poniedziałek, 31 października 2011

Halloween czas zacząć!

No to świętujemy :). W sumie pierwszy raz z jaką-taką pompą, z tym, że nie po raz ostatni, jako że Pompon Młodszy ma imieniny w Halloween i Królowa Matka już planuje pieczenie ciast zdobnych w pająki i duchy (gdyż ma nadzieję, że Solenizant - sto lat, Dziecię Lube, nawiasem mówiąc - nie zgłosi sprzeciwu. A właściwie jest nawet pewna, bo wie już teraz z doświadczenia, że chłopcy prędzej czy później zainteresują się pająkami, robalami i wszelką ohydną, oślizgłą i wijącą się zwierzyną, jest to silniejsze od nich. Może ma to jakiś tajemniczy związek z chromosomem Y). Na razie upiekła chleb czekoladowy:



według tego przepisu. Chleb znajduje się obecnie w stanie niemal całkowitej anihilacji, ale Królowa Matka nie porzuca nadziei, że choć okruch zostanie dla dusz przodków, które dziś nawiedzą jej dom (i dla których już płonie postawiona w oknie świeczka).

Poza chlebem Królowa Matka przy wydatnej pomocy Bandy Dwojga (Potomki łuskały migdały, robiły paluszki z ciasta, kładły je na blaszki) upiekła Paluszki Wiedźmy według przepisu stąd minus pół łyżeczki proszku do pieczenia, bo znajomi wykonujący te Paluszki uprzedzali, że one bardzo rosną i robią się z nich Palce, a nawet Paluchy. Królowa Matka więc zmodyfikowała nieco przepis i instruowała Potomków, wytaczających w upojeniu wałeczki z ciasta i ozdabiających je paznokciami z migdała "więcej Babci Weatherwax, mniej Niani Ogg!". Wątpliwe, by Potomki zrozumiały, o co Królowej Matce chodzi z jakąś Babcia i Nianią, ale efekt ich pracy wypadł nader zachęcająco:


Kiedy zaś zabrakło nam migdałów (ilość ciasta, która wyszła po zrealizowaniu przepisu co do literki - minus pół łyżeczki proszku do pieczenia - w pełni odpowiada zapotrzebowaniu Naprawdę Dużej Rodziny, Królowa Matka pochwala, tym niemniej nie przewidziała tego i migdałów sparzyła za mało) z reszty ciasta Królowa Matka wykonała duszki:


którym starannie i z poświęceniem naklejał oczka Potomek Młodszy, po czym zrobiło się już całkiem halloweenowo :) i można było zacząć świętowanie.

A jutro nadejdzie czas na zadumę, odwiedziny na cmentarzu i poważne rozmowy... chyba, że Potomki nie będą do poważnych rozmów usposobione :).


Nie do wiary - plan minimum wykonany!

Królowa Matka pisze to ze łzami wzruszenia mącącymi jej wzrok w oczach - udało się! Dziewięć choinek gotowych, a jeszcze nie ma listopada!!! Doprawdy, łaskawość Potomków (względnie poziom wyrodności Królowej Matki zajmującej się duperelami, a nie tym, czym Prawdziwa Kobieta Obdarzona Potomstwem powinna wypełniać sobie czas, nie wnikajmy w nieistotne szczegóły) okazała sie godna stworzenia na Ich cześć jakiegoś Poematu czy innej Ody.

I teraz, teraz Królowa Matka może zająć się robieniem choinek dla Przyjaciół i - być może - dla siebie (to znaczy, dla Własnej, Najbliższej Rodziny). Jeśli zdąży. Ale co tam, MUSI zdążyć, wszak Potomek Starszy zażyczył sobie "choinkę w kolorach wulkanu" (już wybrał tło - żółte, i koraliki - pomarańczowe, czerwone i czarne), które to zamówienie bezwzględnie musi zostać zrealizowane :). A skoro Potomek Starszy sobie wybrał, tylko patrzeć Potomka Młodszego, który też będzie wybierał...

niedziela, 30 października 2011

Love Is In The Air :).


Potomek Starszy dostał laurkę. Od Dziewczyny. Całkowicie bez okazji! Królowa Matka wie, że zgodnie z Odwieczną Tradycją i Społecznymi Oczekiwaniami powinna była popaść w szał, laurkę podeptać, podrzeć i zgnoić, a Potomkowi zakazać kiedykolwiek odzywać się do Tej Zołzy, która odciąga Niewinne Pacholę od lekcji i ma złowrogie zamiary (mniejsza o konkrety). Zamiast tego Królowa Matka wpadła w histeryczny zachwyt (pewnie jej się odmieni, jak Potomek będzie miał lat siedemnaście, a nie siedem, ale na razie - trwaj, chwilo!), bo - aż nie wie, czy się do tego przyznać - już zaczynała się obawiać o uczuciowość Potomka Starszego, który kocha tylko mamunię (i tatunię, oczywiście), natomiast na urok koleżanek (i/lub kolegów :)) pozostaje w dużej mierze obojętnym.

Tymczasem Królowa Matka obdarzyła swemi uczuciami Mężczyznę już w dumnym wieku lat trzech. No dobra, Potomek w wieku lat trzech nie chodził do przedszkola i mógł obdarzać uczuciami wyłącznie członków najbliższej rodziny, ale rok później już chodził ignorując pozostałe dzieci z grupy ile tylko miał sił (rozmowa Królowej Matki i Potomka codziennie po wyjściu z przedszkola - przez rok!!! - wyglądała mniej więcej tak: "Co robiłeś cały dzień?". "Bawiłem się z moim przyjacielem". "O? A jak ma na imię twój przyjaciel?". "A, nie pamiętam.").

