sobota, 7 stycznia 2012

Potomek Starszy dokonuje samooceny.

Rano:

Potomek Starszy (miotając się w furii) - Tylko na Antka twarzy widziałem dziś uśmiech! Bo tylko Antek mnie trochę lubi w tym domu!!! (po dojrzałym namyśle, do Królowej Matki) No, może jeszcze ciebie bym policzył...



Po południu:

Potomek Starszy (z goryczą, wyrażaną baaardzo głośno) - Tata nie chce ze mną grać, ty mi nie chcesz dać placka, mam dziś BEZNADZIEJNE życie!!!



Wieczór:

Królowa Matka (do Pompona Młodszego) - Antoni, ja bym cię jednak prosiła, abyś natychmiast zakończył to, co robisz!
Pan Małżonek - A co on robi?
Krolowa Matka - Stoi obok mnie i jak nie daję mu chrupka to się wścieka!
Potomek Starszy (tonem informacyjnym) - Ma to po mnie. Ja też się ciągle wściekam.



Grunt, to znać swoje... eee... No, grunt to znać siebie :).

piątek, 6 stycznia 2012

Czekoladowo (i szydełkowo :)).

Jak się ma w domu imiennika jednego z Trzech Króli, i w dodatku imiennik ten ma lat cztery oczywistym się staje, że wybór ciast, które mają być podane Jubilatowi dramatycznie się zawęża, jako, że z góry wiadomo, iż bez czekolady się nie obejdzie.

No i się nie obeszło. Królowa Matka wykonała babeczki według tego przepisu, z niewielkimi modyfikacjami, jak to często u Królowej Matki bywa.

A zatem zmieszała Królowa Matka 250 g mąki, dwie łyżeczki sody (w przepisie był proszek do pieczenia, ale Królowa Matka woli sodę, jest bardziej... ekologiczna, i też zadziałała :)), 300 g brązowego cukru, 250 g miękkiego masła i trzy duże łyżki kakao. W osobnym naczynku Królowa Matka połączyła 200 ml coli (i nie była to żadna Rasowa, Prawdziwa i Kanoniczna coca-cola, ale colopodobny napój z Biedronki, bowiem tylko taki miała przypadkiem pod swym dachem, a jednakowoż świetnie się on sprawdził w roli... eee... zaczynu), 75 ml mleka, dwa jajka i odrobinę aromatu waniliowego. Składniki mokre dodała do składników suchych, wciąż delikatnie mieszając, po czym, gdy wszystko się połączyło, napełniła 12 foremek na muffinki i okazało się, że ciasta jest za dużo. Dodała więc po łyżce do każdej foremki zastanawiając się, co też się będzie działo, gdy babeczki zaczną rosnąć tak, jak się babeczkom zdarza, i wstawiła foremki do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na około pół godziny.

Babeczki rzeczywiście powychodziły z foremek, na szczęście daleko sobie nie poszły i po wyjęciu ich z pieca i przestudzeniu Królowa Matka mogła je polukrować. Nie sporządziła wyrafinowanej polewy karmelowej sugerowanej w przepisie-matce, ale trywialny lukier z cukru pudru i wody, ale - przebóg! - nawet z trywialnym lukrem te babeczki to najlepsze babeczki, jakie Królowa Matka jadła w życiu, wilgotne, silnie czekoladowe, o zapachu powodującym zawrót głowy, i z tego miejsca Królowa Matka pragnie podziękować WSZYSTKIM, którzy się do powstania przepisu przyczynili.

Że dwanaście babeczek za poczęstunek wystarczy to się Królowa Matka nawet sekundę nie łudziła. Pozwoliła więc Potomkowi Młodszemu pokontemplować zdjęcia innych kulinarnych propozycji, po czym zabrała się za pieczenie wybranego przez niego specyjału.

W jednej misce Królowa Matka wymieszała 175 g mąki, trzy duże łyżki kakao i półtorej łyżeczki sody oczyszczonej. Dodała do tego utarte w drugiej misce 150 g miękkiego masła z dodawanymi pojedynczo jajkami w liczbie trzech, 50 g cukru pudru i 75 g cukru brązowego. 10 dkg czekolady (w oryginale gorzkiej, ale Królowa Matka dysponowała tylko mleczną i donosi, że też wyszło jadalnie) rozpuściła w kąpieli wodnej (gdyż nie posiada mikrofalówki, których w takiej sytuacji używają Ludzie Cywilizowani) i rozgniotła na miazgę dwa dojrzałe banany. Dodała banany i czekoladę do masy, mieszając, jak zwierzę, łyżką, aczkolwiek przepis macierzysty sugerował użycie robota kuchennego. Całość umieściła w natłuszczonej i wysypanej bułką tartą tortownicy, którą z kolei umieściła na 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Polewę wykonała również trywialną, z cukru pudru, wody i łyżki kakao, a ozdoby w postaci robotów (i jednego fajerwerku w tle ;)) nie są obowiązkowe, stanowią jedynie hołd złożony najnowszemu hysiowi Jubilata.

