czwartek, 19 czerwca 2014

Rozczarowująco

Wczoraj nie było posta, gdyż po pierwsze primo, Królowa Matka wróciła z pracy, w której musiała pisać, pisać i pisać przeróżne sprawozdania i analizy oraz liczyć statystyki, a, i jeszcze spisywać taaaaaakie długie listy książek przeznaczanych na nagrody, co się tu Królowa Matka będzie rozwodzić, kto jest nauczycielem sam wie, jak jest, a kto nie jest - w życiu by nie uwierzył. Ale pisanie kilometrowych sprawozdań (och, i jeszcze protokołów z rad pedagogicznych, jak mogła Królowa Matka zapomnieć) to jest nic w porównaniu z faktem, że wróciła Królowa Matka do domu (gdzie, o niespodzianko, czekało na nią kolejne sprawozdanie do napisania na kolejną radę pedagogiczną, tę, która odbędzie się w poniedziałek, i po której napisać będzie kilometrowej długości protokół) zakatarzona, zachrypnięta i z oczętami jak szpareczki, przez które to szpareczki nieustannie ciekły łzy, do towarzystwa katarkowi cieknącemu z nosa. I gdy Królowa Matka wlokła się do łóżka tą jedyną czynną jeszcze komórką mózgową pomyślała, że, o nie, nie da rady, dziś nie pisze. Jutro napisze. A kiedyś tam, dla wyrównania, puści dwa posty. Może w sobotę. Może w niedzielę. Bo w poniedziałek (rada! protokół!) to raczej nie, chociaż kto ją tam wie, może będzie chciała odreagować.

W każdym razie nie dziś.

Ale dziś jest już jutro i Królowa Matka, acz wciąż zakatarzona i z obolałym gardłem, czuje się ociupinkę lepiej oraz na siłach, by wywnętrzyć się w temacie   

Książka, która cię rozczarowała

Szczególnie zawiodły ją dwa czytadła - pierwsze, które zaplanowała sobie kiedyś na wakacje, jako lekkie,łatwe i przyjemne, wciągające, a nie przyprawiające o bezsenność, to "Historyk" Kostovy (klęska, droga przez mękę i tortury chińskie, a takoż nuda).

Drugim był


"Dom nad Rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej

(miało być lekko, rodzinnie i ciepło, a było...).

Królowa Matka od czasu do czasu lubi poczytać sobie o innych ludziach rozpoczynających nowe życie, i najlepiej, żeby były to książki ciepłe, pogodne i napisane z życzliwością dla ludzi. Taki "Rok Prowansji" idealnie się nadaje, i pewnie dlatego Królowa Matka uwierzyła w opinię na okładce głoszącą, że jest to "Polski Rok w Prowansji", chociaż bardzo nie lubi "Polskich (tu sobie proszę wstawić po uważaniu)". Po lekturze zaś marzyła tylko o tym, by dopaść autora tego hasła i osobiście znieważyć go słowem, a jak się da, to i czynem.

Oczywiście, samo porównanie do "Roku w Prowansji" by Królowej Matce nie wystarczyło, streszczenie było również zachęcające, święta Bożego Narodzenia się zbliżały, Królowa Matka poczyniła corocznym zwyczajem spis książek, które by chętnie widziała pod choinką, wrzuciła tam i "Dom..." i "Powroty nad Rozlewiskiem", dostała je, przystąpiła do czytania, i yyyyyy.

"Yyyy" zrobiło jej się już na samym początku, ale nigdy się na początku nie poddaje nauczona wielokrotnym doświadczeniem, które jej mówiło, że po "yyyy" zdarza się wielkie "och!". Niestety, niestety, w tym wypadku do ostatniej kropki było to "yyyy", a nawet "YYYY".

Treść jest, i owszem, stosowna do oczekiwań Królowej Matki względem literatury typu "owijamy się w ciepły kocyk, gdy na zewnątrz zawieja, sączymy herbatkę i czytamy o miłych ludziach, do których chciałoby się zaglądać, i nie, to nie musi, a wręcz nie powinno być napisane jak "Ulisses":

