środa, 31 sierpnia 2022

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz

 

 Mój pierwszy (i jedyny) Mróz. 

Pierwszy, bo postanowiłam sprawdzić, o co tyle hałasu, a akurat "Ekspozycja" była w bibliotece (nie wykluczam więc, że źle trafiłam po prostu).

A jedyny, bo gdy doszłam do momentu, w którym Nasz Najlepszy I Niezłomny Oraz W Ogóle Klękajcie Narody Bohater, Forst, po bliskim kontakcie pierwszego stopnia z zakapiorami z białoruskiego więzienia, do którego to więzienia dostał się skutkiem nielegalnego przekroczenia granicy, nie wydostaje się z niego za sprawą głośnej, błyskawicznie podjętej akcji dyplomatycznej, względnie po uruchomieniu (w Polsce) przez jego spanikowanych przyjaciół wszelkich możliwych znajomości, bardzo legalnych, legalnych i tych mniej legalnych, tylko sobie, no cóż, w (nie tak znowu dużym) uproszczeniu po prostu wychodzi spuszczając uprzednio wspomnianym zakapiorom niezły łomot.... i nie wychodzi czołgając się jako strzęp człowieka z poobijanymi wnętrznościami, połamanymi kośćmi i powybijanymi zębami, tylko wymaszerowuje, prężąc dumnie pierś, wstrząsając grzywą blond loków i poprawiając śnieżnobiałą koszulę na piersi (dobra, ciut koloryzuję, ale nie mogę pozbyć się skojarzeń z filmami z lat 50-tych, w których obity po pysku bohater nadal ma nieskazitelnie ułożoną fryzurę, czyściutkie ubranie, a jedynym śladem po przebytej walce jest dyskretnie namalowane rozcięcie na policzku, które magicznie znika w następnej scenie)... otóż w tym momencie ryknęłam śmiechem (i właśnie dlatego mam tę książkę na prywatnej liście "Mnie śmieszy"), uznałam, że nadal nie wiem, o co tyle hałasu, i tak sobie przy braku tej wiedzy pozostanę.

Wszystko zniosłam, wyciągi z Wikipedii w stanie czystym, kompletną durnotę bohatera, który przez połowę książki działa najpierw, potem ewentualnie myśli i nigdy nie dochodzi do żadnych wniosków, dziennikarkę w charakterze biustu, żeby bohater miał się w co gapić i o czym rzucać bonmoty, ale w tym momencie moja naginana boleśnie wyobraźnia pękła z hukiem.

W dodatku niewybaczalne zakończenie, którym się jakoś tam specjalnie nie przejęłam, bo nie zdołałam polubić bohaterów, no ale jednak... w pierwszym tomie cyklu? Serio?

Na razie (gdyż nigdy nie mów nigdy) daruję sobie sprawdzanie, czy źle trafiłam, czy po prostu normalnie*.

 

*donoszę, że szaleńczo zachęcona recenzjami "Czarnej Madonny" wypożyczyłam dzieło i zgłębiam. Nie wykluczam więc, że sytuacja w temacie "czytamy i analizujemy Remigiusza eM" jest rozwojowa, o ile:

a) będzie mi się chciało, 

b) Dzieciomtka pozwolo, 

c) znajdę dość materiału do analizy/recenzji/ jak zwał, tak zwał, 

d) wszystko po troszeczku

wtorek, 30 sierpnia 2022

"Mroczne sekrety" Marcel Moss

Wcale nie chciałam czytać Marcela Mossa. Ba! W ogóle nie wiedziałam o jego istnieniu. Po prostu wylosowałam książkę podczas zabawnej akcji bibliotecznej, w czasie której poza wybranymi przez siebie tomami każdy czytelnik mógł wylosować książkę-niespodziankę, starannie opakowaną w szary papier i obwiązaną wstążeczką z serduszka. Trafiło na Mossa, więc mus było zapoznać się, nieprawdaż.



 "Dorota od lat żyje pod jednym dachem z mężem despotą, stwarzając na zewnątrz pozory normalności - informował opis wydawcy. - Kobieta obmyśla w tajemnicy plan uwolnienia się od agresywnego partnera.

Jakub i Alicja wybierają się na zagraniczne wczasy w celu ratowania małżeństwa. Na miejscu zawierają znajomość z tajemniczą parą. Z czasem wchodzą z nimi w nietypowy układ, który wywraca ich życie do góry nogami.

Osiemnastoletnia Nadia spotyka się z biologiczną matką, która porzuciła ją tuż po porodzie. Nie wie, że dopuszczając kobietę do swojego życia, ściąga niebezpieczeństwo na swoich najbliższych. Trzy historie łączą się ze sobą w najmniej odpowiednim momencie. 
 
Teraz każdy zrobi wszystko, by jego mroczne sekrety nigdy nie wyszły na jaw...".
 
Och. 
 
Bardzo to było średnie i bardzo niekoniecznie. Mamy w sumie sześcioro bohaterów (plus paru pobocznych) - dwa małżeństwa, nastoletnią córkę jednego z bohaterów i jej matkę, która córkę tę porzuciła kilka dni po urodzeniu. Wszyscy mają sekrety, intryga goni intrygę, kłamstwo goni kłamstwo, oraz wszyscy są zdrowo popaprani, by nie rzec szurnięci w ten serialowy sposób, wiecie, tacy ludzie, których obserwujemy z ostrożnej odległości i najlepiej przez szybkę oraz z wyrazem obrzydzenia na obliczach, ale żeby dopuścić ich bliżej niż na odległość rzutu włócznią to nienienienie, dziękujemy bardzo, postoimy, może kiedy indziej.

Ponadto wszyscy mówią identycznie, zachowują się identycznie, zróżnicowanie postaci nie istnieje, nieistotne, czy patrzymy na świat oczętami osiemnastoletniego dziewczęcia, oddanej rodzinie matki, małżonka wspomnianej matki - sadysty i domowego tyrana, młodych przedstawicieli warszawskiej klasy średniej - wszyscy używają tych samych słów, w ten sam sposób opisują świat i tak samo reagują na spotykające ich, liczne katastrofy. Zupełnie jakby były jedną osobą, której autor na potrzebę chwili zmienia imię.

Btw, ilość tych katastrof, sekretów i kłamstw występuje w takim stężeniu, że czytelnik (no, dobra, po recenzjach wnioskuję, że nie każdy) w końcu całkowicie obojętnieje na kolejny atak brudnych tajemnic i raczej przewraca oczami niż gryzie palce z ciekawości, jak się to wszystko skończy.

Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że czytam selfpuba, zwłaszcza, że poza ujednoliconym językiem wszystkich postaci (to jest w końcu kwestia gustu, mnie nie odpowiada, innym odpowiada albo wręcz nie zauważają) książka roi się od kwiatków takich jak na przykład: "_Jesteś taka piękna, gdy śpisz - powiedział łamanym angielskim, po czym użył nazwał mnie sleeping beauty". Albo: "Nadia od rana wydzwania do mnie i pisze SMS-y z prośbą o spotkanie. Nie rozumiem, dlaczego tak się na uparła". Lub też: "Nie mam ochoty wysłuchiwać jej docinek". "Idę do toalety na zapleczu. Przemywam twarz, nakładam podkładem, cień na powieki...". W przypadku selfpuba mogłabym to wyjaśnić brakiem fachowej redakcji i/lub korekty. Z tym, że to nie selfpub. Redakcja wymieniona z nazwiska, korekta obecna. Powyższy bukiecik kwiatków zatem nijak - no, może poza lekceważeniem czytelnika lub też pewnością siebie autora, który nie pozwala redakcji poprawiać w swym dziele nawet przecinka - wytłumaczyć się nie da.

Maluteńki plusik za zakończenie, które miało jakiś tam potencjał, zwłaszcza na tle słabej reszty.

Ale i tak... niekoniecznie.

czwartek, 25 sierpnia 2022

Synowskie wsparcie

Potomek Starszy, po szczególnie efektownej prezentacji Wrodzonego Temperamentu przez Pompona Starszego, do Królowej Matki tonem konfidencjonalnym - Bo, wiesz, mamo, ja rozumiem, że ty z zasady nie bijesz dzieci. Nie bijesz, nie biłaś, tylko rozmawiałaś i tłumaczyłaś, co nawet, przyznam, u nas (czyt. - Potomków Starszych, dopisek KM) podziałało, rozmawiałaś i tłumaczyłaś, i rozmawiałaś i... tak dalej, sama wiesz, tłumaczyłaś w nadziei, że to kiedyś coś da. I ja to szanuję. Niekoniecznie rozumiem, zwłaszcza w ich (czyt. - Młodszych Braciszków, dopisek KM) przypadku, ale szanuję. I przyznaję, że nie wypada ci po prostu teraz zacząć ich lać, porzucając idee i przekonania, na straży których stałaś z tak niezłomną wiernością. Ale BRACIA, mamo (pochylenie w stronę Mamusi, porozumiewawczy błysk w oku), otóż bracia się biją. Oni się, mamo, leją (z naciskiem) BEZ PRZERWY. Więc, jakby co to, rozumiesz. Wystarczy jedno słowo!

(ze wzruszeniem) Synuś mamuni, wsparcie na starość!

Doczekała sie Królowa Matka po latach Macierzyńskiego trudu.