Ale clou dzisiejszego dnia, po prostu creme de la creme, sam cymes, ukoronowanie, no szał i wogule, stanowi to, że Królowa Matka zdołała wreszcie ukończyć bazę dla swetra szydełkowego, który robiła metodą "dwa rządki korzystając z tego, że Pompony śpią, Starsze są w Placówkach Edukacyjnych i Nikt akurat niczego nie chce" od września. Jakby się Królowa Matka uparła, mogłaby go już użytkować w charakterze kamizelki :), bowiem brakuje mu tylko rękawów. Ach, jaka Królowa Matka jest wzruszona. Naprawdę nie sądziła, że uda jej się dokończyć cokolwiek dużego w bieżącej dziesięciolatce. A tu taka niespodzianka.

Może - zaczyna jej w duszy kiełkować nieśmiała myśl - dotrze w jakiejś przewidywalnej przyszłości  i do etapu posiadania rękawów???


środa, 4 stycznia 2012

O Matce Królowej Matki opowieść

Królowa Matka posiada Matkę. Nie jest to jakaś nadzwyczajna rzecz, biologicznie absolutnie wszyscy, a, eee, społecznie znaczna większość populacji ludzkiej ma matki. Matka Królowej Matki jest osobą rozlicznych zalet i zazwyczaj się z Królowa Matką naprawdę dobrze dogaduje, jednakże zawsze istnieje jakieś "ale". "Ale" w wypadku Matki Królowej Matki polega na tym, że poza rozlicznymi zaletami dysponuje ona przepięknie rozwiniętymi wadami. Właściwie tylko dwiema, ale za to imponującej jakości - a mianowicie skłonnością do umartwiania się i nieopanowanym pesymizmem. Obie pełnoobjawowo zaprezentowała w trakcie Pierwszej Noworocznej Rozmowy z Królową Matką.

Matka Królowej Matki (łzawo) - Tak wczoraj siedziałam w domu i siedziałam, a ty nie zadzwoniłaś z życzeniami...
Królowa Matka (jak ją już odetkało) - A ty nie zadzwoniłaś do mnie!
Matka Królowej Matki - No wiesz!!! Jestem twoją matką!
Królowa Matka - A ja jestem twoją córką!!!! (poddając się napadowi słowotoku) Może ci uświadomię, jak wyglądał mój Sylwester i Nowy Rok - oto wstałam o tej samej porze, co zwykle, nieistotne, że w kalendarzu napisali, że mamy święto, a potem, zupełnie jak zawsze, przewijałam, karmiłam, robiłam kaszkę, znów karmiłam, przewijałam, usypiałam, piekłam ciastka, lukrowałam je za Starszymi, pomagałam w czytaniu Najstarszemu, przygotowałam obiad, pomyłam górę garów (dobra, to się nie liczy, bo lubię), znów karmiłam, przewijałam, lulałam, usypiałam, wdawałam się w pogawędki, kąpałam, ząbki myłam, pomagałam się przebrać w piżamkę, czytałam do snu, wdawałam się w pogawędki, znów przewijałam... a ty w tym czasie siedziałaś sobie sama w cichym, pustym mieszkaniu, oglądałaś w telewizji to, co chciałaś obejrzeć,i samobiczowałaś się myślą, że JA DO CIEBIE NIE ZADZWONIŁAM?!!!
Matka Królowej Matki (ugodowo) - No już dobrze, dobrze, no tak, właściwie masz rację... (po chwili milczenia). No to życzę ci wszystkiego najlepszego w nowym roku, w końcu zeszły był okropny...
Królowa Matka (robi oczka, o, takie:


... oraz dość podobną minę) - Okropny??? Żartujesz chyba, wszystko się ułożyło, dzieci się urodziły szczęśliwie...
Matka Królowej Matki - A potem zachorowałaś!
Królowa Matka - A potem się wzięłam za wyzdrawianie!!!
Matka Królowej Matki - Ale przedtem zachorowałaś!!!
Królowa Matka - Przecież to mógł być ostatni rok! Mogłam z tego nie wyjść WCALE!
Matka Królowej Matki - No właśnie!!!

