niedziela, 10 lutego 2019

Bo któż nie tęsknił za reklamami...


... no któż?

Na pewno każdyż, kto bywa na tym bloguniu od jakiegoś czasu, możliwe, że nieco dłuższego, jako, że w krótszym o reklamach nie pisałam (co nie znaczy, że ich nie kocham). Na swój wyrafinowany, nieco patologiczny i trudny do wytłumaczenia Normalnym Ludziom sposób.

Było za czym zatęsknić, jednym słowem.

Wiecie, jak ktoś kocha reklamy tak długo jak ja to po jakimś czasie coraz trudniej go zadowolić. Reklama jest jak narkotyk, naprawdę. Najpierw się człowiek ekscytuje bezbrzeżną głupotą gospodyń domowych doznających orgazmicznej ekstazy na widok wywabionych plam albo kuchenki, doprowadzonej za sprawą magicznego Mleczka Do Czyszczenia do błysku, przy którym wybuch supernowej jest niczym pełgająca żarówka 25-watowa, po jakimś czasie zaś popada stopniowo w apatię i nie ekscytuje go nawet odkrywcze użycie imiesłowów w reklamie T-mobile, głoszącej, że "tylko w piątki darmowa dostawa płacąc Blikiem".

Na szczęście wciąż zdarzają się copywriterzy, na gejzery twórczości których można liczyć jak na Zawiszę, i którzy Znają Się Na Młodzieży, w związku z czym, bezbłędnie celując w Target, wypuszczają w świat reklamę batonów Wanted.

Bohaterem - nie tak odkrywczych, jak się kopyrajterom wydaje, tak tylko mówię - spotów telewizyjnych jest Hoży Młodzian. Hoży Młodzian wchodzi otóż do swojego pokoju, do pokoju jak bombonierka, pokoju lśniącego czystością i tchnącego pedantyzmem, pokoju, w którym na żadnym złożu dwutygodniowych skarpet żadne drobnoustroje nie wynajdują właśnie koła celem popchnięcia w przód rozwoju swej cywilizacji, żadne pochowane po kątach resztki jedzenia nie pączkują, nie mnożą się w sposób nieopanowany i nie kładą podwalin pod pionierską hodowlę pleśni całkiem nowego rodzaju, w którym od drzwi do biurka można przejść nie slalomem alpejskim z dużymi szansami na tragiczny zgon na zakręcie, ale po prostu w linii prostej, słowem - do pokoju, który posprzątała mamusia. "Mamo! - zgłasza słuszną pretensję Młodzian. - Znów posprzątałaś mój pokój!", po czym zmienia się w goryla (symbolizującego w reklamie, jak zapewnia producent, wolność, zabawę i życie poza regułami, żeby nie było, że ordynarne prostactwo i kompletny brak szacunku dla, no nie wiem, cudzego wysiłku, pracy własnej matki i norm społecznych, co to to nie), rozpizgrza pokój w drobny mak, po czym siada między górami wywalonych na środku pokoju ubrań, zrzuconych z półek książek i zniszczonych przyborów szkolnych, by w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku cieszyć się życiem poza regułami i smakiem batona Wanted.

Oto, jak staniał bunt.

Jako osoba o czarującym i łagodnym usposobieniu cierpię musząc uświadomić producentowi wspomnianych batonów, że chyba przeinwestował płacąc kopyrajterom za ten jedyny w swoim rodzaju dowód znajomości Dusz Młodzieży. Cztery potencjalne Targety obejrzały tę reklamę stojąc w domu Babci przed telewizornią z otwartymi usty, a to, co odbijało się w ich oczętach nie było, niestety, niestety, wyrazem podziwu dla sposobu realizacji Życia Poza Regułami przez Młodziana z Batonem. Gdy otóż reklama dobiegła słowa z ust Najbardziej Targetowych (czyli Najstarszych) Targetów padło jednocześnie: "Co za gnój!' (Potomek Młodszy) oraz "Co za debil!" (Potomek Starszy, a nuta podziwu w jego głosie dotyczyła poziomu debilizmu Młodzieńca, a nie prezentowanego przezeń Ducha Wolności). Młodzian usłyszał następnie parę zwięzłych zdań na temat swojego poziomu intelektualnego, prezentowanego przezeń poszanowania cudzej pracy oraz własnej matki, a żadna z tych uwag w niczym nie przypominała superlatyw oraz nie nadaje się do cytowania na ogólnodostępnym blogu, na który zajrzeć może przypadkiem jakieś niewinne pacholę.