W zerówce na uczucia Wiktorii (Dziewczyny od Laurki) też był obojętny (swoją drogą, jaka stała w emocjach młoda dama, w tym wieku niezmiennie darzyć atencją tego samego dżentelmena to jak u nieco starszych co najmniej Srebrne Gody są!), bardzo się lubił z nią bawić, pewnie dlatego, że pchana Emocją godziła się robić za ściganego Dinozaura albo innego Pterodaktyla, wskutek Laurki i szalejącej z entuzjazmu Królowej Matki popadł jakby w zamyślenie.

Królowa Matka (szalejąc w entuzjazmie) - Musisz to sobie na pamiątkę schować!!!
Potomek Starszy (trzeźwo) - Może ty schowaj, co, bo ja teraz nie mam czasu?
Królowa Matka (kontynuując szalenie w entuzjazmie) - Schowam, pewnie!!! Bo wiesz, to bardzo ważne!!!
Potomek Starszy (rzeczowo) - Dlaczego?
Królowa Matka - Bo wiesz, musiała o tobie pomyśleć, poświęcić czas, narysować, pokolorować ulubionymi kolorami, nakleić naklejki z własnej kolekcji...
Potomek Starszy (popadając w zamyślenie) - Może, mamo, my się teraz zakochamy z Wiktorią? (łypiąc na Królową Matkę z ciekawością, a nawet wścibstwem w oczętach) A ty, mamo, dostawałaś takie laurki?

Nie, Królowa Matka nigdy nie otrzymała takiej laurki, i to nie tylko dlatego, że zdobycie Pisaków z Brokatem w czasach jej dzieciństwa graniczyłoby z cudem (a może nawet w ogóle było niemożliwe), ale dlatego, że aż do czasu popadnięcia w Poważne Uczucie lokowała swe sentymenty w Osobach Obojętnych Na Jej Wdzięki.

Pierwszy Mężczyzna, obdarzony afektem przez Królową Matkę w, jako się rzekło, wieku lat trzech, był Prawie Dorosły - miał sześć lat i chodził do Starszaków, a na Królową Matkę, rzucającą mu tęskne spojrzenia znad żywopłotu oddzielającego plac zabaw Starszaków od placu zabaw trzylatków, w ogóle nie zwracał uwagi. Miał (poza kolosalnym wdziękiem, osobowością i innymi takimi oczywiście) także łaty w kształcie serc ponaszywane na kolana spodni, a zamroczona Uczuciem Królowa Matka wymogła na swojej Matce ponaszywanie takich serc na swoje - wcale tego nie potrzebujące - i dumnie je nosiła jako Dowód Miłości.

Później Królowa Matka przeżyła kilka zauroczeń, o których nie ma co wspominać (bardzo była kochliwa w Dziecięctwie, ciekawe, jak jej to później przeszło), aż wreszcie, gdy skończyła lat sześć, przyszedł czas na Pierwsze Prawdziwe Uczucie.

Uczucie to było związane z przedstawieniem Kopciuszka wystawianego przez Starszaki. A może raczej "mającego być wystawionym", bo termin prób nieuchronnie się zbliżał, a rola tytułowa nie była obsadzona. Obsadzono już wszystkie pomniejsze rólki, oraz te drugoplanowe, znaleziono nawet Księcia, a Kopciuszka - niet. W końcu zdesperowana przedszkolanka usadziła całą trzydziestkę dzieci w kółeczku i zaczęła odpytywanie wszystkich dziewczynek, które miały wygłosić kwestię: "Ach, jak mnie bolą ręce i głowa! Prać musiałam dziś, sprzątać, prasować, gotować... Wszyscy na bal pojadą, ja - w domu zostanę...".

Każda odpytywana dziewczynka zrywała się z entuzjazmem i wygłaszała energicznie oraz tryskając wolą zaprezentowania się z jak najlepszej strony: "ACH JAK MNIE BOLĄ...!", ponieważ, rzecz oczywista, każda marzyła o tym, by być Kopciuszkiem.

Każda, oprócz Królowej Matki. Królowa Matka, kiedy tylko zorientowała się, w jakim celu Pani usadza dzieci w kółeczku, usiadła jak najbliżej krzesła Pani, a pod koniec odpytywania siedziała już praktycznie pod krzesłem mając cichutką nadzieję, że Przedszkolanka o niej zapomni i Publiczny Występ zostanie jej oszczędzony. I prawie, prawie się udało, niestety, gdy zdesperowana Pani już, już godziła się z wizją Kopciuszka jako fertycznej, tryskającej optymistycznym entuzjazmem osóbki oko jej padło na czubek głowy Królowej Matki, który się już pod krzesłem nie zmieścił.

- Ach! - zawołała radośnie. - Tak się schowałaś, że cię prawie nie zauważyłam! No, proszę, Aniu, teraz ty.

Cóż było robić. Królowa Matka wylazła spod krzesła, stanęła na środku sali i z drżącą bródką  wyszemrała:

- Ach, jak jak mnie bolą ręce i głowa, prać musiałam dziś, sprzątać...

Królowa Matka była drobna, chudziutka i bledziutka, miała wielkie oczy w tamtej chwili pełne łez i Przedszkolanka wpadła w zachwyt, a los Królowej Matki jako Przedszkolnej Gwiazdy został przypieczętowany.