(ociera łzę)

sobota, 30 lipca 2022

Olga Rudnicka i Matylda Dominiczak, czyli dwa tomy naraz, czasem w punktach

Lubię Olgę Rudnicką, z większym lub mniejszym natężeniem, ale lubię :). Jej książki są niezwykle przyjemnym, w moim odbiorze, "odpoczynkiem wojowniczki" ;). Dowcipne, napisane niewątpliwie lekkim piórem i poprawną (w sensie "bezbłędną", a nie w sensie "no, może być") polszczyzną, z sympatycznymi, choć czasem męczącymi bohaterami, a jednocześnie jest to lektura nie nazbyt obciążająca, idealna, gdy człowiek nie ma siły wgryzać się w emocjonalno-intelektualne problemy ludzkości i pochylać się nad jej kondycją moralną, a tak się złożyło, że ja ostatnio nie mam.

Pierwszy tom przygód Matyldy Dominiczak plasuje się tak mniej więcej w środku, że tak to ujmę, peletonu. Być może plasowałby się wyżej, gdyby nie fakt, że czystym przypadkiem przeczytałam najpierw "Byle do przodu", w którym to Matylda pojawia się po raz pierwszy, już jako dojrzała (stażem) pani prywatny detektyw. W "Oddaj albo giń" stoi dopiero u progu podjęcia decyzji o zmianie zawodu, chwilowo jest bibliotekarką, nieszczególnie kochającą swój zawód, swojego szefa i swojego małżonka, który ją głownie nudzi. Pewnego pięknego dnia znajduje w bibliotece jedne całe zwłoki i jedne prawie zwłoki, i wydarzenie to staje się tym impulsem, który ostatecznie kieruje ją na nową drogę kariery.

I, cóż, muszę przyznać, że ta dojrzałość zawodowa Matyldzie wyraźnie służy. W "Byle do przodu" Matylda jest inteligentną, błyskotliwą osobą, owszem, oryginalną, owszem, bawiącą czytelnika, ale nie przypominającą jednak postrzelonego kurczaka, który biega po podwórku, histerycznie gdacząc i siejąc wokół siebie pierzem, a takie właśnie, niestety, wrażenie czyni na mnie pani Dominiczak w "Oddaj albo giń". Wykonuje liczne, nieskoordynowane, nieraz niebezpieczne posunięcia, na miejscu prowadzącego dochodzenie policjanta zatrzymałabym ją pod dowolnym pretekstem na 48 godzin tylko po to, by zyskać chwilę oddechu, jej szef jest oczywiście dupkiem, ale trochę rozumiem jego niechęć do Matyldy, a mężowi, zdarzało się, współczułam. Miałam też wrażenie, że zupełnie niewykluczone, a w powieści przybyłyby jeszcze jedne zwłoki, gdybym to ja była jedną z jej bohaterek, no, ale wtedy cyklu o Matyldzie by nie było (serio, jej słowotok, niby całkiem zabawny, a mimo to czasem męczący w czytaniu, w realu doprowadziłby mnie do zbrodni jak po sznurku).

No i nie kupiłam Moniki, córki Matyldy. W "Byle do przodu" jest ona dziewiętnastolatką o barwnej osobowości i szalonych pomysłach, a jej kontakt z matką jest wzorcowy - przyjacielski, choć wyraźnie widać, kto tu jest rodzicem. Bardzo mi się to podobało i bardzo było wiarygodne.

W "Oddaj albo giń" Monika ma podobno dziesięć lat. Tylko, że nie. Ma lat dziewiętnaście, tylko autorka uparcie pisze o niej jako o dziesięciolatce. Ta dziesięciolatka śledzi własną mamusię, gdy ta udaje się na pierwsze, bardzo nielegalne detektywistyczne wyprawy, kryje ją przed własnym ojcem z pobłażliwym: "och, zatonął w tym swoim komputerze, nie przypuszczam, by w ogóle dotarła do niego moja nieobecność" na ustach, rzuca tekstami typu: "O, pamiętam [tę perukę]. Usiłowałaś włożyć mi ją na głowę. Jeszcze długo ją będę pamiętać. (...) Z czarnymi włosami będziesz wyglądać jak Morticia Addams! Czerń nie jest twoim kolorem. Jeśli chcesz się ufarbować, sugerowałabym raczej odcień miodu". To nie są teksty dziesięciolatki, a nie są najbardziej reprezentatywne w tej powieści, po prostu akurat te sobie zapisałam. Mam, jak wiadomo, dzieci, najmłodsze jedenastoletnie, wiadomo też, że są pyskate i ociekające ironią, przez wiele lat pracowałam z dziećmi, a niektóre były nad wyraz inteligentne i sarkazm to im z ręki jadł normalnie, i nie. Nie kupuję, nie biorę z całym dobrem inwentarza, nie wierzę.

Wiedziałam, że ciąg dalszy przygód Matyldy OCZYWIŚCIE, ŻE PRZECZYTAM, chociaż ten tom jest, jak wspomniałam, w środeczku stawki. Takim bliżej końca środeczku.

Ale ciekawa, jak Matyldzie wyjdzie dojrzewanie, i owszem, byłam.

Tom trzeci cyklu komedii kryminalnych o detektyw Matyldzie Dominiczak nosi tytuł „Rączka rączkę myje” . Tym razem pani detektyw pomaga komisarzowi Tomczakowi, który zajmuje się sprawą rodzinnych ogródków działkowych, od kilku miesięcy padających ofiarą wandali. Ktoś niszczy altanki, okrada domki, przekopuje kolejne działki. Zdaniem Matyldy to nie są po prostu wybryki nastolatków. Ktoś tu czegoś tu uparcie szuka. Matylda nie tylko pomaga w śledztwie komisarzowi, jednocześnie prowadzi własną sprawę, a zdobywanie informacji niezbędnych do jej rozwiązania wymaga wchodzenia w kolejne układy, w które niekoniecznie chce wchodzić, i wyświadczania przysług, których nie chce wyświadczać...

No to lecim w punktach:

- Matylda nadal niedojrzała i nadal przypomina mi histerycznie biegający po podwórku, rozgdakany drób, robiący masę hałasu, mnóstwo zamieszania i wykonujący tryliard nieskoordynowanych posunięć; ma na to, by dojrzeć, jeszcze dwa tomy, zaczynam się obawiać, że to nie wystarczy,

- moje współczucie dla męża bohaterki rośnie, gdyby tak ktoś stał mi nad głową i ryczał: "Roman! Roman! Roman, czy ty mnie słyszałeś?! On tak powiedział,Roman! Słyszałeś, co on powiedział? Roman, czy ty mnie w ogóle słuchasz?!" to też bym zainwestowała w słuchawki i oddaliła się na emigrację wewnętrzną, względnie zamordowała osobę ryczącą, a każdy przyzna, że emigracja wydaje się lepszym rozwiązaniem, niż morderstwo,

- nadal, gdybym była na miejscu komisarza Mareckiego, zamknęłabym Matyldę gdzieś na dwadzieścia cztery godziny chociaż, żeby oddechu zaczerpnąć. Przyznam, że nie rozumiem jego fascynacji czy tam sympatii dla Matyldy, możliwe, że sieje ona gigantycznym urokiem osobistym albo innym seksapilem  na prawo i lewo, tylko to wyjaśnia moim zdaniem fakt, że komisarz nie ma zablokowanego jej numeru telefonu i nie ucieka z komisariatu tylnym wyjściem w chwili, gdy mu oficer dyżurny daje znać, że Matylda o niego pytała,

- córki bohaterki, Moniki, w tym tomie niewiele, za to plus, twardo twierdzę, że to dziecko to nie dziesięciolatka, tylko studentka, uparcie nazywana dziesięcioletnim dziewczątkiem przez autorkę,

- pióro ma autorka lekkie i jest dowcipna, ale przysięgam, jak jeszcze raz trafię na długie, długie, BAAARDZOOO DŁUUUGIE dialogi z prześmiesznym przekręcaniem nazwiska prokuratora Obszmurka to jak wezmę, jak gwizdnę książką o ścianę...! ...a potem zacznę ujmować gwiazdki na Lubimyczytać, za każdy gejzer dowcipu jedną,

- komisarz Tomczak. Dodaję gwiazdkę, albo i dwie, za komisarza Tomczaka. Niesamowicie, niezwykle dobrze skonstruowana i opisana postać! Trochę nieestetyczny, trochę prostacki, trochę, bywa, chamski, nieco "fuj" z tym bez przerwy ciamkanymi krówkami, wyciąganymi z kieszeni i wyplątywanymi z chusteczek do nosa, źle przystrzyżoną fryzurą i masywnymi wąsiskami, trochę pogubiony w tej całej nowoczesności, której nie rozumie i nie lubi, trochę smutny, trochę mu się nie chce, bo jest dosłownie kilka dni przed emeryturą, do której trochę tęskni, a trochę się jej obawia, trochę swojski z tymi marzeniami o działeczce, piwku przy grillu, jakiejś fajnej babeczce, a kto wie, może i wnukach, które nie będą już tak bardzo wkurzać?... a przecież, gdy trzeba, potrafi zachować się i zareagować jak trzeba, gdzieś w środku tkwi i dobry glina, i porządny człowiek. Gdybyśmy spotkali takiego Tomczaka, taką skamielinę z poprzedniej epoki w realnym życiu prawdopodobnie byśmy go nie znosili, może pogardzali, może by nas irytował lub wręcz doprowadzał do szału tą ogólną bucowatością, tą buraczaną cebulowatością... ale cóż to jest za krwista postać literacka! I jakie budzi emocje!!! Mam nadzieję, że go autorka za mocno nie wygładzi i nie ucywilizuje w następnych częściach, bo - moim bardzo skromnym zdaniem - odebrałoby mu to autentyczność, która jest niewątpliwą siłą tej postaci.