Małgosia ma pracę w agencji reklamowej, zasobne konto, męża, z którym nic jej już, prócz córki, nie łączy, wspomnianą córkę i metrykę sprzed 1960 roku. Coraz trudniej idzie jej nadążyć za coraz bardziej zawrotnym tempem życia narzucanym przez branżę, w której pracuje, ale stara się jak może. Do czasu kiedy ktoś postara się bardziej niż ona, ktoś młodszy, szybszy i z większymi perspektywami, i z obiecującej kariery zostają smętne szczątki oraz galopująca depresja. Bohaterka sama ze sobą za bardzo nie może wytrzymać, reszta domowników też nie może, aż wreszcie, za poradą teściowej, Małgorzata postanawia "zrobić coś ze swoim życiem" i "zacząć od początku". Zaczyna nie  najmądrzej, od wskoczeniem do łóżka paru przypadkowym facetom, aż wreszcie podejmuje odważną decyzję (to znaczy w dobrze napisanej książce byłaby odważna, bo tutaj to, jak się szybko okazuje, pryszcz i pikuś) o odnowieniu kontaktu z matką, która zniknęła z jej życia zostawiając ją z ojcem gdy Małgorzata była małą dziewczynką.

W celu podjęcia tego kontaktu nasza bohaterka jedzie na Mazury, gdzie z prędkością, przy którym światło porusza się w tempie leniwej przechadzki w ciepły, pachnący bzem majowy wieczór następuje pojednanie z mamusią Basią. Mamusia Basia swego czasu porzuciła męża i małą córeczkę z powodu romansu, ale to nic, to nie szkodzi, bo jest przecież Męczennicą Miłości, skrzywdzoną przez niedobrego męża, niedobrą przyjaciółkę męża, niedobrych kolegów z pracy i żonę kochanka, tę zimną sukę i lafiryndę (no bo też widział to kto, nie oddać męża Basi, która TAK KOCHA!!!); a jej spowiedź po latach i prośba o wybaczenie jest godna bloga dwunastolatki (która przeprasza koleżankę, że się na nią obraziła i nie rozmawiały przez tydzień, bo jej Kaśka powiedziała, że Wiktoria jej powiedziała, że brat tego Przemka, co to jej się podoba nie chce z nią chodzić, a chciał, tylko ta Kaśka była zazdrosna i sama chciała chodzić, więc się już pogódźmy, a ja nie będę gadać z Kaśką), nie zaś dojrzałej kobiety, która przemyślała to i owo i doszła do, na przykład, śmiałego wniosku, że swoim postępowaniem skrzywdziła swoje jedyne dziecko.

Zwolenniczki porównują książki Kalicińskiej do twórczości Szwai czy Grocholi. Na miejscu obu pań Królowa Matka naprawdę poczułaby się urażona. Mówiąc zupełnie szczerze, Królową Matkę drażni to, że pozycje w zamiarze autorów i wydawców miłe w czytaniu i niezbyt trudne w odbiorze natychmiast są porównywane do Grocholi, co jest jednocześnie synonimem ich nie najwyższych lotów. Oraz, oczywiście, jak ktoś lubi Grocholę to automatycznie nie zna się na literaturze, gdyż "Grochole" nie są i nie mogą być dobrze napisane.

A otóż mogą, jak Królowa Matka uparcie twierdzi. Tyle tylko, że w wypadku pani Kalicińskiej nie chodzi o to, kto zna się, a kto się nie zna na literaturze. Czy "literatura" zaczyna się powyżej Grocholi, czy dopiero od Tołstoja. Królowa Matka czytała tylko jedną książkę Grocholi, za to całego Tołstoja, i jeszcze paru autorów, w imponującej rozpiętości jakościowej, że to tak ujmie, także Harlequiny, jak to wiadomo Wiernym Czytelnikom tego bloga.

I już po jednej tylko przeczytanej Grocholi wie, że wiele można o niej powiedzieć, ale nie jest ordynarna (nie wulgarna! ordynarna - to jest co innego). Dopiero jak Królowa Matka przeczytała "Rozlewisko" uświadomiła sobie, jak bardzo jest to dla niej ważne.

Nie podobała jej się główna bohaterka. Nie rozumiała jej stosunków z matką. Matka jej też nie zachwyciła. Ani córka - super-zajebiste (excusez)-dziewczę-z-własnym- niepowtarzalnym-stylem-świetnym-gustem-talentem-kulinarnym-muzycznym-i-każdym-innym-co-to-już-jako-niemowlę-nie-płakała-tylko-cudnie-pachniała-li-i-jedynie. Ale naprawdę o to mniejsza, jakoś by to Królowa Matka strawiła, najwyżej by się pokłóciła z kimś na jakimś forum w kwestiach treści ;).

Ale nie do przełknięcia okazało się dla niej ordynarne prostactwo języka książki, opisywanej jako ciepła i rodzinna. Cipka. Bachory. Cyce. Kibel. I tak dalej. Ryże, falujące kudły. Mocny łeb. To z opisu ludzi, nie psów, i pewnie miało sprawić wrażenie bezceremonialnej otwartości.

