu wpisów i zawsze w tych wpisach obdarzany przeróżnymi słowami, przez kulturalnych ludzi opisywanymi za pomocą szeregu znaczków z górnej części klawiatury, ponownie wykonał numer opisywany już w ubiegłe wakacje (robi się to, zaprawdę, nudne, ta powtarzalność), tyle, że tym razem Królowa Matka i Banda Czworga utkwiła w Dziczy, z dala od Cywilizacji i Sklepów (kto twierdzi, że Królowa Matka mogłaby uczynić spacerek dla zdrowia do najbliższego sklepu ten powinien spróbować przejść się 2 km leśną, piaszczystą drogą w upalny dzień w towarzystwie czworga dzieci, w tym dwóch dwulatków), Pan Małżonek robi w mieście zakupy bardzo dokładnie przemyślane i "na szybko", i wszelkie wyrwy w zapasach żywnościowych rujnują Królowej Matce przemyślnie zaplanowaną rozpiskę Żywienia Rodziny.

Cóż, pomyślała Królowa Matka, w takiej sytuacji pozwolić sobie na marnowanie jakiegokolwiek produktu jest głupotą, więc i dla ukiszonego mleka da się znaleźć zastosowanie inne, niż je po prostu wypić (bo piłaby wyłącznie Królowa Matka, a Dobra Matka zawsze kombinuje tak, by skorzystała i reszta).

Co uznawszy, Królowa Matka poszła po konsultacje do brata Gugla, wygrzebała kilka przepisów na ciasta z kwaśnym mlekiem, z tego i tego (i jeszcze czegoś dodanego od siebie, jak zwykle), utworzyła kompilację, poza wszystkim nadzwyczaj łatwą (ciekawe, czemu jest to cecha, która łączy wszystkie wypieki Królowej Matki, doprawdy...) i...

Udało się :).


Aby dojść do tak zachęcającego wyniku Królowa Matka utarła półtorej szklanki cukru z 3/4 szklanki oleju, po czym dodała - ciągle ucierając - dwa spore jajka i dwie szklanki kwaśnego mleka. Potem zaś - ucierając z coraz wiekszym trudem, ale z godnym podziwu uporem - stopniowo dodawała trzy szklanki mąki przesianej z trzema łyżkami kakao i 1,5 łyżeczki sodu oczyszczonej.

Ciasto przelała do wysmarowanej masłem i wysypanej mąką tortownicy o średnicy 23 cm, a na wierzch położyła wydrylowane czereśnie, po czym, po namyśle, dorzuciła także garść malin, bo co sobie bedzie żałować, raz się żyje. Wierzch ciasta posypała grubym brązowym cukrem, po czym upiekła całość w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (i piekła je ZNACZNIE dłużej, niż podawały wygrzebane w sieci przepisy, około godziny, a i tak sie bała, że to za krótko i cały czas jej się wydawało, że ten testowy patyczek wciąż jest mokry i oblepiony ciastem :)).

A poza tym.

Potomek Starszy (międląc Pompony po główkach, z zachwytem) - Mamo, jakie one mają mięciutkie włoski... auuuu!!! (to właściciel mięciutkich włosków capnął go zębami za palec, w ramach niewinnej rozrywki, oczywiście)... ale jakie okrutne dusze!!!

(po czym pozwolił Królowej Matce zapisać to na blogu, jeśli jej się spodobało, więc Królowa Matka skwapliwie z pozwolenia korzysta:)).

A na drugim królewskim blogu coś do poogladania, jeśli ktoś ma juz absolutnie dosyć czytania tego, co Królowa Matka płodzi wieczorami, gdy jej Dziatwa już śpi, specjalnie po to, by potem wytworami swego umysłu dręczyć niewinnych Czytelników :).


niedziela, 9 czerwca 2013

Tajemnica rozwiązana!

Tak jak pisała Królowa Matka w poprzednim poście, ilość danych na temat wyglądu jej osoby (nic to, że czasem nawzajem się wykluczających, są tacy, co nie dadzą się powstrzymać podobnym ograniczeniom :)) jest tak znacząca, że można ją sobie poskładać w zręczną całość. Jak puzzelki.

I oto znalazła się Czytelniczka, która wzięła i poskładała.

A to, co wyszło, wysłała Królowej Matce, która z kolei udostępni rzecz ogółowi, ucinając tym samym wszelkie domniemania w temacie.

Oto, Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy, Królowa Matka wygląda tak:



Poniżej zaś tego wszystkiego ma następujący dół


aktualnie przyodziany w spódnicę bambusową w dziury, wreszcie ukończoną i napawającą ją wzruszeniem i dumą.

