niedziela, 30 czerwca 2013

Osłupiały strumień świadomości z elementami analizy, część trzecia, ostatnia, i wnioski

Na wstępie Królowa Matka chciałaby serdecznie przeprosić swoich Czytelników za to, że zmusza ich do przeczytania aż trzech części nierenalizy (ta ma cztery tysiące słów, bogowie moi, bogowie, Królowa Matka staje się ałtorką!!!). Chciała się ograniczyć do dwóch, słowo. Jeszcze jak drugą część pisała to miała szczere chęci, by na tym poprzestać, niestety, poniewczasie okazało się, że proza pani Michalak jest typu hamletycznego (Królowa Matka wyjaśni - typ hamletyczny literatury to taki, gdzie przez 4/5 dzieła nic  wielkiego - a już na pewno nic rozstrzygającego - się nie dzieje, bohaterowie spacerują, oddają się układaniu błyskotliwych planów zemsty, monologują wzniośle,  i snują głębokie przemyślenia, po czym w ostatnim akcie/na ostatnich kilkudziesięciu stronach dociera do nich - albo do autora - że terminy gonią, że to nie ma być "Wojna i pokój", tylko jednotomowa opowiastka, że wydawnictwo za chwile zażąda zwrotu już wydanej zaliczki, więc wszyscy bohaterowie zostają zgromadzeni w jednym miejscu i kwadrans później sprawa zostaje rozwiązana za pomocą kilku prostych zabiegów i narzędzi, jak na przykład zatrutego wina, zatrutego rapiera, pierścionka zaręczynowego w szampanie, księdza gotowego do spełnienia obowiązków zawodowych lub jeźdźca na karym rumaku. Oczywiście w wypadku pisarstwa Katarzyny Michalak należy z powyższego opisu wykreślić słowo "głębokie" i "błyskotliwe").

Jako typ hamletyczny autorka mniej więcej 50 stron przed końcem zaczyna mnożyć trudności i dodawać wątki, dopychając je kolanem, żeby się zmieściły. Królowa Matka przyznaje, że już dobry kawałek temu osiągnęła etap, gdy do dalszej lektury zmuszało ją jedynie poczucie Obowiązku Wobec Ludzkości, ale, niestety, obowiązkowa była zawsze, więc teraz brnie dalej.

Pozostawiliśmy Herołinę w chwili, gdy nalewka się przegryzała, poczekajczanie nadal jej nie lubili, Holender nadal był chmurny i wyniosły, PŁ zaczynał przejawiać pewne objawy zniecierpliwienia, a biedaczce nie wychodziło zakochiwanie się w nim, chociaż się starała.

I oto sprawy zaczynają się (jeszcze bardziej) komplikować.

Podczas jednego z dyżurów w ZOO umiera czarna pantera (mając taka opiekę? - toż mus nam tu wszystkim pocmokać z niedowierzaniem!), Herołina, zamiast skonstatować ten smutny fakt, a potem zrobić sekcję, jak każdy normalny lekarz weterynarii, wpada do klatki zwierzątka, rzuca się na kolana i, tuląc jego głowę do łona, zawodzi: "Jaga, nie umieraj!". Zostaje z klatki wyciągnięta siłą, a potem wezwana na dywanik do Dyrektora. Podczas, gdy Dyrektor, ten dusza człowiek, zamiast udzielać jej  reprymendy i grozić wyrzuceniem na zbitą buzię rozpływa się w zachwytach nad "kolejną rzeczą, która wejdzie do legend naszego ZOO, ach, jaka szkoda, że mnie tam nie było, droga pani Patrycjo!!!", drzwi się nagle otwierają i staje w nich Holender. Chce się wycofać, ale Dyrektor zaprasza go do środka i demaskuje w sposób tyleż finezyjny (encore, brawa dla autorki!), co zaskakujący (Herołinę, bo chyba nikogo więcej): " - Będziesz miał o czym pisać. Pani doktor, jak zauważyłem, bohaterka twej najnowszej powieści, dzisiaj wyprawiła na tamten świat twoją ulubioną modelką, czarną panterę. Ale najpierw utuliła ją czule do wiecznego snu.
Holender zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc. Patrycji straszne podejrzenie zjeżyło włosy na głowie.
Jaga - modelka. Holender - Gabriel. Pani doktor - bohaterka powieści. Dyrektor sięgnął na półkę uginającą się od dziesiątków tomów i wyciągnął jeden z nich. Na okładce skradała się czarna pantera. Tytuł brzmiał: Cień Wielkiego Kota. Autorem był Gabriel A. Mroczny - posiadacz skrytki numer 34 na poczcie w Lublinie".

Wstrząśnięta Herołina leci do domu (nie bardzo wiadomo jak, wygląda na to, że wybiega z ZOO w godzinach pracy i zasuwa, szlochając, 20 kilometrów na piechotę), niestety, w domu nie może oddać się rozpaczy, bo zastaje siedzącego przy jej własnym stole poczekajkowego Gandalfa, który - chociaż jest jasnowidzem i wróżem - nic nie rozumie z jej bełkotu przeplatanego ze szlochem, więc Herołina wyjaśnia mu dobitnie, o co się wścieka: " - Bo mój Amre, mój wspaniały wymarzony Amre, okazał się parszywym, podłym bandziorem. Skurwielem, który kobietę zakatował niemal na śmierć. - Każde słowo, wypowiedziane wolno i dobitnie sprawiało, że staruszek kurczył się w sobie. — A ja zdążyłam go pokochać". Słusznie wpadasz w zdumienie, Luby Czytelniku, Królowa Matka też objawów tego uczucia (ani, mówiąc szczerze, żadnego innego) nie zdołała zaobserwować, ale nic to, wyznanie słyszy też Holender (najwyraźniej lecący 20 kilosów w ślad za spłakaną Herołiną), który nie dość, że nie odnosi się do niego romantycznie, to jeszcze brutalnie oznajmia Patrysi, że jej listami to on, o , w piecu pali! i  dziewczynie nie pozostaje już nic innego jak tylko popaść w depresję, uprzednio wyniósłszy wszystkie książki Gabriela A. Mrocznego na strych, bo nie może już na nie patrzeć bez uczucia bolesnego skurczu serca.

W zanurzaniu się w rozpaczy przeszkadzają Patrycji lokalsi, których cieląca się krowa doznaje komplikacji, że zaś weterynarz powiatowy leży gdzieś pijany zmuszeni są wezwać na pomoc Herołinę, chociaż silnie są do niej nieprzekonani, i to mimo faktu, ze nie czytali książki i nie wiedzą, jak fachowo pani weterynarz zajmuje się powierzonymi jej zwierzątkami w ZOO (" - Gówno tam, niech zdychają. Babie kroić nie dam"), a łamać się zaczynają dopiero przy: "Zapłacisz pan, gdy operacja się uda. Jeśli nie, ja zapłacę: i za krowę, i za cielaka".  Królowa Matka, ta czepiająca się z zasady wszystkiego istota, sprawdziła, po ile według brata Gugla chodzą krowy z cielętami, wyszło jej, że po około 3,5 tys, co po prostu musi oznaczać, że za usługi weterynarza zamojskie ZOO płaci jak za zboże, skoro na tego typu zakupy stać osobę odciętą od mamusinej sakiewki. No ale to drobiazg, grunt, że pani weterynarz udatnie przeprowadza zabieg cesarskiego cięcia, okoliczni silni mężczyźni mdleją jak dziewice w gorsetach, krew się leje, ale krowa i krowię przeżywają, a Patrysia zyskuje w oczach okolicznego pospólstwa ( a jak - że Królowa Matka nieco wybiegnie w streszczaniu - nazajutrz przegalopowuje przez wieś w tę i nazad na czarnej jak skrzydło kruka rasowej klaczy, na którą wymieniła swój samochód - i, tak, Kochany Czytelniku, Królowa Matka znowu dokonała porównania cen i oto, co jej wyszło - samochód typu ford, powiedzmy, ford fiesta z, powiedzmy, 2004 roku - 4,5 tys, klacz czystej krwi arabskiej rodowodowa, około 11 tys plus koszty utrzymania, wnioski - Królowa Matka też chce być taka biedna jak Patrysia!!! - no więc, jak przegalopowuje na swoim spełnionym marzeniu, które następnie zrzuca ją przez łeb prosto u wejścia do pubu to już w ogóle lud wiejski uznaje, że teraz to pani doktor powinna się ino nauczyć pić i już całkiem swoja kobita się z niej zrobi).

Zanurzać się w rozpaczy nadal jednak nie może, bowiem nieoczekiwanie najeżdża ją Hania, przepiękna przyjaciółka, konsekwentnie opisywana jako osobniczka wbita w niebotycznie wysokie szpilki, najbardziej mini minispódniczki, jakie istnieją i ze zjadliwie niebieskim cieniem na powiekach oraz makijażem niemal scenicznym ("Haneczka w pełnym makijażu, sukni wieczorowej niemalże i szpilkach, w których jej nogi na wybojach chwiały się komicznie", "Bez postarzającego ją o naście lat makijażu i dziesięciocentymetrowych szpilek wyglądała wreszcie po ludzku" - pozwala to wysnuć daleko idące wnioski na temat poczucia piękna u pani autorki), której entourage jednakże najwyraźniej zachwyca okoliczną męską młódź. Hania tarza się w ogólnym zachwycie z błogim uśmiechem, łypie chętnym okiem na Łukaszka, bo to wiadomo, on piękny, ona piękna, pasują do siebie, zaś zdesperowana i wciąż nie zakochana Herołina postanawia zrobić coś ze swoim pozbawionym emocji życiem, lecz, niestety, nie może, odkrywa bowiem, że ktoś jej zarąbał już przegryzioną nalewkę ("Jakaś cholera ukradła butelkę z urocznym winem i teraz zapewne zakochiwała się w pierwszej istocie, którą napotkała na swej drodze (...) Następna pełnia będzie dopiero za miesiąc, a jak sobie przypomniała rwanie nago lubczyku i wyciskanie purchli na ropusze...").

Do kradzieży przyznaje się już wkrótce dziadek Aureliusz (znaczy się, Gandalf), tłumacząc, że nie chciał, aby "wiązała się siłami Magii z Łukaszkiem"), racjonalne i błyskotliwe argumenty ("Znam obu, i Artura, i Łukasza: Diabła w ludzkiej skórze i Władcę Pieniądza") do Herołiny nie przemawiają, więc dziadek jej wino oddaje, po czym niemal natychmiast przez pomyłkę upijają się  nim Hania i Najpiękniejszy Z Całej Wsi Zenek, którzy zaczynają bezzwłocznie planować ślub (w tym "niemal" mieści się, brutalnie usunięte ze streszczenia przez Królową Matkę, której się już w głowie od tych wszystkich... eeee... zwrotów akcji kręcić zaczyna, co następuje: wiejskie disco z mordobiciem - "Bodziesz? Jak bydle? Bier sztachetę, bij się jak człowiek!" - męska rozmowa Gabryjela, Łukaszka i Artura, zakończona wymianą iście dyskotekowych argumentów - "Patrycji skrzywdzić nie pozwolę! - Ty nie pozwolisz?! Ty?! - Łukasz roześmiał mu się w twarz, posyłając porozumiewawcze spojrzenie Arturowi stojącemu za plecami Holendra. Ten uniósł wyniesioną z pola walki sztachetę i z rozmachem uderzył niczego niespodziewającego się mężczyznę w krzyż. Holender padł jak ścięte drzewo. Ból obitych nerek mało nie odebrał mu przytomności - Co, bydlaku - Artur złapał leżącego za włosy, by zajrzeć mu w twarz - sam masz ochotę na panią doktor? (...) Odrzucił głowę Gabriela, aż rąbnęła o ziemię." - , zaprzęganie rasowej klaczy do wozu drabiniastego celem użycia jej do zwożenia siana - "Koń, istota o mózgu nie większym od mandarynki, doszedł do wniosku, że w tej sytuacji najlepiej... się położyć" - prześmieszne opisy prób nauczenia Patrysi prowadzenia traktora, sielskie opisy sianokosów, desperacka próba zdobycia Patrysinego wianka przez Łukasza, jeszcze bardziej desperacka - oświadczyn oraz zwiedzanie przez Patrycję i jej Dyrektora ZOO w Lublinie, "na obchodach którejś tam rocznicy czegoś tam", zapewne powstania w dalekiej przyszłości, bowiem ZOO w Lublinie nie istnieje, a jego budowa, i to w wersji mini, planowana jest na rok 2014, o, tu, prosimy bardzo, linkuś)

Na szczęście dla Hanusi nawet moc nalewki nie wytrzymuje konfrontacji z dojeniem krów i prowadzeniem sporego gospodarstwa rolnego, wietrzeje z głowy (nie to, co w literackim pierwowzorze, tak, Królowa Matka zauważyła tę... hm... przypadkową zbieżność, bo, doprawdy, nie chce jej się wierzyć, że mogłaby to być świadoma inspiracja) i dziewczę, uwolnione od mocy magii, opuszcza Poczekajkę pozostawiając Patrycję jej depresji.