Aha, argument, że Potomki mówić Mamusi będą jedno, ale co kupią to kupią, hehehe oraz puszczamy oczko do publisi, można uznać za chybiony, jako, że żaden z Targetów nie zapamiętał nazwy batona. Musiałam sobie tę nazwę wyguglać na potrzeby tej notki i zaprawdę powiadam ci, copywriterze, nie chciałbyś wiedzieć, co wpisałam w gugla, żeby ją znaleźć.

I owszem, spoglądając na Hożego Młodziana przekonanego, że obala System, ponieważ kopie we własną szafę i wyrzuca na środek pokoju własne rzeczy pozwoliłam sobie na nieśmiałe podejrzenia, że jesteśmy już całkiem blisko dna, od którego można się jedynie odbić.

Niestety, w okolicach świąt Bożego Narodzenia zostałam zaatakowana czymś, co uświadomiło mi, że nie jesteśmy nawet w połowie drogi.

Oto w okolicach świąt Bożego Narodzenia na ekranie telewizora ujrzałam TO.

Ujrzałam jednorożce robiące kupę na nocnik.

W charakterze reklamowanego prezentu pod choinkę dla naszych milusińskich.

Najpierw tego nie ujrzałam, tylko usłyszałam, a mózg w desperackiej próbie ochrony szarych komórek przed gwałtownym unicestwianiem porównywalnym z wymieraniem dinozaurów po wejściu w bliski kontakt z pewną asteroidą usiłował nie przyjąć faktów do wiadomości. Niestety, niestety, człowiek ma dzieci, dzieci mają Gumballa i Młodych Tytanów, Gumball i Młodzi Tytani mają przerwy reklamowe, a w przerwach reklamowych - każdej, co do jednej - radosna pioseneczka o treści "ach, nakarm jednorożca i zobacz, co zrobi na nocniczek" oraz jednorożec produkujący kupkę w pastelowym kolorze (albo i kilku) przekonywała mnie, że oto dotarłam do końca wszystkiego.

"Za każdym razem, gdy je karmisz i siadają na nocniku, tworzą niespodziewaną, kolekcjonowalną kupkę jednorożca! - wykrzykiwał entuzjastyczny głos z ekranu - Przy odrobinie magii i blasku, możesz przekształcać ją wiele razy! - dodawał euforycznie - Kiedy musisz gdzieś iść, możesz zabrać ją ze sobą! - kusił. - UWAGA!!! - ostrzegał lojalnie. - Jest to niespodzianka, więc nie wiadomo na jaką kupkę trafisz" - by po chwili zachęcać z uczuciem - Zbierz je wszystkie!", a ja w popłochu zastanawiałam się, co było w jogurcie, który zjadłam rano, może był wiekowy, wytworzył sporą ilość jakiegoś czegoś, czego wpływ na organizm ludzki przypomina oddziaływanie alkoholu, i to nie jakiegoś tam winka bynajmniej, i oto mamy skutki, takie wincyj opłakane.

I w dodatku srają... znaczy, defekujące jednorożce nazywały się "poopsie", co sobie radośnie przetłumaczyłam na "srajtusie", a kto by nie chciał chodzić gdzieś mając przy sobie zawsze kupę jednorożca, no przecież, że każdy, sami Państwo przyznają, i tylko ten głosik, co go miałam w głowie (nieco przytłoczony nadmiarem bodźców, ale jeszcze aktywny) popiskiwał nieśmiało, że to wszystko nie może być prawdą.