 No właśnie.

Nie będzie wielkim zaskoczeniem odkrycie, że w związku z powyższym ulubionym zajęciem Matki Królowej Matki jest martwienie się. Matka Królowej Matki martwiła się już o następujące rzeczy (kolejność przypadkowa) -

- o to, że Królowa Matka jest bardzo nieśmiała i będzie miała trudności w kontaktach z rówieśnikami, o to, że nie będzie miała żadnych przyjaciół, o to, że ma zbyt dobrych przyjaciół, do których przywiąże się nadmiernie i będzie cierpiała, kiedy przyjaźnie się pokończą, o to, że nigdy nie pozna żadnego faceta, że pozna niewłaściwego, że poznała niewłaściwego, że jest po dwudziestym piątym roku życia i nie ma żadnych widoków na ślub, że Pan Wtedy-Jeszcze-Nie Małżonek nie jest dobrym kandydatem na Pana Małżonka. Że Królowa Matka jest w ciąży, a dom w budowie, że nie ma w nim bieżącej wody, jak już była, to że nie ma schodów, tylko drabina, z której Królowa Matka na pewno spadnie. Jak były schody, że nie ma mebli, że nie ma gazu do ogrzewania budynku, że dziecko się urodziło za wcześnie, że Królowa Matka sobie nie poradzi, że nie może wracać do swojego domu z niemowlęciem, bo coś się na pewno stanie, że jak będzie deszcz to będzie się lało po ścianach, jak będzie mróz to w domu będzie zimno, że jak będzie wiało, to nam zerwie dach, że dziecko będzie chorować, że Pan Małżonek nie ma pracy, że ma nie taką pracę, jaką powinien, że zarabia za mało, że zarabia wystarczająco, ale spłacają z Królową Matką kredyt, że dwoje dzieci to za dużo, że Królowa Matka powinna zmienić pracę, że jeśli ją zmieni nie trafi tak dobrze, że nie da sobie rady z bliźniętami, że siedzi sama z dziećmi, jak Pan Małżonek jeździ na kendo, że Pan Małżonek jeździ na kendo w ogóle, dwa razy w tygodniu, na zgrupowania. Że Królowa Matka nie ma żadnego życia towarzyskiego, że za dużo siedzi na Facebooku, że mieszkamy za miastem, że nie trafiliśmy w totka, że jedziemy do domu samochodem i możemy się rozbić, że jedziemy na wakacje samochodem i możemy się rozbić, że nigdzie nie wyjeżdżamy na wakacje,

plus jeszcze dwie-trzy setki powodów, które jakoś nigdy nie wypłynęły w żadnej rozmowie, więc Królowa Matka o nich nie wie...

oraz, nade wszystko, przede wszystkim i ponad wszystko - że Królowa Matka nie je. Że nie je Potomek Starszy. Że nie jedzą Pompony. Że cały świat nie je tak, jak zdaniem Matki Królowej Matki jeść powinien.

I na tle zwyczajów jedzeniowych właśnie dochodzi między Królową Matką i jej Matką do najostrzejszych spięć.

Oto całkiem niedawno Królowa Matka, po pochłonięciu w całości sporego kawałka arbuza, usłyszała od swej Matki:

- Tak tu siedzę, i patrzę, i czekam, a ty nawet nie zaproponowałaś, że się podzielisz...

W przyrodzie nie istnieje nic, co ma oczka, jakie wygenerowała Królowa Matka, oczka jak trzeci pies z baśni Andersena "Krzesiwo", jak ten kotek,

 
tylko bardziej, no po prostu oczka jak spodki, bowiem, wystaw sobie, Drogi Czytelniku, była ona (Królowa Matka, znaczy) do tej pory pewną, że jej Matka arbuza nie tyka, nie lubi i nie jada. Gdy zaś podzieliła się tą opinią z Rodzicielką, usłyszała:

- No mówiłam tak, bo byłaś dzieckiem i chciałam, żebyś ty zjadła...

Czujesz, Drogi Czytelniku, ten cierpiętniczy ton? Wyczuwasz tę skłonność do umartwiania się, która każe ukrywać przed Progeniturą fakt, że coś się lubi przez ponad trzydzieści lat, a potem szlochać nad tejże Progenitury bezmyślnym konsumpcjonizmem, karygodną niedomyślnością i obojętnością na Głód w Oczach Matki?