- zaczynam dochodzić do wniosku, że ja chyba nie przepadam za długimi seriami pióra pani Rudnickiej, wolę samodzielne tomy albo te krótkie serie, dwutomowe. A może w tym wypadku ma znaczenie postać głównej bohaterki, która jest, jak na mój gust, nieco za ekspansywna, że tak to elegancko ujmę, zbyt hałaśliwa i zbyt nieprzewidywalna w swoich posunięciach (i nie dlatego, że taka oryginalna, tylko taka nieobliczalna, trochę jak dziecko, trochę jak nastolatek z wyrzutem hormonów, a trochę jak osoba z roztrojeniem jaźni). Doczytam serię do końca, oczywiście, po pierwsze dlatego, że naprawdę jestem ciekawa, czy Matylda zmądrzeje ;), a po drugie - bo ten tom ma zakończenie otwarte i po prostu chciałabym wiedzieć, jak się cała sprawa tajemniczego rozkopywania działek wyjaśni.

Ale potem zrobię sobie przerwę od komedii Olgi Rudnickiej. Pięć tomów pod rząd to jest dla mnie jednak za dużo.

środa, 15 czerwca 2022

"Zamaskowana królowa" Jorge Molist

Zastanawiam się, czy złożyć sobie uroczystą obietnicę, że jeśli znajdę na okładce książki, względnie na skrzydełkach okładki informację, że powieść została nagrodzona Nagrodą imienia Karola Wielkiego (Czy Tam Innego Wybitnego Władcy), jest (lub była) Najlepiej Sprzedającą Się Powieścią Historyczną Roku Dowolnego oraz Sprzedano 25 Milionów Egzemplarzy w Hiszpanii, to ostrożnie odstawię Dzieło na biblioteczną półkę i oddalę się spacerowym krokiem w dowolnym, INNYM kierunku, czy, przeciwnie, zacząć specjalnie czytać tak szumnie zapowiadane utwory do czasu, aż wreszcie trafię na taki, który podobnych honorów będzie godny (albo przynajmniej mi się spodoba)?

Od razu jednak zaznaczę, że choć "Zamaskowana królowa" 
 
 


zdecydowanie nie wyczerpuje znamion Lektury Wybitnej I Słusznie Nagradzanej, jest ciut lepsza niż dwie poprzednie opisywane tu powieści, co pozwala żywić nadzieję, że być może (ale tylko "być może") gdyby ta tendencja czytelnicza się u mnie utrzymała, to za jakieś piętnaście- dwadzieścia lat będę mogła otrąbić sukces w kwestii zaspokojenia mych oczekiwań.
 
No to, lu, przystępujemy do streszczania/recenzowania/znęcania się/whatever/ choose one/or more.
 
W 1208 r. Peyre (Piotr) de Castelnou, legat papieski, otrzymuje zadanie przewiezienia potajemnie do Rzymu dokumentów stanowiących zagrożenie dla władzy Kościoła. W drodze Peyre zostaje zamordowany, a niebezpieczny ładunek skradziony. O morderstwo i kradzież zostaje oskarżony hrabia Tuluzy, Raimon VI,. Papież rzuca na Raimona klątwę i ogłasza przeciw niemu krucjatę, która pustoszy Okcytanię.

Tymczasem Bruna, córka możnowładcy z Beziers, zakochuje się w Hugonie, młodym trubadurze, który odwiedza ich dwór. Hugo jest synem katalońskiego barona i tajnym agentem hrabiego Tuluzy, Raimona VI, a dzięki swej sztuce może swobodnie podróżować po kraju. Kiedy zaczyna się krucjata, Bruna przebiera się za młodego rycerza, żeby ochronić siebie i przyłączyć się do obrony miasta. Przebranie ratuje jej życie, ale zostaje uwięziona przez młodego i ambitnego rycerza, Guillerma, który z polecenia legata miał Brunę zabić. 

Czyli zapowiadanych szumnie na okładce damę (jedną) oraz rywali (dwóch) poznajemy już w dwóch pierwszych rozdziałach, a tajemnic (trzech) będziemy musieli się mozolnie doliczać bez szczególnej gwarancji, że nam się uda, tym bardziej, że im dalej w las, tym tomiszcze robi się coraz nudniejsze, pod koniec trzeba przez nie brnąć z poświęceniem, a "brnięcie" nie ułatwia skupiania się na treści, by wyłowić z niej obiecaną trzecią tajemnicę.

Powieść zaczyna się od rzezi w Beziers, nie wykluczam, że nie wszyscy o niej słyszeli, ja na przykład i owszem, w związku z czym już na etapie lektury zapowiedzi na okładce domyślałam się, że tym razem moje zastrzeżenie "żadnej wojny" nie znajdzie zastosowania, ale powiedziałam sobie "Ach, poświęcę się, może to będzie TO, a poza tym lubię albigensów!", no i po co mi to było, nieprawdaż. Ci zaś, którzy o Beziers nie słyszeli kojarzą prawdopodobnie słynną odpowiedź opata Arnauda Amaury na pytanie, jak odróżnić dobrego katolika od heretyka: "Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich", i nieszczególnie mnie obchodzi, że rzeczony opat prawdopodobnie nie wyrzekł był tych słów, należało się mu wejście do historii w charakterze ostatniego skur... kowańca, takie jest moje skromne zdanie.

Rzeź Beziers, że przypomnę tym, którym coś się obiło o uszy, lub tez nie obiło się nic zgoła, doprowadziła do wybicia niemal do nogi wszystkich mieszkańców miasta, od niemowląt po starców, z czego na przykład 7 tysięcy osób, łącznie z księżmi odprawiającymi nabożeństwo, w katedrze, ci zaś, którzy nie zostali zarżnięci zginęli w pożarze, który strawił miasto. Tę właśnie rzeź córka seneszala, Bruna, przeżywa przebrawszy się za chłopca, i jako chłopiec zostaje przygarnięta przez Guillerma z Monfort, czyli młodzieńca, który jakiś czas wcześniej  dostał polecenie znalezienia jej i zabicia od samego opata Amaury'ego. Guillermo pierwsze, co robi, to każe Brunie identyfikować zwłoki, walające się dosłownie wszędzie, tarasujące drogę i zrzucane na stosy przez szukającą łupów tłuszczę. I nie uwierzycie, jak ona to gładko przechodzi! Niby popłacze tu i ówdzie, gdzieś się zwinie w kąciku, by possać kciuk, ale zasadniczo skupiona jest na tym, by zdecydować, którego z kawalerów, z którymi splótł ją los, woli. Naprawdę, bardziej wstrząsnął mną sam tylko opis rzezi w "Heretykach" Aubrey Burla, niż naszą Bruną brodzenie we krwi na ulicach i wygrzebywanie ze stosów zwłok ciał kuzynki, niani i przyjaciół (jeśli bazować na opisie autorskim, rzecz jasna).
 
I nie jest to opis w swym... chłodzie odosobniony!  Guillermo, pochodzący z rodu Monfort, bogaty, obiecujący, przeznaczony przez opiekunów do bycia biskupem, owszem, bardzo rozrywkowy, bardzo kobieciarz i bardzo skaczący z kwiatka na kwiatek motylek (uzbrojony w miecz i pewność siebie wynikającą z pochodzenia), ale jednak dobry katolik, głęboko wierzący przełożonym i ślepo wykonujący ich rozkazy, przechodzi zmiany światopoglądowe z dnia na dzień (i na jednej stronie), ponieważ po co pisać o wewnętrznych rozterkach bohatera i jakichś tam wątpliwościach, skoro można zesłać na niego niemalże mistyczne objawienie.
 
Zaś drugi kawaler, Hugo z Mataplany... kojarzycie ( filmów, a starsi to i z autopsji) te dzieciomtka, które na akademiach szkolnych Ku Czci deklamowały drewnianym głosem z takąż intonacją na przykład: " JużzAurorywystrzał (wdech) padłodegrzmiałpokolenniomnacałą (wdech) Rosjęcałyświat zwycięstwo (wdech) wolność (bardzo głośno, bo Pani Kazała) LENIN"? No więc nasz Hugo ma w sobie mniej więcej tyle samo ognia. Kamiennym głosem: "Tak, moja pani, miłuję was srodze". Bruna ma wątpliwości. Hugo, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali, mechanicznie: "Nie miejcie wątpliwości, życie bym za was położył". Guillermo wpatruje się łakomie w Brunę, Hugo, raczej obojętnie: "Ach, nienawidzę was, panie, muszę wam dać w mordę!", po czym daje, po czym idą sobie we dwójkę z lokalnego młyna poobłapiać dziewki i ulżyć lędźwiom, no bo ileż można tak kochać bezproduktywnie!

