sobota, 29 kwietnia 2017

O wyższości Melchiora i Baltazara

Dwa dni temu Królowa Matka odebrała telefon. W pracy akurat była, ale przypadkiem trwała właśnie przerwa, Królowa Matka (też przypadkiem) nie miała dyżuru i była dyspozycyjna.

- Czy rozmawiam z mamą Kacpra? - spytał grzecznie damski głos w słuchawce, a Królowa Matka potwierdziła, że i owszem, w króciutkim ułamku sekundy zastanawiając się, co takiego wymalował Potomek Młodszy w szkole (do myśli, że może zleciał skądś na ten głupi łeb, albo sobie coś złamał nie zdążyła dojść, co oczywiście daje pewne pojęcie o głębi jej macierzyńskich uczuć, a mianowicie, że ta głębia jest więcej niż dyskusyjna).

- Proszę pani - powiedział głos uprzejmie, ale wyrobione ucho Królowej Matki wyczuło ukryte profesjonalnie pod tą uprzejmością furię i takie rzeczy, których się nie werbalizuje z obawy przed pozwem o zniesławienie. - Termin opłaty za wycieczkę minął dwa tygodnie temu, a wyjeżdżamy na początku maja!

- O - zdziwiła się Królowa Matka. - Wydawało mi się, że wszystko już zapłaciłam...

- Nie, proszę pani - powiedział głos tonem, który nieomylnie zasugerował Królowej Matce, że zbliżamy się do momentu silnie krytycznego. - Kacper nie zapłacił jeszcze za wycieczkę...

- Może coś przeoczyłam - zgodziła się grzecznie Królowa Matka, która istotnie płaciła na ostatniej wywiadówce takie ilości kasy na przeróżne cele (rada rodziców, druga część ćwiczeń do polskiego, ta nieobowiązkowa, wyjazd do teatru, dobrowolna składka ustalona na początku września, wycieczka, chociaż wyglądało na to, że tego akurat nie), że to i owo mogło jej umknąć, - chociaż byłam pewna, że zapłaciłam już miesiąc temu. A, przepraszam, ile?

- Informacja o tym była na dzienniku elektronicznym! - w głosie rozmówczyni Królowa Matka wyczuła powoli acz nieuchronnie dojrzewające postanowienie, by porzucić wszelkie uprzejmości.

- Do dziennika zaglądamy regularnie - powiedziała Królowa Matka łagodnym tonem, bo robi w tym biznesie od lat i nie nowina jej kontakty z rodzicami ukochanych kurczątek "ach-no-co-pani-powie-oczywiscie-że-on-jedzie-jak-to-termin-wycieczki-minął-dlaczego-nikt-mnie-nie-informował-że-to-już-maj!!!", o tym, co się czuje w czasie podobnych kontaktów nie wspominając - ale najwyraźniej przegapiliśmy notatkę. Bardzo przepraszam. Bardzo. Oczywiście, do jutra wszystko zapłacimy. Tylko, przepraszam, ile?

- Dwadzieścia pięć złotych - warknęła słuchawka i się rozłączyła w trakcie kolejnych przeprosin Królowej Matki i ryczącego dzwonka na lekcje w tle.

No, nic. Królowa Matka wróciła do domu, w rozmowie z Panem Małżonkiem wyraziła zdziwienie w temacie zalegania z opłatami, wysuplała z własnych, skąpych zasobów dwadzieścia pięć zeta i wręczyła je Potomkowi Młodszemu z poleceniem, by natychmiast rano, jeszcze przed lekcjami, dostarczył je pani, gnąc się w ukłonach i z przeprosinami na ustach. Może przy tym zwalać odpowiedzialność na beztroskich rodziców, czemu nie.

Nazajutrz było nazajutrz, Królowa Matka udała się do pracy, po czym w trakcie lekcji z klasą V B jej telefon rozdzwonił się, a na jego ekranie wyświetlił się nieznajomy numer.

Królowa Matka z zasady nie odbiera nieznajomych numerów, czyni wyjątki wyłącznie rano w pracy, powodowana licznymi wizjami jej Potomków doznających w szkołach i przedszkolach urazów/wypadków/złamań/gorączki 40-stopniowej i wysypki na całym ciele /i innych takich, lub też wizją swej własnej Matki popadającej w omdlenie gdzieś na środku ulicy. V B jest klasą inteligentną i współpracującą, a w dodatku ma nauczyciela wspomagającego, więc Królowa Matka zdecydowała się zlamać szkolny regulamin, wymknęła się na korytarz i odebrała.

- Dzień dobry - powiedział kobiecy głos po drugiej stronie tego czegoś, po czym leci sygnał - tu mówi (nazwisko, które padło, nic Królowej Matce nie powiedziało). Czy rozmawiam z panią (i tu kolejne nazwisko).