Niedługo potem Królowa Matka dokonała podziału deseru po jakimś obiedzie na cztery części. Nieważne, co to był za deser, coś, co Królowa Matka naprawdę lubi, powiedzmy, że katarzynki, bo katarzynki rąbie ona jak maszyna, jak, by zacytować Potomka Młodszego, napięta, w każdym razie Potomki pochłonęły deser migusiem i ani się Królowa Matka obejrzała jak miała u swych kolan dwoje Pacholąt z błękitnymi oczętami wlepionymi miłośnie w jej oczy i z "Mama, poczęstujesz mnie?" na ustach.

Co było robić. Królowa Matka poczęstowała. Raz. Bo na kolejną prośbę, wyrażoną pół minuty później odpowiedziała już "nie", i w tym momencie wtrąciła się oczywiście Królowa Babcia:

- Daj im! - rzekła błagalnie, a Królowa Matka z miejsca utraciła cały wrodzony wdzięk, wyrobione dobre maniery, czułość uczuć i urok osobisty, za to popadla w słuszną cholerę, niby Najświętsza Panienka z "Potopu" na widok bezeceństw.

- O, nie! - wrzasnęła. - Moje dzieci doskonale wiedzą, że zjadły swoją część, a mamusi też się coś na ząb należy (i istotnie, Potomki przyjęły odmowę Królowej Matki z pełnym zrozumieniem i oddaliły się do zabawy nie wykazując cech traumy, przyp. KM)! Ja ich nie będę przez pół życia mamić opowieściami, że nie lubię lodów po to, by je za trzydzieści lat obarczać poczuciem winy na myśl o tym, jak się dla nich poświęcałam, oraz dziwić się, że tak je źle wychowałam, że mnie nie częstują czymś, o czym je przez pół życia przekonywałam, że tego nie lubię!!! I że w myślach nie czytają i same nie wpadają na pomysł, że ja przecież udawałam, żeby im dzieciństwo osłodzić!!!!

I nic Królowej Matki nie obchodzi, że będzie przez własną Matkę potraktowana jak taka jedna jej ciocia, która nie dała truskawki własnej córce, ponieważ nabyła owoce, by sobie zrobić odżywczą maseczkę, a jak już zrobiła, to tych rozgniecionych też nie dała, chociaż dziecko na nich głodnym wzrokiem wisiało, bo juz zużyte były (uprzedzając ewentualne wątpliwości, Krolowa Matka deklaruje, że NIGDY by tego nie zrobila, i to nie tylko dlatego, że nie stosuje maseczek z truskawek), otóż wisi jej to, cierpiętnicy kulinarnej z siebie robić nie pozwoli!!!

Inna rzecz, że ostatnio Matka Królowej Matki spuścila z tonu, bo do talerza Królowej Matki zaczynają ustawiać się w kolejce także Pompony, co każe Królowej Babci, jak się wydaje, powziąć podejrzenie, że jeśli Krolowa Matka nie będzie zdecydowanie i jasno stawiać granic "częstowania" może pewnego pięknego dnia nie zjeść zupełnie niczego...

Potomek Starszy ubogaca polszczyznę.

Potomek Starszy (po obejrzeniu świątecznych wydań bajek typu "Kung Fu Panda", "Shrek", i tak dalej) - Ale to było śmieszne! Najważniejsze jest, że wszyscy się uśmieszyli w naszej rodzinie!

Potomek Starszy (przy obiedzie) - Ja to rąbię tę surówkę jak zabity!

Potomek Starszy (w kwestii samochodzika z klocków Lego, ze zgrozą) - Jak go wziąłeś do przedszkola, to on się zgubił na marne!

Potomek Starszy (omawiając ewentualną oraz czysto hipotetyczną rozbudowę naszego domu, pobłażliwie) - Co ty, Kacper, myślisz, że to łatwe jest? Trzeba fundamenty zrobić, dom oceglić...

Cóż to będzie, jak zaczną ubogacać polszczyznę Pompony, okazać się może, że Królowa Matka znała ją nader powierzchownie...


poniedziałek, 2 stycznia 2012

Dwuznacznie :).

Potomek Starszy - Zobaczyłem mały kawałek na podłodze. Dotknąłem... brudzące, brązowe, miękkie...
Królowa Matka - (zamiera wstrzymując oddech).
Potomek Starszy - Czekolada!

Uff...

sobota, 31 grudnia 2011

Z życzeniami :).

 Przepełnionym miłością do świata altruistom...
... i nieopanowanym materialistom,

 rannym ptaszkom...                          
... i nocnym Markom,










 zwolennikom i miłośnikom Bożego Narodzenia...
... i Wielkanocy,









 wielbicielom telefonii komórkowej :D,
 kociarzom oraz...
 psiarzom,
 uskrzydlonym marzycielom,
 melomanom,










 przeżywającym pierwszą, drugą, kolejną, a zresztą nieważne, którą, Miłość Swego Życia...