No chyba, że może, bo gdyby nie było, i gdyby w dodatku nie przeszło z triumfem przez sklepy, internety i inne allegra, i to pomimo, że zestaw kosztuje 350 złotych polskich, to producenci ze wstydem ukryliby się w kąciku licząc straty, a nie wymyślali kolejne wypróżniające się istoty, jak na przykład niejakie Pooparoos.

Pooparoos to - jak zapewnia producent, a nie mamy powodów, by mu nie wierzyć - "niezwykle urocze, zabawkowe toalety pełne niespodzianek, które sprawiają, że zabawa przynosi mnóstwo radości".

By nurzać się w tej radości otwieramy toaletę, która jest częścią zestawu.

Toaletę, Państwo wią.

Sedes znaczy. Kibelek. Klozecik. Wucecik. Muszlę klozetową. W pastelowych kolorach i z brokatem. Sprawdzamy, które z mięciutkich, słodkich stworzonek Pooparoos Surpriseroos ukrywa się w środku (a istnieje wiele możliwości, od jednorożca po króliczka, albo i smoka!). Następnie  wyciągamy z opakowania trzy magiczne pakunki, wlewamy wodę do sedesu, wrzucamy papierowy pakunek , mieszamy, papier rozpuszcza się i oto jest! Jedzonko dla naszego pupila! I proszę nie pytać, dlaczego to jedzonko należy rozpuszczać w sedesie, a nie w zwykłej miseczce, może producent ma psa z upodobaniem chłepczącego wodę z toalety i poszedł w naturalizm.

I to jak poszedł! Bo oto stworzonko Pooparoos, nakarmione wyjętym z sedesu jedzonkiem, należy posadzić na toalecie i ściskać, ściskać, ściskać... "a jedzonko - ekscytuje się producent - znów znajdzie się w sedesie! Ta zabawa nigdy się nie kończy (jak w życiu normalnie, dopisek, którego poczynieniu nie mogłam się oprzeć, mój). Możesz karmić swoje zwierzątko i ściskać je wielokrotnie, bez końca, pomagając mu pozbyć się jedzonka!", no czy ktoś widział coś podobnego!

Po czym, gdy już myślałam, że mogę zacząć wypierać to, co widziały me oczy, zapominać to, co słyszały me uszy i wykreślać w kalendarzu dni dzielące mnie od pełnoletności Ukochanych Maleństw, a co za tym idzie - od wyrzucenia z zestawu programów telewizyjnych tych przeznaczonych dla dzieci, wspomniane Maleństwa dostarczyły kolejnej uciechy.

A mianowicie dostarczyły Mamuni reklamę - nie szkodzi, że nie telewizyjną - gry "Kupa śmiechu".

"Kupa śmiechu", zagajała zachęcająco reklama, to gra zręcznościowa. Składa się z toalety ze spłuczką, przepychacza z gumową końcówką, kostki, żetonów oraz radosnej, szeroko uśmiechniętej kupy. Gra polega na przepychaniu zatkanej toalety i przygotowaniu się na złapanie wyskakujące ze spłuczki kupy, która wypada z niej bez ostrzeżenia. "Musisz nacisnąć przepychacz tyle razy, ile wskaże kostka do gry - informuje producent. - Gdy kupa wyskoczy z toalety, postaraj się złapać ją przed innymi graczami. Jeśli złapiesz ją W POWIETRZU, zdobędziesz dwa żetony!" - dodaje zachęcająco, a temu to już naprawdę nie sposób się oprzeć.

Któż z was, Kochani Czytelnicy, nie ma teraz przed oczyma duszy scenki, pełnej rodzinnego ciepła i niewymuszonego wdzięku? Oto Rodzina, zgromadzona wokół stołu, żartobliwe uwagi i śmiechy przelatują nad stołem z lekkością konfetti, domowe ciepło buzuje jak rozpalony w styczniowy, mroźny dzień kominek, a na stole nie jakieś tam trywialne scrabble, monopole czy - nie daj bogi - szachy czy inne warcaby, ale sedes, z którego co jakiś czas z impetem wyskakuje kupa, Rodzina zaś rzuca się, by - wśród niewinnych żarcików i przepychanek - złapać ją w locie. Bo któż dałby radę zwalczyć pragnienie posiadania dodatkowych żetonów.