Chyba z tej depresji właśnie Patrycja lekceważy podesłanie jej drugiej karty tarota - tym razem Wisielca - i wreszcie wpada do studni, na co czytelnicy czekają od początku książki. Wpada popchnięta od tyłu, udaje jej się chwycić łańcuch, na którym wisi wiadro, teraz oprócz wiadra wisi też Herołina i czeka na pomoc, niestety, gdy podnosi głowę, by wołać o pomoc zauważa, że "Nad studnią pochylała się... Janka. I nagle Patrycja zrozumiała, kto chciał się jej pozbyć (...) i kto czekał teraz, z oczyma nieruchomo utkwionymi w jej twarzy, oczyma wypełnionymi chorą nadzieją i nie mniej chorą nienawiścią, aż rywalka pójdzie na dno.
- Pomóż mi - poprosiła Patrycja, wiedząc, że prosi na próżno. Janka milczała. Oczy miała zimne i nieruchome jak rekin"
, a Królowa Matka ostatecznie przekonuje się, że Janka jest jej ulubioną bohaterką tej powieści, bowiem z żadną inną występującą w niej osobą nie zdarzyło się Królowej Matce do tego stopnia identyfikować.


Ostatecznie po długim czasie wyciąga Herołinę z tej studni Holender (już wiesz, Czytelniku, że pytanie, dlaczego akurat on, co robił w okolicy i takie tam byłyby zupełnie bezsensowne, więc po prostu etap stawiania niewygodnych pytań pomińmy), ale gdy tylko zaczyna być miły rozmowa schodzi na Łukaszka i nasze gołąbeczki z miejsca zaczynają się kłócić, zaś Czytelnik, świadom, że do końca książki zostało ze trzydzieści stron, zaczyna podejrzewać, że oni się jednak nigdy nie zejdą i po co w takim razie, do licha, było wprowadzać cały ten wątek.

W dodatku Patrysia traci też pracę, to znaczy, nie traci, ale ZOO nie dostaje zgody na zatrudnienie weterynarza na cały etat, co oznacza, ze Herołina nie dostanie kredytu na zakup chatki i będzie musiała wrócić z podkulonym ogonem do mamusi. Czytelnicy zaczynają zastanawiać się z rosnącym napięciem, PO CHOLERĘ w ogóle w takim razie napisana została cała ta książka, na szczęście w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze pojawia się czarodziej Aureliusz, który, zdobywszy włos Patrycji i Holendra, czyni z nimi magiczne coś przy świecy w dziwnym lichtarzu i tajemniczych symbolach wypisanych na stole, a zatem możemy być chociaż o przyszłość tego stadła całkowicie spokojni.

I rzeczywiście, już na drugi dzień nadciąga potworna burza z huraganem, dziadek Aureliusz skłania Holendra, by udał się do chatki Patrycji, i pilnował jej, gdyż "znając tę szaloną dziewczynę, zamiast się bać, stanie pod broną i będzie podziwiać pioruny" (niechętnie przyznając, że Gandalf bezbłędnie ocenił inteligencję panienki Królowa Matka jednocześnie nie może mu wybaczyć, że zlikwidował kolejną okazję, by raz na zawsze nieodwołalnie wyeliminować geny Patrycji z genetycznej puli ludzkości), żeby się Holender rwał do powierzonego mu zadania to powiedzieć się nie da, no ale ostatecznie idzie, siedzą w chatce, iskrzy między nimi, co wiemy wskutek tego, że pani Kasia tak napisała, i wreszcie burza nadchodzi, idiotka Herołina uparcie stara się te geny wyeliminować ("Gabriel wepchnął Patrycję do środka, przez chwilę walczył z drzwiami (walki tej nie ułatwiała mu uratowana, podskakując nad jego ramieniem, by dojrzeć, co też się wyrabia na zewnątrz"), ostatecznie jednak daje się zamknąć w letniej kuchni, jako, że jest przemoczona przebiera się w ciągle wiszącą na drzwiach szafy ślubną suknię, Gabriel zaś, przeciwnie, rozbiera się ("Tak wspaniale umięśnionego mężczyzny, o tak pięknie opalonej, lśniącej i gładkiej skórze nie widziała w całym swoim dwudziesto-z-hakiemletnim życiu, No dobra, szczerze, w ogóle niewielu półnagich facetów oglądała" - bowiem w tym tajemniczym świecie, w którym błądzi umysł pani autorki, dziewicom na plaże wstęp jest surowo zabroniony), po czym oczywiście nareszcie staje się to, co stać się miało ("Jęknął, po czym przelał żar trawiący lędźwie w jeden pocałunek") i to tak efektownie, że stare łóżko Patrycji idzie w drzazgi, do kulminacji wszakże nie dochodzi, gdyż tuż-tuż przed nią Holender zauważa biegnącą drogą Jankę, która, podpaliwszy chatkę sama zajęła się ogniem.

Chatkę gasi deszcz, Janeczkę - gołymi rękami - Holender, oboje poparzonych zabiera pogotowie, zaś Herołina dostrzega jeszcze jedną łunę - płonie wiatrak Holendra, podpalony przez wrażego Arturka i prawie równie wrażego Łukaszka w mniemaniu, że pozbawiony ukochanego dachu nad głową Holender wyniesie się ze wsi, a tym samym Patrycji nic w Poczekajce nie będzie już trzymać.

Wiatrak pali się do gołej ziemi, zszokowaną Patrycję dostarcza do domu Łukaszek, dzielnie odgrywający rolę rycerza na białym koniu, niestety, dość szybko dowiaduje się, że rycerzem został ktoś inny, wściekły rzuca więc uwagę o tym, że jeśli Patrysia pragnie zostać panią hrabiną to, przykro mu bardzo, ale ten etat jest już zajęty, po czym okazuje się, że, blefując, trafił, i nasz Gabryjel istotnie jest żonaty, co do tej pory skutecznie ukrywał nawet przed dziadkiem Gandalfem.

W tej sytuacji Patrysi pozostaje tylko cierpieć widowiskowo, co czyni z poświęceniem, co autorka z równym poświęceniem (i wracając do języka dwunastoletniej egzaltowanej i raczej histerycznej gimnazjalistki, który po fatalnym początku nieco wygładziła w środku powieści) opisuje, i co z niewyobrażalnym poświęceniem Królowa Matka przeczytała i Wam, Kochani Czytelnicy, tu streszcza ("Jej ciche słowa, w których nie było wyrzutu czy potępienia, a tylko suche stwierdzenie faktu, trafiły prosto w jego zbolałe serce. (...) Wyszła wreszcie z cienia i mógł zobaczyć jej oczy pełne cierpienia. (...) Uniosła wzrok, zajrzała pytająco w szare oczy i już wiedziała, że przegrała. Tak jak one teraz wyglądałby ptak schwytany w dłoń. Strach i odraza — te dwa uczucia widziała tylko przez ułamek sekundy: mignęły w oczach, ściągnęły rysy twarzy. Szklaną taflą odcięły jej drogę do tego mężczyzny"). W trakcie efektownej pyskówki Holender rzuca naszej naiwnej Herołinie w twarz, że jej narzeczony (czyli Piękny Łukaszek, że Królowa Matka uświadomi tę bardziej oszołomioną część Czytelników) wziął pieniądze od jej mamusi (chociaż niedokładnie wie, za co), Herołina mu nie wierzy, czemu się trudno dziwić, żąda wskazania jej drogi do domu narzeczonego, gdy zaś do tego domu podjeżdża (konno!) wchodzić na rozstrzygająca rozmowę już nie musi, przez okno widzi bowiem, jak jej mamusia (która zjechała była nieoczekiwanie na inspekcję), oszołomiona urodą Łukasza, oraz on sam... jakby to elegancko ująć... o - nawzajem obdarzają się rozkoszą. Zupełnie otępiała, idzie przed siebie tłukąc przy okazji szpicrutą kogo popadnie ("Świst szpicruty. Zduszony krzyk mężczyzny chwytającego się za płonący krwawą pręgą policzek. Szalone z nienawiści oczy dziewczyny, mierzącej końcem szpicruty prosto w jego twarz. I trzy słowa - Nie. Dotykaj. Mnie."), nieświadoma, że za jej plecami poczekajkowy Gandalf, zbrojny w znalezioną w ruinach wiatraka nadpaloną zapalniczkę i ukrytą w kieszonce na piersi, włączoną komórkę, połączoną z policją, przeprowadza zasadniczą rozmowę z Łukaszkiem i Arturkiem (który okazuje się być nie Zuy, ale nawet Jeszcze Gorszy i tym samym staje się Jeszcze Gorszym Arturem, w skrócie JGA), w której na jaw wychodzą przeróżne ciekawostki.

Jak na przykład ta, że Janeczka wcale a wcale nie chciała dobrowolnie oddawać wianka Łukaszowi, no skądże znowu, była dziewczęciem słodkim i pięknym, i czystym jak krynica górska, ale została spojona drinkiem z tabletką gwałtu, którymi w wielkich ilościach dysponował JGA ("od lat trudnił się rozprowadzaniem w kręgach dubbingowych pigułki gwałtu. Jako lekarz weterynarii miał do tego specyfiku nieograniczony dostęp..."), i której użyczył przyjacielowi niezdolnemu pogodzić się z faktem, że chodzi po tej ziemi dziewczyna, która go nie chce. Skutki znamy, pan hrabia dał w mordę i Łukaszkowi, i narzeczonej, nie uszkodził jej tak ostatecznie, jak to przez 5/6 książki sugeruje autorka, ostatecznie uszkodziła się sama, łykając ogromną ilość kolorowych (inne by pewnie nie podziałały) tabletek i usiłując umrzeć w towarzystwie ściskanego w dłoni zdjęcia przedstawiającego ją i Holendra w rozkwicie ich tak brutalnie zdławionego uczucia. 

Źli, źli panowie zostają przez dziadka Aureliusza ukarani rzuceniem uroku na ich męskość (nie, Czytelniku, to ci się nie śni), ale tego wszystkiego funkcjonująca półprzytomnie Patrycja się nie dowiaduje, dowiaduje się za to, że bank sprzedał jej chatkę komuś, kto zapłacił żywą gotówką i w obliczu tego ostatniego ciosu pozostaje jej tylko jedno - podciąć sobie żyły.

Co też czyni.

W szpitalu na oddziale psychiatrycznym ratują ja jak mogą, bo - nie znając jej dobrze - nie wiedzą, że rzecz jest  z definicji skazana na niepowodzenie, mimo to stawiają ją jakoś tam na nogi i wypisują ze szpitala, który, notabene, wcale nie jest mordownią z pasami, tak udatnie opisaną w najnowszym dziele autorki. 

Podleczona na ciele (bo o umyśle to już na początku książki nie było co wspominać) Herołina jedzie do ZOO, pożegnać się z Dyrektorem ("Uniósł jej dłoń do ust i ucałował. - Jest pani najlepszym lekarzem, z jakim miałem zaszczyt pracować. To miejsce będzie na panią czekało" - współczucie dla zwierząt pana Dyrektora w tej chwili niemal Królową Matkę zabiło, takich strasznych wizji jak Patrysia w roli najlepszego lekarza nie należy rzucać w twarz osobom chorym na serce!), personelem ("- Ten pyton-albinos...  - ten z długiej listy zwierząt, które pani doktor wykończyła, że Królowa Matka przypomni - - Kierownik umilkł, przełykając. Z trudem.- To był ginący gatunek, ale... pani była cenniejsza. Nawet od niego"), i nareszcie jedzie do swej chatki, przed którą stoi, tłumiąc szloch, tłum poczekajczan, którzy zdążyli pokochać Herołinę jak własne dziecko czy tam matkę, niestety, nie ma wśród nich Gabryjela i nie może mu Herołina niczego powiedzieć na pożegnanie (" (...) nie dało czasu na wyrwanie z poranionego serca i zdławionego łzami gardła tych najważniejszych słów. „Powiedz, że go kocham!", krzyczały jedynie oczy Patrycji. „Zawsze będę go kochała! Powiedz mu to!") i już, już, już się Patrycja kieruje w stronę samochodu, który ma ją uwieźć w świat bez marzeń, gdy nagle...