Naści, oto próbeczka otwartości i języka, opisywanego jako potoczysty i swojski:

"Jakubowa jest jak nasza babcia, duża , gruba, lekko utyta" (znaczy, gruba czy lekko utyta? bo mierny intelekt Królowej Matki tego nie ogarnia ;-D?),

"mówił tak niezrozumiale , że trudno go było zrozumieć",

"złap się za cipkę Maniu!"  (to polecenie skierowane do córki, która - zgodnie z przesądem - powinna chwycić się w kroczu na widok bociana, aby jej dziecka nie przyniósł),

„Sławka ma nos jak gałka hamulca od karuzeli, bo poryczała się w poczuciu winy jak mała”,

"Mama całkiem ocipiała dla kolejnego dupka",

"...ratafia, słodkie gó... dla kwok",

"Młode dupki są ładniutkie".

A gdzież to nasza wspaniała główna bohaterka umawia się ze znajomym w czasie wycieczki do Krakowa? Kraków ma wiele charakterystycznych miejsc wpisanych na przeróżne listy oraz przeliczne zabytki klasy "0", między innymi Sukiennice. I tu cytat z książki: "umówiliśmy się pod Sukiennicami koło KIBLA".

I tak dalej, i tym podobnie. I Królowa Matka przysięga, choć jest damulką i się nie zna, nie
czepiałaby się, gdyby taką kaleką, ordynarną polszczyzną mówili NIEKTÓRZY bohaterowie. Jest świętym prawem autora określać tworzone przez siebie postacie również przez język, jakiego używają. Ale tak mówią WSZYSCY. Również subtelna, brzydząca się prostactwem narratorka. Która ubolewa, jak to do lamusa poszły honor, patriotyzm i dobre wychowanie, a nie pisze o dzieciach inaczej jak "bachory". Rzeczywiście, dobre wychowanie aż kapie, z każdego zdania.

Nie, nie dla Królowej Matki pani Kalicińska, zdecydowanie.

A nie zaczęła nawet wypowiadać się o mieliznach treści , bo, prawdę mówiąc tylko ten ordynarny język wystarczył, by przez książkę brnąć jak skazaniec przez śniegi Syberii.

Chociaż właściwie, co sobie będzie żałować... trochę napomknie.

Autorka powieści nie musiała wykazać się żadną wiedzą (może poza kulinarną), nie umie wiarygodnie zarysować postaci ani przekonująco zarysować opisywanego problemu. O tym, że główna bohaterka jest - uwaga, ulubione słowo autorki - "niekonwencjonalna" dowiadujemy się już na trzeciej stronie i bynajmniej nie dedukujemy tego sobie na podstawie przedstawionych zdarzeń - nie, to jest opinia bohaterki o samej sobie. Wkładana później w usta innych osób i wygłaszana często, żeby sobie czytelnik utrwalił.

Sądząc z fabuły jednakże bohaterka jest osobą bardzo konwencjonalną, niestety, i do tego irytującą, czasem ordynarną, a czasem rasistowską. Epatuje czytelnika takimi odkryciami, jak to, że reklama kłamie, a Internet niszczy relacje międzyludzkie i inną tego rodzaju papką, którą zna na pamięć każde przeciętnie inteligentne dziecko. Romans, którego nie ma, uczucie, które się nie rozwija, a na upartego - nawet nie zaczyna, droga przemiany bohaterki, która kończy się na samym początku książki, jak tylko zajeżdża ona na Mazury, a która ogranicza się do tego, że bohaterka zaczyna dużo jeść i już nie liczy kalorii.

 Matka (Basia) z córką (Małgorzatą) rozmawiają, jakby mieszkały razem całe życie, a nie ostatni raz widziały się przelotnie dwadzieścia lat temu na pogrzebie ojca Małgorzaty. Przechodzenie przemiany duchowej dzięki magii seksu. Matka (Małgorzata) przyklaskująca dwudziestoletniej córce, która przyjmuje oświadczyny ledwo co poznanego chłopaka (no, ale Mania jest "taaaka madra i super-hiper-mega-zarąbista, nie może popełniać błędów ani robić głupich rzeczy!). Paula, kumpela Mani, mówiąca przyjaciółce swojej matki przez „ty” i opowiadająca jej o swoich doświadczeniach z seksem oralnym. Przyjęcie wiadomości o wieloletnim romansie męża wzruszeniem ramion i myślą: "Ach, więc nie tylko ja miałam swoje grzeszki!".