 ... oraz Absolutnie Wszystkim Ludziom Nie Zaliczającym Się Do Powyższych Kategorii

Królowa Matka życzy Szczęśliwego Nowego Roku i spełnienia (przynajmniej jednego) marzenia :). Niech rok 2012 będzie dla Was lepszy niż rok 2011!

PS. Zaś Szczególne Pozdrowienia i Podziękowania dla Agi, która obdarzyła Królową Matkę foremkami do ciastek, dzięki którym Królowa Matka mogła doskonale bawić się całe przedpołudnie :)


piątek, 30 grudnia 2011

Subiektywny przegląd Sylwestrów

Królowa Matka nie ma do Sylwestrów nabożeństwa. Najmniejszego. Szampana nie znosi, wykwintnych gustów nie posiada, instynktu stadnego też nie, nie umie tańczyć, a tradycyjnie puszczaną przez telewizję "Pretty Woman" ogladała z pięćset razy, w oryginale, po polsku i po rosyjsku. Pragnienie spędzenia Sylwestra na aliganckim balu Królowa Matka przeżyła raz w życiu i było ono związane, co się będziemy czarować, z suknią. Suknia, przepiękna, prosta, bez ozdobników i udziwnień (nie taka jak na rysunku), elegancka, w cudownym, uwielbianym przez Królowa Matkę kolorze czerwonego wina, z kolorystycznie dopasowanym, powiewnym, mieniącym się subtelnie przezroczystym szalem w charakterze jedynej ozdoby, wisiała sobie na manekinie na wystawie Ekskluzywnego Sklepu i kosztowała astronomiczną sumę. Którą jednakże Królowa Matka, wówczas nie tylko nie Matka i Królowa, nawet nie Żona, ale Singiel, który mógł był wydawać na siebie calutką pensję, była w stanie zapłacić. I kiedy już, już dojrzewała do tej myśli ujrzała się nagle oczami duszy, jak, odziana w przecudnej urody kreację za 3/4 miesięcznego uposażenia, siada samotnie przed telewizorem i ogląda "Sylwester z Dwójką" oraz, po północy, "Żądło", ponieważ na to, by iść na pasujący do sukni bal nie miała cienia szans.

Wyleczona tym napadem realizmu z romantycznych marzeń Królowa Matka z czystym sumieniem powróciła do traktowania Sylwestrów tak, jak lubiła, czyli, excusez le mot, olewania ich.

W efekcie Królowa Matka ma na przykład w życiorysie Sylwestra, podczas którego północ, fajerwerki, okrzyki, polonez w wykonaniu "Mazowsza" i insze detale zaskoczyły ją w wannie, podczas kąpieli w pianie połączonej z delektowaniem się lekturą. Królowa Matka moczyła się, czytając po raz któryśtam, nomen omen, "Potop", gdy do drzwi zaczęli dobijać się domownicy z "Czy ty tam zasnęłaś, nie słyszysz, północ jest!" na ustach. Słyszeć coś tam Królowa Matka słyszała, ale nie przywiązywała wagi, była bowiem pewna, że jest z półtorej godziny wcześniej. Cóż, nie było.

Następnego bodaj roku Królowa Matka powitała Nowy Rok we własnym łóżku, pogrążona... nie, nie, wróć, brnąca przez lekturę. Królowa Matka piastowała wówczas stanowisko kierownicze w filii bibliotecznej i za punkt honoru stawiała sobie zapoznanie się z każdą nowością zakupioną przez Centralę, aby, jeśli jakiś czytelnik będzie pożądał opinii, ona była w stanie jakąś przedstawić. Pchana tym szczytnym postanowieniem wzięła do domu sporą kupkę książek, po czym w samego Sylwestra utknęła na "Forsie" Martina Amisa.

Bogowie Literatury, cóż to była za droga przez mękę! Królowa Matka, bardzo przychylnie nastawiona do powieści tworzonych przez tatusia Martina Amisa, Kingsleya, zmuszona była uznać, że talentu nie dziedziczy się po mieczu. Żeby być sprawiedliwą jak Temida Królowa Matka przyznać musi, że nie jest pewna, czy akcja się nieprzytomnie nie rozkręciła i nie popłynęła wartko niczym wody Amazonki podczas pory deszczowej, bowiem przez "Forsę" nie przebrnęła. Zostało jej tylko mgliste wrażenie opisu kaca, jakiego autor doświadczał dziś w porównaniu z kacem, jakiego doświadczał wczoraj i domniemywaniem, jakiego kaca doświadczy jutro, na tle drobiazgowej analizy wyglądu licznych londyńskich (?) pubów oraz równie licznych pań swobodnych obyczajów, które w tych licznych pubach proponowały panu swe wyrafinowane usługi. A także intensywne uczucie przerażenia na myśl, że może w madrości ludowej głoszącej, że jaki pierwszy dzień roku taki będzie rok cały jest ziarno prawdy, i Królowa Matka skazana będzie na tego typu lektury przez wszystkie nadchodzące 365 dni.