Ponadto Książę, prawidłowo odczytując Obowiązki Dynastyczne natychmiast (minutę po ogłoszeniu przez Panią,  kto zostanie Kopciuszkiem) obdarzył względami Królową Matkę, która mu odpowiedziała Afektem, bo też zawsze była obowiązkowa :).

Od tej pory aż do końca przedszkola Królowa Matka i jej Książę byli nierozłączni  (zaskutkowało to wyraźnym awansem pozycji Królowej Matki w przedszkolnej hierarchii, dzięki czemu mogła ona odgrywać rolę Marusi w przedszkolnych zabawach w czterech pancernych), a rozstanie przypieczętowali łzami i przysięgami, że pierwsza klasa ich nie rozłączy, i że nigdy o sobie nie zapomną.


Ale wcześniej Książę pocałował Królową Matkę.


Stała ona oparta o parapet, a on biegł gdzieś (ratować świat, zdobywać Berlin albo przedzierać się przez linię frontu), mijając Królową Matkę pocałował ją i pobiegł dalej.


Ach, Królowa Matka pamięta, jak była pogoda tego dnia, jak wyglądała sala, i o który parapet się opierała, i... I chyba zaraz poszuka swojego Księcia na Facebooku ("Pocałowałeś mnie, nim przełamałeś linię frontu, zapraszam cię do znajomych") :). Ale ile lat minęło od tego pocałunku do kolejnego Królowa Matka nie przyzna się nawet na torturach, zresztą i tak nikt by nie uwierzył :D.


Ileż jeszcze przed Potomkiem Starszym wrażeń, jakże Królowa Matka jest ciekawa, jak to przebiegnie w jego przypadku.


PS. I pozostałej trójki też :)!


sobota, 29 października 2011

Halloween

Halloween się zbliża, wywołując nerwową ekscytację w Bandzie Dwojga (bo Banda Pozostałych Dwojga ma na razie Halloween, Boże Narodzenie, Wielkanoc i wszelkie okoliczne święta w głębokiej obojętności, i to pomimo faktu, że Halloween powinien Pompona Młodszego interesować w sposób szczególny jako dzień jego imienin). Potomek Starszy, wykazując eklektyczny gust zaproponował: "Kupmy choinkę, mamo,  i ubierzmy ją w dynie!".

Poza tym odnosił się do Halloween z rezerwą. Nie podobały mu się porozwieszane w szkole szkielety i uczniowie w strasznych maskach, nie chciał brać udziału w halloweenowej zabawie i nawet zgłaszał cichy sprzeciw wobec ciasteczek "Palce wiedźmy", które Królowa Matka planuje upiec jutro w ilościach hurtowych.

W związku z czym Królowa Matka, z wykształcenia Anglistka, a z zamiłowania Poganka ;) opowiedziała mu, skąd się wziął Halloween i co naprawdę oznaczało niegdyś to święto. Trochę się obawiała wdawać w szczegóły, bo Potomek ma żywą wyobraźnię i ryzykowała pobudkami w nocy "bo, mamo, miałem taki STRASZNY SEN, taki STRASZNY, że ci nie opowiem, bo wtedy ty się też będziesz bała!".

Ku jej zaskoczeniu wizja zacierania się granic między światami, światełek w oknie, by duchy drogich zmarłych znalazły drogę do domu i nie zbłądziły we mgle, zostawiania im otwartych drzwi, stawiania poczęstunku na piecu, by się ogrzały i posiliły, nie wychodzenia z domu po zmroku, by nie spotkać dusz, których spotkać nikt nie miałby ochoty, przebieranie się, by je oszukać nie wydała się Potomkowi tak straszna jak papierowe kościotrupy porozwieszane w całej szkole, spowici w prześcieradła uczniowie w charakterze duchów i powykrzywiane maski. "Nawet ciekawe są te legendy, mamo!" oznajmił w drodze do domu, a potem, w domu, przyszedł do Królowej Matki usiłującej sporządzić wpis na blogu z prośbą "Porozmawiajmy jeszcze o różnych bogach, dobrze?".

Słowem, został klasycznie zarażony Pogaństwem ;).

W każdym razie pomysł wywieszenia dyń został zaakceptowany,   zasugerowano nawet nabycie prawdziwej dyni i wykonanie Jack-O-Latern, ale w sklepie były wyłącznie malutkie/ popękane/ brzydkie, a na targowisko nie dotarliśmy, zgodę na upieczenie ciasteczek w kształcie palców wiedźmy także wyrażono. Będziemy również karmić nasze duchy (pierwszy raz w życiu) i oświetlać im drogę w ciemności (to akurat Królowa Matka robi co roku od niepamiętnych czasów), tylko idei wychodzenia z domu po zmroku i przebierankom postawiono stanowcze veto.

No i zdjęcia na blogu nie podobały się ani trochę.

Potomek Starszy (wzdrygając się) - O jeny, jakie koszmarne!!
Królowa Matka (w osłupieniu) - Przecież to zdjęcia naszego okna, sam mi pomagałeś miejsce wybrać!
Potomek Starszy - I na oknie wyglądają dobrze, a tu są straszne!!!

Królowa Matka zaryzykuje i opublikuje je mimo to :).
      

czwartek, 27 października 2011

Królowej Matki marzenia o własnym kącie

Królowa Matka (z rozpaczą, do Potomka Starszego) - Dziecko, jeśli nie zauważyłeś, to jestem w UBIKACJI. Normalny, zdrowy, prawidłowo rozwinięty psychicznie człowiek pragnie być w ubikacji SAM. Z wielu powodów, których teraz wyłuszczać nie będę, bo nie jest to stosowne ni miejsce, ni czas. Postuluję, byś przeniósł się na przeciwną stronę drzwi i sprawdził, czy nie ma tam czegoś ciekawego.