Tym samym, Luby Czytelniku, Królowa Matka uznaje, że twa (niewątpliwa ;)) ciekawość została ukojona.

środa, 1 maja 2013

Zaproszenie

Każdy stały Czytelnik tego bloga wie (a ci potencjalni nie-stali, tylko nowi właśnie się dowiadują), że Królowa Matka cierpi na Zespół Niecierpliwych Rąk. Usiedzieć nie jest w stanie, jak tych rąk nie ma czymś zajętych, nie może filmu w TV obejrzeć bez dojmującego poczucia marnowania czasu, jeśli jednocześnie z oglądaniem (by być precyzyjnym jak wzorzec metra z Sevres należałoby napisać "ze słuchaniem") nie ściboli, nie wycina, zszywa, nie macha szydełkiem, drutami, igłą do frywolitek albo taką normalną, do szycia, chociaż nie szyje nią, ale haftuje. A jeśli nie może tego robić

a) staje się nerwowa, i z oglądania filmu nici

lub

b) głowę ma zajęta wymyślaniem tego wszystkiego, co w najbliższej przyszłości (która powinna liczyć jakieś trzysta do pięciuset lat, gdyby chciała zrealizować wszystkie swoje projekty) wydzierga, wyszyje albo ulepi z masy solnej.

Niestety, efektem ubocznym tej słabości Królowej Matki są jej, hm, dzieła.

Otóż jest ich sporo. Albo bywa sporo. I wszystko wskazuje na to, że w przyszłości pojawi się jeszcze więcej, bo Królowa Matka nabiera coraz większej wprawy, a jej głowa produkuje coraz więcej pomysłów.

Niektóre rzeczy Królowa Matka robi dla siebie lub swoich dzieci. Z niektórych czyni prezenty dla swoich Bliskich i Przyjaciół. Niektóre rozdaje znajomym, a czasem wręcz nieznajomym, na przykład w ramach fantów na loteriach w szkołach i przedszkolach Potomków. Niektóre robi na zamówienie.

A niektóre robi, bo ją to coś w środku gna i zmusza, a potem one leżą. Leżą w szufladach, na szafkach i półkach, aż komuś się spodobają i zechce je kupić. Albo dostaje w prezencie. Albo po prostu leżą, zapomniane i przysypane coraz większa ilością królewskomatczynego rękodzieła.

Dlatego właśnie zakiełkowała w głowie Królowej Matki myśl, że trzeba by stworzyć odnogę bloga poświęconą wyłącznie prezentacji ścinków i kłębków (a raczej temu, co z nich wychodzi, jak się Królowa Matka do nich dorwie) z jej zapasów. Myśl, podlewana entuzjazmem i zachętą co niektórych wtajemniczonych w typowe dla Królowej Matki "ale-kto-tam-w-ogóle-będzie-chciał-wchooooodzić-i-ogląąądaaać?" niepewne plany Przyjaciół, Znajomych oraz Czytelników dorosła wreszcie i zakwitła w ten oto sposób:

Kłębowisko

A teraz przyjdzie tylko poczekać i sprawdzić, czy wyda też owoce :).

Królowa Matka zaprasza :).

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Nareszcie

Ostatnie tygodnie spędziła Królowa Matka w stanie umysłowej hibernacji (z jednym krótkim przebudzeniem) i na emigracji wewnętrznej, odmawiając przyjęcia do wiadomości tego, co za oknem oraz w telewizyjnych prognozach pogody, które buntowniczo ignorowała. Siedziała w jednym miejscu (tyle, ile się da w jej, nie sprzyjającej emigracjom wewnętrznym, sytuacji), jadła głównie ciastka cynamonowe, od których się uzależniła (co za szczęście, że nie tyje!) i szydełkowała posępnie przeróżne rzeczy, jak na przykład spódnicę z bambusa


(z bambusa!!! z chłodzącego materiału, Czytelniku!!!), chociaż głos w głębi duszy szeptał jej, ze lata nigdy już nie będzie, a to czyni produkcję czegoś z materiałów chłodzących splatanych misternie w dziury czynnością głęboko irracjonalną, 

kwiatki,


które miały zawisnąć w miejscu, gdzie zimą wiszą gwiazdki, a jesienią - dynie, wiosna zaś i lato nie miały do tej pory swojego wieszadełka, niedopuszczalna rzecz, nieprawdaż,

mandalki, w tym także takie, w które wrabiała otrzymane w darze frywolitki


tworząc w ten sposób nowy gatunek, zwany mandalitką (albo frywdalką, jak kto woli),