I taka właśnie trójka sobie jedzie przez całą Okcytanię, Brunie co jakiś czas przypomni się, że jej ubili tatusia i trzeba uronić łzę, Hugonowi - że trzeba dać Guillermowi w gębę, a Guillermowi - że miał być wiernym sługą biskupa, icoteras. Za nimi podąża tajemniczy Don Ped..., znaczy, przywódca tłuszczy, która złupiła Beziers, który teraz musi zabić Brunę, bo obiecano mu za to winnicę i domek z ogródkiem. Po drodzę spotkają a to świętego Dominika, a to Etiennette Wilczycę de Pennautier, zaś na końcu czyha biskup Berenguer, który chce wykorzystać jedną z tych trzech tajemnic, o których Wam nie napiszę, bo przecież byłby to SPOILER (ale jak ktoś czytał Dana Browna to zgadnie) w celu zdobycia władzy nad światem, ale szczegółów tego zdobywania Wam oszczędzę, dość, że podczas czytania wznosiłam oczy do nieba tak często, że bałam się, że mi tak już na stałe zostanie, nie chciałabym narażać na podobne przeżycia Ukochanych Czytelników

Natomiast to, przy czym, o dziwo, cierpiałam najbardziej...
 
Wszystkim uważnym Czytelniczkom i Czytelnikom tego bloga zapewne od lat wiadomo jest, że nie należę do Policji Interpunkcyjnej. Idea postawienia przecinków we właściwych miejscach często mnie przerasta, gubię je lub, przeciwnie, nadużywam, acz staram się stawiać je mniej więcej tam, gdzie powinny stać. Będąc świadomą, że postawienie (lub nie) przecinka w konkretnym miejscu może zmienić znaczenie wypowiedzi, traktowałam interpunkcję bardziej jako, no cóż, sugestię.

Przepraszam was, o, Przecinki!

Pierwszy raz zdarzyło mi się czytać utwór, w którym nadmiar, brak lub swobodne podejście do tego znaku interpunkcyjnego zmieniło moją lekturę w odpowiednik wieeeeelokilometrowej podróży wozem drabiniastym po kocich łbach. W deszczu. Listopadowym. Zacinającym. I o głodzie. I z zapaleniem okostnej.

Bo czegóż my tu, nieprawdaż, nie mieliśmy!

Mieliśmy przecinki w miejscach dowolnie wybranych:

Pedro urażony, spojrzał legatowi prosto w oczy.

Dla nieznajomego zaczepienie po drodze rycerza jadącego u boku króla, było prawie niemożliwe.

Mieliśmy za dużo przecinków:

Miał bardzo ciemną cerę, gdyż spędzał wiele godzin pod gołym niebem, i z miłości do Boga, nie nakrywał głowy, nawet, gdy słońce mocno przypiekało, ani gdy padał deszcz.

Czyżby moja kolczuga i wygląd chłopca, były lepszą ochroną?

I za mało przecinków:

Almohaidzi, choć też muzułmianie są fanatyczni i nieprzejednani.

Powiedziano mi, że to obozowisko jest bardzo daleko, niemożliwe by dotrzeć tam pieszo.

A najczęściej mieliśmy przecinków za mało, za dużo i niekoniecznie tam, gdzie powinny być:

Dzieło szatana. Coś, co wrogowie papieża, chcą wykorzystać, by pogrążyć nasz Kościół. To testament Złego Ducha dla jego wyznawców samo nasienie zła i szatan liczy na to, że pewnego dnia wyda ono owoce.

Rycerze gotowi do walki na wypadek gdyby wicehrabia szykował szarżę jazdy, zniecierpliwieni oczekiwaniem aż w obwarowaniach osady pojawią się jakieś wyłomy, przez które mogliby dostać się do środka bezskutecznie szturmowali by wspomóc piechotę, i odwrócić uwagę obrońców. Podczas ostatniego takiego ataku, kilka strzał dosięgło wierzchowca jednego z jeźdźców, ugodzony koń padł na ziemię, i zrzucił jeźdźca na dno fosy. Znajdując się tak blisko murów, był zgubiony.

Rozkazałem  wam, byście wygnali tych heretyków z waszych ziem albo, by chociaż wyglądało na to, że ich ścigacie. Radziłem byście żyli w zgodzie z legatami papieskimi. Wicehrabio martwię się z waszego powodu gdyż ci szaleńcy ściągnęli na was takie niebezpieczeństwo i zmartwienia. (...) Nie będziecie mogli  stawić oporu, aż do końca.
 
Ludzie są przestraszeni, ale też pełni nienawiści odkąd dotarły do nich wieści o tym co zrobiono w Beziers i często rzucają w niego kamieniami i grudkami gliny.

Nigdy, nigdy nie sądziłam, że to może tak bardzo przeszkadzać w lekturze.

Być może dlatego, że nigdy i nigdzie nie zetknęłam się z przecinkozą w tak zaawansowanym stopniu (ponad pięćset stron nieustającej, doprawdy, uciechy).

Dlatego przede wszystkim  nie polecam "Zamaskowanej królowej" redaktorom, autorom i ludziom pracującym ze słowem. Wierzcie mi, nawet zapalenie okostnej jest lepszą opcją.

Pozostałym - po uważaniu, Zawsze może się okazać, że ten hiszpański Dan Brown odpowiada im bardziej, niż oryginalny :).

 

PS. Przy okazji, tytuł oryginału brzmi "La reina oculta" , czyli "Ukryta królowa", co znacznie lepiej pasuje do treści. Zupełnie nie rozumiem potrzeby udziwnienia go za pomocą przetłumaczeniem na "Zamaskowaną królową", królowa z naszej Bruny taka średniawa była IMHO, ale na pewno bardziej "ukryta" niż "zamaskowana".

wtorek, 31 maja 2022

"Kobiety z odzysku" Izabella Frączyk

Uwaga techniczna:

Wszystko, co we wpisie na zielono i kursywą to są oryginalne cytaty z omawianego dzieła.

Oraz przepraszam z góry za panujący w recenzji chaos, ale tego akurat utworu inaczej niedasie, jej Bohu, no nie da się.

 

Wypożyczyłam książkę z biblioteki za poleceniem pani, której powiedziałam, że chcę coś lekkiego i żeby nie musieć za dużo myśleć (nie jestem pewna, czy osiągnęłam pożądany cel...). Czytadełko, rozumiecie Państwo. Lubię czytadełka od czasu do czasu, sporo ich pochłonęłam. I znam ten schemat - przyjaciółki na zakręcie życiowym, od początku chodziło za mną, że coś podobnego czytałam, no i oczywiście, że tak - "Klub mało używanych dziewic" Moniki Szwai. Tylko, że u Szwai na dwudziestu pierwszych stronach nie zostali obrażeni mężczyźni, kobiety młode, starsze, rodzime i cudzoziemskie, muzułmanie, Egipcjanie i ogólnie wszyscy, którzy nie są bohaterkami. Do strony 17 doliczyłam się pięciu opinii obrażających jakąś grupę ludzi ("Pewnie jakiś żigolak. Tylko po co komu w Egipcie polski lowelas?"

"Mój wspólnik rezyduje w Hurghadzie na stałe, niestety, miejscowi potrzebują poganiacza i twardej ręki, , inaczej wyłazi z nich muzułmański leń".  

"Na wielkich skórzanych sofach gromadnie rozsiedli się chłodu Rosjanie (...) Mężczyźni byli grubi, spoceni i mniej więcej w okolicach pięćdziesiątki. Wyglądali jak bracia. Każdy z nich obściskiwał szczupłą, młodziutką lafiryndę. Wszystkie jak jedna miały mocno tlenione włosy, ostry makijaż i wściekle błyszczące miniówki, bez względu na krzywiznę chudych nóg. Towarzystwo wyglądało na zżyte i nieco już rozochocone nadmiernym spożyciem miejscowego trunku słabej jakości"), plus wyłapałam dwa fragmenty żywcem przepisane z gazet, tu w ramach, nieprawdaż, dialogu.

Od strony 18 natomiast autorka zaczęła nabijać wierszówkę, opisując proces przepoczwarzania się genialnego umysłowo, acz zdecydowanie brzydkiego kaczątka w przepiękną łabędzicę na jedynych <oddala się policzyć> jedenastu stronach. Zaś, że dodam zachęcająco, aby opisać wybuch uczucia, narzeczeństwo, małżeństwo, ciążę i popadnięcie we wdowieństwo bohaterki starczyły jej cztery akapity. Niespecjalnie długie.

Bohaterki są trzy - 

- Gośka, której mąż okazał się bigamistą ("A co tam słychać z moim bigamistą? – Gośka uśmiechała się ciepło. Wiedziała, że pod fachową opieką prawną przyjaciółki jest całkowicie bezpieczna". Tak! Tak bym się właśnie zachowywała, gdybym się dowiedziała dosłownie kilka tygodni wcześniej, że mój mąż jest bigamistą i tatusiem dwójki)

- Fela (adwokatka, której "Dziadek obiecał, że w testamencie zapisze jej swoją kancelarię. Postawił jeden warunek: dobre stopnie. Z dnia na dzień, jak uskrzydlona, rzuciła się w wir nauki". Dwunastolatka, a proszę, jaka bystra, bardzo bystra! ...ale dosłownie chwilę później możemy podziwiać intuicję Dziadka, świeć, Panie, nad jego duszą, z najwyższym uznaniem śledząc posunięcia Felicji na polu działalności zawodowej:

"–Spoko. W pokoju mam dla ciebie dokument z kurii.
– Z kurii?! – Gośka niemal spadła z fotela.
– Tak. Załatwiłam ci rozwód kościelny, a właściwie to unieważnienie małżeństwa. – Felicja wbiła w nią wzrok pełen satysfakcji"
(...)
– Sprawa jest skomplikowana, bo podlega jurysdykcji kilku państw. Ale pójdzie jak nic. Rozwiodłam was wszystkie trzy zaocznie i wszystkie jesteście wolne. Ogoliłam go na zero. Wszystko podzieliłam między was, odpowiednio do małżeńskiego stażu, posiadanych dzieci i poniesionych przez was nakładów. Sąd łyknął moją propozycję jak młody pelikan sardynkę.  
 
