Moja znajomość z Martyną Pawłowską-Dymek jest wzorcowo wręcz
dwudziestopierwszowieczna, to znaczy - znamy się kupę lat, ale nigdy nie
spotkałyśmy się osobiście.
Poznałyśmy się na forum internetowym
(któremu zresztą zawdzięczam poznanie masy świetnych, inteligentnych,
interesujących osób) lat temu... dawno. Martyna była dla mnie wówczas tylko
nickiem, za to dała się poznać jako osoba o dużym talencie polemicznym,
kulturze wypowiedzi i nienagannej polszczyźnie.
Następnie
przeniosłyśmy się na Facebooka, już pod własnymi nazwiskami i zdjęciami,
ale nadal spotykając się wyłącznie w wirtualu. Raz prawie udało nam się
zobaczyć na żywo na Krakowskich Targach Książki, no, ale że, jak
wiadomo, "prawie" czyni wielką różnicę, to się jednak nie zobaczyłyśmy. W
międzyczasie obie zaczęłyśmy pisać blogi, a Martyna nie tylko bloga,
ale nawet książkę. Co więcej, wydała tę książkę drukiem, po czym
napisała, że chciałaby mieć ode mnie tejże książki recenzję.
Czujecie
to? Dziewczyna, która czytuje moje recki miodzio, i w dodatku zna mnie i
mój temperament polemiczny z czasów przed-blogowych z forum, gdzie
koleżanki-forumki wrzucały następujący obrazek
cobym
go se mogła jako awatarek ustawić w celu ostrzeżenia osób, które
mogłyby się nabrać na mój łagodny ton i entourage szemrzącego,
wielkookiego królisia, chce ode mnie recenzję!
No, odwagę to ja cenię
ponad wszystko, więc zakasałam rękawy i przystąpiłam dziarsko do
lektury
pierwszego tomu serii "Wszyscy mamy źle w głowach", czyli "Nic z tego nie zrozumiecie".
Ciut się obawiałam tej lektury, przyznaję.
Nie
trzeba być geniuszem empatii, znawcą stosunków międzyludzkich ani
blogerem (prawie-że)-książkowym z kilkuletnim doświadczeniem, by
zgadnąć, że powieść osoby znanej i lubianej recenzuje się trudno. No bo,
na przykład, choć z racji wyżej wspomnianych forumowo-facebookowych doświadczeń mogłam śmiało
założyć, że warstwie językowej powieści nic zarzucić nie będę mogła, to
jednak warstwa językowa nie jest wszystkim, z czego się składa książka.
Jakąś fabułę powinna mieć, bohaterów, powinna być spójna,
interesująca... a może Martyna kompletnie nie umie w fabułę? Może sobie
nie radzi z okiełznaniem bohaterów, może opowiadana historia jest nudna?
A ja jestem co prawda (no dobra, bywam. Bywam) krwiożerczą harpią w
skórze puchatego, titititi, króliczka, ale przecież nie rozjadę jak ten
walec książki osoby, którą znam i lubię (a nawet takiej, której nie
znam, ani osobiście, ani wirtualnie, ale która prywatnie zwraca się do
mnie ufnie o ocenę - wiem, bo nie rozjeżdżałam). Postanowiłam więc, że w
razie, gdybym nie dała rady przebrnąć/wynudzę się jak podczas lektury
"Manifestu Komunistycznego"/uznam, że to absolutnie nie dla mnie po
prostu napiszę do autorki maila ze szczerym wyjaśnieniem, i już.
Fakt, że czytasz, o Luby Czytelniku, tę recenzję dowodzi, że moje wyżej wyrażone obawy okazały się płonne.
No
ale. Co będzie, dumałam sobie, jeśli ja się nie okażę targetem? To
znaczy, chwila, ja NIE JESTEM targetem, ale co, jeśli opowiadana
historia jakoś mnie... ominie? Fakt, o to się martwiłam mniej, po
pierwsze dlatego, że dwa targety to ja w domu mam (w tym jeden
dokładniusio w wieku bohaterów powieści), a po drugie dlatego, że należę
do grona szczęśliwców, którzy z wielką przyjemnością "wracają do
szkoły", czy to we wspomnieniach, czy podczas lektury książek, oglądania
filmów, czy w snach (mnie się nigdy nie śni koszmar, że siedzę na
maturze i nie umiem odpowiedzieć na żadne pytanie, mnie się śni, że
jestem w szkole, a potem się budzę ze ściśniętym sercem, bo to był tylko
sen).
Z drugiej jednakowoż strony, jak człowiek nie sprawdzi, to się nie dowie, prawda?
Więc sprawdziłam.