Założę się, że każdy ją ma. Tę scenkę. Przed oczami.

I każdy wie już teraz chyba, dlaczego kocham reklamy.

Gdyby nie one nie ubogaciłabym się na przykład oglądaniem kupy jednorożca. A nawet wielu kup, w licznych, intensywnych barwach. I to całkiem za darmo, a nie w cenie 350 złotych za cały komplet, a 70 za sam sedes ze stworkiem, jak ci, którzy dali się porwać dźwigni handlu i nabyli wspomniane rzeczy drogą kupna.

Nie cieszyłabym się myślą, że ominęła mnie niewątpliwa przyjemność łapania kupy w locie (i płacenia za to!), nieistotne, uśmiechniętej czy nie i zupełnie nieistotne, ile mogłabym za to zyskać żetonów.

Nie wiedziałabym, jak nisko może upaść przemysł zabawkarski.

Nie myśl jednak, Luby Czytelniku, że ubogacają mnie wyłącznie reklamy dla Naszych Milusińskich.

Reklamy dla dorosłych też kocham, i też mam swoje powody, i też o nich napiszę.

Już wkrótce.

19 komentarzy:

  1. O, to z wyskakującą kupą to bardziej perwersyjna odmiana Nie pękaj Prosiaczku, w którąż to intelektualną grę grywaliśmy godzinami, odkąd Starsza skończyła 4 lata. Szczęśliwie Prosiaczkowi sparciał brzuszek i mamy z głowy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, kojarzę Prosiaczka! Prosiaczek też był... eee... głęboki. Pełen treści. Jak zwał tak zwał :D.

      Usuń
    2. Prosiaczek był głęboko edukacyjny. Uczył liczyć do czterech, wyrabiał krzepki nacisk i uczył, że od fastfoodów można pęc. Dobrze wydane osiem dych :P

      Usuń
  2. A propos jednorożców. Nie tylko dzieci są targetem :P

    https://youtu.be/m-39PI_DmCA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakkolwiek to zabrzmi, dorosłych nawet rozumiem ;).

      Usuń
  3. jak dobrze że nie mam już telewizora i żyłam sobie w błogiej nieświadomości istnienia takich, e, zabawek i reklam. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oprócz telewizora trzeba mieć jeszcze dzieci. Bez dzieci ja też bym nie wiedziała (minus gra z łapaniem kupy. Tę widziałam w sklepie, ale wyparłam, a potem, i owszem, dzieci mi przyniosły reklamę...)

      Usuń
  4. Eee...to wszystko do czego jestem zdolna. Reklamę z młodzianem (niestety) widziałam, co do pozostałych to dzięki wszystkim bogom jakoś przegapiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. "Eeeee" to jest bardzo właściwa reakcja i precyzyjny opis emocji.

      Usuń
  5. A zaczęło się chyba od "Małej książki o kupie" brrrr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "Książce o kupie" można się dopatrzyć jakichś tam walorów edukacyjnych. W kolekcjonowaniu kup jednorożców niekoniecznie :)...

      Usuń
  6. O rety Królowo ominęły mnie na szczęście te cudnej urody reklamy, ale zaczynam się bać, o jaki prezent poprosi babcię Agatka, jak już nauczy się prosić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie, moje małe Targety oglądają te wszystkie rzeczy pukając się w czółko. Żaden nie poprosił :).

