środa, 17 maja 2017

Do zrujnowania rodzimego przemysłu krok pierwszy

Królowa Matka jest dziś (i jutro, i pojutrze, i popojutrze) nie Królową Matką od Bandy Czworga, tylko Królową Matką od Bandy Trojga, jako, że Potomek Starszy okazał się już Bardzo Starszy, wziął się i pojechał na wycieczkę.

Nie jakąś tam byle jaką, dla malutkich dzieci, jedno- albo i półdniową.

Na poważną wycieczkę dla klas szóstych, które będą nocować (bo przecież nie spać, spanie jest dla mięczaków) poza domem, używać życia i szastać forsą oraz pić Colę w ilościach w Domu w Dziczy zakazanych.

Czy w związku z tym wiekopomnym wydarzeniem matczyne oko zasnuło się łzą?

Czy wezbrały w macierzyńskim łonie wspomnienia o maleńkim chłopczyku, który obejmując ją chudziutkimi ramionkami zapewniał, że jej nigdy nie opuści, zawsze przy niej będzie, bo bycie z nią jest najfajniejszą z fajnych rzeczy na świecie?

Czy Rodzice, tłumiąc wzruszenie, odprowadzili Potomka Starszego na szkolny dziedziniec, a potem, jadąc do swych zakładów pracy nie ukrywali już przepełniającego ich po brzegi wzruszenia?

Czy nie mogli się skupić na swej pracy, sprawdzając co dwie minuty telefon, by nie przeoczyć SMS-a od Ukochanego Syna (którego zresztą ten wysłał dopiero po oberwaniu przez łeb od Wychowawczyni, która przypomniała Pacholęciu, że musi skontaktować się z domem ze względu na swoją chorą babcię, której nie wolno się denerwować, a która do denerwowania się jest więcej niż skłonna)?

Nie.

Nic podobnego się nie zdarzyło.

Nie oznacza to jednak, że Potomek Starszy pojechał w Siną Dal pozbawiony moralnego wsparcia i nie otulony niby kokonem dobrymi radami, których bogaci doświadczeniem Rodziciele nie szczędzili, rzucając go - maleńkiego i bezbronnego - w ten dziki i bezlitosny świat..

Rano otóż, na chwilę przed wyjściem z domu, gdy plecak był już spakowany, kanapki zrobione, portfel z oszczędnościami ukryty w bezpiecznym miejscu, zaś Potomek po raz tysiącpińćsetny upewnił się, ze zapakował ładowarkę od telefonu, Królowa Matka, stojąc w kuchni, odezwała się w te słowa:

- Synu (tu obrzuciła swego Pierworodnego spojrzeniem pełnym macierzyńskiej czułości), wiedz, że jeśli wrócisz do domu z zameczkiem z muszelek, podpisanym "Pamiątka z Gdyni", to cię zabijemy.

- Jeżeli - płynnie włączył się do dialogu Pan Małżonek - przywieziesz ze sobą foczkę zrobioną z morskich kamyczków, to cię zabijemy.

- Jeżeli - kontynuowała Królowa Matka z łagodnością, którą wszyscy tak w niej cenią - kupisz miniaturkę latarni morskiej made in China z napisem "We love Trójmiasto", to cię zabijemy. Jeśli przywieziesz kulę, w której po potrząśnięciu będzie wirował morski piasek, zabijemy cię. Jeśli wrócisz tu z modelem żaglówki udekorowanej okruszkami bursztynu, to cię zabijemy. Jeśli ujrzę w twych rękach kubek wart 2,50, nabyty za 20 zł i umajony podpisem "Gdynia forever", to cię zabijemy.

- Jeżeli nabędziesz za ostatni - a nawet przedostatni - grosz - dodał Pan Małżonek - muszlę z ręcznym napisem "Gdynia 2017" to cię zabijemy. Jeśli przywieziesz toporny magnes na lodówkę z Neptunem, to cię zabijemy. Jeżeli...

- To co wolno mi przywieźć?! - zakrzyknął z rozpaczą Potomek Starszy, do tej chwili w milczeniu wodzący wzrokiem od jednego Rodzica do drugiego.

- Nic - uświadomiła mu Królowa Matka (czule, rzecz jasna, lecz stanowczo). - Jesteśmy w Gdyni co najmniej raz w roku, najczęściej dwa. Nie ma potrzeby, byś sobie stamtąd przywoził cokolwiek akurat teraz.

- Pocztówkę - rzekł niemal w tej samej chwili Pan Małżonek - Pocztówkę możesz sobie przywieźć. Ozdobioną nadmorskim piaseczkiem.

- W Oceanarium są takie magnetyczne kule... - podjął desperacką próbę Potomek Starszy.

- Żadnej kuli - ucięli Rodzice z tą godną podziwu zgodnością, która jest przywilejem starych, dobrych i wypróbowanych w licznych burzach małżeństw, a o którą apelują psycholodzy w każdym artykule na temat zalecanej w kontaktach z Potomstwem jednomyślności.

- Lizaki wszystkim kupię - rzekł Potomek Starszy tonem zrezygnowanym i pojechał.

Jeśli pojawi się jeszcze na łamach tego bloga oznaczać to będzie, że wrócił bez kuli.