<jurysdykcji kilku krajów, ale rozwiodła obywatelki trzech różnych krajów zaocznie, i jeszcze uzyskała rozwód kościelny, Państwo mnie pardon na chwileczkę, ale muszę zrobić sobie krótką przerwę na,turlanie się po dywaniku w napadzie śmiechu tak, że mogłabym robić za walec drogowy>) 
 
- i Zuza (blondyneczka z loczkami, geniusz marketingu, majsterkowania oraz właścicielka prężnie działających firm budowlanych z głęboką wiedzą o ludziach:  "Bzdura jak fiks z tym bezrobociem. Normalnie medialna bujda na resorach. Urząd pracy jeszcze mi nigdy nikogo sensownego nie podesłał, a i z ogłoszeń też tylko jakieś niedorobione tałatajstwo się złazi. Przyjdzie mi czasem jakiś zasmarkany łysy chłoptaś po zawodówce, co majzla od winkla nie odróżnia, i mi mówi, że chętny. No to zaczyna od noszenia, no wiesz, taki przynieś-podaj, i po kilku dniach już nie przychodzi do pracy, bo ma ambicje co najmniej na majstra, a gówno umie. Mam jedną sprawdzoną ekipę i śmiało mogę ich samych zostawić, bo wiem, że nic nie spieprzą, ale jedna ekipa to za mało, żeby rozwinąć skrzydła na poważnie. A a co się muszę z klientami naszarpać, to moje").

Panie  poznały się, gdy Fela prowadziła sprawę rozwodową Zuzy po tym, jak ta z mężem zamieszkiwali u (jakiej? TAK! WREDNEJ! I głupiej, oraz katoliczki psycholki) teściowej, a ponieważ mieli trudności z poczęciem dziecięcia, że teściowa wymyśliła, że w ciążę zajdzie zamiast Zuzy jej, uważacie, opóźniona umysłowo siostra-bliźniaczka (oczywiście), a żeby się wioska nie zorientowała będzie, ta siostra, przebrana za Zuzę paradować po wsi do porodu.

Szczwany ten plan niestety się nie powiódł, "wredne babsko i uczepiony jej spódnicy synalek z kompleksami z dnia na dzień stali się społecznymi banitami. W zżytej wiejskiej społeczności status persona non grata to naprawdę ciężka sprawa. Ksiądz co niedziela grzmiał z ambony, a różańcowe kumy gdakały nieprzerwanie jak kwoki na grzędzie, nie zostawiając na starej suchej nitki. W miejscowym geesie nikt się do nich nie odzywał, zwłaszcza że ten durny i ogłupiony przez matkę mąż Zuzy nadal smalił cholewki do upośledzonej szwagierki. Wkrótce odrzucenie społeczne tak bardzo dało się we znaki skompromitowanej parce, że musieli się wyprowadzić" , każcie mi przestać, bo wam zaraz całe dzieło tu przepiszę, a na to są paragrafy, i podkreślam, bo może nie każdy zauważył, ten idiota synalek (jakim cudem nasza błyskotliwa Zuza go w ogóle poślubiła? Dlaczego w tym temacie nie ma w dziele ani słowa wyjaśnienia? Byłabym go naprawdę ciekawa) latał za opóźnioną w rozwoju siostrą Zuzy już po rozwodzie, po orzeczeniu przez sąd alimentów na rzecz Zuzy, i ogólnie, po wszystkim. Bo mu MAMUSIA KAZAŁA, no jprdl jednak. 

Doprawdy po tym wszystkim nie pojmuję, dlaczego wszyscy uważają, że to Katarzyna Michalak tworzy idiotyczne fabuły z niewiarygodnymi rozwiązaniami, dziewczyna bardzo dobrze pisze, a rysunkowi postaci niczego zarzucić nie można, mówię wam (i jest to opinia, która nawiedza mnie coraz częściej, co, obawiam się, świadczy nie najlepiej albo o rodzaju lektur, którym się ostatnio oddaję, albo o stanie rynku wydawniczego w Polsce. Albo, niestety, o obu tych rzeczach)!

Panie jadą do Egiptu na wycieczkę, gdzie odpoczywają otoczone przez prymitywnych rodaków i namolnych miejscowych, jaśniejąc jak klejnoty na tej wyspie ogólnego chamstwa i prostactwa, i ja wam będę te klejnoty opisywać, o czym - przyznajcie się -  na pewno marzycie w długie, bezsenne noce! 

Że się im odpoczynek należy po wszystkich tych przeżyciach to oczywista oczywistość, w jednej natychmiast zakochuje się miejscowy bogacz i pragnie pojąć ją za żonę, kupując ją (nie wiadomo od kogo) za wielbłądy. Konkretnie za osiem wielbłądów. Aż sprawdziłam zanim tu się udzieliłam, czy nie pomyliłam ilości zwierzątek. Ale nie. Syn szejka, studiujący na Oksfordzie finanse, bywały w świecie, wszechstronnie wykształcony i w dodatku przepiękny z urody, który zaprosił rodziców, by obejrzeli ukochaną (opis stroju sióstr i matki z dobitnym podkreślaniem, że to, co mają na sobie różni się nawet na pierwszy rzut oka od chińszczyzny sprzedawanej turystom i nawet laik widzi, że wszystkie te klejnoty i biżuteria są prawdziwe i warte majątek na milijonie stron) oferuje osiem wielbłądów za rękę bogdanki... I wam powiem, że jak sobie zestawiam tego obłędnie przystojnego, bogatego jak Krezus JEDYNEGO SYNA szejka, erudytę, poliglotę i co tam jeszcze, z tymi ośmioma wielbłądami i z tekstem "ojciec ma naprawdę dużo kasy", jakby był Sebą z małego miasteczka, synem lokalnego hodowcy cebuli, to mnie się w żywocie takie coś robi, że wszystkie globusy Emilii Korczyńskiej mogą iść się czochrać.

Awanturę arabską już znacie, oprócz tego mamy, na przykład, Gosię, która właśnie znalazła podrzutka na progu dzielonego z gachem mieszkania (podrzutek podobno przynależy do gacha, ale kto wie, czy to prawda, zaś sam podrzutek został dostarczony pode drzwi przez mamusię, która sama bachora chować nie będzie - w liście tak było, c'nie! Trzy tygodnie ma dzieciomtko), i postanawia wychować dziecię rękami sąsiadki ("Postanowiła poprosić o pomoc sąsiadkę. Sąsiadka miała pięcioro małych dzieci. Jedno mniej, jedno więcej…"), oraz Felicję, która w drodze z Egiptu przeżywa jednonocną przygodę, trzy miesiące później okazuje się, że brzemienną w skutkach, zaś kolejny tydzień później - facet od jednonocnej przygody przez ABSOLUTNY przypadek trafia do kancelarii Felicji, gdyż życzy sobie się rozwieść ze swą żoną -wariatką, religijnie nawiedzoną, która zapragnęła zostać surogatką, a że jej nie wychodzi przeszła na... hm... metody naturalne, a wszystko to z różańcem w ręku (facet ponadto wychowuje dzieci swojej siostry, która zamarzła w Himalajach szukając swojego męża, który kilka lat wcześniej w tych Himalajach zginął, nie, nie zmyślam i nie jestem pijana w sztok).

Poza obraźliwą dla wszystkich (ale serio DLA WSZYSTKICH, tu musze przyznać autorce prawdziwy talent!) retoryką rzecz jest w dodatku źle skonstruowana. Na ten przykład trzy przyjaciółki,które się znają jakiś czas jednak, razem na wakacje przyjechały, opowiadają sobie nawzajem, jak się poznały. No litości, mam przyjaciółki, nie mam pojęcia, co by nam się musiało w główki zrobić, żebyśmy sobie zaczęły opowiadać: "A wiesz, Anię poznałam w roku... przy okazji...".  
 
Albo zdania typu: "(Hotele) Nawet na środku pustyni. Typowe molochy bez dostępu do morza, mielące tłumy turystów. Egipcjanie mają wielkie plany dotyczące rozwoju turystyki, ale do ich realizacji potrzebna jest woda. Strach przed terroryzmem po zamachu w Szarm el-Szejk już poszedł w niepamięć i z roku na rok napływa tam coraz większa fala turystów zostawiających kasę" występujące w charakterze wypowiedzi w dialogu...