Będąc młodym dziewczątkiem (a potem mniej młodym dziewczątkiem, a potem dziewczątkiem, które milczy jak kamień pytane o wiek) Królowa Matka pisała dziennik. Zaczęła w dwunastej wiośnie życia, skończyła w roku 2007, gdy była w ciąży z Potomkiem Młodszym i nie chciała, by paraliżujący ją strach wylał się z niej słowami, zrobiła więc przerwę w pisaniu, która to przerwa trwa do dnia dzisiejszego. W każdym razie Królowa Matka wraca od czasu do czasu do któregoś z dłuuugiego szeregu notesów stojących na półce, by sobie poprzypominać, pośmiać się lub wzruszyć, a najczęściej pokiwać głową nad notatkami osoby, która wcale nie zapowiadała się na Królową Matkę, i nad jej przewidywaniami co do własnych przyszłych losów.

I właśnie ostatnio Królowa Matka ma reminiscencyjny nastrój (być może wiąże się to jakoś z jesienią, zbliżającym się końcem roku i długimi wieczorami, kiedy to dużo się myśli), w związku z którym przebywa aktualnie w roku 2000. Czyli w roku, gdy nie była Królową Matką tylko Singlem Bez Jednego Nawet Hormonu. I tak sobie czyta Królowa Matka opis swoich własnych wrażeń z wizyty u kuzynki, która była Wielodzietną Patologią już w roku 2000 jako mamunia czwórki dzieci, a teraz jest Jeszcze Bardziej Wielodzietną Patologią jako mamunia szóstki. Przypadkiem podczas opisywanej wizyty kuzynkę Królowej Matki nawiedzili jej (to jest kuzynki) rodzice, teściowie, siostra z synkiem, było gwarno, tłoczno i bujnie towarzysko. "Czasem jej zazdrościłam - pisała młodsza o jedenaście lat Królowa Matka. - Czasem myślałam sobie, że gałąź tej części rodziny tak bujnie się rozrasta, podczas, gdy nasza jest rachityczna i słaba. Ale po dniu takim jak ten myślę, że nie wytrzymałabym takiego życia nawet przez tydzień (ekhm, ekhm, przyp. K.M.). Do tego stopnia nie móc być samą!!! Ja tak lubię samotność, potrzebuję chociaż chwili dziennie tylko dla siebie i w ciszy...".

O tej właśnie notce myślała melancholijnie Królowa Matka wczoraj, usiłując przedrzeć się do ubikacji przez ręce, nogi, sygnały werbalne i bujne osobowości swoich Potomków. Nim osiągnęła cel i przebyła tę, zdawałoby się osobom postronnym (niesamowite, jak naiwni bywają ludzie!), krótką i nie najeżoną żadnymi przeszkodami drogę Królowa Matka musiała:

- odczepić od swojej nogi Pompona Młodszego, który niedawno zaczął stawać na nogi, co czyni w upojeniu, wdrapując się najczęściej na meble (ale z braku jakiegoś pod ręką Królowa Matka też ujdzie),


- podstawić pod prysznic Pompona Starszego, który, eee, załatwił potrzebę fizjologiczną z takim entuzjazmem, że miał ją, tę potrzebę, aż na łopatkach, i nie jest to licentia niech będzie, że poetica, tylko bolesny w swej dosłowności fakt,

- wystawić za drzwi Potomka Starszego wraz z jego Niecierpiącymi Zwłoki Pytaniami.

I tylko Potomek Młodszy niczego akurat nie chciał, co oczywiście było kwestią przypadku...

A potem Królowa Matka usiadła na wannie, i chwilę posiedziała, myśląc o swojej kuzynce i zastanawiając się, jak to niektóre kobiety robią, że nie potrzebują własnego kąta, nie mają nic przeciwko temu, by dzieci powoli, sukcesywnie i nieubłaganie jak przypływ zajmowały coraz większe połacie mieszkania (Królowa Matka to naprawdę rozumie, ostatecznie dzieci jest więcej niż jej, ale jednak chciałaby mieć mały, maluteńki skrawek przestrzeni, niech to będzie stoliczek, niech to będzie krzesło, niech to będzie pół stoliczka, ale niech to będzie jej własne!) i nie bywają zmęczone tym natłokiem dźwięków, które jest w stanie wyprodukować w ilościach hurtowych zaledwie dwójka, a co dopiero czwórka (a co dopiero szóstka!!!) Potomków.

A może, pomyślała Królowa Matka, one też potrzebują.

I może też czasem zamykają się w łazience udając, że poszły tam wcale nie po to, by chwilę posiedzieć w ciszy na wannie.

środa, 26 października 2011

Najfajniejsza Lekcja W Świecie

Potomek Starszy - Mamo, dziś w szkole było suuuper!
Królowa Matka (przyzwyczajona do zgoła innych komunikatów, przyjemnie zaskoczona) - Czy rzeczywiście?
Potomek Starszy (entuzjastycznie) - Nooo! A najlepszy był angielski!
Królowa Matka (zawodowo anglistka usiłująca wtłaczać zamiłowanie do pięknego języka Szekspira, Dickensa i Justina Biebera w oporne główki Dziatwy Cudzej i nieco mniej oporne własnych Potomków, unosząc się dumą z powodu choćby tylko pośredniego zawodowego sukcesu ) - Tak? A co robiliście?
Potomek Starszy (rozjaśniając się jak Empire State Building w gwiazdkowej aranżacji) - Nic!!! W ogóle nie było lekcji!!! Sala jest w remoncie, i poszliśmy do świetlicy oglądać bajkę!