Wieś, ta wieś, która ma bohaterkę natchnąć do wewnętrznej przemiany i ujrzenia tego, co naprawdę ważne opisana jako dziura i zadupie pełne pijaczków, odpustowości, plotkujących jadowicie bab i mentalności peerelowskiej, no, chyba, że Gosi się coś spodoba, wtedy pochyla się nad tym jak etnograf badający jakąś grupę tubylców w odciętych od cywilizowanego świata rejonach. Pensjonat, który Małgorzata otwiera (z zastrzeżeniem, że przyjmuje samych niedzieciatych, bo bachory jej latać po obejściu i drzeć jap nie będą), a w którym każdy wczasowicz (oczywiście płci żeńskiej, gdyż panowie w tym czasie zwiedzają okoliczne zabytki) robi gospodyni przetwory w ramach "leczenia ran duszy za pomocą magii domowego ogniska", bo rzeczywiście, co tam cieszenie się wakacjami – prawdziwa kobieta uważa urlop za udany tylko wtedy, gdy własna ręką zapełni pół piwnicy ogórkami kiszonymi, i to nie dla siebie, ale dla kogoś! A jak urlopowicz ma imieniny, to obowiązkowo sprawia gospodyni jakiś drobiazg (w charakterze którego występuje na ten przykład pianino, zabytkowe, dodajmy, bo, doprawdy, pani Małgosiu, tak tu było miło, że się chciałem odwdzięczyć i jakoś mi samo w ręce wpadło...).

Głębia w tej książce ma w prywatnym odbiorze Królowej Matki poziom kałuży po niezbyt obfitym deszczu, a ciepło rodzinne przypomina mocno syndrom oblężonej twierdzy "my jesteśmy wspaniali, ciepli, tacy ludzcy, a wokół same męty, brak manier i prostactwo!". Świat poza Rozlewiskiem jest zły, skorumpowany, podły, egotyczny, małostkowy, pozbawiony jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, rozwiązły, cyniczny (i tak dalej, i jeszcze gorzej), a jak ktoś chodzi z kimś do łóżka to w celu siania poruty i zgorszenia, gdyż czysty, uzdrawiający seks z większością napotkanych na swej drodze panów uprawia wyłącznie Małgorzata. To wiąże się z drugą największą wadą tej książki – nachalnym moralizatorstwem. Przy czym nie ma strefy szarości i miejsca na wątpliwości. Na każdy dyskusyjny temat Małgorzata ma już gotową i jedynie słuszną odpowiedź, a każdy, kto ma odmienną, zostanie odpowiednio odmalowany w powieści jako przedstawiciel lokalnego zaścianka umysłowego, prostak, cham, durny, zakłamany i się nie zna. Gdyby czasem uważny czytelnik miał wątpliwości w kwestii decyzji podejmowanych przez Gosię, autorka życzliwie podrzuci dialog z inną postacią, która zapewni Heroinę, że jest cacy, lepiej postąpić nie było można, a jak ktoś się czepia, to dlatego, co to już Królowa Matka pisała, plus jeszcze ma złe chęci, bo jest z urodzenia wypaczony małomiasteczkową mentalnością i nieinteligentny.

Trudno. Jakkolwiek to świadczy o inteligencji Królowej Matki, jaką by nie było gafą wobec wielbicieli, Królowa Matka przez "Rozlewiska..." brnęła, a nie czytała, zaś reszcie twórczości pani Kalicińskiej mówi zdecydowane "nie".

38 komentarzy:

  1. Klask, klask, klask i podpisu pod każdym zdankiem. Mimo że sama klnę czasem jak Dratewka, cierpiałam przeokrutnie przy lekturze Rozlewiska właśnie przez ten paskudny, ordynarny język, nadużywany totalnie bez wyczucia. I cieszyłam się, że moje "jak zaczęłam to muszę doczytać bo będzie za mną łazić" nie obejmuje serii, że tylko jeden tom trzeba było przemęczyć z obrzydzeniem.
    Ps. Uwielbiam to, że podjęłaś to wyzwanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samej mi się zdarza zakląć. I czytać książki, w których się gęsto klnie. Oraz uzywa wulgaryzmów. Ale co innego wulgaryzmy (bywaja uzasadnione, bywają barwne, bywaja niezbedne), a co innego bycie ordynarnym, i to prostacko. Błe.

      PS. A ja mam czasem wrażenie, że się męczycie, Kochani Czytelnicy :).