No i oczywiście tak w ogóle ta powieść to jest opko i ja dostrzegam pełen opkowy zestaw. Kojarzycie, pińćsetgwiazdkowy hotel, w którym bohaterka sobie robi kanapki na lunch albo herbatkę zalewa z czajnika elektrycznego w pokoju, kapanie forsą, ale na wycieczkę jedziemy rozklekotanym autobusem pełnym miejscowych, te rzeczy. Albo takie coś: "Twoja zaślepiona miłością do syna, nienormalna żona postanowiła na siłę spełnić marzenie zadurzonego synalka, więc zrobiła ze mnie przestępcę, wpakowała mnie do więzienia, uśpiła, uprowadziła i uwięziła! Posłuchaj, Muhammed, to jest chore! - i tak się odzywa nasza bohaterka, bynajmniej nie nastolatka w wieku buntu, tylko dorosła, podobno dobrze wychowana osoba do właściciela połowy Egiptu, swego gospodarza, właściciela luksusowego przybytku, w którym przebywa, człowieka wykształconego, kulturalnego, dużo od niej starszego, a mówi o jego żonie i jego jedynym synu... tak zaś elegancka dama (która, w co nie wątpię, miała być Silną, Niezależną i Asertywną Bohaterką Z Charakterem, a jest głupia jak but, prostacka, fatalnie wychowana i z osobowością rozwielitki, nie obrażając rozwielitek), odrzuca oświadczyny: "Mam swoją pracę, swoje zainteresowania, swój dom i swojego mężczyznę. Poza tąm jestem katoliczką, nie smakuje mi wasze żarcie, nie podoba mi się wasza pustynia, nie kocham cię i nie jestem na sprzedaż. Czy to jasne?! (...) Już wiem, że twoja matka to skończona wariatka. Ale za to ojca masz super (...)Ty jesteś w porządku i nic do ciebie nie mam. Nawet cię chyba lubię. Widać mężczyźni w waszej rodzinie dają się lubić, natomiast baby… Szkoda słów".  

Albo bohaterka piwko sobie otwiera, o:

"Zuzka rozpogodziła się natychmiast i wprawnym ruchem otworzyła butelkę o futrynę, uważając, żeby nie uszkodzić zamka. Maisa gapiła się jak urzeczona na wyczyny tej białej kobiety i spoglądała łapczywie na spieniony napój" (a wszystko to w ekskluzywnej, wyposażonej we wszelkie wygody, w tym i takie, o których się przeciętnemu człowiekowi nie śniło, posiadłości egipskiego milionera).
 
No opko pełną gębą.

Co myślę o tym, że to opko zostało wydane drukiem to insza inszość.

W dodatku akcja pędzi na łeb, na szyję, po pierwszych czterdziestu stronach ględzenia o niczym ("Marcin mówił ciekawie o swojej pracy, sypiąc anegdotami, i po chwili poszli coś zjeść w barku przy basenie", zdanie godne wypracowania nastolatki) autorce się przypomniało, że chciała napisać trzy różne książki, tylko się bała, że jej nie wydadzą, więc upchnęła wszystko w jednej, czytelnik dostaje zadyszki i jeśli jest mniej uważny albo mniej podatny na irytacje czytelnicze przeocza nawet styl a la środkowa podstawówka ("- A ty? Co z tobą? – U mnie spoko. Jestem zabujana na maksa") oraz a la "jak troszkę podrapać po tej kulturze osobistej to wszystko schodzi jak pozłotko z papierka, zaś wyłazi jak małpa z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy", na tenpszykład, o, taka sytuacja:

Zuza w Polsce robi grilla, żeby opowiedzieć wszystkim o swoich przeżyciach, a tu nagle - kurierzy i tajemniczy prezent! Prezentem jest ekskluzywny model Harleya, zaś reakcja Mężczyzny Życia Zuzy (dlugotrwały związek, matrymonialne plany, te rzeczy) wygląda tak:
 

"– A więc to tak?! – wysyczał wściekle. – Teraz już wszystko rozumiem! Pojechałaś się puszczać z Arabami, a teraz ci za to płacą. Szok!
– Artur! No co ty? – wtrąciła się Gośka. – Przecież ona została porwana!
– Taa, jasne, może i została, ale później świetnie się bawiła. Jasny gwint! A ja przedstawiłem ją moim dzieciom! Zwykła puszczalska zdzira! Matylda przejrzała ją już jakiś czas temu. Uprzedzała mnie, ale ja chyba ślepy byłem!
– Artur! Przestań! Opanuj się!
– Zuzka odzyskała głos. 
– A co? Chcesz się tłumaczyć? Wszystkie jesteście takie same, funta kłaków niewarte! – krzyknął rozjuszony mężczyzna"
 
(a teraz wszyscy podziwiamy tę rasową, gimnazjalną frazę, jak również Prawdziwie Męskie Prężenie Muskułów)

"– Wyhamuj, kolego, bo zaraz dostaniesz po ryju! – Marcinowi w końcu puściły nerwy. – Jeszcze słowo i zrobię z ciebie farsz do pierogów – zapienił się Marcin i niewiele brakowało, by przywalił Arturowi.
– Chłopaki, dajcie już spokój, dobra? – rzuciła pojednawczo Gośka. Nie na wiele się to zdało.
– A ty co? – rozindyczył się Artur i skierował się w stronę Marcina. – Ty też chcesz ją przelecieć? Droga wolna! Ja spadam. Ze szmatami się nie zadaję!"

A na deser - fragment z serii (bardzo przepraszam, ale ciśnie mi się na usta) JPRDL.

"Dziewczyna była czarna jak heban i zgrabna jak marzenie, więc Fela przyglądała jej się z nieukrywaną ciekawością. Jeszcze nigdy nie miała okazji rozmawiać z prawdziwą Murzynką, a tu proszę, siedzi obok i wydaje się zagubiona.
(...) Mzu była piękna. Pochodziła z plemienia Zulusów a jej pociągła, o szlachetnych rysach twarz mogła z powodzeniem zdobić okładki

.
.
.
(chwila napięcia)
.
.
.
"National Geographic".

Dodam, że Mzu jest modelką, chodzi po wybiegach w Paryżach i innych Mediolanach, ale komu by w związku z tym jakieś Cosmopolitany czy Vougi do głowy przyszły, nie, na polskim uniwersytecie polska studentka oczyma duszy widzi ją na jedynym właściwym miejscu!

Omówiona powyżej powieść to debiut podobno, i tylko dlatego sugeruję, że jakiejś kolejnej należy się cień szansy.

Tej konkretnej nie polecam nikomu.

sobota, 21 maja 2022

Szekspirowsko

Królowa Matka (z niewinnym zainteresowaniem) - I jak tam "Makbet", synu? W jakim teraz jesteś momencie akcji?
 
Potomek Młodszy (zniecierpliwiony, jak również silnie zirytowany) - W kompletnie idiotycznym. Ciągle ktoś puka do drzwi, a jakiś typ, nie pamiętam, jak się nazywa, nic, tylko furt otwiera i otwiera, ktoś puka, on otwiera, ktoś puka...
 
Królowa Matka (po długiej chwili niezbędnej dla opanowania emocji usiłujących znaleźć ujście z jej wątłej piersi w postaci nietaktownego chichotu; łagodnie) - Odźwierny, synu. Dlatego furt otwiera i otwiera, od tego właśnie jest.
 
Potomek Młodszy (po bardzo, BARDZO długiej chwili milczenia, niewątpliwie niezbędnej dla przyswojenia podanych informacji) - Ma to sens.
 
Co za szczęście, że to nie "Hamlet", w "Hamlecie" byłaby to jedyna sensowna rzecz.
 
A tak - jest nadzieja, że Potomek Młodszy jeszcze na jakąś natrafi :D.

 

środa, 18 maja 2022

Alergicznie

Pompon Młodszy (zdaje sprawozdanie ze swego, nieco ostatnio podupadającego, stanu zdrowia)- Dziś już się lepiej czuję. Nie kicham, no, mniej kicham. Tylko jak w szkole byłem to mnie znowu oczy zaczęły szczypać, w naszej klasie musi być coś, na co mam alergię...
 
Pompon Starszy (pomocnie) - Nauka?
 
Zupełnie niewykluczone, to bardzo silny alergen i zadziwiająco wręcz często spotykany!
 
I wiele wyjaśnia w temacie takiego, na przykład, Potomka Starszego.

 

czwartek, 5 maja 2022

"Władca Barcelony" Chufo Llorens

Wszechświecie, Wszechświecie, cóżem ci uczyniła, że mnie tak nienawidzisz? Jestże to bezinteresowna nienawiść, czy jakiś, bo ja wiem, zakład z Wszechstwórcą, ile wytrzymam, nim się poddam? 

Tak, znów to zrobiłam. Z wielu powodów moje książkowe wybory ostatnio... jak by to ująć... nie są godne Blogerki Książkowej, nawet tylko Aspirującej (względnie W Uwiądzie). Ma być lekko, bo nie mogę myśleć. Nie nazbyt wzruszająco, bo mi szkodzi. Zabawnie, dlaczego nie, ale na poziomie, no bo już nie przesadzajmy z tym brakiem godności Aspirującej Blogerki Książkowej W Uwiądzie. Żadnych dramatów, dramatów mam dość w życiu. Bogowie broń nie o wojnie, nawet takiej z czasów wikingów. Może być kryminał, ale ofiarami nie mogą być dzieci, przemocy wobec kobiet tez twarde nie, i oczywiście żadnych sadystów męczących zwierzęta, najlepiej jakiś otruty nieboszczyk elegancko upozowany na kanapie w stylu późnego rokokoko. I tak dalej, i tym podobnie, oczywiście nie musi to wszystko występować w jednym tomie, ale nawet w rozbiciu na kilka moje wymagania eliminują tak z połowę zasobów bibliotecznych i niemal wszystkie książki z mojego Stosika (dobra, bez ściem - Stosu) Wstydu.