I to by było na tyle w kwestii Matczynych Sukcesów Pedagogicznych...

poniedziałek, 24 października 2011

O wychowaniu zimnym i ciepłym.

Pan Małżonek w niedzielę rano, w przerwie miedzy kotłowaniem się z całą Bandą Czworga w małżeńskim łożu (tak, to on nalegał na kupno łóżka szerokości 160 cm., Królowa Matka twierdziła, że 140 cm. w zupełności wystarczy, no to teraz ma) - Zauważyłaś, że żadne z naszych dzieci nie drze się rano, gdy sie budzi? Byłem pewien, że one zawsze od samego rana wrzeszczą!


No, one istotnie nie wrzeszczą. Najładniej budził się Potomek Starszy - leżał obok Królowej Matki przypatrując się jej z uwagą, a gdy dostrzegał subtelne oznaki przebudzania, zaczynał łagodnie głaskać ją po twarzy. Potomek Młodszy sięgał po pierwszą zabawkę, jaką miał w zasięgu rączek i rozpoczynał zabawę domagając się współudziału Królowej Matki (gluglając, podając jej zabawkę względnie włażąc na nią całym swoim, od samego początku sporym, ciężarem). Pompon Starszy jest połączeniem Starszaków - wysuwa rączkę przez pręty łóżeczka i lekko klepie albo gładzi Królową Matkę (szczęśliwym zbiegiem okoliczności śpiącą z twarzą na wysokości jego buzi), a jeśli to nie przynosi efektów spokojnie zajmuje się Bałwankiem, obgryzając jego Pluszowy Marchewkowy Nos. Pompon Młodszy staje na nóżkach i domaga się wyjęcia z łóżeczka zdecydowanym "Gggg! Gggg! GGGG!!!". Ale żaden nie płacze.

Królowa Matka ma koncepcję, że jest to związane z obecnie propagowanym sposobem wychowywania dzieci, karmionych na żądanie, noszonych, gdy płaczą, przytulanych, gdy tego chcą. Jeden ze swoich porodów Królowa Matka już opisała, nie trzeba być znawcą psychologii, by się domyślić, że było to dla niej dobre wspomnienie, ale najlepsza w tym porodzie była zgodna i spokojna współpraca z dzieckiem. Niczego nie popędzano, niczego nie umedyczniano, nikt Królowej Matki nie kładł na siłę i nie trzymał przywiązanej do KTG, dziecko nadchodziło w swoim własnym tempie, Królowa Matka wsłuchiwała się w siebie i robiła to, co czuła, że powinna zrobić, a w efekcie urodziło się spokojne, ciche niemowlę, od pierwszej chwili w sposób widoczny zadowolone z życia. I owszem, Królowa Matka wie, że miała szczęście, ale przynajmniej MOGŁA je mieć w przeciwieństwie do własnej Matki rodzącej w Zupełnie Innych Czasach. W czasach, notabene, gdy w Naukowej Książce na temat Chowania Dzieci znaleźć można było na przykład takie zdanie: "Czasem jest więc dobrze, jeżeli niemowlę dla "utlenienia" płuc trochę pokrzyczy".

Ta właśnie książka (rok wydania 1967) jest jedną z ukochanych lektur Królowej Matki, która uwielbia wyszukiwać w niej przeróżne hardcorowe smaczki typu: "Trzeba pokarm odciągnąć z piersi, przegotować dla zabicia zarazków i podać dziecku", "Uczucie bólu później dochodzi do świadomości niemowlęcia niż u dorosłego", "Po 12 godzinach od porodu przystawiamy dziecko do piersi" (pierwszy raz, przyp. KM. Bowiem, jak wyjaśnia autor, niemowlę rodzi się z zapasem jedzenia, który sprawia, że na początku nie jest głodne) albo też rada dla pragnących odzwyczaić dziecko od ssania palców: "Zaleca się usztywnienie rączki w łokciu przez wkładki ze sztywnego kartonu przytrzymywane bandażem", i rzuca nieco światła na to, dlaczego dzisiejsze dzieci (no, dzieci Królowej Matki) nie płaczą rano, a rówieśnicy Królowej Matki (i ona sama zapewne też) płakali.

Oto, co w Dziele czytamy, tekst dotyczy karmienia piersią: "Zasadą jest, aby karmić dziecko o tych samych porach i aby przerwa miedzy posiłkami wynosiła trzy godziny. Jest to czas konieczny dla dokładnego strawienia pożywienia. Konieczne dla zdrowia matki i dziecka jest również zachowanie ośmiogodzinnej przerwy nocnej. Nieregularne, zbyt częste podawanie pokarmu może wywołać u niemowlęcia zaburzenia w trawieniu, brak apetytu, częste, wodne stolce, wymioty." (wszystkie wytłuszczenia za oryginalnym tekstem).

W związku z lekturą powyższego Królowa Matka spróbowała sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby zasadę trzygodzinnych przerw między posiłkami próbować zastosować do jej Najstarszego Potomka. Potomek z wzorową regularnością żądał karmienia co dwie godziny w dzień, a co dwie i pół godziny w nocy. Można byłoby, co prawda, spróbować przetrzymać go przez brakującą do ideału godzinę o, excusez le mot, suchym pysku, ale byłaby to przerwa, której doskonale byliby świadomi wszyscy mieszkańcy klatki schodowej od parteru aż po dach, Potomek bowiem miał doskonale "utlenione" płuca i nie trzeba go było dwa razy prosić, by zaprezentował ich siłę.