Oto
mamy początek roku szkolnego. Uczniowie drugiej klasy jednego z (tych
lepszych) krakowskich liceów wracają do szkoły. Niby się znają, ale
jednak bardzo pobieżnie. Nie są zgrani, nie są sobą jakoś szczególnie
zainteresowani.
To
się zmienia, gdy do klasy dołącza nowa uczennica, Kaśka, wulkan energii i optymizmu, z
łatwością nawiązująca znajomości, zarażająca entuzjazmem, tryskająca milionem pomysłów na minutę. Mimo to nikt, nawet jej najlepsza
przyjaciółka, nie wie, dlaczego Kaśka zmieniła (musiała zmienić!) szkołę.
Tymczasem w
szkolnym światku
muzycznym wrze: zwycięzca tegorocznego konkursu kapel zagra na
wielkiej gali z okazji jubileuszu szkoły. Jakub, klasowa gwiazda
(chociaż nie w tym narzucającym się wyobraźni, amerykańskim stylu
"najfajniejszego-chłopaka-i-kapitana-drużyny-koszykówki") jest
zdeterminowany,
żeby wygrać, zakłada więc zespół z Markiem i Filipem. Łączy ich wspólny
cel, ale tak naprawdę właściwie za sobą nie przepadają, ą Marek i Filip
odnoszą się do Jakuba z dużą nieufnością. Częste różnice zdań i wrogie
nastawienie
konkurencyjnych kapel nie ułatwiają zadania...
Początkowo miałam wrażenie, że tytuł tomu "Nic z tego nie zrozumiecie" jest wyjątkowo wręcz dobrze dobrany :D.
Liczba bohaterów ciut
przytłaczała, trudno było mi ich zapamiętać pomimo, że różnili się od
siebie (i mimo, że mam pamięć do nazwisk - nawet z nią całkiem długo
myliłam Filipa z Bartkiem :)). Chociaż biorąc pod uwagę, że bohaterem
zbiorowym książki jest cała klasa - to naprawdę ambitne i niełatwe
założenie! - z wielkim uznaniem napisać muszę, że każdy z uczniów i uczennic
miał własną, dobrze opowiedzianą, i bardzo dobrze, w sposób nader
umiejętny podkręcającą ciekawość czytelnika, wprowadzoną historię,
osobowość, a znaczna większość - naprawdę oryginalne hobby (odnajduję
wśród tych hobby echa zainteresowań samej autorki :)).
Powieść
opowiada o niby typowym życiu uczniów
liceum, ich szkolnych potyczkach, pierwszych miłościach, kłopotach i dramatach rodzinnych. A
przecież za tym wszystkim kryje się nieco głębsza historia,
która, jak sądzę, będzie ujawniana z czasem. I z tego powodu, pod koniec tomu, znowu
tytuł "Nic z tego nie zrozumiecie" wydał mi się bardzo trafny - faktycznie jest kilka - co najmniej! - rzeczy, których nie rozumiemy, zaledwie przeczuwamy, albo się domyślamy, niekoniecznie dobrze. Autorka
zostawiła całkiem sporo nie podomykanych wątków, takich nitek w różnych
kolorach (a każdy kolor to inny bohater), za którymi może podążyć
czytelnik, jeśli zdecyduje się przeczytać kolejne części serii.
Osobiście bardzo jestem ciekawa, czy uda się te wątki zgrabnie domknąć,
zapleść do końca i wszyć tak, by powstało kompletne, dokończone dzieło, a
zważywszy na ilość bohaterów jest to zadanie ambitne, ale wnioskując z
pierwszego tomu, daję autorce kredyt zaufania.
I teraz - gdy
już się przekonałam, że Martyna umie w fabułę, jej polszczyzna nie
doznała nagłego a niezrozumiałego pogorszenia, zaś całość powieści
napisana jest z dużą swobodą i
smakiem, i wielką, naprawdę wielką, wyraźnie wyczuwalną sympatią dla młodych bohaterów, uświadomiłam sobie, że słowo, które najczęściej przychodziło mi
do głowy to "urocza". Urocza książka. Winię za to moje nie do końca
typowe doświadczenia szkolne (dygresja będzie i nawiasik - miałam Kumpla
Od Serca, który został Kumplem, gdy już byliśmy po maturze i nie mógł
się nadziwić, że nie wcześniej, bo przecież chodziliśmy do tej samej
szkoły, a przestał się dziwić, gdy odkrył, do której klasy chodziłam.
"Ach! - zawołał tonem osoby, która nareszcie wszystko zrozumiała. -
Byłaś w tej dziwnej klasie! Nic dziwnego, że cię nie pamiętam!", po czym
wyjaśnił, jak moja klasa była postrzegana przez klasy ościenne.