Zaczyna się dziać.

"Mieszkańcy rozstąpili się nagle, szmer rozmów ucichł, zmieniając się w pełne podziwu i respektu milczenie. Wolnym krokiem, ze swym tajemniczym uśmiechem na twarzy, nadeszła Berenika, zamiatając kurz drogi pyszną ciemnozieloną suknią. Dziadek pochylił się, całując czarownicę w rękę, a potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął kopertę zaadresowaną do Patrycji. Pismo było dziwnie znajome. Zawartość również. Karta tarota. Tylko jedna. „Kochankowie". Odwrócił oniemiałą Patrycję w stronę łąk, przez które na złamanie karku gnał jeździec na czarnym jak źrenica kota rumaku".

Zdław szloch, Czytelniku, otrzyj łzę, która mąci Ci wzrok, przed Tobą jeszcze zdziwko stulecia: "Sięgnął do sakwy przytroczonej do siodła i podał jej... Podał gruby plik listów przewiązany wstążką.
- Tylko one ocalały z pożaru.
Spojrzała na niego, a potem znów na listy adresowane jej ręką na skrytkę pocztową numer 34 w Lublinie"
i niestety, nie uzyskasz odpowiedzi, jakim cudem, a to jest jedyna rzecz, która w tym dziele Królową Matkę naprawdę zainteresowała.


I to już...

...jest...

UFFF!!!

KONIEC

Źródło

A teraz wnioski.

W czasie jednej z rozmów Patrycji z koleżanką z pracy pada zdanie: "Polonistka w liceum powiedziała, że jestem grafomanką. Nigdy z żadnego wypracowania nie dostałam więcej niż trzy z minusem", z jakiegoś wywiadziku, linka do którego Królowa Matka nie ma (jeśli ktoś ma, byłaby wdzięczna za podesłanie) wie ona, że zdanie jest autobiograficzne i podobno zablokowało autorkę na szesnaśnacie lat, i taki imperatyw Królowa Matka poczuła, by tej nauczycielce szczerze i z głębi serca pogratulować fachowości, chłodnego oka i trafnego osądu, miło jest wiedzieć że w szkołach pracują (miejmy nadzieję, że jeszcze!) prawdziwi fachowcy.

Z jednym tylko Królowa Matka się nie zgadza - Katarzyna Michalak nie jest grafomanką. Z tego, co Królowa Matka wie o grafomanach, tryskają oni pomysłami niczym fontanna di Trevi, podczas gdy Katarzyna Michalak nieustannie cytuje samą siebie. Królowej Matce wystarczyła lektura dwóch i pół książek oraz recenzji Zwierza by dostrzec kalkę na kalce kalką poganiającą -  proste i niewinne dziewczę po trudnym dzieciństwie pragnące nade wszystko domku na wsi, nabywanie domku w ten sam, kretyński sposób, bez obejrzenia go, w  "Nadziei" IDENTYCZNY wątek co w "Poziomce", też dziewczę chore na raka trzustki, bezobjawowego (podobnie jak bezobjawowa jest np. ciąża poziomkowej bohaterki, która to bohaterka w siódmym miesiącu lata z drabiną po ogrodzie i rozwiesza na drzewach 21 domków dla ptaków) też jedzie we świat, tyle, że nie do Afganistanu, ale Iraku, i też okazuje się uzdrowiona cudem, w "Mistrzu" motyw dziewczęcia, co się stacza, bo samo na świecie zostało, ale kończy studia na UJ, piękne dziewczyny, którymi "aż dziw, że żaden facet się nie chciał zaopiekować, bo przecież każdy powinien chcieć, i to za darmo", wszyscy piszą i czytają książki pani Michalak, wszyscy nad nimi płaczą (ze wzruszenia, ze wzruszenia, Królowa Matka wie, że ta kwestia wymaga doprecyzowania), normalnie autoplagiat. Taka automania, nie grafomania, książki pisane metodą, "wezmę to, co już napisałam, pozmieniam imiona, a jak mi zabraknie weny wezmę coś, co napisał ktoś inny, na pewno nikt się nie zorientuje!" (inna rzecz, że jak pani autorka podaje swoją inspirację to bez jej wskazówek też nikt by się nie zorientował, i tak na przykład określenie Patrycji współczesną Anią z Zielonego Wzgórza może spowodować wyłącznie opad szczęki, albowiem Patrycję - infantylną kretynkę, w porównaniu z którą ameba ma bogate życie wewnętrzne - i Anię - pełną wdzięku, błyskotliwą istotę o barwnej osobowości - łączy jedynie płeć i kolor włosów, i może ktoś powinien uświadomić panią autorkę, że zafiksowanie na czarach, wróżbach, sabatach i rycerzu na karym rumaku NIE JEST tożsame z żywą wyobraźnią).

We wszystkich recenzjach, i pozytywnych (czyli w większości, co będziemy ściemniać), i w negatywnych, pada pytanie, dla kogo są te książki. Zawsze wymieniane są młode nastolatki, kury domowe, przysłowiowe kucharki - i z żadną z tych opinii Królowa Matka się nie zgadza, bo o wszystkich wymienionych grupach ma znacznie wyższe mniemanie, a już zwłaszcza młodym nastolatkom, pragnącym przeczytać historię o miłości niewinnego dziewczęcia i posępnego, chmurnego mężczyzny, ukrywającego w swym domostwie obłąkaną żonę, która wymyka się spod nadzoru i dokonuje zamachów na dziewczę oraz podpalenia domostwa Królowa Matka radziłaby z serca przeczytać zamiast "Poczekajki" oryginalną powieść, z której pani Michalak zerżnęła ten wątek, przynajmniej będą obcowały z pięknym językiem i literaturą światową.

Oszczędzona zostanie im również ekspozycja na wyjątkowo szkodliwe poglądy autorki, na jej niewyobrażalną mizandrię (dobry mężczyzna to mężczyzna albo mający czworo dzieci, albo stojący nad grobem, reszta to szuje,gwałciciele, brutale, alkoholicy itepe, itede) połączona ze zdumiewającym w obliczu tej mizandrii przeświadczeniem, że głównym celem życia kobiety jest zacumowanie u męskiego boku za wszelką cenę (no i napisanie powieści Katarzyny Michalak, co jest równie szkodliwe), a także dziwacznym antyfeminizmem, wręcz mizoginią (wszystkie bohaterki to albo zdziry i nimfomanki, albo dziewice bez charakteru, ale za to piękne, wszystkie z umysłowością, w porównaniu z którą rozwielitka jest Imanuelem Kantem), na wyroki ferowane z zadziwiającą łatwością i pewnością siebie osoby wszechwiedzącej...

A propos osób wszechwiedzących.

Tak się złożyło, że ostatnio (no, w ciągu ostatnich dwóch lat :)) Królowa Matka przeczytała pozycje jeszcze dwóch autorek, które wydały jej się koszmarne. Takie okropne jak "Poczekajka" nie (takie okropne nie jest nic), ale źle napisane, irytujące, lecące stereotypem. Mimo to nie wywołały w niej one chęci rozerwania obu pań  na strzępy, a to z jednego powodu - obie autorki, nie ukrywając, że wydając książki spełniły swoje marzenia, ciesząc się tym i opowiadając o swoich powieściach na forach (i na pewno także przejmując się recenzjami negatywnymi) nie biegały jednocześnie po internecie, lansując się gdzie popadnie, a potem obrażając wszystkich, którzy nie popadli posłusznie w zachwyt i wymagając na moderatorach for usuwanie wątków na swój temat. 

Słowem, ekspozycja na wybujałe "ego" autorki może być dla co wrażliwszego czytelnika równie szkodliwa, co na jej poglądy.

Królowa Matka, sięgając po "Poczekajkę" wiedziała, że nie sięga po "Ulissesa", ale jest ona osobą, która dzieli literaturę na tylko dwa rodzaje - złą i dobrą (teraz na trzy - złą, dobrą i Katarzynę Michalak), a z założeniem, że literatura tzw. kobieca musi być niższych lotów, musi odmóżdżać i musi być prosta w odbiorze dogłębnie się nie zgadza. Nie, nie musi, podobnie jak nie muszą być prostymi kryminały, przez wiele lat podobnie oceniane.

Problem w tym, że - zdaniem Królowej Matki - powieści pani Michalak są absolutnie dla nikogo i w ogóle nie powinny być wydane, są bowiem fatalne, napisane niechlujnie, bez żadnej troski o realia, na jedno kopyto - wiele dziwnych, nudnych, źle napisanych rzeczy Królowa Matka czytała w życiu, ale nigdy czegoś... czegoś... TAKIEGO. Pod koniec "Poczekajki" czuła się, jakby jej mózg poddawany był wyrafinowanym torturom (a dla równowagi psychicznej jednocześnie czytała "Wolf Hall" Hilary Mantel, książkę o epoce Tudorów pełną interesujących smaczków z epoki w rodzaju gotowania żywcem królewskiego kucharza, więc na torturach zna się jak mało kto).

Cokolwiek mówiłoby się o jakichkolwiek innych książkach jakiegokolwiek rodzaju WSZYSTKO to przy "Poczekajce" (et consortes :)) arcydzieło (nawet harlequiny, które przynajmniej pisane są dla pieniędzy, pod pseudonimami i nikt nie udaje, że mają one zbawić świat),  Królowa Matka pisze  to całkowicie poważnie - "Poczekajka" to najbardziej niechlujna, najgorzej napisana, najbardziej pozbawiona sensu rzecz, jaką czytała, i porównywanie jej do jakiegokolwiek dzieła jakiegokolwiek autora uwłacza temu innemu autorowi. I jego dziełom też.

A teraz -

Królowa Matka żegna się z Katarzyną Michalak, serdecznie gratuluje tym z Czytelników, którym udało się przebrnąć przez wszystkie trzy strumienie świadomości i informuje tych, którzy sugerowali, że powinna ruszyć na "Ferrin", że nie, dziękuje :). Na bardzo, bardzo, BARDZO długo (jeśli w ogóle).

Ale raczej w ogóle.

Albowiem  "dusza dziewczyny leży zwinięta w kłębek gdzieś na samym dnie jaźni (i bełkocze) i ma zamiar tam pozostać do końca świata".

Otóż to :).

sobota, 29 czerwca 2013

Czereśniowo, czyli witajcie, wakacje

Czereśnie sa wszędzie.

Na straganach w dzien targowy (i każdy inny), w sklepach, w domu Królowej Matki, w pierogach i naleśnikach, w żołądkach jej nienasyconych (wydawałoy się) Potomków i jej wlasnym, oraz w lodóce, gdy okazało się, ze i Potomki, i ją samą możma jednak nasycić.

A skoro tak, to powinny byc jeszcze w ciastach i ciastkach.

Ciastka wymyśliła Królowa Matka eksperymentalnie. To znaczy, nie wymyśliła, przepis wzięła stąd, wymyślila tylko ideę sporządzenia ciastek, bo przypomniał jej sie fragment "Ani z Zielonego Wzgorza", w którym dziewczęta częstują się "wybornymi ciastkami z czereśniami" i uświadomiła sobie, ze nigdy czegoś podobnego nie jadła.


A zatem zakasała rękawy, zagniotła razem szklankę mąki, (dała więcej, niż w przepisie-matce, mimo to ciasteczka się udały), 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej, 80 g bardzo miękkiego masła, pół szklanki drobnego cukru, jajko, szczyptę soli i 1/3 szklanki wiórków kokosowych, chlapnęła (no dobra, kapnęła) kilkoma kroplami aromatu śmietankowego i uturlała z powstałego w ten sposób ciasta dwadzieścia kulek wielkości orzecha włoskiego, wilgotnymi rękami, bo ciasto bardzo się klei. W każdą kulę, lekko spłaszczoną, wetknęła po dużej, wydrylowanej czereśni, posypała ciastka wiórkami kokosowymi i upiekła w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 15 minut.

Całość operacji zajęła jakieś 30 minut :).

I już mogła udawać, że jest Anią z Zielonego Wzgórza :).