Natomiast wizję tego, co działoby się w nocy, gdyby Chłopczynę karmionego co dwie i pół godziny próbować skłonić do ośmiogodzinnej przerwy (podając mu, zgodnie z Obowiązującymi Trendami, nieco obojętnego płynu - broń Boże nie mleka!!! - dla zwilżenia warg) Królowa Matka odrzuca od siebie z przerażeniem w oczach i "Apage!" na ustach. A w ogóle tak bujną wyobraźnią nie dysponuje. Wie jedno - po kilku takich nocach bardzo, ale to baaaardzo daleka byłaby od tego zdrowia, które zapewniać by jej miało zachowanie przerwy nocnej w karmieniach.

Tymczasem Królowa Matka nie dość, że zachowała zdrowie, to jeszcze była wyspana, a wszystko z powodu nieprzestrzegania kolejnej zasady z roku 1967: "Należy kategorycznie walczyć z rozpowszechnionym jeszcze u nas zwyczajem spania dziecka razem z matką w jednym łóżku" (wytłuszczenia jak wyżej). Królowa Matka nie twierdzi, że spanie z Niemowlakiem jest rozwiązaniem dla wszystkich, ale dla niej było. Potomek Starszy brany był do łóżka tylko nad ranem (wskutek czego Królowa Matka potrafiła wstawać rano, to znaczy o 9.30, wyspana i zadowolona), Potomek Młodszy w ogóle odmawiał spania w łóżeczku do ósmego miesiąca życia, kiedy to przeniósł się do siebie dobrowolnie i bez cienia sprzeciwu, Pompon Starszy był brany do łóżka o piątej nad ranem, Pompon Młodszy - wcześniej, o trzeciej, po czym całą trójeczką wstawaliśmy o ósmej rano. Wyspani, kwitnący i gotowi na wyzwania nowego dnia. A nie bylibyśmy tacy ani wtedy, gdybyśmy usiłowali przestrzegać ośmiogodzinnej przerwy w karmieniach, ani wtedy, gdybyśmy karmili na żądanie, a potem grzecznie odkładali Dziateczki do łóżeczka.

A to zalecenie: "Matki powinny również pamiętać o tym, że brać dziecko na ręce trzeba wówczas, gdy leży ono spokojnie, a nie kiedy płacze, bo krzykiem będzie się domagać ciągłego noszenia" (wytłuszczenia, i tak dalej) przypomniało Królowej Matce jedną z jej Ciotek, która, gdy zjawiał się w jej progach gość spragniony obejrzenia nowonarodzonego Pacholątka, rzucała się w stronę łóżeczka i wyciągała dziecko, by je zaprezentować z "O, otwórz oczka, takie ma oczka, a takie włoski, słodki jest, prawda?" na ustach. Uchodziła za wariatkę, która powinna mieć lalki, nie dzieci, i nikomu nie przychodziło do głowy, że robi ona dokładnie to, co powinna robić Troskliwa... wróć! Dobra Matka, a mianowicie - 

brać dziecko na ręce wówczas, gdy leży ono spokojnie!!!!

Królowa Matka Dobrą Matką nie była nigdy, bowiem, gdy którekolwiek jej dziecko leżało spokojnie, starała się maksymalnie przedłużyć ten stan rzeczy, uszczęśliwiona, a czasem wręcz upojona sytuacją, wykorzystując ją na rzeczy tak Nielicujące z Dobrym Macierzyństwem jak czytanie książek, haft, albo (zgrozo! ZGROZO!) wysiadywanie na fejsie. No dobra, czasem też zmywała, gotowała i prasowała, ale tylko wtedy jak już naprawdę, naprawdę musiała.

Tak więc, wskutek karmienia na żądanie, spania z Potomkami w jednym łóżku, noszenia ich i przytulania, gdy płaczą, z punktu widzenia specjalistów z 1967 roku jest Królowa Matka Bardzo Złą Matką Szczęśliwych Dzieci :).


niedziela, 23 października 2011

Królowa Matka i reklamy I

Na wstępie należy wyznać, że Królowa Matka uwielbia reklamy.  Jest jedyną osobą, jaką zna, która, na dźwięk jingla zapowiadającego blok reklamowy, nie przełącza odbiornika na inny kanał, nie wychodzi do kuchni zrobić sobie herbatki, nie rzuca pilotem w telewizor z pianą i niecenzuralnymi słowy na ustach, tylko ogląda. A ogląda nie dlatego, że jako Matka Dzieciom korzysta obsesyjnie z każdej wolnej chwili i oglądałaby również program o uprawie buraków pastewnych albo maraton "Klanu", jeśli miałoby to oznaczać urlop od niańczenia, przewijania, ćwiczeń w pisaniu oraz karmienia, karmienia, karmienia, ale dlatego, że lubi. Wstyd się przyznać, ale nie ma co zaprzeczać faktom. Lubi, chociaż nie bywa targetem, jest odporna na socjotechnikę (czteroletni Potomek na jakieś "Mamo, kup!" Młodszego Braciszka pouczał: "Reklamy to takie kłamstwa, żebyśmy dużo kupowali!", Skarb Najdroższy, szkoła Mamuni!) i zazwyczaj to, co w reklamach najbardziej lubi to znęcanie się nad nimi, obdzieranie z kolejnych przekłamań mających sprawić, że oszołomiony Oglądacz TV uwierzy, że lukrowana bajka, którą ogląda na ekranie stanie się jego rzeczywistością, gdy tylko nabędzie cukierki firm X, czekoladki firmy Y oraz odświeżacz do powietrza firmy W, oraz natrząsanie się z banalnych pomysłów, które rozgryźć powinien (zdaniem Królowej Matki) nawet przeciętnie rozwinięty sześciolatek. W związku z tym Królowa Matka była częstym gościem w wątku "Znienawidzony bohater reklamy, grrr!" na Forum Humorum, a teraz zamierza poznęcać się i tutaj. Od czegoś ma się bloga w końcu!