ptaszęta przynoszące szczęście


na specjalne życzenie Pana Małżonka,

oraz ptaszęta zwane pieszczotliwie Rainbow Birds


do zawieszenia na oknie, i, tak, Czytelniku, one już wiszą, wszystko to wisi, Królowa Matka  z wzrokiem szaleńca i zmierzwionym włosem nad rozpalonym czołem już, już zabierała się do taśmowej produkcji Potworków, którymi planowała obwiesić z kolei pokój Potomków, Dom w Dziczy zaczął przypominać jakąś podupadającą galerię sztuki rękodzielniczej, obwieszoną zdecydowanie nazbyt gęsto eksponatami, których nikt nie chce kupować, a Pan Małżonek zaczął zadawać pełne troski, acz nieco niespokojne pytania, czy z Królową Matką wszystko jest w porządku, gdy na szczęście i ku uldze wszystkich wczoraj w godzinach wczesnopopołudniowych wyszła ona do ogródka.

Wróciła do domu błyskawicznie, po aparat, bowiem w piasku, pod gałązkami sosny ujrzała to:


Oto, Miły Czytelniku, jest przyszly tulipan


oraz przyszłe nie-wiadomo-co, bowiem Królowa Matka, tak się złożyło, skutkiem nieco nazbyt przedłużającej się zimy zapomniała, gdzie co posadziła.

I gdy tak stała nad przyszłym nie-wiadomo-czym i roztkliwiała się myślą, że otóż jednak, otóż chyba wreszcie, tak jakby na pewno... chyba... - nagle usłyszała gdzieś wysoko okrzyk, podniosła głowę, a potem, jednym szarpnięciem także aparat i, nie celując właściwie, nic nie ustawiając, nie pochylając się z troską nad doświetlaniem i ustawianiem koloru po prostu nacisnęła to, co się tam w aparacie naciska, by zrobić zdjęcie...


i prawie się popłakała ze wzruszenia.

Jest. Jest. Można się odhibernować. Można wrócić z emigracji wewnętrznej. Poczytać. Popisać recenzje. Zdjąć jedną warstwę odzieży i teraz ubierać się tylko na potrójną cebulkę. Pooglądać rosnące tulipany i nie-wiadomo-co.

Bo wczoraj, o mniej więcej godzinie 14, Wiosna Królowej Matki oficjalnie nadeszła.

PS. Ale Potworki Królowa Matka zrobi i tak :D!

piątek, 22 marca 2013

Jedyna nadzieja w Pingwinach

Oto jedyna nadzieja...


 A w Królowej Matce narasta taki szalony chichot, taki, rozumiesz, Czytelniku, śmiech wariata połączony z ssaniem kciuka, kiwaniem się w kątku, ślinieniem się, toczeniem błędnym wzrokiem po okolicznych ścianach i waleniem głową w twarde przedmioty, które to objawy nasilają się w sposób wręcz, można powiedzieć, spektakularny przy każdym spojrzeniu za okno. Jednocześnie Królowa Matka czuje wyraźnie rosnącą chęć, by wrzasnąć, ale tak, rozumiecie Państwo, jak nigdy w życiu nie wrzeszczała wrzasnąć - NIECH KTOŚ, DO CHOLERY, WYŁĄCZY TEN ŚNIEG!!!

I żeby kogoś strzelić w mordę. Tak od serca. Najlepiej kogoś odpowiedzialnego za to, co za oknem, ale że to akurat jest chwilowo awykonalne zaczyna Królowa Matka dojrzewać do myśli, że to może być, w zasadzie, ktokolwiek.

Królowa Matka jest wytrzymała psychicznie, ale tym razem, po tygodniach łagodnego powtarzania sobie i licznej okolicznej ludności, że to już, że jeszcze chwileczka, że w marcu jak w garncu, że przecież to się kiedyś musi zmienić, że może jutro... pojutrze... za tydzień... w pierwszy dzień astronomicznej wiosny... w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny... może rano... może wieczorem... - tym razem czuje, że ma dość. Że jak jeszcze raz powtórzy, że kiedyś, że wkrótce... to jej jakaś żyłka w mózgu pęknie, a psychiczna wytrzymałość i tak naciągnięta do granic możliwości strzeli jak zetlała gumka. I kto wie, w kogo trafi (prawdopodobnie w któreś z jej dzieci i potem będą te nagłówki w tefałenie, te wiadomości na czerwonym pasku, ci zdumieni sąsiedzi opowiadający, że to była, proszę pani redaktor, taka spokojna kobieta, taka na oko zrównoważona, a tu, proszę pani redaktor, siekiera i nóż, no kto by pomyślał).