      Usuń
  7. Właśnie miałam pisać, czy Królowa widziała reklamę z kupą śmiechu, a tu proszę. Ale jest jeszcze jedna reklama Proszę Państwa, reklama gry o nazwie szalona spłuczka, której celem jest ochlapanie wodą graczy, znaczy naciskają spłuczkę i haha zobaczymy kogo ochlapie - taka trochę rosyjska ruletka. Za każdym razem jak widzę te koszmary zastanawiam się który rodzic kupi to dziecku? Na szczęście święta się skończyły to i sezon na nadmiar durnych reklam minął - ot żyję nadzieją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, zapomniałam o sikaniu w twarz. "Ukochana", w gigantycznym cudzysłowie, reklama Potomka Młodszego, za każdym razem gdy ogląda bulgocze z oburzenia i rzuca inwektywami. Poważnie się zastanawiam, jaką kosmiczną bzdurę jeszcze wymyślą rozochoceni producenci, chociaż chyba tak do końca nie chcę tego wiedzieć.

      Usuń
  8. Matko jedyna moja. Mam nadzieję, że powstanie sequel tej reklamy, w której matka Hożego Młodziana otwiera drzwi uśmiechniętej, nieco stremowanej dziewczynie/chłopakowi i prowadzi do pokoju, w którym po ostatnim wybuchu gorylostwa po prostu przestała sprzątać. A potem zamyka drzwi i uśmiecha się słodko, siegając po luksusowe czekoladki a nie jakiegoś pożal się Boże batona składającego się z syropu glukozowego i cukru dla niepoznaki polanego wyrobem czekoladopodobnym.

    Znaczy ja sama jestem bałaganiarą. I właśnie dlatego gdyby ktoś za mnie sprzątał to bym wdzięczna była bez granic a nie wywijała takie numery.

    Mieszkam w Dublinie, mieście gdzie można podziwiać warunki w jakich tworzył Francis Bacon. Twierdził, że porządek wywołuje w nim panikę, on potrzebuje bałaganu. I to był bałagan, przy którym entropia wszechświata rumieniła się ze wstydu. Tu można sobie obejrzeć nawet lepiej niż w muzeum bo bardziej z bliska, Irlandczycy zachowali z całą pieczołowitością:

    https://www.icriconservation.ie/events-training/francis-bacon-a-moving-experience

    (z niewiadomych powodów w samym muzeum wszystko jest za grubą szybą, ja nie wiem, porządek chcą zachować czy co??)

    Moja córka ma jak Bacon (do pewnego stopnia oczywiście. Po prostu woli piekło chaosu od piekła porządku, przy czym ona sama doskonale wie gdzie co jest). Ale jakby wywinęła taki numer po tym jak ktoś chciał jej pomóc to naprawdę nie ręczę za siebie...

    Kategorycznie odmawiam uwierzenia w istnienie pozostałych reklam i tych zabawek. Po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mając już na stanie dzieci w odpowiednim wieku po przeczytaniu poszłam w internety zobaczyć o co chodzi i jakie są opinie o kupie śmiechu - wyszło tak pół na pół albo świetna zabawa albo face palm. I wiem,że chyba już nigdy nie zjem batonika zbożowego w czekoladzie, bo będzie mi się kojarzyć z tą uśmiechniętą, skaczącą kupą. Trafiłam jeszcze na grę karcianą,gdzie przegrany zakłada sobie sztuczną kupę na głowę.
    Ale to nie było najgorsze jak się okazało. Na skraj mdłości przywiodła mnie "gra" o ... ta dam! wyciskaniu pryszczy - plastikowa twarz z której wyciąga się silikonowe pryszcze (nawet nie próbujcie oglądać filmiku o tej "zabawce").
    Nie pozostało nic innego jak powtórzyć za Bibliotekarzem : " Homo sapiens? Akurat..." i podgrzać sobie resztkę grzańca, by spróbować zapomnieć co oczy widziały .
    sąsiadka z kl.c
    I pomyśleć,że swego czasu miałam pretensje,że jak tak można, gdy moje dzieciątko z jakieś wycieczki przywiozło taki mikro pojemnik na śmieci(w środku były cukierki).

    OdpowiedzUsuń