      Usuń
    2. Ależ absolutnie się nie męczymy. Twoje wyzwanie wciągnęło mnie "z kopytami" ;-) Zaglądam po kilka razy dziennie.

      Choć pewnie starsze stażem czytelniczki stęsknione są dworskich doniesień.
      A słusznie intuicyjnie ominęłam Rozlewisko (serial też).
      Takie mam pytanie - czy niewłaściwa..hm, no tak skoro ordynarna od deski do deski bez żadnego głębszego powodu- to niewłaściwa- lektura może być szkodliwa dla młodego czytelnika? A konkretnie młodej czytelniczki- nie o mnie chodzi, tylko o córkę, która pożera każdą literkę co ją na drodze napotka. I tak się zastanawiam czy jakbym zobaczyła w jej rękach Kalicińską, to czy jakoś bardzo zniechęcać? Czy żałujecie, że przeczytałyście tą książkę? Czy są jakiekolwiek pozytywy czytania słabej literatury?... mi oczu i czasu szkoda (nie mówiąc o drzewach:-)
      Pozdr. Joanna

      Usuń
    3. Czy ja wiem... ja bym chyba do Kalicińskiej zniechęcała. Chyba, ze córka jest bardzo oczytana :). Bo wtedy rozróżni prozę dobrą od złej i polszczyznę kulawą od poprawnej.

      Gdyż jeśli chodzi o treść książki to ufam, że sama potrafi rozpoznać to, co w niej szkodliwe.

      Co do żałowania, to tak, żałowalam czasu i było mi przykro, że ktoś chcial mi prezent zrobić i przyjemność, wykosztował się (nie trafilo na osobę, co może dwa tomiszcza w okresie gwiazdkowym ot, tak kupić z tekstem: "Jak ci się nie spodoba to wyrzuć!" na ustach), a tu taki zonk, podziękowania szczere tak, ale wyrazy zachwytu nijak mi z ust wyjść nie chcialy... Oraz czułam się BARDZO oszukana, bo naprawdę spodziewalam się przyjemnej, życzliwej, ciekawej historii, a dostałam... naprawdę niestarannie napisaną, no cóż, chałę.

      Usuń
    4. Dzięki. Będę zniechęcać jakby co. Jest tyle innych książek na świecie :-) co do podpowiedzi prezentowej i późniejszego zakłopotania -kłamać?

      Usuń
  2. Małgosia przyjeżdża do tej dwadzieścia lat niewidzianej matki, spaceruje z nia po okolicy, po czym następnego dnia, indagowana na okoliczność tego, co jej się śniło, odpowiada: - Śniło mi się, ŻE SIĘ ŁOMOTAŁAM Z KIMŚ NA POMOŚCIE.
    Ja nie widuje mojej matki raz na dwadzieścia lat, stosunki mamy dość dobre i nieraz opowiadamy sobie słone żarciki, ale z czymś takim do niej bym nie wyskoczyła.
    Głupia, wulgarna baba wbita w gigantyczne samozadowolenie - to moja opinia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I moja. Tam jest taka masa okropnych, okrrroooopnnych cytatów, że starczyłoby na książkę.

      I ani jednej sympatycznej bohaterki.

      Usuń
  3. "Rozlewisko" ominęłam szerokim łukiem, po tym, jak moja mama po przeczytaniu aż całych dwudziestu stron wcisnęła mi tę książkę z żądaniem natychmiastowego oddania "tego" z powrotem do biblioteki, gdyż albowiem mama nie życzy sobie mieć "tego" pod swoim dachem:) A zaznaczyć należy, że moja mama czyta wszystko, co jej w ręce wpadnie - no, z wyjątkiem fantastyki, ku mojemu wielkiemu ubolewaniu.

    Moje rozczarowanie jest dość świeże, więc nie wiem, czy największe, ale wstrząs to był potężny i negatywny. "Klub Pickwicka". I dużo wody jeszcze upłynie, zanim ponownie dam szansę - o ile w ogóle - Dickensowi...

    Alva

    P.S. I w ogóle jak tak czytam twoje wpisy, Królowo Matko, to nachodzi mnie nieopanowana chęć przypomnienia sobie Prattchetta:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpocznij i daj szansę Dickensowi, to moja rada :). Miałam identyczne początki - przeczytalam "Klub Pickwicka", zmęczyl mnie okropnie, przez kolejne dziesięć lat omijalam Dickensa szerokim łukiem, w końcu zaryzykowałam (oczywiście inna powieść) i - objawienie! Och, jak mi się wszystko podobało, oprócz gnących się lelij w charakterze bohaterek, no, ale nie można miec wszystkiego.