Dzwonek. Otwierają się drzwi i wychodzi z sali IV A. W całości. W
całości przemieszcza się przez korytarz, udaje się pod następną salę,
wychodzi na boisko, siada na trybunkach. Czasem z tego otaczającego nas
bąbla wyodrębnia się ciut mniejszy bąbelek. Bąbelek idzie do sklepiku,
nabywa dobra, wraca i zostaje wchłonięty przez Główny Bąbel. Dzwonek.
Klasa IV A wstaje i udaje się na lekcję. "W ogóle was z twarzy nie
odróżniałem - rzekł kumpel. - Byliście jak monolit", koniec dygresji,
zamykamy nawiasik). Doświadczenie to sprawia, że na samo wspomnienie
szkoły i szkolnych lat rozpromieniam się jak kto głupi, albo rozmaślam i
rozklejam z tęsknoty, zależnie od nastroju. W ogóle nie pamiętam, że
tamte lata i moje nastoletnie doświadczenia wcale nie były tylko i
wyłącznie szczęśliwe. Że były też trudne, bolesne i raniły mnie
dogłębnie.
Więc proszę tak do końca nie brać sobie tego "urocze"
do serca - bo doświadczenia bohaterów książki właśnie nie są tylko i
wyłącznie szczęśliwe. Są bardzo trudne, bardzo bolesne. I jak się już
człowiek otrząśnie z tego rozmaślonego uśmiechu i oderwie zamglony wzrok
od dawno minionej przeszłości to zauważa również, że - są takie same,
jak jego. Że świat się bardzo zmienił. Ale tęsknoty, problemy, trudności i
dręcząca nastoletnie dusze rozpacz, kłopoty z rodzicami, brak
porozumienia, przemoc, strach przed światem... że to wszystko jest
zupełnie takie samo.
By ostatecznie upewnić się, że cała ta fajnie
opisana, dająca się lubić (serio, nie ma w tej książce bohatera,
którego bym choć trochę nie rozumiała, nie ma też takiego, którego nie
lubię) młodzież naprawdę jest taka autentyczna i "lubialna",
posadziłam do czytania własną, domową młodzież, po czym urządziliśmy burzę mózgów.
Pierwsza rzecz, na którą zwróciła uwagę Własna Młodzież, i która im się spodobała to to, że bohaterowie KLNĄ (bogowie, jak to świadczy o mnie jako o matce!!!). Tak, wiem, jak
to brzmi. I zapewniam, że bohaterowie nie klną jak strony powieści długie
i szerokie, tylko, gdy okoliczności ich docisną. Rzucają wówczas grubszym
słowem. Obaj Potomkowie uznali to za bardzo wiarygodne. Potomek Starszy
wyznał, że obawiał się "młodzieżowego języka rodem z reklam, w których , cytuję, "jakiś zgred usiłuje udawać, że jest spoko kolo i nastolatek", koniec
cytatu, tymczasem, ku swemu przyjemnemu zdziwieniu odkrył, że bohaterowie
mówią normalnie po polsku, ale właśnie od czasu do czasu rzucą znanym
polskim przecinkiem na "k" ("Przy nauczycielach to wiadomo, ze nie, ale
przy kumplach to sama wiesz, jak jest, mamo!").
Ponadto wyrazili opinię, że taka
ilość osób mocno utalentowanych i z rozległymi zainteresowaniami oraz
nietypowym hobby (gotowanie! ode mnie wielki plus za to gotowanie!) jest
mało prawdopodobna w jednej klasie, ("No, chociaż to elitarne liceum
chyba..." orzekł Potomek Młodszy, acz wątpliwości dźwięczały mu w głosie
jak stal) , chociaż wiadomo, książka to książka, życie to życie,
książka powinna być jednak trochę ciekawsza :D.
Jest jeszcze jedna
rzecz, na którą zwróciła uwagę cała nasza trójka, ale uznaję, że rzecz
dotyczy naszych prywatnych doświadczeń i nijak nie wpływa na
wiarygodność zachowań, postaw i charakterów bohaterów powieści, którą
(co za ulga, zapewniam :D) mogę szczerze polecić i rzeczywistym
nastolatkom, i tym nastolatkom honorowym, którzy jeszcze nie do końca
zapomnieli (albo chcą sobie przypomnieć), jak to jest być rzeczywistym
nastolatkiem w świecie, który jest inny niż ten, który pamiętają z
własnych, młodych lat.
Uprzedzając jednakże lojalnie, że "nic z tego nie zrozumiecie", więc nastawcie się od razu na lekturę tomów kolejnych :).