Więc siedzi sobie i z miną szaleńca szydełkuje, bo szydełkowanie podobno stoi bardzo wysoko w rankingu czynności uspokajających umysł, wyżej niż jogging i uprawianie ogródka, a zresztą sama myśl o joggingu i uprawie ogródka w dniu dzisiejszym skutkuje miganiem czerwonej płachty przed oczyma i narastającym warkotem w gardle, także, Czytelniku, szydełkowanie i wyłącznie szydełkowanie powstrzymuje kruchutką równowagę wewnętrzną Królowej Matki od widowiskowego roztrzaskania się na milion malutkich kawałeczków, takich, na jakie rozbiło się lustro Królowej, żeby z piekła nie wyjrzała, Śniegu*.

Mandalki sobie szydełkuje, żeby podwójnie się uspokoić.



Jeśli ta.. no, ta sami-wiecie-jaka, drodzy Czytelnicy, to jest blog ogólnodostępny, tu nie wolno używać wyrazów, które pasują do zaistniałej pory roku ... no więc właśnie TA Wiosna kiedyś wreszcie przyjdzie, zastanie Królową Matkę zasypaną mandalkami.

Czy uspokojoną, pozostaje kwestią otwartą.


* Czytelnik w komentarzu zwrócił Królowej Matce uprzejmie uwagę, że lustro nie należało do Królowej Śniegu, i oczywiście ma rację. Królowa Matka dokonała disneyowskiego (o, wstydzie!) skrótu myślowego, że już nie wspomni, że jak widzi gdziekolwiek słowo "śnieg" to jej w oczach ciemnieje, co jej oczywiście w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwia.

Z nieeleganckiego życzenia, by Królowa Śniegu nie wyjrzała z piekła jednakże Królowa Matka wycofa się dopiero latem :).

piątek, 15 marca 2013

Zapachowo

Cały Dom trzęsie się od zbiorowego hi, hi, hi, cha, cha, cha, młodzież się gania, Pan Małżonek łazi na czworakach w charakterze Strasznego Potwora, Który Porywa i Łaskocze, Pompony uciekają z radosnym wrzaskiem o natężeniu decybeli zbliżającym się do granicy ludzkiej wytrzymałości (ale czego się nie znosi dla jedynego na świecie widoku rozpromienionych dziecięcych buziaczków, choler... eee... znaczy, nieprawdaż), Pan Małżonek łapie w końcu Starszego i unosi go na wyprostowanych rękach (a jest to prawdziwa sztuka, uwierz, Czytelniku) prawie pod samą lampę.

Pompon Starszy zamiera, uśmiechając się trochę radośnie, a trochę niepewnie, i wygląda jak renesansowy konterfekcik przedstawiający cherubinka, pucołowaty, rumiany, lnianowłosy, z oczętami jak dwa płatki błękitu i dołeczkami wszędzie tam, gdzie cherubinek mieć je powinien.

Potomek Starszy (z zachwytem) - Tata, jak on ładnie wygląda! Zawieś go tam za pieluchę! I zostaw tak! Będziemy mieli taką cuchnącą zawieszkę zapachową!!!


Z niewiadomych powodów na tę oryginalną dekorację Pan Małżonek się nie zdecydował.

Trudno powiedzieć, czemu :).

PS.

Ponieważ zima zaparła sie, żeby zostać, Królowa Matka wreszcie się zdenerwowała, też się zaparła, zasiadła do pracy i w trzy dni machnęła czapeczkę typu komin (całkiem twarzową, ku jej szczeremu zaskoczeniu)


z wiosennymi detalami w postaci kwietnych chwościków bimbających na sznurku


wskutek czego zima jej teraz może skoczyć tam, gdzie ona może Królowa Matkę w (... - zostawione takie niedomówienie. Więcej inteligientnie) pocałować. O.

niedziela, 3 marca 2013

Cosie.

W ramach Walki Z Dołem Królowa Matka robi Cosie.

Cosie są klasycznymi Niepotrzebnikami.

Mogą być zawieszką do torby. Albo breloczkiem. U Królowej Matki wiszą na oknie i udają, że są elementem wiosny (która za oknem jest jeszcze dość szaro-bura, podczas gdy Cosie szaro-bure z całą pewnością nie są).

Mogą być przyczepione do uchwytu piórnika szkolnego, do telefonu komórkowego, jako zawieszka do prezentu.