To znaczy mogłaby, gdyby jej pracowitość (ekhm) nie gnała, oraz chęć, by resztę czereśni jakoś zużyć, zwłaszcza, że przepisów na ciasta z czereśniami ma całe masy, powycinanych z czasopism i z broszurek dotyczących pieczenia, a jedno jest wybitnie wręcz przepyszne i ekskluzywne, i trudne w produkcji, wymaga bowiem kilograma wydrylowanych czereśni, więc na przykład rok temu, gdy był nieurodzaj i kilo czereśni kosztowało pięć razy tyle, co teraz, Królowa Matka nie zrobiła go ani razu.

Teraz też nie, bo poniewczasie odkryła, że czereśni ma co prawda ile chcieć, ale mąki ziemniaczanej - już nie, postanowiła, że je zrobi, zrobi na pewno, najpóźniej za tydzień, po uzupełnieniu spiżarki o konieczne wiktuały, a teraz zajęła się produkcją drugiego w kolejności pod wzgledem smaczności.


W tym celu umyła i wydrylowała (zdecydowanie najgorsza część pracy, jesli chodzi o produkcję ciast czereśniowych!) pół kilo owoców, zmieszała w misce 15 dkg mąki, 15 dkg cukru, szczyptę soli, dwie łyżeczki mielonego kardamonu (Królowa Matka tarła w moździerzu własnemi, białemi rączkami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by użyć gotowego :)) i 10 dkg drobno mielonych migdałów. Mieszając, Królowa Matka dodawała stopniowo 15 dkg stopionego i przestudzonego masła, trzy jajka, też stopniowo, znaczy się - po kolei, i 100 ml mleka.

Gdy masa była jednolita, wylała ją na natłuszczoną blachę (o średnicy 21 cm), obłożyła czereśniami i upiekła w piekarniku nagrzanym (w jej wypadku - jeszcze nie ostygniętym) do 180 stopni przez około 30 minut.

Najlepsze jest na ciepło, ale zimne, przesypane po wierzchu cukrem pudrem, też daję radę, bardzo :).

Smacznego!

czwartek, 27 czerwca 2013

Osłupiały strumień świadomości z elementami analizy, część druga

...czyli kolejne trzy tysiące słów, z czego tysiąc należących do autorki, bowiem jest to część bogata w cytaty.

No, dobrze, naszą Herołinę opuściliśmy w chwili, gdy, uchachana do nieprzytomności, pokrzepiona wróżbami Bereniki ("- Co mam więc robić? - Karty mówią wyraźnie: „Bądź wierna. Idź", no paczciepaństwo, a Królowa Matka przez większość życia sądziła, że to Herbert, no ale ojtam) i nieświadoma knucia własnej mamusi, obarczona pudłami z książkami (bo nasza Herołina jest oczytaną i inteligentną osobą, Czytelniku, zapamiętaj to sobie), jedną torbą pełną ubrań i innych mało istotnych drobiazgów oraz drugą, pełną pieczołowicie poowijanych bibułkami jednorożców, staje na progu wymarzonej ruiny i dociera do niej, że nie będzie ich miała gdzie poustawiać.

I nie dość, że nie będzie miała gdzie ich poustawiać, to jeszcze nikt jej w tym nie pomoże, bowiem przez tydzień zaszła w życzliwych poczekajczanach niewytłumaczalna i jakże typowa dla pisarstwa pani Michalak, nawet jednym słowem nie wyjaśniona zmiana - zniknęli gdzieś pomocni autochtoni holujący miastową idiotkę przez las, a potem pod sklepem "Sporzywczym" deliberujący nad tym, jak jej naprawić samochód, zniknęły życzliwe panie ułatwiające "uroczemu, warszawskiemu dziecku" zakup ruiny na preferencyjnych warunkach, zamiast tego "cała wieś wyległa na powitanie nowej mieszkanki. No, no, słowo „powitanie" było stanowczo nieadekwatne do sytuacji. Mężczyźni, odziani w nieśmiertelne kufajki i bereciki z antenką, kobiety w chustach na głowach, z umorusanymi dzieciakami przyczepionymi do spódnic (a jak dochtor przyjeżdża do wsi to baby ani chybi dzieciska ukrywają po chałupach, zawodząc "Do śpitala na zmarnowanie dzieciaka ni dom!!!", oczyma duszy Królowa Matka to widzi!) - wszyscy oni stali w całkowitej ciszy, przyglądając się, jak Patrycja wypakowuje z bagażnika cały swój majątek. Nikt nic pomógł w dźwiganiu ciężkich pudeł. Nikt nie przytrzymał furtki, zamykającej się co i rusz upiornym skrzypieniem (może, jak to proste chłopstwo, byli zmęczeni noszeniem wyngla, o wiele akurat był we wsi oczywiście)".

Herołina, ignorując wrogie milczenie prostego w obejściu miejscowego luda, spławiwszy lokalnego amanta najpiękniejszego z całej wsi przy pomocy błyskotliwego tekstu rodem prosto z pierwszej klasy gimnazjum ("Telalunia? Jaka znów telalunia? Dla ciebie jestem pani doktor!") i psa rasy terier rosyjski, targa toboły i pudła z książkami (oraz miłośnie przenosi jednorożce) sama, po czym dociera do niej, że może należało jednak obejrzeć zakupiony towar przed transakcją. Albo chociaż wstrzymać się z przeprowadzką do czasu remontu.

Że nie ma drzwi to już wiemy z poprzedniego wpisu.

Oprócz drzwi nie ma też podłogi (ma za to klepisko i okopcone ściany), bieżącej wody i prądu, dokuczliwe okazuje się zwłaszcza to ostatnie, gdyż - przygotuj się na jedną z jakże licznych niespodzianek, którymi upstrzone są karty tej nieobliczalnej powieści - Herołina pisze książkę ("Patrycja z powołania była nie tylko lekarzem weterynarii, lecz także grafomanką, z zapamiętaniem tworzącą dzieła swojego życia: rozliczne romanse ze sobą w roli głównej" - ponieważ wiemy już, jak doskonałym była weterynarzem, poziom tworzonych powieści nie powinien być żadnym zaskoczeniem). W tym wypadku jest to "Ferrin", nad którym Patrycja roni łzy, a z tego, co Królowa Matka o "Ferrinie" słyszała jest to bardzo stosowna reakcja, choć powód łez jakby nie ten. Niestety, z braku prądu nie pisze jej dziś, przyczyniając się w ten sposób do stworzenia ziejącej wyrwy w polskim rynku literackim, pisze za to list. Do Amrego ("Poddając się nastrojowi, postanowiłam napisać do Ciebie ten list, byś wiedział, że jestem tu i czekam na Ciebie. Mam nadzieję, że odnajdziesz mnie raczej wcześniej niż później, bo długo tu, mimo całego uroku Poczekajki, nie wytrzymam. (...) Mimo to, a może właśnie dlatego (zawsze lubiłam wyzwania) postaram się dotrwać do momentu, gdy przybędziesz, jak mam to obiecane w wizji: w czarnej koszuli - a co będzie, jak przybędzie w białej, zastanowiła się przelotnie Królowa Matka, cała sprawa się wtedy rypnie czy będzie musiał zaiwaniać do domu i się przebrać? - , czarnych bryczesach, na czarnym rumaku, z czarnym rozwianym włosem. Czy Ty jesteś w żałobie?"). Przy świecy. Na czerpanym papierze ("Rozłożyła z namaszczeniem piękną (najpiękniejszą w sklepie z magicznymi precjozami „taką —wie pani — żeby urok miłosny wyszedł") papeterię..."). Piórem.

Królowa Matka z naciskiem przypomina, bo niektórym Czytelnikom pod naporem faktów mogło to umknąć lub wylecieć z głowy, że mówimy o bohaterce nie tylko zdrowej na umyśle i liczącej więcej niż dwanaście lat, ale w dodatku posiadającej wyższe wykształcenie, poczucie humoru, oczytanej i inteligentnej. Przypomnieli sobie wszyscy? Super, to lecimy dalej.

Następnie, po obowiązkowej lekturze  "Poradnika oneironautki — czyli jak śnić świadomie" (każdy to wszakże czyta przed snem) Patrysia układa się na woniejącym pleśnią łóżku i planuje zacząć śnić świadomie, gdy nagle, niestety, z rojeń tych wybija ją tupot miniaturowych stópek gdzieś nad głową. "Znów! Jakby nad ich głowami przebiegł krasnoludek! Rany boskie, czyżby mieli tu krasnoludki? A może to włamywacz liliput? Liliput gwałciciel?! - i sięgnęła po pogrzebacz leżący obok kuchni węglowej. Łopatka na węgiel rąbnęła o podłogę. Patrycja podskoczyła z przerażenia, a Panda-pies-obronny wskoczyła do łóżka i schowała łeb pod kołdrą. Patrycja siedziała do świtu ze wzrokiem utkwionym w pociemniałym ze starości suficie, z jedną dłonią zaciśniętą na zgasłej świecy, drugą na pogrzebaczu" i Królowa Matka nie ma pojęcia, co ją bardziej dziwi, czy to, że tak wyjątkowo mistyczna, wręcz nienormalnie umagiczniona osoba jak Herołina boi się poczciwych, domowych skrzatów, czy fakt, że pani weterynarz z powołania najwyraźniej nigdy w życiu nie słyszała o myszach/ nornicach/ kunach.

Nazajutrz niewyspana pani weterynarz udaje się do wsi po zakupy i już na wejściu do "Sporzywczego" natyka się na ścianę nieukrywanej wrogości ("- Dla niej nie ma. I nie będzie" - buahahaha, już Królowa Matka widzi właścicielkę punktu handlowego spławiającą w ten sposób klienta!!!), na szczęście nim się o tę ścianę rozbija spotyka siwowłosego staruszka, ale nie zwykłego, i nie przez przypadek, o nienienie, takiego powiadomionego o przybyciu Patrysi do Poczekajki przez  Berenikę poczekajkowego Gandalfa, który zaprasza ją na śniadanie i oświeca w temacie istnienia kun.  I całe szczęście, że bierze Herołinę pod swe opiekuńcze, magiczne skrzydła, bo oto już, już, na horyzoncie zaczyna majaczyć Przepiękny Łukasz i jego Złe Zamiary.

A Zamiary te są nawet Jeszcze Gorsze, gdyż Łukasz dowiaduje się od Artura, że w okolicy stajnie koni posiada niejaki Holender.

Holender, czyli hrabia (a jakże by inaczej, nieprawdaż) Gabriel Romocki, czyli osobnik, który przydzwonił Pięknemu Łukaszowi w pysk tak, że mu się rodowy sygnet na nim odbił. Przydzwonił, bowiem Piękny Łukasz (w skrócie - PŁ) uwiódł mu narzeczoną, pierwszą ofiarę pierwszego zakładu ze Zuym Arturem (w skrócie - ZA), niestety, przydzwonił też narzeczonej, która skutkiem tego postradała zmysły ("Dziewczyna, z rozpuszczonymi włosami sięgającymi pasa, ubrana była w suknię, która, kiedyś może śnieżnobiała, teraz wyglądała jak odzienie zbłąkanej duszy. Piękne chabrowe oczy utkwione były w Łukaszu, który odwrócił się powoli i cofnął nagle z cichym okrzykiem. W tych oczach, niegdyś pełnych opętańczej miłości, znalazł tylko... obłęd"), pan hrabia zaś postradał wolność i wspomniany sygnet (tak, trafnie zgadujesz, przenikliwy Czytelniku! to ten sam, który błyska teraz na palcu Łukasza!). Łukasz czego jak czego, ale ujmy na urodzie tak łatwo nie daruje, wskutek czego pojawia się w "Poczekajce" pchany żądzą zemsty i wyrzucenia z siebie tych wszystkich tekstów Latynoskiego Bohatera Telenowel Klasy Jot, które, nie wyrzucone, mogłyby go jeszcze zadusić.