A na ten przykład zeszłego Sylwestra spędziła Królowa Matka na patologii ciąży, nieco lepiej nakarmiona niż w Wigilię, śpiąc snem sprawiedliwej. O pólnocy ze snu wyrwała ją kanonada, przy której Bitwa na Łuku Kurskim to było niewinne strzelanie z kapiszonów. Królowa Matka wie z filmow, że silny przestrach skutkuje przedwczesnym (nie w jej wypadku, jednakże) rozwiązaniem i z nadzieją wsłuchała się w siebie, Pompony jednak nie wydawały się przejęte tak, jak powinny. (Przyszły) Pompon Starszy jak zwykle kopnął ją w watrobę, (Przyszły) Pompon Młodszy jak zwykle nawet nie drgnął, w związku z czym Królowa Matka powrociła do przerwanej czynności (spania), myśląc bardzo nieładne rzeczy o swoich współlokatorkach z sali, które, mając (jak absolutnie wszyscy na świecie, no, może wyłączając mnichów z zakonów kontemplacyjnych) bogatsze od Królowej Matki życie towarzyskie odbierały liczne telefony od rozradowanej noworocznie rodziny, przyjaciół i znajomych.

Wydawać by się mogło, że przy takim nastawieniu do Przełomowego Dnia nie zachowała Krolowa Matka we wdzięcznej pamięci żadnego Sylwestra, do którego wraca myślą w chwilach smutku, zmęczenia lub też żalu na myśl o przemijaniu. A jednak. Jest taki Sylwester.

Sylwester spędzony z Kulą.

Mus jest napisać o Kuli, nie można dopuścić do takiej straty dla przyszłych pokoleń!

Kulę, każdą, po prostu każdą komórką krzyczącą "Made in China", dostała Koleżanka Królowej Matki i Pana Wtedy-Jeszcze-Nie Małżonka, T. od swojego wielbiciela. Wielbiciel trwał wiernie przy boku Koleżanki T. już od lat mniej więcej dziesięciu i, jak sama nazwa wskazuje, wielbił, ponieważ jednak ważył prawie 200 kilo (i nie była to ani jedyna, ani największa z jego niedoskonałości) Królowa Matka & Company nie namawiali Koleżanki T. do tego, by skonsumowała związek i opowiedziała nam wszystko w szczegółach. Poza wielbieniem wielbiciel obrzucał też Koleżankę prezentami, zazwyczaj całkiem gustownymi, dlatego też kulę należy uznać za przejaw jakiegoś wyjątkowego zaćmienia umysłu.

Kula miała średnicę jakichś dziesięciu centymetrów, wewnątrz niej znajdował się wiatraczek, latarenka, upiorny, plastikowy Gwiazdorek niosący coś, co zostało zidentyfikowane jako choinka, z jakiegoś powodu wściekle różowa, oraz mnóstwo styropianowego śniegu. Gdy naciskało się guziczek znajdujący się w podstawce kuli, latarenka zaczynała świecić upiornym, białym światłem, wiatraczek obracał się, a śnieg wirował.

(Dygresja oraz ciąg dalszy, już nie sylwestrowy, ale Królowa Matka nie może się powstrzymać - nazajutrz Koleżanka T. wyznała Koleżance W., że jej kula jest pozytywką, wielbiciel jednakże rozmontował ją uznając, że jako pozytywka nazbyt jest już kiczowata. W związku z tym pierwszy dzień Nowego Roku Pan Wtedy-Jeszcze-Nie Małżonek rozpoczął od odkręcenia podstawki i pracowitego połączenia uprzednio przeciętych drucików, doprowadzając tym samym kulę do stanu pierwotnej doskonałości. Po operacji okazało się, że gra ona melodię z "Love Story", urywając w połowie motywu dźwięk na bardzo wysokiej nucie i zaczynając od początku. Po ósmym powtórzeniu - bez przerwy - Pan Wtedy-Jeszcze-Nie-Małżonek, Królowa Matka oraz Koleżanka W., wszyscy jak jeden mąż, dostali napadu nerwowego śmiechu, co jakiś czas będąc w stanie powiedzieć jedynie "Epifania!".