      Pomyślałam więc, że może po tych dziesięciu latach i "Klubowi Pickwicka" dam radę, bo za pierwszym razem pewnie byłam za młoda, by docenić. I figa. Znów brnęlam i znów sie męczyłam. Trzeciej szansy już mu nie dam. I to chociaz teraz uważam Dickensa za jednego z moich ukochanych pisarzy (wybitnie inteligentny IMHO, z jadowitym poczuciem humoru, które mu tak, ot, niechcący wychodzi, prawdziwy Anglik :D!).

      Więc może to nie Dickens. To Pickwick :).

      Usuń
    2. Może i nie Dickens. Po namyśle zaryzykuję stwierdzenie, że na pewno nie Dickens - "Opowieść wigilijna" owszem, podobała się, "Davida Copperfielda" zaczęłam, ale coś było nie tak, z mojej strony nie tak (nie ten nastrój/niewłaściwy smak herbaty/nie ta faza księżyca), więc po prostu odłożyłam z zamiarem poczekania na odpowiednie warunki.
      Ale Pickwick... Rozczarowanie spowodowane było głownie tym, że zachwalano mi tę powieść jako rewelacyjną satyrę, napisaną wysublimowanym językiem, z nieprzeciętnym poczuciem humoru, no po prostu och i ach. A zamiast ironicznej, humorystycznej satyry dostałam żenadę:(
      Tak więc, owszem, Dickens jeszcze będzie, ale najpierw muszę zapomnieć o tym iście traumatycznym przeżyciu:)

      Alva

      Usuń
    3. o! Też tak miałam! tzn. padłam na "Klubie Pickwicka", nie wiem czemu; a potem przeczytałam Oliviera Twista i zachwyciłam się tym "jadowitym poczuciem humoru". Bromba

      Usuń
    4. No własnie, to już dwa takie głosy :).

      Mnie się wydaje, ze "Klub Pickwicka" jest najwyraźniej pisany w odcinkach... w innych ksiązkach Dickensa jakos to sie nie rzuca w oczy, a "Pickwick" nosi na sobie piętno "cotygodniowego dodatku do gazety", i to mi chyba najbardziej przeszkadza.

      Usuń
  4. Uhm, czytałam to i zapomniałam tak dokumentnie, że czytam tę recenzję, jakby była mowa o jakiejś zupełnie obcej mi książce.
    A nie, coś jednak zapamiętałam. Tam była jakaś upośledzona dziewczyna, którą chyba jeszcze matka Małgorzaty kiedyś tam zaprowadziła do lekarza i kazała wysterylizować. Jak kota...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też większość zapomniałam, bo jakbym tak pisała recenzję zaraz po przeczytanieu, oooo, byloby dłużej i ostrzej.

      Kaśkę, owszem, pamiętasz słusznie. Sterylizację też (ja wyparłam, przypomniałaś mi).

      Usuń
    2. Mam to samo! Wprawdzie nie doczytalam ksiazki do konca (dobrnelam do poloy i nawet nie bylam zainteresowana zakonczeniem), ale od razu wolalam chyba zapomniec:)

      Usuń
    3. Tak, mało że wysterylizować, ale poddała ją aborcji! I to nawet Kaśki nie spytawszy o zdanie. Najpierw nikt w domu się nie interesował Kaśki kontaktami z ukochanym, nikt nie zadbał o ich (jeśli to możliwe) uświadomienie. A jak zaszła w ciążę - aborcja i sterylizacja! Wbrew jej świadomości i woli oczywiście, bo kto by taką Kaśkę pytał, oczywiście. I nikogo to w książce nie oburza!

      Usuń
  5. Och, jak dobrze, że moje wrażenia z czytania "Domu..." są w końcu przez kogoś potwierdzone. Kiedy powiedziałam mniej więcej to samo mojej rodzince, zostałam poinformowana, że nie powinnam być taka wybredna i w ogóle co ja gadam, ja się nie znam, i przecież taki fajny serial z tego zrobili...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serialu nie tknęłam... pani Brodzik w roli głównej bohaterki (a czytałam książkę i wiem, jak bardzo NIE BYŁA TO Joanna Brodzik) mi wystarczyła, by nawet nie próbowac.

      Usuń
  6. Jako 30-paro latka, na Chmielewskiej przez Mamę, zaś fantastyce i fantasy samodzielnie wychowana, omijam taką literaturę szerokim łukiem. Są pewne granice. Poza tym wystarczyło mi czytać wypowiedzi tej pani w prasie.