- Nie - powiedziała zgodnie z prawdą Królowa Matka, której podane miano nie powiedziało kompletnie nic, co jest pewną sztuką zważywszy, że pracuje w szkole i z przeróżnymi nazwiskami w dużych stężeniach styka się od lat.

- Niemożliwe - nie zgodził się głos - mamy ten telefon jako kontakt do pani...

- Nie - powtórzyła Królowa Matka z łagodnym uporem - to znaczy, możliwe, że państwo mają, ale ja nie jestem pani X. To pomyłka.

- Jak to pomyłka? - spytał bezradnie głos. - Przecież ja wczoraj z panią rozmawiałam!

- Nie - powiedziała po raz trzeci Królowa Matka, której jeszcze nic nie zaczęło świtać.

- Ależ tak! - uparł się głos, w którym zaczynały pobrzmiewać nutki histerii. - Wczoraj rozmawiałyśmy w sprawie wycieczki! Pytałam, czy to pani, i pani powiedziała, że tak!

- Chwileczkę... chwileczkę... - powiedziała Królowa Matka, której świtać wreszcie zaczęło. - Wczoraj rozmawiałam w sprawie wycieczki. Ale wczoraj spytała pani, czy jestem mama Kacpra...

- Tak... - powiedział głos po chwili milczenia. - Tak... rzeczywiście... spytałam, czy rozmawiam z mamą Kacpra...

-... a ja, widzi pani - kontynuowała Królowa Matka - mam syna Kacpra.

- Ma pani syna Kacpra... - powtórzył głos słabiutko.

- Tak, i widzi pani - kontynuowała Królowa Matka radośnie - on jedzie na wycieczkę klasowa w maju.

Głos nic nie powiedział, gdyż jego właścicielkę najwyraźniej zatkało.

- I pewnie nie będzie to dla pani pociechą - ciągnęła Królowa Matka wpadłszy w ciąg, - ale on się dziś pojawił w swojej szkole z pieniędzmi...

- A nasz Kacper - zwierzył się Królowej Matce głos - przyszedł bez pieniędzy i spóźniony czterdzieści pięć minut...

- Bardzo mi przykro - wyraziła szczere współczucie Królowa Matka - ale obawiam się, że nic na to nie będę mogła poradzić.

- Nie, pewnie, że nie - powiedział głos. - Przepraszam panią najmocniej, co za nieporozumienie! Mieliśmy ten kontakt podany przez mamę Kacpra jako jej telefon...

- Pewnie się pomyliła - rzekła Królowa Matka, usiłując mieć więcej wiary w dobrą wolę nieznanej mamy niż podpowiadał jej to zdrowy rozsądek oraz wrodzony sceptycyzm. - Tym niemniej, niech panie wykreślą ten numer z rejestrów, bo on jest z cała pewnością i od wielu lat mój. I życzę powodzenia!

Tak więc, Kochani Czytelnicy. Melchior. Baltazar. Ludwik, jeśli pragniemy pozostać w klimatach królewskich. Albert, jeśli chcemy pozostac w klimatach mędrców.

NIE Kacper.

3 komentarze:

  1. Wspaniałe.
    Swoją drogą, fascynująca jest niechęć do podawania nazwisk u przeważającej części populacji. Zamawiałam w zeszłym roku materiały budowlane, w dużych ilościach, z różnych części kraju, siłą rzeczy na tzw. gębę, przez telefon. No i zamawiam takie dajmy na to belki stropowe za milion baksów. Ustalamy rodzaj, ustalamy dostawę, ustalamy przelew, rzecz jasna z góry, bo transport zagraniczny. Proszę panią po drugiej stronie o nazwisko, gdyby jakby co. A ona na to: PO CO pani moje nazwisko???
    No w rzeczy samej, po co? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam temat. Koleżanka, dajmy na to, Zofia, odebrała też z nieznanego, kategoryczny rozkaz: "Zośka, złaź szybko na dół, bo za 15 minut będę pod tobą i jedziemy!!". Los chciał, że miała z szefem jechać tego dnia na spotkanie, więc ogłuszona nieco jego bezceremonialnością, spakowała się i kurcgalopkiem pobiegła na parking, gdzie odstała ze 20 minut, aż do odebrania kolejnego telefonu. W międzyczasie przyszła odrobina otrzeźwienia i kolejne pytanie wyjaśniło, że koleżanka miałaby z nieznajomym jechać aż do Holandii. I nie, nie była właściwą Zofią :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja kiedyś odebrałam telefon z informacją że pan przywiózł mi węgiel i czeka pod domem ,na moją informację że to pomyłka pan zaczął mnie opieprzać że zamawiam i nie chcę odebrać.Tylko że ja mieszkam w bloku i nie mam gdzie tym węglem palić. miki

    OdpowiedzUsuń