Patrycja tymczasem szlocha nad własną powieścią ("- O Boże, jakie to smutne... — załkała Patrycja,
padając czołem w klawiaturę. — Dwudziesta siódma strona, a już ich rozdzielają... I jak ja tych dwoje teraz skleję?"
), czyli, ze Królowa Matka od niechcenia przypomni, powieścią samej autorki, pisze kolejne listy do Amrego  (po czym je wysyła na tajemniczy numer skrytki pocztowej na Tajemniczej Poczcie, skąd je wyjmuje Tajemnicza Ręka), zbija cenę remontu ruiny o 50% (Królowa Matka umie to sobie wyobrazić tylko następująco: "Szefowo, taniej byłoby to rozwalić i postawić nowe, ale skoro się pani upiera, remont wyniesie jakieś osiemset tysięcy...". "Ale ja tyle nie mam!". "No dobra, to czterysta", ale według autorki Herołina po prostu podaje sumę, którą dysponuje, a która wynosi 50 tys zł, i na którą ekipa remontowa potulnie się zgadza), nabywa drogą kupna mleczną krowę rasy Jersey

Żródło

chociaż jest bez grosza i nie dysponuje oborą, oraz elektryczną dojarkę, chociaż  jest bez grosza i nadal nie ma prądu.

Eksperymentalnie podłączona do dojarki krowa rzuca się do opętańczej ucieczki, za nią leci Herołina, a z naprzeciwka nadjeżdża PŁ, który - wpierw zmieszawszy werbalnie z błotem Holendra i wypożyczywszy od niego siwego konia - zamierza zająć się powierzonym mu zadaniem.

W tym celu błąka się po okolicy, zbrojny w miecz, którym maltretuje niewinne krzewiny, ujrzawszy zaś Patrysię, ten podstępny profesjonalista ("-  Za kogo ty mnie masz, co? — zapytał twardym, odpychającym tonem. - Jestem pro-fe-sjo-na-li-stą!") zwraca się do niej tymi słowy: " - Witaj, rusałko. Zjawiłaś się, by zwieść mnie nad skraj leśnego jeziorka i porwać w odmęty?", a Królowa Matka w nagle zrozumiała, dlaczego w co drugiej recenzji recenzentki piszą o łzach, które stawały im w oczach w trakcie lektury i śmiechu, który zrywał im się w piersi, bowiem właśnie doznawała obu tych objawów naraz.

Patrysia, jak to inteligentna i dowcipna osoba, odpowiada: "Ja... eee... yyy... za krową", zaś "Oczy nieznajomego rozjaśnił uśmiech" (i w tym momencie, przez krótką chwilę, Królowa Matka uznała, że, rzeczywiście, jest on pro-fe-sjo-na-listą, skoro po TAKIM tekście udało mu się zdobyć na TAKĄ reakcję), po czym, niestety, pro-fe-sjo-na-lis-ta nawija dalej "Rusałko najśliczniejsza, czarem mnie omamiłaś. Za jeden twój uśmiech oddam pół życia, za pocałunek karminowych ust - drugie pół, tylko duszę mi pozostaw", a na widok opadniętej szczęki Herołiny mityguje się i dodaje: "Proszę wybaczyć, zagalopowałem się i to dosłownie. Kim więc pani jest, jeśli nie rusałką? (...) Już pani ucieka? Nie wyjawiwszy chociaż imienia?", Królowa Matka zaś złapała się na tym, że tłucze głową w stół jak, nie przemierzając, narzeczona hrabiego w kaloryfer, z tym, że tamta niechcący.

Będąc młodym dziewczęciem zdarzało się, że przychodził do Królowej Matki wielbiciel, tym niemniej, nawet będąc BARDZO młodym dziewczęciem, takim, powiedzmy, jedenastoletnim, Królowa Matka nie dawała się nabierać na takie teksty, a im była starsza, tym bardziej zabijała tego typu pro-fe-sjo-na-lis-tów śmiechem, Patrysia jednakże, oczadzona wizją Amrego, łyka to oraz opowieści o żywocie aktora, dniach zdjęciowych, pragnieniu powrotu na łono natury i inne takie jak gęś kluski, zamyślona nad dziećmi, które mogłaby rodzić pięknemu nieznajomemu przypala chleb, i nie daje jej do myślenia nawet to, że jakaś życzliwa dusza (któż, któż to mógł być) podrzuca jej kartę tarota (Szatana, o ile Królowa Matka zna się na tarocie, a nie zna się wcale i opis autorki nic jej nie mówił :)) na próg domu.

Mimo tarota, Herołina udaje się z PŁ na konną przejażdżkę, dając się oderwać od mycia krowy truskawkowym płynem do kąpieli za pomocą kolejnych tekstów rodem z dziewiętnastowiecznej literatury dla panienek, i to tej pośledniego gatunku ("- Dlaczego przede mną uciekasz?  (...) - Uciekam? Nie, no skąd! - Patrycja rozejrzała się zrozpaczona, szukając tematu zastępczego. - Wiedźmę Zosię kąpię. Gdzieżbym tam uciekała... (...) - Nie bój się mnie - wymruczał pieszczotliwym głosem, odgarniając z czoła dziewczyny kosmyk włosów. - Zostaw krówkę, niech schnie na słońcu, i jedź ze mną. Przyrzekam, że nie zwiodę cię na manowce" - Królowa Matka zaczyna czuć, że identyfikuje się z tą nieszczęsną hrabiowską narzeczoną, i że w jej oczach też zaczyna być widoczny jedynie obłęd), całkiem nieświadoma, że zza płota przypatruje się jej Holender, poproszony przez poczekajkowego Gandalfa o roztoczenie nad nią opieki. Tym samym Patrycja opiekunów ma już dwóch, chociaż żaden z nich nie powstrzymuje jej od udania się na przejażdżkę z Wrażym Pro-fe-sjo-na-lis-tą "żwawym stępem" (dla tych Czytelników, którzy tego nie wiedzą, "Stęp – czterotaktowy, najwolniejszy chód konia (oraz osła i muła). Kolejność stawiania nóg: np. lewa tylna, lewa przednia, prawa tylna, prawa przednia, czy lewa przednia, prawa tylna, prawa przednia, lewa tylna. Prędkość 100 metrów/minutę" - Królowa Matka boi się nawet sobie wyobrażać, jak w takim razie w mniemaniu autorki wygląda galop) a potem skakania z konia w biegu w ataku paniki po tym, jak PŁ ja pocałował.

PŁ zaczyna dostawać lekkiego szału (" (...) ja tu długo nie wytrzymam, już mnie dupa od siodła rozbolała! Gdybym miał polować na nią w Warszawie, to proszę bardzo, moglibyśmy się założyć o skrzynkę piwa, że w tydzień będzie moja, ale tutaj? Ja nie mam nawet HBO!"), Królowa Matka nawet mu się nie dziwi, bo sama z Patrysią wytrzymałaby nie więcej niż trzy minuty i żal jej każdego człowieka, nawet siedemnastoplanowego amanta z latynoskich telenowel, który zmuszony jest przebywać dłużej, na ale cóż, chłopak przecież wziął pieniądze, uwodzić musi, więc zacisnąwszy szczęki tak, że mu na te pięknie zarysowane policzki wyskoczyły pięknie ukształtowane mięśnie, udaje się do chatki i trafia na moment, gdy Herołina planuje udać się do miasta po farbę do malowania domku.

Łukaszek proponuje swe towarzystwo w nadziei, że przebywanie w ciasnej przestrzeni samochodu da mu możliwości popchnięcia spraw naprzód, jadą, jadą, jadą, Patrysia milczy jak zaklęta, wpatrując się z uwielbieniem w ręce Łukasza na kierownicy, Łukasz mówi, mówi, mówi, gdy nagle zauważają na poboczu drogi jeźdźca. Jeździec wygląda, jakby się na koniu urodził, co Herołina konstatuje z zachwytem, reakcją zaś naszego pro-fe-sjo-na-lis-ty (który rozpoznał był w jeźdźcu znienawidzonego Holendra) jest dociśnięcie pedału gazu, naciśnięcie klaksonu, skutkiem czego koń staje dęba, jeździec spada, towarzyszący mu pies wpada pod koła samochodu, Łukaszek zaś zrywa samochód do szybszej jazdy i najwyraźniej na świecie zamierza oddalić się z miejsca zajścia.

Wszystko to, jak łatwo zauważyć, jest typowym zachowaniem profesjonalisty, który ma uwieść niewinne dziewczę z główką naładowaną wizjami Kochanka Idealnego.

Dziewczę, po nieudanych próbach skłonienia PŁ do zatrzymania pojazdu, wyskakuje z niego w biegu (jak już ją wyrzucą z ZOO za niekompetencję będzie mogła szukać pracy w filmie jako kaskaderka), pędzi do pozostawionego na poboczu drogi półprzytomnego Holendra i całkiem nieprzytomnego psa, udziela zwierzakowi pierwszej pomocy mimo wyraźnego oporu ze strony PŁ ("- Przynieś mi torbę lekarską. Jest w bagażniku. - Daj spokój, Pati. Jedźmy stąd, nim nas policja namierzy") oraz właściciela psa (dobra, Królowa Matka nawet go rozumie, jest w szoku), po czym...

Nie, nie daje w pysk Łukaszkowi, nie spławia go nieodwołalnie i nic a nic nie daje jej do myślenia, że Ideał Mężczyzny, z którym Pragnęłaby Mieć Dzieci spowodował ŚWIADOMIE wypadek, przejechał psa i zamierzał odjechać z miejsca zajścia nie sprawdzając, na przykład, czy zrzucony z konia jeździec żyje, tylko wznosząc nań niewinne oczęta pyta: "- Dlaczego to zrobiłeś? Kim on jest?", a odpowiedź: " -  Ej, moja śliczna, chyba się nie zakochałaś w tym bandziorze?" w zasadzie jej wystarcza, bo "słowo „bandzior" podziałało na Patrycję jak zimny prysznic. Nie lubiła, oj, nie lubiła bandziorów wszelakich", ostatecznie udowadniając w ten spósob, że jej mózg ma kształt na błysk wypolerowanego jajka, bez najmniejszej fałdki, bez choćby aluzji zagłębienia, idealnie gładkiego, takiego, w którym się można przejrzeć.

Co prawda podczas wizyty u rannego na widok wiatraka, w którym mieszka Holender przemyka jej  przez głowę, desperacko usiłując uchwycić się czegoś w tej pustce miedzy uszami, myśl, że  "Nie, zły człowiek nie mógłby postawić czegoś tak pięknego" oraz "Być może nawet jest kryminalistą - byłym kryminalistą, skoro wyszedł na wolność - ale miał oczy dobrego człowieka" (zwróć uwagę na argumentację godną już nie trzynasto-, ale ośmiolatki, Drogi Czytelniku!), ale przecież Łukaszek powiedział, że to bandzior, więc na pewno tak jest (bez zastrzeżeń wszak wierzy się człowiekowi, który był zdolny bez mrugnięcia okiem przejechać psa i uszkodzić jego właściciela), więc biedna Patrysia, niezdolna z tej rozpaczy nawet listu do Amrego spłodzić (i cóż pocznie bez codziennej porcji czerpanego papieru Tajemnicza Ręka z Tajemniczej Poczty???) postanawia, że odwiedzi w Warszawie, dla wyżalenia się, przyjaciółkę (dziewczę wybitnej urody, w związku z którą "w naszym duecie ja byłam tą mądrą, a ty tą piękną" i jeżeli ktoś umie sobie wyobrazić poziom umysłowy tej przyjaciółki w obliczu powyższego dictum Królowa Matka zamiera w podziwie niezdolna nawet do bicia brawo, jej wyobraźnia bowiem nie jest aż tak wybujałą) a ponadto "Musi teraz, natychmiast, rzucić na siebie urok miłosny. Dzwoni do Bereniki!".

Królowa Matka przypomina z naciskiem, że - dla zdrowia psychicznego Czytelników - oszczędza im opisu kuracji, przeprowadzanych na mieszkańcach ogrodu zoologicznego, oszczędziła im też prześmiesznych scen opowiadania przez mądrą Herołinę pięknej Przyjaciółce o ataku krwiożerczego legwana, który skończył się wizytą na OIOMie, i silnie ogranicza streszczanie Elementów Komicznych Powieści, bynajmniej nie dlatego, że streszczanie Elementów Komicznych ujmuje im komizmu, ale dlatego, o: "- Jezuu, nie wyrwę ropusze nogi (...) Mogłabym co najwyżej purchle na jej grzbiecie wycisnąć, ale do Rygi bym pojechała na jakiś tydzień. No i za skarby nie wypiłabym nalewki z ropuszych purchli! Krwi miesięcznej nie ma i nie będzie, chyba wolałabym już nalewkę z ropuchy... Musi wystarczyć - auć! - zwykła (...) Co tam dalej... „Koci pazur, kurze pióro, wina kwarty dwie". Da się zrobić. No, ale z tym to przesadziła: „łza dziewicy"! Gdzie ja jej, kurna, o północy dziewicę znajdę? Łzawiącą na dodatek? Właściwie to... - zawahała się - gdybym poczytała coś smutnego... E tam, chrzanię, najwyżej urok mi nie wyjdzie. - Energicznie potrząsnęła butelką. - Teraz niech się przegryza". To opis sporządzania eliksiru zgodnie z zaleceniami Bereniki ("Patrycja wykonywała polecenia wiedźmy, czując narastający strach. I Moc. Moc krążącą dookoła niczym zgłodniały lew") skrócony o Element Komiczny w postaci zrywania ziół nago w nocy. I wróżenia z papieru toaletowego. Doceń to, Czytelniku, i miej świadomość, że mogłoby tu być więcej takich apetycznych kawałków, jak ten powyżej (zaś nierenaliza stałaby się dłuższa, niż sama powieść).