    Jeśli chodzi o rozczarowanie to musiałabym się zastanowić. Bo często rozczarowanie nie brało się z tego, z czego się wzięło u Ciebie, Królowo Matko, a bardziej z tego, że nie podeszła mi "poetyka" autora. I tutaj na pierwszy plan wysunąłby się niestety, skądinąd bardzo sympatyczny, bo byłam na spotkaniu autorskim, Etgar Keret.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trochę to samo jednak, poetyka autorki wybitnie mi nie podeszła :).

      Usuń
  7. Przeczytałam pół pierwszego tomu i doszłam do wniosku, że nie jestem męczennicą .Gdy się do tego przyznałam w pracy to moje pracownice ,fanki "niezwykle wciągającej lektury" pt "kwiaty na poddaszu " (kto nie zna, niech nie zagląda) ,że jestem snobką.no i co tam, niech im będzie .Natomiast rozczarowała mnie Alicja Munro (tytułu nie pamiętam) czytana TUŻ przed przyznaniem nagrody :). Na razie nie sięgnęłam po coś innego, bo a nuż mi się spodoba i wyjdzie , że jednak jestem snobka ? :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja właśnie brnę przez Alice Munro "Przyjaciółka z młodości" i cały czas mi brzęczy w głowie "Jak zachwyca, skoro nie zachwyca...?". Nudne, rozwlekłe, bez żadnej puenty, nie wiem, ja się chyba jednak nie znam na literaturze...

      Usuń
    2. Mówię wam, dziewczyny, jak dobrze mić gdzieś opinie innych o byciu lub nie snobką!!! Mnie - po latach prób i starań - wreszcie przestały interesować opinie innych o moim poziomie oczytania i guście, uznałam, ze nie musze miec żadnych kompleksów, jak już, naprawdę, wszystko czytalam ;), teraz mogę choćby i "Twarze Grey'a" na okrąglo, i co mi kto zobi!

      Alice Munro nie czytałam nic, ponieważ zdaje sie, ze ona głównie opowiadania piszę (może się mylę? poprawcie mnie, jakby co), a ja od czasów szkolnych i nabawienia się trwałego urazu na skutek obcowania z nowelami polskimi nienawidzę opowiadań.

      Waku, nie chcialabym cie martwić, ale zaintrygowalaś mnie tymi "Kwiatami na poddaszu" ;D...

      Usuń
    3. Munro pisze ładnie, nawet bardzo, ale co z tego, jak opowiadania :(
      Zanim się człowiek dowie, jak bohater ma na imię, bach! - Koniec.
      -

      Usuń
  8. Uwielbiam recenzje Królowej.
    Rozlewisku przez czas jakiś przyglądałam się z lekkim zaciekawieniem, cieszem siem okrutnie, że zostało ono zaspokojone przez powyższe.
    Nie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze się trochę mityguję w takich sytuacjach i piszę - zajrzyj i sama sprawdź, moze się mylę.

      le nie kupuj. Jeśli się mylę, zawsze zdążysz :).

      Usuń
  9. Przypomina mi to "Bożą poszewkę", tylko tam taka postawa nie miała błogosławieństwa autorki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Po pierwszym tomie stwierdziłam, że ta "wsi spokojna, wsi wesoła" lecząca każdego wariata, każdą traumę i w ogóle wszystko, to jakaś jedna wielka lipa i że taką powieść to ja mam w ...rozlewisku:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po pierwszym tez, ale drugi przeczytałam, bo na prezent dostalam oraz się łudziłam, ze jakiś inny będzie, bo ja wiem, korekta literówki wyłapie? redakcja się uaktywni?

      Trzeciego nie tknęłam i dlatego opis porodu na kuchennym stole został mi oszczędzony.

      Usuń
  11. Rewelacyjna recenzja!! Podpisuję się pod każdym zdaniem :)
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłaniam się nóżką :). I jak nas dużo, naprawdę, kto kupił te 200 tysięcy egzemplarzy, ja sie pytam :)!

      Usuń
  12. Nie znacie sie :) to wszystko świadome zabiegi Tfurczyniw pogoni za bestsellerem...
    Trochę potrolluję nieśmiało przypominająć oburzenie p. Kalicińskiej na to jakie książki są nominowane do Nike (o ile dobrze pamiętam, opinię Sz.P.Autorka wyraziła po przeczytaniu streszczeń). Przypominam dlatego, że w tymże oburzeniu Tfurczyni podała receptę na swoje bestsellery. Było i o "przeplotkach" i o języku prostym, dla każdego zrozumiałym, i o marzeniu spokojnym.
    Dzięki, Królowo Matko za przetłumaczenie recepty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam mgliście tę wypowiedź o "Nike", bylo tam tez, o ile się nie mylę, narzekanie, ze nagradzane są te ksiązki, co mają zle zakończenie, podczas, gdy czytelnicy łakna happyendów, i dlatego tych nominowanych do nagrody nie czytaja, a tych innych tak:)...