Jedno jest pewne - życie bez nich nie byłoby ani trochę inne niz życie z nimi, bowiem większość ludzi nie ma pojęcia (i całkiem im z tym wszystko jedno), że takie coś jak Cosie istnieje.

Cosie nie służą zupełnie do niczego.

Poza wyciąganiem Królowej Matki z doła.

Oczywiście.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Nic

Królowa Matka ma doła.

Megadoła.

Szedł, szedl, aż wreszcie przyszedł.

A jak przyszedł, to od razu taki, że Królowa Matka miała ochotę wymiksować się z takiej ilości życia, z jakiej się da, wypisać z wszystkich grup na Facebooku, w ogóle porzucić Facebooka i  uwolnić przeciążoną polską blogosferę od swej osoby za pomocą kliknięcia w ikonkę "Usuń bloga" (jakie to łatwe teraz, kiedyś, by usunąć wszystkie pamiętniki trzeba było znaleźć miejsce i stosowne okoliczności dla rozpalenia ogniska, a teraz jedno "kilk" i po ptokach).

Albo wywiesić informację, że jej tu nie będzie miesiąc albo rok, albo nie wiadomo jak długo, do poczytania w trudno przewidywalnej przyszłości, Drogi Czytelniku, o ile w tej przyszłości jeszcze tu będziesz.

Powrócić do towarzyskiego życia z całkowitym pominięciem wirtuala, a to w wypadku Królowej Matki znaczy siedzieć w kąciku milcząc i machając szydełkiem lub igłą, czytając, a z kimś poza najbliższą rodziną spotykać się raz na miesiąc lub dwa.

Gdy trochę oprzytomniała pomyślała, że jeśli jej to minie - za tydzień, za dwa, za miesiąc, za rok, kiedyś tam - to będzie musiała na nowo szukać, znajdować, mozolnie wiązać przecięte tydzień temu, dwa, miesiąc, rok, kiedyś tam nici, a już bywało dawno temu, że takie nici wiązała i wie, że nie jest w tym dobra.

Więc się nie wypisała z grup i nie usunęła bloga jednym kliknięciem.

Ale na wpisy mające choć trochę treści w sobie (Pan Małżonek męczy ją o kolejną recenzję, tylko jak ją napisać, jak się nie widzi sensu w pisaniu) raczej nie należy w najbliższej przyszłości liczyć.

Można liczyć tylko na to:






(To zakładki, robione przez Królowa Matkę na prośbę Przyjaciółki, pierwsze w życiu. Królowa Matka, która, jak powszechnie wiadomo, nienawidzi szyć jest przekonana, że zszyła je niewłaściwie i usztywniająca zawartość jej zakładek lata luzem, Przyjaciółka twierdzi, że nic podobnego, ale nie należy jej wierzyć, jest bowiem mało obiektywna :)).





(Metryczki, które Królowa Matka wysłała Właścicielce wieki temu - choć nie tak szybko, jak powinna - i prezentuje, mimo, że nie dostała potwierdzenia odbioru. Jako osoba przesądna nigdy tego nie robi, ale ostatnimi czasy Poczta Polska tyle razy zaskoczyła ją pozytywnie, że się jednak odważy).




(No i ubranka na doniczki, które Królowa Matka produkuje ostatnio z uporem godnym o wiele lepszej sprawy).

Jeśli coś się będzie pojawiać na blogu przez czas... nieokreślony, to tylko to.

A i to nie na pewno.

niedziela, 23 grudnia 2012

Oczekiwanie

Wszystko już jest. Prawie.

Podłaźniczka z gwiazdami dla Matki Królowej Matki - wreszcie skończona, ...




... Anioły dla rodziny - popakowane i gotowe do wylotu, ...



pierniczki upieczone, polukrowane i obłożone klątwą, która ma spaść na każdego, kto je ruszy przed jutrzejszym dniem ;), ...



podobnie, jak ciasteczka cynamonowe, zdobione świątecznymi żelkami, ...


dom ozdobiony, już to choinkami, zrobionymi z szyszek przez Potomków, ...


już to choinkami, porozwieszanymi to tu, to ówdzie przez Królową Matkę, ...




już to piernikowymi ludzikami, które wczoraj Potomki malowały z zapałem cukrowymi pisakami, i które wyglądają może trochę jak powieszone ofiary linczów, ale liczą się intencje, a one były pełne jak najgorętszych uczuć, ...


i tylko choinka, wystawiona na taras, czeka jeszcze na ubranie.

A prezenty na popakowanie.

I już.

I można zacząć czekać.

Królowa Matka uwielbia czekać.

I uwielbia, gdy cały świat jej w tym czekaniu towarzyszy :).