Tak zmotywowana idę do biblioteki, rzucam się między półki, czytam opisy na skrzydełkach książek, sięgam po autorów, o których w życiu nie słyszałam, tu się zadumam, ówdzie skrzywię, aż wreszcie wybieram, no bo przecież:

"Jeden z największych hiszpańskich bestsellerów ostatniego roku". - mówi okładka. A dalej: "Napisana z rozmachem powieść historyczna utrzymana w duchu i tematyce słynnej Katedry w Barcelonie" - hmmm... - "Barcelona, rok 1052. Wychowany w skrajnej nędzy Marti Barbany ma 19 lat, gdy trafia do pysznego i dumnego miasta. Oszołomiony możliwościami, jakie niesie ze sobą życie w metropolii, zrobi wszystko, aby stać się pełnoprawnym obywatelem, zasłużyć na miłość dziewczyny z bogatego rodu i odmienić swój los. Jego historia splata się z dziejami hrabiego Ramóna Berenguera I, darzącego występną miłością Almodis z Marchii, hrabinę Tuluzy, który wciąga miasto w niebezpieczny konflikt" - no co może pójść nie tak.

A MÓWILI TATULO, NIE UFAJ OPISOM NA OKŁADKACH, CÓRUŚ!

Powieść - 736 stron!!! - zaczyna się od opisu napadu bandy żołdaków na spokojne domostwo kowala, zakończone wymordowaniem mężczyzn i zgwałceniem kobiet, w tym jednej ciężarnej i jednej dwunastoletniej.  Pięknie, po prostu pięknie, tego właśnie chciałam, gdy wybierałam książkę bez wojen i przemocy wobec kobiet, dzięki, panie Llorens! A już najbardziej dzięki za to, że cały ten rozdział był kompletnie PO NIC. W żaden, najlżejszy sposób nie łączył się z resztą powieści, żadna z osób w nim opisanych nie tylko nie odegrała żadnej roli na kartach książki, ale nie została nawet wspomniana. Podejrzewam, że cały ten napad był potrzebny autorowi, by wprowadzić postać Ermesyndy, hrabiny Barcelony, która w następnym rozdziale robi dziką awanturę dowódcy wojsk najemnych. Musi pan autor uznał, że to jest właśnie najlepszy sposób, by pokazać, że rzeczona hrabina ma ognisty temperament, dzierży władzę żelazną garścią i nikt jej nie podskoczy w Barcelonie i okolicach. Cóż, nie jest to opinia, którą podzielam, ale cóż ja jestem, mały robaczek i w życiu bestselera nie napisałam, c'nie.

Chwilę się łudziłam, że może nienarodzone dziecko zgwałconej kobiety to właśnie ten szumnie zapowiadany na okładce Marti, ale porównałam daty, widniejące na początku każdego rozdziału i duch we mnie upadł. Nasz Marti Barbany pojawia się chwilę później i jest taki doskonały, że obrzydzenie bierze. Niby nie jest rycerzem (chociaż podobno autor wzorował go na rzeczywistej postaci, która i owszem, rycerzem ostatecznie została), ale i tak jest bez skazy- szlachetny, honorowy, mądry, odważny, inteligentny, oczywiście w dodatku przystojny, plus ma niewiarygodne szczęście. Wychowany w biedzie i niechęci do tatusia w jeden dzień i bez specjalnych duchowych rozterek odzyskuje o tatusiu dobre mniemanie oraz dostaje spadek, plus zyskuje dwóch serdecznych przyjaciół tatusia, którzy nie tylko spadek przechowali przez prawie dwadzieścia lat, ale jeszcze zajęli się sierotą, wprowadzili do towarzystwa, zapoznali, z kim trzeba, ułatwili, co się dało i służyli dobrą radą, bezinteresownie i ze względu na pamięć dawnych czasów.

Wszystkie zresztą postacie we "Władcy Barcelony" są zero-jedynkowe - ukochana Martiego jest piękna, kochająca, wierna i tak niewinna, że w porównaniu z nią przebiśnieg na przymrozku jest niczym więcej jak śmieciem.. Z kolei główny antagonista Martiego, Bernat, nie ma nawet jednej pozytywnej cechy, jest taki zły, ze po prostu najzłejszy, a do kompletu obleśny, chciwy i, no bo przecież, że koniecznie, brzydki, otyły i pryszczaty (no, dobra, pryszczaty może nie. A może tak, tylko dokładnie nie pamiętam).

Równolegle do pełnej sukcesów drogi Martiego, by stać się obywatelem Barcelony toczy się wątek historyczny, bohaterem którego jest Ramon Berenguer, hrabia Barcelony, który został ekskomunikowany w 1053 na skutek bezprawnego trzeciego małżeństwa - on, żonaty wówczas, zapłonął uczuciem do Almodis z Marchii, jak najbardziej zamężnej. Uczucie okazało się wzajemne, Ramon zorganizował porwanie ukochanej z zamku jej męża, po czym żyli sobie razem we wzajemnym afekcie, starając się o unieważenienie małżeństw (łatwo nie było, argument o nie skonumowaniu związków upadał, jako, że oboje mieli dzieci, a w dodatku papież był dobrym przyjacielem babci Ramona, czyli wyżej wzmiankowanej Ermesyndy). I niewątpliwie była to najciekawsza część tej książki, choć, niestety, opisana kompletnie  bez polotu, do tego stopnia, że równie dobrze mogłabym poczytać Wikipedię, wzbogaconą o opisy przyrody.

Brak polotu dotyczy całej powieści zresztą, wszystko tu jest po kolei, w uproszczeniu, bez kłopotów, bez przeszkód. Ktoś postanawia napisać list i list trafia do nadawcy dokładnie w momencie, gdy powinien,  odbicie więźnia przebiega bez żadnych niespodzianek, przekazanie okupu - no, jak przekazanie okupu, wielkie rzeczy, podjeżdża z jednej strony rycerz, z drugiej muzułmański książę i już, o czym tu pisać, wydany wyrok jest bezproblemowo wykonany, "skazali go, zbudowali szubienicę, powiesili, ach, jak niesprawiedliwie", wizyta w więzieniu załatwiona bez problemu, bo czystym przypadkiem strażnik więzienny okazuje się kumplem z wojska, nagle znajduje się na wszystko dowód, porwanie Almodis z Marchii, hrabiny Tuluzy w końcu, a nie byle dziewki kuchennej przebiega łatwiej, niż w dzisiejszych czasach przebiegłoby odebranie dziecka ze szkoły przez rodzoną babcie nie posiadającą upoważnienia od rodziców. Dodatkowo część wątków jest o niczym jak chociażby spór między Pedro Ramonem, synem Ramona z pierwszego małżeństwa i jego następcą, a Almodis z Marchii. Kłócą się jak przedszkolaki i nic z tego nie wynika, nic kompletnie.

No i JĘZYK.

Styl pisania  autora jest co najmniej egzaltowany i przyznam, że zastanawiałam się nawet, czy to tylko autor, czy może chociaż trochę tłumacz. I pewnie trochę jest to tłumacz ("Drżała mu ręka, a serce ściskał podziw dla odwagi dziewczyny" - nie wykluczam, że słabo znam polski, ale wydaje mi się, że serce to mógł mu przepełniać podziw dla odwagi dziewczyny, a serce ściska się człowiekowi skutkiem doznawania raczej przykrych emocji; 

"za wojskiem szedł nieunikniony tłum ludzi (...) całe mnóstwo kobiet, zarówno żon żołnierzy, jak i prostytutek o obwisłych piersiach, które roznosiły choroby, dostarczając rozrywek obozującym żołnierzom", no szczególnego rodzaju to rozrywka, gdyby ktoś mnie pytał;   

"Znasz już Ruth, najmłodszą córke mojego przyjaciela Barucha. Na wszelki wypadek zamknęli przed czasem bramy Call [dzielnicy żydowskiej, przyp.moje] i rozdzieliwszy się z siostrą, została na zewnątrz" - znowu, możliwe, że się czepiam, ale czytałam to zdanie kilkukrotnie i ono dla mnie w ogóle nie jest po polsku).

Z cała pewnością jednakże to nie tłumacz jest winien temu, że opisy są rozciągnięte do przesady (a o dialogach będzie niżej). O tym, że autor  przygotował się do napisania książki historycznej świadczy pokaźna bibliografia, dumnie zaprezentowana na końcu tomu oraz liczne a zbędne szczegóły, którymi czytelnik jest regularnie zanudzany, a które nic nie wnoszą do książki (jak np. opis bojowego rynsztunku Ramona Berenguera. Albo cacko w stylu "Obaj usiedli na taboretach obitych skórą z Ubrique. Był to prezent od najemnika, który służył u boku Llobelta w okolicach Kordoby około 1017 roku podczas drugiej wyprawy hrabiego Ramona Borrella, dziadka obecnego hrabiego. Odniósł wtedy tak ciężkie rany, że zmarł" - i nie, nie wiadomo, kto zmarł, najemnik, Llobelt czy hrabia. O, albo niezwykle błyskotliwe spostrzeżenia, jak natenpszykład: "Stał tam tez dzban z wielkim uchem z jednej strony i długim dziobem z drugiej, który służył niewątpliwe do wylewania jego zawartości".

Nie są winą tłumacza również dialogi typu:

- Marti, przybiegam do ciebie z pilną wiadomością!

- Zamieniam się w słuch, przekaż mi ją natychmiast!

- Nigdy nie uwierzysz w to, co ci powiem!

- Wstrząsają mną obawy!

- Zadrżysz dopiero, gdy ci ją wyznam, a biegłem tu naprawdę pospiesznie!

- Nie trzymaj mnie w niepewności, zaklinam!

- Nigdy bym tego nie zrobił, przyjacielu, czas bowiem jest naszym sprzymierzeńcem!

- Przebóg, co mówisz! Przejmujesz mnie lękiem!