      Usuń
  13. Ja z założenia unikam książek pisanych (wybacz :p) "na Grocholę" a jak już z tego zrobią serial na niedzielne popołudnie, to już w ogóle. Azaliż! Raz się zdziwiłam. Na kiermaszu w nadmorskim miasteczku ( takie namioty z książkami za pięć zeta, wiesz) nabyłam "Chichot losu"- myślę sobie - kanikuła, odmóżdżę sie , co mi tam. Wiedziałam, że był taki serial w TV z Damięckim i Żmuda Trzebiatowska. Jakie było moje zaskoczenie! Przemiana wewnętrzna bohaterki trwała aż do ostatniej strony a zakończenie pozostawiło mnie w przekonaniu, że ten proces trwa nadal! Żadnych głosów serca i "niekonwencjonalnych" działań! Oczywiście od pierwszej strony wiadomo, jak to się skończy, ale bohaterka nie wie i ja jej uwierzyłam.
    Konkluzja tej przydługiej wypowiedzi: można lekko łatwo i przyjemnie i wiarygodnie? Można.

    Ale Twoja recenzja mnie jakoby zachęciła... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Seriali unikam, bo mam fatalne zdanie o polskim filmie, zwłaszcza dla tzw. szerokiej publicznosci, ale jestem wojującą przeciwniczka oceniania książek według schematu "na Grocholę" i "na literaturę". Otóz uparcie twierdzę, ze jedno od drugiego nie musi sie różnić. Ostatecznie, jak się skończą wszystkie książki Jane Austen tez wiadomo od pierwszej strony, i tez sa latwe i przyjemne w odbiorze, a przecież są literaturą.

      No, chyba, ze ktoś uznaje, ze nie są wlasnie dlatego, ze sa łatwe i przyjemne.

      Książki, której to opinii twardo będe bronić, dzielą się na dobre i złe, nie ma innego podziału.

      Ta jest po prostu zła, nie ma sensu porównywac jej ani do Grocholi ani do Tolstoja, ani w ogole do nikogo, żeby wykazać, jest po prostu zła, sama w sobie.

      Przeczytaj, to się sama przekonasz :).

      (ale nie kupuj)

      Usuń
    2. Dziękuję, że mówisz swoje zdanie. Że ośmielasz do mówienia. Poniekąd z obowiązku zawodowego muszę znać się na tym, co to jest, a co nie jest tzw. literaturą. I powiem, że w sferach tzw. pisarskich (w których troszkę poprzebywałam) jest pełno ludzi, którzy nie przyznają się, że coś lubią (bo byliby na pewno, z całą pewnością uznani za niewyrafinowanych czytelników, a co dopiero pisarzy), a także sporo ludzi, którzy nie przyznają się, że czegoś nie lubią (bo byliby z pewnością, ależ na pewno wyzwani od niewyrafinowanych wystarczająco czytelników, a co dopiero pisarzy).
      Czyli swoiste zakłamanie, a może tylko lęk przed wyrażeniem swojej opinii trwa i tam. A często trzeba kogoś, kto krzyknie, że król jest nagi, że dana książka to barachło, a autor pokłony odbiera, bo ma nazwisko albo bo sprzedał dużo czytadeł i teraz jest nietykalny (sukces komercyjny jakoby równał się sukcesowi artystycznemu), albo bo jest tak pokręcony i zagmatwany, że to musi być głębokie.
      Dobrze mówić, co się myśli, oceniać na wielu poziomach i nie wzbraniać się - jeśli trzeba - być w mniejszości z tą opinią. Bo może się okazać - jako i u Ciebie, Królowo, że pojawią się kolejne głosy, że "ja też oceniam to jako beznadziejne i co z tego, że o Coelho jest głośno jak to szarlatan, wtórniak i infantyl i tyle".

      Usuń
  14. Jeżeli ma ochotę na literaturę "w stylu Grocholi", jednocześnie nie porażającą fatalnym językiem i kompletnością miałkością przemyśleń to serdecznie polecam "Teren prywatny" Barbary Kosmowskiej.

    Ding_yun

    OdpowiedzUsuń