Przyjmij więc na słowo, że nalewka się przegryza, Herołina, zgodnie z zaleceniami dekoruje Chatkę symbolami domowego ogniska - bocianim gniazdem ("- Czy pani doktor wie, co robi? - Janek popatrzył na Patrycję spode łba. - To kiepski pomysł. - Przeniósł wzrok na opartą o słup starą, zardzewiałą bronę.-  Muszę mieć bocianie gniazdo przed domem. (...) - Ale dlaczego na bronie? - W Kajtkowych przygodach było na bronie. - Czy aby na pewno żelaznej i na pewno na słupie elektrycznym?"), suknia ślubna ("kupiona w Gotówce za psi grosz, cieszyła wzrok. Patrycja powiesiła ją na drzwiach starej jak sama Chatka szafy i pogładziła pieszczotliwie miękki kremowy atłas"), rodzinnym zdjęciem ("Wreszcie ukontentowana wydrukowała fotomontaż przedstawiający ją - Patrycję - w objęciach Bohuna-Domogarowa (uosobienie Amrego), z dwójką śliczniuchnych dzieciaczków, igrających wesoło na podwórku przed Chatką"), kota i podkowy ("dotargała wiadro z podkowami do domu. Po chwili przybijała pordzewiałe żelastwo dosłownie wszędzie"), zaś PŁ, w ostatecznej desperacji, wymyśla udawany gwałt - gwałcicielem ma być (sprytnie zamaskowany za pomocą kominiarki na twarzy) Zuy Artur, on sam ma zaś odegrać rolę Zbawcy, który na Karym Rumaku (czy tam w samochodzie) nadjedzie w samą porę, by wyrwać Herołinę z wrażych łap. Niestety, plan się rypł, Herolina wyrywa się sama, przy okazji naruszając jedyne klejnoty, na których każdemu mężczyźnie (a takiemu w typie Artura to już na bum cyk-cyk) zależy, tak więc PŁ nie tylko nie zdanża na pomoc, ale nawet nie udaje mu się rzucić podejrzeń na Holendra, gdyż nawet do idealnie gładkiego mózgu Herołiny jakimś cudem przebija się myśl, że Holender z ręką w gipsie raczej nie byłby zdolny do czynów, które PŁ usiłuje mu imputować.

Jednakże o tym, co stanie się dalej z nalewką, czy Herołina wreszcie wyleci z pracy, czy Wraży i Piękny Łukasz uczciwie zarobi swoje 5 tys złotych, czy ZuyArtur dojdzie do siebie po kopniaku w tę drugą głowę, i o wielu (zbyt wielu, jak się okazalo, by zmieścić je w zaledwie dwóch częściach, a takie miała Królowa Matka dobre chęci, i Czytelników nadmiernie męczyć nie chciała!!!) innych rzeczach ci z Czytelników, którzy wytrzymali do tej pory zamiast uciekać z krzykiem już na widok logo bloga Królowej Matki dowiedzą się w części trzeciej.

Nieodwołalnie ostatniej.

Ubogaconej wnioskami.

środa, 26 czerwca 2013

Pompon Młodszy negocjuje, Pompon Starszy - asystuje i wspiera swym autorytetem

Deszcz leje, zimno wszedzie, szaro wszedzie, więc sobie Królowa Matka sporządziła ekskluzywną herbatkę, ujęła w dłoń "Teatralnego", taki wafelek, o


(że Królowa Matka unaoczni to tym wszystkim, którzy wiodą smutne, puste życie nie znając tego specyjału, a wie, że są tu tacy, bo się to jakiś czas temu, gdy po raz pierwszy deklarowała się jako wielbicielka "Teatralnych", wydało) i zasiadła przed komputerkiem, aby sprawdzić, cóż tam, panie, w polityce i u znajomych na Facebooku.

Niestety, do tych, którzy wiodą smutne, puste życie nieśwadomi istnienia "Teatralnych" nie należą Pompony, które, zwęszywszy okazję do nadprogramowego nachapania się nadciągnęły natychmiast, niosąc przed soba swoje krzesełka, wspiąwszy się na które mogły już dokładnie widzieć, cóż takiego ciekawego Matka ukrywa na tym niepraktycznym, zbyt wysokim stole.

Dostawiły krzesełka, wlazły na nie, patrzą.

Pompon Młodszy (wydedukowawszy, od której strony bezpieczniej podejść staruszkę) - Mama - daj - pi!
Królowa Matka - To jest gorąca herbata, nie dam ci gorącej herbaty, nie spodobaloby ci się to.
Pompon Młodszy - Daj- pi!

No dobra, jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz, Królowa Matka dała mu trochę na łyżeczce. Wypił i, już płynnie i bez ściemniania, przeszedł do ad remu.

Pompon Młodszy - Mama - daj - jeś!
Królowa Matka (rozpaczliwie) - Nie dam!
Pompon Młodszy (z naciskiem) - Mama - jeś - ciem!!!
Pompon Starszy (do tej pory tkwiący w milczeniu za plecami Braciszka, jako ten potężny, milczący, wymowny samą obecnością skondensowanej siły muskułów Anioł Stróż, przytakuje gorliwie) - Ja - ciem - mama!
Królowa Matka (bardziej rozpaczliwie) - Nie! To jest mój baton! I w ogóle, wolałam, jak nie mówiliście! Macie natychmiast przestać! Każę wam!!!
Pompon Młodszy (z niewzruszonym spokojem) - Nie. (ugodowo) Mama -pó?

Pół!!!

Zacznij się powoli, o, Czytelniku, żegnać z Królową Matka, która i tak ma tendencje do chudnięcia w stresie (a - tak się przypadkiem składa - właśnie zaczyna weń wpadać), a jak dodatkowo zostanie doszczętnie objedzona przez ukochane kruszyny...

Naprawdę było lepiej, gdy nie mówiły, człowiek mógł przynajmniej udawać, że nie wie, o co im chodzi, gdy tak patrzą tymi oczkami, robiąc wiater rzęsami...


piątek, 21 czerwca 2013

Osłupiały strumień świadomości z elementami analizy, część pierwsza

... czyli tekst na 3500 słów, długi jak cho... że ho, ho, wyłącznie dla najodważniejszych.

Czemu to sobie Królowa Matka zrobiła nie ma nawet sensu pytać. A nawet jakby kto spytał, odpowiedzi nie uzyska, bo Królowa Matka zapomniała. Jakoś tak się stało, że uświadomione, lekturze czego Królowa Matka się oddaje, ukochane Przyjaciółki i Koleżanki zaczęły się dzielić swymi zasobami i ani się Królowa Matka obejrzała, a wśród jej Znajomych handel wymienny kwitł niczym na Krecie w epoce minojskiej (z tym, że wtedy wymieniano raczej oliwę i wino na jedwabie i inne futra, z niewątpliwą korzyścią dla wspomnianej kultury), wskutek czego pewnego pięknego dnia ujrzała się w posiadaniu z dziesięciu e-booków porywających powieści pani K.Michalak, których i tak nie zamierzała przeczytać, bo życie jej miłe, a stosik zupełnie innych powieści zupełnie innych autorów składowanych za wezgłowiem łoża małżeńskiego w oczekiwaniu swojej kolejności rósł niepokojąco.

Do "Poczekajki" jednakże zajrzała, aby sprawdzić, czy podawany w "Roku w Poziomce" cytat naprawdę istnieje, bo może (tak jeszcze sobie wtedy naiwnie i nieśmiało przypuszczała), może podejrzewa autorkę o piętrową autoreklamę niesłusznie, może to był po prostu taki żarcik, może dziewczyna użyła tylko tytułu powieści, ale w środku jest zupełnie co innego?

A figa. Wiara w ludzi Królowej Matki została po raz kolejny brutalnie nadwyrężona, cytat tkwił sobie na (elektronicznych) kartach powieści jak byk, z jednej i z drugiej strony obudowany tekstem, który sprawił, że Królowa Matka utknęła na wspomnianych kartach na amen, aczkolwiek nie z tych przyczyn, których życzyłaby sobie autorka.

Królowa Matka po prostu nie uwierzyła w to, co przeczytała (udowadniając samej sobie, że jej wiara w ludzi jest jednak znaaaacznie silniejsza, niż się nawet jej samej wydawało).

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, Panie i Panowie, mówi do was osoba, która przeczytała "Zmierzch" (wszystkie części), "50 twarzy Greya" (tylko jedną, ale za to w dwóch językach", "Teleny'ego", cztery powieści Dana Browna, a nawet "Historyka" Kostovy.  Przeczytała taką jedna książkę o utajonym papieżu, której tytułu zapomniała. I z pięć kilo Harlequinów, białych, różowych, fioletowych i historycznych. A także jedną powieść Jadwigi Courths-Mahler, "Trędowatą" oraz Szajs, który wygrała w konkursie, że już nie wspomni o "Roku w Poziomce"  (a mówi tylko o rzeczach wydanych drukiem, w okładkach, posiadających numer ISBN, redaktorów, czasem także tłumaczy, pomija zaś niezliczone ilości opek oraz blogów o romansach z członkami zespołu One Direction, z którymi zapoznawała się przy okazji startowania w konkursie na Bloga Roku). Słowem, w literaturze przeróżnych lotów jest, nomen omen, całkiem nieźle oblatana.

Mimo to pierwszym, dominującym uczuciem, które ja ogarnęło, było kompletne niedowierzanie.

Absolutnie, dogłębnie, wcale a wcale (nie jest w stanie opisać, jak bardzo, to nie jest przenośnia, naprawdę nie jest) nie mogła uwierzyć, że to, co czyta, to jest oryginalny tekst. Powieść, wydana na papierze, oprawiona, ze zdjęciem na okładce, i tym ISBNem, redaktorami i akcją promocyjną. Prawdziwa książka. Bezradna wobec tego uczucia nie wierzyła, że ma właściwą "Poczekajkę", podejrzewała ordynarne opko.

Opko, tak. Nie za dobre. Właściwie nie tyle nie za dobre, co zwyczajnie złe opko napisane przez nastolatkę . Albo wredną konkurencję. Jakąś nieuczciwą pseudoprzyjaciółkę, która dokonała szwindla. Popełniła nieudolną podróbkę i puściła w świat w formie e-booka. Można chyba dokonać szwindla na e-booku, prawda? No, w każdym razie łatwiej, niż na wersji papierowej...

W związku z czym Królowa Matka zaczęła metodycznie sprawdzać, czy pożądany tytuł stoi na półce w bibliotece (od zapisania się na listę oczekujących powstrzymała ja wrodzona nieśmiałość i jeszcze jedno uczucie, którego Bystry Czytelnik niechybnie się domyśli), pchana przeświadczeniem, że MUSI go porównać z wersją elektroniczną, bo póki nie porówna nie uwierzy, że nie ma do czynienia z okrutnym żartem uczynionym autorce przez jakieś nieżyczliwe osoby.

W bibliotece na 25 tys osób mieszkających na osiedlu egzemplarz powieści był jeden, więc Królowa Matka czekając ryła w internecie w poszukiwaniu recenzji, analizując które usiłowała dojść do konstruktywnych wniosków względem autentyczności dzieła. Zamęczała też Koleżanki i Przyjaciółki, którym wersji papierowej udało się dopaść, prośbami o cytaty, żeby już ostatecznie się przekonać, czy pochłonęła oryginał, czy też ktoś autorce zrobił świństwo i swojego opka rozpowszechnia jako jej dzieło.