Królowa Matka nie pamięta, jakim to podstępem skłoniono Koleżankę T. do tego, by uruchomiła mechanizm w naszej obecności, żebyśmy wszyscy mogli zobaczyć wyraz jej twarzy, zaskoczonej uroczą tą niespodzianką, pamięta jednak, że udało się  perfidny cel osiągnąć, i to raczej używając perswazji lub podstępu, nie zaś tępej siły. Koniec dygresji, wracamy do Sylwestra).

Prześliczny Sprzęt (jeszcze nie, ale nie szkodzi) Grający postawiony został na biurku Królowej Matki w charakterze jedynego oświetlenia, zapodano muzykę (a konkretnie - rosyjskie pieśni ludowe w wykonaniu Chóru Armii Czerwonej), po czym Królowa Matka & Przyjaciele spędzili co najmniej dwie godziny hipnotycznie wpatrzeni w psychodelicznie błyskające światełko i z rzadka przerzucając się głębokimi myślami (oraz Królowa Matka przysięga, że w charakterze napoju wystąpiła wyłącznie Pepsi i herbatka, w charakterze pokarmu grzanki, faworki i wybór ciast, zaś nie palono zupełnie niczego).

Przyznaj, drogi Czytelniku, że nie jest łatwo pobić coś takiego!

A ponieważ Dziś Takich Kul Już Nie Ma, Królowa Matkę czeka Sylwester jak zwykle - przed kompem, z jedzeniem, piciem i pilotem na wyciągnięcie ręki :)...

wtorek, 27 grudnia 2011

Jak Siostra Królowej Matki została Klasykiem.

Siostra Królowej Matki zapowiadała się dobrze już jako dziecko, kiedy to, licząc sobie dwie wiosny zaledwie, usiadła z rozmachem na kaktusie (typ meksykański)

(tylko mniejszy)
i trzeba ją było iskać. Pęsetką. Kto nigdy nie iskał wierzgającego i wrzeszczącego dwulatka nie wie, ile to ma uroku (i nie rozumie być może, dlaczego wchodzi do Annałów Rodzinnych jako Prawie Klasyk).

Poza kaktusem Siostra Królowej Matki usiadła też, odpowiednio później, na ciasto. Ciasto stało sobie niewinnie na kanapie, gdzie je Siostra własnymi rękami postawiła na krótką chwileczkę, niezbędną jej dla wytrzepania obrusa z okruszków. Składała ten obrus, wpatrzona w ekran telewizora (słusznie powiadają Mądrzy Ludzie, że oglądanie telewizji to zgubny nałóg!), na którym przeżywał swoje przygody Człowiek W Żelaznej Masce, ten z 1977 roku. Szpady szczękały, konie galopowały, płaszcze powiewały na wietrze, damy omdlewały, a Richard Chamberlain mierzył je ognistym spojrzeniem. Nie odrywajaca od tego wszystkiego wzroku Siostra Królowej Matki usiadła. Zastygła. Posiedziała chwilę, po czym bardzo, bardzo powoli wstała, obejrzała się i zawyła:

- Usiaaaadłam na ciaaaastooo!!!,

zaś Królowa Matka dostała nieopanowanego napadu śmiechu.

A żeby było już do szczętu klasycznie, jak w burlesce, klasycznie na maksa, klasycznie tak, że grecki Akropol


jest przy tym klasyczny mniej więcej tak, jak to


ciasto było obfite, hojnie udekorowane owocami i zdobne w fale kremu i bitej śmietany. Uklepałyśmy je potem starannie tak, że prawie nic nie było widać :).

Zaś wypowiedź (ze starannie odtworzoną intonacją tejże) funkcjonuje w Rodzinie z przyległościami i ma się dobrze.

Nie tak dobrze jednakże, jak kolejna, która zyskała sławę szeroko przekraczającą kręgi rodzinne i używana jest także przez osoby, które Siostry Królowej Matki nie miały okazji w życiu na oczy ujrzeć.

Siostra Królowej Matki hojnie jest wyposażona przez Naturę w rozmaite zalety ciała i umysłu, poczucie humoru, przeróżne przydatne i mniej przydatne umiejętności ułatwiające życie oraz rozliczne talenty. Niestety, pośród tych talentów i umiejętności nie znajduje się pamięć do nazwisk. Ani tytułów. Ani tym podobnych, mało użytecznych szczegółów.