- Ach, gdyby dobry Bóg sprawił, bym to nie je musiał przekazać ci tę wieść!

- Niezbadane są wyroki Jego! Lecz straszne wieści, jak ta, lepiej usłyszeć z ust przyjaciela!

- Marti, jesteś równie szlachetny, jak twój ojciec, który był mi wiernym druhem na polu bitwy!

- Twe słowa radują me serce! Lecz siądź, odetchnij, wszak biegłeś tak pospiesznie, by przekazać mi wiadomość!

- Ach, Marti, nie czas na to, wszak ta sprawa nie może czekać!!!


I tak dalej...

I razy milion.

I pytanie, "jak napisać ośmiusetstronicową powieść, w której treści jest na dwieście stron" rozwiązany.

A nawet DWIE powieści, bo "Władca Barcelony" ma kontynuację, równie obfitą stronicowo.

Ale drugiej części nie przeczytam.

Nawet dla Was.


czwartek, 28 kwietnia 2022

"Kamienny manuskrypt" Luis Garcia Jambrina

"Kamienny manuskrypt" został nagrodzony V Międzynarodową Nagrodą Ciudad de Zaragoza za najlepszą powieść historyczną 2009 roku i wyznam już na wstępie, że pytanie "Czemu?!" ciśnie się na mych ust korale z siłą tajfunu.

Salamanka, rok 1497. Fernando de Rojas, młody, bardzo obiecujący student prawa (a także wszystkich sztuk wyzwolonych, i paru nie wyzwolonych też, jest bowiem Fernando osobą wyjątkowo wręcz żądną wiedzy i chętną do nauki), pochodzący z rodziny nawróconych Żydów, na zlecenie Diego de Dezy, biskupa Salamanki, bada sprawę zabójstwa niezwykle popularnego w mieście profesora teologii. Wkrótce ofiarą morderstwa pada książę Juan, następca tronu, a kilka dni później - uliczna dziewka. Wszystkie ofiary mają w ustach monetę. Wszystkie mają identyczne zadrapanie na twarzy. Zdaniem Fernando wszystko wskazuje na to, że zbrodni dokonał ten sam sprawca.

Prowadzenie dochodzenia w gąszczu intryg politycznych, rozgrywek między Inkwizycją a władzami kościelnymi i nieokiełznanych namiętności wymaga nie lada inteligencji i sprytu. Najmniejszy popełniony błąd może zrujnować karierę młodzieńca, a nawet pozbawić go życia, zwłaszcza, że zaczyna się nim interesować Inkwizycja, z którą już wcześniej miała problemy jego rodzina.

Słowem, możemy się spodziewać krwistego thrillera/kryminału, a jeśli dodatkowo lubi się (a ja lubię) książki osadzone w "dawno dawno temu, w nieznanej krainie", albo kryminały sprzed czasów komórek, DNA, komputerów, mikroskopów i CSI, to już w ogóle miodzio.

Cud, że można rzecz skopać tak spektakularnie.

Zacznę od mojej ulubionej strony (prawie) każdej powieści, czyli od warstwy językowej. 

Dialogi w "Kamiennym manuskrypcie" to nie jest drewno, paździerz i rozpacz w kratkę. Na dialogi w tej książce po prostu nie ma słów. 

Dla przykładu, nasz genialny młody uczony prowadząc swoje śledztwo trafia do klasztoru, w którym zamieszkiwał zamordowany zakonnik. Przyjęty zostaje tam więcej niż niechętnie, tylko i wyłącznie faktowi, że ma listy polecające od biskupa Salamanki zawdzięcza to, że pozwolono mu obejrzeć zwłoki zamiast z krzykiem zawiadomić najbliższego inkwizytora o jego wizycie, na szczęście trafia do przyklasztornego ogrodu, gdzie roślinami zajmuje się przemiły staruszek. Uchachany, że wreszcie ma kogo przesłuchać, Fernando zadaje staruszkowi pytanie:

- Co możecie mi opowiedzieć o fra Tomaso?

staruszek zaś nabiera tchu i zaczyna nadawać:

- Jak wiesz, mój synu, 22 grudnia 1216 roku następca Innocentego III, Honoriusz III wydał bullę zatwierdzającą nowy zakon, zaś miesiąc później, 21 stycznia 1217 zatwierdził nazwę Zakonu Kaznodziejskiego. Podczas pobytu w Rzymie świętemu Dominikowi przyśnili się święci Piotr i Paweł, którzy polecili mu, by wysłał swych uczniów na cały świat. Po powrocie do Tuluzy rozesłał braci do Włoch, Hiszpanii i Francji. Sam również kontynuował wędrowne kaznodziejstwo, przyjmując do nowego zakonu braci z całej Europy i zakładając nowe domy zakonne. W 1220 w Bolonii zebrała się pierwsza kapituła generalna Zakonu, na której zostały wypracowane Ustawy Braci Kaznodziejów (Konstytucje), które wraz z Regułą św. Augustyna do dziś stanowią podstawy prawne działalności dominikanów.

I tak przez, uważacie Państwo, PIĘĆ STRON. Pięć stron bitego tekstu, ten powyższy nie jest oryginalny, skopiowałam go z Wikipedii, i nic nie szkodzi, bo wielce jest do tego powieściowego podobny. Ściana słów, "przesłuchujący" geniusz średniowiecznej myśli detektywistycznej ani myśli przerwać, tylko bez słowa wysłuchuje deklamowanych encyklopedycznych informacji, przetykanych datami, naszpikowanych nazwiskami i nie mających żadnego związku z zadanym pytaniem (to znaczy, pojawia się tam jakieś zdanie czy dwa, które później okażą się istotne, oczywiście w różnych miejscach wypowiedzi, żeby czytelnikowi za bardzo nie ułatwiać, a wiemy to stąd, że za te parędziesiąt stron się pogubimy, i albo wrócimy do ściany tekstu, by z niej te istotne wiadomości żmudnie wyłowić, albo machniemy na to ręką i nie zrozumiemy, co poeta ma na myśli).

Dalej - język. Identyczny dla każdej postaci. Diego de Deza, biskup Salamanki, wychowawca następcy tronu, wypowiada się dokładnie tak samo, jak stara, żyjąca w dzielnicy nędzy żebraczka, główny bohater, duma uniwersytetu i mistrz retoryki, używa wyrażeń i buduje wypowiedzi w ten sam sposób, co dziewka z lokalnego zamtuza, następcy tronu nie odróżnilibyśmy po sposobie mówienia od właściciela podrzędnej karczmy, i tak dalej, i tym podobnie.

Autor jest historykiem i niewątpliwie świetnie zna Salamankę (o czym zresztą można przeczytać z tyłu okładki ;)) oraz jej historię, nie da się temu zaprzeczyć, dlatego też nie wątpię, że pod miastem rzeczywiście znajdują się gigantyczne podziemia, w których w opisywanych w powieści czasach funkcjonowało coś jakby drugie miasto, zaludnione przez niezliczonych wyrzutków społecznych, począwszy od oficjalnie wydalonych z miasta Żydów, przez zajmujących się źle widzianą przez Inkwizycję nauką mędrców i studentów, po drobnych i mniej drobnych złodziejaszków i bandytów. 

Nasz bohater w poszukiwaniu zbrodniarza trafia, rzecz jasna, do tego wysoce utajnionego podziemnego grodu, na wstępie dostaje w łeb, i naprawdę, NAPRAWDĘ nie chcielibyście wiedzieć, do jakiego stopnia groteskowe było jego przebudzenie w otoczeniu działającego, jak się okazuje, w głębokiej konspiracji Sanhedrynu, którego członkowie obrzezują go, korzystając z okazji, że wpadł im w ręce i leżał w omdleniu, no bo przecież Fernando pochodzi z rodziny przechrztów, więc teraz już znów będzie Żydem i aleocochodzi (jezujezu nieczyt., tyle powiem).  Po wyrwaniu się z rąk religijnie rozochoconych i bardzo zdziwionych jego brakiem entuzjazmu współwyznawców (?) błąka się po wzmiankowanych (i tajnych, ale TAKICH TAJNYCH, że nie wiem) podziemiach, trafiając a to na (tajne) wykłady, a to do (tajnej) groty przemytników, albo (tajnej) jaskini czarownicy, a wszelkich tych (tajnych) wejść pilnują Wierni Ochroniarze, których nasz Fernando w życiu nie byłby w stanie minąć nie zauważony i nie powstrzymany, którzy jednak z wielką chęcią a ti podają mu hasło, a to wskazują drogę, a to obdarowują świeczuszką, żeby sobie poświecił, a to ostrzegają przed skręceniem w niewłaściwy korytarz, co miałoby opłakane skutki, doprawdy, tylko czekałam na tekst typu: "Nie powiedział pan hasła!". "Ale jakiego hasła?". "Żyrafy wchodzą do szafy". "Ach, rzeczywiście. Żyrafy wchodzą do szafy".

A na deser czeka nas rozwiązanie zagadki, które było tak zaskakujące, niezwykłe i błyskotliwie podane, że zapomniałam, jak się rzecz cała skończyła i musiałam sobie w popłochu przypominać, i owszem, przypomniałam sobie, kto, ale nie pamiętam, dlaczego. A książkę skończyłam dziesięć dni temu.

Słowem... 

Przeczytałam. Męczyłam się przy lekturze okrutnie, ale przeczytałam. Zniosłam papierowe postacie, drętwe dialogi, mało przekonywującą fabułę. I przeczytałam.

Żebyście wy nie musieli.