I wreszcie, po uzyskaniu kilku cytatów od zmaltretowanych Koleżanek, po przeczytaniu dwudziestu tuzinów recenzji, po dopadnięciu wersji papierowej w księgarni i przeczytaniu kilku stron, i wreszcie po dorwaniu tego jedynego egzemplarza w bibliotece Królowa Matka musiała stanąć oko w oko z miażdżącą prawdą -

Więc jednak. Więc jednak. Więc to jednak prawda. Więc tę miotłę to panienka w książce wyrywała naprawdę, i planowała kota ukraść pewnie też... I naprawdę jest sabat, którego uczestniczki promieniują godnością osobistą (i nie, Czytelniku, Królowa Matka nie bełkocze teraz w pijanym widzie, ona streszcza, wyłącznie streszcza! w dodatku mocno po łebkach).

W związku z tym Królowa Matka wiedziała jedno - recenzji to z jej lektury nie będzie. Będzie nierecenzja, że ho, ho. A może nawet analiza. Nierenaliza, jednym slowem. I to w częściach. Ale przede wszystkim - ponieważ Królowa Matka zgadza się ze Zwierzem, że są książki, których recenzować nie ma potrzeby, wystarczy je streścić - w związku z tym uprzedza:

Jeżeli ktokolwiek z Czytelników ma/ czuje, że kiedyś będzie miał ochotę przeczytać "Poczekajkę" świeżym i nieskażonym pogladami Królowej Matki okiem, teraz powinien odejść od komputera. Poniżej bowiem nastąpi szczegółowe streszczenie upstrzone cytatami, a wszystko zanurzone w osłupiałym królewskomatczynym strumieniu świadomości. Niespodzianek w dziele takim jak "Poczekajka", nawet nadokładniej streszczonym, uniknąć się nie da, ale to już naprawdę nie będzie TO.

Uczciwie ostrzegłszy Miłych Czytelników, Królowa Matka przystępuje do streszczania:

Herołinę powieściową, Patrycję, poznajemy, gdy wisi sobie w studni, od paru godzin (zdaje się, że na rękach, co jest jakby mało prawdopodobne, no ale niech tam, może się tymi rekami tylko czegoś przytrzymuje). Nie wiadomo, czemu wisi, jak się w studni znalazła, i można to uznać za nawet zręczny sposób, by zainteresować czytelnika i skłonić go do przeczytania książki choćby tylko po to, by sprawdzić, jak się nieszczęsne dziewczę do studni dostało, i to pomimo zdań w rodzaju: "Gdyby z jej słynnego poczucia humoru pozostał choć ogryzek, stwierdziłaby, że wygląda jak skrzyżowanie pingwina z misiem koala. Niestety, ogryzek pożarł zwątpienie i strach", które to zdanie nieodmiennie wywołuje u Królowej Matki wizję ogryzka pożerającego zwątpienie.

Ktoś, kto ma mniej zwyrodniałą wyobraźnię i nie przeszkadza mu nieprawidłowa budowa zdań w ojczystym języku płynnie przejść może do rozdziału pierwszego, którego akcja rozpoczyna się w lecznicy weterynaryjnej, w której Herołina pracuje, ale nie w tym konkretnym momencie, w tym bowiem konkretnym momencie zajęta jest czytaniem najnowszego numeru czasopisma "Wiedźma Polska" i konstatowaniem, że "Tu! Klepnęła otwartą dłonią w okładkę periodyku, tutaj jest prawdziwe życie!". Periodyk wyrywa jej z dłoni Męski Bohater, niejaki Artur, a że jest to Bohater Negatywny staje się jasne, gdy okazuje się, że Bohater ten nie tylko nie podziela przekonania Herołiny, że prawdziwe życie znajduje się na łamach czasopisma, ale w dodatku, zamknięty w swoim gabinecie, ryczy ze śmiechu nad lekturą przepisu na wyczarowanie nowego kochanka i zadaje prostackie pytania w rodzaju: "Wziąć wódki czystej dwie kwarty... A bimber może być?". Prostej w obejściu Królowej Matce wydawało się co prawda, że właściciel kliniki dla zwierząt, który zastaje swoją pracownicę zajmującą się w godzinach pracy lekturą gazetek ezoterycznych może znacznie co gorszego zrobić niż wyśmiać, ale natychmiast dowiedziała się, że Artur to prostak z pociągiem do kieliszka (i pewnie złodziej, bo każdy pijak to złodziej), w dodatku debil, który nawet pieczątki samodzielnie przystawić nie potrafi, a klinikę to mu tatuś kupili, i studia na pewno też, w związku z tym wniosek, że to Bohater Negatywny i jako taki cokolwiek czyni, jest złe dogłębnie i bez reszty przyjmujemy przez aklamację.

Pomimo głębokiego urazu wewnętrznego wywołanego przez Złego Artura Patrycja nie załamuje się i, tak jak postanowiła, w najbliższą sobotę udaje się na sabat. 

W gazecie nie podano co prawda adresu zlotu czarownic, ale takie szczegóły jak adres lub jego brak Patrycji nie przeszkadzają (co się nieraz jeszcze w dalszej części powieści okaże), miasto podali, więc Patrysia jedzie sobie w ciemno, utyka na ławce w parku, przyglądając się smutno licznym kobietom, wszystkim jak jedna odzianym w powłóczyste czarne szaty, a wysypującym się z autobusów PKS-u, po czym znikającym bez śladu. I już, już, gdy duch niemal w niej upada, pojawia się przed nią jedna z pań, oczywiście spowita w aksamit i oczywiście rudowłosa, i oczywiście opisana piękną polszczyzną nie zawierającą powtórzeń ("Nie można było powiedzieć o nieznajomej, że jest piękna a jednak emanowało z niej jakieś dostojeństwo, szlachetność czy może tajemnica - które sprawiały, że nie dało się minąć nieznajomej obojętnie"). 

Piękna i dostojna nieznajoma każe Patrycji zdobyć miotłę i kota, po czym znika, zaś Patrycja "otrząsnęła się po chwili, tocząc ciężkim wzrokiem po parku, aż wreszcie jej spojrzenie zatrzymało się na dziadku zamiatającym alejkę. Twarz dziewczyny wykrzywił paskudny uśmiech. Dziadek, widząc to spojrzenie i ten uśmiech, przycisnął miotłę do piersi jak najcenniejszy skarb i zaczął uciekać, Patrycja dopadła go jednak bez trudu...
Przyciskając miotłę do piersi jak najcenniejszy skarb,  Patrycja stała przed drzwiami lecznicy dla zwierząt, zastanawiając się: wejść czy nie"
, a Królowa Matka nie spyta, gdzie była redakcja, gdy puszczała tego typu kiksy do druku, wie bowiem, że gdyby redakcja w ogóle istniała, dzieło to nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Wracając do Patrysi i (już) jej miotły, do lecznicy dla zwierząt nasza Herołina zamierza się włamać, żeby ukraść kota, ale lekarz weterynarii, niewątpliwie wcześniej doświadczany wizytami innych psychopatek z miotłami, wypożycza jej swojego dobrowolnie, i oto Patrycja gotowa jest ponownie spotkać się ze swą przewodniczka duchową (Bereniką) i udać się na sabat w pełnym ekwipunku.

Na sabacie, jak to na sabacie, są pląsy przy ognisku (czy tam kominku), picie magicznych wywarów (Patrycja, jej wzorem, oddała ostami łyk ogniowi płonącemu na kominku i... nagle poczuła się jak u siebie. Na jej ustach pojawił się wniebowzięty uśmiech, na policzkach rumieńce, w ciele siła i odwaga cywilna) i doznawanie wizji przyszłości. Znaczny procent tej wizji przyszłości w wypadku Patrycji zdominowany jest przez mężczyznę na karym rumaku o imieniu Amre (i nie mówimy o imieniu konia bynajmniej), którego sobie dziewczę wymyśliło, a wiedźmy obiecały daleko idącą pomoc w jego zdobyciu.

No i co z tego, że obiecały, skoro już trzy strony dalej Patrycja siedzi w swojej upstrzonej jednorożcami kawalerce sama jak palec, bez nijakiej pomocy ze strony tak dobrze zapowiadających się przyjaciółek, i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce w typowy dla siebie sposób. Wyciąga więc z biblioteczki "Almanach czarownic", dobywa zaklęcia, wahadełka i mapy Polski i, kręcąc wahadełkiem nad mapą bezbłędnie wyławia miejscowość, gdzie Amre się ukrywa.

Fakt, że do tej pory ani razu w żadnej znalezionej w ten niezawodny sposób miejscowości nie znalazła nawet cienia Amrego nie daje naszej Herołinie do myślenia (o ile w ogóle można mówić o myśleniu w wypadku osoby, która w czasie poprzedniego napadu chęci poszukiwawczych jedzie do zapadłej dziury na Mazurach, pięć godzin PKS-em w jedną stronę, i choć w powrotnej drodze formułuje myśl, że wahadełko jest głupie, myśl ta nie zagnieżdża się na dłużej w jej mózgu, zapewne nie mając się na jego doskonale gładkiej powierzchni czego uchwycić).

W następną podróż Herołina wyprawia się za radą wahadełka na Ukrainę (i w tym momencie wszyscy cieszymy się jak dzieci, że Patrysi nie wpadło do głowy użycie mapy świata, bo jeszcze by trafiła na przykład na Port Moresby, który - jak wszyscy oczywiście wiedzą, ale Królowa Matka jeszcze przypomni - jest stolicą Papui Nowej-Gwinei, i co byśmy wtedy wszyscy zrobili). Szczęśliwie nawet w wypadku Ukrainy wahadełko uprzejmie nie wskazuje, na przykład, Doniecka, tylko Rymacze, Herołina wskakuje w pojazd i "Granicę w Dorohusku przekroczyła już następnego dnia rano", z czego niezbicie wynika, że Warszawę opuszczała w nocy, bowiem, jak szybko i uprzejmie obliczyła Królowej Matce ogólnie i łatwo dostępna strona internetowa, długość trasy samochodowej pomiędzy Warszawą a Rymacze wynosi 292 km, a czas podróży - w przybliżeniu 4 godz. 8 min. Co więcej przekracza tę granicę w towarzystwie psa, na temat szczepień zwierzęcia celnik zadaje nieformalne pytanie, o czipowaniu nawet nie napomyka (chociaż powinien zażądać dokumentów, i to kilku, pani Michalak Królowej Matce nie płaci za research, więc Królowa Matka poda jej pierwszy z brzegu lineczek w temacie w czynie społecznym, a jakby tak coś mniej urzędowego, a bardziej z prozy, to też prosiem, prosiem uprzejmie).

Jedyną dobrą strona wyprawy na Ukrainę jest to, że Herołina w drodze powrotnej przypadkiem znajduje Poczekajkę.

Jedzie na skróty przez szczery bór, w którym - o, niespodzianko, jakże jesteś niespodzianą! - samochód odmawia dalszej współpracy, Herołina odkrywa, że nie ma pojęcia, czemu ("Ostatni raz oglądała to, co kryje się pod maską, przy zakupie forda, a i wtedy patrzyła raczej na taką fajną część, co robiła
„ping!", a nie na to, co pokazywał sprzedawca"
), że nie umie go naprawić (kopanie w oponę nie działa), że nie ma zasięgu w komórce, i że, z jakiegoś tajemniczego powodu, jedyne, co jej teraz pozostaje to udać się na północ ("W takiej sytuacji należy iść na północ, czyli tam, gdzie na drzewach rośnie mech. Mech rośnie po stronie północnej czy południowej? Kurczę, trzeba rzucić monetą. Orzeł, a więc na północnej..."), niestety, nim Herołina oddaliła się na północ i nieodwołalnie zgubiła w lesie pojawia się traktor prowadzony przez młodego autochtona, który życzliwie proponuje zagubionej pomoc.

Holuje ją przez wertepy, powolna jazda sprzyja podziwianiu krajobrazu i właśnie dlatego nasza Herołina zauważa napis "Poczekajka 1 km". Autochton nie reaguje na jej okrzyki, by się zatrzymał, więc Patrysia wyskakuje z samochodu w biegu, zostawiając w samochodzie psa, ale po prostu nie może się powstrzymać, ujrzawszy na własne oczy domek ze swych wizji (minus rycerz na karym rumaku przed nim, no ale nie można tak od razu mieć wszystkiego).