Pewnego dnia brała ona wraz z przyjaciółmi udział w ognistej dyskusji na tematy filmowe, w której to dyskusji wyrażona została opinia, że dobry aktor nie może być jednocześnie dobrym reżyserem. Na co Siostra Królowej Matki, z oburzeniem:

- Jak to nie, jak to nie?! A mój ulubiony aktor... eeee, nie pamiętam nazwiska, który wyreżyserował ten film, po prostu doskonały,...eeee,... nie pamiętam tytułu, w którym grał mój drugi ulubiony aktor... yyy... nie pamiętam nazwiska?!*

Dźwięcznej tej frazy szczególnie często używa Pan Małżonek, tknięty podobną względem nazwisk przypadłością.

Kolejną niewinną słabostką Siostry Królowej Matki, która wskutek posiadania jej stanowiła obiekt
dobrodusznych kpin całej rodziny, była (a nawet, o czym świadczą subtelne szczegóły, które Królowa Matka mogła obserwować na Wigilii w jej własnym domu, nadal jest) organiczna niezdolność do uczynienia herbatki. Siostra a to sypała listki w kubeczki i wody nie wstawiała, a to wlewała wrzątek do pustych kubków, a to stawiała czajnik elektryczny na gazie (jak dotąd nigdy nie zapalonym, ale wszystko przed nami), a najczęściej proszona o wstawienie wody zapominała w drodze do kuchni, o co ją proszono. Pewnego dnia, gdy miała dobrodusznych kpin dość, spięła się w sobie. Gdy czajnik zaczął gwizdać, a Rodzina krotochwilne miny robić, te wszystkie "chi,chi,chi", "he, he, he" i znaczące pochrząkiwania z siebie wydawać, wyprowadzona z równowagi wrzasnęła: "Cicho!!! Wiem, wiem, sama wiem!!!!", po czym wstała, ujęła czajnik i calutki opróżniła do zlewu na oczach osłupiałych widzów...

...(produkując w ten sposób Klasyka, który używany jest zawsze wtedy, gdy zrobi się coś głupiego zamiast czegoś oczywistego i oczekiwanego przez banalne Społeczeństwo).

W czasach (zamierzchłej, ekhm) młodości Siostra Królowej Matki przechodziła Intensywny Epizod Egzystencjalny. Pełnoobjawowy. Nosiła wyłącznie czarne, bezkształtne swetry,  uśmiechała się z wyższością oraz cierpiętniczo, przynosiła Królowej Matce do czytania awangardowe wiersze swoich równie ponurych i cierpiętniczych  przyjaciół, i tak dalej, i tym podobnie. Pewnego dnia, gdy Siostra Królowej Matki była w samym epicentrum tej tendencji, spotkała w autobusie naszą Wspólną Koleżankę, która zapytała, co słychać.

- Ach! - odparła mrocznie Siostra Królowej Matki - panuje atmosfera ogólnej akceptacji u podstaw!

Tylko dzięki temu, że Koleżanka wysiadła na następnym przystanku i natychmiast zapisała wypowiedź została ona zachowana dla potomności. Co Siostra Królowej Matki miała na myśli nie udało się ustalić - autorka wypowiedzi, zapytana o to, odparła: "Pojęcia nie mam, co to znaczy, co za kretyn to powiedział?", po czym, prawidłowo odczytując wyraz twarzy wpatrzonych w nią osób mruknęła: "Aha, ja, tak?" i odmówiła dalszej współpracy.

Aż się człowiek cieszy na samą myśl, co Siostra Królowej Matki może wyartykułować podczas tej wizyty...

W każdym razie - atmosfery ogólnej akceptacji u podstaw na resztę wieczoru dla wszystkich :D!


* dla zainteresowanych - chodziło o "Zwyczajnych ludzi" w reżyserii Roberta Redforda, główne role grali Timothy Hutton i Donald Sutherland.

O Poglądach Na Życie.

Pan Małżonek - Słuchaj, czy ja często się skarżę na swoje życie?
Królowa Matka (entuzjastycznie, jakby ją to szczególnie radowało)- No! Bez przerwy!
Pan Mąż (z rezygnacją) - Cholera! A już chciałem powiedzieć, że mam tak trudno i wcale nie narzekam!

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Salomonowo:).

Potomek Najstarszy (badając teren): Mamo, a co z tym jednym jajkiem niespodzianką? Może je podzielimy na pół z Kacprem i zjemy?
Królowa Matka: A kto weźmie to, co jest w środku? Tę niespodziankę?
Potomek Najstarszy: No ten, kto jest starszy!