 No to lu, część pierwsza (o, bo będzie ich więcej, tego Królowa Matka jest słodko pewna!) znęcania się.

Reklama kawy - młoda dama wstaje o poranku i, schodząc po schodach dwupiętrowej rezydencji mija już to pokój muzyczny wyposażony w sprzęt grający wysokiej klasy, już to tor z samochodzikami, wypisz wymaluj takimi, jakie stoją na podjeździe rezydencji, już to zbierając rozwleczone po dwóch piętrach części garderoby, też ani chybi markowych, a wszystko z czułym uśmiechem: "Ach, on nigdy nie dorośnie! Ach, wciąż marzy o karierze rockmana! Ach, potrzebuje pokojówki" by, po dojściu do wypasionej kuchni, rzucić się na szyję panu parzącemu kawę z "Kocham go!" jako jedynie słuszną konkluzją na ustach. Królowa Matka domyśla się, że zamiarem reklamodawcy było stworzenie wrażenia, że jak tylko nabędzie ona tę kawę z miejsca posiądzie też rezydencję, porszaka na podjeździe oraz - być może - także posługaczkę zbierającą po domu rozsianą odzież, ale zamiast tego od pierwszego obejrzenia na Królową Matkę rzuciło się przeświadczenie, że oto ogląda ona utrzymanka i jego sponsorkę, która to sponsorka zaraz uda się do firmy tyrać po 16 godzin na dobę po to tylko, by utrzymanek mógł kupić kolejny samochodzik do kolekcji. Oraz, że sponsorka jest za ładna i za młoda, by mieć utrzymanków, i że tego powinna celnym kopem wyrzucić na orbitę okołoziemską, gdyż taką kawę zrobi dowolny ekspres (a już na pewno super-ekspres, na jaki sponsorkę już w tej chwili stać, a stać będzie jeszcze bardziej, jak utrzymanek wyleci za drzwi). Królowa Matka nie sądzi, by były to wnioski, do których reklama miała skłaniać...

Reklama podpasek (cholera, a Królowa Matka tak lubi tę firmę, pchana nie tylko patriotyzmem lokalnym!) z odwrotną sytuacją - pan i jego utrzymanka (że to żona albo tylko dziewczyna Królowa Matka nie uwierzy nigdy w życiu, przekaz podprogowy jej to mówi), która na randkę wybiera "100% bawełny" i pyta głosem w 100% sypialnianym "Kochanie, zapłacisz??". To, że kochanie domniewywuje, że ona na tę ich randkę wybrała podpaski czy inne wkładki  (i że każe mu za nie płacić, no bo faktycznie, do tego stopnia pieniędzy może nie mieć wyłącznie utrzymanka, względnie wzorzec blondynkowatości godny tego, by umieścić go w Sevres, który po prostu nie wie, jak posłużyć się kartą płatniczą) potwierdza tylko pogląd Królowej Matki, że poziom mężczyzny poznajemy po poziomie kobiety, jaka znajduje się u jego boku, ale słaba to rekompensata za uraz psychiczny nabyty wskutek zapoznania się z tym spotem.

Czy tylko Królowa Matka ma niestosowne skojarzenia, gdy słyszy: "Żarówka energooszczędna Osram osiemnaście watów"???

Oraz "Jak radośnie pędzą dni gdy w pieluszce Pampers śpisz"? Znaczy, co mają radosne dni do spania? Dlaczego Królowa Matka ma mieć udany dzień, gdy śpi w pieluszce określonej firmy, a jak w innej, względnie w ogóle bez pieluszki, to kaplica? A może chodzi o to, że by radośnie przeżyć dzień trzeba go w całości przespać, z czym Królowa Matka zasadniczo ostatnio bardzo się zgadza, ale pieluszka Pampers nie jest jej do tego niezbędna???

Królowa Matka zbiorowo nie znosi reklam, w których Sławni i Bogaci, patrząc oczętami sarenki Bambi w kamerę pytają: "Czy wiesz, co mnie skłoniło do stosowania artykułu X?", po czym wyjaśniają, że uczyniło to ich podniebienie smakosza/ potrzeba zachowania doskonałego samopoczucia/ spędzająca im sen z powiek troska o środowisko naturalne/ zwalająca z nóg jakość produktu (niepotrzebne skreślić), podczas gdy Królowa Matka doskonale wie, że uczynił to czek opiewający na sumę, którą Królowa Matka ma szanse ujrzeć na swoim koncie jak trafi kumulację w totka. No, nie, by być sprawiedliwą Królowa Matka musi przyznać, że zależy, CO reklamują Sławni i Bogaci, i taki na przykład Paweł Małaszyński w Lexusie nie budzi jej sprzeciwu, za to widok Alicji Bachledy-Curuś oblewającej koafiurę szamponem i odżywką wiadomej firmy i próbującej wmówić Królowej Matce, że za jej fryzurą nie stoi sztab stylistów, fryzjerów, specjalistów od oświetlenia oraz Photoshop sprawia, że z Królowej Matki całą wrodzoną słodycz charakteru zwiewa jak tajfunem. Królowa Matka i tak nie kupuje reklamowanych z uczuciem szamponów i odżywek jako produktu firmy testującej na zwierzętach, ale teraz nie kupuje go jeszcze bardziej.