Opisu prześmiesznych perypetii autochtona, który najpierw bierze pozostawionego w samochodzie psa rasy terier rosyjski

źródło

 za niedźwiedzia,

źródło
na którego to niedźwiedzia zaczaja się wraz z innymi autochtonami, wszystkimi zbrojnymi w widły i inną broń zaczepną oraz beretki z antenką, ostatecznego holowania miastowej do centrum osady pod sklep "Sporzywczy" (pisownia słowa podkreślana przy każdej okazji) oraz załatwiania formalności związanych z zakupem ruiny Królowa Matka swoim Czytelnikom oszczędzi, dość, że już wieczorem Patrycja jako prawie-właścicielka ruiny wraz z ogrodem stawia pierwszy raz stopę w prawie-swoim ogrodzie i natychmiast dostaje w łeb.

Dla dobra literatury byłoby znacznie lepiej, gdyby dostała w ten łeb definitywnie, niestety, dość szybko odzyskuje przytomność, okazuje się, że zaprawił ją w czółko sekatorem miejscowy ksiądz o nazwisku Plama, który w Ogródku Wiedźmy (czyli obecnie - ogródku Patrycji) zbiera wieczorem zioła lecznicze, Herołina trafia do szpitala na obserwację i tam gnębiony wyrzutami sumienia kapłan zwierza się, że zbiera te zioła dla mieszkańców ZOO, których - z braku weterynarza - sam podlecza, jak umie. I tu - o cudzie, o niespodzianko, o, jakże ta magia działa!!! - wychodzi na jaw, że Patrycja jest weterynarzem (a ksiądz, choć człowiek świątobliwy, nie jest jednocześnie jasnowidzem i nie wie, z jaką pasją oddaje się ona pracy w godzinach urzędowania) i szast, prast, dziewczę dostaje pracę, uwaga, ordynatora w ZOO w Zamościu (chwilowo na okres próbny).

Od razu odfajkujmy sposób, w jako pani ordynator spełnia swe obowiązki, Królowa Matka podejrzewa, że opisy Patrysinej pracy to miały być te elementy komiczne, o których tak przekonująco informuje okładka dzieła, a fakt, że Królowej Matki nie tylko nie bawiły, ale irytowały w najwyższym stopniu przypisać należy jej kompletnemu brakowi poczucia humoru. Ponieważ jej Czytelnicy poczucie humoru na pewno mają, Królowa Matka rzuci tu kilka prześmiesznych cytatów:

"— Och — Patrycja machnęła niefrasobliwie ręką — bizon to jak większy pies, tygrys jak kot, a anakonda — tu opuściła ją wena twórcza — anakonda... no... jak chomik, tyle że bez łap".

"Nowo mianowana pani doktor pochyliła się z ciekawością nad rozwartą paszczą. Zawsze myślała, że wąż to taka rurka pusta w środku, a tu proszę: ma i tchawicę, i przełyk. Całkiem podobny do rozciągniętego na parę metrów jamnika, któremu odjęło łapy".

Pani doktor nagle się ożywiła. Każde światełko w tunelu, które rozjaśniłoby pomroczność jej umysłu, było cenne i pożądane
(i niewystarczające, jako że latarnia morska w Faros już nie istnieje, a nic mniejszego nie dałoby rady). Ha! Miałam rozpoznanie (koleżanka z pracy jej zasugerowała, a Herołina się potulnie zgodziła, wszelkie uwagi i przyp. Kr.M): zatrucie czymśtam (żeby ładnie wyglądało nagryzmoliłam coś po łacinie, tylko nieczytelnie)".

"środki finansowe na odsalanie, czy tam dosalanie, (bo to kompletnie wszystko jedno, tu sól i tam sól!) zostały skądś wytrzaśnięte".

"Dział ptaków zgłosił okulałego bażanta złocistego — obejrzałam łapkę wyrywającego się rozpaczliwie pacjenta, spojrzałam w niebo, by wymyślić jakąś ładną diagnozę, i zaaplikowałam kilka zastrzyków"

 i, pozostając w stanie nieustającego współczucia dla pacjentów pani doktor, zarzuci nad jej działaniami zawodowymi miłosierną zasłonę milczenia.
 
Tymczasem pani doktor, chwilowo nie zajęta skracaniem życia powierzonym jej pieczy zwierzętom, po raz pierwszy (!) wchodzi do domku – po raz pierwszy, ale za to od razu jako właścicielka (tak, Czytelniku, słusznie domniemywasz, ona tego domku nie oglądała przed zakupem, i, doprawdy, Królowa Matka czytała zaledwie dwie książki pani Michalak, a i tak ma deżawi normalnie). Okoliczności wejścia są raczej malownicze: "Chwyciła za klamkę, by wejść do środka. Klamka została jej w ręku. Hmm... Przyjrzała się kawałkowi żelastwa, niepewna, co z nim zrobić, po czym pchnęła poczerniałe ze starości drzwi. Drgnęły jak obudzone z długiego snu, a potem... po prostu padły na wznak. Z wewnątrz, wprost w twarz nowej właścicielki tego domu i tych drzwi, i nawet klamki, buchnęła chmura kurzu".


Jedyną myślą goszczącą w tym momencie w mózgu Patrysi jest "Tylko się nie przewróć! Książę musi pod ciebie podjechać!", no bo w końcu po co innego ma się domki, ten robi właścicielce uprzejmość i się nie przewraca, i teraz już jedyną przeszkodą, spoczywającą jak olbrzymia i wyjątkowo nieruchawa kłoda na drodze do szczęścia (i do Amrego, no do Amrego to może jeszcze to, że się w ogóle nie pojawił, ale ojtam, ojtam) naszej Herołiny jest jej mamusia.

Mamusia Herołiny jest wziętą panią mecenas, dysponuje pałacem i ogrodem z jaśminami, a poza tym jest zuą, zuą, do głębi zuą osobą, lodowatą, nienawidząca nieładu, zwierząt i braku kontroli, zwłaszcza, jeśli miałby to być brak kontroli nad jedyną córeczką, która co prawda zwiała na studia weterynaryjne (ekhm, ekhm... kłaczek) do Wrocławia, ale potem dziwnym trafem w całym Wrocławiu pracy znaleźć nie mogła i musiała powrócić do stolicy, a to wszystko skutkiem tego, że mamusia ma macki, przy których macki takie jak te

 
źródło

to zaledwie niedorozwinięte wypustki. A jak ktoś ma macki to przecież nie po to, by z nich cokolwiek wypuszczać.

Mamusia, usłyszawszy o najnowszym pomyśle córki najpierw unosi brwi w akcie dezaprobaty, następnie doznaje załamania na myśl o tym, co ludzie na to powiedzą ("Traciła kontrolę nad dzieckiem, a utrata kontroli nad jakimkolwiek puzzlem w życiu tej kobiety oznaczała potencjalną porażkę. Zagrażała karierze i ambicjom, które bynajmniej nie kończyły się na stanowisku sędziego Trybunału Konstytucyjnego" - ekhm, ekhm, no znów kłaczek, co tak dużo tych kłaczków dziś w powietrzu, musi coś pyli!), następnie odcina jedynaczkę od kasy ("O drobnych szaleństwach takich jak książka czy kolejny jednorożec Patrycja mogła zapomnieć" - i jak teraz żyć, panie premierze?), a następnie - zaczyna KNUĆ.

Do knucia używa Podłego Artura, i to (przygotuj się na wstrząs, którego się nic a nic nie spodziewałeś, Czytelniku!) nie po raz pierwszy, gdyż "...spotykali się za plecami Patrycji dosyć często, by omówić strategię postępowania. Mecenas Marynowskiej zależało na synu doktora Herca, właściciela sieci warszawskich klinik, bynajmniej nie weterynaryjnych, Arturowi zaś zależało na skoligaceniu się z rodziną Marynowskich. Mniejsza o chęci Patrycji — głównej zainteresowanej. To „dzięki" Arturowi i pani Halince dziewczyna nie znalazła pracy we Wrocławiu - a umiejętności pani ekhm, ekhm, weterynarz nie miały z tą niemożnością nic wspólnego, że tak sobie Królowa Matka pozwoli na luźno związaną z treścią dzieła uwagę - Dzięki nim dwojgu musiała wrócić do Warszawy, wpadając wprost w otwarte ramiona matki i odrzuconego amanta").

Artur, jako osobnik zuy i pozbawiony skrupułów (co przecież wiemy od początku, gdyż pani autorka nam tak wyraźnie i otwartym tekstem napisała, więc żadnych watpliwości tu być nie może) zna wielu innych  osobników zuych i pozbawionych skrupułów, a jeden z nich specjalizuje się w uwodzeniu kobiet. Patrysi uwieść nie ma, ma złamać jej serce i zbrukać duszę i taką złamano-zbrukaną skierować w szeroko rozłożone, oczekujące (mwahahahaha!!!) ramiona mamusi.

Fachowiec, jak to fachowiec, drogi jest ale "pani Halina bez słowa wyciągnęła z torebki plik banknotów o najwyższym nominale (każdy nosi takie w torebce, prawda? zapewne w zgrabnych rulonikach, owiniętych gumką recepturką, Królowa Matka nie raz w filmach widziała! w końcu zawsze może się okazać, że trzeba będzie opłacić uwodziciela dla córki albo dokonać innej transakcji). Przeliczała dotąd, aż skinął głową. — Na początek wystarczy", po czym kwituje odbiór, siega po komórkę i już możemy rzucic okiem na Prawdziwego Fachowca.

"Łukasz stanął przed lustrem. Nagi i piękny. Przeczesał palcami krucze włosy, wciągnął brzuch. Zajrzał głęboko w swe czarne oczy, połyskujące tajemniczo niczym tafla studni bez dna, i uśmiechnął się do siebie tak, jak to tylko on potrafił: pół szelmowsko, pół uwodzicielsko. Ileż kobiet poszło na zatracenie za samym tym uśmiechem! Głupie baby. Jedna w jedną. Kto sieje takie idiotki?! Patrząc na swe odbicie w lustrzanej tafli, zaśmiał się nieprzyjemnie. Cynicznie. O tak! Taki też się sobie podobał: zimny, wyrachowany drań. Gracz najwyższej klasy. Supergracz! Naprężył muskuły. Zagrały pod skórą opaloną na piękny brąz (...) Boże, jakie to sztampowe. Każda jedna na to leci... — westchnął ciężko, opadł na oparcie krzesła i teatralnym ruchem przeczesał palcami włosy. Ułożyły się pod dotykiem jego ręki jak obłaskawiony czarny kot. Ciężki sygnet ze srebra i obsydianu, zdobiący serdeczny palec, błysnął w świetle lampy"...


Jak ułoży sie Patrycji życie w jej wymarzonej ruderze i współżycie z autochtonami?
Czy Amre się objawi?
Czy Łukasz przestanie przypominać latynoskiego bohatera telenoweli klasy jot, a zacznie fachowca do czegokolwiek, choćby miała to być wymiana kolanka pod zlewem?
Czy Patrycja da się uwieść?
I komu?
Czy Artur pozostanie tak zuy, jak na początku, czy nawet - choć to się wydaje niemożliwe - bardziej?
Którą książkę pani Michalak będą tym razem czytać lub pisać bohaterowie tu opisywanej książki pani Michalak?

Odpowiedź na te i na wiele innych pytań otrzymają ci Czytelnicy, którzy jakimś cudem w ten upalny dzień dali radę dobrnąć aż do tego momentu i z jakiegoś powodu podejmą próbę czytania części kolejnej nierecenalizy za jakiś, trudno powiedzieć, jak długi, czas.


PS.

Jedyną szkodą, jaką może uczynić "Poczekajka" - poza przegrzaniem mózgu i skalaniem ust czytającego szeregiem głośno wznoszonych okrzyków o treści powszechnie uznawanej za obelżywą - to nabić w butelkę osoby, które złapią się na reklamowe hasło o "Ani z Zielonego Wzgórza naszych czasów", Królowa Matka wie, że to może być bardzo przykre, ale jednak stosunkowo nieszkodliwe.

Ostatnia książka pani Michalak już tak niewinnie nieszkodliwa nie jest.

A ponieważ po pierwsze, Królowa Matka jej nie czytała, a po drugie, dotyczy ona spraw, na których się nie zna i które jej nie dotyczą, linkuje tu wpis kogoś, kto czytał, kto się zna i kogo to, i owszem, dotyczy.

Czytelniku, czytaj i podziwiaj, takie rzeczy wydaje teraz wydawnictwo Znak, obejmuje swym patronatem Centrum Praw Kobiet, a Kasia Tusk reklamuje jako lekturę poszerzająca horyzonty:

http://trzyczesciowygarnitur.blogspot.com/2013/06/jak-nie-pisac-o-problemach-spoecznych.html