Żeby nie było tylko warcząco, jest jedna (ostatnio, bo w ogóle jest ich więcej) reklama, która Królową Matkę nastraja pozytywnie (oraz skłoniła do nabycia produktu do obiadu w pizzerii, czyli spełnia swoje podstawowe zadanie :)). A mianowicie ta:

https://www.youtube.com/watch?v=3KaWLebXqgg

Może dlatego, że zostawia Królowej Matce jakąś nadzieję na przyszłość ;P.

Ciąg dalszy niewątpliwie wkrótce nastąpi...

sobota, 22 października 2011

Trzy kolejne - ready to go!

Łaskawość Potomków okazała się niezmierzoną i Królowej Matce udało się doprowadzić do szczęśliwego finału produkcję trzech kolejnych choinek (no owszem, przyszywanie zawieszki ostatniej z nich odbywało się w atmosferze pewnej nerwowości i, że użyjemy kolokwialnego wyrażenia, z wywalonym ozorem, ale jednak można odtrąbić sukces). W Królowej Matce zaczyna kiełkować nieśmiała nadzieja, że może, być może nie tylko stworzenie dziewięciu choinek nie okaże się planem aż nazbyt ambitnym, ale także - o (przyszły) cudzie! - Królowa Matka wyprodukuje ze trzy na potrzeby własnego domowego ogniska?

Teraz będzie apel - Siostro! Jeśli to czytasz, natychmiast zamknij oczy i nie patrz na obrazki, bo bardzo być może, ze któraś z tych choinek trafi w Twoje ręce jako prezent, w domyśle - niespodzianka! A jak już zamkniesz te oczy, napisz w jakimś SMS-sie czy innym komentarzu*, czy choinki granatowe względnie pomarańczowe nie burzą Twojej koncepcji świąt Bożego Narodzenia, bo są już wycięte szablony oraz pomysł na udekorowanie, i jakby Ci jednak burzyły, to wytnie się szablonik w kolorku bardziej tradycyjnym, a te postmodernistyczne dostanie jakiś inny ktoś. Na przykład Teściowa Królowej Matki :D.

*Królowa Matka jest szczęśliwą posiadaczką Siostry, która jest niepiśmienna i zagraniczna. To znaczy, sztukę pisania posiadła, i owszem, umie pisać w czterech językach i dwóch alfabetach, ale w żadnym z tych języków i alfabetów nie zwraca się do Królowej Matki, bowiem listy pisuje niechętnie, a brak maili tłumaczy ograniczonym dostępem do internetu. 
Jednocześnie jednak (ujawniając przy okazji, że ściemnia z tym internetem) czytuje bloga Królowej Matki, będącego jej łącznikiem z siostrzeńcami, za którymi tęskni, oraz pisuje SMS-y, na które Królowa Matka nie odpowiada, bo cóś jej się w telefoniku popsowało i odmawia on wykonania tej jednej jedynej usługi. 

piątek, 21 października 2011

Mamo, a dlaczego...?

- Mamo, jak zrobić, żeby stół latał?

- Mamo, dlaczego słońce świeci, ma w środku taki świecący płyn?

- Mamo, kiedy zobaczymy prawdziwy ogień?

- Czy jak ktoś jest tatą to urośnie na dziadka?

- Mama, a jak byłaś mała i mnie nie było, to gdzie wtedy byłem?

- Skąd wiadomo, jak wygląda serce?

- Mamo, a zebry robią jaki głos?

- Mamo, czy każda z bajek pokazuje jakąś prawdę?

- Mamo, czy winda jest żywa?

- Co jest najfajniejsze na świecie?

- Mamo, czy kości zwierząt są grubsze niż nasze?

- Mamo, a co może takie małe dzidzie przestraszyć?

- Mamo, czy ty wiesz, jak świat wygląda z ich (Pomponów, przyp. Królowej Matki) punktu widzenia?

- Czy jakies żyjątko potrafi spowodować, że się ziemia bedzie trząść?

- Mamo, jak się buduje namioty, rozkłada się i wali młotkiem?

- Mama, a jak on mówi "agli, agli" to co on mówi?

- Dlaczego, jak człowiek umrze, to się go zakopuje akurat na cmentarzu?

- Gdzie jest to, co nam się śni?

- Mamo, czy z barszczu się robi rzodkiewkę?

- Dlaczego dzieci zawsze kochają swoje mamy?

- Jak wygląda pierwszy dzień jak się ma adoptowane dziecko?

- Dlaczego jak babcia Marysia była mała to były dawne czasy?

A wszystko to zazwyczaj równocześnie, przekrzykując się, i oprócz klasyki, powtarzanej codziennie (znaczy, pięćdziesiąt razy dziennie, minimum) w rodzaju: "Mamo, a czy ja mogę mały, maciupeńki słodycz?", "Mamo, a kupisz nam to?", "Mamo, a czy ja muszę posprzątać/wynieść talerze do kuchni/poukładać ubrania/robić te lekcje/iść do tej szkoły/bawić się z Kacprem/bawić się z Mikołajem/niepotrzebne skreślić?", "Mamo, a kiedy będzie weekend?"...